Copyright © 2012 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Naród
RN3: O naturze rasizmu
Lokalne, regionalne i krajowe patriotyzmy zdają się nawet obecnie być pod niektórymi względami jeszcze istotniejsze dla świata niż w przeszłości. Bo o ile w przeszłości służyły one lokalnym społecznościom, to o tyle obecnie służą one już społeczności globalnej. Zresztą gdyby nawet udało się (jakimś chyba istotnie diabelskim) „cudem” zlikwidować obecne patriotyzmy, to za jakiś czas – i to stosunkowo krótki – pojawią się one znowu. Ludzie mają skłonność do myślenia kategoriami wspólnot lokalnych. I jest to skłonność jak najbardziej naturalna. Zaczyna się już w rodzinie – a nawet jeszcze przed jej założeniem! Ktoś kogoś lub coś preferuje w stosunku do kogoś lub czegoś innego. Heteroseksualista preferuje osobę płci odmiennej; homoseksualista preferuje osobę tej samej płci. Kochankowie i małżonkowie preferują siebie nawzajem w stosunku do innych osób (inaczej złamanego grosza szkoda byłoby na takich „kochanków” i na szczerość ich „uczuć”…). Rodzice preferują swoje dzieci w stosunku do cudzych (inaczej nazywa się ich „wyrodnymi rodzicami”); dzieci preferują swoich rodziców w stosunku do innych (inaczej też są wyrodne…); osoba żyjąca w jakimś kraju preferuje ten kraj w stosunku do innego (bo inaczej po co w nim mieszka?). Wyznawca jakiejś religii preferuje tę religię w stosunku do innych (bo jak inaczej jest on w ogóle w stanie ją „wyznawać”?). Przykłady możnaby mnożyć. I co w tym wszystkim złego? Na całych systemach preferencji zbudowana jest cała ludzka cywilizacja i bez nich nie byłaby ona po prostu możliwa.
Przyjrzyjmy się teraz w tym kontekście kwestii rasy, dla której to kwestii niektórzy zdają się próbować znaleźć „ostateczne rozwiązanie” poprzez sztuczną likwidację samego nawet pojęcia rasy ze słownika codziennego użytku. Jedyne jednak, co taka „Endlősung” jest w stanie przynieść, to wyciszenie tego tematu w życiu oficjalnym. W żadnym jednak wypadku nie oferuje ona jego nieobecności, a jest to obecność całkiem konkretna. To, czego najczęściej przy omawianiu tego zagadnienia brakuje (gdy w ogóle jest ono jeszcze omawiane), to obiektywizm, chęci osiągnięcia którego niejednokrotnie nie próbuje się już nawet pozorować. Tymczasem pojęcie rasy jest pojęciem jak każde inne. Rasy ludzkie rzeczywiście istnieją. Cechy rasowe – czy to w ich „czystej” postaci czy też mieszanej (u osób o mieszanym pochodzeniu rasowym) – stanowią stałą i niezbywalną część jestestwa każdej indywidualnej osoby ludzkiej. Za taką część uważa się też dziedzictwo kulturowe takiej osoby, jej wyznanie, używany przez nią język, poczucie przynależności narodowej itd. Z tą oczywiście istotną różnicą, że cechy rasowe są cechami wrodzonymi takiej osoby (tak jak np płeć), podczas gdy wszystkie pozostałe wymienione powyżej są przez nią dopiero nabywane w ciągu trwania życia.
Czy urodziłeś się chrześcijaninem?, No, nie… Polakiem też nie, bo nie ma „genu polskości”. Nie przyszedłeś też na świat jako „Polish-speaker”, bo nikt z nas nie mówi w momencie urodzenia, lecz musi się tego nauczyć. Genu języka polskiego też nie ma… Polityczne poglądy też nie są dziedziczne. Religię człowiek jest w stanie zmienić. Religie nie tylko wiedzą o tym, ale wręcz na to liczą (stąd „ewangelizacje”, „misje” i nadzieja na „konwersje”). Ludzie zmieniają nieraz narodowość (to w kwestia świadomości), tracą umiejętność posługiwania się językiem ojczystym, gdy od wielu lat mieszkają za granicą. Niektórym odważnym i zdeterminowanym udało się nawet zmienić płeć przez zabieg chirurgiczny. Spróbuj zmienić swoją rasę…
Powiesz może, że „…każdy CZŁOWIEK (człowiek to element nadrzędny) bez względu na zewnętrzne różnice musi być traktowany tak, jak na to zasługuje” . A powiedz mi: czy jest możliwe być człowiekiem, nie będąc reprezentantem jakiejkolwiek rasy ludzkiej (lub mieszaniny ras)? Rasę (lub jej kombinację) mamy zapewnioną „jak w banku” zanim jeszcze plemnik ojca dotknie komórki jajowej matki – czyli wcześniej niż da się ustalić płeć płodu… Jest więc ona z nami przed żłobkiem i idzie z nami poza nagrobek: jeśli w 100 lat po mojej śmierci ktoś zechce wykopać moje kości, to nie odgadnie narodowości, nie odgadnie języka, nie odgadnie religii ani nawet moich poglądów, ale rasę ustali (bez konieczności odgadywania…) natychmiast, tak jak płeć czy wiek.
Próba uczynienia z nas osób całkowicie obojętnych na naszą rasę (1) jest bardziej jeszcze chyba contra naturam niż przymusowy celibat…
Bo ten popęd seksualny… wiadomo: u jednych jest silniejszy, u innych słabszy. W dodatku nie zawsze on nam towarzyszy. Na początku jeszcze go nie ma, pod koniec na ogół już go nie ma. Rasa jest zawsze… Dzięki niej istniejemy. Jeśli nie reprezentujesz co najmniej jednej ludzkiej rasy, to może jesteś robotem albo istotnie zwierzęciem (choć tak się odżegnujesz – tak nawiasem: do pewnego stopnia zwierzęciem jesteś, bo 98,5% swoich genów masz wspólnych z… szympansami – pociesz się , że ja też..). Ale człowiekiem absolutnie nie. Rasa jest z nami związana nierozerwalnie dokładnie w takim stopniu, w jakim jest związane z nami człowieczeństwo.
Zabawne jest w związku z tym nieraz czytanie wywodów niektórych teoretyków na temat rasizmu czy nacjonalizmu. Niektórzy autorzy podkreślają „sztuczność” nacjonalizmu, bo tak niepewna, ich zdaniem, jest jego podstawa. Jest to „wytwór kulturowy”, który „wymyśla narody tam, gdzie nie istnieją” (p. Benedict Anderson. „Imagined Communities” w: „Nation and Nationalism” New Jersey, USA 2005). Czyli tak: gdy podstawą wspólnoty jest podstawa kulturowa czy językowa albo polityczna, to jest to “sztuczność”. Natomiast jeśli tą podstawą jest podstawa genetyczna – jak w przypadku rasy – to z kolei ma to być „zwierzęcość” lub „zwięrzęcy instynkt” (2). Czasami odnosi się wrażenie, że takim autorom w ogóle każdy typ wspólnoty przeszkadza. Pewnie ideologiczna by im nie przeszkadzała. No, ale problem w tym, że ideologie trwają nieporównanie krócej niż narody, religie, nie mówiąc już o rasach… A jak długo trwają religie? Najstarsze z obecnych ze 3,5 tysiąca lat lub coś koło tego. Dłużej niż większość narodów, ale to i tak niewiele wobec trwania rasy, trzeba to chyba przyznać.
Modła polit-„poprawnej” propagandy obecnie jest znana. Jak to zauważył swego czasu David Duke: „tak jak fakty Galileusza o systemie solarnym były równane z Diabłem, tak dzisiaj fakty dotyczące ras są równane z Hitlerem”. ( w książce „My Awakening. A Path to Racial Understanding”)
Rasizm sam w sobie nie jest zły (nie jest ani zły ani dobry). Tak jak pogarda rasowa nie ma wyłączności na rasizm. Ja pojmuję rasizm tak jak w naukach społecznych pojmowany jest nacjonalizm – czyli inaczej niż w slangu medialnym. W naukach społecznych już samo identyfikowanie się z własną nacją jest traktowane jako nacjonalizm i to bez negatywnych konotacji. Są rozmaite postacie nacjonalizmu, tak jak są rozmaite postacie rasizmu. Co oznacza, że wcale niekoniecznie rasizm polega na uznaniu, że się jest lepszym od człowieka innej rasy albo że którejś z ras należy zagwarantować więcej praw w stosunku do innych ras. Gdyby religijność miała polegać wyłącznie na religijnej pysze i nietolerancji, to ja też musiałbym uznać, że „nie jestem religijny”, jeśli nie wręcz, że jestem „ateistą”.
W angielskim istnieją dwa terminy na określenie rasizmu: „racism” oraz „racialism”. Istnieje wyraźna różnica w rozumieniu obu tych pojęć, niechaj te linki posłużą jako pomoc. W polskim mamy tylko jedno słowo, zatem pokuśmy się o krótką lecz precyzyjną definicję tego pojęcia:
Rasizm to identyfikacja z własną rasą (zarówno identyfikacja indywidualna jak i identyfikacja zbiorowa) oraz stosowanie kryteriów rasowych w odniesieniu do kwestii publicznych.
Oznacza to, że stosowanie jakichkolwiek kryteriów rasowych jest wyrazem rasizmu – nierasista nie będzie bowiem stosował żadnych takich kryteriów. Zarówno niektórzy rasiści jak i niektórzy spośród identyfikujących się z antyrasizmem wskazują na fakt, że rasizm tkwi bardzo głęboko zakorzeniony w ludzkiej świadomości, także w podświadomości i że w związku z tym należy się go doszukiwać znacznie wcześniej niż dopiero w momencie okazywania niechęci innym rasom i ich przedstawicielom. Osobiście zgadzam się z takim ujęciem problemu, gdyż dzięki temu możliwa jest bardzo prosta – i niekoniecznie nacechowana uprzedzeniami i emocjonalizmem – klasyfikacja zarówno samych ludzi jak i ludzkich zachowań jako rasistowskich. Daje to większą możliwość konsensusu w każdym indywidualnym przypadku kategoryzacji.
Konsensus ten nie jest możliwy przy obecnym stylu definiowania rasizmu jak zjawiska wyłącznie o cechach negatywnych i charakteryzującego się hipokryzją oraz bigoterią. Tak, to prawda, takie postawy również zaliczają się do rasizmu, jednak tego rodzaju „definiowanie” jest podobne go wspomnianego wyżej definiowania religijności jedynie jako religijnej pychy oraz nietolerancji religijnej.
Człowiek definiowany jako rasista w takich warunkach będzie naturalną koleją rzeczy zdecydowanie odrzucał taką kategoryzację swej osoby i swych poglądów jako „potwarz”, „oskarżenie”, „atak personalny” itd. Jakikolwiek „konsensus” jest w takich warunkach po prostu niemożliwy. Zamiast klarowności panuje totalne zamieszanie, niekończące się kłótnie i awantury o tak prostą, zdawałoby się, rzecz jak to, czy ktoś jest albo nie jest rasistą. Czy sprzeczamy się w podobny sposób o to czy ktoś jest albo nie jest np monarchistą albo republikaninem? Prostsza definicja podana powyżej zapobiega takim niejasnościom. Potem dopiero można się spierać o to, jaki konkretny typ rasizmu ktoś reprezentuje. Tak jak, po uznaniu, że ktoś jest monarchistą (lub republikaninem), można dyskutować konkretną formę i program owego monarchizmu (lub republikanizmu). I odbywa się to już zazwyczaj bez większych problemów (3).
