Copyright © 2012 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Archive for January, 2011
RN 1: O narodowościach, UE i Ślązakach
Jednym z ulubionych „argumentów” przeciw ciągłości istnienia narodów ma być rzekomy „fakt”, że „tak naprawdę” aż do XIX wieku ich podobno „nie było”, bo ideologie narodowe przedtem nie istniały, ba – nawet nie istniało pojęcie nacjonalizmu.
Jeżeli „nie było” narodów przed XIX wiekiem, to jak wyjaśnić choćby średniowieczny cytat naszego kronikarza:
„Spośród narodów graniczących z Królestwem Polskim nie ma bardziej zawistnego i wrogiego Polakom, niż Ślązacy.” (Jan Długosz).
No i proszę: nie tylko, że są „Polacy”, ale „Slązacy” też i to na dodatek określeni jako „naród”…
Jak to zatem możliwe, że nie było kiedyś narodów w średniowieczu, jeśli mowa jest o konfliktach narodowościowych w średniowiecznej Europie (link)? Jak mogły być konflikty narodowościowe bez narodowości?
Inny przykład: w pewnym referacie odnotowano, że „świadomość narodowa w średniowieczu (zwłaszcza późnym) jest podobna do tej, która występowała w XIX w. w warunkach rozwoju nowoczesnej już świadomości narodowej”.
Chętnie podałbym tu link do pełnego tekstu tego dokumentu, niestety znikł z internetu – był to link następujący
http://historicus.umk.pl/modules/wfsection/article.php?articleid=20 – być może ktoś z Was odnajdzie go przy jakiejś okazji.
To, czego nie było w średniowieczu, to ideologie narodowe. Te zapewne otrzymały bodziec podczas Rewolucji Francuskiej, która postawiła naród ponad jego monarchą.
Użycie określenia, że nie było przed XIX wiekiem nacjonalizmu jest tego rodzaju, że równie dobrze możnaby twierdzić, że nie było przed XIX wiekiem także homoseksualizmu, bo nie istniało pojęcie „homoseksualizm”, które powstało dopiero w II połowie XIX w. W Niemczech.Bo skoro nie było homoseksualizmu, to rozumiem, że i heteroseksualizmu też nie było…
A fakt, że narody tworzyły się głównie samoczynnie, w dużej mierze dzięki temu samemu językowi (lub podobnym językom), akurat uważam za niepodważalne. Co rzecz jasna nie zmienia faktu, że te wspólnoty miały swoje przywództwa, nadające im kierunek rozwoju. Tak, z biegiem czasu mogły te przywództwa, lub nieco szerzej: elity intelektualne, nawet kształtować i język. Weźmy choćby to, co nazywa się „gwarą śląską”. To język chłopski, który kształtował się samoczynnie i w dużej mierze w oderwaniu od reszty Polski. Dopiero w nowszych czasach podjęto próby promowania go jako języka w urzędach czy mediach. Ale jednak istniał i rozwijał się sam. Sąsiedztwo lokalne również kształtowało więzi typowe dla wspólnot. Religia też robiła „swoje”, jeżeli była wspólną religią mieszkańców. A zatem wszystkie cechy narodu istniały już na długo przed tym XIX wiekiem – poza nowoczesnymi ideologiami. Ale ideologie narodowe mogły przecież powstać na długo po ukształtowaniu się narodów, a nie przed ich powstaniem. Tak jak ideologie klasowe też powstały po ukształtowaniu się klas.
Można mówić o dwutorowości procesów, nawet o ich „wielotorowości”, jednak obecne rozmiękczanie suwerenności poszczególnych krajów nie stanowi „wyjścia naprzeciw potrzebom”, gdyż te potrzeby znajdowały już swój wyraz wcześniej. To jest typowy proces tworzenia molocha, a ponadnarodowy organizm ma to do siebie, że umacnia się poprzez osłabianie integralności organizmów narodowych. Moloch nie usiłuje skłócać poszczególnych narodów między sobą, lecz usiłuje poszerzyć swoją władzę nad nimi wszystkimi – właśnie ujednolicając szereg rzeczy. A ten cel możliwy jest tylko w szukaniu podziałów wewnętrznych, a nie zewnętrznych. Stąd to wsparcie dla wszelkich możliwych mniejszości, które stają się „koniem trojańskim” w istniejących państwach. Moloch potrzebuje takich sojuszników, a i oni potrzebują jego. Ale posługują się nim nie w celu ułożenia harmonijnego współżycia z większościami, lecz dla osiągnięcia własnego celu, jakim jest poszerzenie własnego stanu posiadania i suwerenności (Slązacy przecież również kierują się interesem ekonomicznym oraz narodowym) i jak długo moloch jest w stanie im coś „dać” w tym zakresie, tak długo będą z nim współpracować.
I tu jest właśnie ta dwutorowość, o której mowa: z jednej strony moloch usiłuje poszatkować silne organizmy narodowe, co jest działaniem (niby to) na rzecz różnorodności, z drugiej jednak strony usiłuje ujednolicać rozwiązania prawne, polityczne i ekonomiczne na całym swoim obszarze. Jednak ważniejsze okazuje się tutaj owo ujednolicanie niż działanie „na rzecz różnorodności”. Bo tak naprawdę te różnorodności już istniały przed powstaniem molocha. Niechaj nie myli nas tu akurat własne doświadczenie z PRL, gdzie istniał szereg zakazów i życie kulturalne czy polityczne zdawało się być jednolite.
