Subscribe to RSS Feed

Posts Tagged ‘Religia’

Pasja Joanny d’Arc

May 29th, 2011 by monio
Pasja Joanny d’Arc

30 maja – świętej Joanny d’Arc! Tego dnia 580 lat temu (1431), między godziną 10 a 11 przed południem odczytano jej ostateczny wyrok: “…ogłaszamy, że jesteś wtórną heretyczką (…) potępiamy cię jako zepsutego członka oraz abyś nie skaziła innych, jako usuniętą z jedności Kościoła, odłączoną od jego Ciała, oddaną do dyspozycji władzy świeckiej, jako że istotnie poprzez tu obecnych usuwamy, odłączamy i oddajemy cię – zwracając się do tejże władzy świeckiej, odnośnie spraw dotyczących śmierci i kaleczenia ciała, by okazała ona powściągliwość w swych zamiarach wobec ciebie oraz, w razie okazania przez ciebie szczerych oznak skruchy, by zezwoliła na udzielenie tobie sakramentu pokuty.”

Według tradycji urodziła się (w domu pokazanym poniżej) 6 stycznia 1412 roku (na Trzech Kroli). W 1431 roku podczas swego procesu skazującego w Rouen zeznała, ze ma “chyba” 19 lat. Tylko jej najblizsza kolezanka Hauviette z jej rodzinnej wsi Domremy twierdziła po latach, ze Joanna mogła byc 3-4 lat starsza.

“Było to w nocy Trzech Króli, że ujrzała swiatło w tym życiu ziemskim, a niczym za sprawą cudu, biednych mieszkańców tego miejsca ogarnęła radość niewyobrażalna. Nieświadomi wciąż narodzenia Dziewicy, biegali jedni do drugich, by pytac cóż to nowego się zdarzyło. Dla niektórych było to powodem ku ponownemu radowaniu się. Cóż mozna dodac? Koguty, heraldzi nowiny tej radosnej, piały w sposob taki, jakiego nigdy jeszcze nie słyszano, uderzając przytem skrzydłami; tak przez dwie godziny prorokowały nowinę ową.”

Takimi słowami Perceval de Boulainvilliers, w liście do księcia Mediolanu, opisywał narodzenie Joanny d’Arc, wiele lat po tym wydarzeniu, rzecz jasna. Biedni mieszkańcy wsi – niczym pastuszkowie z Betlejem – przeżyli radość wielką, która, jak widać, udzieliła się również zwierzętom. Co prawda nie pisano, ze “na kolana woł i osioł przed nią klękają”, ale opis powyższy nie tak bardzo znów się rożni od popularnej koledy. Bowiem Jehanne stała się legenda już w wiekach średnich.

Jaka była? Jak wygladała?

Zdecydowanie nie tak, jak przedstawiana jest na ogół w ikonografii. Była raczej niska i krępa. Historyk Harmand obliczył, że miała 1.58 m wzrostu. Miała raczej krótką szyję i była dobrze umięśniona. Jej znajomi i przyjaciele odnotowali, że choć była niewysoka, potrafiła bardzo szybko biegac. Miała piwne oczy i ciemne włosy, najpewniej czarne. Nogi miała “dobrze rozwinięte” i raczej grube.

Powyższe nie oznacza, że była brzydka. Gdyby bowiem tak było, to przez następne lata i wieki Anglicy nie omieszkaliby tego podkreślać, tak jak przez wiele lat naśmiewali się z fizycznego wyglądu Napoleona. Co prawda Shakespeare (Szekspir) w swym dramacie “Henryk VI” wyraził się o niej jako o “czarnej i sniadej” (“black and swarthy”), lecz trudno byłoby to dziś uznać za “nieprzyjemne epitety”. Dokładny wygląd nie jest jednak znany, nie zachował się żaden jej portret (o ile kiedykolwiek pozowała do takowego – mowa jest niejednokrotnie o jej portrecie malowanym przez pewnego Szkota w Orleanie). Według pewnej wersji rzezba św. Maurycego z kościoła pod jego wezwaniem w Orleanie (zburzonego w 1850 roku), pochodząca z XV wieku, została wykonana przez rzeźbiarza na podobieństwo Joanny d’Arc (Głowa tej rzeźby znajduje się w Musee Historique w Orleanie – patrz obok). Nie jest to jednak wersja, na której historycy skłonni są jednoznacznie polegać. Odtworzenie rysów jej twarzy zostawić należy zatem na przyszłość, oczywiście jesli jej kości zostaną odnalezione. Zostały one po egzekucji włożone do worka i zrzucone do Sekwany z mostu św. Magdaleny w Rouen.

Z pewnością cieszyła się znakomitym zdrowiem i odpornościa organizmu. Świadczy o tym nie tylko fakt, że podczas kampanii wojskowych potrafiła nie zdejmować zbroi nawet przez siedem dni z rzędu (16 do 18 kilogramów!), ale również m.in. to, że po trwającej 11 dni podróży na pierwsze spotkanie z królem Karolem VII (wówczas jeszcze niekoronowanym), w czasie której musiała (wraz z towarzyszacymi jej kilkoma osobami) przejść w bród 6 rzek (a było to w lutym), świadek jej spotkania z królem stwierdza, że mówiła “pięknym, dzwięcznym, kobiecym glosem”, czyli że nie nabawiła się nawet chrypki.

Dwadzieścia pięć lat po swej śmierci “doczekała się” procesu rehabilitacyjnego. Świadkowie, którzy w tym procesie zeznawali, zwłaszcza ci z jej rodzinnych stron, podkreślali, że “była dobrą katoliczką”, “z troską wychowana w Wierze i moralności”. Właściwie, jeśliby polegać na takich świadectwach, to wynikałoby z nich, że niewiele różniła się od innych. Tyle tylko, że była bardziej pobozna, częściej chadzała do kościoła, chętniej udzielała się, by na przykład opiekować się chorymi. Tymczasem pewne różnice, inne niż stopień pobożnosci, jednak istniały.

Wbrew istniejacej wówczas tradycji, nie składała na ogól przysiąg i nie zaklinała się, lecz obiecując cokolwiek, dodawała “niechybnie!”. Nie brała udziału w tańcach, gdy inni tanczyli.  Nie była zbyt rozmowna. Lubiła atmosferę kościołów, zapalone świece i dzwięk dzwonów. Gdy miejscowy kościelny i dzwonnik w jednej osobie zapominał dzwonić o wyznaczonym czasie, potrafiła przybiec z pola, by czynić mu wymówki. Obiecywała nawet małe upominki, byle tylko dobrze dzwonił. Jak miało się pózniej okazać, różniła się od swych rówiesnikow jeszcze czymś innym: była inteligentniejsza i cechował ja większy upór i konsekwencja. Wystarczy chocby przeczytać jej zeznania z Rouen i porównać je z wypowiedziami jej ziomków z okresu pózniejszego o ćwierćwiecze, by się o tym dowodnie przekonać.

Często przedstawiana jest w rycinach jako pasterka, bo niejednokrotnie musiała w polu pilnować bydła zarówno własnej rodziny, jak i sąsiadów. Chadzała również za pługiem. Jesli jednak utozsamiać ją z jakimś zajęciem, to raczej mniej z pasterstwem czy rolą, lecz z przędzeniem. Umiejętności swych jako prząśniczka nie tylko nie wstydziła sie, ale była wręcz z nich dumna. Podczas procesu stwierdziła, że jesli chodzi o przędzenie, nie boi się konkurencji żadnej kobiety z Rouen.

To, że potrafiła odpowiadać “ciętym” jezykiem, dało znać o sobie nie tylko podczas procesu w Rouen. Dwa lata wcześniej potrafiła “dociąć” również tym duchownym, którzy na polecenie Karola VII badali ją w Poitiers. Jeden z owych duchownych, Seguin de Seguin, zeznał pózniej w 1455 roku, że gdy spytał ją jakim językiem mówiły do niej słyszane przez nią Głosy, odpaliła: “Lepszym niż twój” (mówił dialektem; ona zresztą też…). Ten sam duchowny zapytał ją następnie czy wierzy w Boga. “Zaprawdę, bardziej niż ty!” - brzmiała odpowiedź. W lipcu 1429 roku, prowadząc króla do Reims i zajmując dla niego miasto Troyes, spotkała się z bardzo wówczas znanym i dziwacznym mnichem, bratem Ryszardem. Mnich ten nie wiedział jak się zachować wobec Joanny, nie był bowiem pewien, czy nie jest ona czarownicą. Krępował się zatem do niej podejść. Zachęciła go, mówiąc: “Podejdź śmiało. Nie odfrunę”. Zaś podczas swego procesu skazującego zdobyła się kiedyś na wyraz przaśnego humoru: gdy przesłuchujący ją ksiądz Bosguillaume pomylił fakty z jej życiorysu, zapowiedziała mu, że jeśli jeszcze raz tak się pomyli, to go “wytarga za uszy”.

“Najsłodszy Panie, na honor Twej Swiętej Pasji, zaklinam Cię, jesli mnie miłujesz, bys objawił mi jak powinnam odpowiadac tym duchownym…”

Musiała odpowiadać za swoje zwycięstwa militarne oraz za swoje porażki. Atakowano ją za wszystko, za co się dało, był to proces, w którym sądzono zarówno za herezję i bałwochwalstwo jak za sprawy polityczne. Uśmiercając Joannę wymierzano tym policzek Karolowi VII, policzek tym bardziej dotkliwy, ze Karol VII nie próbował replikować.

Miano jej za złe jej zwycięstwa, bo ginęli ludzie, miano jej za złe porażki – z tego samego powodu. Pytano dlaczego zaatakowała Jargeau (12 czerwca 1429) zamiast negocjować z dowódcą garnizonu angielskiego w tym mieście (lordem Suffolk, który potem, zanim poddał się do niewoli francuskiemu szlachcicowi, pospiesznie pasował go na rycerza, bo krępował się być jeńcem kogoś, kto rycerzem nie był); dlaczego zaatakowała Paryż w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny (8 września 1429); dlaczego wypowiadała opinie na temat tego który z trzech ówczesnych papieży był prawowitym papieżem (Marcin V, Klemens VIII, Benedykt XIV); dlaczego zgodziła się, by Franquet d’Arras (pojmany do niewoli szlachcic winny złodziejstwa i morderstw) został osądzony za swoje czyny przez władze dwóch miast, w których dopuscił się zbrodni (chciała go poczatkowo wymienić za jednego ze swoich ludzi, ten jednak został zabity przez Burgundczyków, więc do wymiany nie doszło); czy była świadkiem zabijania Anglików (“W imię Boga, tak. Jakże łagodnie mówisz! Czemu nie odejdą z Francji do swego własnego kraju?”. Słysząc to, pewien angielski szlachcic miał wykrzyknąć: “Really, to wspaniała kobieta! Gdybyż tylko była Angielką!”); dlaczego jej sztandar został wniesiony do katedry na koronację Karola VII (“miał swój udział w bólu, należał mu się udział w chwale!”); dlaczego w celu udania się na wojnę uciekła z domu swych rodzicow i czy w jej opinii nie było to grzechem (“Jesli Bóg tak nakazał, trzeba było usłuchać, nawet gdybym miała stu ojców i sto matek, albo gdybym była córką króla, odeszłabym”); dlaczego procesowała się w kwestii małzeństwa (ojciec chciał ją wydać za mąż za pewnego młodzieńca, który potem podał ja do sądu za złamanie obietnicy małżeństwa; Joanna broniła się sama w sadzie w Toul; musiała wypasć przekonująco, bo sprawę wygrała); czy Anioł (z którym “rozmawiała”) nie zaniedbał jej, skoro dostała się do niewoli (“myslę, ze skoro Bóg tak chciał, to jest to dla mojego dobra, ze się dostałam do niewoli”); dlaczego nazywała siebie “córką Boga” i tak dalej. Niektóre stawiane jej pytania wydają się dzisiaj wręcz głupie, na przykład czy pozowała do portretu (“samochwalstwo”), gdzie trzymała swoją mandragorę (zakładano, że musiała mieć tę roślinę, jako że utożsamiana ona była z czarami…), czy przyczepiła sobie do hełmu aureolę lub czy to prawda, że mówiła, że zamierza mieć trzech synów, z których jednego chciała uczynic papieżem, drugiego cesarzem, a trzeciego królem.

Były jednak pytania, ktore powtarzały się bez przerwy, sprawy do których sędziowie stale powracali. Dotyczyły one “bałwochwalstwa” oraz “rozwiązłości” Joanny, sprawy zwiazane z podporządkowaniem się osądowi “Matki Kościoła”, sprawa męskich strojów, które nosiła oraz – jak łatwo zgadnąć – jej “objawień” oraz “głosów” świętych i aniołów.

Broniła się w zasadzie sama. Gdy jednak – w późniejszej części procesu – sędziowie zebrali oskarżenia wobec niej w 70 punktów i miała na owe punkty odpowiadać, otrzymała pomoc z najmniej spodziewanej strony. W tym miejscu powiedzieć wypadałoby parę ciepłych słów pod adresem asystenta inkwizytora, dominikanina nazwiskiem Isambard de la Pierre. Okazji dostarczył fakt, ze sala była pełna i dla niektórych z sądzących duchownych (było ich w sumie 62) brakować zaczęło miejsca. Wspomina inny dominikanin, Guillaume Duval:

“Ponieważ nie było miejsc siedzących dla nas wśrod rady, poszlismy, zgodnie z naszym zwyczajem, by usiąść przy stole obok Dziewicy. Tam, gdy Joanna była przesłuchiwana, Brat Isambard ostrzegał ją jak miała odpowiadać, szturchając ją łokciem”

“Każę cię wrzucić do Sekwany!” - groził później za to Isambardowi lord Warwick, odpowiedzialny za jej więzienie.

“…znam dobrze, jeśli chodzi o ten strój, rozkaz, na który go włożyłam; ale nie wiem w jaki sposób mam go porzucić; zechciej mnie pouczyć”

Jednym z bardziej męczących zarzutów był ten, powtarzany w kółko, o ‘niestosownym’ ubiorze Joanny. Niestosowność ta polegała na tym, że ubierała się po męsku oraz że była to “bardzo szlachetna odzież ze złotego i jedwabnego materiału z dużą ilością futra”. Zarzutem było na przykład, ze nosiła “kaptur i modne, szkarłatne pończochy” (noszone wówczas przez mężczyzn). Już na długo przed procesem w Rouen jej wrogowie wręcz przescigali się w wyliczaniu tych męskich części garderoby oraz broni, których “nieprawnie” używała: “koszule, bryczesy, kamizele ze sztylpami łączonymi z nią dwudziestoma sznurówkami, wysokie pantofle sznurowane po zewnętrznej stronie, krótką pelerynę do kolan, muszlowaty kapelusz, ciasno przylegające długie buty, długie ostrogi, miecz, sztylet, kolczugę, lancę i inną broń, w którą się zbroiła jak mężowie pod bronią”.

Ta swego rodzaju obsesja przeciwników Joanny jej strojami znalazła wręcz – a jakże! – swe ukoronowanie podczas jej procesu, gdy w jednym z punktów oskarżenia znów zabawiono się w owa “wyliczankę”:

“czasem ubrana we wspaniałe i pełne przepychu odzienie z cennego materiału, złota jak równiez futer. I nie tylko nosiła krótkie tuniki, lecz także tabardy (krótkie luźne odzienie nakładane przez rycerzy na zbroje i pokryte barwami oraz herbami rodowymi – przyp. MM) oraz peleryny otwarte po wszystkich stronach; znany jest fakt, ze pojmana została w złotej huque, otwartej ze wszystkich stron” (huque to tez rodzaj tabardu z powiewającymi na wietrze luźnymi pasami materiału).

Dość powiedzieć, ze o sprawy swego ubioru Joanna była wypytywana częściej nawet niż o wolę podporzadkowania się kościołowi!!! O strój pytano ją już podczas drugiego dnia procesu, 22 lutego 1431 (“Kto poradził ci włożyć męski strój?”), podczas gdy o podporządkowanie się autorytetowi hierarchii dopiero niemal cztery tygodnie później, 15 marca (“Przede wszystkim Joanna została życzliwie upomniana, ostrzeżona i zapytana, czy jeśli uczyniła cokolwiek, co mogłoby być przeciw naszej Wierze, czy pozostawi to osądowi decyzji Świętej Matki Kościoła”).

I tym razem – jak i w innych tego rodzaju przypadkach – jej odpowiedź zasługuje na baczną uwagę:

“Niechaj moje odpowiedzi będą badane przez Duchowieństwo: niechaj ono mi wówczas powie, czy w nich jest cokolwiek przeciw Wierze Chrześcijańskiej. Ja z pewnością przez swoja radę (“conseil” – a pod tym pojęciem rozumiała swoje “głosy”, które jej doradzały – przyp. MM) będę wiedziała co to jest, i potem powiem co ma być sądzone i zdecydowane. Ponadto jesli jest w nich cokolwiek złego przeciw Wierze Chrześcijańskiej, którą Nasz Pan nakazał, to nie będę sobie życzyła tego podtrzymywać i będę żałowała, że się sprzeciwiałam”.

No, więc kto ostatecznie miał według niej “sądzić” i “zdecydować”? Ona sama!

Najwyraźniej sędziowie byli wprost oburzeni męskimi strojami Dziewicy w stopniu mniej więcej takim, w jakim dziś niektórzy t.zw. “tradycjonaliści” za “bezeceństwo” uważaja wszelka nawet myśl o ministrantkach czy wyświęcaniu kobiet na księży. Powoływali się przy tym na Pismo Święte, które zakazuje kobietom ubierania się po męsku i mężczyznom po kobiecemu (Dt 22;5). Bogactwo zaś owych strojów uznali za wyraz pychy. Tu jednakże “okolicznością łagodzącą” jest fakt, że w ówczesnym społeczeństwie strój znamionował przynależność do grupy społecznej i nakładał on na swego właściciela określone reguły postępowania, właściwe dla danej grupy. Joanna uważała, że ma do spełnienia ważną misję i że fakt ten musiał być uwidoczniony jej strojem. Dodatkowo pamiętać należy, ze to nie ona zamawiała i nabywała owe ubiory, lecz albo król albo lokalne władze (np. w Orleanie). No i przypomnijmy w tym miejscu fakt, o którym niezbyt wielu wie: w grudniu 1429 roku Joanna oficjalnie otrzymała (na piśmie) od króla Karola VII tytuł szlachecki wraz z herbem - patrz powyżej: herb i owo pismo.

Szokujące dla tych duchownych było to, że Joanna – jako kobieta – nosiła męskie krótkie tuniki, pod którymi wyraźnie było widać kształt nóg. Był to jeden z tych powodów, dla których uważali oni ją za “rozwiązłą”, pomimo faktu potwierdzenia (i to dwukrotnego) jej dziewictwa (“virgo intacta”) w wyniku bezpośredniego badania (1)

Sprawa stroju była też jedną z tych, które przesądzić miały, pod koniec maja 1431 roku, o wyroku śmierci. Zastraszona widokiem stosu 24 maja zgodziła się włozyć strój kobiecy. Po kilku dniach jednak znaleziono ją w celi przebrana z powrotem w swój strój męski (zapewne specjalnie jej w tym celu pozostawiony w celi). Był to też jeden z powodów, dla których w wyroku końcowym nazwano ją “wtórną heretyczką”.

“…uważaj co mówisz, ty, co jesteś moim sędzią…”

Tak zwróciła się do biskupa Cauchona 24 lutego 1431 roku, gdy próbował on narzucic jej przepisaną, oficjalną formę składania przysięgi przed sądem. Był to pierwszy tak wyraźny sygnał zapowiadający, że sędziom trudno będzie skłonić ją do uznania autorytetu władzy kościelnej nad nią, jeśli chodzi o sprawy uważane przez nią za będące bezposrednio wyrażoną jej wolą bożą.

Nigdy z własnej woli nie uznała niczyjego autorytetu ( w tym i papieskiego) nad własnym doświadczeniem religijnym. Nawet gdy mówiła o podporządkowaniu się papieżowi, to w sprawach wiary, a nie w sprawach poznanych własnym doświadczeniem. Jest to w pełni potwierdzone już nawet nie tylko przez poszczególne cytaty z jej zeznań w procesie, choć możnaby cytować wręcz całymi stronicami, lecz przez cały ‘tenor’ jej wypowiedzi podczas tego procesu.

Jak wyglądała hierarchia wartości autorytetu religijnego w oczach Joanny oraz wzajemne relacje między własnym doświadczeniem a autorytetem hierarchii, niechaj świadczą o tym te jej wypowiedzi, w których oba te czynniki zestawione są ze sobą bezpośrednio. Poniższe cytaty są długie, zależy nam bowiem na pokazaniu nie tylko samych wypowiedzi oskarżonej, ale również całego ich kontekstu:

31 marca 1431:

- “We wszystkim, o co jestem pytana, podporządkuję sie Kościołowi Wojującemu, (obecnie zwanemu “pielgrzymującym” – przyp MM) pod warunkiem, że nie nakazuje on niczego niemożliwego…” dodając: “… A w przypadku, gdyby Kościoł zechciał, bym uczyniła cokolwiek sprzecznego z rozkazem danym mi przez Boga, nie zgodzę się na to, cokolwiek by to było.”

“Jeśli Kościół Wojujący powie ci, że twoje objawienia są iluzjami lub rzeczami diabolicznymi, czy podporządkujesz się Kościołowi?”

- “Podporządkuję się Bogu, Ktorego Nakazy zawsze wykonuję. Wiem dobrze, że to, co jest zawarte w mojej Sprawie pochodzi z Nakazu Bożego; to, co potwierdzam w tej Sprawie to to, że postępowałam na rozkaz Boga: to niemożliwe, abym mowiła inaczej. W wypadku, gdy Kościoł nakaże inaczej, nie podporzadkuję się nikomu na świecie, a jedynie Bogu, według Nakazów Którego zawsze postepuję.”

“Czy zatem nie wierzysz, że jesteś poddaną Kościoła Bożego, który jest na ziemi, to znaczy naszego Pana, Papieża, Kardynałów, Arcybiskupów, Biskupów i innych prałatów Kościola?”

- “Tak, wierzę, że jestem im poddana; ale najpierw trzeba służyc Bogu.”

“…Zabierzcie mnie do papieża, to jemu odpowiem…”

2 maja 1431:

- “Naprawdę wierzę w Kościół na ziemi; ale w sprawie moich słów i czynów, jak juz mowiłam, polegam i podporzadkowuję się jedynie Bogu. Wierzę, ze Kościół Wojujący nie może się mylić; ale co do moich słów i czynów, powierzam je wszystkie Bogu, Który sprawił, że uczynilam to, co uczyniłam. Powierzam siebie Bogu, memu Stwórcy, Który sprawił, że uczyniłam wszystkie te rzeczy; odwołuję się zatem do Boga i do siebie samej.”

“Czy zamierzasz przez to powiedzieć, że nie masz sędziego na ziemi? Czy nasz Ojciec Święty, Papież, nie jest twoim sędzią?”

- “Nic więcej wam nie powiem. Mam dobrego Mistrza, czyli Boga; to ku niemu spoglądam we wszystkim, co czynię i ku nikomu więcej.”

“Jeśli nie wierzysz w Kościól, jeśli nie wierzysz w Artykuły Wyznania Wiary “jeden, Święty, Powszechny”, zostaniesz uznana za heretyczkę oraz, przez innych sędziów, ukarana bólami ognia.”

- “Nic więcej wam nie powiem, a jeśli zobaczę ogien, to powiem wszystko to, co wam mówię i niczego więcej” (na marginesie skryba zanotował: “superba responsio”)

“Jeśli Sobór Powszechny – to jest, gdyby tu byli nasz Ojciec Święty, Papież, Kardynalowie, Biskupi i inni, to czy nie odwołałabyś się i nie podporządkowała takiemu Świętemu Soborowi?”

- “Nic więcej ze mnie na ten temat nie wyciągniecie.”

“Czy podporządkujesz się naszemu Ojcu Świętemu, Papieżowi?”

- “Zabierzcie mnie do niego, to jemu odpowiem”.

Otóz właśnie to: “…to jemu odpowiem” (JAK??!!).

Sądzę, że powyższe, pełne wypowiedzi WRAZ z ich kontekstem mówią wszystko. Teza, że Joanna była ortodoksyjna wedle wszelkich reguł kościelnych, jest po prostu nie do obrony. Można ją jedynie próbować wmawiać tym, którzy nigdy porządnie nie przestudiowali akt procesu.

Pomimo jednak takich wypowiedzi nie należy wnioskować, że Joanna była typem “antyklerykała”. Wniosek taki nasuwać się może tutaj co prawda, zwłaszcza jesli komentarz pisany jest rękę „heretyka” nie ukrywającego swego wstrętu do niektórych aspektów funkcjonowania hierarchii kościelnej. W tym jednak wypadku wniosek byłby całkowicie mylny: Joanna nigdy nie próbowała świadomie podważać pozycji ani roli duchowieństwa w kościele czy też w ówczesnym układzie sił społecznych. Traktowała je jak najbardziej poważnie uważając, że reprezentuje ono Boga na ziemi. Jak słusznie zwracają uwagę rozmaici integryści, nie jest znany ani jeden przypadek jej buntu choćby przeciwko faktowi chciwości materialnej hierarchów, ich zamiłowania do wystawnych strojów, bogacenia się kosztem słabszych finansowo ko-religionistów itd. Najwidoczniej sprawy te nie odgrywały dla niej pierwszorzędnej roli. Nie była też typem “rewolucjonistki” łamiącej bariery klasowe, chociaż niewątpliwie prawdą jest, że przynajmniej początkowo, to ona miała w sobie więcej optymizmu i animuszu niż krol. To ona doprowadziła do jego koronacji, niemalże “za rękę” prowadząc go aż do Reims.

Gdy była mowa – po raz kolejny – o owym podporządkowaniu się autorytetowi kościoła, pokazać się miało, jakie były motywy Joanny (jak również charakter całego procesu). Jak zeznał po latach brat Isambard de la Pierre z inkwizycji:

“Interweniowałem, by poradzić jej podporządkowanie się Soborowi Powszechnemu w Bazylei, który wówczas obradował. Joanna spytała mnie co to jest “Sobór Powszechny”. Odpowiedziałem, że to kongregacja Kościoła Powszechnego i że na tym soborze prałatów i doktorów Chrześcijaństwa było tylu członków z jej stronnictwa co i ze stronnictwa Anglików. Usłyszawszy to, Joanna zaczęła mówić: “Och, ponieważ tam są tacy, co są od nas, to chcę się tam udać i podporzadkować Soborowi w Bazylei”. Natychmiast, upominając mnie z wielką złością i oburzeniem, biskup  Beauvais wykrzyknał: “Badź cicho, u diabla!” (“de par le diable!”).  Wtedy notariusz, Guillaume Manchon, spytał czy może zanotować podporządkowanie się Joanny Soborowi. Biskup odpowiedział mu, że nie, nie jest to konieczne i że ma uważać, by tego nie zapisywać. Na co Joanna zwróciła się do biskupa: “Ha! Ty piszesz to, co jest przeciw mnie, a nie piszesz tego, co na moją korzyść”. Jak sadzę, istotnie deklaracja Joanny nie została zapisana i było wielkie szemranie pośrod obecnych.”

A zatem Joanna chciała się podporządkowac soborowi, ale tylko dlatego, że tam byli reprezentowani jej zwolennicy.

W związku ze skazaniem Joanny niejednokrotnie (zresztą słusznie) stawia się zarzuty królowi Karolowi VII (który zawdzięczał jej koronę), że nie uczynił on prawie nic, by np. wykupić Joannę z rąk angielskich, że kontrastowała taka postawa z postawą  Anglików, nie żałujących pieniędzy Burgundczykom (którzy wzięli Joanne do niewoli), by dostać ją wreszcie w swoje ręce. To w zasadzie prawda, choć odnotowano, że Karol jednak – wg. niektórych świadectw – próbował nieśmiało negocjować z Burgundczykami. Prawdą jest jednak równocześnie, że ze strony papieża uczyniono jeszcze mniej: nie ma mowy nawet o “nieśmiałych” próbach negocjacji czy bodaj mediacji, choć przecież papież był wówczas w stanie uczynić więcej niż Karol VII. Nie był bowiem wrogiem Anglii i jego sugestie mogły w tym kraju paść na podatniejszy grunt. Karol przynajmniej zainicjował rehabilitację pośmiertną Joanny (nie bez względu na swój własny interes polityczny), papież nie uczynił nawet tego. On jedynie wyraził zgodę na proces rehabilitacyjny, gdy był on już dla Rzymu politycznie obojętny. Cokolwiek by nie powiedzieć jednak o intencjach Karola VII oraz papieży Marcina V, Eugeniusza VI czy Kaliksta III, wydaje się mimo wszystko mało uczciwym zrzucanie całej winy na króla Francji za bezczynność przy jednoczesnym oszczędzaniu głow Kościoła, a nawet chwaleniu ich za… postępowanie w podobny sposób.

“…to ja byłam tym Aniołem…”

Wyobraźnia! Ileż już napisano na jej temat! Czytamy o bujnej wyobraźni, o braku wyobraźni, nawet o chorej wyobraźni. Czytamy o genialnej wyobraźni oraz o takiej, która w opinii wielu staje się niemal widzeniem lub proroctwem. Rzadziej jednak czytamy o wymuszonej wyobraźni, choc zdarza się ona stosunkowo często. Czym się taka wyobraźnia charakteryzuje? Jak łatwo się domyślić, chodzi o tworzenie fikcji pod presją, w okolicznościach, w których trudno mówić o pewnych rzeczach wprost. Trochę przypomina to nieraz pospieszne wymyślanie historyjek mających na celu usprawiedliwienie samego siebie w obliczu spodziewanej groźby. Każdy z nas jest w stanie sięgnąć pamięcią do owych – często niewinnych i może dziś już śmieszących nieco z perspektywy czasu sytuacji, gdy trzeba bylo ratować się z opałów opowiedzeniem czegoś, czego początkowo wcale nie planowano mówić. Wyobraźmy sobie sytuację podobną w swym charakterze, spotęgowaną jednak wagą spraw państwowych i rozpatrywaną z całą powagą, na jaką zdobyć się potrafił eklezjalny sąd inkwizycyjny.

Jednym z ciekawszych wątków procesu Joanny d’Arc była sprawa t.zw. “znaku”, jaki Jehanne miała dać – z pomocą Boską – królowi (a właściwie – wówczas jeszcze – “delfinowi”) Karolowi VII francuskiemu, znaku mającego potwierdzić jej boskie posłannictwo. Ale zacznijmy po kolei:

Pierwsze spotkanie Joanny z Karolem miało miejsce późnym popołudniem 6 marca 1429 roku na zamku w Chinon (na zdjęciu: fragment ruin zamku z widocznym kominkiem w pomieszczeniu, w którym miało miejsce owo spotkanie). Co prawda początkowo odbywało się ono w obecności licznie zgromadzonych arystokratów i owego niezbyt okazałego ‘dworu’ (według Joanny “około 300 osob”) tego zbiedniałego i raczej pesymistycznego, chuderlawego, wątłego monarchy o krzywych nogach, których kolana niemal obijały się o siebie przy chodzeniu. Jednak nieco później tych dwoje miało okazję rozmawiać przez chwilę na osobności. Już wówczas krążyć zaczęły historie na temat tego, co zostało wypowiedziane między nimi. Jednakże chodziło właśnie o to, co ona jemu miała do powiedzenia, a co wielu autorów uważa za słowa otuchy polegające na zapewnieniu Karola, ze jest on prawowitym synem krola Francji (wysiłki były bowiem czynione – również ze strony matki Karola, Izabeli Bawarskiej – by tę prawowitość zanegować). Nie było jednak mowy o dawaniu żadnych widocznych znaków. Sama Joanna miała zresztą dość jednoznaczną opinią na temat “dawania znaków” przez siebie innym ludziom (tak jak – czasami – Chrystus – p. Mt 12;39). Gdy – krótko później – na polecenie Karola VII, była egzaminowana w Poitiers przez przedstawicieli duchowieństwa pod kątem jej kontaktów mistycznych i zażądano od niej dania jakiegoś ‘znaku’ w celu przekonania zebranych eklezjastów o autentyczności jej posłannictwa, odpowiedziala: “W imię Boga (‘En nom Dieu’), nie przybyłam do Poitiers, by dawać znaki. Ale zaprowadźcie mnie do Orleanu, a ja wam pokażę znak, dla którego przybyłam “. Pod pojęciem znaku w Orleanie miała na myśli walkę zbrojna o przełamanie jego oblężenia przez Anglików (“…żołnierze będą walczyli, a Bóg im da zwycięstwo”).

Później jednak plotki rozrosły się do sensacji o “znaku” otrzymanym przez Karola od dziewicy inspirowanej przez Boga.

W 1431 roku jej sędziowie w Rouen powrócili do tego tematu. Już 22 lutego zapytali: “Czy widziałaś Anioła ponad Królem?”. Wtedy jeszcze odparła wymijająco, że zanim król powierzył jej misję, sam “…miał wiele widzeń i pięknych objawień”. Uchyliła się jednak od opisania tychże. 27 lutego została ona zapytana przez nich ponownie “Czy ponad głową twego króla był anioł, gdy spotkałaś się z nim po raz pierwszy?”. Joannę jakby kto obuchem uderzył. Zaraz się żachnęła: “Na Panią Naszą! Jesli był, to nic o tym nie wiem; nie widziałam go.” Były to pierwsze wzmianki o aniele towarzyszącym Joannie i Karolowi podczas ich rozmowy w Chinon.

1 marca wypytując ją o jej ‘widzenia’, pełne świętych w koronach, zapytali ją nagle: “Gdy pokazałaś swój znak królowi, byłaś z nim sama?”.

-   “Nie przypominam sobie nikogo więcej, choć w pobliżu było wielu ludzi”

“Gdy pokazałaś znak królowi, widziałaś koronę na jego głowie?”