To, że identyfikujemy się z grupami, także narodowymi czy rasowymi, jest prostym wynikiem tego, jak Natura nas skonstruowała. Proste obserwacje wykazały to już dawno, w ciągu całych stuleci. Współcześnie trafność tych obserwacji potwierdzana jest także dzięki możliwościom naukowym. Jest taki hormon, który znany jest jako Oxytocin. Potocznie zwany jest „hormonem miłości”, bo odgrywa sporą rolę w prokreacji. Ale badania wykazały również, że jest to także hormon oddziałujący silnie na rzecz utożsamiania się z grupą, również grupą etniczną (Dr. Carsten K. W. De Dreu) i powoduje on między innymi t.zw. „defensywną agresję” (to termin naukowy). Prawo i jego stosowanie stanowi także, jak najbardziej, „defensywną agresję” w stosunku do tych, których postrzega się jako zagrożenie dla siebie i dla społeczności, na przykład przestępców, których ukarania domaga się nie tylko nasze „ego”, ale i poczucie zbiorowości. Dotyczy to jak najbardziej również wspólnot etnicznych: „Etnocentryzm stanowi zasadniczy aspekt ludzki i nie jest to coś, co dałoby się zmenić edukacją” – skonkludował dr De Dreu. Prowadzono badania nad odczuciami respondentów w stosunku do grup określanych jako “my” i “oni”. Ci spośród respondentów, którzy poddani zostali inhalacji oxytocyny, wykazali się większą gotowością faworyzowania „nas” w stosunku do „nich”. W jednym z testów respondenci mieli za zadanie „uratowanie” dużej liczby osób poprzez „poświęcenie” jednej. Zazwyczaj „poświęcali” osobę o obcym imieniu, np „poświęcano” osoby o imieniu „Mohammad” dla „uratowania” sporej grupy „Marteenów” i innych (patrz także tutaj).
Nie jesteśmy specjalnymi entuzjastami „poświęcania” jakichkolwiek „Mohammadów” czy „Ahmedów” na rzecz jakiegokolwiek „Marcina”, „Eugeniusza” czy „Zofii”. Jednak identyfikacja grupowa, także z rasami, jest faktem niepodważalnym.
Różnice między rasami są wynikiem setek tysięcy lat ewolucji, tematem tym zajmiemy się bliżej przy innej okazji. I nierozsądne byłoby wyobrażać sobie, że w parę pokoleń zniweczy się to, co natura sama tworzyła przez te setki tysięcy lat. To mechanizm samonapędzający się. W Australii już niejednokrotnie widziałem pary europejsko-indyjskie. Ale są one niemal wyłącznie parami biało-białymi (t.zn. z tymi białymi Hindusami i Hinduskami) czyli pary aryjsko-aryjskie. Przy wyjątkowej wprost rzadkości par białych osób europejskiego pochodzenia z czarnymi osobami z Indii. Murzyn z większym prawdopodobieństwem poślubi Murzynkę, względnie Mulatkę niż Białą. Ludzie mają większą skłonność dzielić życie z osobami tej samej rasy co oni sami, albo z osobami podobnych ras albo z mieszankami rasowymi podobnymi do nich aniżeli z osobami ras najzupełniej odmiennych. Kwestia pewnego poczucia estetyki nie jest tu zapewne bez znaczenia. To są sprawy i wybory bardzo ludzkie w swym charakterze i należy to ludziom pozostawić ich własnej ocenie, zamiast (jak niektórzy „spece”) twierdzić bałamutnie, że nie ma czegoś takiego jak „rasa”. Należy zatem pozostawić dalszy rozwój samodzielnemu biegowi rzeczy i czekać na to czy ludzkość życzy sobie zmian, jakich zmian, kiedy i w jakich okolicznościach. Nauka ze swymi wynikami badań nad rasami (które doprawdy różnią się nie tylko zawartością pigmentu w skórze…) z pewnością będzie (i już się staje) pomocna. To tyle odnośnie często stawianego pytania „czy narody i różnice je dzielące to cel sam w sobie?” Możnaby, tak nawiasem, zadać kontrpytanie: czy mieszanie ras i narodów na siłę w ogóle może być uznane za jakikolwiek „cel” godny realizowania?
Mieszanie kultur i ras prowadzi do dezintegracji społecznej. Czy jest jakikolwiek kraj Zachodu – i nie tylko Zachodu, bo Wschodu też, który nie ma rosnących problemów rasowych w tej chwili, jeśli posiada on ludność rasowo mieszaną? Jedyny, jaki przychodzi w tej chwili na myśl, a nie mający takich problemów, to Singapur. Jest to jednak małe miasto-państwo (w granicach 4 mln mieszkańców) praktycznie nie mające jakichkolwiek „fal imigracji”. Jeśli chcemy wiedzieć, do czego prowadzi taka „beztroska” rasowo-kulturowa, to warto zapoznać się z książką (prezentowaną także w internecie) pt. “Marsz Tytanów. Historia białej rasy” (autor: Arthur Kemp). Warto przyjrzeć się np. Historii Egiptu oraz rozdziałowi 68 o obecnych problemach (4)
Jaki w związku z tym wróżyć los jakiejś przyszłej „wielokulturowej” Anglii czy Francji albo USA? (5)
Chcesz świata bez rasizmu? To już teraz zadbaj o stworzenie nowego rodzaju „Űbermenscha”, któryby się genetycznie i biologicznie różnił od obecnego rodzaju ludzkiego na tyle, że nie będzie w ogóle utożsamiał się ani z rasą ani z narodem ani religią – dosłownie z niczym, tylko z całą populacją takich „Űbermenschów” jak on sam. Ale zauważ, że wtedy też byłby… no właśnie: kim? Czy nie rodzajem rasisty właśnie?
Powiesz może, że za kilka tysięcy lat nie będzie różnic rasowych? To trochę tak jak stąd wstecz do początków cywilizacji egipskiej… (circa 7000 lat). A tak poważnie: to i tak zbyt krótki czas jak na wymieszanie wszystkich ras. No, jeśli powstanie tyle mieszanin wszystkich grup rasowych, to będzie można powiedzieć, że dokonano wszelkich możliwych wymieszań. Być może wtedy zniknęłaby – przynajmniej dla większości ludzi – różnica wyglądu między tymi mieszankami. Ale nawet osiągnięcie takiej liczby i tak byłoby dopiero początkiem drogi! Bo nie tylko, że tak wiele by ich musiało powstać, ale jeszcze, że wszyscy ludzie (czyli wszyscy reprezentanci tych grup rasowych) musieliby równie ochoczo wskoczyć do tej globalnej multirasowej zagrody hodowlanej… No, a co, jeśli nie wskoczą?
Popatrzmy na Żydów: przez 1800 lat nie mieli nawet własnego państwa. A potrafili przetrwać jako Żydzi. I nie tylko jako Żydzi. Oni często i dzisiaj wyraźnie odróżniają się od innych cechami rasowymi. Nawet niejednokrotnie tym się chwalą (6)
Co będzie, jeśli z każdej grupy rasowej jedynie tylu, ilu jest Żydów obecnie, odmówi mieszania rasowego? No, będzie “po ptokach” z tymi marzeniami jak my to będziemy wyglądać w przyszłości… A co, jeśli nawet więcej ludzi z każdej grupy rasowej odmówi tej miscegenacji? To przecież całkiem możliwe, bo jak przymusić ludzi do miscegenacji? Siłą i przemocą? Zachęcać specjalnymi dodatkami finansowymi? A może karać “domiarem” finansowym za płodzenie dzieci z osobą tej samej rasy?
Jak wymieszać Chińczyków z Murzynami? Musowo przesiedlić pół miliarda Chińczyków do Afryki i pół miliarda Murzynów do Chin?
Jak długo trwa mieszanie rasy białej z indiańską w Ameryce Południowej? No, plus minus od czasów Kolumba, jeżeli koniecznie uprzeć się przy negowaniu Leifa Erikssona (ok. r.1000 n.e.) lub przy tym, że ludzie białej rasy „nie byli” obecni w Ameryce już tysiące lat temu. Otóż Kolumb do Ameryki dotarł w 1492 roku, czyli 61 lat po egzekucji Joanny d’Arc i ćwierć wieku przed protestem Marcina Lutra… No i co? Czy owych ponad 500 lat stworzyło może unię rasy białej i indiańskiej? Stworzyło co najwyżej Metysów, a ci nieraz mają bardzo silne poczucie odrębności jako Mestizos…
Czyli powstała inna grupa. Tak jak kościoły. Część członków jednej grupy denominacyjnej z częścią innej grupy tworzy kościół. nawet nazywają go “United” lub “Uniting”. No i co z tego? Jedyny fakt jest taki, że zamiast zjednoczenia wszystkich, powstaje nowy kościół. I tak ich już powtały tysiące (gdzieś nawet kiedyś wyczytałem liczbę “około 22 tysięcy”…). Dobre, co?
A wracając na moment jeszcze do tych mieszanek rasowych: to byłyby mieszanki, które zaczęłyby się od mieszania każdej grupy z pozostałymi dziewięcioma. W matematyce da się to zrobić błyskawicznie (zwłaszcza na komputerze…). Trochę dłużej zabrałoby wymieszanie dużych ilości (całych ton na przykład) dziesięciu rozmaitych odcieni plasteliny… No, a jak wymieszać od razu jedną rasę z dziewięcioma innymi? Nawet w dzisiejszym, zdemoralizowanym Zachodzie, gdzie 50 procent małżeństw kończy się rozwodami lub separacjami, trudno byłoby znaleźć mężczyznę, co to spłodził dzieci z 9 różnymi kobietami, a każda z nich jest innej rasy… Ale o ile to byłoby trudnością, to o ileż trudniej przyszłoby Ci znaleźć kobietę, co to urodziła dzieci 9 różnym mężczyznom, a każdy z nich jest reprezentantem innej rasy? A przecież dobrze wiesz, że tak ten proces “hodowli” ludzkiej nie przebiega…
Tak więc owo wymieszanie ras, jest tak samo “nieuniknione” jak ów “nieunikniony” i “ostateczny” miał być rzekomo triumf komunizmu…
Na jakiej właściwie podstawie opierać wniosek, że kiedyś będziemy wszyscy wyglądać jednakowo? Przecież teraz jest więcej ras i grup rasowych niż kiedykolwiek przedtem! Rozwija się rasowy nacjonalizm, na przykład Biały Nacjonalizm , również Czarny Nacjonalizm, Azjatycki Nacjonalizm itd.
Istotnym problemem społecznym jest nie sama obecność ludzi rozmaitych ras czy religii na tym samym terytorium, ale liczba przybywających, liczba przyczyniająca się do zmiany charakteru cywilizacji oraz narodowościowego „make-up” społeczeństwa. Który normalny naród w świecie chce, aby charakter ludnościowy jego własnego kraju uległ zmianie? Które społeczeństwo pragnie, aby w następnych pokoleniach stać się we własnym kraju mniejszością?
