Copyright © 2012 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Polityka
“Islamiści” i “islamofaszyści”
Gdy trwały ogromne protesty w Egipcie, gromadzące miliony ludzi i gdy widać było, że władza prezydenta Hosni Mubaraka ma się ku końcowi, niektórzy nasi obserwatorzy uderzyli na trwogę: cóż to będzie, jeżeli władzę przechwycą tam islamiści?!
Ja rzekłbym: „to byłaby znakomita wiadomość!!!”
Istotnie, bowiem islamista to naukowiec z dziedziny nauk humanistycznych, specjalista od spraw wiary, doktryny, prawa, historii, sztuki i literatury islamu. Dokładnie tak i tylko tak… Cóż byłoby zatem negatywnego w tym, by humaniści z otwartymi głowami stali się liderami kraju?
Tymczasem moda ci u nas nastała, by ten niewinny a jakże nobliwy termin definiować w odmienny zgoła sposób: to terrorysta o morderczych intencjach, dzikus, co to wysadzałby do luftu kogo wlezie (i ile wlezie…), szaleniec biegający w kółko z siekierą i nożem, by za najdrobniejszą nawet kradzież odrąbywać dłonie, obrzynać kobietom łechtaczki i wyczyniać masę innych jeszcze podobnie wątpliwych moralnie rzeczy. A w najlepszym wypadku fundamentalista bardzo bliski wymienionym dopiero co tendencjom.
Czy anglista to „imperialista angielski”? Czy japonista to „japoński militarysta” co rusz wrzeszczący „Banzai!”? I czy germanista to na przykład „zbrodniarz hitlerowski” lub ktoś podobnego sortu – i czy to pojęcie kiedykolwiek nawet w Polsce było tak definiowane ? Jak by to brzmiało: „Komisja Badania Zbrodni Germanistycznych w Polsce”; „w 1939 roku germaniści dokonali inwazji państwa polskiego”, albo: „ germaniści i rusycyści podpisali traktaty rozbiorowe”…
Że co proszę? Że słowa „zmieniają” sens, że „nabierają” nowych znaczeń? Same, ma się rozumieć, „nabierają” i „zmieniają”… I absolutnie nikt, nigdy i w żaden sposób im w tym nie „pomaga”… Byłoby oczywiście wyjątkowo prowokacyjną i awanturniczą teorią spiskową dociekać, że ktoś specjalnie nadaje słowom znaczenia, które da się wykorzystać propagandowo, gdy dyryguje się reakcjami i odczuciami mas… Niee, to absolutnie nie może być, by jacykolwiek macherzy medialni postanowili przechrzcić słowo „islamista”, by potem użyć tego wokabularnego „przechrztę” jako janczara propagandy antyislamskiej? Bo przecież w swym właściwym znaczeniu zbyt dobrze się kojarzy jako termin związany z islamem… Nie może przecież tak być, by muzułmanie kojarzyli się jako kulturalni jegomoście (i jejmoście przy okazji też…), co to mają “otwarte głowy” i szare komórki. Niee! Trzeba przecież myśleć o nich jako o tych, co w głowach mają tylko bomby, a otwarte mają co najwyżej japy, by głośno wygrażać chrześcijanom.
Co by było, gdyby ktoś próbował definiować słowo „judaista” – lub lepiej jeszcze, „hebraista” (z uwagi na podobną do islamisty dziedzinę zainteresowań) jedynie jako „supremacjonistę żydowskiego”, który uważa, że jedynym celem istnienia gojów jest „służyć Żydom” albo jako jegomościa, który z upodobaniem oddaje się opluwaniem chrześcijańskich duchownych w Jerozolimie lub wygrażaniem palestyńskim chrześcijanom?
Przyznam szczerze, że nawet uważając siebie za antyjudaistę, nie posuwam się do tworzenia tego rodzaju oksymoronów językowych…
Ale to nie jedyny oksymoron. Skubańcy, co manipulują mediami, a za ich pośrednictwem także umysłami i bezmyślnością naiwnych, wymyślili innego jeszcze potworka nowomowy. Wymyślili „islamofaszystę” .
Wiedzą przecież, kombinatorzy jedni, że faszyzm jest historycznie fenomenem w 100 procentach europejskim, który powstał na terenie arcy-katolickiej (wówczas) Italii, w której rezyduje papież. Stamtąd rozpowszechnił się on do innych krajów, ale też głównie europejskich (no dobra, niech będzie: do USA też…), co prawda nie we wszystkich z nich sięgając po władzę: do Rumunii, Hiszpanii, na Węgry, do Niemiec (w odmianie narodowego socjalizmu), także do Wielkiej Brytanii i Polski. Również do Holandii, Belgii, Danii, Szwajcarii, Austrii, Norwegii i Jugosławii. To raczej nie są „kraje islamu”, tylko w Jugosławii byli muzułmanie w liczących się liczbach.
Faszyzm zatem i islam to dwie zupełnie różne rzeczy.
Ależ od czego jest macherstwo? Ponieważ faszyzm, tak za „sprawką” swoją własną jak i za „sprawką” kilkudziesięcioletniego powojennego prania mózgów nabrał wszawej opinii, to postarano się wykorzystać tę wszawą opinię, zespawując ten termin z terminem „islam”. Tak przecież poręczniej!
A może „islamofaszyści”, bo pokazują „Saluto Romano” , jak faszyści? Tak, ale to dopiero teraz. Raczej tego w taki zmasowany sposób nie robili na początku lat 1940-tych, gdy przez północną Afrykę przeciągały jednostki Afrika Korps wraz z faszystowską armią włoską… Nawet jeśli to prawda, że niejeden Arab wstąpił na ochotnika do jednostki „Freies Arabien” (wstępowali do Wehrmachtu nie tylko Arabowie, bo i Murzyni też…). I walczyli głównie z Brytanią, nie tak bardzo z Żydami.
Tak nawiasem: niejeden Żyd też chciał być sojusznikiem Rzeszy (też przeciw Brytanii), ale się spóźnili, bo Führer zdecydował się był już na Arabów. Bo gdyby się był zdecydował na syjonistów, to kto wie… Zwłaszcza, że to faszyści oraz niemieccy narodowi socjaliści dopomagali syjonistom już przed wybuchem II Wojny. Tak nawiasem, pewna syjonistyczna grupa również używała „Saluto Romano”, a nawet nosiła brunatne koszule…
Jednak „Saluto Romano” u Arabów dzisiaj to nie tyle pokłosie Afrika Korps czy NSDAP, raczej to rezultat istnienia i polityki Izraela oraz polityki poparcia dla Izraela ze strony prowadzonych przez Izrael niczym na sznurku przez kornaka Stanów Zjednoczonych AP. Żaden kraj arabski nie posiada ani władzy faszystowskiej ani partii faszystowskiej. Arabowie rządzeni bywają nieraz przez dyktatorów, to prawda. Jednak dyktatura sama w sobie nie oznacza faszyzmu, który jest po prostu konkretnym ustrojem politycznym, społecznym i gospodarczym, charakteryzującym się syndykalizmem.
Nie, nie próbujemy w ten sposób negować autentycznego terroryzmu islamskiego wobec chrześcijan lub hinduistów (tak jak nie jesteśmy w stanie przeczyć terrorowi wojennemu narzuconemu krajom islamu przez „europkę” i USA oraz przez Izrael…).
Celem tego tekstu jest jedno: byśmy poprzez właściwe użycie pewnych terminów potrafili zapobiegać kompletnemu zwariowaniu.
Continue Reading »RN3: O naturze rasizmu
Lokalne, regionalne i krajowe patriotyzmy zdają się nawet obecnie być pod niektórymi względami jeszcze istotniejsze dla świata niż w przeszłości. Bo o ile w przeszłości służyły one lokalnym społecznościom, to o tyle obecnie służą one już społeczności globalnej. Zresztą gdyby nawet udało się (jakimś chyba istotnie diabelskim) „cudem” zlikwidować obecne patriotyzmy, to za jakiś czas – i to stosunkowo krótki – pojawią się one znowu. Ludzie mają skłonność do myślenia kategoriami wspólnot lokalnych. I jest to skłonność jak najbardziej naturalna. Zaczyna się już w rodzinie – a nawet jeszcze przed jej założeniem! Ktoś kogoś lub coś preferuje w stosunku do kogoś lub czegoś innego. Heteroseksualista preferuje osobę płci odmiennej; homoseksualista preferuje osobę tej samej płci. Kochankowie i małżonkowie preferują siebie nawzajem w stosunku do innych osób (inaczej złamanego grosza szkoda byłoby na takich „kochanków” i na szczerość ich „uczuć”…). Rodzice preferują swoje dzieci w stosunku do cudzych (inaczej nazywa się ich „wyrodnymi rodzicami”); dzieci preferują swoich rodziców w stosunku do innych (inaczej też są wyrodne…); osoba żyjąca w jakimś kraju preferuje ten kraj w stosunku do innego (bo inaczej po co w nim mieszka?). Wyznawca jakiejś religii preferuje tę religię w stosunku do innych (bo jak inaczej jest on w ogóle w stanie ją „wyznawać”?). Przykłady możnaby mnożyć. I co w tym wszystkim złego? Na całych systemach preferencji zbudowana jest cała ludzka cywilizacja i bez nich nie byłaby ona po prostu możliwa.
Przyjrzyjmy się teraz w tym kontekście kwestii rasy, dla której to kwestii niektórzy zdają się próbować znaleźć „ostateczne rozwiązanie” poprzez sztuczną likwidację samego nawet pojęcia rasy ze słownika codziennego użytku. Jedyne jednak, co taka „Endlősung” jest w stanie przynieść, to wyciszenie tego tematu w życiu oficjalnym. W żadnym jednak wypadku nie oferuje ona jego nieobecności, a jest to obecność całkiem konkretna. To, czego najczęściej przy omawianiu tego zagadnienia brakuje (gdy w ogóle jest ono jeszcze omawiane), to obiektywizm, chęci osiągnięcia którego niejednokrotnie nie próbuje się już nawet pozorować. Tymczasem pojęcie rasy jest pojęciem jak każde inne. Rasy ludzkie rzeczywiście istnieją. Cechy rasowe – czy to w ich „czystej” postaci czy też mieszanej (u osób o mieszanym pochodzeniu rasowym) – stanowią stałą i niezbywalną część jestestwa każdej indywidualnej osoby ludzkiej. Za taką część uważa się też dziedzictwo kulturowe takiej osoby, jej wyznanie, używany przez nią język, poczucie przynależności narodowej itd. Z tą oczywiście istotną różnicą, że cechy rasowe są cechami wrodzonymi takiej osoby (tak jak np płeć), podczas gdy wszystkie pozostałe wymienione powyżej są przez nią dopiero nabywane w ciągu trwania życia.
Czy urodziłeś się chrześcijaninem?, No, nie… Polakiem też nie, bo nie ma „genu polskości”. Nie przyszedłeś też na świat jako „Polish-speaker”, bo nikt z nas nie mówi w momencie urodzenia, lecz musi się tego nauczyć. Genu języka polskiego też nie ma… Polityczne poglądy też nie są dziedziczne. Religię człowiek jest w stanie zmienić. Religie nie tylko wiedzą o tym, ale wręcz na to liczą (stąd „ewangelizacje”, „misje” i nadzieja na „konwersje”). Ludzie zmieniają nieraz narodowość (to w kwestia świadomości), tracą umiejętność posługiwania się językiem ojczystym, gdy od wielu lat mieszkają za granicą. Niektórym odważnym i zdeterminowanym udało się nawet zmienić płeć przez zabieg chirurgiczny. Spróbuj zmienić swoją rasę…
Powiesz może, że „…każdy CZŁOWIEK (człowiek to element nadrzędny) bez względu na zewnętrzne różnice musi być traktowany tak, jak na to zasługuje” . A powiedz mi: czy jest możliwe być człowiekiem, nie będąc reprezentantem jakiejkolwiek rasy ludzkiej (lub mieszaniny ras)? Rasę (lub jej kombinację) mamy zapewnioną „jak w banku” zanim jeszcze plemnik ojca dotknie komórki jajowej matki – czyli wcześniej niż da się ustalić płeć płodu… Jest więc ona z nami przed żłobkiem i idzie z nami poza nagrobek: jeśli w 100 lat po mojej śmierci ktoś zechce wykopać moje kości, to nie odgadnie narodowości, nie odgadnie języka, nie odgadnie religii ani nawet moich poglądów, ale rasę ustali (bez konieczności odgadywania…) natychmiast, tak jak płeć czy wiek.
Próba uczynienia z nas osób całkowicie obojętnych na naszą rasę (1) jest bardziej jeszcze chyba contra naturam niż przymusowy celibat…
Bo ten popęd seksualny… wiadomo: u jednych jest silniejszy, u innych słabszy. W dodatku nie zawsze on nam towarzyszy. Na początku jeszcze go nie ma, pod koniec na ogół już go nie ma. Rasa jest zawsze… Dzięki niej istniejemy. Jeśli nie reprezentujesz co najmniej jednej ludzkiej rasy, to może jesteś robotem albo istotnie zwierzęciem (choć tak się odżegnujesz – tak nawiasem: do pewnego stopnia zwierzęciem jesteś, bo 98,5% swoich genów masz wspólnych z… szympansami – pociesz się , że ja też..). Ale człowiekiem absolutnie nie. Rasa jest z nami związana nierozerwalnie dokładnie w takim stopniu, w jakim jest związane z nami człowieczeństwo.
Zabawne jest w związku z tym nieraz czytanie wywodów niektórych teoretyków na temat rasizmu czy nacjonalizmu. Niektórzy autorzy podkreślają „sztuczność” nacjonalizmu, bo tak niepewna, ich zdaniem, jest jego podstawa. Jest to „wytwór kulturowy”, który „wymyśla narody tam, gdzie nie istnieją” (p. Benedict Anderson. „Imagined Communities” w: „Nation and Nationalism” New Jersey, USA 2005). Czyli tak: gdy podstawą wspólnoty jest podstawa kulturowa czy językowa albo polityczna, to jest to “sztuczność”. Natomiast jeśli tą podstawą jest podstawa genetyczna – jak w przypadku rasy – to z kolei ma to być „zwierzęcość” lub „zwięrzęcy instynkt” (2). Czasami odnosi się wrażenie, że takim autorom w ogóle każdy typ wspólnoty przeszkadza. Pewnie ideologiczna by im nie przeszkadzała. No, ale problem w tym, że ideologie trwają nieporównanie krócej niż narody, religie, nie mówiąc już o rasach… A jak długo trwają religie? Najstarsze z obecnych ze 3,5 tysiąca lat lub coś koło tego. Dłużej niż większość narodów, ale to i tak niewiele wobec trwania rasy, trzeba to chyba przyznać.
Modła polit-„poprawnej” propagandy obecnie jest znana. Jak to zauważył swego czasu David Duke: „tak jak fakty Galileusza o systemie solarnym były równane z Diabłem, tak dzisiaj fakty dotyczące ras są równane z Hitlerem”. ( w książce „My Awakening. A Path to Racial Understanding”)
Rasizm sam w sobie nie jest zły (nie jest ani zły ani dobry). Tak jak pogarda rasowa nie ma wyłączności na rasizm. Ja pojmuję rasizm tak jak w naukach społecznych pojmowany jest nacjonalizm – czyli inaczej niż w slangu medialnym. W naukach społecznych już samo identyfikowanie się z własną nacją jest traktowane jako nacjonalizm i to bez negatywnych konotacji. Są rozmaite postacie nacjonalizmu, tak jak są rozmaite postacie rasizmu. Co oznacza, że wcale niekoniecznie rasizm polega na uznaniu, że się jest lepszym od człowieka innej rasy albo że którejś z ras należy zagwarantować więcej praw w stosunku do innych ras. Gdyby religijność miała polegać wyłącznie na religijnej pysze i nietolerancji, to ja też musiałbym uznać, że „nie jestem religijny”, jeśli nie wręcz, że jestem „ateistą”.
W angielskim istnieją dwa terminy na określenie rasizmu: „racism” oraz „racialism”. Istnieje wyraźna różnica w rozumieniu obu tych pojęć, niechaj te linki posłużą jako pomoc. W polskim mamy tylko jedno słowo, zatem pokuśmy się o krótką lecz precyzyjną definicję tego pojęcia:
Rasizm to identyfikacja z własną rasą (zarówno identyfikacja indywidualna jak i identyfikacja zbiorowa) oraz stosowanie kryteriów rasowych w odniesieniu do kwestii publicznych.
Oznacza to, że stosowanie jakichkolwiek kryteriów rasowych jest wyrazem rasizmu – nierasista nie będzie bowiem stosował żadnych takich kryteriów. Zarówno niektórzy rasiści jak i niektórzy spośród identyfikujących się z antyrasizmem wskazują na fakt, że rasizm tkwi bardzo głęboko zakorzeniony w ludzkiej świadomości, także w podświadomości i że w związku z tym należy się go doszukiwać znacznie wcześniej niż dopiero w momencie okazywania niechęci innym rasom i ich przedstawicielom. Osobiście zgadzam się z takim ujęciem problemu, gdyż dzięki temu możliwa jest bardzo prosta – i niekoniecznie nacechowana uprzedzeniami i emocjonalizmem – klasyfikacja zarówno samych ludzi jak i ludzkich zachowań jako rasistowskich. Daje to większą możliwość konsensusu w każdym indywidualnym przypadku kategoryzacji.
Konsensus ten nie jest możliwy przy obecnym stylu definiowania rasizmu jak zjawiska wyłącznie o cechach negatywnych i charakteryzującego się hipokryzją oraz bigoterią. Tak, to prawda, takie postawy również zaliczają się do rasizmu, jednak tego rodzaju „definiowanie” jest podobne go wspomnianego wyżej definiowania religijności jedynie jako religijnej pychy oraz nietolerancji religijnej.
Człowiek definiowany jako rasista w takich warunkach będzie naturalną koleją rzeczy zdecydowanie odrzucał taką kategoryzację swej osoby i swych poglądów jako „potwarz”, „oskarżenie”, „atak personalny” itd. Jakikolwiek „konsensus” jest w takich warunkach po prostu niemożliwy. Zamiast klarowności panuje totalne zamieszanie, niekończące się kłótnie i awantury o tak prostą, zdawałoby się, rzecz jak to, czy ktoś jest albo nie jest rasistą. Czy sprzeczamy się w podobny sposób o to czy ktoś jest albo nie jest np monarchistą albo republikaninem? Prostsza definicja podana powyżej zapobiega takim niejasnościom. Potem dopiero można się spierać o to, jaki konkretny typ rasizmu ktoś reprezentuje. Tak jak, po uznaniu, że ktoś jest monarchistą (lub republikaninem), można dyskutować konkretną formę i program owego monarchizmu (lub republikanizmu). I odbywa się to już zazwyczaj bez większych problemów (3).
To, że identyfikujemy się z grupami, także narodowymi czy rasowymi, jest prostym wynikiem tego, jak Natura nas skonstruowała. Proste obserwacje wykazały to już dawno, w ciągu całych stuleci. Współcześnie trafność tych obserwacji potwierdzana jest także dzięki możliwościom naukowym. Jest taki hormon, który znany jest jako Oxytocin. Potocznie zwany jest „hormonem miłości”, bo odgrywa sporą rolę w prokreacji. Ale badania wykazały również, że jest to także hormon oddziałujący silnie na rzecz utożsamiania się z grupą, również grupą etniczną (Dr. Carsten K. W. De Dreu) i powoduje on między innymi t.zw. „defensywną agresję” (to termin naukowy). Prawo i jego stosowanie stanowi także, jak najbardziej, „defensywną agresję” w stosunku do tych, których postrzega się jako zagrożenie dla siebie i dla społeczności, na przykład przestępców, których ukarania domaga się nie tylko nasze „ego”, ale i poczucie zbiorowości. Dotyczy to jak najbardziej również wspólnot etnicznych: „Etnocentryzm stanowi zasadniczy aspekt ludzki i nie jest to coś, co dałoby się zmenić edukacją” – skonkludował dr De Dreu. Prowadzono badania nad odczuciami respondentów w stosunku do grup określanych jako “my” i “oni”. Ci spośród respondentów, którzy poddani zostali inhalacji oxytocyny, wykazali się większą gotowością faworyzowania „nas” w stosunku do „nich”. W jednym z testów respondenci mieli za zadanie „uratowanie” dużej liczby osób poprzez „poświęcenie” jednej. Zazwyczaj „poświęcali” osobę o obcym imieniu, np „poświęcano” osoby o imieniu „Mohammad” dla „uratowania” sporej grupy „Marteenów” i innych (patrz także tutaj).
Nie jesteśmy specjalnymi entuzjastami „poświęcania” jakichkolwiek „Mohammadów” czy „Ahmedów” na rzecz jakiegokolwiek „Marcina”, „Eugeniusza” czy „Zofii”. Jednak identyfikacja grupowa, także z rasami, jest faktem niepodważalnym.
Różnice między rasami są wynikiem setek tysięcy lat ewolucji, tematem tym zajmiemy się bliżej przy innej okazji. I nierozsądne byłoby wyobrażać sobie, że w parę pokoleń zniweczy się to, co natura sama tworzyła przez te setki tysięcy lat. To mechanizm samonapędzający się. W Australii już niejednokrotnie widziałem pary europejsko-indyjskie. Ale są one niemal wyłącznie parami biało-białymi (t.zn. z tymi białymi Hindusami i Hinduskami) czyli pary aryjsko-aryjskie. Przy wyjątkowej wprost rzadkości par białych osób europejskiego pochodzenia z czarnymi osobami z Indii. Murzyn z większym prawdopodobieństwem poślubi Murzynkę, względnie Mulatkę niż Białą. Ludzie mają większą skłonność dzielić życie z osobami tej samej rasy co oni sami, albo z osobami podobnych ras albo z mieszankami rasowymi podobnymi do nich aniżeli z osobami ras najzupełniej odmiennych. Kwestia pewnego poczucia estetyki nie jest tu zapewne bez znaczenia. To są sprawy i wybory bardzo ludzkie w swym charakterze i należy to ludziom pozostawić ich własnej ocenie, zamiast (jak niektórzy „spece”) twierdzić bałamutnie, że nie ma czegoś takiego jak „rasa”. Należy zatem pozostawić dalszy rozwój samodzielnemu biegowi rzeczy i czekać na to czy ludzkość życzy sobie zmian, jakich zmian, kiedy i w jakich okolicznościach. Nauka ze swymi wynikami badań nad rasami (które doprawdy różnią się nie tylko zawartością pigmentu w skórze…) z pewnością będzie (i już się staje) pomocna. To tyle odnośnie często stawianego pytania „czy narody i różnice je dzielące to cel sam w sobie?” Możnaby, tak nawiasem, zadać kontrpytanie: czy mieszanie ras i narodów na siłę w ogóle może być uznane za jakikolwiek „cel” godny realizowania?
Mieszanie kultur i ras prowadzi do dezintegracji społecznej. Czy jest jakikolwiek kraj Zachodu – i nie tylko Zachodu, bo Wschodu też, który nie ma rosnących problemów rasowych w tej chwili, jeśli posiada on ludność rasowo mieszaną? Jedyny, jaki przychodzi w tej chwili na myśl, a nie mający takich problemów, to Singapur. Jest to jednak małe miasto-państwo (w granicach 4 mln mieszkańców) praktycznie nie mające jakichkolwiek „fal imigracji”. Jeśli chcemy wiedzieć, do czego prowadzi taka „beztroska” rasowo-kulturowa, to warto zapoznać się z książką (prezentowaną także w internecie) pt. “Marsz Tytanów. Historia białej rasy” (autor: Arthur Kemp). Warto przyjrzeć się np. Historii Egiptu oraz rozdziałowi 68 o obecnych problemach (4)
Jaki w związku z tym wróżyć los jakiejś przyszłej „wielokulturowej” Anglii czy Francji albo USA? (5)
Chcesz świata bez rasizmu? To już teraz zadbaj o stworzenie nowego rodzaju „Űbermenscha”, któryby się genetycznie i biologicznie różnił od obecnego rodzaju ludzkiego na tyle, że nie będzie w ogóle utożsamiał się ani z rasą ani z narodem ani religią – dosłownie z niczym, tylko z całą populacją takich „Űbermenschów” jak on sam. Ale zauważ, że wtedy też byłby… no właśnie: kim? Czy nie rodzajem rasisty właśnie?
Powiesz może, że za kilka tysięcy lat nie będzie różnic rasowych? To trochę tak jak stąd wstecz do początków cywilizacji egipskiej… (circa 7000 lat). A tak poważnie: to i tak zbyt krótki czas jak na wymieszanie wszystkich ras. No, jeśli powstanie tyle mieszanin wszystkich grup rasowych, to będzie można powiedzieć, że dokonano wszelkich możliwych wymieszań. Być może wtedy zniknęłaby – przynajmniej dla większości ludzi – różnica wyglądu między tymi mieszankami. Ale nawet osiągnięcie takiej liczby i tak byłoby dopiero początkiem drogi! Bo nie tylko, że tak wiele by ich musiało powstać, ale jeszcze, że wszyscy ludzie (czyli wszyscy reprezentanci tych grup rasowych) musieliby równie ochoczo wskoczyć do tej globalnej multirasowej zagrody hodowlanej… No, a co, jeśli nie wskoczą?
Popatrzmy na Żydów: przez 1800 lat nie mieli nawet własnego państwa. A potrafili przetrwać jako Żydzi. I nie tylko jako Żydzi. Oni często i dzisiaj wyraźnie odróżniają się od innych cechami rasowymi. Nawet niejednokrotnie tym się chwalą (6)
Co będzie, jeśli z każdej grupy rasowej jedynie tylu, ilu jest Żydów obecnie, odmówi mieszania rasowego? No, będzie “po ptokach” z tymi marzeniami jak my to będziemy wyglądać w przyszłości… A co, jeśli nawet więcej ludzi z każdej grupy rasowej odmówi tej miscegenacji? To przecież całkiem możliwe, bo jak przymusić ludzi do miscegenacji? Siłą i przemocą? Zachęcać specjalnymi dodatkami finansowymi? A może karać “domiarem” finansowym za płodzenie dzieci z osobą tej samej rasy?
Jak wymieszać Chińczyków z Murzynami? Musowo przesiedlić pół miliarda Chińczyków do Afryki i pół miliarda Murzynów do Chin?
Jak długo trwa mieszanie rasy białej z indiańską w Ameryce Południowej? No, plus minus od czasów Kolumba, jeżeli koniecznie uprzeć się przy negowaniu Leifa Erikssona (ok. r.1000 n.e.) lub przy tym, że ludzie białej rasy „nie byli” obecni w Ameryce już tysiące lat temu. Otóż Kolumb do Ameryki dotarł w 1492 roku, czyli 61 lat po egzekucji Joanny d’Arc i ćwierć wieku przed protestem Marcina Lutra… No i co? Czy owych ponad 500 lat stworzyło może unię rasy białej i indiańskiej? Stworzyło co najwyżej Metysów, a ci nieraz mają bardzo silne poczucie odrębności jako Mestizos…
Czyli powstała inna grupa. Tak jak kościoły. Część członków jednej grupy denominacyjnej z częścią innej grupy tworzy kościół. nawet nazywają go “United” lub “Uniting”. No i co z tego? Jedyny fakt jest taki, że zamiast zjednoczenia wszystkich, powstaje nowy kościół. I tak ich już powtały tysiące (gdzieś nawet kiedyś wyczytałem liczbę “około 22 tysięcy”…). Dobre, co?
A wracając na moment jeszcze do tych mieszanek rasowych: to byłyby mieszanki, które zaczęłyby się od mieszania każdej grupy z pozostałymi dziewięcioma. W matematyce da się to zrobić błyskawicznie (zwłaszcza na komputerze…). Trochę dłużej zabrałoby wymieszanie dużych ilości (całych ton na przykład) dziesięciu rozmaitych odcieni plasteliny… No, a jak wymieszać od razu jedną rasę z dziewięcioma innymi? Nawet w dzisiejszym, zdemoralizowanym Zachodzie, gdzie 50 procent małżeństw kończy się rozwodami lub separacjami, trudno byłoby znaleźć mężczyznę, co to spłodził dzieci z 9 różnymi kobietami, a każda z nich jest innej rasy… Ale o ile to byłoby trudnością, to o ileż trudniej przyszłoby Ci znaleźć kobietę, co to urodziła dzieci 9 różnym mężczyznom, a każdy z nich jest reprezentantem innej rasy? A przecież dobrze wiesz, że tak ten proces “hodowli” ludzkiej nie przebiega…
Tak więc owo wymieszanie ras, jest tak samo “nieuniknione” jak ów “nieunikniony” i “ostateczny” miał być rzekomo triumf komunizmu…
Na jakiej właściwie podstawie opierać wniosek, że kiedyś będziemy wszyscy wyglądać jednakowo? Przecież teraz jest więcej ras i grup rasowych niż kiedykolwiek przedtem! Rozwija się rasowy nacjonalizm, na przykład Biały Nacjonalizm , również Czarny Nacjonalizm, Azjatycki Nacjonalizm itd.
Istotnym problemem społecznym jest nie sama obecność ludzi rozmaitych ras czy religii na tym samym terytorium, ale liczba przybywających, liczba przyczyniająca się do zmiany charakteru cywilizacji oraz narodowościowego „make-up” społeczeństwa. Który normalny naród w świecie chce, aby charakter ludnościowy jego własnego kraju uległ zmianie? Które społeczeństwo pragnie, aby w następnych pokoleniach stać się we własnym kraju mniejszością?
Czy sądzi ktoś np, że Hindusi bardzo chcieliby, aby jedna trzecia ich kraju została zdominowana ludnościowo np przez Chińczyków? Czy sami Chińczycy „przebierają nogami”, aby u nich dziesiątki milionów Murzynów osiedliły się w Szanghaju, Nankinie czy Pekinie i wokół nich? Czy Japończycy gotowi byliby udostępnić jedną ze swych wysp, aby tylko zrobić miejsce dla Arabów czy Nigeryjczyków? Nie, żadna z tych nacji nie wykazuje takiego samobójczego instynktu we własnych krajach. Natomiast w krajach innych, do których sami się wprowadzają, zachowują się nieraz tak, jakby to był psi obowiązek „miejscowych”, aby ich tam niemal ściągali całymi tysiącami. Gdy tylko owi miejscowi wyrażą obiekcje co do takiego stanu rzeczy, to przyjezdni uważają za swe święte prawo pomawiać ich o najgorszą postać rasizmu i bigoterii, głośno protestując, organizując całe akcje polityczne w tym celu.
W ten oto sposób konflikty rasowe istotnie powstają „same z siebie” i kwestią ich zaistnienia jest jedynie czas. Obserwując samą (niegdyś Wielką) Brytanię oraz inne kraje Zachodu mamy niepowtarzalną okazję przekonać się, że problemy na tle rasowym tam wzrastają, a nie maleją. Zresztą samo już pojęcie „wielokulturowość” („Multiculturalism”), używane niejednokrotnie jako ersatz dla wielorasowości, podkreśla jedynie to, co nas dzieli, a nie to, co nas łączy.
I to jest właśnie naturą rasizmu: że jest on naturalną skłonnością człowieka, wynikającąc z jego fizycznego pochodzenia; skłonnością albo świadomą, albo podświadomą, albo też jedną i drugą pospołu. Można tę skłonność utrzymać w równowadze za pomocą edukacji oraz tworzenia właściwych warunków politycznych, zapobiegających rozprzestrzenianiu się ekstremizmów. Ale wyeliminować jej nie sposób. Jeżeli ktoś usiłuje „wykorzenić” rasizmy (jak również nacjonalizmy) propagandą, to postępuje wbrew naturze i na dalszą metę zmarnuje jedynie czas i środki na ten cel zużyte, nawet jeżeli zdawać się będzie, że odnosi początkowy sukces. Jeśli zaś tworzy on warunki sprzyjające w perspektywie powstawaniu ekstremizmów, to „szuka kłopotów” i może nawet sprawić, że całe następne generacje ludzkie będą się zmagać z owymi problemami, które on – w głupocie swej lub w wyrachowaniu – tym pokoleniom przygotuje.
O przykładach takich problemów, dyskutować będziemy w jednym z następnych odcinków.
C.d.n. Link do części 2
Materiał ten celowo teraz uzupełniam znakomitymi videosami niezawodnego Białego Nacjonalisty z USA, dr Davida Duke, które ukazały się dopiero wczoraj w youtube (23 marca 2011). Jest to jeden materiał filmowy w 3 częściach – patrz na Youtube.
Przypisy:
1. Zwłaszcza, że ta tak zwana obojętność na kwestie rasowe okazuje się niejednokrotnie iluzoryczna, nieświadoma czy nawet sztuczna (czytaj: udawana). Ileż to razy każdy z nas słyszał lub czytał pokrętne wyjaśnienia typu: „Nie jestem rasistą, ale…”. I właśnie to, co następuje po owym „ale”, jest na ogół litanią wyjaśniającą dokładnie dlaczego dany ktoś jak najbardziej jest rasistą, zamiast nim nie być.
Jako przykład iluzorycznego zobojętnienia na rasę mogę tu podać rozmowę, jaką miałem szereg lat temu, krótko po przybyciu do Australii. Rozmawialiśmy w grupie świeżych imigrantów z rozmaitych krajów i ras. Australijka, która nam towarzyszyła (chyba nawet pracownica centrum uczącego imigrantów języka angielskiego) stwierdziła kategorycznie w pewnym momencie, że jest „ślepa na kolory” („colour-blind”), przez co chciała zademonstrować jak w gruncie rzeczy obojętne są jej różnice rasowe. Nie minęło jednak kilka minut, gdy, nawiązując do polityki prowadzonej niegdyś w tym kraju wobec Aborygenów, rzuciła nagle stwierdzeniem w rodzaju: „Ale przecież my, Biali, też upośledzaliśmy Aborygenów”.
Otóż właśnie: „My, Biali”… Zadziwiająca identyfikacja z własną rasą jak na kogoś, kto dopiero co deklarował „ślepotę na kolory”…
Takie wyznania przypominają nam nieustannie, że myślenie rasowymi kategoriami jest w nas nawet bardziej podświadomie zakorzenione niż byśmy sobie z tego świadomie zdawali sprawę. Jest silniejsze niż wszelkie „edukacje” na tematy rasowe.
2. A jeśli jeszcze podkreśla się i przyznaje, że rasizm to instynkt, to widać, jak mocno jest on związany z naszą naturą. To, co jest złe, to nie rasizm. Rasizm nie jest ani dobry ani zły. Jest po prostu rzeczą naturalną. Czy będzie dobry albo zły, to zależy już od tego, jak zostanie on wykorzystany. Zły jest tylko pojawiający się – również w nim – ekstremizm. Ale taki ekstremizm jest zły gdziekolwiek się pojawi, również w radykalnym integracjonizmie, czyli narzucaniu ras sobie nawzajem. Czy wiesz np. o tym, że w USA integrowanie szkół odbywało się w latach 1960tych niemal „at the point of bayonet”, gdy dzieci nieraz prowadzono siłą do szkół, do których nie chciały iść i do których rodzice nie chcieli ich posyłać? Ponad 95% białych i większość czarnych była temu przeciwna, co wykazywały bez przerwy badania opinii publicznej… Dzisiaj „zintegrowane” szkoły są widownią bandytyzmu i nierzadko zbrodni (w USA co miesiąc 300 tysięcy uczniów pada ofiarą napadów…). Gwałty w szkołach się mnożą. Ładny „postęp”, nie ma co…
3. Kwestia nieprecyzyjnej definicji istnieje także gdzie indziej, np w odniesieniu do antysemityzmu. O ile jednak definicja rasizmu winna być rozszerzona, o tyle definicja antysemityzmu – zawężona, mianowicie zawężona jedynie do postaw motywowanych rasowo. Określenie „antysemityzm” powstało w XIX stuleciu i stanowi rezultat darwinowskiego determinizmu rasowego, z którego wprost wyrosło. To, co obecnie ma stanowić rzekomą „definicję” antysemityzmu, jest tak nieprecyzyjne i dające się tak dowolnie stosować i nadużywać, że praktycznie trudno mówić o jakiejkolwiek dającej się uchwycić definicji. „Antysemitą” jest praktycznie każdy, kogo tak zdecyduje się określić ktoś inny.
Nie ma zatem żadnego realnego pożytku ze stosowania obecnych sposobów „definiowania” zarówno rasizmu jak i antysemityzmu. Jedyny pożytek tak na dobrą sprawę jest udziałem grup interesu, które czerpią pełną garścią z możliwości „obsmarowania” poszczególnych osób, korzystając w ten sposób właśnie z braku precyzji obecnych „definicji”. Wyjaśnia to również dlaczego nie są one zainteresowane jakimkolwiek uprecyzyjnieniem tych pojęć: gdyż taka precyzja znacznie ograniczyłaby im możliwości manipulacji opinią publiczną w odniesieniu do obu tych kwestii.
4. Czy Egipt upadł z powodów rasowych? A z jakich innych? Przecież Nil nie przestał użyźniać gleby… Kraj może ponieść wiele klęsk, ale niekoniecznie od tego musi upadać, albo też, jeżeli upada jako potęga polityczno-militarna, to niekoniecznie żyjący w nim naród ustępuje miejsca zupełnie innym ludom. Jeśli jednak jego naród nie jest wystarczająco homogeniczny, to taki kraj (w rozumieniu: „państwo”) upadnie (nie musi być w 100% homogeniczny, ale wystarczająco)… Francja miała bodaj najkrwawszą historię spośród krajów Europy Zachodniej. Ale przetrwała. Czy sądzimy natomiast, że by się to jej udało, gdyby np w czasie Wojny Stuletniej składała się w ¼ z Francuzów, w ¼ z Murzynów, w ¼ z Arabów i w ¼ z Indian? Wątpliwe…
A popatrzmy na Niemcy i Austro-Węgry: oba te państwa przegrały jedną i tę samą wojnę (światową) w jednym i tym samym czasie (listopad 1918). Ale o ile Niemcy jedynie utraciły część terytorium, to jednak się nie rozpadły. A Austro-Węgry poszły w drebiezgi. Dlaczego? Nie dlatego, że przegrały wojnę, bo naród może przegrać wiele wojen, ale tylko i wyłącznie dlatego, że ludność tam nie była jednym narodem, lecz konglomeratem wielu narodów… A co dopiero by było, gdyby obok wielu narodów było tam wiele ras?
Rasa ma ogromny wpływ na społeczności i ich historię… Podzielam zdanie Benjamina Disraeliego (premiera Brytanii za królowej Wiktorii), że „rasa jest kluczem do historii świata”. Trudno mi natomiast zgodzić się z inną jeszcze jego opinią: „Rasa jest wszystkim – nie ma innej prawdy”.
5. Przypatrzmy się i sami oceńmy: czy takiej Europy sobie życzymy w imię „integracji” rasowej, która w USA jest klęską i była nią od samego początku? Dodajmy do tego jescze tych ze 12 milionów nielegalnych imigrantów (głównie Latynosów), którzy niejednokrotnie mówią już otwarcie, że będzie kiedyś nowe państwo na terenie Meksyku i południowych stanów USA. Nawet mają już nazwę dla takiego państwa: Aztlan. Ciekawostka przy tym: Latynosi mają swoje organizacje polityczne w USA. Nazywają się „La Raza” (czyli „Rasa”) oraz „La Raza Unida” (czyli „Zjednoczona Rasa” – ich własna, oczywiście). No i jak: podoba się? “Świetlana” przyszłość, nieprawdaż?