Są one co najwyżej potęgowane – nawet do przesady – by pokazać, jak „na rzecz różnorodności” działa moloch. Gdy jednak owe różnorodności staną się bardzo liczne – i równocześnie bardzo rozdrobnione, przychodzi kolej na unifikowanie i ujednolicanie. Proces jest tu trochę podobny do procesu obniżania cen przez sieci wielkich domów towarowych, które w ten sposób starają się wykończyć konkurencję drobniejszych sklepów i punktów usługowych, które nie są w stanie na dłuższą metę stawić czoła wobec tej ofensywy „udogodnień dla klienta”. Gdy jednak owi drobniejsi kupcy zostaną zmieceni z rynku (niczym drobne banki ostatniego kryzysu finansowego oraz drobniejsi wydawcy gazet), wtedy ceny znowu rosną… Zatem owo „uróżnorodnienie”, owa „wielokulturowość” oraz „zwiększona wrażliwość na odmienność” są jedynie stanem przejściowym. Im bardziej unifikowana rzeczywistość, tym mniej w niej miejsca na różnorodność, której obrońcą miała rzekomo być.
Dlatego pojęciu „unia” przeciwstawiłem pojęcie „konfederacja”. Mniejsza o to jak będzie się kiedyś nazywać porozumienie europejskie. Ja użyłem określeń, które mają swoje wyraźne konotacje: „unia” zawsze kojarzy się z ujednoliceniem, unifikacją i w konsekwencji z urawniłowką. Gdy zaś „konfederacja” bardziej kojarzy się właśnie z różnorodnością, a zatem z tym, czego i my pragniemy – i nie tylko my, bo przecież nasi „liberalni” oponenci również, bo oni także nie chcą molochów!
Ale ta różnorodność jest możliwa tylko wtedy, gdy na jej straży stać będą silne organizmy narodowe, posiadające instrumenty wzmacniające ich suwerenność – takie jak autarkia właśnie. Bo ta wielonarodowość Europy jest gwarantem także i swobód jednostki. Natomiast im bardziej zostaje ona rozdrobniona, tym słabszą się ona staje, a zatem tym podatniejsza będzie na działania supremacyjne centrali politycznej kontynentu – oraz silnych korporacji kapitalistycznych. One żywią się tym procesem, o którym tu mówimy. One przejmują coraz większą kontrolę nad zasobami naturalnymi i gospodarką niegdyś suwerennych (i dumnych ze swej suwerenności) narodów. One sprawiają, że te dumne narody zostają zepchnięte do roli siły roboczej, pracującej u siebie w kraju, ale nie dla siebie: właśnie tak: u siebie, ale nie dla sebie. Nawet na rynku prasowym jest to widoczne – teraz cudzoziemskie koncerny prasowe mają w swych rękach większość „polskiej” prasy. Czegoś takiego nie było nawet za okupacji hitlerowskiej, kiedy to miażdżąca większość polskiej prasy była jednak w rękach polskich spółek wydawniczych. Nie, nie chodzi mi o chwalenie czasów okupacji, ale o to, że tracimy podstawy gwarantujące nam niezależność, a cieszymy się, że tak fajnie – miłe złego początki…
Zatem to właśnie suwerenność narodowa i narodowy solidaryzm są głównym narzędziem i bastionem przeciw tej systematycznej urawniłowce, która wie, gdzie kryje się główne zagrożenie dla stojącej za nią supremacji molocha. Moloch wie, że główną przeszkodą na jego drodze jest nacjonalizm – i właśnie dlatego czyni wszystko, by go zdyskredytować i zniszczyć.
To zupełna nieprawda, że kluczową rolę w procesie narodotwórczym odgrywa ideologia lub doktryna narodowa. Kluczową rolę odgrywa właśnie sam naród, tworzony historycznie czynnikami najzupełniej odmiennymi od ideologii. On, sam w sobie, jest nawet kluczowy dla ideologii. Co powiedzieć o narodzie żydowskim: istniał czy nie istniał w przeszłości? A może też mamy uważać, że dopiero od XI wieku? Niektórzy autorzy, jak na przykład znany ze swej pro-palestyńskiej postawy Gilad Atzmon, uważają że nie ma czegoś takiego jak „naród żydowski” nawet dzisiaj, że to, co określa się mianem „historii narodu żydowskiego” to mit. Ale w ostatecznym rozrachunku naród istnieje tak długo, jak długo są ludzie uważający się za taki naród.
Kim byli Rzymianie? Jakim mianem siebie określali? Czy nie aby tym samym („NATIO”), które potem, z łaciny, przeniknęło do innych języków? Kim byli Grecy? Kwestia lojalności wobec lokalnych władców (Sparta, Teby) to jedna rzecz, ale mieli ten sam język, to samo pismo, ten sam „panteon” bóstw itd.
Byli może jedynie „narodami w sobie”, a „dla siebie” już nie? Lojalności lokalne zresztą nie były tylko monarchiczne (w przeciwieństwie do dużej części historii północnej Europy), ale także jak najbardziej w odniesieniu do zbiorowości (republiki greckie, republika rzymska, potem także „Rzeczpospolita Wenecka”). XIX wiek to po prostu jedna z cezur dziejowych, nie jedyna, nie wyłączna, więc niepotrzebnie wielu ludzi daje się nią „oślepić” jakby była „one and all”.