Czy sądzi ktoś np, że Hindusi bardzo chcieliby, aby jedna trzecia ich kraju została zdominowana ludnościowo np przez Chińczyków? Czy sami Chińczycy „przebierają nogami”, aby u nich dziesiątki milionów Murzynów osiedliły się w Szanghaju, Nankinie czy Pekinie i wokół nich? Czy Japończycy gotowi byliby udostępnić jedną ze swych wysp, aby tylko zrobić miejsce dla Arabów czy Nigeryjczyków? Nie, żadna z tych nacji nie wykazuje takiego samobójczego instynktu we własnych krajach. Natomiast w krajach innych, do których sami się wprowadzają, zachowują się nieraz tak, jakby to był psi obowiązek „miejscowych”, aby ich tam niemal ściągali całymi tysiącami. Gdy tylko owi miejscowi wyrażą obiekcje co do takiego stanu rzeczy, to przyjezdni uważają za swe święte prawo pomawiać ich o najgorszą postać rasizmu i bigoterii, głośno protestując, organizując całe akcje polityczne w tym celu.
W ten oto sposób konflikty rasowe istotnie powstają „same z siebie” i kwestią ich zaistnienia jest jedynie czas. Obserwując samą (niegdyś Wielką) Brytanię oraz inne kraje Zachodu mamy niepowtarzalną okazję przekonać się, że problemy na tle rasowym tam wzrastają, a nie maleją. Zresztą samo już pojęcie „wielokulturowość” („Multiculturalism”), używane niejednokrotnie jako ersatz dla wielorasowości, podkreśla jedynie to, co nas dzieli, a nie to, co nas łączy.
I to jest właśnie naturą rasizmu: że jest on naturalną skłonnością człowieka, wynikającąc z jego fizycznego pochodzenia; skłonnością albo świadomą, albo podświadomą, albo też jedną i drugą pospołu. Można tę skłonność utrzymać w równowadze za pomocą edukacji oraz tworzenia właściwych warunków politycznych, zapobiegających rozprzestrzenianiu się ekstremizmów. Ale wyeliminować jej nie sposób. Jeżeli ktoś usiłuje „wykorzenić” rasizmy (jak również nacjonalizmy) propagandą, to postępuje wbrew naturze i na dalszą metę zmarnuje jedynie czas i środki na ten cel zużyte, nawet jeżeli zdawać się będzie, że odnosi początkowy sukces. Jeśli zaś tworzy on warunki sprzyjające w perspektywie powstawaniu ekstremizmów, to „szuka kłopotów” i może nawet sprawić, że całe następne generacje ludzkie będą się zmagać z owymi problemami, które on – w głupocie swej lub w wyrachowaniu – tym pokoleniom przygotuje.
O przykładach takich problemów, dyskutować będziemy w jednym z następnych odcinków.
C.d.n. Link do części 2
Materiał ten celowo teraz uzupełniam znakomitymi videosami niezawodnego Białego Nacjonalisty z USA, dr Davida Duke, które ukazały się dopiero wczoraj w youtube (23 marca 2011). Jest to jeden materiał filmowy w 3 częściach – patrz na Youtube.
Przypisy:
1. Zwłaszcza, że ta tak zwana obojętność na kwestie rasowe okazuje się niejednokrotnie iluzoryczna, nieświadoma czy nawet sztuczna (czytaj: udawana). Ileż to razy każdy z nas słyszał lub czytał pokrętne wyjaśnienia typu: „Nie jestem rasistą, ale…”. I właśnie to, co następuje po owym „ale”, jest na ogół litanią wyjaśniającą dokładnie dlaczego dany ktoś jak najbardziej jest rasistą, zamiast nim nie być.
Jako przykład iluzorycznego zobojętnienia na rasę mogę tu podać rozmowę, jaką miałem szereg lat temu, krótko po przybyciu do Australii. Rozmawialiśmy w grupie świeżych imigrantów z rozmaitych krajów i ras. Australijka, która nam towarzyszyła (chyba nawet pracownica centrum uczącego imigrantów języka angielskiego) stwierdziła kategorycznie w pewnym momencie, że jest „ślepa na kolory” („colour-blind”), przez co chciała zademonstrować jak w gruncie rzeczy obojętne są jej różnice rasowe. Nie minęło jednak kilka minut, gdy, nawiązując do polityki prowadzonej niegdyś w tym kraju wobec Aborygenów, rzuciła nagle stwierdzeniem w rodzaju: „Ale przecież my, Biali, też upośledzaliśmy Aborygenów”.
Otóż właśnie: „My, Biali”… Zadziwiająca identyfikacja z własną rasą jak na kogoś, kto dopiero co deklarował „ślepotę na kolory”…
Takie wyznania przypominają nam nieustannie, że myślenie rasowymi kategoriami jest w nas nawet bardziej podświadomie zakorzenione niż byśmy sobie z tego świadomie zdawali sprawę. Jest silniejsze niż wszelkie „edukacje” na tematy rasowe.
2. A jeśli jeszcze podkreśla się i przyznaje, że rasizm to instynkt, to widać, jak mocno jest on związany z naszą naturą. To, co jest złe, to nie rasizm. Rasizm nie jest ani dobry ani zły. Jest po prostu rzeczą naturalną. Czy będzie dobry albo zły, to zależy już od tego, jak zostanie on wykorzystany. Zły jest tylko pojawiający się – również w nim – ekstremizm. Ale taki ekstremizm jest zły gdziekolwiek się pojawi, również w radykalnym integracjonizmie, czyli narzucaniu ras sobie nawzajem. Czy wiesz np. o tym, że w USA integrowanie szkół odbywało się w latach 1960tych niemal „at the point of bayonet”, gdy dzieci nieraz prowadzono siłą do szkół, do których nie chciały iść i do których rodzice nie chcieli ich posyłać? Ponad 95% białych i większość czarnych była temu przeciwna, co wykazywały bez przerwy badania opinii publicznej… Dzisiaj „zintegrowane” szkoły są widownią bandytyzmu i nierzadko zbrodni (w USA co miesiąc 300 tysięcy uczniów pada ofiarą napadów…). Gwałty w szkołach się mnożą. Ładny „postęp”, nie ma co…
3. Kwestia nieprecyzyjnej definicji istnieje także gdzie indziej, np w odniesieniu do antysemityzmu. O ile jednak definicja rasizmu winna być rozszerzona, o tyle definicja antysemityzmu – zawężona, mianowicie zawężona jedynie do postaw motywowanych rasowo. Określenie „antysemityzm” powstało w XIX stuleciu i stanowi rezultat darwinowskiego determinizmu rasowego, z którego wprost wyrosło. To, co obecnie ma stanowić rzekomą „definicję” antysemityzmu, jest tak nieprecyzyjne i dające się tak dowolnie stosować i nadużywać, że praktycznie trudno mówić o jakiejkolwiek dającej się uchwycić definicji. „Antysemitą” jest praktycznie każdy, kogo tak zdecyduje się określić ktoś inny.
Nie ma zatem żadnego realnego pożytku ze stosowania obecnych sposobów „definiowania” zarówno rasizmu jak i antysemityzmu. Jedyny pożytek tak na dobrą sprawę jest udziałem grup interesu, które czerpią pełną garścią z możliwości „obsmarowania” poszczególnych osób, korzystając w ten sposób właśnie z braku precyzji obecnych „definicji”. Wyjaśnia to również dlaczego nie są one zainteresowane jakimkolwiek uprecyzyjnieniem tych pojęć: gdyż taka precyzja znacznie ograniczyłaby im możliwości manipulacji opinią publiczną w odniesieniu do obu tych kwestii.
4. Czy Egipt upadł z powodów rasowych? A z jakich innych? Przecież Nil nie przestał użyźniać gleby… Kraj może ponieść wiele klęsk, ale niekoniecznie od tego musi upadać, albo też, jeżeli upada jako potęga polityczno-militarna, to niekoniecznie żyjący w nim naród ustępuje miejsca zupełnie innym ludom. Jeśli jednak jego naród nie jest wystarczająco homogeniczny, to taki kraj (w rozumieniu: „państwo”) upadnie (nie musi być w 100% homogeniczny, ale wystarczająco)… Francja miała bodaj najkrwawszą historię spośród krajów Europy Zachodniej. Ale przetrwała. Czy sądzimy natomiast, że by się to jej udało, gdyby np w czasie Wojny Stuletniej składała się w ¼ z Francuzów, w ¼ z Murzynów, w ¼ z Arabów i w ¼ z Indian? Wątpliwe…
A popatrzmy na Niemcy i Austro-Węgry: oba te państwa przegrały jedną i tę samą wojnę (światową) w jednym i tym samym czasie (listopad 1918). Ale o ile Niemcy jedynie utraciły część terytorium, to jednak się nie rozpadły. A Austro-Węgry poszły w drebiezgi. Dlaczego? Nie dlatego, że przegrały wojnę, bo naród może przegrać wiele wojen, ale tylko i wyłącznie dlatego, że ludność tam nie była jednym narodem, lecz konglomeratem wielu narodów… A co dopiero by było, gdyby obok wielu narodów było tam wiele ras?
Rasa ma ogromny wpływ na społeczności i ich historię… Podzielam zdanie Benjamina Disraeliego (premiera Brytanii za królowej Wiktorii), że „rasa jest kluczem do historii świata”. Trudno mi natomiast zgodzić się z inną jeszcze jego opinią: „Rasa jest wszystkim – nie ma innej prawdy”.
5. Przypatrzmy się i sami oceńmy: czy takiej Europy sobie życzymy w imię „integracji” rasowej, która w USA jest klęską i była nią od samego początku? Dodajmy do tego jescze tych ze 12 milionów nielegalnych imigrantów (głównie Latynosów), którzy niejednokrotnie mówią już otwarcie, że będzie kiedyś nowe państwo na terenie Meksyku i południowych stanów USA. Nawet mają już nazwę dla takiego państwa: Aztlan. Ciekawostka przy tym: Latynosi mają swoje organizacje polityczne w USA. Nazywają się „La Raza” (czyli „Rasa”) oraz „La Raza Unida” (czyli „Zjednoczona Rasa” – ich własna, oczywiście). No i jak: podoba się? “Świetlana” przyszłość, nieprawdaż?
Nie jestem zwolennikiem izolowania ras. Jestem natomiast – raz jeszcze to powtarzam – przeciwnikiem (wręcz wrogiem) takiego nawału imigracji obcych ras, który grozi dezintegracją i atomizacją społeczną. Nie chcę, aby rosnące w siłę mniejszości rywalizowały na naszym gruncie o to, kto więcej wepchnie do systemu władzy swego własnego „koloru”. Przyjrzyjmy się temu:
„Zamierzamy przejąć wszystkie instytucje polityczne Kalifornii. Kalifornia będzie stanem latynoskim („Hispanic”) i każdy, komu się to nie podoba, powinien się stąd wynieść. Jeśli oni („Anglos”) nie lubią Meksykanów, to powinni wracać do Europy”
(Mario Obledo, były kalifornijski minister zdrowia i opieki społecznej, współzałożyciel Mexican American Legal Defense and Educational Fund, w wywiadzie radiowym stacji radiowej KIEV, Los Angeles, 17 czerwca 1998)
Wyobraźmy sobie, że do Polski przybywa coraz więcej Niemców. I że jakiś lokalny notabl niemiecki np w Opolu oświadcza w wywiadzie radiowym:
„Zamierzamy przejąć wszystkie instytucje polityczne Śląska. Śląsk będzie regionem niemieckim i każdy, komu się to nie podoba, powinien się stąd wynieść. Jeśli oni („Poltonie”, „Polacken”) nie lubią Niemców, to powinni wracać do Krakowa albo do Lwowa.” Idę o zakład, że nawet naszym „antyrasistom” i tak zwanym „postępowcom” byłoby tego za wiele… Chciałbym czytać wtedy ich komentarze… Bo dzisiaj już niemal „kota” dostają, gdy pani Erika Steinbach lub jakiś polityk niemiecki pragnie jedynie otworzyć – i to na terenie Niemiec, nie Polski – „rotundę pamięci” niemieckim ofiarom przymusowych przesiedleń i czystek etnicznych z okresu po II Wojnie…
6. Proszę spojrzeć np tutaj: http://www.aish.com/ci/sam/48937817.html . Jest w USA autor żydowski, nazwiskiem Jared Diamond. Ten człowiek w USA rozpowszechnia tezę, że podział rasowy to bzdura, że tak “naprawdę” rasa to jedynie “konstrukt społeczny”, a nie genetyczny i popiera multi-rasowość. W Izraelu jednak zachowuje się inaczej. Pragnie przekonać tamtejsze władze – właśnie bazując na podanych informacjach o “genach żydowskich” – by, przy wydawaniu zezwoleń na imigrację do Izraela, przeprowadzały testy DNA…
Continue Reading »RN2: O Ślązakach, ich narodowości i autonomii
“Lud nasz bardziej zbliżony jest do ludu niemieckiego, z którym sąsiaduje na zachód niż do ludu polskiego w Galicji. Ta mieszana, śląska narodowość jest koniecznym wynikiem rozwoju historycznego, jaki lud nasz przechodził; przed kilkoma wiekami został odłączony od Polski, przeszedł pod wiele lepsze rządy niemieckie i zachowując język pierwotny, nabył przez zetknięcie z wysoką cywilizacją niemiecką owych właściwości, którymi góruje nad ludem, zostającym ciągle pod rządami polskimi.” („Nowy Czas”, 1895)
W tej części naszych „rozważań nacjonalistycznych” zajmiemy się kontynuacją kwestii śląskiej, którą w części 1 jedynie zasygnalizowaliśmy.