Nie jestem zwolennikiem izolowania ras. Jestem natomiast – raz jeszcze to powtarzam – przeciwnikiem (wręcz wrogiem) takiego nawału imigracji obcych ras, który grozi dezintegracją i atomizacją społeczną. Nie chcę, aby rosnące w siłę mniejszości rywalizowały na naszym gruncie o to, kto więcej wepchnie do systemu władzy swego własnego „koloru”. Przyjrzyjmy się temu:
„Zamierzamy przejąć wszystkie instytucje polityczne Kalifornii. Kalifornia będzie stanem latynoskim („Hispanic”) i każdy, komu się to nie podoba, powinien się stąd wynieść. Jeśli oni („Anglos”) nie lubią Meksykanów, to powinni wracać do Europy”
(Mario Obledo, były kalifornijski minister zdrowia i opieki społecznej, współzałożyciel Mexican American Legal Defense and Educational Fund, w wywiadzie radiowym stacji radiowej KIEV, Los Angeles, 17 czerwca 1998)
Wyobraźmy sobie, że do Polski przybywa coraz więcej Niemców. I że jakiś lokalny notabl niemiecki np w Opolu oświadcza w wywiadzie radiowym:
„Zamierzamy przejąć wszystkie instytucje polityczne Śląska. Śląsk będzie regionem niemieckim i każdy, komu się to nie podoba, powinien się stąd wynieść. Jeśli oni („Poltonie”, „Polacken”) nie lubią Niemców, to powinni wracać do Krakowa albo do Lwowa.” Idę o zakład, że nawet naszym „antyrasistom” i tak zwanym „postępowcom” byłoby tego za wiele… Chciałbym czytać wtedy ich komentarze… Bo dzisiaj już niemal „kota” dostają, gdy pani Erika Steinbach lub jakiś polityk niemiecki pragnie jedynie otworzyć – i to na terenie Niemiec, nie Polski – „rotundę pamięci” niemieckim ofiarom przymusowych przesiedleń i czystek etnicznych z okresu po II Wojnie…
6. Proszę spojrzeć np tutaj: http://www.aish.com/ci/sam/48937817.html . Jest w USA autor żydowski, nazwiskiem Jared Diamond. Ten człowiek w USA rozpowszechnia tezę, że podział rasowy to bzdura, że tak “naprawdę” rasa to jedynie “konstrukt społeczny”, a nie genetyczny i popiera multi-rasowość. W Izraelu jednak zachowuje się inaczej. Pragnie przekonać tamtejsze władze – właśnie bazując na podanych informacjach o “genach żydowskich” – by, przy wydawaniu zezwoleń na imigrację do Izraela, przeprowadzały testy DNA…
Continue Reading »RN2: O Ślązakach, ich narodowości i autonomii
“Lud nasz bardziej zbliżony jest do ludu niemieckiego, z którym sąsiaduje na zachód niż do ludu polskiego w Galicji. Ta mieszana, śląska narodowość jest koniecznym wynikiem rozwoju historycznego, jaki lud nasz przechodził; przed kilkoma wiekami został odłączony od Polski, przeszedł pod wiele lepsze rządy niemieckie i zachowując język pierwotny, nabył przez zetknięcie z wysoką cywilizacją niemiecką owych właściwości, którymi góruje nad ludem, zostającym ciągle pod rządami polskimi.” („Nowy Czas”, 1895)
W tej części naszych „rozważań nacjonalistycznych” zajmiemy się kontynuacją kwestii śląskiej, którą w części 1 jedynie zasygnalizowaliśmy.
Niniejszy tekst został oparty w dużej mierze na dyskusji niegdyś prowadzonej na portalu nacjonalista.pl na temat śląskiej narodowości na tle innych. W tej chwili stanowi on jedyne bodaj istniejące w internecie pokłosie tamtej dyskusji, gdyż forum nacjonalista.pl wymazało wszystkie 48 komentarzy zamieszczonych tam przez szereg dyskutantów, w tym niżej podpisanego.
O narodowości:
Przede wszystkim narodowość śląska nie jest ani o jotę bardziej „sztuczna” czy „mniej prawdziwa” niż polska. Co prawda nie dziwi już nawet, że niektórzy Polacy zaprzeczają istnieniu narodu amerykańskiego, australijskiego czy kanadyjskiego. Nie dziwi, bo dla nich narodem jest tylko taka wspólnota, która ma wielowiekową historię, a wymienione trzy wspólnoty mają historię istotnie krótką.
No dobrze, ale to nie dotyczy Śląska…
Śląsk ma historię tak samo długą co i Polska i wobec tego świadomość narodowa nie jest tam niczym „sztucznym” ani nowym. Nawet owo pierwsze zdanie zanotowane, jak wielu twierdzi, po polsku w Księdze Henrykowskiej w 1270 roku „dai ut ia pobrusa a ti poziwai” może równie dobrze uchodzić za najstarsze zanotowane zdanie mowy śląskiej, tym bardziej, że zanotowano je właśnie na Śląsku. Tak na marginesie: Czesi uważają, że jest to również pierwsze zdanie w ich języku…
Osobista świadomość jest „widzimisię” każdego, kto ją posiada, my Polacy też nie jesteśmy od niej wolni. Nie wiem, czy moje pojmowanie narodu jest „płytkie”, na pewno nikomu (więc i mnie) nie zaszkodzi doskonalić się pod tym względem. Natomiast odnoszę wrażenie, że z kolei podejście większości (o ile nie wręcz miażdżącej większości) Polaków do Ślązaków jest wyjątkowo płytkie. Przykładem tego choćby próba dyskredytacji narodowości śląskiej w sposób, na który się już gdzieś natknąłem i to niejednokrotnie:
„To co, może Małopolanie czy Mazowszanie albo Wielkopolanie to też narody? Hehehe! Co możnaby o nich powiedzieć? Też mają „świadomość narodową? A poza tym: czym się różnią Ślązacy od (w domyśle: innych) Polaków?”
Pytanie to jest podobne np do pytania: czym się różnią niemieckojęzyczni Szwajcarzy od Niemców? Językiem? (NIE), Religią? (NIE), Gwarą? (TAK!), Zwyczajami? (NIE). Jak widać, różnica jest istotnie niewielka… Tak by się przynajmniej zdawało.
Nie jest tu też rozstrzygające co MOŻNABY mówić o Mazowszanach, Małopolanach i innych. O wiele bardziej istotne jest CO ONI SAMI o sobię mówią. Wracając do pewnej wypowiedzi prezesa Ruchu Autonomii Śląska:
“Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem.” (1)
Czy wiemy coś o jakichkolwiek Małopolanych czy Mazowszanach, mówiących cokolwiek podobnego? Bo ja nie. Natomiast każdy może się sam przekonać, że takie postawy istnieją na Górnym Śląsku i że reprezentowane tam są przez tysiące i tysiące ludzi. To jest zatem REALNA KWESTIA i trzeba wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy zamiast jedynie próbować tym ludziom wmawiać, że my lepiej wiemy niż oni sami kim są. Taka postawa przypomina mi pewien serbski dowcip, jaki znam od znajomego Serba: „Chorwaci to też Serbowie, tylko o tym nie wiedzą!” Ale Serbowie, pomimo niedawnej wojny z Chorwatami, powtarzają to istotnie jako żart. Tymczasem odnoszą wrażenie, że wielu naszych Rodaków traktuje podobny „żart” o Ślązakach niczym dogmat, którego odrzucenie równa się niemal „zdradzie narodowej”…
Ten naród śląski – podobnie jak i polski, powstał z szeregu ludów, ma w sobie „krew” polską, czeską, morawską i niemiecką, prasłowiańską i zapewne też celtycką.
Naród śląski to nie jest bzdura, wbrew temu, co nasi zbyt pewni siebie i aż do głupoty nonszalanccy rodacy twierdzą. Nie większa w każdym razie niż – historycznie rzecz biorąc – naród polski. On też powstawał powoli z plemion i księstewek, które nie używały kiedyś wobec siebie słowa „polski”.
Żaden naród nie powstaje „overnight”. Nawet taka Szkocja nie zawsze była narodem. Ale w końcu też się nim stała. A Anglia, zwłaszcza po najeździe Wilhelma i jego zwycięstwie nad Haroldem? Ci francusko-języczni najeźdźdcy odpowiedzialni są np za najbardziej nieprzyjemne słowa w obecnym języku angielskim, np „jail”, „court” itd („więzienie”, „sąd”), które to słowa są francuskiego pochodzenia… Bo TAK tam drakońsko rządzili: więzili i skazywali… A jednak ta Anglia jest teraz narodem i to jednym. Mają też potomków Wikingów i paru innych jeszcze grup etnicznych i językowych. Co oznacza, że da się stworzyć naród z rozmaitych grup językowych i etnicznych, nawet rasowych. Nawet Adolf Hitler to przyznawał (2).
Dlaczego zatem są pośród nas ludzie, którzy wciąż upierają się, że nie ma narodowości śląskiej, a co najwyżej „śląscy Czesi albo śląscy Niemcy”?
W poprzedniej części naszych rozważań wspomnieliśmy, że już w czasach bardzo odległych istniały NACJE. Nie były one dokładnie tym samym, czym są obecnie, co daje się łatwo wyjaśnić zwyką ewolucją wspólnot ludzkich. Nasi „oświeceni” oponenci, którzy przecież w innych wypadkach nie negują ewolucji wspólnot ludzkich, mają jednak najwyraźniej problem z oswojeniem się z ewolucją narodu. Dlatego też zajadle negują istnienie narodów w okresach poprzedzających XIX wiek. Ciekawi jesteśmy przyczyn tej ich nagłej „zaćmy” na tym konkretnym punkcie. Ale załóżmy na moment, że mają rację. Nie, nie mają jej ani na jotę, no ale załóżmy, że jeszcze kilka wieków temu istotnie nie było nacji. Czyli w ciągu tego czasu zdążyły się jednak nacje wytworzyć: francuska, rosyjska, niemiecka, także polska. Czemu jednak upierają się wobec tego, że dokładnie w ciągu tego samego czasu „nie mogła” powstać nacja śląska? Co miałoby stanąć temu na przeszkodzie? Czy może brak niepodległego państwa w ciągu stuleci? No dobrze, a jak długo w historii Ukraińcy posiadali swoją niepodległość? Albo Słowacy? Słoweńcy? Kiedy po raz ostatni cieszyli się niepodległością Baskowie? A co z Kurdami, których jest w sumie coś z około 35 milionów, mówią osobnym językiem (z grupy języków indo-europejskich), żyją w rozmaitych krajach, głównie bliskowschodnich, a którzy nigdy praktycznie nie mieli własnej państwowości? Czy tych wszystkich nacji także w związku z tym „nie ma”?
Wśród Górnoślązaków od dłuższego czasu widoczne były rozmaite identyfikacje: z Niemcami, Austrią, Prusami (czyli w tym ostatnim wypadku niekoniecznie z całymi Niemcami), potem też z polskością, z Czechami oraz po prostu ze Śląskiem. Kościelni wizytatorzy pisali czasem w swych protokołach (w XVI i XVII wieku) o tym kim są proboszczowie np. „parochus…(tu padało nazwisko) Silesius Rosenbergensis” – czyli „Ślązak z Olesna” – i to w XVII wieku. Gdzie indziej znowu „parochus” był „Germanus”, albo „Polonus”.
Taki ktoś nie musiał się obawiać przyznania nie tylko do śląskości, ale do polskości, czeskości, morawskości również. Śląsk należał wtedy do Austrii. Wizytatora nie interesowała narodowość ani parafian, ani proboszcza czy kościelnego, bo on zainteresowany był stanem technicznym kościoła, jego wyposażeniem oraz dochodami. Jeżeli zatem rzuciło mu się w oczy (i uszy), że proboszcz albo kościelny to „Germanus” albo „Silesius”, to już musiało to być ewidentne. Jakimi językami mówili, to tylko czasami jest tam uwidocznione. Np wymieniane to było, gdy parafianie mówili np po polsku i wobec tego wymagany był proboszcz mówiący tym językiem („requiritur hic parochus qui linguam novit polonicam”). Protokoły spisane były po łacinie i jest w związku z tym prawdopodobne, że rozmowy wizytatora z proboszczem też odbywały się w tym języku, bo łacina była stosowana częściej w kościele niż obecnie. Jedynie czasami wizytator czynił uwagi o tym czy parafianie są Niemcami czy Polakami i jaka jest narodowość proboszcza. Z tego wniosek, że odnotowywał ten fakt jedynie, gdy już sam proboszcz nie pozostawił żadnej wątpliwości co do tego kim jest. Niejednokrotnie i nazwiska były zlatynizowane w protokołach (nie zawsze). Nazwisko jednego z wizytatorów znamy stamtąd jako „Teophilus Stephetius”. Tak na marginesie, jeśli zapytać o język tych ludzi, to mogli oni mówić rozmaitymi językami i gwarami. Niejeden kiedyś na Śląsku mówił i po niemiecku, po polsku i po śląsku. Niejeden podpisywał się nawet w rozmaitych formach nazwiska. Narodowość na Śląsku nie zawsze odpowiadała mówionemu językowi i tak jest także i obecnie.
Nie zapominajmy też, że sama Polska jest wynikiem działań politycznych i społecznych, które w wydatnym stopniu ugruntowały właśnie poczucie wspólnoty, która stawała się narodem. A Śląsk był poza granicami Polski przez większą część polskiej historii. Stąd ta łączność i poczucie więzi z Polska, choć też do pewnego stopnia przetrwała, nie były już tak mocne, a nawet tworzyła się odrębna wspólnota lokalna, nie będąca polską. My zdecydowanie zbyt długo przyzwyczajaliśmy się do oceny tego regionu jedynie w kategorii stosunków polsko-niemieckich, zwłaszcza że i lokalna społeczność w nowszych czasach poddana była porządkowi prawnemu Polski i Niemiec. W uszach wciąż pobrzmiewają wypowiedzi takie jak ta:
„Mój dziadek był powstańcem, ojciec walczył w Wehrmachcie, ja służyłem w Ludowym Wojsku Polskim, a synowie w Bundeswehrze”.
Wtedy, w XVII wieku, nikt, żadna „Polska” ani „Niemcy” nie upośledzały nikgo za polskość czy niemieckość (Śląsk nie był nawet jeszcze częścią Prus…), więc taki „Silesius” nie musiał się niczego obawiać, gdy się jako Silesius deklarował… Taki strach to dopiero „wynalazek” czasów nam nieco bliższych. Gdy Ślązak był Polakiem, to go Niemcy uważali za zdrajcę. Gdy był Niemcem, to znowu za zdrajcę uważany był wśród Polaków. Jeśli zaś uchodził za Ślązaka, to „spode łba” patrzyli nań i Niemcy i Polacy…
Więc niejeden istotnie miał powyżej uszu w końcu i tej całej Polski i tych całych Niemiec. Rzeźbiarz z Opola, Thomas Myrtek (1888 – 1935), bodajże w 1922 lub 1923 roku wyrzeźbił płaskorzeźbę przedstawiającą mężczyznę uginającego się pod ciężarem dwóch orłów. Jeden z tych orłów symbolizował Niemcy, a drugi Polskę. Ten mężczyzna natomiast symbolizował Śląsk uciemiężony przez tych dwóch agresorów, imperialistów i bandytów, co to Śląskiem frymarczyli, zabijali jego mieszkańców i mieli ich za nic, byle tylko granice sobie wygodnie poustawiać… Nie bez znaczenia chyba jest to, że wyrzeźbił to akurat zaraz po plebiscycie i 3 powstaniach… (a sam plebiscyt przewidywał jedynie głosowanie albo za Polską albo za Niemcami, nie było możliwości głosowania za autonomią albo osobną państwowością)…
To, że on tak rzeźbił, to mnie w tym kontekście nie dziwi. To, co jest dla mnie jednak zaskakujące, to fakt, że Niemcy mu tej rzeźby nie mieli za złe, wisiała tuż nad wejściem do siedziby policji w Opolu… Czy możemy sobie wyobrazić równie wielką tolerancję dzisiaj w Polsce, gdyby tak Ruch Autonomii chciał replikę tej płaskorzeźby powiesić nad komendą policji w Katowicach albo nad wejściem do Urzędu Wojewódzkiego? Więc albo Niemcy się nie zorientowali w znaczeniu tej płaskorzeźby, albo nie mieli nic przeciw niej, bo uważali, że takich Schlesierów trzeba sobie powoli pozyskiwać dla niemieckości… I tego życzyłbym także polskim nacjonalistom… Tym bardziej, że później też nie było lepiej. Pokazało się to m.in. podczas zajmowania „Zaolzia” w roku 1938 i w pierwszych miesiącach 1939 roku. Burmistrzem czeskiego Cieszyna był mówiący po polsku Ślązak Józef Kożdoń , który został natychmiast zdjęty ze swego urzędu przez polskie władze. Był to człowiek, który definiował się jednoznacznie:
„Nie jestem Niemcem, ale też nie jestem i nie chcę być Polakiem. Jestem mówiącym po polsku Ślązakiem”. (3)
Poza wszystkimi tymi uwarunkowaniami istnieje jeszcze jedno. Jak rozumieć jakikolwiek nacjonalizm, jeżeli brakuje nawet uznania dla faktu, że znaczącym czynnikiem jest WOLA oraz EMOCJONALNA świadomość własnej tożsamości? Naród istnieje tak długo, jak długo są ludzie uważający się za naród – a ściślej tak długo, jak długo jest ich tylu, że w swojej własnej świadomości grupowej są w stanie funkcjonować jako naród.
Zwłaszcza, gdy się jest w regionie, gdzie jako Ślązacy (i tylko jako Ślązacy) niektórzy ludzie określali siebie już kilka wieków temu (jak to podałem wyżej). Tak więc na Śląsku nie byłoby się pierwszym, któryby postanowił, że się zalicza do „nowego” narodu. Byłoby się tam o co najmniej 4 wieki spóźnionym… Ci spośród Ślązaków, którzy uważają się za naród, nie są zbyt liczni ( na dobrą sprawę nie wiadomo ilu ich jest, obecnie deklaruje się w granicach 180 tysięcy do 200 tysięcy). Cóż jednak miałoby to oznaczać? Czy nie ma małych narodów? Ilu jest Estończyków? Ilu jest Łotyszy? Ilu jest Maltańczyków? Ilu jest Basków? Islandczyków jest około 320 tysięcy, to wszystko. Basków jest około 700 tysięcy. Na Korsyce żyje 302 tysiące ludzi, językiem zaś korsykańskim mówi około połowy tej liczby, czyli w granicach 150 tysięcy. Jest tam też ruch separatystyczny. Jest on także na Sardynii, czasami kusząc się o spektakularne akcje .
Jeżeli zatem takie społeczności istnieją i funkcjonują jako odrębne społeczności etniczne i narodowe, to skąd ten negacjonizm i „przecieranie oczu” wśród Polaków, gdy przychodzi do kwestii śląskiej?
Separatyzmy są zresztą bardziej rozpowszechnione, tak w Europie jak i poza nią. Obok ruchów separatystycznych istnieją liczne ruchy autonomiczne, ten który istnieje na Śląsku, nie jest zatem jedynym
No, dobrze, wyobraźmy sobie przez moment, że któryś ze śląskich narodowców odbył długą i w miarę kulturalną rozmowę z którymś z Polaków. Zakładam, że ten ktoś z Polaków posłużyłby się tymi negacjonistycznymi i paternalistycznymi argumentami, które są tak typowe wśród Polaków (a on posłużyłby się którymiś z tutaj prezentowanych…). Potem ten Polak odchodzi (powiedzmy, że dzieje się to latem przy ul. Wawelskiej w Katowicach, przy zewnętrznych stolikach kawiarenki „Gaudi”…). Wtedy przysiada się do tego Ślązaka jakiś uprzejmy Niemiec (znający polski), zamawia sobie kawę mrożoną, a następnie, rozkoszując się w upale smakowitym i chłodnym napojem, zaczyna rozmowę mniej więcej tak:
„Wiesz, jak tak słucham tego, jak ci Polacy z wami rozmawiają, to z każdym dniem rośnie we mnie podziw dla waszej iście anielskiej cierpliwości… (tu sssip! kawę przez słomkę).
Nie dość, że wam zagrabili kraj o historii nie krótszej i nie uboższej niż ich własny (znowu: ssip! przez słomkę), ale przez dziesiątki lat traktowali ten wasz kraj jak kolonię, wyrzucili stąd wielu waszych krewnych, bo im ich niemieckość albo co najmniej nie całkowita polskość przeszkadzała (ssip!). Nie dość, że przez dekady mieli was za nic, bo tylko potrzebowali was do fedrunku pod ziemią i tworzenia dóbr, które potem w większości stąd i tak zabierali, nawet i teraz zagrabiając 80% środków wypracowanych u was i przez was (ssip!), nie dość, że wami pogardzali, dosłownie wszystkim, co sobą stanowiliście, nie dość że wam wmawiali, że jesteście pozbawieni kultury – choć mieliście poetę niemniej znanego na świecie niż Mickiewicz oraz więcej noblistów naukowych niż ich cały kraj – nie dość, że wyśmiewali wasze przyzwyczajenia, ba, nawet sposób, w jaki mówicie. Nie wystarczyło im, że wam pozmieniali – bez pytania was o zgodę – masę nazw waszych miejscowości. To teraz, po tym wszystkim (ssip!), nie potrafią nawet wykrzesać z siebie bodaj tyle przyzwoitości, by przynajmniej uznać wasze prawo do waszej tożsamości. Nie, oni dalej chcą was paternalizować, uznając was najwyraźniej za małpy albo co najmniej za kretynów, co to nie potrafią nawet określić kim są, i z nonszalancją jakiegoś „Herrenvolku” pouczają was, za kogo macie prawo się uważać, a za kogo nie, na podstawie wydumań którychś spośród ich własnych „teoretyków”.
Gdybym ja tak podszedł do tego jegomościa, co tu siedział z tobą przed chwilą i na podobnej zasadzie mu „wykazywał”, że wiem lepiej niż on kim on jest, sugerując na przykład, że oni sami są jedynie popłuczyną po jakichś prasłowianach i 40 innych kulturach, jakiejś „kultury glinianych pucharów lejkowatych” czy „ludów ceramiki wstęgowej”, co na ziemiach ich kraju istniały w ciągu tysiącleci (ssip!), że co on się tak „rzuca” z tą swoją polskością, skoro jego dziadkowie lub pradziadkowie byli pewnie obywatelami Rosji, korzystali z dobrodziejstw rosyjskiego obywatelstwa, Rosja ich żywiła, jedli „rosyjski chleb” i mieli rosyjskie paszporty, a teraz lepiej by zrobili, by jako Słowianie uznali się za Rosjan, bo taka Rosja to przynajmniej prawdziwe mocarstwo, a nie taki jej były wasalik, którego „rozbierała” do naga aż czterokrotnie i robiła z nim, co chciała – to jestem pewien, że reakcje i uczucia wzbudziłbym w nim identyczne z tymi, które on tak pracowicie próbował wygenerować w tobie… (ostatni sssssip!!! i bulgocik w słomce, potem odstawienie szklanki na stolik i oblizanie warg z rozkoszą…). No, więc my, Niemcy, na pewno nie widzielibyśmy obecnie powodu, by wam dyktować co jest waszą narodowością. My zakładamy, że to w końcu wy wiecie najlepiej kim się czujecie. Z nami takich rozmów, jak z tym jegomościem, byś nie miał… My uznajemy prawo narodów do samostanowienia…” I tak dalej, i tak dalej….
To jak sądzicie: czyim argumentom by ten śląski narodowiec bardziej nadstawił ucha: tego Niemca czy polskim? Ja nie mam cienia wątpliwości…
Ja sądzę (przepraszam przy okazji za tę „kompozycję monologu” powyżej, jeżeli kogoś z Was nią uraziłem, daję słowo, że nie o to mi chodzi), że aby móc poradzić sobie z takim problemem, jak ten śląski, to trzeba KONIECZNIE „wskoczyć w skórę” takiego Ślązaka, by go móc zrozumieć. Bez rozumienia jego odczuć i argumentów ani bez rozumienia z czego się one biorą, po wsze czasy pozostaniemy takimi „dowcipnymi Serbami”, co to lepiej „znają” Chorwatów niż sami Chorwaci… Tylko, że o ile w Serbii to jest istotnie tylko żart, to u nas będzie to krotochwila służąca wzbudzaniu salw śmiechu u Niemców…
Nie da się „zrobić” Polaków z tych NARODOWYCH Ślązaków (bo o innych Ślązakach tu nie piszę, mam natomiast na myśli również i takich, którzy deklarują podwójną narodowość…), jeżeli budować wraz z nimi będziemy emocjonalne „mury berlińskie” (lub „jerozolimskie”…) między nimi a nami… I o to mi tutaj chodzi, to próbuję wyklarować. Jeżeli na Śląsku jacyś ludzie nie identyfikują się z polskością, to dla polskiego interesu narodowego jest lepiej, że uważają się za Ślązaków niż za Niemców. Jeżeli zanadto zwalczać będziemy narodowość śląską lub oddawać się wobec niej arogancji i nonszalanckiemu negacjonizmowi, to dopomożemy jedynie w przekształceniu tych ludzi w Niemców, w żadnym zaś razie w Polaków. Raczej naszym „osiągnięciem” w tej mierze byłoby całkowite już obrzydzenie im polskości. Wtedy przyjdzie nam przypominać sobie na nowo to, co mówił nasz znany slawista Jan Niecisław Baudouin de Courtenay (1845 – 1929):
“Żaden warszawski polityk, który chciałby zmienić Kaszubów, Ślązaków czy Białorusinów w Polaków, nie miał prawa czuć się dotknięty tym, że carska administracja próbuje zmienić Polaków w Rosjan”
O autonomii:
W poprzednie części rozważań stwierdziliśmy, że rozszerzanie władzy UE to „..typowy proces tworzenia molocha, a ponadnarodowy organizm ma to do siebie, że umacnia się poprzez osłabianie integralności organizmów narodowych. Moloch nie usiłuje skłócać poszczególnych narodów między sobą, lecz usiłuje poszerzyć swoją władzę nad nimi wszystkimi (…) A ten cel możliwy jest tylko w szukaniu podziałów wewnętrznych, a nie zewnętrznych. Stąd to wsparcie dla wszelkich możliwych mniejszości, które stają się „koniem trojańskim” w istniejących państwach. Moloch potrzebuje takich sojuszników, a i oni potrzebują jego. Ale posługują się nim nie w celu ułożenia harmonijnego współżycia z większościami, lecz dla osiągnięcia własnego celu, jakim jest poszerzenie własnego stanu posiadania i suwerenności”.
Jednym z przykładów unikania bezpośredniej konfrontacji molocha UE z państwami narodowymi jest właśnie stosunek jego do kwestii śląskiej. Europejski Trybunał Praw Człowieka nie kwestionuje decyzji polskich sądów odmawiających rejestracji narodowości śląskiej. I w takich wypadkach prywatna reakcja śląskich nacjonalistów zwraca się przeciw instytucjom UE (4)
Oficjalnie Ruch Autonomii Śląska upmina się o autonomię w ramach RP. Jednak wyjątkowo często odwołuje się on do pojęcia „Europy regionów”, co wraz z istnieniem narodu śląskiego oraz z zaznaczającymi się tendencjami separatystycznymi powoduje zaniepokojenie Polaków i na pewno jest jedną z przyczyn owego namiętnego negacjonizmu polskiego odnośnie narodowości śląskiej. O ile ten emocjonalny negacjonizm (który sprawia, że często z Polakami po prostu nie można prowadzić spokojnych dyskusji na tematy śląskie) jest całkowicie chybiony, to o tyle jednak obawy spowodowane separatyzmem kombinowanym z „Europą regionów” są u polskich nacjonalistów w pełni uzasadnione. Pomijamy tu już narazie w rozważaniach fakt, że opór wobec tendencji autonomicznych ma także charakter ekonomiczny („oj, co to będzie!” – jeżeli Śląsk zatrzyma sobie wypracowane pieniądze? To jest właśnie część śląskiej skargi na „rządy kolonialne”). Wobec polityki „europejskiego” molocha, postępującej jego ingerencji w wewnętrzne sprawy kraju, podminowywania suwerenności narodowej na rzecz pan-europejskiego biurokratyzmu, reakcja polskich nacjonalistów nabiera sensu.
Najlepsze, co autonomiści śląscy mogą uczynić, to domagać się autonomii nie w jakiejś rozbijackiej „Europie regionów” lecz w Europie narodów. Wskazane wydawałoby się w tym kontekście występowanie z publicznymi inicjatywami na rzecz wzmocnienia suwerenności istniejących państw narodowych w tak zwanej „UE”. Właśnie zupełnie niedawno nadarzyła się taka okazja, bo pomiędzy 2008 a 2009 rokiem, gdy ważyła się decyzja ratyfikacji tak zwanego „traktatu lizbońskiego” ograniczającego polską suwerenność narodową.
Rzecz jasna, trudno mieć do RAŚ jakieś szczególne pretensje o brak protestów wobec „traktatu” i o brak żądania przeprowadzenia referendum w Polsce w tej sprawie, skoro najwyższe czynniki państwowe (te, co tak negują śląską narodowość) opowiedziały się przeciw prawu obywateli RP do podjęcia decyzji. Jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że RAŚ zaprzepaścił ogromną szansę zademonstrowania narodowi, że jego cel nie ma niczego wspólnego z jakąkolwiek rozbijacką działalnością wymierzoną w suwerenność państwa. Można sobie wyobrazić osłupienie polskich nacjonalistów, tak zwanych „elit” oraz „polskich” partii politycznych, gdyby to akurat śląscy autonomiści, nacjonaliści oraz zwolennicy „Freistaat Oberschlesien” głośno i bezkompromisowo opowiedzieli się wówczas za referendum. To nie było nierealne, można się było o to pokusić. Kto wie, może wtedy postawa naszych własnych (j)”elit” politycznych nieco bardziej, pod wpływem śląskich autonomistów, przypominać by zaczęła postawę patriotyczną? Inaczej bowiem straciłyby one już zupełnie „twarz” wobec własnych rodaków… Taki „kuksaniec” z najmniej spodziewanego kierunku mógłby być wyjątkowo pomocny.
Tak, zdaję sobie sprawę, że o autonomię najłatwiej ubiegać się, szermując hasłami o regionalizacji i w sojuszu z rozmaitymi czynnikami zewnętrznymi. Jednak przy istniejącej tendencji „UE” do osłabiania stosunkowo dużych nacji, można nietrudno odgadnąć, że i przyszłe „autonomiczne” regiony, znacznie przecież słabsze od narodów, mniejsze od nich, a często na dodatek wielonarodowe, będą miały jeszcze mniej do powiedzenia o swoich sprawach i posiadać będą mniejszą jeszcze niezależność niż obecne narody. To właśnie powinni uświadomić sobie także patrioci z narodowości śląskiej, bo to oni właśnie należeliby w końcu do najbardziej zawiedzionych. Autonomia w ramach silnych państw narodowych jest trudniejsza do uzyskania, ale na ogół też jest trwalsza.
Te zarysowane tu dwa rozmaite podejścia do autonomii (czyli „nacjonalistyczne” i „regionalistyczne”) można skrótowo przedstawić w formie metafory o dwóch turystach w górach: jeden wspina się w pocie czoła pod górę i odczuwa trud swej decyzji bardziej niż ten, co idzie na łatwiznę i z uśmiechem oraz ze śpiewem na ustach w podskokach zbiega po zboczu na dół. Ale gdy ten pierwszy po swoim mozole zajdzie jednak na szczyt i oczom jego ukaże się przepiękny widok na całą okolicę, ten drugi znajdzie się na dnie wąwozu, widzieć będzie tylko ściany skalne dookoła i będzie tam miał ciemno niczym w grobowcu…
Michał Monikowski
Perth, Australia
Przypisy:
1. Przy okazji wspomnijmy inną jeszcze wypowiedź prezesa RAŚ. David Lloyd George, premier Wielkiej Brytanii w 1919 roku wypowiedział się następująco: “Dać Polsce Śląsk, to jak małpie dać zegarek”. Nawiązując do tego, J. Gorzelik stwierdził:
“Z punktu widzenia 80 lat możemy powiedzieć, że małpa zegarek zepsuła” (2001).
Niejako w sukurs Gorzelikowi idzie Radosław Sikorski: “Polska byłałaby łatwiejsza do zreformowania, gdyby jej wyeksploatowane regiony przemysłowe jak Śląsk można było teraz porzucić” (Poland would have been easier to reform if its exhausted industrial regions like Silesia could have been abandoned)
2. „Posiadamy własny naród, którego nie można zdefiniować jako rasy i jest to obecnie oczywiste dla milionów. Jednakże, Panowie, gdy rozpocząłem swą edukację (polityczną) dwadzieścia pięć lat temu, nie było to tak oczywiste; wtedy zawsze mówiono mi w kołach pozbawionych praw obywatelskich: tak, naród i rasa to jedno i to samo!
Nie – naród i rasa to nie jedno i to samo. Rasa to składnik krwi, nukleus krwi, a naród jest bardzo często złożony nie z jednej rasy, lecz z dwóch, trzech, czterech albo pięciu rozmitych zawiązków rasowych. Tak czy inaczej nie jest możliwe ani nawet wskazane demontowanie takiego zjednoczonego ciała narodu, choć w trakcie rozwoju zdarzeń politycznych takie rozwiązanie może się pojawić.” (A. Hitler, Die Platterhof-Rede, 26 maja 1944)
3. Po usunięciu Kożdonia z urzędu burmistrza Cieszyna i aresztowaniu go przez polskie władze, niektórzy cieszyńscy Ślązacy ukuli slogan: „Lepiej być więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego niż tak zwanym obywatelem polskim”. Mniejsza już o „trafność” takiego stwierdzenia (nawet jeśli to prawda, że obozom wówczas było jeszcze i tak bardzo daleko do tego czym miały stać się później, podczas wojny). Tutaj slogan ten przytoczony został dla pokazania stopnia niechęci sporej grupy Ślązaków do państwa polskiego.
Obwieszczenia i plakaty propagandowe rozlepiane przez nowe polskie władze za dnia, były w nocy zrywane przez owych polskojęzycznych Ślązaków. Dochodzić też miało do utarczek między polskimi żołnierzami na „Zaolziu” a owymi Ślązakami. Ówczesny wojewoda śląski, Michał Grażyński miał się o Ślązakach wyrazić, że muszą oni przejść długą reedukację, zanim staną się użytecznymi obywatelami polskimi.
4. Z rozbawieniem wspominam w tym kontekście zajadły komentarz pewnego internauty, który na tę decyzję owego trybunału odpowiedział komuś, że ma „w d****” pewne (tu wymienił pewnych Semitów…) „…trybunały, co uznają małżeństwa gejowskie (wyraził się dosadniej), a nie uznają śląskiej narodowości”.
Można zresztą iść o zakład, że decyzje tego rodzaju nie są ze strony owego trybunału jakimkolwiek wyrazem „obiektywizmu”, lecz prostą konsekwencją braku państwowości śląskiej w Europie. Gdyby ona istniała, możnaby się z kolei założyć o każdą sumę, że trybunał nie ośmieliłby się nie uznać śląskiej narodowości.
Continue Reading »RN 1: O narodowościach, UE i Ślązakach
Jednym z ulubionych „argumentów” przeciw ciągłości istnienia narodów ma być rzekomy „fakt”, że „tak naprawdę” aż do XIX wieku ich podobno „nie było”, bo ideologie narodowe przedtem nie istniały, ba – nawet nie istniało pojęcie nacjonalizmu.
Jeżeli „nie było” narodów przed XIX wiekiem, to jak wyjaśnić choćby średniowieczny cytat naszego kronikarza:
„Spośród narodów graniczących z Królestwem Polskim nie ma bardziej zawistnego i wrogiego Polakom, niż Ślązacy.” (Jan Długosz).
No i proszę: nie tylko, że są „Polacy”, ale „Slązacy” też i to na dodatek określeni jako „naród”…
Jak to zatem możliwe, że nie było kiedyś narodów w średniowieczu, jeśli mowa jest o konfliktach narodowościowych w średniowiecznej Europie (link)? Jak mogły być konflikty narodowościowe bez narodowości?
Inny przykład: w pewnym referacie odnotowano, że „świadomość narodowa w średniowieczu (zwłaszcza późnym) jest podobna do tej, która występowała w XIX w. w warunkach rozwoju nowoczesnej już świadomości narodowej”.
Chętnie podałbym tu link do pełnego tekstu tego dokumentu, niestety znikł z internetu – był to link następujący
http://historicus.umk.pl/modules/wfsection/article.php?articleid=20 – być może ktoś z Was odnajdzie go przy jakiejś okazji.
To, czego nie było w średniowieczu, to ideologie narodowe. Te zapewne otrzymały bodziec podczas Rewolucji Francuskiej, która postawiła naród ponad jego monarchą.
Użycie określenia, że nie było przed XIX wiekiem nacjonalizmu jest tego rodzaju, że równie dobrze możnaby twierdzić, że nie było przed XIX wiekiem także homoseksualizmu, bo nie istniało pojęcie „homoseksualizm”, które powstało dopiero w II połowie XIX w. W Niemczech.Bo skoro nie było homoseksualizmu, to rozumiem, że i heteroseksualizmu też nie było…
A fakt, że narody tworzyły się głównie samoczynnie, w dużej mierze dzięki temu samemu językowi (lub podobnym językom), akurat uważam za niepodważalne. Co rzecz jasna nie zmienia faktu, że te wspólnoty miały swoje przywództwa, nadające im kierunek rozwoju. Tak, z biegiem czasu mogły te przywództwa, lub nieco szerzej: elity intelektualne, nawet kształtować i język. Weźmy choćby to, co nazywa się „gwarą śląską”. To język chłopski, który kształtował się samoczynnie i w dużej mierze w oderwaniu od reszty Polski. Dopiero w nowszych czasach podjęto próby promowania go jako języka w urzędach czy mediach. Ale jednak istniał i rozwijał się sam. Sąsiedztwo lokalne również kształtowało więzi typowe dla wspólnot. Religia też robiła „swoje”, jeżeli była wspólną religią mieszkańców. A zatem wszystkie cechy narodu istniały już na długo przed tym XIX wiekiem – poza nowoczesnymi ideologiami. Ale ideologie narodowe mogły przecież powstać na długo po ukształtowaniu się narodów, a nie przed ich powstaniem. Tak jak ideologie klasowe też powstały po ukształtowaniu się klas.
Można mówić o dwutorowości procesów, nawet o ich „wielotorowości”, jednak obecne rozmiękczanie suwerenności poszczególnych krajów nie stanowi „wyjścia naprzeciw potrzebom”, gdyż te potrzeby znajdowały już swój wyraz wcześniej. To jest typowy proces tworzenia molocha, a ponadnarodowy organizm ma to do siebie, że umacnia się poprzez osłabianie integralności organizmów narodowych. Moloch nie usiłuje skłócać poszczególnych narodów między sobą, lecz usiłuje poszerzyć swoją władzę nad nimi wszystkimi – właśnie ujednolicając szereg rzeczy. A ten cel możliwy jest tylko w szukaniu podziałów wewnętrznych, a nie zewnętrznych. Stąd to wsparcie dla wszelkich możliwych mniejszości, które stają się „koniem trojańskim” w istniejących państwach. Moloch potrzebuje takich sojuszników, a i oni potrzebują jego. Ale posługują się nim nie w celu ułożenia harmonijnego współżycia z większościami, lecz dla osiągnięcia własnego celu, jakim jest poszerzenie własnego stanu posiadania i suwerenności (Slązacy przecież również kierują się interesem ekonomicznym oraz narodowym) i jak długo moloch jest w stanie im coś „dać” w tym zakresie, tak długo będą z nim współpracować.
I tu jest właśnie ta dwutorowość, o której mowa: z jednej strony moloch usiłuje poszatkować silne organizmy narodowe, co jest działaniem (niby to) na rzecz różnorodności, z drugiej jednak strony usiłuje ujednolicać rozwiązania prawne, polityczne i ekonomiczne na całym swoim obszarze. Jednak ważniejsze okazuje się tutaj owo ujednolicanie niż działanie „na rzecz różnorodności”. Bo tak naprawdę te różnorodności już istniały przed powstaniem molocha. Niechaj nie myli nas tu akurat własne doświadczenie z PRL, gdzie istniał szereg zakazów i życie kulturalne czy polityczne zdawało się być jednolite.
Są one co najwyżej potęgowane – nawet do przesady – by pokazać, jak „na rzecz różnorodności” działa moloch. Gdy jednak owe różnorodności staną się bardzo liczne – i równocześnie bardzo rozdrobnione, przychodzi kolej na unifikowanie i ujednolicanie. Proces jest tu trochę podobny do procesu obniżania cen przez sieci wielkich domów towarowych, które w ten sposób starają się wykończyć konkurencję drobniejszych sklepów i punktów usługowych, które nie są w stanie na dłuższą metę stawić czoła wobec tej ofensywy „udogodnień dla klienta”. Gdy jednak owi drobniejsi kupcy zostaną zmieceni z rynku (niczym drobne banki ostatniego kryzysu finansowego oraz drobniejsi wydawcy gazet), wtedy ceny znowu rosną… Zatem owo „uróżnorodnienie”, owa „wielokulturowość” oraz „zwiększona wrażliwość na odmienność” są jedynie stanem przejściowym. Im bardziej unifikowana rzeczywistość, tym mniej w niej miejsca na różnorodność, której obrońcą miała rzekomo być.
Dlatego pojęciu „unia” przeciwstawiłem pojęcie „konfederacja”. Mniejsza o to jak będzie się kiedyś nazywać porozumienie europejskie. Ja użyłem określeń, które mają swoje wyraźne konotacje: „unia” zawsze kojarzy się z ujednoliceniem, unifikacją i w konsekwencji z urawniłowką. Gdy zaś „konfederacja” bardziej kojarzy się właśnie z różnorodnością, a zatem z tym, czego i my pragniemy – i nie tylko my, bo przecież nasi „liberalni” oponenci również, bo oni także nie chcą molochów!