Nie, nie możemy się umówić, że podmiotem uczynimy tylko indywidualnego człowieka. Naród jest także podmiotem. Krąg kulturowy też jest podmiotem, nawet konkretne wyznanie też jest podmiotem, bo tworzą go ludzie. Np „wspólnota islamska” czy „wspólnota żydowska” jak najbardziej jest podmiotem. Spróbowałby im kto „wyklarować”, że w dyskusji mają się wyzbyć podmiotowości zbiorowej na rzecz podmiotowości jednostki? Gdybyśmy się mieli umawiać tak jak tego niektórzy „liberałowie” (mający jednak wyraźne ciągoty to nakazowo-zakazowej urawniłowki) sobie tego życzą, to i my równie dobrze moglibyśmy i od nich „zażądać”, by za jedyny podmiot uznali naród. Praktycznie nie mieliby szansy na rozwinięcie jakiejkolwiek tezy innej od takiej, która bazowana jest na narodzie.
Tak, Europa też jest podmiotem. „Umawianie” się na korzyść tylko jednej tezy, to m.in. specjalność ewangelikalnych, którzy już na wstępie dyskusji – polemiki z katolikiem chcą, aby ten przyjął za podstawę, „że Biblia jest jedynym autorytetem w sprawach wiary”. Chcą tego, bo chcą, aby w ten sposób „na ich (tezę) wyszło” (jak na ironię jednak nie zawsze wychodzi – „moi” ewangelikalni niemal w szał wpadali, bo nijak nie mogli sobie ze mną poradzić…). Nie ma tu żadnej otwartości, bo cała taka dyskusja jest „rigged right from start”.
Rzeczywiście, naród nie jest constans, dlatego były i są przypadki, gdy w ogóle nie powstawał. Nie jest natomiast prawdą, że narody obecne powstały „na skutek gwałtu i podboju”. Gwałt i podbój miały jedynie ograniczony wpływ na kształtowanie się narodów. Zwróćmy uwagę, że nawet gwałt na Rusi nie uczynił z niej części narodu polskiego za czasów Dymitra Samozwańca. Tak jak nie uczynił jej z Węgrów, Niemców czy Tatarów. Nie uczyniły jej nawet z Litwinów pomimo pokojowych – nomen omen – UNII z Koroną polską… Większy był udział języków w tym przypadku niż jakiegokolwiek gwałtu i podboju, bo ten gwałt mógł czasem pomóc, ale w odniesieniu do ludów tego samego języka lub podobnych języków. Nawet nie zawsze udawało się to w odniesieniu do podobnych, bo z Jugosłowian nie uczynił jednej nacji. Tak jak nie uczynił jednej nacji z Austriaków, Czechów, Słowaków, Polaków, Węgrów czy Rumunów oraz Rusinów. Nie uczyniła nawet „unia” Czechów ze Słowakami jednej nacji, choć swego czasu modne było używanie słowa „Czechosłowak”… Dlaczego Austro-Węgry rozpadły się w drobny mak? Nie, nie dlatego, że przegrały I Wojnę, bo można przerżnąć wiele wojen i się nie rozpaść. Niemcy przerżnęły tę samą wojnę w doładnie tym samym czasie, ale się nie rozpadły. Można też w tym kontekście wskazać i na Francję, która miała historię krwawą, ale przetrwała, bo nie było zbyt wielkiej różnorodności etnicznej. A czy przetrwałaby jako jedno państwo i jeden naród, gdyby składała się m.in. w jednej trzeciej z Azjatów i jednej trzeciej z Murzynów?
Tak na marginesie jeszcze tego „gwałtu i podboju”: jakiego to gwałtu, podboju – czy bodaj najazdu – dopuścił się naród śląski? Nie jest mi znany ani jeden. Poza próbą uzyskania korony polskiej przez śląskich Piastów. A jednak istnieje ta narodowość (wg deklaracji samych do niej przynależących osób).
Nie, naród nie jest „święty”, jeszcze mniej „święta” jest „UE”. Mają rację ci, co wskazują, że federacja sama w sobie niekoniecznie musi cokolwiek „gleichschaltować”. Nie musi – jeżeli będą mechanizmy zapobiegające takiej urawniłowce. A takim zabezpieczeniem jest suwerenne państwo narodowe, bo wtedy żadna „unia” nie ma władzy zmieniania suwerennych decyzji podjętych w takich państwach. Jeśli takiego mechanizmu nie ma, to wtedy muszę naszych „unitów europejskich” zmartwić, niestety, wtedy taka „federacja” musi kończyć się urawniłowką. Wynika to już z samego charakteru takiej „unii”, która nie jest „przełamana” silnymi organizmami narodowymi. Czyli: jeśli ta federacja będzie „konfederacją”, to nie musi i prawie na pewno się nie stanie molochem. Natomiast „unia” ma tu praktycznie „przewalone” i to od samego początku.
Jestem zwolennikiem państw narodowych nie dlatego, że są „święte” (zdaję sobie sprawę, że nie są i nie będą idealne), ale dlatego, że najlepiej nadają się do roli owego „przełamywania”. Są odpowiednio duże, by to uczynić, podczas gdy małe wspólnoty regionalne typu „Cieszyn” („Teschen”) nie mają na to cienia szansy. Gdyby było na odwrót – czyli gdyby to właśnie malutkie mniejszostuńcie gwarantowały lepsze rezultaty, to byłbym po ich stronie. Niechby sobie było „Wolne Miasto Cieszyn”, niechby była „Republika Bieszczad”, ba, nawet „niepodległa Wieliczka” (w Szwajcarii aż do XIX wieku była nawet niepodlagła wieś – nazywa się Gersau i leży nad Vierwaldstättersee). Nie byłby to zatem żaden „big deal” jeśli i w Polsce by coś takiego było. Oczywiście, nie byłby to problem, gdyby jednak swoje stosunki opierała na współpracy z Polską, a nie na ściąganiu do Polski jakiegoś obcego „Wielkiego Brata”, któryby natychmiast wykorzystał sytuację, by się mieszać do naszych wewnętrznych spraw.
