Subscribe to RSS Feed

Posts Tagged ‘Historia’

Pasja Joanny d’Arc

May 27th, 2010 by monio
Pasja Joanny d’Arc

30 maja – świętej Joanny d’Arc! Tego dnia 579 lat temu (1431), między godziną 10 a 11 przed południem odczytano jej ostateczny wyrok: “…ogłaszamy, że jesteś wtórną heretyczką (…) potępiamy cię jako zepsutego członka oraz abyś nie skaziła innych, jako usuniętą z jedności Kościoła, odłączoną od jego Ciała, oddaną do dyspozycji władzy świeckiej, jako że istotnie poprzez tu obecnych usuwamy, odłączamy i oddajemy cię – zwracając się do tejże władzy świeckiej, odnośnie spraw dotyczących śmierci i kaleczenia ciała, by okazała ona powściągliwość w swych zamiarach wobec ciebie oraz, w razie okazania przez ciebie szczerych oznak skruchy, by zezwoliła na udzielenie tobie sakramentu pokuty.”

Według tradycji urodziła się (w domu pokazanym poniżej) 6 stycznia 1412 roku (na Trzech Kroli). W 1431 roku podczas swego procesu skazującego w Rouen zeznała, ze ma “chyba” 19 lat. Tylko jej najblizsza kolezanka Hauviette z jej rodzinnej wsi Domremy twierdziła po latach, ze Joanna mogła byc 3-4 lat starsza.

“Było to w nocy Trzech Króli, że ujrzała swiatło w tym życiu ziemskim, a niczym za sprawą cudu, biednych mieszkańców tego miejsca ogarnęła radość niewyobrażalna. Nieświadomi wciąż narodzenia Dziewicy, biegali jedni do drugich, by pytac cóż to nowego się zdarzyło. Dla niektórych było to powodem ku ponownemu radowaniu się. Cóż mozna dodac? Koguty, heraldzi nowiny tej radosnej, piały w sposob taki, jakiego nigdy jeszcze nie słyszano, uderzając przytem skrzydłami; tak przez dwie godziny prorokowały nowinę ową.”

Takimi słowami Perceval de Boulainvilliers, w liście do księcia Mediolanu, opisywał narodzenie Joanny d’Arc, wiele lat po tym wydarzeniu, rzecz jasna. Biedni mieszkańcy wsi – niczym pastuszkowie z Betlejem – przeżyli radość wielką, która, jak widać, udzieliła się również zwierzętom. Co prawda nie pisano, ze “na kolana woł i osioł przed nią klękają”, ale opis powyższy nie tak bardzo znów się rożni od popularnej koledy. Bowiem Jehanne stała się legenda już w wiekach średnich.

 

Jaka była? Jak wygladała?

Zdecydowanie nie tak, jak przedstawiana jest na ogół w ikonografii. Była raczej niska i krępa. Historyk Harmand obliczył, że miała 1.58 m wzrostu. Miała raczej krótką szyję i była dobrze umięśniona. Jej znajomi i przyjaciele odnotowali, że choć była niewysoka, potrafiła bardzo szybko biegac. Miała piwne oczy i ciemne włosy, najpewniej czarne. Nogi miała “dobrze rozwinięte” i raczej grube.

Powyższe nie oznacza, że była brzydka. Gdyby bowiem tak było, to przez następne lata i wieki Anglicy nie omieszkaliby tego podkreślać, tak jak przez wiele lat naśmiewali się z fizycznego wyglądu Napoleona. Co prawda Shakespeare (Szekspir) w swym dramacie “Henryk VI” wyraził się o niej jako o “czarnej i sniadej” (”black and swarthy”), lecz trudno byłoby to dziś uznać za “nieprzyjemne epitety”. Dokładny wygląd nie jest jednak znany, nie zachował się żaden jej portret (o ile kiedykolwiek pozowała do takowego – mowa jest niejednokrotnie o jej portrecie malowanym przez pewnego Szkota w Orleanie). Według pewnej wersji rzezba św. Maurycego z kościoła pod jego wezwaniem w Orleanie (zburzonego w 1850 roku), pochodząca z XV wieku, została wykonana przez rzeźbiarza na podobieństwo Joanny d’Arc (Głowa tej rzeźby znajduje się w Musee Historique w Orleanie – patrz obok). Nie jest to jednak wersja, na której historycy skłonni są jednoznacznie polegać. Odtworzenie rysów jej twarzy zostawić należy zatem na przyszłość, oczywiście jesli jej kości zostaną odnalezione. Zostały one po egzekucji włożone do worka i zrzucone do Sekwany z mostu św. Magdaleny w Rouen.

Z pewnością cieszyła się znakomitym zdrowiem i odpornościa organizmu. Świadczy o tym nie tylko fakt, że podczas kampanii wojskowych potrafiła nie zdejmować zbroi nawet przez siedem dni z rzędu (16 do 18 kilogramów!), ale również m.in. to, że po trwającej 11 dni podróży na pierwsze spotkanie z królem Karolem VII (wówczas jeszcze niekoronowanym), w czasie której musiała (wraz z towarzyszacymi jej kilkoma osobami) przejść w bród 6 rzek (a było to w lutym), świadek jej spotkania z królem stwierdza, że mówiła “pięknym, dzwięcznym, kobiecym glosem”, czyli że nie nabawiła się nawet chrypki.

Dwadzieścia pięć lat po swej śmierci “doczekała się” procesu rehabilitacyjnego. Świadkowie, którzy w tym procesie zeznawali, zwłaszcza ci z jej rodzinnych stron, podkreślali, że “była dobrą katoliczką”, “z troską wychowana w Wierze i moralności”. Właściwie, jeśliby polegać na takich świadectwach, to wynikałoby z nich, że niewiele różniła się od innych. Tyle tylko, że była bardziej pobozna, częściej chadzała do kościoła, chętniej udzielała się, by na przykład opiekować się chorymi. Tymczasem pewne różnice, inne niż stopień pobożnosci, jednak istniały.

Wbrew istniejacej wówczas tradycji, nie składała na ogól przysiąg i nie zaklinała się, lecz obiecując cokolwiek, dodawała “niechybnie!”. Nie brała udziału w tańcach, gdy inni tanczyli.  Nie była zbyt rozmowna. Lubiła atmosferę kościołów, zapalone świece i dzwięk dzwonów. Gdy miejscowy kościelny i dzwonnik w jednej osobie zapominał dzwonić o wyznaczonym czasie, potrafiła przybiec z pola, by czynić mu wymówki. Obiecywała nawet małe upominki, byle tylko dobrze dzwonił. Jak miało się pózniej okazać, różniła się od swych rówiesnikow jeszcze czymś innym: była inteligentniejsza i cechował ja większy upór i konsekwencja. Wystarczy chocby przeczytać jej zeznania z Rouen i porównać je z wypowiedziami jej ziomków z okresu pózniejszego o ćwierćwiecze, by się o tym dowodnie przekonać.

Często przedstawiana jest w rycinach jako pasterka, bo niejednokrotnie musiała w polu pilnować bydła zarówno własnej rodziny, jak i sąsiadów. Chadzała również za pługiem. Jesli jednak utozsamiać ją z jakimś zajęciem, to raczej mniej z pasterstwem czy rolą, lecz z przędzeniem. Umiejętności swych jako prząśniczka nie tylko nie wstydziła sie, ale była wręcz z nich dumna. Podczas procesu stwierdziła, że jesli chodzi o przędzenie, nie boi się konkurencji żadnej kobiety z Rouen.

To, że potrafiła odpowiadać “ciętym” jezykiem, dało znać o sobie nie tylko podczas procesu w Rouen. Dwa lata wcześniej potrafiła “dociąć” również tym duchownym, którzy na polecenie Karola VII badali ją w Poitiers. Jeden z owych duchownych, Seguin de Seguin, zeznał pózniej w 1455 roku, że gdy spytał ją jakim językiem mówiły do niej słyszane przez nią Głosy, odpaliła: “Lepszym niż twój” (mówił dialektem; ona zresztą też…). Ten sam duchowny zapytał ją następnie czy wierzy w Boga. “Zaprawdę, bardziej niż ty!” - brzmiała odpowiedź. W lipcu 1429 roku, prowadząc króla do Reims i zajmując dla niego miasto Troyes, spotkała się z bardzo wówczas znanym i dziwacznym mnichem, bratem Ryszardem. Mnich ten nie wiedział jak się zachować wobec Joanny, nie był bowiem pewien, czy nie jest ona czarownicą. Krępował się zatem do niej podejść. Zachęciła go, mówiąc: “Podejdź śmiało. Nie odfrunę”. Zaś podczas swego procesu skazującego zdobyła się kiedyś na wyraz przaśnego humoru: gdy przesłuchujący ją ksiądz Bosguillaume pomylił fakty z jej życiorysu, zapowiedziała mu, że jeśli jeszcze raz tak się pomyli, to go “wytarga za uszy”.

“Najsłodszy Panie, na honor Twej Swiętej Pasji, zaklinam Cię, jesli mnie miłujesz, bys objawił mi jak powinnam odpowiadac tym duchownym…”

Musiała odpowiadać za swoje zwycięstwa militarne oraz za swoje porażki. Atakowano ją za wszystko, za co się dało, był to proces, w którym sądzono zarówno za herezję i bałwochwalstwo jak za sprawy polityczne. Uśmiercając Joannę wymierzano tym policzek Karolowi VII, policzek tym bardziej dotkliwy, ze Karol VII nie próbował replikować.

Miano jej za złe jej zwycięstwa, bo ginęli ludzie, miano jej za złe porażki – z tego samego powodu. Pytano dlaczego zaatakowała Jargeau (12 czerwca 1429) zamiast negocjować z dowódcą garnizonu angielskiego w tym mieście (lordem Suffolk, który potem, zanim poddał się do niewoli francuskiemu szlachcicowi, pospiesznie pasował go na rycerza, bo krępował się być jeńcem kogoś, kto rycerzem nie był); dlaczego zaatakowała Paryż w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny (8 września 1429); dlaczego wypowiadała opinie na temat tego który z trzech ówczesnych papieży był prawowitym papieżem (Marcin V, Klemens VIII, Benedykt XIV); dlaczego zgodziła się, by Franquet d’Arras (pojmany do niewoli szlachcic winny złodziejstwa i morderstw) został osądzony za swoje czyny przez władze dwóch miast, w których dopuscił się zbrodni (chciała go poczatkowo wymienić za jednego ze swoich ludzi, ten jednak został zabity przez Burgundczyków, więc do wymiany nie doszło); czy była świadkiem zabijania Anglików (“W imię Boga, tak. Jakże łagodnie mówisz! Czemu nie odejdą z Francji do swego własnego kraju?”. Słysząc to, pewien angielski szlachcic miał wykrzyknąć: “Really, to wspaniała kobieta! Gdybyż tylko była Angielką!”); dlaczego jej sztandar został wniesiony do katedry na koronację Karola VII (“miał swój udział w bólu, należał mu się udział w chwale!”); dlaczego w celu udania się na wojnę uciekła z domu swych rodzicow i czy w jej opinii nie było to grzechem (“Jesli Bóg tak nakazał, trzeba było usłuchać, nawet gdybym miała stu ojców i sto matek, albo gdybym była córką króla, odeszłabym”); dlaczego procesowała się w kwestii małzeństwa (ojciec chciał ją wydać za mąż za pewnego młodzieńca, który potem podał ja do sądu za złamanie obietnicy małżeństwa; Joanna broniła się sama w sadzie w Toul; musiała wypasć przekonująco, bo sprawę wygrała); czy Anioł (z którym “rozmawiała”) nie zaniedbał jej, skoro dostała się do niewoli (“myslę, ze skoro Bóg tak chciał, to jest to dla mojego dobra, ze się dostałam do niewoli”); dlaczego nazywała siebie “córką Boga” i tak dalej. Niektóre stawiane jej pytania wydają się dzisiaj wręcz głupie, na przykład czy pozowała do portretu (”samochwalstwo”), gdzie trzymała swoją mandragorę (zakładano, że musiała mieć tę roślinę, jako że utożsamiana ona była z czarami…), czy przyczepiła sobie do hełmu aureolę lub czy to prawda, że mówiła, że zamierza mieć trzech synów, z których jednego chciała uczynic papieżem, drugiego cesarzem, a trzeciego królem.

Były jednak pytania, ktore powtarzały się bez przerwy, sprawy do których sędziowie stale powracali. Dotyczyły one “bałwochwalstwa” oraz “rozwiązłości” Joanny, sprawy zwiazane z podporządkowaniem się osądowi “Matki Kościoła”, sprawa męskich strojów, które nosiła oraz – jak łatwo zgadnąć – jej “objawień” oraz “głosów” świętych i aniołów.

Broniła się w zasadzie sama. Gdy jednak – w późniejszej części procesu – sędziowie zebrali oskarżenia wobec niej w 70 punktów i miała na owe punkty odpowiadać, otrzymała pomoc z najmniej spodziewanej strony. W tym miejscu powiedzieć wypadałoby parę ciepłych słów pod adresem asystenta inkwizytora, dominikanina nazwiskiem Isambard de la Pierre. Okazji dostarczył fakt, ze sala była pełna i dla niektórych z sądzących duchownych (było ich w sumie 62) brakować zaczęło miejsca. Wspomina inny dominikanin, Guillaume Duval:

“Ponieważ nie było miejsc siedzących dla nas wśrod rady, poszlismy, zgodnie z naszym zwyczajem, by usiąść przy stole obok Dziewicy. Tam, gdy Joanna była przesłuchiwana, Brat Isambard ostrzegał ją jak miała odpowiadać, szturchając ją łokciem”

“Każę cię wrzucić do Sekwany!” - groził później za to Isambardowi lord Warwick, odpowiedzialny za jej więzienie.

“…znam dobrze, jeśli chodzi o ten strój, rozkaz, na który go włożyłam; ale nie wiem w jaki sposób mam go porzucić; zechciej mnie pouczyć”

Jednym z bardziej męczących zarzutów był ten, powtarzany w kółko, o ‘niestosownym’ ubiorze Joanny. Niestosowność ta polegała na tym, że ubierała się po męsku oraz że była to “bardzo szlachetna odzież ze złotego i jedwabnego materiału z dużą ilością futra”. Zarzutem było na przykład, ze nosiła “kaptur i modne, szkarłatne pończochy” (noszone wówczas przez mężczyzn). Już na długo przed procesem w Rouen jej wrogowie wręcz przescigali się w wyliczaniu tych męskich części garderoby oraz broni, których “nieprawnie” używała: “koszule, bryczesy, kamizele ze sztylpami łączonymi z nią dwudziestoma sznurówkami, wysokie pantofle sznurowane po zewnętrznej stronie, krótką pelerynę do kolan, muszlowaty kapelusz, ciasno przylegające długie buty, długie ostrogi, miecz, sztylet, kolczugę, lancę i inną broń, w którą się zbroiła jak mężowie pod bronią”.

Ta swego rodzaju obsesja przeciwników Joanny jej strojami znalazła wręcz – a jakże! – swe ukoronowanie podczas jej procesu, gdy w jednym z punktów oskarżenia znów zabawiono się w owa “wyliczankę”:

“czasem ubrana we wspaniałe i pełne przepychu odzienie z cennego materiału, złota jak równiez futer. I nie tylko nosiła krótkie tuniki, lecz także tabardy (krótkie luźne odzienie nakładane przez rycerzy na zbroje i pokryte barwami oraz herbami rodowymi – przyp. MM) oraz peleryny otwarte po wszystkich stronach; znany jest fakt, ze pojmana została w złotej huque, otwartej ze wszystkich stron” (huque to tez rodzaj tabardu z powiewającymi na wietrze luźnymi pasami materiału).

Dość powiedzieć, ze o sprawy swego ubioru Joanna była wypytywana częściej nawet niż o wolę podporzadkowania się kościołowi!!! O strój pytano ją już podczas drugiego dnia procesu, 22 lutego 1431 (”Kto poradził ci włożyć męski strój?”), podczas gdy o podporządkowanie się autorytetowi hierarchii dopiero niemal cztery tygodnie później, 15 marca (”Przede wszystkim Joanna została życzliwie upomniana, ostrzeżona i zapytana, czy jeśli uczyniła cokolwiek, co mogłoby być przeciw naszej Wierze, czy pozostawi to osądowi decyzji Świętej Matki Kościoła”).

I tym razem – jak i w innych tego rodzaju przypadkach – jej odpowiedź zasługuje na baczną uwagę:

“Niechaj moje odpowiedzi będą badane przez Duchowieństwo: niechaj ono mi wówczas powie, czy w nich jest cokolwiek przeciw Wierze Chrześcijańskiej. Ja z pewnością przez swoja radę (“conseil” – a pod tym pojęciem rozumiała swoje “głosy”, które jej doradzały – przyp. MM) będę wiedziała co to jest, i potem powiem co ma być sądzone i zdecydowane. Ponadto jesli jest w nich cokolwiek złego przeciw Wierze Chrześcijańskiej, którą Nasz Pan nakazał, to nie będę sobie życzyła tego podtrzymywać i będę żałowała, że się sprzeciwiałam”.

No, więc kto ostatecznie miał według niej “sądzić” i “zdecydować”? Ona sama!

Najwyraźniej sędziowie byli wprost oburzeni męskimi strojami Dziewicy w stopniu mniej więcej takim, w jakim dziś niektórzy t.zw. “tradycjonaliści” za “bezeceństwo” uważaja wszelka nawet myśl o ministrantkach czy wyświęcaniu kobiet na księży. Powoływali się przy tym na Pismo Święte, które zakazuje kobietom ubierania się po męsku i mężczyznom po kobiecemu (Dt 22;5). Bogactwo zaś owych strojów uznali za wyraz pychy. Tu jednakże “okolicznością łagodzącą” jest fakt, że w ówczesnym społeczeństwie strój znamionował przynależność do grupy społecznej i nakładał on na swego właściciela określone reguły postępowania, właściwe dla danej grupy. Joanna uważała, że ma do spełnienia ważną misję i że fakt ten musiał być uwidoczniony jej strojem. Dodatkowo pamiętać należy, ze to nie ona zamawiała i nabywała owe ubiory, lecz albo król albo lokalne władze (np. w Orleanie). No i przypomnijmy w tym miejscu fakt, o którym niezbyt wielu wie: w grudniu 1429 roku Joanna oficjalnie otrzymała (na piśmie) od króla Karola VII tytuł szlachecki wraz z herbem - patrz powyżej: herb i owo pismo.

Szokujące dla tych duchownych było to, że Joanna – jako kobieta – nosiła męskie krótkie tuniki, pod którymi wyraźnie było widać kształt nóg. Był to jeden z tych powodów, dla których uważali oni ją za “rozwiązłą”, pomimo faktu potwierdzenia (i to dwukrotnego) jej dziewictwa (“virgo intacta”) w wyniku bezpośredniego badania (1)

Sprawa stroju była też jedną z tych, które przesądzić miały, pod koniec maja 1431 roku, o wyroku śmierci. Zastraszona widokiem stosu 24 maja zgodziła się włozyć strój kobiecy. Po kilku dniach jednak znaleziono ją w celi przebrana z powrotem w swój strój męski (zapewne specjalnie jej w tym celu pozostawiony w celi). Był to też jeden z powodów, dla których w wyroku końcowym nazwano ją “wtórną heretyczką”.

“…uważaj co mówisz, ty, co jesteś moim sędzią…”

Tak zwróciła się do biskupa Cauchona 24 lutego 1431 roku, gdy próbował on narzucic jej przepisaną, oficjalną formę składania przysięgi przed sądem. Był to pierwszy tak wyraźny sygnał zapowiadający, że sędziom trudno będzie skłonić ją do uznania autorytetu władzy kościelnej nad nią, jeśli chodzi o sprawy uważane przez nią za będące bezposrednio wyrażoną jej wolą bożą.

Nigdy z własnej woli nie uznała niczyjego autorytetu ( w tym i papieskiego) nad własnym doświadczeniem religijnym. Nawet gdy mówiła o podporządkowaniu się papieżowi, to w sprawach wiary, a nie w sprawach poznanych własnym doświadczeniem. Jest to w pełni potwierdzone już nawet nie tylko przez poszczególne cytaty z jej zeznań w procesie, choć możnaby cytować wręcz całymi stronicami, lecz przez cały ‘tenor’ jej wypowiedzi podczas tego procesu.

Jak wyglądała hierarchia wartości autorytetu religijnego w oczach Joanny oraz wzajemne relacje między własnym doświadczeniem a autorytetem hierarchii, niechaj świadczą o tym te jej wypowiedzi, w których oba te czynniki zestawione są ze sobą bezpośrednio. Poniższe cytaty są długie, zależy nam bowiem na pokazaniu nie tylko samych wypowiedzi oskarżonej, ale również całego ich kontekstu:

31 marca 1431:

- “We wszystkim, o co jestem pytana, podporządkuję sie Kościołowi Wojującemu, (obecnie zwanemu “pielgrzymującym” – przyp MM)  pod warunkiem, że nie nakazuje on niczego niemożliwego…” dodając: “… A w przypadku, gdyby Kościoł zechciał, bym uczyniła cokolwiek sprzecznego z rozkazem danym mi przez Boga, nie zgodzę się na to, cokolwiek by to było.”

“Jeśli Kościół Wojujący powie ci, że twoje objawienia są iluzjami lub rzeczami diabolicznymi, czy podporządkujesz się Kościołowi?”

- “Podporządkuję się Bogu, Ktorego Nakazy zawsze wykonuję. Wiem dobrze, że to, co jest zawarte w mojej Sprawie pochodzi z Nakazu Bożego; to, co potwierdzam w tej Sprawie to to, że postępowałam na rozkaz Boga: to niemożliwe, abym mowiła inaczej. W wypadku, gdy Kościoł nakaże inaczej, nie podporzadkuję się nikomu na świecie, a jedynie Bogu, według Nakazów Którego zawsze postepuję.”

“Czy zatem nie wierzysz, że jesteś poddaną Kościoła Bożego, który jest na ziemi, to znaczy naszego Pana, Papieża, Kardynałów, Arcybiskupów, Biskupów i innych prałatów Kościola?”

- “Tak, wierzę, że jestem im poddana; ale najpierw trzeba służyc Bogu.”

“…Zabierzcie mnie do papieża, to jemu odpowiem…”

2 maja 1431:

- “Naprawdę wierzę w Kościół na ziemi; ale w sprawie moich słów i czynów, jak juz mowiłam, polegam i podporzadkowuję się jedynie Bogu. Wierzę, ze Kościół Wojujący nie może się mylić; ale co do moich słów i czynów, powierzam je wszystkie Bogu, Który sprawił, że uczynilam to, co uczyniłam. Powierzam siebie Bogu, memu Stwórcy, Który sprawił, że uczyniłam wszystkie te rzeczy; odwołuję się zatem do Boga i do siebie samej.”

“Czy zamierzasz przez to powiedzieć, że nie masz sędziego na ziemi? Czy nasz Ojciec Święty, Papież, nie jest twoim sędzią?”

- “Nic więcej wam nie powiem. Mam dobrego Mistrza, czyli Boga; to ku niemu spoglądam we wszystkim, co czynię i ku nikomu więcej.”

“Jeśli nie wierzysz w Kościól, jeśli nie wierzysz w Artykuły Wyznania Wiary “jeden, Święty, Powszechny”, zostaniesz uznana za heretyczkę oraz, przez innych sędziów, ukarana bólami ognia.”

- “Nic więcej wam nie powiem, a jeśli zobaczę ogien, to powiem wszystko to, co wam mówię i niczego więcej” (na marginesie skryba zanotował: “superba responsio”)

“Jeśli Sobór Powszechny – to jest, gdyby tu byli nasz Ojciec Święty, Papież, Kardynalowie, Biskupi i inni, to czy nie odwołałabyś się i nie podporządkowała takiemu Świętemu Soborowi?”

- “Nic więcej ze mnie na ten temat nie wyciągniecie.”

“Czy podporządkujesz się naszemu Ojcu Świętemu, Papieżowi?”

- “Zabierzcie mnie do niego, to jemu odpowiem”.

Otóz właśnie to: “…to jemu odpowiem” (JAK??!!).

Sądzę, że powyższe, pełne wypowiedzi WRAZ z ich kontekstem mówią wszystko. Teza, że Joanna była ortodoksyjna wedle wszelkich reguł kościelnych, jest po prostu nie do obrony. Można ją jedynie próbować wmawiać tym, którzy nigdy porządnie nie przestudiowali akt procesu.

Pomimo jednak takich wypowiedzi nie należy wnioskować, że Joanna była typem “antyklerykała”. Wniosek taki nasuwać się może tutaj co prawda, zwłaszcza jesli komentarz pisany jest rękę „heretyka” nie ukrywającego swego wstrętu do niektórych aspektów funkcjonowania hierarchii kościelnej. W tym jednak wypadku wniosek byłby całkowicie mylny: Joanna nigdy nie próbowała świadomie podważać pozycji ani roli duchowieństwa w kościele czy też w ówczesnym układzie sił społecznych. Traktowała je jak najbardziej poważnie uważając, że reprezentuje ono Boga na ziemi. Jak słusznie zwracają uwagę rozmaici integryści, nie jest znany ani jeden przypadek jej buntu choćby przeciwko faktowi chciwości materialnej hierarchów, ich zamiłowania do wystawnych strojów, bogacenia się kosztem słabszych finansowo ko-religionistów itd. Najwidoczniej sprawy te nie odgrywały dla niej pierwszorzędnej roli. Nie była też typem “rewolucjonistki” łamiącej bariery klasowe, chociaż niewątpliwie prawdą jest, że przynajmniej początkowo, to ona miała w sobie więcej optymizmu i animuszu niż krol. To ona doprowadziła do jego koronacji, niemalże “za rękę” prowadząc go aż do Reims.

Gdy była mowa – po raz kolejny – o owym podporządkowaniu się autorytetowi kościoła, pokazać się miało, jakie były motywy Joanny (jak również charakter całego procesu). Jak zeznał po latach brat Isambard de la Pierre z inkwizycji:

“Interweniowałem, by poradzić jej podporządkowanie się Soborowi Powszechnemu w Bazylei, który wówczas obradował. Joanna spytała mnie co to jest “Sobór Powszechny”. Odpowiedziałem, że to kongregacja Kościoła Powszechnego i że na tym soborze prałatów i doktorów Chrześcijaństwa było tylu członków z jej stronnictwa co i ze stronnictwa Anglików. Usłyszawszy to, Joanna zaczęła mówić: “Och, ponieważ tam są tacy, co są od nas, to chcę się tam udać i podporzadkować Soborowi w Bazylei”. Natychmiast, upominając mnie z wielką złością i oburzeniem, biskup  Beauvais wykrzyknał: “Badź cicho, u diabla!” (”de par le diable!”).  Wtedy notariusz, Guillaume Manchon, spytał czy może zanotować podporządkowanie się Joanny Soborowi. Biskup odpowiedział mu, że nie, nie jest to konieczne i że ma uważać, by tego nie zapisywać. Na co Joanna zwróciła się do biskupa: “Ha! Ty piszesz to, co jest przeciw mnie, a nie piszesz tego, co na moją korzyść”. Jak sadzę, istotnie deklaracja Joanny nie została zapisana i było wielkie szemranie pośrod obecnych.”

A zatem Joanna chciała się podporządkowac soborowi, ale tylko dlatego, że tam byli reprezentowani jej zwolennicy.

W związku ze skazaniem Joanny niejednokrotnie (zresztą słusznie) stawia się zarzuty królowi Karolowi VII (który zawdzięczał jej koronę), że nie uczynił on prawie nic, by np. wykupić Joannę z rąk angielskich, że kontrastowała taka postawa z postawą  Anglików, nie żałujących pieniędzy Burgundczykom (którzy wzięli Joanne do niewoli), by dostać ją wreszcie w swoje ręce. To w zasadzie prawda, choć odnotowano, że Karol jednak – wg. niektórych świadectw – próbował nieśmiało negocjować z Burgundczykami. Prawdą jest jednak równocześnie, że ze strony papieża uczyniono jeszcze mniej: nie ma mowy nawet o “nieśmiałych” próbach negocjacji czy bodaj mediacji, choć przecież papież był wówczas w stanie uczynić więcej niż Karol VII. Nie był bowiem wrogiem Anglii i jego sugestie mogły w tym kraju paść na podatniejszy grunt. Karol przynajmniej zainicjował rehabilitację pośmiertną Joanny (nie bez względu na swój własny interes polityczny), papież nie uczynił nawet tego. On jedynie wyraził zgodę  na proces rehabilitacyjny, gdy był on już dla Rzymu politycznie obojętny. Cokolwiek by nie powiedzieć jednak o intencjach Karola VII oraz papieży Marcina V, Eugeniusza VI czy Kaliksta III, wydaje się mimo wszystko mało uczciwym zrzucanie całej winy na króla Francji za bezczynność przy jednoczesnym oszczędzaniu głow Kościoła, a nawet chwaleniu ich za… postępowanie w podobny sposób.

“…to ja byłam tym Aniołem…”

Wyobraźnia! Ileż już napisano na jej temat! Czytamy o bujnej wyobraźni, o braku wyobraźni, nawet o chorej wyobraźni. Czytamy o genialnej wyobraźni oraz o takiej, która w opinii wielu staje się niemal widzeniem lub proroctwem. Rzadziej jednak czytamy o wymuszonej wyobraźni, choc zdarza się ona stosunkowo często. Czym się taka wyobraźnia charakteryzuje? Jak łatwo się domyślić, chodzi o tworzenie fikcji pod presją, w okolicznościach, w których trudno mówić o pewnych rzeczach wprost. Trochę przypomina to nieraz pospieszne wymyślanie historyjek mających na celu usprawiedliwienie samego siebie w obliczu spodziewanej groźby. Każdy z nas jest w stanie sięgnąć pamięcią do owych – często niewinnych i może dziś już śmieszących nieco z perspektywy czasu sytuacji, gdy trzeba bylo ratować się z opałów opowiedzeniem czegoś, czego początkowo wcale nie planowano mówić. Wyobraźmy sobie sytuację podobną w swym charakterze, spotęgowaną jednak wagą spraw państwowych i rozpatrywaną z całą powagą, na jaką zdobyć się potrafił eklezjalny sąd inkwizycyjny.

Jednym z ciekawszych wątków procesu Joanny d’Arc była sprawa t.zw. “znaku”, jaki Jehanne miała dać – z pomocą Boską – królowi (a właściwie – wówczas jeszcze – “delfinowi”) Karolowi VII francuskiemu, znaku mającego potwierdzić jej boskie posłannictwo. Ale zacznijmy po kolei:

Pierwsze spotkanie Joanny z Karolem miało miejsce późnym popołudniem 6 marca 1429 roku na zamku w Chinon (na zdjęciu: fragment ruin zamku z widocznym kominkiem w pomieszczeniu, w którym miało miejsce owo spotkanie). Co prawda początkowo odbywało się ono w obecności licznie zgromadzonych arystokratów i owego niezbyt okazałego ‘dworu’ (według Joanny “około 300 osob”) tego zbiedniałego i raczej pesymistycznego, chuderlawego, wątłego monarchy o krzywych nogach, których kolana niemal obijały się o siebie przy chodzeniu. Jednak nieco później tych dwoje miało okazję rozmawiać przez chwilę na osobności. Już wówczas krążyć zaczęły historie na temat tego, co zostało wypowiedziane między nimi. Jednakże chodziło właśnie o to, co ona jemu miała do powiedzenia, a co wielu autorów uważa za słowa otuchy polegające na zapewnieniu Karola, ze jest on prawowitym synem krola Francji (wysiłki były bowiem czynione – również ze strony matki Karola, Izabeli Bawarskiej – by tę prawowitość zanegować). Nie było jednak mowy o dawaniu żadnych widocznych znaków. Sama Joanna miała zresztą dość jednoznaczną opinią na temat “dawania znaków” przez siebie innym ludziom (tak jak – czasami – Chrystus – p. Mt 12;39). Gdy – krótko później – na polecenie Karola VII, była egzaminowana w Poitiers przez przedstawicieli duchowieństwa pod kątem jej kontaktów mistycznych i zażądano od niej dania jakiegoś ‘znaku’ w celu przekonania zebranych eklezjastów o autentyczności jej posłannictwa, odpowiedziala: “W imię Boga (’En nom Dieu’), nie przybyłam do Poitiers, by dawać znaki. Ale zaprowadźcie mnie do Orleanu, a ja wam pokażę znak, dla którego przybyłam “. Pod pojęciem znaku w Orleanie miała na myśli walkę zbrojna o przełamanie jego oblężenia przez Anglików (“…żołnierze będą walczyli, a Bóg im da zwycięstwo”).

Później jednak plotki rozrosły się do sensacji o “znaku” otrzymanym przez Karola od dziewicy inspirowanej przez Boga.

W 1431 roku jej sędziowie w Rouen powrócili do tego tematu. Już 22 lutego zapytali: “Czy widziałaś Anioła ponad Królem?”.  Wtedy jeszcze odparła wymijająco, że zanim król powierzył jej misję, sam “…miał wiele widzeń i pięknych objawień”. Uchyliła się jednak od opisania tychże. 27 lutego została ona zapytana przez nich ponownie “Czy ponad głową twego króla był anioł, gdy spotkałaś się z nim po raz pierwszy?”. Joannę jakby kto obuchem uderzył. Zaraz się żachnęła: “Na Panią Naszą! Jesli był, to nic o tym nie wiem; nie widziałam go.”  Były to pierwsze wzmianki o aniele towarzyszącym Joannie i Karolowi podczas ich rozmowy w Chinon.

1 marca wypytując ją o jej ‘widzenia’, pełne świętych w koronach, zapytali ją nagle: “Gdy pokazałaś swój znak królowi, byłaś z nim sama?”.

-   “Nie przypominam sobie nikogo więcej, choć w pobliżu było wielu ludzi”

“Gdy pokazałaś znak królowi, widziałaś koronę na jego głowie?”

Była to pierwsza wzmianka dotyczaca korony. Odpowiedziała im, że myśli, że “…mój król przyjął z radością koronę, która miał w Reims (czyli cztery i pół miesiąca później, 17 lipca 1429, podczas koronacji – przyp. MM), ale inna, znacznie bogatsza, była mu dana później”. Zapytana, czy widziała tę inna, bogatsza koronę, odparła, że jedynie słyszała, że jest ona bogata i “cenna do pewnego stopnia”. Widzimy zatem, że w tym momencie nie uchylała się ona już od wersji, według której “dała znak” Karolowi. W dalszym jednak ciągu trzymała się wersji, że żadnej cudownej korony nie widziała. Widziała jedynie tę, którą włożono krolowi na głowę podczas koronacji w Reims. Z całą pewnością widziała ją doskonale, tak jak sam król, gdyż stała tuż przy nim ze swoim sztandarem, jako jedyna osoba dopuszczona tak blisko podczas ceremonii.

10 marca Jehanne zupełnie zmieniła swą wersję: teraz już znak, dany przez nią królowi “był piękny, godny i najbardziej wiarygodny; najlepszy i najbogatszy na świecie”. Stwierdzila także, że on “trwac będzie tysiąc lat i więcej. Moj znak jest w skarbcu króla”. Proszę tez zwrócić uwagę na poniższy opis z jej zeznania:

-  “…Dziękowalam Panu Naszemu za wybawienie mnie z kłopotu, jaki miałam z duchownymi z naszego stronnictwa, którzy argumentowali przeciwko mnie; i uklękłam kilka razy. Anioł od Boga i od nikogo innego, posłał znak memu królowi; i za to wiele razy dziękowałam Panu Naszemu. Księża z naszego stronnictwa przestali mnie atakować, gdy poznali ten znak”

“Zatem duchowieństwo z twego stronnictwa widziało ten znak?”

-  “Gdy moj król i ci, co byli z nim, zobaczyli znak oraz Anioła, który go przyniosł, spytałam mego krola, czy był przekonany. Powiedział, że tak. Potem odeszłam i poszłam do małej kaplicy w pobliżu. Słyszałam od tamtej chwili, że po moim wyjsciu ponad trzysta osób widziało znak. Z miłości do mnie oraz by mnie nie wypytywano, Bóg pozwolił pewnym ludziom z mego stronnictwa zobaczyć znak na jawie.”

“Czy twój król oraz ty, oddaliście cześć Aniołowoi, który przyniosł znak?”

“Tak; pozdrowiłam go, uklękłam i zdjęłam czapkę.”

Rzecz jasna, ze strony ani króla ani kogokolwiek obecnego wówczas w Chinon (również z owych “ponad trzystu osób”) nigdy, nawet podczas procesu rehabilitacyjnego Joanny, nie pojawiło się żadne potwierdzenie powyższej historii. Joanna poszła “na całego” w wymyślaniu i ubarwianiu tej wersji przed sądem inkwizycyjnym. 13 marca w historii tej pojawiły się jednak prawdziwe elementy, które mogą pomóc w zidentyfikowaniu jej jako swego rodzaju alegorii:

“Znakiem było to, że Anioł zapewnił mego króla, przynosząc mu koronę, że będzie on miał całe krolestwo Francji z pomocą Boską i poprzez mój wysiłek; że miał zacząć pozwolić mi działać – czyli dać mi zbrojnych mężów; i że w przeciwnym wypadku nie zostanie tak prędko koronowany i konsekrowany.”

Opis zaś owego znaku – owa fantazja – jest pomieszany gęsto z opisem koronacji w Reims:

“W jaki sposób Anioł niósł koronę? I czy osobiście włożył ją na głowę króla?”

-  “Korona była dana Arcybiskupowi – to jest Arcybiskupowi Reims (abp Regnault de Chartres – przyp. MM) jak mi się zdaje, w obecności króla. Arcybiskup otrzymał ją i dał ją królowi. Byłam przy tym obecna. Potem koronę umieszczono wsród skarbow krola”.

Mamy tu zatem do czynienia z alegorią (tak jak w innej literaturze z chodzeniem po wodzie czy fizycznym zmartwychwstaniem), choć wypada przyznać, że opowiedziana ona została w formie mogacej istotnie sprawić na sędziach wrażenie krzywoprzysięstwa.

Natomiast przedmiotem kontrowersji jest coś innego. Gdy wydano na Joannę ostateczny wyrok (29 maja 1431) i poinformowano ją o tym następnego ranka (30 maja) oraz o tym, że za chwilę zostanie zabrana na egzekucję, Joanna wyznać miała, że jej głosy ją “oszukały” (spodziewała się bowiem uwolnienia) oraz to, że w spotkaniu z królem Karolem to ona sama była tym aniołem, który objawił mu boski znak. Reakcja Joanny była zatem analogiczna do jej wyrzeczenia z 24 maja oraz do jej (wyrażonej dopiero wówczas!!!) gotowości podporządkowania się papieżowi (2) . Osobiście nie biorę jej tych chwil słabości za złe. Skoro Chrystusowi wolno było narzekać, że “Bóg go opuścił” (Mt 27;46, Mk 15;34), to cóż złego, jeśli Joanna d’Arc uległa podobnemu wrażeniu? Na dodatek określenie, że ona sama “była tym Aniołem”, który przyniósł jej królowi koronę, uważam za jedną z najlepszych i najpiękniejszych wypowiedzi jej przypisanych, bardzo zgrabnie podsumowującą rolę, jaką odegrała w tym wydarzeniu; rolę, którą król Karol VII osobiście podkreślił, gdy podczas jego koronacji stała tuż za nim ze swym sztandarem, który jako jedyny wniesiony wtedy został do katedry w Reims.