Była to pierwsza wzmianka dotyczaca korony. Odpowiedziała im, że myśli, że “…mój król przyjął z radością koronę, która miał w Reims (czyli cztery i pół miesiąca później, 17 lipca 1429, podczas koronacji – przyp. MM), ale inna, znacznie bogatsza, była mu dana później”. Zapytana, czy widziała tę inna, bogatsza koronę, odparła, że jedynie słyszała, że jest ona bogata i “cenna do pewnego stopnia”. Widzimy zatem, że w tym momencie nie uchylała się ona już od wersji, według której “dała znak” Karolowi. W dalszym jednak ciągu trzymała się wersji, że żadnej cudownej korony nie widziała. Widziała jedynie tę, którą włożono krolowi na głowę podczas koronacji w Reims. Z całą pewnością widziała ją doskonale, tak jak sam król, gdyż stała tuż przy nim ze swoim sztandarem, jako jedyna osoba dopuszczona tak blisko podczas ceremonii.

10 marca Jehanne zupełnie zmieniła swą wersję: teraz już znak, dany przez nią królowi “był piękny, godny i najbardziej wiarygodny; najlepszy i najbogatszy na świecie”. Stwierdzila także, że on “trwac będzie tysiąc lat i więcej. Moj znak jest w skarbcu króla”. Proszę tez zwrócić uwagę na poniższy opis z jej zeznania:

-  “…Dziękowalam Panu Naszemu za wybawienie mnie z kłopotu, jaki miałam z duchownymi z naszego stronnictwa, którzy argumentowali przeciwko mnie; i uklękłam kilka razy. Anioł od Boga i od nikogo innego, posłał znak memu królowi; i za to wiele razy dziękowałam Panu Naszemu. Księża z naszego stronnictwa przestali mnie atakować, gdy poznali ten znak”

“Zatem duchowieństwo z twego stronnictwa widziało ten znak?”

-  “Gdy moj król i ci, co byli z nim, zobaczyli znak oraz Anioła, który go przyniosł, spytałam mego krola, czy był przekonany. Powiedział, że tak. Potem odeszłam i poszłam do małej kaplicy w pobliżu. Słyszałam od tamtej chwili, że po moim wyjsciu ponad trzysta osób widziało znak. Z miłości do mnie oraz by mnie nie wypytywano, Bóg pozwolił pewnym ludziom z mego stronnictwa zobaczyć znak na jawie.”

“Czy twój król oraz ty, oddaliście cześć Aniołowoi, który przyniosł znak?”

“Tak; pozdrowiłam go, uklękłam i zdjęłam czapkę.”

Rzecz jasna, ze strony ani króla ani kogokolwiek obecnego wówczas w Chinon (również z owych “ponad trzystu osób”) nigdy, nawet podczas procesu rehabilitacyjnego Joanny, nie pojawiło się żadne potwierdzenie powyższej historii. Joanna poszła “na całego” w wymyślaniu i ubarwianiu tej wersji przed sądem inkwizycyjnym. 13 marca w historii tej pojawiły się jednak prawdziwe elementy, które mogą pomóc w zidentyfikowaniu jej jako swego rodzaju alegorii:

“Znakiem było to, że Anioł zapewnił mego króla, przynosząc mu koronę, że będzie on miał całe krolestwo Francji z pomocą Boską i poprzez mój wysiłek; że miał zacząć pozwolić mi działać – czyli dać mi zbrojnych mężów; i że w przeciwnym wypadku nie zostanie tak prędko koronowany i konsekrowany.”

Opis zaś owego znaku – owa fantazja – jest pomieszany gęsto z opisem koronacji w Reims:

“W jaki sposób Anioł niósł koronę? I czy osobiście włożył ją na głowę króla?”

-  “Korona była dana Arcybiskupowi – to jest Arcybiskupowi Reims (abp Regnault de Chartres – przyp. MM) jak mi się zdaje, w obecności króla. Arcybiskup otrzymał ją i dał ją królowi. Byłam przy tym obecna. Potem koronę umieszczono wsród skarbow krola”.

Mamy tu zatem do czynienia z alegorią (tak jak w innej literaturze z chodzeniem po wodzie czy fizycznym zmartwychwstaniem), choć wypada przyznać, że opowiedziana ona została w formie mogacej istotnie sprawić na sędziach wrażenie krzywoprzysięstwa.

Natomiast przedmiotem kontrowersji jest coś innego. Gdy wydano na Joannę ostateczny wyrok (29 maja 1431) i poinformowano ją o tym następnego ranka (30 maja) oraz o tym, że za chwilę zostanie zabrana na egzekucję, Joanna wyznać miała, że jej głosy ją “oszukały” (spodziewała się bowiem uwolnienia) oraz to, że w spotkaniu z królem Karolem to ona sama była tym aniołem, który objawił mu boski znak. Reakcja Joanny była zatem analogiczna do jej wyrzeczenia z 24 maja oraz do jej (wyrażonej dopiero wówczas!!!) gotowości podporządkowania się papieżowi (2) . Osobiście nie biorę jej tych chwil słabości za złe. Skoro Chrystusowi wolno było narzekać, że “Bóg go opuścił” (Mt 27;46, Mk 15;34), to cóż złego, jeśli Joanna d’Arc uległa podobnemu wrażeniu? Na dodatek określenie, że ona sama “była tym Aniołem”, który przyniósł jej królowi koronę, uważam za jedną z najlepszych i najpiękniejszych wypowiedzi jej przypisanych, bardzo zgrabnie podsumowującą rolę, jaką odegrała w tym wydarzeniu; rolę, którą król Karol VII osobiście podkreślił, gdy podczas jego koronacji stała tuż za nim ze swym sztandarem, który jako jedyny wniesiony wtedy został do katedry w Reims.

Przedmiotem kontrowersji jest to, że owe wyznania, w formie zeznań siedmiu duchownych rozmawiajacych z nia tego dnia w miejscu jej uwięzienia, spisane i zaprzysiężone, nie stanowią integralnej części dokumentów procesu w Rouen, zostały zaś do owych dokumentów dołączone 7 czerwca 1431 roku, zatem osiem dni po egzekucji Joanny. Trzech notariuszy procesu odmówiło również podpisania tego dokumentu, najprawdopodobniej zresztą dlatego, że nie byli oni obecni tego dnia w celi Joanny i nie byli w związku z tym świadkami odbytej tam rozmowy. Fakty te skłaniały – i w dalszym ciągu skłaniaja – wielu autorów do wyrażania opinii, że dokument ten jest fabrykacją biskupa Cauchona i że z prawdą nie ma on absolutnie niczego wspólnego (zachęcam do zapoznania się z takimi argumentami  http://www.stjoan-center.com/novelapp/joaap02.html ). Osobiście skłaniam się ku wnioskowi przeciwnemu, choć zdaję sobie również sprawę, że kwestia autentyczności tego zapisu w niczym nie zmienia znaczenia zeznan złożonych wcześniej przez Joannę w tej kwestii, a jak sami widzieliśmy, owe zeznania w swej końcowej części jak najbardziej potwierdzają tezę o niej jak o owym “aniele”.

Zwraca też uwagę fakt, że nawet po 25 latach po egzekucji Joanny jej niegdysiejsi sędziowie wciąż nie do końca potrafili wycofać się ze swych pierwotnych opinii na jej temat. Na przykład Jean Beaupere, teolog i kanonik z Rouen, już w pierwszym zdaniu swego zeznania podczas pierwszego dochodzenia w sprawie “rehabilitacji” Joanny stwierdził, że:

“Co do wizji wspomnianych podczas Procesu wspomnianej Joanny, reprezentowałem i wciąż reprezentuję poglad, że wynikały one bardziej z przyczyn naturalnych i ludzkiej intencji niż z czegokolwiek ponadnaturalnego.”

“Joanno, idź w pokoju…”

Krótko przed wyrokiem wygłoszone zostało kazanie, ktorego motywem przewodnim był cytat z Nowego Testamentu, a mianowicie z 1 Kor. 12;26 (“Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki…”)

Joanna słuchała kazania w spokoju, nie probując przerywać (na zdjęciu: model sceny egzekucji). Po kazaniu ks. Midiego Cauchon wezwał ją, by pomyślała o zbawieniu swej duszy. Towarzyszyli jej w tym momencie dwaj dominikanie (Ladvenu i de la Pierre). Nastepnie odczytano wyrok, którego fragmenty zacytowano na wstępie. Gdy odczytany został wyrok, Midi zwrócił się do Joanny mówiąc “Joanno, idź w pokoju. Kościół nie może cię juz dłużej chronić i przekazuje cię ramieniu świeckiemu”. W tym momencie Joanna, ubrana w czarną szatę i z chustą na ogolonej głowie została dodatkowo ‘ukoronowana’ mitrą z napisem “heretyczka, wtórna heretyczka, apostatka, bałwochwalczyni” por. Mt 27;29). Ukląkłszy, zaczęła prosic wszystkich o modlitwe za nia oraz o przebaczenie. Mówiła – jak relacjonuje świadek, ks. Jean Massieu – około pół godziny.  Wielu spośród paru tysięcy ludzi tam obecnych było głeboko poruszonych, natomiast otaczajacy gęsto Joannę zołnierze angielscy kwitowali jej słowa gromkim śmiechem.  Ks. Loyseleur, który odegrał wyjątkowo paskudna rolę w jej procesie (przebywał z nią przez pewien czas w jej celi udając stronnika Karola VII i słuchając jej spowiedzi, a nastepnie donosił sędziom), nie wytrzymał i z płaczem odszedł (por. Mt 27;3-4). Musiał udać się do lorda Warwicka szukając ochrony, gdyż niektórzy żołnierze wygrażali mu jako zdrajcy. Wkrótce ratował się ucieczką z miasta. Odszedł również Guillaume Manchon, jeden z notariuszy sporządzających protokoły procesu. Nie został odczytany jednak – wbrew istniejącej procedurze – żaden wyrok władzy świeckiej. Joannę odprowadzono jedynie do miejsca, w którym zasiadł urzędnik sądowy miasta Rouen. Wykonał on gest ręką, mówiąc “bierzcie ją, bierzcie ją!”. Natychmiast została zawleczona przez żołnierzy na rusztowanie stosu.

Do pala, do którego została przykuta, przybita była tablica z napisem zawierającym wszystko to, o co ją publicznie oskarżano:

“Joanna, która zwała siebie Dziewicą, kłamczyni, zgubnie oszukująca lud, czarownica, przesądna, bluźnierczyni przeciw Bogu, zniesławiająca wiarę Jezusa Chrystusa, samochwalcza, bałwochwalcza, okrutna, rozwiązła, przywołująca demony, apostatka, schizmatyczka i heretyczka”.

Istotnie, trudno chyba było w jednym zdaniu pomieścić więcej epitetów. Tak nawiasem, umieszczanie tablic z napisami w miejscach kaźni rozmaitych heretyków było zwyczajem, który trwał całe stulecia – por: Mt 27;37 , Mk 15;26, Lk 23;38 i Jn 19;19).

Joanna przywoływać teraz zaczęła owych świętych, którzy byli dla niej inspiracją, szczególnie św. Michała Archanioła.

Gdy jeszcze jej ręce nie były skrępowane, poprosiła o krzyż i jeden z angielskich żołnierzy naprędce wykonał dla niej krzyżyk z dwóch patyków. By go nie zgubić, włożyła go za pas, pod swoją czarną szatę. Chciała jednak, by przyniesiono jej krucyfiks i trzymano go tak, by mogła go widzieć. Massieu posłał więc Isambarda de la Pierre po taki krucyfiks do pobliskiego kościoła Saint Sauveur, sam zaś wspiął się na rusztowanie ze słowami pociechy dla skazanej.

Żołnierze zaczęli w międzyczasie okazywać zniecierpliwienie przedłużającą się procedurą. “Cóż to, księże,” - zawołał jeden z nich - “chcesz nas tu trzymać do obiadu?”

Krótko przed dwunastą w południe zapłonął więc jeden z najsłynniejszych stosów w historii. Poczucie wazności własnej misji zdawało się nie opuszczać Joanny nawet wówczas: gdy płomienie wznosiły się coraz wyżej, jeden ze świadków usłyszał jej wołanie “Ach, Rouen! boję się wielce, że cierpieć będziesz za moja śmierć!” (“Ah, Rouen! j’ay grant paour que tu ayes à souffrir de ma mort’”). Ostatnim jej słowem słyszanym przez świadkow, było głośno powtarzane “Jhesus! Jhesus!”

Zmarła od wysokiej temperatury na szczycie rusztowania zanim jeszcze dosięgły jej płomienie. Dopiero po pewnej chwili od ognia zajęło się jej odzienie. Gdy spłoneło, katom nakazano przygaszenie ognia tak, by pokazać tłumowi jej nagie ciało i  zademonstrować (oraz sprawdzić), że rzeczywiście nie żyje (por. Jn 19;34). Krążyły bowiem pogłoski, że może ona nawet w ostatniej chwili uciec (była wszak “czarownicą”…). Dopiero po chwili rozpalono ogień na nowo.

Spór o Joannę

To, że nie chciała umierać, potwierdza jedynie jej wolę życia, brak u niej jakichkolwiek skłonności do męczeństwa, samobojstwa czy masochizmu, co w gruncie rzeczy czyni jej śmierć prawdziwa “pasją”, śmiercią osoby o jak najbardziej zdrowych ludzkich reakcjach i zdrowym umyśle. Była osobą, której męczeństwo narzucono, a nie osobą, ktora w chorym widzie chciałaby być męczona. Zgadzam się tu całkowicie z angielskim autorem Edwardem Lucie-Smithem, który stwierdził, że “Joanna nie miała w sobie nic z owego masochizmu, ktory często znamionował temperament męczenników” (“Joan of Arc”, 1976). To wyraźna zaleta, nie ujma. Jest to w jaskrawej opozycji do męczeństwa niektórych wczesnych chrześcijan, ktorzy wręcz łakneli śmierci za swe przekonania, bo uważali ją za swój święty obowiązek, jak św. Ignacy z Antiochii, który w drodze na spodziewaną egzekucję w Rzymie (ok. 110 r.n.e.) pisał w swym liście do Rzymian, by za żadna cenę nie próbowali go ratować, bo on chce stać się “ciałem Chrystusa” mielonym zębami lwów, lub też jak pewna grupa chrześcijan z rzymskiej prowincji “Azja” (dzisiejsza Turcja), którzy stawili się u tamtejszego prokuratora żądając, by ich kazał uśmiercić za wiarę. Mądry Rzymianin mógł jedynie odpowiedzieć im, ze tego nie zamierza uczynić, jeśli jednak chcą umrzeć, to proszę bardzo, istnieją skały, klify i powrozy, niechaj sami się obsłużą. Brak wiadomosci, czy istotnie to zrobili, wypada zatem mieć nadzieję, że lekka kpina rzymska znalazła drogę do ich umysłów i skutecznie przywołała ich do porządku.

Opór Joanny przed śmiercią połączony z jej niewatpliwą i niepodważaną przez nikogo odwagą nadaje jej “pasji” dodatkowego wyrazu autentyzmu, bez konieczności tworzenia sztucznych mitologii i legend, tak bujnie kwitnących tam, gdzie brak szczegołowych zapisów potwierdzających bieg wypadków. Tak, to prawda, o Joannie też mitologizowano na potęgę, ale przynajmniej w jej wypadku stosunkowo łatwo oddzielić prawdę od fikcji.

Choć jednak Joanna nie pragnęła męczeństwa, nie zmienia to faktu, ze męczennicą się istotnie stała. I to jak najbardziej męczennicą za wiarę. Nie męczennicą za tę oficjalną wiarę Kościoła, za takową Kosciół nie mógł jej uznać, bowiem ani francuscy duchowni, którzy ją skazali ani ich angielscy mocodawcy nie byli wrogami Kościoła Katolickiego i nie zajmowali się jego prześladowaniem. Stąd tez oficjalnie Joanna została kanonizowana (aż 489 lat później!) nie jako “święta męczennica“, lecz jako “święta dziewica“. Jednak bez swej śmierci oraz jej okoliczności wątpliwe jest, czy kiedykolwiek zdecydowanoby się ją w ogóle kanonizować.  Tymczasem pomimo ewidentnych podtekstów politycznych procesu oraz pomimo angielskiej zapowiedzi, że jeśli inkwizycja jej nie skaże, to oni, Anglicy, sami wytoczą jej proces, pozostaje poza wszelkimi watpliwościami, że przyczyną jej egzekucji była jej wiara, lub też – by wyrazić to jaśniej – rodzaj tej wiary.  Z całą pewnością nie została stracona, bo była kobietą. Nawet nie za to, że prowadziła wojsko, w końcu wielu to czyniło. Nie zemszczono się na niej jako na osobie ze stanu włościańskiego. W końcu wielu zbrojnych – i to wysokich rangą – miało podobne ‘korzenie’, lecz zostali szlachcicami. Przypomnijmy raz jeszcze to, co wspomnieliśmy powyżej: w chwili swego procesu Joanna już od półtora roku oficjalnie nie zaliczała się do stanu włościańskiego. Nie zabito Joanny dlatego, że wygrywała bitwy. W końcu zdarzało się jej również przegrywać, jak podczas próby zdobycia Paryża czy pod La Charite. Wielu też dowódców – i to również znakomitych – dostawało się do niewoli i nie kończyło na stosach. Ale patrzmy na nią: ona ścięła włosy jak mężczyzna, ubierała się po męsku, chodząc w ubiorach pokazujących kształt jej nóg i na dodatek śmiała “bezczelnie” twierdzić, że na wojnę posłał ją Pan Bóg osobiście, posługując się jako swymi kurierami dwiema świętymi i jednym archaniołem! Jak gdyby jeszcze tego nie było dość, potrafiła wygrywać! Mało tego: doprowadziła do koronacji swego króla i spowodowała, że stronnictwo tego króla ożywiło się w wojnie i przejęło inicjatywę! Tego już było zdecydowanie za wiele dla zwolenników ‘ideologicznego’ status quo !

Taka osoba mogła – biorąc pod uwagę mentalność średniowieczną – być tylko inspirowana. Inspirowana albo przez Boga, albo przez diabła. Zakładając nawet, że Anglicy chcieli się jej pozbyć za wszelką cenę – nie musieli tego czynić za pomocą ‘kanału’ inkwizycji. Zabójstwa wybitnych jednostek przecież się zdarzały i bez takich ceregieli i to również w Anglii: sam ówczesny król Anglii, Henryk VI, zakończył później życie jako ofiara mordu. Ale sposób, w jaki prezentowała się publicznie Joanna, czynił pokusę posłużenia się inkwizycją tym wiekszą, im bardziej różniła się od ustalonego wzorca ‘normy’ i im bardziej przypisywano jej świętość już za życia oraz tym bardziej im bardziej takiego procesu domagali się eklezjaści (pamiętajmy: to duchowni oraz teologowie jako pierwsi wystąpili z inicjatywą procesu Joanny d’Arc, nie świeccy politycy!). Niechaj nie myli nas fakt, że sędziowie Joanny opłaceni zostali z kiesy króla angielskiego. Jesli się uważnie przeczyta zapis wypowiedzi Joanny w procesie, nasunie się wniosek, że nawet gdyby był to proces uczciwszy niż był w rzeczywistości, to i tak mogłaby ona zostać skazana przez swych sędziów, choć może niekoniecznie na karę śmierci.

Niejednokrotnie spotkać się można z opinia, że Joanna d’Arc była “pierwszą protestantką”. W taki sposób przyznawano jej “pierwszeństwo” zresztą w szeregu kwestii, np. nazywając ja “pierwszą nacjonalistka” (co w takim razie należałoby powiedzieć np. starożytnych Rzymianach, Grekach czy Żydach?), “pierwszą feministką” (to co by powiedziec o Kleopatrze?) i tak dalej. Co zaś do “protestantyzmu”, to ktoś kiedyś wyrazić się miał w USA, że była ona “baptystką” (ktoś inny to wyśmiał, sugerując sarkastycznie, że była zapewne Południową Baptystką). Oczywiście piszący odnotowuje wszelkie powyższe sugestie z niekłamaną satysfakcją, jako że są one wyrazem oczywistej fascynacji tą francuską świętą i bohaterką. Dziś wielu zgłasza ‘pretensje’ do niej, uważając ja za swoją: kościoły (na zdjęciu: św. Teresa z Lisieux przebrana za Joannę d’Arc) , grupy społeczne i polityczne (we Francji od prawicy – jak Front Narodowy, mający ją za swój symbol – do lewicy, włącznie z partią komunistyczną), feministki itd. Nie zawsze jednak tak było. Kościół Katolicki, do którego należała (innego wówczas zreszta nie było), “czekał” z jej kanonizacją prawie pięć wieków (choć bardziej wątpliwych “bohaterów” – jak np. Domingo Guzmana, zwanego “swiętym Dominikiem” – potrafił zaliczyć w poczet świętych w sposób nazywany przez Niemców “Blitzschnell“), protestanci nie zawsze uważali ją za “pierwszą protestantkę”, a ludzie Oświecenia niejednokrotnie kpili z jej prostej wiary i mistycyzmu, np. Voltaire nie zostawiał na niej przysłowiowej “suchej nitki”.

Jeśli Joanna d’Arc miałaby zostać uznana za protestantkę, to nie w sensie posiadania pogladów odpowiadajacych doktrynie jakiejkolwiek konkretnej denominacji. Chodziło tu o to, że postawiła własne doświadczenie religijne wyżej niz autorytet Kościoła, łącznie z papieskim. Uważna lektura protokołów zarowno procesu skazujacego jak i późniejszego o 25 lat procesu rehabilitacyjnego pokazuje niedwuznacznie, że chociaż nie ma najmniejszych watpliwości co do jej ewidentnie katolickich wierzeń, nie mieściła się ona całkowicie w ramach ustalonego modelu prawowierności.  Skazano ją w końcu nie na podstawie zeznań jakichkolwiek świadków, lecz na podstawie tego co i jak sam mówiła.

Jesli świadectwem “protestantyzmu” Joanny miała być jej ‘niezależność’ od autorytetu Kościoła Katolickiego, to równie dobrze możnaby ją np. zaliczyć do katarów lub gnostyków. Tymczasem nie w tym rzecz. Zasmucające jest natomiast, że ze strony katolickich apologetów stwierdzenia o “protestantyzmie” tej świętej doczekało się (zbyt często) równie ‘rzetelnych’ komentarzy o jej całkowitej ‘prawowierności’ i bezwarunkowym podporządkowaniu się autorytetowi Kościoła. Przykładem niechaj będzie bardzo emocjonalny artykuł Virginii Frohlick p.t. “Saint Joan of Arc – The First Protestant?” (http://www.stjoan-center.com/topics/Wycliff.html ). Pomińmy tu już ewidentny błąd autorki, spłycający protestantyzm niemal wyłącznie do kwestii buntu wobec hierarchii katolickiej. Autorka stwierdza np., ze Joanna “w pełni zdawała sobie sprawę, że duchowni zebrani w celu sądzenia jej nie reprezentowali Kościoła Rzymsko-Katolickiego, lecz de facto służyli interesom króla Anglii. Wiedziała, że nie będzie mieć uczciwego procesu z ich strony, toteż odmówiła podporządkowania się ich autorytetowi”.

W powyższym prawdą jest jedynie, że oskarżona wiedziała, że sędziowie służą Anglikom i że niczego dobrego nie może się po nich spodziewać. Co do reprezentatywności owych sędziów jako przedstawicieli Kościoła, sprawa jest już mniej jasna. To bowiem, że duchowni służyli krolowi Anglii, nie czynilo ich niegodnymi reprezentowania Kościoła. Tacy duchowni jak arcybiskup Regnault de Chartres, który koronował Karola VII (tak nawiasem: ten arcybiskup również zwrócił się przeciwko niej) czy też duchowni, którzy “badali” Joannę w Poitiers służyli interesom krola Francji i z tego powodu nikt nie podważa ich świadectwa jako niereprezentatywnego dla Kościoła, choć było ono sprzeczne z orzeczeniami duchownych francuskich z “obozu” angielskiego.

“Redemptionis Sacramentum”

Jednym z niewymienionych tu jeszcze hierarchów, niejako patronującym procesowi w Rouen, był Henry Beaufort, biskup Winchester, będący również kardynałem. W kaplicy, w której znajduje się jego sarkofag w katedrze w Winchester (Hampshire, Anglia), naprzeciwko tego sarkofagu umieszczono później, już po kanonizacji Joanny d’Arc (a konkretnie w 1923 roku) jej posąg. Stoi on wyżej niż sarkofag. Joanna “spogląda” więc, ze swym mieczem w dłoni, na kardynała z góry. Cała kompozycja zdaje się sugerować pytanie: “No, i kto w końcu tak naprawdę wygrał?” W Anglii, w której o Joannie za jej życia nie mówiono inaczej niż jako o wiedźmie, do XIX wieku stosunek do niej zmienił się zupełnie. A w nowszych czasach angielscy autorzy zaczęli pisywać najlepsze biografie Joanny, lepsze nawet niż Francuzi.

“Re ligare” to tyle, co “ponownie połączyć”, w tym wypadku ludzi ze światem ducha (stąd: “religia”). Jakby nie interpretować Joanny d’Arc, jedno jest pewne: że w jej wypadku owo “ponowne połączenie” istotnie nastąpiło. Joanna wierzyła – w SIEBIE, poza tym, że wierzyła jeszcze w coś innego; lub też jaśniej: uwierzyła w siebie za pomocą wierzenia w coś innego. Czy to świadomie, czy podświadomie, czy też zupełnie przypadkowo, była w stanie wykorzystać swoj potencjał intelektualny i zainspirować jeszcze wielu innych ludzi. Nie wiemy dokładnie jak takie wewnętrzne inspiracje nastepują w człowieku, są to dla nas tajemnice (“sacramenta”; “mysteria”). Można przystępować do tego, co oficjalnie nazywamy sakramentami nie wiadomo ile razy, ale najważniejszy jest ich rezultat. Jesli jest on pozytywny, to znaczy jeżeli istotnie “rodzimy się ponownie”, to w ten sposób na nowo ustanawiamy sakrament. Ustanawiamy go nawet wtedy, jeśli do żadnego formalnego sakramentu nie przystępujemy.

Sama Joanna, która przyjmowała Komunie Święta wyjątkowo regularnie, uwierzyła w siebie przeciez nie dlatego, że do tego sakramentu przystępowała. To jej własne doświadczenie (jakiegokolwiek rodzaju by ono nie było, a niektórzy autorzy mają interesujące poglądy na jego temat) spowodowało owo “narodzenie się” tej Joanny d’Arc, którą zna, którą interpretuje i o którą spiera się historia (w samej tylko Francji przed rokiem jej kanonizacji ukazało się co najmniej 12 tysięcy publikacji na jej temat). A ponieważ zapisała się w tej historii na trwałe, a egzekucja jeszcze jej w tym dopomogła, tak więc w tym sensie ona również “zwyciężyła śmierć”.

“Jedno życie jest wszystkim, co posiadamy i żyjemy nim tak jak w nie wierzymy. Lecz poświęcać to czym się jest i żyć bez wiary jest losem gorszym niż umieranie”
(Jeanne d’Arc)

Post Scriptum

Pierre Cauchon, biskup Beauvais, były rektor Uniwersytetu Paryskiego, przewodniczący trybunału w Rouen. W czasie, gdy trwał proces, liczył sobie około 60 lat. Miał nadzieję zostać arcybiskupem Rouen i uzyskał nawet poparcie angielskiego regenta, księcia Bedforda, jednakze kler w Rouen był temu przeciwny, skutkiem czego Cauchon zadowolić się musiał biskupstwem Lisieux. Był jednakże postacią szanowaną przez Anglikow, w których imieniu podejmowal rozmaite specjalne misje. Był tez Wielkim Strażnikiem Pieczęci pod nieobecność kanclerza. Zmarł nagle na atak serca 18 grudnia 1442 roku podczas golenia, w wieku 71 lat.
Gdy w latach rehabilitacji Joanny przybrała na sile fala nienawiści wobec jego osoby, jego zwłoki zostały wywleczone z sarkofagu przez rozwścieczony tłum, porzucone w rynsztoku i profanowane załatwianiem na nie potrzeb naturalnnych… Nie kończyły się żarty na temat nazwiska “Cauchon”, które wymawia się podobnie do słowa “cochon” oznaczającego we francuskim tyle, co “świnia”.

Regnault de Chartres, arcybiskup Reims, prymas Francji (1380 – 1444), zrobił szybką karierę zarówno w kościele jak i w dyplomacji. Został arcybiskupem Reims w wieku 34 lat (1414), dziesięć lat później Karol VII mianował go kanclerzem Francji. Był głównym architektem dyplomacji Karola VII, dla którego usiłował podminować (początkowo nieskutecznie) sojusz angielsko-burgundzki. Zawsze preferował dyplomacje wobec działan zbrojnych. Początkowo poparł Joanne d’Arc i brał udział w jej eklezjalnym egzaminowaniu w Poitiers. Później jednak zwrócił się przeciwko niej, widząc w niej zagrożenie dla swych wysiłków dyplomatycznych pojednania Karola z księciem Burgundii Filipem Dobrym i to mimo faktu, że jego polityka zbliżenia z Burgundią zaczęła przynosić owoce dopiero po wzmocnieniu Karola jego zwycięstwami inspirowanymi przez Joannę (3). Jest najbardziej podejrzanym o celowe zagubienie lub zniszczenie zapisu badania Joanny w Poitiers, zapisu, do którego później Joanna często odwoływała się podczas swego procesu w Rouen. Dla polepszenia stosunkow z Burgundią sabotował wysiłki wojenne Joanny d’Arc, a nawet próbował przekonać władze miasta Compiegne do podporządkowania się księciu Burgundii, usiłując doprowadzić do “wynajęcia” tego miasta Filipowi Dobremu, na co jednak samo Compiegne nigdy nie wyraziło zgody. Po pojmaniu Joanny przez Burgundczyków pod murami Compiegne (23 maja 1430) nie uczynił absolutnie niczego, by niewygodną sobie Joanne uwolnić z rąk burgundzkich, a potem angielskich, nie próbował nawet – choć mógł, jako prymas – kompletnie zdezawuować podległego sobie biskupa Beauvais jako sędziego w procesie inkwizycyjnym. Jego największym sukcesem dyplomatycznym byl układ w Arras między Karolem a księciem Burgundii (1435), kończący erę sojuszu anglo-burgundzkiego.

Karol VII de Valois, król Francji (1403 – 1461) koronowany w Reims 17 lipca 1429, z udziałem Joanny d’Arc). Jeden z najbardziej zaskakujących monarchów francuskich. Wątłego zdrowia i słaby fizycznie (4) , trapiony był trwogą o własne zdrowie i życie (był 11 dzieckiem swych rodziców, kilkoro sposród nich zmarło bardzo wczesnie), cierpiał na fobie związane z konstrukcjami drewnianymi odkąd drewniana podłoga kiedys się pod nim zapadła. Obawiał się osób sobie nieznanych, współczesni jemu notują, że gdy spożywac miał posiłek w towarzystwie obcej osoby, potrafił bez przerwy się w nią wpatrywac, zapominając o jedzeniu. Nie był nawet pewien tego, czy był synem swego ojca. A jednak ten król, z wrodzoną sobie inteligencją potrafił reformować stopniowo swoje panstwo. Przeprowadził m.in. reformę wojskową poczynając od 1439 roku, zapoczątkowując w ten sposób istnienie we Francji stałej armii. W 1454 roku ponownie ustanowił trzy izby parlamentu. Wcześniej, w 1438 roku uregulował stosunki między kosciołem francuskim a papiestwem, redukując wpływ tego ostatniego m.in. poprzez zagwarantowanie sobie, a nie papieżowi, prawa mianowania biskupów oraz przełożonych zakonnych. Ostatecznie zjednoczył Francję pod swoimi rzadąmi w roku 1453, po zwycięstwie pod Castillon. A i wtedy poza jego władzą bylo m.in. Bordeaux, ktore preferowalo rządy angielskie, gdyż z Anglią związane było przez trzy stulecia. Zdobyte zostało dopiero po długim oblężeniu i pozostało ponure przez całą następną generację.

Henryk VI of Lancaster, król Anglii (1421 – 1471) jedyny syn legendarnego Henryka V, znakomitego stratega i wojskowego, który rozgromił siły francuskie, znacznie większe od własnych w bitwie pod Agincourt (Azincourt) w październiku 1415 roku; w czasie, gdy miał miejsce proces Joanny, Henryk VI liczył sobie zaledwie 9 lat i był obecny w Rouen, a nawet zamieszkiwał w zamku, w którym była więziona. W jego imieniu władzę sprawował wtedy jego wuj, regent Bedford. Oficjalnie koronowany na krola Francji 16 grudnia 1431, nigdy nie powtórzyl sukcesów swego sławnego ojca. W roku 1435 utracił Burgundię jako sojusznika, a w nastepnych latach resztę Francji.  W 1453 roku poważnie zachorował: nie potrafił chodzić ani nawet stać, cierpiał także na utratę pamięci. W Anglii czynnie wystapił przeciw niemu Ryszard, książę Yorku, gromiąc siły krolewskie w bitwie pod St. Albans 22 maja 1455 roku. Ostatecznie Henryk został obalony przez syna Ryszarda, Edwarda, który proklamował siebie królem Edwardem IV. Henryk ukrywał się przez pewien czas na północy Anglii, pózniej został schwytany i osadzony w Tower. 21 maja 1471 roku został zamordowany, najprawdopodobniej przez Ryszarda, księcia Gloucester, przyszłego króla Ryszarda III.

Pierre i Jean d’Arc, bracia Joanny Obydwaj podążyli za swą siostrą, by służyc orężnie królowi. Pierre został nawet pojmany do niewoli wraz z nią, później jednak odzyskał wolność, którą musiał sobie wykupić, niemal doszczętnie się przy tym rujnując. Obydwaj zostali podniesieni do stanu szlacheckiego przez króla w grudniu 1429 roku i od tej pory posługiwali się herbem nadanym rodzinie oraz nazwiskiem “du Lys”. Jean później brał udział w przygotowywaniu procesu rehabilitacyjnego jego siostry, m.in. sformował komisję mającą na celu zebranie ewidencji dotyczącej Joanny z ich rodzinnych stron oraz przygotowanie świadków. Obydwaj bracia zostali szczodrze obdarzeni, nie tylko przez króla zresztą. Wiadomo np. że Jean wręcz domagał się subsydiów od króla i od miasta Orleanu. Obydwaj bracia – co zaskakujące – “rozpoznali” ‘cudownie ocalałą’ Joannę w pewnej oszustce znanej jako “Madame des Armoises”, imieniem Claude.

