Copyright © 2010 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Posts Tagged ‘staroluteranie’
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 5: Nowy Śląsk
O ile pierwszym miejscem osiedlenia luterańskich kolonistów z Prus był Klemzig, a najbardziej znaną ich miejscowością jest Hahndorf, to z kolei najbardziej „niemieckim” rejonem w Australii jest Dolina Barossy (Barossa Valley) w Południowej Australii na północny wschód od Adelaide. Nazwę swoją (pochodzącą z Hiszpanii) dolina ta otrzymała od założyciela Adelaide, pułkownika Williama Light. Osiadający tam staroluteranie nazywali ją jednak często „Neuschlesien”, czyli „Nowy Śląsk”.
Pułkownik Light nazwał ją „Barossa Valley” w roku 1837 od Barossy (obecnie „Barrosa”) w Hiszpanii, gdzie wziął udział w zwycięskiej bitwie przeciw Francuzom 5 marca 1811 roku. Południowoaustralijska Dolina Barossy ma mniej więcej 8 km szerokości i około 40 km długości. W 1842 roku zaczęli się tam pojawiać pierwsi osadnicy angielscy i niemieccy. Mniej więcej w tym samym czasie więc, gdy powstawał Lobethal na wschód od Adelaide, około 60 km na północ od niej pojawiać się zaczęły nowe osady niemieckich luteranów. Niektórzy osadnicy mieszkali na początku dosłownie gdzie się dało. Na przykład Friedrich Herbig z Zielonej Góry wraz z żoną Caroline (ur. w Nekli) mieszkał w… dużym, rozłożystym i pustym w środku 300-500 letnim drzewie eukaliptusowym w okolicach Springton. W tym drzewie urodziło się ich pierwsze dziecko. Drzewo to wciąż znane tam jest jako “The Herbig Family Tree”.
Spośród wsi w Neuschlesien najwcześniej powstała Bethanien (obecnie Bethany) w początkach roku 1842. Nazwa osady przejęta została z Nowego Testamentu (p. Mt 21:17; Mk 11:11 i 14:3; Jn 11:1-18; i 12:1). Jej założycielami byli luteranie z Dolnego Śląska i Wielkopolski, którzy przybyli wraz z pastorem Fritzsche na “Skjoldzie” w poprzednim roku i którzy tymczasowo zamieszkali w Klemzig i Hahndorf. Napisy na zachowanych nagrobkach w Bethany mówią niejednokrotnie o miejscowościach, z których ludzie ci pochodzili: Prittag (Przytok), Wolstein (Wolsztyn), Tirschtiegel (Trzciel), Sawade (Zawada), Grünberg (Zielona Góra), Freistadt (Kożuchów), Jauer (Jawor). Jeden tutejszy pastor pochodził z Berlina. Był to Heinrich August Eduard Meyer. Urodzony w 1813 roku, wyjechał do Australii w roku 1840 wysłany tam przez Drezdeńskie Towarzystwo Misyjne i prowadził działalność misyjną wśród Aborygenów. Gdy skonczyła się finansowa pomoc z Drezna dla misji, został zaproszony jako pastor do Bethanien w 1848 roku. Wcześniej wieś ta otrzymywała posługę duszpasterską od pastora Fritzschego z Lobethal. Pastor Meyer zmarł 17 grudnia 1863 roku, jego czarny żelazny nagrobek wciąż znajduje się na „cmentarzu pionierów” w Bethany (Bethany ma trzy małe cmentarze). Jak wyglądała Bethanien krótko po założeniu, przekonujemy się patrząc na zachowana z tamtych lat akwarelę George’a Frencha Angasa (powyżej).
Charles Otto z Bethany napisał, prawdopodobnie w latach 60-tych XIX wieku, żartobliwy wierszyk o wsi swego dzieciństwa. Wierszyk ten prezentujemy w oryginale oraz w tłumaczeniu:
Nach Bethanien, nach Bethanien Do Betanii, do Betanii
will ich meinen Weg hinbahnien, szedłbym teraz w tęsknej manii,
wo gefall’ne Hütten stehn, gdzie się chaty rozpadają,
alle Kinder barfuss gehn, dzieciaki boso biegają,
Kuh- und Schweinstall schrecklich stinken, gdzie chlewiki strasznie smrodzą
Leute in den Mud versinken: ludzie w błocie stale brodzą:
wo es dűster rings umher, gdzie posępnie dookoła,
dahin sehnt mein Herz nach sich sehr. tam mnie serce tęsknie woła.
In Bethanien, in Bethanien, W tej Betanii, w tej Betanii,
wo die Kinder, die rotwangigen, gdzie dzieci z krasnymi licami
eilends hin zur Schule laufen, do szkoły spiesznie biegają
unterwegs sich tűchtig raufen, i żywo się przy tym szturchają,
wo Herr Topp den Prűgel schwingt, gdzie pan Topp*swym batem wali
dass es durch die Hose dringt: aż przez portki tylek pali:
Klagetöne werden laut, głośny lament niesie w górę,
wenn er gerbt die blöße Haut. gdy garbuje gołą skórę.
Wymieniony tu “pan Topp” to nauczyciel w miejscowej szkole luterańskiej, Friedrich Topp (1809 – 1892). Uczył tam 45 lat, nawet gdy osiagnał już 80 rok życia. Przybył do wsi kilka miesięcy po jej założeniu w 1842 roku. Pełnił też funkcję kościelnego i organisty. Podczas zebrań rady parafialnej to on spisywał (podobno bardzo ładnym, ‘kaligraficznym’ pismem) wszystkie protokoły. Musiał zostać naprawdę dobrze zapamiętany przez swych uczniów, skoro potem o nim pisali, jak Charles Otto. To oni też ufundowali później jego nagrobek, wciąż istniejący na cmentarzu w Bethany.
Langmeil (obecnie zwany Tanunda) to druga w kolejności miejscowość założona przez luteranów w Neuschlesien. Powstał w tym samym roku co Bethanien, założony przez przybyszów z Klemzig i Hahndorf, do których dołączali później kolejni imigranci udający się tu wprost ze statków. Langmeil położony jest bardzo blisko Bethanien (na północny zachód od niej) i zawdzięcza swą nazwę wsi Langmeil (Okunin) k. Sulechowa. W Langmeil zamieszkał pastor August Kavel i tam też został pochowany w 1860 roku (powiększ zdjęcia obok). Jego brat, Ferdinand, był natomiast pierwszym nauczycielem w miejscowej szkole od jej otwarcia w 1845 roku. Szkoła ta istnieje w dalszym ciągu.
Najstarszy z tutejszych kościołów zbudowano w 1849 roku. Został on przebudowany w roku 1871. Znany jest jako „Tabor Lutheran Church” (http://users.chariot.net.au/~falland/Tabor/ ). Istniejący wokół niego cmentarz jest jednym z najbardziej znanych pionierskich cmentarzy luterańskich w Australii. I znów, tak jak w Bethany, nagrobki mówią o miejscach, z których przybywali tu osadnicy: Cichogora (Cichagóra), Chlastawe k. Zbaszynia (bei Bentschen), Bobersberg (Bobrowice k. Krosna Odrzańskiego), Crossen (Krosno Odrzańskie) itd. Przez dłuższy czas osady i wsie zakładane przez kolonistów zachowywały swój narodwy charakter. W 1851 Tanundę odwiedził niemiecki podróżnik Friedrich Gerstäcker. Został uderzony wówczas niemieckim charakterem tego miejsca do tego stopnia, że jego zdaniem „Podróżnik sądziłby, że znajduje się w jakiejś małej wsi ze starego kraju między Renem i Odrą”. A oto jego opis wnętrza domu w Tanundzie:
„Przy piecu siedziała stara babka z białowłosym dzieckiem na kolanach. Ta starsza kobieta stanowiła wierny, znakomity przykład starszej niemieckiej wiesniaczki, jaki znaleźc można jedynie w centrum Niemiec. Jestem przekonany, że wszystko w niej było prawdziwe, aż do spinek i sznurówek. I nie tylko to, lecz wszystko w pokoju było niemieckie: piec, krzesła, stoły, kredensy, zydel, spluwaczka, ceramiczne garnki, talerze udekorowane tekstami, wersety z hymnału; krotko mówiąc wszystko było niemieckie. Weź jakąkolwiek realną saksońską lub pruską wiejską izbę dzienną, zapakuj ją starannie w bawełnę i przetransportuj do Doliny Barossy, a nie będzie wyglądala bardziej autentycznie niż ta, w której stałem.”