Niniejszy tekst został oparty w dużej mierze na dyskusji niegdyś prowadzonej na portalu nacjonalista.pl na temat śląskiej narodowości na tle innych. W tej chwili stanowi on jedyne bodaj istniejące w internecie pokłosie tamtej dyskusji, gdyż forum nacjonalista.pl wymazało wszystkie 48 komentarzy zamieszczonych tam przez szereg dyskutantów, w tym niżej podpisanego.
O narodowości:
Przede wszystkim narodowość śląska nie jest ani o jotę bardziej „sztuczna” czy „mniej prawdziwa” niż polska. Co prawda nie dziwi już nawet, że niektórzy Polacy zaprzeczają istnieniu narodu amerykańskiego, australijskiego czy kanadyjskiego. Nie dziwi, bo dla nich narodem jest tylko taka wspólnota, która ma wielowiekową historię, a wymienione trzy wspólnoty mają historię istotnie krótką.
No dobrze, ale to nie dotyczy Śląska…
Śląsk ma historię tak samo długą co i Polska i wobec tego świadomość narodowa nie jest tam niczym „sztucznym” ani nowym. Nawet owo pierwsze zdanie zanotowane, jak wielu twierdzi, po polsku w Księdze Henrykowskiej w 1270 roku „dai ut ia pobrusa a ti poziwai” może równie dobrze uchodzić za najstarsze zanotowane zdanie mowy śląskiej, tym bardziej, że zanotowano je właśnie na Śląsku. Tak na marginesie: Czesi uważają, że jest to również pierwsze zdanie w ich języku…
Osobista świadomość jest „widzimisię” każdego, kto ją posiada, my Polacy też nie jesteśmy od niej wolni. Nie wiem, czy moje pojmowanie narodu jest „płytkie”, na pewno nikomu (więc i mnie) nie zaszkodzi doskonalić się pod tym względem. Natomiast odnoszę wrażenie, że z kolei podejście większości (o ile nie wręcz miażdżącej większości) Polaków do Ślązaków jest wyjątkowo płytkie. Przykładem tego choćby próba dyskredytacji narodowości śląskiej w sposób, na który się już gdzieś natknąłem i to niejednokrotnie:
„To co, może Małopolanie czy Mazowszanie albo Wielkopolanie to też narody? Hehehe! Co możnaby o nich powiedzieć? Też mają „świadomość narodową? A poza tym: czym się różnią Ślązacy od (w domyśle: innych) Polaków?”
Pytanie to jest podobne np do pytania: czym się różnią niemieckojęzyczni Szwajcarzy od Niemców? Językiem? (NIE), Religią? (NIE), Gwarą? (TAK!), Zwyczajami? (NIE). Jak widać, różnica jest istotnie niewielka… Tak by się przynajmniej zdawało.
Nie jest tu też rozstrzygające co MOŻNABY mówić o Mazowszanach, Małopolanach i innych. O wiele bardziej istotne jest CO ONI SAMI o sobię mówią. Wracając do pewnej wypowiedzi prezesa Ruchu Autonomii Śląska:
“Jestem Ślązakiem, nie Polakiem. Moja ojczyzna to Górny Śląsk. Nic Polsce nie przyrzekałem, więc jej nie zdradziłem.” (1)
Czy wiemy coś o jakichkolwiek Małopolanych czy Mazowszanach, mówiących cokolwiek podobnego? Bo ja nie. Natomiast każdy może się sam przekonać, że takie postawy istnieją na Górnym Śląsku i że reprezentowane tam są przez tysiące i tysiące ludzi. To jest zatem REALNA KWESTIA i trzeba wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy zamiast jedynie próbować tym ludziom wmawiać, że my lepiej wiemy niż oni sami kim są. Taka postawa przypomina mi pewien serbski dowcip, jaki znam od znajomego Serba: „Chorwaci to też Serbowie, tylko o tym nie wiedzą!” Ale Serbowie, pomimo niedawnej wojny z Chorwatami, powtarzają to istotnie jako żart. Tymczasem odnoszą wrażenie, że wielu naszych Rodaków traktuje podobny „żart” o Ślązakach niczym dogmat, którego odrzucenie równa się niemal „zdradzie narodowej”…
Ten naród śląski – podobnie jak i polski, powstał z szeregu ludów, ma w sobie „krew” polską, czeską, morawską i niemiecką, prasłowiańską i zapewne też celtycką.
Naród śląski to nie jest bzdura, wbrew temu, co nasi zbyt pewni siebie i aż do głupoty nonszalanccy rodacy twierdzą. Nie większa w każdym razie niż – historycznie rzecz biorąc – naród polski. On też powstawał powoli z plemion i księstewek, które nie używały kiedyś wobec siebie słowa „polski”.
Żaden naród nie powstaje „overnight”. Nawet taka Szkocja nie zawsze była narodem. Ale w końcu też się nim stała. A Anglia, zwłaszcza po najeździe Wilhelma i jego zwycięstwie nad Haroldem? Ci francusko-języczni najeźdźdcy odpowiedzialni są np za najbardziej nieprzyjemne słowa w obecnym języku angielskim, np „jail”, „court” itd („więzienie”, „sąd”), które to słowa są francuskiego pochodzenia… Bo TAK tam drakońsko rządzili: więzili i skazywali… A jednak ta Anglia jest teraz narodem i to jednym. Mają też potomków Wikingów i paru innych jeszcze grup etnicznych i językowych. Co oznacza, że da się stworzyć naród z rozmaitych grup językowych i etnicznych, nawet rasowych. Nawet Adolf Hitler to przyznawał (2).
Dlaczego zatem są pośród nas ludzie, którzy wciąż upierają się, że nie ma narodowości śląskiej, a co najwyżej „śląscy Czesi albo śląscy Niemcy”?
W poprzedniej części naszych rozważań wspomnieliśmy, że już w czasach bardzo odległych istniały NACJE. Nie były one dokładnie tym samym, czym są obecnie, co daje się łatwo wyjaśnić zwyką ewolucją wspólnot ludzkich. Nasi „oświeceni” oponenci, którzy przecież w innych wypadkach nie negują ewolucji wspólnot ludzkich, mają jednak najwyraźniej problem z oswojeniem się z ewolucją narodu. Dlatego też zajadle negują istnienie narodów w okresach poprzedzających XIX wiek. Ciekawi jesteśmy przyczyn tej ich nagłej „zaćmy” na tym konkretnym punkcie. Ale załóżmy na moment, że mają rację. Nie, nie mają jej ani na jotę, no ale załóżmy, że jeszcze kilka wieków temu istotnie nie było nacji. Czyli w ciągu tego czasu zdążyły się jednak nacje wytworzyć: francuska, rosyjska, niemiecka, także polska. Czemu jednak upierają się wobec tego, że dokładnie w ciągu tego samego czasu „nie mogła” powstać nacja śląska? Co miałoby stanąć temu na przeszkodzie? Czy może brak niepodległego państwa w ciągu stuleci? No dobrze, a jak długo w historii Ukraińcy posiadali swoją niepodległość? Albo Słowacy? Słoweńcy? Kiedy po raz ostatni cieszyli się niepodległością Baskowie? A co z Kurdami, których jest w sumie coś z około 35 milionów, mówią osobnym językiem (z grupy języków indo-europejskich), żyją w rozmaitych krajach, głównie bliskowschodnich, a którzy nigdy praktycznie nie mieli własnej państwowości? Czy tych wszystkich nacji także w związku z tym „nie ma”?
Wśród Górnoślązaków od dłuższego czasu widoczne były rozmaite identyfikacje: z Niemcami, Austrią, Prusami (czyli w tym ostatnim wypadku niekoniecznie z całymi Niemcami), potem też z polskością, z Czechami oraz po prostu ze Śląskiem. Kościelni wizytatorzy pisali czasem w swych protokołach (w XVI i XVII wieku) o tym kim są proboszczowie np. „parochus…(tu padało nazwisko) Silesius Rosenbergensis” – czyli „Ślązak z Olesna” – i to w XVII wieku. Gdzie indziej znowu „parochus” był „Germanus”, albo „Polonus”.
Taki ktoś nie musiał się obawiać przyznania nie tylko do śląskości, ale do polskości, czeskości, morawskości również. Śląsk należał wtedy do Austrii. Wizytatora nie interesowała narodowość ani parafian, ani proboszcza czy kościelnego, bo on zainteresowany był stanem technicznym kościoła, jego wyposażeniem oraz dochodami. Jeżeli zatem rzuciło mu się w oczy (i uszy), że proboszcz albo kościelny to „Germanus” albo „Silesius”, to już musiało to być ewidentne. Jakimi językami mówili, to tylko czasami jest tam uwidocznione. Np wymieniane to było, gdy parafianie mówili np po polsku i wobec tego wymagany był proboszcz mówiący tym językiem („requiritur hic parochus qui linguam novit polonicam”). Protokoły spisane były po łacinie i jest w związku z tym prawdopodobne, że rozmowy wizytatora z proboszczem też odbywały się w tym języku, bo łacina była stosowana częściej w kościele niż obecnie. Jedynie czasami wizytator czynił uwagi o tym czy parafianie są Niemcami czy Polakami i jaka jest narodowość proboszcza. Z tego wniosek, że odnotowywał ten fakt jedynie, gdy już sam proboszcz nie pozostawił żadnej wątpliwości co do tego kim jest. Niejednokrotnie i nazwiska były zlatynizowane w protokołach (nie zawsze). Nazwisko jednego z wizytatorów znamy stamtąd jako „Teophilus Stephetius”. Tak na marginesie, jeśli zapytać o język tych ludzi, to mogli oni mówić rozmaitymi językami i gwarami. Niejeden kiedyś na Śląsku mówił i po niemiecku, po polsku i po śląsku. Niejeden podpisywał się nawet w rozmaitych formach nazwiska. Narodowość na Śląsku nie zawsze odpowiadała mówionemu językowi i tak jest także i obecnie.