Przypisy

1. Później nawet William Caxton, autor, tłumacz i pierwszy drukarz angielski (14211491) nie negował faktu dziewictwa Joanny d’Arc, owej “dziewicy, co jeździła konno jak mężczyzna i była dzielnym kapitanem” (“this mayde who rode lyke a man and was a vaulyant captayn”). Co najwyżej utrzymywał, że twierdziła ona, że jest w ciąży, lecz później się okazało, ze jednak nie i została spalona w Rouen (“and then she sayd that she was with chylde, wher by she was respited a whyle; but in conclusyon it was founde that she was not with chylde, and then she was brent in Roen”) – cyt. Przez Victorie Sackville-West.

2. Podporządkowala się wtedy rowniez Kosciołowi we wszystkim, czego od niej zaządano. Działała ewidentnie powodowana strachem, jako że grożono jej egzekucja (“…’Uczyń to teraz, albo spłoniesz jeszcze dzisiaj’. Joanna wtedy powiedziała, że raczej podpisze niż się da spalić”). “Niechaj zapis wszystkiego, co powiedziałam i uczyniłam, zostanie przesłany do Rzymu, do Papieża. Podporządkowuję się jemu i w pierwszym rzędzie Bogu.” I jeszcze raz: “Odwołuję się do Boga i naszego Ojca Świętego, Papieża”. Nie ma jedynie pewności co do tego, czy dokument, który podpisała, jest tym, który dołączony został do oficjalnych dokumentów procesu. To jedyna kontrowersja w owej sprawie.

Jednak już parę dni pózniej, 28 maja, znaleziono ją w jej celi ubraną jak poprzednio – po męsku. Odwołała też swe wyrzeczenie z 24 maja, mówiąc, że jej ‘głosy’ miały jej za złe “…tę zdradę, na którą się zgodziłam, aby się wyprzeć i wyrzec dla ratowania życia! Potępiłam siebie, by ratować życie! ” (…) “Gdy byłam na szafocie w czwartek, moje Głosy mówiły mi, gdy kaznodzieja przemawiał: ‘Odpowiadaj mu śmiało, temu kaznodziei!’ I zaprawdę to fałszywy kaznodzieja” (…) “…moje Głosy mówiły mi od czwartku: ‘Wyrządziłaś wielkie zło deklarując, że to, co uczyniłaś, bylo niesłuszne’. Wszystko co powiedziałam i odwołałam, powiedziałam ze strachu przed ogniem”. Tym razem notariusz na marginesie zanotował: “responsio mortifera”

3. Po tym, gdy dotarła do niego wiadomość o uwięzieniu Joanny, skwitował to zimno w swoim liście do mieszkańców Reims: “nie chciała sluchać rady, lecz czynić wszystko według własnego życzenia” (…) “Stała się pełna pychy z powodu bogatych strójow, które zaczęła nosić. Nie czyniła tego, co nakazał Bóg, lecz własną wolę”. Znalazł im nowego ‘codotwórce’, pewnego młodego pasterza, który “mówił nie mniej i nie więcej niż Dziewica Joanna; i który ma nakaz od Boga towarzyszyć wojskom króla”. Jak widać, wiara w inspirację boską Joanny była u tego arcybiskupa dość ograniczona. A ów pasterz, imieniem Guillaume, dostał się w ręce wroga (lorda Warwicka) już w pierwszej bitwie (między Beauvais i Savignies w Szampanii), wojsko francuskie poszło w rozsypkę. Nieszczęsny Guillaume pół roku później został przez Anglików zaszyty żywcem w worku skórzanym i wrzucony do Sekwany.

4. “wątłego zdrowia i słaby fizycznie” – do tego stopnia, że nawet na jego temat żartowano. Półtora wieku po wydarzeniach tu omawianych, William Shakespeare umieścił w częsci pierwszej swego dramatu “Henryk VI” scenę, w której Karol VII i Joanna d’Arc postanowili zmierzyć się ze sobą w walce, przy czym Karol przegrał.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6

May 28th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6

Gdy bliżej przyjrzeć się tekstom Nowego Testamentu, to okazuje się, że bardzo, bardzo wiele znanych jego fragmentów można zinterpretować w reinkarnacjonistyczny sposób (albo w inny, zgodnie z własną wiarą czytającego). Oto na przykład Paweł z Tarsu pisał w Liście do Rzymian (9; 10-13):

ab„Ale nie tylko ona – bo także i Rebeka, która poczęła z ojcem naszym Izaakiem. Bo gdy one jeszcze się nie urodziły ani nic dobrego czy złego nie uczyniły – aby niewzruszone pozostało postanowienie Boże, powzięte na zasadzie wolnego wyboru, zależne nie od uczynków, ale od woli powołującego – powiedziano jej: starszy będzie służyć młodszemu jak jest napisane: Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści”

Te wersety odnoszą się do t.zw. „Księgi Malachiasza” (1; 2-3), czyli do utworu znajdującego się w t.zw. „Starym Testamencie”, a zatem w zbiorze pism judaistycznych. Już od starożytności też sprawa ta interesowała rabinów. Dlaczego to Bóg miał jednego z dwóch braci „nienawidzić”, a drugiego „umiłować” i to już od samego początku?

„Wcześni rabini doszli do niezwykłej konkluzji. Ponieważ Pismo mówiło, że przeznaczenia obu braci były odmienne już od urodzenia i ponieważ Bóg z całą pewnością był sprawiedliwy, to uznali oni, że jedynym wyjaśnieniem jest to, że Ezaw grzeszył w łonie matki. Brzmi to dziwnie, jednak taką spekulację odnajdujemy w komentarzu do Genezy z około 400 roku n.e. Rabini stawiali hipotezę, że gdy Rebeka przechodziła obok „domów bałwochwalstwa”, Ezaw wskazywał swą preferencję kopiąc nóżką, „gdy natomiast przechodziła obok synygog, wtedy Jakub kopał, próbując wyjść”. Dla tych powodów, uważali rabini, Bóg preferował Jakuba i jego nasienie w stosunku do Ezawa i jego nasienia z pokolenia na pokolenie” (1)

Reinkarnacjoniści niejednokrotnie interpretują ten werset jako dowodzący ich zdaniem reinkarnacji, gdyż jakżeż inaczej „nieistniejący” jeszcze mogli być „miłowani” lub „nienawidzeni”?
„Jednak pomijając tezę o Ezawie grzeszącym w łonie matki istnieją jedynie dwa możliwe wyjaśnienia tej historii: 1: Bóg jest niesprawiedliwy lub 2: obaj chłopcy zasłużyli sobie na swój los w poprzednich egzystencjach.” (2)

I to właśnie tę drugą interpretację akceptuje wielu chrześcijańskich reinkarnacjonistów, także od czasów starożytnych, wiadomo na przykład, że w ten sposób interpretował tę „historię” Orygenes z Aleksandrii. Mało tego: Orygenes argumentował, że taka historia może stać się udziałem każdego człowieka.

Podobnie znany werset z „Mateusza” (26;52) „Wtedy Jezus rzekł do niego: «Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” również doczekał się takiej interpretacji:
„To mogłoby być generalnie prawdą jedynie, gdy istnieje więcej żywotów niż jeden, w których możnaby tej reakcji doświadczyć, gdyż wielu zawodowych wojskowych umiera spokojnie w swoich łóżkach”. (3)

Przyjrzyjmy się dla odmiany innym jeszcze wersetom:
„Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą». Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi».   (Mk 10; 28-31)

No cóż, w tym wypadku chyba trzebaby się zgodzić z reinkarnacjonistami, że istotnie jednego żywota by raczej nie starczyło dla cieszenia się wszystkimi tymi doczesnymi rzeczami wymienionymi tu niczym „jednym tchem”… A co do ostatniego zdania o „ostatnich” i „pierwszych”, to reinkarnacjoniści mają nieraz tendencję do interpretowania go w ten mniej więcej sposób: „Lecz wielu pierwszych w tych inkarnacjach będzie ostatnimi w przyszłych, podczas gdy wielu ostatnich obecnie będzie pierwszymi w przyszłych wcieleniach”. Taka interpretacja zgodna jest z tym, co mówić miał Budda mniej więcej pięć wieków przed Christosem:
„Kto mozolił się jako niewolnik, może ponownie przybyć jako książę za łagodną godność i uzyskaną zasługę. Kto rządził jako król, może wędrować po ziemi w łachmanach za rzeczy uczynione i zniweczone”.

Spójrzmy z kolei na cały, większy fragment, przytoczony tu bez skrótów, by przedstawić cały kontekst zaznaczonego tłustą czcionką cytatu. We fragmencie tym co prawda czytamy o zmartwychwstaniu:
„Wówczas podeszło do Niego kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał i  żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».

Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa “O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją». Na to rzekli niektórzy z uczonych w Piśmie: «Nauczycielu, dobrześ powiedział», bo już o nic nie śmieli Go pytać.” (Łk 20; 27-40)

Od razu nasuwa się pytanie co się dzieje z tymi, co NIE zostaną uznani „za godnych udziału w świecie przyszłym”? Czy znaczy to, że oni jednak dalej żenić się będą i za mąż wychodzić oraz mogą umrzeć?
Biorąc takie fragmenty NT, dziewiętnastowieczny filozof amerykański prof. Francis Bowen w książce „Christian Metempsychosis” zastanawiał się, czy aby w związku z tym jednak obok znaczenia duchowego nie ma także „znaczenia dosłownego uroczystych słów Zbawiciela ‘O ile człowiek nie narodzi się na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego’. Cała wieczność nagrody lub kary zdawałaby się nieadekwatnie zasłużona przez tylko jeden krótki okres próby na Ziemi”.

W ten sposób docieramy do kolejnego cytatu, tym razem owego słynnego cytatu z „ewangelii Jana” z rozdziału 3 (wersety 3 – 12):
„W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci („amen, amen lego soi…”), jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie („gennethe anothen”), nie może ujrzeć królestwa Bożego». Nikodem powiedział do Niego: «Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?» Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha (4) , nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić („dei ‘imas gennothenai anothen”). Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha». W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: «Jakżeż to się może stać?» Odpowiadając na to rzekł mu Jezus: «Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich?I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.”

Warto tu zwrócić uwagę na dwa rodzaje reinkarnacjonistycznego interpretowania słów o „ponownym narodzeniu”. Pierwszy, znacznie prostszy, a przy tym zupełnie niesłuszny, polega na utożsamianiu owego ponownego narodzenia z         reinkarnacją WPROST. Przeczy takiej interpretacji jednak grecki tekst, który mówi wyraźnie, że człowiek musi się „narodzić od góry” („gennethe anothen”), co w połączeniu z wyraźnym podkreśleniem różnicy           między tym, co narodzone z ciała a tym, co narodzone z Ducha, nie pozostawia cienia wątpliwości, że chodzi o narodzenie duchowe. Bardziej wysublimowana interpretacja reinkarnacjonistów jest zatem taka, że chodzi istotnie o narodzenie duchowe, jednak sugerują oni, że osoby, którym nie udało się osiągnąć duchowego „narodzenia od góry”, będą ponownie miały szansę osiągnięcia go w innym wcieleniu. Z całą pewnością Christos, jeśli wierzyć ewangeliom Nowego Testamentu, stawiał wysokie wymagania tym, którzy chcieli ujrzeć „Królestwo Boże”. Czy zatem – zdają się oni pytać – stawiając takie wymagania, Christos nie przewidział możliwości spełnienia tego warunku w przyszłości, o ile nie udałoby się go spełnić w jednym życiu? Stąd też cytowane wyżej zdanie Francisa Bowena o „nieadekwatności” jednego krótkiego żywota doczesnego jako miary dla następującej po nim całej wieczności kary lub nagrody.

Czy pamiętamy jeszcze tę platońską opowieść o żołnierzu imeniem Er, przedstawioną tu w części 4? Według tej opowieści dusze, które udały się do piekła lub do nieba, nie pozostawały tam na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały z powrotem do wcieleń doczesnych. Porównajmy to z poniższymi wersetami z księgi „Apokalipsy Jana”:

„Skoro zachowałeś nakaz mojej wytrwałości, Ja cię zachowam od próby, która ma nadejść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować mieszkańców ziemi. Przyjdę niebawem: Trzymaj, co masz, by nikt twego wieńca nie zabrał! Tego, kto wytrwa, uczynię filarem w świątyni Boga mojego, i na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej („kai ego ou me exelthe eti”). I na nim imię Boga mojego napiszę imię miasta Boga mojego, Nowego Jeruzalem, co z nieba zstępuje od mego Boga, moje nowe imię. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.” (Apo 3; 10-13)

Jeżeli nie ma reinkarnacji – pytają nieraz reinkarnacjoniści – to skąd owe „na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej” ( „kai ego ou me exelthe eti”)? Czy nie oznacza to, że wcześniej ten ktoś „wychodził na zewnątrz”, czyli do kolejnych wcieleń? Czy nie jest to ta sama idea wędrówki dusz, naszkicowana całe stulecia wcześniej przez Platona? Czy dusza nie odbywa swej wędrówki tak długo, aż zostanie oczyszczona i będzie mogła stać się „filarem w świątyni Boga”? Wtedy bowiem z całą pewnością „już więcej” nie będzie musiała donikąd „wychodzić”…

C.D.N.

Przypisy:

1.. Elizabeth Clare Prophet. “Reincarnation. The Missing Link in Christianity”. Summit University Press 1997, s. 173

2.. tamże, s. 174

3.. „Reincarnation. The Phoenix Fire Mystery. An East-West dialogue on death and rebirth from the worlds of religion, science, psychology, philosophy, art and literature”. Compiled and edited by Sylvia Cranston. Foreword by Elisabeth Kübler-Ross, M.D. Theosophical University Press, Pasadena, California 1998, s. 139

4.. “narodzi z wody i z Ducha” – względnie „z wody i tchnienia” („gennethe eks idatos kai pneumatos”):
w t.zw. „pogańskich” religiach misteryjnych inicjacja polegała na symbolicznym „narodzeniu” poprzez oczyszczenie „tchnieniem” czyli powietrzem. Jakby reminiscencją tego, oprócz cytowanych tu wersetów, jest także u „Jana” werset 33 rozdziału 1, gdzie mowa o Christosie jako tym, kto ma chrzcic „świętym tchnieniem” („duchem”). Podobnie u „Mateusza” (3; 11-12) mowa jest o Christosie jako tym, co chrzcić będzie „świętym tchnieniem i ogniem” i w tym celu ma nawet trzymać „wiejadło” (wachlarz) w ręku. Podobnie w „pogańskich” misteriach w Eleusis takie „wiejadło” było używane dla „chrztu powietrzem”. Bóg Dionizos znany był jako „ten z wiejadłem”, gdyż dokonywał podobnego „oczyszczania”.

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 3

Apr 2nd, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 3

Niemalże „żelaznym argumentem” wymierzonym rzekomo przeciw reinkarnacji, a znajdującym się w Nowym Testamencie, ma być, według anty-rainkarnacjonistów, następujące wyrażenie z „Listu do Hebrajczyków” (9; 27):

„I tak, jak jest przeznaczone ludziom umrzeć raz, a potem jest sąd…”

Jak widać, jest to zdanie, a właściwie tylko wyrywek ze zdania, wyjęty z kontekstu i to w sposób tak totalny, jak tylko to sobie można wyobrazić. Zanim jednak zajmiemy się bliżej tym kontekstem, odpowiedzmy od razu, że to wyrażenie nie przesądza absolutnie o niczym. I nawet, jak zobaczymy, nie jest w stanie przesądzać, gdyż dotyczy zupełnie innego zagadnienia. Ale jeśli już przeciwnicy reinkarnacji pragną – najwyraźniej z braku lepszego „laku” użyć tej semi-sentencji, przypomnijmy to, co napisaliśmy już lata temu w obu częściach artykułu „Reinkarnacja, czyli…”:

“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze“Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”

Praktycznie rzecz biorąc, ponieważ ten fragment zdania nie mówi wyraźnie ani o tym, że dusza człowieka po śmierci wciela się w inne jescze ciała, ani też o tym, że “postanowione duszy jeden tylko raz żyć i tylko i wyłącznie w jednym ciele”, więc de facto do tego „naczynia ze słów” można wlać taki „płyn” interpretacji, jaki kto uważa za stosowny, a i tak będzie „pasował jak ulał”. Szczerze mówiąc – tak, jak zaznaczyłem na samym początku tej małej serii „egzegezy reinkarnacyjnej” – wolałbym zobaczyć coś „czarno na białym”, co swoim jednoznacznym i niepodważalnym charakterem czyniłoby tu wielość interpretacji niemożliwą, bo wtedy przynajmniej nie byłoby jakichkolwiek wątpliwości co do znaczenia wersetów. Sam bowiem osobiście będąc reinkarnacjonistą, nie pragnę wczytywać w istniejące słowa jakichkolwiek własnych poglądów, lecz staram się po prostu widzieć to, co na pewno napisano, a czego nie napisano. No, więc nie napisano tam niczego o liczbie ciał, w jakie wciela się dusza. Ani też o tym ile razy może się ona wcielać w jedno ciało.

Jeżeli zatem mielibyśmy przyjrzeć się przykładom wskrzeszenia przez Christosa Łazarza oraz córki Jairusa, to jak „wyglądałby” ten cytat „…jest przeznaczone ludziom umrzeć raz, a potem jest sąd..” ? Czy owej dziewoi oraz Łazarzowi też było „przeznaczone” umrzeć raz? Oczywiście, można założyć, że ciało istotnie umiera tylko jeden raz -  wspołczesna medycyna zdaje się to jednoznacznie potwierdzać. Co by oznaczało, że Łazarz i córka Jairusa nie umarli w ogóle, lecz albo zapadli w śpiączkę, z ktorej się przabudzili, albo też doświadczyli tego, co obecnie określa się skrótem NDE (Near Death Experience). Ludzie 2 tysiące lat temu mogli tego nie rozróżniać i kogoś z NDE uznawać za definitywnie martwego. Mogły też całe te dwie ich „historyjki” zostać włożone do tekstum by pokazać „wielkość Christosa”, tak jak podobne rzeczy przypisywano innym „cudotwórcom”, jak Apoloniusz z Tiany czy choćby Pitagoras.

No, ale jeżeli jednak oboje byli martwi, a potem „cudownie” zostali wskrzeszeni, to znaczy, że umierali CO NAJMNEJ dwa razy, a nie tylko raz. Więc nawet w tym ściśle „biblijnym” i aż do bólu „ortodoksyjnym” kontekście, interpretacji i „milieu” ten cytat zdaje się nie mówić całej prawdy…

Ale teraz przyjrzyjmy się wreszcie całemu jego kontekstowi.

Cały rozdział 9 „Listu do Hebrajczyków” jest po prostu nie o tym ile jest ziemskich żywotów (zwłaszcza, że mowa o „umieraniu raz”, a nie o „zyciu raz”) lecz o różnicy ofiary Christosa i ofiar judaistycznych, dokonywanych na zwierzątach. Każdy, kto ma Biblię, może tam zajrzeć i dowodnie o tym się przekonać. Nie zamierzamy tu cytować wszystkich 28 wersetów tego rozdziału, pozwolimy sobie na krótkie omówienie.

Autor tego „Listu” dokonuje porównania między powtarzanymi wielokrotnie krwawymi ofiarami na ołtarzach judaizmu z jedną ofiarą Christosa. Nie wypowiada się on w ogóle na temat reinkarnacji, wcieleń oraz duszy. Dość powiedzieć, że w tym liczącym sobie 28 wersetów rozdziale ani razu nie zostaje nawet użyte słowo „dusza” („psyche”) – dosłownie ANI JEDEN RAZ !  Mowa jest jedynie o „Duchu Swiętym” („pneumatos tou agion”) w wersecie 9; 8. To wszystko, jeśli idzie o jakiekolwiek dusze lub duchy.

Autor stwierdza, że judaistyczni kapłani wielokrotnie powtarzają ofiary na ołtarzach, bo tak nakazywało „przymierze” Mojżesza. Pisze o tym, że praktycznie wszystko jest obmywane we krwi, bo inaczej nie ma odpuszczenia grzechów (9; 22). Jednak, że ta wielokrotność ofiar nie ma sensu w „przymierzu” Christosa, który „pod koniec wieku” („synteleia ton aionon”, 9; 26) ukazał się po to, by zgładzić grzechy ofiarą z samego siebie. Dodatkowo (9; 24) Christos nie pojawił się w świątyniach budowanych ludzkimi rękami, lecz w niebie, by wstawić się za nami „teraz” („nun”). Przeto, tak jak raz sądzone ludziom umierać, tak i on raz jeden, przy tym końcu wieku („aionon”) raz się pojawił, by raz zgładzić grzechy „wielu” („pollon”). I że gdy drugi raz się pojawi, to już tylko dla zbawienia tych, co go wyglądają. Tak nawiasem: warto tu dodać, że w czasie, gdy ten „List” był pisany (II połowa I wieku n.e.) dość częste było przekonanie chrześcijan, że ów „koniec wieku” (także rozumiany jako „koniec wszystkich czasów”) był już bliski i że nastąpi jeszcze za życia tamtego pokolenia, czyli pokolenia Piotra, Jana itd. Ci ludzie wierzyli, że „paruzja” czyli „Drugie Nadejście” nastąpi już wkrótce. To z kolei nadawać by mogło dodatkowego sensu słowom rozdziału 9. A mianowicie, że – tak jak napisano w wersecie 26, że „raz jeden” Christos ukazał się, by dać z siebie ofiarę i wkrótce nadejdzie z powrotem.

Rozdział 9 nie mówi nic o duszach ani reinkarnacjach, nie zawiera w ogóle żadnych sformułowań, któreby pośrednio czy bezpośrednio odnosiły się do tej kwestii.

Za to aż się w tym krótkim rozdziale roi od słów takich jak „krew” czy „ciało”. Tak więc krew wymieniana jest jako „krew kóz i bydła” („aimatos tragon kai moschon”), „krew byków i kóz” („aima tauron kai tragon”) i tak dalej (wersety 9; 12,  9;13 ,  9;19), jako „krew przymierza” (aima tes diatekes”) – werset 9;20, potem znowu jest ta krew w wersecie 9;18 , 9; 20 itd. Jest „krew Christosa” („aima tou Christou”) w wersecie 9; 14. Jest „przelew krwi” („aimatekhusias”) w wersecie 9; 22, potem znowu „krew” w wersecie 9; 25. Mowa też jest o „ciele” czyli „sarkos” (dosł. „ciało”, „mięso”) np w wersetach ), 10 czy 9; 14. Ale ani razu autor nawet nie zająknął się o jakiejkolwiek „duszy”!

Tymczasem, jeżeli mowa ma być o reinkarnacji lub o opozycji wobec reinkarnacji, to wspomnienie duszy jest po prostu nieodzowne, bo bez duszy nie ma reinkarnacji. Gdyż to właśnie dusza się wciela, a nie „krew” lub „mięso”.

Dlatego słuszność mają ci interpretujący, którzy odczytują owe „raz człowiekowi umrzeć” jako śmierć ciała jedynie. Bo, po pierwsze, gdy umiera człowiek, to umiera jego ciało, a nie dusza. A po drugie dlatego, że cały kontekst tego wersetu, dosłownie cały rozdział jest o ofiarach „ciała”, „krwi”, „mięsa” i o niczym innym.

Osobiście, tak jak wolałbym w istniejących polemikach, aby wskazywano na jednoznaczne stwierdzenia raczej niż na zagadkowe, tak też jestem przeciwnikiem wyrywania pojedynczych zdań – a nawet, jak w tym wypadku – fragmentów zdań z ich kontekstu, tak bezpośredniego, znajdującego się w tym samym zdaniu, jak i szerszego, zawartego w treści, do której się dane zdanie, lub jego wyrywek odnosi. Takie wyrywki używane jako “argumenty” stają się bowiem same w sobie żenujące.

Jeżeli natomiast – nawet jako nierozstrzygające – przywoływane są one wraz z ich kontekstem, to przynajmniej dają wgląd w pewien możliwy scenariusz (który może nawet okazać się kiedyś prawdziwym), a na pewno jest w stanie stanowić możliwy styl myślenia osób, które blisko dwa millennia temu pisały teksty stanowiące obecnie kanon Pisma. I tylko z tego powodu się tu nimi zajmujemy.

Jako ciekawostkę odnotujmy zatem, że owo wskrzeszenie Łazarza i córki Jairusa oraz ich związek z wersetem Hbr 9;27 nie pozostał niezauważony przez reinkarnacjonistów także w przeszłości. W roku 1684 flamandzki autor Franciscus Mercurius van Helmont wydał w Londynie pracę znaną pod skrótowym tytułem „Two Hundred Queries”. Pełny tytuł, odnotujmy to, brzmi: „Two Hundred Queries Moderately Propounded Concerning the Doctrine of the Revolution of Humane Souls, and its Conforming to the Truths of Christianity”. Zadając pytanie postawione przez nas wyżej, odnośnie co najmniej dwukrotnej śmierci obojga osób wspomnianych w ewangeliach, autor zastanawia się dalej nad owym “raz umrzeć”, pyta ponownie: „Czyż słowa te nie muszą mieć zatem innego , głębszego i mniej oczywistego sensu?”

Cytowana już przez nas dwukrotnie autorka, Elizabeth Clare Prophet, odpowiada:

„Oto pewien „mniej oczywisty sens”: to, co umiera raz i tylko raz, to „cielesny umysł”, jak Paweł nazwał ludzkie ego. Napisał on w liście do Rzymian, „Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś Ducha – do życia i pokoju”. Cielesny umysł jest nastawiony na „sprawy ciała”. Odnosi się to do cząstki w nas, która musi umrzeć, byśmy mogli „odziać się” w naszą „nieśmiertelność”.

Po jakimś czasie, w jakimś momencie, aby uzyskać nieśmiertelny żywot, musimy całkowicie i ostatecznie unicestwić umysł cielesny. Nie stanie się to natychmiast. Paweł pisał „umieram codziennie”. Nierealne ego umiera po trochu każdego dnia aż wreszcie staje sią martwe. Owa śmierć ego jest procesem, tak jak osiąganie nieśmiertelności jest procesem. Aż do momentu osiągniecia tego celu, kontynuujemy wcielenia i doświadczenie sądu (choć nie ostatecznego) po zakończeniu każdego żywota. Lecz gdy uzyskujemy naszą nieśmiertelność, docieramy do kresu zywotów i umierania. Jak Paweł napisał:

‘A kiedy już to, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?’”


Oczywiście w tych wersetach idzie o nieśmiertelność duszy, nie ciała.

Ale spróbujmy przez moment przyjrzeć się jeszcze innej możliwości interpretacyjnej Hbr 9; 27. Bardzo radykalnej możliwości reinkarnacyjnej. Wyobraźmy sobie, że jest wśród nas zwolennik „ortodoksyjnego” rozumienia tego wersetu – czyli rozumienia anty-reinkarnacyjnego, zakładającego, że po jednym życiu duszy w jednym tylko ciele człowieka oczekuje jedynie Sąd Ostateczny. Wiąże on ową „jedną śmierć” z jedną ofiarą Christosa – właśnie dlatego, że Christos poniósł tę ofiarę RAZ  JEDEN dlatego, że i człowiek, według niego, żyje też tylko RAZ JEDEN.

Owemu polemiście rzuca wyzwanie zwolennik owej bardzo radykalnej egzegezy reinkarnacyjnej tego wersetu:

- Jeżeliby istotnie, tak jak twierdzisz, Christos poniósł ofiarę za ludzi raz jeden, bo ludzie żyją raz jeden – zacząłby ten reinkarnacjonista – to nie sądzisz, że oddałby on życie jedynie za tych, którzy byli mu współczesnymi, albo co najwyżej za tych także, którzy go poprzedzili? Jak mógł on zbawić dusze tych, co jeszcze nie istnieli? Czy można zbawić duszę jeszcze nieistniejącą? Za jakie jej grzechy miałaby ona zostać „odkupiona”? Pamiętaj, co pisze autor „Hebrajczyków” w wersecie 26: że Christos  „raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie”. Autor ten zdawał się wierzyć – tak jak wielu w tamtym czasie, że koniec wieku („aion”) lub świata był bliski i dlatego Christos szybko pragnął go odkupić.

Więc jeżeli Christos ten miałby odkupić także ludzi jeszcze nieistniejących oraz dusze nieistniejące, to ile razy jeszcze musiałby się on poddawać torturze krzyżowania i umierania, by ich wszystkich „zbawić”?

Czy nie jest zatem logiczne, że jeśli uczynił to jedynie raz, to po prostu dlatego, bo każda dusza jest wieczna, przechodzi ona jedynie swoje stadia istnienia w rozmaitych wcieleniach. A ponieważ cała wieczność jest jej udziałem, toteż zbawienia jej istotnie wystarczy dokonać tylko jeden raz.

Rejestruję tu owe możliwe egzegezy dla uświadomienia Czytelnikom, że są one częścią rzeczywistości religijnej i filozoficznej, w której żyjemy. Sam jestem reinkarnacjonistą, jednak prezentowane tu poglądy nie są moimi własnymi. Zaznaczam to po raz kolejny, gdyż na portalu „Fronda” odezwały się głosy, według których są to poglądy moje własne.  Link do części 2

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2

Mar 30th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2

W tym krótkim odcinku przyjrzymy się scenie z rozdziału 9 ewangelii „Według Jana”, a mianowicie uzdrowieniu niewidomego człowieka. Oto wersety przedstawiające tę scenę:

Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: ‘Idź, obmyj się w sadzawce Siloam’. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. (Jn 9; 1 – 7)

Zadając Christosowi pytanie o to „kto zgrzeszył”,  apostołowie stawiają dwie możliwości. Najwyraźniej obie wchodziły w rachubę w tamtejszej społeczności, bo inaczej chyba pytanie to nie pojawiłoby się w tekście ewangelii. Wskazując na rodziców jako na winnych, wskazano na znany zapis tak zwanego „Starego Testamentu”, a konkretnie jakże nam „drogiej” Deuteronomii (czyli „Powtórzonego Prawa”), według którego „Jahwe” karze potomstwo za grzechy rodziców:

„Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu” (Dt 5; 9)

Nie, nie idzie nam tu o to, by wyszydzać „Deuteronomię”, choć nie pałamy żadną pozytywną namiętnością do tej księgi. Nawet – o dziwo! – jesteśmy się w stanie zgodzić, że przynajmniej w niektórych wypadkach „karanie następnych pokoleń” jest faktem. Palisz za dużo tytoniu – twe dziecko może na tym ucierpieć; źle wychowujesz potomstwo – skończy ono w „rynsztoku”… I tak dalej. Co prawda nie przypisujemy tej kary jakiemukolwiek Bogu (lub bogu), lecz pożałowania godnym działaniom samych owych rodziców, za które to działania winić należy ich samych, a nie owego Boga (lub boga).

No dobrze, ale co z tą inną wersją, według której to sam niewidomy grzeszy tak bardzo, że się już rodzi pozbawiony wzroku? KIEDY tak zdążył nagrzeszyć?

Są teoretycznie dwie możliwości: albo grzeszył, nicpoń, w łonie matki; albo też… no właśnie: w poprzednim życiu.

Cytowana już poprzednio Elizabeth Clare Prophet (1939 – 2009) argumentuje w taki oto sposób:

„Jan portretuje Jezusa jako nie czyniącego nawet jakiejkolwiek sprawy z reinkarnacji, którąby niewątpliwie uczynił, gdyby się z nią nie zgadzał. Zamiast tego Jezus wychodzi poza myślowe nastawienie swych słuchaczy, prowadząc ich ku innemu poziomowi. „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże”. Autor tej Ewangelii zademonstrował, że człowiek ten urodził się niewidomym nie z powodu jego poprzednich uczynków, lecz ponieważ jego dusza odpowiedziała na powołanie od Boga. Zgodził się on znosić ślepotę aż do czasu spotkania z prorokiem, który przywróciłby mu wzrok”.

Elizabeth Clare Prophet zakłada tutaj jakąś „zgodę” duszy niewidomego na cierpienia, byle tylko świętość proroka mogła zabłysnąć. Naszym zdaniem, biorąc pod uwagę to, w jaki sposób „Stary Testament” prezentuje „Jahwego”, prawdopodobniejsze byłoby, że ten „Jahwe” w ogóle nie liczył się ze swym stworzeniem i jego cierpieniem. Jeśli ten „bóg” potrafił był bawić się Hiobem niczym lalką i mścić się na potomkach za grzechy ich rodziców, to wystarczyła sama jego wola, by kogoś oślepić od urodzenia po to tylko, by jakiś przyszły cudotwórca mógł się wykazać dla jego, „Jahwego” chwały…

Jednak pozostaje trwałe wrażenie, że istotnie, również autor „Jana” uważał za rzecz całkiem możliwą, że reinkarnacja istnieje rzeczywiście. Lub też – jeśli opisane wydarzenie naprawdę miało miejsce, a „Jan” jedynie ograniczył się do jego zrelacjonowania – że istotnie reinakarnacja była możliwością całkiem poważnie traktowaną przez ową społeczność. W istocie wiemy już z innych źródeł (m.in. dzięki żydowskiemu historykowi z I wieku n.e., Józefowi Flawiuszowi), że reinkarnacja była traktowana tam bardzo poważnie.