Ale ta różnorodność jest możliwa tylko wtedy, gdy na jej straży stać będą silne organizmy narodowe, posiadające instrumenty wzmacniające ich suwerenność – takie jak autarkia właśnie. Bo ta wielonarodowość Europy jest gwarantem także i swobód jednostki. Natomiast im bardziej zostaje ona rozdrobniona, tym słabszą się ona staje, a zatem tym podatniejsza będzie na działania supremacyjne centrali politycznej kontynentu – oraz silnych korporacji kapitalistycznych. One żywią się tym procesem, o którym tu mówimy. One przejmują coraz większą kontrolę nad zasobami naturalnymi i gospodarką niegdyś suwerennych (i dumnych ze swej suwerenności) narodów. One sprawiają, że te dumne narody zostają zepchnięte do roli siły roboczej, pracującej u siebie w kraju, ale nie dla siebie: właśnie tak: u siebie, ale nie dla sebie. Nawet na rynku prasowym jest to widoczne – teraz cudzoziemskie koncerny prasowe mają w swych rękach większość „polskiej” prasy. Czegoś takiego nie było nawet za okupacji hitlerowskiej, kiedy to miażdżąca większość polskiej prasy była jednak w rękach polskich spółek wydawniczych. Nie, nie chodzi mi o chwalenie czasów okupacji, ale o to, że tracimy podstawy gwarantujące nam niezależność, a cieszymy się, że tak fajnie – miłe złego początki…
Zatem to właśnie suwerenność narodowa i narodowy solidaryzm są głównym narzędziem i bastionem przeciw tej systematycznej urawniłowce, która wie, gdzie kryje się główne zagrożenie dla stojącej za nią supremacji molocha. Moloch wie, że główną przeszkodą na jego drodze jest nacjonalizm – i właśnie dlatego czyni wszystko, by go zdyskredytować i zniszczyć.
To zupełna nieprawda, że kluczową rolę w procesie narodotwórczym odgrywa ideologia lub doktryna narodowa. Kluczową rolę odgrywa właśnie sam naród, tworzony historycznie czynnikami najzupełniej odmiennymi od ideologii. On, sam w sobie, jest nawet kluczowy dla ideologii. Co powiedzieć o narodzie żydowskim: istniał czy nie istniał w przeszłości? A może też mamy uważać, że dopiero od XI wieku? Niektórzy autorzy, jak na przykład znany ze swej pro-palestyńskiej postawy Gilad Atzmon, uważają że nie ma czegoś takiego jak „naród żydowski” nawet dzisiaj, że to, co określa się mianem „historii narodu żydowskiego” to mit. Ale w ostatecznym rozrachunku naród istnieje tak długo, jak długo są ludzie uważający się za taki naród.
Kim byli Rzymianie? Jakim mianem siebie określali? Czy nie aby tym samym („NATIO”), które potem, z łaciny, przeniknęło do innych języków? Kim byli Grecy? Kwestia lojalności wobec lokalnych władców (Sparta, Teby) to jedna rzecz, ale mieli ten sam język, to samo pismo, ten sam „panteon” bóstw itd.
Byli może jedynie „narodami w sobie”, a „dla siebie” już nie? Lojalności lokalne zresztą nie były tylko monarchiczne (w przeciwieństwie do dużej części historii północnej Europy), ale także jak najbardziej w odniesieniu do zbiorowości (republiki greckie, republika rzymska, potem także „Rzeczpospolita Wenecka”). XIX wiek to po prostu jedna z cezur dziejowych, nie jedyna, nie wyłączna, więc niepotrzebnie wielu ludzi daje się nią „oślepić” jakby była „one and all”.
Nie, nie możemy się umówić, że podmiotem uczynimy tylko indywidualnego człowieka. Naród jest także podmiotem. Krąg kulturowy też jest podmiotem, nawet konkretne wyznanie też jest podmiotem, bo tworzą go ludzie. Np „wspólnota islamska” czy „wspólnota żydowska” jak najbardziej jest podmiotem. Spróbowałby im kto „wyklarować”, że w dyskusji mają się wyzbyć podmiotowości zbiorowej na rzecz podmiotowości jednostki? Gdybyśmy się mieli umawiać tak jak tego niektórzy „liberałowie” (mający jednak wyraźne ciągoty to nakazowo-zakazowej urawniłowki) sobie tego życzą, to i my równie dobrze moglibyśmy i od nich „zażądać”, by za jedyny podmiot uznali naród. Praktycznie nie mieliby szansy na rozwinięcie jakiejkolwiek tezy innej od takiej, która bazowana jest na narodzie.
Tak, Europa też jest podmiotem. „Umawianie” się na korzyść tylko jednej tezy, to m.in. specjalność ewangelikalnych, którzy już na wstępie dyskusji – polemiki z katolikiem chcą, aby ten przyjął za podstawę, „że Biblia jest jedynym autorytetem w sprawach wiary”. Chcą tego, bo chcą, aby w ten sposób „na ich (tezę) wyszło” (jak na ironię jednak nie zawsze wychodzi – „moi” ewangelikalni niemal w szał wpadali, bo nijak nie mogli sobie ze mną poradzić…). Nie ma tu żadnej otwartości, bo cała taka dyskusja jest „rigged right from start”.
Rzeczywiście, naród nie jest constans, dlatego były i są przypadki, gdy w ogóle nie powstawał. Nie jest natomiast prawdą, że narody obecne powstały „na skutek gwałtu i podboju”. Gwałt i podbój miały jedynie ograniczony wpływ na kształtowanie się narodów. Zwróćmy uwagę, że nawet gwałt na Rusi nie uczynił z niej części narodu polskiego za czasów Dymitra Samozwańca. Tak jak nie uczynił jej z Węgrów, Niemców czy Tatarów. Nie uczyniły jej nawet z Litwinów pomimo pokojowych – nomen omen – UNII z Koroną polską… Większy był udział języków w tym przypadku niż jakiegokolwiek gwałtu i podboju, bo ten gwałt mógł czasem pomóc, ale w odniesieniu do ludów tego samego języka lub podobnych języków. Nawet nie zawsze udawało się to w odniesieniu do podobnych, bo z Jugosłowian nie uczynił jednej nacji. Tak jak nie uczynił jednej nacji z Austriaków, Czechów, Słowaków, Polaków, Węgrów czy Rumunów oraz Rusinów. Nie uczyniła nawet „unia” Czechów ze Słowakami jednej nacji, choć swego czasu modne było używanie słowa „Czechosłowak”… Dlaczego Austro-Węgry rozpadły się w drobny mak? Nie, nie dlatego, że przegrały I Wojnę, bo można przerżnąć wiele wojen i się nie rozpaść. Niemcy przerżnęły tę samą wojnę w doładnie tym samym czasie, ale się nie rozpadły. Można też w tym kontekście wskazać i na Francję, która miała historię krwawą, ale przetrwała, bo nie było zbyt wielkiej różnorodności etnicznej. A czy przetrwałaby jako jedno państwo i jeden naród, gdyby składała się m.in. w jednej trzeciej z Azjatów i jednej trzeciej z Murzynów?
Tak na marginesie jeszcze tego „gwałtu i podboju”: jakiego to gwałtu, podboju – czy bodaj najazdu – dopuścił się naród śląski? Nie jest mi znany ani jeden. Poza próbą uzyskania korony polskiej przez śląskich Piastów. A jednak istnieje ta narodowość (wg deklaracji samych do niej przynależących osób).
Nie, naród nie jest „święty”, jeszcze mniej „święta” jest „UE”. Mają rację ci, co wskazują, że federacja sama w sobie niekoniecznie musi cokolwiek „gleichschaltować”. Nie musi – jeżeli będą mechanizmy zapobiegające takiej urawniłowce. A takim zabezpieczeniem jest suwerenne państwo narodowe, bo wtedy żadna „unia” nie ma władzy zmieniania suwerennych decyzji podjętych w takich państwach. Jeśli takiego mechanizmu nie ma, to wtedy muszę naszych „unitów europejskich” zmartwić, niestety, wtedy taka „federacja” musi kończyć się urawniłowką. Wynika to już z samego charakteru takiej „unii”, która nie jest „przełamana” silnymi organizmami narodowymi. Czyli: jeśli ta federacja będzie „konfederacją”, to nie musi i prawie na pewno się nie stanie molochem. Natomiast „unia” ma tu praktycznie „przewalone” i to od samego początku.
Jestem zwolennikiem państw narodowych nie dlatego, że są „święte” (zdaję sobie sprawę, że nie są i nie będą idealne), ale dlatego, że najlepiej nadają się do roli owego „przełamywania”. Są odpowiednio duże, by to uczynić, podczas gdy małe wspólnoty regionalne typu „Cieszyn” („Teschen”) nie mają na to cienia szansy. Gdyby było na odwrót – czyli gdyby to właśnie malutkie mniejszostuńcie gwarantowały lepsze rezultaty, to byłbym po ich stronie. Niechby sobie było „Wolne Miasto Cieszyn”, niechby była „Republika Bieszczad”, ba, nawet „niepodległa Wieliczka” (w Szwajcarii aż do XIX wieku była nawet niepodlagła wieś – nazywa się Gersau i leży nad Vierwaldstättersee). Nie byłby to zatem żaden „big deal” jeśli i w Polsce by coś takiego było. Oczywiście, nie byłby to problem, gdyby jednak swoje stosunki opierała na współpracy z Polską, a nie na ściąganiu do Polski jakiegoś obcego „Wielkiego Brata”, któryby natychmiast wykorzystał sytuację, by się mieszać do naszych wewnętrznych spraw.
To prawda, UE nie stworzyła globalizacji. Nie, ona jest wynikiem oraz narzędziem, instrumentem tej globalizacji, wykorzystywanej dla ewidentnych celów politycznych i finansowych przez grupy interesu, którym marzy się po prostu władanie światem dla ich własnego, ciasnego interesu grupowego. Dlatego wymachują teraz chorągiewką regionalizmu oraz „swobody jednostki”, gdy tymczasem jednostka nawet pozbawiona została prawa wypowidzenia się choćby w refenrendum na temat „Traktatu Lizbońskiego”. Niby tak bardzo „pragnie się” dogodzić tej zmitologizowanej „jednostce”, ale najlepiej, gdy „nie przeszkadza” i nie ma nic do gadania… Brak takiego referendum w Polsce uważam za skandal, którego dopuściły się elity władzy polskiej: parlament, rząd, premier i – tak, jak najbardziej również i prezydent, jego tragiczna śmierć nie zmienia i zmienić nie może mojej negatywnej oceny takiej skandalicznej decyzji). Czy Polacy tak bardzo pragną „unii”? Nie widać tego po rezultatach frekwencji wyborczej do wyborów do „parlamentu” europejskiego – i to już drugich takich wyborów, jakie odbyły się po wstąpieniu do tej „unii”. Polacy w referendum unijnym w 2003 roku opowiedzieli się za przystąpieniem i idę o zakład, że jeszcze za naszego żywota pożałują tej decyzji. Ta „federacja” już rości sobie prawo nawet do tego, by decydować ile mleka Polska może produkować. W pewnych częściach świata ludzie zdychają z głodu (określenie jak najbardziej adekwatne, biorąc pod uwagę warunki, w jakich do tego dochodzi), ale ktoś „nie powinien” wyprodukować „zbyt wiele” żywności. Ten „unijny” moloch wziął się za decydowanie o kształtach warzyw, zgięciu ogórków i rozmiarach prezerwatyw, jakie mogą być produkowane w tej „unii”, nawet o tym, jakie dania wolno serwować w restauracjach… Takich debilizmów nie wypocono nawet w Sowietach i III Reichu. W „unii” jest możliwe, że rodzice mogą utracić prawo do wychowania własnego dziecka, jeśli nie będą go wychowywać odpowiednio „poprawnie”. Tak, w Sowietach i III Rzeszy też mogli stracić takie prawo, ale tylko i wyłącznie ze względów politycznych (też nie lepiej zatem). „Unia” to moloch i wobec tego myśli jak moloch i postępuje jak moloch, bo to dla molocha i „gleichschaltera” przecież takie naturalne. Jeszcze nie decyduje ten moloch o wszystkim, ale widać wyraźnie, że krokami i tip-topami posuwa się naprzód, pragnąc decydować o coraz większej liczbie spraw. Stoi to w jaskrawym kontraście wobec tego, co obiecywano Polakom w 2003 roku podczas kampanii przed tym referendum – byłem wtedy w Polsce i wciąż to pamiętam. Popełniono fałsz i oszustwo, sprzeniewierzono się wyborcom, których najwyraźniej miano jedynie za bydełko lub maszynki do głosowania. Nigdy tym zdrajcom tego nie zapomnę. Tak, zdrajcom, bo można mieć swoją wizję, ale jeśli w tym celu celowo oszukuje się wyborców, by po referendum świadomie robić rzeczy, których miało nie być, to jest to zdrada. Zwykła ordynarna zdrada.
Jeżeli Cieszyn pragnie zachowania swej unikalnej pozycji, to nic nie powinno stać na przeszkodzie, by był „wolnym miastem” ze wspólnym polsko-czeskim zarządem powstałym na podstawie dwustronnego porozumienia. Niechby nawet podobne rozwiązanie zastosowano w Zgorzelcu. Może mieć on własne władze – tak jak własny parlament oraz rząd krajowy mógłby mieć Sląsk (lub co najmniej Górny Sląsk czyli „Freistaat Oberschlesien”), ja jestem jak najbardziej za autonomią Górnego Sląska (jestem natomiast przeciwnikiem separacji). W żadnym wypadku takie rozwiązania nie szkodziłyby państwu narodowemu, tak jak Cesarstwu Niemieckiemu (1870 – 1918) nie szkodziło to, że poszczególne kraje członkowskie II Rzeszy (w tym Freistaat Bayern, zbudowany dzięki niedocenianemu królowi Ludwikowi II i jego wyjątkowo dobrym kontaktom z kanclerzem Otto von Bismarckiem), miały swoje własne rządy i parlamenty oraz nawet swoich własnych królów (poza Schleswig – Holstein, skąd Augustianie zostali wcześniej wywaleni i gdzie wobec tego przysięga wojskowa składana była na konstytucję, a nie na monarchę). I nawet w 1935 roku dwa takie państwa jeszcze wymieniły między sobą posłów pełnomocnych…).
Czy naród ma prawo „na swoim” robić co chce? Tak, ma. Na tym polega właśnie suwerenność, że naród u siebie – oraz wybrani przezeń liderzy – mogą robić „co chcą”. A kogo mają pytać o pozwoleństwo? Może zagranicznego „Big Brother”?
Nie, nie zdejmę zatem – dla powyższych powodów – narodowych soczewek z oczu. Właśnie upewniam się, że lepiej jeszcze przylegają.
Co do narodu pan-europejskiego, o którym niektórzy wspominają, to mogę dodać co następuje: jestem „White Nationalist”, czyli że wyglądam nawet poza „Pan-Europę”, bo Biali żyją na wszystkich kontynentach, łącznie z Afryką i Azją. Narodu pan-europejskiego nie będzie tak długo, jak długo moloch „unijny” będzie istniał. Konfederacja to co innego. Nie będzie próbowała zastępować jednych narodów innym. Bo jeśli „unia” będzie próbować ludziom wmawiać, że ich nacjonalizmy są niewiele warte, że „soczewki” narodowe trzeba zdjąć – to jak będzie możliwym stworzenie jakiegokolwiek nacjonalizmu europejskiego? Skoro nacjonalizmy są złe – to i ten europejski też. To droga donikąd, nie lepsza ani na jotę od prób stworzenia „narodu radzieckiego”. Dla mnie pojęcia takie jak „śląskość”, „polskość” czy „biały nacjonalizm”, w końcu „ludzkość” to piramida, której żadne „piętro” nie może zostać uszczuplone – bo inaczej cała konstrukcja się wali. Nie jestem nacjonalistą „dwuwymiarowym”, lecz „trójwymiarowym”. Zdaję sobie sprawę ze współzależności wszystkich tych elementów oraz z tarć między nimi też. Gdy spróbować forsować biały nacjonalizm kosztem narodów – to biały nacjonalizm legnie w gruzach. Spróbować antagonizować regiony – naród jest w opałach. Spróbować forsować „unię” – można się już dziś założyć, że i ona legnie.
Cheers!!!
C.d.n. link do części 2
Continue Reading »Hitler: przemówienie z Platterhof 26.05.1944
Poniżej zamieszczony jest pełny tekst przemówienia Hitlera do oficerów i generałów, wygłoszonego w Platterhof 26 maja 1944 roku. Jest to najprawdopodobniej pierwsza opublikowana polska pełna wersja tego tekstu.
W roku 1944 koleje II Wojny Światowej były odwrócone: Niemcy znajdowały się w defensywie i Adolf Hitler niewątpliwie uważał za rzecz stosowną udzielenie najwyższym dowódcom wojskowym III Rzeszy odpowiedzi z uzasadnieniem i obroną swojej dotychczasowej polityki. Przemówienie z 26 maja stanowi zatem rodzaj rekapitulacji całej dotychczasowej drogi życiowej Hitlera oraz głównych wytycznych NSDAP. Stanowi ono skrót najważniejszych elementów oraz celów, jakie postawił przed stworzonym przez siebie ruchem politycznym.
W przemówieniu tym odnajdziemy zatem wizję celów III Rzeszy i NSDAP. To jakby „krótka historia nazizmu” opowiedziana słowami samego Hitlera i z jego własnego punktu widzenia. Jeżeli ktoś jest zainteresowany historią narodowego socjalizmu niemieckiego (bo istniał też narodowy socjalizm czeski i inny – niekoniecznie mający wiele wspólnego z nazizmem niemieckim), to nie musi od razu sięgać po „Mein Kampf” liczącą sobie w oryginale 781 stron tekstu – wystarczy sięgnąć tutaj, do tego przemówienia. Nie stanowi ono, rzecz jasna „historii II Wojny”, zwłaszcza że Hitlerowi nie o to tu chodziło.
Ponieważ tekst przemówienia jest jednak dość długi, został on tutaj podzielony na segmenty ze śródtytułami dodanymi przeze mnie. Lista śródtytułów została umieszczona od razu na początku, by dopomóc Czytelnikowi w posługiwaniu się tekstem. Angielska wersja tekstu przemówienia, w tłumaczeniu Veroniki Clark i Wilfa Heinka, wraz z szeregiem innych dodatkowych dokumentów, jest osiągalna do nabycia w amazon.com .
W związku z panującym tu i ówdzie przewrażliwieniem, wyjaśniam z góry, że poniższy tekst znajduje się tu jako materiał historyczny dla osób zainteresowanych historią, tak jak ja sam. A oświadczam to dlatego, że ostatnio w Stuttgarcie toczyło się – i to całkiem poważnie – śledztwo w sprawie ulepienia tego oto bałwanka …
Wstęp
Korpus oficerski w czasach chaosu
Korpus oficerski państwa zintegrowanego
Wkroczenie Hitlera na drogę polityczną
Początek drogi
Światopogląd a natura
Natura niszczy jednostki niezdolne do życia
Twarde prawa natury w programie politycznym
Naród i rasa
Upośledzenie talentu politycznego w społeczeństwie kapitalistycznym – selekcja ekonomiczna
Dobór kadry według zdolności – zapobieganie kontrrewolucji
Edukacja narodowa – kształtowanie przywództwa
Społeczeństwo bezklasowe
Łączenie dwóch idealizmów
Przezwyciężanie państwa klasowego. Usunięcie Żydów
Rozrachunek z przeszłością – tradycja a współczesność
Cel istnienia Trzeciej Rzeszy
Cel istnienia NSDAP
Rewolucja nie dobiegła jeszcze końca
Transformacja światopoglądu. Jednolita edukacja polityczna
Przemówienie Adolfa Hitlera do oficerów i generałów w Platterhof, 26 maja 1944
Panowie, nawet jeżeli pewien jestem, że było to dyskutowane już wcześniej, tym niemniej pragnąłbym wskazać na powód drogi, którą obrałem.
W narodzie niemieckim nastąpił ogromny przełom. Zapewne nie był on zauważalny dla Niemców, gdyż to oni przeszli przez to wewnętrzne doświadczenie; został on jednak zauważony przez cudzoziemców, którzy byli w stanie dostrzec rezultaty tego przełomu.
Ponieważ przełom ten nie nastąpił z prędkością błysakwicy jak w roku 1918, lecz raczej pojawiał się powoli niczym w ewolucji (tekst nieczytelny), przewrót ten pozostał w dużym stopniu niedostrzeżony (przez ludzi), którzy, z powodu swego zawodu czy pracy, stawali się go świadomi dopiero stopniowo.
Korpus oficerski w czasach chaosu
Korpus oficerski jest jak najbardziej częścią tej grupy. Ten korpus oficerski, który wyłonił się pomiędzy monarchią a Trzecią Rzeszą, nie był w stanie troszczyć się tym przełomem. Od korpusu oficerskiego wymagano, by pozostał apolityczny. Ten termin „apolityczny” zawiera w sobie atrakcyjną jakość; (to jest) tak długo jak długo kraj w istocie znajdował się w stanie politycznego chaosu. Kiedy 19 partii rywalizuje ze sobą i nie jest jasne która z nich posiada większość w państwie – czyli gdy legislatura rządzi na zasadzie od przypadku do przypadku – to jest zrozumiałe, że takiemu bałaganowi politycznemu nie wolno mieć wpływu na korpus oficerski ani na siły zbrojne. Siły zbrojne nie mogą popierać takiej czy innej partii, gdyż rezultatem byłoby wewnętrzne zamieszanie: jedni faworyzowaliby partię A, inni B, C, D – niekiedy mieliśmy aż do 46 partii.
Stąd też jest dla mnie jasne, że w owym czasie siły zbrojne nie miały innego wyboru niż pozostawanie politycznie neutralnymi. Tym, co zamierzam powiedzieć, jest, że siły zbrojne były, nawet w owym czasie – gdy przywództwo polityczne było już w stanie zamętu – głęboko monarchistyczne; państwo niemieckie było wciaż monarchią. Byłoby wówczas niemożliwością nawet wyobrazić sobie oficera, który nie byłby monarchistą; zostałby on zdymisjonowany, ponieważ, mimo wszystko, miał możliwość walczyć jedynie za to, co uchodziło wówczas za rzeczywistość polityczną. Rzesza Niemiecka była monarchią, która stanowiła rzeczywistość polityczną.
Później, aby położyć kres temu dysonansowi, Konstytucja przewidywała, że przysięga sił zbrojnych miała być składana na Konstytucję. Jednak Konstytucja to jedynie kompilacja regulacji. Nie była ona rezultatem zwycięstwa, czyli reprezentantem programu jakiejś jednej partii; zamiast tego Konstytucja weimarska napisana została, by zagwarantować egzystencję państwa o wielu partiach.
Dlatego też było możliwe dla oficera złożenie przysięgi na tę tak zwaną Konstytucję jako – teoretycznie – jednostce apolitycznej. Jednak nawet wtedy nie odzwierciedlało to rzeczywistości! Byłoby niemożliwością związanie kogokolwiek przysięgą w takich warunkach. W czasie, gdy byłego żołnierza zastępował inny członek społeczności poprzez zaciąg, było rzeczą całkowicie naturalną, że przynosił on ze sobą do koszar codzienne wpływy polityczne, którym był poddany. Ponieważ nie można się spodziewać, że dana osoba nagle pozbędzie się tego wszystkiego z chwilą, gdy zostanie częścią sił zbrojnych – człowiek, który od dziesiątego lub dwunastego roku życia wyrasta świadom pewnej politycznej atmosfery i który od piętnastego czy szesnastego roku szkolił się zawodowo, a gdy ukończył osiemnaście lat, stawał się członkiem związków lub politycznie aktywnym; że porzuci wszystkie swoje poglądy polityczne, gdy zostanie żołnierzem. To zapewne było możliwe w państwie zmilitaryzowanym (Milizstaat) z bardzo krótkim okresem służby. Było jednak pomyłką sądzenie, że człowiek mógł się wyprzeć wszyskich swoich przekonań politycznych bodaj na rok. Okazało sę to niemożliwe. Nieuchronnie prowadziło to do konfliktów między oficerem, który złożył przysięgę na Konstytucję – i który de facto utożsamiał tę Konstytucję z państwem, któremu służył – a jego ludźmi, posiadającymi swoje własne wyraźne poglądy polityczne. Musiało to prowadzić do rozbieżności pomiędzy zdolnością oficera do wpływania na żołnierzy a wolą żołnierzy pod jego rozkazami do podlegania jego wpływowi.
Zaciąg ujawnił ten problem tak wyraźnie, jak stało się to w roku 1914. Wtedy, chociaż państwo było oficjalnie monarchią, praktyczne aspekty reprezentacji państwa znajdowały się już w rękach rozmaitych partii. Faktem jest, że oficerowie byli niejako z konieczności wciągnięci do tych rozmaitych kół politycznych już przed wybuchem wojny w 1914 roku. Mamy tego drastyczne i tragiczne przykłady z tamtego czasu. Oficerowie wpadali w kryzys, którego nie byli w stanie przezwyciężyć.
Oficer nie mógł sam radzić sobie z tego rodzaju problemem – to jest rzeczą jasną: stawał się sam ofiarą, gdy próbował go rozwiązać. Dlaczego jest to takie istotne? No cóż, jeśli państwo życzy sobie reprezentować się jako pewną strukturę, której oficer jest zobowiązany składać przysięgę – na przykład jako monarchię albo republikę – jednak ta struktura już jest zdezintegrowana, to oficer wepchnięty zostaje w tragiczną dla siebie sytuację; taką, w której pozostaje związany z bytem, który sam w sobie nie jest już zjednoczony. Oficer jest więc zmuszany do tworzenia tej brakującej i koniecznej jedności, co jest dla niego niemożliwością ze względu na inne jego obowiązki.
Oficer w rezultacie staje się coraz mniej aktywny politycznie; skoncentruje się na swych tak zwanych „zadaniach konstytucyjnych”. Innymi słowy: będzie miał coraz mniejszy wpływ na ludzi pozostających pod jego rozkazami. To może w normalnych warunkach w zupełności wystarczać. Jednak w okolicznościach, w których poddany jest on bardzo poważnym próbom, jego podręcznik szkoleniowy, na którym polegać będzie jako na ostatniej desce, nie będzie już wystarczał. Już sam ten aspekt okaże się szkodliwy dla jego nastawienia.
Problem ten kształtował się nie inaczej w Republice Weimarskiej. W żadnym wypadku nie należy tego uważać za dowód, że ten problem musi istnieć; lecz raczej za potwierdzenie, że taki stan rzeczy, w jakim my Niemcy znaleźliśmy się, był i pozostanie zawsze nie do utrzymania. Jest on i pozostanie nie do utrzymania, ponieważ stan taki pozwala na to, by państwo, niezależnie od jego formy, było atakowane przez własnych obywateli; pozwala on na podminowanie państwa, ponieważ 3, 10, 20, 30 lub 40 partii rywalizuje ze sobą: nie po to, by rozwiązać codzienne problemy, lecz by sprzeczać się o problemy stwarzane przez takie konkretne państwo – w którym ktoś proklamuje „jestem republikaninem”; inny „jestem monarchistą”; jeszcze inny „jestem bolszewikiem”; albo „jestem komunistą”. A jeszcze inny (tekst nieczytelny): „jestem anarchistą”, i tak dalej. W ten sposób sam naród niszczy ten fundament, na którym wspiera się dane państwo, czyli jego bazę. Jest po prostu niemożliwym, by państwo istniało przez jakąkolwiek długość czasu, jeśli jest ono już wewnętrznie złamane i zdekomponowane. Odnosi się to zarówno do monarchii jak i republiki. I to jest powodem, dla którego niegdysiejsza nonarchia niemiecka nie była w stanie oprzeć się temu (rewolucyjnemu) procesowi, tak jak i Republika (Weimarska), która uległa rozkładowi z tych samych powodów.
Oficer nie potrafi przezwyciężać tych problemów; oczywiście, ponieważ nie jest on w stanie zejść ze swego piedestału oficerskiego. Zawsze będzie odczuwał osobistą odpowiedzialność za określoną formę państwa. Jeśli jednak ta forma państwa nie jest już dłużej akceptowana przez ludzi pod jego nadzorem, to staje on twarzą w twarz z tłumem, który nie jest pewien tego, co powinno stanowić podstawę jego działalności jako oficera.
Korpus oficerski państwa zintegrowanego
Rzecz jasna, jeśli ten problem zostaje rozwiązany w rozsądny sposób, to stanowiłoby to, niech mi wolno będzie rzec, najbardziej błogosławione rozwiązanie dla danego oficera. Jeśli cele państwa i partii są całkowicie zgodne; jeśli państwo nie istnieje w formie będącej albo negowaną przez popolację tego państwa albo odrzuconą, to wtedy oficer znajduje się w sytuacji najlepszej do pomyślenia, gdyż może on ostatecznie określić swą pozycję. Gdy zatem przysięga lojalność takiemu państwu, to przysięga ją wszystkiemu temu, co stanowi to państwo: temu, co je dźwiga; co je uosabia; on sam identyfikuje się z nim duchwo, i dzięki temu jest gotów mu służyć.
Coś takiego ma miejsce obecnie. Można się oczywiście spodziewać, że ruch o takich rozmiarach (t.j. narodowy socjalizm) nie będzie akceptowany lub uznany przez każdą osobę: istotnie, jest to tym bardziej prawdą, jeśli jest ona zobowiązana swoim zawodem do akceptacji pewnego poglądu. Jednak, panowie generałowie i oficerowie, ta kwestia została rozstrzygnięta; (co najmniej) została zdecydowana w kilku państwach narodowych. Została ona rozstrzygnięta przez ideę państwa faszystowskiego, choć jeszcze nie w decydującym stopniu. Wy wszyscy byliście w stanie doświadczyć konsekwencji wynikających z rewolucji: państwo faszystowskie z jednej strony, szeregi gorliwych komunistów z drugiej; i po trzecie rojalistyczny decor jako przykrywka dla tych, co znaleźli się pomiędzy walczącymi siłami, nie wiedząc dokładnie gdzie ich miejsce; i w końcu perspektywa dezintegracji państwa.
W bolszewickiej Rosji zostało to zdecydowane; w tamtym państwie istnieje jasna sytuacja. Oficerowie są konsekwentni w swej proklamacji odnośnie państwa i jego ideologii, a ich stosunki ze społeczeństwem są widoczne.
W Niemczech natomiast proces ten został zakłócony z powodu wojny; możecie być też pewni, że ta droga, którą obieramy obecnie, nigdy nie zostałaby obrana, gdyby nie wojna.
Zamiast niej byłaby konsekwentna i rozważna edukacja ofierów i żołnierzy przed włączeniem ich do sił zbrojnych. Odbywałoby się to w sposób stopniowy, który byłbym w stanie zaakceptować; by tak rzec, bez tłuczenia porcelany, stopniowo osiągając cel, lecz nie unikając definiowania go.
Nie mamy innej alternatywy niż próbować i czynić wszystko, co można, by to nadrobić. Powodem obrania takiej drogi jest, moim zdaniem, sformułowanie i dyskutowanie zagadnień nie nadających się do propagandy dla ludzi, ponieważ, powiedzmy, odnosi się ona do problemów w rodzaju „dlatego” oraz „dlaczego”, nie będących troską ludzi. W propagandzie przeznaczonej dla ludzi mogę nakreślić drogę, którą obieram, bez konieczności wyjaśniania dlaczego jestem zmuszony ją obrać – nie wolno mi tego powiedzieć. Jest jednakże rzeczą kluczową, by całe kierownictwo, łącznie oczywiście z korpusem oficerskim, było świadome tych problemów. Gdy idzie o kierownictwo polityczne, było zawsze jednym z moich głównych celów, by rozumiało ono cele na tyle, aby obecnie w polityce cały ruch w Rzeszy reagował jednolicie. Jeśli jakieś wydarzenie polityczne ma miejsce w jakimkolwiek czasie, wytyczne z mojej strony nie powinny być już konieczne, aby spowodować jednolitą reakcję całości kierownictwa politycznego; ponieważ byłoby ono jednolicie edukowane i reagowałoby – tak jak dobry korpus oficerski reaguje w kwestiach wojskowo-technicznych – w politycznie jednolity sposób. To samo dotyczy Niemiec północnych, południowych, wschodnich czy zachodnich, tak samo jak Niemców za granicą.
Jest to naszym zadaniem, by komunikować to korpusowi oficerskiemu i jego kierownictwu; odnieść się do rzeczy, których nie można poruszać publicznie; ilustrować jakie cele istnieją obecnie i jakie będą (w przyszłości). Nabiera to szczególnej wagi obecnie, w czasie, w którym stawiamy czoła ogromnym trudnościom – trudnościom, od których nie uciekam. Czasem niektórzy z moich oficerów zapewne nie rozumieją jak mogę akceptować te trudności i próby (o których mówię w tej chwili). Czynię tak, gdyż jestem przekonany, że w końcu naszej walki odniesiemy sukces.
To przekonanie prowadziło mnie we wszystkich moich przedsięwzięciach (Reisen); nigdy mnie nie opuściło i zaraz pokrótce dokonam rewizyty tych przedsięwzięć, gdyż może to pomóc wyjaśnić dlaczego jestem twardszy niż inni i dlaczego moje przekonanie jest niewzruszone.
Tak musi być! Gdyż, Panowie, gdybym nie miał tego przekonania, nie stałbym teraz tu przed wami i was by tu nie było i cały lud niemiecki nie byłby tym czym jest.
Wkroczenie Hitlera na drogę polityczną
Jeśli spojrzeć na sytuację powierzchownie, to nic jej nie uzasadnia. Moja decyzja zostania politykiem w 1918 roku zmieniła całe moje życie. Zadawano pytanie, i powinienem się do niego otwarcie ustosunkować, Panowie, dlaczego jest obecnie głową Rzeszy Niemieckiej ktoś, kto w Wojnie Światowej dosłużył się jedynie stopnia kaprala. Wierzcie mi, Panowie, nigdy nie zamierzałem odgrywać roli w armii. Wszystko, czego pragnąłem w życiu (fragment nieczytelny, być może coś w rodzaju: „nakreślić na nowo i zbudować nowe państwo niemieckie”)… lecz jestem przekonany, że gdyby Niemcy odniosły zwycięstwo (w I Wojnie), stałbym się jednym z najlepiej znanych budowniczych w historii Niemiec.
Studiowałem z determinacją, ponieważ dla mnie życie jest absolutną expresją, a nie czymś, co wymaga wyjaśnienia. Nie można patrzeć na życie jedynie jak na ciekawe wydarzenia, stąd też studiowałem rozmaite zagadnienia. Moja młodość była odmienna od młodości pozostałych. Gdy inni spędzali czas tańcząc lub ciesząc się, ja studiowałem i studiowałem i musiałem również zarabiać na życie. Mogę szczerze stwierdzić, że miałem jeden tylko nietypowy dzień zanim zgłosiłem się ochotniczo do armii w wieku 25 lat, kiedy mogłem cieszyć się czasem wolnym, poza sobotnimi popołudniami. Nic tylko czytałem – na wszelkie możliwe tematy – nie tylko o architekturze, ale i o estetyce itd. Również o naukach, gospodarce narodowej (tak jak ta dziedzina rozumiana była wówczas), o polityce – opisałem to w „Mein Kampf” – oraz, nie wiem dlaczego, o wszelkich aspektach wojskowości. Wszystko to było dodatkiem do moich przygotowań do zostania budowniczym, obejmujących wiele przedmiotów (fragment nieczytelny) i technik. Tak wiąc sporo czytałem, lecz nigdy nie miałem ambicji zostania kimkolwiek innym. Gdyby tamta wojna, Wielka Wojna, zakończyła się niemieckim zwycięstwem, odnotowalibyście moje nazwisko jedynie jako wielkiego budowniczego, ale nigdy jako polityka, a już z pewnością nie jako człowieka pragnącego pozycji państwowej. I tylko w tych straszliwych dniach, dniach katastrofy, decyzja przybrała kształt we mnie, i to zdecydowanie stawało się przemożnym w ciągu roku 1918. Moja determinacja bazowana była na przekonaniu, że Niemcy nie podźwigną się już więcej o ile nie nastąpi fundamentalna zmiana w kierownictwie narodu niemieckiego; w organizacji niemieckiego społeczeństwa; a przede wszystkim że należało podjąć wysiłek oczyszczenia naszego narodu; wysiłek utrzymania czystego społeczeństwa. Podjęcie tej decyzji nie przyszło mi łatwo! Byłem tak zafascynowany swym wybranym przedmiotem, studiami architektury, że podjęcie tej decyzji przyszło mi z wielkim trudem. Podczas wojny niektórzy nosili Biblie w plecakach, inni jeszcze coś innego; ale ja czytałem Schopenhauera. Byłem częściowo filozofem, a częściowo budowniczym i to były zagadnienia, którymi się zajmowałem.
Lecz nagle musiałem uczynić krok ku innemu życiu, życiu znanemu mi; to znaczy życiu które ja znałem, jak niewielu mogło je znać, odkąd miałem ten przywilej, jak mogą to dziś powiedzieć, życia w różnorodności układów społecznych. Wychowałem się w rodzinie mieszczańskiej, bardzo przyzwoitej rodzinie: mój ojciec był pracownikiem administracji państwowej. Z powodu śmierci ojca, obojga rodziców, byłem zmuszony sam zarabiać na życie. Zostałem robotnikiem i doświadczyłem wiele. Ale ja również studiowałem, bo miałem jeden cel, a było nim stanie się znanym niemieckim budowniczym, by kontynuować dzieło Schinkela i Sempera. To był mój cel. I osiągnąłbym ten cel, bez wątpienia, pod warunkiem, że miałbym szansę go osiągnąć.
Wszystko to, całą tę drogę, zawsze miałem przed oczyma. Na drodze ku mojemu celowi doświadczyłem wszystkiego, zapewne bardziej nawet niż jakikolwiek inny Niemiec. Byłem dobrze wyedukowany, stałem jednak na uboczu z proletariuszami. Pracowałem jako robotnik budowlany i poznałem ich! Zaznajomiłem się z problemami społecznymi jak mało kto; nie tymi problemami społecznymi, jak widzianymi z perspektywy Partii, lecz podstawowymi, rzeczywistymi problemami społecznymi. Obserwowałem przeciętnych ludzi z perspektywy ich wychowania: sposób ich bycia, życia, biedy i niepewności. Jednak zostałem też oświecony co do ich wartości: ich determinacji i ich potencjału do zenergizowania. Wszystko to zaobserwowałem: po raz drugi jako żołnierz.
Gdy wojna zakończyła się w tak tragiczny sposób, musiałem pożegnać się z moją wielką pasją i zdecydowałem zamiast tego, że zajmę się reorganizacją nowychNiemiec; stworzeniem nowej substancji narodu. Gdy mówię „substancja narodu”, to różni się ona od tego, jak ją rozumieją politycy burżuazyjni. Tam, gdzie ja widziałem naród oraz substancję wewnątrz niego, polityk burżuazyjny widział jedynie państwo. Wówczas postrzegałem państwo jako pewną formalność, nawet jako coś represywnego. Zdałem sobie wówczas sprawę, że to, co generalnie uważamy za „państwo” jest właściwie ujarzmianiem instynktu samozachowawczego jednostek ludzkich; stąd też jest niemożliwością uczynienie czegokolwiek z „państwem” samym w sobie – a już tym bardziej próby zreorganizowania go. Zamiast tego musimy zrozumieć, że substancja narodu jest tą rzeczą, która jest fundamentalna (dla państwa) i że to ta substancja narodu musi zostać zreorganizowana.
To jest ten problem, z którym się zmagałem i wyjaśnia to dlaczego rozpocząłem tę walkę; lecz teraz, Panowie, zapewne zapytacie jakie były moje szanse na sukces? I tutaj mogę stwierdzić jednoznacznie: tego dnia, kiedy po raz pierwszy stałem przed frontem swych zwolenników – tego dnia, gdy zakończyłem deliberacje, zdefiniowałem koncept (narodowego socjalizmu) i przedstawiłem im moje myśli – tego właśnie dnia byłem przekonany, że stanę się w przyszłości liderem narodu niemieckiego; nigdy nawet przez sekundę nie wątpiłem, że pewnego dnia zostanę przywódcą cełego narodu niemieckiego.
Nikt, kto się do mnie zbliżył w latach 1920, 1921 i 1922 nie słyszał ode mnie czegokolwiek innego niż to: nadejdzie czas i godzina, gdy ta flaga, którą tutaj podnoszę, stanie się flagą państwa niemieckiego, a podstawowe zasady, które przedłożyłem staną się fundamentalnymi zasadami państwa niemieckiego! Takie były w owym czasie prognozy człowieka, który nie posiadał niczego innego niż jego własne wewnętrzne przekonanie – niczego innego. Moje nazwisko nie było znane, ani też nie miałem żadnego kapitału. Nie miałem prasy, protekcji, niczego; wszystim, co miałem, byli przeciwnicy, którzy uważali mnie albo za chorego umysłowo, głupca lub przestępcę. Komuniści i lewicowi radykałowie nazywali mnie kryminalistą; burżuazja nazywała mnie szaleńcem; i był to sposób, w jaki mnie traktowano osobiście.
Na przekór temu, byłem przekonany, że w końcu to ja odniosę zwycięstwo. Wielu zwolenników dołączyło do mnie wtedy, niektórzy z nich siedzą tu dzisiaj wśród was, a pewnego dnia przybył Marszałek Rzeszy; jednak w ostatecznym rozrachunku byłem przekonany, że nasz początek prawdopodobnie przyniesie sukces, gdyż po prostu musiał.