Nie wszystkie osady przetrwały po dziś dzień. Przykładem może służyć Hoffnungsthal założony w roku 1847 przez osadników pochodzących głównie z Wielkopolski (w sumie ok. 20 rodzin). Wieś ta reprezentowała (tak jak w większości innych przypadków) typ ulicówki (Starassendorf). Na widocznym obok zdjęciu możemy odtworzyć jej wygląd. Na pierwszym planie widzimy kamienny postumencik w miejscu, w którym stał mały kościółek luterański. Był on zbudowany z drewna i obłożony z zewnątrz gliną, był on kryty strzechą. Miał też organy, których tworcą był Carl Krueger. Z tyłu, poniżej kościoła biegła mała ulica, która prowadziła mniej więcej obok miejsca, gdzie widać jeszcze martwe drzewo. Kończyła się ona po prawej stronie u podnóża zbocza, na którym mieścił się cmentarz. Wzdłuż uliczki stały domostwa, po lewej zaś stronie rozciągaly się poletka uprawne i ogródki. Założenie wsi jednak w tym miejscu okazalo się fatalne. Niemcy byli ostrzegani przez okolicznych Aborygenów przed powtarzającymi się tam co jakiś czas powodziami po cięłkich opadach. Zlekceważyli jednak te ostrzeżenia. W październiku 1853 roku miały miejsce takie właśnie ulewy i to przez cały tydzien. Jak wspominał później jeden z mieszkanców, G. Juers:
“W dzień i w nocy deszcze zalewały niczym powódź… Wszystkie farmy i ogrodki zostały zatopione. Woda dostawała się już do domów i jej poziom szybko się podnosił. W wielkim pośpiechu otworzyli zagrody, by trzoda i bydło mogły uciec. Zanim strumienie i potoki opróżnily się z wód z opadów, Stary Hoffnungsthal znalazł się pod wodą na osiem stóp.” (ok. 2 m 44 cm – przyp MM).
Mieszkańcy przenieśli się do Doliny Lyndoch czy New Mecklemburg. Np rodzina Heinricha Goile z Wolsztyna w Wielkopolsce przeniosła się do wsi Schönborn (również w Barossie) tak nazwanej po innej wsi wielkopolskiej (obecnie znanej jako Kępsko). Niektórzy jednak przenieśli się aż do USA. Jedynie kościółek służył jeszcze przez kilka następnych lat. Później został rozebrany. Na zdjęciu z lewej strony: miejsce, w którym ów kościół się znajdował. Po prawej tablice pamiątkowe stojące na owym cokole (powiększ).
W sumie na Nowym Śląsku powstało wiele wsi i osad założonych przez luteranów z terenów dzisiejszej Polski. Na przykład w roku 1855, a więc już po podziale w kościele luterańskim, dwadzieścia trzy rodziny z Hahndorf popierające pastora Kavela i pragnące mieszkać bliżej niego założyły w Barossie wieś Grünberg czyli Zielona Góra (obecnie Karalta). Wśród innych osad w Barossie znajduja się Gnadenfrei (istnieje taka miejscowość na Dolnym Śląsku: obecnie nazywa się Piława Górna, k. Dzierżoniowa ), Gnadenberg, Krondorf (na zdjęciu: droga do Krondorf), Kaiserstuhl, Rosenthal, Buchsfeld i szereg innych. http://www.teachers.ash.org.au/dnutting/germanaustralia/e/ortsnamensa.htm
Na Nowym Śląsku uprawiano glównie zboże, choć rejon ten słynie przede wszystkim z winnic i to do tego stopnia, że gdy wspominana jest Barossa Valley, kojarzona jest ona natychmiast z winem. Pierwsze winnice założyli tu zarówno Anglicy jak i Niemcy. Z tych niemieckich najbardziej dziś znanymi są „Lehmann”, “Seppelt”, “Kaiserstuhl” i “Krondorf”.
Wpływ kościoła na życie i zwyczaje wiernych
Bez wątpienia wpływ ten był ogromny i regulował on całkowicie życie codzienne członków kościoła, włączając w to nawet wybór małżonków. Konwencja w Hahndorf w roku 1840 postanowiła na przykład że:
„Kongregacja uznaje zasadę, że członkowie kościoła powinni zawierać związki małżenskie jedynie z członkami kościoła oraz że każdy, kto lekceważy zbawienie własnej duszy oraz radę kościoła, musi spodziewać się ekskomuniki z kongregacji”.
(cytowane za: „Three Brothers from Birnbaum”, s. 26)
Z początku próbowano zapobiegać nie tylko małżeństwom z osobami spoza kościoła luterańskiego, ale i spoza niemieckiej grupy etnicznej. Jednak ten drugi „zwyczaj” złamany został bardzo wcześnie, bo już w 1840 roku przez… samego pastora Kavela, który po śmierci swej pierwszej żony poślubił Angielkę, Anne Catherine Pennyfeather.
Wszelkie “wykroczenia” i przewinienia, jak pijaństwo, cudzołóstwo, udział w grach hazardowych, zaniedbanie uczestnictwa w nabozeństwach, a nawet… tańce, były karane przez kosciół i wymagano za nie pokuty, nieraz przed całą zgromadzoną kongregacją. Takie „wymierzanie sprawiedliwości” przez kościół było też niewątpliwie jedną z przyczyn wspomnianego tu braku, w pewnym okresie, posterunku policji w Hahndorf. Cytowaliśmy również opinię Johna Bulla dotyczącą dyscypliny prawnej kolonistów niemieckich. Jeszcze przed Bullem, w roku 1846, niemal identycznie wyraził się Francis Dutton w swej książce „South Australia and its Mines”:
„Nie narzucający się w swych manierach, wysoce przedsiębiorczy i oszczędni, ci emigranci niemieccy tworzą dziś bardzo niezależną i pomyślnie rozwijającą się część wspólnoty południowoaustralijskiej; annały Sądu Najwyższego stanowią świadectwo ich generalnie zdyscyplinowanego zachowania, nie było, jak sądzę, ani jednej instancji, w której ktokolwiek spośród tych Niemców zostałby skazany za jakiekolwiek przewinienie.”
W Południowej Australii na ponad 15 tysiecy osadników niemal 2000 żyło w ubóstwie lub na jego krawędzi i korzystalo z przyznawanej przez rząd zapomogi. Już w 1841 roku, a zatem zaledwie 3 lata od założenia pierwszej osady (Klemzig) i dwa lata po powstaniu Hahndorf, prasa notowała, że wśród pobierających zapomogi nie było Niemców („Nie było wśród nich Niemców, gdyż osiedlili się oni i pomyślnie rozwijali w swych małych posiadłościach”). W tym samym roku powstała Komisja mająca za zadanie „badanie przypadków zasługujących na zapomogę oraz generalne zaradzenie nieszczęściu i biedzie. Żadni Niemcy nie zwrócili się po zapomogę”. („Three Brothers from Birnbaum”, s. 26).