Odnotujmy w tym miejscu inną jeszcze uwagę E.C. Prophet poczynioną przy tej okazji:

„Zanim rozstaniemy się z historią, przyjrzyjmy się kontrowersyjnej kwestii, jaką podnosi ona w odniesieniu do reinkarnacji: czy ludzie urodzeni z niesprawnościami są odpowiedzialni za swe nieszczęścia? W wielu wypadkach odpowiedź brzmi „tak”. Ich postępowanie w poprzednich może spowodować, że uczą się z doświadczeń i limitacji w następnym życiu. Limitacja taka może w istocie prowadzić do wzrostu duszy. Rozmaite potrzeby duszy determinują czy ludzie rodzą się zamożni lub ubodzy, czy mają życzliwych czy okrutnych rodziców.” (…) „W istocie niesprawność może wcale nie być karmiczna, lecz może stanowić warunek, który dusza zgodziła się znosić w celu nauczania i wspierania innych. Biedni i niefortunni mogą być niezapowiadanymi świętymi noszącymi grzechy świata”.
Rola Christosa w całym opisanym u  „Jana” w rozdziale 9 incydencie jest neutralna w odniesieniu do reinkarnacji. Nie potwierdza jej, nawet swoją odpowiedzią zdaje się jej przeczyć. Jednak jej też nie potępia. Jeżeli natomiast zgodzić się z interpretacją o „zgodzie” duszy na cały „eksperyment” ze ślepotą od urodzenia, to Christos co najwyżej przyjmuje istnienie reinkarnacji „przez aklamację”, lecz bez entuzjazmu.   Część 1 Część3

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1

Mar 29th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1

W kolejnych krótkich odcinkach zajmiemy się interpretacją („exegesis”, „exegeisthai”) Nowego Testamentu z punktu widzenia reinkarnacjonistycznego. Osobiście nie dostrzegam bezpośrednio niczego przesądzającego o reinkarnacjonistycznych lub niereinkarnacjonistycznych przekonaniach autorów tych ksiąg chrześcijańskich w samych tekstach przez nich napisanych – czemu dałem wyraz w obydwu artykułach „Reinkarnacja, czyli…” ( część 1 oraz część 2 ). I generalnie nie uznaję niczego za rzecz całkowicie udowodnioną dopóki nie zostanie ona wykazana NAUKOWO w sposób nie budzący najmniejszej wątpliwości (co w odniesieniu do paru kwestii sprzed ok. 70 lat przyniosło mi już kilkakrotnie posądzenie o „łamanie prawa”). Jednak interpretacja rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza jeżeli – tak jak tutaj – Nowy Testament nie zawiera jednoznacznych sformułowań, a zamiast nich posługuje się słowami, które pozostawiają „furtkę” szeroko otwartą dla rozmaitych możliwości.

Czego zatem uczył Iesous Christos – lub też co najmniej autorzy pism nowotestamentowych, którzy na tego Christosa się powoływali? Czego uczyli, gdy chodzi o kwestię reinkarnacji?  Przyjrzymy się bliżej temu jak i dlaczego uważają oni, że reinkarnacjonizm jest zawarty na kartach kanonicznych pism chrześcijańskich.

Zacznijmy zatem od początku, czyli od tego kim był Christos i przez kogo miał zostać „poprzedzony” w swej działalności.

Christosa miało poprzedzić powtórne pojawienie się Eliasza. Tak mówią autorzy tekstów ewangelii Nowego Testamentu. I bazują swoją opinię na cytatach z „Księgi Malachiasza”, a konkretnie na Ml 3;1,5 oraz 23:

Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów.”

Wtedy przybędę do was na sąd i wystąpię jako świadek szybki przeciw uprawiającym czary i cudzołożnikom, i krzywoprzysięzcom, i uciskającym najemników, wdowę i sierotę, i przeciw tym, co gnębią obcych, a Mnie się nie lękają – mówi Pan Zastępów.”

Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego.”

I do tych fragmentów nawiązują ewangelie Nowego Testamentu, gdy mowa w nich o tym, kim był Jan Chrzciciel oraz Iesous Christos.

Także król Herod posłyszał o Nim gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: «Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w Nim».Inni zaś mówili: «To jest Eliasz»; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: «To Jan, którego ściąć kazałem, zmartwychwstał»”. (Mk 6; 14-16)

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?» A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków»” (Mt 16; 13-14)

O wszystkich tych wydarzeniach usłyszał również tetrarcha Herod i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych; inni, że Eliasz się zjawił; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Lecz Herod mówił: «Jana ja ściąć kazałem. Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę?» I chciał Go zobaczyć.” (Łk 9; 7-9)

Według „Kata Ioannen” (czyli ewangelii „według Jana”), gdy Jan Chrzciciel jeszcze żył, pytano i jego osobiście kim jest.

„Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś?»,  on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie!»” (Jn 1; 19-21)

Czyli: Jan Chrzciciel osobiście zaprzeczył, by był Eliaszem. To jednak nie koniec. Bowiem Sotera miał poprzedzić właśnie Eliasz. Potwierdza to sam Christos w Mt 11; 11 – 15:

Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!

A zatem Jan to jednak Eliasz…

Jednak „sprawa Eliasza” na tym się nie kończy. Oto bowiem u „Marka” Christos ulega „transfiguracji” czyli „przemienieniu” i to w towarzystwie Mojżesza i Eliasza właśnie:

„Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. (Mk 9; 2 – 4)

I pytali Go: «Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że wpierw musi przyjść Eliasz?» Rzekł im w odpowiedzi: «Istotnie, Eliasz przyjdzie najpierw i naprawi wszystko. Ale jak jest napisane o Synu Człowieczym? Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym. Otóż mówię wam: Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak, jak chcieli, jak o nim jest napisane»” (Mk 9; 11 – 13)

W ewangelii „Kata Mathaion” („Mateusza”) ta scena również jest opisana w rozdziale 17. Różnica w porównaniu do cytowanych wyżej wersetów z „Marka” o tym, że „Eliasz już przyszedł” jest jednozdaniowa, ta, że u „Mateusza”  „uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu” (Mt 17; 13).

No, to mamy dylemat: czy tym „prawdziwym” Eliaszem był ten, który był Janem Chrzcicielem, czy też ten, który ukazał się obok Christosa w „przemienieniu”? Czy Eliasz posiadał zdolność „bilokacji”? I to takiej trwającej całe lata życia człowieka aż po wiek dorosły? (bo Chrzciciel nie został przecie ścięty jako niemowlak, albo?). Ewangelie o tym nie mówią. Tak czy owak, istotnie można odnieść wrażenie, że autorzy ewangelii kanonicznych wierzyli w reinkarnację. I że przedstawili Jana Chrzciciela jako przereinkarnowanego Eliasza.

Zdania na temat tych cytowanych tutaj wersetów i ich znaczenia są podzielone. Jedni autorzy twierdzą nieraz, że słowa Christosa są prawdziwe, ale że nie potwierdzają generalnie żadnej doktryny reinkarnacji (istotnie, można w tekście doszukać się jeszcze wiary w reinkarnację, ale akurat nie jakiejś konkretnej TEORII na jej temat). Inni zaś twierdzą, że to nie są słowa Christosa, te, które odnoszą się do Eliasza i „Baptistesa”. Lecz że zostały one włożone jedynie po to, by jakoś wykazać, że Christos to istotnie ten  „Mesjasz”, o którym mówi księga Malachiasza z tak zwanego „Starego Testamentu”.

Przyjrzyjmy się jak argumentuje w tym przypadku chrześcijańska autorka, reinkarnacjonistka, Elizabeth Clare Prophet w książce „Reincarnation. The Missing Link in Christianity”:

„Zajmijmy się najpierw argumentem teologów. Według niego to, że Jezus powiedział, że Jan był Eliaszem, „który miał powrócić”, nie oznacza, że zamierzał on dawać do zrozumienia, że prorok reinkarnował. Eliasz był unikalny, ponieważ nie umarł w naturalny sposób, lecz został zabrany rydwanem do nieba. Dlatego też jego ciało było odmienne od ciała jakiegokolwiek człowieka w historii.

W swej książce „Reincarnation and Christianity” dr Robert Morey opowiada się za standardowym argumentem chrześcijańskim: ponieważ Eliasz nigdy nie umarł, więc gdy pojawił się na Górze Przemienienia, ukazał się jako „wciąż żyjący i w swym pierwotnym ciele”. (nie wspomina jednak w jakim ciele pojawił się Mojżesz!).

Morey pomija inną ewentualność – że Eliasz przybył w ciele duchowym. Taki byłby wniosek kogoś zaznajomionego z żydowskim mistycyzmem (przemienienie ma w sobie wiele podobieństw z wizjami mistyków z Merkabah …). Mistycy ci, tak jak i późniejsi kabaliści, uznawali zarówno Enocha (który udał się do nieba podobnie jak Eliasz) oraz Mojżesza za postacie deifikowane. Ciała ich zostały przetransformowane ze zniszczalnych w ciała duchowe – „ciała niebiańskie”, o których pisze Paweł (1Kor 15; 40).

Ci Zydzi, którzy wierzyli w reinkarnację, mogliby łatwo zaakceptować ideę, że Jan był reinkarnacją Eliasza. Ponieważ Jan już nie żył, jego dusza mogła zatem pojawić się w przemienieniu  jako Eliasz w ciele duchowym.

Gdy Morey usiłuje przekonać nas, że Eliasz wciąż nosił swoje dziewięćsetletnie ciało fizyczne, ignoruje on jasne stwierdzenie w Ewangeliach, „Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak jak chcieli”. W oczywisty sposób reinkarnacja jest tym, co autorzy mieli na myśli.

Wielu naukowców uważa, że Jezus nie poczynił owych stwierdzeń „Jan jako Eliasz”. Uważają raczej oni, że zostały one dodane przez autorów Ewangelii. Prezentując pogląd popularny wśród naukowców, XX-wieczny teolog katolicki Hans Küng mówi nam, że wersety o Eliaszu są „popularną tradycją, marginalną w ewangelii”. Jesus Seminar, grupa ponad dwustu umiarkowanych i liberalnych badaczy, uważa te wersety za inwencję tych, którzy pragnęli dowieść, że Jan Chrzciciel był zaprorokowanym poprzednikiem Jezusa, Mesjasza.

Czy badacze ci mają słuszność czy też nie, ich argument nie podważa faktu, że chrześcijanie, którzy napisali Ewangelie w późniejszych latach I wieku, wierzyli w reinkarnację. A wiemy także, że niektórzy z pierwszych chrześcijan próbowali używać tych wersetów, by dowodzić reinkarnacji.

Jeżeli w istocie wiara w reinkarnację była obecna we wczesnym chrześcijaństwie, to czy zapoczątkowana została ona przez Jezusa? Gdy prześledzimy tę wiarę posuwając się w czasie z powrotem do  chrześcijańskiego gnostycyzmu i zestawimy go z żydowskim mistycyzmem, odpowiedź może stać się jasna.” (rozdz. 9, str. 100-101).

Ale tym zajmiemy się innym razem…

Link do części 2

Continue Reading »
0 Comments

Katarskie Termopile

Mar 16th, 2011 by monio
Katarskie Termopile

767 lat temu, 16 marca 1244 roku, zakończyła się dramatyczna dziesięciomiesięczna epopeja obrony twierdzy Montségur, stanowiąca kulminację wielu dziesiątkow lat represjonowania Kościoła Katarskiego na południu Francji. Kapitulacja Montséguru okupiona została dodatkowo spaleniem na stosie niemal połowy spośród 400-500 osób. Dlatego też w kościołach gnostyckich dzień 16 marca figuruje w kalendarzu liturgicznym jako Montségur Day, w intencji męczenników katarskich odprawiana jest msza.  
“A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25;40)

Przez kilka lat głosiłem wam słowa pokoju. Wygłaszałem do was kazania; zaklinałem was ze łzami w oczach. Ale, jak powiedzenie mówi w Hiszpanii, gdzie błogosławienstwo nie skutkuje, podziała dobry, gruby kij. Teraz rzucimy książąt i prałatów przeciw wam; a oni zbiorą całe narody i ludy, i wielu zginie od miecza. Wieże upadną i mury zrównane będą z ziemią, a wy, wy wszyscy, pójdziecie w niewolę. Tak siła przeważy tam, gdzie łagodna perswazja zawiodła”

Takimi słowami miał zwrócić się do zebranych w Prouille ”święty” Dominik krótko przed rozpoczęciem “krucjaty” przeciw katarom w Langwedocji według świadectwa jednego z jemu współczesnych, dominikanina Stephena de Salagnac. Mniejsza o to teraz, czy te słowa oddają wiernie to, co mówił Dominik czy też mają one wartość – by tak rzec – “apokryficzną”. Dość, że oddają z grubsza politykę władz Kościoła Rzymskiego w tamtym regionie. Gdy beznadziejnie zawiodły próby zduszenia albigensjanizmu przy pomocy nawracania oraz publicznych debat z liderami Kościoła Katarskiego, postawiono na rozwiązanie siłowe.

 “… aby kościół miał siedzibę…”

Ludzkie siedlisko (lub co najmniej przejsciowy obóz) musiało istnieć tu już w starożytności. Archeologowie znalezli tu bowiem monetę rzymską datowaną na okres pomiedzy rokiem 260 a 280 naszej ery. Istotnie, miejsce to znakomite z punktu widzenia bezpieczeństwa: trudno dostępne i ułatwiające obronę. Nic dziwnego zatem, że było nazywane “Bezpieczną Górą” (“Mont Segur”; po angielsku brzmiałoby to jak “Mount Secure”). Nie zaskakuje zatem fakt, że budowano tam fortece.

Jeśli zaś chodzi o katarów, to musieli oni zacząć pojawiać się w tym miejscu około poczatku XIII wieku. Wiemy na przykład, że około roku 1204 stara forteca była w stanie ruiny i perfekci zwrócili się do kasztelana Montségur, Raymonda de Perella (lub de Pereille) o odbudowanie oraz wzmocnienie jej, co tez zostało szybko uczynione. Zbiegło się to w czasie z poczatkiem tzw. “krucjaty” przeciwko katarom (1209). Wówczas jednak – jak się miało okazać – jeszcze nie istniała bezpośrednia potrzeba obrony.

Od początku XIII wieku przebywali tam katarscy biskupi, zwłaszcza dotyczy to niemal legendarnego biskupa Guilhaberta de Castres. De Castres jednak nigdy nie zatrzymywał się tam długo. Często zmieniał miejsce pobytu, podobnie zresztą jak większość katarskich przywodcow i kaznodziejow. Wkrótce – szczególnie po “krucjacie” roku 1209, zbocza skały zapełniać się zaczeły małymi domkami (chatami raczej), w których mieszkały osoby (głównie kobiety), które poświęciły się życiu charakterystycznemu dla perfektów. Tutaj znalazły one miejsce odpowiednie dla swych studiów, modlitwy oraz medytacji. W ten sposób powstała cala wioska otoczona, w celach obronnych, drewnianą palisadą. Trudno dziś ocenić ilu ludzi przetoczyło się w tamtych latach przez tę wioske oraz fortecę, nie tylko zresztą w celu studiowania czegokolwiek, ale przede wszystkim, aby odwiedzić to miejsce w celach religijnych.

Wizyty składali tutaj nie tylko ci, którzy znani byli jako katarzy. Przybywało tu także wielu pielgrzymów znanych w swych okolicach jako “dobrzy katolicy”. Wyrażali tu szacunek zatrzymujacym się tu perfektom i brali udział w katarskiej liturgii, m.in. w ‘łamaniu chleba’. Tam też obchodzili Boże Narodzenie i święto Zesłania Ducha Świętego. Wielu katarów życzyło sobie otrzymać sakrament consolamentum własnie w tym miejscu. Wielu smiertelnie chorych życzyło sobie tutaj umrzeć i niektórzy byli tu istotnie przetransportowywani.

Można sobie z łatwością wyobrazić, że w gorących latach “krucjaty”, terroru oraz okupacji, Montségur stawał się również miejscem pielgrzymek i spotkań o charakterze politycznym czy też ‘religijno-patriotycznym’. Przechowywano tutaj także broń.

Oficjalnie swego rodzaju “stolicą apostolską” Kościoła katarskiego Montségur został jednak dopiero w roku 1232. Wtedy to odbyło się tam spotkanie biskupa Guilhaberta de Castres i około 30 perfektów oraz szeregu przedstawicieli lokalnej szlachty z kasztelanem Raimondem de Perella. Biskup de Castres skłonił kasztelana do uczynienia tam swoistej twierdzy Kościoła, tak, aby Kościół “…był w stanie mieć tam swoją siedzibę oraz głowę oraz by mógł stamtad bronić swoich kaznodziejów”.

W tym samym roku miał tam miejsce synod. Tak więc Montségur miał swoje duchowe przywództwo (Guilhabert de Castres, który tu wyświęcił paru biskupów takich jak Teuto, biskup Agen, Vignoreux de la Bacone czy Jean Cambiaire), swój bardzo mały (mniej niż stu żołnierzy), lecz dobrze wyszkolony garnizon po dowództwem Pierre-Rogera z Mirepoix i intensywne życie religijne.

Należy w tym miejscu zaznaczyć, że obecne ruiny twierdzy Montségur nie pochodzą z czasów katarskich, gdyż tamta twierdza, zbudowana w latach 1204-1210 została całkowicie zburzona przez wojska króla Francji po kapitulacji katarskiej w marcu 1244 roku. Obecne ruiny to pozostałości twierdzy wznoszonej stopniowo w ciagu trzech nastepnych wieków przez wojska królewskie. Archeologowie nazywają je ” Montségur III”. Grupa badająca to miejsce w latach 1964-76, znana jako Groupe de Recherches Archeologiques de Montségur et Environs (GRAME), w swoim raporcie stwierdziła jednoznacznie, że “nie pozostał ślad ruin pierwszej fortecy, opuszczonej przed XIII wiekiem (Montségur I), ani też tej, która zbudowana została przez Raymonda de Perella ok. 1210 roku (Montségur II)”.

Jedynymi autentycznymi ruinami katarskimi na wzgórzu są pozostałości kamiennych domów mieszkalnych, wzniesionych tam przez katarów, a wspomnianych powyżej.

Ku oblężeniu

“Pamiętaj o nich, Panie, w Twym Królestwie (…) O wiernych, którzy służyli Tobie, gdyz inaczej nie mogli postąpić, którzy żyli w wieku, gdy szukanie Ciebie okupowane było ich życiem”

Guillaume Arnald i Pierre Seila zostali pierwszymi ‘formalnymi’ inkwizytorami w Kościele w roku 1233. Byli niezależni w swych poczynaniach zarówno od lokalnych biskupów, jak i od władz świeckich. Pierwszą ich akcją było zatrzymanie, błyskawiczne osądzenie, skazanie oraz natychmiastowa egzekucja czołowego katara w Tuluzie nazwiskiem Vigores de Baconia (Vignoreux de la Bacone). Następne ‘akcje’ tego typu nie dały na siebie długo czekać: Arnald i Seila działali w wyjatkowo zajadły sposób, toteż już wkrótce hrabia Tuluzy skarżył się w liście do papieża na ekscesy tych dwóch fanatycznych dominikanów. Ignorowali oni wszelką procedurę prawną, przesłuchiwali podejrzanych o herezję “za zamkniętymi drzwiami”, odmawiając im asysty prawników oraz stosowali najgorsze formy terroru.

Niektórzy z przesłuchiwanych byli tak zastraszeni, że w celu ochrony własnej skóry oskarżali o herezję niemalże kogo się tylko dało. Inni zaś, korzystając z aury tajemnicy, stworzonej przez inkwizytorów, rzucali oskarżeniami na swoich osobistych wrogów dla załatwienia prywatnych porachunków. Arnald i Seila mieli też mścić się i terroryzowac osoby pragnące złożyc na nich skargę do papieża. “Istotnie, zdają się oni starać pchać ludzi ku omyłce raczej niz prawdzie, gdyż prowokują ogromne wzburzenie w kraju, a przez swoje ekscesy podburzają lud przeciw klerowi oraz zakonnikom”.

Kto wie zresztą, czy to wlaśnie nie było ich celem. Świadectwo hrabiego znajduje pełne potwierdzenie w faktach. Spanikowani ludzie oskarżali siebie nawzajem do takiego stopnia, że nawet wszyscy dominikanie w Tuluzie zwerbowani przez inkwizycję nie byli w stanie ich wszystkich przesłuchać. Toteż do tej wyjątkowo ohydnej roboty zaprzęgnięto dodatkowo miejscowych franciszkanów jak również kler diecezjalny. Wyznaczano czas, w którym mieszkańcy mieli stawić się przed inkwizytorami w celu wyznania swych “omyłek” (dzis powiedzielibyśmy: ‘w celu złożenia samokrytyki’) jeśli chcieli uzyskać ‘odpust’. Osoby uchylające się od tego niecodziennego ‘obowiązku’, w razie zadenuncjowania przez innych, miały być sądzone z całą surowością prawa.

Jak gdyby zamieszania spowodowanego tego rodzaju ‘troską duszpasterską’ jeszcze nie było dość, wyroki inkwizycyjne nie miały charakteru ostatecznego. Znaczyło to np., że osoba raz skazana, mogła zostać w przyszłości skazana powtórnie za to samo ‘przewinienie’. Po zaprowadzeniu tego rodzaju porządków w Tuluzie, Arnald i Seila zaczęli podobnie postepować również gdzie indziej: w Cahors skazywali heretyków pośmiertnie, rozgrzebując ich groby, wyciągając stamtad zwłoki i paląc je na stosie. W Moissac skazali na śmierć “hurtem” 210 katarów, paląc ich o jednym czasie i w jednym miejscu. Skargi na inkwizytorów mnożyły się. Papież jedynie zareagował listem do nich, nakazując umiar (którego jednak miało w końcu nie być) oraz dokooptowując do dwójki dominikanów franciszkanina nazwiskiem Stephen de Saint-Thibéry.

Niczego to jednak nie zmieniło. Machina terroru nakręcała się dalej. Powodowała ona jednak nie tylko strach, ale i rosnące oburzenie. Kwestią czasu była w tych warunkach riposta w postaci atakow na dominikanów. Tak więc już w tym samym roku trzech dominikanów wrzucono do studni w Cordes. W 1234 roku konwent tego zakonu w Narbonne został splądrowany przez rozwścieczony tłum. W 1235 roku zaś dominikanie usiłujący dokonać aresztowania w Tuluzie zostali pobici i poszczuci psami. Wkrótce też oficjalnie zostali wygnani z tego miasta przez jego władze (przejściowo, co prawda). Ponieważ nie chcieli stamtad odejść, straż miejska wraz z tłumem mieszczan wyrzuciła ich siłą.

Sytuacja stała sie w międzyczasie tak napięta, że hrabia wręcz nakazał mieszkancom ignorowanie wezwań inkwizycyjnych do stawiania się i składania zeznań. I tak, jak dotąd pisano skargi do papieża na inkwizytorów, tak teraz papież z kolei wziął się za pisanie swoich skarg do hrabiego Tuluzy. W liście do niego wyrażał oburzenie z powodu owego zakazu składania zeznań przed inkwizycją. Skarżył się też, że władze miasta odmawiają sprzedawania czegokolwiek biskupowi oraz klerowi w ogóle, że mnożą się ataki na kler, że biskup nie może wygłaszać kazań itd.

Kilka lat tego rodzaju porządków oraz ich skutków przygotowało podatny grunt dla rebelii. I jeśli w ogóle można się czemukolwiek tutaj dziwić, to nie temu, że do tego buntu w końcu doszło (począwszy od 1240 roku) i nie temu, że doszło do zamachu na inkwizytorów, lecz raczej, że bunt wybuchł tak pózno oraz że zamachów nie było więcej. Szczególnie trójka inkwizytorów (Arnald, Seila i Saint-Thibéry) budziła nienawiść katarów. Nienawiść do tego stopnia wielką, że dowódca garnizonu montsegurskiego, Pierre-Roger de Mirepoix, pragnął pózniej, by zamachowcy przynieśli mu czaszkę Arnalda, którą zamierzał obramować złotem i używać jej jako czarki do picia wina. Był rozczarowany, gdy mu jej nie przyniesiono, gdyż podczas zamachu została rozbita siekierą.

Zamach ten miał miejsce 28 maja 1242 roku w Avignonet. Zginęli Guillaume Arnald, Stephen de Saint-Thibéry oraz kilku ich asystentów (Pierre Seila został w Tuluzie). To zabójstwo (oraz sposób jego popełnienia) nie stanowiłoby chluby dla nikogo, to pewne. Nie jest jednak prawdą, że spowodowało ono reakcję w postaci akcji zbrojnej przeciw katarom oraz oblężenia ich centrum religijnego. Akcję taka zaczęto już planować w roku 1241, na rok przed zabójstwem w Avignonet.

Oblężenie

“…Gdyż wszyscy ci, co uznali panowanie Lucyfera i upadli z Raju, przyszli z siedmiu królestw, wznieśli się na szklane niebo, a za każdego, co się wzniósł, inny spadł…”

Głównodowodzacy armii królewskiej, Hugues de Arcis, rozporządzał zmienną liczbą wojska, sięgająca 10 tysięcy zbrojnych. Odciął najprostszą drogę zaopatrzenia oraz okupował wieś. Swoją akcję rozpoczął 13 maja 1243 roku. “Montségurczycy” mieli po swojej stronie miejsce, którego zamierzali bronić; twierdzę na przeogromnej skale, z trudnym dostępem z punktu widzenia atakujących. Mieli swoją niezachwianą wiarę w słuszność swojej sprawy no i polegali na obietnicach odsieczy (głównie ze strony hrabiego Tuluzy, Rajmunda VII). Byli też dobrze zaopatrzeni w żywność i wodę, a ogromna masa skały ukrywała szereg – z zewnątrz niewidocznych – przejść i ścieżek, którymi można było dostarczać (i dostarczano!) tego, czego potrzebowano, choć nieregularnie.

Przeciw obrońcom natomiast przemawiała mała liczebność ich własnego garnizonu oraz stosunek sił liczbowych żołnierzy jak jeden do kilkudziesięciu (tuż przed oblężeniem liczebność garnizonu wzrosła ze stu, niektórzy autorzy są przekonani, że osiągnęła ok. trzystu zbrojnych).

Trzeba jednak przyznać, że choć przewaga liczebna istotnie była po stronie oblegających, to i Hugues de Arcis stanął przed nie lada problemem. Nie mógł liczyć na szybkie zajęcie fortecy, do której dojście dla oblegających istniało w zasadzie tylko z jednej strony. Nie mógł liczyć na poparcie lokalnej ludności ze wsi, bo sympatie tejże były zdecydowanie po stronie katarów. Jego główna przewaga leżała raczej w tym, że mógł zawsze liczyć na dopływ świeżych sił oraz na niczym niezakłócone zaopatrzenie (z tym z kolei problem mieli obrońcy).

Dodatkową jednak niewygodą dla oblegających był fakt, że – gdy nadeszła zima – ich wojska, a raczej ta ich część, która zajmowała pozycje blisko samej twierdzy, nie mogła nawet liczyć na ochronę przed śniegiem, mrozem i wiatrem na górze. Ci ludzie również musieli wykazać hart ducha, zwłaszcza, gdy oblężenie przeciągało się w nieskonczoność, powodując tym samym zniechęcenie wsród wojsk królewskich. De Arcis był przygotowany na taką okoliczność, nawet jednak i on nie przeczuwał, że zostanie “przykuty” do tej skały na równych dziesięć miesięcy. Jego zadanie okazało się tym trudniejsze, że jego armia cierpiała z powodu ciagłych dezercji oraz – co warte podkreślenia – z powodu biernego współdzialania wielu jego żołnierzy z obleganymi. Tłumaczy to miedzy innymi fakt, że tak często wysłannicy katarscy z łatwością “przedzierali się” przez kordon wojsk królewskich do Montségur i z powrotem.

Probówano atakować twierdzę. Bez skutku. W ciągu pięciu miesiecy od maja do października jedynie trzech obrońców zostało śmiertelnie rannych. Nie posunięto sie ani o metr. Przewaga atakujących robiła jednak swoje. W październiku (lub na początku listopada) baskijscy najemnicy w armii królewskiej wdarli się na występ skalny około 80 metrów od zamku. Tam zbudowano machinę miotającą pociski kamienne (tzw. “trebuchét”), by przy jej pomocy bombardować pozycje obrońców. Wówczas katarzy sprowadzili swojego specjalistę, nazwiskiem Bertrand de La Baccalaria, który zbudował im podobna machinę, bombardującą pozycje oblegających.

Dopiero około 2 do 2,5 miesiąca pózniej baskijscy wspinacze, najprawdopodobniej na skutek zdrady, podeszli (drogą wykutą w skale przez katarów) pod mały barbakan, zaskoczyli jego obsadę, wybijając ją. Od tego momentu położenie obrońców zamku stało się znacznie trudniejsze, jako że z tej odległości “krzyżowcy” mogli już bombardować wschodnią ścianę twierdzy. Była ona jednak wyjątkowo potężna, stąd też kruszenie jej musiało się przeciągać. Tym bardziej, że Baccalaria natychmiast zbudował katarom następną machinę odpowiadającą ‘wet za wet’ machinie francuskiej. Oblężenie przeciagnęło się więc o dalsze dwa miesiące. W ciągu tego okresu przypuszczano wprawdzie ataki na zamek, katarzy jednak zdołali je wszystkie odeprzeć.

Jednak przedłużające się walki dawały się we znaki bardziej obrońcom (których było znacznie mniej) niż oblegającym (których było znacznie wiecej i którzy mogli zmieniać oraz uzupełniać linię ataku). Pierre-Roger de Mirepoix postanowił zatem spróbować wypadu z twierdzy na barbakan, aby go odbić i spalić francuski trebuchet. Wypad ten miał miejsce w nocy z 29 lutego na 1 marca 1244 roku, zakończył się jednak niepowodzeniem. Katarzy zostali odparci, zaś do kontrataku przystąpili z kolei Francuzi i Baskowie, którzy spróbowali wykorzystać sytuację i wedrzeć się do zamku. Obrońcom pospieszyli z pomoca przebywający w Montségur cywile (w tym kobiety). Przeciwnicy zostali odparci i zepchnięci z powrotem do barbakanu. Straty po obu stronach musiały być jednak dotkliwe, zwłaszcza, że walczono na wąskim przesmyku skalnym. Stąd też większa zapewne była liczba zabitych niż rannych.

Negocjacje w sprawie kapitulacji rozpoczeły się nazajutrz, 1 marca 1244. Trwały bardzo krótko i zakończyły się tego samego dnia. Epopeja katarskich Termopil dobiegła konca. Warunki rozejmu były nastepujące:

1.  garnizon pozostaje w twierdzy przez nastepnych 15 dni i w międzyczasie wypuści jenców,

2.  garnizon otrzymuje przebaczenie wszelkich win przeszłych, włączając w to zamach w Avignonet,

3.  mężczyźni pod bronią mogą odejść ze swym bagażem oraz bronią, później jednak będą składać zeznania przed inkwizycją. Otrzymają jedynie lekką pokutę,

4.  pozostałe osoby w fortecy otrzymają te same warunki. Nałożona zostanie na nie jedynie lekka pokuta pod warunkiem, że wyrzekną się wiary katarskiej i złożą zeznanie przed inkwizycją. Osoby odmawiające porzucenia herezji spłoną na stosie,

5.  twierdza Montségur przechodzi w ręce Kościoła i Korony Francuskiej

Co do punktu 4, wszystkie osoby, które były perfektami oraz te, które przyjęły consolamentum w twierdzy (podczas oblężenia) zostały istotnie spalone. Nie na stosie jednak. Ponad 200 osób (205 do 230) zostało spalonych wspólnie w jednym gigantycznym ogniu, do rozpalenia którego użyto zapewne m.in. części palisady z Montségur i drewnianych części budynków.

Zwraca uwagę wyjątkowo łagodne potraktowanie osób zamieszanych w zamach na inkwizytorów w Avignonet. Jak na “powód” do akcji zbrojnej przeciw heretykom, zamach ten został zatem potraktowany “powierzchownie”. Wydawać by się mogło przecież, że to własnie sprawcy owego zamachu zostaną starannie “wyłuskani” spośród kapitulujących i ukarani jako pierwsi. Tymczasem darowano im nie tylko życie, ale i wolność! Czy była to więc łaskawość “Matki-Kościoła”, zawsze chętnie wybaczajacej zbłąkanym “dzieciom”? 

Wątpliwe bowiem dlatego, że gdy “jedną ręką” rozgrzeszano zamachowców, “drugą ręką” wrzucono bezceremonialnie do ognia ponad 200 osób niewinnych żadnej zbrodni i których jedynym przewinieniem było przyjęcie katarskiego sakramentu. Jest to “szczegół” wyraźnie wskazujący, że akcja zbrojna podjęta w Langwedocji nie stanowiła żadnego ‘odwetu’ za zamach na inkwizytorów (choć dziś jeszcze używany jest argument o zamachu jako ‘przyczynie’), lecz że była ona zaplanowaną na zimno akcją, ktorej celem była definitywna eksterminacja wiary katarskiej i dla której ów zamach był jedynie pretekstem. 

Pole Spalonych

“…Pamiętaj o tych, co dali więcej niż mogli, więcej istotnie niż posiadali; więcej aniżeli dać powinni…”

Po upłynięciu 15 dni przed głównym wejściem twierdzy stawili się Hugues de Arcis osobiście, w asyście swoich rycerzy. Kościoł Rzymski reprezentowany był przez biskupa Albi oraz przez dwóch inkwizytorów z zakonu dominikanów: brata Ferriera oraz brata Durantiego.

W sumie około połowy wszystkich osób wyprowadzonych z twierdzy spalono tego dnia, 16 marca 1244 roku, pod murami Montségur. Spośród tych, którzy ocaleli, było kilku katarów, którzy wynieśli potajemnie coś, co aż po dziś dzień jest przedmiotem wielu kontrowersji, a mianowicie “skarb z Montségur”. Zeznający później przed inkwizycją Alzeu de Massabrac, powołując się na świadectwo Arnalda-Rogera de Mirepoix stwierdził:

“…gdy haeretici przybyli z twierdzy Montségur, która przekazana została Kościołowi i Koronie Francuskiej, Pierre-Roger de Mirepoix zatrzymał wewnątrz wspomnianej fortecy Amiela Aicarta i jego przyjaciela Hugona, będących heretykami; w nocy, podczas której inni heretycy zostali spaleni, ukrył wspomnianych heretykow i pomógł im zbiec; i było to uczynione, aby Kościół heretyków nie utracił swego skarbu, który ukryty został w lesie; a uciekinierzy znali miejsce, w którym on spoczywa…”

Perfekci tworzyli osobną grupę opuszczajaca twierdzę. Arpaïs de Ravat, córka kasztelana Raymonda de Perella i jego żony Corby (ktora krótko przedtem została perfektą) stwierdza, mówiąc o tej właśnie grupie, że “…zostali brutalnie wywleczeni z twierdzy Montsegur”.  Spośród liderów kościoła katarskiego był w tej grupie biskup Bertrand Marty oraz Raymond Aiguilher, który szareg lat wcześniej brał udział (wspólnie z Guilhabertem de Castres oraz innymi liderami) w debacie z liderami katolickimi i Dominikiem w Montreal.