To prawda, UE nie stworzyła globalizacji. Nie, ona jest wynikiem oraz narzędziem, instrumentem tej globalizacji, wykorzystywanej dla ewidentnych celów politycznych i finansowych przez grupy interesu, którym marzy się po prostu władanie światem dla ich własnego, ciasnego interesu grupowego. Dlatego wymachują teraz chorągiewką regionalizmu oraz „swobody jednostki”, gdy tymczasem jednostka nawet pozbawiona została prawa wypowidzenia się choćby w refenrendum na temat „Traktatu Lizbońskiego”. Niby tak bardzo „pragnie się” dogodzić tej zmitologizowanej „jednostce”, ale najlepiej, gdy „nie przeszkadza” i nie ma nic do gadania… Brak takiego referendum w Polsce uważam za skandal, którego dopuściły się elity władzy polskiej: parlament, rząd, premier i – tak, jak najbardziej również i prezydent, jego tragiczna śmierć nie zmienia i zmienić nie może mojej negatywnej oceny takiej skandalicznej decyzji). Czy Polacy tak bardzo pragną „unii”? Nie widać tego po rezultatach frekwencji wyborczej do wyborów do „parlamentu” europejskiego – i to już drugich takich wyborów, jakie odbyły się po wstąpieniu do tej „unii”. Polacy w referendum unijnym w 2003 roku opowiedzieli się za przystąpieniem i idę o zakład, że jeszcze za naszego żywota pożałują tej decyzji. Ta „federacja” już rości sobie prawo nawet do tego, by decydować ile mleka Polska może produkować. W pewnych częściach świata ludzie zdychają z głodu (określenie jak najbardziej adekwatne, biorąc pod uwagę warunki, w jakich do tego dochodzi), ale ktoś „nie powinien” wyprodukować „zbyt wiele” żywności. Ten „unijny” moloch wziął się za decydowanie o kształtach warzyw, zgięciu ogórków i rozmiarach prezerwatyw, jakie mogą być produkowane w tej „unii”, nawet o tym, jakie dania wolno serwować w restauracjach… Takich debilizmów nie wypocono nawet w Sowietach i III Reichu. W „unii” jest możliwe, że rodzice mogą utracić prawo do wychowania własnego dziecka, jeśli nie będą go wychowywać odpowiednio „poprawnie”. Tak, w Sowietach i III Rzeszy też mogli stracić takie prawo, ale tylko i wyłącznie ze względów politycznych (też nie lepiej zatem). „Unia” to moloch i wobec tego myśli jak moloch i postępuje jak moloch, bo to dla molocha i „gleichschaltera” przecież takie naturalne. Jeszcze nie decyduje ten moloch o wszystkim, ale widać wyraźnie, że krokami i tip-topami posuwa się naprzód, pragnąc decydować o coraz większej liczbie spraw. Stoi to w jaskrawym kontraście wobec tego, co obiecywano Polakom w 2003 roku podczas kampanii przed tym referendum – byłem wtedy w Polsce i wciąż to pamiętam. Popełniono fałsz i oszustwo, sprzeniewierzono się wyborcom, których najwyraźniej miano jedynie za bydełko lub maszynki do głosowania. Nigdy tym zdrajcom tego nie zapomnę. Tak, zdrajcom, bo można mieć swoją wizję, ale jeśli w tym celu celowo oszukuje się wyborców, by po referendum świadomie robić rzeczy, których miało nie być, to jest to zdrada. Zwykła ordynarna zdrada.
Jeżeli Cieszyn pragnie zachowania swej unikalnej pozycji, to nic nie powinno stać na przeszkodzie, by był „wolnym miastem” ze wspólnym polsko-czeskim zarządem powstałym na podstawie dwustronnego porozumienia. Niechby nawet podobne rozwiązanie zastosowano w Zgorzelcu. Może mieć on własne władze – tak jak własny parlament oraz rząd krajowy mógłby mieć Sląsk (lub co najmniej Górny Sląsk czyli „Freistaat Oberschlesien”), ja jestem jak najbardziej za autonomią Górnego Sląska (jestem natomiast przeciwnikiem separacji). W żadnym wypadku takie rozwiązania nie szkodziłyby państwu narodowemu, tak jak Cesarstwu Niemieckiemu (1870 – 1918) nie szkodziło to, że poszczególne kraje członkowskie II Rzeszy (w tym Freistaat Bayern, zbudowany dzięki niedocenianemu królowi Ludwikowi II i jego wyjątkowo dobrym kontaktom z kanclerzem Otto von Bismarckiem), miały swoje własne rządy i parlamenty oraz nawet swoich własnych królów (poza Schleswig – Holstein, skąd Augustianie zostali wcześniej wywaleni i gdzie wobec tego przysięga wojskowa składana była na konstytucję, a nie na monarchę). I nawet w 1935 roku dwa takie państwa jeszcze wymieniły między sobą posłów pełnomocnych…).