Przedmiotem kontrowersji jest to, że owe wyznania, w formie zeznań siedmiu duchownych rozmawiajacych z nia tego dnia w miejscu jej uwięzienia, spisane i zaprzysiężone, nie stanowią integralnej części dokumentów procesu w Rouen, zostały zaś do owych dokumentów dołączone 7 czerwca 1431 roku, zatem osiem dni po egzekucji Joanny. Trzech notariuszy procesu odmówiło również podpisania tego dokumentu, najprawdopodobniej zresztą dlatego, że nie byli oni obecni tego dnia w celi Joanny i nie byli w związku z tym świadkami odbytej tam rozmowy. Fakty te skłaniały – i w dalszym ciągu skłaniaja – wielu autorów do wyrażania opinii, że dokument ten jest fabrykacją biskupa Cauchona i że z prawdą nie ma on absolutnie niczego wspólnego (zachęcam do zapoznania się z takimi argumentami  http://www.stjoan-center.com/novelapp/joaap02.html ). Osobiście skłaniam się ku wnioskowi przeciwnemu, choć zdaję sobie również sprawę, że kwestia autentyczności tego zapisu w niczym nie zmienia znaczenia zeznan złożonych wcześniej przez Joannę w tej kwestii, a jak sami widzieliśmy, owe zeznania w swej końcowej części jak najbardziej potwierdzają tezę o niej jak o owym “aniele”.

Zwraca też uwagę fakt, że nawet po 25 latach po egzekucji Joanny jej niegdysiejsi sędziowie wciąż nie do końca potrafili wycofać się ze swych pierwotnych opinii na jej temat. Na przykład Jean Beaupere, teolog i kanonik z Rouen, już w pierwszym zdaniu swego zeznania podczas pierwszego dochodzenia w sprawie “rehabilitacji” Joanny stwierdził, że:

“Co do wizji wspomnianych podczas Procesu wspomnianej Joanny, reprezentowałem i wciąż reprezentuję poglad, że wynikały one bardziej z przyczyn naturalnych i ludzkiej intencji niż z czegokolwiek ponadnaturalnego.”

“Joanno, idź w pokoju…”

Krótko przed wyrokiem wygłoszone zostało kazanie, ktorego motywem przewodnim był cytat z Nowego Testamentu, a mianowicie z 1 Kor. 12;26 (”Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki…”)

Joanna słuchała kazania w spokoju, nie probując przerywać (na zdjęciu: model sceny egzekucji). Po kazaniu ks. Midiego Cauchon wezwał ją, by pomyślała o zbawieniu swej duszy. Towarzyszyli jej w tym momencie dwaj dominikanie (Ladvenu i de la Pierre). Nastepnie odczytano wyrok, którego fragmenty zacytowano na wstępie. Gdy odczytany został wyrok, Midi zwrócił się do Joanny mówiąc “Joanno, idź w pokoju. Kościół nie może cię juz dłużej chronić i przekazuje cię ramieniu świeckiemu”. W tym momencie Joanna, ubrana w czarną szatę i z chustą na ogolonej głowie została dodatkowo ‘ukoronowana’ mitrą z napisem “heretyczka, wtórna heretyczka, apostatka, bałwochwalczyni” por. Mt 27;29). Ukląkłszy, zaczęła prosic wszystkich o modlitwe za nia oraz o przebaczenie. Mówiła – jak relacjonuje świadek, ks. Jean Massieu – około pół godziny.  Wielu spośród paru tysięcy ludzi tam obecnych było głeboko poruszonych, natomiast otaczajacy gęsto Joannę zołnierze angielscy kwitowali jej słowa gromkim śmiechem.  Ks. Loyseleur, który odegrał wyjątkowo paskudna rolę w jej procesie (przebywał z nią przez pewien czas w jej celi udając stronnika Karola VII i słuchając jej spowiedzi, a nastepnie donosił sędziom), nie wytrzymał i z płaczem odszedł (por. Mt 27;3-4). Musiał udać się do lorda Warwicka szukając ochrony, gdyż niektórzy żołnierze wygrażali mu jako zdrajcy. Wkrótce ratował się ucieczką z miasta. Odszedł również Guillaume Manchon, jeden z notariuszy sporządzających protokoły procesu. Nie został odczytany jednak – wbrew istniejącej procedurze – żaden wyrok władzy świeckiej. Joannę odprowadzono jedynie do miejsca, w którym zasiadł urzędnik sądowy miasta Rouen. Wykonał on gest ręką, mówiąc “bierzcie ją, bierzcie ją!”. Natychmiast została zawleczona przez żołnierzy na rusztowanie stosu.

Do pala, do którego została przykuta, przybita była tablica z napisem zawierającym wszystko to, o co ją publicznie oskarżano:

“Joanna, która zwała siebie Dziewicą, kłamczyni, zgubnie oszukująca lud, czarownica, przesądna, bluźnierczyni przeciw Bogu, zniesławiająca wiarę Jezusa Chrystusa, samochwalcza, bałwochwalcza, okrutna, rozwiązła, przywołująca demony, apostatka, schizmatyczka i heretyczka”.

Istotnie, trudno chyba było w jednym zdaniu pomieścić więcej epitetów. Tak nawiasem, umieszczanie tablic z napisami w miejscach kaźni rozmaitych heretyków było zwyczajem, który trwał całe stulecia – por: Mt 27;37 , Mk 15;26, Lk 23;38 i Jn 19;19).

Joanna przywoływać teraz zaczęła owych świętych, którzy byli dla niej inspiracją, szczególnie św. Michała Archanioła.

Gdy jeszcze jej ręce nie były skrępowane, poprosiła o krzyż i jeden z angielskich żołnierzy naprędce wykonał dla niej krzyżyk z dwóch patyków. By go nie zgubić, włożyła go za pas, pod swoją czarną szatę. Chciała jednak, by przyniesiono jej krucyfiks i trzymano go tak, by mogła go widzieć. Massieu posłał więc Isambarda de la Pierre po taki krucyfiks do pobliskiego kościoła Saint Sauveur, sam zaś wspiął się na rusztowanie ze słowami pociechy dla skazanej.

Żołnierze zaczęli w międzyczasie okazywać zniecierpliwienie przedłużającą się procedurą. “Cóż to, księże,” - zawołał jeden z nich - “chcesz nas tu trzymać do obiadu?”

Krótko przed dwunastą w południe zapłonął więc jeden z najsłynniejszych stosów w historii. Poczucie wazności własnej misji zdawało się nie opuszczać Joanny nawet wówczas: gdy płomienie wznosiły się coraz wyżej, jeden ze świadków usłyszał jej wołanie “Ach, Rouen! boję się wielce, że cierpieć będziesz za moja śmierć!” (”Ah, Rouen! j’ay grant paour que tu ayes à souffrir de ma mort’”). Ostatnim jej słowem słyszanym przez świadkow, było głośno powtarzane “Jhesus! Jhesus!”

Zmarła od wysokiej temperatury na szczycie rusztowania zanim jeszcze dosięgły jej płomienie. Dopiero po pewnej chwili od ognia zajęło się jej odzienie. Gdy spłoneło, katom nakazano przygaszenie ognia tak, by pokazać tłumowi jej nagie ciało i  zademonstrować (oraz sprawdzić), że rzeczywiście nie żyje (por. Jn 19;34). Krążyły bowiem pogłoski, że może ona nawet w ostatniej chwili uciec (była wszak “czarownicą”…). Dopiero po chwili rozpalono ogień na nowo.

Spór o Joannę

To, że nie chciała umierać, potwierdza jedynie jej wolę życia, brak u niej jakichkolwiek skłonności do męczeństwa, samobojstwa czy masochizmu, co w gruncie rzeczy czyni jej śmierć prawdziwa “pasją”, śmiercią osoby o jak najbardziej zdrowych ludzkich reakcjach i zdrowym umyśle. Była osobą, której męczeństwo narzucono, a nie osobą, ktora w chorym widzie chciałaby być męczona. Zgadzam się tu całkowicie z angielskim autorem Edwardem Lucie-Smithem, który stwierdził, że “Joanna nie miała w sobie nic z owego masochizmu, ktory często znamionował temperament męczenników” (”Joan of Arc”, 1976). To wyraźna zaleta, nie ujma. Jest to w jaskrawej opozycji do męczeństwa niektórych wczesnych chrześcijan, ktorzy wręcz łakneli śmierci za swe przekonania, bo uważali ją za swój święty obowiązek, jak św. Ignacy z Antiochii, który w drodze na spodziewaną egzekucję w Rzymie (ok. 110 r.n.e.) pisał w swym liście do Rzymian, by za żadna cenę nie próbowali go ratować, bo on chce stać się “ciałem Chrystusa” mielonym zębami lwów, lub też jak pewna grupa chrześcijan z rzymskiej prowincji “Azja” (dzisiejsza Turcja), którzy stawili się u tamtejszego prokuratora żądając, by ich kazał uśmiercić za wiarę. Mądry Rzymianin mógł jedynie odpowiedzieć im, ze tego nie zamierza uczynić, jeśli jednak chcą umrzeć, to proszę bardzo, istnieją skały, klify i powrozy, niechaj sami się obsłużą. Brak wiadomosci, czy istotnie to zrobili, wypada zatem mieć nadzieję, że lekka kpina rzymska znalazła drogę do ich umysłów i skutecznie przywołała ich do porządku.

Opór Joanny przed śmiercią połączony z jej niewatpliwą i niepodważaną przez nikogo odwagą nadaje jej “pasji” dodatkowego wyrazu autentyzmu, bez konieczności tworzenia sztucznych mitologii i legend, tak bujnie kwitnących tam, gdzie brak szczegołowych zapisów potwierdzających bieg wypadków. Tak, to prawda, o Joannie też mitologizowano na potęgę, ale przynajmniej w jej wypadku stosunkowo łatwo oddzielić prawdę od fikcji.

Choć jednak Joanna nie pragnęła męczeństwa, nie zmienia to faktu, ze męczennicą się istotnie stała. I to jak najbardziej męczennicą za wiarę. Nie męczennicą za tę oficjalną wiarę Kościoła, za takową Kosciół nie mógł jej uznać, bowiem ani francuscy duchowni, którzy ją skazali ani ich angielscy mocodawcy nie byli wrogami Kościoła Katolickiego i nie zajmowali się jego prześladowaniem. Stąd tez oficjalnie Joanna została kanonizowana (aż 489 lat później!) nie jako “święta męczennica“, lecz jako “święta dziewica“. Jednak bez swej śmierci oraz jej okoliczności wątpliwe jest, czy kiedykolwiek zdecydowanoby się ją w ogóle kanonizować.  Tymczasem pomimo ewidentnych podtekstów politycznych procesu oraz pomimo angielskiej zapowiedzi, że jeśli inkwizycja jej nie skaże, to oni, Anglicy, sami wytoczą jej proces, pozostaje poza wszelkimi watpliwościami, że przyczyną jej egzekucji była jej wiara, lub też – by wyrazić to jaśniej – rodzaj tej wiary.  Z całą pewnością nie została stracona, bo była kobietą. Nawet nie za to, że prowadziła wojsko, w końcu wielu to czyniło. Nie zemszczono się na niej jako na osobie ze stanu włościańskiego. W końcu wielu zbrojnych – i to wysokich rangą – miało podobne ‘korzenie’, lecz zostali szlachcicami. Przypomnijmy raz jeszcze to, co wspomnieliśmy powyżej: w chwili swego procesu Joanna już od półtora roku oficjalnie nie zaliczała się do stanu włościańskiego. Nie zabito Joanny dlatego, że wygrywała bitwy. W końcu zdarzało się jej również przegrywać, jak podczas próby zdobycia Paryża czy pod La Charite. Wielu też dowódców – i to również znakomitych – dostawało się do niewoli i nie kończyło na stosach. Ale patrzmy na nią: ona ścięła włosy jak mężczyzna, ubierała się po męsku, chodząc w ubiorach pokazujących kształt jej nóg i na dodatek śmiała “bezczelnie” twierdzić, że na wojnę posłał ją Pan Bóg osobiście, posługując się jako swymi kurierami dwiema świętymi i jednym archaniołem! Jak gdyby jeszcze tego nie było dość, potrafiła wygrywać! Mało tego: doprowadziła do koronacji swego króla i spowodowała, że stronnictwo tego króla ożywiło się w wojnie i przejęło inicjatywę! Tego już było zdecydowanie za wiele dla zwolenników ‘ideologicznego’ status quo !

Taka osoba mogła – biorąc pod uwagę mentalność średniowieczną – być tylko inspirowana. Inspirowana albo przez Boga, albo przez diabła. Zakładając nawet, że Anglicy chcieli się jej pozbyć za wszelką cenę – nie musieli tego czynić za pomocą ‘kanału’ inkwizycji. Zabójstwa wybitnych jednostek przecież się zdarzały i bez takich ceregieli i to również w Anglii: sam ówczesny król Anglii, Henryk VI, zakończył później życie jako ofiara mordu. Ale sposób, w jaki prezentowała się publicznie Joanna, czynił pokusę posłużenia się inkwizycją tym wiekszą, im bardziej różniła się od ustalonego wzorca ‘normy’ i im bardziej przypisywano jej świętość już za życia oraz tym bardziej im bardziej takiego procesu domagali się eklezjaści (pamiętajmy: to duchowni oraz teologowie jako pierwsi wystąpili z inicjatywą procesu Joanny d’Arc, nie świeccy politycy!). Niechaj nie myli nas fakt, że sędziowie Joanny opłaceni zostali z kiesy króla angielskiego. Jesli się uważnie przeczyta zapis wypowiedzi Joanny w procesie, nasunie się wniosek, że nawet gdyby był to proces uczciwszy niż był w rzeczywistości, to i tak mogłaby ona zostać skazana przez swych sędziów, choć może niekoniecznie na karę śmierci.

Niejednokrotnie spotkać się można z opinia, że Joanna d’Arc była “pierwszą protestantką”. W taki sposób przyznawano jej “pierwszeństwo” zresztą w szeregu kwestii, np. nazywając ja “pierwszą nacjonalistka” (co w takim razie należałoby powiedzieć np. starożytnych Rzymianach, Grekach czy Żydach?), “pierwszą feministką” (to co by powiedziec o Kleopatrze?) i tak dalej. Co zaś do “protestantyzmu”, to ktoś kiedyś wyrazić się miał w USA, że była ona “baptystką” (ktoś inny to wyśmiał, sugerując sarkastycznie, że była zapewne Południową Baptystką). Oczywiście piszący odnotowuje wszelkie powyższe sugestie z niekłamaną satysfakcją, jako że są one wyrazem oczywistej fascynacji tą francuską świętą i bohaterką. Dziś wielu zgłasza ‘pretensje’ do niej, uważając ja za swoją: kościoły (na zdjęciu: św. Teresa z Lisieux przebrana za Joannę d’Arc) , grupy społeczne i polityczne (we Francji od prawicy – jak Front Narodowy, mający ją za swój symbol – do lewicy, włącznie z partią komunistyczną), feministki itd. Nie zawsze jednak tak było. Kościół Katolicki, do którego należała (innego wówczas zreszta nie było), “czekał” z jej kanonizacją prawie pięć wieków (choć bardziej wątpliwych “bohaterów” – jak np. Domingo Guzmana, zwanego “swiętym Dominikiem” – potrafił zaliczyć w poczet świętych w sposób nazywany przez Niemców “Blitzschnell“), protestanci nie zawsze uważali ją za “pierwszą protestantkę”, a ludzie Oświecenia niejednokrotnie kpili z jej prostej wiary i mistycyzmu, np. Voltaire nie zostawiał na niej przysłowiowej “suchej nitki”.

Jeśli Joanna d’Arc miałaby zostać uznana za protestantkę, to nie w sensie posiadania pogladów odpowiadajacych doktrynie jakiejkolwiek konkretnej denominacji. Chodziło tu o to, że postawiła własne doświadczenie religijne wyżej niz autorytet Kościoła, łącznie z papieskim. Uważna lektura protokołów zarowno procesu skazujacego jak i późniejszego o 25 lat procesu rehabilitacyjnego pokazuje niedwuznacznie, że chociaż nie ma najmniejszych watpliwości co do jej ewidentnie katolickich wierzeń, nie mieściła się ona całkowicie w ramach ustalonego modelu prawowierności.  Skazano ją w końcu nie na podstawie zeznań jakichkolwiek świadków, lecz na podstawie tego co i jak sam mówiła.

Jesli świadectwem “protestantyzmu” Joanny miała być jej ‘niezależność’ od autorytetu Kościoła Katolickiego, to równie dobrze możnaby ją np. zaliczyć do katarów lub gnostyków. Tymczasem nie w tym rzecz. Zasmucające jest natomiast, że ze strony katolickich apologetów stwierdzenia o “protestantyzmie” tej świętej doczekało się (zbyt często) równie ‘rzetelnych’ komentarzy o jej całkowitej ‘prawowierności’ i bezwarunkowym podporządkowaniu się autorytetowi Kościoła. Przykładem niechaj będzie bardzo emocjonalny artykuł Virginii Frohlick p.t. “Saint Joan of Arc – The First Protestant?” (http://www.stjoan-center.com/topics/Wycliff.html ). Pomińmy tu już ewidentny błąd autorki, spłycający protestantyzm niemal wyłącznie do kwestii buntu wobec hierarchii katolickiej. Autorka stwierdza np., ze Joanna “w pełni zdawała sobie sprawę, że duchowni zebrani w celu sądzenia jej nie reprezentowali Kościoła Rzymsko-Katolickiego, lecz de facto służyli interesom króla Anglii. Wiedziała, że nie będzie mieć uczciwego procesu z ich strony, toteż odmówiła podporządkowania się ich autorytetowi”.

W powyższym prawdą jest jedynie, że oskarżona wiedziała, że sędziowie służą Anglikom i że niczego dobrego nie może się po nich spodziewać. Co do reprezentatywności owych sędziów jako przedstawicieli Kościoła, sprawa jest już mniej jasna. To bowiem, że duchowni służyli krolowi Anglii, nie czynilo ich niegodnymi reprezentowania Kościoła. Tacy duchowni jak arcybiskup Regnault de Chartres, który koronował Karola VII (tak nawiasem: ten arcybiskup również zwrócił się przeciwko niej) (3) czy też duchowni, którzy “badali” Joannę w Poitiers służyli interesom krola Francji i z tego powodu nikt nie podważa ich świadectwa jako niereprezentatywnego dla Kościoła, choć było ono sprzeczne z orzeczeniami duchownych francuskich z “obozu” angielskiego.

“Re ligare” to tyle, co “ponownie połączyć”, w tym wypadku ludzi ze światem ducha (stąd: “religia”). Jakby nie interpretować Joanny d’Arc, jedno jest pewne: że w jej wypadku owo “ponowne połączenie” istotnie nastąpiło. Joanna wierzyła – w SIEBIE, poza tym, że wierzyła jeszcze w coś innego; lub też jaśniej: uwierzyła w siebie za pomocą wierzenia w coś innego. Czy to świadomie, czy podświadomie, czy też zupełnie przypadkowo, była w stanie wykorzystać swoj potencjał intelektualny i zainspirować jeszcze wielu innych ludzi. Nie wiemy dokładnie jak takie wewnętrzne inspiracje nastepują w człowieku, są to dla nas tajemnice (“sacramenta”; “mysteria”). Można przystępować do tego, co oficjalnie nazywamy sakramentami nie wiadomo ile razy, ale najważniejszy jest ich rezultat. Jesli jest on pozytywny, to znaczy jeżeli istotnie “rodzimy się ponownie”, to w ten sposób na nowo ustanawiamy sakrament. Ustanawiamy go nawet wtedy, jeśli do żadnego formalnego sakramentu nie przystępujemy.

Sama Joanna, która przyjmowała Komunie Święta wyjątkowo regularnie, uwierzyła w siebie przeciez nie dlatego, że do tego sakramentu przystępowała. To jej własne doświadczenie (jakiegokolwiek rodzaju by ono nie było, a niektórzy autorzy mają interesujące poglądy na jego temat) spowodowało owo “narodzenie się” tej Joanny d’Arc, którą zna, którą interpretuje i o którą spiera się historia (w samej tylko Francji przed rokiem jej kanonizacji ukazało się co najmniej 12 tysięcy publikacji na jej temat). A ponieważ zapisała się w tej historii na trwałe, a egzekucja jeszcze jej w tym dopomogła, tak więc w tym sensie ona również “zwyciężyła śmierć”.

Post Scriptum

Pierre Cauchon, biskup Beauvais, były rektor Uniwersytetu Paryskiego, przewodniczący trybunału w Rouen. W czasie, gdy trwał proces, liczył sobie około 60 lat. Miał nadzieję zostać arcybiskupem Rouen i uzyskał nawet poparcie angielskiego regenta, księcia Bedforda, jednakze kler w Rouen był temu przeciwny, skutkiem czego Cauchon zadowolić się musiał biskupstwem Lisieux. Był jednakże postacią szanowaną przez Anglikow, w których imieniu podejmowal rozmaite specjalne misje. Był tez Wielkim Strażnikiem Pieczęci pod nieobecność kanclerza. Zmarł nagle na atak serca 18 grudnia 1442 roku podczas golenia, w wieku 71 lat.
Gdy w latach rehabilitacji Joanny przybrała na sile fala nienawiści wobec jego osoby, jego zwłoki zostały wywleczone z sarkofagu przez rozwścieczony tłum, porzucone w rynsztoku i profanowane załatwianiem na nie potrzeb naturalnnych… Nie kończyły się żarty na temat nazwiska “Cauchon”, które wymawia się podobnie do słowa “cochon” oznaczającego we francuskim tyle, co “świnia”.

Regnault de Chartres, arcybiskup Reims, prymas Francji (1380 – 1444), zrobił szybką karierę zarówno w kościele jak i w dyplomacji. Został arcybiskupem Reims w wieku 34 lat (1414), dziesięć lat później Karol VII mianował go kanclerzem Francji. Był głównym architektem dyplomacji Karola VII, dla którego usiłował podminować (początkowo nieskutecznie) sojusz angielsko-burgundzki. Zawsze preferował dyplomacje wobec działan zbrojnych. Początkowo poparł Joanne d’Arc i brał udział w jej eklezjalnym egzaminowaniu w Poitiers. Później jednak zwrócił się przeciwko niej, widząc w niej zagrożenie dla swych wysiłków dyplomatycznych pojednania Karola z księciem Burgundii Filipem Dobrym i to mimo faktu, że jego polityka zbliżenia z Burgundią zaczęła przynosić owoce dopiero po wzmocnieniu Karola jego zwycięstwami inspirowanymi przez Joannę.  Jest najbardziej podejrzanym o celowe zagubienie lub zniszczenie zapisu badania Joanny w Poitiers, zapisu, do którego później Joanna często odwoływała się podczas swego procesu w Rouen. Dla polepszenia stosunkow z Burgundią sabotował wysiłki wojenne Joanny d’Arc, a nawet próbował przekonać władze miasta Compiegne do podporządkowania się księciu Burgundii, usiłując doprowadzić do “wynajęcia” tego miasta Filipowi Dobremu, na co jednak samo Compiegne nigdy nie wyraziło zgody. Po pojmaniu Joanny przez Burgundczyków pod murami Compiegne (23 maja 1430) nie uczynił absolutnie niczego, by niewygodną sobie Joanne uwolnić z rąk burgundzkich, a potem angielskich, nie próbował nawet – choć mógł, jako prymas – kompletnie zdezawuować podległego sobie biskupa Beauvais jako sędziego w procesie inkwizycyjnym. Jego największym sukcesem dyplomatycznym byl układ w Arras między Karolem a księciem Burgundii (1435), kończący erę sojuszu anglo-burgundzkiego.

Karol VII de Valois, król Francji (1403 – 1461) koronowany w Reims 17 lipca 1429, z udziałem Joanny d’Arc). Jeden z najbardziej zaskakujących monarchów francuskich. Wątłego zdrowia i słaby fizycznie (4) , trapiony był trwogą o własne zdrowie i życie (był 11 dzieckiem swych rodziców, kilkoro sposród nich zmarło bardzo wczesnie), cierpiał na fobie związane z konstrukcjami drewnianymi odkąd drewniana podłoga kiedys się pod nim zapadła. Obawiał się osób sobie nieznanych, współczesni jemu notują, że gdy spożywac miał posiłek w towarzystwie obcej osoby, potrafił bez przerwy się w nią wpatrywac, zapominając o jedzeniu. Nie był nawet pewien tego, czy był synem swego ojca. A jednak ten król, z wrodzoną sobie inteligencją potrafił reformować stopniowo swoje panstwo. Przeprowadził m.in. reformę wojskową poczynając od 1439 roku, zapoczątkowując w ten sposób istnienie we Francji stałej armii. W 1454 roku ponownie ustanowił trzy izby parlamentu. Wcześniej, w 1438 roku uregulował stosunki między kosciołem francuskim a papiestwem, redukując wpływ tego ostatniego m.in. poprzez zagwarantowanie sobie, a nie papieżowi, prawa mianowania biskupów oraz przełożonych zakonnych. Ostatecznie zjednoczył Francję pod swoimi rzadąmi w roku 1453, po zwycięstwie pod Castillon. A i wtedy poza jego władzą bylo m.in. Bordeaux, ktore preferowalo rządy angielskie, gdyż z Anglią związane było przez trzy stulecia. Zdobyte zostało dopiero po długim oblężeniu i pozostało ponure przez całą następną generację.

Henryk VI of Lancaster, król Anglii (1421 – 1471) jedyny syn legendarnego Henryka V, znakomitego stratega i wojskowego, który rozgromił siły francuskie, znacznie większe od własnych w bitwie pod Agincourt (Azincourt) w październiku 1415 roku; w czasie, gdy miał miejsce proces Joanny, Henryk VI liczył sobie zaledwie 9 lat i był obecny w Rouen, a nawet zamieszkiwał w zamku, w którym była więziona. W jego imieniu władzę sprawował wtedy jego wuj, regent Bedford. Oficjalnie koronowany na krola Francji 16 grudnia 1431, nigdy nie powtórzyl sukcesów swego sławnego ojca. W roku 1435 utracił Burgundię jako sojusznika, a w nastepnych latach resztę Francji.  W 1453 roku poważnie zachorował: nie potrafił chodzić ani nawet stać, cierpiał także na utratę pamięci. W Anglii czynnie wystapił przeciw niemu Ryszard, książę Yorku, gromiąc siły krolewskie w bitwie pod St. Albans 22 maja 1455 roku. Ostatecznie Henryk został obalony przez syna Ryszarda, Edwarda, który proklamował siebie królem Edwardem IV. Henryk ukrywał się przez pewien czas na północy Anglii, pózniej został schwytany i osadzony w Tower. 21 maja 1471 roku został zamordowany, najprawdopodobniej przez Ryszarda, księcia Gloucester, przyszłego króla Ryszarda III.

Pierre i Jean d’Arc, bracia Joanny Obydwaj podążyli za swą siostrą, by służyc orężnie królowi. Pierre został nawet pojmany do niewoli wraz z nią, później jednak odzyskał wolność, którą musiał sobie wykupić, niemal doszczętnie się przy tym rujnując. Obydwaj zostali podniesieni do stanu szlacheckiego przez króla w grudniu 1429 roku i od tej pory posługiwali się herbem nadanym rodzinie oraz nazwiskiem “du Lys”. Jean później brał udział w przygotowywaniu procesu rehabilitacyjnego jego siostry, m.in. sformował komisję mającą na celu zebranie ewidencji dotyczącej Joanny z ich rodzinnych stron oraz przygotowanie świadków. Obydwaj bracia zostali szczodrze obdarzeni, nie tylko przez króla zresztą. Wiadomo np. że Jean wręcz domagał się subsydiów od króla i od miasta Orleanu. Obydwaj bracia – co zaskakujące – “rozpoznali” ‘cudownie ocalałą’ Joannę w pewnej oszustce znanej jako “Madame des Armoises”, imieniem Claude.

Przypisy

1.  Później nawet William Caxton, autor, tłumacz i pierwszy drukarz angielski (14211491) nie negował faktu dziewictwa Joanny d’Arc, owej “dziewicy, co jeździła konno jak mężczyzna i była dzielnym kapitanem” (“this mayde who rode lyke a man and was a vaulyant captayn”). Co najwyżej utrzymywał, że twierdziła ona, że jest w ciąży, lecz później się okazało, ze jednak nie i została spalona w Rouen (“and then she sayd that she was with chylde, wher by she was respited a whyle; but in conclusyon it was founde that she was not with chylde, and then she was brent in Roen”) – cyt. Przez Victorie Sackville-West.

2.  Podporządkowala się wtedy rowniez Kosciołowi we wszystkim, czego od niej zaządano. Działała ewidentnie powodowana strachem, jako że grożono jej egzekucja (“…’Uczyń to teraz, albo spłoniesz jeszcze dzisiaj’. Joanna wtedy powiedziała, że raczej podpisze niż się da spalić”).  “Niechaj zapis wszystkiego, co powiedziałam i uczyniłam, zostanie przesłany do Rzymu, do Papieża. Podporządkowuję się jemu i w pierwszym rzędzie Bogu.” I jeszcze raz: “Odwołuję się do Boga i naszego Ojca Świętego, Papieża”. Nie ma jedynie pewności co do tego, czy dokument, który podpisała, jest tym, który dołączony został do oficjalnych dokumentów procesu. To jedyna kontrowersja w owej sprawie.

Jednak już parę dni pózniej, 28 maja, znaleziono ją w jej celi ubraną jak poprzednio – po męsku. Odwołała też swe wyrzeczenie z 24 maja, mówiąc, że jej ‘głosy’ miały jej za złe “…tę zdradę, na którą się zgodziłam, aby się wyprzeć i wyrzec dla ratowania życia! Potępiłam siebie, by ratować życie! ” (…) “Gdy byłam na szafocie w czwartek, moje Głosy mówiły mi, gdy kaznodzieja przemawiał: ‘Odpowiadaj mu śmiało, temu kaznodziei!’ I zaprawdę to fałszywy kaznodzieja” (…) “…moje Głosy mówiły mi od czwartku: ‘Wyrządziłaś wielkie zło deklarując, że to, co uczyniłaś, bylo niesłuszne’. Wszystko co powiedziałam i odwołałam, powiedziałam ze strachu przed ogniem”. Tym razem notariusz na marginesie zanotował: “responsio mortifera”

3. Po tym, gdy dotarła do niego wiadomość o uwięzieniu Joanny, skwitował to zimno w swoim liście do mieszkańców Reims: “nie chciała sluchać rady, lecz czynić wszystko według własnego życzenia” (…) “Stała się pełna pychy z powodu bogatych strójow, które zaczęła nosić. Nie czyniła tego, co nakazał Bóg, lecz własną wolę”. Znalazł im nowego ‘codotwórce’, pewnego młodego pasterza, który “mówił nie mniej i nie więcej niż Dziewica Joanna; i który ma nakaz od Boga towarzyszyć wojskom króla”.  Jak widać, wiara w inspirację boską Joanny była u tego arcybiskupa dość ograniczona. A ów pasterz, imieniem Guillaume, dostał się w ręce wroga (lorda Warwicka) już w pierwszej bitwie (między Beauvais i Savignies w Szampanii), wojsko francuskie poszło w rozsypkę. Nieszczęsny Guillaume pół roku później został przez Anglików zaszyty żywcem w worku skórzanym i wrzucony do Sekwany.

4.  “wątłego zdrowia i słaby fizycznie” – do tego stopnia, że nawet na jego temat żartowano. Półtora wieku po wydarzeniach tu omawianych, William Shakespeare umieścił w częsci pierwszej swego dramatu “Henryk VI” scenę, w której Karol VII i Joanna d’Arc postanowili zmierzyć się ze sobą w walce, przy czym Karol przegrał.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Continue Reading »
0 Comments

Hitler: przemówienie z Platterhof 26.05.1944

Feb 28th, 2010 by monio
Hitler: przemówienie z Platterhof 26.05.1944

Poniżej zamieszczony jest pełny tekst przemówienia Hitlera do oficerów i generałów, wygłoszonego w Platterhof 26 maja 1944 roku. Jest to najprawdopodobniej pierwsza opublikowana polska pełna wersja tego tekstu.
W roku 1944 koleje II Wojny Światowej były odwrócone: Niemcy znajdowały się w defensywie i Adolf Hitler niewątpliwie uważał za rzecz stosowną udzielenie najwyższym dowódcom wojskowym III Rzeszy odpowiedzi z uzasadnieniem i obroną swojej dotychczasowej polityki. Przemówienie z 26 maja stanowi zatem rodzaj rekapitulacji całej dotychczasowej drogi życiowej Hitlera oraz głównych wytycznych NSDAP. Stanowi ono skrót najważniejszych elementów oraz celów, jakie postawił przed stworzonym przez siebie ruchem politycznym.
W przemówieniu tym odnajdziemy zatem wizję celów III Rzeszy i NSDAP. To jakby „krótka historia nazizmu” opowiedziana słowami samego Hitlera i z jego własnego punktu widzenia. Jeżeli ktoś jest zainteresowany historią narodowego socjalizmu niemieckiego (bo istniał też narodowy socjalizm czeski i inny – niekoniecznie mający wiele wspólnego z nazizmem niemieckim), to nie musi od razu sięgać po „Mein Kampf” liczącą sobie w oryginale 781 stron tekstu – wystarczy sięgnąć tutaj, do tego przemówienia. Nie stanowi ono, rzecz jasna „historii II Wojny”, zwłaszcza że Hitlerowi nie o to tu chodziło.
Ponieważ tekst przemówienia jest jednak dość długi, został on tutaj podzielony na segmenty ze śródtytułami dodanymi przeze mnie. Lista śródtytułów została umieszczona od razu na początku, by dopomóc Czytelnikowi w posługiwaniu się tekstem. Angielska wersja tekstu przemówienia, w tłumaczeniu Veroniki Clark i Wilfa Heinka, wraz z szeregiem innych dodatkowych dokumentów, jest osiągalna do nabycia w amazon.com .
W związku z panującym tu i ówdzie przewrażliwieniem, wyjaśniam z góry, że poniższy tekst znajduje się tu jako materiał historyczny dla osób zainteresowanych historią, tak jak ja sam. A oświadczam to dlatego, że ostatnio w Stuttgarcie toczyło się – i to całkiem poważnie – śledztwo w sprawie ulepienia tego oto bałwanka

 

Wstęp
Korpus oficerski w czasach chaosu
Korpus oficerski państwa zintegrowanego
Wkroczenie Hitlera na drogę polityczną
Początek drogi
Światopogląd a natura
Natura niszczy jednostki niezdolne do życia
Twarde prawa natury w programie politycznym
Naród i rasa
Upośledzenie talentu politycznego w społeczeństwie kapitalistycznym – selekcja ekonomiczna
Dobór kadry według zdolności – zapobieganie kontrrewolucji
Edukacja narodowa – kształtowanie przywództwa
Społeczeństwo bezklasowe
Łączenie dwóch idealizmów
Przezwyciężanie państwa klasowego. Usunięcie Żydów
Rozrachunek z przeszłością – tradycja a współczesność
Cel istnienia Trzeciej Rzeszy
Cel istnienia NSDAP
Rewolucja nie dobiegła jeszcze końca
Transformacja światopoglądu. Jednolita edukacja polityczna

 Przemówienie Adolfa Hitlera do oficerów i generałów w Platterhof, 26 maja 1944

 

Wstęp
 

 Panowie, nawet jeżeli pewien jestem, że było to dyskutowane już wcześniej, tym niemniej pragnąłbym wskazać na powód drogi, którą obrałem.

   W narodzie niemieckim nastąpił ogromny przełom. Zapewne nie był on zauważalny dla Niemców, gdyż to oni przeszli przez to wewnętrzne doświadczenie; został on jednak zauważony przez cudzoziemców, którzy byli w stanie dostrzec rezultaty tego przełomu.

   Ponieważ przełom ten nie nastąpił z prędkością błysakwicy jak w roku 1918, lecz raczej pojawiał się powoli niczym w ewolucji (tekst nieczytelny), przewrót ten  pozostał w dużym stopniu niedostrzeżony (przez ludzi), którzy, z powodu swego zawodu czy pracy, stawali się go świadomi dopiero stopniowo.

Korpus oficerski w czasach chaosu
   Korpus oficerski jest jak najbardziej częścią tej grupy. Ten korpus oficerski, który wyłonił się pomiędzy monarchią a Trzecią Rzeszą, nie był w stanie troszczyć się tym przełomem. Od korpusu oficerskiego wymagano, by pozostał apolityczny. Ten termin „apolityczny” zawiera w sobie atrakcyjną jakość; (to jest) tak długo jak długo kraj w istocie znajdował się w stanie politycznego chaosu. Kiedy 19 partii rywalizuje ze sobą i nie jest jasne która z nich posiada większość w państwie – czyli gdy legislatura rządzi na zasadzie od przypadku do przypadku – to jest zrozumiałe, że takiemu bałaganowi politycznemu nie wolno mieć wpływu na korpus oficerski ani na siły zbrojne. Siły zbrojne nie mogą popierać takiej czy innej partii, gdyż rezultatem byłoby wewnętrzne zamieszanie: jedni faworyzowaliby partię A, inni B, C, D – niekiedy mieliśmy aż do 46 partii.

   Stąd też jest dla mnie jasne, że w owym czasie siły zbrojne nie miały innego wyboru niż pozostawanie politycznie neutralnymi. Tym, co zamierzam powiedzieć, jest, że siły zbrojne były, nawet w owym czasie – gdy przywództwo polityczne było już w stanie zamętu – głęboko monarchistyczne; państwo niemieckie było wciaż monarchią. Byłoby wówczas niemożliwością nawet wyobrazić sobie oficera, który nie byłby monarchistą; zostałby on zdymisjonowany, ponieważ, mimo wszystko, miał możliwość walczyć jedynie za to, co uchodziło wówczas za rzeczywistość polityczną. Rzesza Niemiecka była monarchią, która stanowiła rzeczywistość polityczną.

   Później, aby położyć kres temu dysonansowi, Konstytucja przewidywała, że przysięga sił zbrojnych miała być składana na Konstytucję. Jednak Konstytucja to jedynie kompilacja regulacji. Nie była ona rezultatem zwycięstwa, czyli reprezentantem programu jakiejś jednej partii; zamiast tego Konstytucja weimarska napisana została, by zagwarantować egzystencję państwa o wielu partiach.

   Dlatego też było możliwe dla oficera złożenie przysięgi na tę tak zwaną Konstytucję jako – teoretycznie – jednostce apolitycznej. Jednak nawet wtedy nie odzwierciedlało to rzeczywistości! Byłoby niemożliwością związanie kogokolwiek przysięgą w takich warunkach. W czasie, gdy byłego żołnierza zastępował inny członek społeczności poprzez zaciąg, było rzeczą całkowicie naturalną, że przynosił on ze sobą do koszar codzienne wpływy polityczne, którym był poddany. Ponieważ nie można się spodziewać, że że dana osoba nagle pozbędzie się tego wszystkiego z chwilą, gdy zostanie częścią sił zbrojnych – człowiek, który od dziesiątego lub dwunastego roku życia wyrasta świadom pewnej politycznej atmosfery i który od piętnastego czy szesnastego roku szkolił się zawodowo, a gdy ukończył osiemnaście lat, stawał się członkiem związków lub politycznie aktywnym; że porzuci wszystkie swoje poglądy polityczne, gdy zostanie żołnierzem. To zapewne było możliwe w państwie zmilitaryzowanym (Milizstaat) z bardzo krótkim okresem służby. Było jednak pomyłką sądzenie, że człowiek mógł się wyprzeć wszyskich swoich przekonań politycznych bodaj na rok. Okazało sę to niemożliwe. Nieuchronnie prowadziło to do konfliktów między oficerem, który złożył przysięgę na Konstytucję – i który de facto utożsamiał tę Konstytucję z państwem, któremu służył – a jego ludźmi, posiadającymi swoje własne wyraźne poglądy polityczne. Musiało to prowadzić do rozbieżności pomiędzy zdolnością oficera do wpływania na żołnierzy a wolą żołnierzy pod jego rozkazami do podlegania jego wpływowi.

   Zaciąg ujawnił ten problem tak wyraźnie, jak stało się to w roku 1914. Wtedy, chociaż państwo było oficjalnie monarchią, praktyczne aspekty reprezentacji państwa znajdowały się już w rękach rozmaitych partii. Faktem jest, że oficerowie byli niejako z konieczności wciągnięci do tych rozmaitych kół politycznych już przed wybuchem wojny w 1914 roku. Mamy tego drastyczne i tragiczne przykłady z tamtego czasu. Oficerowie wpadali w kryzys, którego nie byli w stanie przezwyciężyć.
   Oficer nie mógł sam radzić sobie z tego rodzaju problemem – to jest rzeczą jasną: stawał się sam ofiarą, gdy próbował go rozwiązać. Dlaczego jest to takie istotne? No cóż, jeśli państwo życzy sobie reprezentować się jako pewną strukturę, której oficer jest zobowiązany składać przysięgę – na przykład jako monarchię albo republikę – jednak ta struktura już jest zdezintegrowana, to oficer wepchnięty zostaje w tragiczną dla siebie sytuację; taką, w której pozostaje związany z bytem, który sam w sobie nie jest już zjednoczony. Oficer jest więc zmuszany do tworzenia tej brakującej i koniecznej jedności, co jest dla niego niemożliwością ze względu na inne jego obowiązki.