Generalnie rzecz biorąc, luteranie ci nie akceptowali pomocy finansowej państwa nie tylko w powyższych sprawach, ale i w kwestiach edukacji prowadzonej przez kościół. Szkoly fundowane były z zasobów kongregacji. Niektórzy autorzy podkreślają tutaj, że podejście takie podyktowane było nieprzyjemnymi wspomnieniami z Prus, gdzie państwo sprawowało kontrolę nad tymi kwestiami. Sprzeciwiano się dość regularnie inspekcjom szkół przez państwowe władze oświatowe i później było to jedną z przyczyn, dla których szkoły te zostały zamknięte w latach I Wojny Światowej. Podejrzewano bowiem, że dalej nauczano tam w języku niemieckim, a nie w angielskim. Za posługiwanie się językiem niemieckim zamknięto także miejscowe gazety niemieckie jak „Süd-Australische Zeitung” (na zdjęciu: wydrukowany w owej gazecie nakaz jej zamknięcia). Zwyczaje panujące w kościele luterańskim w Australii miały tendencje do odseparowywania imigrantów od pozostałej części społeczeństwa. Językiem liturgicznym był wyłącznie niemiecki. Posiadane przez imigrantów egzemplarze Biblii też drukowane były po niemiecku. Na każde nabożeństwo przynoszono ze sobą Biblię oraz dość duży hymnał wrocławski.
Dzieci obowiązkowo uczęszczały do szkoły niedzielnej i to aż do osiągnięcia co najmniej 16 roku życia.
Podczas nabożeństwa obowiązkowo mężczyźni siadali w ławkach po lewej stronie, kobiety zaś po prawej (w Lobethal zwyczaju tego zaniechano dopiero w roku 1964). Po skończonym nabożeństwie kobiety zawsze opuszczały kościół jako pierwsze, dopiero później wychodzili mężczyźni. Same nabożeństwa trwały na ogół dość długo, często aż do trzech godzin, do czego przyczyniała się duża liczba śpiewanych hymnów oraz kazanie, które rzadko bywało krótsze niż godzina.
Nie prowadzono natomiast żadnych zbiórek pieniężnych podczas nabożeństwa. Wpłaty roczne na potrzeby kościoła dokonywane były na podstawie oceny finansowych możliwości poszczególnych rodzin, a ocen tych dokonywała komisja wybierana przez całą kongregację. Można było odwoływać się od decyzji komisji dotyczącej wyznaczonej wysokości opłat, jednakże odmowa dokonywania wpłat pociągała za sobą utratę prawa głosu w kościele.
O wpływie kościoła świadczy zresztą już sam fakt, że kościół był zawsze pierwszym stałym budynkiem w zakładanej miejscowości. Tak było w Lobethal, tak było w Hahndorf, tak też było na Nowym Śląsku w Dolinie Barossy. Z czasów osadnictwa w tym rejonie pozostaje po dziś dzien trzydzieści sześć kościołów, największe w Langmeil (Tanunda) oraz w Light Pass. Gdy budowano ten drugi , drewno transportowane było 48 kilometrów w trudnych warunkach, drogami nieprzejezdnymi w czasie opadów.
Michał Monikowski
Perth, Australia
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część4, część6
Continue Reading »Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 3: Lobethal
Podczas gdy niektórzy luteranie wielkopolscy, brandenburscy i dolnośląscy zdecydowali się na emigrację już w 1836 roku i ostatecznie udali się tam z pastorem Kavelem po dwóch latach, inni wciąż jeszcze uważali, że emigrować nie należy. Do tych należał pastor Gotthard Daniel Fritzsche z Turowa, działający na tym samym terenie co ks. Kavel, na pograniczu Śląska i Wielkopolski. Później przyszło mu pracować również na tym samym terenie co Kavel, ale… w Australii.
Gotthard Daniel Fritzsche urodził się 20 lipca 1797 roku w Liebenwerda w Saksonii jako syn miejscowego muzyka. Po ukończeniu studiów teologicznych, a przed planowaną ordynacją na pastora, spędził kilka lat pracując jako nauczyciel. Początkowo był pastorem państwowego Kościoła Unii (we wsi Turowo w Wielkopolsce), z ktorym w końcu jednak zerwał. W 1840 roku napisał w swoim dzienniku (znajdującym sie obecnie w archiwach luterańskich w Australii):
“Stało sie dla mnie jasne, że Kościół “Unii” nie jest tym, za co chce uchodzić i za co ja go uważałem, a mianowicie zjednoczonym, miłującym, umiarkowanym, tolerancyjnym i hojnym Kościołem. Dlatego też zgrzeszyłem, gdy zadeklarowałem (na Wielkanoc 1830 roku), że dołączę do tego Kościoła i że będę używał jego ‘Agendy’”.
Ponieważ pastorzy luterańscy poddawani byli represjom, łącznie z uwięzieniem, ks. Fritzsche zdecydował się zastąpić kolegów i podjął służbę dla luterańskich zborów. Ukrywał się za dnia w szopach i w piwnicach, a podróżował nocami od jednej wspólnoty do drugiej. Do 1840 roku jednak nie był zdecydowany na emigrację. Jego parafie były co prawda przychylne emigracji, ale Kościół jako instytucja nie.
W tymże samym roku zmarł Fryderyk Wilhelm III. Jego następca, Fryderyk Wilhelm IV, zaprzestał wkrótce polityki swego poprzednika i nakazał zwolnienie wszystkich uwięzionych pastorów. Jest zatem całkiem prawdopodobne, że grupa Fritzschego nigdy nie opuściłaby Prus. Wielu luteranów jednak nie wierzyło, że zmiana polityki rządu jest stała. Dodatkowo 9 czerwca 1840 Fritzsche otrzymał list od pastora Kavela, w którym ten zaprosił go oraz całą wspólnotę do południowej Australii. Był to juz zresztą drugi list Kavela (pierwszego z roku 1839 Fritzsche nigdy nie otrzymał). Jest całkiem prawdopodobne, że to właśnie ten list wpłynął na zmianę stanowiska ks. Fritzschego. Natychmiast rozesłał on kopię listu do wszystkich obsługiwanych przez siebie wspólnot na Śląsku i w Wielkopolsce. Ponad 200 osób zdecydowało się na emigrację.
Cała grupa (z okolic Zielonej Góry, Świebodzina, Sulechowa i Międzychodu) zebrała się – tak jak wcześniej grupa ks. Kavela – we wsi Cigacice (Tschicherzig), którą opuściła barkami 6 maja 1841 r., docierając rzekami i kanałem do Hamburga 22 maja. Po drodze zatrzymała się w Berlinie (13 maja) i wybrała się tam na zwiedzanie muzeum. Tam obrzucona została wyzwiskami, a ktoś zasugerował nawet, by ich wszystkich wrzucić do rzeki. Nie był to pierwszy przypadek tego typu. Już w Wielkopolsce niektórych obrzucono kamieniami. W Krośnie Odrzańskim (Crossen) – juz nieco łagodniej – ograniczono się do głośnych uwag typu “gdybym to ja był królem, to już wiedziałbym co zrobić z tymi emigrantami”. Kto inny zaś stwierdził, że “gdyby chodziło o ludzi starych, to jeszcze, ale że tylu młodych wyjeżdża, to czyste szaleństwo”.
“Winnica Chrystusa”
Już w Hamburgu na specjalnym zebraniu w poniedziałek 24 maja 1841 formalnie stworzono wspólnotę kościelną, którą nazwano “Winnica Chrystusa” (“Zum Weinberge Christi”). Wybrano starszyznę spośród osób z poszczególnych regionów. Tak więc wiemy, że z grupy Ślązaków wybrani zostali Klar i Grosser, spośród tych z okolic Sulechowa Grocke i Felsch, a z grupy wielkopolskiej Hensel i Bormann.