Czy naród ma prawo „na swoim” robić co chce? Tak, ma. Na tym polega właśnie suwerenność, że naród u siebie – oraz wybrani przezeń liderzy – mogą robić „co chcą”. A kogo mają pytać o pozwoleństwo? Może zagranicznego „Big Brother”?
Nie, nie zdejmę zatem – dla powyższych powodów – narodowych soczewek z oczu. Właśnie upewniam się, że lepiej jeszcze przylegają.
Co do narodu pan-europejskiego, o którym niektórzy wspominają, to mogę dodać co następuje: jestem „White Nationalist”, czyli że wyglądam nawet poza „Pan-Europę”, bo Biali żyją na wszystkich kontynentach, łącznie z Afryką i Azją. Narodu pan-europejskiego nie będzie tak długo, jak długo moloch „unijny” będzie istniał. Konfederacja to co innego. Nie będzie próbowała zastępować jednych narodów innym. Bo jeśli „unia” będzie próbować ludziom wmawiać, że ich nacjonalizmy są niewiele warte, że „soczewki” narodowe trzeba zdjąć – to jak będzie możliwym stworzenie jakiegokolwiek nacjonalizmu europejskiego? Skoro nacjonalizmy są złe – to i ten europejski też. To droga donikąd, nie lepsza ani na jotę od prób stworzenia „narodu radzieckiego”. Dla mnie pojęcia takie jak „śląskość”, „polskość” czy „biały nacjonalizm”, w końcu „ludzkość” to piramida, której żadne „piętro” nie może zostać uszczuplone – bo inaczej cała konstrukcja się wali. Nie jestem nacjonalistą „dwuwymiarowym”, lecz „trójwymiarowym”. Zdaję sobie sprawę ze współzależności wszystkich tych elementów oraz z tarć między nimi też. Gdy spróbować forsować biały nacjonalizm kosztem narodów – to biały nacjonalizm legnie w gruzach. Spróbować antagonizować regiony – naród jest w opałach. Spróbować forsować „unię” – można się już dziś założyć, że i ona legnie.
Cheers!!!
C.d.n. link do części 2
Continue Reading »Uwaga na ekumenicznego Saturna!
Na trudności w dialogu teologicznym wielokrotnie już zwracano uwagę. Stawia się w tym dialogu nacisk na jedność w sensie doktrynalnym oraz strukturalnym Kościołów, tj. na warunki ewentualnej unifikacji, w której działacze upatrują m.in. spełnienia się modlitwy chrystusowej z ewangelii “według św. Jana”. Rzadziej jednak stawiane są publicznie pytania, dokąd tak pojmowana jedność mogłaby prowadzić i czy w ogóle o taką jedność powinno chodzić. W dodatku autorzy publikacji na ten temat pisują z pozycji teologów i duchowieństwa, rzadziej z pozycji tzw. “człowieka z ulicy”. Poniżej prezentowana jest opinia nie-teologa, “szarego” członka wspólnoty kościelnej na temat ekumenizmu. Artykuł poniższy pisany był pod koniec 2003 roku i stanowił reakcję na artykuł luterańskiego teologa, Dariusza Bruncza “Między mitem a dogmatem. Przestrzeń żywej wiary”
Od tamtego czasu minęło sporo lat i praktycznie prezentowany tu tekst oddaje w dalszym ciągu obraz obecnego stanu tak zwanego „ekumenizmu”. Partycypanci owej „ekumenii” w dalszym ciągu sfrustrowani są tym, że nie ma tej ich magicznej, bajkowej „jedności”, a każdy partycypant pragnąłby oczywiście, by ta „jedność” osiągnięta została na JEGO WŁASNYCH warunkach. Przekonuje nas o tym ich własny głos, jak np katolika Tomasza Terlikowskiego „Celem ekumenizmu jest jedność” oraz wspomnianego tu powyżej luteranina, Dariusza Bruncza , który wręcz chciałby w swej frustracji posłać ekumenizm do… “diabła” „Do diabła z takim ekumenizmem”
I żaden z owych partycypantów dalej zdaje się nie rozumieć, że ich wizja jedności jest po prostu „contra naturam”.
Cała trudność tego dialogu teologicznego zdaje się polegać na tym, że stawiany mu jest całkowicie niewłaściwy cel. Mianowicie oficjele i teologowie zaprzątają sobie głowy znalezieniem wspólnych formułek w celu “zjednoczenia” chrześcijan w jeden Kościół, czyli – w pewnej perspektywie, oczywiście – w jedna strukturę, bo twierdza, że to, co jest obecnie (ok. 22 000 Kościołów) to “zgorszenie dla świata”. Założenie takie jest po prostu fałszywe, bo świat tak jest “zgorszony” naszym ‘rozbiciem’, jak my np. ‘brakiem jedności wszystkich muzułmanów’. Ludzie mają (i zawsze mieli) tendencje do łączenia się w grupy i zgromadzenia zależnie od sposobów wyrażania swych wierzeń. Nie ma sensu tego zmieniać pod katem np. wspólnej struktury czy wspólnej dogmatyki, bo w ten sposób stworzymy jedynie potwora, który w końcu (“w imię jedności” rzecz jasna, a jakże!) zacznie pożerać swoje dzieci niczym mityczny Saturn (jak w obrazie Francisco Goyi).
Jeszcze może się okazać, że obecny kształt chrześcijaństwa jest stosunkowo najlepszym z możliwych.