Jeśli o tym mówię, Panowie, to aby uczynić wobec was rzeczą jasną, że człowiek taki jak ja, wybierający drogę, do której ma pełne zaufanie, nigdy nie może zostać odstręczony przez niepowodzenia, jakich obecnie doświadczamy. Te niepowodzenia nigdy mnie nie zniechęcą. Jedyne trudności, jakie mam, to trudności wewnętrzne. Przeciwnicy nigdy nie mogą mnie zedrzeć, nigdy! Przez całe życie musiałem bezustannie płynąć pod prąd i często byłem spychany, nieraz bardzo szybko. Ale mimo wszystko w końcu odniosłem sukces. Dlaczego? Ze względu na moje przekonanie, że z czasem słuszna – czyli zasadniczo słuszna zasada broniona fanatycznie i z witalnością musi odnieść sukces. I muszę w tym miejscu podkreślić, że cenię sobie determinację, to jest: prawdziwą determinację, o wiele bardziej niż tę tak zwaną „inteligencję” czy „geniusz”; determinację, by dążyć do czegoś, co zostało uznane za słuszne, i nigdy nie skapitulować, choćby nie wiadomo co. Gdy podjąłem mą decyzję w roku 1918 i zacząłem rozglądać się za tym jak zacząć, na nowo zacząłem czytać. Zacząłem czytać na nowo literaturę marksistowską, włączając „Kapitał” Karola Marksa, by przywieść na powrót do mej pamięci wszystkie złudzenia tam zawarte. Zacząłem również formować ideologię dla nowego ruchu.
Słowo „światopogląd” (Weltanschauung) było promulgowane przez wielu; istniało już także i wtedy i panował nawet pogląd, że jego znaczenie nie ulegnie zmianie. Lecz pozwólcie, bym krótko powiedział wam, co światopogląd oznacza. W mojej opinii definicja ta jest ważna, gdyż, jak wspomniałem, słowo to jest używane przez wielu i w końcu staje się pozbawione znaczenia. Swiatopogląd nie jest niczym więcej niż wglądem we wszystkie problemy naszego istnienia, tak jak się one prezentują obecnie, bazowany na zasadach naukowych. To znaczy: oceniam problemy życia jako będące tym, za co naukowcy je uważają. Czy będzie to słuszne na wieczność, jest w tej chwili nieistotne. Był taki okres, kiedy człowiek rozwinął się do tego stopnia, że zdał sobie sprawę, że światła na niebie się poruszają i był świadkiem tego, że przez cały ten czas on sam pozostawał w tym samym miejscu; że jego ziemia się nie poruszała; że ziemia, którą już Grecy uznali za okrągłą, pozostawała w bezruchu, a zatem musiała być centrum wszechświata.
Ten system ptolemejski stanowił światopogląd. Był niesłuszny, jednak stanowił ogromny krok naprzód w stosunku do pustogłowych obserwacji na przykład jakiegoś plemienia murzyńskiego. A pewnego dnia, lub raczej w ciągu wieków, nowy, lepszy, naukowy system myślenia został rozwinięty, który zburzył ptolemejski system Arystotelesa i zastąpił go nową percepcją Kopernika. Otwarł się cały nowy świat.
Ten świat nie jest centrum, jedynie planetą okrążającą Słońce. Jednak i ten punkt widzenia został od tamtego czasu zrewidowany; wiemy obecnie, że samo Słońce też nie pozostaje w bezruchu, lecz jest częścią systemu Drogi Mlecznej, który niczym gigantyczna mgła przesuwa się w pewnym kierunku – jak to zostało obecnie ustalone.
Ergo, percepcja naukowa ulega zmianie. Stąd też należy mieć wzgląd na najnowsze odkrycia naukowe, adaptować je i spoglądać na życie z jego korzystniejszego punktu widzenia. Pozostawia to otwartą możliwość odkrycia czegoś, co już zostało odkryte w przeszłości, lecz zostało następnie utracone w ciągu następnych wieków, gdyż zaniedbano instynkt – ale również z powodu mieszania ras – i zostaje to coś na nowo odkryte i jego słuszność zostaje potwierdzona metodami naukowymi.
Swiatopogląd jest zatem przeglądem wszystkiego tego, co się zdarzyło, bazowanym na ostatnim rozwoju naukowym. To zaś prowadzi do następującego wniosku: jeśli zaakceptowałem jakiś pogląd jako będący słusznym, to nie tylko jest moim obowiązkiem uświadomienie innych obywateli państwa, ale wyeliminowanie innych poglądów! Może to brzmieć nietolerancyjnie, ale, Panowie Oficerowie, całość życia jest kontynuacją nietolerancji. Uczy tego natura. Natura jest nietolerancyjna wobec wszystkiego tego, co jest niesłuszne; wobec tego wszystkiego, co jest słabe – głównie wobec słabości. Natura eliminuje wszystko to, co słabe, począwszy od prymitywnych form życia. Suka odepchnie słabego szczeniaka próbującego ssać. Dlaczego? Nie wiemy, ale pozwoli mu ona umrzeć. Wierzymy, że jest to okrutne, jednak w rzeczywistości jest to słuszne.
Wiara w to, że poglądy polityczne muszą być tolerancyjne, jest szaleństwem. Tolerancja może jedynie być rozumiana jako oznaka niepewności. W momencie, gdy staję się pewien, że rowiązałem problem i rozwinąłem określony pogląd, staje się nie tylko moim prawem, ale i obowiązkiem wyeliminowanie wszystkich innych poglądów.
Załóżmy, że znajduję się w sytuacji oficera. Gdy stwierdzam powyższe jako polityk, to stwierdzam coś, co musi naturalnie stać się podstawą dla wszelkich działań podjętych przez oficera; gdyż oficer może wykorzystać wszystko, za wyjątkiem tolerancyjnego punktu widzenia. To, co przez to rozumiem, to fakt, że gdy oficer staje wobec jakiegoś problemu, zadania czy konieczności; to nie tylko ma on prawo odnieść się do tej konieczności, ale i obowiązek eliminacji wszystkiego, co staje na drodze osiągnięcia jej. Każdy oficer zetknie się z tą kwestią na drodze swego kierownictwa.
Natura niszczy jednostki niezdolne do życia
Niech mi wolno będzie podać wam przykład: już wyeliminowaliśmy jeden z waszych problemów, gdyż mamy wielu, którzy mówią, że „należą do takiej i takiej sekty, a ta sekta zabrania nam zabijać”. Zostaniemy żołnierzami, ale odmówimy zabijania. Był to problem, z którym oficer musiał się zmagać. Bazując na swojej wiedzy, zdawał sobie sprawę, że życie jest wieczną walką i że miał przygotować tych, co zostali mu powierzeni, do tej walki. Ale oto natyka się na kogoś, kto, bazując na zaszczytnej zasadzie, mówi mu: nie będę zabijał, będę robił co innego. Więc oficer musi to z nim dyskutować.
W taki sposób zostało stworzone najbardziej tchórzliwe rozwiązanie. Wówczas mawiano, że człowiek odmawiający walki był bezużyteczny, toteż w ogóle go nie rekrutowaliśmy; nawet nie istniał. Innymi słowy: kapitulowaliśmy przed zagadnieniem, aby w ogóle uniknąć zaadresowania go.
Dzisiaj państwo zatroszczyło się o to; państwo nie zna tego rodzaju względu. Istotnie, jest ono przekonane, że życie jest zmaganiem i walką; wieczną walką; jest to zasada, którą każdy oficer musi oczywiście zaakceptować jako swoją własną: gdyż nie mógł być oficerem nigdy bez akceptacji jej. Człowiek niechętny walce jest niezdolny do życia i musi zostać wyeliminowany. Tym niemniej, nawet jeśli trzymani są z dala ci, co z ideologicznych względów nie chcą się podporządkować, oficer wciąż jeszcze może znaleźć się w takiej sytuacji. To znaczy, może się zdarzyć, że tchórz zacznie zatruwać innych swoim tchórzostwem i oficer stanie twarzą w twarz z tą kwestią. Można sympatyzować; można nawet zrozumieć, że nie jadł już tak długo; że jest wyczerpany; że nie spał przez długi czas itd. Jednak bez względu na to, taki oficer musi znaleźć sposób na złamanie takiej jednostki, jeśli to konieczne, w interesie walczących sił, które mogą być kompanią lub batalionem, aby zapobiec upadkowi całego narodu. Jest to szczególnie ważne w waszej profesji jako oficerów, gdzie zrozumienie musi być zaangażowane nie tylko w wasz obowiązek szkolenia, lae także, jeśli to konieczne, w destrukcję tych, którzy opierają się szkoleniu. Natura jest nietolerancyjna. Natura jest najbardziej nietolerancyjna, jeśli użyć słowa „tolerancyjny” w jego ludzkim znaczeniu. Niszczy ona wszystko, co niezdolene do życia. Niszczy ona niechcących lub niezdolnych do obrony; i my ludzie jesteśmy jedynie drobinką kurzu w Naturze; człowiek to jedynie mała bakteria lub bakcyl na planecie takiej jak ta. Jeśli usiłuje on postępować wbrew tym prawom, to nie zmieni tych praw, lecz po prostu doprowadzi do końca swoją własną egzystencję.
Twarde prawa natury w pogramie politycznym
Włączyłem te zasady do polityki niemieckiej, co nie jest niczym nowym, odkąd komunizm uczynił to już dawno temu. Lecz chrześcijaństwo również podporządkowało się tym zasadom. Muszę to podkreślić, Panowie: nie jest to zasadą nie-chrześcijańską, co ja reprezentuję. Chrześcijaństwo zniszczyło tych, którzy nie wierzyli w to , w co mieli; tyle tylko, że nie tak szybko i nie w tak prosty sposób – my używamy pocisków, gdy oni używali ognia; palili swoich wrogów. Było zatem to pryncypium już wówczas akceptowane.
Zdałem sobie sprawę, że próbując budować nowe, silne państwo niemieckie, należy zapewnić te zasady nie tylko od wewnątrz, – nie wystarczy bowiem jedynie używać tych zasad, by edukować innych – trzeba być również zdecydowanym eliminować oponujących te poglądy lub niechętnych do zaakceptowania ich; jeśli chcieć, by stało się to częścią owego etosu.
Zacząłem wcielać ten etos eksperymentalnie wewnątrz naszego własnego ruchu. To dlatego nasz ruch był oceniany jako nietolerancyjny. Ale na skutek zastosowania tego przeze mnie nasz ruch, po niecałych 15 latach, okazał się zwycięskim; to jest, ponieważ podporządkował się prawom naturalnym, chociaż powstał w najbardziej niekorzystnych warunkach, jakie sobie można było wyobrazić. Na czele tego ruchu był przywódca (Fűhrer) – nieznany, biedny, bez prasy do swej dyspozycji; bez ludzi wielkich nazwisk, by go lansować; bez jakichkolwiek sympatii itd. Ale mimo wszystko ten ruch okazał się zwycięskim: to dowód, że to podstawowe przekonanie było słuszne oraz że wdrożenie tego przekonania było słuszne.
Byłem przekonany, że po wielkiej katastrofie nie można było wyeliminować przyczyn tego podstawowego prawa Natury poprzez dodanie nowej partii do grona pozostałych albo przez nadanie jakiejś partii burżuazyjnej wizerunku walczącej; dlatego też powziąłem moją decyzję. Później bywałem często pytany: dlaczego nie wstąpiłeś do jednej z tych partii? Panowie, kiedy batalion jest sam w sobie totalną klęską, stał się totalnie bezużyteczny, to nie ma sensu usiłowanie odbudowy takiej grupy. Zamiast tego najlepiej ją rozwiązać i zbudować nową jednostkę. Byłem przekonany, że zasadniczo zwolennicy oraz przywództwo posiadać winny tę samą świadomość i tego samego ducha.
Często spotykałem się z pytaniem: dlaczego nie wstąpiłeś do jednej z innych partii? Były one, tak jak i ty, również przeciwne marksizmowi i w nich mógłbyś wykorzystać swoje talenty! Tak, mógłbym użyć swych talentów, lecz żadne z ich kierownictw nie stanowiło idealnego pokrewieństwa ze mną. Trzeba było je dopiero zbudować. Potrzebowałem instrumentu reagującego na to, co zostanie mu nakazane; musiałby on być szczególnie zgrany ze stylem myślenia kierownictwa. Proszę mi wierzyć: nie można było spodziewać się czegokolwiek po tym starym „państwie partii”.
W istocie, owa katastrofa nie była jedynie zapaścią militarną; była to zapaść całej struktury społecznej (Volkskőrper): zapaść wewnętrzna, która miała oczywiście również swój wpływ na front. Gdy armie ulegają zniszczeniu w następstwie skutków walki zbrojnej – to znaczy wskutek użycia ciężkiej broni przez nieprzyjaciela – jest wciąż możliwe naprawienie szkody poprzez silny front wewnętrzny. To jednak nie miało miejsca w naszym wypadku. Nie mogliśmy polegać na żadnej z partii w rozwiązaniu tego problemu, poprzez jedynie wprowadzenie do nich poprawek. De facto należało uformować całe nowe społeczeństwo, organizując naród od nowa, aby stawić czoła „walce aż do upadłego”.
Należało też, równocześnie, odpowiedzieć na pytanie, czy załamanie z 1918 roku stanowiło koniec narodu niemieckiego – co było poglądem wielu – czy nie było ono, co z kolei było moim przekonaniem, początkiem nowego wcielenia (Volkskőrper)? Generalnie rzecz ujmując, czy załamanie nie następuje po to, by zlikwidować, w taki czy inny sposób, stan będący nie do utrzymania na dłuższą metę? Tutaj muszę wypowiedzieć się nieco na temat przyczyn tego stanu rzeczy, gdyż leżą one głębiej niż się to powszechnie wydaje, ale i dlatego, że są to problemy nie nadające się do dyskutowania przed masami.
Posiadamy własny naród, którego nie można zdefiniować jako rasy i jest to obecnie oczywiste dla milionów. Jednakże, Panowie, gdy rozpocząłem swą edukację (polityczną) dwadzieścia pięć lat temu, nie było to tak oczywiste; wtedy zawsze mówiono mi w kołach pozbawionych praw obywatelskich: tak, naród i rasa to jedno i to samo! Nie – naród i rasa to nie jedno i to samo. Rasa to składnik krwi, nukleus krwi, a naród jest bardzo często złożony nie z jednej rasy, lecz z dwóch, trzech, czterech albo pięciu rozmitych zawiązków rasowych. Tak czy inaczej nie jest możliwe ani nawet wskazane demontowanie takiego zjednoczonego ciała narodu, choć w trakcie rozwoju zdarzeń politycznych takie rozwiązanie może się pojawić. (1)
Gdy spojrzeć na naród niemiecki z czysto biologicznego punktu widzenia, to zobaczymy społeczność o wspólnym języku, zjednoczoną drogą okrężną poprzez wspólny twór państwowy, jest to jednak naród – i to jest chyba czynnik najistotniejszy – posiadający różnorodne pochodzenie rasowe: zawiązku rasy nordyckiej, niektórych zawiązków śródziemnomorskich, nawet trzon rasy europejskiej, prehistorycznej rasy, której nie jesteśmy w stanie dokładnie zdefiniować, ale która istnieje i istniała już w czasach greckich; Heloci ze Sparty pochodzili od tej rasy. I ten trzon rasowy istnieje również i u nas.
Widzimy w naszym narodzie istnienie różnorodnych zawiązków rasowych. Te zawiązki rasowe zawierają w sobie szczegóły odnoszące się do specjalnych zdolności tego narodu, odkąd te zdolności nie są pierwotnymi zdolnościami samego narodu niemieckiego, lecz raczej uzdolnieniami rasowymi. To, że naród niemiecki posiada w sobie szereg zawiązków rasowych, odzwierciedlone jest, w ostateczności, w bogactwie ich uzdolnień, gdyż wszystkie te zawiązki niosą w sobie pewne dyspozycje: czynnik nordycki jest bardziej przysposobiony do chłodnej pogody; jest uzdolniony matematycznie; jest wyjątkowy odnośnie czynnika organizacyjnego – czyli czynnika państwotwórczego na świecie aż do naszych czasów. Dodatkowo inne zawiązki rasowe zawierają w sobie dyspozycję bardzo artystyczną, z czysto optycznym talentem: zdolnością do obserwacji i opisu; a są też czynniki rasowe z bardzo silnym talentem muzycznym oraz czynniki rasowe o wyjątkowym talencie komercyjnym. Najsilniejszym z tych czynników posiadających talent komercyjny, lecz którym brakowało kreatywności, jest żydostwo; jedyną różnicą jest to, że gdyby żydostwo pozostało wśród nas przez dłuższy czas, to nie wyrosłoby jako czynnik rasowy wewnątrz narodu niemieckiego, lecz doprowadziłoby do kompletnego rozkładu narodu niemieckiego, krok po kroku.
Posiadamy obecnie kombinację tych czynników rasowych wewnątrz naszego narodu. Jest jednak rzeczą kluczową, z powodu wielości uzdolnień w narodzie niemieckim, że zachęcę te rasowe czynniki, odpowiedzialne za te zdolności, do ukazania się; innymi słowy: muszę się postarać o to, że talenty poszczególnych czynników rasowych stopniowo ujawnią się w całym narodzie niemieckim.
Cóż, Panowie, nie nastąpi to od prostego zapytania „kto ma talent?”. Raczej ów cud ujawnia się, gdy wezwanie otrzymuje odpowiedź. Inaczej mówiąc: jeśli uderzę pewien klawisz pianina, odpowiadająca mu struna odpowie zgodnie ze sposobem, w jaki pianino jest zaprojektowane – a gdy poszukuję pewnego talentu i mam swobodę wyboru, odezwą się ci ludzie, którzy zgodnie ze swoją naturą, z talentem tkwiącym w ich rasie, są najlepsi.
Jest to kluczowe dla kierownictwa narodu, ponieważ, jak się zdaje, jedynie nordycki komponent rasowy posiada autentyczną wartość (odnośnie talentu organizacyjnego). W całym procesie selekcji będzie to zawsze obraz ukazujący się w ostatecznym rozrachunku. Nie należy jednak zakładać, że taki był to obraz od początku, gdyż natura pokazuje nam, że w skrzyżowaniu dwojga rodziców o rónorakich talentach i zdolnościach, talenty i zdolności nie zawsze przechodzą z ojca na syna i z matki na córkę, lecz przeciwnie: następoje skrzyżowanie, tak więc, jeśli nordycki mężczyzna żeni się, na przykład, ze wschodnią kobietą, to dziecko niekoniecznie będzie nordyckim mężczyzną, lecz kompletnie wschodnim. Na przykład w każdym skrzyżowaniu łatwo może się zdarzyć, że talent organizacyjny ustępuje miejsca innemu talentowi.
Upośledzenie talentu politycznego w społeczeństwie kapitalistycznym – selekcja ekonomiczna
Jeżeli posiadamy społeczeństwo zorganizowane na bazie czysto kapitalistycznego rozwoju, który nie ma niczego wspólnego z nordyckim talentem kierowniczym, to wykształci ono najwyższą klasę i będzie rzeczą możliwą, że będzie ona składać się nie z elementów nordyckich, lecz z rasowych elementów mających silne skłonności do bycia prowadzonymi. To stanowiło tragedię starej Rzeszy Niemieckiej.
Każdy może doświadczyć rzeczy następującej i ja sam widywałem to często: na każdej budowie drogi, gdzie należało się zatrzymać, mogłem widzieć przed sobą dwa samochody: w jednym jakiś bogaty saksoński przemysłowiec; w drugim jakaś inny osoba z wyraźnym nienordyckim wyglądem – widocznym natychmiast, na pierwszy rzut oka. A robotnicy drogowi – załóżmy, że jest to gdzieś w północno-zachodnich Niemczech – mają fantastyczny wygląd i naturalnie wyrażają absolutną pogardę dla pasażerów wspomnianych pojazdów, kompletną pogardę! – Ci robotnicy drogowi bardziej nadawali się do przywództwa niż ci dwaj w samochodach.
Jeśli spojrzę na to z perspektywy politycznej – to znaczy jeżeli spoglądam na to z czysto materialistycznego punktu widzenia, zapewne z punktu widzenia farmaceuty lub producenta powrozów, albo z punktu widzenia muzyka, poety czy malarza, to efektem jest zupełnie inny obraz; wtedy oczywiście oni reprezentują liderów.
W normalnym życiu tak to następowało. Nikt w normalnych okolicznościach nie był zmuszony, by zostać farmaceutą, albo zmuszony, by pracować w ekonomii; zamiast tego życie prowadziło pewnych ludzi ku temu, by pracowali w tych profesjach, gdyż się do nich nadawali. Jednak gdy przychodziło do życia politycznego, sprawy miały się inaczej, gdyż ci, co zgromadzili bogactwo – drogą procedur ekonomicznych – byli jedynymi, którzy mogli sobie pozwolić na posłanie dzieci na studia uniwersyteckie. Dziecko było oceniane przez pryzmat swych rodziców. To dzielone dziedzictwo (między rodzicem a dzieckiem) było czysto komercyjnej natury; jednak dziecko wciąż rzekomo należało do „wyższych sfer” i dlatego też przejmowało kierownicze role w polityce.
Mieliśmy wówczas te partie składające się z członków burżuazji. Jednak termin „burżuazja” nie był pojęciem rasowym per se, lecz głównie ekonomicznym. Faktem jest: że burżuazja, w swej większości, zakorzeniona była w tych elementach (które dopiero co wspomniałem) i istniało niebezpieczeństwo, że powoli, poprzez proces edukacji – który sam w sobie zamieniony został w rodzaj sztuki i faktycznie bardziej formą programowania politycznego niż edukacją – wynosiła ona jedną swoją generację po drugiej, w ten sposób umożliwiając sobie wysyłanie swoich reprezentantów do wszystkich segmentów niemieckiego społeczeństwa, łącznie z korpusem oficerskim; i w ten sposób cały system został zalany elementami nie nadającymi się do wypełniania swoich zadań. I zawodziły one, nawet prz minimalnym nacisku. Ten ekonomiczny proces selekcji stworzył w rezultacie patriotów z parasolami, kompletnych z ich kapeluszami, którzy mieli stawić czoła niebezpiecznej masie ludzkiej.
Dobór kadry według zdolności – zapobieganie kontrrewolucji
Ludzie mówili mi: „Wiesz, tego nie da się rozwiązać siłą, to trzeba rozwiązać inteligentnie”; ci ludzie nie posiadający inteligencji, niezdolni do rozwiązania czegokolwiek, skapitulowaliby na każdy wrzask. Zapominali jednak, że było wystarczająco naszych ludzi gotowych do konfrontacji z tym motłochem – który łączył w sobie, z tego co wiem, motywy polityczne i kryminalne – i pozbyć się go. Byłem w stanie w ciągu jedynie kilka lat, oczyścić ulice z tych ludzi, lecz jedynie dlatego, ponieważ wyselekcjonowałem swoich liderów według odmiennej metody, mówiąc: „przywództwo w tej partii nie jest bazowane na bogactwie ani na pozycji społecznej rodziców, lecz na zdolnościach, bez względu na rodzaj wychowania i te zdolności będą dalej systematycznie wspierane”.
Z tym systematycznym podejściem, Panowie Generałowie i Oficerowie, kontynuowałem usuwanie z ciała narodu wszystkich tych elementów, które mogły, w jakimkolwiek moomencie, stać się bazą dla kontrrewolucji. Dlatego też uczyniłem swym obowiązkiem od samego początku wyszukiwanie tych, którzy posiadali talent przywódczy; wyodrębnienie ich natychmiast; uczynienie ich częścią przywództwa państwa; wyeliminowanie elementów Spartakusa (czyli komunistów ze Związku Spartakusa – przyp. MM), gdyż byli oni uważani za liderów nie z uwagi na ich zdolności – tak, tych rozczarowanych geniuszów, którzy pewnego dnia mogliby podekscytować masy; gdyż masy wiedzą, kto jest zdolny do przewodzenia, a kto nie. Każdy uczniak to wie. Weźmy klasę pełną zdrowych 10-latków i spróbujmy zainstalować w niej niekompetentnego nauczyciela. Te młode łobuzy zdadzą sobie sprawę z jego niekompetencji prędzej niż on sam. Ale dajmy im nauczyciela kompetentnego, a zobaczycie kolejne prawo natury w akcji; że ci chłopcy, co tak zatruwali życie temu innemu nauczycielowi i którzy, można powiedzieć, męczyli go i dręczyli – nie tylko podążą za tym nowym nauczycielem, ale dadzą nawet zań życie.
W ciągu całego życia można tego doświadczyć, szczególnie w siłach zbrojnych, gdzie jeden dowódca jest adorowany, podczas gdy inny nie będzie w stanie zaprowadzić dyscypliny. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ (fragment nieczytelny) będą wiedzieli, że ta osoba nie jest ich dowódcą? Odrzucają go instynktownie. Jeśli szwadron jest poniżej standardu, to nie jest to wina tych ludzi, lecz dowódcy, który zawiódł; i tak jest w każdym wypadku.
Jest zatem absolutnie konieczne, by na czele umieścić tych, którzy potrafią kierować, gdy kreuje się społeczeństwo. Dzięki temu, Panowie, jakikolwiek warunek późniejszej rewolucji zostaje wyeliminowany. I uczyniłem to poprzez ogromny proces budowy: najpierw samego ruchu, a potem całej Rzeszy. Dlatego nie powinniście patrzeć na mój program z punktu widzenia intelektualnego lidera partii burżuazyjnej.
Często bywałem pytany: „Dlaczego wprowadzasz te radykalne elementy do programu?”. „Bo potrzebuję tych radykałów!” Mówią mi: „Jeśli wyeliminujesz ten punkt, to natychmiast wstąpię”. Odpowiadam: „Ten punkt jest tutaj, aby zapewnić, że nie zostaniesz członkiem, bo cię nie potrzebuję!”.
(żywa owacja)
Odrzuciłem wielu, bo ich nie chciałem. Obserwowałem ich styl życia. Uczyniłem wstąpienie do partii niemożliwymdla wielu, bo wiedziałem dokładnie, czego się po nich spodziewać; stąd też nigdy nie przeniknęli do pozycji kierowniczych. Nigdy niczego się nie zyskuje na wprowadzaniu do przywództwa słabych elementów; wręcz przeciwnie, nadchodzi moment, kiedy się tego żałuje. Oczywiście ma się także trudności i z tą drugą stroną; doświadczałem tego przez całe życie. Moje siwe włosy są wynikiem wewnętrznych zmagań. Jakież kłopoty miałem ze swymi ludźmi! Wszyscy oni byli szorstcy. Gdy tylko trzech się zebrało i jeden na moment wyszedł, to pozostali dwaj natychmiast zaczynali walczyć ze sobą i tak to trwa po dziś dzień. Są to trudności jakżeż podobne do tych w siłach zbrojnych, i tak dalej – nic, tylko kłopoty: wielu szorstkich ludzi i tak dalej. Ale wy wiecie, że preferuję ludzi potrafiących podburzać, gdy panuje spokój, lecz gdy sytuacja staje się poważna, to wiem, że moi ludzie staną niczym bloki granitu. I dzisiaj każdy musi przyznać, że przywództwo tego ruchu różni się od niegdysiejszego przywództwa państwa. Tylko sobie wyobraźcie! – stare kierownictwo burżuazyjne w miejscu obecnego w czasie wielkich niedostatków dla własnego kraju, takim jak obecny; przeżylibyście szok swego życia: gdyż jeśliby to miało miejsce, to widzielibyście powtórkę Wielkiej Wojny na skalę o wiele większą. A czymże były znoje Wielkiej Wojny w porównaniu do obecnych? W naszym wypadku mamy w mieście takim jak Hamburg dwa razy większą liczbę ofiar (w ciągu zaledwie nocy) niż podczas cały miesiąc Wielkiej Wojny po stronie Niemiec, więc jeśli niemal 100% ludzi tego miasta wróciło do pracy w ciągu ledwie kilku dni – nawet kobiety wróciły do miasta – i to w całkowitym porządku, to jest to dowodem, że tworzenie naszego przywództwa stanowiło sukces.
(energiczny konsensus)
Naturalnie, nie było to pięknym obrazkiem na początku, przyznaję to. Na początku mieliśmy kłopoty za kłopotami i aż do czasu, gdy udało się wszyskich pogodzić i zdyscyplinować, można było osiwieć. Ale zawsze byłem przekonany, że pewnego dnia zostanie to wynagrodzone; to znaczy, że każdy zorientuje się, że wyselekcjonowani liderzy są tymi właściwymi, gdyż zostali wyszkoleni w filozofii partyjnej. Istotnie, było to fundamentalne; kluczowe. Bo jeśli mówimy dziś o społeczeństwie narodowym, to musimy uznać, że mogło ono zostać zbudowane i zachowane jedynie pod zdolnym przywództwem.
Edukacja narodowa – kształtowanie przywództwa
W chwili obecnej w zamkach odbywają się najprzeróżniejsze seminaria, wiele z nich prowadzonych przez oficerów Zakonu Niemieckiego (Deutscher Orden), nie dlatego, że są najlepsi, lecz ponieważ dają im wgląd w to, jak zaczęliśmy edukować naszą młodzież. Panowie, oczywiście to nie jest jeszcze gotowy produkt. Nie zapominajcie: w 1933 doszliśmy do władzy; w 1939 zaczęła się wojna; minęło jedynie sześć lat. Podczas wojny postęp jest powolny. Jednak nie może być żadnej wątpliwości: jeśli kto zechce spojrzeć na nasz naród po pięćdziesięciu latach pokoju, to trzeba będzie skonkludować, że nasz naród jest całkowicie zorganizowany pod przywództwem politycznym reprezentującym to, co naród ma najlepszego do zaoferowania. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości.
(owacja)
Trzeba powiedzieć, Panowie, że mamy pośród nas nie tylko wybór utalentowanych mówców, ale i nieustraszonych przywódców. Nie wybieramy młodych ludzi jedynie dlatego, że są utalentowani intelektualnie, jak niegdyś. Był to czas, gdy wielu utalentowanych młodych ludzi sadzano w kącie. Nauczyciele stosowali metodę posyłania do kąta jako formę zemsty, gdy utalentowany uczeń ich konfrontował.
Panowie, nie jest to po prostu kwestia edukacji naukowej, ale także metoda spoglądania na charaktery chłopców – ich postawy, twardość, zalety przywódcze, ich tak zwaną zdolność bycia „prowodyrem”, z których wszystkie rozwijają się wcześnie. Wszystko to trzeba brać pod uwagę obok ich zalet intelektualnych. Patrząc na młodzieńca, czasem trzeba przyznać, że jest utalentowany; rzeczywiście preferuje on, przynajmniej momentalnie, boksować się lub robić podobne rzeczy, gdyż najlepsze oceny uzyskuje z wychowania fizycznego; po prostu nie jest dobry z innych przedmiotów.
Wcześniej, niespełna trzydzieści lat temu, gdy ktoś dostał zły stopień, to był skończony, wyrzucony. Dzisiaj idziemy na kompromis. Co się tyczy artyzmu, idziemy obecnie tak daleko, że wysyłamy utalentowanego młodzieńca do szkoły artystycznej. Jeśli staje się jasne, że ten chłopak nie jest dobry w matematyce i że nie ma talentu językowego, albo że przedmioty naukowe są dla niego zamkniętą księgą i że tak już pozostanie, ale że jest utalentowanym artystą – to zostanie muzykiem. Reszta edukacji zostaje i tak później w życiu zapomniana. Zapominamy dziewięć dziesiątych spośród tego, czego na codzień nie potrzebujemy. Jedynie ta wiedza nabyta, która jest potrzebna, pozostanie z nami.
Dlatego selekcjonujemy utalentowane jednostki bez względu na ich pozycję społeczną i pochodzenie; i wierzcie mi, eliminujemy w ten sposób większość trosk społecznych bazując na dwóch faktach. Po pierwsze tworzymy wspólnotę, której przywództwo pochodzi z ludu, czyli zna troski zwykłych ludzi. Poprzez nieustanne uzupełnianie od dołu do góry, czynię to, co zawsze czynił Kościół Katolicki, który drogą celibatu – księża nie mogą mieć dzieci – zawsze zmuszony był do znajdowania nowych księży spośród ludu. (2) To dlatego mamy księży pochodzących z rodzin biurokratów niskiego szczebla, drobnego biznesu, jak też spośród niegdysiejszych chłopców z roli i tak dalej. To stanowi o sile tego tak zwanego kościoła wojującego. I ja selekcjonuję również tak jak oni – nie poprzez celibat, gdyż go nie potrzebuję (słychać wyrazy uznania i wesołości wśród słuchaczy) – generację spośród narodu. Cała populacja jest przesiewana i to tworzy, w miarę upływu czasu, przywództwo narodu, zaznajomione z codziennymi problemami życia; ich doświadczenie uzyskiwane jest w ich młodości poprzez bycie z krewnymi, rodzicami etc.
Jednak oni sami wyrastają ponad pozostałych; przyjrzyjcie się moim Gauleiterom, którzy są wyjątkowo praktyczni, wiedzą o co chodzi i są zdolni do rozwiązywania powszechnych problemów dzięki swemu zdrowemu rozsądkowi. Gauleiterzy i inni urzędnicy otrafią to czynić niemal z zawiązanymi oczyma, bo sami tego doświadczyli. Jestem w stanie rozwiązywać kwestie społeczne, gdyż wprowadzam szeroką gamę elementów społecznych.
A po drugie jestem w stanie rozwiązywać problemy poprzez wprowadzanie do kierownictwa najlepszych i najenergiczniejszych ludzi, w ten sposób uniemożliwiając wszelką próbę kontrrewolucji, lecz przede wszystkim po to, aby zademonstrować, że to jest społeczeństwo bezklasowe. Wierzcie mi, gdy mówię, że ideały są generalnie ważniejsze niż tak zwane „realia”, i jest to szczególnie prawda w odniesieniu do nas, Niemców. Nie zapominajcie, my Niemcy jesteśmy tak zatroskani o ideały, że prowadziliśmy Wojnę Trzydziestoletnią o to jedynie, by rozstrzygnąć czy Komunia Święta winna być przyjmowana pod jedną postacią czy pod dwiema, oraz z powodu innych ważnych rzeczy. (sarkazm)
Dlatego jest ważne dla tego narodu przekonanie, że przywództwo składa się z przedstawicieli całego społeczeństwa, a jest to ważne szczególnie dla kobiet i matek. Ponieważ jest rzeczą specjalną dla matki, by zdawać sobie sprawę, że dziecko, które nosi, może naprawdę osiągnąć „Bóg wie co” w tym państwie. I jeśli dziś patrzymy obiektywnie na pozytywne osiągnięcia, nie te polityczne na początku, które w każdym wypadku były przeważnie okropne – jeśli uczciwie wziąć te osiągnięcia pod uwagę – te, które formują cały naród, jak aspekty kulturalne i naukowe, zdobycze socjalne narodu, osiągnięcia intelektualne i inne; i jeśli potrafimy dostrzec, że wszystkie one są produktami indywidualnych jednostek ludzkich; i jeśli mogliby oni wsszyscy pojawić się przed maszymi oczyma, wtedy wszyscy ci nieznani wynalazcy, badacze, naukowcy, inżynierowie, technicy i chemicy etc mogli powstać, tak jak wielcy artyści, muzycy naszego narodu i Bóg wie kto jeszcze, komu winniśmy dziękować (za osiągnięcie wyżyn kulturowych) i komu winniśmy wdzięczność za fakt, że jesteśmy w stanie mówić językiem – zaiste, że z dumą możemy twierdzić, że jesteśmy Niemcami – moglibyśmy nagle zobaczyć, niczym w czarach, matkę stojącą obok każdego z nich. I ujrzelibyśmy czym te matki naprawdę były; jakimi biednymi małymi istotami – żonami wieśniaków. Żonami robotników, żonami drobnych artystów etc.
A jakie znaczenie mają synowie tych matek? Jest coś ogromnie considerate w narodzie, który, zdawszy sobie sprawę, że nawet jeśli są różnice w zdolnościach i w konsekwencji także w zakresie osiągnięć (i tak już zawsze będzie), staje się przekonany, że jeśli znajdzie się utalentowane dziecko, gdziekolwiek się ono znajdzie, należy się o nie zatroszczyć za wszelką cenę i pomóc mu zamiast stwarzać sztuczne przeszkody na jego drodze z powodu jego urodzenia (czyli: pochodzenia – przyp MM); (w przeciwieństwie do Niemiec z przeszłości) państwo dopomaga uzdolnionemu dziecku pokonać przeszkody (finansowe i klasowe).
(burzliwa owacja)
Eliminuje to ostatnie resztki marksistowskiej teorii klasowej. I, Panowie, jest to to przekonanie – przeważające wśród szerokich mas Niemców – za które my, czyli my wszyscy możemy być wdzięczni: umożliwia ono starym niemieckim robotnikom iść do pracy w fabrykach, czego część z nich odmawiała w 1917 roku. Jeżeli pracują dzisiaj, to dlatego, że są przekonani, że walczą dla swojego kraju; jest to ich państwo, nawet jeśli są jedynie zwykłymi robotnikami. Ale wiedzą oni, że w tym państwie cieszą się prawami obywateli elity – posiadają totalną równość, która daje im ogromną władzę – i są przekonani, że to państwo, jeśli dane mu będzie rozwijać się, zadba o ich dzieci i że każdy traktowany będzie zgodnie ze swymi zdolnościami.
I uczyniłem to – z pewnością mogę to powiedzieć – nie raniąc nikogo. Bo można to również osiągnąć przez niszczenie wszystkiego najpierw, jak to zrobili bolszewicy i przez zabijanie i tak dalej – a ja tego nie zrobiłem. A ponieważ wierzę w proces selekcji, który sprawdził się już w przeszłości, to wiem, że przywództwo dnia dzisiejszego jest produktem procesu selekcji z przeszłości. A ponieważ wierzę również w dziedzictwo, to widzimy tutaj kontynuację linii dziedzicznej. Dlatego nie chciałem niszczyć tego starego dobra, lecz wychować coś innego. Chciałem zachować je i wymieszać z tym nowym w miarę upływu czasu.
Ze nie jest to łatwe, można iść o zakład. Byłoby dla mnie znacznie łatwiejsze pozbycie się wszystkich starych elementów, jak to zrobiono w bolszewizmie, by je wykorzenić i zacząć coś zupełnie nowego. W takim wypadku to porównanie nie byłoby dzisiaj ewidentne. Muszę tu zaznaczyć, że wojna przynosi pewien swój ogromny efekt edukacyjny. Nigdy nie zostałbym narodowym socjalistą, gdyby nie Wielka Wojna. Lecz wojna miała, obok wszyskiego innego, co się zdarzyło, przemożny efekt edukacyjny. Byli tacy, co mawiali: „wiesz, narodowy socjalizm jest w porządku, ale jeśli sobie wyobrażam, że któregoś dnia będę uhonorowany, gdy będę siedział obok któregoś z tych proletariuszy, to musisz zrozumieć, według wszelkich reguł stosowności – jakże mógłbym? Przecież ja jestem kimś (część nieczytelna). Oczywiście ja też jestem zatroskany o mój naród, jako że my wszyscy dążymy do tego, by być zjednoczoną gromadą braci (wydaje się to brać ze Szwajcarii), ale w każdym razie trochę dystansu – dystansu, proszę pana! Tak, wszystko winno mieć swoje granice; nie powinniśmy wylewać dziecka razem z kąpielą!”.
- Druga strona mówiła w zasadzie to samo: „Co? My mamy siedzieć razem z tymi grubymi rybami, tymi kapitalistami? Nie ma mowy, niech ci się nawet nie śni! Mamy swoją świadomość klasową, jesteśmy proletariuszami!”. Tak więc mieliśmy świadomych klasowo z jednej strony, a z drugiej tych zatroskanych o ich pozycję społeczną i ten rodzaj uprzedzeń był nieraz twardszy niż betonowy wał, który obecnie budujemy (chodzi o Wał Atlantycki – przyp.).
(wyrazy wesołości i uznania)
Jednak mimo to udało nam się przełamać te uprzedzenia i bez względu na retorykę obu stron zbudować partię – choć z wieloma niepowodzeniami. I to właśnie dlatego, Panowie, jestem odporny na kryzys. Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie nawet niepowodzeń, które znosiłem w życiu! To, czego doświadczamy obecnie w niepowodzeniach militarnych, służy jedynie obnażeniu błędów, jakie popełniliśmy poprzednio, co może jedynie pomóc nam ulepszyć naszą organizację następnym razem. Jest to jednak nieistotne w porównaniu do trudności, jakie miałem, gdy usiłowałem zbudować partię.
Nigdy nie mówcie, „ale to było nieważne”. Panowie, ta partia była moim życiem i została zbudowana na przeświadczeniu, że los Niemiec zawisł na włosku, tak jak obecnie w tej wojnie; i gdybyśmy nie byli zdolni zorganizować się wtedy, to pewnego dnia fala bolszewicka zalałaby Europę. W to, że państwo polskie mogłoby temu zapobiec, albo jakiekolwiek inne państwo, nie wierzy już nikt, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę to, czegośmy się zdołali dowiedzieć (3). I moja bitwa 1933 roku była częścią tej walki, z odniesieniem do pytania: „być albo nie być”.
Byłem przekonany w tamtym czasie, że wszystkie te niepowodzenia należało przezwyciężyć, gdyż historia uczy nas, że każdemu przedsięwzięciu towrzyszyły niepowodzenia i należy ten fakt zaakceptować. Wymieńcie bodaj jedno wielkie wydarzenie historyczne, które nie byłoby okupione niepowodzeniami. Niemożliwe.