   Oficer w rezultacie staje się coraz mniej aktywny politycznie; skoncentruje się na swych tak zwanych „zadaniach konstytucyjnych”. Innymi słowy: będzie miał coraz mniejszy wpływ na ludzi pozostających pod jego rozkazami. To może w normalnych warunkach w zupełności wystarczać. Jednak w okolicznościach, w których poddany jest on bardzo poważnym próbom, jego podręcznik szkoleniowy, na którym polegać będzie jako na ostatniej desce, nie będzie już wystarczał. Już sam ten aspekt okaże się szkodliwy dla jego nastawienia.

   Problem ten kształtował się nie inaczej w Republice Weimarskiej. W żadnym wypadku nie należy tego uważać za dowód, że ten problem musi istnieć; lecz raczej za potwierdzenie, że taki stan rzeczy, w jakim my Niemcy znaleźliśmy się, był i pozostanie zawsze nie do utrzymania. Jest on i pozostanie nie do utrzymania, ponieważ stan taki pozwala na to, by państwo, niezależnie od jego formy, było atakowane przez własnych obywateli; pozwala on na podminowanie państwa, ponieważ 3, 10, 20, 30 lub 40 partii rywalizuje ze sobą: nie po to, by rozwiązać codzienne problemy, lecz by sprzeczać się o problemy stwarzane przez takie konkretne państwo – w którym ktoś proklamuje „jestem republikaninem”; inny „jestem monarchistą”; jeszcze inny „jestem bolszewikiem”; albo „jestem komunistą”. A jeszcze inny (tekst nieczytelny): „jestem anarchistą”, i tak dalej. W ten sposób sam naród niszczy ten fundament, na którym wspiera się dane państwo, czyli jego bazę. Jest po prostu niemożliwym, by państwo istniało przez jakąkolwiek długość czasu, jeśli jest ono już wewnętrznie złamane i zdekomponowane. Odnosi się to zarówno do monarchii jak i republiki. I to jest powodem, dla którego niegdysiejsza nonarchia niemiecka nie była w stanie oprzeć się temu (rewolucyjnemu) procesowi, tak jak i Republika (Weimarska), która uległa rozkładowi z tych samych powodów.
   Oficer nie potrafi przezwyciężać tych problemów; oczywiście, ponieważ nie jest on w stanie zejść ze swego piedestału oficerskiego. Zawsze będzie odczuwał osobistą odpowiedzialność za określoną formę państwa. Jeśli jednak ta forma państwa nie jest już dłużej akceptowana przez ludzi pod jego nadzorem, to staje on twarzą w twarz z tłumem, który nie jest pewien tego, co powinno stanowić podstawę jego działalności jako oficera.

Korpus oficerski państwa zintegrowanego
Rzecz jasna, jeśli ten problem zostaje rozwiązany w rozsądny sposób, to stanowiłoby to, niech mi wolno będzie rzec, najbardziej błogosławione rozwiązanie dla danego oficera. Jeśli cele państwa i partii są całkowicie zgodne; jeśli państwo nie istnieje w formie będącej albo negowaną przez popolację tego państwa albo odrzuconą, to wtedy oficer znajduje się w sytuacji najlepszej do pomyślenia, gdyż może on ostatecznie określić swą pozycję. Gdy zatem przysięga lojalność takiemu państwu, to przysięga ją wszystkiemu temu, co stanowi to państwo: temu, co je dźwiga; co je uosabia; on sam identyfikuje się z nim duchwo, i dzięki temu jest gotów mu służyć.
   Coś takiego ma miejsce obecnie. Można się oczywiście spodziewać, że ruch o takich rozmiarach (t.j. narodowy socjalizm) nie będzie akceptowany lub uznany przez każdą osobę: istotnie, jest to tym bardziej prawdą, jeśli jest ona zobowiązana swoim zawodem do akceptacji pewnego poglądu. Jednak, panowie generałowie i oficerowie, ta kwestia została rozstrzygnięta; (co najmniej) została zdecydowana w kilku państwach narodowych. Została ona rozstrzygnięta przez ideę państwa faszystowskiego, choć jeszcze nie w decydującym stopniu. Wy wszyscy byliście w stanie doświadczyć konsekwencji wynikających z rewolucji: państwo faszystowskie z jednej strony, szeregi gorliwych komunistów z drugiej; i po trzecie rojalistyczny decor jako przykrywka dla tych, co znaleźli się pomiędzy walczącymi siłami, nie wiedząc dokładnie gdzie ich miejsce; i w końcu perspektywa dezintegracji państwa.

   W bolszewickiej Rosji zostało to zdecydowane; w tamtym państwie istnieje jasna sytuacja. Oficerowie są konsekwentni w swej proklamacji odnośnie państwa i jego ideologii, a ich stosunki ze społeczeństwem są widoczne.

   W Niemczech natomiast proces ten został zakłócony z powodu wojny; możecie być też pewni, że ta droga, którą obieramy obecnie, nigdy nie zostałaby obrana, gdyby nie wojna.
Zamiast niej byłaby konsekwentna i rozważna edukacja ofierów i żołnierzy przed włączeniem ich do sił zbrojnych. Odbywałoby się to w sposób stopniowy, który byłbym w stanie zaakceptować; by tak rzec, bez tłuczenia porcelany, stopniowo osiągając cel, lecz nie unikając definiowania go.

   Nie mamy innej alternatywy niż próbować i czynić wszystko, co można, by to nadrobić. Powodem obrania takiej drogi jest, moim zdaniem, sformułowanie i dyskutowanie zagadnień nie nadających się do propagandy dla ludzi, ponieważ, powiedzmy, odnosi się ona do problemów w rodzaju „dlatego” oraz „dlaczego”, nie będących troską ludzi. W propagandzie przeznaczonej dla ludzi mogę nakreślić drogę, którą obieram, bez konieczności wyjaśniania dlaczego jestem zmuszony ją obrać – nie wolno mi tego powiedzieć. Jest jednakże rzeczą kluczową, by całe kierownictwo, łącznie oczywiście z korpusem oficerskim, było świadome tych problemów. Gdy idzie o kierownictwo polityczne, było zawsze jednym z moich głównych celów, by rozumiało ono cele na tyle, aby obecnie w polityce cały ruch w Rzeszy reagował jednolicie. Jeśli jakieś wydarzenie polityczne ma miejsce w jakimkolwiek czasie, wytyczne z mojej strony nie powinny być już konieczne, aby spowodować jednolitą reakcję całości kierownictwa politycznego; ponieważ byłoby ono jednolicie edukowane i reagowałoby – tak jak dobry korpus oficerski reaguje w kwestiach wojskowo-technicznych – w politycznie jednolity sposób. To samo dotyczy Niemiec północnych, południowych, wschodnich czy zachodnich, tak samo jak Niemców za granicą.

   Jest to naszym zadaniem, by komunikować to korpusowi oficerskiemu i jego kierownictwu; odnieść się do rzeczy, których nie można poruszać publicznie; ilustrować jakie cele istnieją obecnie i jakie będą (w przyszłości). Nabiera to szczególnej wagi obecnie, w czasie, w którym stawiamy czoła ogromnym trudnościom – trudnościom, od których nie uciekam. Czasem niektórzy z moich oficerów zapewne nie rozumieją jak mogę akceptować te trudności i próby (o których mówię w tej chwili). Czynię tak, gdyż jestem przekonany, że w końcu naszej walki odniesiemy sukces.
   To przekonanie prowadziło mnie we wszystkich moich przedsięwzięciach (Reisen); nigdy mnie nie opuściło i zaraz pokrótce dokonam rewizyty tych przedsięwzięć, gdyż może to pomóc wyjaśnić dlaczego jestem twardszy niż inni i dlaczego moje przekonanie jest niewzruszone.
   Tak musi być! Gdyż, Panowie, gdybym nie miał tego przekonania, nie stałbym teraz tu przed wami i was by tu nie było i cały lud niemiecki nie byłby tym czym jest.

Wkroczenie Hitlera na drogę polityczną

   Jeśli spojrzeć na sytuację powierzchownie, to nic jej nie uzasadnia. Moja decyzja zostania politykiem w 1918 roku zmieniła całe moje życie. Zadawano pytanie, i powinienem się do niego otwarcie ustosunkować, Panowie, dlaczego jest obecnie głową Rzeszy Niemieckiej ktoś, kto w Wojnie Światowej dosłużył się jedynie stopnia kaprala. Wierzcie mi, Panowie, nigdy nie zamierzałem odgrywać roli w armii. Wszystko, czego pragnąłem w życiu (fragment nieczytelny, być może coś w rodzaju: „nakreślić na nowo i zbudować nowe państwo niemieckie”)… lecz jestem przekonany, że gdyby Niemcy odniosły zwycięstwo (w I Wojnie), stałbym się jednym z najlepiej znanych budowniczych w historii Niemiec.
   Studiowałem z determinacją, ponieważ dla mnie życie jest absolutną expresją, a nie czymś, co wymaga wyjaśnienia. Nie można patrzeć na życie jedynie jak na ciekawe wydarzenia, stąd też studiowałem rozmaite zagadnienia. Moja młodość była odmienna od pozostałych. Gdy inni spędzali czas tańcząc lub ciesząc się, ja studiowałem i studiowałem i musiałem również zarabiać na życie. Mogę szczerze stwierdzić, że miałem jeden tylko nietypowy dzień zanim zgłosiłem się ochotniczo do armii w wieku 25 lat, kiedy mogłem cieszyć się czasem wolnym, poza sobotnimi popołudniami. Nic tylko czytałem – na wszelkie możliwe tematy – nie tylko o architekturze, ale i o estetyce itd. Również o  naukach, gospodarce narodowej (tak jak ta dziedzina rozumiana była wówczas), o polityce – opisałem to w „Mein Kampf” – oraz, nie wiem dlaczego, o wszelkich aspektach wojskowości. Wszystko to było dodatkiem do moich przygotowań do zostania budowniczym, obejmujących wiele przedmiotów (fragment nieczytelny) i technik. Tak wiąc sporo czytałem, lecz nigdy nie miałem ambicji zostania kimkolwiek innym. Gdyby tamta wojna, Wielka Wojna, zakończyła się niemieckim zwycięstwem, odnotowalibyście moje nazwisko jedynie jako wielkiego budowniczego, ale nigdy jako polityka, a już z pewnością nie jako człowieka pragnącego pozycji państwowej. I tylko w tych straszliwych dniach, dniach katastrofy, decyzja przybrała kształt we mnie, i to zdecydowanie stawało się przemożnym w ciągu roku 1918. Moja determinacja bazowana była na przekonaniu, że Niemcy nie podźwigną się już więcej o ile nie nastąpi fundamentalna zmiana w kierownictwie narodu niemieckiego; w organizacji niemieckiego społeczeństwa; a przede wszystkim że należało podjąć wysiłek oczyszczenia naszego narodu; wysiłek utrzymania czystego społeczeństwa. Podjęcie tej decyzji nie przyszło mi łatwo! Byłem tak zafascynowany swym wybranym przedmiotem, studiami architektury, że podjęcie tej decyzji przyszło mi z wielkim trudem. Podczas wojny niektórzy nosili Biblie w plecakach, inni jeszcze coś innego; ale ja czytałem Schopenhauera. Byłem częściowo filozofem, a częściowo budowniczym i to były zagadnienia, którymi się zajmowałem.
   Lecz nagle musiałem uczynić krok ku innemu życiu, życiu znanemu mi; to znaczy życiu które ja znałem, jak niewielu mogło je znać, odkąd miałem ten przywilej, jak mogą to dziś powiedzieć, życia w różnorodności układów społecznych. Wychowałem się w rodzinie mieszczańskiej, bardzo przyzwoitej rodzinie: mój ojciec był pracownikiem administracji państwowej. Z powodu śmierci ojca, obojga rodziców, byłem zmuszony sam zarabiać na życie. Zostałem robotnikiem i doświadczyłem wiele. Ale ja również studiowałem, bo miałem jeden cel, a było nim stanie się znanym niemieckim budowniczym, by kontynuować dzieło Schinkela i Sempera. To był mój cel. I osiągnąłbym ten cel, bez wątpienia, pod warunkiem, że miałbym szansę go osiągnąć.

   Wszystko to, całą tę drogę, zawsze miałem przed oczyma. Na drodze ku mojemu celowi doświadczyłem wszystkiego, zapewne bardziej nawet niż jakikolwiek inny Niemiec. Byłem dobrze wyedukowany, stałem jednak na uboczu z proletariuszami. Pracowałem jako robotnik budowlany i poznałem ich! Zaznajomiłem się z problemami społecznymi jak mało kto; nie tymi problemami społecznymi, jak widzianymi z perspektywy Partii, lecz podstawowymi, rzeczywistymi problemami społecznymi. Obserwowałem przeciętnych ludzi z perspektywy ich wychowania: sposób ich bycia, życia, biedy i niepewności. Jednak zostałem też oświecony co do ich wartości: ich determinacji i ich potencjału do zenergizowania. Wszystko to zaobserwowałem: po raz drugi jako żołnierz.
   Gdy wojna zakończyła się w tak tragiczny sposób, musiałem pożegnać się z moją wielką pasją i zdecydowałem zamiast tego, że zajmę się reorganizacją nowychNiemiec; stworzeniem nowej substancji narodu. Gdy mówię „substancja narodu”, to różni się ona od tego, jak ją rozumieją politycy burżuazyjni. Tam, gdzie ja widziałem naród oraz substancję wewnątrz niego, polityk burżuazyjny widział jedynie państwo. Wówczas postrzegałem państwo jako pewną formalność, nawet jako coś represywnego. Zdałem sobie wówczas sprawę, że to, co generalnie uważamy za „państwo” jest właściwie ujarzmianiem instynktu samozachowawczego jednostek ludzkich; stąd też jest niemożliwością uczynienie czegokolwiek z „państwem” samym w sobie – a już tym bardziej próby zreorganizowania go. Zamiast tego musimy zrozumieć, że substancja narodu jest tą rzeczą, która jest fundamentalna (dla państwa) i że to ta substancja narodu musi zostać zreorganizowana.

Początek drogi

   To jest ten problem, z którym się zmagałem i wyjaśnia to dlaczego rozpocząłem tę walkę; lecz teraz, Panowie, zapewne zapytacie jakie były moje szanse na sukces? I tutaj mogę stwierdzić jednoznacznie: tego dnia, kiedy po raz pierwszy stałem przed frontem swych zwolenników – tego dnia, gdy zakończyłem deliberacje, zdefiniowałem koncept (narodowego socjalizmu) i przedstawiłem im moje myśli – tego właśnie dnia byłem przekonany, że stanę się w przyszłości liderem narodu niemieckiego; nigdy nawet przez sekundę nie wątpiłem, że pewnego dnia zostanę przywódcą cełego narodu niemieckiego.
   Nikt, kto się do mnie zbliżył w latach 1920, 1921 i 1922 nie słyszał ode mnie czegokolwiek innego niż to: nadejdzie czas i godzina, gdy ta flaga, którą tutaj podnoszę, stanie się flagą państwa niemieckiego, a podstawowe zasady, które przedłożyłem staną się fundamentalnymi zasadami państwa niemieckiego! Takie były w owym czasie prognozy człowieka, który nie posiadał niczego innego niż jego własne wewnętrzne przekonanie – niczego innego. Moje nazwisko nie było znane, ani też nie miałem żadnego kapitału. Nie miałem prasy, protekcji, niczego; wszystim, co miałem, byli przeciwnicy, którzy uważali mnie albo za chorego umysłowo, głupca lub przestępcę. Komuniści i lewicowi radykałowie nazywali mnie kryminalistą; burżuazja nazywała mnie szaleńcem; i był to sposób, w jaki mnie traktowano osobiście.
   Na przekór temu, byłem przekonany, że w końcu to ja odniosę zwycięstwo. Wielu zwolenników dołączyło do mnie wtedy, niektórzy z nich siedzą tu dzisiaj wśród was, a pewnego dnia przybył Marszałek Rzeszy; jednak w ostatecznym rozrachunku byłem przekonany, że nasz początek prawdopodobnie przyniesie sukces, gdyż po prostu musiał.

   Jeśli o tym mówię, Panowie, to aby uczynić wobec was rzeczą jasną, że człowiek taki jak ja, wybierający drogę, do której ma pełne zaufanie, nigdy nie może zostać odstręczony przez niepowodzenia, jakich obecnie doświadczamy. Te niepowodzenia nigdy mnie nie zniechęcą. Jedyne trudności, jakie mam, to trudności wewnętrzne. Przeciwnicy nigdy nie mogą mnie zedrzeć, nigdy! Przez całe życie musiałem bezustannie płynąć pod prąd i często byłem spychany, nieraz bardzo szybko. Ale mimo wszystko w końcu odniosłem sukces. Dlaczego? Ze względu na moje przekonanie, że z czasem słuszna – czyli zasadniczo słuszna zasada broniona fanatycznie i z witalnością musi odnieść sukces. I muszę w tym miejscu podkreślić, że cenię sobie determinację, to jest: prawdziwą determinację, o wiele bardziej niż tę tak zwaną „inteligencję” czy „geniusz”; determinację, by dążyć do czegoś, co zostało uznane za słuszne, i nigdy nie skapitulować, choćby nie wiadomo co.  Gdy podjąłem mą decyzję w roku 1918 i zacząłem rozglądać się za tym jak zacząć, na nowo zacząłem czytać. Zacząłem czytać na nowo literaturę marksistowską, włączając „Kapitał” Karola Marksa, by przywieść na powrót do mej pamięci wszystkie złudzenia tam zawarte. Zacząłem również formować ideologię dla nowego ruchu.

Światopogląd a natura

   Słowo „światopogląd” (Weltanschauung) było promulgowane przez wielu; istniało już także i wtedy i panował nawet pogląd, że jego znaczenie  nie ulegnie zmianie. Lecz pozwólcie, bym krótko powiedział wam, co światopogląd oznacza. W mojej opinii definicja ta jest ważna, gdyż, jak wspomniałem, słowo to jest używane przez wielu i w końcu staje się pozbawione znaczenia. Swiatopogląd nie jest niczym więcej niż wglądem we wszystkie problemy naszego istnienia, tak jak się one prezentują obecnie, bazowany na zasadach naukowych. To znaczy: oceniam problemy życia jako będące tym, za co naukowcy je uważają. Czy będzie to słuszne na wieczność, jest w tej chwili nieistotne. Był taki okres, kiedy człowiek rozwinął się do tego stopnia, że zdał sobie sprawę, że światła na niebie się poruszają i był świadkiem tego, że przez cały ten czas on sam pozostawał w tym samym miejscu; że jego ziemia się nie poruszała; że ziemia, którą już Grecy uznali za okrągłą, pozostawała w bezruchu, a zatem musiała być centrum wszechświata.

   Ten system ptolemejski stanowił światopogląd. Był niesłuszny, jednak stanowił ogromny krok naprzód w stosunku do pustogłowych obserwacji na przykład jakiegoś plemienia murzyńskiego. A pewnego dnia, lub raczej w ciągu wieków, nowy, lepszy, naukowy system myślenia został rozwinięty, który zburzył ptolemejski system Arystotelesa i zastąpił go nową percepcją Kopernika. Otwarł się cały nowy świat.

    Ten świat nie jest centrum, jedynie planetą okrążającą Słońce. Jednak i ten punkt widzenia został od tamtego czasu zrewidowany; wiemy obecnie, że samo Słońce też nie pozostaje w bezruchu, lecz jest częścią systemu Drogi Mlecznej, który niczym gigantyczna mgła przesuwa się w pewnym kierunku – jak to zostało obecnie ustalone.

   Ergo, percepcja naukowa ulega zmianie. Stąd też należy mieć wzgląd na najnowsze odkrycia naukowe, adaptować je i spoglądać na życie z jego korzystniejszego punktu widzenia. Pozostawia to otwartą możliwość odkrycia czegoś, co już zostało odkryte w przeszłości, lecz zostało następnie utracone w ciągu następnych wieków, gdyż zaniedbano instynkt – ale również z powodu mieszania ras – i zostaje to coś na nowo odkryte i jego słuszność zostaje potwierdzona metodami naukowymi.

    Swiatopogląd jest zatem przeglądem wszystkiego tego, co się zdarzyło, bazowanym na ostatnim rozwoju naukowym. To zaś prowadzi do następującego wniosku: jeśli zaakceptowałem jakiś pogląd jako będący słusznym, to nie tylko jest moim obowiązkiem uświadomienie innych obywateli państwa, ale wyeliminowanie innych poglądów! Może to brzmieć nietolerancyjnie, ale, Panowie Oficerowie, całość życia jest kontynuacją nietolerancji. Uczy tego natura. Natura jest nietolerancyjna wobec wszystkiego tego, co jest niesłuszne; wobec tego wszystkiego, co jest słabe – głównie wobec słabości. Natura eliminuje wszystko to, co słabe, począwszy od prymitywnych form życia. Suka odepchnie słabego szczeniaka próbującego ssać. Dlaczego? Nie wiemy, ale pozwoli mu ona umrzeć. Wierzymy, że jest to okrutne, jednak w rzeczywistości jest to słuszne.

   Wiara w to, że poglądy polityczne muszą być tolerancyjne, jest szaleństwem. Tolerancja może jedynie być rozumiana jako oznaka niepewności. W momencie, gdy staję się pewien, że rowiązałem problem i rozwinąłem określony pogląd, staje się nie tylko moim prawem, ale i obowiązkiem wyeliminowanie wszystkich innych poglądów.

  Załóżmy, że znajduję się w sytuacji oficera. Gdy stwierdzam powyższe jako polityk, to stwierdzam coś, co musi naturalnie stać się podstawą dla wszelkich działań podjętych przez oficera; gdyż oficer może wykorzystać wszystko, za wyjątkiem tolerancyjnego punktu widzenia. To, co przez to rozumiem, to fakt, że gdy oficer staje wobec jakiegoś problemu, zadania czy konieczności; to nie tylko ma on prawo odnieść się do tej konieczności, ale i obowiązek eliminacji wszystkiego, co staje na drodze osiągnięcia jej. Każdy oficer zetknie się z tą kwestią na drodze swego kierownictwa.

Natura niszczy jednostki niezdolne do życia

   Niech mi wolno będzie podać wam przykład: już wyeliminowaliśmy jeden z waszych problemów, gdyż mamy wielu, którzy mówią, że „należą do takiej i takiej sekty, a ta sekta zabrania nam zabijać”. Zostaniemy żołnierzami, ale odmówimy zabijania. Był to problem, z którym oficer musiał się zmagać. Bazując na swojej wiedzy, zdawał sobie sprawę, że życie jest wieczną walką i że miał przygotować tych, co zostali mu powierzeni, do tej walki. Ale oto natyka się na kogoś, kto, bazując na zaszczytnej zasadzie, mówi mu: nie będę zabijał, będę robił co innego. Więc oficer musi to z nim dyskutować.

  W taki sposób zostało stworzone najbardziej tchórzliwe rozwiązanie. Wówczas mawiano, że człowiek odmawiający walki był bezużyteczny, toteż w ogóle go nie rekrutowaliśmy; nawet nie istniał. Innymi słowy: kapitulowaliśmy przed zagadnieniem, aby w ogóle uniknąć zaadresowania go.

   Dzisiaj państwo zatroszczyło się o to; państwo nie zna tego rodzaju względu. Istotnie, jest ono przekonane, że życie jest zmaganiem i walką; wieczną walką; jest to zasada, którą każdy oficer musi oczywiście zaakceptować jako swoją własną: gdyż nie mógł być oficerem nigdy bez akceptacji jej. Człowiek niechętny walce jest niezdolny do życia i musi zostać wyeliminowany. Tym niemniej, nawet jeśli trzymani są z dala ci, co z ideologicznych względów nie chcą się podporządkować, oficer wciąż jeszcze może znaleźć się w takiej sytuacji. To znaczy, może się zdarzyć, że tchórz zacznie zatruwać innych swoim tchórzostwem i oficer stanie twarzą w twarz z tą kwestią. Można sympatyzować; można nawet zrozumieć, że nie jadł już tak długo; że jest wyczerpany; że nie spał przez długi czas itd. Jednak bez względu na to, taki oficer musi znaleźć sposób na złamanie takiej jednostki, jeśli to konieczne, w interesie walczących sił, które mogą być kompanią lub batalionem, aby zapobiec upadkowi całego narodu. Jest to szczególnie ważne w waszej profesji jako oficerów, gdzie zrozumienie musi być zaangażowane nie tylko w wasz obowiązek szkolenia, lae także, jeśli to konieczne, w destrukcję tych, którzy opierają się szkoleniu. Natura jest nietolerancyjna. Natura jest najbardziej nietolerancyjna, jeśli użyć słowa „tolerancyjny” w jego ludzkim znaczeniu. Niszczy ona wszystko, co niezdolene do życia. Niszczy ona niechcących lub niezdolnych do obrony; i my ludzie jesteśmy jedynie drobinką kurzu w Naturze; człowiek to jedynie mała bakteria lub bakcyl na planecie takiej jak ta. Jeśli usiłuje on postępować wbrew tym prawom, to nie zmieni tych praw, lecz po prostu doprowadzi do końca swoją własną egzystencję.

Twarde prawa natury w pogramie politycznym

   Włączyłem te zasady do polityki niemieckiej, co nie jest niczym nowym, odkąd komunizm uczynił to już dawno temu. Lecz chrześcijaństwo również podporządkowało się tym zasadom. Muszę to podkreślić, Panowie: nie jest to zasadą nie-chrześcijańską, co ja reprezentuję. Chrześcijaństwo zniszczyło tych, którzy nie wierzyli w to , w co mieli; tyle tylko, że nie tak szybko i nie w tak prosty sposób – my używamy pocisków, gdy oni używali ognia; palili swoich wrogów. Było zatem to pryncypium już wówczas akceptowane.

   Zdałem sobie sprawę, że próbując budować nowe, silne państwo niemieckie, należy zapewnić te zasady nie tylko od wewnątrz, – nie wystarczy bowiem jedynie używać tych zasad, by edukować innych – trzeba być również zdecydowanym eliminować oponujących te poglądy lub niechętnych do zaakceptowania ich; jeśli chcieć, by stało się to częścią owego etosu.

   Zacząłem wcielać ten etos  eksperymentalnie wewnątrz naszego własnego ruchu. To dlatego nasz ruch był oceniany jako nietolerancyjny. Ale na skutek zastosowania tego przeze mnie nasz ruch, po niecałych 15 latach, okazał się zwycięskim; to jest, ponieważ podporządkował się prawom naturalnym, chociaż powstał w najbardziej niekorzystnych warunkach, jakie sobie można było wyobrazić. Na czele tego ruchu był przywódca (Fűhrer) – nieznany, biedny, bez prasy do swej dyspozycji; bez ludzi wielkich nazwisk, by go lansować; bez jakichkolwiek sympatii itd. Ale mimo wszystko ten ruch okazał się zwycięskim: to dowód, że to podstawowe przekonanie było słuszne oraz że wdrożenie tego przekonania było słuszne.

   Byłem przekonany, że po wielkiej katastrofie nie można było wyeliminować przyczyn tego podstawowego prawa Natury poprzez dodanie nowej partii do grona pozostałych albo przez nadanie jakiejś partii burżuazyjnej wizerunku walczącej; dlatego też powziąłem moją decyzję. Później bywałem często pytany: dlaczego nie wstąpiłeś do jednej z tych partii? Panowie, kiedy batalion jest sam w sobie totalną klęską, stał się totalnie bezużyteczny, to nie ma sensu usiłowanie odbudowy takiej grupy. Zamiast tego najlepiej ją rozwiązać i zbudować nową jednostkę. Byłem przekonany, że zasadniczo zwolennicy oraz przywództwo posiadać winny tę samą świadomość i tego samego ducha.

   Często spotykałem się z pytaniem: dlaczego nie wstąpiłeś do jednej z innych partii? Były one, tak jak i ty, również przeciwne marksizmowi i w nich mógłbyś wykorzystać swoje talenty! Tak, mógłbym użyć swych talentów, lecz żadne z ich kierownictw nie stanowiło idealnego pokrewieństwa ze mną. Trzeba było je dopiero zbudować. Potrzebowałem instrumentu reagującego na to, co zostanie mu nakazane; musiałby on być szczególnie zgrany ze stylem myślenia kierownictwa. Proszę mi wierzyć: nie można było spodziewać się czegokolwiek po tym starym „państwie partii”.

  W istocie, owa katastrofa nie była jedynie zapaścią militarną; była to zapaść całej struktury społecznej (Volkskőrper): zapaść wewnętrzna, która miała oczywiście również swój wpływ na front. Gdy armie ulegają zniszczeniu w następstwie skutków walki zbrojnej – to znaczy wskutek użycia ciężkiej broni przez nieprzyjaciela – jest wciąż możliwe naprawienie szkody poprzez silny front wewnętrzny. To jednak nie miało miejsca w naszym wypadku. Nie mogliśmy polegać na żadnej z partii w rozwiązaniu tego problemu, poprzez jedynie wprowadzenie do nich poprawek. De facto należało uformować całe nowe społeczeństwo, organizując naród od nowa, aby stawić czoła „walce aż do upadłego”.

   Należało też, równocześnie, odpowiedzieć na pytanie, czy załamanie z 1918 roku stanowiło koniec narodu niemieckiego – co było poglądem wielu – czy nie było ono, co z kolei było moim przekonaniem, początkiem nowego wcielenia (Volkskőrper)? Generalnie rzecz ujmując, czy załamanie nie następuje po to, by zlikwidować, w taki czy inny sposób, stan będący nie do utrzymania na dłuższą metę? Tutaj muszę wypowiedzieć się nieco na temat przyczyn tego stanu rzeczy, gdyż leżą one głębiej niż się to powszechnie wydaje, ale i dlatego, że są to problemy nie nadające się do dyskutowania przed masami.

Naród i rasa

   Posiadamy własny naród, którego nie można zdefiniować jako rasy i jest to obecnie oczywiste dla milionów. Jednakże, Panowie, gdy rozpocząłem swą edukację (polityczną) dwadzieścia pięć lat temu, nie było to tak oczywiste; wtedy zawsze mówiono mi w kołach pozbawionych praw obywatelskich: tak, naród i rasa to jedno i to samo! Nie – naród i rasa to nie jedno i to samo. Rasa to składnik krwi, nukleus krwi, a naród jest bardzo często złożony nie z jednej rasy, lecz z dwóch, trzech, czterech albo pięciu rozmitych zawiązków rasowych. Tak czy inaczej nie jest możliwe ani nawet wskazane demontowanie takiego zjednoczonego ciała narodu, choć w trakcie rozwoju zdarzeń politycznych takie rozwiązanie może się pojawić. (1)

   Gdy spojrzeć na naród niemiecki z czysto biologicznego punktu widzenia, to zobaczymy społeczność o wspólnym języku, zjednoczoną drogą okrężną poprzez wspólny twór państwowy, jest to jednak naród – i to jest chyba czynnik najistotniejszy – posiadający różnorodne pochodzenie rasowe: zawiązku rasy nordyckiej,  niektórych zawiązków śródziemnomorskich, nawet trzon rasy europejskiej, prehistorycznej rasy, której nie jesteśmy w stanie dokładnie zdefiniować, ale która istnieje i istniała już w czasach greckich; Heloci ze Sparty pochodzili od tej rasy. I ten trzon rasowy istnieje również i u nas.

   Widzimy w naszym narodzie istnienie różnorodnych zawiązków rasowych. Te zawiązki rasowe zawierają w sobie szczegóły odnoszące się do specjalnych zdolności tego narodu, odkąd te zdolności nie są pierwotnymi zdolnościami samego narodu niemieckiego, lecz raczej uzdolnieniami rasowymi. To, że naród niemiecki posiada w sobie szereg zawiązków rasowych, odzwierciedlone jest, w ostateczności, w bogactwie ich uzdolnień, gdyż wszystkie te zawiązki niosą w sobie pewne dyspozycje: czynnik nordycki jest bardziej przysposobiony do chłodnej pogody; jest uzdolniony matematycznie; jest wyjątkowy odnośnie czynnika organizacyjnego – czyli czynnika państwotwórczego na świecie aż do naszych czasów. Dodatkowo inne zawiązki rasowe zawierają w sobie dyspozycję bardzo artystyczną, z czysto optycznym talentem: zdolnością do obserwacji i opisu; a są też czynniki rasowe z bardzo silnym talentem muzycznym oraz czynniki rasowe o wyjątkowym talencie komercyjnym. Najsilniejszym z tych czynników posiadających talent komercyjny, lecz którym brakowało kreatywności, jest żydostwo; jedyną różnicą jest to, że gdyby żydostwo pozostało wśród nas przez dłuższy czas, to nie wyrosłoby jako czynnik rasowy wewnątrz narodu niemieckiego, lecz doprowadziłoby do kompletnego rozkładu narodu niemieckiego, krok po kroku.

   Posiadamy obecnie kombinację tych czynników rasowych wewnątrz naszego narodu. Jest jednak rzeczą kluczową, z powodu wielości uzdolnień w narodzie niemieckim, że zachęcę te rasowe czynniki, odpowiedzialne za te zdolności, do ukazania się; innymi słowy: muszę się postarać o to, że talenty poszczególnych czynników rasowych stopniowo ujawnią się w całym narodzie niemieckim.

   Cóż, Panowie, nie nastąpi to od prostego zapytania „kto ma talent?”. Raczej ów cud ujawnia się, gdy wezwanie otrzymuje odpowiedź. Inaczej mówiąc: jeśli uderzę pewien klawisz pianina, odpowiadająca mu struna odpowie zgodnie ze sposobem, w jaki pianino jest zaprojektowane – a gdy poszukuję pewnego talentu i mam swobodę wyboru, odezwą się ci ludzie, którzy zgodnie ze swoją naturą, z talentem tkwiącym w ich rasie, są najlepsi.

   Jest to kluczowe dla kierownictwa narodu, ponieważ, jak się zdaje, jedynie nordycki komponent rasowy posiada autentyczną wartość (odnośnie talentu organizacyjnego). W całym procesie selekcji będzie to zawsze obraz ukazujący się w ostatecznym rozrachunku. Nie należy jednak zakładać, że taki był to obraz od początku, gdyż natura pokazuje nam, że w skrzyżowaniu dwojga rodziców o rónorakich talentach i zdolnościach, talenty i zdolności nie zawsze przechodzą z ojca na syna i z matki na córkę, lecz przeciwnie: następoje skrzyżowanie, tak więc, jeśli nordycki mężczyzna żeni się, na przykład, ze wschodnią kobietą, to dziecko niekoniecznie będzie nordyckim mężczyzną, lecz kompletnie wschodnim. Na przykład w każdym skrzyżowaniu łatwo może się zdarzyć, że talent organizacyjny ustępuje miejsca innemu talentowi.

Upośledzenie talentu politycznego w społeczeństwie kapitalistycznym – selekcja ekonomiczna

  Jeżeli posiadamy społeczeństwo zorganizowane na bazie czysto kapitalistycznego rozwoju, który nie ma niczego wspólnego z nordyckim talentem kierowniczym, to wykształci ono najwyższą klasę i będzie rzeczą możliwą, że będzie ona składać się nie z elementów nordyckich, lecz z rasowych elementów mających silne skłonności do bycia prowadzonymi. To stanowiło tragedię starej Rzeszy Niemieckiej.

  Każdy może doświadczyć rzeczy następującej i ja sam widywałem to często: na każdej budowie drogi, gdzie należało się zatrzymać, mogłem widzieć przed sobą dwa samochody: w jednym jakiś bogaty saksoński przemysłowiec; w drugim jakaś inny osoba z wyraźnym nienordyckim wyglądem – widocznym natychmiast, na pierwszy rzut oka. A robotnicy drogowi – załóżmy, że jest to gdzieś w północno-zachodnich Niemczech – mają fantastyczny wygląd i naturalnie wyrażają absolutną pogardę dla pasażerów wspomnianych pojazdów, kompletną pogardę! – Ci robotnicy drogowi bardziej nadawali się do przywództwa niż ci dwaj w samochodach.

   Jeśli spojrzę na to z perspektywy politycznej – to znaczy jeżeli spoglądam na to z czysto materialistycznego punktu widzenia, zapewne z punktu widzenia farmaceuty lub producenta powrozów, albo z punktu widzenia muzyka, poety czy malarza, to efektem jest zupełnie inny obraz; wtedy oczywiście oni reprezentują liderów.

   W normalnym życiu tak to następowało. Nikt w normalnych okolicznościach nie był zmuszony, by zostać farmaceutą, albo zmuszony, by pracować w ekonomii; zamiast tego życie prowadziło pewnych ludzi ku temu, by pracowali w tych profesjach, gdyż się do nich nadawali. Jednak gdy przychodziło do życia politycznego, sprawy miały się inaczej, gdyż ci, co zgromadzili bogactwo – drogą procedur ekonomicznych – byli jedynymi, którzy mogli sobie pozwolić na posłanie dzieci na studia uniwersyteckie. Dziecko było oceniane przez pryzmat swych rodziców. To dzielone dziedzictwo (między rodzicem a dzieckiem) było czysto komercyjnej natury; jednak dziecko wciąż rzekomo należało do „wyższych sfer” i dlatego też przejmowało kierownicze role w polityce.

   Mieliśmy wówczas te partie składające się z członków burżuazji. Jednak termin „burżuazja”  nie był pojęciem rasowym per se, lecz głównie ekonomicznym. Faktem jest: że burżuazja, w swej większości, zakorzeniona była w tych elementach (które dopiero co wspomniałem) i istniało niebezpieczeństwo, że powoli, poprzez proces edukacji – który sam w sobie zamieniony został w rodzaj sztuki i faktycznie bardziej  formą programowania politycznego niż edukacją – wynosiła ona jedną swoją generację po drugiej, w ten sposób umożliwiając sobie wysyłanie swoich reprezentantów do wszystkich segmentów niemieckiego społeczeństwa, łącznie z korpusem oficerskim; i w ten sposób cały system został zalany elementami nie nadającymi się do wypełniania swoich zadań. I zawodziły one, nawet prz minimalnym nacisku. Ten ekonomiczny proces selekcji stworzył w rezultacie patriotów z parasolami, kompletnych z ich kapeluszami, którzy mieli stawić czoła niebezpiecznej masie ludzkiej.

Dobór kadry według zdolności – zapobieganie kontrrewolucji

   Ludzie mówili mi: „Wiesz, tego nie da się rozwiązać siłą, to trzeba rozwiązać inteligentnie”; ci ludzie nie posiadający inteligencji, niezdolni do rozwiązania czegokolwiek, skapitulowaliby na każdy wrzask. Zapominali jednak, że było wystarczająco naszych ludzi gotowych do konfrontacji z tym motłochem – który łączył w sobie, z tego co wiem, motywy polityczne i kryminalne –  i pozbyć się go. Byłem w stanie w ciągu jedynie kilka lat, oczyścić ulice z tych ludzi, lecz jedynie dlatego, ponieważ wyselekcjonowałem swoich liderów według odmiennej metody, mówiąc: „przywództwo w tej partii nie jest bazowane na bogactwie ani na pozycji społecznej rodziców, lecz na zdolnościach, bez względu na rodzaj wychowania i te zdolności będą dalej systematycznie wspierane”.