Niewłaściwy cel
Zamiast zatem przeć ku temu zmitologizowanemu aż do granic absurdu “zjednoczeniu” (a niektórzy mają dość szczególne i precyzyjne pomysły na to, jak się ono powinno dokonać i kto – KONKRETNIE – powinien takim zjednoczonym Kościołem rządzić), starajmy się budować jedność duchową. A tę zbudować można jedynie droga zdrowego rozsądku, a nie “rozwiązywaniem” semantycznych łamigłówek teologicznych. Zadanie to, choć nie obejmuje tworzenia specjalnych “ciał” ani gremiów czy “wspólnych komisji” i nie narzuca sobie “konieczności” unifikacji, jest jednak nie mniejszym wyzwaniem, zarówno dla liderów jak i pozostałych wiernych, zapewne nawet pod niektórymi względami bardziej ambitnym. Siła chrześcijaństwa leży w jego różnorodności (formy, mitu, dogmatu, liturgii, konkretnej działalności) większej niż w przypadku jakiejkolwiek innej religii na świecie, a nie w próbach tworzenia czegoś na kształt religijnej “Tysiącletniej Rzeszy”.
Oznacza to m.in., że kościoły mogą się ze sobą łączyć oraz dzielić strukturalnie, jeśli tak zadecydują.
Największym sukcesem chrześcijaństwa w odniesieniu do jedności nie jest (i nie będzie) zatem tworzenie oraz wspólne interpretowanie doktryn teologicznych na temat Królestwa Niebieskiego, ale wzajemne TRAKTOWANIE SIĘ w sposób, w który sami chcielibyśmy być traktowani w takim Królestwie. I nie musi to wcale oznaczać np. końca prozelityzmu. W końcu, jeśli np. katolicy dalej będą chcieli namawiać protestantów do “powrotu na łono Matki Kościoła”, to niechaj to robią, tak samo jak z kolei protestanci będą wciąż mogli próbować “nawracać katolików na chrześcijaństwo”.
Ludzie tacy już są, że potrzebują również polemik, debat, a nawet – mówiąc wprost – pohandryczenia się o to, który Kościół “lepszy”, która wiara “pełniejsza” itd.
Prymat dekretu nad wiara…
Odnoszę czasem wrażenie, że największe problemy z ekumenizmem mają właśnie “spece od Pana Boga”, bo tak już ‘zaklopsowali’ się w swoich teoriach, że po zdrowy rozum coraz trudniej im ‘skoczyć’ do głowy. To, co jest “kryzysem wiary” (a do tego terminu pozwolę sobie jeszcze tutaj powrócić), wynika bowiem w dużej mierze z… działalności ekumenicznej w jej obecnej postaci, tj. bazowanej na tych stanowczo zbyt przeteologizowanych zasadach. Nasi szanowni liderzy, na których (coraz bardziej) pożal się Boże, zamiast próbować uczyć tego, jakie jest znaczenie istniejących w ich Kościołach doktryn W ODNIESIENIU DO JEDNOSTKI LUDZKIEJ I JEJ ŻYCIA (czyli inaczej: jak się ma taki czy inny dogmat do TWOJEGO osobistego rozwoju duchowego), starają się raczej dopasowywać te doktryny do siebie w celu stworzenia wspólnej, jakże przeteoretyzowanej i pełnej “fachowych Ausdrucków” dogmatyki.
Nic zatem dziwnego, że tak małe zainteresowanie towarzyszy ze strony “zwykłego człowieka z ulicy” tego rodzaju napuszonej działalności oficjalnej. Ten “człowiek z ulicy” (który w końcu – przynajmniej w założeniu – ma być głównym odbiorcą tej teologicznej retoryki) czuje się zupełnie wyobcowany w tym gąszczu (by nie rzec “dżungli”) zawodowego dysputowania o Bogu, pomieszanego niejednokrotnie z oczywistym ‘faryzeizmem’, jeśli nie wręcz chamstwem wobec wszystkiego, co – zdaniem Wielce Szanownych Liderów - ”nie mieści się” w chrześcijaństwie jak “zadekretowanym” przez papieży czy “uzgodnionym” przez Światową Radę Kościołów, czyli przez taką nieco inną “Führung” chrześcijan. Choćby nie wiedzieć jak by się poszczególni działacze starali (w jak najlepszej wierze zresztą, w to akurat nie wątpię) działać na rzecz jedności ludzi czujących się chrześcijanami, rozmaite gremia i autorytety (te rzeczywiste i te urojone) wciąż chcą ‘decydować’ kto “może” lub “nie może” być uważany za chrześcijanina.
Wiara, własne przeżycie religijne “człowieka z ulicy” nie wystarcza owym bonzom o ile nie mieszczą się one w ramach precyzyjnie sformułowanej “zadekretowanej”, “zencyklikowanej” lub (nawet) “przegłosowanej” ortodoksji.
I tu właśnie kryje się owa” próba przywłaszczenia”, już nie tylko języka i formułek (o której pisał p. Dariusz Bruncz), ale wręcz religii i wiary jako całości.
Nie łudźmy się: era “świętej inkwizycji” wciąż jeszcze nie jest za nami. Będzie istniała tak długo, jak długo o “przynależności” do świata chrześcijańskiego będzie decydować werbalna akceptacja dogmatu (używanego w charakterze hipokrytycznego narzędzia władzy), nie mówiąc już o istnieniu rozmaitych specjalnych struktur w formie czy to kongregacji DOKTRYNY wiary (czyli… “świętej inkwizycji” właśnie!) lub innych (równie doktrynerskich) gremiów z ich Aparatczykami i Dygnitarzami Wiary, którym wydaje się, że to ONI są od tego, by decydować o czyjejś wierze i przynależności. Jak długo TAK wyglądać będzie oficjalna “twarz” ekumenizmu w wydaniu oficjalnym, tak długo rozmaite wspólnoty religijne będą się dalej obawiały siebie nawzajem i nie osiągną rzeczywistej jedności, choćby nie wiedzieć ile tam wspólnych “struktur” stworzyły i ile ton papieru zapaskudziły “uczonymi” traktatami swoich doktrynerów na temat istoty chrześcijaństwa i dialogu ekumenicznego.