Każde państwo musiało pokonywać kryzys na swej drodze. Możecie być pewni, że nie było ani jednego wielkiego człowieka, który nie musiał przezwyciężać kryzysu; ani jednego. Wielcy, sympatyczni ludzie w niemieckiej historii to ci, którzy musieli pokonać największe kryzysy i którzy musieli o to walczyć. Weźmy na przykład, z nowszych czasów Marcina Lutra lub tym bardziej Fryderyka Wielkiego czy choćby Ryszarda Wagnera – wszyscy oni w kompletnie różnych dziedzinach, jako że wybrałem trzech z rozmaitych dziedzin – wszyscy trzej byli ludźmi, którzy (fragment nieczytelny) zwalczali wielkie trudności i osiągnęli cel dzięki swemu uporowi i wytrwałości.
Był jednak jeszcze jeden problem, który należało rozwiązać, jeśli Niemcy miały się odrodzić. Nie była to po prostu sprawa porządku społecznego. Nie, najważniejszą sprawą było spróbować i zmobilizować te elementy intelektualne, już obecne, które już w przeszłości okazały się siłą wiodącą potrafiącą pomyślnie pchnąć ludzi do dania z siebie wszystkiego. Istniały dwa główne punkty widzenia: z jednej strony ideał nacjonalistyczny, maskowany i rozmaicie definiowany, lecz jednak siła, która tym niemniej była zdolna do mobilizowania w roku 1918 setek tysięcy ochotników gotowych do walki i ryzyka utraty życia we Freikorps – a nie można spodziewać się większej formy idealizmu od zwykłego człowieka niż tej, w której gotów jest on stracić życie dla wyższego celu, jeśli to konieczne.
Lecz idealiści stali również po drugiej stronie barykady: komuniści, którzy wierzyli, że walczą o wyższy ideał komunistyczny. Tak więc mieliśmy dwa fenomeny zwalczające się nawzajem. Z jednej strony był nacjonalista, bardzo biedny diabeł, również krańcowo biedny oficer; z drugiej zaś strony był komunista lub spartakusowiec, członek USPD itd –również biedne diabły. Te segmenty społeczeństwa kapitalistycznego, które były usatysfakcjonowane systemem, nie walczyły; oczywiście nie trzeba dodawać, że dotyczyło to również liderów żydowskich i marksistów.
Było zatem jasne od samego początku, że nowy ruch, który można było nazwać w inny sposób, musiał wziąć pod uwagę te dwa elementy rewolucyjne. Nie można było powiedzieć: „nie uznajemy ich istnienia i odrzucamy je”; nie, musieliśmy uznać, że stanowią one siły same w sobie.
Wtedy definicje tych dwóch konceptów były diametralnie przeciwstawne. Jeden z nich stał po prawej, drugi po lewej stronie barykady. Ja osobiście stałem na samej barykadzie i naturalną koleją rzeczy ostrzeliwany byłem przez obie strony. Usiłowałem zdefiniować dla nich nowy koncept z mottem, że ostatecznie nacjonalizm i socjalizm są tym samym pod pewnymi względami; że umieszczając je w centrum, nie promowałem jakiegoś specjalnego konceptu klasy lub pozycji społecznej jako trzeciego oponenta, lecz raczej próbowałem zgrupować wszystkich tych ludzi w centrum tego, co było i jest pożądane. Socjalizm nie był w takim wypadku, tak jak i nacjonalizm, niczym więcej niż walką za cały naród jako jedną wspólnotę.
Byłem wówczas atakowany zarówno przez lewicę jak i prawicę. Lewica deklarowała, że było niemożliwym połączyć się z nacjonalizmem, bo „nacjonalizm” reprezentował burżuazję, z drugiej zaś strony burżuazja odrzucała socjalizm, bo był on uważany za koncepcję marksistowską, t.j. za koncepcję internacjonalistyczną.
Tym niemniej jedna rzecz była teraz jasna: „rasa” (Volk) i „naród” (Volk) nie są jednym i tym samym. Mogłem sobie wyobrazić naród z nieliczną klasą wyższą i podążającą za nią totalnie zabiedzoną masą publiczną: zrujnowaną, zawszoną i brudną, ale wyszkoloną w ślepym posłuszeństwie. Taki wizerunek nie przynosił mi jednak satysfakcji; był dla mnie ohydny. Tym, w co ja wierzyłem jako ideał wart realizacji, był naród, który jako całość był obrazem zdrowia. Gdyż na dłuższą metę nie byłbym w stanie reprezentować interesów państwa posiadającego ciało inne niż zdrowe: gdyż inne ciało pewnego dnia uległoby dezintegracji, najpóźniej wtedy, gdy pojawiłby się katalizator mogący zjednoczyć i zmobilizować tę masę lewicową, a byłoby nim obce ciało judaizmu.
Dlatego też musiałem przedstawić nowy, popularny koncept, a mogłem to zrobić jedynie poprzez wyobrażenie przyszłego społeczeństwa jako społeczeństwa idealnego, w którym przeciętna osoba cieszy się w praktyce najwyższym poziomem edukacji, kultury i standardów życiowych. I gdy uznało się to za ideał, to wierzcie mi, gdy mówię, że jest to tak satysfakcjonujące staranie się o naród, jak dla dowódcy kompanii staranie się o swych żołnierzy; on również zaczyna uważać swych ludzi za sens swej egzystencji. Nie ma niczego takiego w nich, co nie stanowiłoby przedmiotu jego zatroskania; nigdy nie ma niczego takiego, czego potrzebują, a o czym on by nie wiedział; widzi w nich przedłużenie siebie samego. Troszczy się o każdego z nich itd, a im bardziej jego ludzie są usatysfakcjonowani, tym bardziej usatysfakcjonowany jest on sam i wysoko to sobie ceni. Oto czym to jest dla kogoś, kto przewodzi narodowi.
Przezwyciężanie państwa klasowego. Usunięcie Żydów
Dlatego też uczyniłem celem mego ruchu przezwyciężenie starego państwa klasowego. – Teraz, muszę przyznać, w pewnym sensie było to łatwe. Wśród nas Niemców, mieliśmy ogółem około 800,000 Żydów: w Ostmark (Austria) ponad milion, a razem z Sudetenland znacznie ponad milion. Byli oni wśród naszego narodu obcym obiektem, który systematycznie brał się za zajmowanie wszyskich kluczowych pozycji, a gdy to było osiągnięte, następni z tej samej obcej grupy udawali się ich śladem. Niektórzy nigdy nie zrozumieli dlaczego postępowałem tak brutalnie w tej kwestii; to jest ludzie, którzy winni mi za to dziękować, nie rozumieli. Gdybym tego nie uczynił w moim wysiłku zbudowania zjednoczonego społeczeństwa, musiałbym przearanżować pozycje zajmowane przez starszych, tych, co byli na swych posadach ze względu na swoje zdolności lub przez czyjąś protekcję.
Usunąłem Żydów z tych pozycji; usunąłem ich bezwzględnie. I tutaj też postąpiłem tak jak postępuje natura – nie brutalnie lecz rozsądnie – by zachować najlepszych, i w ten sposób uczynić osiągalnymi setki tysięcy posad. W ten sposób nie tylko zapobiegłem prezentowaniu siebie przez „narodowy intelekt” jako proletariacki, lecz byłem w stanie przesunąć powoli dziesiątki tysięcy zdolnych dzieci narodu na te posady. Uwolniłem nieprzeliczone liczby studentów (?), którzy hodowali torf, i zaoferowałem im posady. Ale umożliwiłem także setkom tysięcy robotników i dzieciom rolników przygotowanie się do tych posad, które były uprzednio zapełnione Żydami – obcym ciałem.
(żywa owacja)
Miało swoją inną jeszcze dobrą stronę, Panowie, ponieważ usunęło ów katalizator z szerokich mas, o którym już była mowa. Poprzez usunięcie Żydów wyeliminowałem wszelką możliwość stworzenia rdzenia rewolucyjnego. Mówiono mi: z całą pewnością, ale czy nie można było tego zrobić w prostszy sposób, a jeśli nie prostszy, gdyby wszystko inne stało się bardziej skomplikowane, to w bardziej ludzki? Panowie oficerowie, toczymy walkę na śmierć i życie. Gdyby nasi wrogowie i oponenci odnieśli sukces, naród niemiecki zostałby wyeliminowany. Bolszewizm powyrzynałby milionz, miliony i miliony naszej inteligencji. A czego by się nie dało zabić strzałem w potylicę, zostałoby wywiezione gdzie indziej. Dzieci przedstawicieli wyższych sfer zostałyby zlikwidowane. Całe to bestialstwo zostało zorganizowane przez Żydów. Bomby zapalające, tak jak i inne bomby, spadają na nasze miasta, nawet jeśli nasi nieprzyjaciele wiedzą, że jedynymi, których one zabijają, są kobiety i dzieci. Zwykłe pociągi pasażerskie są ostrzeliwane, tak jak i rolnicy na polach. W ciągu jednej nocy w Hamburgu straciliśmy ponad 40,000 kobiet i dzieci. Zostali spaleni. Nie spodziewajcie się po mnie niczego innego niż faktu, że będę reprezentował nasze interesy narodowe w sposób najbardziej efektywny i przynoszący największą korzyść naszemu narodowi niemieckiemu.
(długotrwała żywa owacja)
Tutaj, tak jak i w innych sytuacjach, humanitaryzm stanowiłby największe okrucieństwo wobec własnego narodu. Gdyż, jeśli i tak będę znienawidzony przez Żydów, to nie chciałbym przepasować korzyści, jakie daje ta nienawiść.
Naszą korzyścią jest to, że mamy teraz dobrze zorganizowane społeczeństwo i żadni outsiderzy nie mogą nas pouczać. Porównajcie to z sytuacją innych państw. Byliśmy świadkami tego, co się dzieje, gdy państwo obiera pójście w przeciwnym kierunku, tak jak Węgry. Całe państwo ulega rozkładowi i korozji. Żydzi są wszędzie, aż po najwyższe pozycje. Żydzi za Żydami, całe państwo stanowi jedną sieć szpiegów i agentów, którzy pozostawali nieaktywni, gdyż obawiali się, że jeśli będą działać, to my się wmieszamy – jednak wyczekiwali na swój czas. Interweniowałem tam również i ten problem też został rozwiązany, jednak muszę powiedzieć: Żydzi uczynili swoim celem eliminację ludów niemieckich (t.j. Niemców w krajach całej Europy).
Wyjaśniłem Reichstagowi 1 września 1939 roku, zaznaczając, że jeśli ktokolwiek wierzył, że naród niemiecki zostanie wyeliminowany poprzez wojnę, to się mylił; że jeśli żydostwo popróbuje tego, to wtedy Żydzi, a nie Niemcy, zostaną wyeliminowani.
(żywa owacja)
W ten sposób prawdopodobnie uczyniliśmy największy krok ku porządkowi wewnętrznemu. Wszystko potem znalazło się na swoim miejscu. I w tym miejscu pragnąłbym powrócić do początku moich rozważań i terminu „etos” (Weltanaschauung). Zaznaczyłem, że nie jest to niczym więcej niż poglądem na świat, odzwierciedlającym najnowsze percepcje naukowe, które są najrozsądniejszymi percepcjami. Do każdego problemu podchodziłem w ten sposób. Oto w jaki sposób uporaliśmy się z problemami ekonomicznymi. Panowie, my rozwiązaliśmy problemy ekonomiczne, o których tak zwani eksperci mówili, że nie mogą zostać rozwiązane. Rozwiązaliśmy problemy kulturowe. Oto, co nam mówili: „Co, chcecie usunąć Żydów? Ha-ha! Postępując w ten sposób, usuniecie wszystkie pieniądze; nie będziecie mieli więcej pieniędzy!” Jak gdyby to Żydzi byli elementem tworzącym pieniądze! Pieniądze mają sens jedynie, jeśli stoi za nimi namacalna wartość państwa. A ta wartość nie została stworzona przez Żydów, lecz przez ludzi, którzy albo wymyślali cenne rzeczy albo je tworzyli. Żydzi wcisnęli się pomiędzy wynalazcę, producenta i konsumenta. W przypadku Żydów mamy do czynienia z regulatorem, który stanowi przeszkodę. Usunąłem ten regulator, który regulował przepływ poprzez zamykanie lub otwieranie, zależnie od sposobności.
W młodości często odwiedzałem Deutsches Museum w Monachium – w owym czasie pierwsze wielkie muzeum techniki,ó. Byłem niezmiernie zainteresowany ekspozycją; a będąc tam, usiłowałem ustalić, co spośród wszystkiego, co wynalezione zostało przez ludzkość, zostało wynalezione przez Żydów? Żydów, którzy dominują nad wszystkim: całą gospodarką, naszym przemysłem, zdominowali wszystko! Ale co wynaleźli? Gdzie są żydowscy wynalazcy? Nie dało się znaleźć żadnego, nawet jednego!
To samo pytanie można postawić odnośnie życia kulturalnego. Mówiono mi: „jeśli usuniesz Żydów, to równie dobrze możesz pozamykać wszystkie teatry!”. Ale kto w istocie stworzył naszą kulturę? Żydzi? Kim są nasi najwięksi poeci (fragment neczytelny, prawdopodobnie filozofowie i kompozytorzy) – czy to byli Żydzi? Jak było to możliwe, że Żydzi postrzegani byli jako twórcy dzieł tworzonych przez największych Niemców, po prostu dlatego, że rozpowszechniali wiedzę o największych Niemcach?
Ten eksperyment dowiódł, że miałem rację. Usunąłem Żydów. Niemieckie teatry są bardziej popularne niż kiedykolwiek. Niemiecki przemysł filmowy kwitnie. Niemiecka literatura, niemiecka prasa: czytana jak nigdy przedtem. Teatr? – o wiele lepszy!
Brak moralności został wyeliminowany w nieliczonych miejscach, a nie staliśmy się fałszywie pruderyjni. Gdyż i w tej dziedzinie wystarczyło, że trzymaliśmy się mocno jednej zasady, którą było przetrwanie naszej rasy; zachowanie naszego własnego rodzaju. Wszystko, co pomaga w zachowaniu tej zasady, jest słuszne, a wszystko to, co jest dla niej szkodliwe, jest niesłuszne.
(żywa owacja)
Rozrachunek z przeszłością – tradycja a współczesność
Stosownie do tego, podjęliśmy rewolucyjne kroki w niektórych obszarach i zdaję sobie sprawę, że nie będą one zrozumiane, choćby nie wiadomo co, głównie przez tych, którzy nie śledzili naszego ruchu z naukowego punktu widzenia, lub też byli niezdolni, by to uczynić. Również my często kolidujemy ze starymi percepcjami, starymi konceptami moralnymi i tak dalej. Jednak często zapominamy, że te koncepty moralne są jedynie nieuczciwymi konceptami, które, na przykład, nawet nie istnieją u każdego ludu, gdyż każdy lud postrzega je inaczej. Czegóż nie musialiśmy eliminować!
Jednak, Panowie, w procesie konstrukcji nowego wielkiego społeczeństwa, albo w procesie organizowania wspólnoty ludowej na wielką skalę, zawsze trzeba pozbywać się starych tradycji, zawsze!
Pozwólcie, że powrócę do aspektu wojskowego. Formacja państwa Prus – zaczynam od rdzenia naszej Rzeszy – był w końcu procesem stopniowej eliminacji licznych tradycji innych małych państw. A to zawsze jest bolesne. Formacja Rzeszy Niemieckiej – począwszy od Związku Północno-Niemieckiego – a później samej Rzeszy Niemieckiej – była, po raz kolejny, atakiem na liczne stare tradycje. Wierzcie mi, oczywiście nie było łatwym dla Bawarczyka zrzeczenie się własnej historii albo zrzeczenie się wydarzeń ściśle związanych z historią Bawarii.. Dodatkowo proces ten nie był wcale łatwiejszy dla Hanowerczyków; nie był łatwiejszy dla Saksończyków; nie był łatwiejszy dla Wűrttemberczyków; nie był łatwiejszy dla Austriaków: również Austria była wielkim krajem swego czasu. W pewnym momencie tych 9 milionów Austriaków rządziło 56 milionami ludzi różnych ras. Rezygnacja z własnej niepodległości jest zawsze trudna. Ale gdzież byśmy byli, gdyby to zjednoczone państwo niemieckie nie zostało stworzone?
Tym niemniej zawsze podkreślałem rzecz następującą: nie jest to dokonywane z pogardy lub lekceważenia dla osiągnięć innych jednostek ludzkich. Gdy będzie zbudowana w Berlinie hala wojskowa, wszyscy wielcy niemieccy dowódcy z naszej historii zostaną w niej unieśmiertelnieni; postaram się o to, by wszyscy oni zostali upamiętnieni, bez względu na to gdzie walczyli w swoim życiu. Będzie tam Fryderyk Wielki, jak również jego generałowie; ale też z drugiej strony Daun, Laudon, historyczni wrogowie Niemców z przeszłości, o ile byli godnymi przeciwnikami, zostaną tam wystawieni jako brać. Zjednoczyliśmy w naszej Rzeszy wszystkie tradycje różnych państw niemieckich z przeszłości, jak również wszystkich poszczególnych plemion, co jest rzeczą godną dumy.
W Reichshalle w Berlinie znajdziecie pomniki wszystkich bohaterów niemieckich, tych z przeszłości i teraźniejszości i zostaną oni tam złożeni na spoczynek razem, jako bracia, bez względu na to do jakiego plemienia należeli; o ile tylko są oni godni bycia pamiętanymi przez wszystkich Niemców, pamięć o tych ludziach zostanie przedłużona. Oznacza to, że w tym państwie równoczesna pamięć całej wielopostaciowości naszej niemieckiej historii będzie utrzymana i jest to konieczne. Wiele z togo, co jest szkodliwe dla jednostki, zostanie wyeliminowane i jest to konieczne.
Panowie, oto dlaczego nigdy nie uważałem roku 1933 za pierwszy rok niemieckiej historii. Wówczas wielu pytało mnie: „dlaczego nie mówisz Rok Nr 1, Rok Nr 2?”. To by pasowało do Anglików z ich megalomanią! Gdy ktoś zapytał mnie: „Który rok uważasz ża pierwszy w niemieckiej historii?” – Odpowiedziałem mu: „szczerze, nie wiem, najpóźniej była to bitwa w Lesie Teutoburskim, ale być może nawet wcześniej, po niektórych bitwach Teutonów i Cimbri. Dlaczego nie? Wszystko to jest historia Niemiec. Gdy dziś patrzę na niemiecką historię jako część wielkiego obrazu, uważając dzisiejsze państwo niemieckie jako produkt końcowy aspiracji niemieckiej działalności militarnej i politycznej, to mam prawo do jednoczenia wszystkiego tego, co zostało osiągnięte przez Niemców w przeszłości. Tak więc niech któryś z tych śmiesznych Brytyjczyków przyjdzie i skonfrontuje się z nami! Mogą kolportować swoje śmiechu warte opowieści o królach angielskich, gdy ja za to wymienię naszych cesarzy. Mogę powiedzieć Brytyjczykom, że w czasie, gdy Anglia składała się z jednej śmiesznej wyspy, niemieccy cesarze przejeżdżali tysiące kilometrów, reprezentując Rzeszę Niemiecką.
(żywa owacja)
Czym była Anglia wtedy? Małą, śmieszną enklawą zaludnioną przez Teutonów, niczym więcej.
Niemiecka historia nie zaczęła się z nami, ale zostanie ukończona przez nas. Ta tak zwana Trzecia Rzesza ukończy to, do czego aspirowała Pierwsza Rzesza, a której aspiracje zostały przeoczone przez Drugą Rzeszę; ale cel Pierwszej Rzeszy zostanie ostatecznie wypełniony przez tę, Trzecią Rzeszę. Oto, do czego dąży to państwo. Wszystkie ogromne organizacje, założone wraz z partią jako modelem, służą temu celowi jedynie, uformowane z zaczynu, ciała naszego narodu.
I w tym miejscu muszę wspomnieć sprzeciw, jaki często słyszymy. Mówi się nam: „Z pewnością wszystko to miało miejsce, ale dlaczego wciąż utrzymujecie partię jako małe ciało wewnątrz niemieckiego ciała narodu?”. No cóż, jak już wspomniałem wcześniej, całość narodu nie nadaje się do przewodzenia. W przeszłości nasza partia sformowana została spośród tych, którzy gotowi byli walczyć w naszych zmaganiach. Odkąd nie jestem w stanie stworzyć więcej komunistów do zwalczania przez naszą partię, wobec tego partia kontynuuje walkę posługując się innymi metodami. Jesteście świadkami, że nasza niemiecka młodzież jest uczona dzielności i gotowości do wszelkiej akcji. Dzieje się tak dlatego, gdyż byłoby szaleństwem zakładać, że jedynie dowódca organizacji militarnej winien być odważny, gdy tymczasem nie ma potrzeby odwagi w organizacjach politycznych. Panowie, w ostatecznym rozrachunku to organizacje polityczne administrowały wszystkim tym, co zostało osiągnięte poprzez akcję wojskową w minionych stuleciach. Jeśli były tchórzliwe w swej administracji, to utracone zostało wszystko to, co uzyskano orężnie.
Dlatego też nie mogą być nigdy wystarczająco odważne. Wręcz przeciwnie: odwaga ma najważniejsze znaczenie; odwaga cywilna jest rzeczą rzadką i winna ona być kultywowana. Aby partia przyszłości mogła składać się z najlepszych i najodważniejszych, musimy wyselekcjonować odpowiednich rekrutów z dzisiejszej młodzieży. Ona będzie zatem solidnym przywództwem. Wojskowi mniej niż ktokolwiek inny powinni mieć do tego zastrzeżenia. To tak, jakby spojrzeć na to w ten sposób: uczymy wszystkich Niemców miłowania kraju i bycia gotowym do obrony go; po co zatem potrzebujemy organizacji militarnej? Nie potrzebujemy jej! Już wpoiliśmy koncept odpowiedzialności militarnej wszystkim Niemcom; wiedzą oni, że muszą walczyć. – Tak, Panowie, organizacja militarna jest jedynie szkołą, w której naucza się posługiwania się bronią. Jeśli usuniemy tę szkołę, wtedy szkolenie teoretyczne stanie się bezużyteczne i wtedy ruch stanie się jedną całością z narodem, szkołą i przywództwem (wszystkie staną się „spokrewnionymi towarzyszami życia”), jak próbowałem zademonstrować Wam w skondensowanej formie w ciągu kilku minut. Chciałbym zaznaczyć, że gdybym miał naszkicować całość rewolucji w szczegółach – którą to rewolucję postrzegam jako rewolucję zdrowego rozsądku w przeciwieństwie do rewolucji szaleństwa – to zajęłoby to naturalnie wiele, wiele godzin. Dwadzieścia albo i trzydzieści wykładów stałoby się koniecznością, gdyż dotyka ona niemal wszystkich problemów życiowych. Musiałbym przyjąć nowe podejście w wielu kwestiach, gdyż pod ciężarem starych tradycji itd, pod zbiorem starych domowych rupieci pokrytych kurzem sprawy zatracają swoją klarowność.
Rewolucja nie dobiegła jeszcze końca
Zebraliśmy wszystko i włączyliśmy jak planowaliśmy, usiłowaliśmy ulepszyć i ta praca postępuje nadal. Nie jesteśmy u końca tej rewolucji, lecz jedynie w pierwszym jej roku. Objaśnienie wszystkiego w szczegółach zajęłoby „całą wieczność”, co jest niemożliwe.
W zakończeniu chciałbym dać Wam do zrozumienia, że jest to ogromne wydarzenie i że jedynie w tym kontekście można pojąć olbrzymią zmianę, jaka dokonała się w narodzie niemieckim oraz jego gotowość do zaakceptowania jednego przywódcy i do zniesienia całego znoju, jakim obciążony jest naród niemiecki obecnie. A historia pokazała, że ruch taki jak nasz, jest w stanie zdziałać cuda. Gdy francuskie armie rewolucyjne zebrały się, by bronić swych ideałów rewolucyjnych, które w końcu zainspirowały miliony swymi galijskimi frazami, można było zaobserwować rozpad „gwardii”, częściowo dlatego, ponieważ rewolucja posuwała się naprzód i zaczęła ją niszczyć od wewnątrz, ale i dlatego, że posiadała wyższość intelektualną.
Prusy ostatecznie załamały się w latach 1805/06 i to wtedy słowo „ojczyzna” (Vaterland) zaczęło się pojawiać, niebezpieczny termin w erze dynastycznej destrukcji, ponieważ reprezentował on pojęcie wielkiego państwa niemieckiego. Ci, którzy to pojęcie reprezentowali, byli, kilka lat później, skazywani na śmierć lub więzieni – jednak to pojęcie było tak potężne, że ci żołnierze, którzy zostali przez nie porwani, nawet jeśli byli produktem nienajlepszego szkolenia wojskowego, a zatem pod tym względem przeciętni, byli jednak zupełnie innymi bojownikami. Niech mi wolno będzie powiedzieć, że wiele spośród idei Scharnhorsta i niezrealizowanych wtedy, mogło jedynie powoli i systematycznie zostać zrealizowanymi w naszych siłach zbrojnych dnia dzisiejszego.
Dlatego też i w tym zakresie nie wypełniamy jedynie czegoś, co ktoś wyśnił, lecz to, co wypełniamy obecnie, stanowi intelektualny dorobek całych pokoleń. Jedyne, co robię, to nadanie (spójnego) kształtu tym percepcjom, by uformować je w polityczną i militarną rzeczywistość, jeśli tak życzycie sobie to określić. Oto moje zadanie.
Mamy obecnie dwa inne przykłady: Rosja. Kto by przypuszczał, że carska Rosja postępowałaby tak jak Rosja bolszewicka dzisiaj? Jakąż różnicę stanowiła ideologia! I nie myślcie, że tego nie przewidywałem. Kilka dni przed początkiem obecnej wojny miałem rozmowę z Marszałkiem Rzeszy, Gőringiem, i powiedziałem mu wtedy: Gőring, to będzie nasza najtwardsza walka, o wiele! Marszałek Rzeszy zapytał: „Dlaczego pan sądzi, że tak będzie, Mein Fűhrer?”. Ponieważ, odpowiedziałem, tutaj po raz pierwszy mamy oponenta reprezentującego światopogląd (Weltanschauung), ideologicznie fanatycznego przeciwnika.
Transformacja światopoglądu. Jednolita edukacja polityczna
Jednak Niemcy są również dowodem na to, czego może dokonać transformacja światopoglądu; z jednej strony są tycy, którzy nie są świadkami tej transformacji, i oni dostarczają nam ewidencji na to, co mogłoby się stać, gdyby ta transformacja nie nastąpiła, tak więc muszę na zakończenie powiedzieć: oficerowie muszą odgrywać decydującą rolę w transformacji etosu. Chciałbym powiedzieć, że musi to być ich deklaracja wiary, gdyż są oni po raz pierwszy w naszej najnowszej historii w sytuacji niespodziewanej; mam na myśli to, że wszyscy reprezentujący państwo – to jest etos państwa – oraz urzędnicy państwowi, są zjednoczeni. Dodam jeszcze jedną myśl, tę mianowicie, że będę służył, by utrzymać to państwo, jako coś, co przez całe pokolenia przedtem było niemożliwością. Mogę jeszcze powiedzieć: nie jestem sam w swoich poglądach, jako że jedna grupa wiekowa za drugą, wyrosłe w tej linii nauczania, darzy mnie zaufaniem, i jedyne, co muszę czynić, to kontynuować tę edukację. Jeśli będę ją kontynuował, to będę posiadał narzędzie w ręku, które znam, wiedząc, że każdy członek mego narodu dzierży broń w ręku i pójdzie za mną tak jak niegdyś szedł za przywódcami politycznymi przedtem i jak za nimi zawsze będzie postępował. Żołnierze i oficerowie są zatem w pożądania godnej sytuacji, by kontynuować tę edukację, którą w tym państwie rozpoczęta została w dzieciństwie, gdyż małe dzieci zaczynają swą edukację w przedszkolu. Potem będą należeć do skautów i ich edukacja będzie kontynuowana. Ze skautów pójdą dalej do Hitlerjugend, potem do pracy w przemyśle i ich edukacja kontynuowana będzie tam. Podczas nauki rzemiosła będą otrzymywać tę samą jednolitą edukację. Ci młodzi ludzie po osiągnięciu 18 roku życia staną się członkami partii i znowu będą otrzymywali to samo wykształcenie. Część z nich wstąpi do SA – wciąż takie samo wykształcenie – lub do SS i otrzyma tego wykształcenia więcej. Potem włączą się do siły roboczej i będą uzyskiwali takie samo wykształcenie. Potem armia: tutaj także edukacja musi być kontynuowana i kiedy zwolnieni zostaną po dwóch latach, zostaną natychmiast skierowani do ruchu politycznego i znowu otrzymywać będą dalej tę samą edukację. Będzie istniała jednolita edukacja od dzieciństwa aż po późny wiek. Wierzcie mi, ogół narodu tak wykształcony jest nie do zdarcia; rok 1918 nigdy się więcej nie powtórzy. Zawsze można polegać na narodzie edukowanym w taki sposób, bez względu na to jak złe są grzmoty i burze. Do jednej rzeczy nie wolno dopuścić: do przerwania tej edukacji i jest to obowiązkiem całego niemieckiego korpusu oficerskiego, by poświęcić się temu wspaniałemu zadaniu z fanatyzmem, aby odegrać rolę w tej zunifikowanej edukacji i poszerzać ją.
Oni sami będą się uczyć podczas tego procesu i pozostaną poinformowani o naukowych percepcjach tak, że nie tylko będą trwać przy powierzonej im młodzieży, lecz zapewnią, że gdy oni sami przejdą dalej do innych zadań, strumień młodej krwi niemieckiej popłynie tym samym kanałem aż do późnej starości i pozostanie wolnym od wątpliwości i wszelkich wahań.
To, co my wszyscy czynimy w tej mierze, stanowi wielką służbę narodowi niemieckiemu, ponieważ, wierzcie mi, masy chcą, by nimi kierowano. Tak jak lubią swego dowódcę kompanii i cieszą się, że mają kogoś, kto wie, jak dowodzić, kogoś zdolnego do unikania problemów (fragment nieczytelny) w grupach po 80, 100, 150 ludzi, tak i naród niemiecki szczęśliwy będzie, gdy będzie prowadzony przez zjednoczone przywództwo i w ten sposób chroniony przed wszelkim niepowodzeniami.
(żywa owacja)
Wierzcie mi, ludzie nie potrafią o tym zadecydować sami. Często byłem pytany: „dobrze, a dlaczego nie pozwolić ludziom decydować w tej kwestii?”. Zawsze podejmowałem decyzje, a następnie pytałem ludzi: zgadzacie się z tą decyzją? Jednak nigdy nie spodziewałem się, by ludzie podjęli decyzję. Jeśli przywództwo nie potrafi znaleźć w sobie odwagi, by podejmować decyzje, to czy mogę spodziewać się, że zwykli ludzie z mego narodu ją podejmą? Jeśli myśliciele nie potrafią osiągnąć zgody, to ktoś musi podjąć decyzję. I to jest właśnie to, co jest tak piękne w zawodzie oficera: jest rzeczą w oczywisty sposób niemożliwą, by kompania decydowała, lub batalion, lub nawet mój podwładny oficer, jaką decyzję podjąć.
Ale jakaś musi zostać podjęta i jeśli ma ona zostać podjęta w sytuacji krytycznej, to oficer może być dumny z jej podjęcia; gdy zaakceptował odpowiedzialność, nie jest ważne, że zdaje sobie sprawę z tego, że może się mylić.
(owacja)
Lepiej się mylić niż pozwolić masom na przekonanie, że to one rządzą, że decyzja należy do nich; byłoby to równoznaczne z deklaracją porzucenia przywództwa, deklaracja tchórzostwa. To nigdy nie może się zdarzyć.
Dlatego jestem przekonany – jest to moje głębokie przekonanie – że ta konkretna wojna wzmocni ideę narodowego socjalizmu w siłach zbrojnych oraz że, gdy wygramy tę wojnę, to stanie się tak dzięki temu nowemu kształceniu narodu i dzięki nowym niemieckim siłom zbrojnym; oraz że dlatego musimy podążać za jednym tylko celem: by wzmocnić ogół narodu; uczynić go twardym aż w końcu stanie się nie do zniszczenia, by wypełnić przeznaczoną dla niego rolę w Europie.
Nie może być wątpliwości co do jednego: albo przegramy tę wojnę – a to stanowiłoby koniec naszego narodu (4) – albo wyjdziemy z niej zwycięsko – i tak się stanie! I to będzie początek naszego panowania nad Europą.
(długotrwała burzliwa owacja)
PRZYPISY
1. W tym miejscu Hitler odchodzi od prezentowanego w “Mein Kampf” spojrzenia na naród, rasę i rolę państwa w kwestii rasowej. W „Mein Kampf” jednoznacznie zaprezentowany został ten pierwotny pogląd w tomie 2 (“Ruch narodowo-socjalistyczny”), a konkretnie w rozdziale 2 “Państwo”, który w całości można przeczytać w wersji niemieckiej oraz w wersji angielskiej .
2. Zestawienie z kościołem katolickim oraz istniejącym w nim celibatem księży znajduje się także w “Mein Kampf”. Poniżej prezentowany jest pełny fragment z tamtej książki, w celu zademonstrowania pełnego kontekstu:
„Istnieje jeszcze inny powód, dla którego państwo winno przygotować się do takiej sytuacji. Nasza klasa intelektualna, szczególnie w Niemczech, jest tak zamknięta w sobie i tak skamieniała, że brakuje jej kontaktu z klasami poniżej niej. Dwie nieszczęsne konsekwencje z tego wynikają: po pierwsze klasa intelektualna ani nie rozumie szarokiech mas ani nie sympatyzuje z nimi. Jest od nich odcięta od nich tak długo, że nie jest w stanie posiadać jakichkolwiek związków psychologicznych z nimi, które pozwoliłyby jej zrozumieć je. Została odseparowana od ludu. Po drugie klasie intelektualnej brakuje niezbędnej siły woli; gdyż ta zdolność jest zawsze słabsza w wyrobionych sferach, żyjących w odosobnieniu, niż w prymitywnych masach ludu.
Bóg nie poskąpił nam, Niemcom, bogatej kultury naukowej, lecz zawsze bardzo brakowało nam siły woli i zdolności podejmowania decyzji. Na przykład, im bardziej „intelektualni” byli nasi mężowie stanu, tym bardziej brakowało im w większości praktycznych osiągnięć. Nasze przygotowanie polityczne i wyposażenie techniczne dla wojny światowej były wadliwe, z pewnością nie dlatego, że umysły rządzące narodem były zbyt mało wykształcone, lecz dlatego, że ludzie kierujący naszymi sprawami publicznymi byli zbyt wykształceni, wypełnieni aż do przelewu wiedzy i inteligencji, jednak bez jakiegokolwiek zdrowego instynktu i po prostu bez energii lub bodaj ducha śmiałości.
Stanowiło tragedię naszego narodu, że musiał on walczyć o swą egzystencję pod rządami kanclerza, który był filozofującym słabeuszem. Gdybyśmy zamiast Bethmanna Hollwega mieli twardego reprezentanta narodu jako naszego przywódcę, to wtedy krew naszych szeregowych grenadierów nie zostałaby przelana nadaremnie. Przesadnie intelektualny materiał, jakim byli nasi przywódcy, okazał się najlepszym sojusznikiem tych łajdaków, którzy dokonali rewolucji listopadowej. Poprzez powściąganie w nędzny sposób powierzonego jej dobra narodu, zamiast je w pełni i całkowicie reprezentować, ta inteligencja jedynie stworzyła przesłankę dla sukcesu innych.
Kościół Katolicki stanowi tu pouczający przykład. Celibat duchownych zmusza Kościół do rekrutowania swych księży nie spośród swych własnych sfer, lecz progresywnie spośród mas ludu. Jednak niewielu dostrzega znaczenie celibatu w tym kontekście. Tymczasem właśnie w nim leży przyczyna niewyczerpanego wigoru charakteryzującego tę starożytną instytucję. Gdyż poprzez nieustanne rekrutowanie w ten właśnie sposób dygnitarzy eklezjalnych z niższych klas ludu, Kościół jest nie tylko w stanie utrzymać kontakt instynktywnego zrozumienia mas populacji, ale i zapewnić sobie możliwość stałego czerpania z owego zapasu energii, która jest osiągalna w tej formie jedynie wśród mas ludowych. Stąd bierze się zadziwiająca młodzieńczość tego gigantycznego organizmu, jego mentalna elastyczność i żelazna siła woli.”
Adolf Hitler, “Mein Kampf”, tom 2: “Ruch Narodowo-Socjalistyczny”, rozdział 2: “Państwo”
3. Hitler niewątpliwie nawiązuje tu do Bitwy Warszawskiej 1920 roku, kiedy to istotnie udało się powstrzymać pochód “do światowego pożaru rewolucji”, który miał prowadzić “po trupie białej Polski”. Hitler, podobnie jak wielu, uważał, że “Cud nad Wisłą” nie powtórzyłby się już po raz drugi, gdyby Sowieci zaatakowali powtórnie. A stwierdzenie o tym, “czego zdołaliśmy się dowiedzieć” może odnosić się zarówno do przekonania się, w 1939 roku, o niesamowitej słabości militarnej Polski, jak i do zaskakujących wiadomości odnośnie masowej produkcji wojskowej ZSRR. Oto dwa fragmenty wypowiedzi odnoszące się do obu tych kwestii:
19 września 1939 roku w Gdańsku Hitler wygłosił przemówienie, już w pewnym sensie podsumowujące Kampanię Wrześniową. O wartości bojowej Wojska Polskiego wyraził się on wówczas następująco:
„Pragniemy w tym momencie oddać pełną sprawiedliwość żołnierzowi polskiemu. Polak w wielu miejscach walczył dzielnie. Jego niższy szczebel dowodzenia czynił rozpaczliwe wysiłki. Dowodzenie średniego szczebla było mało inteligentne. Jego naczelne dowództwo było złe poniżej wszelkiej krytyki. Jego organizacja była polska.”
To ostatnie słowo zostało użyte w ewidentnie pogardliwym sensie i skwitowane zostało przez słuchaczy salwą śmiechu…
4 czerwca 1942 roku Hitler przebywał z wizytą w Helsinkach. Okazji dostarczyły 75 urodziny prezydenta Finlandii, marszałka Carla Gustava Mannerheima. Oto wyjątek rozmowy obydwu liderów, odnoszący się do zbrojeń radzieckich:
Hitler: „Absolutnie, to jest…posiadali największe zbrojenia, jakie można sobie było wyobrazić. Cóż, gdyby ktoś mi powiedział, że jakiś kraj (…) mógł wystartować z trzydziestoma pięcioma tysiącami czołgów, to powiedziałbym mu: ‘Oszalałeś!’”
Mannerheim: „Trzydzieści pięć?”
Hitler: „Trzydzieści pięć tysięcy czołgów”
Głos z tyłu: „Trzydzieści pięć tysięcy, tak!”
http://www.youtube.com/user/Guilhabert#p/a/f/1/ClR9tcpKZec
4. Ta teza – albo będąca rzeczywistym przekonaniem, albo jedynie tezą propagandową, bardzo przypomina często powtarzany i dzisiaj w Polsce pogląd – znowu: albo będący rzeczywistym czyimś przekonaniem, albo tezą propagandową – według którego “gdyby Hitler wygrał wojnę, to by nas wszystkich wymordował”…
Continue Reading »Minarety z galarety
Dariusz Bruncz i Tomasz Terlikowski (patrz: linki poniżej niniejszego tekstu) otworzyli w serwisie ekumenizm. pl serię artykułów odnoszącą się do ostatniego referendum w Konfederacji Helweckiej, a dotyczącego budowy minaretów.
Obydwaj chyba spudłowali, jeden strzelił za bardzo na prawo, drugi na lewo… Spróbujmy my zatem strzelić wprost w środek. „Dario” wychodzi z założenia, że wynik (ponad 57 procent przeciw minaretom) jest pozytywny, bo oznacza trzymanie się tego, co uważa za tożsamość europejską. „Tomo” zaś nazywa ten wynik „drogą donikąd”, bo jego zdaniem oznaczać to będzie z jednej strony radykalizację muzułmanów, a z drugiej pomoże walczyć w przyszłości z wszelką religią, skoro już dzisiaj wolno zakazywać jej widzialnych, fizycznych atrybutów.
I jeżeliby przyjrzeć się sprawie przez obie pary „okularów” obu Autorów, to obaj mają dużo racji. Jednak cała rzecz akurat jest w czymś zupełnie innym.