Mniej więcej 200 metrów od samej fortecy, ale wciąż w górnej części wzniesienia, tam, gdzie dziś stoi skromny postument upamiętniający pomordowanych, znajduje się miejsce zwane “Polem Spalonych”. Guillaume de Puylaurens (kronikarz XIII-wieczny, ksiądz, notariusz biskupstwa w Tuluzie, a pózniej kapelan hrabiów tuluskich) informuje, że tam ‘krzyżowcy’ “…zbudowali palisadę ze słupów i pali”. Wewnątrz niej umieścili “niezliczoną ilość chrustu”. Owych ponad dwieście osób zostało tam następnie wpędzonych (lub może wręcz wrzuconych) i spalonych wspólnie. Nie było zatem osobnych stosów. 

“Wielkie dni kataryzmu w jego centrum dobiegły końca zarówno w tragedii jak i w chwale, w epizodzie, ktory zademonstrował po raz kolejny niezwykłą siłę kataryzmu w największych przeciwnościach” – przyznaje Malcolm Lambert, autor, którego bynajmniej nie można “posądzić” o zbytnie sympatie katarskie.

“Zmiłuj się, Panie, nad wszystkimi spalonymi z tego świata. Zmiłuj się nad tymi, co miłowali aż poza ten świat. Nad wszystkimi, co miłowali. Nad wszystkimi, co posiadali cokolwiek prawdziwego do umiłowania. Amen”

Epilog

Raymond de Perella, kasztelan Montségur – poddając twierdzę, skazał tym samym na śmierć swoją żonę, jej matkę oraz swoją najmłodszą córkę Esclarmondę (wszystkie one mające status “perfektów” w Kościele Katarskim).

Pierre-Roger de Mirepoix – wbrew pozorom owo ułaskawienie też nie przeszło tak gładko i bez kłopotów, jak by na to wskazywały warunki kapitulacji twierdzy Montségur. Po opuszczeniu twierdzy, Pierre-Roger z Mirepoix znika na okres 11 lat. W 1255 roku wymieniony jest w pewnym dokumencie jako “…pozbawiony swych włości za obronę i podjudzanie heretyków w twierdzy Montségur”. Odzyskał pełnię swych praw w roku 1257.

Guilhabert de Castres – nigdy nie wpadł w ręce inkwizycji. Nigdy nie został przez nikogo zdradzony. Jesli żył jeszcze w okresie oblężenia Montségur w latach 1243-44, był już zapewne w bardzo zaawansowanym wieku.

Twierdza Montségur – po kapitulacji została zburzona po zajęciu jej przez wojska królewskie. Nowym kasztelanem został Guy I des Levis. Za jego czasów (oraz pózniej – w sumie w ciagu 3 wieków) została tam zbudowana nowa forteca. Miała swoj garnizon jeszcze w XVI wieku. W 1757 roku wciąż należała do rodziny des Levis. To właśnie ruiny tej po-katarskiej fortecy zachowały się po dziś dzien i są odwiedzane przez co najmniej sto tysięcy osób rocznie. W roku 1929 Otto Rahn , zafascynowany katarami prowadził tam badania. Pózniej w roku 1947 z inicjatywy rządu francuskiego przeprowadzono częściowe odrestaurowanie ścian zamku. Z kolei w latach 1964-76 badania prowadzone były przez ekipę archeologiczną.

Skarb katarski z Montségur – w sumie – według Berengara de Lavelanet – czterech katarów (włączając dwóch wymienionych powyzej) miało wziąć udział w ocaleniu skarbu z Montségur. Legendy krążyły pózniej na jego temat mówiące m.in. o Świętym Graalu jako owym skarbie. Z całą pewnością skarb ten zawierał pieniądze potrzebne na bieżące wydatki Kościoła (część z nich została wyniesiona z Montségur nieco wcześniej, wtedy gdy “krzyżowcy” zajęli barbakan). Mógł również zawierać szczególnie cenną literaturę. Istnieje interesująca (i warta przeczytania) teoria, według której częścią skarbu miał być – ni mniej ni więcej – Całun Turyński

Kościoł Katarski – kapitulacja twierdzy nie oznaczała końca tego Kościoła. Nie była to zresztą ostatnia twierdza katarska zdobywana przez wojska królewskie. Np. 11 lat później padł Queribus (1255), a i jego upadek nie zakończył działalności katarów. Istnieje opinia, że efektywnie era kataryzmu kończy się w wieku XIV, jesli chodzi o kataryzm we Francji, we Włoszech w wieku XV. Malcolm Lambert wymienia datę 1412, kiedy to w Chieri, na południowy wschód od Turynu, lombardzki inkwizytor dominikanski kazał ekshumować zwłoki 15 heretyków i spalić je publicznie wraz z wizerunkami zmarłych.

Według pewnej tradycji, Christian Rosencreutz, założyciel Różokrzyżowców, był potomkiem rodu Germischhausen, praktykującego kataryzm potajemnie przez szereg pokoleń. Nikt nie jest jednak w stanie zweryfikować obecnie prawdziwości rozmaitych tradycji, zwłaszcza jeśli mowa jest o praktykowaniu kataryzmu potajemnie. Wiadomo np., że wprowadzony został przez Kościół Rzymskokatolicki obowiązek uczestniczenia we mszy świętej oraz w eucharystii, przy czym sprawdzana była obecność. Wiemy zatem, że oficjalnie praktykowanym był rzymski katolicyzm. Natomiast jest rzeczą bezdyskusyjną, że popularność katarów dawała i daje o sobie znać. Francuski Kościół Gnostycki, założony przez Doinela w XIX wieku oparty był do pewnego stopnia na tradycji katarskiej.

Sakrament Consolamentum istnieje do dziś także w kościołach gnostyckich o liturgii bazowanej na katolicyzmie (jak Ecclesia Gnostica). Istniał również, jak się okazuje, przynajmniej do niedawna Kościół Katarski (lub może raczej neo-katarski) w USA, który zdawał się być wspólnotą nieco podobną do Amishów.

W samej Langwedocji sympatie katarskie są po prostu nieustającą rzeczywistością. Stephen Hoeller, biskup gnostycki (Ecclesia Gnostica) w swej niedawno wydanej książce ”Gnosticism. New Light in the Ancient Tradition od inner knowing” cytuje m.in. wypowiedź pewnego sędziwego mieszkańca tego regionu. Usłyszawszy w pewnej rozmowie słowo “katar”, powiedział on: “Catares, Madamme? My zawsze byliśmy katarami, chociaż o tym nie mówimy. I na zawsze też pozostaniemy katarami”. Pozostaje silne dziedzictwo katarskie, choć trudno byłoby znaleźć jakąkolwiek liczącą się instytucję katarską.

Wspomniany powyżej Otto Rahn, który prowadził badania w Montségur i który uzyskał ogromną wiedzę na temat katarów, miał – według niektórych – wręcz sam nawrócić się na kataryzm na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

Kościół Katolicki - w tym miejscu, niejako na zakończenie, warto zacytować opinię obojga autorów, na których się tu niejednokrotnie powołano:

“…represywny terroryzm narzucany, jako polityka, przez inkwizycję przez kilka stuleci narodom Zachodu – był tym, co mialo podminować gmach Kościoła od wewnątrz i spowodować straszliwe obnizenie standardów moralności chrześcijańskiej i cywilizacji katolickiej (…) Począwszy od XIII wieku nie znajdujemy świętego lub doktora w Kosciele katolickim, wystarczająco odwaznego, by stwierdzić (jak to na przykład czynila Św. Hildegarda  w XII wieku), że człowiek mylący się w sprawach religijnych jest wciąż stworzeniem Bożym i że pozbawianie go życia stanowi zbrodnię. Kościół, ktory tak chętnie zapomniał o tej prostej prawdzie, nie zasługiwał na miano “katolickiego”; można stwierdzić zatem, że pod tym względem herezja wymierzyła Kościolowi cios, po którym nigdy nie przyszedł on do siebie.

Zwycięstwo zostało odniesione za zbyt wysoką cenę. Nawet jeśli Kościół Rzymski, przyjmując twardą linię wobec herezji, oszczędził zachodniemu chrześcijaństwu powaznych problemów, które mogły z hukiem doprowadzić całą strukturę społeczną i kulturalną do ruiny – a to pod żadnym względem nie jest pewne – osiagnął on to za cenę kapitulacji moralnej, której konsekwencje ponosi on jeszcze dzisiaj.” (Zoe Oldenbourg)

“Walka z kataryzmem dopomogła w sfabrykowaniu wizerunku heretyka jako sługi Szatana, podczas gdy Vox in Rama Grzegorza IX przybiła pieczęć autorytetu nad rodzajem obscenicznego oszczerstwa, niegdyś uzywanego przeciw wczesnym chrześcijanom a potem, w melancholicznym grymasie, zwróconego przeciw chrześcijańskim heretykom (…) od Vox in Rama droga wiodła az do Malleus maleficarum, Biblii łowców czarownic oraz do szalenstwa, które rozciagnęło się na Reformację i splamiło reputację zarowno katolików jak i protestantów. Był to najważniejszy spadek pozostawiony przyszłości przez epizod katarski – spadek, który sami katarzy z pewnością by odrzucili.” (Malcolm Lambert)

 
Michał Monikowski
Perth, Australia

 

Cytaty pod śródtytułami oraz przed epilogiem pochodzą z Kolekty oraz Czytania z mszy gnostyckiej na Montségur Day. Barwa liturgiczna na Montségur Day – fioletowa lub czerwona.

Literatura:

Zoe Oldenbourg. Massacre at Montségur. A History of the Albigensian Crusade. Phoenix Press, London 2000. ISBN I 84212 428 5

Malcolm Lambert. The Cathars. Blackwell Publishers  Oxford/UK & Malden/USA 1998/1999. ISBN 0 631 14343 2, ISBN 0 631 20959 X

 

Continue Reading »
0 Comments

Minarety z galarety

Nov 30th, 2009 by monio
Minarety z galarety

Dariusz Bruncz i Tomasz Terlikowski  (patrz: linki poniżej niniejszego tekstu) otworzyli w serwisie ekumenizm. pl serię artykułów odnoszącą się do ostatniego referendum w Konfederacji Helweckiej, a dotyczącego budowy minaretów.
Obydwaj chyba spudłowali, jeden strzelił za bardzo na prawo, drugi na lewo… Spróbujmy my zatem strzelić wprost w środek. „Dario” wychodzi z założenia, że wynik (ponad 57 procent przeciw minaretom) jest pozytywny, bo oznacza trzymanie się tego, co uważa za tożsamość europejską. „Tomo” zaś nazywa ten wynik „drogą donikąd”, bo jego zdaniem oznaczać to będzie z jednej strony radykalizację muzułmanów, a z drugiej pomoże walczyć w przyszłości z wszelką religią, skoro już dzisiaj wolno zakazywać jej widzialnych, fizycznych atrybutów.

I jeżeliby przyjrzeć się sprawie przez obie pary „okularów” obu Autorów, to obaj mają dużo racji. Jednak cała rzecz akurat jest w czymś zupełnie innym.

Obydwaj Autorzy pomijają najważniejsze punkty całej sprawy: kwestię IMIGRACJI, kwestię WOLNEGO WYBORU dokonanego przez obywateli oraz kwestię SZTUCZNEJ ANTAGONIZACJI do islamu przez NASZE establishmenty polityczne prowadzące wojny i okupacje w krajach islamskich. Dokładnie właśnie tak: obaj Autorzy boją się lasu minaretów w Europie przyszłości, ale to nie muzułmanie okupują jakikolwiek kraj europejski, rozogniając tam „rachunki krzywd” – to skorumpowane i posługujące się kłamstwem rządy zachodnie prowadzą takie wojny i okupacje w krajach islamu już od szeregu lat. I to w poparciu dla Izraela, okupującego taki kraj już od szeregu dziesiątków lat…

Europa nie cierpi dlatego, że jest w niej islam – bo on w niej jest od bardzo wielu stuleci, ale z powodu rosnącej liczby imigrantów, którzy zaczynają już antagonizować (czy tego chcą czy nie) Europejczyków. Odpowiedzialnością za politykę imigracyjną obciążać jednak nie należy islamskich imigrantów (bo co oni winni: że chcieli się przenieść tam, gdzie większy dobrobyt. Ja też tak zrobiłem, więc czemu jestem winny?) lecz europejskie i pozaeuropejskie rządy (USA, Kanada, Australia) oraz mocodawców tych rządów, obficie „smarujących” gotówką tam, gdzie trzeba wspomóc „odpowiedniego” kandydata do parlamentu albo kandydata na premiera… Również nas samych można obwiniać: czemu płodzimy tam niewiele dzieci, że potem się gospodarkę narodową „wspiera” milionami przybyszów wziętych dosłownie skądkolwiek, byle tylko bardziej „ukoloryzować” i wymieszać ze sobą wszystko (czytaj: rasy, kultury i religie) co się da, obojętnie czy to akurat jest zabieg korzystny czy nie…

To tyle odnośnie imigracji. Również odnośnie radykalizacji, bo te zbrodnicze wojny zamorskie bardziej radykalizują muzułmanów niż brak tu i ówdzie jakiegoś minaretu. Zapytaj sam siebie, Tomaszu: ile to tych minaretów jest naprawdę koniecznych do normalnego funkcjonowania religii islamskiej (wzgląd polityczny i propagandowy akurat celowo pomijam)? Czy powiedziałbyś na przykład, że w każdym wiejskim z***piu potrzebna jest d**na kościelna wieża gotycka? Nie, bo dzwony mogą tam być mniejsze i wisieć sobie w znacznie niższej wieży, albo nawet w wieżyczce na dachu albo pod t.zw. przydaszkiem od frontu (większość wczesnych kościołów europejskich NIE miała pierwotnie żadnych wież…). Podobnie rzecz ma się z minaretami: meczety nie muszą ich mieć w ogóle, a wcale przez to nie stają się „obumarłe”. Powiedzmy to sobie wprost, bez owijania całej sprawy w nadmiar „bawełny”: minarety są meczetom obecnie akurat tak „potrzebne do szczęścia”, jak przysłowiowy „zającowi dzwonek”…

No i właściwie na tym cała sprawa mogłaby się zakończyć: chodziło w całej sprawie O NIC, gdy chodzi o samo meritum swobód religijnych. Minaret to jednak potężna struktura, więc chyba i rację mają ci, którzy wskazywali na polityczno-propagandowe aspekty całej muzułmańskiej batalii o te ogromne dominanty.

O co zatem tak naprawdę chodzi w referendach takich jak to helweckie? Tak, rozmaitym ludziom może chodzić o rozmaite rzeczy (inaczej pewnie „Tomo” i „Dario” nie różniliby się zbytnio w poglądach).

Otóż chodzi o ten trzeci z wymienionych na wstępie aspektów: O WOLNY WYBÓR.

I tu obydwaj Autorzy chybili już zupełnie, ba, nie trafili nawet w obrzeżenie tarczy. Ani bowiem referendum nie oznacza obrony stanu obecnego, ani nie stanowi drogi donikąd. Od kiedy to referendum i wolny wybów są „drogą donikąd”, „Tomo”? To KTO, Twoim zdaniem, ma decydować o tym, co ma być i co nie ma być budowane w kraju? Czy nie wiesz o tym, że jak chcesz sobie dobudować chlewik od tyłu willi – na Twoim własnym gruncie!, to musisz mieć zgodę miejscowej rady, a w najlepszym wypadku zgodę bezpośrednich sąsiadów?

Referendum też nie oznacza, że minarety po wsze czasy zostaną zakazane w Helwecji. To oznacza jedynie, że NARAZIE ich tam nie będzie. No, bo jeśli za parę albo paręnaście lat Helweci jednak, w innym już referendum, zdecydują, że  i owszem, niech będzie tych minaretów nawet cała dżungla – to co: też będzie to droga donikąd?

Sam pewnie życzyłbyś sobie, aby Polacy mieli takie referendum całkiem niedawno, gdy o wiele powżniejsza kwestia się ważyła niż minarety: a mianowicie kwestia (dalszego, konsekwentnego) ograniczenia suwerenności ich własnego państwa. Wywierające na nas (oraz na czeskiego prezydenta Klausa, tego „Jana Hachę” naszych czasów) t.zw. „czynniki europejskie” też najwyraźniej uznały, że referendum to „droga donikąd” (zapewne obawiali się o rezultaty bardziej niż w Irlandii…). Wybrali inne rozwiązanie. A nasze władze potulnie się podporządkowały niczym ci zdrajcy z Sejmu w XVIII wieku, co uznali Traktaty (nie, nie „Lizbońskie”, ale Rozbiorowe).

Ale jeszcze raz pytam: KTO, jeśli nie obywatele, ma decydować, co się w okolicy buduje, a czego nie?

Poza tym jest jeszcze jedna rzecz: nawet zwycięstwo „minaretowców” w referendum nie oznaczałoby jeszcze, że one natychmiast byłyby wznoszone. Konfederacja Helwecka składa się z 25 kantonów, a te z mniejszych jeszcze jednostek administracyjnych. Tam też są władze, tam też są wspólnoty i tam też się poddaje rozmaite projekty pod głosowanie. Czyli: obecne wybory mogliby nawet teoretyczni wygrać „minareciarze” osiągając 100 procent poparcia, a następnie…. przez dziesiątki lat mógłby nie powstać tam  ani jeden minaret… Bo wolny wybór przysługuje w Helwecji (narazie przynajmniej) nie tylko ogółowi obywateli, ale i wspólnotom lokalnym.

„Tomo”:  referenda to jedyna droga (i to wcale nie „donikąd”) rozstrzygania kwestii budzących takie emocje, jak ta.

„Dario”: Europa nie straci nic na swej tożsamości, jesli ktoś w niej zbuduje minarety. Straci natomiast, jeśli dalej będzie poddawana barbarzyństwu gangów politycznych spod znaku „multi – kulti”, zamieniających Kontynent w grunt pod przyszłe konflikty rasowe i kulturowe.

References:

“Dario”   “Brawa dla Szwajcarów”
“Tomo”  “Szwajcarska droga donikąd”

Continue Reading »
0 Comments

Technologiczny buddyzm…

Oct 1st, 2009 by monio
Technologiczny buddyzm…

-…czyli podstawy wiary i praktyki scjentologów

Licząca sobie trochę ponad pół wieku scjentologia budzi szereg ostrych kontrowersji. Co prawda fala największych ataków na nią zdaje się obecnie słabnąć, wciąż jednak jest ona ofiarą wielu nieporozumień. Według jednych nie jest ona w ogóle religią. Inni mylą scjentologów z chrześcijańskimi scjentystami. Dyskusje dotyczące scjentologii pełne są opinii, mało jest w nich jednak… samej scjentologii. Poniższy tekst stanowi wprowadzenie – w prostych słowach – do podstaw scjentologicznej wiary i praktyki.

  “Scjentologia posiada cechy charakterystyczne dla religii. Posiada teologię, zespół praktyk umożliwiających sięgnięcie do sfery duchowej w każdej osobie ludzkiej, ‘bardzo zbiurokratyzowaną’ strukturę kościelną oraz rytuały religijne (…) Scjentologowie czynią użytek z instrumentów racjonalności w służbie na drodze mistycznej, samo-przemiany oraz transformacji świata. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu wydaje się ona być unikalna wśrod religii.”

(Regis Deriquebourg, “Scientology. Its Cosmology, Anthropology, System of Ethics & Methodologies”. W: “Scientology. Theology & Practice of a Contemporary Religion”, Los Angeles 1998, s. 175)

Frank Flinn (Washington University, St. Louis, Missouri) określił scjentologię mianem “technologicznego buddyzmu” (“Scientology as Technological Buddhism” w: Alternatives to American Mainline Churches. New York 1983).

Najprościej sprawę ujmując, można powiedzieć, ze scjentologia jest religią łączącą w sobie trzy elementy: filozofię Wschodu, strukturę organizacyjną Zachodu oraz oraz praktyki i język technologiczny połowy XX wieku.

Jej nazwa pochodzi od dwóch słow: łacińskiego scio (“wiedzieć”) i greckiego logia (“wiedza”, “zbiór”, “zbiór wiedzy”), których połączenie najłatwiej tłumaczyć jako… “wiedza o wiedzy”; scjentologowie lubią to tłumaczyć w dość wolny sposób jako “wiedzieć jak wiedzieć”.

Co to jest “thetan” ?

Popularne jest stwierdzenie “człowiek posiada duszę”. Innym, również dość popularnym wyrażeniem jest “człowiek składa się z ciała i duszy”. Scjentolog natomiast powiedziałby raczej coś innego: “dusza posiada ciało i umysł”. Dla scjentologa jednak to, co jest ową “duszą”, stanowi cząstkę (lub chyba nawet lepiej: “jednostkę”) jednego “ducha”. Z kolei ów duch pojmowany jest jako “siła życia”. Nie należy mylić tego w scjentologii z żadną “energią”, gdyż energia nie powstaje z niczego, lecz – wręcz przeciwnie – sama jest wytworem czegoś innego. Każdy typ energii powstaje w wyniku pewnych procesów. Natomiast “siła życia” lub “podstawa wszelkiej egzystencji” nie jest stworzona przez nic i przez nikogo. Określenia “duch” i “dusza” maja jednak szereg rozmaitych definicji. Aby zatem nie było nieporozumień co do tego, co pod tym pojęciem rozumiane jest w scjentologii, główny twórca tej religii, R. Hubbard zaproponował nadanie owej “podstawie egzystencji” nazwy theta od greckiej litery “theta”. Poprzez dodanie litery “n” powstaje słowo “thetan”, które oznacza właśnie ową cząstkę “podstawy życia”. To właśnie thetan jest osobą, która posiada dwa inne jeszcze elementy: ciało (body) oraz umysł (mind).

Materia, energia, przestrzeń i czas…

Theta jako podstawa życia oddziaływuje na świat fizyczny: kształtuje materię i energię w przestrzeni oraz czasie. Angielskie nazwy tych elementów to Matter, Energy, Space, Time, których pierwsze litery dają skrót MEST.

 W Kościele Katolickim mówi się często o Siedmiu Prawdach Wiary. Ich odpowiednikiem w scjentologii są Aksjomaty, a jest ich 58. Ujmują one istotę korelacji pomiędzy theta i MEST i stanowią podstawę wiary scjentologicznej.

Zbawienie

Scjentologiczna koncepcja zbawienia różni się od tej, którą oficjalnie reprezentowana jest w głównych nurtach chrześcijaństwa, podobna jest ona natomiast do tej reprezentowanej przez religie wschodnie. Thetan przechodzi przez wiele kolejnych ciał (reinkarnacja) poprzez swoje kontakty z wszechświatem fizycznym. Według scjentologów thetan (czyli człowiek) jest w zasadzie dobry. Zbawienie jest osiągane poprzez powiększanie własnej świadomości duchowej aż do osiągnięcia “całkowitej wolności”. Praktykowanie scjentologii ma dopomóc człowiekowi w znajdywaniu własnych odpowiedzi i rozwiązan życiowych. Ostatecznie człowiek ma osiągnąć świadomość, że jest duchem niezależnym od ciała, który przetrwa zachowując swą pamięć i tozsamość.

Osiem dynamik życia

Fundamentalnym poglądem przewijająm się przez scjentologiczne spojrzenie na wszechświat jest ten, że pierwszorzędnym celem wszelkich form życia jest przetrwanie (survival). Nazywany jest on “dynamiczną zasadą egzystencji”.

Zasada ta kategoryzowana jest w osiem dynamik, reprezentujących poszczególne aspekty dynamiki przetrwania.

“Postrzegane jako koncentryczne koła rozrastające się ze wspólnego środka, owych osiem dynamik reprezentuje wzrastającą świadomość uczestnictwa we wszystkich elementach życia. Owe dynamiki reprezentują pogląd scjentologii na kosmos.” (Scientology. Theology & Practice of a Contemporary Religion. S.22)

Jest to między innymi powodem, dla którego popularne ilustracje fotograficzne scjentologii w wydawnictwach propagandowych tego kościoła posługują się wizerunkiem osoby lub osób (niejednokrotnie w mundurach scjentologicznej Organizacji Morskiej) na tle gwiaździstego nieba z planetami. Piszącemu szczególnie utkwiły w pamięci dwie takie ilustracje: jedna przedstawiająca audytora scjentologicznego z przyrządem znanym jako E-meter, wpatrzonego w kosmos oraz młodych członków Organizacji Morskiej z marynarskimi czapkami na tle gwiazd. Ilustracje tego typu stanowią współczesną formę “ikony” w symboliczny sposób akcentującej nierozerwalne związanie ludzkiej egzystencji z wszelką formą życia we wszechświecie.

Jednym z symboli używanych przez scjentologię jest znak krzyża, nie mający jednak żadnego związku z chrześcijaństwem i nie będący nawet symbolem scjentologii jako religii, lecz symbolem owych ośmiu dynamik życia. Symbolem zaś scjentologii jako religii jest wydłużona litera “S” z dwoma trójkątami (jak powyżej we wprowadzeniu).

A oto poszczególne dynamiki życia przedstwione tu tak, jak rozumiane są w scjentologii:

Własna osoba (self) – jest to dążenie do istnienia i przetrwania charakteryzujące każdą osobę

Rodzina – dążenie do istnienia i przetrwania poprzez prokreację i wychowywanie dzieci

Grupy – jest to takie samo dążenie, lecz rozszerzone na większe zbiorowiska ludzi. Grupą taką jest grono przyjacioł, wspólnota, narod, rasa, państwo

Rodzaj ludzki – dążenie do przetrwania poprzez rodzaj ludzki i jako rodzaj ludzki

Wszelkie formy życia. Celem jest tutaj zachowanie wszelkich form życia, bazując na założeniu, że formy te są sobie wzajemnie potrzebne

Wszechświat. Jest to dążenie do istnienia i zachowania fizycznego wszechświata przez tenże wszechświat i przy pomocy wszelkich jego komponentow – a więc materii, energii, przestrzeni oraz czasu.

Duch – jest to dążenie do przetrwania jako byty duchowe oraz dążenie samego życia jako takiego do przetrwania. Jest to źródło życia, czyli theta

Nieskończoność – ta dynamika nazywana jest powszechnie Bogiem, Najwyższym Bytem lub Stwórcą. W odróżnieniu od szeregu innych religii, scjentologia nie próbuje w dogmatyczny sposob zdefiniować natury lub charakteru Boga. Nie oznacza to jednak, że w religii tej nie istnieje wiara w Boga. Wręcz przeciwnie, scjentologowie zdają się mieć dość radykalne poglądy na wiarę w Boga, by zacytować tylko głównego załozyciela tej religii, Lafayette Ronalda Hubbarda:

“Żadna kultura w historii świata, poza całkowicie zdeprawowanymi i wymierającymi, nie zaniedbała afirmacji istnienia Najwyższej Istoty. Jest rzeczą potwierdzoną  empirycznie, że ludzie pozbawieni silnej i trwałej wiary w Najwyższą Istotę są mniej zdolni, mniej etyczni i mniej wartościowi dla samych siebie i społeczeństwa. (…) Człowiek pozbawiony trwałej wiary jest, jak wskazuje sama obserwacja,  bardziej przedmiotem niż człowiekiem.”

Uważają oni ponadto, że studiowanie umysłu oraz chorób przezeń spowodowanych nie powinno być wyłączone z religii ani prowadzone w dziedzinach pozareligijnych (p. Wyznanie Wiary w przypisie 2).

Nauka bez religii jest kulawa; religia bez nauki jest ślepa” (Albert Einstein)

Opierając się na powyższej zasadzie, scjentologowie uważają, że ich religia stanowi “stosowaną filozofię religijna i technologię rozwiązującą problemy ducha, życia oraz myśli”.

Owe problemy nie są permanentne i mogą być przezwyciężane przez świadomość oraz wiedzę. Przykładem takiego nastawienia jest technika dianetyczna. Słowo “dianetyka” pochodzi od dwóch greckich słow: “dia” (przez) oraz “nous” (umysł). Dziedzina ta zakłada, że umysł ludzki dzieli się na analityczny (będący w stanie rejestrować fakty, analizować je i rozwiązywać problemy) oraz reaktywny, który jedynie rejestruje fakty nieświadomie lub podświadomie i reaguje na nie bez możliwości przeanalizowania ich. Fakty rejestrowane są tam w postaci t.zw. engramów będących w stanie powodować stresy, niepożądane emocje i choroby psychosomatyczne. Zadaniem zatem technik dianetycznych, stosowanych podczas sesji zwanych auditing (od łacinskiego słowa audire, czyli “słuchać”) jest stopniowe oczyszczenie umysłu z owych engramów aż do osiągnięcia stanu zwanego clear (“czysty”, “jasny”). Każdy uczestnik auditingu, który tego stanu jeszcze nie osiągnął, nazywany jest pre-clear.

Niejednokrotnie clear jest porównywalny w scjentologii do znanego w buddyzmie stanu zwanego Bodhi (oświecony), a Ron Hubbard uważał wręcz, że scjentologia stanowi “rozszerzenie historycznego dzieła Siddharty Gautamy Buddy”.

Sporo mitów narosło wokół tej metody dianetycznej. Tymczasem poprzez całą terminologię scjentologiczna łatwo zauważyć – niczym przez szkło – o co w niej chodzi. Najprościej ujmując chodzi o to, by ów  pre-clear zajrzał w siebie i próbował siebie poznać. By zobaczył zatem co w nim jest złego i by mógł owo zło przezwyciężyć. Od tysięcy lat tak postepuje się m. in. w buddyzmie, nazywając to “medytacją”. W scjentologii owa “medytacja” tym się różni od tradycyjnej, że dokooptowany jest pomocnik znany jako auditor (1). To “dokooptowanie” auditora czyni ów proces w pewnej mierze podobnym do spowiedzi (ale do tej katolickiej raczej niż tej ogólnej, protestanckiej). O ile jednak spowiedź służy wskazaniu zła, to w auditingu probuje się identyfikowac jego przyczynę i tę przyczynę eliminować zamiast skupiać się jedynie na skutku. Poza tym auditing trwa oczywiście znacznie dłużej niż spowiedź.

Auditing jest, ze względu na spełnianą przez siebie funkcję, podstawową formą posługi, jaką ma do zaoferowania kościół scjentologiczny. Wszelkie pozostałe (jak np. rozmaite kursy), o których będzie mowa kiedy indziej (gdyż nie sposób scharakteryzować religii w jednym artykule) stanowią logiczna konsekwencje auditingu.

Auditing jest niejednokrotnie przeprowadzany przy pomocy wspomnianego już przyrządu zwanego E-meter (skrót od electropsychometer). Wokół tego instrumentu narosło bodaj więcej jeszcze legend niż wokół samego auditingu. Piszący wspomina z pewnym rozbawieniem, że kiedyś “dowiedział się” był od pewnego sympatycznego duchownego anglikańskiego, że scjentologowie przy pomocy owego urządzenia poddają swe ‘ofiary’… “elektrowstrząsom”(!).

Tymczasem prawda jest znacznie prostsza, zupełnie pozbawiona sensacji, by nie rzec, że wręcz… banalna: to urządzenie potrafi jedynie odnotować zmiany w reakcji ludzkiego ciała na emocje. W ten sposób bywa ono pomocne przy ustalaniu które z omawianych podczas auditingu spraw stanowią problem emocjonalny dla pre-cleara. Niczego więcej to urządzenie nie potrafi i do niczego więcej się ono nie nadaje. Nie jest ono żadnym “wykrywaczem kłamstwa” (“lie detector”), choć jego zasada działania jest dokładnie taka sama jak owych aparatów zwanych (zupełnie niesłusznie) “wykrywaczami”, a stosowanych czasami w śledztwie (ale nie przez żaden kościół oczywiście). Można zatem odnotować z zadowoleniem, że urządzenie, którego pierwotną funkcją miało być przesłuchiwanie człowieka, u scjentologów znalazło wreszcie swoją właściwą funkcję: urządzenia mającego pomagać człowiekowi; funkcję zatem taką, do której – biorąc swoje możliwości – znacznie lepiej się ono nadaje.

Pojawiają się niejednokrotnie informacje dotyczące nadużywania owego instrumentu w kościele scjentologicznym. Schemat takich “informacji” jest niemal zawsze ten sam: ktoś został scjentologiem, ale po jakimś czasie zdecydował się wystąpić z kościoła. Rozwścieczeni auditorzy zmusili (jak?) ofiarę do przesłuchania z użyciem E-metera oraz szantażowali ją przy pomocy nagranych (?) zapisów jego wcześniejszych sesji auditingu, by zapobiec jego odejściu i zmusić go do pozostania w kościele (po co? Aby trzymać wśród siebie malkontenta na siłę?).

Powiedzmy to jasno: jeżeli kiedykolwiek nastapiło jakiekolwiek nadużycie i znalazło swoj finał na wokandzie, a oskarżonym udowodniono winę, to słuszność jego ukarania nie budzi cienia wątpliwości wśród scjentologów.

Gorsze jest jednak co innego: takie przypadki (a są one istotnie pojedyncze z całego ponad półwiecznego okresu istnienia scjentologii) są niejednokrotnie wykorzystywane do rzucania najzwyklejszych potwarzy na całą scjentologię. Tego rodzaju potwarze też zresztą nieraz znajdują swój finał w sądzie i scjentologowie odnoszą coraz więcej zwycięstw w podobnych procesach. To z kolei jest powodem, dla którego coraz większa liczba ataków na scjentologię przeprowadzana jest anonimowo.