Nie zapominajmy też, że sama Polska jest wynikiem działań politycznych i społecznych, które w wydatnym stopniu ugruntowały właśnie poczucie wspólnoty, która stawała się narodem. A Śląsk był poza granicami Polski przez większą część polskiej historii. Stąd ta łączność i poczucie więzi z Polska, choć też do pewnego stopnia przetrwała, nie były już tak mocne, a nawet tworzyła się odrębna wspólnota lokalna, nie będąca polską. My zdecydowanie zbyt długo przyzwyczajaliśmy się do oceny tego regionu jedynie w kategorii stosunków polsko-niemieckich, zwłaszcza że i lokalna społeczność w nowszych czasach poddana była porządkowi prawnemu Polski i Niemiec. W uszach wciąż pobrzmiewają wypowiedzi takie jak ta:
„Mój dziadek był powstańcem, ojciec walczył w Wehrmachcie, ja służyłem w Ludowym Wojsku Polskim, a synowie w Bundeswehrze”.
Wtedy, w XVII wieku, nikt, żadna „Polska” ani „Niemcy” nie upośledzały nikgo za polskość czy niemieckość (Śląsk nie był nawet jeszcze częścią Prus…), więc taki „Silesius” nie musiał się niczego obawiać, gdy się jako Silesius deklarował… Taki strach to dopiero „wynalazek” czasów nam nieco bliższych. Gdy Ślązak był Polakiem, to go Niemcy uważali za zdrajcę. Gdy był Niemcem, to znowu za zdrajcę uważany był wśród Polaków. Jeśli zaś uchodził za Ślązaka, to „spode łba” patrzyli nań i Niemcy i Polacy…
Więc niejeden istotnie miał powyżej uszu w końcu i tej całej Polski i tych całych Niemiec. Rzeźbiarz z Opola, Thomas Myrtek (1888 – 1935), bodajże w 1922 lub 1923 roku wyrzeźbił płaskorzeźbę przedstawiającą mężczyznę uginającego się pod ciężarem dwóch orłów. Jeden z tych orłów symbolizował Niemcy, a drugi Polskę. Ten mężczyzna natomiast symbolizował Śląsk uciemiężony przez tych dwóch agresorów, imperialistów i bandytów, co to Śląskiem frymarczyli, zabijali jego mieszkańców i mieli ich za nic, byle tylko granice sobie wygodnie poustawiać… Nie bez znaczenia chyba jest to, że wyrzeźbił to akurat zaraz po plebiscycie i 3 powstaniach… (a sam plebiscyt przewidywał jedynie głosowanie albo za Polską albo za Niemcami, nie było możliwości głosowania za autonomią albo osobną państwowością)…
To, że on tak rzeźbił, to mnie w tym kontekście nie dziwi. To, co jest dla mnie jednak zaskakujące, to fakt, że Niemcy mu tej rzeźby nie mieli za złe, wisiała tuż nad wejściem do siedziby policji w Opolu… Czy możemy sobie wyobrazić równie wielką tolerancję dzisiaj w Polsce, gdyby tak Ruch Autonomii chciał replikę tej płaskorzeźby powiesić nad komendą policji w Katowicach albo nad wejściem do Urzędu Wojewódzkiego? Więc albo Niemcy się nie zorientowali w znaczeniu tej płaskorzeźby, albo nie mieli nic przeciw niej, bo uważali, że takich Schlesierów trzeba sobie powoli pozyskiwać dla niemieckości… I tego życzyłbym także polskim nacjonalistom… Tym bardziej, że później też nie było lepiej. Pokazało się to m.in. podczas zajmowania „Zaolzia” w roku 1938 i w pierwszych miesiącach 1939 roku. Burmistrzem czeskiego Cieszyna był mówiący po polsku Ślązak Józef Kożdoń , który został natychmiast zdjęty ze swego urzędu przez polskie władze. Był to człowiek, który definiował się jednoznacznie:
„Nie jestem Niemcem, ale też nie jestem i nie chcę być Polakiem. Jestem mówiącym po polsku Ślązakiem”. (3)
Poza wszystkimi tymi uwarunkowaniami istnieje jeszcze jedno. Jak rozumieć jakikolwiek nacjonalizm, jeżeli brakuje nawet uznania dla faktu, że znaczącym czynnikiem jest WOLA oraz EMOCJONALNA świadomość własnej tożsamości? Naród istnieje tak długo, jak długo są ludzie uważający się za naród – a ściślej tak długo, jak długo jest ich tylu, że w swojej własnej świadomości grupowej są w stanie funkcjonować jako naród.
Zwłaszcza, gdy się jest w regionie, gdzie jako Ślązacy (i tylko jako Ślązacy) niektórzy ludzie określali siebie już kilka wieków temu (jak to podałem wyżej). Tak więc na Śląsku nie byłoby się pierwszym, któryby postanowił, że się zalicza do „nowego” narodu. Byłoby się tam o co najmniej 4 wieki spóźnionym… Ci spośród Ślązaków, którzy uważają się za naród, nie są zbyt liczni ( na dobrą sprawę nie wiadomo ilu ich jest, obecnie deklaruje się w granicach 180 tysięcy do 200 tysięcy). Cóż jednak miałoby to oznaczać? Czy nie ma małych narodów? Ilu jest Estończyków? Ilu jest Łotyszy? Ilu jest Maltańczyków? Ilu jest Basków? Islandczyków jest około 320 tysięcy, to wszystko. Basków jest około 700 tysięcy. Na Korsyce żyje 302 tysiące ludzi, językiem zaś korsykańskim mówi około połowy tej liczby, czyli w granicach 150 tysięcy. Jest tam też ruch separatystyczny. Jest on także na Sardynii, czasami kusząc się o spektakularne akcje .
Jeżeli zatem takie społeczności istnieją i funkcjonują jako odrębne społeczności etniczne i narodowe, to skąd ten negacjonizm i „przecieranie oczu” wśród Polaków, gdy przychodzi do kwestii śląskiej?
Separatyzmy są zresztą bardziej rozpowszechnione, tak w Europie jak i poza nią. Obok ruchów separatystycznych istnieją liczne ruchy autonomiczne, ten który istnieje na Śląsku, nie jest zatem jedynym
No, dobrze, wyobraźmy sobie przez moment, że któryś ze śląskich narodowców odbył długą i w miarę kulturalną rozmowę z którymś z Polaków. Zakładam, że ten ktoś z Polaków posłużyłby się tymi negacjonistycznymi i paternalistycznymi argumentami, które są tak typowe wśród Polaków (a on posłużyłby się którymiś z tutaj prezentowanych…). Potem ten Polak odchodzi (powiedzmy, że dzieje się to latem przy ul. Wawelskiej w Katowicach, przy zewnętrznych stolikach kawiarenki „Gaudi”…). Wtedy przysiada się do tego Ślązaka jakiś uprzejmy Niemiec (znający polski), zamawia sobie kawę mrożoną, a następnie, rozkoszując się w upale smakowitym i chłodnym napojem, zaczyna rozmowę mniej więcej tak:
„Wiesz, jak tak słucham tego, jak ci Polacy z wami rozmawiają, to z każdym dniem rośnie we mnie podziw dla waszej iście anielskiej cierpliwości… (tu sssip! kawę przez słomkę).
Nie dość, że wam zagrabili kraj o historii nie krótszej i nie uboższej niż ich własny (znowu: ssip! przez słomkę), ale przez dziesiątki lat traktowali ten wasz kraj jak kolonię, wyrzucili stąd wielu waszych krewnych, bo im ich niemieckość albo co najmniej nie całkowita polskość przeszkadzała (ssip!). Nie dość, że przez dekady mieli was za nic, bo tylko potrzebowali was do fedrunku pod ziemią i tworzenia dóbr, które potem w większości stąd i tak zabierali, nawet i teraz zagrabiając 80% środków wypracowanych u was i przez was (ssip!), nie dość, że wami pogardzali, dosłownie wszystkim, co sobą stanowiliście, nie dość że wam wmawiali, że jesteście pozbawieni kultury – choć mieliście poetę niemniej znanego na świecie niż Mickiewicz oraz więcej noblistów naukowych niż ich cały kraj – nie dość, że wyśmiewali wasze przyzwyczajenia, ba, nawet sposób, w jaki mówicie. Nie wystarczyło im, że wam pozmieniali – bez pytania was o zgodę – masę nazw waszych miejscowości. To teraz, po tym wszystkim (ssip!), nie potrafią nawet wykrzesać z siebie bodaj tyle przyzwoitości, by przynajmniej uznać wasze prawo do waszej tożsamości. Nie, oni dalej chcą was paternalizować, uznając was najwyraźniej za małpy albo co najmniej za kretynów, co to nie potrafią nawet określić kim są, i z nonszalancją jakiegoś „Herrenvolku” pouczają was, za kogo macie prawo się uważać, a za kogo nie, na podstawie wydumań którychś spośród ich własnych „teoretyków”.
Gdybym ja tak podszedł do tego jegomościa, co tu siedział z tobą przed chwilą i na podobnej zasadzie mu „wykazywał”, że wiem lepiej niż on kim on jest, sugerując na przykład, że oni sami są jedynie popłuczyną po jakichś prasłowianach i 40 innych kulturach, jakiejś „kultury glinianych pucharów lejkowatych” czy „ludów ceramiki wstęgowej”, co na ziemiach ich kraju istniały w ciągu tysiącleci (ssip!), że co on się tak „rzuca” z tą swoją polskością, skoro jego dziadkowie lub pradziadkowie byli pewnie obywatelami Rosji, korzystali z dobrodziejstw rosyjskiego obywatelstwa, Rosja ich żywiła, jedli „rosyjski chleb” i mieli rosyjskie paszporty, a teraz lepiej by zrobili, by jako Słowianie uznali się za Rosjan, bo taka Rosja to przynajmniej prawdziwe mocarstwo, a nie taki jej były wasalik, którego „rozbierała” do naga aż czterokrotnie i robiła z nim, co chciała – to jestem pewien, że reakcje i uczucia wzbudziłbym w nim identyczne z tymi, które on tak pracowicie próbował wygenerować w tobie… (ostatni sssssip!!! i bulgocik w słomce, potem odstawienie szklanki na stolik i oblizanie warg z rozkoszą…). No, więc my, Niemcy, na pewno nie widzielibyśmy obecnie powodu, by wam dyktować co jest waszą narodowością. My zakładamy, że to w końcu wy wiecie najlepiej kim się czujecie. Z nami takich rozmów, jak z tym jegomościem, byś nie miał… My uznajemy prawo narodów do samostanowienia…” I tak dalej, i tak dalej….