“Poważne autorytety” ustalają sobie ‘kryteria’, według których dzielą później wyznawców Chrystusa na “chrześcijan” i “niechrześcijan”. I tak np. “poza” chrześcijaństwem mają się rzekomo “znajdować” Świadkowie Jehowy – bo nie uznają, że Chrystus jest osobiście Bogiem oraz ponieważ nie uznają dogmatu o Trójcy Świętej. Mormoni też są “wykluczani” z tego wspólnego dziedzictwa, bo oni z kolei uznają (poza Biblia) jeszcze inne pisma (“The Book of Mormon”, “Doctrines and Covenants”, “Pearl of Great Price”). Wykluczanie mormonów jest jeszcze nawet śmieszniejszym “zabiegiem” ze strony fundamentalistycznych klik liderskich, zważywszy, że uznają oni boskość Chrystusa.
W 1991 mormoński biskup Stephen E. Robinson wydał książkę “Are Mormons Christians?”, w której przekonywująco odpiera wszelkie ‘zarzuty’, według których mormoni chrześcijanami nie są. I jest to hańba dla nas, że mormoński duchowny musiał zniżyć się do napisania AŻ książki, by wyjaśniać sprawy tak niemal dziecinnie proste! (1)
. Pozwolę sobie na przedstawienie tutaj jednego tylko fragmentu z tej pozycji, która znakomicie tłumaczy, kim są mormoni. Otóż pewnego dnia S. E. Robinson miał okazje polemizować z pewnym protestanckim historykiem. Profesor ten dawno odrzucił większość dogmatów chrześcijańskich, co samo w sobie nie byłoby jeszcze niczym dziwnym, gdyż wielu dzisiaj ich nie akceptuje (włączając piszącego). Warto jednak przyjrzeć się argumentom, jakie wysunął on przeciw tezie o chrześcijaństwie mormonów. Oto krotki fragment tej rozmowy:
“… No dobrze, ja jako mormon wierze, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym w dosłownym sensie; że był i jest Bogiem; że miał moc czynienia cudów; że wziął na siebie grzechy świata w Gethsemane i na Kalwarii; że umarł za nas; że w dosłownym sensie zmartwychwstał trzeciego dnia; oraz że wskrzesi nas z martwych, by nas osądzić i dać nam życie w chwale. Więc jestem chrześcijaninem?
‘Absolutnie nie’.
‘Dlaczego nie?’
‘Bo jest pan członkiem Kościoła, który nie pochodzi i nie zależy teologicznie od soborów i wyznań wiary Kościoła historycznego i ponieważ odrzuca pan tradycyjne chrześcijaństwo i jego teologie z okresu po II wieku n.e.’
‘Czy pańska definicja ‘bycia chrześcijaninem’ ma cokolwiek wspólnego z moją osobistą wiarą w Jezusa Chrystusa?’
‘Nie’”. (2)
Nic dodać, nic ująć. Oto jak to działa: liczą się “sobory”, “wyznania wiary” (w formie historycznych dokumentów) itd. To zdaje się decydować bardziej w oczach “fachowców od wiary” niż… sama wiara. Dlatego też nic dziwnego, że nawet pojęcie “sukcesji apostolskiej” rozumieją oni raczej jako coś, co nazwać można “papierową genealogią” niż dziełem jakiegokolwiek ducha (również tego przez duże “D”).
Grupowy interes…
Cóż można powiedzieć? Ja powiem za siebie, bo do tego na pewno mogę czuć się uprawniony: nie spodziewam się zbyt wiele dobrego po hierarchach i kościelnych oficjelach. Oni ZAWSZE będą ekumenizm starali się realizować tak, by za żadną cenę nie uszczuplić swoich wpływów i pozycji, bez względu na to, jak się to będzie miało do interesów chrześcijaństwa. Jeśli pozycje te będą zagrożone – to będą starali się zastopować ten proces tak, jak robili to przez cale setki lat.
Tak jak prawdą jest, że nasz własny Kościół (Kościół Rzymskokatolicki) NIE zainicjował dialogu ekumenicznego (rozpoczęli go protestanci), tak prawdą jest również, że ci protestanci rozpoczęli go dopiero wtedy, gdy wielu spośród ich własnych wiernych bratało się już “na najniższym szczeblu” między sobą, bez względu na denominacje. Im bardziej zacierały się (w oczach zwykłych ludzi) różnice między denominacjami, tym bardziej liderzy zaczęli odczuwać (wreszcie!) potrzebę “zrobienia czegoś”, żeby nie zostać po prostu “wysadzonymi” ze swych pozycji liderów. Nie należy tego rozumieć jako rezultatu jakiegokolwiek zorganizowanego “ruchu oddolnego”, gdyż nie miał on przywódców, co najwyżej pionierów. Pionierami zaś byli ‘bezimienni’, ‘szarzy’, pokorni (i niepokorni tez!) ludzie, wytrwale drepczący do swych kościołów każdej niedzieli i mający znajomych oraz krewnych drepczących w tym samym czasie do INNYCH kościołów.