Obydwaj Autorzy pomijają najważniejsze punkty całej sprawy: kwestię IMIGRACJI, kwestię WOLNEGO WYBORU dokonanego przez obywateli oraz kwestię SZTUCZNEJ ANTAGONIZACJI do islamu przez NASZE establishmenty polityczne prowadzące wojny i okupacje w krajach islamskich. Dokładnie właśnie tak: obaj Autorzy boją się lasu minaretów w Europie przyszłości, ale to nie muzułmanie okupują jakikolwiek kraj europejski, rozogniając tam „rachunki krzywd” – to skorumpowane i posługujące się kłamstwem rządy zachodnie prowadzą takie wojny i okupacje w krajach islamu już od szeregu lat. I to w poparciu dla Izraela, okupującego taki kraj już od szeregu dziesiątków lat…
Europa nie cierpi dlatego, że jest w niej islam – bo on w niej jest od bardzo wielu stuleci, ale z powodu rosnącej liczby imigrantów, którzy zaczynają już antagonizować (czy tego chcą czy nie) Europejczyków. Odpowiedzialnością za politykę imigracyjną obciążać jednak nie należy islamskich imigrantów (bo co oni winni: że chcieli się przenieść tam, gdzie większy dobrobyt. Ja też tak zrobiłem, więc czemu jestem winny?) lecz europejskie i pozaeuropejskie rządy (USA, Kanada, Australia) oraz mocodawców tych rządów, obficie „smarujących” gotówką tam, gdzie trzeba wspomóc „odpowiedniego” kandydata do parlamentu albo kandydata na premiera… Również nas samych można obwiniać: czemu płodzimy tam niewiele dzieci, że potem się gospodarkę narodową „wspiera” milionami przybyszów wziętych dosłownie skądkolwiek, byle tylko bardziej „ukoloryzować” i wymieszać ze sobą wszystko (czytaj: rasy, kultury i religie) co się da, obojętnie czy to akurat jest zabieg korzystny czy nie…
To tyle odnośnie imigracji. Również odnośnie radykalizacji, bo te zbrodnicze wojny zamorskie bardziej radykalizują muzułmanów niż brak tu i ówdzie jakiegoś minaretu. Zapytaj sam siebie, Tomaszu: ile to tych minaretów jest naprawdę koniecznych do normalnego funkcjonowania religii islamskiej (wzgląd polityczny i propagandowy akurat celowo pomijam)? Czy powiedziałbyś na przykład, że w każdym wiejskim z***piu potrzebna jest d**na kościelna wieża gotycka? Nie, bo dzwony mogą tam być mniejsze i wisieć sobie w znacznie niższej wieży, albo nawet w wieżyczce na dachu albo pod t.zw. przydaszkiem od frontu (większość wczesnych kościołów europejskich NIE miała pierwotnie żadnych wież…). Podobnie rzecz ma się z minaretami: meczety nie muszą ich mieć w ogóle, a wcale przez to nie stają się „obumarłe”. Powiedzmy to sobie wprost, bez owijania całej sprawy w nadmiar „bawełny”: minarety są meczetom obecnie akurat tak „potrzebne do szczęścia”, jak przysłowiowy „zającowi dzwonek”…
No i właściwie na tym cała sprawa mogłaby się zakończyć: chodziło w całej sprawie O NIC, gdy chodzi o samo meritum swobód religijnych. Minaret to jednak potężna struktura, więc chyba i rację mają ci, którzy wskazywali na polityczno-propagandowe aspekty całej muzułmańskiej batalii o te ogromne dominanty.
O co zatem tak naprawdę chodzi w referendach takich jak to helweckie? Tak, rozmaitym ludziom może chodzić o rozmaite rzeczy (inaczej pewnie „Tomo” i „Dario” nie różniliby się zbytnio w poglądach).
Otóż chodzi o ten trzeci z wymienionych na wstępie aspektów: O WOLNY WYBÓR.
I tu obydwaj Autorzy chybili już zupełnie, ba, nie trafili nawet w obrzeżenie tarczy. Ani bowiem referendum nie oznacza obrony stanu obecnego, ani nie stanowi drogi donikąd. Od kiedy to referendum i wolny wybów są „drogą donikąd”, „Tomo”? To KTO, Twoim zdaniem, ma decydować o tym, co ma być i co nie ma być budowane w kraju? Czy nie wiesz o tym, że jak chcesz sobie dobudować chlewik od tyłu willi – na Twoim własnym gruncie!, to musisz mieć zgodę miejscowej rady, a w najlepszym wypadku zgodę bezpośrednich sąsiadów?
Referendum też nie oznacza, że minarety po wsze czasy zostaną zakazane w Helwecji. To oznacza jedynie, że NARAZIE ich tam nie będzie. No, bo jeśli za parę albo paręnaście lat Helweci jednak, w innym już referendum, zdecydują, że i owszem, niech będzie tych minaretów nawet cała dżungla – to co: też będzie to droga donikąd?
Sam pewnie życzyłbyś sobie, aby Polacy mieli takie referendum całkiem niedawno, gdy o wiele powżniejsza kwestia się ważyła niż minarety: a mianowicie kwestia (dalszego, konsekwentnego) ograniczenia suwerenności ich własnego państwa. Wywierające na nas (oraz na czeskiego prezydenta Klausa, tego „Jana Hachę” naszych czasów) t.zw. „czynniki europejskie” też najwyraźniej uznały, że referendum to „droga donikąd” (zapewne obawiali się o rezultaty bardziej niż w Irlandii…). Wybrali inne rozwiązanie. A nasze władze potulnie się podporządkowały niczym ci zdrajcy z Sejmu w XVIII wieku, co uznali Traktaty (nie, nie „Lizbońskie”, ale Rozbiorowe).
Ale jeszcze raz pytam: KTO, jeśli nie obywatele, ma decydować, co się w okolicy buduje, a czego nie?
Poza tym jest jeszcze jedna rzecz: nawet zwycięstwo „minaretowców” w referendum nie oznaczałoby jeszcze, że one natychmiast byłyby wznoszone. Konfederacja Helwecka składa się z 25 kantonów, a te z mniejszych jeszcze jednostek administracyjnych. Tam też są władze, tam też są wspólnoty i tam też się poddaje rozmaite projekty pod głosowanie. Czyli: obecne wybory mogliby nawet teoretyczni wygrać „minareciarze” osiągając 100 procent poparcia, a następnie…. przez dziesiątki lat mógłby nie powstać tam ani jeden minaret… Bo wolny wybór przysługuje w Helwecji (narazie przynajmniej) nie tylko ogółowi obywateli, ale i wspólnotom lokalnym.
„Tomo”: referenda to jedyna droga (i to wcale nie „donikąd”) rozstrzygania kwestii budzących takie emocje, jak ta.
„Dario”: Europa nie straci nic na swej tożsamości, jesli ktoś w niej zbuduje minarety. Straci natomiast, jeśli dalej będzie poddawana barbarzyństwu gangów politycznych spod znaku „multi – kulti”, zamieniających Kontynent w grunt pod przyszłe konflikty rasowe i kulturowe.
References:
“Dario” “Brawa dla Szwajcarów”
“Tomo” “Szwajcarska droga donikąd”
Trzy dzieła
Interesujące rzeczy dzieją się w mediach. Tak, naprawdę interesujące (choć czasami już nużą swoim ciągłym powtarzaniem się). Weźmy choćby teatr, estradę i film. Zdaje się, że o ile jednym wolno tam niemal wszystko (od wulgarnych nieraz ataków na chrześcijaństwo aż po gloryfikację przemocy), innym najchętniej zabronionoby nawet recytacji prostych monologów teatralnych, bez takiej wulgarności i bez takiej przemocy.
Możnaby cytować długie listy rozmaitych dzieł (oraz tak zwanych „dzieł”) by to unaocznić. Rzućmy okiem na parę z nich: dwa filmy i jedną kilkuminutową sztukę.
„Inglorious Basterds”, fikcyjna historia grupy żydowskich żołnierzy amerykańskich, którzy po wylądowaniu we Francji w wyjątkowo sadystyczny sposób zabijają i mordują tam Niemców. Doczekał się pochlebnych recenzji, jak gdyby było to wybitne dzieło o wartościach ponadczasowych i humanitarnej treści. Gdy tymczasem to zwykła szmira rynsztokowa, robiąca zabawę z przemocy, jaką zwykło się przypisywać satanistom…
„Biała wstążka” to znowu film, też o przemocy, ale bardziej stonowany. Tego filmu nie widziałem, więc polegam na dziesiątkach recenzji pisanych przez tych, którzy go widzieli. To film, którego akcja toczy się tuż przed I Wojną Swiatową w Niemczech. Albo sama akcja tego filmu, albo pozafilmowa sugestia (wychodzi na to, że jedno i drugie) stawiają ją w roli „preludium do nazizmu”. Ma to być swoiste studium, pokazujące naród niemiecki kroczący już niemal wprost ku terrorowi. Tyle recenzenci – wystarczy przejrzeć internet, by się o tym przekonać. Wszyscy oni podkreślają owo preludium do nazizmu, nie widziałem jeszcze recenzji, choćby nie wiedzieć jak różnej od innych, któraby się do tego aspektu nie odwołała.
Wychodzi na to, jak w innych już przykładach, że Niemcom (tudzież innym) można bez przerwy przypisywać, niemal już taśmowo, przez całe dziesiątki lat winę zbiorową i to na ogromnym ekranie kinowym, a potem jeszcze wynagradzać „oskarżyciela” „Złotą Palmą” za „szczególne osiągnięcie”.
Ale… w tym samym dniu, czyli wczoraj, wpadła mi w ręce lokalna gazeta w Perth. Na ogół takich gazet nie czytam. W ogóle nie jestem fanem gazet, wolę internet, bo dzięki panującej tam (jeszcze) ogromnej swobodzie można się dowiedzieć daleko więcej. Dostarczana jest raz na tydzień do skrzynek pocztowych przed domami, blokami mieszkaniowymi czy biurami. Ten konkretny numer, prezentowany tutaj, pochodzi z 14 listopada. Walał się jeszcze w biurze, gdy go znalazłem na jednej półce. Zainteresowani mogą sami przeczytać (poniżej) zamieszczony tam na dwóch stronach artykuł „Amnesty axes Jewish play”.
Jak wiadomo, Amnesty International prowadzi w rozmaitych krajach świata kampanie przeciw wojnom, przemocy i prześladowaniom. Czyni to w najrozmaitszy sposób, między innymi poprzez krótkie przedstawienia teatralnego typu. Jednym z takich przedstawień jest sztuka (zaledwie ośmiominutowa) brytyjskiej autorki Caryl Churchill, napisana w styczniu 2009 roku po bombardowaniu Strefy Gazy przez Izrael. We Fremantle, dzielnicy Perth, Amnesty International planowała wystawienie tego krótkiego utworu w ramach odbywającego się tam festiwalu młodzieżowego. Ale przedstawienie zostało odwołane, bo… sprzeciwiła się temu miejscowa organizacja żydowska, zwana „Jewish Community Council of Western Australia” (JCCW). Jej rzecznik, pan Steve Lieblich oskarżył Amnesty Internationa o „demonizowanie i stosowanie podwójnych standardów”. Dla uzasadnienia swego stanowiska, posunął się on do stwierdzenia, że ta sztuka – jak sami Państwo mogą przeczytać w tekście artykułu – opiera się na antycznym „kłamstwie i zniesławieniu”, według którego Zydzi dopuszczali się rytualnego zabijania małych dzieci. Jak Państwo sami mogą się jednak przekonać, oglądając ten mini-spektakl w youtube, nie ma w nim w ogóle takiego wątku. Co oznacza, że rzecznik JCCWA posłużył się po prostu nieprawdą… Do tego oskarżył on organizatorów o stosowanie „propagandy takiej, jak naziści”. Interesujące to stwierdzenie, zwłaszcza w świetle faktu, że sztuka ta miała swoją premierę w Londynie (w lutym tego roku) z żydowską obsadą…
Wychodzi zatem na to, że tak naprawdę kto inny niż Amnesty International stosuje podwójne standardy. Nie słyszeliśmy pana Lieblicha utyskującego nad przypisywaniem nie-Żydom zbiorowej odpowiedzialności w filmach typu „Lista Schindlera” lub „Biała wstążka”. Nie słyszeliśmy jego oburzenia nad degenerackim obrazem „Inglorious Basterds”. Ale tych kilka sekwencji, zajmujących nieco ponad osiem minut, jest „propagandą nazistów”.
Jednym wolno zatem gloryfikować kinową przemoc „klozetowego” typu, ale innym nie wolno wystawiać sztuki. Nawet w jednej dzielnicy. Nawet przez osiem minut.
Nie wiem, jak Państwo, ale ja zaczynam mieć już tego serdecznie i nieodwołalnie dość.
Ciekawa jest też reakcja stanowego ministra sztuki, Johna Daya (Liberal Party) oraz jego vis-a-vis w opozycyjnym „gabinecie cieni”, Johna Hyde (Australian Labor Party). Obaj odmówili jakiegokolwiek komentarza. Czyżby sami mieli portki pełne strachu?
PS Artykuł , który spostrzegłem tego samego dnia
Continue Reading »
Czy Izrael to pomyłka?
Wiele napisano już o sytuacji w strefie Gazy i o stosunkach arabsko-żydowskich na Bliskim Wschodzie. Do napisania tego tekstu skłonił mnie szereg artykułów. Zwróciłem uwagę na artykuł Tomasza Terlikowskiego“Lekcja Holokaustu” , którego pierwotnym miejscem opublikowania był magazyn Polska. The Times. Właściwie powtórzył w nim to, co już pisał w innych publikacjach na temat obecnej rzeźni w Gazie. Od czasu do czasu jedynie „paying lip service” wobec ofiar arabskich, utrzymuje ten sam ton poparcia dla agresji i przemocy. Przyjrzyjmy się bliżej argumentom tam zawartym, jak również temu, czego w nim brakuje i postarajmy się o wyciągnięcie wniosków sięgających wprost samej istoty trwającej na Bliskim Wschodzie „Wojny Sześćdziesięcioletniej”. Tekst niniejszy stanowi pełną wersję artykułu opublikowanego swego czasu w serwisie kosciol.pl http://www.kosciol.pl/article.php/20090115233858396
Tomasz Terlikowski odnotowuje między innymi fakt znajomości z pewnym polskim (z pochodzenia) muzułmaninem, bardzo elokwentnym i wykształconym, który przekonywał go, że jedynym rozwiązaniem obecnego konfliktu jest likwidacja Izraela. Kto wie, być może Tomasz i ja znamy tego samego muzułmanina. Bo ja też znam jednego, który jest istotnie znakomicie wykształcony i elokwentny. Byłby chyba znakomitym partnerem w dyskutowaniu tego tematu również w polskich mediach, bowiem zna go od dawna i to nie tylko ze względu na swoje wykształcenie, ale też z przyczyn rodzinnych. Od wielu lat nie mieszka w Polsce, a jego żoną jest Palestynka. O swoim antysyjonizmie pisze tak (mam nadzieję, że wybaczyłby mi ten cytat z emaila, jaki mi kiedyś posłał):
„Nie mamy powodu, aby nie nienawidzić tych, co mordują muzułmanów na okupowanej ziemi muzułmańskiej. Niestety są to głównie żydowscy syjoniści. Każdy to widzi. Niech skończą swój antyarabski antysemityzm, to i my skończymy z antyżydowskim. Ja nie mogę byc “antysemitą” chociażby z tak oczywistego powodu, jak fakt, że moja małżonka jest najczystszą Semitką z Banu Swelem, i to córką wypędzonych w 1948 z ich domu i ziemi “świętej” (pod Hajfą). Jej babki siostra została zamordowana przez gang terrorystów z Irgunu przed swoim domem. Mojej teściowej dwie Zydówki w leninówkach (ktore szwargotaly “jakim szeleszczącym językiem”, ani to byl hebrajski, ani jidish,) wyrwaly z uszu złote kolczyki a ich towarzysze splądrowali im dom”
(z dalszego ciągu wynikało, że w tym domu zamieszkali później Zydzi z Rumunii lub Mołdawii… A propos tego „szeleszczącego języka” – czyż nie mógł to równie dobrze być język polski? Nasz język uchodzi jak najbardziej za „szeleszczący” z uwagi na te nasze niekończące się „ś”, „ć”, „sz”, „cz”, „ść” i „szcz”…).
Gdyby tak istotnie dbano w większości mediów przynajmniej o zgodność przedstawainego nam obrazu z faktami, to zaczętoby go nie od Hamasu (tak jak to zrobił T. Terlikowski), bo to nie od niego bierze początek konflikt (ani tym bardziej jego eskalacja) na Bliskim Wschodzie. Dla Tomasza wszystko wydaje się „jasne”: tak, Izraelczycy nie mają innego wyjścia, jak brutalna wojna, no bo przecież ten parszywy Hamas… (który zresztą sami pomogli zmontować jako przeciwwagę dla Hezbollahu i OWP…). To zupełnie tak, jakby ktoś początków konfliktu polsko-niemieckiego z II Wojny upatrywał nie w dyplomacji późnych lat 1930tych ani nawet w inwazji z 1939 roku, ale… w atakach polskiego podziemia na niemieckich funkcjonariuszy i Volskdeutschów czy w zamachu bombowym na Cafe-Klub…
Wiemy doskonale, że Hamas nie jest pierwszą organizacją bojową i stosującą masowy terror w tamtym kraju, lecz że był nią wspomniany wyżej w cytacie żydowski Irgun (który działał tam już od 1931 roku i miał swe korzenie w innej grupie, znanej jako Haganah, której korzenie sięgają aż roku 1907…). Wiemy dobrze (jeśli nie wręcz bardzo dobrze) o terrorze bombowym, jaki „bojownicy” tej organizacji przynieśli palestyńskim Arabom. Dobrze ich z nim zaznajomili, skoro Arabowie rewanżują się podobnie. Znany jest los szeregu wsi palestyńskich, w których dopuszczano się mordów na mieszkańcach, znana jest dziennikarzom nazwa przynajmniej jednaj z takich wsi: Deir Yassin (sam tylko internet roi się od informacji, więc chyba nie muszę podawać aż linku…). Jeśli już Tomaszowi Terlikowskiemu nie z tego jest znana, co tam się stało, to może przynajmniej z tego, że miejsce, w którym się znajdowała, jest ledwie przecież 1400 metrów od Yad Vashem, o którym pisze on już w pierwszym zdaniu swego artykułu, gdy powołuje się na zbrodnie antyżydowskie zwane „Holokaustem” jako lekcję, która teraz nakazuje Izraelowi terror w Gazie. To wygląda na ironię: stawiać swoisty „pomnik” ofiar nieopodal miejsca, gdzie innym ofiarom zgotowano rzeź… (na zdjęciu: tablica z pomnika Deir Yassin w… Nowym Jorku). To niemal symbol tego, co stało się na terytorium dzisiejszego Izraela: jakby próba uzasadnienia terroru innym terrorem (którego jednak Arabowie się nie dopuścili). Próba akurat taka, jakiej red. Terlikowski się podejmuje, już zresztą nie pierwszy raz w ostatnich dwóch tygodniach…
Zresztą jest to próba pokazaną w nieco skrzywionym zwierciadle również i z tego powodu, że Hamas u niego to niczym jakieś ogromne monstrum, zdolne niemal zniszczyć Izrael, stąd niby ta „świadomość konieczności obrony tego, co udało się zbudować, odzyskać.”
Tymczasem proporcje są w istocie całkowicie odwrócone: to Izrael jest uzbrojony po zęby, to on posiada setki głowic nuklearnych, nowoczesną artylerię i ciężkie czołgi. Palestyńczycy ze swoimi rakietkami, archaiczną bronią, a najczęściej wręcz kamieniami, prezentują się na tym tle niczym nasze własne niegdysiejsze „kamienie na szaniec”, co to z butelką benzyny na czołgi z czarnymi krzyżami…, gdy wrogowie „przyszli podpalić dom, gdy runęli żelaznym wojskiem”. Ci ludzie nie mogą mówić o tym, co „udało się zbudować, odzyskać” – bo im to, co mieli niegdyś zbudowane, zniszczono. Oni dopiero chcieliby odzyskać…
Ten stan potwiedzają niezależni obserwatorzy:
“Amnesty International zaobserwowała również, że większość Palestyńczyków postawionych przed sądem za przestępstwa “terrorystyczne” i torturowanych (podkreślenie moje – MM) przez Shin Bet (służbę bezpieczeństwa) była oskarżana o wykroczenia takie jak przynależność do nielegalnych stowarzyszeń lub rzucanie kamieniami. Byli wśród nich również więźniowie sumienia, jak np ludzie aresztowani jedynie za wzniesienie flagi” (Norman Finkelstein „ The Rise and Fall of Palestine.”)
Norman Finkelstei jest Żydem. Ale on niewiele ma wspólnego z prezentowaną przez T. Terlikowskiego apoteozą syjonistycznego terroryzmu. Chociaż jest Żydem… Czyżby ktoś zatem chciał być bardziej „żydowski” od (wielu) Żydów? Ten sam autor (bynajmniej nie jako jedyny – nawet nie jako jedyny Żyd) wskazuje na charakter państwa izraelskiego w inny jeszcze sposób:
„Decyzja Sądu Najwyższego Izraela z 1989 roku, według której każda partia opowiadająca się za całkowitą równością Arabów i Żydów może zostać pozbawiona prawa do wystawiania kandydatów w wyborach… (oznacza), że państwo Izrael jest państwem Żydów, a nie ich (Arabów) państwem.”
(Norman Finkelstein, “Image and Reality of the Israel-Palestine Conflict.”)
Tomasz pisze o hamasowcach jako “ubranych w cywilne ubrania terrorystach”. A w co, tak prawdę mówiąc, mieliby być ubrani? To nie jest regularna armia w mundurach. Gdy podziemie polskie podejmowało akcję terrorystyczną np w Warszawie (bo w Krakowie rzadziej się to zdarzało), to też wysztafirowywało się tam ono w mundury z dystynkcjami? „Ciekawa” jest również następna część tego samego zdania: „a inni (Palestyńczycy – przyp. MM) zginęli dlatego, że Hamas traktował ich jak żywe tarcze mające chronić liderów organizacji, a także stanowić broń propagandową w zachodnich mediach, które z lubością potępiają wojny, o ile prowadzone są one przez państwa zachodnie”.
No cóż, red. Terlikowski z kolei zdaje się pochwalać każdą wojnę, o ile tylko prowadzona jest przez Izrael… Żywe tarcze? Gaza to jedyne większe terytorium pozostawione palestyńskim Arabom przez syjonistów. To gdzie ten Hamas ma istnieć: może w Argentynie? Tym bardziej, że – czego „Tomo” już nie napisał – Hamas (skrót od “Harakat Al-Muqawama Al-Islamia” czyli “Islamski Ruch Oporu”) jest nie tylko organizacją zbrojną, ale ruchem polityczno-społecznym również w szerszym sensie. Przyznaje to również Wikipedia (wciąż jeszcze!) pomimo tego, że ta „wolna encyklopedia” jest coraz częściej cenzurowana i zdarza się ostatnio, że całe zamieszczane w niej artykuły lub ich fragmenty ni stąd ni z owąd „znikają” z netu co jakiś czas. Wg Wikipedii
“Hamas również prowadzi szerokie programy społeczne i zyskał popularność w społeczności palestyńskiej poprzez zakładanie szpitali, systemów edukacyjnych, bibliotek i innych usług na całym obszarze Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy” (1)
Zgadzam się, że narażanie własnej ludności może pachnąć zbrodnią, ale co w takim razie powiedziałb Tomasz o przywódcach Powstania Warszawskiego? Nikogo na nic nie narazili? Czy wobec tego zaliczyłby on Powstanie Warszawskie też jedynie do rzędu zbrodniczych aktów terroru? Bardzo w to wątpię…
Dziwi go (i nie tylko jego), że już samo istnienie Izraela jest dla wielu Arabów trudne do przyjęcia? Tak, jest. Tak jak dla Polaków trudne do przyjęcia było istnienie „Generalnej Guberni”. Czym jest – jeśli ktoś potrafi odpowiedzieć – dla Palestyńczyków Izrael, jeśli nie właśnie rodzajem Generalnej Guberni? Nie dziwi mnie więc opinia i tego polskiego muzułmanina wspomnianego przez T.Terlikowskiego, że jego zdaniem najpewniejszą drogą do pokoju jest likwidacja Izraela.
Pacyfistyczni Zydzi z Neturei Karta też pragną likwidacji Izraela. Zdają sobie bowiem doskonale sprawę z tego, co i my nie mniej doskonale wiemy: że cały obecny, ślimaczący się od dziesiątków lat (czas równy niemal życiu całego pokolenia ludzkiego) konflikt na Bliskim Wschodzie wyrasta swymi korzeniami właśnie z procesu narzucenia miaszkańcom tamtego regionu obcego, okupacyjnego i terrorystycznego wobec nich państwa. Nie ma, po prostu nie ma ucieczki od tego prostego, niezaprzeczalnego faktu: bez Izraela nie byłoby „Wojny Sześćdziesięcioletniej”, tak jak niegdyś bez inwazji zbrojnych Anglii nie byłoby Wojny Stuletniej… Można oczywiście dalej być pro-izraelskim i popierać cokolwiek Izrael uczyni. Ale nie można uczciwie zaprzeczyć faktowi, że konflikt wyrasta tam już z samej obecności tego państwa w tamtym konkretnym miejscu. Tak się bowiem składa, że w tamtym regionie to on jest agresorem. Broni się przecież (swoimi agresjami) nie przeciw inwazji ludów obcych, lecz przeciw desperacji ludności rdzennej…
Jeśli tylko uświadomimy sobie ten zasadniczy fakt, to łatwiej będzie nam prowadzić rzeczowe dyskusje na temat konfliktu bliskowschodniego. Bez tego uświadomienia skazujemy się jedynie na bezowocne międlenie o faktach zasłyszanych i wyczytanych, powtarzanych bez ładu i składu, ale za to z zacietrzewieniem czy to proarabskim czy proizraelskim. Cały schemat takich „wodolejskich” dyskusji sprowadza się do albo opowiadania się za Palestyńczykami „bo Żydzi ich terroryzują” (to prawda…) albo za Żydami, „bo islamscy fundamentaliści ich terroryzują” (też prawda…). Całość takich wymian opinii to czysta strata czasu, energii, nerwów osób co bardziej pobudliwych, strata papieru drukarskiego i strata prądu, gdy się ogląda w TV gadające głowy wystrojonych w modne krawaty marynarkarzy, rozkładających swoje pośladki na wygodnych fotelach studyjnych…
Najczęściej doniesienia w „poprawnych” politycznie mediach nie odnotowują innej jeszcze kwestii, a mianowicie kwestii t.zw. „Wielkiego Izraela”, co nie znaczy, że ona nie istnieje i że nie budzi bardzo konkretnych kontrowersji http://www.palestineremembered.com/Acre/Famous-Zionist-Quotes/Story695.html
http://en.wikipedia.org/wiki/Greater_Israel
http://www.mideastweb.org/Middle-East-Encyclopedia/greater-israel.htm
A jak widać, jest to kontrowersja isniejąca nawet w ścisłym kierownictwie izraelskim http://www.haaretz.com/hasen/spages/1020929.html
Mówimy tu o źle odrobionej przez syjonistów „lekcji Holokaustu”. Tymczasem to nie jedyna źle odrobiona przez nich lekcja. Nie odrobili oni bowiem nawet lekcji historii starożytnego Izraela. Ten dawny Izrael, który też – jeśli wierzyć pierwszym księgom Biblii – powstał z agresjii i ludobójstwa, potem praktycznie poza może krótkim okresem za Salomona, stale miał problemy z przetrwaniem. Stale zmuszony był się bronić, bywał napadany, likwidowany, zniewalany, a jego ludność poddana była gwałtom i eksodusom. Jeśli akurat nie miał problemów z Egiptem, to je miał z Asyrią, jak nie z Asyrią, to z Babilonią, albo Persją. Potem rządzili tam Grecy, w końcu Rzymianie i wtedy też nastąpiła ostateczna likwidacja państwa żydowskiego…
Tak, to prawda – nie ma tam teraz mocarstwa zwanego „Asyria”, nie ma potęgi znanej jako „Babilonia”, Grecja nie jest lokalnym mocarstwem, jakim była w przeszłości (w istocie to obecnie jeden z najuboższych krajów Unii Europejskiej). Persja też nie jest mocarstwem, choć istnieje nadal (ale już samo w sobie opracowywanie technologii nuklearnej przez ten kraj wywołuje niemal dreszcze w Izraelu…). Nie ma „Rzymu”, a jego „następca” w postaci Włoch nie jest mocarstwem i nie posiada na Bliskim Wschnodzie żadnej swej „kolonii” ani żadnej „prowincji”. Egipt natomiast nie jest już egipski, tylko arabski. Turcja zresztą też już na Bliskim Wschodzie nie rządzi ani Wielka Brytania… Afrika Korps też nie nadciąga na gąsienicach swych czołgów…
Jednak sytuacja geopolityczna takiego małego państewka (nawet zazbrojonego powyżej czubka głowy najnowocześniejszymi rodzajami broni masowego rażenia), nie staje się w takim regionie wiele lepsza. W dodatku samo istnienie takiego państwa zależy od ciągłej pomocy i wsparcia (technologicznego, politycznego i finansowego) ze strony obcych mocarstw (głównie USA). Czy ktoś może mi powiedzieć jakie długofalowe szanse na przetrwanie ma organizm państwowy, który musi bez przerwy polegać na obcym mocarstwie, bo samemu trudno byłoby mu się na dłuższą metę utrzymać? Czy nikt nigdy nie zadał sobie pytania, czy aby ta nieustająca walka Izraela o samo istnienie nie jest czymś na kształt niekończącej się walki z wiatrakami, które i tak w końcu okażą się – tak jak w „Don Kiszocie” – silniejsze? Izrael zdaje się – i to przez całych już ponad 60 lat swego istnienia – siedzieć na rozżarzonych węgielkach. Już nawet skromne wyliczenie konfliktów Izraela przez Wikipedię (obejmujące zarówno konflikty oficjalnie zwane „wojnami” jak i te niezaszczycone takim mianem) wygląda dość „imponująco” jak na zaledwie 60 lat istnienia państwa… Z tego wyraźnie widać co jest główną przyczyną wrzenia wojennego w tamtej części świata.. Właściwie niczego nie trzebaby dodawać. Nie trzebaby wyliczać tych wszystkich walk, ataków terrorystycznych z obu stron, okupacji, wypędzenia miażdżącej większości Palestyńczyków z ich ziemi i „zaryglowania” ich w Strefie Gazy… Nie trzebaby zaznajamiać się z coraz to bardziej „jednostajnie” prezentującymi się „news” o tym, co się tam dzieje (istotnie: na całe tygodnie naprzód można „przepowiedzieć” o czym będą doniesienia prasowe i telewizyjne stamtąd…). Będzie obejmować tematy powszechnie już znane:
http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Terrorist_Attacks_Against_Israel_Before_1967 http://www.haaretz.com/hasen/spages/1052037.html http://www.informationclearinghouse.info/article21471.htm
http://sabbah.biz/mt/archives/2009/01/07/palestinian-girl-confronting-israeli-terrorist/
http://www.truthtellers.org/alerts/israelfoundedonterror.htm
http://jewsvszionists.wordpress.com/2008/05/16/jews_reject_60_years_of_israeli_terrorism_apartheid_against_palestinians/
http://judicial-inc.biz/London_bus.htm
Rewizjonizmy terytorialne istnieją przez całe wieki. Przekonaliśmy się o tym my, Niemcy, Francuzi i inni też.
Ci, którzy sobie wyobrażali, że można to uczynić w Palestynie i „jakoś to będzie”, mieli chyba Arabów za podludzi i to szczególnie debilnego sortu (szereg wypowiedzi czołowych syjonistów zdawałby się to potwierdzać) . (2) Powiedzmy sobie, ale zupełnie szczerze: czy kiedykolwiek zdarzyło się nam słyszeć lub czytać o tym, by dało się po prostu przegnać ludność z jakiegokolwiek terytorium (pomagając sobie zbrodniami masowymi) bez generowania w ten sposób zemsty, rewizjonizmu i rewanżyzmu?
W Europie poprzesuwano granice. Ku radości jednych i zgryzocie drugich. I chociaż w tej chwili nic nie zapowiada zmian, nikt na dobrą sprawę nie wie, jak długo ten stan potrwa. Ale przez cały ten czas panuje tu względny spokój – przerywany jednak kolejnymi konfliktami: a to w Jugosławii (jeszcze tak na dobrą sprawę niezakończony), to znowu w Osetii/Gruzji/Rosji. Nie jest do końca rozwiązana kwestia irlandzka, a od czasu do czasu daje o sobie znać separatyzm baskijski w Hiszpanii, nierzadko też znaczony terroryzmem.
W Palestynie jednak praktycznie trwa on bez przerwy. I to już tak na dobrą sprawę od lat 1930tych, z preludium sięgającym jeszcze dalej wstecz. Ten konflikt trwa zdecydowanie zbyt długo, by można było mówić o rychłym zakończeniu. To raczej ciąg konwulsji wybuchających regularnie. Protekcja okazywana Izraelowi przez Zachód, szczególnie przez USA, staje się dodatkowo zarzewiem szerszego jeszcze konfliktu: między światem islamu a nami. Doprowadziła też do globalizacji kwestii żydowskiej – chociaż stworzenie Izraela miało doprowadzić rzekomo do jej zaniku. Kwestia ta pozostała dalej tam gdzie była – choć w szeregu krajów uległa osłabieniu (paradoksalnie jednak nie tyle w wyniku utworzenia Izraela, ale w wyniku przebiegu II Wojny…). Tak jak kwestia żydowska uległa globalizacji, tak też uległa jej antyżydowskość. Izrael, który dać miał Zydom bezpieczeństwo, robi wrażenie oblężonej twierdzy i to nawet wyglądem. Co prawda trzeba przyznać, że to nie dlatego, że jakiś wróg zewnętrzny ją otoczył – raczej dlatego, że zbudowano ją na cudzym terytorium…
Istnienie Izraela od dawna nie jest już przyczyną tylko i wyłącznie konfliktu lokalnego. Zatruwa, niestety skutecznie, stusunki międzynarodowe i jest powodem zaostrzających się konfliktów międzycywilizacyjnych. Zagraża w ten sposób już nie tylko Palestyńczykom oraz – w dalszej perspektywie – Żydom, ale ludom cywilizacji europejskiej i islamskiej. Konflikt ten, ulega rozszerzeniu na inne kraje. I to nie tylko w tym sensie, że namnożyły się zamachy terrorystyczne, takie jak seria zamachów żydowskich, znana pod nazwą „afery Lavona” (3) , czy zamachy bombowe terrorystów islamskich w krajach Europy (Londyn, Madryt) czy Dalekiego Wschodu (Bali), ale także w sensie militarnym. Były już wojny Izraela z krajami arabskimi, były wojny w Libanie. Wojny w Iraku i Afganistanie mają swe korzenie w „Wojnie Sześćdziesięcioletniej” i co do tego mało kto ma jakiekolwiek wątpliwości. Coraz częściej dyskutuje się otwarcie możliwość inwazji na Iran oraz na Syrię. Sytuacja na Bliskim Wschodzie stała się dżumą stosunków międzynarodowych, międzykulturowych, międzyreligijnych, międzycywilizacyjnych, nawet międzyrasowych.
Taka eskalacja globalna jednego konfliktu lokalnego zapewne nie byłaby możliwa, gdyby nie „specjalny” rodzaj stosunków Izraela i USA. Specjalny ten charakter nie zapobiegł aktom terroryzmu między nimi, ale tak jakoś dziwnie się te akty układały, że były one zawsze aktami terroryzmu izraelskiego wobec obywateli USA, nigdy zaś odwrotnie… I uchodzą one na „sucho”… Na tym właśnie polega ów „specjalny” charakter tych stosunków bilateralnych…. (4)
Stąd też nie dziwi, że Izrael bezkarnie pozwala sobie na używanie bomb napalmowych wobec ludności Gazy. I że używa artylerii – czyli wyjątkowo nieprecyzyjnej broni – do ostrzeliwania gęsto zaludnionego obszaru (półtora miliona mieszkańców). I że zrzuca ostatnio ulotki nad Gazą, informujące jej ludność, że będzie jeszcze więcej ostrzału i bombardowań.
Bez owych „specjalnych”stosunków z Ameryką nie pozwoliłby sobie na nic podobnego. Ba, bez nich w ogóle nie istniałby tam, gdzie dziś jest. Byłby zupełnie gdzie indziej. Z dala od tych, których ziemie zabrał terrorem takim, za jaki Miloševič i Karadzič z Jugosławii poszli przed trybunał międzynarodowy… Byłby państwem pokoju, na jaki zasłużyli sobie Żydzi po okresie 1800 lat nieposiadania własnego, niepodległego kraju. Byłby powszechnie szanowany, a nie coraz bardziej pogardzany i znienawidzony na świecie. Potrafiłby przyczynić się do stworzenia wizerunku Żyda jako człowieka takiego jak inni, zamiast pracowicie kłaść fundament pod dalszy, kto wie jeszcze jak paskudny „antysemityzm”…
Nie brakuje pomysłów na to, by państwo żydowskie przenieść gdzie indziej.
Pan Ronen Eidelman proponuje stworzenie takiego awaryjnego państwa („Medinat Weimar”) w Niemczech, a konkretnie w Turyngii ze stolicą w Weimarze. Natomiast Yael Bartana, sugeruje wręcz, by trzy miliony Zydów sprowadzić do Polski… Oto fragment recenzji jednego z jej filmów, odnoszący się do tej kwestii:
„Protagonista sugeruje, że aby Polska mogła zostać w pełni zaakceptowana przez innych Europejczyków, kraj ten musi przyjąć tolerancję i multikulturalizm oraz przyjąć z powrotem swych Zydów. Prowokacyjnie oświadcza on: „Niechaj owe trzy miliony Zydów, których Polsce brakuje….przegna demony. Wracajcie do Polski, do waszego kraju!” http://www.thejewishmuseum.org/exhibitions/bartana09
Problem w tym, że jest to w gruncie rzeczy idea podobna do tej, która dała w wyniku obecny Izrael i – używając eufemizmu – „mniej niż zadowalające” skutki jego istnienia. Są to jedynie półśrodki, a nie projekty rozwiązania permanentnego. I można się już dziś założyć, że nawet gdyby któryś z tych pomysłów miał zostać zrealizowany, to zacznie on przynosić owoce równie zatrute jak i w przypadku umieszczenia na siłę państwa żydowskiego na ziemi arabskiej. Jednak główną zasadą tworzenia jakiegokolwiek państwa żydowskiego w przyszłości winno być, by je zakładać tam, gdzie nie ma licznej ludności miejscowej lub zgoła żadnej. Kto wie, być może w istocie pomysły Eidelmana czy Bartany nie wskazują “punktu docelowego” lecz jedynie mają przyczynić się do wywołania szerszej dyskusji na temat stworzenia nowego kraju dla ludności żydowskiej? Być może projektodawcom (czy to z ich własnej inicjatywy, czy też za czyjąś zachętą) chodzi o miejsca w gruncie rzeczy inne niż Weimar czy Polska? Może Polska i Weimar to jedynie rodzaj “latarni morskiej”, której zadaniem nie jest w końcu naprowadzenie statków na siebie, lecz na port położony nieco dalej albo ostrzeżenie wręcz przed przypływaniem bliżej miejsca, w którym sama stoi? Jako ludzie nie pozbawieni inteligencji, musimy i taką możliwość brać pod uwagę. Tak czy inaczej, inicjatywa Eidelmana i Bartany stanowi w gruncie rzeczy (nawet jako półśrodek) wyjście we właściwym kierunku. Dokładnie tak jak sam syjonizm: zwykło się nieraz – ze względu na zbrodnie Izraela i syjonistyczny terror – uznawać syjonizm za zło. Niejednokrotnie uczestnicy demonstracji antyizraelskich skandują nawet hasła w rodzaju: “Judaism-yes; Zionism-no! The state of Israel has got to go!” Nawet jeśli to istotnie prawda, że obecny Izrael “has got to go”, syjonizm nie jest złem. Są w nim skrajności (jak w każdym ruchu i ideologii, to prawda. Ale sam w sobie jest jak najbardziej słuszny w swym założeniu, że ludności żydowskiej należy się własne państwo. Syjoniści natomiast popełnili kardynalny błąd, zakładając swoje państwo tam, gdzie ono aktualnie się znajduje i przeprowadzając na tamtym terenie zbrodnicze czystki w rodzaju tych, prowadzonych swego czasu przez hitlerowców na Zamojszczyźnie czy gdzie indziej. Niejednokrotnie mówi się o Izraelu otoczonym „morzem wrogów”. Już sam ten fakt wystarcza do zakwestionowania tezy o słuszności wizji twórców obecnego Izraela. Jakaż bowiem przezorność i mądrość kryje się w pomyśle tworzenia nowego państwa „w morzu wrogów”? Nie lepiej było poszukać miejsca odpowiedniejszego?
Czy rzeczywiście nie jest możliwe, że utworzenie Izraela tam, gdzie się znajduje, było historycznym błędem? Nigdy, naprawdę nigdy nikomu nie przyszło to na myśl?