   Z tym systematycznym podejściem, Panowie Generałowie i Oficerowie, kontynuowałem usuwanie z ciała narodu wszystkich tych elementów, które mogły, w jakimkolwiek moomencie, stać się bazą dla kontrrewolucji. Dlatego też uczyniłem swym obowiązkiem od samego początku wyszukiwanie tych, którzy posiadali talent przywódczy; wyodrębnienie ich natychmiast; uczynienie ich częścią przywództwa państwa; wyeliminowanie elementów Spartakusa (czyli komunistów ze Związku Spartakusa – przyp. MM), gdyż byli oni uważani za liderów nie z uwagi na ich zdolności – tak, tych rozczarowanych geniuszów, którzy pewnego dnia mogliby podekscytować masy; gdyż masy wiedzą, kto jest zdolny do przewodzenia, a kto nie. Każdy uczniak to wie. Weźmy klasę pełną zdrowych 10-latków i spróbujmy zainstalować w niej niekompetentnego nauczyciela. Te młode łobuzy zdadzą sobie sprawę z jego niekompetencji prędzej niż on sam. Ale dajmy im nauczyciela kompetentnego, a zobaczycie kolejne prawo natury w akcji; że ci chłopcy, co tak zatruwali życie temu innemu nauczycielowi i którzy, można powiedzieć, męczyli go i dręczyli – nie tylko podążą za tym nowym nauczycielem, ale dadzą nawet zań życie.

   W ciągu całego życia można tego doświadczyć, szczególnie w siłach zbrojnych, gdzie jeden dowódca jest adorowany, podczas gdy inny nie będzie w stanie zaprowadzić dyscypliny. Dlaczego tak się  dzieje? Ponieważ (fragment nieczytelny) będą wiedzieli, że ta osoba nie jest ich dowódcą? Odrzucają go instynktownie. Jeśli szwadron jest poniżej standardu, to nie jest to wina tych ludzi, lecz dowódcy, który zawiódł; i tak jest w każdym wypadku.

   Jest zatem absolutnie konieczne, by na czele umieścić tych, którzy potrafią kierować, gdy kreuje się społeczeństwo. Dzięki temu, Panowie, jakikolwiek warunek późniejszej rewolucji zostaje wyeliminowany. I uczyniłem to poprzez ogromny proces budowy: najpierw samego ruchu, a potem całej Rzeszy. Dlatego nie powinniście patrzeć na mój program z punktu widzenia intelektualnego lidera partii burżuazyjnej.

   Często bywałem pytany: „Dlaczego wprowadzasz te radykalne elementy do programu?”. „Bo potrzebuję tych radykałów!”  Mówią mi: „Jeśli wyeliminujesz ten punkt, to natychmiast wstąpię”.  Odpowiadam: „Ten punkt jest tutaj, aby zapewnić, że nie zostaniesz członkiem, bo cię nie potrzebuję!”.
(żywa owacja)
   Odrzuciłem wielu, bo ich nie chciałem. Obserwowałem ich styl życia. Uczyniłem wstąpienie do partii niemożliwymdla wielu, bo wiedziałem dokładnie, czego się po nich spodziewać; stąd też nigdy nie przeniknęli do pozycji kierowniczych. Nigdy niczego się nie zyskuje na wprowadzaniu do przywództwa słabych elementów; wręcz przeciwnie, nadchodzi moment, kiedy się tego żałuje. Oczywiście ma się także trudności i z tą drugą stroną; doświadczałem tego przez całe życie. Moje siwe włosy  są wynikiem wewnętrznych zmagań. Jakież kłopoty miałem ze swymi ludźmi! Wszyscy oni byli szorstcy. Gdy tylko trzech się zebrało i jeden na moment wyszedł, to pozostali dwaj natychmiast zaczynali walczyć ze sobą i tak to trwa po dziś dzień. Są to trudności jakżeż podobne do tych w siłach zbrojnych, i tak dalej – nic, tylko kłopoty: wielu szorstkich ludzi i tak dalej. Ale wy wiecie, że preferuję ludzi potrafiących podburzać, gdy panuje spokój, lecz gdy sytuacja staje się poważna, to wiem, że moi ludzie staną niczym bloki granitu. I dzisiaj każdy musi przyznać, że przywództwo tego ruchu różni się od niegdysiejszego przywództwa państwa. Tylko sobie wyobraźcie! – stare kierownictwo burżuazyjne w miejscu obecnego w czasie wielkich niedostatków dla własnego kraju, takim jak obecny; przeżylibyście szok swego życia: gdyż jeśliby to miało miejsce, to widzielibyście powtórkę Wielkiej Wojny na skalę o wiele większą. A czymże były znoje Wielkiej Wojny w porównaniu do obecnych? W naszym wypadku mamy w mieście takim jak Hamburg dwa razy większą liczbę ofiar (w ciągu zaledwie nocy) niż podczas cały miesiąc Wielkiej Wojny po stronie Niemiec, więc jeśli niemal 100% ludzi tego miasta wróciło do pracy w ciągu ledwie kilku dni – nawet kobiety wróciły do miasta – i to w całkowitym porządku, to jest to dowodem, że tworzenie naszego przywództwa stanowiło sukces.
(energiczny konsensus)
 Naturalnie, nie było to pięknym obrazkiem na początku, przyznaję to. Na początku mieliśmy kłopoty za kłopotami i aż do czasu, gdy udało się wszyskich pogodzić i zdyscyplinować, można było osiwieć. Ale zawsze byłem przekonany, że pewnego dnia zostanie to wynagrodzone; to znaczy, że każdy zorientuje się, że wyselekcjonowani liderzy są tymi właściwymi, gdyż zostali wyszkoleni w filozofii partyjnej. Istotnie, było to fundamentalne; kluczowe. Bo jeśli mówimy dziś o społeczeństwie narodowym, to musimy uznać, że mogło ono zostać zbudowane i zachowane jedynie pod zdolnym przywództwem.

Edukacja narodowa – kształtowanie przywództwa

   W chwili obecnej w zamkach odbywają się najprzeróżniejsze seminaria, wiele z nich prowadzonych przez oficerów Zakonu Niemieckiego (Deutscher Orden), nie dlatego, że są najlepsi, lecz ponieważ dają im wgląd w to, jak zaczęliśmy  edukować naszą młodzież. Panowie, oczywiście to nie jest jeszcze gotowy produkt. Nie zapominajcie: w 1933 doszliśmy do władzy; w 1939 zaczęła się wojna; minęło jedynie sześć lat. Podczas wojny postęp jest powolny. Jednak nie może być żadnej wątpliwości: jeśli kto zechce spojrzeć na nasz naród po pięćdziesięciu latach pokoju, to trzeba będzie skonkludować, że nasz naród jest całkowicie zorganizowany pod przywództwem politycznym reprezentującym to, co naród ma najlepszego do zaoferowania. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości.
(owacja)
 Trzeba powiedzieć, Panowie, że mamy pośród nas nie tylko wybór utalentowanych mówców, ale i nieustraszonych przywódców. Nie wybieramy młodych ludzi jedynie dlatego, że są utalentowani intelektualnie, jak niegdyś. Był to czas, gdy wielu utalentowanych młodych ludzi sadzano w kącie. Nauczyciele stosowali metodę posyłania do kąta jako formę zemsty, gdy utalentowany uczeń ich konfrontował.

   Panowie, nie jest to po prostu kwestia edukacji naukowej, ale także metoda spoglądania na charaktery chłopców – ich postawy, twardość, zalety przywódcze, ich tak zwaną zdolność bycia „prowodyrem”, z których wszystkie rozwijają się wcześnie. Wszystko to trzeba brać pod uwagę obok ich zalet intelektualnych. Patrząc na młodzieńca, czasem trzeba przyznać, że jest utalentowany; rzeczywiście preferuje on, przynajmniej momentalnie, boksować się lub robić podobne rzeczy, gdyż najlepsze oceny uzyskuje z wychowania fizycznego; po prostu nie jest dobry z innych przedmiotów.

   Wcześniej, niespełna trzydzieści lat temu, gdy ktoś dostał zły stopień, to był skończony, wyrzucony. Dzisiaj idziemy na kompromis. Co się tyczy artyzmu, idziemy obecnie tak daleko, że wysyłamy utalentowanego młodzieńca do szkoły artystycznej. Jeśli staje się jasne, że ten chłopak nie jest dobry w matematyce i że nie ma talentu językowego, albo że przedmioty naukowe są dla niego zamkniętą księgą i że tak już pozostanie, ale że jest utalentowanym artystą – to zostanie muzykiem. Reszta edukacji zostaje i tak później w życiu zapomniana. Zapominamy dziewięć dziesiątych spośród tego, czego na codzień nie potrzebujemy. Jedynie ta wiedza nabyta, która jest potrzebna, pozostanie z nami.

   Dlatego selekcjonujemy utalentowane jednostki bez względu na ich pozycję społeczną i pochodzenie; i wierzcie mi, eliminujemy w ten sposób większość trosk społecznych bazując na dwóch faktach. Po pierwsze tworzymy wspólnotę, której przywództwo pochodzi z ludu, czyli zna troski zwykłych ludzi. Poprzez nieustanne uzupełnianie od dołu do góry, czynię to, co zawsze czynił  Kościół Katolicki, który drogą celibatu – księża nie mogą mieć dzieci – zawsze zmuszony był do znajdowania nowych księży spośród ludu. (2) To dlatego mamy księży pochodzących z rodzin biurokratów niskiego szczebla, drobnego biznesu, jak też spośród niegdysiejszych chłopców z roli i tak dalej. To stanowi o sile tego tak zwanego kościoła wojującego. I ja selekcjonuję również tak jak oni – nie poprzez celibat, gdyż go nie potrzebuję (słychać wyrazy uznania i wesołości wśród słuchaczy) – generację spośród narodu. Cała populacja jest przesiewana i to tworzy, w miarę upływu czasu, przywództwo narodu, zaznajomione z codziennymi problemami życia; ich doświadczenie uzyskiwane jest w ich młodości poprzez bycie z krewnymi, rodzicami etc.

   Jednak oni sami wyrastają ponad pozostałych; przyjrzyjcie się moim Gauleiterom, którzy są wyjątkowo praktyczni, wiedzą o co chodzi i są zdolni do rozwiązywania powszechnych problemów dzięki swemu zdrowemu rozsądkowi. Gauleiterzy i inni urzędnicy otrafią to czynić niemal z zawiązanymi oczyma, bo sami tego doświadczyli. Jestem w stanie rozwiązywać kwestie społeczne, gdyż wprowadzam szeroką gamę elementów społecznych.

Społeczeństwo bezklasowe

   A po drugie jestem w stanie rozwiązywać problemy poprzez wprowadzanie do kierownictwa najlepszych i najenergiczniejszych ludzi, w ten sposób uniemożliwiając wszelką próbę kontrrewolucji, lecz przede wszystkim po to, aby zademonstrować, że to jest społeczeństwo bezklasowe. Wierzcie mi, gdy mówię, że ideały są generalnie ważniejsze niż tak zwane „realia”, i jest to szczególnie prawda w odniesieniu do nas, Niemców. Nie zapominajcie, my Niemcy jesteśmy tak zatroskani o ideały, że prowadziliśmy Wojnę Trzydziestoletnią o to jedynie, by rozstrzygnąć czy Komunia Święta winna być przyjmowana pod jedną postacią czy pod dwiema, oraz z powodu innych ważnych rzeczy. (sarkazm)

  Dlatego jest ważne dla tego narodu przekonanie, że przywództwo składa się z przedstawicieli całego społeczeństwa, a jest to ważne szczególnie dla kobiet i matek. Ponieważ jest rzeczą specjalną dla matki, by zdawać sobie sprawę, że dziecko, które nosi, może naprawdę osiągnąć „Bóg wie co” w tym państwie. I jeśli dziś patrzymy obiektywnie na pozytywne osiągnięcia, nie te polityczne na początku, które w każdym wypadku były przeważnie okropne – jeśli uczciwie wziąć te osiągnięcia pod uwagę – te, które formują cały naród, jak aspekty kulturalne i naukowe, zdobycze socjalne narodu, osiągnięcia intelektualne i inne; i jeśli potrafimy dostrzec, że wszystkie one są produktami indywidualnych jednostek ludzkich; i jeśli mogliby oni wsszyscy pojawić się przed maszymi oczyma, wtedy wszyscy ci nieznani wynalazcy, badacze, naukowcy, inżynierowie, technicy i chemicy etc mogli powstać, tak jak wielcy artyści, muzycy naszego narodu i Bóg wie kto jeszcze, komu winniśmy dziękować (za osiągnięcie wyżyn kulturowych) i komu winniśmy wdzięczność za fakt, że jesteśmy w stanie mówić językiem – zaiste, że z dumą możemy twierdzić, że jesteśmy Niemcami – moglibyśmy nagle zobaczyć, niczym w czarach, matkę stojącą obok każdego z nich. I ujrzelibyśmy czym te matki naprawdę były; jakimi biednymi małymi istotami – żonami wieśniaków. Żonami robotników, żonami drobnych artystów etc.

   A jakie znaczenie mają synowie tych matek? Jest coś ogromnie considerate w narodzie, który, zdawszy sobie sprawę, że nawet jeśli są różnice w zdolnościach i w konsekwencji także w zakresie osiągnięć (i tak już zawsze będzie), staje się przekonany, że jeśli znajdzie się utalentowane dziecko, gdziekolwiek się ono znajdzie, należy się o nie zatroszczyć za wszelką cenę i pomóc mu zamiast stwarzać sztuczne przeszkody na jego drodze z powodu jego urodzenia (czyli: pochodzenia – przyp MM); (w przeciwieństwie do Niemiec z przeszłości) państwo dopomaga uzdolnionemu dziecku pokonać przeszkody (finansowe i klasowe).
(burzliwa owacja)
    Eliminuje to ostatnie resztki marksistowskiej teorii klasowej. I, Panowie, jest to to przekonanie – przeważające wśród szerokich mas Niemców – za które my, czyli my wszyscy możemy być wdzięczni: umożliwia ono starym niemieckim robotnikom iść do pracy w fabrykach, czego część z nich odmawiała w 1917 roku. Jeżeli pracują dzisiaj, to dlatego, że są przekonani, że walczą dla swojego kraju; jest to ich państwo, nawet jeśli są jedynie zwykłymi robotnikami. Ale wiedzą oni, że w tym państwie cieszą się prawami obywateli elity – posiadają totalną równość, która daje im ogromną władzę – i są przekonani, że to państwo, jeśli dane mu będzie rozwijać się, zadba o ich dzieci i że każdy traktowany będzie zgodnie ze swymi zdolnościami.

   I uczyniłem to – z pewnością mogę to powiedzieć – nie raniąc nikogo. Bo można to również osiągnąć przez niszczenie wszystkiego najpierw, jak to zrobili bolszewicy i przez zabijanie i tak dalej – a ja tego nie zrobiłem. A ponieważ wierzę w proces selekcji, który sprawdził się już w przeszłości, to wiem, że przywództwo dnia dzisiejszego jest produktem procesu selekcji z przeszłości. A ponieważ wierzę również w dziedzictwo, to widzimy tutaj kontynuację linii dziedzicznej. Dlatego nie chciałem niszczyć tego starego dobra, lecz wychować coś innego. Chciałem zachować je i wymieszać z tym nowym w miarę upływu czasu.

   Ze nie jest to łatwe, można iść o zakład. Byłoby dla mnie znacznie łatwiejsze pozbycie się wszystkich starych elementów, jak to zrobiono w bolszewizmie, by je wykorzenić i zacząć coś zupełnie nowego. W takim wypadku to porównanie nie byłoby dzisiaj ewidentne. Muszę tu zaznaczyć, że wojna przynosi pewien swój ogromny efekt edukacyjny. Nigdy nie zostałbym narodowym socjalistą, gdyby nie Wielka Wojna. Lecz wojna miała, obok wszyskiego innego, co się zdarzyło, przemożny efekt edukacyjny. Byli tacy, co mawiali: „wiesz, narodowy socjalizm jest w porządku, ale jeśli sobie wyobrażam, że któregoś dnia będę uhonorowany, gdy będę siedział obok któregoś z tych proletariuszy, to musisz zrozumieć, według wszelkich reguł stosowności – jakże mógłbym? Przecież ja jestem kimś (część nieczytelna). Oczywiście ja też jestem zatroskany o mój naród, jako że my wszyscy dążymy do tego, by być zjednoczoną gromadą braci (wydaje się to brać ze Szwajcarii), ale w każdym razie trochę dystansu – dystansu, proszę pana! Tak, wszystko winno mieć swoje granice; nie powinniśmy wylewać dziecka razem z kąpielą!”.
- Druga strona mówiła w zasadzie to samo: „Co? My mamy siedzieć razem z tymi grubymi rybami, tymi kapitalistami? Nie ma mowy, niech ci się nawet nie śni! Mamy swoją świadomość klasową, jesteśmy proletariuszami!”.  Tak więc mieliśmy świadomych klasowo z jednej strony, a z drugiej tych zatroskanych o ich pozycję społeczną i ten rodzaj uprzedzeń był nieraz twardszy niż betonowy wał, który obecnie budujemy (chodzi o Wał Atlantycki – przyp.).
(wyrazy wesołości i uznania)
    Jednak mimo to udało nam się przełamać te uprzedzenia i bez względu na retorykę obu stron zbudować partię – choć z wieloma niepowodzeniami. I to właśnie dlatego, Panowie, jestem odporny na kryzys. Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie nawet niepowodzeń, które znosiłem w życiu! To, czego doświadczamy obecnie w niepowodzeniach militarnych, służy jedynie obnażeniu błędów, jakie popełniliśmy poprzednio, co może jedynie pomóc nam ulepszyć naszą organizację następnym razem. Jest to jednak nieistotne w porównaniu do trudności, jakie miałem, gdy usiłowałem zbudować partię.

  Nigdy nie mówcie, „ale to było nieważne”. Panowie, ta partia była moim życiem i została zbudowana na przeświadczeniu, że los Niemiec zawisł na włosku, tak jak obecnie w tej wojnie; i gdybyśmy nie byli zdolni zorganizować się wtedy, to pewnego dnia fala bolszewicka zalałaby Europę. W to, że państwo polskie mogłoby temu zapobiec, albo jakiekolwiek inne państwo, nie wierzy już nikt, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę to, czegośmy się zdołali dowiedzieć (3). I moja bitwa 1933 roku była częścią tej walki, z odniesieniem do pytania: „być albo nie być”.

   Byłem przekonany w tamtym czasie, że wszystkie te niepowodzenia należało przezwyciężyć, gdyż historia uczy nas, że każdemu przedsięwzięciu towrzyszyły niepowodzenia i należy ten fakt zaakceptować. Wymieńcie bodaj jedno wielkie wydarzenie historyczne, które nie byłoby okupione niepowodzeniami. Niemożliwe.

  Każde państwo musiało pokonywać kryzys na swej drodze. Możecie być pewni, że nie było ani jednego wielkiego człowieka, który nie musiał przezwyciężać kryzysu; ani jednego. Wielcy, sympatyczni ludzie w niemieckiej historii to ci, którzy musieli pokonać największe kryzysy i którzy musieli o to walczyć. Weźmy na przykład, z nowszych czasów Marcina Lutra lub tym bardziej Fryderyka Wielkiego czy choćby Ryszarda Wagnera – wszyscy oni w kompletnie różnych dziedzinach, jako że wybrałem trzech z rozmaitych dziedzin – wszyscy trzej byli ludźmi, którzy (fragment nieczytelny) zwalczali wielkie trudności i osiągnęli cel dzięki swemu uporowi i wytrwałości.

Łączenie dwóch idealizmów

   Był jednak jeszcze jeden problem, który należało rozwiązać, jeśli Niemcy miały się odrodzić. Nie była to po prostu sprawa porządku społecznego. Nie, najważniejszą sprawą było spróbować i zmobilizować te elementy intelektualne, już obecne, które już w przeszłości okazały się siłą wiodącą potrafiącą pomyślnie pchnąć ludzi do dania z siebie wszystkiego. Istniały dwa główne punkty widzenia: z jednej strony ideał nacjonalistyczny, maskowany i rozmaicie definiowany, lecz jednak siła, która tym niemniej była zdolna do mobilizowania w roku 1918 setek tysięcy ochotników gotowych do walki i ryzyka utraty życia we Freikorps – a nie można spodziewać się większej formy idealizmu od zwykłego człowieka niż tej, w której gotów jest on stracić życie dla wyższego celu, jeśli to konieczne.

   Lecz idealiści stali również po drugiej stronie barykady: komuniści, którzy wierzyli, że walczą o wyższy ideał komunistyczny. Tak więc mieliśmy dwa fenomeny zwalczające się nawzajem. Z jednej strony był nacjonalista, bardzo biedny diabeł, również krańcowo biedny oficer; z drugiej zaś strony był komunista lub spartakusowiec, członek USPD itd –również biedne diabły. Te segmenty społeczeństwa kapitalistycznego, które były usatysfakcjonowane systemem, nie walczyły; oczywiście nie trzeba dodawać, że dotyczyło to również liderów żydowskich i marksistów.

   Było zatem jasne od samego początku, że nowy ruch, który można było nazwać w inny sposób, musiał wziąć pod uwagę te dwa elementy rewolucyjne. Nie można było powiedzieć: „nie uznajemy ich istnienia i odrzucamy je”; nie, musieliśmy uznać, że stanowią one siły same w sobie.

   Wtedy definicje tych dwóch konceptów były diametralnie przeciwstawne. Jeden z nich stał po prawej, drugi po lewej stronie barykady. Ja osobiście stałem na samej barykadzie i naturalną koleją rzeczy ostrzeliwany byłem przez obie strony. Usiłowałem zdefiniować dla nich nowy koncept z mottem, że ostatecznie nacjonalizm i socjalizm są tym samym pod pewnymi względami; że umieszczając je w centrum, nie promowałem jakiegoś specjalnego konceptu klasy lub pozycji społecznej jako trzeciego oponenta, lecz raczej próbowałem zgrupować wszystkich tych ludzi w centrum tego, co było i jest pożądane. Socjalizm nie był w takim wypadku, tak jak i nacjonalizm, niczym więcej niż walką za cały naród jako jedną wspólnotę.

   Byłem wówczas atakowany zarówno przez lewicę jak i prawicę. Lewica deklarowała, że było niemożliwym połączyć się z nacjonalizmem, bo „nacjonalizm” reprezentował burżuazję, z drugiej zaś strony burżuazja odrzucała socjalizm, bo był on uważany za koncepcję marksistowską, t.j. za koncepcję internacjonalistyczną.

   Tym niemniej jedna rzecz była teraz jasna: „rasa” (Volk) i „naród” (Volk) nie są jednym i tym samym. Mogłem sobie wyobrazić naród z nieliczną klasą wyższą i podążającą za nią totalnie zabiedzoną masą publiczną: zrujnowaną, zawszoną i brudną, ale wyszkoloną w ślepym posłuszeństwie. Taki wizerunek nie przynosił mi jednak satysfakcji; był dla mnie ohydny. Tym, w co ja wierzyłem jako ideał wart realizacji, był naród, który jako całość był obrazem zdrowia. Gdyż na dłuższą metę nie byłbym w stanie reprezentować interesów państwa posiadającego ciało inne niż zdrowe: gdyż inne ciało pewnego dnia uległoby dezintegracji, najpóźniej wtedy, gdy pojawiłby się katalizator mogący zjednoczyć i zmobilizować tę masę lewicową, a byłoby nim obce ciało judaizmu.

   Dlatego też musiałem przedstawić nowy, popularny koncept, a mogłem to zrobić jedynie poprzez wyobrażenie przyszłego społeczeństwa jako społeczeństwa idealnego, w którym przeciętna osoba cieszy się w praktyce najwyższym poziomem edukacji, kultury i standardów życiowych. I gdy uznało się to za ideał, to wierzcie mi, gdy mówię, że jest to tak satysfakcjonujące staranie się o naród, jak dla dowódcy kompanii staranie się o swych żołnierzy; on również zaczyna uważać swych ludzi za sens swej egzystencji. Nie ma niczego takiego w  nich, co nie stanowiłoby przedmiotu jego zatroskania; nigdy nie ma niczego takiego, czego potrzebują, a o czym on by nie wiedział; widzi w nich przedłużenie siebie samego. Troszczy się o każdego z nich itd, a im bardziej jego ludzie są usatysfakcjonowani, tym bardziej usatysfakcjonowany jest on sam i wysoko to sobie ceni. Oto czym to jest dla kogoś, kto przewodzi narodowi.

Przezwyciężanie państwa klasowego. Usunięcie Żydów

   Dlatego też uczyniłem celem mego ruchu przezwyciężenie starego państwa klasowego. – Teraz, muszę przyznać, w pewnym sensie było to łatwe. Wśród nas Niemców, mieliśmy ogółem około 800,000 Żydów: w Ostmark (Austria) ponad milion, a razem z Sudetenland znacznie ponad milion. Byli oni wśród naszego narodu obcym obiektem, który systematycznie brał się za zajmowanie wszyskich kluczowych pozycji, a gdy to było osiągnięte, następni z tej samej obcej grupy udawali się ich śladem. Niektórzy nigdy nie zrozumieli dlaczego postępowałem tak brutalnie w tej kwestii; to jest ludzie, którzy winni mi za to dziękować, nie rozumieli. Gdybym tego nie uczynił w moim wysiłku zbudowania zjednoczonego społeczeństwa, musiałbym przearanżować pozycje zajmowane przez starszych, tych, co byli na swych posadach ze względu na swoje zdolności lub przez czyjąś protekcję.

   Usunąłem Żydów z tych pozycji; usunąłem ich bezwzględnie. I tutaj też postąpiłem tak jak postępuje natura – nie brutalnie lecz rozsądnie – by zachować najlepszych, i w ten sposób uczynić osiągalnymi setki tysięcy posad. W ten sposób nie tylko zapobiegłem prezentowaniu siebie przez „narodowy intelekt” jako proletariacki, lecz byłem w stanie przesunąć powoli dziesiątki tysięcy zdolnych dzieci narodu na te posady. Uwolniłem nieprzeliczone liczby studentów (?), którzy hodowali torf, i zaoferowałem im posady. Ale umożliwiłem także setkom tysięcy robotników i dzieciom rolników przygotowanie się do tych posad, które były uprzednio zapełnione Żydami – obcym ciałem.
(żywa owacja)
    Miało swoją inną jeszcze dobrą stronę, Panowie, ponieważ usunęło ów katalizator z szerokich mas, o którym już była mowa. Poprzez usunięcie Żydów wyeliminowałem wszelką możliwość stworzenia rdzenia rewolucyjnego. Mówiono mi: z całą pewnością, ale czy nie można było tego zrobić w prostszy sposób, a jeśli nie prostszy, gdyby wszystko inne stało się bardziej skomplikowane, to w bardziej ludzki? Panowie oficerowie, toczymy walkę na śmierć i życie. Gdyby nasi wrogowie i oponenci odnieśli sukces, naród niemiecki zostałby wyeliminowany. Bolszewizm powyrzynałby milionz, miliony i miliony naszej inteligencji. A czego by się nie dało zabić strzałem w potylicę, zostałoby wywiezione gdzie indziej.  Dzieci przedstawicieli wyższych sfer zostałyby zlikwidowane. Całe to bestialstwo zostało zorganizowane przez Żydów. Bomby zapalające, tak jak i inne bomby, spadają na nasze miasta, nawet jeśli nasi nieprzyjaciele wiedzą, że jedynymi, których one zabijają, są kobiety i dzieci. Zwykłe pociągi pasażerskie są ostrzeliwane, tak jak i rolnicy na polach. W ciągu jednej nocy w Hamburgu straciliśmy ponad 40,000 kobiet i dzieci. Zostali spaleni. Nie spodziewajcie się po mnie niczego innego niż faktu, że będę reprezentował nasze interesy narodowe w sposób najbardziej efektywny i przynoszący największą korzyść naszemu narodowi niemieckiemu.
(długotrwała żywa owacja)
    Tutaj, tak jak i w innych sytuacjach, humanitaryzm stanowiłby największe okrucieństwo wobec własnego narodu. Gdyż, jeśli i tak będę znienawidzony przez Żydów, to nie chciałbym przepasować korzyści, jakie daje ta nienawiść.

   Naszą korzyścią jest to, że mamy teraz dobrze zorganizowane społeczeństwo i żadni outsiderzy nie mogą nas pouczać. Porównajcie to z sytuacją innych państw. Byliśmy świadkami tego, co się dzieje, gdy państwo obiera pójście w przeciwnym kierunku, tak jak Węgry. Całe państwo ulega rozkładowi i korozji. Żydzi są wszędzie, aż po najwyższe pozycje. Żydzi za Żydami, całe państwo stanowi jedną sieć szpiegów i agentów, którzy pozostawali nieaktywni, gdyż obawiali się, że jeśli będą działać, to my się wmieszamy – jednak wyczekiwali na swój czas. Interweniowałem tam również i ten problem też został rozwiązany, jednak muszę powiedzieć: Żydzi uczynili swoim celem eliminację ludów niemieckich (t.j. Niemców w krajach całej Europy).

   Wyjaśniłem Reichstagowi 1 września 1939 roku, zaznaczając, że jeśli ktokolwiek wierzył, że naród niemiecki zostanie wyeliminowany poprzez wojnę, to się mylił; że jeśli żydostwo popróbuje tego, to wtedy Żydzi, a nie Niemcy, zostaną wyeliminowani.
(żywa owacja)
    W ten sposób prawdopodobnie uczyniliśmy największy krok ku porządkowi wewnętrznemu. Wszystko potem znalazło się na swoim miejscu. I w tym miejscu pragnąłbym powrócić do początku moich rozważań i terminu „etos” (Weltanaschauung). Zaznaczyłem, że nie jest to niczym więcej niż poglądem na świat, odzwierciedlającym najnowsze percepcje naukowe, które są najrozsądniejszymi percepcjami. Do każdego problemu podchodziłem w ten sposób. Oto w jaki sposób uporaliśmy się z problemami ekonomicznymi. Panowie, my rozwiązaliśmy problemy ekonomiczne, o których tak zwani eksperci mówili, że nie mogą zostać rozwiązane. Rozwiązaliśmy problemy kulturowe. Oto, co nam mówili: „Co, chcecie usunąć Żydów? Ha-ha! Postępując w ten sposób, usuniecie wszystkie pieniądze; nie będziecie mieli więcej pieniędzy!” Jak gdyby to Żydzi byli elementem tworzącym pieniądze! Pieniądze mają sens jedynie, jeśli stoi za nimi namacalna wartość państwa. A ta wartość nie została stworzona przez Żydów, lecz przez ludzi, którzy albo wymyślali cenne rzeczy albo je tworzyli. Żydzi wcisnęli się pomiędzy wynalazcę, producenta i konsumenta. W przypadku Żydów mamy do czynienia z regulatorem, który stanowi przeszkodę. Usunąłem ten regulator, który regulował przepływ poprzez zamykanie lub otwieranie, zależnie od sposobności.

   W młodości często odwiedzałem Deutsches Museum w Monachium – w owym czasie pierwsze wielkie muzeum techniki,ó. Byłem niezmiernie zainteresowany ekspozycją; a będąc tam, usiłowałem ustalić, co spośród wszystkiego, co wynalezione zostało przez ludzkość, zostało wynalezione przez Żydów? Żydów, którzy dominują nad wszystkim: całą gospodarką, naszym przemysłem, zdominowali wszystko! Ale co wynaleźli? Gdzie są żydowscy wynalazcy? Nie dało się znaleźć żadnego, nawet jednego!

   To samo pytanie można postawić odnośnie życia kulturalnego. Mówiono mi: „jeśli usuniesz Żydów, to równie dobrze możesz pozamykać wszystkie teatry!”. Ale kto w istocie stworzył naszą kulturę? Żydzi? Kim są nasi najwięksi poeci (fragment neczytelny, prawdopodobnie filozofowie i kompozytorzy) – czy to byli Żydzi? Jak było to możliwe, że Żydzi postrzegani byli jako twórcy dzieł tworzonych przez największych Niemców, po prostu dlatego, że rozpowszechniali wiedzę o największych Niemcach?

   Ten eksperyment dowiódł, że miałem rację. Usunąłem Żydów. Niemieckie teatry są bardziej popularne niż kiedykolwiek. Niemiecki przemysł filmowy kwitnie. Niemiecka literatura, niemiecka prasa: czytana jak nigdy przedtem. Teatr? – o wiele lepszy!

   Brak moralności został wyeliminowany w nieliczonych miejscach, a nie staliśmy się fałszywie pruderyjni. Gdyż i w tej dziedzinie wystarczyło, że trzymaliśmy się mocno jednej zasady, którą było przetrwanie naszej rasy; zachowanie naszego własnego rodzaju. Wszystko, co pomaga w zachowaniu tej zasady, jest słuszne, a wszystko to, co jest dla niej szkodliwe, jest niesłuszne.
(żywa owacja)

Rozrachunek z przeszłością – tradycja a współczesność

   Stosownie do tego, podjęliśmy rewolucyjne kroki w niektórych obszarach i zdaję sobie sprawę, że nie będą one zrozumiane, choćby nie wiadomo co, głównie przez tych, którzy nie śledzili naszego ruchu z naukowego punktu widzenia, lub też byli niezdolni, by to uczynić. Również my często kolidujemy ze starymi percepcjami, starymi konceptami moralnymi i tak dalej. Jednak często zapominamy, że te koncepty moralne są jedynie nieuczciwymi konceptami, które, na przykład, nawet nie istnieją u każdego ludu, gdyż każdy lud postrzega je inaczej. Czegóż nie musialiśmy eliminować!
   Jednak, Panowie, w procesie konstrukcji nowego wielkiego społeczeństwa, albo w procesie organizowania wspólnoty ludowej na wielką skalę, zawsze trzeba pozbywać się starych tradycji, zawsze!

   Pozwólcie, że powrócę do aspektu wojskowego. Formacja państwa Prus – zaczynam od rdzenia naszej Rzeszy – był w końcu procesem stopniowej eliminacji licznych tradycji innych małych państw. A to zawsze jest bolesne. Formacja Rzeszy Niemieckiej – począwszy od Związku Północno-Niemieckiego – a później samej Rzeszy Niemieckiej – była, po raz kolejny, atakiem na liczne stare tradycje. Wierzcie mi, oczywiście nie było łatwym dla Bawarczyka zrzeczenie się własnej historii albo zrzeczenie się wydarzeń ściśle związanych z historią Bawarii.. Dodatkowo proces ten nie był wcale łatwiejszy dla Hanowerczyków; nie był łatwiejszy dla Saksończyków; nie był łatwiejszy dla Wűrttemberczyków; nie był łatwiejszy dla Austriaków: również Austria była wielkim krajem swego czasu. W pewnym momencie tych 9 milionów Austriaków rządziło 56 milionami ludzi różnych ras. Rezygnacja z własnej niepodległości jest zawsze trudna. Ale gdzież byśmy byli, gdyby to zjednoczone państwo niemieckie nie zostało stworzone?

   Tym niemniej zawsze podkreślałem rzecz następującą: nie jest to dokonywane z pogardy lub lekceważenia dla osiągnięć innych jednostek ludzkich. Gdy będzie zbudowana w Berlinie hala wojskowa, wszyscy wielcy niemieccy dowódcy z naszej historii zostaną w niej unieśmiertelnieni; postaram się o to, by wszyscy oni zostali upamiętnieni, bez względu na to gdzie walczyli w swoim życiu. Będzie tam Fryderyk Wielki, jak również jego generałowie; ale też z drugiej strony Daun, Laudon, historyczni wrogowie Niemców z przeszłości, o ile byli godnymi przeciwnikami, zostaną tam wystawieni jako brać. Zjednoczyliśmy w naszej Rzeszy wszystkie tradycje różnych państw niemieckich z przeszłości, jak również wszystkich poszczególnych plemion, co jest rzeczą godną dumy.

   W Reichshalle w Berlinie znajdziecie pomniki wszystkich bohaterów niemieckich, tych z przeszłości i teraźniejszości i zostaną oni tam złożeni na spoczynek razem, jako bracia, bez względu na to do jakiego plemienia należeli; o ile tylko są oni godni bycia pamiętanymi przez wszystkich Niemców, pamięć o tych ludziach zostanie przedłużona. Oznacza to, że w tym państwie równoczesna pamięć całej wielopostaciowości naszej niemieckiej historii będzie utrzymana i jest to konieczne. Wiele z togo, co jest szkodliwe dla jednostki, zostanie wyeliminowane i jest to konieczne.

Cel istnienia Trzeciej Rzeszy

   Panowie, oto dlaczego nigdy nie uważałem roku 1933 za pierwszy rok niemieckiej historii. Wówczas wielu pytało mnie: „dlaczego nie mówisz Rok Nr 1, Rok Nr 2?”. To by pasowało do Anglików z ich megalomanią! Gdy ktoś zapytał mnie: „Który rok uważasz ża pierwszy w niemieckiej historii?” – Odpowiedziałem mu: „szczerze, nie wiem, najpóźniej była to bitwa w Lesie Teutoburskim, ale być może nawet wcześniej, po niektórych bitwach Teutonów i Cimbri. Dlaczego nie? Wszystko to jest historia Niemiec. Gdy dziś patrzę na niemiecką historię jako część wielkiego obrazu, uważając dzisiejsze państwo niemieckie jako produkt końcowy aspiracji niemieckiej działalności militarnej i politycznej, to mam prawo do jednoczenia wszystkiego tego, co zostało osiągnięte przez Niemców w przeszłości. Tak więc niech któryś z tych śmiesznych Brytyjczyków przyjdzie i skonfrontuje się z nami! Mogą kolportować swoje śmiechu warte opowieści o królach angielskich, gdy ja za to wymienię naszych cesarzy. Mogę powiedzieć Brytyjczykom, że w czasie, gdy Anglia składała się z jednej śmiesznej wyspy, niemieccy cesarze przejeżdżali tysiące kilometrów, reprezentując Rzeszę Niemiecką.
(żywa owacja)
   Czym była Anglia wtedy? Małą, śmieszną enklawą zaludnioną przez Teutonów, niczym więcej.

    Niemiecka historia nie zaczęła się z nami, ale zostanie ukończona przez nas. Ta tak zwana Trzecia Rzesza ukończy to, do czego aspirowała Pierwsza Rzesza, a której aspiracje zostały przeoczone przez Drugą Rzeszę; ale cel Pierwszej Rzeszy zostanie ostatecznie wypełniony przez tę, Trzecią Rzeszę. Oto, do czego dąży to państwo. Wszystkie ogromne organizacje, założone wraz z partią jako modelem, służą temu celowi jedynie, uformowane z zaczynu, ciała naszego narodu.

Cel istnienia NSDAP

   I w tym miejscu muszę wspomnieć sprzeciw, jaki często słyszymy. Mówi się nam: „Z pewnością wszystko to miało miejsce, ale dlaczego wciąż utrzymujecie partię jako małe ciało wewnątrz niemieckiego ciała narodu?”. No cóż, jak już wspomniałem wcześniej, całość narodu nie nadaje się do przewodzenia. W przeszłości nasza partia sformowana została spośród tych, którzy gotowi byli walczyć w naszych zmaganiach. Odkąd nie jestem w stanie stworzyć więcej komunistów do zwalczania przez naszą partię, wobec tego partia kontynuuje walkę posługując się innymi metodami. Jesteście świadkami, że nasza niemiecka młodzież jest uczona dzielności i gotowości do wszelkiej akcji. Dzieje się tak dlatego, gdyż byłoby szaleństwem zakładać, że jedynie dowódca organizacji militarnej winien być odważny, gdy tymczasem nie ma potrzeby odwagi w organizacjach politycznych. Panowie, w ostatecznym rozrachunku to organizacje polityczne administrowały wszystkim tym, co zostało osiągnięte poprzez akcję wojskową w minionych stuleciach. Jeśli były tchórzliwe w swej administracji, to utracone zostało wszystko to, co uzyskano orężnie.