Ostatecznie 3 lipca 1841 roku duński żaglowiec “Skjold” dowodzony przez kapitana Hansa Christiana Claussena wypłynał z Hamburga z dwustukilkudziesięcioma osobami na pokładzie. Do Port Adelaide dotarł 28 października i nie była to najszczęśliwsza podróż. Cytowany już wcześniej “The South-Australian Register” doniósł lakonicznie 30 października:
“THE SKJOLD” - Statek ten zawinał do Zatoki w ostatnią środe rano z 213 emigrantami niemieckimi. Opuścił Altonę 3-ego lipca, nie przywiózł jednak żadnych wiadomości z Anglii. Podczas rejsu odnotowano czterdzieści jeden zgonów na pokładzie, głównie wśród dzieci. Przyczyną była dezynteria. Wszyscy emigranci udają się do Klemzig, pod nadzór Wielebnego p. Kavela, do czasu uzyskania zatrudnienia.”
Istnieją pewne sprzeczności co do liczby zgonów w czasie rejsu. Cytowane powyżej źródło podaje liczbę 41, a pastor Fritzsche w swoim dzienniku (obecnie również w archiwach luterańskich w Australii) wymienił imiennie 45 osób zmarłych i podał daty ich śmierci. Odnotował także 6 przypadków narodzin podczas podróży. Pierwsze ofiary wirusa zmarły jeszcze przed podróżą w Hamburgu i zostały pochowane na cmentarzu kościoła św. Jerzego (St. Georgskirche) stojącego w pobliżu portu (np. mąż Anny Rosiny Kowald z Zawady k. Zielonej Góry).
1 listopada do Port Adelaide przybyły delegacje z Klemzig i Hahndorf z wozami, by zabrać przybyłych do tych dwóch wsi. Ci, którzy udali sie do Klemzig, później założyli osadę Bethanien w dolinie Barossy, spośród zaś tych, co udali się do Hahndorf, 18 rodzin założyło później wieś Lobethal.
“Am vierten Tage aber kamen sie zusammen in Lobethal: denn darselbst lobten sie den Herrn. Daher heisset die Stätte Lobethal, bis auf diesen Tag.” (2. Księga Kronik 20,26)
Miejsce, w którym osiedli, znajduje się na obszarze zwanym Adelaide Hills, a konkretnie w malowniczej dolinie, do której droga z Adelaide prowadzi zboczami wzniesień, przypominających nieco krajobrazy dolnośląskie.
Lobethal założony został przez pastora Fritzschego oraz owych 18 rodzin 4 maja 1842 roku. Pod koniec odprawianego nabożeństwa dziękczynnego Fritzsche zacytował z Biblii Lutra przytoczony powyżej fragment z 2. Księgi Kronik. Ks. Fritzsche prowadził swoją pracę duszpasterską w centrum, jakim stał się dla niego Lobethal. Odwiedzał on szereg wsi i osad, a w samym Lobethal otworzył pierwszą szkołę spełniającą role seminarium duchownego. Było to pierwsze luterańskie seminarium duchowne na półkuli południowej i otwarte zostało w 1845 roku, czyli w tym samym roku, w którym powstał obecny budynek kościoła w Lobethal – najstarszego istniejącego kościoła luterańskiego w Australii.
Mieściło się ono w małym budynku, a właściwie w murowanej chatce krytej gontem. Pierwszym zaś seminarzystą został Carl August Hensel z Międzyrzecza (Meseritz). Dziś “chata” seminarium znajduje się wewnątrz budynku lokalnego muzeum zbudowanego celowo wokół niej. O ile seminarium było dziełem pastora Fritzschego, o tyle muzeum powstało dzięki staraniom powojennego imigranta z Litwy nazwiskiem Jonas Vanagas, ktory osiadł w Lobethal w roku 1947.
Pastor Gotthard D. Fritzsche zmarł 26 października 1863 roku i został pochowany na starszym z dwóch cmentarzy w Lobethal, gdzie spoczywa wraz ze swoją rodziną i adoptowanym, niepełnosprawnym dzieckiem aborygeńskim.
Do Australii wybierali się pojedynczy emigranci, rodziny lub całe ‘klany’ rodzinne. Przykładem tego jest rodzina Müllerów, których dzieje opisano w szczegółach w książce „Three Brothers from Birnbaum” (czyli dosłownie: „Trzej bracia z Międzychodu”). Wszyscy oni wraz ze swymi rodzinami i dziećmi przybyli wraz z pastorem Fritzsche na pokładzie „Skjolda”. Wszyscy zamieszkali początkowo w Lobethal, ale później rozmaite gałęzie tej rodziny mieszkały w rozmaitych miejscach w Południowej Australii lub Australii w ogóle. Na przykład jeden z członków tej rodziny, Johann (John) Ferdinand Műller, urodzony w Lobethal w 1850 roku, zamieszkiwał później w Hahndorf, Adelaide oraz Stuart (obecnie Alice Springs).
Lobethal pozostał miejscowością o silnych wpływach luterańskich po dziś dzień. Tutejsza parafia luterańska ma zarejestrowanych ok. 500 wiernych. W porównaniu do niej członków Uniting Church jest tu ok. 100, rzymskich katolików ok. 50, anglikanów ok. 25.
Michał Monikowski
Perth, Australia
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część2, część4
Poniżej mała “galeria” innych jeszcze fotosów z Lobethal:
Continue Reading »Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 2: Hahndorf
Spośród miejscowości założonych przez Niemców w Południowej Australii najbardziej znany jest Hahndorf, którego historia zaczyna się w roku 1839, czyli krótko po założeniu Klemzig. Jest to też jedyna z owych miejscowości nazwana po kapitanie statku, który przywiózł emigrantów do Port Adelaide. Kapitanem owym był również Niemiec, Dirk Meinertz Hahn (1804-1860), kapitan żaglowca „Zebra”, który przybył tam 2 stycznia 1839 roku.
W styczniu 1839 roku do Port Adelaide zawineły dwa niemieckie żaglowce: „Zebra” 2 stycznia (kpt. Hahn) oraz „Catharina” 22 stycznia (kpt. Peter Schacht). Dirk Meinertz Hahn osobiście nie należał do szczególnie religijnych ludzi. Jednak owych 199 (1) pasażerów z “Zebry” zrobiło swoim religijnym ferworem i szczerością wybitnie korzystne wrażenie na kapitanie, postanowił on zatem im dopomóc w osiedleniu. Nie obyło się początkowo bez problemów. Hahn uznał, że ziemie w okolicach Klemzig nie są wystarczająco żyzne, chciał im zatem pomóc w znalezieniu lepszego miejsca do osiedlenia. Niejaki Osmond Gilles, do którego Hahn zwrócił się poczatkowo o wydzierżawienie ziemi przybyłym luteranom, odmówił swej zgody na to, gdyż ludzie ci dużo się modlili i śpiewali wiele pieśni kościelnych, jego zaś doświadczenie uczyło go, że tacy ludzie są na ogół leniwi. W końcu jednak Hahn uzyskał dla swych podopiecznych nienajgorszę ziemię na wzgórzach w rejonie Mt Barker, ok. 40 km od Port Adelaide (2) Przenosiny zajęły około trzech miesięcy, gdyż trzeba było (w 30-40 stopniowym upale) przenieść pod górę cały dobytek (ludzie nie mieli pieniędzy na zakup lub choćby wynajęcie koni tub wołów), a przecież należało również czymś się odżywiać (na zakup żywności też nie było środków) wobec czego zbierano i gotowano po drodze zioła i korzenie oraz polowano na possumy, jaszczurki i kangury. Te długie przenosiny nie przeszły niezauważone przez miejscowych Brytyjczyków (3)
Wieś, którą założono (ulicówka) nazwano, na cześć kapitana “Hahndorf”, którą to nazwę posiada ona po dziś dzień, z przerwą na lata 1917-1935, kiedy to zmieniona ona została na „Ambleside” w wyniku antyniemieckich nastrojów (bardzo zresztą podsycanych przez rząd) podczas I Wojny Światowej.