Kto wie: może jednym z powodów, dla których liderzy krajów Zachodu tak popierają Izraela „prawo do istnienia” tam, gdzie on jest, i dla którego nie ważą się potępiać jego państwowego terroryzmu jest to, że sami woleliby takiego państwa nie „gościć” w swoich własnych krajach. Wolą raczej, by wieści o nienawiści i rozlewie krwi nadchodziły z Gazy, Zachodniego Brzegu czy Jerozolimy niż np z Weimaru, hiszpańskiej Andaluzji czy amerykańskiej Alaski…(5)
Doprawdy, jedynym rozsądnym rozwiązaniem obecnej sytuacji – myśląc obiektywnie i zupełnie „na chłodno” – jest całkowity demontaż Izraela jako państwa w jego obecnym położeniu geograficznym i odtworzenie go zupełnie gdzie indziej i to z takim obszarem, by nawet wszyscy Zydzi – jeśli sobie tego zażyczą – mogli się tam kiedyś przenieść.
Wbrew pozorom jest ogrom miejsca na Ziemi, gdzie takie państwo dałoby się stworzyć. Weźmy choćby Australię, gdzie nie powinno stanowić problemu wydzielenie obszaru mogącego pomieścić miliony ludzi. Nikt nie może twierdzić, że w Australii nie da się żyć. W Kanadzie byłoby pewnie jeszcze lepiej, bo tam nie brakuje ogromnych wysp. Chociaż tam z kolei jest znacznie zimniej, średnie temperatury roczne utrzymują się poniżej zera stopni. Przykładem jest Victoria Island, która ze swoimi ponad 217 000 km2 ma powierzchnię odpowiadającą ponad 2/3 terytorium Polski., jest też większa od Wielkiej Brytanii. Tymczasem wszystkich mieszkańców jest tam aktualnie około tysiąca dziewięciuset… Spory potencjał ma także Alaska… Nikt nie może twierdzić, że brakuje możliwości. Przy czym to oczywiście jest w jak najlepiej pojętym interesie syjonistów, by się za taką możliwością rozglądać, dokładnie tak, jak to robili dziesiątki lat temu, tylko tym razem lepiej i rozsądniej.
Możliwości wciąż istnieją, jednak z każdym dziesięcioleciem są coraz mniejsze, gdyż obecnie żyje na Ziemi między 6 a 7 miliardami ludzi i ich liczba szybko wzrasta. Jeszcze 70 lat temu było rzeczą całkiem do pomyślenia, by próbować budować żydowskie państwo na Madagaskarze . Dzisiaj takie pomysły mogą należeć jedynie do historii.
Tak jak w przeszłości mieszkańcy niegdysiejszych kolonii tak czy owak odzyskaliby kiedyś niepodległość a Francja tak czy owak uwolniłaby się w wiekach średnich od dominacji Anglii (obojętnie: z Joanną d’Arc czy bez Joanny d’Arc…), tak też prędzej czy później Arabowie poradzą sobie z potęgą Izraela, a także ze swoimi własnymi wewnętrznymi podziałami (kto wie – może Izrael wręcz przyczyni się do jedności arabskiej?), a małe rozmiary Izraela sprawią, że nawet jego potęga nuklearna i rzeka pieniędzy z USA nie wystarczy… W dodatku on graniczy z Arabami ze wszech stron i ma ich jeszcze sporo (dobrze ponad milion!) wewnątrz swego malutkiego kraju… (przecież ruchawki są i w Jerozolimie – właśnie niedawno pokazano, jak izraelski wojskowy łazik w tym mieście uciekał przed gradem kamieni…).
W tym miejscu pozwolimy sobie zacytować dwa fragmenty książki Gilada Atzmona, urodzonego i wychowanego w Izraelu, a obecnie mieszkającego w Wielkiej Brytanii. Atzmon niedwuznacznie sugeruje, że jego zdaniem los Izraela jest już przesądzony, obojętnie co jeszcze się tam w międzyczasie wydarzy:
„Urodzeni w Izraelu świeccy Zydzi, produkty transformacji syjonistycznej, są obecnie tak przyzwyczajeni do swej egzystencji w regionie, że zatracili oni swój żydowski instynkt przetrwania. Zamiast niego zaadoptowali hedonistyczną interpretację zachodniego oświeconego indywidualizmu, który usuwa z nich ostatnie resztki plemiennego kolektywizmu. Ten stan rzeczy może wyjaśniać dlaczego Izrael został pokonany w wojnie w Libanie w 2006 roku. Współcześni Izraelczycy nie widzą żadnego powodu, by poświęcać siebie na kolektywnym ołtarzu żydowskim. Są o wiele bardziej zainteresowani badaniem pragmatycznych aspektów „dobrego życia”. Zapewne z tego właśnie powodu armii izraelskiej nie udało się złamać Hamasu w operacji „Cast Lead”. Aby to uczynić, izraelscy generałowie musieliby zastosować odważną taktykę walki lądowej. Zdają sobie oni sprawę, że dywanowe bombardowanie Gazy i zrzucanie białego fosforu na na schrony ONZ nie doprowadzą do „koniecznych rezultatów”, jednak nie mogą zrobić niczego innego. Hedonistyczne społeczeństwa nie wydają wojowników spartańskich, a bez posiadania prawdziwych wojowników lepiej walczyć na odległość.
Nie trzeba dodawać, że Palestyńczycy, Syryjczycy, Hezbollah i Irańczycy widzą to wszystko. Dzień po dniu analizują tchórzliwą taktykę izraelską i poprawnie interpretują izraelskie realia. Wiedzą, że dni Izraela są policzone.”
I dalej:
„Beaufort, nagrodzony izraelski film wojenny nakręcony w 2007 roku, jest zdumiewającą demaskacją izraelskiego zmęczenia i defetyzmu. Opowiada on historię specjalnego oddziału piechoty IDF (czyli „Izraelskich Sił Obrony” – przyp. MM), okopanej w bizantyjskiej fortecy na szczycie wzgórza w południowym Libanie. Akcja ma miejsce w roku 2000, jedynie dni przed pierwszym wycofaniem się Izraela z Libanu. Jednostka jest okrążona przez bojowników Hezbollahu. Dniem i nocą żyją w okopach, kryją się w betonowych schronach i poddani są nieustającemu ostrzałowi granatów i pocisków. Choć wszyscy marzą o swym życiu po powrocie z piekła, w którym się znaleźli, giną jeden po drugim z rąk niewidzialnego wroga.
Widownia izraelska kochała Beaufort. Sądzę, że widziała w nim alegorię swego własnego stanu końcowego. Tak jak żołnierze izraelscy w filmie marzą o ucieczce tak daleko, jak się da, czy to poprzez osiedlenie w Nowym Jorku czy zalanie się w trupa w Goa, społeczeństwo izraelskie godzi się zwolna z tymczasowością swego kraju i próżną egzystencją. Jak ci żołnierze, Izraelczycy pragną zostać nowojorczykami, paryżanami, londyńczykami czy berlińczykami (a najwyraźniej z dnia na dzień rośnie także liczba Izraelczyków ustawiających się w kolejce po polskie paszporty).” (“The Wandering Who?”, 2011, s. 98 i 99)
Dzisiaj to jeszcze, jak na tym zdjęciu, pokazywanym w internecie, mogą Izraelczycy ze śmiechem przez lornetkę oglądać bombardowanie Gazy… I mówić dużo o miejscowości Sderot, bo tam kiedyś spadały prymitywne rakiety wystrzelonego przez Palestyńczyków (większość tych „rakiet” z reguły nawet nie eksploduje…). Milczą natomiast o tym, co tam było zanim powstał Sderot – arabska wieś Najd, poddana czystce etnicznej w maju 1948 roku…. Czy ktokolwiek z nas naprawdę sądzi, że Arabowie to małpy, które nie potrafią pamiętać? Kiedyś i Krzyżowcy potrafili bić tych Arabów na tej samej ziemi. No i co się w końcu stało? Tak, Izrael jest pomyłką…
PRZYPISY
1.. W oryginale: “Hamas also runs extensive social programs throughout the West Bank and Gaza Strip”
2. “Milion Arabów niewart jest żydowskiego paznokcia.” – Rabin Yaacov Perrin, Feb. 27, 1994 ( N.Y. Times, Feb. 28, 1994, p. 1).
“Przepędźcie tę populację bez grosza przez granicę, odmawiając jej zatrudnienia… Zarówno process wywłaszczania jak I usuwania biednych musi zostać przeprowadzony dyskretnie i ostrożnie.” – Theodore Herzl, założyciel World Zionist Organization
“Jest obowiązkiem przywódców izraelskich wyjaśnianie opinii publicznej, jasno i odważnie, pewnej liczby faktów, które z czasem zostały zapomniane. Pierwszym z nich jest, że nie ma syjonizmu, kolonizacji lub Państwa Zydowskiego bez wysiedlenia Arabów i zagarnięcia ich ziem.”
Yoram Bar Porath, Yediot Aahronot, of 14 July 1972.
„Zredukujemy arabską populację do rzędu społeczności drwali i kelnerów”-
Uri Lubrani, specjalny doradca premiera Ben-Guriona do spraw arabskich
“Musimy zastosować terror, zabójstwa, zastraszenie, konfiskację ziemi i odcięcie wszelkich świadczeń społecznych, aby pozbyć się populacji arabskiej z Galilei” - Israel Koenig, “The Koenig Memorandum.”
„Deklarujemy otwarcie, że Arabowie nie mają prawa do osiedlenia się na bodaj centymetrze Eretz Israel… Siła jest wszystkim, co rozumieją i kiedykolwiek zrozumieją. Będziemy stosować przemoc tak długo, aż Palestyńczycy przyczołgają się do nas na czworakach.” - Rafael Eitan, szef sztabu izraelskich sił zbrojnych – Gad Becker, Yediot Ahronot 13 April 1983, New York Times 14 April 1983.
3. Chodzi o całą serię zamachów bombowych wymierzonych przeciw Amerykanom na Bliskim Wschodzie, a konkretnie w Egipcie. Zamachy te przypisywane były powszechnie terrorystom arabskim aż do momentu, gdy kolejna bomba wybuchła przedwcześnie jeszcze w rękach… żydowskiego zamachowca. Wtedy, jak po nitce do kłębka, dotarto aż do izraelskiego ministerstwa obrony, w wyniku czego minister obrony, Pinhas Lavon, podał się do dymisji.
4. Victor Ostrovsky, b. oficer Mossadu informuje na przykład, że jesienią 1991 roku służba ta planowała zamach na prezydenta USA, George’a Busha (seniora). A było to tak: zorganizowana została wówczas w Madrycie konferencja z udziałem Izraela i wszystkich jego arabskich sąsiadów, włączając Palestyńczyków, którzy wystąpili tam jako część delegacji Jordanii. Aby zmusić do udziału w tej konferencji znajdujący się w tarapatach finansowych rząd Icchaka Shamira, Bush zastosował, jak pisze Ostrovsky, „ten rodzaj nacisku, jaki amerykański prezydent rzadko miał odwagę wywrzeć”, mianowicie zamroził on (wbrew rozwścieczonej wspólnocie żydowskiej w USA) gwarancje pożyczek dla Izraela, wynoszących ogółem 10 mld dolarów. Obawiając się, że rozmowy z Arabami – zwłaszcza z Palestyńczykami – mogłyby zakończyć się zmuszeniem Izraela do odstąpienia części terenów okupowanych, Mossad podjął decyzję zamordowania Busha w Madrycie i to w taki sposób, aby winą za to morderstwo zrzucona została na Palestyńczyków, aby w ten sposób spowodowała dodatkowo powszechne znienawidzenie Palestyńczyków w USA. W tym celu wyselekcjonowano 3 palestyńskich ekstremistów jako kozłów ofiarnych. Byli nimi: Beijdun Salameh, Mohammed Hussein i Hussein Shahin. Chodziło o to, by sprowadzić owych trzech do Madrytu jak najbliżej Busha, a następnie go zamordować. W powstałym chaosie zamierzano dalej zlikwidować owych trzech „zamachowców” i w ten sposób zapewnić „jeszcze jedno zwycięstwo Mossadowi. Byłoby im przykro, że nie zdołali uratować prezydenta, jednak jego ochrona nie była przecież ich zadaniem”. Postarano się nawet o to, by zorganizować „przeciek” do policji hiszpańskiej, że owych trzech ekstremistów udaje się do Madrytu i zapewne planują coś ekstrawaganckiego. Jeśli w końcu projekt ten nie wypalił, to dlatego, że grupa oponujących temu pomysłowi funkcjonariuszy Mossadu, zorganizowała inny, tym razem autentyczny przeciek i to tak, by Amerykanie dowiedzieli się o tym planowanym zamachu, a Mossad o tym przecieku. Akcja została odwołana.(p. Victor Ostrovsky. „The Other Side of Deception” HarperCollins, New York, 1995 s. 353-361)
5.. Było tak przecież i w przeszłości, co wywołało swego czasu, w latach 1930tych wręcz wesołość i sarkazm Josepha Goebbelsa :
„Jest rzeczą godną uwagi, że wszystkie państwa, których opinia publiczna sprzyja Zydom, odmawiają zaakceptowania naszych Zydów. Mówią one, że są oni wspaniałymi pionierami kultury i geniuszami ekonomii, dyplomacji, filozofii i poezji, jednak z chwilą, gdy próbujemy im wepchnąć któregoś z tych geniuszów, zatrzaskują swoje granice: „Nie, nie! Nie chcemy ich!”. Myślę, że to istny ewenement w historii świata, narody odrzucające geniuszy.”
http://www.brasschecktv.com/page/822.html
http://www.nkusa.org/
http://en.wikipedia.org/wiki/Wars_of_Israel”
http://medinatweimar.org/2008/06/15/the-neues-museum-saga/
http://kafee.wordpress.com/2008/06/15/a-jewish-state-in-germany-as-an-artwork/
http://www.heretical.com/miscellx/zionism.html
Nowa ordynacja wyborcza
Wiele już powiedziano i napisano o funkcjonowaniu Sejmu i Senatu. Wiele atramentu wylano też na ocenę ordynacji wyborczej. Od czasu do czasu następują jej zmiany, które zdają się niewielu satysfakcjonować. Proponowane są coraz to nowe rozwiązania, mające ulepszyć obecny system. Warto się jednak zastanowić nad kwestią ewidentnie umykającą uwadze reformatorów: nad kwestią rzeczywistego powodu braku zadowolenia pracą parlamentu. I od tej kwestii należy zacząć reformę.
W ogólnym zarysie obecny system wyborczy wygląda tak: kandydaci startują w wyborach w swoich okręgach wyborczych (lub w okręgach, do których zostali wyznaczeni przez swoje partie). Głosowanie następuje w lokalach obwodowych komisji wyborczych i tam, po zakończeniu głosowania i po zamknięciu lokali, następuje pierwsze liczenie oddanych głosów. Po czym rezultaty głosowania spisuje się w protokole, podpisanym następnie przez członków komisji wyborczej. Protokół przesyłany jest następnie do komisji okręgowej, która też spisuje protokół, tyle że obejmujący wyniki głosowania we wszystkich obwodowych lokalach wyborczych danego okręgu. Powstaje kolejny protokół, który następnie wędruje do Państwowej Komisji Wyborczej w Warszawie, a ta podaje do wiadomości publicznej ostateczne wyniki wyborów. Ci z kandydatów – lub też nawet bardziej – te partie (bo niekoniecznie nawet kandydaci…), które uzyskały największą liczbę głosów w swoich okręgach , uzyskują miejsca w Sejmie i Senacie. I większości obywateli nie wydawałoby się to niczym dziwnym ani niestosownym, gdyby nie fakt, że ani wybrani parlamentarzyści (poza wyjątkami), ani tym bardziej ich wyborcy, nie mają wielkiego pojęcia o tym, czym konkretnie będą się ci ludzie zajmowali w parlamencie i w jakiej komisji sejmowej będą pracowali oraz czy się do jakiejkolwiek komisji tak naprawdę w ogóle nadają.
Ten negatywny rezultat spowodowany jest oczywiście faktem, że obecny system wyborczy bazowany jest na wyborczym regionalizmie oraz na podstawie politycznej oceny kandydatów, a nie na ich profesjonalnej przydatności do pełnienia funkcji posła lub senatora, funkcji polegającej w głównej mierze na opracowywaniu praw obowiązujących w poszczególnych dziedzinach życia politycznego i gospodarczego kraju. Kampanie wyborcze koncentrują się w związku z tym nie na przydatności i konkretnych umiejętności kandydatów, lecz na dosłownie czymkolwiek, co czyni ich osobami znanymi: mieliśmy już w Sejmie ludzi o znanych nazwiskach, ale małej przydatności do stanowienia praw. Mieliśmy tam działaczy politycznych i związkowych, którzy zapewne byli dobrzy w wykłócaniu się o wyższe zarobki dla robotników czy w pisaniu artykułów politycznych i felietonów atakujących konkurencyjne partie polityczne. Mieliśmy tam nawet lokalnych działaczy “wypływających” dzięki obiecywaniu niezorientowanym wyborcom np. zadbania o remont lokalnej szkoły, jeśli ci ich wybiorą do sejmu. W praktyce “dobry” jest niemal każdy chwyt, by skupić na sobie zainteresowanie elektoratu i w ten sposób wyjść zwycięsko z tej swoistej “wolnoamerykanki” wyborczej. System taki z całą pewnością odpowiada idei awansu społecznego kandydatów oraz robienia przez nich kariery politycznej. Mamy jednak uzasadnione wątpliwości co do tego, czy równocześnie koresponduje on z aktualnymi potrzebami legislacyjnymi państwa, a zatem z potrzebami, których zaspokojenie stanowi naczelne zadanie parlamentu.
Obecny system parlamentarny jest bazowany na kombinacji zasady reprezentacji regionalnych z kryterium przynależności politycznej kandydatów na parlamentarzystów.
Ten pierwszy czynnik stanowi zaszłość historyczną z czasów, gdy poszczególne regiony, czy też – jak wówczas mawiano- “ziemie” kraju były w dużej mierze suwerenne suwerennością rządzących nimi rodów magnackich i szlacheckich. Szlachta zbierała się na całym szeregu lokalnych “sejmów” i “sejmików” (czyli “zebrań”), by tam radzić o lokalnych zagadnieniach i delimitacji wzajemnych interesów. Gdy przychodziło natomiast do radzenia w skali całej Rzczypospolitej, to wówczas na tych sejmach lokalni arystokraci wybierali reprezentantów spośród samych siebie i wysyłali ich do Piotrkowa na Sejm krajowy.
Ta zasada funkcjonuje nadal, tyle że oczywiście prawa wyborcze rozszerzone zostały na ogół obywateli. Jednak wiele się od czasów przedrozbiorowej Rzeczypospolitej zmieniło. Przede wszystkim nie ma już suwerennych regionów w Polsce, która nie jest nawet państwem federalnym i w którym nie ma już ani Sejmu Sląskiego ani nawet ograniczonej autonomii jakiegokolwiek regionu. A nie ma, bo ta niby “zregionalizowana” reprezentacja skupiona w Sejmie nie zamierza niczego takiego wprowadzić. System “reprezentacji regionów” staje się w coraz bardziej oczywisty sposób zwykłą fikcją. Jednym (choć nie jedynym) z przejawów owej fikcji jest dobór kandydatów na “posła danej ziemi”… spoza tej “ziemi”. Kiedyś opozycja demokratyczna w PRL wytykała rządzącej PZPR zwyczaj t.zw. przywożenia kandydatów “w teczkach” z Warszawy. Tymczasem już w pierwszych demokratycznych wyborach do Sejmu i Senatu z roku 1989 to “Solidarność” wystawiając swoją reprezentację, ówczesną t.zw. “drużynę Lecha” (Wałęsy) złożyła jej skład w dużej mierze właśnie z ludzi “przywiezionych w teczkach” do poszczególnych regionów i nie wywodzących się z nich w ogóle, a nawet nie mających jakichkolwiek związków z nimi. Tak np Adam Michnik startował wtedy z… Bytomia na Górnym Sląsku, a z Katowic (na senatora) Andrzej Wielowieyski z Warszawy. Jedynym bodaj związkiem Andrzeja Wielowieyskiego z Katowicami było to, że czasami jego artykuły publikowane były na łamach katowickiego “Gościa Niedzielnego”. A to i tak były związki “o całe niebo” silniejsze od “związków” Adama Michnika z Bytomiem.
Jednak faktem pozostaje, że kandydaci spoza regionów często wygrywają wybory, dokładnie tak jak wówczas wygrali je Wielowieyski i Michnik. Obecnie zwyczaj “przywożenia kandydata w teczce” wcale nie jest w zaniku. Wręcz przeciwnie: jest on rozpowszechniony dokładnie tak jak kiedyś “za komuny”, tyle że na ogół nie używa się już określeń typu “przywieziony w teczce”.
Przykłady powyższe same pokazują dowodnie, że dobór posłów na zasadzie regionalnej już się przeżył. Tym bardziej, że o wyborze posła na Sejm decydować mają przecież jego umiejętności, a nie fakt pochodzenia z jakiegoś regionu i zamieszkiwania w nim. Zwyczaj ten dodatkowo jeszcze godzi w zasadę równości wyborów, bo oznacza on, że głosy wyborców wcale nie są równe wobec siebie. Niejednokrotnie bowiem wybrani zostają kandydaci uzyskujący stosunkwo niską liczbę głosów, gdy w tym samym czasie gdzie indziej “przepadają” osoby legitymujące sią znacznie większym poparciem wyborców.
Natomiast posadowienie systemu wyborczego na “geografii partyjno-politycznej” jest zagadnieniem zupełnie innym. Nie można się spodziewać, że owa “geografia partyjna” zaniknie, bo nie znikną w systemie demokratycznym partie polityczne ani ich decydujący udział w wystawianiu i lansowaniu kandydatów na posłów i senatorów. O ile jednak “regionalizm wyborczy” jest jedynie przeżytkiem, sprytnie manipulowanym (to wykorzystywanym, to znów omijanym) przez partie polityczne, to z kolei upartyjnienie całego systemu ordynacji wyborczej (ba, nawet samego indywidualnego aktu wyborczego!) stało się niemal zarazą tego systemu, doprowadzając do tego, że o dostaniu się do Sejmu decydują nie tyle indywidualne umiejętności, wiedza i mądrość kandydata, ale jego “plecy” partyjne. Pod tym względem niewiele się zmieniło od czasów “komuny”. Jedyna istotna różnica polega tu na tym, że zamiast jednej “komuny” decydującej, jest takich “komun” zatrzęsienie, a wszystkie postępują pod tym względem w sposób zbliżony do siebie.
Przyłożenie tak wielkiej wagi na “pochodzenie polityczne” kandydata przy jednoczesnym pomijaniu tego, jakie umiejętności on (lub ona) sobą reprezentuje, jest niemal tym samym, co wybieranie go ze względu na jego “pochodzenie wyznaniowe” – też przy niebaczeniu na wiedzę i umiejętności.
Poza tymi dwoma czynnikami mamy do czynienia z jeszcze jednym. Pragnąc stworzyć system wyborczy jak najbardziej odpowiadający potrzebom swoich krajów, politycy i prawnicy głowią się nad tym, czy lepszy jest system “proporcjonalny” czy “większościowy”. Pojawiła się, coraz popularniejsza, koncepcja “Jednomandatowych Okręgów Wyborczych” (JOW), która sama w sobie nie jest absolutnie niczym nowym, CBOS opublikował swego czasu już nawet wyniki ankiety temu poświęconej. Nie umniejszając niczym znaczenia ani dyskusji na ten temat ani znaczenia samego problemu, warto jednak dodać, że żadne takie rozwiązanie – nawet jeśli samo w sobie stanowiłoby w polskich warunkach istotny krok naprzód – nie dotyka najważniejszej kwestii całej sprawy. Autorzy pomysłów mają sporo racji, wskazując na kwestie powszechności, równośc czy bezpośredniości wyborów. Nie dotykają oni natomiast tego, co najważniejsze: przydatności kandydata do pracy nad stanowieniem prawa. Wierzymy, że im lepszy “rzemieślnik”, tym lepszy będzie jego “produkt”. Szarpanie się o nową ordynację wyborczą ma sens tylko wtedy, gdy zapewni ona dobór najlepszych posłów. Wszelkie inne kwestie nie rozwiążą tutaj absolutnie niczego. Pragnienie zmian jest samo w sobie reakcją na kiepskie rezultaty pracy parlamentu. Czemu zatem zastępować stare, nieefektywne rozwiązania nowymi, równie nieefektywnymi? Czy po to, aby po jakimś czasie zamieniać je znowu na inne… przynoszące tak samo mierny efekt?
Co zatem można zrobić, aby – nie rezygnując z demokratycznej zasady praw wyborczych – zreformować obecną ordynację tak, aby wybierać przede wszystkim fachowców do parlamentu, który niechby się już wreszcie dzięki temu stał “kolegium ekspertów”, zamiast być jedynie coraz bardziej pożałowania godnym “jarmarkiem partyjnym”?
Można zrobić jedno: przesunąć posadowienie systemu wyborów do Sejmu z regionalnego na ogólnokrajowy (przy pozostawieniu jednak mandatowości okręgów w wyborach do Senatu), a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe.
Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie “jak to zrobić?” I na to pytanie też mamy odpowiedź:
poprzez zmianę wyboru posłów “w ciemno” do Sejmu na wybór ich bezpośrednio do danych komisji sejmowych oraz poprzez zmianę systemu wyborów do Senatu na zasadzie okręgów jednomandatowych.
Przyjrzyjmy się najpierw zatem jak owa zasada zmieniłaby Sejm:
Aktualnie w sejmie istnieje 28 stałych komisji sejmowych. Z tej liczby 3 nie są komisjami bazowanymi na jakiejkolwiek konieczności profesjonalizmu. Są to komisja Regulaminowa i Spraw Poselskich, komisja Etyki Poselskiej oraz Łączności z Polakami za Granicą. Oznaczać to będzie, że – o ile w międzyczasie sejm nie dokona zmian w liczbie i charakterze komisji – wybieranoby posłów do 25 komisji sejmowych.
Obydwa elementy nowego, zreformowanego systemu (czyli profesjonalizm i ogólnokrajowość) są nieodłączne: nie można wprowadzać kryterium zawodowego przy jednoczesnym regionalizmie, bo byłoby to niepraktyczne. Gdyby bowiem zechcieć te dwie różne zasady ze sobą połączyć, to liczba kandydatów obsadzających wszystkie komisje sejmowe w każdym regionie byłaby zbyt wielka, by umożliwiała ona sprawny wybór. Postawienie zatem na kryterium zawodowe po prostu zmusza do skierowania się w stronę ogólnopolskiego wyboru, kosztem niepraktycznej i coraz bardziej manipulowanej zasady regionalnej, spoza której coraz jawniej wyziera interes partyjny. Wybór zatem jest tutaj następujący: albo dobór zawodowców w skali ogólnokrajowej, albo iluzja regionalizmu (który dla autonomii regionów i tak nic nie robi) i wszechobecny interes partyjny. Na obecnym etapie nie mamy najmniejszej wątpliwości co do tego, która z tych zasad powinna otrzymać pierwszeństwo.
A co daje nam taką niezachwianą pewność, że zreformowana ordynacja zaowocuje – by się “brzydko” wyrazić – lepszym “materiałem poselskim”? To, że wybór bezpośredni do komisji sejmowej zmusi kandydatów do przedstawienia swego własnego dorobku zawodowego jako jedynego argumentu na rzecz jego wyboru, w miejsce niekończących się filipik i partyjnej demagogii, która – w braku rzeczywistych argumentów – przynajmniej daje kandydatowi “ersatz” propagandowy, dzięki któremu ma on w ogóle coś do opowiadania podczas swoich spotkań wyborczych. Bez tego ersatzu będzie musiał on po prostu mówić więcej o sobie i swoich osiągniąciach zawodowych, swoim doświadczeniu i dorobku, pamiętając, że jego bezpośredni oponenci staną wobec takiej samej konieczności i wobec tego również postawią na jedną kartę – kartę własnych zasług, bo innej karty mieć po prostu nie będą. Będą oni nadal wystawiani w większości przez partie polityczne, ale “amunicja” stosowana przez nich w walce wyborczej zmieni się jakościowo na lepsze – zmuszając w końcu establishment polityczny do wystawiania kandydatów wartościowych pod względem zawodowym, a nie jedynie według partyjnych układów. Zlikwidowany zostanie równocześnie wynikający z regionalizacji wyborów element nierówności głosów wyborczych, gdyż oddane na kandydatów głosy liczone będą w skali ogólnokrajowej. Zasada doboru parlamentarzystów według ich umiejętności przyczyni się zatem do likwidacji praktyki istnienia “równych i równiejszych” ze względu na uzyskaną liczbę głosów. Obecny system pozwala jednak nie tylko na istnienie “równych” czy “równiejszych”. Wiemy, że mamy nawet “najrówniejszych”. Przypatrzmy się temu bliżej. Ustęp 1 artykułu 133 ordynacji wyborczej przewiduje:
“W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.”
Nie byłoby w tym zapewne niczego dziwnego, ale już w ustępie 1 następnego artykułu, 134, tworzy się wyjątki od tej reguły:
“Komitety wyborcze utworzone przez wyborców zrzeszonych w zarejestrowanych organizacjach mniejszości narodowych mogą korzystać ze zwolnienia list tych komitetów z warunku, o którym mowa w art. 133 ust. 1, jeżeli złożą Państwowej Komisji Wyborczej oświadczenie w tej sprawie najpóźniej w 5 dniu przed dniem wyborów.”
Czyli na tych kandydatów w ogóle mało kto może głosować, a do parlamentu wejdą i tak… I wystarczy im do tego, że będą np. “dobrymi Niemcami” czy “dobrymi Białorusinami”. W trosce o właściwy dobór parlamentarzystów, ta ostatnia zasada musi zostać natychmiast unieważniona. I to nie dlatego, że chodzi o osoby innej narodowości niż polska. Lecz dlatego, że zasada ta przedkłada niepolskie pochodzenie narodowe kandydata ponad jego umiejętności – a co za tym idzie – ponad jego wartość jako konstruktywnego współtworzyciela praw w tym kraju.
Przecież nie istnieje w ordynacji jakikolwiek artykuł czy ustęp mówiący o specjalnym uprzywilejowaniu np mniejszości religijnych, których reprezentanci mieliby gwarantowane mandaty nawet, jeśli ta mniejszość nie przekracza 5% populacji. Nikt nie próbuje nawet ustalać “proporcji”, według których przyznawanoby mandaty członkom Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego czy Kościoła Ewangelicko – Reformowanego albo mniejszości islamskiej. Tak samo, jak nikt nie rezerwuje specjalnie mandatów dla Zydów (obojętnie już czy traktowanych pod względem religijnym czy rasowym). Ustalanie tego rodzaju zasad z pewnością przekroczyłoby wszelkie granice rozsądku. Dlaczego zatem utrzymywać je wobec mniejszości narodowych?
Nie mamy niczego przeciw temu, by również osoby o korzeniach innych niż polskie udzielały się w pracach polskiego sejmu i senatu. Niechaj jednak wchodzą tam jako dobrzy eksperci, a nie jako “dobrzy nie-Polacy”. Ta sprawa zresztą ma swój szerszy wydźwięk, jeśli chodzi o kwestie praw mniejszości w Polsce. Nie wątpimy, że w razie upowszechnienia niniejszego postulatu, pojawią się pod jego adresem głosy krytyczne, zarzucające mu “nacjonalizm”, “ksenofobię” czy wręcz “rasizm”. O tym, że zarzuty takie byłyby co najmniej niepoważne, można się łatwo przekonać, przyglądając się bliżej stanowi obecnemu. Bardzo często zdarza się, że gdy przedstawiciele mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie zgłaszają postulat ustawienia w ich miejscowościach tablic z dwujęzycznymi ich nazwami (polską i niemiecką), są oni atakowani publicznie, a na ich postulatach przysłowiowej “suchej nitki” nie pozostawiają właśnie ci, którzy co chwila podkreślają konieczność “walki z ksenofobią”… Innymi słowy: dawanie pierwszeństwa kandydatowi na posła, bo jest Niemcem, jest “dobre”, bo takie “tolerancyjne” i “nie-ksenofobiczne”, ale gdyby np. na tablicy z nazwą “Strzelce” pojawiła się obok również nazwa “Strehlitz”, to już tu się kończy upodobanie dla tolerancji, a ksenofobia przybiera wręcz na sile… O co zatem chodzi w naszym postulacie? O to, by pochodzenie etniczne kandydata nie miało znaczenia przy jego wyborze do parlamentu, a kryterium tego wyboru spoczywało wyłącznie na jego przydatności do pracy w tym organie ustawodawczym, obojętnie jakie będzie miał on rysy twarzy oraz oczy skośne w obojętnie którą stronę… oraz aby jednocześnie mniejszości miały możliwość korzystania, w miejscach swych skupisk, z własnego dorobku kulturowego, którego częścią jest między innymi nazewnictwo. Zależy nam bowiem zarówno na prawach mniejszości etnicznych jak i na tym, aby położyć kres gwarantowanemu obecnie ustawowo marnotrawstwu mandatów poselskich przyznawanych za pochodzenie zamiast za zasługi.
Przyjrzyjmy się zatem jak, w skrócie, wyglądać miałyby poszczególne etapy walki o mandaty sejmowe. Nie wprowadzają one żadnej komplikacji w stosunku do systemu obecnego, natomiast dają szereg nowych i istotnych korzyści:
1. Wyłanianie kandydatów. Partie polityczne i inne organizacje czynią to, co zawsze, z tą wszakże różnicą, że zwracają większą niż dotychczas uwagę na osiągnięcia zawodowe kandydata, co stanowi już pierwszą bezpośrednią korzyść nowego systemu.
2. Rejestracja wyłonionych kandydatów. Według obecnie obowiązującej ordynacji, każdy kandydat ma prawo ubiegać się tylko o jeden mandat i tylko z jednego okręgu wyborczego. Nowy system dokłada jeszcze jeden warunek: tylko do jednej komisji sejmowej, co oznacza, że kandydat decyduje się ubiegać o mandat w tej komisji, do pracy w której uważa się za przygotowanego najlepiej. To już druga bezpośrednia korzyść płynąca z nowego systemu.
3. Kampania wyborcza. Kandydaci prowadzą kampanię mając na uwadze, że o ich wyborze decydować będzie w nieporównanie większym stopniu ich własny dorobek zawodowy niż dotychczas. Będą zmuszeni do koncentrowania się na nim właśnie, co stanowi trzeci już zysk nowego systemu. Spotęgowany będzie on dodatkowo faktem, że konkurentami jego będą nie tylko inni kandydaci z tego samego okręgu, ale także kandydaci startujący gdzie indziej w Polsce. Stąd wypływa kolejna korzyść: koncentracja na własnych osiągnięciach zmniejszy stopień stosowania “propagandy negatywnej” wobec konkurentów – będzie na to mniej czasu, tym bardziej, że wielu kontrkandydatów będzie mu nieznanych, w związku z czym nie może on ich nawet zbytnio atakować. Nie łudzimy się, by dało się negatywne elementy walki wyborczej całkowicie zlikwidować. Pozostaną one i będą niemniej zażarte, ale zmniejszy się ich ilość. Inne jeszcze korzyści – tym razem dla wyborców – będą te, że w ten sposób lepiej będą mogli poznać swoich kandydatów oraz stopniowo lepiej zaczną się także orientować w zadaniach parlamentu i problemach przezeń rozstrzyganych.
4. Wybory. Wyborcy będą głosować w swoich okręgach wyborczych. Procedura samego głosowania nie ulegnie zbyt wielkiej zmianie. Mając znaną sobie liczbę kandydatów, wyborcy głosować będą przyznając swoje preferencje. Najlepszym systemem byłaby zmodyfikowana i uproszczona wersja australijskiego “wyboru alternatywnego” (“alternative vote”). Zmianie ulegnie natomiast podliczanie oddanych głosów. Po uzyskaniu od okręgowych komisji wyborczych rezultatów głosowania w okręgach, Państwowa Komisja Wyborcza ustali ostateczne wyniki wyborów, zestawiając wyniki ogólnokrajowe dla każdej z komisji sejmowych z osobna. Dokładnie jest ona omówiona w pytaniach i odpowiedziach dotyczących proponowanego systemu, konkretnie w punkcie 12. Wynikająca z tego ogólnopolskiego podliczania głosów dodatkowa korzyść polegać będzie na tym, że w odróżnieniu tak od obowiązującej ordynacji jak i innych istniejących propozycji, w sposób nie podlegający żadnej możliwej wątpliwości zostanie zachowana- a właściwie dopiero tak naprawdę zostanie wprowadzona – zasada równości wszystkich oddanych głosów w skali całego kraju.
Teraz kolej na wyjaśnienie zmian odnośnie Senatu:
Inaczej nieco wyglądałaby procedura wyborcza jeśli chodzi o tę izbę. Senat w większym stopniu pełni rolę “jurora” wobec proponowanych praw aniżeli ich “twórcy”. Oznacza to, że grono to jest w większym stopniu gronem polityków i arbitrów niż twórców prawa. O ile zamysłem jest uczynienie z Sejmu rodzaju “Kolegium Ekspertów”, to z kolei Senat byłby rodzajem “Rady Starszych”. Stąd też zasada reprezentacji regionalnej (w tym wypadku okręgów) jest bardziej uzasadniona niż w przypadku Sejmu pomyślanego jako “kolegium ekspertów”. Proponowany model ordynacji wyborczej do Senatu RP różniłby się zatem od modelu sejmowego. Przy czym, aby możliwe było wyselekcjonowanie kandydatów na zasadzie doboru indywidualnego, system ten byłby systemem funkcjonującym na zasadzie “okręgów jednomandatowych”, przy czym okręgi te byłyby tymi samymi okręgami wyborczymi, z których kandydują posłowie. Nie byłoby w związku z tym różnych okręgów dla sejmu i senatu. Sposób podliczania głosów uzyskanych przez poszczególnych kandydatów podany jest w odpowiedzi na pytanie 12 i odpowiadałby on systemowi jednomandatowemu do niższej izby parlamentu australijskiego. Zasadą przy tym byłoby, że każdy okręg wyborczy będzie mieć tę samą liczbę senatorów (a liczba ta zależałaby od liczby okręgów wyborczych, na jakie podzielony byłby kraj. Tak zatem jeśli liczba okręgów wynosiłaby np 99 lub 100, to wówczas liczba senatorów też wynosiłaby 99 lub 100, czyli po jednym senatorze z okręgu. Jeśli zachowana byłaby (co wątpliwe) dotychczasowa liczba 41 okręgów wyborczych, to wówczas byłoby po 2 senatorów na okręg (czyli 82 w sumie) lub co najwyżej 123 senatorów (po 3 na okręg).
Całkowicie zniesiona zostałaby istniejąca obecnie zasada jednoczesnego wyboru wszystkich posłów i senatorów. To zdecydowanie najgorsza zasada, jaką można sobie wyobrazić. Zadaniem izby wyższej parlamentu jest opiniowanie i osądzanie projektów ustaw opracowanych przez Sejm. Senat ma zatem decydować o tym, które projekty zatwierdzić, które odrzucić, a które skierować z powrotem do Sejmu w celu wprowadzenia poprawek i uzupełnień.
Wiadomo przy tym, że wybory parlamentarne często przynoszą zwycięstwa partiom i koalicjom partyjnym będącym “na fali”, czyli cieszącym się w danym momencie największym poparciem. W takich przypadkach te partie lub koalicje “biorą” jednocześnie i Sejm i Senat, zdobywając w nich większość. Oznacza to w praktyce kompletne niemal zdeprecjonowanie wartości i roli Senatu, gdyż “opiniując” projekty ustaw, stanowi on zwykle rodzaj jedynie “gumowej pieczątki” zatwierdzającej to, co zwycięskie partie przegłosowały już w Sejmie. Taki Senat możnaby właściwie po prostu znieść, bo do niczego konkretnego się on w takiej sytuacji nie nadaje, stanowiąc jedynie niepotrzebny balast dla budżetu państwa.
Jeżeli Senat ma zatem we właściwy sposób pełnić swoją stabilizującą rolę, to musi on stanowić efekt bardziej wyważonego wyboru. A bardziej wyważony wybór jest wyborem stopniowym. Wybór stopniowy (lub etapowy) jest wyborem, w którym podczas każdych wyborów parlamentarnych, obok wyboru całego Sejmu, wybierana jest jedynie część Senatu. Przykładami służą m.in. Australia i USA. W Australii kadencja posła trwa 3 lata, senatora 6 lat. Wybory do parlamentu odbywają się co 3 lata i wtedy wybiera się (podczas jednych wyborów) połowę senatorów, a drugą połowę podczas wyborów następnych. W USA podczas każdorazowach wyborów wyłania się jedną trzecią senatorów, przy czym – ponieważ kadencja posła wynosi 4 lata, a senatora 6 lat – to co 2 lata odbywają się wybory pozostałej jednej trzeciej nowych senatorów.