   Dlatego też nie mogą być nigdy wystarczająco odważne. Wręcz przeciwnie: odwaga ma najważniejsze znaczenie; odwaga cywilna jest rzeczą rzadką i winna ona być kultywowana. Aby partia przyszłości mogła składać się z najlepszych i najodważniejszych, musimy wyselekcjonować odpowiednich rekrutów z dzisiejszej młodzieży. Ona będzie zatem solidnym przywództwem. Wojskowi mniej niż ktokolwiek inny powinni mieć do tego zastrzeżenia. To tak, jakby spojrzeć na to w ten sposób: uczymy wszystkich Niemców miłowania kraju i bycia gotowym do obrony go; po co zatem potrzebujemy organizacji militarnej? Nie potrzebujemy jej! Już wpoiliśmy koncept odpowiedzialności militarnej wszystkim Niemcom; wiedzą oni, że muszą walczyć. – Tak, Panowie, organizacja militarna jest jedynie szkołą, w której naucza się posługiwania się bronią. Jeśli usuniemy tę szkołę, wtedy szkolenie teoretyczne stanie się bezużyteczne i wtedy ruch stanie się jedną całością z narodem, szkołą i przywództwem (wszystkie staną się „spokrewnionymi towarzyszami życia”), jak próbowałem zademonstrować Wam w skondensowanej formie w ciągu kilku minut. Chciałbym zaznaczyć, że gdybym miał naszkicować całość rewolucji w szczegółach – którą to rewolucję postrzegam jako rewolucję zdrowego rozsądku w przeciwieństwie do rewolucji szaleństwa – to zajęłoby to naturalnie wiele, wiele godzin. Dwadzieścia albo i trzydzieści wykładów stałoby się koniecznością, gdyż dotyka ona niemal wszystkich problemów życiowych. Musiałbym przyjąć nowe podejście w wielu kwestiach, gdyż pod ciężarem starych tradycji itd, pod zbiorem starych domowych rupieci pokrytych kurzem sprawy zatracają swoją klarowność.

Rewolucja nie dobiegła jeszcze końca

   Zebraliśmy wszystko i włączyliśmy jak planowaliśmy, usiłowaliśmy ulepszyć i ta praca postępuje nadal. Nie jesteśmy u końca tej rewolucji, lecz jedynie w pierwszym jej roku. Objaśnienie wszystkiego w szczegółach zajęłoby „całą wieczność”, co jest niemożliwe.

   W zakończeniu chciałbym dać Wam do zrozumienia, że jest to ogromne wydarzenie i że jedynie w tym kontekście można pojąć olbrzymią zmianę, jaka dokonała się w narodzie niemieckim oraz jego gotowość do zaakceptowania jednego przywódcy i do zniesienia całego znoju, jakim obciążony jest naród niemiecki obecnie. A historia pokazała, że ruch taki jak nasz, jest w stanie zdziałać cuda. Gdy francuskie armie rewolucyjne zebrały się, by bronić swych ideałów rewolucyjnych, które w końcu zainspirowały miliony swymi galijskimi frazami, można było zaobserwować rozpad „gwardii”, częściowo dlatego, ponieważ rewolucja posuwała się naprzód i zaczęła ją niszczyć od wewnątrz, ale i dlatego, że posiadała wyższość intelektualną.

   Prusy ostatecznie załamały się w latach 1805/06 i to wtedy słowo „ojczyzna” (Vaterland) zaczęło się pojawiać, niebezpieczny termin w erze dynastycznej destrukcji, ponieważ reprezentował on pojęcie wielkiego państwa niemieckiego. Ci, którzy to pojęcie reprezentowali, byli, kilka lat później, skazywani na śmierć lub więzieni – jednak to pojęcie było tak potężne, że ci żołnierze, którzy zostali przez nie porwani, nawet jeśli byli produktem nienajlepszego szkolenia wojskowego, a zatem pod tym względem przeciętni, byli jednak zupełnie innymi bojownikami. Niech mi wolno będzie powiedzieć, że wiele spośród idei Scharnhorsta i niezrealizowanych wtedy, mogło jedynie powoli i systematycznie zostać zrealizowanymi w naszych siłach zbrojnych dnia dzisiejszego.

   Dlatego też i w tym zakresie nie wypełniamy jedynie czegoś, co ktoś wyśnił, lecz to, co wypełniamy obecnie, stanowi intelektualny dorobek całych pokoleń. Jedyne, co robię, to nadanie (spójnego) kształtu tym percepcjom, by uformować je w polityczną i militarną rzeczywistość, jeśli tak życzycie sobie to określić. Oto moje zadanie.

   Mamy obecnie dwa inne przykłady: Rosja. Kto by przypuszczał, że carska Rosja postępowałaby tak jak Rosja bolszewicka dzisiaj? Jakąż różnicę stanowiła ideologia! I nie myślcie, że tego nie przewidywałem. Kilka dni przed początkiem obecnej wojny miałem rozmowę z Marszałkiem Rzeszy, Gőringiem, i powiedziałem mu wtedy: Gőring, to będzie nasza najtwardsza walka, o wiele! Marszałek Rzeszy zapytał: „Dlaczego pan sądzi, że tak będzie, Mein Fűhrer?”.  Ponieważ, odpowiedziałem, tutaj po raz pierwszy mamy oponenta reprezentującego światopogląd (Weltanschauung), ideologicznie fanatycznego przeciwnika.

Transformacja światopoglądu. Jednolita edukacja polityczna

   Jednak Niemcy są również dowodem na to, czego może dokonać transformacja światopoglądu; z jednej strony są tycy, którzy nie są świadkami tej transformacji, i oni dostarczają nam ewidencji na to, co mogłoby się stać, gdyby ta transformacja  nie nastąpiła, tak więc muszę na zakończenie powiedzieć: oficerowie muszą odgrywać decydującą rolę w transformacji etosu. Chciałbym powiedzieć, że musi to być ich deklaracja wiary, gdyż są oni po raz pierwszy w naszej najnowszej historii w sytuacji niespodziewanej; mam na myśli to, że wszyscy reprezentujący państwo – to jest etos państwa – oraz urzędnicy państwowi, są zjednoczeni. Dodam jeszcze jedną myśl, tę mianowicie, że będę służył, by utrzymać to państwo, jako coś, co przez całe pokolenia przedtem było niemożliwością. Mogę jeszcze powiedzieć: nie jestem sam w swoich poglądach, jako że jedna grupa wiekowa za drugą, wyrosłe w tej linii nauczania, darzy mnie zaufaniem, i jedyne, co muszę czynić, to kontynuować tę edukację. Jeśli będę ją kontynuował, to będę posiadał narzędzie w ręku, które znam, wiedząc, że każdy członek mego narodu dzierży broń w ręku i pójdzie za mną tak jak niegdyś szedł za przywódcami politycznymi przedtem i jak za nimi zawsze będzie postępował. Żołnierze i oficerowie są zatem w pożądania godnej sytuacji, by kontynuować tę edukację, którą w tym państwie rozpoczęta została w dzieciństwie, gdyż małe dzieci zaczynają swą edukację w przedszkolu. Potem będą należeć do skautów i ich edukacja będzie kontynuowana. Ze skautów pójdą dalej do Hitlerjugend, potem do pracy w przemyśle i ich edukacja kontynuowana będzie tam. Podczas nauki rzemiosła będą otrzymywać tę samą jednolitą edukację. Ci młodzi ludzie po osiągnięciu 18 roku życia staną się członkami partii i znowu będą otrzymywali to samo wykształcenie. Część z nich wstąpi do SA – wciąż takie samo wykształcenie – lub do SS i otrzyma tego wykształcenia więcej. Potem włączą się do siły roboczej i będą uzyskiwali takie samo wykształcenie. Potem armia: tutaj także edukacja musi być kontynuowana i kiedy zwolnieni zostaną po dwóch latach, zostaną natychmiast skierowani do ruchu politycznego i znowu otrzymywać będą dalej tę samą edukację. Będzie istniała jednolita edukacja od dzieciństwa aż po późny wiek. Wierzcie mi, ogół narodu tak wykształcony jest nie do zdarcia; rok 1918 nigdy się więcej nie powtórzy. Zawsze można polegać na narodzie edukowanym w taki sposób, bez względu na to jak złe są grzmoty i burze. Do jednej rzeczy nie wolno dopuścić: do przerwania tej edukacji i jest to obowiązkiem całego niemieckiego korpusu oficerskiego, by poświęcić się temu wspaniałemu zadaniu z fanatyzmem, aby odegrać rolę w tej zunifikowanej edukacji i poszerzać ją.

   Oni sami będą się uczyć podczas tego procesu i pozostaną poinformowani o naukowych percepcjach tak, że nie tylko będą trwać przy powierzonej im młodzieży, lecz zapewnią, że gdy oni sami przejdą dalej do innych zadań, strumień młodej krwi niemieckiej popłynie tym samym kanałem aż do późnej starości i pozostanie wolnym od wątpliwości i wszelkich wahań.

   To, co my wszyscy czynimy w tej mierze, stanowi wielką służbę narodowi niemieckiemu, ponieważ, wierzcie mi, masy chcą, by nimi kierowano. Tak jak lubią swego dowódcę kompanii i cieszą się, że mają kogoś, kto wie, jak dowodzić, kogoś zdolnego do unikania problemów (fragment nieczytelny) w grupach po 80, 100, 150 ludzi, tak i naród niemiecki szczęśliwy będzie, gdy będzie prowadzony przez zjednoczone przywództwo i w ten sposób chroniony przed wszelkim niepowodzeniami.
(żywa owacja)
    Wierzcie mi, ludzie nie potrafią o tym zadecydować sami. Często byłem pytany: „dobrze, a dlaczego nie pozwolić ludziom decydować w tej kwestii?”. Zawsze podejmowałem decyzje, a następnie pytałem ludzi: zgadzacie się z tą decyzją? Jednak nigdy nie spodziewałem się, by ludzie podjęli decyzję. Jeśli przywództwo nie potrafi znaleźć w sobie odwagi, by podejmować decyzje, to czy mogę spodziewać się, że zwykli ludzie z mego narodu ją podejmą? Jeśli myśliciele nie potrafią osiągnąć zgody, to ktoś musi podjąć decyzję. I to jest właśnie to, co jest tak piękne w zawodzie oficera: jest rzeczą w oczywisty sposób niemożliwą, by kompania decydowała, lub batalion, lub nawet mój podwładny oficer, jaką decyzję podjąć.

   Ale jakaś musi zostać podjęta i jeśli ma ona zostać podjęta w sytuacji krytycznej, to oficer może być dumny z jej podjęcia; gdy zaakceptował odpowiedzialność, nie jest ważne, że zdaje sobie sprawę z tego, że może się mylić.
(owacja)
    Lepiej się mylić niż pozwolić masom na przekonanie, że to one rządzą, że decyzja należy do nich; byłoby to równoznaczne z deklaracją porzucenia przywództwa, deklaracja tchórzostwa. To nigdy nie może się zdarzyć.

   Dlatego jestem przekonany – jest to moje głębokie przekonanie – że ta konkretna wojna wzmocni ideę narodowego socjalizmu w siłach zbrojnych oraz że, gdy wygramy tę wojnę, to stanie się tak dzięki temu nowemu kształceniu narodu i dzięki nowym niemieckim siłom zbrojnym; oraz że dlatego musimy podążać za jednym tylko celem: by wzmocnić ogół narodu; uczynić go twardym aż w końcu stanie się nie do zniszczenia, by wypełnić przeznaczoną dla niego rolę w Europie.

   Nie może być wątpliwości co do jednego: albo przegramy tę wojnę – a to stanowiłoby koniec naszego narodu (4) – albo wyjdziemy z niej zwycięsko – i tak się stanie! I to będzie początek naszego panowania nad Europą.
 (długotrwała burzliwa owacja)


PRZYPISY

1. W tym miejscu Hitler odchodzi od prezentowanego w “Mein Kampf” spojrzenia na naród, rasę i rolę państwa w kwestii rasowej. W „Mein Kampf” jednoznacznie zaprezentowany został ten pierwotny pogląd w tomie 2 (“Ruch narodowo-socjalistyczny”), a konkretnie w rozdziale 2 “Państwo”, który w całości można przeczytać w wersji niemieckiej oraz w wersji angielskiej .

2. Zestawienie z kościołem katolickim oraz istniejącym w nim celibatem księży znajduje się także w “Mein Kampf”. Poniżej prezentowany jest pełny fragment z tamtej książki, w celu zademonstrowania pełnego kontekstu:

„Istnieje jeszcze inny powód, dla którego państwo winno przygotować się do takiej sytuacji. Nasza klasa intelektualna, szczególnie w Niemczech, jest tak zamknięta w sobie i tak skamieniała, że brakuje jej kontaktu z klasami poniżej niej. Dwie nieszczęsne konsekwencje z tego wynikają: po pierwsze klasa intelektualna ani nie rozumie szarokiech mas ani nie sympatyzuje z nimi. Jest od nich odcięta od nich tak długo, że nie jest w stanie posiadać jakichkolwiek związków psychologicznych z nimi, które pozwoliłyby jej zrozumieć je. Została odseparowana od ludu. Po drugie klasie intelektualnej brakuje niezbędnej siły woli; gdyż ta zdolność jest zawsze słabsza w wyrobionych sferach, żyjących w odosobnieniu, niż w prymitywnych masach ludu.

Bóg nie poskąpił nam, Niemcom, bogatej kultury naukowej, lecz zawsze bardzo brakowało nam siły woli i zdolności podejmowania decyzji. Na przykład, im bardziej „intelektualni” byli nasi mężowie stanu, tym bardziej brakowało im w większości praktycznych osiągnięć. Nasze przygotowanie polityczne i wyposażenie techniczne dla wojny światowej były wadliwe, z pewnością nie dlatego, że umysły rządzące narodem były zbyt mało wykształcone, lecz dlatego, że ludzie kierujący naszymi sprawami publicznymi byli zbyt wykształceni, wypełnieni aż do przelewu wiedzy i inteligencji, jednak bez jakiegokolwiek zdrowego instynktu i po prostu bez energii lub bodaj ducha śmiałości.

Stanowiło tragedię naszego narodu, że musiał on walczyć o swą egzystencję pod rządami kanclerza, który był filozofującym słabeuszem. Gdybyśmy zamiast Bethmanna Hollwega mieli twardego reprezentanta narodu jako naszego przywódcę, to wtedy krew naszych szeregowych grenadierów nie zostałaby przelana nadaremnie. Przesadnie intelektualny materiał, jakim byli nasi przywódcy, okazał się najlepszym sojusznikiem tych łajdaków, którzy dokonali rewolucji listopadowej. Poprzez powściąganie w nędzny sposób powierzonego jej dobra narodu, zamiast je w pełni i całkowicie reprezentować, ta inteligencja jedynie stworzyła przesłankę dla sukcesu innych.

Kościół Katolicki stanowi tu pouczający przykład. Celibat duchownych zmusza Kościół do rekrutowania swych księży nie spośród swych własnych sfer, lecz progresywnie spośród mas ludu. Jednak niewielu dostrzega znaczenie celibatu w tym kontekście. Tymczasem właśnie w nim leży przyczyna niewyczerpanego wigoru charakteryzującego tę starożytną instytucję. Gdyż poprzez nieustanne rekrutowanie w ten właśnie sposób dygnitarzy eklezjalnych z niższych klas ludu, Kościół jest nie tylko w stanie utrzymać kontakt instynktywnego zrozumienia mas populacji, ale i zapewnić sobie możliwość stałego czerpania z owego zapasu energii, która jest osiągalna w tej formie jedynie wśród mas ludowych. Stąd bierze się zadziwiająca młodzieńczość tego gigantycznego organizmu, jego mentalna elastyczność i żelazna siła woli.”

Adolf Hitler, “Mein Kampf”, tom 2: “Ruch Narodowo-Socjalistyczny”, rozdział 2: “Państwo”

3. Hitler niewątpliwie nawiązuje tu do Bitwy Warszawskiej 1920 roku, kiedy to istotnie udało się powstrzymać pochód “do światowego pożaru rewolucji”, który miał prowadzić “po trupie białej Polski”. Hitler, podobnie jak wielu, uważał, że “Cud nad Wisłą” nie powtórzyłby się już po raz drugi, gdyby Sowieci zaatakowali powtórnie. A stwierdzenie o tym, “czego zdołaliśmy się dowiedzieć” może odnosić się zarówno do przekonania się, w 1939 roku, o niesamowitej słabości militarnej Polski, jak i do zaskakujących wiadomości odnośnie masowej produkcji wojskowej ZSRR. Oto dwa fragmenty wypowiedzi odnoszące się do obu tych kwestii:

19 września 1939 roku w Gdańsku Hitler wygłosił przemówienie, już w pewnym sensie podsumowujące Kampanię Wrześniową. O wartości bojowej Wojska Polskiego wyraził się on wówczas następująco:

„Pragniemy w tym momencie oddać pełną sprawiedliwość żołnierzowi polskiemu. Polak w wielu miejscach walczył dzielnie. Jego niższy szczebel dowodzenia czynił rozpaczliwe wysiłki. Dowodzenie średniego szczebla było mało inteligentne. Jego naczelne dowództwo było złe poniżej wszelkiej krytyki. Jego organizacja była polska.”

To ostatnie słowo zostało użyte w ewidentnie pogardliwym sensie i skwitowane zostało przez słuchaczy salwą śmiechu…

4 czerwca 1942 roku Hitler przebywał z wizytą w Helsinkach. Okazji dostarczyły 75 urodziny prezydenta Finlandii, marszałka Carla Gustava Mannerheima. Oto wyjątek rozmowy obydwu liderów, odnoszący się do zbrojeń radzieckich:

Hitler: „Absolutnie, to jest…posiadali największe zbrojenia, jakie można sobie było wyobrazić. Cóż, gdyby ktoś mi powiedział, że jakiś kraj (…) mógł wystartować z trzydziestoma pięcioma tysiącami czołgów, to powiedziałbym mu: ‘Oszalałeś!’”
Mannerheim: „Trzydzieści pięć?”
Hitler: „Trzydzieści pięć tysięcy czołgów”
Głos z tyłu: „Trzydzieści pięć tysięcy, tak!”

4. Ta teza – albo będąca rzeczywistym przekonaniem, albo jedynie tezą propagandową, bardzo przypomina często powtarzany i dzisiaj w Polsce pogląd – znowu: albo będący rzeczywistym czyimś przekonaniem, albo tezą propagandową – według którego “gdyby Hitler wygrał wojnę, to by nas wszystkich wymordował”…

Continue Reading »
0 Comments

3 września: “od ‘Panienki’ idą Niemcy!”

Sep 3rd, 2009 by monio
3 września: “od ‘Panienki’ idą Niemcy!”

Tak wtedy ktoś zawołał. Była niedziela 3 września 1939 roku. Po jedenastej przed południem skończyła się „suma” czyli główna msza niedzielna w Chorzowie Starym. Ze stojącego na rogu ulic Bożogrobców i Kasprowicza neogotyckiego kościoła św. Marii Magdaleny wychodzili już ludzie. Było ich sporo, jak to w niedzielę po mszy. Schodzili schodkami w dół, na chodnik, a stamtąd do przyległych ulic. I to właśnie wtedy ktoś miał krzyknąć: „od „Panienki” idą Niemcy!”.  „Panienka” to oczywiście NMP  czyli Matka Boska, której statuetka stała (i dalej stoi) na wysokiej kolumnie na drugim, zachodnim, odległym i znacznie niżej położonym końcu ulicy Kasprowicza. Była tam wtedy pętla tramwajowa (od dawna już nie istniejąca). I to od tamtej pętli i kapliczki z „Panienką” szli owi Niemcy (jedna osoba twierdzi, że nie miało to miejsca tuż przed południem, lecz późnym popołudniem po nieszporach).

Nie, nie była to żadna jednostka w zwartym szyku. Po prostu… trzech żołnierzy. Tylko trzech (jedna osoba twierdzi, że czterech). Umajeni byli kwiatami, które albo sami uzbierali lub – co bardziej prawdopodobne – otrzymali je od witających ich ludzi. I tak sobie szli. Gewehre mieli przewieszone przez ramiona, żadnej gotowości do oddania strzału. Najwyraźniej nie spodziewali się, by musieli strzelać. Gdy tak szli pod górę ku kościołowi, ludzie przyglądali się z obu stron ulicy. Jedni tylko się przyglądali. Inni machali rękami, pozdrawiając żołnierzy. Ci odpowiadali również z lekka pomachując rękami. Uśmiechy od ucha do ucha… Ktoś pamięta pewnego młodzika, który pozdrawiał żołnierzy „heilowaniem”. Po dojściu  do ulicy Bożogrobców żołnierze skręcili w prawo, w dół ku „krajcokowi” czyli głównemu skrzyżowaniu w Chorzowie Starym. A dalej albo poszli w kierunku centrum (co bardziej prawdopodobne) lub ku Siemianowicom.
Tak „zajęty” został Chorzów Stary… 3 września siedemdziesiąt lat temu…

Niecałe pięć i pół roku później, przy tej samej ulicy, przy tej samej „Panience”, w styczniu pod śniegiem leżało kilku innych żołnierzy. Też niemieckich. Wszyscy bez butów (bolszewicy im je pościągali..). I tak „Panienka” widziała zajęcie Chorzowa Starego przez Niemców oraz ich stamtąd odejście… To pierwsze w pełni lata, to drugie w pełni mroźnej zimy…

Ale wracając do owego września:
Pierwszego września wieczorem na podwórzu miejscowego posterunku policji palono jakieś dokumenty. Mieszkańcy widzieli to wyraźnie, zwłaszcza z okien budynków po przeciwległej stronie ulicy. Zresztą  wyraźnie widać było dym unoszący się ku górze. Następnego dnia, 2 września, nie było w okolicy ani jednego polskiego policjanta, nie było widać żadnej władzy.

W Chorzowie Starym wszystko odbyło się bez incydentów. W centrum natomiast działo się nieco więcej. Co prawda tylko nieco więcej. Tam, gdzie dziś jest pętla tramwajowa linii „12” (biegnącej od centrum, przez Chorzów Stary, do Siemianowic), był przed wojną mały staw. Gdy iść obok pomnika hrabiego von Reden (na zdjęciu) dalej, dochodzi się do owej pętli, czyli do owego niegdysiejszego stawu. I tam właśnie, gdzieś chyba zaraz z tyłu za pomnikiem, po jego lewej stronie, leżał zabity mężczyzna w średnim wieku. Ubrany był w popielate „pumpy”, czyli krótkie spodnie z podkolanówkami, tak modne przed wojną, a wyglądające jak na zdjęciu obok. Został zastrzelony, nie wiadmomo właściwie z jakiego powodu. Prawdopodobną wersją jest, że znajdujący się już w centrum Niemcy próbowali go zatrzymać. Najpewniej wystraszył się i zaczął uciekać. Wtedy do niego strzelili…

Taki był, pokrótce, dzień 3 września w Chorzowie. W dniu, w którym od „Panienki” przyszli Niemcy…

Michał Monikowski
Perth, Australia

P.S.  Zdjęcie “Panienki” zaczerpnięte z forum sympatyków i mieszkańców Chorzowa, zamieszczone tam przez użytkowniczkę “Neottia”.

Użyteczny link do dyskusji http://forum.chorzow.slask.pl/viewtopic.php?p=50633#50633

Continue Reading »
0 Comments

Katarskie Termopile

Sep 2nd, 2009 by monio
Katarskie Termopile

765 lat temu, 16 marca 1244 roku, zakończyła się dramatyczna dziesięciomiesięczna epopeja obrony twierdzy Montségur, stanowiąca kulminację wielu dziesiątkow lat represjonowania Kościoła Katarskiego na południu Francji. Kapitulacja Montséguru okupiona została dodatkowo spaleniem na stosie niemal połowy spośród 400-500 osób. Dlatego też w kościołach gnostyckich dzień 16 marca figuruje w kalendarzu liturgicznym jako Montségur Day, w intencji męczenników katarskich odprawiana jest msza.

 

“A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25;40)

“Przez kilka lat głosiłem wam słowa pokoju. Wygłaszałem do was kazania; zaklinałem was ze łzami w oczach. Ale, jak powiedzenie mówi w Hiszpanii, gdzie błogosławienstwo nie skutkuje, podziała dobry, gruby kij. Teraz rzucimy książąt i prałatów przeciw wam; a oni zbiorą całe narody i ludy, i wielu zginie od miecza. Wieże upadną i mury zrównane będą z ziemią, a wy, wy wszyscy, pójdziecie w niewolę. Tak siła przeważy tam, gdzie łagodna perswazja zawiodła”

Takimi słowami miał zwrócić się do zebranych w Prouille ”święty” Dominik krótko przed rozpoczęciem “krucjaty” przeciw katarom w Langwedocji według świadectwa jednego z jemu współczesnych, dominikanina Stephena de Salagnac. Mniejsza o to teraz, czy te słowa oddają wiernie to, co mówił Dominik czy też mają one wartość – by tak rzec – “apokryficzną”. Dość, że oddają z grubsza politykę władz Kościoła Rzymskiego w tamtym regionie. Gdy beznadziejnie zawiodły próby zduszenia albigensjanizmu przy pomocy nawracania oraz publicznych debat z liderami Kościoła Katarskiego, postawiono na rozwiązanie siłowe.

 “… aby kościół miał siedzibę…”

Ludzkie siedlisko (lub co najmniej przejsciowy obóz) musiało istnieć tu już w starożytności. Archeologowie znalezli tu bowiem monetę rzymską datowaną na okres pomiedzy rokiem 260 a 280 naszej ery. Istotnie, miejsce to znakomite z punktu widzenia bezpieczeństwa: trudno dostępne i ułatwiające obronę. Nic dziwnego zatem, że było nazywane “Bezpieczną Górą” (“Mont Segur”; po angielsku brzmiałoby to jak “Mount Secure”). Nie zaskakuje zatem fakt, że budowano tam fortece.

Jeśli zaś chodzi o katarów, to musieli oni zacząć pojawiać się w tym miejscu około poczatku XIII wieku. Wiemy na przykład, że około roku 1204 stara forteca była w stanie ruiny i perfekci zwrócili się do kasztelana Montségur, Raymonda de Perella (lub de Pereille) o odbudowanie oraz wzmocnienie jej, co tez zostało szybko uczynione. Zbiegło się to w czasie z poczatkiem tzw. “krucjaty” przeciwko katarom (1209). Wówczas jednak – jak się miało okazać – jeszcze nie istniała bezpośrednia potrzeba obrony.

Od początku XIII wieku przebywali tam katarscy biskupi, zwłaszcza dotyczy to niemal legendarnego biskupa Guilhaberta de Castres. De Castres jednak nigdy nie zatrzymywał się tam długo. Często zmieniał miejsce pobytu, podobnie zresztą jak większość katarskich przywodcow i kaznodziejow. Wkrótce – szczególnie po “krucjacie” roku 1209, zbocza skały zapełniać się zaczeły małymi domkami (chatami raczej), w których mieszkały osoby (głównie kobiety), które poświęciły się życiu charakterystycznemu dla perfektów. Tutaj znalazły one miejsce odpowiednie dla swych studiów, modlitwy oraz medytacji. W ten sposób powstała cala wioska otoczona, w celach obronnych, drewnianą palisadą. Trudno dziś ocenić ilu ludzi przetoczyło się w tamtych latach przez tę wioske oraz fortecę, nie tylko zresztą w celu studiowania czegokolwiek, ale przede wszystkim, aby odwiedzić to miejsce w celach religijnych.

Wizyty składali tutaj nie tylko ci, którzy znani byli jako katarzy. Przybywało tu także wielu pielgrzymów znanych w swych okolicach jako “dobrzy katolicy”. Wyrażali tu szacunek zatrzymujacym się tu perfektom i brali udział w katarskiej liturgii, m.in. w ‘łamaniu chleba’. Tam też obchodzili Boże Narodzenie i święto Zesłania Ducha Świętego. Wielu katarów życzyło sobie otrzymać sakrament consolamentum własnie w tym miejscu. Wielu smiertelnie chorych życzyło sobie tutaj umrzeć i niektórzy byli tu istotnie przetransportowywani.

Można sobie z łatwością wyobrazić, że w gorących latach “krucjaty”, terroru oraz okupacji, Montségur stawał się również miejscem pielgrzymek i spotkań o charakterze politycznym czy też ‘religijno-patriotycznym’. Przechowywano tutaj także broń.

Oficjalnie swego rodzaju “stolicą apostolską” Kościoła katarskiego Montségur został jednak dopiero w roku 1232. Wtedy to odbyło się tam spotkanie biskupa Guilhaberta de Castres i około 30 perfektów oraz szeregu przedstawicieli lokalnej szlachty z kasztelanem Raimondem de Perella. Biskup de Castres skłonił kasztelana do uczynienia tam swoistej twierdzy Kościoła, tak, aby Kościół “…był w stanie mieć tam swoją siedzibę oraz głowę oraz by mógł stamtad bronić swoich kaznodziejów”.

W tym samym roku miał tam miejsce synod. Tak więc Montségur miał swoje duchowe przywództwo (Guilhabert de Castres, który tu wyświęcił paru biskupów takich jak Teuto, biskup Agen, Vignoreux de la Bacone czy Jean Cambiaire), swój bardzo mały (mniej niż stu żołnierzy), lecz dobrze wyszkolony garnizon po dowództwem Pierre-Rogera z Mirepoix i intensywne życie religijne.

Należy w tym miejscu zaznaczyć, że obecne ruiny twierdzy Montségur nie pochodzą z czasów katarskich, gdyż tamta twierdza, zbudowana w latach 1204-1210 została całkowicie zburzona przez wojska króla Francji po kapitulacji katarskiej w marcu 1244 roku. Obecne ruiny to pozostałości twierdzy wznoszonej stopniowo w ciagu trzech nastepnych wieków przez wojska królewskie. Archeologowie nazywają je ” Montségur III”. Grupa badająca to miejsce w latach 1964-76, znana jako Groupe de Recherches Archeologiques de Montségur et Environs (GRAME), w swoim raporcie stwierdziła jednoznacznie, że “nie pozostał ślad ruin pierwszej fortecy, opuszczonej przed XIII wiekiem (Montségur I), ani też tej, która zbudowana została przez Raymonda de Perella ok. 1210 roku (Montségur II)”.

Jedynymi autentycznymi ruinami katarskimi na wzgórzu są pozostałości kamiennych domów mieszkalnych, wzniesionych tam przez katarów, a wspomnianych powyżej.

Ku oblężeniu

“Pamiętaj o nich, Panie, w Twym Królestwie (…) O wiernych, którzy służyli Tobie, gdyz inaczej nie mogli postąpić, którzy żyli w wieku, gdy szukanie Ciebie okupowane było ich życiem”

Guillaume Arnald i Pierre Seila zostali pierwszymi ‘formalnymi’ inkwizytorami w Kościele w roku 1233. Byli niezależni w swych poczynaniach zarówno od lokalnych biskupów, jak i od władz świeckich. Pierwszą ich akcją było zatrzymanie, błyskawiczne osądzenie, skazanie oraz natychmiastowa egzekucja czołowego katara w Tuluzie nazwiskiem Vigores de Baconia (Vignoreux de la Bacone). Następne ‘akcje’ tego typu nie dały na siebie długo czekać: Arnald i Seila działali w wyjatkowo zajadły sposób, toteż już wkrótce hrabia Tuluzy skarżył się w liście do papieża na ekscesy tych dwóch fanatycznych dominikanów. Ignorowali oni wszelką procedurę prawną, przesłuchiwali podejrzanych o herezję “za zamkniętymi drzwiami”, odmawiając im asysty prawników oraz stosowali najgorsze formy terroru.

Niektórzy z przesłuchiwanych byli tak zastraszeni, że w celu ochrony własnej skóry oskarżali o herezję niemalże kogo się tylko dało. Inni zaś, korzystając z aury tajemnicy, stworzonej przez inkwizytorów, rzucali oskarżeniami na swoich osobistych wrogów dla załatwienia prywatnych porachunków. Arnald i Seila mieli też mścić się i terroryzowac osoby pragnące złożyc na nich skargę do papieża. “Istotnie, zdają się oni starać pchać ludzi ku omyłce raczej niz prawdzie, gdyż prowokują ogromne wzburzenie w kraju, a przez swoje ekscesy podburzają lud przeciw klerowi oraz zakonnikom”.

Kto wie zresztą, czy to wlaśnie nie było ich celem. Świadectwo hrabiego znajduje pełne potwierdzenie w faktach. Spanikowani ludzie oskarżali siebie nawzajem do takiego stopnia, że nawet wszyscy dominikanie w Tuluzie zwerbowani przez inkwizycję nie byli w stanie ich wszystkich przesłuchać. Toteż do tej wyjątkowo ohydnej roboty zaprzęgnięto dodatkowo miejscowych franciszkanów jak również kler diecezjalny. Wyznaczano czas, w którym mieszkańcy mieli stawić się przed inkwizytorami w celu wyznania swych “omyłek” (dzis powiedzielibyśmy: ‘w celu złożenia samokrytyki’) jeśli chcieli uzyskać ‘odpust’. Osoby uchylające się od tego niecodziennego ‘obowiązku’, w razie zadenuncjowania przez innych, miały być sądzone z całą surowością prawa.

Jak gdyby zamieszania spowodowanego tego rodzaju ‘troską duszpasterską’ jeszcze nie było dość, wyroki inkwizycyjne nie miały charakteru ostatecznego. Znaczyło to np., że osoba raz skazana, mogła zostać w przyszłości skazana powtórnie za to samo ‘przewinienie’. Po zaprowadzeniu tego rodzaju porządków w Tuluzie, Arnald i Seila zaczęli podobnie postepować również gdzie indziej: w Cahors skazywali heretyków pośmiertnie, rozgrzebując ich groby, wyciągając stamtad zwłoki i paląc je na stosie. W Moissac skazali na śmierć “hurtem” 210 katarów, paląc ich o jednym czasie i w jednym miejscu. Skargi na inkwizytorów mnożyły się. Papież jedynie zareagował listem do nich, nakazując umiar (którego jednak miało w końcu nie być) oraz dokooptowując do dwójki dominikanów franciszkanina nazwiskiem Stephen de Saint-Thibéry.

Niczego to jednak nie zmieniło. Machina terroru nakręcała się dalej. Powodowała ona jednak nie tylko strach, ale i rosnące oburzenie. Kwestią czasu była w tych warunkach riposta w postaci atakow na dominikanów. Tak więc już w tym samym roku trzech dominikanów wrzucono do studni w Cordes. W 1234 roku konwent tego zakonu w Narbonne został splądrowany przez rozwścieczony tłum. W 1235 roku zaś dominikanie usiłujący dokonać aresztowania w Tuluzie zostali pobici i poszczuci psami. Wkrótce też oficjalnie zostali wygnani z tego miasta przez jego władze (przejściowo, co prawda). Ponieważ nie chcieli stamtad odejść, straż miejska wraz z tłumem mieszczan wyrzuciła ich siłą.

Sytuacja stała sie w międzyczasie tak napięta, że hrabia wręcz nakazał mieszkancom ignorowanie wezwań inkwizycyjnych do stawiania się i składania zeznań. I tak, jak dotąd pisano skargi do papieża na inkwizytorów, tak teraz papież z kolei wziął się za pisanie swoich skarg do hrabiego Tuluzy. W liście do niego wyrażał oburzenie z powodu owego zakazu składania zeznań przed inkwizycją. Skarżył się też, że władze miasta odmawiają sprzedawania czegokolwiek biskupowi oraz klerowi w ogóle, że mnożą się ataki na kler, że biskup nie może wygłaszać kazań itd.

Kilka lat tego rodzaju porządków oraz ich skutków przygotowało podatny grunt dla rebelii. I jeśli w ogóle można się czemukolwiek tutaj dziwić, to nie temu, że do tego buntu w końcu doszło (począwszy od 1240 roku) i nie temu, że doszło do zamachu na inkwizytorów, lecz raczej, że bunt wybuchł tak pózno oraz że zamachów nie było więcej. Szczególnie trójka inkwizytorów (Arnald, Seila i Saint-Thibéry) budziła nienawiść katarów. Nienawiść do tego stopnia wielką, że dowódca garnizonu montsegurskiego, Pierre-Roger de Mirepoix, pragnął pózniej, by zamachowcy przynieśli mu czaszkę Arnalda, którą zamierzał obramować złotem i używać jej jako czarki do picia wina. Był rozczarowany, gdy mu jej nie przyniesiono, gdyż podczas zamachu została rozbita siekierą.

Zamach ten miał miejsce 28 maja 1242 roku w Avignonet. Zginęli Guillaume Arnald, Stephen de Saint-Thibéry oraz kilku ich asystentów (Pierre Seila został w Tuluzie). To zabójstwo (oraz sposób jego popełnienia) nie stanowiłoby chluby dla nikogo, to pewne. Nie jest jednak prawdą, że spowodowało ono reakcję w postaci akcji zbrojnej przeciw katarom oraz oblężenia ich centrum religijnego. Akcję taka zaczęto już planować w roku 1241, na rok przed zabójstwem w Avignonet.

Oblężenie

“…Gdyż wszyscy ci, co uznali panowanie Lucyfera i upadli z Raju, przyszli z siedmiu królestw, wznieśli się na szklane niebo, a za każdego, co się wzniósł, inny spadł…”

Głównodowodzacy armii królewskiej, Hugues de Arcis, rozporządzał zmienną liczbą wojska, sięgająca 10 tysięcy zbrojnych. Odciął najprostszą drogę zaopatrzenia oraz okupował wieś. Swoją akcję rozpoczął 13 maja 1243 roku. “Montségurczycy” mieli po swojej stronie miejsce, którego zamierzali bronić; twierdzę na przeogromnej skale, z trudnym dostępem z punktu widzenia atakujących. Mieli swoją niezachwianą wiarę w słuszność swojej sprawy no i polegali na obietnicach odsieczy (głównie ze strony hrabiego Tuluzy, Rajmunda VII). Byli też dobrze zaopatrzeni w żywność i wodę, a ogromna masa skały ukrywała szereg – z zewnątrz niewidocznych – przejść i ścieżek, którymi można było dostarczać (i dostarczano!) tego, czego potrzebowano, choć nieregularnie.

Przeciw obrońcom natomiast przemawiała mała liczebność ich własnego garnizonu oraz stosunek sił liczbowych żołnierzy jak jeden do kilkudziesięciu (tuż przed oblężeniem liczebność garnizonu wzrosła ze stu, niektórzy autorzy są przekonani, że osiągnęła ok. trzystu zbrojnych).

Trzeba jednak przyznać, że choć przewaga liczebna istotnie była po stronie oblegających, to i Hugues de Arcis stanął przed nie lada problemem. Nie mógł liczyć na szybkie zajęcie fortecy, do której dojście dla oblegających istniało w zasadzie tylko z jednej strony. Nie mógł liczyć na poparcie lokalnej ludności ze wsi, bo sympatie tejże były zdecydowanie po stronie katarów. Jego główna przewaga leżała raczej w tym, że mógł zawsze liczyć na dopływ świeżych sił oraz na niczym niezakłócone zaopatrzenie (z tym z kolei problem mieli obrońcy).

Dodatkową jednak niewygodą dla oblegających był fakt, że – gdy nadeszła zima – ich wojska, a raczej ta ich część, która zajmowała pozycje blisko samej twierdzy, nie mogła nawet liczyć na ochronę przed śniegiem, mrozem i wiatrem na górze. Ci ludzie również musieli wykazać hart ducha, zwłaszcza, gdy oblężenie przeciągało się w nieskonczoność, powodując tym samym zniechęcenie wsród wojsk królewskich. De Arcis był przygotowany na taką okoliczność, nawet jednak i on nie przeczuwał, że zostanie “przykuty” do tej skały na równych dziesięć miesięcy. Jego zadanie okazało się tym trudniejsze, że jego armia cierpiała z powodu ciagłych dezercji oraz – co warte podkreślenia – z powodu biernego współdzialania wielu jego żołnierzy z obleganymi. Tłumaczy to miedzy innymi fakt, że tak często wysłannicy katarscy z łatwością “przedzierali się” przez kordon wojsk królewskich do Montségur i z powrotem.

Probówano atakować twierdzę. Bez skutku. W ciągu pięciu miesiecy od maja do października jedynie trzech obrońców zostało śmiertelnie rannych. Nie posunięto sie ani o metr. Przewaga atakujących robiła jednak swoje. W październiku (lub na początku listopada) baskijscy najemnicy w armii królewskiej wdarli się na występ skalny około 80 metrów od zamku. Tam zbudowano machinę miotającą pociski kamienne (tzw. “trebuchét”), by przy jej pomocy bombardować pozycje obrońców. Wówczas katarzy sprowadzili swojego specjalistę, nazwiskiem Bertrand de La Baccalaria, który zbudował im podobna machinę, bombardującą pozycje oblegających.