W ciągu jednak kilku miesięcy ci ludzie, co po drodze zbierali zioła, by wyżyć, zaczęli (wspólnie z tymi z Klemzig) zaopatrywać Adelaide w żywność produkowaną w swoich wsiach. Kobiety z Hahndorf wstawały o 3 lub 4 rano i niosły na plecach jajka, masto i mleko do Adelaide, późnym zaś popołudniem udawały się w drogę powrotną. Dziewczęta szybko zdobyły sobie uznanie w strzyżeniu owiec.
John Bull, na którego powołaliśmy się już w poprzedniej części, pisze otwarcie, że Niemcy zostali przy zakupie ziemi po prostu nabrani: panowie Dutton, Finniss i McFarlane, którzy nabyli swoje grunta w okolicach późniejszego Hahndorf płacąc £1 za akr (1 acre = 0.4ha) sprzedali ją następnie Niemcom po cenie £7 za akr, w sumie “kosząc” £1,680 za 240 akrów. Procent zaś (gdyż niezbędna była pożyczka) wynosił 10%. Szybko jednak osadnicy powetowali sobie ową transakcję swoją własną ciężką pracą. Ponieważ wówczas kwitła w kolonii niebotyczna spekulacja ziemią (“tanio kupic – drogo sprzedać”), więc spekulanci, zbijając forsę na takim handlu, nie byli zainteresowani uprawą czy hodowlą. Niemcy zaś ze stosunkowo nawet nieurodzajnej ziemi byli w stanie wyżyć i to nienajgorzej. Wkrótce też stać ich było na to, by do zakupionej poprzednio ziemi dokupić jeszcze więcej, w ten sposób powiększając dwukrotnie obszar Hahndorfu.
O roli pastora Kavela w miejscowej społeczności Bull pisze w ten sposób:
„Wplyw pastora Kavela był ogromny, jego osobiste zaangażowanie na rzecz rodaków było niewyczerpane przy jednoczesnym samozaparciu, co w efekcie doprowadziło do stworzenia wspólnoty znanej z prawości i poszanowania dla naszego prawa; a jak świadczą annały Sądu Najwyższego, nie było ani jednej instancji, by ktokolwiek z jego społeczności został skazany za poważne przestępstwo”.
Jednym z praktycznych dowodów wspierających powyższą tezę jest fakt, że przez dłuższy czas nie było w Hahndorf żadnego posterunku policji. Był on tam po prostu zbędny.
Jedną z lepiej zapamiętanych i barwnych postaci wśród mieszkańców-założycieli Hahndorf był przybyły na pokładzie „Zebry” Gottfried Lubasch pochodzący ze wsi Rosin (Rissen) k. Sulechowa. Gdy miał lat 26, był sierżantem pruskiej artylerii i słuzył w armii marszałka Blűchera. Brał udział w bitwie pod Ligny (16 września 1815), a dwa dni później pod Waterloo, za udział w której otrzymał medal Waterloo. John Bull (przedstawiony na ilustracji obok) wspomina go jako “starego sierżanta”:
“Wiele ciężkich bitew słownych stoczyłem ze starym sierżantem, lecz nigdy nie udało mi się go przekonać, że bitwa pod Waterloo była już wygrana przed nadejściem starego Blűchera. Lubasch twierdził, że był w wysuniętym oddziale dział, które, odprzęgnięte, oddały pierwszą salwę i uratowały, jak twierdził, armię angielską” (w rzeczywistości Napoleon i Wellington osiągnęli mniej więcej “remis” zanim nadeszli Prusacy – przyp. MM).
Gottfried Lubasch otworzył w Hahndorf najpierw mały lokal gastronomiczny, a następnie hotel z restauracją, który nazwał “German Arms” (czyli „Oręż Niemiecki”) dla przypomnienia Anglikom roli armii pruskiej pod Waterloo i który pod tą samą nazwą istnieje po dziś dzień (p. zdjęcie obok). Hahndorf jest zresztą tą miejscowością, która zachowała stosunkowo najwięcej starych budynków z XIX stulecia. Przykładem tego jest – obok „German Arms” – stary młyn z 1842 roku (obecnie odrestaurowany i służący jako restauracja „Old Mill”), stara kuźnia z 1870 roku (obecnie sklep z pamiątkami) czy też pierwsza szkoła luterańska (1839) znana jako „Hahndorf Academy”, pełniąca obecnie funkcję galerii sztuki.
W Hahndorf wciąż stoją dwa kościoły luterańskie: starszy, kościół Św. Michała, zbudowano w 1858 roku. Pierwszy budynek – podobny w charakterze do tego z Klemzig – powstał w 1840 i dedykowany został jeszcze przez pastora Kavela. Później jednak pieczę nad tą parafią przejął pastor Fritzsche (patrz: część trzecia „Lobethal pastora i Sevenhill jezuitów” oraz Epilog) w związku z podziałami wewnątrzluterańskimi w Australii. Drugim z istniejących tam kościołów luterańskich jest kościół Św. Pawła z roku 1890. Pierwotny jego budynek powstał w roku 1858. Obecny, z roku 1890, zaprojektowany przez architekta F.W. Danckera z Adelaide powstał w rocznicę zbudowania pierwszego budynku kościoła Św. Michala. Parafia Św. Pawła tradycyjnie była parafią zwolenników pastora Kavela.
Po zwycięskim zakończeniu wojny z Francją w 1871 roku, kanclerz Otto von Bismarck nakazał odlanie z broni użytej w tej wojnie pewnej liczby dzwonów dla kościołów luterańskich w Europie. Jeden z tych dzwonów trafił do kościoła Św. Michała w Hahndorf i był używany aż do roku 1946, kiedy to przeniesiono go do miejscowej szkoły luterańskiej. Podobnie po I Wojnie Światowej jeden zdobyty we Francji przez Australijczyków niemiecki moździerz (“Minenwerfer”) przywieziony został z Europy i ustawiony przy głównej ulicy w Hahndorf, gdzie stoi on po dziś dzień.
Nie spoób pominąć również cmentarza w Hahndorf. Kiedyś były tam trzy cmentarze: najstarszy wokół kościoła św. Michała, na którym pozostało po dziś dzień jedynie kilka grobów; drugi wokół miejscowością. Na najstarszych nagrobkach odczytujemy, zapisane najczęściej w gotyku, nazwy miejsc urodzenia pierwszych tutejszych kolonistów: Nickern (czyli: Niekarzyn), Kranz bei Bomst (Kręcko koło Babimostu), Rakau (Raków), Unruhstadt (Kargowa, dawn. Unrugowo), Clausthal, Berlin, Posen (Poznań). Cmentarz ten jest wciąż użytkowany. W roku 1968 spoczął tam jeden z lepiej znanych artystów australijskich, urodzony w Hamburgu (1877), a zamieszkały i tworzący w Hahndorf malarz Hans Heysen. http://images.google.com.au/images?hl=en&lr=&q=Hans+Heysen&btnG=Search
Michał Monikowski
Perth, Australia
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część1, część3
Poniżej prezentujemy małą “galeryjkę” fotosów z Hahndorf:
Przypisy:
1. Nie istnieje żadna zachowana oficjalna lista pasażerów „Zebry”. Liczby podawane w rozmaitych źródłach różnią się między sobą nieraz znacznie i wahają się w granicach 129 do 199. Jeżeliby odjąć od liczby 199 osób notowane zgony 6 dorosłych oraz 5 dzieci, to zostawałoby 188 osob, które dotarły do Port Adelaide. Są jednak źródła podające liczbę 129 osob, które wsiadły na żaglowiec parę miesięcy wcześniej w Hamburgu i z których owych 11 osób zmarło podczas rejsu. Zdecydowaliśmy się jednak na liczbę 199 osób, gdyż taką podaje w swoich notatkach kpt. Hahn.