Inną techniką (lub raczej zespołem technik) stosowanym w praktyce, rownież przez ochotników (“Volunteer ministers”)  jest t.zw. “Assist”, procedura pomagająca ograniczyć duchowy komponent bólu fizycznego czy szoku. Zakładając, że człowiek ma tendencję do duchowego (i mentalnego) “wycofania się” z okaleczonej części ciała, “assist” próbuje przywrócić komunikowanie się z nią i w ten sposób przyspieszyć proces leczenia. Dokładniej o tej technice napiszemy innym razem.

 

Sunday service

Stąd też to, co w chrześcijaństwie nazywa się “nabożenstwem niedzielnym”, u scjentologów wygląda zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o ścisłość “Sunday service” dosłownie nie znaczy “nabożenstwo niedzielne” lecz raczej “niedzielna posługa”. I trzeba przyznać, że ma ona istotnie u scjentologów  – przynajmniej częściowo – charakter posługi.

Zaczyna się od odczytania scjentologicznego wyznania wiary (2). Następnie duchowny (ubrany oczywiście po cywilnemu, jako że nie ma tu szat liturgicznych) odczytuje krótki artykuł L. R. Hubbarda na wybrany temat na dany dzień. Po czym wygłasza on “kazanie” bazowane na dziełach tego autora.

To, co następuje potem (t.zw. “group processing”), to rodzaj pół-medytatwnego ćwiczenia, w którym szereg elementów powtarzanych jest wiele razy, na przykład: “znajdźcie w sobie cos, co potraficie zaakceptować”; “znajdźcie w sobie więcej rzeczy, które potraficie zaakceptować”; “znajdźcie w sobie coś, co inni mogliby w was zaakceptować”; “znajdźcie w sobie coś, czego nie potraficie zaakceptować”. I tak dalej.

Stanowi to proste wprowadzenie do głębszego zastanowienia się nad sobą, bazowane na starych technikach wschodnich.

Inną formą takiego ćwiczenia może być imitacją ustanawiania “kontaktu” z wybraną częścią ciała (np. głową, okiem) zarówno przez dotyk, jak i mentalnie. Ustanowienie takiego kontaktu (lub raczej jego przywracanie) stanowi środek, za pomocą którego prowadzi się t.zw. “Assist” wspomniany wyżej.

Stosowane jego elementy, wykorzystywane podczas “Sunday service” mają na celu ułatwianie przysposobienia uczestników do sytuacji, w których musieliby owe elementy wykorzystywać. Stanowi to zatem istotnie formę posługi, choć dla kogoś uczestniczącego w niej po raz pierwszy bez rozeznania o co w tym wszystkim chodzi, zdaje się ona być czymś na kształt dziwactwa. Jednak początkowy brak zrozumienia nie powinien zaskakiwać. W końcu dla kogoś nieobeznanego z poszczególnymi częściami składowymi mszy swiętej, liturgia też jest niezrozumiała, ale to nie powód, by z niej rezygnować.

Po trwajacym 20 do 30 minut “group processing” kolej na to, co u nas nazwanoby “ogłoszeniami parafialnymi”. W wielu wypadkach są to informacje o pracy o ochotnikach scjentologicznych w rozmaitych częściach świata. Kilka lat temu były to informacje o ich pracy  w Azji (a konkretnie w Indonezji) w związku z ‘tsunami’ (i zapewne będzie tak znowu, gdyż kolejne “tsunami” uderzyło w tamtej części świata akurat wczoraj…).

“Sunday service” kończona jest modlitwą o Pełną Wolność. W scjentologii nie ma zbyt wielu modlitw (z którego też powodu słuszniej nazywać ją “religią metody” raczej niż “religią modlitwy”). Ale ta jedna stanowi stały element scjentologicznej liturgii, której czas trwania wynosi w sumie około jednej godziny.

 

Inne ceremonie kościelne:

Ceremonia nadania imienia

Przypomina ona nieco chrzest, ale nie ma ona wiele z nim wspólnego.
Już w formule owej ceremonii dają się słyszeć echa wiary scjentologów w zbawienie jako wynik własnego wysiłku czlowieka. Zwracając się do rodziców dziecka, duchowny mówi między innymi:

“żeby dana mu (jej) była
wszelka szansa zrozumienia
reguł, wedle których
bierzemy udział w grze zwanej Życiem,
oraz, że my wszyscy tu obecni
uczynimy osiągalną dla niego
radę oraz wiedzę,
którą my sami w drodze naszej
zyskaliśmy lub otrzymali.

Jednak zawsze pamiętajmy:
Życie młodego (…) do NIEGO należy
i w rachunku ostatecznym
jego ma być wybór
co do drogi, którą obierze,
gry jaką toczy.”

Ślub

W przypadku ceremonii ślubu warto wrócić na chwilę do prezentowanego powyżej symbolu scjentologii: litery “S” z dwoma trójkątami. Ten górny trójkąt zwany jest “KRC-triangle” od pierwszych liter słów Knowledge, Responsibility, Control (Wiedza, Odpowiedzialność, Opanowanie); ten dolny natomiast to “ARC-triangle”, od Affinity, Reality, Communication (Powinowactwo, Rzeczywistość, Komunikacja). Affinity to po angielsku powinowactwo, ale też pokrewieństwo, posiadanie czegoś wspólnego, a nawet sympatia. Gdy np. dwoje ludzi czuje, że są sobie bliscy i potrafią się zrozumieć, to jest to również “affinity”. Owo zrozumienie, również np. wspólnota zainteresowań, to owa “reality” istniejąca między nimi. Podstawą jednak jest “communication”, czyli porozumiewanie się. Dlatego też podczas zaślubin duchowny prosi, by pobierający się wyobrazili sobie trójkąt ARC wpisany w ślubną obrączkę. Po czym zwraca się do nich tymi słowami:

“Pragnąłbym, abyście uczynili pakt między sobą, że nigdy nie zamkniecie oczu we śnie nad złamanym trójkątem. Uleczcie każde jego złamanie realnością Waszej miłości poprzez komunikowanie się.”

 

Pogrzeb

Podczas pogrzebu raz jeszcze dawany jest wyraz wiary w reinkarnację. Duchowny zwraca się do zmarłego między innymi tymi słowami:

“Nasza strata jest wygraną
w mądrości i umiejętności
dla przyszłych spotkań i nowych uśmiechów.

Tak więc odsyłamy do ciągu znoszącego wszystko czasu
Nasze dziedzictwo,
Naszą nadzieję,
Naszego przyjaciela.

Żegnaj, (…),
Twoi bliscy dziekują Ci, że żyłeś.
Ziemia jest lepszą dzięki Twemu życiu.
Mężczyźni, kobiety i dzieci
Żyją dzisiaj,
Ponieważ żyłeś Ty.

Dzięki Ci, że do nas przybyłeś.
Nie sprzeciwiamy się Twemu prawu do odejścia.
Dług Twój jest spłacony.
Ten rozdział życia Twego jest zamknięty.
Idz zatem, drogi (…) i żyj raz jeszcze
W szczęśliwszym czasie oraz miejscu.”

 

Podsumowanie

Zaprezentowane powyżej informacje w żaden sposób nie wyczerpują tematu scjentologii, który to temat kontynuować zamierzam w dalszych artykułach.

Sam zespół praktyk związanych z auditingiem oraz pogłębianiem wiedzy na oferowanych kursach wymaga osobnego omówienia. Jest on znany w kościele scjentologicznym jako “Pomost do Pełnej Wolności” (Bridge to Total Freedom). Ten zespół będzie bardziej szczegółowo omówiony w artykule poświęconym strukturze organizacyjnej kościoła scjentologicznego, tu jedynie zaznaczymy, że idea takiego pomostu analogiczna jest z praktykami w religiach wschodnich. Wykazuje ona podobieństwa np. do japońskiej “Chin-Kon-Ki-Shin”, tłumaczonej jako “zaspokojenie ducha człowieczego, by powrócił do stanu boskości”.

Na zakończenie powtórzmy w skrócie to, co wyjaśniliśmy powyżej:

Scjentologia jest “technologicznym buddyzmem” (być może nawet “technologicznym gnostycyzmem“) łączącym w sobie trzy elementy: filozofię Wschodu, strukturę organizacyjną Zachodu oraz praktyki i język technologiczny połowy XX wieku. Jej główne założenia oraz cele są następujące:

-          Człowiek jest nieśmiertelnym bytem duchowym;
-          Jego doświadczenie rozciąga się daleko poza pojedyncze życie;
-         
Jego zdolności są nieograniczone, nawet jesli nie są one jeszcze  znane;

-          Człowiek jest w zasadzie dobry;

-          Duchowe zbawienie człowieka zależy  od niego samego, od jego współbraci oraz od osiągnięcia braterstwa ze wszechświatem;

-          Scjentologia nie jest religią dogmatyczną, w której wymaga się przyjęcia czegokolwiek na wiarę. Polega ona na stosowaniu jej zasad oraz obserwowaniu i doświadczaniu rezultatów;

-          Ostatecznym celem scjentologii jest duchowe oświecenie oraz wolność jednostki.
 
c.d.n.
 
 
 
 
 

_________________________________________________

 

Przypisy

1. Praktyka auditingu przypomina m.in. praktykę zwana “Naikan” w odmianie szintoizmu znanej jako “Oomoto”.  Inną podobną praktyką w Japonii jest “Sin-So-Kan” w odmianie szintoizmu zwanej “Seicho-no-Ie”. Różnica między auditingiem a owymi praktykami japońskimi jest ta, że w auditingu “pre-clear” mówi auditorowi w szczegółach o tym, co go niepokoi w przeszłości jego życia, podczas gdy w przypadku praktyk japońskich osoba dokonuje własnej refleksji, korzystając jedynie ze wskazań nauczyciela.

Pomoc auditora czyni cały proces przystępniejszym na Zachodzie, gdzie tego rodzaju praktyki (zwłaszcza o medytatywnym charakterze) nie są popularne i ludzie szybko się do nich zrażają. Oferowane  na Zachodzie przez buddystów wprowadzenia do medytacji (często stanowiące serię np. ośmiu sesji) cieszą się pewnym powodzeniem, ale liczba osób uczestniczących w nich zmniejsza się gwałtownie z każdą sesją. O ile np. na pierwszą sesję przychodzi ok. 20 osób, to do ostatniej dotrwają 3-4 osoby. Ludzie Zachodu nie są do takich praktyk przyzwyczajeni, zatem pomoc auditora okazuje się tu bardzo wartościowa.

 

2.  “My, ludzie Kościoła (“we of the Church”) wierzymy:

że wszyscy ludzie wszelkiej  rasy, koloru skóry czy wyznania zostali stworzeni z równymi prawami;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo  do własnych praktyk religijnych i ich wykonywania;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do swego życia;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do zdrowia;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do obrony;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do zakładania, wyboru, pomagania i wspierania własnych organizacji, kościołów i rządów;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do swobodnego myślenia, do swobodnego wypowiadania i pisania swych opinii oraz do wypowiadania się i pisania o opiniach innych i do sprzeciwiania się im;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do tworzenia własnego rodzaju.

Że dusze ludzi posiadają prawa ludzi;

Że studiowanie umysłu oraz leczenie chorób przezeń spowodowanych nie powinno byc wyalienowane z religii Ani prowadzone w dziedzinach pozareligijnych;

I że żadna instancja poza Bogiem nie posiada mocy zawieszania lub usuwania tych praw jawnie lub niejawnie;

I my, ludzie Kościoła, wierzymy;

że człowiek jest w zasadzie dobry;

że pragnie on przetrwania;

że jego przetrwanie zależy od niego samego

i od jego współbraci oraz

od osiągnięcia przez niego braterstwa ze wszechświatem.

I my, ludzie Kościoła, wierzymy, że:

Prawa boskie zakazują człowiekowi:

unicestwienia własnego rodzaju;

unicestwienia zdrowia innych;

unicestwienia lub zniewolenia czyjejkolwiek duszy;

unicestwienia lub ograniczenia możliwosci przetrwania

innego człowieka lub własnej społeczności.

I my, ludzie Kościoła, wierzymy, że duch

Jest w stanie przetrwac oraz że duch sam w sobie

jest w stanie zachować lub uleczyć ciało.”

     

3.  “Niechaj autor wszechświata sprawi, by wszyscy ludzie osiągnęli
zrozumienie swej duchowej natury.
Niechaj zwieksza się świadomość i zrozumienie życia, aby wszyscy mogli poznać  autora wszechświata.
I niechaj inni również osiągną owo zrozumienie, które niesie ze sobą Pełną Wolność.

W obecnej chwili modlimy się za tych, których wolność jest zagrożona;
Za tych, którzy cierpią uwięzienie za swą wiarę; za tych, którzy są zniewoleni i umęczeni oraz tych, co cierpią wskutek brutalności, podstępu i napaści.

Modlimy się o zachowanie ludzkich praw, aby wszyscy mogli swobodnie wierzyć i wielbić tak, aby wolność znów zagosciła na naszej ziemi; wolność od wojny i od nędzy; wolność istnienia, wolność działania i wolność posiadania.

Wolność uzywania i rozumienia ludzkiego potencjału; potencjału, który jest boskim i od Boga nadanym.
I wolność osiągania tego zrozumienia i świadomości, które są  Pełną Wolnością.

Niechaj Bóg uczyni, aby tak się stało.”

 

http://en.wikipedia.org/wiki/Scientology obszerny material o scjentologii

Continue Reading »
1 Comment

Reinkarnacja – czyli: JEST JESZCZE LEPIEJ, Panowie!

Aug 10th, 2009 by monio
Reinkarnacja – czyli: JEST JESZCZE LEPIEJ, Panowie!

Poniższy tekst stanowi kontynuację oraz poszerzenie tez artykułu zamieszczonego wcześniej pod tytułem „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!”.  Bezpośrednim bodźcem do napisania obecnego tekstu stały się obszerne cytaty zamieszczone pod tamtym, pierwszym artykułem, gdy pojawił się on w serwisie http://www.kosciol.pl/article.php/200411140625438. Zawarte w nich argumenty zasługują, jak uznałem, na szerszą odpowiedź. Serdecznie dziękuję (i to wciąż, dzisiaj jeszcze!) „Łukaszowi” za zwrócenie mi na nie uwagi. Również „MedievalMan” (Andrzej), stały i zadomowiony gość tamtego Serwisu (i mój stary znajomy z niejednej  dyskusji)  zasugerował wtedy powrót do tego tematu. Powróciłem więc do niego ponownie (i zapewne nie po raz ostatni). Pod tekstem podane są linki do użytecznych stron na ten temat.

Nie będziemy tu jakimś „tytułem rewanżu” próbowali montować tezy, według której np. wiara w fizyczne zmartwychwstanie ciał “okalecza człowieczeństwo poszczególnego człowieka niszcząc jego osobowość” (to też autentyczny cytat wyjęty z ust polskiego duchownego nt reinkarnacji…). W ogóle nie zamierzamy się tu ustosunkowywać do tezy o fizycznym zmartwychwstaniu ciał. Nie będziemy więc próbowali dokonywać jej oceny jako czegoś doskonałego, dobrego, złego czy nijakiego, zostawiając to samym wierzącym. Nie zamierzamy w związku z tym zestawiać całego tasiemca cytatów, od starożytnych po współczesne, wykpiwających teorię zmartwychwstania ciał (a byłoby co poczytać i z czego się pośmiać) choć zapełniłyby one niezłą broszurkę. Ustosunkujemy się jedynie do ataków na reinkarnację i do oceny tych ataków, nie próbując żadnego kontrataku czy „przeniesienia walki na terytorium przeciwnika”. Gdybyśmy bowiem to zrobili, zarzuconoby nam od razu obrazę uczuć religijnych i hipokryzję.

Dlaczego trwa?

Ileż to zawdzięczamy „poganom”! My i „ortodoksi”! Nie byłoby dzisiaj żadnej dyskusji o reinkarnacji między nimi a nami, nie byłoby zaangażowania całych nieraz ośrodków kościelnych, ba, nawet poszczególnych najwyższych rangą hierarchów. Nie byłoby w ogóle żadnej dyskusji na ten temat, gdyby nie ogromne dziedzictwo „pogańskie”, które my, heretycy, dzielimy wraz z „ortodoksami”. Bo żeby taka dyskusja stała się możliwa, to najpierw konieczny był koncept nieśmiertelnej duszy. A ten starożytni Żydzi przejęli wprost od pogan, najprawdopodobniej od Greków. Przejęli i zachowali go. I dzięki temu wszystkie trzy religie „niepogańskie” były w stanie rozwinąć całe filozofie bazowane na tym koncepcie przejętym od religii, o których niektórzy nasi ortodoksi twierdzą, że tak niewiele rzekomo mają z nimi wspólnego.

Wiedząc jak cienka jest ewidencja potępiania przez kościół chrześcijański idei reinkarnacyjnej, kardynał Schőnborn użył niedawno zadziwiającego argumentu. Mianowicie kościół nigdy formalnie jej nie potępił…

„nie dlatego, by mógł uważać ją za doktrynę do pogodzenia z wiarą chrześcijańską, lecz wprost przeciwnie, ponieważ reinkarnacja w tak oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom tej wiary, że potępienie nigdy nie wydawało się konieczne.”

Przyjrzyjmy się temu bliżej. Gdyby istotnie tak było, że reinkarnacja była nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to po prostu wiara w nią nie trzymałaby się go, a praktycznie rzecz biorąc trwa ona w nim bez przerwy. Byłoby to po prostu niewykonalne. Już sam fakt jednak, że jest ona nieprzerwanie w nim obecna, stanowi żywy i niepodważalny dowód, że godzi się ona z nim perfekcyjnie. Nie jest ona sprzeczna z żadną wartością chrześcijańską. Dosłownie z żadną.

Jeśli natomiast miałaby ona być nie do pogodzenia z naszą religią, to nie trzymałaby się ona jej tak jak nie trzyma się jej politeizm. Te dwa systemy: chrześcijaństwo i politeizm po prostu się siebie nie trzymają (no, mówi się co prawda o mormonach, że są politeistami, ale ich politeizm jest pozorny i powierzchowny). Politeizm trzyma się natomiast i to całkiem dobrze hinduizmu. Niekoniecznie dlatego, ze hinduizm nie może być czym innym niż politeizmem. Może, bowiem istnieje w nim także nurt monoteistyczny, a nawet panteistyczny.

Chrześcijaństwo od samego swego początku stykało się z kulturami politeistycznymi dokładnie tak, jak z reinkarnacjonizmem. Jednak reinkarnacjonizm zadomowił się w nim na stałe, podczas gdy politeizm nie.

Fakt, że politeizmu w chrześcijaństwie nie uświadczysz, jest z kolei niepodważalnym dowodem, że jest on z nim (przynajmniej teoretycznie) istotnie nie do pogodzenia. Jedną z przyczyn (choć nie jedyną, oczywiście) jest fakt, że chrześcijanie od początku i bez owijania w bawełnę stwierdzali, że ich zdaniem jest tylko jeden Bóg (ewentualnie dwóch lub jeden oraz demiurg). Postępowali oni zatem w sposób zupełnie odwrotny niż sugeruje kard. Schőnborn, według którego potępienie poglądu nie jest konieczne, jeśli pogląd ten w oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom (…) wiary”.

Nie da się tego powiedzieć o reinkarnacji, co do której takich zdecydowanych stwierdzeń nie było. Polemiści próbujący (tak jak chociażby o. Jacek Salij) podważyć sens reinkarnacjonizmu w naszej religii m.in. za pomocą cytatów biblijnych, stąpają tu po wyjątkowo śliskim gruncie, bo żaden cytat biblijny, jak wskazywaliśmy już w poprzednim artykule, nie zawiera niczego, co stanowiłoby jakąkolwiek ewidentną krytykę reinkarnacjonizmu. To, co zatem owi polemiści mogą nam przeciwstawić w tej mierze, to ich własne interpretacje poszczególnych, nielicznych (na ogół jednozdaniowych) cytatów. Nie inaczej wygląda to w owym słynnym, nieustannie przywoływanym cytacie z Listu do Hebrajczyków, do którego ustosunkowaliśmy się już 2 lata temu w artykule „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!” :

“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze “Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”

To nasza interpretacja tego wersetu. Przeciwnicy reinkarnacji mają oczywiście swój własny sposób tłumaczenia tego fragmentu, co niewątpliwie potrafimy uszanować. Ba, nie wykluczamy i tego, że autor owego Listu sam nie wyznawał reinkarnacji. Sposób sformułowania tego zdania jak najbardziej uzasadnia i taką możliwość.  Jednak nawet jeśli tak istotnie było, to nigdzie w jego tekście nie znajdziemy jakiegokolwiek potępienia takich wierzeń, dokładnie tak, jak nie znajdujemy ich gdziekolwiek indziej w całej Biblii, bo już nie tylko w Nowym Testamencie.  Stąd też moje wcześniejsze określenie o „milczeniu grzmiącym niczym ciężkie działa”. Grzmiącym nie poparciem reinkarnacjonizmu, ale grzmiącym brakiem jego krytyki. Dlatego też poźniejsze pełne nieraz przysłowiowej „piany na ustach” tyrady innych zupełnie autorów z powołaniem się na teksty biblijne, stanowią zabieg w tym samym stopniu wątpliwy w sensie merytorycznym, co wręcz po prostu nieuczciwy.

Poglądy reinkarnacjonistyczne stanowią u nas stały już element tradycji i wszystko wskazuje na to, że tak już pozostanie. Probują liczni teologowie, hierarchowie i bibliści wykazać i udowodnić jej “obcość” u nas i wszyscy dobrze widzimy z jak beznadziejnym skutkiem: reinkarnacjonistów  u nas coraz więcej. Skutek ten sam w sobie wykazuje ponad wszelką wątpliwość, że jeśli cokolwiek tu jest istotnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to raczej próby “odkrojenia” odeń reinkarnacjonizmu. Zupełnie one zawodzą i stanowią całkowitą stratę czasu i energii. Skazane są (i były) na całkowitą klęskę i to już od samego zarania. Wypada jednak przyznać, że odegrały one też pozytywną role swego rodzaju “próby ognia” oraz testu, który reinkarnacjonizm zdał po prostu celująco, wychodząc zwycięsko z owych egzaminów i wodząc za nos swych “prześladowców” niczym Joanna d’Arc swoich sześcdziesięciu sędziów w Rouen. Reprezentuje ona upór i witalność godną owej dziewiętnastolatki z Lotaryngii. Ma jednakże nad ową zbrojną dziewicą ogromną przewagę: reinkarnacjonizmu nie da się spalić niczym żywego człowieka.

Czy jednak – brzmi uzasadnione pytanie – kościół chrześcijański nie powinien odrzucić reinkarnacji w celu zachowania pewnego niekwestionowanego fundamentu, pewnych granic, po przekroczeniu których chrześcijańska tożsamość staje pod znakiem zapytania?

Na ten argument udzielić można dwojakiej odpowiedzi, a obie jej części, traktujące o rozmaitych aspektach zagadnienia, doskonale się wzajemnie uzupełniają, jeśli nie wręcz zazębiają:

  • Właśnie po to istnieją rozmaite kościoły, denominacje, nawet sekty, by mogły one zachować, strzec i propagować rozmaite dogmaty, rozmaite interpretacje dogmatów, interpretacje wierzeń czy Biblii (i takie też zadania same sobie stawiają). Tak więc “rozmywaniem granic” nie ma specjalnego powodu się przejmować. Jest to, nawiasem, jeden z tych powodów, dla których nie należy tworzyć jednej wspólnej instytucji kościelnej z jedną hierarchią i doktrynalną urawniłowką. Historia uczy bowiem, że takie unifikacje, obok oczywistej sztuczności, przynoszą ze sobą pokusę – a co za tym idzie, również praktykę – uniformizacji, której owocem jest nietolerancja nawet w ramach jednego i tego samego kościola, “denominacyjny imperializm”, który dokonał w przeszłości straszliwego spustoszenia i przyniósł ze sobą poźniej prawdziwie bolesne podziały i niejedną wojnę religijną chrześcijansko-chrześcijanska oraz wiele straszliwych zbrodni czyniących z kościoła kościoł-imitacje. Lepiej już, jeśli się denominacje kłocą niż żeby chrześcijanie mieli się wzajem nienawidzić.
  • Troska o granice dogmatyczne i obawa przed dogmatycznym relatywizmem przesłania znacznie ważniejszą kwestię: kwestię relatywizmu moralnego, która gubi się nieraz w gąszczu szarpaniny np. o prymat papieski, liczbę sakramentów oraz czy sakramenty są ważne tylko w jednym kościele i czy wolno przystępowac w kościele innym niż własny. Prowadzi się dziką kampanię dzielenia chrześcijan na chrześcijan i niechrześcijan. Owa mania “wykluczactwa” sięga już nieraz takich szczytów, że nawet podstawowe wspólne akcje o charytatywnym charakterze stają się niemożliwością. Miałem szereg lat temu okazję rozmawiać ze Świadkami Jehowy na temat takich wspólnych akcji i zapytałem, czy prowadzą takie akcje np. wspólnie z kościołem katolickim. Odpowiedzieli, że nie. Na pytanie zaś o powody tego stanu rzeczy stwierdzili, że m.in. dlatego ,że “nie uznajemy ich (t.j. KRK) dogmatu o Trójcy Świętej”. My też nie mamy się tu czym poszczycić, bo nasze dytansowanie się od nich w kwestii wspólnej działalności motywowane jest tymi samymi powodami.
  • Stara, chrześcijańska tradycja…

    Niejednokrotnie czytamy, że antropologia biblijna rzekomo wyklucza reinkarnację. Korzeni tej antropologii poszukiwać należałoby oczywiście już w Starym Testamencie.

    Ale właśnie ten argument pośrednio dodatkowo uzbraja naszą tezę. Otóż fakty, które się przytacza (a których nie negujemy, jeśli już, to  raczej wręcz przeciwnie) świadczą jedynie o tym, że Żydzi z owego okresu nie znali (lub co najmniej mogli nie znać) pojęcia reinkarnacji. Nie dziwi to wcale: skoro bowiem później niż poganie posługiwać się zaczęli pojęciem nieśmiertelnej duszy, to i później też przyszło im zastanawiać się nad pojęciem reinkarnacji. Nie znając go zaś, nie mogli go odrzucać. Odrzucać bowiem da się jedynie coś, o czym się wie. Odrzucanie lub akceptacja (tudzież obojętność) były zatem dla nich możliwe tylko po tym, gdy koncepcja ta stala się dla nich dostępna. Stąd też dziś część z nich tego konceptu nie aprobuje, a część aprobuje, wszyscy oni jednak są Żydami. Byłoby raczej nieładnie z naszej strony pouczać judaistów co to jest “prawdziwy judaizm”. Chyba, że jesteśmy gotowi z pokorą poddać się tyradzie np. sikha na temat tego, czy jesteśmy “prawdziwymi chrześcijanami” i dać się takiemu uturbanionemu Azjacie “wykluczyć” z naszej religii, jeśli on dojdzie do wniosku, że się już nie zaliczamy

    Argument o “wykluczeniu przez nieznajomość” jest zatem poważną pułapką.

    Jeśli przed Kolumbem w Europie nikt nie wiedział o istnieniu Ameryki, to czy fakt tej niewiedzy wykluczał jej istnienie? I czy po jej odkryciu kwestią “ortodoksji” naukowej jest nieuznawanie możliwości istnienia tego kontynentu? Czy fakt, że nie spotykamy się na codzień z “kosmitami” stanowi dowód rozstrzygający o braku życia poza naszą planetą? Zgoda, historycznie rzecz biorąc systemy religijne i filozoficzne bazowały na założeniu, że gdzie indziej nie ma życia ludzkiego (lub podobnego). Nie da się jednak na tej podstawie wykluczyć innych możliwości, tak jak nie sposób kompromitować tych religii. Czy zatem wierzący w istnienie “kosmitów” to ludzie, którzy kompletnie błądzą?

    Po to, by w cokolwiek wierzyć, nie trzeba dowodow, że wierzono tak już przed wiekami czy tysiącami lat. Naukowcy co prawda nie wykluczają, że koncepcje reinkarnacyjne mogły istnieć niemal od zarania historii ludzkości, ale nawet gdyby ich wtedy nie było, to co z tego? Chrześcijaństwo ani judaizm czy islam też nie istnieją “od zawsze”, czy zatem należy je z tego powodu marginalizować?

    Tak i z reinkarnacją: wierzyć w nią można, nawet gdyby jako koncepcja pojawiła się dopiero wczoraj. Gwoli ścisłości podkreślić warto jednak, że tak oczywiście nie jest. Samo chrześcijaństwo jest “młodzieniaszkiem” wobec tej koncepcji, co oznacza, że cała chrześcijańska tradycja i dogmatyka jest od niej młodsza. A w samym chrześcijaństwie (żeby już zbyt daleko w przeszłośc nie wychodzić) jest ona starsza niż zdecydowana większość tradycji, starsza niż wszystkie dogmaty. Wiara w nią czyni zatem z każdego chrześcijańskiego reinkarnacjonisty spadkobiercę tradycji:

    -          starszej niż dogmat o Trojcy Świętej,
    -          starszej niż doktryna o wspołistotności Pomazańca z Bogiem Ojcem, czyli:
    -          starszej niż cała kontrowersja ariańska,
    -          starszej niż Credo nicejsko-konstantynopolitańskie,
    -          starszej niż proklamowanie Marii “Matką Boską” (Theotokos),
    -          starszej niż wiara w Niepokalane Poczęcie oraz Wniebowzięcie (nie mówiąc już o dogmatach na ich temat,  bo są one wręcz tworami “historii najnowszej”, gdzie jeden z nich liczy sobie trochę tylko ponad pół wieku…),
    -          starszej niż jakikolwiek “Ojciec Kościoła”,
    -          starszej niż kult jakiegokolwiek świętego,
    -          starszej niż papiestwo, a co za tym idzie:
    -          starszej niż wiara w papieską nieomylnośc (nie mówiąc już o dogmacie o tej nieomylności…)
    -          starszej niż znany nam kanon Pisma Świętego (zwłaszcza chrześcijański)…
    -          starszej niż jakiekolwiek potępienie Orygenesa,
    -          starszej niż którykolwiek sobór powszechny i jego ustalenia (nie mówiąc już o jakiejkolwiek współczesnej nam kampanii antyreinkarnacyjnej, prowadzonej przez którykolwiek ośrodek lub jakiegokolwiek ojca dominikańskiego…)

    Możnaby tak długo jeszcze ciągnąć… Mówimy tu zatem – praktycznie rzecz biorąc – o reinkarnacji jako stałym i ugruntowanym elemencie chrześcijańskiej tradycji oraz depozytu wiary chrześcijańskiej, a nie o jakimś “obcym ciele”. Obcym ciałem, jeśli chodzi o ścisłość, były u nas inkwizycja i zbrodnie popełniane w imie dogmatu i t.zw. “prawdziwej wiary”. To one z chrześcijaństwem, jako ideą,  nie miały absolutnie niczego wspólnego, tak jak pozbawione jest jego ducha “wykluczactwo” bazujące na tym, że ktoś nie uznaje takiego czy innego dogmatu lub wierzy sobie w reinkarnację. Jeśli cokolwiek zatem jest tu w stanie okaleczać chrześcijaństwo, to takie właśnie praktyki wykluczackie, a nie wiara w reinkarnację, która tej religii ani nie przyczynia żadnej szkody, ani też jej nie przyczyniała w przeszłości.

    Stwierdziwszy zaś, że nasz rodzaj wiary chrześcijańskiej istnieje od zarania dziejów naszej religii, nie twierdzimy, że był to jedyny reprezentant chrystianizmu w przeszłości. Pod tym względem różnimy się od (niektórych) naszych ortodoksyjnych koreligionistów, którzy fakt istnienia w starożytnym chrześcijaństwie wrogów naszej wiary próbują uczynić jedynym chrześcijańskim punktem widzenia. Poszczególne zaś wypowiedzi takiego rodzaju z tamtego okresu mianują dowodem, że to kościół (cały?) jednoznacznie potępiał itd.

    Kwestie biblijne “Drogą do nikąd”

    Jak już wiemy, Biblia w ogóle niczego nie mówi na interesujący nas temat. Nie mówi, gdyż autorzy najstarszych jej ksiąg nie byli w stanie ustosunkować sie do niego, autorzy zaś pism późniejszych nie zdecydowali się tego uczynić. Jedyne, co pozostaje tym, którzy chcą argumentować “z pozycji biblijnych”, to próba interpretacji poszczególnych fragmentów tekstów, a to – jak zobaczymy – wyjątkowo “śliska” sprawa.

    Próba wykluczania jakiegoś poglądu z uwagi na to, że ktoś nie był w stanie się do niego ustosunkować, wydaje się zatem “nie fair” i to zarówno w stosunku do tego poglądu jak i w stosunku do tego kogoś. Starożytni Żydzi nie byli też w stanie ustosunkować się np. do późniejszych teorii dotyczących powstania wszechświata oraz “obrotów sfer niebieskich”, o których to “obrotach” nie zdawali się mieć jakiegokolwiek pojęcia porównywalnego z obecnym.

    Z tego też powodu wielu krytyków Biblii zakwalifikowalo Księgę Genezy niemalże “na szmelc” lub – w najlepszym wypadku – do muzeum, nie pozostawiając na niej “suchej nitki”. Z drugiej jednak strony obrońcy Biblii, w tym “ortodoksi” (jeśli nie wręcz oni przede wszystkim) posługują się takimi współczesnymi (a więc też nieznanymi starożytnym autorom Pisma) interpretacjami, które,  jeśli już nie wpisują wprost obecnych teorii do opisów Genezy, to co najmniej stwierdzają, że są one z nimi “niesprzeczne”. Takie stanowisko stało się już “klasyką” współczesnego nam interpretowania i nauczania biblijnego, od lekcji religii dla uczniów podstawówki aż po uniwersytety. Istnieje przebogata literatura na ten temat, dostępna praktycznie wszędzie, której czytanie jest zalecane uczniom, studentom i profesorom. Autorzy tych pozycji dają nam praktyczny pokaz tego, że można – a nawet trzeba – przeinterpretowywać starożytne teksty biorąc pod uwagę późniejszy dorobek myślowy i naukowy.