Dopiero około 2 do 2,5 miesiąca pózniej baskijscy wspinacze, najprawdopodobniej na skutek zdrady, podeszli (drogą wykutą w skale przez katarów) pod mały barbakan, zaskoczyli jego obsadę, wybijając ją. Od tego momentu położenie obrońców zamku stało się znacznie trudniejsze, jako że z tej odległości “krzyżowcy” mogli już bombardować wschodnią ścianę twierdzy. Była ona jednak wyjątkowo potężna, stąd też kruszenie jej musiało się przeciągać. Tym bardziej, że Baccalaria natychmiast zbudował katarom następną machinę odpowiadającą ‘wet za wet’ machinie francuskiej. Oblężenie przeciagnęło się więc o dalsze dwa miesiące. W ciągu tego okresu przypuszczano wprawdzie ataki na zamek, katarzy jednak zdołali je wszystkie odeprzeć.

Jednak przedłużające się walki dawały się we znaki bardziej obrońcom (których było znacznie mniej) niż oblegającym (których było znacznie wiecej i którzy mogli zmieniać oraz uzupełniać linię ataku). Pierre-Roger de Mirepoix postanowił zatem spróbować wypadu z twierdzy na barbakan, aby go odbić i spalić francuski trebuchet. Wypad ten miał miejsce w nocy z 29 lutego na 1 marca 1244 roku, zakończył się jednak niepowodzeniem. Katarzy zostali odparci, zaś do kontrataku przystąpili z kolei Francuzi i Baskowie, którzy spróbowali wykorzystać sytuację i wedrzeć się do zamku. Obrońcom pospieszyli z pomoca przebywający w Montségur cywile (w tym kobiety). Przeciwnicy zostali odparci i zepchnięci z powrotem do barbakanu. Straty po obu stronach musiały być jednak dotkliwe, zwłaszcza, że walczono na wąskim przesmyku skalnym. Stąd też większa zapewne była liczba zabitych niż rannych.

Negocjacje w sprawie kapitulacji rozpoczeły się nazajutrz, 1 marca 1244. Trwały bardzo krótko i zakończyły się tego samego dnia. Epopeja katarskich Termopil dobiegła konca. Warunki rozejmu były nastepujące:

1.  garnizon pozostaje w twierdzy przez nastepnych 15 dni i w międzyczasie wypuści jenców,

2.  garnizon otrzymuje przebaczenie wszelkich win przeszłych, włączając w to zamach w Avignonet,

3.  mężczyźni pod bronią mogą odejść ze swym bagażem oraz bronią, później jednak będą składać zeznania przed inkwizycją. Otrzymają jedynie lekką pokutę,

4.  pozostałe osoby w fortecy otrzymają te same warunki. Nałożona zostanie na nie jedynie lekka pokuta pod warunkiem, że wyrzekną się wiary katarskiej i złożą zeznanie przed inkwizycją. Osoby odmawiające porzucenia herezji spłoną na stosie,

5.  twierdza Montségur przechodzi w ręce Kościoła i Korony Francuskiej

Co do punktu 4, wszystkie osoby, które były perfektami oraz te, które przyjęły consolamentum w twierdzy (podczas oblężenia) zostały istotnie spalone. Nie na stosie jednak. Ponad 200 osób (205 do 230) zostało spalonych wspólnie w jednym gigantycznym ogniu, do rozpalenia którego użyto zapewne m.in. części palisady z Montségur i drewnianych części budynków.

Zwraca uwagę wyjątkowo łagodne potraktowanie osób zamieszanych w zamach na inkwizytorów w Avignonet. Jak na “powód” do akcji zbrojnej przeciw heretykom, zamach ten został zatem potraktowany “powierzchownie”. Wydawać by się mogło przecież, że to własnie sprawcy owego zamachu zostaną starannie “wyłuskani” spośród kapitulujących i ukarani jako pierwsi. Tymczasem darowano im nie tylko życie, ale i wolność! Czy była to więc łaskawość “Matki-Kościoła”, zawsze chętnie wybaczajacej zbłąkanym “dzieciom”? 

Wątpliwe bowiem dlatego, że gdy “jedną ręką” rozgrzeszano zamachowców, “drugą ręką” wrzucono bezceremonialnie do ognia ponad 200 osób niewinnych żadnej zbrodni i których jedynym przewinieniem było przyjęcie katarskiego sakramentu. Jest to “szczegół” wyraźnie wskazujący, że akcja zbrojna podjęta w Langwedocji nie stanowiła żadnego ‘odwetu’ za zamach na inkwizytorów (choć dziś jeszcze używany jest argument o zamachu jako ‘przyczynie’), lecz że była ona zaplanowaną na zimno akcją, ktorej celem była definitywna eksterminacja wiary katarskiej i dla której ów zamach był jedynie pretekstem. 

Pole Spalonych

“…Pamiętaj o tych, co dali więcej niż mogli, więcej istotnie niż posiadali; więcej aniżeli dać powinni…”

Po upłynięciu 15 dni przed głównym wejściem twierdzy stawili się Hugues de Arcis osobiście, w asyście swoich rycerzy. Kościoł Rzymski reprezentowany był przez biskupa Albi oraz przez dwóch inkwizytorów z zakonu dominikanów: brata Ferriera oraz brata Durantiego.

W sumie około połowy wszystkich osób wyprowadzonych z twierdzy spalono tego dnia, 16 marca 1244 roku, pod murami Montségur. Spośród tych, którzy ocaleli, było kilku katarów, którzy wynieśli potajemnie coś, co aż po dziś dzień jest przedmiotem wielu kontrowersji, a mianowicie “skarb z Montségur”. Zeznający później przed inkwizycją Alzeu de Massabrac, powołując się na świadectwo Arnalda-Rogera de Mirepoix stwierdził:

“…gdy haeretici przybyli z twierdzy Montségur, która przekazana została Kościołowi i Koronie Francuskiej, Pierre-Roger de Mirepoix zatrzymał wewnątrz wspomnianej fortecy Amiela Aicarta i jego przyjaciela Hugona, będących heretykami; w nocy, podczas której inni heretycy zostali spaleni, ukrył wspomnianych heretykow i pomógł im zbiec; i było to uczynione, aby Kościół heretyków nie utracił swego skarbu, który ukryty został w lesie; a uciekinierzy znali miejsce, w którym on spoczywa…”

Perfekci tworzyli osobną grupę opuszczajaca twierdzę. Arpaïs de Ravat, córka kasztelana Raymonda de Perella i jego żony Corby (ktora krótko przedtem została perfektą) stwierdza, mówiąc o tej właśnie grupie, że “…zostali brutalnie wywleczeni z twierdzy Montsegur”.  Spośród liderów kościoła katarskiego był w tej grupie biskup Bertrand Marty oraz Raymond Aiguilher, który szareg lat wcześniej brał udział (wspólnie z Guilhabertem de Castres oraz innymi liderami) w debacie z liderami katolickimi i Dominikiem w Montreal.

Mniej więcej 200 metrów od samej fortecy, ale wciąż w górnej części wzniesienia, tam, gdzie dziś stoi skromny postument upamiętniający pomordowanych, znajduje się miejsce zwane “Polem Spalonych”. Guillaume de Puylaurens (kronikarz XIII-wieczny, ksiądz, notariusz biskupstwa w Tuluzie, a pózniej kapelan hrabiów tuluskich) informuje, że tam ‘krzyżowcy’ “…zbudowali palisadę ze słupów i pali”. Wewnątrz niej umieścili “niezliczoną ilość chrustu”. Owych ponad dwieście osób zostało tam następnie wpędzonych (lub może wręcz wrzuconych) i spalonych wspólnie. Nie było zatem osobnych stosów. 

“Wielkie dni kataryzmu w jego centrum dobiegły końca zarówno w tragedii jak i w chwale, w epizodzie, ktory zademonstrował po raz kolejny niezwykłą siłę kataryzmu w największych przeciwnościach” – przyznaje Malcolm Lambert, autor, którego bynajmniej nie można “posądzić” o zbytnie sympatie katarskie.

“Zmiłuj się, Panie, nad wszystkimi spalonymi z tego świata. Zmiłuj się nad tymi, co miłowali aż poza ten świat. Nad wszystkimi, co miłowali. Nad wszystkimi, co posiadali cokolwiek prawdziwego do umiłowania. Amen”

Epilog

Raymond de Perella, kasztelan Montségur – poddając twierdzę, skazał tym samym na śmierć swoją żonę, jej matkę oraz swoją najmłodszą córkę Esclarmondę (wszystkie one mające status “perfektów” w Kościele Katarskim).

Pierre-Roger de Mirepoix – wbrew pozorom owo ułaskawienie też nie przeszło tak gładko i bez kłopotów, jak by na to wskazywały warunki kapitulacji twierdzy Montségur. Po opuszczeniu twierdzy, Pierre-Roger z Mirepoix znika na okres 11 lat. W 1255 roku wymieniony jest w pewnym dokumencie jako “…pozbawiony swych włości za obronę i podjudzanie heretyków w twierdzy Montségur”. Odzyskał pełnię swych praw w roku 1257.

Guilhabert de Castres – nigdy nie wpadł w ręce inkwizycji. Nigdy nie został przez nikogo zdradzony. Jesli żył jeszcze w okresie oblężenia Montségur w latach 1243-44, był już zapewne w bardzo zaawansowanym wieku.

Twierdza Montségur – po kapitulacji została zburzona po zajęciu jej przez wojska królewskie. Nowym kasztelanem został Guy I des Levis. Za jego czasów (oraz pózniej – w sumie w ciagu 3 wieków) została tam zbudowana nowa forteca. Miała swoj garnizon jeszcze w XVI wieku. W 1757 roku wciąż należała do rodziny des Levis. To właśnie ruiny tej po-katarskiej fortecy zachowały się po dziś dzien i są odwiedzane przez co najmniej sto tysięcy osób rocznie. W roku 1929 Otto Rahn, zafascynowany katarami prowadził tam badania. Pózniej w roku 1947 z inicjatywy rządu francuskiego przeprowadzono częściowe odrestaurowanie ścian zamku. Z kolei w latach 1964-76 badania prowadzone były przez ekipę archeologiczną.

Skarb katarski z Montségur – w sumie – według Berengara de Lavelanet – czterech katarów (włączając dwóch wymienionych powyzej) miało wziąć udział w ocaleniu skarbu z Montségur. Legendy krążyły pózniej na jego temat mówiące m.in. o Świętym Graalu jako owym skarbie. Z całą pewnością skarb ten zawierał pieniądze potrzebne na bieżące wydatki Kościoła (część z nich została wyniesiona z Montségur nieco wcześniej, wtedy gdy “krzyżowcy” zajęli barbakan). Mógł również zawierać szczególnie cenną literaturę. Istnieje interesująca (i warta przeczytania) teoria, według której częścią skarbu miał być – ni mniej ni więcej – Całun Turyński

Kościoł Katarski – kapitulacja twierdzy nie oznaczała końca tego Kościoła. Nie była to zresztą ostatnia twierdza katarska zdobywana przez wojska królewskie. Np. 11 lat później padł Queribus (1255), a i jego upadek nie zakończył działalności katarów. Istnieje opinia, że efektywnie era kataryzmu kończy się w wieku XIV, jesli chodzi o kataryzm we Francji, we Włoszech w wieku XV. Malcolm Lambert wymienia datę 1412, kiedy to w Chieri, na południowy wschód od Turynu, lombardzki inkwizytor dominikanski kazał ekshumować zwłoki 15 heretyków i spalić je publicznie wraz z wizerunkami zmarłych.

Według pewnej tradycji, Christian Rosencreutz, założyciel Różokrzyżowców, był potomkiem rodu Germischhausen, praktykującego kataryzm potajemnie przez szereg pokoleń. Nikt nie jest jednak w stanie zweryfikować obecnie prawdziwości rozmaitych tradycji, zwłaszcza jeśli mowa jest o praktykowaniu kataryzmu potajemnie. Wiadomo np., że wprowadzony został przez Kościół Rzymskokatolicki obowiązek uczestniczenia we mszy świętej oraz w eucharystii, przy czym sprawdzana była obecność. Wiemy zatem, że oficjalnie praktykowanym był rzymski katolicyzm. Natomiast jest rzeczą bezdyskusyjną, że popularność katarów dawała i daje o sobie znać. Francuski Kościół Gnostycki, założony przez Doinela w XIX wieku oparty był do pewnego stopnia na tradycji katarskiej.

Sakrament Consolamentum istnieje do dziś także w kościołach gnostyckich o liturgii bazowanej na katolicyzmie (jak Ecclesia Gnostica). Istnieje również, jak się okazuje, Kościół Katarski  (lub może raczej neo-katarski) w USA, który zdaje się być wspólnotą nieco podobną do Amishów.

W samej Langwedocji sympatie katarskie są po prostu nieustającą rzeczywistością. Stephen Hoeller, biskup gnostycki (Ecclesia Gnostica) w swej niedawno wydanej książce ”Gnosticism. New Light in the Ancient Tradition od inner knowing” cytuje m.in. wypowiedź pewnego sędziwego mieszkańca tego regionu. Usłyszawszy w pewnej rozmowie słowo “katar”, powiedział on: “Catares, Madamme? My zawsze byliśmy katarami, chociaż o tym nie mówimy. I na zawsze też pozostaniemy katarami”.

Wspomniany powyżej Otto Rahn, który prowadził badania w Montségur i który uzyskał ogromną wiedzę na temat katarów, miał – według niektórych – wręcz sam nawrócić się na kataryzm na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

Kościół Katolicki - w tym miejscu, niejako na zakończenie, warto zacytować opinię obojga autorów, na których się tu niejednokrotnie powołano:

“…represywny terroryzm narzucany, jako polityka, przez inkwizycję przez kilka stuleci narodom Zachodu – był tym, co mialo podminować gmach Kościoła od wewnątrz i spowodować straszliwe obnizenie standardów moralności chrześcijańskiej i cywilizacji katolickiej (…) Począwszy od XIII wieku nie znajdujemy świętego lub doktora w Kosciele katolickim, wystarczająco odwaznego, by stwierdzić (jak to na przykład czynila Św. Hildegarda  w XII wieku), że człowiek mylący się w sprawach religijnych jest wciąż stworzeniem Bożym i że pozbawianie go życia stanowi zbrodnię. Kościół, ktory tak chętnie zapomniał o tej prostej prawdzie, nie zasługiwał na miano “katolickiego”; można stwierdzić zatem, że pod tym względem herezja wymierzyła Kościolowi cios, po którym nigdy nie przyszedł on do siebie.

Zwycięstwo zostało odniesione za zbyt wysoką cenę. Nawet jeśli Kościół Rzymski, przyjmując twardą linię wobec herezji, oszczędził zachodniemu chrześcijaństwu powaznych problemów, które mogły z hukiem doprowadzić całą strukturę społeczną i kulturalną do ruiny – a to pod żadnym względem nie jest pewne – osiagnął on to za cenę kapitulacji moralnej, której konsekwencje ponosi on jeszcze dzisiaj.” (Zoe Oldenbourg)

“Walka z kataryzmem dopomogła w sfabrykowaniu wizerunku heretyka jako sługi Szatana, podczas gdy Vox in Rama Grzegorza IX przybiła pieczęć autorytetu nad rodzajem obscenicznego oszczerstwa, niegdyś uzywanego przeciw wczesnym chrześcijanom a potem, w melancholicznym grymasie, zwróconego przeciw chrześcijańskim heretykom (…) od Vox in Rama droga wiodła az do Malleus maleficarum, Biblii łowców czarownic oraz do szalenstwa, które rozciagnęło się na Reformację i splamiło reputację zarowno katolików jak i protestantów. Był to najważniejszy spadek pozostawiony przyszłości przez epizod katarski – spadek, który sami katarzy z pewnością by odrzucili.” (Malcolm Lambert)

 
Michał Monikowski
Perth, Australia

 

Cytaty pod śródtytułami oraz przed epilogiem pochodzą z Kolekty oraz Czytania z mszy gnostyckiej na Montségur Day. Barwa liturgiczna na Montségur Day – fioletowa lub czerwona.

Literatura:

Zoe Oldenbourg. Massacre at Montségur. A History of the Albigensian Crusade. Phoenix Press, London 2000. ISBN I 84212 428 5

Malcolm Lambert. The Cathars. Blackwell Publishers  Oxford/UK & Malden/USA 1998/1999. ISBN 0 631 14343 2, ISBN 0 631 20959 X

Continue Reading »
0 Comments

Niepokoje w Warszawie – 1861

Jul 22nd, 2009 by monio
Niepokoje w Warszawie – 1861

W części 6 artykułu „Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami” wspomniany został artykuł „Niepokoje w Warszawie” („Die Unruhen in Warschau”) opublikowany w „Süd-Australische Zeitung” Nr 3 z dnia 8 stycznia 1862 roku, a odnoszący się do sytuacji w Polsce na krótko przed wybuchem Powstania Styczniowego. Jego tekst zachowany jest na mikrofilmach Biblioteki Stanowej Południowej Australii w Adelaide. Poniżej prezentujemy ten artykuł w jego pełnym polskim tłumaczeniu wraz z dodatkowymi informacjami. Tekst ten publikujemy za zgodą Biblioteki Stanowej Południowej Australii w Adelaide. 

Wprowadzenie

W tekście zawarte jest parokrotne odniesienie do „wysłania poczty październikowej”, co jest prostym następstwem sposobu, w jaki wysyłano wówczas informacje. Najpoźniejszą datą wymienioną w tekście jest 19 października 1861 roku, co oznacza, że krótko później poczta zawierająca prasę niemiecką została wyekspediowana drogą morską do Australii, najprawdopodobniej z Hamburga lub Bremerhaven. Biorąc pod uwagę fakt, ze transport odbywał się wokoł całej Afryki, a artykuł tu prezentowany ukazał się w Południowej Australii 2 stycznia 1862, czas trwania rejsu był stosunkowo krótki (2 miesiące) w porównaniu do czasu rejsów statków pasażerskich (3-4 miesięcy). Trzeba tez pamiętać, że na podstawie nadesłanych materiałów należało dopiero napisać tekst już w Australii. Pośpiech temu towarzyszący daje się zauważyć podczas uważnej lektury artykułu. Informacje podane w poniższym materiale sprawiają wrażenie spisywanych „na gorąco”, przez co niewątpliwie zyskują one na autentyczności. Jest to jednak po większej mierze spowodowane wspomnianym tu pośpiechem, uniemożliwiającym redaktorom uporządkowanie wszystkich faktów w kolejności.

Autentyzmem tchnie wiele przytoczonych faktów.  I tak podczas wymieniania anonimowych ofiar terroru podano dokładne szczegóły, pochodzące niewatpliwie od świadków wydarzeń, na przykład „pewna matka, wraz z dwoma chlopcami w wieku 14 i 9 lat”, „pewien starzec, który z trudem chodził”, „furman wiozący sól kamienną” itd. Wymieniane są z nazwisk osoby mało dziś znane i pamiętane jak „dr Helbich” czy „pastor Otto”.

W tłumaczeniu tekstu nie wprowadzano żadnych zmian, lecz przełożono go w sposób na tyle dosłowny, na ile bylo to możliwe. Tak więc, gdy na przykład w pewnym momencie mowa była o śmierci spowodowanej przez „Apoplexie des Gehirns”, przetłumaczono ten zwrot dosłownie – zgodnie z ówczesną modą – jako „apopleksja mózgu” zamiast stosowanego współcześnie określenia „wylew krwi do mózgu”. W jednym tylko miejscu słowo „kościołów” zamieniono na „świątyń”. W kilku miejscach w nawiasach podane są oryginalne sformułowania lub pisownia nazwisk obok polskiej. Zachowano także oryginalną długość złożonych niekiedy zdań. Tylko w jednym wypadku rozbito nazbyt długie zdanie na dwa odrębne w celu ułatwienia czytania.

Dla większej klarowności tekstu i czytelnosci poszczegolnych wątkow wprowadzono takze podział na akapity przy pomocy jednoliniowych odstępow, ktorych brak w oryginale. Na koniec zaś umieszczono w niniejszym tlumaczeniu kilka ilustracji, ktorymi są – w kolejności –  winieta „Süd-Australische Zeitung”; portret gen. Gorczakowa; obraz J. Matejki “Zakuwana Polska”; kościół Karmelitow; fotografia wnętrza kościoła Św. Krzyza; obraz W. Kossaka “Czerkiesi na Krakowskim Przedmieściu”; fotografia przedstawiająca margrabiego Wielopolskiego oraz grafika A. Grottgera “Kucie kos”.

Dodatkowe informacje pomagające w lepszym naświetleniu tła omawianych w artykule wydarzen podano, dla wygody Czytelnikow, w przypisach.

 
„Sud-Australische Zeitung”, Nr 3, 8 stycznia 1862, strona 1-2
 
„Die Unruhen in Warschau”
(ze źrodeł niemieckich)

Jak wiadomo, będąca pod dominacją rosyjską część niepodległego niegdyś Królestwa Polskiego, od początku istnienia narodowego włoskiego ruchu zjednoczeniowego, powodowana łatwo wytłumaczalną sympatią don, pozostaje w stanie stałego fermentu (1).

Juz w marcu zeszłego roku antyrosyjskie wiece w stolicy odbywały się z takim nasileniem, ze rosyjski gubernator, książę Gorczakow („Gortschakoff”) (2) czuł sie zmuszony do zarządzenia okupacji wojskowej tejże, rozmieścił silne oddziały wojskowe na ulicach i stłumil wszelkie manifestacje patriotyczne z tak żelazną siłą, że zniewolony naród, pobudzony przez okrutny ucisk do nowych ekscesów, prowokował wojsko w sposób szybko wyczerpujący cierpliwość tego ostatniego i powodujący krwawe sceny, do których niechętnie powraca się myślami.

Wkrótce potem książę Gorczakow zmarł i to w dużej mierze z poirytowania faktem udaremnienia przez polski upór jego planu uspokojenia kraju. Jego miejsce zajął szczególnie odpowiedni z racji swych umiejętności dyplomatycznych oraz popularności wsrod narodu polskiego hrabia Lambert (3), który miał nadzieję ugasić płomień rozruchów i uspokoić ogólne niezadowolenie cierpliwością, względami na narodowe uprzedzenia oraz odwołaniem się do rozsądku.

Gdyby hrabia Lambert działał sam, to jego dobroczynne (w oryginale: „menschenfreundliche”) wysiłki przyniosłyby zapewne owoce. Jednakże miał on wokół siebie równych sobie stanem generałów i inne osobistości wojskowe, nad którymi nie posiadał autorytetu, toteż mieszkańcy Warszawy oraz ludność całej okolicy straszliwie ucierpiały od brutalnego usposobienia półdzikich żołnierzy rosyjskich. Jest rzecza zrozumiałą, że w tych okolicznościach idea lojalności i przywiązania do rosyjskich rządów nie mogła poczynić postępu.

Przez całe lato władze rosyjskie miały do czynienia częściowo z poważnymi, a częściowo ze śmiesznymi wiecami, które jednak zawsze tchnęły jednym i tym samym duchem i miały wciąż jeden i ten sam cel, czyniąc ostateczne zespolenie obu narodów coraz trudniejszym i niemożliwym do przeprowadzenia. W końcu ruch narodowy osiągnał w październiku swe apogeum, toteż hrabia Lambert poczuł się zmuszony do zastosowania najostrzejszych środków. Nie doznały one oczywiście żadnego złagodzenia przez surowy sposób ich wprowadzania przez władze wojskowe.

Przedstawione poniżej, a  pochodzące z rozmaitych gazet, opisy odtwarzają prawdziwy obraz tamtejszej sytuacji w momencie wysyłania poczty październikowej.

Począwszy od 14 października obowiązuje w Królestwie Polskim stan wojenny. Wiadomość ta nie może zaskakiwać po wszystkich owych demonstracjach i ekscesach inicjowanych przez stronę polską. Rozstrzygającym okazało się jednak zgromadzenie w Horodle (położonym w guberni lubelskiej) (4). Tam, jak wiadomo, miała się odbyć wielka demonstracja narodowa zorganizowana przez wszystkie rody polsko-litewskie i zamierzało wziąć w niej udział pięć tysięcy ludzi, w tym biskup lubelski.

Demonstracja ta, udaremniona przez zdecydowaną interwencję rosyjską, miała zostać zainscenizowana ponownie 14 października. Zapobiegło temu wprowadzenie przez rząd rosyjski stanu wojennego w całym królestwie. Place publiczne w Warszawie pokryły się namiotami wojskowymi. Surowo zakazane zostały wszelkie demonstracje polityczne i kościelne, zgromadzenia na dziedzińcach kościelnych, niezwyczajne odzienie oraz znaki załoby. Obie resursy zostały zamknięte; kawiarnie, cukiernie i winiarnie musiały być zamykane o 9:00 wieczorem, a karczmy sprzedające gorzałkę oraz miejsca rozrywek niższych klas społecznych miały pozostawać całkowicie zamknięte. Zabroniono studentom wizytowania miejsc publicznych. Jednocześnie wprowadzono surowe regulacje paszportowe i nakazano wydanie wszelkiej broni w ciągu 48 godzin.

Jednak wbrew wyraźnemu zakazowi i stanowi wojennemu została zorganizowana tego dnia w Warszawie demonstracja upamiętniająca Kościuszkę – 15 października przypada bowiem rocznica jego śmierci.

Aby zapobiec zawczasu spodziewanym niepokojom, policja zapowiedziała już poprzedniego wieczora oraz następnego rana, że każdy kupiec, który tego dnia, w rocznicę śmierci Kościuszki, nie otworzy swego sklepu, zostanie ukarany grzywną 100 rubli, a ponadto zostanie przekazany władzom wojskowym. Policja chodziła z tymi ogłoszeniami, naklejanymi również na rogach ulic, do wszystkich kupców, żądając, by się pod nimi podpisywali, czego ci jednakże odmawiali: „podpisujemy jedynie listy i weksle” – brzmiała ich odpowiedź.

Wiele sklepów pozostało jednak zamkniętych, wszystkie zaś kościoły wypełnione były ludźmi. Śpiewano, jak zwykle, pieśni narodowe. Piechota, Czerkiesi i Kozacy otoczyli kościoły i wypełnili ulice, aresztując i spędzajac bagnetami i kańczugami nie tylko wychodzących z kościołów, bez względu na wiek i płec, lecz i wielu ludzi znajdujących się na ulicach. Wielu miało zostac przy tym zabitych. Pastor Otto został ciężko raniony. Setki ludzi zostały odprowadzone z ulic do wszystkich możliwych posterunków i zamków, przy czym często ich maltretowano.

Mężczyzni, kobiety i dzieci były aresztowane jeszcze o wpół do dziewiątej wieczorem i bite bagnetami. Irytacja muzułmanów, którzy dopiero niedawno opuścili stepy, nie znała granic. Około pierwszej liczni Czerkiesi wkroczyli do kościoła Świętego Krzyża, wywlekając stamtąd księży za włosy. Az do późna w nocy wojsko oblegało kościół katedralny, kościół bernardynów i kościół karmelitów. Zamknięte w nich były tysiące ludzi obojga płci (bez żywności); dzieci mdlały, nie wpuszczano ani nie wypuszczano stamtąd nikogo.

Dopiero następnego rana ludzi przetrzymywanych w kościołach odtransportowano pod silną eskortą do Cytadeli. Kobiety pragnące dzielic los męzczyzn zmuszane były do opuszczania kościołów. Dopiero w południe zwalniano wielu zatrzymanych. Od nich dowiadujemy się, jak surowo obchodzono się z aresztowanymi, których liczba sięga dwóch tysięcy.

Kościoły przedstawiały sobą w nocy osobliwy widok. Płonęły świece, odmawiano modlitwy, kobiety modliły się, wielu mdlało z głodu, gdyż nie jadło już przez prawie 24 godziny; jedynie nieliczne bochenki chleba oraz woda były rozdzielane wśród głodnych przez tych niewielu duchownych, którzy mogli wejść do kościołów pod strażą wojskową.

Niektórzy ze strachu probówali ucieczki przez dachy do sąsiednich budynków. Ścigali ich żołnierze z zapalonymi świecami zabranymi z katafalku zmarłego arcybiskupa. Jeden z uciekających miał zostać zrzucony z gzymsu.

Skarbony z katedry, jak również kosztowności, które obecni oddali na przechowanie duchownym w kościele bernardynów zostały wraz z dwoma kandelabrami zabrane przez wojsko. W końcu o piątej rano wojsko wtargnęło do kościołów po wysadzeniu bocznych drzwi. Bagnetami oraz pejczami wypędzano stamtąd dzieci i kobiety po zrewidowaniu ich toreb. Mężczyzn, traktowanych brutalnie, odprowadzono do Cytadeli, skąd część zwolniono, część jednak przetransportowano do twierdzy Modlin i jeszcze dalej. Katedra i kościół bernardynów, w których od kilku dni wystawione były zwłoki trzech osob, miały zostać opieczętowane na polecenie władz, wszystkie inne zaś kościoły i synagogi miały zostać zamknięte. Ulice opustoszały.

Następnego rana żaden kupiec nie odważył się otworzyć sklepu. Dopiero w ciągu przedpołudnia niektóre sklepy zostały częściowo lub całkowicie otwarte. Wciąż jednak Kozacy i Czerkiesi byli panami ulic. W obydwu niedawno odrestaurowanych teatrach oraz w budynkach gimnazjalnych skoszarowane było wojsko. Na placach wszędzie stały namioty, armaty i rakiety sygnalizacyjne. Aresztowania kontynuowane były pełną parą. O 4:00 po południu wybuchł pożar w zamku, został jednak szybko ugaszony.

O szczególach aresztu kościelnego z 15-go i odprowadzeniu uwięzionych do Cytadeli doniesiono co nastepuje:

W kościele parafialnym pragnienie dawało się zebranym we znaki do tego stopnia, że wypili oni kilkutygodniową wodę święconą. Aby spotęgowac ich cierpienie, oficerowie zabawiali się wykrzykiwaniem pod adresem uwięzionych, że jeśli wyjdą na zewnątrz, zostaną zdziesiątkowani. W kościele bernardynów pojawił się w nocy parlamentariusz żądając, by oblężeni wyszli na zewnątrz i zdali się na łaskę i niełaskę generała Chrulewa („Chruleff”), uwięzieni jednak odmówili. W końcu o trzeciej żołnierze wyłamali zablokowane od wewnątrz drzwi i wtargnęli do kościoła z bagnetami przy dzikim okrzyku „hurra!”. Wtedy kobiety w pierwszych rzędach rzuciły się na kolana, trzymając w rękach krzyże.

Żołnierze przeszukali każdy zakamarek aż po dzwonnicę, wywlekając i bijąc ukrywających się. Dopiero o jedenastej przyniesiono w kubłach wodę, którą chciwie zaczęto nabierać rękami i czapkami. Tym zaś, którzy mieli ze sobą pieniądze, zezwolono na zakup napojów po wysokich cenach. Większość jednak przekazała wcześniej w kościołach swe rzeczy i precjoza kobietom, znała bowiem ludzką słabość żołnierzy rosyjskich jeszcze z czasów Gorczakowa.

O transakcjach handlowych nie można było w powyższych okolicznościach nawet myśleć, giełda również była zamknięta. Normalna działalność zamarła do tego stopnia, że rzadko w której restauracji można było dostać cokolwiek do jedzenia. Na wszystkich placach stały rozstawione armaty, a ich obsługa miała zapalone lonty.

W następstwie gwałtów popełnionych w kościołach, zostały one zamknięte przez duchowieństwo jako sprofanowane. Zapytywano się w wyższych sferach czy rzeczywiście istniał powód, by je zbezcześcić przez wprowadzenie do nich wojska? Ponieważ osoby uwięzione w kościołach i przetrzymywane w Cytadeli były zwalniane, więc wydawało się, że działano zbyt pospiesznie.

Namiestnik wielokrotnie usiłował skłonić kapitułę katedralną do otwarcia kościołów, otrzymywał jednak za każdym razem odpowiedź odmowną. Rząd był wysoce zakłopotany tym najważniejszym i najbardziej zdecydowanym krokiem ze strony duchowieństwa, który wywołał najwyższe poirytowanie we wszystkich kołach. Hrabia Lambert i margrabia („Marquis”) Wielopolski (5) (na zdjęciu) podjęli co prawda wszelkie możliwe wysiłki, aby zapobiec decyzji zamknięcia kościołów, jednak całe duchowieństwo z administratorem archidiecezji na czele oświadczyło, że odwoła swoją decyzję jedynie po uzyskaniu gwarancji, że nie nastąpi dalsze bezczeszczenie świątyń przez rabunek i gwałt. Hrabia Lambert przysięgał na znak krzyża, że szturmowanie kościołów nastąpiło bez jego wcześniejszej wiedzy i obiecał udzielenie żądanej gwarancji.

O negocjacjach donosi korespondencja z 19 października:

„Sytuacja jest krytyczna. Duchowieństwo nie otwarło kościołów i jeśli będące w toku negocjacje między kapitułą katedralną i konsystorzem z jednaj strony a Lambertem i Wielopolskim z drugiej nie przyniosą, jak na to wygląda, żadnego rezultatu, to możemy się spodziewać kolejnych rozruchów, jako że władze zapowiedziały już urzędową proklamacją użycie broni w wypadku większych zgromadzeń przed kościołami. Jeszcze dziś w południe sytuacja wygladała tak, że w pismach publicznych („durch die öffentlichen Blätter”) namiestnik udzielił zgody na śpiewanie „Boże, coś Polskę”, zażądał jednak natychmiastowego otwarcia kościołów, duchowieństwo zaś ze swej strony zażądało uwolnienia wszystkich zatrzymanych oraz zgody na śpiewanie wspomnianej pieśni.

W międzyczasie ukazały się wszystkie pisma bez upragnionej zapowiedzi; dlatego też głowny komendant policji, Piłsudski („Oberpolizeimeister Pilsudzki”), awansowany właśnie z pułkownika na generala-majora, ogłosił powyższe ostrzeżenie.

Spośród aresztowanych 15-go i 16-go 9/10 zostało już zwolnionych; przeciw pozostałej w areszcie znikomej części mają zostać, według zapowiedzi Lamberta, wysunięte rozmaite oskarżenia. Najwyraźniej zatem nie zostali oni aresztowani w kościele, jak – zapewne słusznie – zauważa duchowieństwo. W ciągu ostatnich dwóch dni ulice miasta były spokojne. Wieczorem robi się cicho o wiele wcześniej niż zwykle, a po dziewiątej, gdy wszyscy chodzić już muszą z zapalonymi latarniami (6). Warszawa, zazwyczaj tętniąca życiem aż do późnej nocy, zdaje się być opustoszała.”

Następnej niedzieli Domy Boże pozostały jednak wciąż zamknięte. Ludzie modlili się na ulicach przed drzwiami kościołów. Przetrzymywanie aresztowanych trwało dalej; wśród zatrzymanych znajdowali się poza innymi osobistościami  również syn hrabiego Zamojskiego oraz bankier Töplitz. Od 500 kupców zażądano zapłacenia owych 100 rubli grzywny, gdyż 15 października, wbrew wyraźnemu zakazowi, nie otworzyli sklepów. Kary wszelkiego rodzaju, czy to za brak latarni czy za podejrzany wygląd, stawały się coraz dotlkiwsze. Pewna matka, wraz z dwoma chłopcami w wieku 14 i 9 lat, szła z latarnią do domu; chłopcy zostali aresztowani, a matka odpychana była uderzeniami kolb, zdołała ona jednak przepchnac się do szeregu aresztowanych. Pewien starzec, który z trudem chodził, został oderwany od dwóch prowadzących go kobiet i dołączony do zatrzymanych. 19-go pewien furman wiozący sól kamienną został obrabowany przez żołnierzy na Placu Grzybowskim, a gdy sie poskarżył, dostał w odpowiedzi 100 batów.

Duszą wszystkich tych bohaterskich wyczynów był generał Chrulew; pewien oficer opowiadał, że znalazł się niemalże w niebezpieczeństwie zostania ukaranym przez generała Chrulewa, gdyż zamierzał powstrzymać swych żołnierzy od bezdusznego bicia. Generał Łowszyn („Lowszin”), który zwolnił w środę 1000 zatrzymanych, został zganiony jako „zdrajca”, w wyniku czego doznał apopleksji mózgu, w nastepstwie której zmarł. Generał Paulucci, znany z dni marcowych tego roku, został usunięty z dowodzenia Cytadelą, gdyż również tam zaczął postępować w ludzki sposób.

Poważni ludzie o dobrej reputacji („Männer von Achtung und Ruf”) byli bici na ulicach przez żołnierzy z powodu posiadania laski lub z powodu innego przewinienia, między innymi również angielski wicekonsul White, ten jednakże stawił twardy opór i w końcu doprowadził do aresztowania Kozaka, który go napadł.

Zrywano ludziom z głów kapelusze, jeśli nie odpowiadały oficjalnej formie. Wszystkim urzędnikom wydano nakaz zgolenia wąsów oraz noszenia mundurów i płaszczy wojskowych. Bardzo szanowany i leciwy dr Helbich został straszliwie pobity pejczami przez Kozaków, przyczyna tego pozostaje nieznana.

Przeciw karze 100 rubli za zamknięte sklepy w dniu Kościuszki, wszyscy kupcy złożyli protest. W międzyczasie we władzach nastąpiła znacząca zmiana. Gubernator wojenny oraz dyrektor komisji spraw wewnętrznych, generał Gerstenzweig i komendant miasta, generał Chrulew, zostali z tytułu swego postępowania surowo zganieni i pozbawieni swych stanowisk.

Na temat sytuacji w mieście w momencie wysyłania poczty pewna prorosyjska gazeta donosi co następuje:

„W Cytadeli ma znajdować się 2000 aresztowanych. Sąd wojenny miał już skazać na śmierć kilku oficerów, którzy byli 15-go w kościele, gdyż wbrew Proklamacji wzięli oni udział w tamtejszych uroczystościach i zostali schwytani. Podobny los czeka duchownych, którzy z krzyżami w rękach nawoływali do oporu; jednakże egzekucje, choć się o nich mówi, jeszcze nie miały miejsca w Cytadeli. – Na prowincji ma być niespokojnie. Istnieje jednak nadzieja, że rząd opanuje sytuację.”

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część6część1

Przypisy

1. Aluzja do sytuacji we Włoszech mniej więcej w tym samym czasie. Sardynia doprowadziła do zjednoczenia  Włoch w 1859 roku. Motorem tych działań był Camillo Benso, hrabia Cavour. W tymże roku, po uzyskaniu poparcia Anglii i Francji, udało się zająć Lombardię (w sojuszu cesarzem Napoleonem III). Na południu Włoch z kolei Giuseppe Garibaldi zajał całą południową część półwyspu Apenińskiego. Przekazał on ją następnie królowi Wiktorowi Emanuelowi i w lutym 1861 (czyli na kilka tygodni przed wspomnianymi tu wydarzeniami marcowymi w Warszawie) proklamowano powstanie Królestwa Włoch. W następnych latach do tego królestwa dołączono Wenecję w 1866 roku (przy poparciu Prus) oraz Rzym (1870).

2. Książę Michaił Gorczakow  (17931861), generał armii carskiej. W armii rosyjskiej od 14 roku życia (1807). Brał udział w wojnie przeciw Persji (1810) i Francji (1812-15), następnie przeciw Turcji (1828-29). Brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej (1830-31), w 1831 roku został ranny w bitwie pod Grochowem. Walczył także pod Ostrołęką oraz pod Warszawą. Za udział w tych walkach awansowany na generała. W 1846 roku został gubernatorem wojskowym Warszawy. W roku 1848 (Wiosna Ludów) walczył przeciw Węgrom. Potem jeszcze wziął udział w Wojnie Krymskiej. Namiestnikiem warszawskim został w 1856 roku. W ten sposob Gorczakow zastąpił swego poprzednika na tym stanowisku, gen. Iwana Paskiewicza, który tę funkcję pelnił od 1831 roku. Gorczakow zmarł w maju 1861 roku w Warszawie, pochowano go natomiast w Sewastopolu.