2. Zainteresowanie kapitana Hahna okazane pasażerom jego statku nie uszło również uwadze brytyjskich obserwatorów w Australii. Oto co pisał „The South Australian” w środę 23 stycznia 1839 roku:
„Zebra
Stanowi dla nas przyjemność najszczerszą móc opublikować nastepujące wdzięczne świadectwo opieki i uważania okazanego przez Kpt. Hahna ze statku „Zebra” przybyłego ostatnio do tej kolonii z Hambro (t.j. ‘z Hamburga’ – przyp. MM). Od sposobu, w który kapitanowie statków z emigrantami pełnią ważne swe obowiązki zalezy tak wiele komfortu i szczęścia pasażerów, że nie powinna być stracona okazja zaświadczenia uznania kolonistów, gdy tylko odpowiednia sposobność po temu się nadarzy. Kapitanowi z „Prince George” oraz Kapitanowi Hahnowi z „Zebry”, (obydwa z emigrantami z Niemiec) należy się wielka pochwała za ich jednoznaczną życzliwość i uważanie okazane powierzonym ich opiece, i sugerowalibyśmy Pełnomocnikom słuszność przyznania premii tym Kapitanom, którzy w bezpieczny sposób przywożą emigrantów i pasażerów i których dowodzenie jest tak godne polecenia.
City of Adelaide, South Australia
19 stycznia, 1839.”
3. W części pierwszej, tej o Klemzig, cytowaliśmy obszerne fragmenty artykułu z „Southern Australian”. W odpowiedzi nań pewien czytelnik, podpisujący się jako „Salus Populi”, a posiadający wyraźne zacięcie do odmalowywania scen rodzajowych i religijnych (być może duchowny?), napisał do redakcji tej gazety list, który opublikowany został 15 maja 1839 roku, a opisujący wrażenia autora będącego świadkiem wspomnanych powyżej przenosin pasażerów „Zebry” do ich nowego miejsca zamieszkania:
„(…) w czynionym przez Pana wyliczaniu dobrych cech owych Niemców nie doszukałem się jakiejkolwiek wzmianki o najbardziej wzniosłym rysie w ich charakterze – o ich skrupulatnym obchodzeniu Dnia Pańskiego. Ich pełen samozaparcia duchowny dzieli swój czas, jak mniemam, pomiędzy tą oraz bardziej odległą osadą swych rodaków. Czy jednak on z nimi jest czy nie, nie pozwala się, by Dzień Pański nie był świętowany. Byłem świadkiem najbardziej ujmującej sceny kilka niedziel temu; grupa tymczasowych chat na szczycie łańcucha gór Mount Lofty wskazywała miejsce, gdzie niektórzy z owych pielgrzymów zatrzymali się na wypoczynek w drodze do dystryktu Mount Barker, w którym zakładają swą osadę.(…) Można było spostrzec starego człowieka w jednej z owych chatek, czytającego z dużego notatnika grupie uważnych dzieci. W innej chacie pewien mężczyzna leżał na materacu, jednak modlitewnik był w jego ręku i najwyraźniej przyciągał jego największą uwagę. Lecz w cieniu wspaniałego eukaliptusa, siedząc czy to na stołkach czy klocach przyniesionych z chat, czy to na powalonym pniu drzewa lub też, w przypadku młodszych członków kongregacji, po prostu na ziemi, grupa około dwudziestu paru osób słuchała z uwagą czytania (…) i co jakiś czas pobożni zebrani wstawali jednocześnie, by śpiewać w najbardziej zachwycającej harmonii którąś z pieśni Pańskich, często przedtem spiewanych w ich własnym kraju. Był to temat dla malarza – szerokie równiny w dole ze swymi rzadkimi zagrodami wdzierającymi się w miejsca będące do niedawna jeszcze niepodzelną domeną kangurów i emu. Wzgórza z tyłu, rozpościerające się wyżej i wyżej, oddzielające nas od bezkresnych równin, takich jak te między Zatoką a nami, które w niedługim już czasie mogą falować złotym plonem i być znaczone spiczastymi wieżami miejsc chrześcijańskiego kultu, w których tubylcy będą mogli wyznawać religię Zbawiciela. Bezchmurne niebo w górze i niewzburzony ocean w oddali, tworzyły panoramę szczególnie cieszącą oko. Lecz scena, którą usiłowałem opisać – cisza lasu przełamana świąteczną muzyką prostych wiernych; ta przemawiała do serca, i mógłbym sobie życzyć, by wielu co nie zauważają powrotu tego świętego dnia odpoczynku, było tam ze mną, by zobaczyć ten poruszający widok, uchwycić te pobudzające melodie, gdy wznosiły się niczym wdzięczne kadzidło ku Temu, co pokrył gaj zielenią, co rozpostarł niebiosa, i co dzierży w Swej dłoni szeroką przestrzeń wód…” (Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, str. 92)
Michał Monikowski
Perth, Australia
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 1: Z Klępska do… Klępska
Pierwszymi, którzy nazywali siebie Australijczykami, byli Niemcy. Pierwsi Niemcy zaczęli przybywać do Australii w pierwszych latach XIX wieku. Pierwszymi zaś zorganizowanymi grupami osadników niemieckich były grupy staroluteranów, które przybywać zaczęły w drugiej połowie lat trzydziestych tego samego stulecia. Pochodziły one z pogranicza wielkopolsko-brandenbursko-dolnośląskiego. To ich historię prezentujemy poniżej. Pierwszą z tych grup była grupa, której przywódcą był August Kavel, pastor ze wsi Klemzig (dzisiaj “Klępsk”) koło Zbąszynia (Bentschen).
Der “Kirchenstreit” in Preussen
U źródeł emigracji luteranskiej leżały… wysiłki na rzecz zjednoczenia kościołów. Król Prus, Fryderyk Wilhelm III von Hohenzollern zamierzał doprowadzić pod swoim panowaniem do zjednoczenia protestantów w jeden kościół. Wysiłki w tym celu podjął on około roku 1817. W 1821 roku wprowadzono nową księgę regulującą zasady sprawowania nabożenstw („Agende”), w tym Eucharystii. Zawarte w niej reguły spotkały się ze sprzeciwem wielu luteranów, dla których oznaczały one kompromis nie do przyjęcia w sprawach wiary. Ów konflikt kościelny, który był tego rezultatem (”Kirchenstreit”), okazał się szczególnie silny począwszy od roku 1830, gdy odbywały się obchody trzechsetlecia Konfesji Augsburskiej. Wtedy to król, wydanym przez siebie dekretem, zażądał, by uroczystości te obchodzono zgodnie z wydanymi 9 lat wcześniej regulacjami.(ilustracja Friedrich Wilhelm III) Opozycja wobec owego dekretu znalazła największy oddźwięk we Wrocławiu, stolicy Śląska, a jej głównymi przywódcami byli dr J.G. Scheibel, dr G.P.E. Huschke oraz H. Steffens (wszyscy z Wrocławia).