To jak sądzicie: czyim argumentom by ten śląski narodowiec bardziej nadstawił ucha: tego Niemca czy polskim? Ja nie mam cienia wątpliwości…
Ja sądzę (przepraszam przy okazji za tę „kompozycję monologu” powyżej, jeżeli kogoś z Was nią uraziłem, daję słowo, że nie o to mi chodzi), że aby móc poradzić sobie z takim problemem, jak ten śląski, to trzeba KONIECZNIE „wskoczyć w skórę” takiego Ślązaka, by go móc zrozumieć. Bez rozumienia jego odczuć i argumentów ani bez rozumienia z czego się one biorą, po wsze czasy pozostaniemy takimi „dowcipnymi Serbami”, co to lepiej „znają” Chorwatów niż sami Chorwaci… Tylko, że o ile w Serbii to jest istotnie tylko żart, to u nas będzie to krotochwila służąca wzbudzaniu salw śmiechu u Niemców…
Nie da się „zrobić” Polaków z tych NARODOWYCH Ślązaków (bo o innych Ślązakach tu nie piszę, mam natomiast na myśli również i takich, którzy deklarują podwójną narodowość…), jeżeli budować wraz z nimi będziemy emocjonalne „mury berlińskie” (lub „jerozolimskie”…) między nimi a nami… I o to mi tutaj chodzi, to próbuję wyklarować. Jeżeli na Śląsku jacyś ludzie nie identyfikują się z polskością, to dla polskiego interesu narodowego jest lepiej, że uważają się za Ślązaków niż za Niemców. Jeżeli zanadto zwalczać będziemy narodowość śląską lub oddawać się wobec niej arogancji i nonszalanckiemu negacjonizmowi, to dopomożemy jedynie w przekształceniu tych ludzi w Niemców, w żadnym zaś razie w Polaków. Raczej naszym „osiągnięciem” w tej mierze byłoby całkowite już obrzydzenie im polskości. Wtedy przyjdzie nam przypominać sobie na nowo to, co mówił nasz znany slawista Jan Niecisław Baudouin de Courtenay (1845 – 1929):
“Żaden warszawski polityk, który chciałby zmienić Kaszubów, Ślązaków czy Białorusinów w Polaków, nie miał prawa czuć się dotknięty tym, że carska administracja próbuje zmienić Polaków w Rosjan”
O autonomii:
W poprzednie części rozważań stwierdziliśmy, że rozszerzanie władzy UE to „..typowy proces tworzenia molocha, a ponadnarodowy organizm ma to do siebie, że umacnia się poprzez osłabianie integralności organizmów narodowych. Moloch nie usiłuje skłócać poszczególnych narodów między sobą, lecz usiłuje poszerzyć swoją władzę nad nimi wszystkimi (…) A ten cel możliwy jest tylko w szukaniu podziałów wewnętrznych, a nie zewnętrznych. Stąd to wsparcie dla wszelkich możliwych mniejszości, które stają się „koniem trojańskim” w istniejących państwach. Moloch potrzebuje takich sojuszników, a i oni potrzebują jego. Ale posługują się nim nie w celu ułożenia harmonijnego współżycia z większościami, lecz dla osiągnięcia własnego celu, jakim jest poszerzenie własnego stanu posiadania i suwerenności”.
Jednym z przykładów unikania bezpośredniej konfrontacji molocha UE z państwami narodowymi jest właśnie stosunek jego do kwestii śląskiej. Europejski Trybunał Praw Człowieka nie kwestionuje decyzji polskich sądów odmawiających rejestracji narodowości śląskiej. I w takich wypadkach prywatna reakcja śląskich nacjonalistów zwraca się przeciw instytucjom UE (4)
Oficjalnie Ruch Autonomii Śląska upmina się o autonomię w ramach RP. Jednak wyjątkowo często odwołuje się on do pojęcia „Europy regionów”, co wraz z istnieniem narodu śląskiego oraz z zaznaczającymi się tendencjami separatystycznymi powoduje zaniepokojenie Polaków i na pewno jest jedną z przyczyn owego namiętnego negacjonizmu polskiego odnośnie narodowości śląskiej. O ile ten emocjonalny negacjonizm (który sprawia, że często z Polakami po prostu nie można prowadzić spokojnych dyskusji na tematy śląskie) jest całkowicie chybiony, to o tyle jednak obawy spowodowane separatyzmem kombinowanym z „Europą regionów” są u polskich nacjonalistów w pełni uzasadnione. Pomijamy tu już narazie w rozważaniach fakt, że opór wobec tendencji autonomicznych ma także charakter ekonomiczny („oj, co to będzie!” – jeżeli Śląsk zatrzyma sobie wypracowane pieniądze? To jest właśnie część śląskiej skargi na „rządy kolonialne”). Wobec polityki „europejskiego” molocha, postępującej jego ingerencji w wewnętrzne sprawy kraju, podminowywania suwerenności narodowej na rzecz pan-europejskiego biurokratyzmu, reakcja polskich nacjonalistów nabiera sensu.
Najlepsze, co autonomiści śląscy mogą uczynić, to domagać się autonomii nie w jakiejś rozbijackiej „Europie regionów” lecz w Europie narodów. Wskazane wydawałoby się w tym kontekście występowanie z publicznymi inicjatywami na rzecz wzmocnienia suwerenności istniejących państw narodowych w tak zwanej „UE”. Właśnie zupełnie niedawno nadarzyła się taka okazja, bo pomiędzy 2008 a 2009 rokiem, gdy ważyła się decyzja ratyfikacji tak zwanego „traktatu lizbońskiego” ograniczającego polską suwerenność narodową.
Rzecz jasna, trudno mieć do RAŚ jakieś szczególne pretensje o brak protestów wobec „traktatu” i o brak żądania przeprowadzenia referendum w Polsce w tej sprawie, skoro najwyższe czynniki państwowe (te, co tak negują śląską narodowość) opowiedziały się przeciw prawu obywateli RP do podjęcia decyzji. Jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że RAŚ zaprzepaścił ogromną szansę zademonstrowania narodowi, że jego cel nie ma niczego wspólnego z jakąkolwiek rozbijacką działalnością wymierzoną w suwerenność państwa. Można sobie wyobrazić osłupienie polskich nacjonalistów, tak zwanych „elit” oraz „polskich” partii politycznych, gdyby to akurat śląscy autonomiści, nacjonaliści oraz zwolennicy „Freistaat Oberschlesien” głośno i bezkompromisowo opowiedzieli się wówczas za referendum. To nie było nierealne, można się było o to pokusić. Kto wie, może wtedy postawa naszych własnych (j)”elit” politycznych nieco bardziej, pod wpływem śląskich autonomistów, przypominać by zaczęła postawę patriotyczną? Inaczej bowiem straciłyby one już zupełnie „twarz” wobec własnych rodaków… Taki „kuksaniec” z najmniej spodziewanego kierunku mógłby być wyjątkowo pomocny.
Tak, zdaję sobie sprawę, że o autonomię najłatwiej ubiegać się, szermując hasłami o regionalizacji i w sojuszu z rozmaitymi czynnikami zewnętrznymi. Jednak przy istniejącej tendencji „UE” do osłabiania stosunkowo dużych nacji, można nietrudno odgadnąć, że i przyszłe „autonomiczne” regiony, znacznie przecież słabsze od narodów, mniejsze od nich, a często na dodatek wielonarodowe, będą miały jeszcze mniej do powiedzenia o swoich sprawach i posiadać będą mniejszą jeszcze niezależność niż obecne narody. To właśnie powinni uświadomić sobie także patrioci z narodowości śląskiej, bo to oni właśnie należeliby w końcu do najbardziej zawiedzionych. Autonomia w ramach silnych państw narodowych jest trudniejsza do uzyskania, ale na ogół też jest trwalsza.
Te zarysowane tu dwa rozmaite podejścia do autonomii (czyli „nacjonalistyczne” i „regionalistyczne”) można skrótowo przedstawić w formie metafory o dwóch turystach w górach: jeden wspina się w pocie czoła pod górę i odczuwa trud swej decyzji bardziej niż ten, co idzie na łatwiznę i z uśmiechem oraz ze śpiewem na ustach w podskokach zbiega po zboczu na dół. Ale gdy ten pierwszy po swoim mozole zajdzie jednak na szczyt i oczom jego ukaże się przepiękny widok na całą okolicę, ten drugi znajdzie się na dnie wąwozu, widzieć będzie tylko ściany skalne dookoła i będzie tam miał ciemno niczym w grobowcu…
Michał Monikowski
Perth, Australia
Przypisy:
1. Przy okazji wspomnijmy inną jeszcze wypowiedź prezesa RAŚ. David Lloyd George, premier Wielkiej Brytanii w 1919 roku wypowiedział się następująco: “Dać Polsce Śląsk, to jak małpie dać zegarek”. Nawiązując do tego, J. Gorzelik stwierdził:
“Z punktu widzenia 80 lat możemy powiedzieć, że małpa zegarek zepsuła” (2001).
Niejako w sukurs Gorzelikowi idzie Radosław Sikorski: “Polska byłałaby łatwiejsza do zreformowania, gdyby jej wyeksploatowane regiony przemysłowe jak Śląsk można było teraz porzucić” (Poland would have been easier to reform if its exhausted industrial regions like Silesia could have been abandoned)
2. „Posiadamy własny naród, którego nie można zdefiniować jako rasy i jest to obecnie oczywiste dla milionów. Jednakże, Panowie, gdy rozpocząłem swą edukację (polityczną) dwadzieścia pięć lat temu, nie było to tak oczywiste; wtedy zawsze mówiono mi w kołach pozbawionych praw obywatelskich: tak, naród i rasa to jedno i to samo!
Nie – naród i rasa to nie jedno i to samo. Rasa to składnik krwi, nukleus krwi, a naród jest bardzo często złożony nie z jednej rasy, lecz z dwóch, trzech, czterech albo pięciu rozmitych zawiązków rasowych. Tak czy inaczej nie jest możliwe ani nawet wskazane demontowanie takiego zjednoczonego ciała narodu, choć w trakcie rozwoju zdarzeń politycznych takie rozwiązanie może się pojawić.” (A. Hitler, Die Platterhof-Rede, 26 maja 1944)
3. Po usunięciu Kożdonia z urzędu burmistrza Cieszyna i aresztowaniu go przez polskie władze, niektórzy cieszyńscy Ślązacy ukuli slogan: „Lepiej być więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego niż tak zwanym obywatelem polskim”. Mniejsza już o „trafność” takiego stwierdzenia (nawet jeśli to prawda, że obozom wówczas było jeszcze i tak bardzo daleko do tego czym miały stać się później, podczas wojny). Tutaj slogan ten przytoczony został dla pokazania stopnia niechęci sporej grupy Ślązaków do państwa polskiego.
Obwieszczenia i plakaty propagandowe rozlepiane przez nowe polskie władze za dnia, były w nocy zrywane przez owych polskojęzycznych Ślązaków. Dochodzić też miało do utarczek między polskimi żołnierzami na „Zaolziu” a owymi Ślązakami. Ówczesny wojewoda śląski, Michał Grażyński miał się o Ślązakach wyrazić, że muszą oni przejść długą reedukację, zanim staną się użytecznymi obywatelami polskimi.
4. Z rozbawieniem wspominam w tym kontekście zajadły komentarz pewnego internauty, który na tę decyzję owego trybunału odpowiedział komuś, że ma „w d****” pewne (tu wymienił pewnych Semitów…) „…trybunały, co uznają małżeństwa gejowskie (wyraził się dosadniej), a nie uznają śląskiej narodowości”.
Można zresztą iść o zakład, że decyzje tego rodzaju nie są ze strony owego trybunału jakimkolwiek wyrazem „obiektywizmu”, lecz prostą konsekwencją braku państwowości śląskiej w Europie. Gdyby ona istniała, możnaby się z kolei założyć o każdą sumę, że trybunał nie ośmieliłby się nie uznać śląskiej narodowości.
Continue Reading »RN 1: O narodowościach, UE i Ślązakach
Jednym z ulubionych „argumentów” przeciw ciągłości istnienia narodów ma być rzekomy „fakt”, że „tak naprawdę” aż do XIX wieku ich podobno „nie było”, bo ideologie narodowe przedtem nie istniały, ba – nawet nie istniało pojęcie nacjonalizmu.