3. Karl Lambert. Nie od razu jednak Lambert zastąpił Gorczakowa. Na krótko bowiem namiestnikem został Mikołaj Suchozanet (1861). Lambert równiez nie dzierżył tej funkcji długo. Po nim namiestnikem był Aleksander Lüders (1861-62), potem brat cara, Konstanty Mikołajewicz (1862-63) i dopiero później na dłużej został nim Fiodor Berg (1863-74).

4. Nie po raz pierwszy Horodło miało odegrać rolę w historii Polski i Litwy. W roku 1413 zawarta została tam unia polsko-litewska (Unia Horodelska), która dokonała pewnych zmian postanowień wcześniejszych unii w Krewie (14.8.1385) oraz wileńsko-radomskiej (1401).

5. Aleksander margrabia Gonzaga-Myszkowski, hrabia Wielopolski (ur. 13.3.1803 w Sędziejowicach k. Pińczowa, zm. 30.12.1877 w Dreźnie). Studiował prawo w Paryżu, filozofię w Getyndze. Podczas Powstania Listopadowego w służbie dyplomatycznej (próbował daremnie uzyskać pomoc brytyjską dla Polski). Amnestionowany przez władze carskie w 1833 wraca z Krakowa do zaboru rosyjskiego. Zafrapowany tezą St. Staszica ( “Opuścił nas Zachód, nie chciał mieć w nas wdzięcznych sprzymierzeńców: będzie w nas miał zjednoczonych w słowiańszczyźnie z Rosją – panów”) pisze do Klemensa Metternicha, czołowego dyplomaty austriackiego XIX wieku („List szlachcica polskiego do księcia Metternicha”), wyrażając po raz pierwszy swe prorosyjskie stanowisko.

Chciał, uznając władzę cara, zapewnić polskie prawa w postaci polskiej administracji, szkolnictwa i odrębności Królestwa. Mianowany dyrektorem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w 1861 r. Przeprowadzał reformy oświaty, administracji i rolnictwa, zwalczane przez namiestnika Lüdersa. Mianowany przez Aleksandra II  naczelnikiem rządu cywilnego Królestwa na wiosnę 1862 r. Stracił poparcie rosyjskie w momencie wybuchu Powstania Styczniowego, gdyż wybuch ten przypisywali Rosjanie reformom Wielopolskiego. Podał się wkrótce do dymisji. Car zezwolił Wielopolskiemu na leczenie i na emigrację do Niemiec, na którą udał się on 14 lipca 1863 r. w ścisłej tajemnicy.

6. W ówczesnych czasach wieczorami wychodzono na ulice miast z małymi latarniami. Miasta nie były wówczas tak dobrze oświetlone nocą. Patrz również w relacji poniżej w tekście.

 

 

 

Continue Reading »
0 Comments

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 6: Wątki polskie i Epilog

Jul 21st, 2009 by monio
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 6: Wątki polskie i Epilog

Byłoby rzeczą wręcz nieuczciwą wobec polskiego czytelnika, gdyby powyższa historia nie została zakończona wątkami polskimi, których jej nie brakowało. Niektóre z nich zostały już zresztą wspomniane: to terytoria i miejscowości, z których emigrowano. Owi niemieccy luteranie pochodzili właśnie z terenów dawniejszej i dzisiejszej Polski. Nie pozostało to bez wpływu na ich indywidualne związki z Polakami z tych samych terenów, ale także na początki polskiej emigracji do Australii. Poniżej prezentujemy kilka takich wątków. (ilustracja Polish Hill River road sign)

Początki polskiej emigracji do Australii – i to właśnie do Południowej Australii –  pozostają bowiem w ścisłym związku z opisaną powyżej emigracją pruskich luteranów  z Wielkopolski i Dolnego Śląska. To właśnie wielkopolscy i dolnośląscy Niemcy stali się pionierami przecierającymi szlak nieco tylko późniejszej polskiej emigracji do Australii, tak jak z kolei wielkopolscy Polacy byli pionierami zorganizowanej, grupowej polskiej emigracji do tego kraju. Stało się tak tym bardziej, że tak jedni jak i drudzy pochodzili z tych samych rejonów, a czasem nawet z tych samych lub sąsiednich miejscowości (np. Dąbrówka i Dąbrówka Mała, czyli „Gross Dammer” i “Klein Dammer”). Nie brakowało małżeństw mieszanych, zawieranych czy to jeszcze w Europie czy też już w Australii.

Nazwiska…

Wśród Niemców nie brakowało zatem osób polskiego pochodzenia i to już wśród tych, którzy przybywali jako pierwsi. Odnajdujemy nazwiska o polskim brzmieniu wśród pasażerów pierwszych żaglowców, o których była mowa wcześniej. Tak więc na pokładzie “Prince George“ przybyła z pastorem Kavelem rodzina Kalleske z Trzciela. Johann Georg Kalleske urodzony był w Brójcach (Brätz). Tym samym żaglowcem przybył Johann Gottlieb Petras z Klępska. Na pokładzie “Zebry” (z kapitanem Hahnem) znajdujemy pasażera nazwiskiem Johann Georg Janetzki oraz jego rodzinę z Myszęcina (Muschten). Możemy spokojnie się założyć, że również wspomniany Gottfried Lubasch, ów sierżant spod Waterloo, miał nazwisko polskie. Możnaby się zastanawiać, czy aby nazwisko Nitschke nie ma polskich korzeni.  Do Australii wyemigrowało kilka gałęzi tej rodziny z Dolnego Sląska i jest niemal pewne, że znany obecnie w Australii zwolennik eutanazji oraz lider ruchu na jej rzecz, dr Philip Nitschke, pochodzi z tej właśnie rodziny. Na pokładzie “Cathariny” znalazł się natomiast Johann Joseph Gallasch ze Zbąszynia, wraz z rodziną oraz Carl Ernst Tschenscher (Trzęsior?), również z rodziną.

Żaglowcem „Gellert” przybył w grudniu 1847 roku, wraz z Niemcami z poznańskiego pewien oficer nazwiskiem „Eugen von Sierakowski” (Eugeniusz Sierakowski)

W rok później żaglowcem „Alfred” wraz z Franzem Weihertem i jezuitami Kranewitterem i Klinkowstroemem przybywają w okolice Sevenhill dwaj cieśle o polskobrzmiących nazwiskach Samulewsky i Semlitzky wraz z rodzinami (w sumie 9 osób).

Z okolic Zbąszynia (Bentschen) pochodzili emigranci z rodziny Waltrowicz. Anne Caroline Gallasch wyszła za mąż za Johannesa Waltrowicza, który potem zmarł we wsi Nowe Domki k. Zbąszynia w roku 1852. Caroline wyemigrowała rok później z sześciorgiem dzieci na statku “Caesar Godeffroy” do Adelaide. Z tej rodziny znany był później w Hahndorf kołodziej nazwiskiem Adalbert Waltrowicz (zm. W 1903 roku). Żoną jego była Johanna Rosine z d. Schubert. Mieli razem 13 dzieci. Inna Caroline Waltrowicz (ur. W 1838 r. w Zbąszyniu), katoliczka, pracowała jako służąca w Adelaide. Wyszła za mąż za niejakiego Marcina Buczkowskiego z polskiej osady w Hill River (obecnie Polish Hill River) k. Clare w Południowej Australii. Tam najprawdopodobniej chodzili oboje do kościoła św. Stanisława Kostki (na zdjęciu).  Inny członek tej rodziny Joseph Waltrowicz (znany jako “Waltrowitz”), urodzony 1842 r. w Zbąszyniu, mieszkał później w Hahndorf, gdzie zmarł w 1929 roku, jego grób wciąż istnieje na tamtejszym cmentarzu. Michalina Waltrowicz (ur. W 1846 r. w Nowych Domkach) wyszła w Port Adelaide za Anglika nazwiskiem Charles Green. Po jego śmierci wyszła za mąż za Johna Ennsona. Miała własną restaurację w dzielnicy Semaphore w Adelaide. Marianna Waltrowicz (ur. 1849) wyszła za mąż w Południowej Australii za Davida Seefeldta. Oboje później wyjechali do Palmerston (obecnie Darwin na północy Australli).

Innym emigrantem polskiego pochodzenia był Anton Maćkowiak urodzony w marcu 1817 roku w Poznaniu, a zmarły 14.X.1899 we wsi Blumberg (obecnie Birdwood) na wschód od Adelaide. Przed emigracją zamieszkiwał w Nekli (Wielkopolska), a jego rodzicami byli Thomas (Tomasz?) Mackowiak i Katharina z d. Szerzomellich („Szerzomelik”?). Przybył do Australii na pokładzie niemieckiego żaglowca „Heloise” w 1847 roku. Należał najwyraźniej do bogatszej warstwy chłopskiej. „The South Australian” z 19 marca 1847 doniosł bowiem między innymi:

“(…)Bremeński statek “Heloise” przywiózł sporą liczbę wyższej klasy niemieckich włoscian. Wszyscy oni sami pokryli koszta podróży i przywożą ze soba, jak nas poinformowano, więcej pieniędzy niż statek z emigrantami przywiózł przez szereg lat. Są oni zdrowi i godni szacunku i nie wątpimy, że się im powiedzie.”

Maćkowiak zmienił pisownię nazwiska w Australii na „Maczkowiack”. Zamieszkiwał wraz z żoną (Anna Eleonore Wilhelmine z d. Kriese) najpierw w Klemzig, potem w Lobethal, gdzie jego córka Henriette Charlotte (urodzona w czasie podróży na „Heloise”) została ochrzczona przez pastore Fritzschego (który z kolei zapisał nazwisko dziewczynki jako „Matschkowiack”), a nastepnie we wspomnianym już Blumberg. Anton Maćkowiak najprawdopodobniej znał język polski. Wiadomo też, że mówiąc o wsi, z której pochodzili jego rodzice, używał jej polskiej nazwy „Podstolice” raczej niż niemieckiej „Tischdorf”. Nazwisko Maćkowiak pojawia się gdzie indziej również jako „Matskoviak”, a w księdze zapisów sądowych w Gumeracha („Gumeracha District Court Record Book 1874-1884”) znajdujemy je, gdy wymienieni tam zostali „Frederick Mascovias” oraz „Albrecht McScovix”.

… i osada…

17 sierpnia 1856 przybyła niemieckim żaglowcem „August” (kpt. Meyer) do Port Adelaide grupa Polaków z okolic Dąbrówki oraz Zbąszynia w Wielkopolsce (statek wypłynął z Hamburga 7 maja 1856). Szybko znalazła się w okolicach Sevenhill. Według jednej wersji stało się tak, gdyż pewien jezuita został stamtąd wysłany, by ich tam przywiódł, obawiano się bowiem, że cała grupa może dołączyć do luteranów w Barossie  (“Mlodystach – a family history of Polish Pioneers”, 1985, ISBN 0 9589586 0 2).  W następnym roku powstała osada polska w pobliskim Hill River, który szybko stał się znany jako Polish Hill River. Pierwszym nazwiskiem w rejestrze posiadaczy ziemi w Hill River (22 stycznia 1857) jest nazwisko “Joseph Niemetz” (Józef Niemiec). Wśród innych nazwisk widzimy takie jak Nykiel, Połomka, Małycha, Rucioch, Kostera, Kluska czy Pawelski. Nie będziemy tu podawali szczegółowej historii tej osady, jako że istnieje w internecie – i to po polsku – kalendarium tego miejsca http://www.tchr.org/australia/kronika/kronika/HistoriaPHR.htm

Początkowo polscy koloniści uczęszczali na mszę do kościoła św. Alojzego w Sevenhill, jednakże tamtejsi jezuici nie odprawiali jej po polsku lecz po angielsku i niemiecku. To skłoniło polską wspólnotę do zbudowania wspomnianego już kościółka św. Stanisława w Polish Hill River. Pierwszym polskim księdzem był tam jezuita, O. Leon Rogalski (przybył w roku 1870 roku), który po śmierci w roku 1906 pochowany został w krypcie kościoła św. Alojzego w Sevenhill obok pierwszych tamtejszych jezuitów, jak Schreiner, Tappeiner, Herden, Hager i innych.

Wśród pasażerów żaglowca “George Washington”  (wypłynął do Australii 24 maja 1844 z Bremerhaven) znajdujemy nazwisko Szymona Młodystacha (“Simon Modistach”), lat 28 oraz jego żony, pochodzących z Dąbrówki (Gross Dammer) w okolicach Zbąszynia (Bentschen) (1). Nazwisko to pojawia się później Południowej Australii również jako “Modystack” (jak na nagrobkach w Sevenhill).

W 1857 roku przybyli inni członkowie rodziny Młodystachow: Kacper i Elżbieta (Caspar and Elizabeth) i osiedli w Polish Hill River. Stworzyli największą polską i najdłużej pozostającą w polskich rękach winnicę w tamtej okolicy. Ostatecznie została ona sprzedana rodzinie Wilsonów w 1968 roku i od tamtej pory znana jest jako “Wilson Cellars”. Kamienie zaś z pierwotnego domu Kacpra i Elżbiety użyte zostały do budowy elewacji głównego budynku obecnej winnicy.  

Jeszcze do lipca 2000 żył w Polish Hill River Jan (John) Ruciochhttp://przeglad.australink.pl/panorama/artykuly/polishhill3.php, znany tam wówczas jako “ostatni z Polaków“ (“last of the Poles”). Mieszkał wciąż w domku zbudowanym przez jego dziadka. Posiadał “encyklopedyczną wiedzę“ o rodzinach żyjących w tej osadzie w zeszłym stuleciu.
http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/misc/sept85.html

Opowiadał on całe historie owych rodzin, a nawet legende o pobycie w tamtych okolicach słynnego gangstera (bush-rangera) Neda Kelly, którego brat miał tam swoją posiadłość, którą to historią wbudził pewne zainteresowanie mediów australijskich.
http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/verasion/veraison90.html

Zwrócono swego czasu uwagę na fakt, że język polski, którym posługiwali się żyjący w Polish Hill River Polacy jeszcze w II połowie XX wieku był gwarą, która w międzyczasie zanikła już w Polsce. Przekonać mieli się o tym wykształceni Polacy z powojennej emigracji rozmawiający z Janem Ruciochem i innymi potomkami pionierów. Pewien autor australijski zauważył w związku z tym – z pewną przesadą zapewne – że “było to dla nich odkryciem takim, jak dla profesora anglistyki odkrycie w Ameryce Południowej zaginionej kolonii mówiącej językiem Chaucera!”. (2)

Z osady dzisiaj nie pozostaje wiele, parę ruin domostw no i oczywiście kościół św. Stanisława Kostki. Są winnice, ale już nie w polskich rękach. Spośrod licznych tu niegdyś polskich nazwisk nie ma tu już ani jednego, jako że mieszkańcy przenieśli sie gdzie indziej, na przykład do Petersburga (obecnie Peterborough).

Pozostaje natomiast wciąż użytkowany cmentarz w Sevenhill, na którym obok polskich (i nie tylko polskich) pionierow spoczywają polscy emigranci z okresu po II Wojnie Swiatowej, w tym byli żołnierze oraz działacze polonijni, jeden były więzień łagrów sowieckich czy przedwojenna działaczka Katolickiego Związku Młodzieży, prezeska okręgu katowicko-chorzowskiego na Górnym Śląsku. Ale to już zupełnie inny wątek polski.

Inne jeszcze, niemniej ciekawe “wątki polskie”, choć niekoniecznie związane z omawianym tu tematem, znajdujemy wśród zachowanych archiwaliów, na przykład w wydawanej przez południowoaustralijskich Niemców gazecie “Sűd-Australische Zeitung”. Na mikrofilmach tej gazety w Bibliotece Państwowej w Adelaide jest pełny tekst długiego artykułu Die Unruhen in Warschau (“Niepokoje w Warszawie”), który ukazał się w tej gazecie dnia 8 stycznia 1862 roku. Artykuł ten, oparty w całości na źródłach niemieckich, opisuje wydarzenia w polskiej stolicy na krótko przed wybuchem Powstania Styczniowego. Przytaczamy jego pełny tekst w następnej części p.t. „Niepokoje w Warszawie – 1861”.

Epilog

Kościół Luterański w Australii – Za początek kościoła luterańskiego w Australii uważa się przybycie pierwszych staroluteranów w roku 1838 z pastorem Kavelem do Południowej Australii. W roku 1846 doszło do pierwszego rozłamu w jego strukturach podczas synodu w Bethanien. Przywódcą jednej grupy był pastor A.Ch. Kavel, drugiej pastor G.D. Fritzsche, których dzieje śledziliśmy powyżej. Jedna z przyczyn rozłamu brała się z faktu, że o ile w Prusach kościół luterański był kontrolowany przez państwo, o tyle w Australii taka kontrola nie była sprawowana. W związku z tym Kavel opracował konstytucję kościoła twierdząc, że ma ona apostolski charakter. Fritzsche oponował, argumentując, że nie należy jej wprowadzać, gdyż nie ma o czymś takim mowy w Biblii. Innym punktem spornym była interpretacja rozdziału 20 Księgi Objawienia: czy Chrystus powróci, by przez 1000 lat rządzić na ziemi. Ci, którzy wierzyli w ten 1000 letni powrót (włączając Kavela) znani tu byli jako „Chilliasts”. Oponenci (z pastorem Fritzsche) znani byli jako „Anti-Chilliasts”. Stąd też Lobethal (siedziba Fritzschego) stał się „twierdzą” anti-chillianizmu. Termin jest pochodzenia greckiego (“chilia” = „tysiąc”, jak w Apo. 20;2). Używano go także w języku niemieckim jako „Chiliasmus”. Po tym podziale, gdy nowi imigranci niemieccy przybywali do Południowej Australii, już w porcie podbiegali do nich tutejsi luteranie, głośno pytając: „jesteście chilliastami czy anty-chilliastami?”. Nowo przybyli nie mieli oczywiście żadnego pojęcia o co chodziło.

Później następowały jeszcze dalsze podziały. Bywało, że w jednej miejscowości były dwie konkurencyjne parafie luterańskie lub nawet więcej. Na przykład w Lobethal w pewnym okresie były nawet cztery rozmaite parafie luterańskie. W okresie jeszcze późniejszym kościoły tej jednak zaczęły się ponownie łączyć ze sobą. Ostatecznie w roku 1966 długotrwały rozłam zakończony został, gdy Evangelical Lutheran Church in Australia połączył się z United Evangelical Lutheran Church of Australia. Do zjednoczenia doszło w roku 1966 w Tanunda, czyli wyjątkowo blisko miejsca, w którym nastąpił pierwszy rozłam 120 lat wcześniej. Okres owych 167 lat istnienia kościoła luterańskiego w Australii obfitował w wiele wydarzeń, włączając w to trudny okres podczas I Wojny Światowej, gdy społeczność luterańska, będąca w dużej części niemiecka, poddana była prześladowaniom. Dochodziło wówczas niejednokrotnie do napadów na parafie luterańskie, niszczenia ich dobytku, palenia niemieckich tłumaczen Biblii, a czasem nawet do palenia całych kościołów. W dużej mierze ów niemiecki charakter luteranizmu australijskiego widoczny jest jeszcze dzisiaj. Widać to po nazwiskach parafian oraz pastorow i to nie tylko w Południowej Australii. I tak na przykład w Lobethal (Tanunda) duszpasterzami luterańskimi są pastorzy Preuss, Schmidt i Proeve, w Hahndorf pastor Schultz, w Lobethal pastorzy Welke i Wundersitz, a w Northbridge (Perth, Zachodnia Australia) pastor Burger. Prezydentem Lutheran Church of Australia (LCA) jest Rev. Mike Semmler, a rektorem (Principal) jedynego luterańskiego seminarium duchownego (w North Adelaide, Południowa Australia) jest Rev. Michael J. Hassold. http://www.ilc-online.org/members/australia.html

Grupa niemiecka w Australii – Tak jak przybycie pierwszych Prusaków brandenburskich, wielkopolskich i dolnośląskich zaznaczyło początek australijskiego kościoła luterańskiego, tak też stało się ono początkiem imigracji niemieckiej na szerszą skalę. Praktycznie bowiem od czasu ich dotarcia do Port Adelaide na przełomie lat 1838-1839 Niemcy emigrowali tam bez przerwy. Do roku 1900 około 18 tysięcy Niemców wyemigrowało do samego tylko stanu Południowa Australia. Z tych 18 000 jedynie ok. tysiąca motywowanych było religijnie (ok. 5%) i to na tej małej grupie skoncentrowaliśmy się w powyższych tekstach. Do wybuchu I Wojny Światowej Niemcy stanowili do ok. 10% wszystkich mieszkańców w tym stanie. W stanie Queensland procent ten był nawet jeszcze wyższy, bo sięgał 15%. W obu zaś stanach grupa niemiecka stanowiła największą grupę po Brytyjczykach i Irlandczykach. Nie ma dziś praktycznie żadnej pracy poświęconej historii Niemców australijskich, która nie podkreślałaby znaczenia staroluteranów pruskich i ich kościoła dla emigracji niemieckiej do Australii. Pod tym względem motywowani religijnie “ludzie Kavela” stali się istotnie pionierami nie tylko w sensie zapoczątkowania emigracji, lecz także w sensie “przecierania szlaku” dla późniejszych kolonistów niemieckich. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, najważniejsze jednak okazało się to, że ludzie ci starli się z władzą państwową, całkowicie zaskoczoną ich uporem; spowodowali szereg oficjalnych reakcji tejże władzy; udawali się za granicę przez ówczesne Wschodnie oraz Środkowe Niemcy, wzbudzając tam zainteresowanie swym pojawieniem się; w miejscach, w których się zatrzymywali, odwiedzani byli przez dziennikarzy (jak w Hamburgu) piszących potem artykuły o nich. Wieść o nich rozniosła się więc szybko, tak jak później rozniosła się też wieść o ich powodzeniu w nowym kraju. http://www.sagermanassociation.asn.au/

Grupa polska w Australii – W odróżnieniu od emigracji niemieckiej, emigracja polska z południowej części Wielkiego Księstwa Poznańskiego nie miała większego wpływu na emigrację polską w ogóle. O ile bowiem Niemcy emigrowali przez Hamburg lub Bremę, do których udawali sie przez swój kraj, Polacy nie udawali się do żadnego portu przez np. Kongresówkę lub jakiekolwiek inne części Polski, od których oddzieleni byli zaborem rosyjskim. Dlatego też fenomen tej lokalnej emigracji pozostał oderwany od innych nurtów emigracji polskiej i więcej miał wspólnego z emigracją niemiecką, która go wręcz zapoczątkowała. By użyć plastycznego określenia, gdy pastor Kavel “tupnął nogą w Klemzig” i zdecydował się wyemigrować do Australii, to wkrótce wiedziały o tym całe Niemcy; gdy zaś emigrowali tam Polacy z tego samego regionu, Polska nie wiedziała o tym nic. Ten fakt stał się również powodem, dla którego Polacy z Hill River, czyli już w Australii, pozostali tam osamotnieni przez cały praktycznie czas aż do śmierci “ostatniego z Polaków”. Jest to także przyczyną, dla której ten epizod pozostaje w dużej mierze nieznany w samej Polsce nawet dzisiaj. Istniała co prawda emigracja Polaków do Australii już w XIX wieku, na przykład do stanu Wiktoria pojedynczy emigranci przybywali już w latach 1830-tych oraz potem, po upadku Powstania Styczniowego, przybyło tam ich nieco więcej. Jednak największy nurt emigracji polskiej przypadł na okres po II Wojnie Światowej i nie objął rejonu Sevenhill. Dopiero w II połowie XX wieku południowoaustralijska Polonia – ta powojenna – zainteresowała się bliżej miejscem znanym jako Polish Hill River, odrestaurowała kościół św. Stanisława i przynajmniej częściowo “przywróciła Polsce” pamięć o tym miejscu.

 Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część5

Przypisy:

1. W angielskiej wersji listy pasażerów „George Washington” opracowanej przez           pastora A.E. Brauera czytamy:

 „MODISTACH, Simon (28) and wife, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”

Innymi pasażerami o polskobrzmiących nazwiskach byli, według tejże listy:

„SPORN, Johann Friedrich, coachman, and wife Marie Elisabeth, nee Jentsch, and two children Johanna Helena and Johann Friedrich, from Seiffersdorf (Radwanów), Freistadt (Kożuchów), Silesia”

„STANETZKI, Nikolaus (38), wife, one son, six months, and two daughters, aged 6 and 3 respectively, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”

“WALLENT, Lorenz (46), wife, two sons: Karl (6) and Simeon (3), and three daughters, aged 18, 16 and 10 respectively, from Gross-Dammer, near Bentschen, Bomst, Posen”

2.  Geoffrey Chaucer (ok.1340–1400) , poeta angielski, jedna z najważniejszych postaci w historii literatury angielskiej. Autor m.in. “Opowieści Canterbury” („The Canterbury Tales”) . Pochowany w Opactwie Westminsterskim.

Niektóre pozycje bibliograficzne

Eleonora’s Decision - Our Heritage. The History and Family Tree of Johann Friedrich Munchenberg and Johanne Eleonora Munchenberg and their Descendants 1839-1989. By Reginald Schilling Munchenberg. Adelaide 1989 (rodzina pochodzi z Miedzyrzecza w Wielkopolsce)

David Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985

The History And Family Tree of Johann George Hohnberg 1788-1856 and His Wife Maria (nee) Irmler 1791-1875 and Their Known Descendants 1788-1971. By D.P. Hohnberg, P.S. Munchenberg and D.A. Ross. Lutheran Press (rodzina o korzeniach we wsi Jany k. Zielonej Gory oraz Zawady miedzy Zielona Gora a Sulechowem)

The Nitschke – Hentschke Family in Australia and New Zealand. The Story of Gottfried and Eva Elisabeth and Their Descendants. Adelaide 1990 (rodzina pochodzi z Przytoku k. Zielonej Góry na Dolnym Sląsku)

The History and Family Tree of Johann Wilhelm Rohrlach and his wife Anna Dorothea nee Galpach and their Descendants 1792-1980. Adelaide 1980 (rodzina z Babimostu w Wielkopolsce)

The Pfitzner Story 1802-1975. The Record and Family Tree of Three Brothers: Johann Christian Pfitzner (1802 – ?), Friedrich Wilhelm Pfitzner (1814 – 1892), Johann Carl Pfitzner (1819 – 1891), Their Wives and Children, who migrated from Lower Silesia in the east of Central Europe in the years 1854 – 1867. Adelaide 1975 (rodzina pochodzi ze wsi Lisowice (Leschwitz), Kwiatkowice (Altlaest) oraz innych miejscowosci kolo Lubina i Legnicy. 24 osoby tej rodziny daly poczatek znacznemu drzewu genealogicznemu – gdy spisywano historie tej rodziny, wszystkich żyjących potomków, wraz z ich małżonkami i dziećmi – było 2937)

Wilhelm & Elisabeth Milde and Descendants 1837-1984. A History and Family Tree. Copyright Judy & Ron Milde, Adelaide 1984 (ta rodzina przybyla nawet przed grupa pastora Kavela na pokladzie zaglowca “Solway” 16 pazdziernika 1837 o 5:00 po poludniu do Kangaroo Island niedaleko Adelaide)

Three Brothers from Birnbaum.The Muller Family History. Family History of Johann Ferdinand Muller (1813 – 1891) and his wife Auguste Wilhelmine nee Kleinitz (1828 – 1900); Johann Friedrich Muller (1819 – 1879) and his wives Beate Auguste Emilie nee Behrend (1827 – 1857) and Johanne Friedericke Wilhelmine nee Semlin (1826 – 1895); Johann August Muller (1822 – 1902) and his wife Charlotte Wilhelmine nee Patzold (1825 – 1910). Lutheran Publishing House, Adelaide 1983 (i pozniejsze wydania bez daty) (rodzina pochodzi z Miedzychodu w Wielkopolsce)

Mlodystach: a family history of Polish pioneers; Simon Modistach, Stanislaus Modistach, Caspar Modystack and their known descendants. Adelaide 1985 (rodzina pochodzi ze wsi Dąbrówka w Wielkopolsce)

Podziekowania / Acknowledgements

Autor powyższych tekstów pragnie złożyć podziękowania:
Pani Sue Miller, sekretarzowi parafii luterańskiej w Lobethal (Południowa Australia) za uzyskane od niej informacje oraz za egzemplarz historii jej Rodziny w Australii „Trzej Bracia z Międzychodu” (Three Brothers from Birnbaum)

Państwu Davidowi i Helen Schubertom z Adelaide (SA) za udzielenie zgody na opublikowanie tekstów dokumentów cytowanych w ich książce ”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”

oraz pani Lornie Webb z parafii luterańskiej w Langmeil (Tanunda) za uzyskane od niej informacje.

 

The author would like to express his thanks to:

Mrs Sue Miller, the secretary of the Lobethal Lutheran Church, for all the information provided as well as for a copy of the printed history of her Family: “Three Brothers from Birnbaum. The Müller Family History”

Mr David and Mrs Helen Schubert from Adelaide (SA) for their kind permission to publish documents contained in their book ”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”

and to Mrs Lorna Webb from Tabor Lutheran Church in Langmeil (Tanunda), SA, for information provided.

 

 

Continue Reading »
2 Comments

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 5: Nowy Śląsk

Jul 20th, 2009 by monio
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 5: Nowy Śląsk

O ile pierwszym miejscem osiedlenia luterańskich kolonistów z Prus był Klemzig, a najbardziej znaną ich miejscowością jest Hahndorf, to z kolei najbardziej „niemieckim” rejonem w Australii jest Dolina Barossy (Barossa Valley) w Południowej Australii na północny wschód od Adelaide. Nazwę swoją (pochodzącą z Hiszpanii) dolina ta otrzymała od założyciela Adelaide, pułkownika Williama Light. Osiadający tam staroluteranie nazywali ją jednak często „Neuschlesien”, czyli „Nowy Śląsk”.  

Pułkownik Light nazwał ją „Barossa Valley” w roku 1837 od Barossy (obecnie „Barrosa”) w Hiszpanii, gdzie wziął udział w zwycięskiej bitwie przeciw Francuzom 5 marca 1811 roku. Południowoaustralijska Dolina Barossy ma mniej więcej 8 km szerokości i około 40 km długości. W 1842 roku zaczęli się tam pojawiać pierwsi osadnicy angielscy i niemieccy. Mniej więcej w tym samym czasie więc, gdy powstawał Lobethal na wschód od Adelaide, około  60 km na północ  od niej pojawiać się zaczęły nowe osady niemieckich luteranów. Niektórzy osadnicy mieszkali na początku dosłownie gdzie się dało. Na przykład  Friedrich Herbig z Zielonej Góry wraz z żoną Caroline (ur. w Nekli) mieszkał w… dużym, rozłożystym i pustym w środku 300-500 letnim drzewie eukaliptusowym w okolicach Springton. W tym drzewie urodziło się ich pierwsze dziecko. Drzewo to wciąż znane tam jest jako “The Herbig Family Tree”.

Spośród wsi w Neuschlesien najwcześniej powstała Bethanien (obecnie Bethany) w początkach roku 1842. Nazwa osady przejęta została z Nowego Testamentu (p. Mt 21:17; Mk 11:11 i 14:3; Jn 11:1-18; i 12:1). Jej założycielami byli luteranie z Dolnego Śląska i Wielkopolski, którzy przybyli wraz z pastorem Fritzsche na “Skjoldzie” w poprzednim roku i którzy tymczasowo zamieszkali w Klemzig i Hahndorf. Napisy na zachowanych nagrobkach w Bethany mówią niejednokrotnie o miejscowościach, z których ludzie ci pochodzili: Prittag   (Przytok), Wolstein (Wolsztyn), Tirschtiegel (Trzciel), Sawade (Zawada), Grünberg (Zielona Góra), Freistadt (Kożuchów), Jauer (Jawor). Jeden tutejszy pastor pochodził z Berlina. Był to Heinrich August Eduard Meyer. Urodzony w 1813 roku, wyjechał do Australii w roku 1840 wysłany tam przez Drezdeńskie Towarzystwo Misyjne i prowadził działalność misyjną wśród Aborygenów. Gdy skonczyła się finansowa pomoc z Drezna dla misji, został zaproszony jako pastor do Bethanien w 1848 roku. Wcześniej wieś ta otrzymywała posługę duszpasterską od pastora Fritzschego z Lobethal. Pastor Meyer zmarł 17 grudnia 1863 roku,  jego czarny żelazny nagrobek wciąż znajduje się na „cmentarzu pionierów” w Bethany (Bethany ma trzy małe cmentarze). Jak wyglądała Bethanien krótko po założeniu, przekonujemy się patrząc na zachowana z tamtych lat akwarelę George’a Frencha Angasa (powyżej).

 Charles Otto z Bethany napisał, prawdopodobnie w latach 60-tych XIX wieku, żartobliwy wierszyk o wsi swego dzieciństwa. Wierszyk ten prezentujemy w oryginale oraz w tłumaczeniu:

Nach Bethanien, nach Bethanien                      Do Betanii, do Betanii

will ich meinen Weg hinbahnien,                       szedłbym teraz w tęsknej manii, 

wo gefall’ne Hütten stehn,                              gdzie się  chaty rozpadają,

alle Kinder barfuss gehn,                                 dzieciaki boso biegają,

Kuh- und Schweinstall schrecklich stinken,         gdzie chlewiki strasznie smrodzą

Leute in den Mud versinken:                            ludzie w błocie stale brodzą:

wo es dűster rings umher,                              gdzie posępnie dookoła, 

dahin sehnt mein Herz nach sich sehr.              tam mnie serce tęsknie woła.

 

In Bethanien, in Bethanien,                              W tej Betanii, w tej Betanii,

wo die Kinder, die rotwangigen,                       gdzie dzieci z krasnymi licami

eilends hin zur Schule laufen,                           do szkoły spiesznie biegają

unterwegs sich tűchtig raufen,                        i żywo się przy tym szturchają,

wo Herr Topp den Prűgel schwingt,                   gdzie pan Topp*swym batem wali

  dass es durch die Hose dringt:                        aż przez portki tylek pali:

  Klagetöne werden laut,                                  głośny lament niesie w górę,

  wenn er gerbt die blöße Haut.                         gdy garbuje gołą skórę.

Wymieniony tu “pan Topp” to nauczyciel w miejscowej szkole luterańskiej, Friedrich Topp (1809 – 1892). Uczył tam 45 lat, nawet gdy osiagnał już 80 rok życia. Przybył do wsi kilka miesięcy po jej założeniu w 1842 roku. Pełnił też funkcję kościelnego i organisty. Podczas zebrań rady parafialnej to on spisywał (podobno bardzo ładnym, ‘kaligraficznym’ pismem) wszystkie protokoły. Musiał zostać naprawdę dobrze zapamiętany przez swych uczniów, skoro potem o nim pisali, jak Charles Otto. To oni też ufundowali później jego nagrobek, wciąż istniejący na cmentarzu w Bethany.

Langmeil (obecnie zwany Tanunda) to druga w kolejności miejscowość założona przez luteranów w Neuschlesien. Powstał w tym samym roku co Bethanien, założony przez przybyszów z Klemzig i Hahndorf, do których dołączali później kolejni imigranci udający się tu wprost ze statków. Langmeil położony jest bardzo blisko Bethanien (na północny zachód od niej) i zawdzięcza swą nazwę wsi Langmeil (Okunin) k. Sulechowa. W Langmeil zamieszkał pastor August Kavel i tam też został pochowany w 1860 roku (powiększ zdjęcia obok). Jego brat, Ferdinand, był natomiast pierwszym nauczycielem w miejscowej szkole od jej otwarcia w 1845 roku. Szkoła ta istnieje w dalszym ciągu.

Najstarszy z tutejszych kościołów zbudowano w 1849 roku. Został on przebudowany w roku 1871. Znany jest jako „Tabor Lutheran Church” (http://users.chariot.net.au/~falland/Tabor/ ). Istniejący wokół niego cmentarz jest jednym z najbardziej znanych pionierskich cmentarzy luterańskich w Australii. I znów, tak jak w Bethany, nagrobki mówią o miejscach, z których przybywali tu osadnicy: Cichogora (Cichagóra), Chlastawe k. Zbaszynia (bei Bentschen), Bobersberg (Bobrowice k. Krosna Odrzańskiego), Crossen (Krosno Odrzańskie) itd. Przez dłuższy czas osady i wsie zakładane przez kolonistów zachowywały swój narodwy charakter. W 1851 Tanundę odwiedził niemiecki podróżnik Friedrich Gerstäcker. Został uderzony wówczas niemieckim charakterem tego miejsca do tego stopnia, że jego zdaniem „Podróżnik sądziłby, że znajduje się w jakiejś małej wsi ze starego kraju między Renem i Odrą”. A oto jego opis wnętrza domu w Tanundzie:

 

„Przy piecu siedziała stara babka z białowłosym dzieckiem na kolanach. Ta starsza kobieta stanowiła wierny, znakomity przykład starszej niemieckiej wiesniaczki, jaki znaleźc można jedynie w centrum Niemiec. Jestem przekonany, że wszystko w niej było prawdziwe, aż do spinek i sznurówek. I nie tylko to, lecz wszystko w pokoju było niemieckie: piec, krzesła, stoły, kredensy, zydel, spluwaczka, ceramiczne garnki, talerze udekorowane tekstami, wersety z hymnału; krotko mówiąc wszystko było niemieckie. Weź jakąkolwiek realną saksońską lub pruską wiejską izbę dzienną, zapakuj ją starannie w bawełnę i przetransportuj do Doliny Barossy, a nie będzie wyglądala bardziej autentycznie niż ta, w której stałem.”

Nie wszystkie osady przetrwały po dziś dzień. Przykładem może służyć Hoffnungsthal założony w roku 1847 przez osadników pochodzących głównie z Wielkopolski (w sumie ok. 20 rodzin). Wieś ta reprezentowała (tak jak w większości innych przypadków) typ ulicówki (Starassendorf). Na widocznym obok zdjęciu możemy odtworzyć jej wygląd. Na pierwszym planie widzimy  kamienny postumencik w miejscu, w którym stał mały kościółek luterański. Był on zbudowany z drewna i obłożony z zewnątrz gliną, był on kryty strzechą. Miał też organy, których tworcą był Carl Krueger. Z tyłu, poniżej kościoła biegła mała ulica, która prowadziła mniej więcej obok miejsca, gdzie widać jeszcze martwe drzewo. Kończyła się ona po prawej stronie u podnóża zbocza, na którym mieścił się cmentarz. Wzdłuż uliczki stały domostwa, po lewej zaś stronie rozciągaly się poletka uprawne i ogródki.  Założenie wsi jednak w tym miejscu okazalo się fatalne. Niemcy byli ostrzegani przez okolicznych Aborygenów przed powtarzającymi się tam co jakiś czas powodziami po cięłkich opadach. Zlekceważyli jednak te ostrzeżenia. W październiku 1853 roku miały miejsce takie właśnie ulewy i to przez cały tydzien. Jak wspominał później jeden z mieszkanców, G. Juers:

“W dzień i w nocy deszcze zalewały niczym powódź… Wszystkie farmy i ogrodki zostały zatopione. Woda dostawała się już do domów i jej poziom szybko się podnosił. W wielkim pośpiechu otworzyli zagrody, by trzoda i bydło mogły uciec. Zanim strumienie i potoki opróżnily się z wód z opadów, Stary Hoffnungsthal znalazł się pod wodą na osiem stóp.” (ok. 2 m 44 cm – przyp MM).

Mieszkańcy przenieśli się do Doliny Lyndoch czy New Mecklemburg. Np rodzina Heinricha Goile z Wolsztyna w Wielkopolsce przeniosła się do wsi Schönborn (również w Barossie) tak nazwanej po innej wsi wielkopolskiej (obecnie znanej jako Kępsko). Niektórzy jednak przenieśli się aż do USA. Jedynie kościółek służył jeszcze przez kilka następnych lat. Później został rozebrany. Na zdjęciu z lewej strony: miejsce, w którym ów kościół się znajdował. Po prawej tablice pamiątkowe stojące na owym cokole (powiększ).