Początkowe proby skłonienia opornych do zaakceptowania unii za pomocą zachęty i perswazji nie przyniosły stuprocentowo pozytywnych rezultatów. Toteż, począwszy od roku 1834, stosować zaczęto środki przymusu. Duchownym odmawiającym stosowania się do instrukcji odbierano prawo sprawowania posługi duszpasterskiej, a miejsce ich zajmowali duchowni – zwolennicy unii i posłuszni dekretowi. Nabożenstwa odprawiane prywatnie zostały zakazane, a ich uczestnicy karani byli aresztem oraz grzywnami. Pastor luterański chrzczący dziecko karany był grzywną 50 talarow, dziecko zaś poddawane było ponownemu chrztowi przez pastora unii.
Do jednej z bardziej spektakularnych akcji zjednoczeniowych doszło we wsi Hoenigern w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 1835 roku. Około 400 żołnierzy piechoty oraz 50 huzarów z bagnetami i szablami wypędziło kobiety z miejscowego kościoła luterańskiego i wprowadziło tam pastora unii. Wojsko zatrzymało się we wsi tak długo, aż wreszcie luteranie uczęszczać znowu zaczęli na nabożenstwa.
Takie i podobne wydarzenia zrodziły w wielu chęc wyemigrowania. W ‘modzie’ było wówczas emigrowanie do USA oraz do Rosji. Ale do… Australii?
Um des Glaubens willen nach Australien
Pastor Kavel zamierzał początkowo zorganizować emigrację do USA i w tym celu udał się do Londynu. Spotkał tam jednak pewnego szkockiego przedsiębiorcę, baptystę nazwiskiem George Fyfe Angasa. Człowiek ten założyl krótko wcześniej firmę pod nazwą South Australian Company i poszukiwał chętnych do pracy w Południowej Australii. Pastor Kavel ze swymi staroluteranami wprost “spadł mu z nieba”. Ponieważ od roku 1837 pewna liczba niemieckich rzemieślników już dla niego pracowala i był on z ich pracy zadowolony, przeto postarał się on (i to skutecznie), by Kavel zamiast do Ameryki, skierował swoją wspólnotę do Australii.
Nie od razu jednak było to możliwe, gdyż władze Prus początkowo nie zamierzały zgodzić się na emigrację zdyskontentowanych luteranów. A nawet gdy już udzielono zgody (1), wciąż opóźniano wydawanie im paszportów. Czyniono tak nawet wówczas, gdy wielu z nich posprzedawało swój dobytek. W międzyczasie pastor Kavel i Angas utrzymywali kontakt listowny. W jednym z listów do Angasa Kavel wspominał przypadek pewnego dolnośląskiego właściciela ziemskiego, „barona von Koszutski”, który za współpracę z luterańskimi opozycjonistami oraz za udzielanie w swym domu gościny nielegalnym nabożeństwom, ukarany został przez władze utratą części majatku oraz uwięzieniem na kilka miesięcy.
Pierwsza grupa, licząca ponad 200 emigrantów wyruszyła na barkach ze wsi Cigacice (Tschicherzig) 8 czerwca 1838 roku. Płyneła Odrą aż do kanału, dalej Szprewą do Berlina (17 czerwca). Następnie Hawelą i Łabą do Hamburga http://www.henschke.com.au/about/heritage/reasonsformigration.asp . Tam jednak wypadło poczekać ponad miesiąc zanim można było wejść na pokład statku. Przyczyną było właśnie wspomniane opóźnianie wydania paszportów. Z Hamburga grupa zabrana została dwoma żaglowcami (“Prince George” i “Bengalee”) w ponad czteromiesięczną podróż do Australii (8 i 9 lipca), do której udać się można było opływając po drodze całą Afrykę (nie było jeszcze Kanalu Sueskiego). Obydwa żaglowce dopłynęły w okolice Port Adelaide 16 listopada (“Bengalee”) oraz 18 listopada (“Prince George”). Nieco później wypłynęły z Hamburga dwa inne statki: “Zebra” oraz “Catharina”.
Żaglowcem “Prince George” przybyły do Południowej Australii rodziny z następujących miejscowości: Okunin (Langmeil), Klępsk (Klemzig), Kargowa (Unruhstadt), Kolesin (Goltzen), Żółków (Salkau), Karczyn (Harthe), Krężoły (Krummendorf), Trzciel (Tirschtiegel), Łęgowo (Lang Heinersdorf), Kępsko (Schönborn), Ostrzyce (Ostritz), Kielcze (Keltschen) oraz Kije (Kay).
Z około 500 pasażerów z owych czterech statków w drodze zmarło 30 ( 14 na “Prince George”, 12 na “Zebrze” i 4 na “Catharinie”).
Aus Klemzig nach… Klemzig
Miejscem, do którego dopłynęły żaglowce, było położone o 1 kilometr na północ od dzisiejszego Port Adelaide miejsce zwane wówczas “Port Misery”. Nazwa jak najbardziej trafna, gdyż oprócz mokradeł i błota było tam niewiele. Stamtąd wyprawiano się na poszukiwanie odpowiedniego miejsca na osiedlenie. Wybrano ziemię stanowiącą własność Angasa, a położoną ok. 7 km na północny wschód od centrum Adelaide. Założoną w ten sposób wieś nazwano “Klemzig”, czyli tak jak tę opuszczoną w Niemczech, w której drewnianym kościele pastorem był Kavel.
Wielu autorów południowoaustralijskich pozostawiło swoje wspomnienia o Niemcach. Jednym z wybitniejszych był John W. Bull. W swej książce “Early Experiences of Colonial Life”, (na pozycję tę przyjdzie nam się jeszcze powołać) napisał między innymi, ze Angas, „ów zamożny i skłonny do dobroczynności gentleman nigdy nie uczynił lepszego użytku ze swych pieniędzy niż wtedy, gdy użyczył tej grupie luteranów środków na imigracje do tej kolonii, by mogli oni uciec od prześladowań, którym poddani byli w swym własnym kraju”.
“Aż do momentu ich przybycia mieszkańcy Adelaide byli niewystarczająco zaopatrywani w warzywa oraz nabiał i to po horrendalnych cenach – masło po 2 szylingi i 6 pensow za funt, jaja po tej samej cenie(…) Po jakims czasie zaczęto widywać cały sznur matron i dziewcząt udających się w drogę do stolicy w swych niemieckich strojach”.
Żywność sprzedawały w stolicy bardzo tanio, więc popyt był zapewniony. Można było zatem zaoszczędzić trochę grosza. Wkrótce też osadnicy pozbyli się długów zaciągniętych uprzednio na zakup ziemi.
Oddajmy na chwilę głos innemu świadkowi omawianych wydarzeń. W sposób bowiem typowy dla angielskiego dziennikarstwa owych lat scharakteryzował on nowo powstałą osadę oraz ich mieszkańców. Poniżej cytujemy większą część owego opisu zamieszczonego 1 maja 1839 roku w „Southern Australian”:
“(…) Jak Adelaide, otoczony jest on majestatycznymi drzewami i w wielu miejscach oferuje bliskie widoki naszego wspaniałego łancucha wzgórz. Rzeka wije się obok wsi i o tej porze roku posiada wodę o znacznej głębokości. Aura spokoju przenika to miejsce, będące dokładnie takim, jakie wyobraźnia odmalowałaby jako przystań prześladowanej pobożności.