Jeżeli „nie było” narodów przed XIX wiekiem, to jak wyjaśnić choćby średniowieczny cytat naszego kronikarza:
„Spośród narodów graniczących z Królestwem Polskim nie ma bardziej zawistnego i wrogiego Polakom, niż Ślązacy.” (Jan Długosz).
No i proszę: nie tylko, że są „Polacy”, ale „Slązacy” też i to na dodatek określeni jako „naród”…
Jak to zatem możliwe, że nie było kiedyś narodów w średniowieczu, jeśli mowa jest o konfliktach narodowościowych w średniowiecznej Europie (link)? Jak mogły być konflikty narodowościowe bez narodowości?
Inny przykład: w pewnym referacie odnotowano, że „świadomość narodowa w średniowieczu (zwłaszcza późnym) jest podobna do tej, która występowała w XIX w. w warunkach rozwoju nowoczesnej już świadomości narodowej”.
Chętnie podałbym tu link do pełnego tekstu tego dokumentu, niestety znikł z internetu – był to link następujący
http://historicus.umk.pl/modules/wfsection/article.php?articleid=20 – być może ktoś z Was odnajdzie go przy jakiejś okazji.
To, czego nie było w średniowieczu, to ideologie narodowe. Te zapewne otrzymały bodziec podczas Rewolucji Francuskiej, która postawiła naród ponad jego monarchą.
Użycie określenia, że nie było przed XIX wiekiem nacjonalizmu jest tego rodzaju, że równie dobrze możnaby twierdzić, że nie było przed XIX wiekiem także homoseksualizmu, bo nie istniało pojęcie „homoseksualizm”, które powstało dopiero w II połowie XIX w. W Niemczech.Bo skoro nie było homoseksualizmu, to rozumiem, że i heteroseksualizmu też nie było…
A fakt, że narody tworzyły się głównie samoczynnie, w dużej mierze dzięki temu samemu językowi (lub podobnym językom), akurat uważam za niepodważalne. Co rzecz jasna nie zmienia faktu, że te wspólnoty miały swoje przywództwa, nadające im kierunek rozwoju. Tak, z biegiem czasu mogły te przywództwa, lub nieco szerzej: elity intelektualne, nawet kształtować i język. Weźmy choćby to, co nazywa się „gwarą śląską”. To język chłopski, który kształtował się samoczynnie i w dużej mierze w oderwaniu od reszty Polski. Dopiero w nowszych czasach podjęto próby promowania go jako języka w urzędach czy mediach. Ale jednak istniał i rozwijał się sam. Sąsiedztwo lokalne również kształtowało więzi typowe dla wspólnot. Religia też robiła „swoje”, jeżeli była wspólną religią mieszkańców. A zatem wszystkie cechy narodu istniały już na długo przed tym XIX wiekiem – poza nowoczesnymi ideologiami. Ale ideologie narodowe mogły przecież powstać na długo po ukształtowaniu się narodów, a nie przed ich powstaniem. Tak jak ideologie klasowe też powstały po ukształtowaniu się klas.
Można mówić o dwutorowości procesów, nawet o ich „wielotorowości”, jednak obecne rozmiękczanie suwerenności poszczególnych krajów nie stanowi „wyjścia naprzeciw potrzebom”, gdyż te potrzeby znajdowały już swój wyraz wcześniej. To jest typowy proces tworzenia molocha, a ponadnarodowy organizm ma to do siebie, że umacnia się poprzez osłabianie integralności organizmów narodowych. Moloch nie usiłuje skłócać poszczególnych narodów między sobą, lecz usiłuje poszerzyć swoją władzę nad nimi wszystkimi – właśnie ujednolicając szereg rzeczy. A ten cel możliwy jest tylko w szukaniu podziałów wewnętrznych, a nie zewnętrznych. Stąd to wsparcie dla wszelkich możliwych mniejszości, które stają się „koniem trojańskim” w istniejących państwach. Moloch potrzebuje takich sojuszników, a i oni potrzebują jego. Ale posługują się nim nie w celu ułożenia harmonijnego współżycia z większościami, lecz dla osiągnięcia własnego celu, jakim jest poszerzenie własnego stanu posiadania i suwerenności (Slązacy przecież również kierują się interesem ekonomicznym oraz narodowym) i jak długo moloch jest w stanie im coś „dać” w tym zakresie, tak długo będą z nim współpracować.
I tu jest właśnie ta dwutorowość, o której mowa: z jednej strony moloch usiłuje poszatkować silne organizmy narodowe, co jest działaniem (niby to) na rzecz różnorodności, z drugiej jednak strony usiłuje ujednolicać rozwiązania prawne, polityczne i ekonomiczne na całym swoim obszarze. Jednak ważniejsze okazuje się tutaj owo ujednolicanie niż działanie „na rzecz różnorodności”. Bo tak naprawdę te różnorodności już istniały przed powstaniem molocha. Niechaj nie myli nas tu akurat własne doświadczenie z PRL, gdzie istniał szereg zakazów i życie kulturalne czy polityczne zdawało się być jednolite.
Są one co najwyżej potęgowane – nawet do przesady – by pokazać, jak „na rzecz różnorodności” działa moloch. Gdy jednak owe różnorodności staną się bardzo liczne – i równocześnie bardzo rozdrobnione, przychodzi kolej na unifikowanie i ujednolicanie. Proces jest tu trochę podobny do procesu obniżania cen przez sieci wielkich domów towarowych, które w ten sposób starają się wykończyć konkurencję drobniejszych sklepów i punktów usługowych, które nie są w stanie na dłuższą metę stawić czoła wobec tej ofensywy „udogodnień dla klienta”. Gdy jednak owi drobniejsi kupcy zostaną zmieceni z rynku (niczym drobne banki ostatniego kryzysu finansowego oraz drobniejsi wydawcy gazet), wtedy ceny znowu rosną… Zatem owo „uróżnorodnienie”, owa „wielokulturowość” oraz „zwiększona wrażliwość na odmienność” są jedynie stanem przejściowym. Im bardziej unifikowana rzeczywistość, tym mniej w niej miejsca na różnorodność, której obrońcą miała rzekomo być.
Dlatego pojęciu „unia” przeciwstawiłem pojęcie „konfederacja”. Mniejsza o to jak będzie się kiedyś nazywać porozumienie europejskie. Ja użyłem określeń, które mają swoje wyraźne konotacje: „unia” zawsze kojarzy się z ujednoliceniem, unifikacją i w konsekwencji z urawniłowką. Gdy zaś „konfederacja” bardziej kojarzy się właśnie z różnorodnością, a zatem z tym, czego i my pragniemy – i nie tylko my, bo przecież nasi „liberalni” oponenci również, bo oni także nie chcą molochów!
Ale ta różnorodność jest możliwa tylko wtedy, gdy na jej straży stać będą silne organizmy narodowe, posiadające instrumenty wzmacniające ich suwerenność – takie jak autarkia właśnie. Bo ta wielonarodowość Europy jest gwarantem także i swobód jednostki. Natomiast im bardziej zostaje ona rozdrobniona, tym słabszą się ona staje, a zatem tym podatniejsza będzie na działania supremacyjne centrali politycznej kontynentu – oraz silnych korporacji kapitalistycznych. One żywią się tym procesem, o którym tu mówimy. One przejmują coraz większą kontrolę nad zasobami naturalnymi i gospodarką niegdyś suwerennych (i dumnych ze swej suwerenności) narodów. One sprawiają, że te dumne narody zostają zepchnięte do roli siły roboczej, pracującej u siebie w kraju, ale nie dla siebie: właśnie tak: u siebie, ale nie dla sebie. Nawet na rynku prasowym jest to widoczne – teraz cudzoziemskie koncerny prasowe mają w swych rękach większość „polskiej” prasy. Czegoś takiego nie było nawet za okupacji hitlerowskiej, kiedy to miażdżąca większość polskiej prasy była jednak w rękach polskich spółek wydawniczych. Nie, nie chodzi mi o chwalenie czasów okupacji, ale o to, że tracimy podstawy gwarantujące nam niezależność, a cieszymy się, że tak fajnie – miłe złego początki…
Zatem to właśnie suwerenność narodowa i narodowy solidaryzm są głównym narzędziem i bastionem przeciw tej systematycznej urawniłowce, która wie, gdzie kryje się główne zagrożenie dla stojącej za nią supremacji molocha. Moloch wie, że główną przeszkodą na jego drodze jest nacjonalizm – i właśnie dlatego czyni wszystko, by go zdyskredytować i zniszczyć.
To zupełna nieprawda, że kluczową rolę w procesie narodotwórczym odgrywa ideologia lub doktryna narodowa. Kluczową rolę odgrywa właśnie sam naród, tworzony historycznie czynnikami najzupełniej odmiennymi od ideologii. On, sam w sobie, jest nawet kluczowy dla ideologii. Co powiedzieć o narodzie żydowskim: istniał czy nie istniał w przeszłości? A może też mamy uważać, że dopiero od XI wieku? Niektórzy autorzy, jak na przykład znany ze swej pro-palestyńskiej postawy Gilad Atzmon, uważają że nie ma czegoś takiego jak „naród żydowski” nawet dzisiaj, że to, co określa się mianem „historii narodu żydowskiego” to mit. Ale w ostatecznym rozrachunku naród istnieje tak długo, jak długo są ludzie uważający się za taki naród.
Kim byli Rzymianie? Jakim mianem siebie określali? Czy nie aby tym samym („NATIO”), które potem, z łaciny, przeniknęło do innych języków? Kim byli Grecy? Kwestia lojalności wobec lokalnych władców (Sparta, Teby) to jedna rzecz, ale mieli ten sam język, to samo pismo, ten sam „panteon” bóstw itd.
Byli może jedynie „narodami w sobie”, a „dla siebie” już nie? Lojalności lokalne zresztą nie były tylko monarchiczne (w przeciwieństwie do dużej części historii północnej Europy), ale także jak najbardziej w odniesieniu do zbiorowości (republiki greckie, republika rzymska, potem także „Rzeczpospolita Wenecka”). XIX wiek to po prostu jedna z cezur dziejowych, nie jedyna, nie wyłączna, więc niepotrzebnie wielu ludzi daje się nią „oślepić” jakby była „one and all”.
Nie, nie możemy się umówić, że podmiotem uczynimy tylko indywidualnego człowieka. Naród jest także podmiotem. Krąg kulturowy też jest podmiotem, nawet konkretne wyznanie też jest podmiotem, bo tworzą go ludzie. Np „wspólnota islamska” czy „wspólnota żydowska” jak najbardziej jest podmiotem. Spróbowałby im kto „wyklarować”, że w dyskusji mają się wyzbyć podmiotowości zbiorowej na rzecz podmiotowości jednostki? Gdybyśmy się mieli umawiać tak jak tego niektórzy „liberałowie” (mający jednak wyraźne ciągoty to nakazowo-zakazowej urawniłowki) sobie tego życzą, to i my równie dobrze moglibyśmy i od nich „zażądać”, by za jedyny podmiot uznali naród. Praktycznie nie mieliby szansy na rozwinięcie jakiejkolwiek tezy innej od takiej, która bazowana jest na narodzie.
Tak, Europa też jest podmiotem. „Umawianie” się na korzyść tylko jednej tezy, to m.in. specjalność ewangelikalnych, którzy już na wstępie dyskusji – polemiki z katolikiem chcą, aby ten przyjął za podstawę, „że Biblia jest jedynym autorytetem w sprawach wiary”. Chcą tego, bo chcą, aby w ten sposób „na ich (tezę) wyszło” (jak na ironię jednak nie zawsze wychodzi – „moi” ewangelikalni niemal w szał wpadali, bo nijak nie mogli sobie ze mną poradzić…). Nie ma tu żadnej otwartości, bo cała taka dyskusja jest „rigged right from start”.