W sumie na Nowym Śląsku powstało wiele wsi i osad założonych przez luteranów z terenów dzisiejszej Polski. Na przykład w roku 1855,  a więc już po podziale w kościele luterańskim, dwadzieścia trzy rodziny z Hahndorf popierające pastora Kavela i pragnące mieszkać bliżej niego założyły w Barossie wieś Grünberg czyli Zielona Góra (obecnie Karalta). Wśród innych osad w Barossie znajduja się Gnadenfrei (istnieje taka miejscowość na Dolnym Śląsku: obecnie nazywa się Piława Górna, k. Dzierżoniowa ), Gnadenberg, Krondorf  (na zdjęciu: droga do Krondorf), Kaiserstuhl, Rosenthal, Buchsfeld i szereg innych. http://www.teachers.ash.org.au/dnutting/germanaustralia/e/ortsnamensa.htm

Na Nowym Śląsku uprawiano glównie zboże, choć rejon ten słynie przede wszystkim z winnic i to do tego stopnia, że gdy wspominana jest Barossa Valley, kojarzona jest ona natychmiast z winem. Pierwsze winnice założyli tu zarówno Anglicy jak i Niemcy. Z tych niemieckich najbardziej dziś znanymi są „Lehmann”, “Seppelt”, “Kaiserstuhl” i “Krondorf”.

Wpływ kościoła na życie i zwyczaje wiernych

Bez wątpienia wpływ ten był ogromny i regulował on całkowicie życie codzienne członków kościoła, włączając w to nawet wybór małżonków. Konwencja w Hahndorf w roku 1840 postanowiła na przykład że:

„Kongregacja uznaje zasadę, że członkowie kościoła powinni zawierać związki małżenskie jedynie z członkami kościoła oraz że każdy, kto lekceważy zbawienie własnej duszy oraz radę kościoła, musi spodziewać się ekskomuniki z kongregacji”.
(cytowane za: „Three Brothers from Birnbaum”, s. 26)

Z początku próbowano zapobiegać nie tylko małżeństwom z osobami spoza kościoła luterańskiego, ale i spoza niemieckiej grupy etnicznej. Jednak ten drugi „zwyczaj” złamany został bardzo wcześnie, bo już w 1840 roku przez… samego pastora Kavela, który po śmierci swej pierwszej żony poślubił Angielkę, Anne Catherine Pennyfeather.

Wszelkie “wykroczenia” i przewinienia, jak pijaństwo, cudzołóstwo, udział w grach hazardowych, zaniedbanie uczestnictwa w nabozeństwach, a nawet… tańce, były karane przez kosciół i wymagano za nie pokuty, nieraz przed całą zgromadzoną kongregacją. Takie „wymierzanie sprawiedliwości” przez kościół było też niewątpliwie jedną z przyczyn wspomnianego tu braku, w pewnym okresie, posterunku policji w Hahndorf. Cytowaliśmy również opinię Johna Bulla dotyczącą dyscypliny prawnej kolonistów niemieckich. Jeszcze przed Bullem, w roku 1846, niemal identycznie wyraził się Francis Dutton w swej książce „South Australia and its Mines”:

„Nie narzucający się w swych manierach, wysoce przedsiębiorczy i oszczędni, ci emigranci niemieccy tworzą dziś bardzo niezależną i pomyślnie rozwijającą się część wspólnoty południowoaustralijskiej; annały Sądu Najwyższego stanowią świadectwo ich generalnie zdyscyplinowanego zachowania, nie było, jak sądzę, ani jednej instancji, w której ktokolwiek spośród tych Niemców zostałby skazany za jakiekolwiek przewinienie.”

W Południowej Australii na ponad 15 tysiecy osadników niemal 2000 żyło w ubóstwie lub na jego krawędzi i korzystalo z przyznawanej przez rząd zapomogi. Już w 1841 roku, a zatem zaledwie 3 lata od założenia pierwszej osady (Klemzig) i dwa lata po powstaniu Hahndorf, prasa notowała, że wśród pobierających zapomogi nie było Niemców („Nie było wśród nich Niemców, gdyż osiedlili się oni i pomyślnie rozwijali w swych małych posiadłościach”). W tym samym roku powstała Komisja mająca za zadanie „badanie przypadków zasługujących na zapomogę oraz generalne zaradzenie nieszczęściu i biedzie. Żadni Niemcy nie zwrócili się po zapomogę”. („Three Brothers from Birnbaum”, s. 26).

Generalnie rzecz biorąc, luteranie ci nie akceptowali pomocy finansowej państwa nie tylko w powyższych sprawach, ale i w kwestiach edukacji prowadzonej przez kościół. Szkoly fundowane były z zasobów kongregacji. Niektórzy autorzy podkreślają tutaj, że podejście takie podyktowane było nieprzyjemnymi wspomnieniami z Prus, gdzie państwo sprawowało kontrolę nad tymi kwestiami. Sprzeciwiano się dość regularnie inspekcjom szkół przez państwowe władze oświatowe i później było to jedną z przyczyn, dla których szkoły te zostały zamknięte w latach I Wojny Światowej. Podejrzewano bowiem, że dalej nauczano tam w języku niemieckim, a nie w angielskim. Za posługiwanie się językiem niemieckim zamknięto także miejscowe gazety niemieckie jak „Süd-Australische Zeitung” (na zdjęciu: wydrukowany w owej gazecie nakaz jej zamknięcia).  Zwyczaje panujące w kościele luterańskim w Australii miały tendencje do odseparowywania imigrantów od pozostałej części społeczeństwa. Językiem liturgicznym był wyłącznie niemiecki. Posiadane przez imigrantów egzemplarze Biblii też drukowane były po niemiecku. Na każde nabożeństwo przynoszono ze sobą Biblię oraz dość duży hymnał wrocławski.

Dzieci obowiązkowo uczęszczały do szkoły niedzielnej i to aż do osiągnięcia co najmniej 16 roku życia.

Podczas nabożeństwa obowiązkowo mężczyźni siadali  w ławkach po lewej stronie, kobiety zaś po prawej (w Lobethal zwyczaju tego zaniechano dopiero w roku 1964). Po skończonym nabożeństwie kobiety zawsze opuszczały kościół jako pierwsze, dopiero później wychodzili mężczyźni. Same nabożeństwa trwały na ogół dość długo, często aż do trzech godzin, do czego przyczyniała się duża liczba śpiewanych hymnów oraz kazanie, które rzadko bywało krótsze niż godzina.

Nie prowadzono natomiast żadnych zbiórek pieniężnych podczas nabożeństwa. Wpłaty roczne na potrzeby kościoła dokonywane były na podstawie oceny finansowych możliwości poszczególnych rodzin, a ocen tych dokonywała komisja wybierana przez całą kongregację. Można było odwoływać się od decyzji komisji dotyczącej wyznaczonej wysokości opłat, jednakże odmowa dokonywania wpłat pociągała za sobą utratę prawa głosu w kościele.

O wpływie kościoła świadczy zresztą już sam fakt, że kościół był zawsze pierwszym stałym budynkiem w zakładanej miejscowości. Tak było w Lobethal, tak było w Hahndorf, tak też było na Nowym Śląsku w Dolinie Barossy. Z czasów osadnictwa w tym rejonie pozostaje po dziś dzien trzydzieści sześć kościołów, największe w Langmeil (Tanunda) oraz w Light Pass. Gdy budowano ten drugi , drewno transportowane było 48 kilometrów w trudnych warunkach, drogami nieprzejezdnymi w czasie opadów.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część4część6

Continue Reading »
0 Comments

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 4: Clare Valley

Jul 19th, 2009 by monio
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 4: Clare Valley

Gdy powyższa historia Lobethal rozwijała się już od kilku lat, na dalekim Śląsku miało miejsce preludium do następnej. W roku 1848 pewien właściciel ziemski nazwiskiem Franz Weihert (w Australii czasem pisane jest to nazwisko jako “Weikert”) zatroskany był sytuacją katolików w Prusach i w końcu podjął on – tak jak wcześniej niektórzy staroluteranie z tego regionu – decyzję emigracji do Południowej Australii. W tym samym czasie “ziemia zaczeła się palić pod nogami” jezuitów w Austrii, gdyż cesarz Ferdynand I (ilustracja obok) wygnał ich (ogółem 150 księży i braci) ze swego imperium.

Z tej liczby dwóch księży zdecydowało się dołączyć do grupy Weiherta. Byli to OO. Aloysius Kranewitter i Maximilian Klinkowstroem. Weihert namówił jeszcze ponad 140 innych osób do emigracji i 15 sierpnia 1848 roku szwedzki żaglowiec SS “Alfred” z całą tą grupą (oraz zbliżoną liczbą innych, niezwiązanych z nią, pasażerów) wypłynął z portu w Hamburgu.

Podróż trwała około czterech miesięcy. Nie zabrakło niecodziennych przygód – np. w pewnym momencie “Alfred” był ścigany (i ostrzeliwany) przez duńską jednostkę wojenną “Meander”, zdołał się jednak wymknąć. Ostatecznie zawinął do Port Adelaide 8 grudnia 1848 r.

Tutaj okazało się, że jedynie połowa z grupy Weiherta była katolikami. Pozostali okazali się protestantami, którzy jedynie udawali katolików, by “załapać się” na emigrację do Australii. Opuścili zatem Weiherta i towarzyszących mu jezuitów zaraz po przybyciu do Port Adelaide. (1)

W owym czasie było w Południowej Australii ok. 4000 katolików wraz z 8 księżmi. Była to liczba niemała, jeśli zważyć, że cała kolonia Południowej Australii zamieszkiwana była wówczas ogółem przez 15485 osób (w tym 8755 mężczyzn i 6730 kobiet – wg. danych z grudnia 1841r.). Biskup Murphy z Adelaide zasugerował Kranewitterowi udanie się 130 km na północ od stolicy stanu, gdyż tam nie było dotąd rzymskokatolickich duchownych. 20 grudnia grupa (a raczej to, co zniej zostalo: 10 czlonkow rodziny Weihertow, dwoch jezuitow oraz 14 innych osob) dotarła do miejscowości Clare. Tam osiedliła się rodzina Weihertow (10 osob). Franz Weihert dożył 88 lat i zmarł 8 października 1875 roku w Sevenhill, jest on pochowany na tamtejszym cmentarzu (zdjęcie obok).

Natomiast rozwój ośrodka w Sevenhill stanowił owoc wysiłku jezuitów. O. Kranewitter od razu zabrał się do pracy. Ten młody wówczas 31-letni Tyrolczyk, który swoje święcenia kapłańskie otrzymał zaledwie sześć tygodni przed podróżą do Australii, wkrótce uzyskał cenną pomoc ze strony dwóch innych jezuitów, braci Johannesa Schreinera i George’a Sadlera (Maximilian Klinkowstroem ze względu na stan zdrowia i niemożność przystosowania do klimatu musiał opuścić Australię).

Duchowni zamieszkali wspólnie w wybudowanej przez siebie chacie w okolicy Neagle’s Rock k. Clare i uprawiali ziemię oraz zajęli się hodowlą zwierząt. I tak jak kilka lat wcześniej kobiety z Klemzig i Hahndorf szły wiele kilometrów pieszo, by sprzedawać owoce swej pracy w Adelaide, tak teraz jezuici z Neagle’s Rock musieli maszerować po 30 km do osady Burra, by sprzedawać masło tamtejszym górnikom. Uzyskane w ten sposób oszczędności wraz z nadchodzącymi z Rzeszy pieniędzmi, dopomogły im w zakupie terenu znanego jako Open Ranges, a stanowiacego niegdyś własność aborygeńskiego ludu Nadjuri.

Ojciec Kranewitter pozostał w Sevenhill aż do 1870 roku, kiedy to został przeniesiony do Melbourne, gdzie przejął opiekę duszpasterską nad tamtejszymi katolikami niemieckimi. Mieszkał razem z jezuitami irlandzkimi, którzy od roku 1865 stworzyli szereg misji niezależnych od misji austriackich. Zmarł nagle 25 sierpnia 1880 roku w wieku 63 lat i pochowany jest w jezuickiej części cmentarza w dzielnicy Kew w Melbourne.

Misja i… wino

Tam, gdzie dziś stoi kościół św. Alojzego w Sevenhill wraz z budynkiem małego collegium, stał mały budynek (zburzony w 1869 roku), a stanowiący siedzibę pierwszej misji jezuickiej na ziemi australijskiej. W 1852 roku do grupy dołączył kolejny ksiądz, o. Josef  Tappeiner. W tym samym też roku biskup adelajdzki powierzył misji opiekę duszpasterską nad katolikami, nie tylko niemieckimi, ale i pozostałymi, np. irlandzkimi i polskimi, we wszystkich północnych dystryktach południowej Australii. Sami zaś jezuici mieli wręcz ambicję stworzenia centrum katolicyzmu w tych dystryktach, czegoś w rodzaju “małego Rzymu”. Stąd też to oni przemianowali “Open Ranges” na “Sevenhill”, tworząc paralelę z Rzymem – “miastem siedmiu wzgórz”. Mało tego: nawet biegnący w dolinie miedzy tymi wzgórzami strumyk nazwali Tybrem (The Tiber).

Trzeba przyznać, że starali się istotnie zasłużyć na miano “małego Rzymu”, gdyż w pewnym okresie jezuici z Sevenhill prowadzili misje wśród Aborygenów daleko na północy, niedaleko Darwin!

Historia Sevenhill kojarzy się w Australii również z nieprzerwana działanością jezuitów jako organizatorów i managerów sporej winnicy. W istocie to oni założyli pierwszą winnicę w Dolinie Clare (Clare Valley). Zaczęli od win mszalnych, ale później rozszerzyli produkcję także na wina innych gatunków. Nawet jednak dzisiaj wina mszalne stanowia okolo 25% produkcji Sevenhill Cellars i są one sprzedawane rozmaitym Kościołom chrześcijańskim. Są one też eksportowane za granicę do Indonezji, Malezji, Indii i Papui Nowej Gwinei. Managerami winnicy byli nieprzerwanie jezuici: br. John Schreiner, br. Franz Lenz, br. Patrick Storey, br. Peter Boehmer, br. George Downey i br. John Hanlon, który sprawował tę funkcję do roku 1972. Obecnym managerem (od 1972 roku) jest br. John May i jego to nazwisko jest drukowane wraz z podpisem na nalepkach butelek: “Br. John May S.J. Winemaker”. Jako asystent pracuje z nim inny jezuita, br. Richard Shortall S.J.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część3część5

Przypisy

1. W roku 1848 powodem do emigracji mogły być również wydarzenia tzw. „Wiosny Ludow”. Christine Petschel, która byla 8-letnią pasażerką „Alfreda”, pisała pózniej, już jako żona pionierskiego pastora luterańskiego Hillera w Wimmera w stanie Victoria w swoich wspomnieniach:

„Gdy miałam osiem lat, ojciec zdecydował wyemigrować do Australii z rodziną i dwoma młodszymi bracmi. Dziadek, bedąc świadom, że ci dwaj mogliby zostać powołani do służby (wojskowej – przyp. MM) namawiał ich, by się do nas przyłączyli. Kilka innych rodzin z naszego dystryktu również wyraziło chęć emigracji z tego samego powodu i po gruntownym przedyskutowaniu całej sytuacji zdecydowały się do nas dołączyć”.

Continue Reading »
0 Comments

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 3: Lobethal

Jul 19th, 2009 by monio
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 3: Lobethal

Podczas gdy niektórzy luteranie wielkopolscy, brandenburscy i dolnośląscy zdecydowali się na emigrację już w 1836 roku i ostatecznie udali się tam z pastorem Kavelem po dwóch latach, inni wciąż jeszcze uważali, że emigrować nie należy. Do tych należał pastor Gotthard Daniel Fritzsche z Turowa, działający na tym samym terenie co ks. Kavel, na pograniczu Śląska i Wielkopolski. Później przyszło mu pracować również na tym samym terenie co Kavel, ale… w Australii.

Gotthard Daniel Fritzsche urodził się 20 lipca 1797 roku w Liebenwerda w Saksonii jako syn miejscowego muzyka. Po ukończeniu studiów teologicznych, a przed planowaną ordynacją na pastora, spędził kilka lat pracując jako nauczyciel. Początkowo był pastorem państwowego Kościoła Unii (we wsi Turowo w Wielkopolsce), z ktorym w końcu jednak zerwał. W 1840 roku napisał w swoim dzienniku (znajdującym sie obecnie w archiwach luterańskich w Australii):

“Stało sie dla mnie jasne, że Kościół “Unii” nie jest tym, za co chce uchodzić i za co ja go uważałem, a mianowicie zjednoczonym, miłującym, umiarkowanym, tolerancyjnym i hojnym Kościołem. Dlatego też zgrzeszyłem, gdy zadeklarowałem (na Wielkanoc 1830 roku), że dołączę do tego Kościoła i że będę używał jego ‘Agendy’”.

Ponieważ pastorzy luterańscy poddawani byli represjom, łącznie z uwięzieniem, ks. Fritzsche zdecydował się zastąpić kolegów i podjął służbę dla luterańskich zborów. Ukrywał się za dnia w szopach i w piwnicach, a podróżował nocami od jednej wspólnoty do drugiej. Do 1840 roku jednak nie był zdecydowany na emigrację. Jego parafie były co prawda przychylne emigracji, ale Kościół jako instytucja nie.

W tymże samym roku zmarł Fryderyk Wilhelm III. Jego następca, Fryderyk Wilhelm IV, zaprzestał wkrótce polityki swego poprzednika i nakazał zwolnienie wszystkich uwięzionych pastorów. Jest zatem całkiem prawdopodobne, że grupa Fritzschego nigdy nie opuściłaby Prus. Wielu luteranów jednak nie wierzyło, że zmiana polityki rządu jest stała. Dodatkowo 9 czerwca 1840 Fritzsche otrzymał list od pastora Kavela, w którym ten zaprosił go oraz całą wspólnotę do południowej Australii. Był to juz zresztą drugi list Kavela (pierwszego z roku 1839 Fritzsche nigdy nie otrzymał). Jest całkiem prawdopodobne, że to właśnie ten list wpłynął na zmianę stanowiska ks. Fritzschego. Natychmiast rozesłał on kopię listu do wszystkich obsługiwanych przez siebie wspólnot na Śląsku i w Wielkopolsce. Ponad 200 osób zdecydowało się na emigrację.

Cała grupa (z okolic Zielonej Góry, Świebodzina, Sulechowa i Międzychodu) zebrała się – tak jak wcześniej grupa ks. Kavela – we wsi Cigacice (Tschicherzig), którą opuściła barkami 6 maja 1841 r., docierając rzekami i kanałem do Hamburga 22 maja. Po drodze zatrzymała się w Berlinie (13 maja) i wybrała się tam na zwiedzanie muzeum. Tam obrzucona została wyzwiskami, a ktoś zasugerował nawet, by ich wszystkich wrzucić do rzeki. Nie był to pierwszy przypadek tego typu. Już w Wielkopolsce niektórych obrzucono kamieniami. W Krośnie Odrzańskim (Crossen) – juz nieco łagodniej – ograniczono się do głośnych uwag typu “gdybym to ja był królem, to już wiedziałbym co zrobić z tymi emigrantami”. Kto inny zaś stwierdził, że “gdyby chodziło o ludzi starych, to jeszcze, ale że tylu młodych wyjeżdża, to czyste szaleństwo”.

“Winnica Chrystusa”

Już w Hamburgu na specjalnym zebraniu w poniedziałek 24 maja 1841 formalnie stworzono wspólnotę kościelną, którą nazwano “Winnica Chrystusa” (“Zum Weinberge Christi”). Wybrano starszyznę spośród osób z poszczególnych regionów. Tak więc wiemy, że z grupy Ślązaków wybrani zostali Klar i Grosser, spośród tych z okolic Sulechowa Grocke i Felsch, a z grupy wielkopolskiej Hensel i Bormann.

Ostatecznie 3 lipca 1841 roku duński żaglowiec “Skjold” dowodzony przez kapitana Hansa Christiana Claussena wypłynał z Hamburga z dwustukilkudziesięcioma osobami na pokładzie. Do Port Adelaide dotarł 28 października i nie była to najszczęśliwsza podróż. Cytowany już wcześniej “The South-Australian Register” doniósł lakonicznie 30 października:

“THE SKJOLD” - Statek ten zawinał do Zatoki w ostatnią środe rano z 213 emigrantami niemieckimi. Opuścił Altonę 3-ego lipca, nie przywiózł jednak żadnych wiadomości z Anglii. Podczas rejsu odnotowano czterdzieści jeden zgonów na pokładzie, głównie wśród dzieci. Przyczyną była dezynteria. Wszyscy emigranci udają się do Klemzig, pod nadzór Wielebnego p. Kavela, do czasu uzyskania zatrudnienia.”

Istnieją pewne sprzeczności co do liczby zgonów w czasie rejsu. Cytowane powyżej źródło podaje liczbę 41, a pastor Fritzsche w swoim dzienniku (obecnie również w archiwach luterańskich w Australii) wymienił imiennie 45 osób zmarłych i podał daty ich śmierci. Odnotował także 6 przypadków narodzin podczas podróży. Pierwsze ofiary wirusa zmarły jeszcze przed podróżą w Hamburgu i zostały pochowane na cmentarzu kościoła św. Jerzego (St. Georgskirche) stojącego w pobliżu portu (np. mąż Anny Rosiny Kowald z Zawady k. Zielonej Góry).

1 listopada do Port Adelaide przybyły delegacje z Klemzig i Hahndorf z wozami, by zabrać przybyłych do tych dwóch wsi. Ci, którzy udali sie do Klemzig, później założyli osadę Bethanien w dolinie Barossy, spośród zaś tych, co udali się do Hahndorf, 18 rodzin założyło później wieś Lobethal.

“Am vierten Tage aber kamen sie zusammen in Lobethal: denn darselbst lobten sie den Herrn. Daher heisset die Stätte Lobethal, bis auf diesen Tag.” (2. Księga Kronik 20,26)

Miejsce, w którym osiedli, znajduje się na obszarze zwanym Adelaide Hills, a konkretnie w malowniczej dolinie, do której droga z Adelaide prowadzi zboczami wzniesień, przypominających nieco krajobrazy dolnośląskie.
Lobethal założony został przez pastora Fritzschego oraz owych 18 rodzin 4 maja 1842 roku. Pod koniec odprawianego nabożeństwa dziękczynnego Fritzsche zacytował z Biblii Lutra przytoczony powyżej fragment z 2. Księgi Kronik. Ks. Fritzsche prowadził swoją pracę duszpasterską w centrum, jakim stał się dla niego Lobethal. Odwiedzał on szereg wsi i osad, a w samym Lobethal otworzył pierwszą szkołę spełniającą role seminarium duchownego. Było to pierwsze luterańskie seminarium duchowne na półkuli południowej i otwarte zostało w 1845 roku, czyli w tym samym roku, w którym powstał obecny budynek kościoła w Lobethal – najstarszego istniejącego kościoła luterańskiego w Australii.

Mieściło się ono w małym budynku, a właściwie w murowanej chatce krytej gontem. Pierwszym zaś seminarzystą został Carl August Hensel z Międzyrzecza (Meseritz). Dziś “chata” seminarium znajduje się wewnątrz budynku lokalnego muzeum zbudowanego celowo wokół niej. O ile seminarium było dziełem pastora Fritzschego, o tyle muzeum powstało dzięki staraniom powojennego imigranta z Litwy nazwiskiem Jonas Vanagas, ktory osiadł w Lobethal w roku 1947.

Pastor Gotthard D. Fritzsche zmarł 26 października 1863 roku i został pochowany na starszym z dwóch cmentarzy w Lobethal, gdzie spoczywa wraz ze swoją rodziną i adoptowanym, niepełnosprawnym dzieckiem aborygeńskim.

Do Australii wybierali się pojedynczy emigranci, rodziny lub całe ‘klany’ rodzinne. Przykładem tego jest rodzina Müllerów, których dzieje opisano w szczegółach w książce „Three Brothers from Birnbaum” (czyli dosłownie: „Trzej bracia z Międzychodu”). Wszyscy oni wraz ze swymi rodzinami i dziećmi przybyli wraz z pastorem Fritzsche na pokładzie „Skjolda”. Wszyscy zamieszkali początkowo w Lobethal, ale później rozmaite gałęzie tej rodziny mieszkały w rozmaitych miejscach w Południowej Australii lub Australii w ogóle. Na przykład jeden z członków tej rodziny, Johann (John) Ferdinand Műller, urodzony w Lobethal w 1850 roku, zamieszkiwał później w Hahndorf, Adelaide oraz Stuart (obecnie Alice Springs).

Lobethal pozostał miejscowością o silnych wpływach luterańskich po dziś dzień. Tutejsza parafia luterańska ma zarejestrowanych ok. 500 wiernych. W porównaniu do niej członków Uniting Church jest tu ok. 100, rzymskich katolików ok. 50, anglikanów ok. 25.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część2część4

Poniżej mała “galeria” innych jeszcze fotosów z Lobethal:

Continue Reading »
0 Comments

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 2: Hahndorf

Jul 18th, 2009 by monio
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 2: Hahndorf

Spośród miejscowości założonych przez Niemców w Południowej Australii najbardziej znany jest Hahndorf, którego historia zaczyna się w roku 1839, czyli krótko po założeniu Klemzig. Jest to też jedyna z owych miejscowości nazwana po kapitanie statku, który przywiózł emigrantów do Port Adelaide. Kapitanem owym był również Niemiec, Dirk Meinertz Hahn (1804-1860), kapitan żaglowca „Zebra”, który przybył tam 2 stycznia 1839 roku.

 W styczniu 1839 roku do Port Adelaide zawineły dwa niemieckie żaglowce: „Zebra” 2 stycznia (kpt. Hahn) oraz „Catharina” 22 stycznia (kpt. Peter Schacht). Dirk Meinertz Hahn osobiście nie należał do szczególnie religijnych ludzi. Jednak owych 199 (1) pasażerów z “Zebry” zrobiło swoim religijnym ferworem i szczerością wybitnie korzystne wrażenie na kapitanie, postanowił on zatem im dopomóc w osiedleniu. Nie obyło się początkowo bez problemów. Hahn uznał, że ziemie w okolicach Klemzig nie są wystarczająco żyzne, chciał im zatem pomóc w znalezieniu lepszego miejsca do osiedlenia. Niejaki Osmond Gilles, do którego Hahn zwrócił się poczatkowo o wydzierżawienie ziemi przybyłym luteranom, odmówił swej zgody na to, gdyż ludzie ci dużo się modlili i śpiewali wiele pieśni kościelnych, jego zaś doświadczenie uczyło go, że tacy ludzie są na ogół leniwi. W końcu jednak Hahn uzyskał dla swych podopiecznych nienajgorszę ziemię na wzgórzach w rejonie Mt Barker, ok. 40 km od Port Adelaide (2) Przenosiny zajęły około trzech miesięcy, gdyż trzeba było (w 30-40 stopniowym upale) przenieść pod górę cały dobytek (ludzie nie mieli pieniędzy na zakup lub choćby wynajęcie koni tub wołów), a przecież należało również czymś się odżywiać (na zakup żywności też nie było środków) wobec czego zbierano i gotowano po drodze zioła i korzenie oraz polowano na possumy, jaszczurki i kangury. Te długie przenosiny nie przeszły niezauważone przez miejscowych Brytyjczyków (3)

Wieś, którą założono (ulicówka) nazwano, na cześć kapitana “Hahndorf”, którą to nazwę posiada ona po dziś dzień, z przerwą na lata 1917-1935, kiedy to zmieniona ona została na „Ambleside” w wyniku antyniemieckich nastrojów (bardzo zresztą podsycanych przez rząd) podczas I Wojny Światowej.

W ciągu jednak kilku miesięcy ci ludzie, co po drodze zbierali zioła, by wyżyć, zaczęli (wspólnie z tymi z Klemzig) zaopatrywać Adelaide w żywność produkowaną w swoich wsiach. Kobiety z Hahndorf wstawały o 3 lub 4 rano i niosły na plecach jajka, masto i mleko do Adelaide, późnym zaś popołudniem udawały się w drogę powrotną. Dziewczęta szybko zdobyły sobie uznanie w strzyżeniu owiec.

John Bull, na którego powołaliśmy się już w poprzedniej części, pisze  otwarcie, że Niemcy zostali przy zakupie ziemi po prostu nabrani: panowie Dutton, Finniss i McFarlane, którzy nabyli swoje grunta w okolicach późniejszego Hahndorf płacąc £1 za akr (1 acre = 0.4ha) sprzedali ją następnie Niemcom po cenie £7 za akr, w sumie “kosząc” £1,680 za 240 akrów. Procent zaś (gdyż niezbędna była pożyczka) wynosił 10%. Szybko jednak osadnicy powetowali sobie ową transakcję swoją własną ciężką pracą. Ponieważ wówczas kwitła w kolonii niebotyczna spekulacja ziemią (“tanio kupic – drogo sprzedać”), więc spekulanci, zbijając forsę na takim handlu, nie byli zainteresowani uprawą czy hodowlą. Niemcy zaś ze stosunkowo nawet nieurodzajnej ziemi byli w stanie wyżyć i to nienajgorzej. Wkrótce też stać ich było na to, by do zakupionej poprzednio ziemi dokupić jeszcze więcej, w ten sposób powiększając dwukrotnie obszar Hahndorfu.

O roli pastora Kavela w miejscowej społeczności Bull pisze w ten sposób:

„Wplyw pastora Kavela był ogromny, jego osobiste zaangażowanie na rzecz rodaków było niewyczerpane przy jednoczesnym samozaparciu, co w efekcie doprowadziło do stworzenia wspólnoty znanej z prawości i poszanowania dla naszego prawa; a jak świadczą annały Sądu Najwyższego, nie było ani jednej instancji, by ktokolwiek z jego społeczności został skazany za poważne przestępstwo”.

Jednym z praktycznych dowodów wspierających powyższą tezę jest fakt, że przez dłuższy czas nie było w Hahndorf żadnego posterunku policji. Był on tam po prostu zbędny.

Jedną z lepiej zapamiętanych i barwnych postaci wśród mieszkańców-założycieli  Hahndorf był przybyły na pokładzie „Zebry” Gottfried Lubasch pochodzący ze wsi Rosin (Rissen) k. Sulechowa. Gdy miał lat 26, był sierżantem pruskiej artylerii i słuzył w armii marszałka Blűchera. Brał udział w bitwie pod Ligny (16 września 1815), a dwa dni później pod Waterloo, za udział w której otrzymał medal Waterloo. John Bull (przedstawiony na ilustracji obok) wspomina go jako “starego sierżanta”:

“Wiele ciężkich bitew słownych stoczyłem ze starym sierżantem, lecz nigdy nie udało mi się go przekonać, że bitwa pod Waterloo była już wygrana przed nadejściem starego Blűchera. Lubasch twierdził, że był w wysuniętym oddziale dział, które, odprzęgnięte, oddały pierwszą salwę i uratowały, jak twierdził, armię angielską” (w rzeczywistości Napoleon i Wellington osiągnęli mniej więcej “remis” zanim nadeszli Prusacy – przyp. MM).

Gottfried Lubasch otworzył w Hahndorf najpierw mały lokal gastronomiczny, a następnie hotel z restauracją, który nazwał “German Arms” (czyli „Oręż Niemiecki”) dla przypomnienia Anglikom roli armii pruskiej pod Waterloo i który  pod tą samą nazwą  istnieje po dziś dzień (p. zdjęcie obok). Hahndorf jest zresztą tą miejscowością, która zachowała stosunkowo najwięcej starych budynków z XIX stulecia. Przykładem tego jest – obok „German Arms” – stary młyn z 1842 roku (obecnie odrestaurowany i służący jako restauracja „Old Mill”), stara kuźnia z 1870 roku (obecnie sklep z pamiątkami) czy też pierwsza szkoła luterańska (1839) znana jako „Hahndorf Academy”, pełniąca obecnie funkcję galerii sztuki. 

W Hahndorf wciąż stoją dwa kościoły luterańskie: starszy, kościół Św. Michała, zbudowano w 1858 roku. Pierwszy budynek – podobny w charakterze do tego z Klemzig – powstał w 1840 i dedykowany został jeszcze przez pastora Kavela. Później jednak pieczę nad tą parafią przejął pastor Fritzsche (patrz: część trzecia „Lobethal pastora i Sevenhill jezuitów” oraz Epilog) w związku z podziałami wewnątrzluterańskimi w Australii.  Drugim z istniejących tam kościołów luterańskich jest kościół Św. Pawła z roku 1890. Pierwotny jego budynek powstał w roku 1858. Obecny, z roku 1890, zaprojektowany przez architekta F.W. Danckera z Adelaide powstał w rocznicę zbudowania pierwszego budynku kościoła Św. Michala. Parafia Św. Pawła tradycyjnie była parafią zwolenników pastora Kavela.

Po zwycięskim zakończeniu wojny z Francją w 1871 roku, kanclerz Otto von Bismarck nakazał odlanie z broni użytej w tej wojnie pewnej liczby dzwonów dla kościołów luterańskich w Europie. Jeden z tych dzwonów trafił do kościoła Św. Michała w Hahndorf i był używany aż do roku 1946, kiedy to przeniesiono go do miejscowej szkoły luterańskiej. Podobnie po I Wojnie Światowej jeden zdobyty we Francji przez Australijczyków niemiecki moździerz (“Minenwerfer”) przywieziony został z Europy i ustawiony przy głównej ulicy w Hahndorf, gdzie stoi on po dziś dzień.  

Nie spoób pominąć również cmentarza w Hahndorf. Kiedyś były tam trzy cmentarze: najstarszy wokół kościoła św. Michała, na którym pozostało po dziś dzień jedynie kilka grobów; drugi wokół miejscowością. Na najstarszych nagrobkach odczytujemy, zapisane najczęściej w gotyku, nazwy miejsc urodzenia pierwszych tutejszych kolonistów: Nickern (czyli: Niekarzyn), Kranz bei Bomst (Kręcko koło Babimostu), Rakau (Raków), Unruhstadt (Kargowa, dawn. Unrugowo), Clausthal, Berlin, Posen (Poznań).  Cmentarz ten jest wciąż użytkowany. W roku 1968 spoczął tam jeden z lepiej znanych artystów australijskich, urodzony w Hamburgu (1877), a zamieszkały i tworzący w Hahndorf malarz Hans Heysen. http://images.google.com.au/images?hl=en&lr=&q=Hans+Heysen&btnG=Search

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część1część3

Poniżej prezentujemy małą “galeryjkę” fotosów z Hahndorf:
 

 
Przypisy:

 

 

1. Nie istnieje żadna zachowana oficjalna lista pasażerów „Zebry”. Liczby podawane w rozmaitych źródłach różnią się między sobą nieraz znacznie i wahają się w granicach 129 do 199. Jeżeliby odjąć od liczby 199 osób notowane zgony 6 dorosłych oraz 5 dzieci, to zostawałoby 188 osob, które dotarły do Port Adelaide. Są jednak źródła podające liczbę 129 osob, które wsiadły na żaglowiec parę miesięcy wcześniej w Hamburgu i z których owych 11 osób zmarło podczas rejsu. Zdecydowaliśmy się jednak na liczbę 199 osób, gdyż taką podaje w swoich notatkach kpt. Hahn.

2. Zainteresowanie kapitana Hahna okazane pasażerom jego statku nie uszło również uwadze brytyjskich obserwatorów w Australii. Oto co pisał „The South Australian” w środę 23 stycznia 1839 roku:

„Zebra

Stanowi dla nas przyjemność najszczerszą móc opublikować nastepujące wdzięczne świadectwo opieki i uważania okazanego przez Kpt. Hahna ze statku „Zebra” przybyłego  ostatnio do tej kolonii z Hambro (t.j. ‘z Hamburga’ – przyp. MM). Od sposobu, w który kapitanowie statków z emigrantami pełnią ważne swe obowiązki zalezy tak wiele komfortu i szczęścia pasażerów, że nie powinna być stracona okazja zaświadczenia uznania kolonistów, gdy tylko odpowiednia sposobność po temu się nadarzy. Kapitanowi z „Prince George” oraz Kapitanowi Hahnowi z „Zebry”, (obydwa z emigrantami z Niemiec) należy się wielka pochwała za ich jednoznaczną życzliwość i uważanie okazane powierzonym ich opiece, i sugerowalibyśmy Pełnomocnikom słuszność przyznania premii tym Kapitanom, którzy w bezpieczny sposób przywożą emigrantów i pasażerów i których dowodzenie jest tak godne polecenia.

City of Adelaide, South Australia 

19 stycznia, 1839.” 

3.  W części pierwszej, tej o Klemzig, cytowaliśmy obszerne fragmenty artykułu z „Southern Australian”. W odpowiedzi nań pewien czytelnik, podpisujący się jako „Salus Populi”, a posiadający wyraźne zacięcie do odmalowywania scen rodzajowych i religijnych (być może duchowny?), napisał do redakcji tej gazety list, który opublikowany został 15 maja 1839 roku, a opisujący wrażenia autora będącego świadkiem wspomnanych powyżej przenosin pasażerów „Zebry” do ich nowego miejsca zamieszkania:

„(…) w czynionym przez Pana wyliczaniu dobrych cech owych Niemców nie doszukałem się jakiejkolwiek wzmianki o najbardziej wzniosłym rysie w ich charakterze – o ich skrupulatnym obchodzeniu Dnia Pańskiego. Ich pełen samozaparcia duchowny dzieli swój czas, jak mniemam, pomiędzy tą oraz bardziej odległą osadą swych rodaków. Czy jednak on z nimi jest czy nie, nie pozwala się, by Dzień Pański nie był świętowany. Byłem świadkiem najbardziej ujmującej sceny kilka niedziel temu; grupa tymczasowych chat na szczycie łańcucha gór Mount Lofty wskazywała miejsce, gdzie niektórzy z owych pielgrzymów zatrzymali się na wypoczynek w drodze do dystryktu Mount Barker, w którym zakładają swą osadę.(…) Można było spostrzec starego człowieka w jednej z owych chatek, czytającego z dużego notatnika grupie uważnych dzieci. W innej chacie pewien mężczyzna leżał na materacu, jednak modlitewnik był w jego ręku i najwyraźniej przyciągał jego największą uwagę. Lecz w cieniu wspaniałego eukaliptusa, siedząc czy to na stołkach czy klocach przyniesionych z chat, czy to na powalonym pniu drzewa lub też, w przypadku młodszych członków kongregacji, po prostu na ziemi, grupa około dwudziestu paru osób słuchała z uwagą czytania (…) i co jakiś czas pobożni zebrani wstawali jednocześnie, by śpiewać w najbardziej zachwycającej harmonii którąś z pieśni Pańskich, często przedtem spiewanych w ich własnym kraju. Był to temat dla malarza – szerokie równiny w dole ze swymi rzadkimi zagrodami wdzierającymi się w miejsca będące do niedawna jeszcze niepodzelną domeną kangurów i emu. Wzgórza z tyłu, rozpościerające się wyżej i wyżej, oddzielające nas od bezkresnych równin, takich jak te między Zatoką a nami, które w niedługim już czasie mogą falować złotym plonem i być znaczone spiczastymi wieżami miejsc chrześcijańskiego kultu, w których tubylcy będą mogli wyznawać religię Zbawiciela. Bezchmurne niebo w górze i niewzburzony ocean w oddali, tworzyły panoramę szczególnie cieszącą oko. Lecz scena, którą usiłowałem opisać – cisza lasu przełamana świąteczną muzyką prostych wiernych; ta przemawiała do serca, i mógłbym sobie życzyć, by wielu co nie zauważają powrotu tego świętego dnia odpoczynku, było tam ze mną, by zobaczyć ten poruszający widok, uchwycić te pobudzające melodie, gdy wznosiły się niczym wdzięczne kadzidło ku Temu, co pokrył gaj zielenią, co rozpostarł niebiosa, i co dzierży w Swej dłoni szeroką przestrzeń wód…”  (Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, str. 92)

Michał Monikowski
Perth, Australia

Continue Reading »
0 Comments