Przedsiębiorczość i spokojna wytrwałość niemieckiego charakteru zostały w Klemzig rozwinięte w całej pelni. Minęło zaledwie cztery do pięciu miesięcy odkąd ludzka ręka poczęła tutaj usuwać znamiona dzikości, a już zbudowano niemal trzydzieści domów - niektóre z nich dobre i obszerne. Wszystkie one sa schludne, czyste i wygodne. Są one przeważnie zbudowane z pise (t.j. z ubitej gliny – przyp MM) lub z niewypalonej cegły stwardniałej od słońca. (…) (patrz: akwarela George’a Frencha Angasa – i niejako dla porównania – to samo miejsce obecnie, zdjęcie robione w grudniu 2004).
Sami mieszkańcy są niemniej interesującymi obiektami kontemplacji. Przybysz zastanie ich, wszystkich co do jednego, zajętych oraz pogodnych niczym angielskie pszczoły na wiosnę. Poza domem pielą lub podlewają albo budują, albo łowią, doją, myją, ścinają drzewa lub niosą wodę. (…) Nawet dzieci, zbyt małe by pracować, jednak wystarcząjaco duże, by się uczyć, znajdziemy podczas godzin szkolnych, pobierające naukę od swego znakomitego i niezmordowanego pastora.
Przybysza uderza miłe usposobienie i grzeczne maniery tych ludzi. Mężczyzna unosi kapelusz, gdy cię mija i kłania się z zachowaniem odległym od prostactwa i służalczości. Kobieta, choć może ugina się pod ciężarem niesionego drewna, usmiecha się, okazując przechodzacemu przybyszowi wyraz pełnej szacunku uprzejmości. Nawet nieliczni tubylcy pomagający im w niektórych pracach, zdają się przejmować ich ducha, postępując z rezerwa i nie narzucając się.
Nie uwłaczamyw niczym naszym pracującym rodakom w Adelaide jeśli stwierdzimy, że mogą oni pobrać jedną lub dwie użyteczne lekcje od naszych niemieckich braci z Klemzig.
Ufamy, że powyższe obserwacje nie zostaną przyjęte jako będące nie na miejscu. Uważamy bowiem, że nasi sąsiedzi zasługują na uwagę z naszej strony. Wygnani z własnego kraju, gdyz nie ugięli się przed tą najgorsza formą tyranii usiłującą skuć łańcuchami ludzkie umysły i dyktować im wiare, przybyli tutaj, wznieśli swój ołtarz wśród nas i prezentują nam model praktycznej kolonizacji wart naszego indywidualnego naśladownictwa.” (2)
Dziś wieś ta, wciąż zachowująca swoją nazwę, stanowi dzielnicę Adelaide. Pierwotnych domów pionierskich już tam nie ma. Nie ma również niegdysiejszego kościoła luteranskiego – pierwszego kościoła luterańskiego w Australii ani małego cmentarza naprzeciwko niego. W miejscu , w którym się ten cmentarz znajdował, jest dzisiaj Pioneer Memorial z metalowymi tablicami w miejscach grobów niektórych z pochowanych tam mieszkańców oraz skromny postument, wystawiony tam w roku 1936.
Michał Monikowski
Perth, Australia
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część2
Przypisy:
1. Po mniej więcej dwóch latach oczekiwania otrzymano zgodę króla Fryderyka Wilhelma III, wydana 10 marca 1838 roku:
„Z wielkim bólem dowiedziałem się, ze niektórzy z moich poddanych, skądinąd dobrzy i religijni ludzie, lecz zaślepieni i zmyleni przez fanatyzm i herezję i nie ufający moim ojcowskim deklaracjom i napomnieniom, uparcie oddają się iluzji, że stare nauczanie luterańskie ma zostać zakazane – co oczywiście nigdy nie było naszą intencją. Nie zwracając przeto uwagi na nic, co mogłoby to dla nich uczynić rzeczą jasną, są oni całkowicie przekonani o czymś wręcz przeciwnym i przygotowują się wręcz do opuszczenia swych miejsc rodzinnych, aby, jak sądzą, poszukiwać staro-luteranizmu tysiące mil od domu, w Południowej Australii, dokąd fanatyczni liderzy zamierzają ich zabrać, aby tam oddać się całkowicie swym religijnym, fanatycznym planom utopijnej niezależności, jak ją sobie uformowali w swej imaginacji.
Tymczasem, jeśli zwiedzeni mieliby silę oderwać się od owych hipokrytów, którzy ich usidlili i sprowadzają na nich utrapienie wahaniem sumienia, to mogliby, tak jak do tej pory, pozostać wierni i lojalni starym, niezafałszowanym naukom luterańskim zachowanym w Konfesji Augsburskiej. W żadnym wypadku nie mogło być powodu do obaw przed dyskryminacją ich wiary, jako że otrzymali już oni zapewnienie, że gdy tylko tego zechcą, ich pastorzy mogliby formalnie zobowiązać się do nauczania i głoszenia niczego innego niż wspomniana wyżej doktryna luteranska.
Dlatego też zawróćcie wy, którzy jesteście zwiedzeni! Jest jeszcze czas, by zaniechać kroku, którego z całą pewnością przyjdzie wam żałować, a który nie może przyczynić wam dobrobytu wiecznego ani doczesnego. Jeśli jednak zamierzacie upierać się zawzięcie przy kroku, na który zdecydowaliście się, nakazuję wam ściśle przestrzegać wydanych nakazów dotyczących emigracji, w którym to wypadku mogę jedynie was żałować, lecz muszę pozostawić was waszemu losowi.”
(Schubert, David :”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, s.64; Iwan, W.: “Um des Glaubens willen nach Australien”, 1931, s.131)
2. Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House. Adelaide, 1985, s. 87-88
Możemy się oczywiście domyślic, że osobami emigrującymi do Australii kierowały nie tylko motywy idealistycznej natury. Niemiecki autor W. Iwan w wydanej w Niemczech przed wojną książce „Um des Glaubens willen nach Australien” („Dla wiary do Australii”) cytuje zachowane jeszcze wówczas w Klępsku uwagi następcy Kavela, pastora W. Kaufmanna, dotyczące emigrantów:
„(…) Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że wszystkie emigrujące dorosłe osoby były świetlanymi przykładami chrześcijan. Nastepujące osoby zasługują na zaszczytne wspomnienie: panna Anna Elisabeth Hönke, panna Anna Rosina Rau, ogrodnik Georg Bothe, krawiec Rau i jego żona, leśnik Fiedler i jego żona oraz ogrodnik Lange. Nie bez chrześcijańskiego oświecenia i wiedzy, w sumie niepozbawionymi żywej wiary byli: żony mieszkańca Miegela i kołodzieja Petrasa, wdowa Rau, robotnik Hönke, ogrodnik Hönke, krawiec Hönke, wieśniak Thiele, murarz Schultz, slużący Jentsch, ogrodnicy Zilm i Pölchen oraz wieśniak Weber. Większość dorosłych była duchowo martwa lub nie posiadała rozeznania, by dać świadectwo wiary. Niektorzy z nich szukali ziemskiej fortuny, doczesnej wolności i doczesnego dobrobytu.. Większośc wyjechała, gdyż inny członek rodziny zdecydowal się to uczynić. Bez jakichkolwiek zasług byli slużący Schultz, kołodziej Petras, pijak i hazardzista, cieśla Bothe, rownież pijak i hazardzista, robotnik Schubert, prożniak, żona robotnika Hönkego, zlodziejka i kłamczyni, żona robotnika Christiana Rau, kobieta nieopanowana oraz parę innych osób, które łatwo dało się zastąpić.
Chwała niechaj będzie Bogu, który poprzez swe zbawcze działanie i łaskawe czuwanie Jego Ducha w ciągu moich trzech lat pracy tutaj, zastąpił również wszystkich tych emigrantów, którzy posiadali żywą wiarę. Tak, wieczna chwała niech będzie jego łasce, miłości i wierności. Amen!”
(Schubert, David :”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, s.71)
Continue Reading »