Rzeczywiście, naród nie jest constans, dlatego były i są przypadki, gdy w ogóle nie powstawał. Nie jest natomiast prawdą, że narody obecne powstały „na skutek gwałtu i podboju”. Gwałt i podbój miały jedynie ograniczony wpływ na kształtowanie się narodów. Zwróćmy uwagę, że nawet gwałt na Rusi nie uczynił z niej części narodu polskiego za czasów Dymitra Samozwańca. Tak jak nie uczynił jej z Węgrów, Niemców czy Tatarów. Nie uczyniły jej nawet z Litwinów pomimo pokojowych – nomen omen – UNII z Koroną polską… Większy był udział języków w tym przypadku niż jakiegokolwiek gwałtu i podboju, bo ten gwałt mógł czasem pomóc, ale w odniesieniu do ludów tego samego języka lub podobnych języków. Nawet nie zawsze udawało się to w odniesieniu do podobnych, bo z Jugosłowian nie uczynił jednej nacji. Tak jak nie uczynił jednej nacji z Austriaków, Czechów, Słowaków, Polaków, Węgrów czy Rumunów oraz Rusinów. Nie uczyniła nawet „unia” Czechów ze Słowakami jednej nacji, choć swego czasu modne było używanie słowa „Czechosłowak”… Dlaczego Austro-Węgry rozpadły się w drobny mak? Nie, nie dlatego, że przegrały I Wojnę, bo można przerżnąć wiele wojen i się nie rozpaść. Niemcy przerżnęły tę samą wojnę w doładnie tym samym czasie, ale się nie rozpadły. Można też w tym kontekście wskazać i na Francję, która miała historię krwawą, ale przetrwała, bo nie było zbyt wielkiej różnorodności etnicznej. A czy przetrwałaby jako jedno państwo i jeden naród, gdyby składała się m.in. w jednej trzeciej z Azjatów i jednej trzeciej z Murzynów?
Tak na marginesie jeszcze tego „gwałtu i podboju”: jakiego to gwałtu, podboju – czy bodaj najazdu – dopuścił się naród śląski? Nie jest mi znany ani jeden. Poza próbą uzyskania korony polskiej przez śląskich Piastów. A jednak istnieje ta narodowość (wg deklaracji samych do niej przynależących osób).
Nie, naród nie jest „święty”, jeszcze mniej „święta” jest „UE”. Mają rację ci, co wskazują, że federacja sama w sobie niekoniecznie musi cokolwiek „gleichschaltować”. Nie musi – jeżeli będą mechanizmy zapobiegające takiej urawniłowce. A takim zabezpieczeniem jest suwerenne państwo narodowe, bo wtedy żadna „unia” nie ma władzy zmieniania suwerennych decyzji podjętych w takich państwach. Jeśli takiego mechanizmu nie ma, to wtedy muszę naszych „unitów europejskich” zmartwić, niestety, wtedy taka „federacja” musi kończyć się urawniłowką. Wynika to już z samego charakteru takiej „unii”, która nie jest „przełamana” silnymi organizmami narodowymi. Czyli: jeśli ta federacja będzie „konfederacją”, to nie musi i prawie na pewno się nie stanie molochem. Natomiast „unia” ma tu praktycznie „przewalone” i to od samego początku.
Jestem zwolennikiem państw narodowych nie dlatego, że są „święte” (zdaję sobie sprawę, że nie są i nie będą idealne), ale dlatego, że najlepiej nadają się do roli owego „przełamywania”. Są odpowiednio duże, by to uczynić, podczas gdy małe wspólnoty regionalne typu „Cieszyn” („Teschen”) nie mają na to cienia szansy. Gdyby było na odwrót – czyli gdyby to właśnie malutkie mniejszostuńcie gwarantowały lepsze rezultaty, to byłbym po ich stronie. Niechby sobie było „Wolne Miasto Cieszyn”, niechby była „Republika Bieszczad”, ba, nawet „niepodległa Wieliczka” (w Szwajcarii aż do XIX wieku była nawet niepodlagła wieś – nazywa się Gersau i leży nad Vierwaldstättersee). Nie byłby to zatem żaden „big deal” jeśli i w Polsce by coś takiego było. Oczywiście, nie byłby to problem, gdyby jednak swoje stosunki opierała na współpracy z Polską, a nie na ściąganiu do Polski jakiegoś obcego „Wielkiego Brata”, któryby natychmiast wykorzystał sytuację, by się mieszać do naszych wewnętrznych spraw.
To prawda, UE nie stworzyła globalizacji. Nie, ona jest wynikiem oraz narzędziem, instrumentem tej globalizacji, wykorzystywanej dla ewidentnych celów politycznych i finansowych przez grupy interesu, którym marzy się po prostu władanie światem dla ich własnego, ciasnego interesu grupowego. Dlatego wymachują teraz chorągiewką regionalizmu oraz „swobody jednostki”, gdy tymczasem jednostka nawet pozbawiona została prawa wypowidzenia się choćby w refenrendum na temat „Traktatu Lizbońskiego”. Niby tak bardzo „pragnie się” dogodzić tej zmitologizowanej „jednostce”, ale najlepiej, gdy „nie przeszkadza” i nie ma nic do gadania… Brak takiego referendum w Polsce uważam za skandal, którego dopuściły się elity władzy polskiej: parlament, rząd, premier i – tak, jak najbardziej również i prezydent, jego tragiczna śmierć nie zmienia i zmienić nie może mojej negatywnej oceny takiej skandalicznej decyzji). Czy Polacy tak bardzo pragną „unii”? Nie widać tego po rezultatach frekwencji wyborczej do wyborów do „parlamentu” europejskiego – i to już drugich takich wyborów, jakie odbyły się po wstąpieniu do tej „unii”. Polacy w referendum unijnym w 2003 roku opowiedzieli się za przystąpieniem i idę o zakład, że jeszcze za naszego żywota pożałują tej decyzji. Ta „federacja” już rości sobie prawo nawet do tego, by decydować ile mleka Polska może produkować. W pewnych częściach świata ludzie zdychają z głodu (określenie jak najbardziej adekwatne, biorąc pod uwagę warunki, w jakich do tego dochodzi), ale ktoś „nie powinien” wyprodukować „zbyt wiele” żywności. Ten „unijny” moloch wziął się za decydowanie o kształtach warzyw, zgięciu ogórków i rozmiarach prezerwatyw, jakie mogą być produkowane w tej „unii”, nawet o tym, jakie dania wolno serwować w restauracjach… Takich debilizmów nie wypocono nawet w Sowietach i III Reichu. W „unii” jest możliwe, że rodzice mogą utracić prawo do wychowania własnego dziecka, jeśli nie będą go wychowywać odpowiednio „poprawnie”. Tak, w Sowietach i III Rzeszy też mogli stracić takie prawo, ale tylko i wyłącznie ze względów politycznych (też nie lepiej zatem). „Unia” to moloch i wobec tego myśli jak moloch i postępuje jak moloch, bo to dla molocha i „gleichschaltera” przecież takie naturalne. Jeszcze nie decyduje ten moloch o wszystkim, ale widać wyraźnie, że krokami i tip-topami posuwa się naprzód, pragnąc decydować o coraz większej liczbie spraw. Stoi to w jaskrawym kontraście wobec tego, co obiecywano Polakom w 2003 roku podczas kampanii przed tym referendum – byłem wtedy w Polsce i wciąż to pamiętam. Popełniono fałsz i oszustwo, sprzeniewierzono się wyborcom, których najwyraźniej miano jedynie za bydełko lub maszynki do głosowania. Nigdy tym zdrajcom tego nie zapomnę. Tak, zdrajcom, bo można mieć swoją wizję, ale jeśli w tym celu celowo oszukuje się wyborców, by po referendum świadomie robić rzeczy, których miało nie być, to jest to zdrada. Zwykła ordynarna zdrada.
Jeżeli Cieszyn pragnie zachowania swej unikalnej pozycji, to nic nie powinno stać na przeszkodzie, by był „wolnym miastem” ze wspólnym polsko-czeskim zarządem powstałym na podstawie dwustronnego porozumienia. Niechby nawet podobne rozwiązanie zastosowano w Zgorzelcu. Może mieć on własne władze – tak jak własny parlament oraz rząd krajowy mógłby mieć Sląsk (lub co najmniej Górny Sląsk czyli „Freistaat Oberschlesien”), ja jestem jak najbardziej za autonomią Górnego Sląska (jestem natomiast przeciwnikiem separacji). W żadnym wypadku takie rozwiązania nie szkodziłyby państwu narodowemu, tak jak Cesarstwu Niemieckiemu (1870 – 1918) nie szkodziło to, że poszczególne kraje członkowskie II Rzeszy (w tym Freistaat Bayern, zbudowany dzięki niedocenianemu królowi Ludwikowi II i jego wyjątkowo dobrym kontaktom z kanclerzem Otto von Bismarckiem), miały swoje własne rządy i parlamenty oraz nawet swoich własnych królów (poza Schleswig – Holstein, skąd Augustianie zostali wcześniej wywaleni i gdzie wobec tego przysięga wojskowa składana była na konstytucję, a nie na monarchę). I nawet w 1935 roku dwa takie państwa jeszcze wymieniły między sobą posłów pełnomocnych…).
Czy naród ma prawo „na swoim” robić co chce? Tak, ma. Na tym polega właśnie suwerenność, że naród u siebie – oraz wybrani przezeń liderzy – mogą robić „co chcą”. A kogo mają pytać o pozwoleństwo? Może zagranicznego „Big Brother”?
Nie, nie zdejmę zatem – dla powyższych powodów – narodowych soczewek z oczu. Właśnie upewniam się, że lepiej jeszcze przylegają.
Co do narodu pan-europejskiego, o którym niektórzy wspominają, to mogę dodać co następuje: jestem „White Nationalist”, czyli że wyglądam nawet poza „Pan-Europę”, bo Biali żyją na wszystkich kontynentach, łącznie z Afryką i Azją. Narodu pan-europejskiego nie będzie tak długo, jak długo moloch „unijny” będzie istniał. Konfederacja to co innego. Nie będzie próbowała zastępować jednych narodów innym. Bo jeśli „unia” będzie próbować ludziom wmawiać, że ich nacjonalizmy są niewiele warte, że „soczewki” narodowe trzeba zdjąć – to jak będzie możliwym stworzenie jakiegokolwiek nacjonalizmu europejskiego? Skoro nacjonalizmy są złe – to i ten europejski też. To droga donikąd, nie lepsza ani na jotę od prób stworzenia „narodu radzieckiego”. Dla mnie pojęcia takie jak „śląskość”, „polskość” czy „biały nacjonalizm”, w końcu „ludzkość” to piramida, której żadne „piętro” nie może zostać uszczuplone – bo inaczej cała konstrukcja się wali. Nie jestem nacjonalistą „dwuwymiarowym”, lecz „trójwymiarowym”. Zdaję sobie sprawę ze współzależności wszystkich tych elementów oraz z tarć między nimi też. Gdy spróbować forsować biały nacjonalizm kosztem narodów – to biały nacjonalizm legnie w gruzach. Spróbować antagonizować regiony – naród jest w opałach. Spróbować forsować „unię” – można się już dziś założyć, że i ona legnie.
Cheers!!!
C.d.n. link do części 2
Continue Reading »