    Chrystus uczył teorii zmartwychwstania. Tak, to prawda. Ale czy on kiedykolwiek ostrzegał przed reinkarnacją? Ja rozumiem fizyczne zmartwychwstanie właśnie jako reinkarnację – w odróżnieniu od zmartwychwstania duchowego (czyli “ponownego narodzenia”), które następuje w trakcie tego samego życia cielesnego.

    “Teraz jest dzien zbawienia” (2Kor 6;2) – to kolejny znakomity cytat po Hbr9,27: istotnie teraz jest dzień zbawienia, bo teraz odpowiadamy za swe życie. I trwa to przez cały czas, my już możemy zostac zbawieni, nie dopiero “przy końcu czasow”. Sąd Ostateczny jest tak samo wieczny, jak zbawienie, odbywa się on zatem nieprzerwanie.

    Baptistes na pytanie czy jest Eliaszem, odpowiedział “Nie” (Jn1;21). Co tylko potwierdza, że nie był tym “wniebowziętym” Eliaszem z ST (co akurat między nami nie budzi kontrowersji). Jeśli natomiast miał byc istotnie przereinkarnowanym, to – za przeproszeniem – niczego by o tym wiedział. Więc z argumentu nici.

    Wersety z Jana 3;3-6 nie budzą kontrowersji między nami rownież. Jasne, że chodzi o ponowne duchowe narodzenie. Ale i tu mamy pewną niespodziankę: skoro “ciało rodzi ciało, a duch rodzi ducha”, to może to oznaczac, że “narodzenie ducha” niekoniecznie musi byc rownoczesne z narodzeniem ciała… Choć naturalnie może ten fragment być interpretowany (zapewne lepiej interpretowany w całym kontekście) w ten sposób, że tak jak ciało rodzi się z ciała, tak narodzenie duchowe jest czymś innym, więc Nikodem nie musi „wskakiwać z powrotem” do łona swej matki…

    Krótko mówiąc: śledzenie tekstów biblijnych w celu wykazania, czy są one za lub przeciw, jest drogą do nikąd. Poza tym oczywiście, na co wskazywaliśmy już niejednokrotnie: że nie potępiają one reinkarnacji, bo albo ich autorzy o niej nie słyszeli, albo nie decydowali się wystąpić przeciw niej. To jedyna konkluzja możliwa do wyciągnięcia z całą pewnością.

    T.zw. „problemy praktyczne”

    Dlaczego ktoś ma być karany w przyszłym życiu za coś, czego nie pamięta z poprzedniego? – zdają się pytać przeciwnicy reinkarnacjonizmu. No coż, reinkarnacjonistyczny fundamentalista mógłby tu odpowiedzieć fundamentaliście nie-reinkarnacjonistycznemu:

    “On pamiętał w poprzednim życiu to, co zrobił i był wtedy już ostrzegany, że w przyszłym przyjdzie mu za to zapłacić.”

    Socjologicznie i psychologicznie miałoby to ten sam efekt, jak ostrzeżenie: “jeśli będziesz czynił źle, pójdziesz do piekła”.

    Oba te ostrzeżenia mają na celu skłonienie osoby do tego, by w miarę swych możliwości starała się żyć jak najlepiej.

    Ale jeśli istotnie sprawa braku pamięci poprzedniego życia jest dla kogokolwiek tak istotna, że stanowi argument przeciw konceptowi reinkarnacji, to sami z pewnością wiemy o praktykach w naszym kościele, stanowiących wyjątkowo podobny “grzech”:

    Dlaczego to należy chrztem oczyszczać niemowlaka (lub w ogóle kogokolwiek, również osobę dorosłą)z grzechu pierworodnego, którego on nie popełnił i nawet nie miał warunków, by go popełnić? I dlaczego ma się to odbywać wtedy, gdy on – jako niemowlak właśnie – nie jest nawet w stanie zdawać sobie sprawy z konceptu istnienia czegoś takiego jak “grzech pierworodny”? Jeśli potrafimy odpowiedzieć na to pytanie – a w to akurat nie wątpię – to będziemy  mieli odpowiedź na nasze wątpliwości odnośnie “praktycznych problemów” z reinkarnacją. Skoro bowiem możemy dźwigać w sobie ciężar grzechu całej ludzkości (mitycznego Adama), to jaki mamy mieć problem z dźwiganiem grzechów swego własnego poprzedniego wcielenia?

    Czy nie można wierzyć równocześnie w zmartwychwstanie ciał i reinkarnację? Owszem, można. Służę własnym przykładem: w reinkarnację wierzę od co najmniej 20 lat (no, może 25). Z wiarą w zmartwychwstanie ciała (tego samego) rozstałem się jednak dopiero jakieś 3-4 lata temu. Czyli, że przez co najmniej 16-17 lat (jesli nie 22) wierzyłem w obie te rzeczy naraz. Można więc polegać na moim kilkunastoletnim (co najmniej) doświadczeniu w tej mierze, jeśli innego takiego (lub lepszego) przykładu nie ma akurat pod ręką… Choć można mieć: w poprzednim artykule na ten temat zacytowałem wypowiedź Orygenesa na rzecz preegzystencji dusz. Ojciec Jacek Salij u siebie cytuje inną wypowiedź tego samego człowieka, w której ten potępia „głupią wiarę w reinkarnację” (tak nawiasem: głupiej wiary w reinkarnację ja też nie pochwalam). Ten sam człowiek, dwie różne wypowiedzi. Która jest prawdziwsza? A może obie są jednakowo prawdziwe? Gdyby mnie ktoś szereg lat temu spytał czy wierzę w zmartwychwstanie ciał, odpowiedziałbym, że tak. I zapewne ten ktoś odniósłby wrażenie, że jestem przeciwnikiem wędrówki dusz. Popełniłby błąd…

    Wielu ludzi zmienia swoje poglądy niejednokrotnie w ciągu życia. Wielu innych (jeśli nie większość) potrafi jednocześnie wierzyć w rzeczy, które, gdy traktowane bardzo sztywno, mogą uchodzić za sprzeczne. Pojęcia „zmartwychwstanie” i „reinkarnacja” są tak szerokie, że w zależności od ich rozumienia mogą albo się wzajemnie wykluczać albo wzajemnie uzupełniać. Można więc wierzyć tylko w zmartwychwstanie ciał, a w reinkarnację nie. Można też wierzyć tylko w reinkarnację, a w zmartwychwstanie ciał nie. Ale możliwe jest także, by wierzyć w reinkarnację, po której – przy końcu wszystkich czasów – nastąpi zmartwychwstanie wszystkich ciał. Jeśli się dobrze przyjrzeć temu ostatniemu poglądowi, to uderzy fakt, że nie jest on sprzeczny wcale z chrześcijańską ortodoksją. Jest od niej różny, ale nie jest sprzeczny (różnica i sprzeczność to dwie odmienne rzeczy…). Jest to jednym z powodów, dla których tylu chrześcijan obecnie wierzy w reinkarnację oraz w Sąd Ostateczny. Jak widać, ich poglądy nie są tak nielogiczne, jak się to wydaje niektórym spośród nas… W końcu “ortodoksi” też nie wierzą, że co chwila ktoś zmartwychwstaje, lecz że stanie się to dopiero przy końcu wszystkich czasów…

    Wyobraźmy sobie jednak, że ktoś mógłby zapytać:

    ” No, dobrze,  pisze pan, a ja dalej mam wąty. Może moje pytanie wyda się panu naiwne, ale ja naprawdę chciałbym wiedziec jak to możliwe wierzyć naraz w reinkarnację i zmartwychwstanie ciał? To które w końcu ciało będzie sądzone na Sądzie Ostatecznym, jeśli ten Sąd nie odbywa się bez przerwy, lecz (bo i to trzeba brać pod uwage, jeśli się jest uczciwym, panie heretyku!) będzie on miał miejsce tylko raz, przy końcu wszystkich czasów?”

    Aaa! To bardzo proste: w takim wypadku na Sądzie stawi się dusza wraz ze wszystkimi ciałami, przez które przewędrowała. Tam oceni się ją oraz ciała zbiorczo. Jak bowiem, pisząc biografię jakiegoś człowieka, jesteśmy w stanie nie tylko podsumować jego całe życie, ale i poszczególne jego etapy, które mogą być zmienne, tak i na Sądzie oceni się nie tylko duszę, lecz również etapy jej ziemskiego bytowania.

    “Game over!”

    Miejsce poczesne wśród nas ma koncepcja reinkarnacyjna wręcz zapewnione. Proszę spojrzeć nieco szerzej. Proszę mianowicie postawić się na moment w pozycji kogoś, kto nie jest ani chrześcijaninem, ani buddysta itd. Nie zastanawiał się on zbytnio ani nad zmartwychwstaniem (tego samego) ciała, ani nad wędrowką dusz. Jak myślicie: który z tych dwóch konceptów łatwiej będzie mu przyjąć? Biorąc pod uwagę, że w nieśmiertelność duszy wierzą wierzący wszystkich religii, a w możliwość przywrocenia umarłego do życia – mało kto, wynik wydaje się być z góry przesądzony. W ten sposób łatwo pokazać, że koncept transmigracji duszy (ducha? Boskosci?) jest naturalnie i obiektywnie silniejszy od konceptu zmartwychwstania (tego samego) ciała. I to nie silniejszy “muskułami” oczywiście, ale intelektem właśnie (pod względem duchowym oba koncepty idą “łeb w łeb”). Wygra zatem silniejszy, a nie słabszy. Zwłaszcza, że pogląd taki znajduje pełne potwierdzenie w praktyce: jeśli ktoś nawraca się z hinduizmu lub buddyzmu na chrześcijaństwo, to niekoniecznie porzuca on wiarę reinkarnacyjną. Jeśli zaś jego nawrócenie odbywa się “w odwrotną stronę”, to zawsze towarzyszy temu “przejście na reinkarnacjonizm”, o ile wręcz przejście owo nie dokonało się już na długo przed konwersją!

    Spójrzmy prawdzie w oczy: jedna czwarta populacji społeczeństw Zachodu wierzy w reinkarnację, co jest procentem ogromnym wobec istniejącej tam liczby buddystów i hinduistów. Nikt nigdy tam takiego konceptu nie narzucał. I liczba reinkarnacjonistów szybko wzrasta…  A ilu buddystów i hinduistów wierzy w zmartwychwstanie ciała?

    Gdy chodzi o walkę o miejsce reinkarnacjonizmu w chrześcijaństwie i o próby jego tam zmarginalizowania lub wyparcia stamtąd, to ciśnie mi się na usta właśnie owo podane w tytule “podrozdziału” stwierdzenie: jest “po meczu” (“game over!”)… Zresztą i w skali globalnej wydaje się, że koncept zmartwychwstania (pojmowany literalnie) już przegrał z reinkarnacjonizmem. Daleko jeszcze do upadku ostatniej twierdzy i do “bezwarunkowej kapitulacji”, ale po następnym pełnym pokoleniu lub najwyżej dwóch czy trzech… Kto wie: może spotkamy się wtedy po raz kolejny i dokończymy naszą dyskusję? Ktoś ją wszakże z pewnością dokończy i podsumuje ostatecznie

    “Pantera” i M3

    Gdy przeglądamy przeróżne polemiki z reinkarnacjonizmem, będące autorstwa “ortodoksyjnego”, stwierdzamy nieodmiennie coś, co stanowi niemal rytuał takich polemik. Mianowicie górnolotne i wzniosłe stwierdzenia (ba, niemalże wersety!) sławiące oficjalną wykładnię ortodoksji zestawia się tam z najbardziej literalistycznymi, najprostszymi, a nawet z najbardziej prymitywnymi wersjami reinkarnacjonizmu. Jest to w ogóle pewien rodzaj tendencji polemicznej, nie tylko w odniesieniu do omawianej problematyki i nie tylko współcześnie. Polemiści wszelkich epok lubili i lubią sobie swego przeciwnika sami tworzyć: dobierają jego cechy w sposób, w jaki lalkarz tworzy kukłę, by ją potem można było dowolnie obijać, kopać i deptać bez ryzyka, że ta kukła się zdenerwuje i skopie w końcu swego twórcę. W taki jednak sposób nie da się przedyskutować dosłownie niczego. Można co najwyżej malować egoistycznie swój własny portret niczym kolonialnego myśliwego, co to z angielskim białym kapeluszem kolonialnym (t.zw. “pith-hat”) w triumfalnej pozie staje przy ubitej zebrze, dla większego jeszcze efektu stawiając na niej stopę i oświadcza nam na dodatek z tupetem, że w ten sposób ubił nie tylko tę jedną zebrę, lecz cały gatunek, wraz z innymi koniowatymi, jak perszerony, araby czy mustangi… Przypomina to pewną niemiecką kronikę wojenną, której autorzy, pragnąc pokazać przewagę niemieckiej broni pancernej nad analogiczną bronią przeciwnika, zestawili ze sobą najnowszą wówczas „Panterę” z jakimś nieprawdopodobnym gratem amerykańskim (znanym jako M3). Widać było różnicę w sile ognia, w rozwijanej prędkości, w szczegółach projektu pancerza i podziwiać można było łatwość, z jaką „Pantera” pokonywała trudne nawet przeszkody terenowe, podczas gdy amerykański gruchot został w tyle i za  nic nie umiał przeszkody pokonać, niczym skończony mazgaj… (fragment można obejrzeć tu, jeżeli kogo interesuje http://www.youtube.com/watch?v=qPn1xS54rKo ).

    Przykładem takiego argumentowania jest choćby podnoszony często inny jeszcze „problem praktyczny”, mianowicie niemożliwości reinkarnacji, bo przecież ludzi przybywa, a skoro ma istnieć transmigracja dusz, to ta liczba nie mogłaby się zmieniać („więc szczęśliwi i weseli reinkarnacjęśmy zarżnęli!”). No cóż, jeśli kto zamierza tak nas „szachować”, to dajmy i jemu małę kostkę do zgryzienia i to tego samego rodzaju, co i on nam serwuje: ludzi istotnie przybywa. Ale ubywa zwierząt i roślin. Gdzie te bory nieprzebyte, co niegdyś rosły i tam, gdzie dziś pustynie? Wyginęły wszystkie dinozaury i nieprzeliczona liczba innych stworzeń. Jak tacy chętni do liczenia się z nami, to niechaj się teraz sami mozolą ze swoją własną „Wunderwaffe”, szczegółowo wyliczając ile to (dokładnie, co do sztuki!) wymarło dinozaurów, mamutów, pterodaktyli, owadów i paproci. A potem niechaj spróbują nam tryumfalnie obwieścić, że to my się mylimy, bo się liczby nie zgadzają! Droga wolna, proszę bardzo: the ball is now in their court!

    Nieco bardziej wyrafinowaną odmianą powyższej metody “zestawiania ‘Pantery’ z M3” są powtarzane poglądy (również na kościelnych stronach internetowych), że reinkarnacja jest tak nielogiczna i bezmyślna, że nawet starożytni jej zwolennicy jak Platon  „nie potrafili jej obronić”. Drodzy Autorzy takich nonsensów! Nie wpadliście na to, że gdyby istotnie tak było, to do dziś nie pozostałby dosłownie kamień na kamieniu z tego reinkarnacjonizmu, bo już tysiące lat temu rozprawionoby się z nim dokumentnie, tak jak Wy próbujecie (równie bezskutecznie) rozprawiać się z nim teraz i przy użyciu tych samych „argumentów”?

    Groteskowo wyglądają próby stwierdzeń, że kościół chrześcijański zawsze (sic!) potępiał reinkarnację. Oczywiście „ortodoksyjni” polemiści za punkt wyjścia biorą tu swój własny ekskluzywistyczny osąd, że poza nimi, ich własnymi ojcami kościoła i ich zwolennikami nie ma i nie było już kościoła chrześcijańskiego. Ale nawet w tak zawężonym spektrum ich twierdzenia nie pokrywają się z rzeczywistością. Pokazaliśmy to już wcześniej na wybranych przykładach czołowych liderów „ortodoksyjnych”, których wypowiedzi nie zostały w tym celu wyrwane z kontekstu (oczywiście nie twierdzimy, że reinkarnacjonistami byli oni „zawsze”, „od początku” i „niezmiennie”; zwłaszcza skoro sami też nie „od zawsze” i nie „od początku” nimi jesteśmy); wskazaliśmy, że Orygenesa potępiono wśród „ortodoksów” dopiero 300 lat po jego śmierci, a to stało się w około połowie pierwszego tysiąclecia n.e. Próby wykazania rzekomej ostateczności owego potępienia prezentują się jeszcze gorzej. Zwłaszcza w świetle coraz większego rozpowszechniania się wiary w reinkarnację teza o owej „ostateczności” obnażona zostaje jako kompletna fikcja. Konieczność ciągłego odżegnywania kościoła od reinkarnacjonizmu obecnie nie jest niczym innym zatem, jak tylko głośnym potwierdzeniem, że „ostateczność” ta jest jak najbardziej daleka od rzeczywistości. Również merytoryczna jakość tych ataków pokazuje jak w gruncie rzeczy ubogie są argumenty atakujących. To częste zestawianie reinkarnacji w komentarzach jej przeciwników z „kłamstwami”, „fałszywą nauką”, „grzechami” i pełnymi potępienia cytatami z Biblii (które akurat o reinkarnacji nie mówią nic!), wszystko to świadczy o tym, że przeciwnicy naszych wierzeń gonią resztkami sił w swoim polowaniu na wyimaginowane czarownice. Cel takiej propagandy obnażany jest przez nią samą: zohydzić, spotwarzyć, oczernić, a potem jeszcze kłamstwo przypisać zaatakowanemu poglądowi.

    Z naszego punktu widzenia jest to dla nas sytuacja wręcz znakomita. Naprawdę zatem: jest jeszcze lepiej, Panowie!

     
    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Użyteczne linki

    http://www.ignatiusinsight.com/features2006/cschonborn_reincarn_july06.asp  - Kard Schőnborn o reinkarnacji

    http://www.archidiecezja.lodz.pl/czytelni/kulbat/t5_3.html -tekst ks. Waldemara Kulbata, krytyczny o reinkarnacji

    http://mateusz.pl/ksiazki/js-pww/js-pww_18.htm  o. Jacek Salij o reinkarnacji (krytycznie, rzecz jasna)

    http://www.near-death.com/experiences/reincarnation01.html Dr Ian Stevenson i jego badania nad prawdopodobieństwem reinkarnacji

    http://skepticreport.com/sr/?p=482  krytycznie o Stevensonie

    http://www.healpastlives.com/future/rule/rudebunk.htm o poprzednich wcieleniach, pozytywnie

    http://www.near-death.com/experiences/origen05.html reinkarnacja i judaizm

    http://www.atmajyoti.org/ch_christian_insights_reincarnation.asp hinduski pogląd na reinkarnację w chrześcijaństwie

    Continue Reading »
    0 Comments

    Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!

    Aug 8th, 2009 by monio
    Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!

    Poniższy tekst stanowi próbę spojrzenia – oczami reinkarnacjonisty – na dyskutowane niejednokrotnie zagadnienie wiary w reinkarnację, także w kościele chrześcijańskim od początku jego istnienia. Warto również pokrótce zaprezentować chrześcijanom nieznającym historii kościoła skąd wzięły się dzisiejsze kategoryczne stwierdzenia apologetów, teologów i hierarchów, według których wiara w reinkarnację jest jakoby “nie do pogodzenia” z chrześcijaństwem.

    Od czasów najdawniejszych…

    Wiara w reinkarnację wydaje się być bardzo stara. Potwierdza to m.in. fakt występowania jej wśród niepiśmiennych ludów w rozmaitych częściach świata, jak na przykład lud Arunta (lub “Aranda”) w centralnej Australii. Ludy te wyznają ideę preegzystencji duszy i reinkarnacji. Przykłady takie zdają się wręcz sugerować, że wiara ta wyrosła wraz z początkiem ludzkiej kultury jako takiej. Jest ona obecna (w rozmaitych formach) np. wśród ludów Afryki Zachodniej (ludy Ewe, Edo, Igbo, Yoruba), Południowej Afryki (Bantu i Zulusi), Indonezji, Oceanii, Nowej Gwinei czy obu Ameryk.

    “Wśród ludów Yoruba i Edo wiara w ponowne narodzenie zmarłych przodków pozostaje mocną i żywą siłą kulturową po dziś dzień. Jest ich zwyczajem nazywanie każdego chłopca “Ojciec Has Powrócił”, a każdej dziewczynki “Matka Has Powróciła”. Zulusi wierzą, że duch każdej osoby przechodzi serię ponownych narodzin w ciałach rozmaitych zwierząt, od małych insektów aż po słonie, aż wreszcie pojawia się ona w ludzkim ciele, gdzie rodzi się ponownie. W końcu, osiagnąwszy szczyt ludzkiej egzystencji, dusza jednoczy się z wyższym duchem, od którego pochodzi.”  (Encyclopedia of Religion, t. XII  s.265-266; oprac. J. Bruce Long)

    Podobne wierzenia odnotowano wśród australijskich Aborygenów. Według nich duch zmarłego przodka, po pobycie przez pewien nieokreślony czas w kraju umarłych, powraca do świata żywych wstępując w ciało matki w momencie poczęcia. “Ojciec zdaje się nie mieć bezposredniego wpływu na zapłodnienie matki. Za to przyszła matka otrzymuje nowe życie przebywając w pobliżu lokalnego centrum totemow zwanego ‘oknanikilla’, gdzie duch (‘alcheringa’) lub dusza zmarłego przodka oczekuje ponownych narodzin.” (tamze, s.266). Warta odnotowania jest ta wiara w poczęcie z ducha u ludów tak dalekich od miejsc znanych z Biblii.

    W starożytnym Egipcie odnajdujemy ślady takich wierzeń w kulcie faraonów. Później rozwinęły sie one do tego stopnia, że w wieku V p.n.e. Herodot twierdził wręcz, że to Egipcjanie jako pierwsi wierzyli w reinkarnację. Według jego zródeł Egipcjanie wierzyli, że dusza jest nieśmiertelna, że po śmierci człowieka przechodzi przez wcielenia w rozmaitych gatunkach, by w koncu narodzić się ponownie w ciele ludzkim. Caly ten cykl narodzin miał sie dokonywać w ciągu trzech tysięcy lat.

    Najpełniej jednak doktryna ta rozwinięta została w Indiach (hinduizm, buddyzm, jainizm, sikhizm oraz sufizm) oraz w Grecji (Pitagoras, Empedokles, Platon, Plotyn). Jest rzeczą prawdopodobną, że starożytni Grecy przejęli ją z Indii. Tak czy owak istnieje ona tam co najmniej od czasów Pherycydesa z Syros (VI w.p.n.e.) oraz jego ucznia Pitagorasa.

    Według Empedoklesa (490-430 p.n.e.) nic w kosmosie nie zostaje stworzone ani zniszczone. Wszelkie życie przechodzi transmutację. Dusze nieczystych są skazane na transmigrację przez trzydzieści tysięcy lat poprzez rozmaite formy wcieleń. Ucieczka od owego przeznaczenia wiedzie przez długi proces oczyszczania, a jego warunkiem jest unikanie jedzenia mięsa zwierząt, których dusze mogły niegdyś przebywać w ludziach.

    W kulcie misteryjnym zwanym orfizmem (opartym na wierze w życie, śmierć oraz zmartwychwstanie boga Orfeusza) cel owego wyzwolenia z cyklu reinkarnacji realizowany był poprzez dzwiganie duszy do coraz to wyższych stopni duchowej egzystencji. Było to osiągane poprzez uczestnictwo w praktykach sakramentalnych w braterstwach orfickich. Przyjmując owe sakramenty (a odbywało się to w sekretnych miejscach i często w nocy), wierny otrzymywać miał siłę boskiego życia. Ten dar, kultywowany poprzez medytację, modlitwę i wegetarianizm, był w stanie wreszcie przynieść duszy wolność od reinkarnacji.

    U Żydów…

    W religii żydowskiej pogląd o transmigracji dusz rozwijał się stopniowo, tak samo zresztą jak pogląd o zmartwychwstaniu ciał. Nie jest celem pokazywanie tutaj całego ciągu tego rozwoju, gdyż byłby to materiał na osobny artykuł. Zaznaczymy tu jedynie tendencje w myśli żydowskiej w I w.n.e., czyli w czasie gdy rodziło się chrześcijaństwo, na podstawie stwierdzen zawartych w pracach Józefa Flawiusza (37 – ok.101 r.n.e.). Oto, co pisał on w tej materii o Saduceuszach:

    “Lecz doktryna Saduceuszów jest taka: że dusza umiera wraz z ciałem; nie uznają oni tez przestrzegania czegokolwiek poza tym, czego wymaga prawo (…) nie uznają przeznaczenia i twierdzą, że coś takiego nie istnieje oraz że wydarzenia w ludzkich sprawach nie są jego dziełem; uważają natomiast, że wszystkie nasze działania są w naszych rękach, tak więc my sami jestesmy sprawcami tego co dobre i zło spada na nas z naszego własnego szaleństwa.” (“Antiquities of the Jews”)

    Z kolei o Faryzeuszach:

    “…Wierzą oni również, że dusze mają w sobie nieśmierelny rygor oraz że pod ziemią będą kary i nagrody zależnie od tego czy żyły cnotliwie czy występnie w tym życiu; i że te ostatnie mają być wtrącone do wiecznego więzienia, jednak te pierwsze mają mieć siłę, by odżyć i żyć na nowo; dzięki której to doktrynie są oni w stanie przekonywać masy ludzkie…” (“Antiquities of the Jews”)

    O Esseńczykach zaś napisał:

    “Jest ich stałym wierzeniem, że ciało jest zniszczalne, a tworząca je materia nietrwała, jednak dusza jest nieśmiertelna i niezniszczalna. Emanujące z niebios, dusze te usidlone zostaja w więzieniu ciała, do którego wciągane sa przez rodzaj naturalnego czaru; gdy jednak uwolnione zostają z więzów ciała, wtedy, niczym wyzwolone od długiej służby, radują się i unoszą w górę…” (“Wojna Żydowska”)

    Jak więc widać, poglądy Żydów w tej mierze różniły się między sobą w zależności od tego, które stronnictwo je reprezentowalo. Takich stronnictw (dziś powiedzielibysmy zapewne: “denominacji”) wymienia sie z tamtego okresu od siedmiu do czternastu. Były miedzy nimi rywalizacje, spory, nawet odżegnywanie od czci i wiary, ale dziś nikt nie ma wątpliwości, że wszystkie one reprezentowały jednak religię żydowską. Nie ma zatem powodu – tak nawiasem – by uznawać, że różnice między nami dzisiaj (w tej samej kwestii) decydują o czyjejś przynależności (lub nieprzynależności) do chrześcijaństwa.

    Na skutek naturalnego rozwoju własnej myśli religijnej Żydów oraz dzięki wpływom innych religii wykształcił się zatem pewien pogląd, że dusza istnieje zanim rodzi się cialo, że zostaje w nim uwięziona, a po śmierci ciała odbywa dalszą wedrówkę.

    I nie ma się co dziwić takim interpretacjom, gdy się weźmie pod uwagę, że autorzy żydowscy, zwłaszcza w wielonarodowej i wielokulturowej Aleksandrii, starali się przedstawić swego boga jako Boga powszechnego, identycznego z platoniczną wizją boskiej Jedności. Na przykład w piśmie znanym jako “List Aristeasa” (II lub I w.p.n.e.) porównano Jahwego z Zeusem, opowiadając się za harmonią między Żydami i Grekami, którzy wspólnie dzielą jedną kulturę i wizję Dobrego Życia.

    Stary Testament nie ma niczego do powiedzenia na interesujacy nas temat. Niemniej jednak w religii żydowskiej, kładącej większy nacisk na życie na ziemi niż na życie pozagrobowe, nie było niczego w rodzaju “dogmatu” dotyczącego życia po śmierci. Wiele pozostawiano opinii samych wierzących. Idea “transmigracji dusz” (po hebrajsku: “gilgul ha’ne’shamot”) jest dobrze znana w religii żydowskiej i to od czasów antycznych (“Zohar” z I w.n.e.). “Koncept ten można porównać do płomienia jednej świecy zapalającego następną. Podczas gdy esencja drugiego płomienia pochodzi od pierwszego, drugi płomień jest bytem niezależnym” – jak wyjaśnia w internecie rabin Shraga Simmons z Jerozolimy. http://judaism.about.com/library/3_askrabbi_o/bl_simmons_reincarnation.htm

    Teza o logice konkretnej antropologii żydowskiej jako argumencie “wykluczającym” reinkarnację również nie wytrzymuje więc tutaj krytyki, sprawia raczej wrażenie traktowania tejże antropologii tak, jakby się ona rozwijała na Marsie lub na Księżycu, w całkowitym oderwaniu od wpływów innych formacji kulturowych i jakby była pozbawiona możliwości normalnej wymiany myśli z tymi formacjami. Podane przykłady pokazują jasno, że taka wymiana istniała i że nie pozostała ona bez wpływu również na ową antropologie. Antropologia, tak samo jak każda inna dziedzina, podlega prawom rozwoju. Jesli się nie rozwija, to tym gorzej dla niej.
    Wiara w reinkarnację jest zreszta obecna takze w tworczości literackiej dzisiejszego judaizmu. http://www.pinenet.com/~rooster/bta-faq1.html

    Milczenie grzmiące niczym armaty…

    Biblia Nowego Testamentu również nie ma absolutnie niczego do powiedzenia bezpośrednio na ten temat. O ile najstarsze pisma Starego Testamentu powstawały w czasach, gdy kultura żydowska najprawdopodobniej nie miała jeszcze dobrze rowiniętego tego rodzaju wiary, o tyle późniejsze milczenie Biblii w tym względzie jest bardziej zastanawiajace. Ostatnie księgi Starego oraz wszystkie pisma Nowego Testamentu spisane zostały jednak, gdy istniały żywe kontakty z kulturami oferujacymi wiarę w reinkarnacje, zwłaszcza dotyczy to kultury greckiej, choć oczywiście nie tylko. Wiadomo na przykład, że w I stuleciu n.e. w Aleksandrii aktywną działalnosć misyjną prowadzili mnisi buddyjscy.

    Autorzy ewangelii zdawali się pisać z pozycji “siedzących na płocie”: z jednej strony wiernie starali się (tak jak to rozumieli) czerpać ze Starego Testamentu, próbując wykazać, że Pomazaniec wypełnił “proroctwa” starożydowskie. Jeśli w samej tylko ewangelii “według Mateusza” (“kata Mathaion”) znajdujemy az 57 cytatów starotestamentowych (niby 58, ale jednego z tych cytatów nie ma w ST), a przecież ewangelia ta nie jest zbyt długim utworem, to wpływ to istotnie pozostający poza wszelką dyskusją. Piszący ewangelie jednak z drugiej strony okazali się być autorami na tyle nieortodoksyjnymi, że zaadaptowali i przypisali Pomazańcowi mity pogańskie o wcielonym Bogu narodzonym w grocie z dziewicy, nauczającym i oferującym swym uczniom Ciało i Krew w postaci chleba i wina, skazanym, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym trzeciego dnia, by zbawić rodzaj ludzki. Jest zatem rzeczą jak najbardziej naturalną, że pisali oni swe dzieła dla czytelników (oraz słuchaczy) niekoniecznie żydowskich i niekoniecznie “ortodoksyjnych”. Zwłaszcza, że pisali je z dala od Jerozolimy, w miejscach, gdzie Żydzi stanowili mniejszość, często wręcz znikomą. Abstrahując już od tego, czy podzielali poglądy swych odbiorców, pisali je tak, by mogły one być zaakceptowane przez jak największą ich liczbę. Przyjrzyjmy się jednemu fragmentowi z ewangelii wg. Mateusza, ktory niejednokrotnie brany jest “na sztandary” przez obie strony “reinkarnacyjnej debaty” jako potwierdzający ich tezę:

    “Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.” (Mt 17; 10-13)

    W cytowanym fragmencie nie ma nawet stwierdzenia, że Pomazaniec “nazwał” Baptistesa Eliaszem. Stwierdzono tam jedynie, że uczniowie “zrozumieli” wypowiedz Christosa jako odnoszącą się do Jana. Zostało to więc w tekście pozostawione wierze i myśleniu Apostołów, tak jak pozostawione zostało to również czytelnikom. Ten fragment (tak jak inne) ani nie potwierdza doktryny reinkarnacyjnej ani też nie przemawia przeciwko niej. Czytelnik mógł zatem zaakceptować podaną informację nie tylko dzięki sposobowi jej napisania przez autora, ale również dzięki sposobowi, w jaki on sam te informację odczytał. Czy zatem widział on w Chrzcicielu Eliasza “symbolicznego” czy też “reinkarnowanego”, nie zdawało się odgrywać żadnej roli. Ważne było, że uznał go on za zwiastuna Pomazańca. Cokolwiek bowiem powiedzieć o autorach ewangelii, trudno zakładać, że byli oni ludzmi głupimi, którzy nie mieliby absolutnie zadnego pojęcia jak próbować “przemawiać” do ludzi reprezentujęcych rozmaite “tła” kulturowe, zwłaszcza jeśli sami się o te “tła” ocierali niemal każdego dnia.