Dla Polski proponujemy tutaj uproszczoną kombinację tych dwóch systemów, która z jednej strony oznaczałaby wybór jednej trzeciej lub jednej drugiej senatorów podczas każdych wyborów parlamentarnych (zależnie od liczby okręgów wyborczych), a z drugiej uniknęłaby konieczności dodatkowych wyborów wyznaczanych pomiędzy kolejnymi wyborami do Sejmu. W zależności od przyjętego wariantu oznaczałoby to albo 9-letnią kadencję senatora wobec 3-letniej kadencji posła albo też 8-letnią kadencję senatora wobec 4-letniej kadencji posła. Więcej szczegółów w odpowiedzi na pytanie 12 i 13.
http://monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza-pytania-i-odpowiedzi/
Michał Monikowski
Perth, Australia
Nowa ordynacja wyborcza – pytania i odpowiedzi
1. W teorii obecna propozycja wygląda na słuszną. Ale jak w praktyce mają wyglądać wybory, jeżeli kandydaci na posłów często nawet nie będą ubiegali się o ten sam mandat? Wyobraźmy sobie sytuację, w której z jakiegoś okręgu startować będzie np. piętnastu kandydatów, ale każdy z nich ubiegać się będzie o mandat w innej komisji sejmowej? Zważywszy, że owych komisji ma być 25, taka teoretyczna możliwość istnieje, że każdy kandydat może ubiegać się o dostanie się do innej. Jeżeli np. „Kowalski” startuje do komisji gospodarczej, a „Nowak” do komisji ochrony środowiska i zasobów leśnych, to jak zdecydować który z tych dwóch jest lepszy? W jaki sposób ten problem będzie rozwiązany?
Przede wszystkim to nie będzie żaden problem. Przecież już obecnie o jedno miejsce w parlamencie walczy od kilku do kilkunastu osób (w wyborach z października 2007 o 560 miejsc – sejmowych i senackich – ubiegało się dokładnie 6580 kandydatów i kandydatek). I według wszelkiego możliwego prawdopodobieństwa większość z wybranych trafi w końcu do rozmaitych komisji parlamentarnych, z całą pewnością nie będą wszyscy należeć do jednej i tej samej. Zacznijmy od tego, że jeśli 15 kandydatów jest znanych ze swych zamiarów ubiegania się o mandaty w konkretnych komisjach sejmowych, to będzie to sytuacja o całe niebiosa lepsza od obecnej, gdyż obecnie nie wiadomo co i jak kandydaci zamierzają robić w sejmie. Obecnie jest tak, że wielu kandydatów ubiega się o ten sam mandat, a każdy ma inne kwalifikacje (o ile w ogóle jakiekolwiek posiada…). „Najlepsze” jest to, że często sami kandydaci nie wiedzą do jakiej komisji trafią, a niejednokrotnie nie fatygują się do żadnej. Tak więc samą znajomość zamiarów kandydatów w tym względzie i to od początku kampanii wyborczej traktować należy jako istotny krok naprzód. W miarę postępu kampanii wyborcy będą mogli zorientować się w tym, co konkretnego mają oni do zaproponowania oraz jakie posiadają kwalifikacje do pracy w sejmie. Będą mogli sobie zatem wyrobić na ich temat zdanie, w tym również zdanie na temat tego, czy np „Kowalski” będzie lepszy w komisji gospodarczej czy też może „Nowak” lepiej przysłuży się krajowi, pracując w komisji ochrony środowiska i zasobów leśnych. Nie zapominajmy też, że istotną pomocą służyć będą wyborcom… ich współwyborcy. Wśród wyborców nie brakuje bowiem również zawodowców i to z tych dziedzin, w których udzielać zamierzają się posłowie w sejmie. Będą oni w stanie dosłownie „odpytać” kandydatów z tych dziedzin i w ten sposób dopomóc w ich selekcji.
2. Czy proponowany system będzie wymagał nowego podziału kraju na okręgi wyborcze? Jeśli tak, to w jaki sposób i według jakich zasad podział ten zostanie przeprowadzony?
W zasadzie nowy podział nie byłby absolutną koniecznością. Ostatecznie bowiem nie jest to propozycja zawierająca jakiekolwiek „miejsca gwarantowane” z jakiegokolwiek okręgu. Jednak właściwym byłoby przeprowadzenie nowego podziału na okręgi o mniej więcej równej liczbie mieszkańców, co oczywiście oznaczałoby, że jedne z nich byłyby powierzchniowo niewielkie, inne byłyby rozległe, z uwagi na rozmaitą gęstość zaludnienia oraz nierównomierne rozmieszczenie ludności. Nie miałoby przy tym znaczenia, czy byłyby to okrągi małe lub większe, czy byłoby ich 80, 160 czy 460. Najpewniej decydującym czynnikiem byłby po prostu stopień łatwości (i trudności) podziału na okręgi mniejsze lub większe. Granice między okręgami przeprowadzonoby tak jak najłatwiej to uczynić.
3. Proponowany system zakłada, że nie będzie już gwarantowanych mandatów poselskich z każdego okręgu. Jak w ogóle można pogodzić taką zasadę z demokracją i sprawiedliwością? Wychodzi na to, że ludzie będą wybierali swoich przedstawicieli w okręgach, a potem dowiedzą się, że ci i tak nie przeszli. Jaki jest w ogóle sens głosowania w takich warunkach? Proponowana tu zasada wydaje się w najlepszym wypadku nieco dziwna…
Proszę zwrócić uwagę, że obecna sytuacja jest pod tym względem znacznie gorsza. Ona jest regulowana inaczej ułożonymi zasadami ordynacji, ale generalnie rzecz biorąc efekt jest podobny (tylko właśnie gorszy), jeśli się temu dokładniej przyjrzeć. Według proponowanego systemu istotnie kandydat wybierany w jednym okręgu może przegrać wybory z kandydatem z innego okręgu, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy ten inny kandydat uzyska więcej głosów. Podczas, gdy obecnie przegrywa z kandydatami uzyskującymi mniej głosów. Wyobraźmy sobie sytuację następującą w dwóch różnych okręgach mających, powiedzmy (dla łatwego rachunku) po 500 tysięcy wyborców: startuje z nich po 10 kandydatów. Ale w jednym z nich dwóch kandydatów zdecydowanie przewodzi stawce, zbierając razem 80% głosów (jeden ma 42% i wygrywa, drugi 38% i przegrywa). Dodatkowo frekwencja sięga 90%. W drugim okręgu głosy rozkładają się dość równo. Wygrywa ktoś z 14% głosów. I on zostaje posłem Dodatkowo frekwencja wynosi 25%, czyli ten, który ma 38% (171 tysięcy głosów) przegrywa z kimś o poparciu 3krotnie mniejszym procentowo (a liczbowo prawie 10krotnym, bo ten “zwycięzca” ma 17 i pół tysiąca głosów). A czy nie wiemy, że do parlamentu – na skutek istnienia systemu proporcjonalnego – dostają się często kandydaci, na których mało kto głosuje? Jak można wierzyć, będąc wyborcą, że się własny głos w ogóle liczy? I też można zapytać: jaki jest w ogóle sens głosowania w takich warunkach? Można kogoś wybrać, a i tak ten ktoś nie przejdzie, bo ustąpi miejsca komuś o mniejszym poparciu – czy to z tego samego okręgu wyborczego, czy też z innego. Kandydat może wygrać wybory w swoim okręgu, ale jeśli nie będzie za nim stała partia uzyskująca w skali całego kraju co najmniej 5% głosów, to taki kandydat nie wejdzie do Sejmu. I nie ma możliwości uczynienia czegokolwiek, aby temu zapobiec. Jest tylko i wyłącznie kwestią naszego przyzwyczajenia, że obecną zasadę uważamy za demokratyczną, a proponowana tutaj wydaje się komuś „dziwna”. Jak bowiem widać przy bliższym przyjrzeniu się, proponowany system nie ma w sobie absolutnie niczego „dziwnego”. Jest on niemniej demokratyczny niż jakikolwiek inny, a za to dodatkowo sprawiedliwszy i gwarantujący lepszych deputowanych.
4. Jeżeli tak, to jaka jest właściwie główna różnica między systemem obecnym a proponowanym?
Proponowany system, obok wielu korzyści, oferuje przede wszystkim spełnienie dwóch kardynalnych filarów: głównego wymogu demokracji parlamentarnej oraz głównej potrzeby systemu władzy. A to poprzez łączenie zasady demokratycznego wyboru z regułą profesjonalnego doboru:
1. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie posiada autentycznego i sporego poparcia wśród wyborców,
2. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie jest fachowcem w dziedzinie, w której ma współstanowić prawa
Czy jest znany jakikolwiek inny system, któryby obie te rzeczy gwarantował naraz w takim stopniu?
5. Jeśli istotnie proponowany tu system jest taki dobry i słuszny, jak się go tu przedstawia, to jakim „cudem” nie jest on stosowany w znanych nam krajach demokratycznych, zwłaszcza w tych, które zdecydowanie przewodzą w światowej demokracji?
Dzieje sią tak nawet nie jednym „cudem”, ale wręcz kilkoma. Najważniejszym jest „cud” historyczny. Jak już pokazano tu na przykładzie Polski, obecny system wywodzi się z systemu, który z demokracją nie miał absolutnie niczego wspólnego. Podobnie było w innych krajach, jak we Francji czy Anglii. „Parlement” był początkowo jedynie organem doradczym wobec monarchów, przy czym oczywiście jego członkowie wykorzystywali swoją pozycję dla wzmocnienia własnych interesów. Układ klasowy, który tworzył niegdyś „parlement”, już nie istnieje. Jedyną istotną różnicą jest to, że uprawnienia, które niegdyś posiadali nieliczni, zostały rozszerzone na wszystkich obywateli, bez względu na ich przydatność do pełnienia podobnych funkcji.
I to właśnie dlatego ten schemat historycznego tworzenia parlamentów demokratycznych stosowany jest w praktyce obecnie. Ma on zastosowanie również w tych krajach, które stosunkowo niedawno wkroczyły na drogę demokracji, a to dlatego, że kraje te albo wprost przejęły systemy polityczne od krajów o starszym parlamentaryzmie, albo tworzyły swe systemy na podstawie istniejących w tych innych krajach.
Z czasem wytworzyło się wrażenie (i to z kolei jest drugi powód, czyli kolejny z owych „cudów”, dla których nie stosuje się odmiennych systemów; powód, który możnaby nazwać „nastawieniem myślowym” ), że skoro tak wytworzyły się systemy demokratyczne, to znaczy, że mogą one istnieć tylko i wyłącznie w takiej, a nie innej, postaci.
Wrażenie to dodatkowo jest potęgowane faktem (i to jest jeszcze inny z owych „cudów”), że czołowe kraje demokracji są równocześnie największymi potęgami gospodarczymi – a co za tym idzie – krajami o najwyższych standardach życia. Tworzy to fałszywe wrażenie, że kraje te dlatego są tak dobrze prosperującymi, bo mają taki typ systemu demokratycznego. Zapomina się najczęściej, że te kraje stały się (za wyjątkiem USA) potęgami jeszcze zanim zaczęły mieć do czynienia z demokracją. Ta sytuacja sprawia, że owe kraje nie odczuwają tak naglącej potrzeby reformy swych systemów parlamentarnych.
Historia uczy, że reformy pojawiają się najczęściej tam, gdzie najbardziej odczuwana jest ich potrzeba. Oznacza to, że wzorzec udoskonalenia jakości parlamentu stworzyć musimy sobie sami, raczej nie zawita on do Polski z obecnych systemów USA, Francji czy Wielkiej Brytanii, choć niewątpliwie od tamtych krajów można się nauczyć wielu innych rzeczy.
6. Jaki jest w ogóle sens tak drobiazgowego troszczenia się o profesjonalizm członków poszczególnych komisji sejmowych, skoro wypracowywane przez nie propozycje ustaw są potem i tak dyskutowane i przegłosowywane przez cały parlament, którego większość nie składa się z fachowców z danej dziedziny (czyli stanowi zgromadzienie „laików”), do której odnosi sią proponowane prawo?
Wyobraźmy sobie dwie grupy ludzi, każdą po 460 osób. Jedna z nich jest jednakże grupą fachowców z dziedzin stanowiących zainteresowanie parlamentu, a druga to typowa „zbieranina”, złożona z osób „na chybił-trafił”. Ta pierwsza grupa, pracująca w zespołach złożonych z fachowców, tworzy w określonym czasie zespół fachowo opracowanych propozycji praw. Mogą się wśród nich znaleźć propozycje nieudane, ale stanowić będą niewielki odsetek. Większość jednak to będą prawa logiczne, nienajgorzej, dobrze, a nawet bardzo dobrze opracowane. Z tej całej „puli” nowych propozycji praw część zostanie w głosowaniu odrzucona, ale część zostanie przyjęta.
Ta druga grupa, owa „zbieranina” też w tym samym czasie przygotuje pewną liczbę praw. Ale, z uwagi na niski stopień profesjonalizmu swoich członków, stworzy prawa mierne, na ogół poniżej przeciętności, rzadko tylko sięgające poziomem przeciętności, a już tylko wyjątkowo będące dobrymi. I z tej, nędznej, puli część również zostanie w głosowaniu odrzucona (chwała Bogu!), jednak część zostanie przyjęta i stanie się obowiązującym prawem w kraju… Więc jak: którą z tych dwóch „pul” wolelibyśmy mieć do dyspozycji we własnym kraju?
7. Czy w proponowanym systemie będzie istniała możliwość wystawiania kandydatur niezależnych?
Jak najbardziej. I wygrana kandydata niezależnego nie byłaby hamowana jakimikolwiek ograniczeniami wynikającymi (jak to się dzieje obecnie) z „progu 5%” postawionego partiom politycznym jako warunku uzyskania miejsc w parlamencie. Istotą proponowanej ordynacji jest bowiem stworzenie warunków do wyboru możliwie jak najlepszych kandydatów, a nie faworyzowanie jakiejkolwiek partii politycznej.
8. Czy istotnie system demokracji parlamentarnej jest możliwy do naprawienia? Parlament spełnia dobrą rolę tylko wtedy gdy ma bardzo ograniczone kompetencje, zakaz inicjatywy we wszystkich sferach i gdy jego uprawnienia polegają tylko na możliwości blokowania podnoszenia podatków, zmiany starych i ważnych praw, kombinowania przy walucie oraz wypowiedzenia wojny. Jeśli parlament już ma istnieć, to jako właśnie hamujący strażnik pewnego ładu, chroniący prawa obywateli. W innym przypadku parlament, nawet w znacznej mierze profesjonalny potrafi stać się zagrożeniem dla wolności jednostki, praw osoby ludzkiej, życia, zdrowia, gospodarki, moralności, normalności i co tam kto jeszcze chce dodać. Problemem jakiegokolwiek parlamentaryzmu nie jest brak profesjonalizmu reprezentantów czy zła dyscyplina wewnętrzna, ale to że parlament ma w większości krajów władzę absolutną, a zupełnie nie jest do niej stworzony. On ma być dodatkową ochroną jednostki. Stąd zgadzając się, że proponowane rozwiązania zwiększą profesjonalizm parlamentarzystów, uważam iż osiągnięcie tego celu nie przyniesie naprawy ustroju. (pytanie i opinia cytowane z nieznacznymi skrótami z Serwisu kosciol.pl, autor J.J. Skoczylas)
Jeżeli obawiać się niebezpieczeństw ze strony tego organu władzy, to dlatego, że niejednokrotnie zdarza się, że jego posłowie zajmują się akurat nie tym, czym powinni. Ferują swoiste “wyroki” moralne wobec polityków i innych postaci publicznych zamiast pracować nad stworzeniem lepszych praw (a do tego jednak potrzeba fachowców, niebezpieczni są właśnie dyletanci!).
Możemy spierać się o szczegóły roli parlamentu oraz zakresu jego władzy. Jednak profesjonaliści będą w nim potrzebni bez względu na to, jaki ustrój polityczny będzie istniał w kraju. Każdy bowiem ustrój potrzebuje fachowców i żaden nie potrafi się bez nich obejść, jeśli ma funkcjonować jako tako prawidłowo. Nawet gdyby założyć, że parlament nie powinien posiadać ogromnej władzy, lecz być jedynie reprezentacją zapewniającą dodatkową ochronę jednostki, to i taką rolę lepiej spełnią fachowcy niż dyletanci. Osobiście nie spotkałem jeszcze ani jednego demokraty, nie-demokraty czy anty-demokraty, który twierdziłby, że organ ustawodawczy (obojętnie jak by się on nazywał i jak daleko sięgałyby jego kompetencje) nie powinien składać się z profesjonalistów, lecz że powinni zasiadać w nim dyletanci. Potrzeba reformy zmierzającej do zwiększenia profesjonalizmu deputowanych jest zatem koniecznością, a już zwłaszcza w warunkach prawnego i gospodarczego nieporządku oraz w przypadku posiadania przez parlament ogromnej władzy ustawodawczej.
9. Do tej pory w każdym okręgu działały biura poszczególnych posłów, umożliwiające kontakt wyborcy z jego reprezentantem. Jeśli proponowany tu system zostanie wprowadzony, to oznacza to, że będą okręgi wyborcze, z których żaden kandydat nie wejdzie do sejmu. Co stanie się wtedy z biurami poselskimi?
Nie byłoby żadnych biur poselskich czy senatorskich. Zamiast nich istniałyby Biura Parlamentarne istniejące w każdym okręgu, bez względu na to, czy posiada on swoich posłów czy nie. Jaka jest różnica? Są zasadniczo dwie różnice: biuro poselskie to biuro konkretnego posła. Biuro parlamentarne to biuro parlamentu. Biur poselskich jest tyle ilu jest posłów, biur parlamentarnych byłoby co najmniej tyle ile jest okręgów. Posłów jest 460, okręgów yborczych jest 41. To oznaczałoby, że minimalna liczba biur parlamentarnych wynosiłaby 41. Jeżeli miałoby się jednak okazać, że ta liczba mogłaby być zbyt mała, to możnaby w niektórych większych okręgach stworzyć po 2, 3 lub nawet 4 takie biura. Wydaje się jednak, że liczba ta nie przekroczyłaby 100 lub najwyżej 150.
10. Jaka wobec tego jest różnica funkcjonowania między biurem poselskim a biurem parlamentarnym?
Jak zaznaczono powyżej, biuro poselskie jest biurem konkretnego posła w okręgu, z którego zostanie on wybrany. Biuro parlamentarne będzie biurem Sejmu i Senatu RP w danym okręgu, a nie jedynie buirem konkretnego posła. Różnica będzie widoczna już gołym okiem. W obecnej chwili działa 460 biur poselskich w całym kraju. Niejednokrotnie zmieniają one swoje adresy, co często po prostu utrudnia zlokalizowanie ich. Dodatkowo, gdy poseł kończy swą pracę w Sejmie, likwidowane jest jego biuro, a nowy poseł z reguły otwiera swoje własne gdzie indziej. Jeżeli – jak to wygląda obecnie – z jednego okręgu statystycznie jest ponad 10 posłów, to praktycznie nikt nie wie gdzie ich wszystkich szukać.
Dla kontrastu, biura parlamentarne jako większe i ulokowane na stałe w tych samych miejscach, będą łatwo widoczne i łatwo będzie się z nimi kontaktować, nawet jeśli akurat posłowie będą tam nieobecni. Stały personel (powtórzmy to jeszcze raz: stały, a nie dorywczy, na jedną kadencję lub wręcz tylko na pewien jej wycinek czasowy…) będzie dobrze zaznajomiony z procedurami parlamentarnymi oraz z zakresem spraw, w jakich posłowie mogą być pomocni w rozwiązywaniu zgłaszanych problemów. Generalnie większość spraw, z jakimi obywatele zgłaszają się do parlamentarzystów, nie podlega ich gestii. W szeregu pomniejszych spraw pomoc będzie mógł okazać sam personel biura parlamentarnego.
Za pośrednictwem takiego biura będzie można kontaktować się nie tylko z jednym posłem, ale z dowolnym posłem oraz w ogóle z Sejmem lub poszczególnymi jego komisjami oraz z Senatem. Posłowie i senatorowie wizytujący dany okręg, będą tam przyjmować interesantów, gdyż stworzone tam zostaną po temu odpowiednie warunki. Dodatkowa korzyść płynie z faktu komasacji siedzib poszczególnych posłów w jednym miejscu. Obecnie biura poselskie rozmieszczane są na chybił-trafił, nieraz w wyjątkowo nieodpowiednich i mało widocznych miejscach. Biura parlamentarne, służące parlamentowi jako całości oraz poszczególnym parlamentarzystom, byłyby lepiej ulokowane, większe i lepiej wyposażone. Dodatkowo wynajem większej powierzchni w jednym miejscu jest z reguły tańszy niż wynajem szeregu małych, nieatrakcyjnych powierzchni w rozmaitych miejscach.
11. Powyższa ordynacja jest typem systemu większościowego, nie dopuszcza ona możliwości zastosowania systemu proporcjonalnego. Oznacza to, że w parlamencie niemożliwe będzie odzwierciedlenie proporcji rzeczywistego poparcia, jakim cieszą się poszczególne partie polityczne wśród wyborców w skali całego kraju. Czy istnieje w tym systemie jakikolwiek aparat, który potrafiłby zapewnić nieco większe odbicie woli wyborców w tym zakresie?
Proponowany system generalnie jest typem ordynacji większościowej, jednak nie ma nic wspólnego ani z klasycznie pojmowaną zasadą większościową ani proporcjonalną. Typowy system większościowy lub proporcjonalny istnieje tam, gdzie gwarantowane są miejsca z okręgów wyborczych. Według tej klasycznej zasady większościowej kto wygrywa wybory w swoim okręgu, wchodzi do parlamentu. Według klasycznej zaś zasady proporcjonalnej – mandaty są rozdzielane (według przelicznika) pomiędzy partie, które uzyskały największe poparcie i to one decydują którzy z ich kandydatów wchodzą do parlamentu (sami wyborcy niewiele mają tu do powiedzenia…).
W proponowanym tu systemie nie ma takiego warunku, gdyż kandydat ubiega się nie o miejsce z okręgu, ale o miejsce w konkretnej komisji sejmowej, o dostaniu się do której decyduje porównanie wyniku danego kandydata z wynikami innych kandydatów (również z innych okręgów) starających o miejsca w tej samej komisji. Jak wyjaśniono już w punkcie 7, istotą proponowanego tu rozwiązania jest wybranie możliwie najlepszych kandydatów, a nie faworyzowanie jakiejkolwiek partii politycznej, w tym faworyzowanie jej czy to w sposób większościowy czy też w proporcjonalny.
Natomiast prawdą jest, że to rozwiązanie jest bliższe dotychczas rozumianemu systemowi większościowemu niż proporcjonalnemu. Istotą jego jest bowiem przesunięcie punktu ciężkości na umiejętności kandydata, a nie troska o zapewnienie proporcji partiom politycznym.
Celem bowiem jest tutaj jakość parlamentu, a nie odmalowywanie mozaiki politycznej. Jednak owa bliskość tradycyjnemu systemowi większościowemu nie oznacza istnienia cech uznawanych za wady takiego systemu.
Słabością dotychczasowych systemów wyborczych jest to, że ustanawiane są one z myślą o sposobie liczenia głosów i przydziale mandatów, a ściślej z wyobrażeniami co do tego, który sposób liczenia jest sprawiedliwszy, a nie z myślą o wyłonieniu najlepiej przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych. Ogromną energię zużytkowano na tworzenie skomplikowanych nieraz metod obliczania głosów, by w końcu i tak skonkludować, że żaden nie jest w pełni zadowalający. Po co zatem marnować czas na wymyślanie rzeczy niezadowalających? Czy nie lepiej po prostu skupić się na jakości kandydatów zamiast na metodach liczenia? Jakie to nieraz są metody i ile już ich powstało, można wyczytać choćby tutaj http://homepages.nyu.edu/~mrg217/es_published.pdf
Pomysł proponowany powyżej nie wymaga geniuszu. W istocie jest on w tak oczywisty sposób prosty, że nie ma chyba człowieka na tej planecie, któryby nie potrafił nań wpaść. Jednak nie jest on proponowany, gdyż na ogół myśli się o wszystkim, tylko nie o próbie wpisania w ordynację reguły gwarantującej jakość wybieranych deputowanych. Próbowano niemal wszystkiego, łącznie z gwarantowaniem proporcji kobiet w parlamentach, czy to perswadując posłów-mężczyzn (lub nawet im nakazując), by zrzekali się swych miejsc na rzecz żeńskich kandydatek. Tak, nawet o tym w niektórych krajach już się myśli, czyli mówiąc wprost, bez owijania w bawełnę: pomyślano nawet o proporcjach reprezentowania płci w parlamencie. Ba, pomyślano nawet o rasach! Nie tak dawno temu w Wielkiej Brytanii, posłanka Partii Pracy, Hariett Harman, zaproponowała, by w ośmiu brytyjskich okręgach wyborczych na jakiś czas zabronić osobom rasy białej wysuwania własnych kandydatur w wyborach do parlamentu. Jedynie Afrykanom i Azjatom przysługiwałoby w tych okręgach takie prawo…
Tak, nawet o “kolorach” pomyślano… Tylko nie o tym, by wybierać najlepiej przygotowanych!
12. Jaki będzie – konkretnie i dokładnie – system głosowania i podliczania oddanych głosów? Co to konkretnie oznacza, że proponowana ordynacja będzie „bliższa systemowi większościowemu niż proporcjonalnemu” ?
Tu udzielimy najdłuższej odpowiedzi w porównaniu do danych do tej pory. Proszę uzbroić się w cierpliwość, gdyż dokonamy tu porównania i objaśnienia znanych systemów obliczania głosów, by poprzez porównanie z nimi wytłumaczyć czym różnią się one od proponowanego tu, zupełnie nowego, pomysłu.
Systemy ordynacji dzielą się, z grubsza, na dwa: proporcjonalny oraz większościowy. Istnieją też systemy mieszane, zawierające elementy jednego i drugiego rodzaju. System większościowy to taki system, w którym wybory wygrywa kandydat legitymujący się nawiększą liczbą oddanych nań głosów.
System proporcjonalny natomiast to taki system, w którym głosy oddane już nie tyle na poszczególnych kandydatów lecz całe listy kandydatów danej partii sumowane są ze sobą i porównywane z sumą głosów oddanych na kandydatów partii konkurencyjnych. Za pomocą przeliczników opracowanych przez matematyków ustala się następnie proporcje, w jakich mandaty są rozdzielane poszczególnym partiom. Decyduje zatem nie tyle liczba głosów oddanych na kandydata, ile głosów oddanych na partię, którą on reprezentuje. Kandydat może uzyskać mandat parlamentarny jeśli otrzyma dużą liczbę głosów lub też jeśli reprezentowana przezeń partia desygnuje go do parlamentu po uzyskaniu mandatów. To partia decyduje, którzy spośród jej kandydatów otrzymają wywalczone w trakcie kampanii mandaty.
System proporcjonalny nie wchodzi w naszym wypadku w rachubę w ogóle, gdyż niemal całkowicie uniemożliwia ocenę poszczególnych kandydatów pod względem ich indywidualnej przydatności do pełnienia funkcji parlamentarnej, dlatego nim nie będziemy się tu prawie w ogóle zajmować. Natomiast system większościowy wymaga bliższego przedstawienia, jako że proponowana tu ordynacja ma wiele z nim wspólnego.
W systemie większościowym stosunkowo najlepsze jest rozwiązanie zwane jednomandatowymi okręgami wyborczymi, w którym istnieje większa szansa przyjrzenia się poszczególnym kandydatom niż ma to miejsce w jakimkolwiek systemie proporcjonalnym. System jednomandatowy zmusza partie polityczne do wystawiania jednego kandydata na okręg, w wyniku czego cała lista kandydatów szystkich partii jest niewielka. Umożliwia to wyborcom lepsze rozeznanie i bardziej świadomy wybór.
Wadą niektórych systemów większościowych jest zjawisko t.zw. „straconych głosów”, to jest głosów oddanych na kandydatów innych niż zwycięzca – a niejednokrotnie na innych kandydatów głosuje w sumie większość. Rezultatem jest często mniejsza frekwencja wyborcza w systemach większościowych niż w proporcjonalnych. Ze wszystkich systemów większościowych najwłaściwszym wydaje się system „alternatywnego wyboru” (alternative vote”), którego dobrym przykładem jest ordynacja wyborcza do niższej izby parlamentu („Izby Reprezentantów”) w Australii. System ten minimalizuje wspomniane zjawisko „głosów straconych”.
Przyjrzyjmy się zatem systemowi australijskiemu, jako że podobne rozwiązanie proponujemy również tutaj:
Karta wyborcza otrzymywana przez wyborcę australijskiego (kliknąć ilustrację) zawiera listę nazwisk wszystkich kandydatów ubiegających się o mandat do Izby Reprezentantów („House of Representatives”) będącej odpowiednikiem Sejmu, a obok nich widnieją „okienka”. Wyborca musi ponumerować wszystkie nazwiska kandydatów od „1” do ostatniego, np „10” (jedynka oznacza tego kandydata, którego wyborca życzy sobie widzieć w parlamencie najbardziej, dziesiątka tego, którego najbardziej sobie tam nie życzy). Wybory do Senatu odbywają się podobnie, tyle tylko, że dodatkowo u góry widnieją podobne „okienka” obok nazw partii politycznych. Wyborca postępuje podobnie, numerując kandydatów. Albo zamiast tego może postawić „1” w okienku z nazwą partii. Taki głos jest tak samo ważny. Owa jedynka oznacza, że wyborca głosuje na kolejność preferencji opracowaną przez wytypowaną przez siebie partię, która zawczasu już „ponumerowała” wszystkich kandydatów (swojemu przyznając „jedynkę” oczywiście…). Jest oczywiście jedna znacząca wizualna różnica między kartą wyborczą do Izby Reprezentantów a tą do Senatu: wybory do Senatu są wyborami z okręgów wielomandatowych (będących całymi stanami), dlatego też senacka karta wyborcza jest bardzo duża, mniej więcej 15 cm wysokości na około pół metra długości… Liczba kandydatów może być na niej znaczna, np w wyborach z 24 listopada 2007 zawierała ona – z samego tylko stanu Zachodnia Australia – nazwiska 54 kandydatów i kandydatek. Dla porównania zielona karta wyborów do Izby Reprezentantów (okręgi jednomandatowe), dla okręgu wyborczego Fremantle w Perth zawierała jedynie 8 (słownie: osiem) nazwisk osób kandydujących.
W jaki sposób wyłaniany jest zwycięzca? Obliczane są wszystkie „jedynki” („primary votes”) otrzymane przez poszczególnych kandydatów. Ten z nich, który otrzymał najmniejszą liczbę owych „primary votes” (nazwijmy go kandydatem „A”), odpada. Wówczas ze wszystkich głosów zawierających „primary vote” dla niego, oblicza się z kolei wszystkie „dwójki” („second preferences”) oddane na pozostałych kandydatów. Ponownie sumuje się uzyskane głosy i znowu któryś kandydat odpada (kandydat „B”). Powtarza się całą procedurę tak jak z głosami kandydata, który odpadł poprzednio. I teraz liczenie nieco się komplikuje:
Z puli głosów oddanych z jedynką na kandydata „B” pewna liczba zawiera „2” przyznaną kandydatowi „A”, który jest tym poprzednio wyeliminowanym. Te „dwójki” już nie są już przyznawane „A” właśnie dlatego, że już odpadł. Dlatego pod uwagę z tej liczby głosów zamiast „dwójek” bierze się „trójki” przyznane pozostałym kandydatom.
Teraz przypomnijmy sobie na moment „primary votes” oddane na kandydata „A”: „dwójki” tam przyznane były już liczone. Zatem teraz „trójki” są doliczane do głosów uzyskanych przez kandydatów pozostających – oczywiście za wyjątkiem „trójek” przyznanych kandydatowi „B” – zamiast których liczy się „czwórki”.
W praktyce – to jest, gdy fizycznie dokonuje się liczenia głosów – cała ta zasada nie jest wcale trudna. Ona jedynie w opisie wygląda na trudną. Tak czy owak w oczy rzuca się „schodkowość” takiego systemu podliczania głosów:
drugie preferencje przyznawane kandydatom mieszane są z trzecimi preferencjami przyznawanymi im przez innych wyborców oraz z czwartymi przyznanymi przez jeszcze innych wyborców itd. Stanowi to pewną komplikację, zwłaszcza, że preferencje wyższe (1,2,3…) stanowią swego rodzaju „głosy poparcia”, gdy w praktyce dalsze preferencje stają się już stopniowo coraz bardziej „głosami sprzeciwu” wobec kandydatów.
Tego rodzaju „schodkowego podliczania głosów” nie pojawia się w systemie głosowania proponowanym tutaj dla Sejmu (pojawi się ona natomiast w wyborach do Senatu, gdyż wybory te będą miały cechy wyborów z jednomandatowych okręgów wyborczych). Zamiast niego istnieć będzie metoda równoległych zestawień:
ponieważ ostateczne podliczanie oddanych głosów odbywać się będzie na szczeblu ogólnopolskim dla każdej komisji sejmowej z osobna, to o tym, który kandydat uplasuje się wśród członków parlamentu decydować będzie liczba oddanych nań głosów, w szczególności owych „primary votes”. Co oznacza, że dokonane zostanie zestawienie – w podobny sposób jak w Australii – owych „jedynek” uzyskanych przez poszczególnych kandydatów. Jeśli owo zestawienie nie przyniesie rozstrzygnięcia (czyli: jeśli będą kandydaci legitymujący się jednakową liczbą oddanych na nich głosów), to wówczas nastąpi podliczenie wszystkich „dwójek” uzyskanych przez nich w ich macierzystych okręgach wyborczych. Jeśli i to porównanie nie da ostatecznego rezultatu, to wówczas zestawi się uzyskane przez nich „trójki”. I tak dalej, aż do wyłonienia zwycięzców. Proszę zwrócić uwagę, że za każdym razem jest to zestawienie „jedynek” uzyskanych przez kandydata z „jedynkami” uzyskanymi przez innych kandydatów, „dwójek” zawsze tylko z „dwójkami” itd. Czyli, że za każdym razem zestawiane będą ze sobą jedynie preferencje tego samego rzędu.
Dla samego wyborcy oddającego swój głos w lokalu wyborczym owe różnice w sposobach liczenia głosów dla Sejmu i Senatu nie będą jednak stanowiły żadnego problemu, gdyż na obu kartkach wyborczych (które dobrze byłoby różnicować kolorystycznie) będzie on robił dokładnie to samo: numerował nazwiska kandydatów według swoich preferencji.
13. Sporo miejsca poświęcono w niniejszych rozważaniach kwestii wyższości systemu wyboru-doboru profesjonalnemu kandydatów nad stosowanymi tradycyjnie systemami ordynacji wyborczych, w tym także systemu jednomandatowych okręgów wyborczych. Dlaczego w takim razie to właśnie wybrani w takim tradycyjnym systemie senatorowie mają być jurorami fachowców i ich fachowo dopracowanych ustaw? Przecież to oczywista sprzeczność! Po co mozolić się z wymyślaniem nowego systemu, jeśli w ostatecznym rozrachunku podporządkowany on będzie systemowi staremu?
Zacznijmy od tego, że ustrój każdego państwa posiada instytucje wyłaniane w różny sposób w zależności od tego, który z tych sposobów jest najodpowiedniejszy dla każdej z tych instytucji. Senat nie jest twórcą praw. On jest jedynie ich jurorem oraz sędzią. W realnym sądzie członkowie trybunału nie muszą przecież reprezentować profesji wszystkich sądzonych przez siebie obywateli oraz spraw, prawda? Wystarczy, jeśli znają prawo swego kraju i potrafią według tego prawa zakwalifikować czyn oskarżonego oraz rodzaj sprawy. Prezydent państwa też nie musi posiadać ukończonych wszystkich fakultetów, jakie tylko istnieją na uczelniach w jego kraju i nie musi być ekspertem we wszystkich dziedzinach…
Istotnie, powyżej poświęcono bardzo dużo miejsca na wyeksponowanie cech nowego w naszym kraju systemu. Nie jest to bowiem system praktykowany ani znany, stąd też konieczność bardziej szczegółowego zaprezentowania go. Gdy mowa zatem o „przesunięciu posadowienie systemu z regionalnego na ogólnokrajowy, a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe”, to nie oznacza to, że ignorujemy regionalizm i znaczenie partii politycznych. Oznacza to natomiast, że znajdujemy metodę na zapewnienie profesjonalizmu gremium, które tworzy prawo państwowe w rozmaitych dziedzinach życia i funkcjonowania kraju. Dlatego właśnie w Sejmie zmiany te muszą pójść najdalej. Co do Senatu, to wystarczy przejąć dobrze sprawdzone procedury z innych krajów, z pewną tylko ich modyfikacją wynikającą ze specyfiki struktury polskiej państwowości. Te konkretne cechy przejęte zostały z modeli krajów anglosaskich, gdyż one właśnie posiadają systemy izb wyższych oraz ich korelacji z izbami niższami stosunkowo najbardziej wyrafinowane i przemyślane.
14. Jeżeli mandat poselski lub senatorski wygaśnie, na przykład za sprawą śmierci posła lub senatora albo na skutek odebrania mu immunitetu i wykluczenia z parlamentu, to w jaki sposób mandat ten zaistnieje na nowo: czy poprzez zorganizowanie wyborów uzupełniających w danym okręgu wyborczym?
Nie. Mandat przejdzie w takim wypadku automatycznie w ręce tego kandydata, który uplasował się w wyborach bezpośrednio za parlamentarzystą tracącym mandat.
_________________________________________________________________________________________
15. Po wszystkim, co tu zostało powiedziane o sposobie wyłaniania zwycięzców w wyborach, zwłaszcza w pierwszych pytaniach i odpowiedziach, pozostaje jednak wątpliwość, czy aby ten proponowany system jest w ogóle realistyczny? Przecież efektem wprowadzenia tego systemu mogłaby być niemal „rewolta” wyborców, gdy dowiedzą się, że nie ma gwarancji, że ich okręg będzie reprezentowany w Sejmie!
Tak, jest na to teoretyczna odpowiedź, według której ten system jest lepszy i dlaczego jest lepszy. Ale dlaczego wyborca ma być tym w ogóle przekonany? Przecież on chce, aby jego okręg miał posła!
Tak, obecnie może istotnie tak być, że wyborcy by „rewoltowali”. Proponowany system jest jednak systemem wybiegającym w przyszłość, a jego eksponowanie tutaj ma na celu skłonienie do dyskusji nad jego zaletami. Jeżeli nawet nie w chwili obecnej, to jednak w przyszłości (kto wie – może wcale niedalekiej?), jego zalety zostaną dostrzeżone. Ale do rzeczy:
Wyborca, oddając swój głos w wyborach parlamentarnych, na ogół chce znacznie więcej, aniżeli bycia reprezentowanym przez swojego kandydata. On chce także, aby ten wybrany parlament rzeczywiście był wybrany demokratycznie i aby do tego parlamentu wchodzili ci, którzy otrzymują autentyczne poparcie. On także chce, aby jego partia odniosła zwycięstwo. Pragnie, by to jego partia utworzyła rząd i wdrażała swój program. Chciałby on również, by w Sejmie pracowali wartościowi ludzie, fachowcy, a nie szajka dyletantów. Jak widać, pragnienia wyborcy są znacznie szersze, a i tak pewnie nie wszystkie tu wymieniliśmy.
Jednak bezpośredniej odpowiedzi na powyższe pytanie (oraz protest) udziela system Biur Parlamentarnych, o których była mowa wcześniej. Jak powiedzieliśmy wówczas, biuro parlamentarne byłoby na ogół JEDNO w każdym okręgu wyborczym (to byłoby rozwiązanie preferowane). Takie biuro stanowiłoby cały zespół ludzi, a nie jedynie poszczególnego posła. W dodatku, w odróżnieniu od posła, który może być wybrany z danego okręgu, ale może z niego nie pochodzić, zespół STAŁYCH pracowników Biura Parlamentarnego składałby się przecież niemal wyłącznie z osób z danego okręgu. Nakreślając zadania takiego Biura, stwierdziliśmy, że funkcjonować ono będzie bez względu na to, czy pracuje w Sejmie poseł z danego okręgu. Takie Biuro zatem samo w sobie JEST efektywnym reprezentantem wyborców okręgu i ono „uruchamia” procedury sejmowe poprzez poszczególne komisje sejmowe. Jeżeli do tego dodamy jeszcze, że zespoły ludzkie są na ogół lepiej zakorzenione w lokalnych wspólnotach i przy tym bardziej wszechstronne aniżeli jedna osoba (poseł), to przyjęte założenie Biur Parlamentarnych umożliwia lepsze zespolenie parlamentu z elektoratem w jeden system, w którym posłowie są jedynie tą grupą bezpośrednio tworzących prawa i głosujących nad ich przyjęciem – gdyż cały elektorat nie jest w stanie tego czynić. Zatem reprezentacja elektoratu w proponowanym systemie nie ogranicza się jedynie do posłów, lecz jest rozszerzona na całe zespoły ludzkie, wspomagające posłów i senatorów.
Jak więc widać, wspomniana tu gdzie indziej zasada, według której przyjęcie właściwego założenia na początku rozumowania sprawia, że założenie owo jest w stanie rozwiążywać również szereg innych problemów pojawiających się dalej na drodze tego rozumowania.
Michał Monikowski
Perth, Australia