    Jednak niejednokrotnie autorzy pism biblijnych bez skrępowania wyrażali się negatywnie (z wrogościa lub niczym nie skrywaną pogardą) o wierzeniach lub praktykach uważanych przez siebie za niewłaściwe. W przypadku Nowego Testamentu przychodzi nieodmiennie na myśl literatura autorstwa św. Pawła lub też jemu przypisywana. Nie było wprost takiego wierzenia czy praktyki uważanej przez niego za niewłaściwą, której by on nie skrytykował. “Skrytykował” – to bardzo delikatne wyrażenie, gdyż niejednokrotnie człowiek ten (oraz pózniejsi autorzy podajacy sie za niego) nie wahał się wyrażać w sposób, który dzisiaj wielu uznałoby wręcz za obraźliwy, jak np. wtedy, gdy “obrzezaczom” radził “pójść na całego i wykastrować się” (Gal 5;12). Wielokrotnie czytamy w tych pismach ostrzeżenia a to przed wielbieniem innych bogów, a to znów przed oddawaniem czci wizerunkom itd i to istotnie w formie wręcz niewybrednej. Ale on nigdy – podobnie jak inni autorzy – nie wypowiadał się na temat reinkarnacji, ani w negatywnym ani tez w pozytywnym sensie. Zachował pod tym względem całkowite (i trzeba przyznać, że dość zagadkowe) milczenie. Wystarczy spojrzeć na listę miejsc, do których Paweł wysyłał swoje listy (Korynt, Rzym, Tesalonika…) lub na mapkę jego podróży (publikowaną w niektórych wydaniach Biblii), by stwierdzić, że praktycznie nie było tam takiego miejsca, w którym wiara w taką czy inną forme reinkarnacji nie byłaby dość rozpowszechniona.  Jeśli istotnie reinkarnacja “nie dała się pogodzić” z wiarą chrześcijańską, a kontakty z religiami i kultami ją oferującymi były praktycznie wówczas nieograniczone (a nie brakowało jej też samym Żydom), to dlaczego nie odżegnano się od takich wierzeń jednoznacznie i nie ostrzegano przed ich “zgubnymi” skutkami? Skąd to zadziwiajace milczenie?  Zastanawiając się nad możliwymi przyczynami warto pamiętać, że milczenie ma również swoją wymowę.

    O tym, jak głośne potrafi być milczenie, przekonujemy się wielokrotnie w życiu codziennym. Tu pozwolę sobie odejść na moment od tematu. Przypominam sobie rozmowę, którą odbyłem szereg lat temu tutaj z pewną singapurską Chinką. Było to na krótko przed przekazaniem przez Wielką Brytanię Chinom komunistycznym wladzy nad Hong Kongiem. W pewnej chwili powiedziała mi:

    -”Wiesz, gdy przybyli Anglicy, to byli bardzo aroganccy…”
    -”Tak –  zgodziłem się – mogę to sobie wyobrazić, że tak było. No, ale gdybyś miała teraz do wyboru, to którą władzę wolałabyś dla Hong Kongu: odchodzącą brytyjską czy nadchodzącą chińską?”

    Odpowiedzią jej było calkowite milczenie. Ale to właśnie owo milczenie grzmi w mojej głowie po dziś dzień niczym ciężkie działa

    Podobnym przypadkiem “ciężkich dział” (i to aż dwudziestu siedmiu, bo tyle jest ksiąg w NT) jest milczenie autorów nowotestamentowych w sprawie oceny reinkarnacji. Owo milczenie daje w sumie cztery podstawowe możliwości odnośnie ich stanowiska w tej sprawie:

  • totalnie akceptowali oni wiarę w reinkarnację do stopnia uznania jej wręcz za   bezdyskusyjną,
  • nie mieli na jej temat zdecydowanego zdania, więc woleli się nie wypowiadać,
  • nie akceptowali jej osobiście, ale też nie widzieli w niej niczego niewłaściwego
  • akceptowali osobiście, ale nie uważali za stosowne komukolwiek jej narzucać
  • Bardziej prawdopodobne wydaja się trzy ostatnie mozliwości, najmniej prawdopodobną – pierwsza. Tak czy inaczej, jeśli oni sami powstrzymali się przed jej potępianiem, będąc świadkami jej istnienia wówczas, to z jakiego powodu mielibyśmy my to czynić teraz niejako “za nich”?   

    Jak za apostołów, tak i później…

    O niektórych pismach Nowego Testamentu wiadomo dzisiaj już, że powstały w II wieku n.e. a zatem po śmierci apostołów. Pisma te również nie zająkują się ani razu krytyką reinkarnacji (choc z drugiej strony oczywiście jej także nie zachwalają). Oznacza to jedynie, że panowała tolerancja wobec takich poglądów i to nawet wśród tych chrześcijan, którzy reprezentowali tak zwany nurt “ortodoksyjny” (biorę w cudzyslów, gdyż trudno byloby obecnie powiedzieć który nurt mógłby uchodzić za ortodoksyjny w pierwszych dziesiecioleciach tego ruchu religijnego). Przykładami służą niektórzy z “Ojców Kościoła” (i znów posługuję się cudzysłowem, gdyż o tym, kogo uznawano za takich ojców, decydowali później przywódcy jednego tylko nurtu. Traktuję zatem owo pojęcie jak najbardziej umownie, bo trudno byłoby mi wykazać np., że Justyn Męczennik zasługiwałby na takie miano bardziej niż Walentyn czy Basilides). Do owych ojców zaliczają się m.in.:

    Św Klemens z Aleksandrii

    “Istnieliśmy długo przed powstaniem świata; istnieliśmy w oczach Boga, gdyż jest naszym przeznaczeniem żyć w Nim. Jestesmy myślącymi stworzeniami Boskiego Slowa; dlatego też istnieliśmy od początku, gdyż na początku było Słowo (…) Nie po raz pierwszy okazuje On nam milosierdzie w naszych wedrówkach, On miał je dla nas od samego początku…” (“Egzorty do Pogan”)

    Św Grzegorz, biskup Nyssy

    “Jest absolutnie konieczne, by dusza została uzdrowiona i oczyszczona, a jeśli nie nastąpi to w ciągu jednego życia na ziemi, to musi to zostać osiagnięte w przyszłych żywotach ziemskich”

    Orygenes

    “Dusza nie ma ani początku ani końca (…) Przychodzi ona na ten świat wzmocniona sukcesami lub osłabiona porażkami w swym poprzednim życiu. Jej pozycja w tym świecie jako miejscu wyznaczonym do uzyskiwania honoru lub dyshonoru zdeterminowane jest jej poprzednimi zasługami lub winami. Jej uczynki w tym świecie wyznaczają jej miejsce w świecie, który następuje  po obecnym…”  (“De Principiis”)

    Św Augustyn co najmniej brał pod uwagę możliwość reinkarnacji:

    “Powiedz mi, Panie…powiedz, czy me dzieciństwo nastąpiło po innym moim wieku, co umarł przed nim? Czy był nim ten, który spędziłem w łonie matki? (…) a znowu cóż było przed owym życiem, O Boze, radości ma, czy byłem gdziekolwiek czy w jakimkolwiek ciele? Nie mam nikogo, ktoby mi to powiedział, ani ojca, ani matki, ani doświadczenia innych, ani też własnej mej pamięci.”  (“Wyznania Św. Augustyna”)

    Nie dysponujemy danymi mogącymi przesądzić o proporcjach liczbowych czy procentowych reinkarnacjonistów we wczesnym chrześcijaństwie, nie wiemy nawet co stanowilo “główny nurt” w pierwszych dziesiątkach lat jego istnienia. Faktem jednak pozostaje, że w pierwszych wiekach naszej religii reinkarnacja nie wywoływała rażących kontrowersji. Dopiero dziesiątki lat po śmierci Orygenesa (zm. W 253 r.n.e.) kontrowersje te przybierać zaczęły na sile. Nie oznacza to, że od tamtego czasu zmniejszac się zaczeła liczba akceptujących poglad o reinkarnacji, a jedynie, że niektórzy eminentni przedstawiciele kościoła (Methodius z Olimpu, Piotr z Aleksandrii, Epifaniusz z Salaminy, Teofil z Jerozolimy, św. Hieronim (1), no i oczywiście cesarz Justynian) publicznie i głośno zaczęli atakować Orygenesa i jego doktryne. Stał się on obiektem ostrych debat na przełomie IV oraz V wieku. Ostatecznie potępiony został on w roku 553 (a więc dokładnie 300 lat po śmierci… i co to znaczy “ostatecznie potępiony”? Czyżby koniec świata już nastąpił?) podczas drugiego soboru w Konstantynopolu. Dlaczego nie wcześniej, za swego życia? Wniosek jest oczywisty: bo wówczas “ortodoksyjny” kościół (nie mówiąc już o kościołach “nieortodoksyjnych”) nie miał generalnie niczego przeciw reinkarnacji. Trudno byłoby zatem argumentować, że potępiając wiarę w nią, kościół ten “powracał do źródeł” wlasnej wiary lub że “pozostawał w zgodzie z Biblią”. Nietrafnym jest też argument, że decydując się na owo potępienie “bronił tożsamości chrześcijaństwa”.

    Tożsamości chrześcijaństwa broni bowiem każdy aktywny chrześcijanin swoją własną postawą oraz każdy nurt tej religii. Cechą bowiem jej tożsamości (i to bodajże od samego jej poczatku) było to, że istniały w niej rozmaite nurty. To właśnie próba zwalczania innych nurtów stanowi walkę z chrześcijańską tożsamością. Teza zatem, że jakiś pogląd jest potępiany “w imię tożsamości” wskazywac by mogła na wyjątkowo niesławną ciagotę jednej strony do uznawania własnego nurtu za “prawdziwe chrześcijanstwo”, przy jednoczesnym odsadząniem od czci i wiary (zwłaszcza od wiary!) pozostałych.

    Poglądy albo otwarcie aprobujące wiarę w reinkarnację albo przynajmniej takiej wierze bliskie zdawały się chyba nigdy nie opuszczać chrześcijaństwa. Niejednokrotnie pojawiały się one w rozmaitych formach teoretycznych. Wskazuje się niejednokrotnie na takie wierzenia m.in. wśrod katarów.

    Wyznawcą reinkarnacji był Giordano Bruno (“Każdy uczynek przynosi należną zan nagrodę lub karę w następnym życiu. Dusza determinuje swoje przejście do następnego ciała stosownie do swego postępowania w poprzednim”).

    Wyjątkowo ciekawy pogląd reprezentował w XVIII wieku znany szwedzki myśliciel, naukowiec, mistyk, gnostyk, teolog, heretyk i okultysta w jednej osobie Emmanuel Swedenborg (1688-1772). Pewien autor zaprezentował w internecie chyba dość trafną charakterystykę owego poglądu Swedenborga:

    “Jego duchowe objawienia dotyczące świata wzmacniają również pogląd, że to nie tyle dusze ludzkie dokonują reinkarnacji, ile raczej Boskość sama w sobie, jako Źródło wszelkiego życia, w ciągły sposób reinkarnuje przez ludzkie dusze, jednakże bez unicestwiania wewnętrznej wolności wyboru osoby ludzkiej.” http://www.swedenborgmovement.org/leaflets/reincarnation

    Z takim poglądem ów wybitny szwedzki umysł, pod “denominacyjnym” oraz rodzinnym względem wywodzący się wprost z luteranizmu (syn pastora), plasowałby się zapewne idealnie pośrodku debaty dotyczącej reinkarnacji. Jego poglądy bowiem w zakomity sposób łączą ideę reinkarnacji z ideą “jedno ciało-jedna dusza”, pokazując przy tym jak w gruncie rzeczy bliscy są sobie reprezentanci obu stron naszej debaty, różniący się co najwyzej teoretycznymi niuansami.

    W czasach Swedenborga, jak również późniejszych, wielu chrześcijan (Żydów zresztą też) w świecie zachodnim wierzyło w reinkarnację: Johann Wolfgang von Goethe, Benjamin Franklin, Abraham Lincoln, Thomas Edison, fizyk Sir Oliver Lodge, Laurence S. Rockefeller, przemysłowiec Henry Ford, Winston Churchill, marszałek lotnictwa Lord Dowding, gen. George Patton i wielu innych, na wymienienie których nie starczyłoby tu po prostu miejsca.

    “Nie do pogodzenia z wielką godnością…” (?)

    Zatrzymam się jeszcze na moment nad inną kwestią, którą krytycy reinkarnacjonizmu podnoszą: twierdza oni niejednokrotnie, że jest on jakoby niezgodny z godnością człowieka, a jakby tego jeszcze nie było dość, próbują wesprzeć taki “argument” totalnym spłycaniem reinkarnacji do teorii o ciałach ludzkich jako “ubraniach”, w które dusza się “przyodziewa” oraz “zrzuca”. Cóz, jeśli mielibyśmy kontrargumentować w podobnym stylu, to pewnie wypadałoby nam teraz zrewanżować się “niereinkarnacjonistom” żartem, że ich własna “garderoba” mieści w sobie tylko jeden “Anzug”, który – tak nawiasem – oni też przecież “zrzucają” w chwili śmierci.

    Życie ludzkie dla reinkarnacjonisty nie jest po prostu “Anzugiem” lecz potencjalnym punktem wyjścia do osiągnięcia Królestwa Bożego:

    “…Oto dlaczego jest ono tak cenne, tak wartościowe. I dlatego tez smutnym jest obserwowanie ludzi marnujących swoją ludzką formę życia poprzez życie jak zwierzęta. Oni po prostu marnują swoja cenna szansę; szanse, ktora rzadko się pojawia.

    Istota ludzka różni się od zwierzęcej tym, że ludzka forma pozwala osobie osiągnąć pełnię świadomosci boskiej. Ludzka forma życia umożliwia osobie poszukiwanie oraz znalezienie Prawdy Absolutnej.”Chris Butler (Siddhaswarupananda Paramahamsa) “Reincarnation Explained”, USA 1983, s.70

    Czego by nie powiedzieć, nie brzmi to jak pozbawianie człowieka jego godności.

    Osobiście będąc jak najdalszym od obrażania się za tego rodzaju “całusy” naszych “oponentów”, sądzę jednak – i tu chyba wyrażę opinię wielu innych reinkarnacjonistów – że dość juz mieliśmy pouczania nas, który z naszych poglądów “odbiera” nam godność. Nie znam ani jednego reinkarnacjonisty (czy to chrześcijańskiego czy innego), który by uwazał siebie za pozbawionego godności z powodu swych poglądów. Ja oczywiście nie uważałbym również, ze brakuje mi godności, gdybym posiadal poglądy niereinkarnacjonistyczne.  Jedynie byłbym w stanie dostrzec swego rodzaju “zamach” na godność, gdyby mi ktokolwiek próbowal narzucić jakiś poglad wbrew mojej woli i wbrew sumieniu.

    Być może zresztą brak szacunku naszych “oponentów” dla naszych poglądów wynika z faktu, że za mało zwracają uwagi na sama wiarę w reinkarnację, zbyt wiele natomiast wagi przywiązując do pewnych jej teorii. Tymczasem jedno nie równa się drugiemu. To, że się wierzy w transmigrację dusz, nie oznacza jeszcze np. tego, że się wierzy, że w następnym wcieleniu będzie się psem lub motylem (niektórzy nasi koreligioniści, zwłaszcza ci co bardziej ewangelikalni, lubią się takimi przykładami poslugiwać w swych polemikach)(2). Nie oznacza to również, że reinkarnacjonista przestaje być odpowiedzialny za swoje obecne życie. Nie jest też prawdą, że w kulturze zachodniej istnieje jedynie koncepcja “optymistyczna” reinkarnacji jako “kolejnej szansy” (zresztą: cóż w niej złego?). Mogę tu odesłać do jednego z moich poprzednich tekstów pt. “Sakrament Zbawienia w kościele gnostyckim”, gdzie omawiany jest sakrament Consolamentum.

    Jeśli można uwierzyć dosłownie w treść przypowieści (jak tej o Łazarzu z Łk 19; 16-25), albo jeśli można uwierzyć w Przemienienie Pańskie (Transfiguracja) czy w Przeistoczenie (Transsubstancjacja), to czemu nie zaakceptować historii ze Srimad Bhagavatam, w której Bharat Maharaj narodził się ponownie jako jeleń, a w następnym wcieleniu znowu jako człowiek, Jada Bharat. Według tej historii Bóg pozwolił Bharatowi w jego jelenim wcieleniu pamiętać jego poprzednie, ludzkie, życie. Będąc ponownie człowiekiem, Bharat postanowił uniknąć poprzednich pomyłek i starał się nie rozwijać w sobie przywiązania do jakichkolwiek rzeczy materialnych, gdyż przez swoje doswiadczenie zrozumiał on, że natura daje osobie konkretne ciało zgodnie z jej mentalnościa i rodzajem pragnień. Niemożliwe? A czyż my, chrześcijanie, nie powtarzamy sami, ze “co niemożliwe dla człowieka, możliwe jest dla Boga”? Jeśli możliwe jest Przeistoczenie, to i wcielenie w jelenia również. Jeśli możliwe jest zmartwychwstanie ciał, to i transmigracja dusz także.

     Własnymi oczami

    Sam pamiętam, że zacząłem wierzyć w reinkarnację w sposób daleki od obrazu “konwertyty” przekonanego przez czyjkolwiek wywód poparty cytatami z “odpowiedniej” literatury. Ani nie miało to wiele wspólnego z Biblią (mało ją wówczas czytalem) ani tym bardziej z literaturą dalekowschodnią (znajomość tejże równa zeru). Nie było to również wynikiem nagłych zachwytów nad relacjami z “życia po życiu”. Tyle mnie zresztą ta reinkarnacja obchodziła, co zeszłoroczny śnieg na Sybirze. Nawet nie mogę powiedzieć, by uświadomienie sobie tej wiary stanowiło wtedy dla mnie jakiekolwiek przeżycie w rodzaju “born again” czy czegokolwiek podobnego. Nic, tylko całkowity spokój i uświadomienie sobie tego nowego dla mnie faktu. Nie przejmowałem się też żadnymi teoriami, czyli tymi wszystkimi systemami, według których cykl transmigracji obejmuje “trzy tysiące” czy “trzydzieści tysięcy” lat, w ciągu których za zasługi otrzymuje się lepsze wcielenia, a za winy schodzi się “na psy”. Po prostu wierzyłem (i wierzę), że

    zawsze będzie istnieć pewien stan świadomości, poczucie owego “jestem” (po grecku: “ego eimi”; po hebrajsku: “jahwe”).

    Dopiero później byłem ta ideą zafascynowany, zwłaszcza po zapoznaniu się z paroma relacjami z seansów hipnotycznych, w trakcie których osoby poddawane hipnozie opowiadały o przeżyciach ze swych poprzednich wcieleń. Ta fascynacja nie trwała jednak zbyt długo, tym bardziej, że w końcu natrafiłem (“szukajcie a znajdziecie”) na solidne argumenty przemawiające przeciwko prawdziwości i rzetelności wielu takich opisów. Tym niemniej wiara w reinkarnację już nie odeszla. Bylem co prawda dalej w stanie deklarować wiarę w zmartwychwstanie ciał, później nawet potrafiłem – jako katolik – z pelnym przekonaniem wykłócać się z baptystycznymi fundamentalistami o istnienie czyśćca, a jednocześnie szczerze i w najbardziej oczywisty sposób stwierdzałem, że reinkarnacja jest możliwa i logiczna. I nie odczuwałem jakichkolwiek “sprzeczności” w deklarowanych poglądach, gdyż owe, jak najbardziej rzekome, “sprzeczności” mają jedynie czysto teoretyczny charakter. Nie, z całą pewnością nie mogę powiedzieć, że mi one “spędzały sen z powiek”. Reinkarnację da się pogodzić nawet ze zmartwychwstaniem ciał. I to jak najbardziej rownież w ujęciu biblijnym. Według Pawła z Tarsu nasze zmartwychwstanie odbędzie się w ciałach duchowych: “Zasiane jest ciało fizyczne, powstanie duchowe”, gdyż “Istnieje ciało fizyczne, istnieje i duchowe” (“ei estin soma fizikon, estin kai pneumatikon”) – 1Kor 15;44. Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze “Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest własnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.

    Czy jestem reinkarnacjonista “skrajnym” czy też tkwiącym pośrodku niczym Swedenborg, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Wszystko mi jedno, czy we mnie jest przereinkarnowana “dusza” czy “duch”, czy “Boskość sama w sobie”. Dla mnie takie “klasyfikacje” osobiście się nie liczą.

    Teraz, po latach, gdy już conieco przeczytałem na ten interesujacy temat, stwierdzam, że moj stosunek do reinkarnacji nie zmienił się zbytnio. Nie traktuję dosłownie teorii na jej temat. Użyteczne, nie wątpię, tak jak jezusowe opowiadanie o bogaczu i biednym Łazarzu. Ciekawe, że nawet autor tej opowieści (Łk 19;16-25) nie twierdził, że to “true story”, a w ewangelii przedstawiona jest ona jako fikcja w stylu “był sobie…” (“Był sobie pewien bogacz…”; “I był pewien żebrak, imieniem Łazarz…”). Tymczasem są wspólnoty chrześcijanskie, gdzie po dziś dzień uważa się to dosłownie za prawdziwą historię z nieba i piekła, a nawet utożsamia się tego Łazarza z Łazarzem z ewangelii “według Jana” (Jn 11;1-44, 12;1-2 i 9-11). Tak też ma się sprawa z teoriami reinkarnacyjnymi: spełniają podobną funkcję, co opowieść o Łazarzu, ale nie przestaje byc reinkarnacjonistą ten, kto w nie nie wierzy dosłownie, tak jak chrześcijaninem pozostaje ten, dla którego historia Łazarza to alegoria.

    Dla duchowego rozwoju człowieka nie ma znaczenia czy wierzy tak jak “saduceusz”, “faryzeusz” czy “esseńczyk”. W końcu i Pomazaniec mówił, że “po ich owocach ich poznacie”, a mówiąc to miał na myśli uczynki, a nie wiare w taki czy inny rodzaj “życia pozagrobowego”.

    Warto jednak zaprezentować nieznającym historii naszej debaty skąd się wzięły kategoryczne stwierdzenia o rzekomej “niezgodnosci” wiary w reinkarnację z chrześcijaństwem. Gdy bowiem będą w stanie przyjrzeć się

    faktom, sami zrozumieją, że ani z Biblią, ani z logiką, ani tym bardziej z obroną chrześcijanskiej tożsamości nie mają takie stwierdzenia wiele wspólnego.

    “Co tam, panie, w polityce?”

    Stanowisko zajęte wobec doktryny reinkarnacji przez “ortodoksyjne” przywództwo kościoła stanowiło wynik wcześniejszego rozwoju doktryn kościelnych. “Łańcuch reakcji” rozpoczął się bowiem znacznie wcześniej i to od sprawy, która sama w sobie z omawianym tu tematem nie ma wiele wspólnego.

    Około roku 250 n.e. pewien ksiądz imieniem Sabellius nauczał, ze “Trzy Osoby” (Ojciec, Syn i Duch) nie są osobami, lecz trzema aspektami Boga. Oznaczało to, że Jezus był manifestacja Ojca. “Ortodoksi” podjęli więc wysiłek wykazania różnicy pomiędzy Bogiem Ojcem i Pomazańcem.

    Na początku IV wieku n.e. biskup Aleksander z Aleksandrii (ur. ? – zm. 17.IV.326) usiłował wyjaśniać korelacje między Ojcem, Synem i Duchem podkreślając ich jednosć. Na to libijski duchowny imieniem Arius (ur. Ok. 256 – zm. 336 r.n.e.) postawił tezę:

    “Jeśli Ojciec począl Syna, to ten poczęty miał początek swej egzystencji”.

    To proste stwierdzenie otworzyło istną “puszkę Pandory” dla ówczesnych teologów, przyczyniając się do ostrej debaty szalejącej przez następnych wiele dziesiątków lat, tak zwanej kontrowersji arianskiej. To niewinne zdanie mogłoby być komentowane i debatowane w spokoju. Kłopot polegał jednak na tym, że obie strony nie tylko uważały siebie za ortodoksyjne, a oponentów za niebezpiecznych heretyków, ale też dokładnie według tego schematu postępowały. Ortodoksi przecież nie umieli dyskutowac w normalny sposób, oni musieli się wzajemnie potępiać, obrzucać klątwami, denuncjować, skazywać na banicję, by juz o gorszych rzeczach tu nie wspominać. Nie spoczęli tez dopóki któregoś z owych “zbożnych” celów (lub tez najchętniej wszystkich ich razem wziętych) nie osiągnęli.

    Dla jednych Arius był heretykiem, bo mówił, ze Syn miał początek. Dla innych zaś ortodoksem, bo podkreślał, ze Bóg jest jeden, a jeśli Chrystus  też miałby nim być, to byłoby już dwóch bogów. Będąc zaś pod wpływem nauk zmarłego jeszcze przed swoim urodzeniem Orygenesa, uważał on, ze Ojciec jest jedynym Bogiem, wiecznym i niezmiennym, a każda inna osoba jest mu podporządkowana. W jego rozumieniu Aleksander próbował ożywić “herezję” sabelianizmu.

    W roku 320 Aleksander  zwołał synod lokalny w Aleksandrii, ktory ekskomunikował Ariusa (a jakże!). Ten zaś udał się do Bitynii i Palestyny, gdzie inne lokalne synody tę ekskomunikę unieważniły.

    W koncu zebrał się ten “historyczny” (by nie rzec: “histeryczny”) sobór w Nicei (dzisiejszy Iznik w północno-zachodniej Turcji) w 325 r.n.e. Z liczby ok. 1800 biskupów w obradach wzięło udział pomiędzy 225 a 318, czyli pomiędzy 1/9 a 1/6 całości. Debata nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc wmieszał się cesarz Konstantyn, który po prostu zażądał, by wszyscy podpisali formułę o Pomazańcu “współistotnym” Ojcu. Jako argument posłużyla mu groźba, że ci, którzy nie podpiszą, zostana wygnani z kraju. Niewielu odważyło się nie podpisać, więc formuła przeszła. Aliści, niektórzy z biskupów po powrocie do swych miast odwołali swe poparcie dla formuły: “Popełniliśmy akt bezbożny O, Panie, podpisując się pod bluźnierstwem ze strachu przed tobą…” – pisał do cesarza w imieniu swoim i dwóch innych biskupow Euzebiusz, biskup Nikomedii. Cesarz ze swej strony pozbawiał takich biskupów ich godności, a samego Ariusa wygnał i kazał palić jego pisma. (obok ilustracja Konstantyn)

    Jednak arianizm stal się popularny do tego stopnia, że Konstantyn cztery lata później (329 r.n.e.) zmienił zdanie, przywrocił do łask Ariusa, jego zaś adwersarza, Athanasiusa, pozbawił dopiero co uzyskanego biskupstwa aleksandryjskiego i wygnał do Galii (południowa Francja). Biskupi anty-arianscy pozbawiani byli swych godności, arianscy zaś je teraz odzyskiwali. Jeden z takich biskupów arianskich ochrzcił później Konstantyna na łożu śmierci (r. 337 n.e.). Następny cesarz, Konstancjusz, otwarcie poparł arianizm. Ale sytuacja polityczna zaczęła się stopniowo zmieniać: najpierw arianie podzielili się na trzy rywalizujace ugrupowania, przez co się sami osłabili, a w roku 361 zmarł ich protektor, cesarz Konstancjusz. Dwadzieścia lat później, w roku 381 triumfujący na nowo anty-arianie przepchnęli po raz kolejny swoje “Credo” i potępili  swych adwersarzy (sobór w Konstantynopolu). Tak więc o tym co stanowiło “ortodoksję” a co “herezję” decydowały układy sił polityczno-eklezjalnych. Argument się nie liczył, siła – tak.

    Dla interesującego nas tematu wynik tych zmagań miał później takie znaczenie, że potępiony Arius, czerpawszy z orygenizmu nauczał, że Chrystus nie był Bogiem, lecz że został Synem Bozym. Mogłoby to na dłuższa metę sugerować, że inni ludzie również mogliby zostać synami bożymi, jeśli naśladowaliby Chrystusa. W połączeniu zaś z doktryną pre-egzystencji dusz i ich reinkarnacji oznaczać by to mogło (choć oczywiście niekoniecznie musiałoby), że dusza do zbawienia niekoniecznie potrzebuje pośrednictwa zinstytucjonalizowanego kościoła i jego hierarchii. Można z całą pewnością zrozumieć hierarchów “ortodoksyjnych”, jeśli nie uśmiechała im się taka perspektywa. Dodatkowo transmigracja dusz, zwłaszcza jeśli istniejacych “od początku” lub “nie mających początku”, kolidowałaby z ich tezą o Chrystusie jako jedynym przedwiecznym (nie musiałaby oczywiście kolidować, bo można było założyć, że Chrystus jest Bogiem, a dusza, nawet nie mająca początku, nim nie jest). Woleli jednak “dmuchać na zimne”. Tak więc późniejsza ich walka z “orygenizmem” motywowana była nie tyle jakąkolwiek “prawdą objawioną”, lecz chęcią stworzenia założenia teoretycznego, którego celem była obrona innego założenia teoretycznego.

    Czy zatem przypisywać należy potępienie wiary w reinkarnacje “spiskowej teorii dziejow”? I tak i nie.  Tak o tyle, że biorący udział w opisanym wyżej konflikcie istotnie posuwali się do spiskowania przeciwko sobie nawzajem. Nie zaś, jeśli potraktujemy powyższy proces jako całość. O “spiskowej teorii” możnaby z całą pewnościa mówić, gdyby postawiona teza głosiła, że dlatego potępiono arian, aby później móc potępić Orygenesa i reinkarnację. Tymczasem prawdą jest coś wręcz odwrotnego: Orygenesa potępiono dlatego, że wcześniej potępiono Ariusa. I nie od razu tego dokonano: Orygenes nie był przecież potępiony gdy szalał spór arianski. Nie był nawet potępiony, gdy już potępiono Ariusa, lecz 172 lata później. Mamy zatem do czynienia z łańcuchem wydarzeń i procesów kształtujących doktryny na przestrzeni wieków i to w taki sposób, że nowa  doktryna była rezultatem okoliczności wynikłych z poprzednich kontrowersji. Można sobie zatem wyobrazić, że gdyby wygrali arianie, to dalszy rozwoj teologii “ortodoksyjnej” mógłby również doprowadzić do uznania reinkarnacji za swego rodzaju dogmat, w którym to wypadku dzisiejsi nasi teologowie i bibliści twierdziliby z zapałem, że niewiara w nią jest “nie do pogodzenia” z chrześcijaństwem, a jako argumenty posłużyłyby im wszystkie sporne cytaty biblijne (jak ten z Mt 17; 10-13) interpretowane jako dowody na reinkarnację. Heretykami “staliby się” ci, którzy w reinkarnację nie wierzą.

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Przypisy:

    1. Przykładem jest jego list Do Awitusa, figurujacy w spisie listów Hieronima jako list 124. Niektórzy reinkarnacjoniści, pragnąc “dorobić” naszej wierze zwolenników wśrod “Ojców Kościoła” (zabieg zupełnie zbędny i uczciwością nie pachnący), chętnie cytują z tego listu następujący fragment na poparcie swojej tezy:

    “Niebiańskie mieszkanie i miejsce odpoczynku tam, na górze, jak sądzę, rozumieć należy jako miejsce, gdzie zamieszkiwały istoty rozumne i gdzie, przed swym zstąpieniem niżej i przejściem ze świata niewidzialnego do widzialnego oraz upadkiem na ziemię i potrzebą ciał materialnych, cieszyły się poprzednią radością. Stamtąd Bóg, Stworca, uczynił dla nich ciala stosowne dla ich stanu…”

    Tymczasem fragment ten jest totalnie wyrwany z kontekstu, w dodatku nie jest to opinia Hieronima, lecz cytowana przezen opinia Orygenesa. W rzeczywistości bowiem list ten  jest swoją treścia zdecydowanie wymierzony przeciw Orygenesowi. Ten szesnastoakapitowy dokument utrzymany jest wręcz w tonie napastliwym, by nie rzec, że w denuncjatorskim. Trudno by go nazwać po prostu “polemiką”, zawiera on bowiem – jak zawsze w przypadku fanatyzmu – żądanie “potępienia”.

    W innym liście  (do Marcelli) Hieronim wyraził się bezposrednio o reinkarnacji:

    “Ta bezbożna i plugawa doktryna rozprzestrzeniła się w przeszłości w Egipcie i w obszarach wschodnich; a teraz potajemnie, niczym w norach żmij, rozprzestrzenia się między wieloma, zatruwając czystość tych obszarów; i jak dziedziczna choroba przenika do niewielu, by mogła sięgnąć większości”.

    Nie, zdecydowanie “ortodoksi” nie potrafili debatować jak normalni ludzie

    2. Wspomniany tu już Henry Ford zdecydowanie zdawał się wierzyć, że dusza ludzka odbywa wędrówkę jedyne pomiędzy wcieleniami ludzkimi. W wywiadzie prasowym udzielonym dziennikarzowi George’owi Sylvestrowi Viereck’owi (“The San Francisco Examiner”, 26 sierpnia 1928), powiedział między innymi:

    “Zaakceptowałem teorię Reinkarnacji, gdy miałem 26 lat… Religia nie oferowała niczego równie przekonującego – przynajmniej nie byłem w stanie tego odkryć. Nawet praca nie dawała mi całkowitej satysfakcji. Praca jest próżna, jeśli nie możemy wykorzystać w następnym życiu doświadczenia zebranego w poprzednim.

    Gdy odkryłem Reinkarnację, to było tak, jakbym odkrył uniwersalny plan. Zdałem sobie sprawę, ze był czas na wypracowanie moich pomysłów. Czas nie był juz więcej ograniczony. Nie byłem juz dłużej niewolnikiem zegara. Było wystarcząjaco dużo czasu, by pracować i tworzyć.

    Odkrycie Reinkarnacji dało mojemu umysłowi swobodę. Byłem uspokojony. Czułem, ze porządek i postęp są obecne w tajemnicy zycia. Nie szukałem już nigdzie indziej rozwiązania zagadki życia.

    Jeśli zachowa Pan zapis tej rozmowy, proszę, by napisał Pan to tak, aby uspokoiło to ludzkie umysły. Chciałbym bowiem przekazać innym ten spokoj, ktory daje nam dalekosiężne spojrzenie na zycie. Wszyscy zachowujemy, co prawda mgliście, wspomnienia z poprzednich wcieleń. Często czujemy, że jesteśmy świadkami sceny lub przeżywamy chwilę z jakiejś poprzedniej egzystencji. To jednak nie jest niezbedne; to, co jest wartościowe i co pozostaje w nas, to esencja, sens i wynik doświadczenia”.

     

     

    Continue Reading »
    0 Comments