Samo życie stworzyło nam ekumenizm, a nie taki czy inny pastor, biskup czy papież, nie mówiąc już o żadnych gremiach, których członkowie lubią ‘obradować’, ‘dyskutować’, ‘uzgadniać’, podpisywać papierki i ściskać dłonie przed kamerami. Jestem w stanie się wręcz założyć, że to nie interkomunia katolicko-protestancka stanie się faktem, gdy papież ją zatwierdzi; to on ją zatwierdzi wtedy, gdy będzie ona już niemal stuprocentowym faktem.
Respekt dla różnorodności
Chciałbym być jednak dobrze tutaj zrozumiany: choć nie uznaję dogmatów, nie jestem jednak ich wrogiem (brzydzę się jednak posługiwaniem się nimi w celu dzielenia ludzi na “wierzących” i “bluźnierców” w zależności od stosunku, jaki wobec nich zajmują oraz w zależności od “widzimisie” hierarchów). Niechaj sobie istnieją rozmaite formy doktrynerstwa, komu (i jak?) szkodzi sam fakt ich istnienia? Najlepszą drogą do budowania jedności jest jednak to, co się już od dawna robi (obojętnie z czyjej inicjatywy): wspólna działalność charytatywna, kontakty osobiste, czy praktykowana zarówno przez osoby indywidualne jak i przez wiele Kościołów oficjalnie interkomunia (tam, gdzie to możliwe) czy wspólna liturgia. Łączyć można bowiem jedynie ‘przy użyciu’ tych elementów, które są dogmatycznie ‘neutralne’, a zatem nie są odrzucane przez którąkolwiek ze ‘stron’.
Działania obliczone na efekt ‘propagandowy’ przez liderów w postaci podpisywanych wspólnie dokumentów oficjalnych, jak choćby podpisany ostatnio katolicko-anglikański dokument o roli Marii w historii Zbawienia, to niepotrzebne ‘rekwizyty’ i gra pozorów: bo ci, którzy tej świętej przypisują jakąkolwiek szczególną rolę, nie muszą już w jej sprawie podpisywać żadnych dokumentów. Ci zaś, którzy Jej kult odrzucają w jakiejkolwiek formie, mogą przyjąć taki dokument jako “policzek” dla swoich własnych wierzeń, w których nie ma miejsca na cos, co nazywają bałwochwalstwem (w tym wypadku: “mariochwalstwem”) i odnieść mogą nawet wrażenie, że ktoś im “w imię jedności” będzie kiedyś próbował np. narzucić dogmaty maryjne.
Wszystko to wskazuje, że nawet określenie, jakim się posługujemy “kryzys wiary” jest najzupełniej błędne i mylące. To nie tyle wiara jest w kryzysie ile poszczególne formy religijne, co jest procesem jak najbardziej naturalnym. Jeśli np. ktoś dziś utyskuje na fakt, że rośnie wśród chrześcijan liczba ludzi traktujących Chrystusa nie jako boga, lecz jako “guru” oraz wierzących nie w zmartwychwstanie ciał przy końcu świata, lecz w reinkarnacje, to niechaj uświadomi sobie, że to również jest formą wiary; tak, również forma wiary w Chrystusa, jeśli koniecznie chce wiedzieć. A jeszcze lepiej, by uświadomił sobie, że tak zawsze już było, od samego początku chrześcijaństwa, że było ono wewnętrznie zróżnicowane.
Orygenesa potępiono dwa wieki po jego śmierci za poglądy, które głosił (a na pewno nie zmienił ich w międzyczasie, będąc w grobie; KTO się zatem zmienił?). I nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Pierwszym, który tworzył zaczątki tego, co dziś nazywamy “Nowym Testamentem” przez grupowanie głównych starożytnych pism chrześcijańskich, był heretyk (najprawdopodobniej gnostyk) Marcjon. I też nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Nie można też jemu zarzucić “kryzysu wiary”. Gnostyk Walentyn omal nie został ‘papieżem’ w II wieku (“niechrześcijanin”? A może “apostata”?). Próbowano na wszelkie sposoby twierdzić, że Katarzy nie byli chrześcijanami, choć ich chrystocentryzm nie tylko nie ustępował chrystocentryzmowi oficjalnego Kościoła Rzymskokatolickiego, ale (kto wie?) może go wręcz przerastał.
Nie jest zatem prawdą, że istota chrześcijaństwa “było i jest” uznanie Chrystusa za boga (lub Boga, przez duże “B”) tak jak nie jest istota buddyzmu uznawanie Buddy za b(B)oga. Istotą chrześcijaństwa jest uznanie Chrystusa za głównego ‘nośnika’ boskości, a jak ten Chrystus jest przy tym osobiście interpretowany (jako Bóg, bóg-człowiek, człowiek, święty, prorok, duch czy nauczyciel, albo wręcz jako mit oparty na prawdzie) to już zupełnie inna sprawa.
Oczywiście, że w dalszym ciągu poszczególne Kościoły i wspólnoty będą mogły uważać swój rodzaj wiary za najpełniejszy (dlatego przecie się go trzymają!), niechby jednak uświadomiły sobie, że chrześcijaństwo jest pojęciem znacznie szerszym. Jak długo bowiem tych “lodów” nie da się przełamać, tak długo cały ‘dialog teologiczny’ okazywać się będzie strata czasu (a i pieniędzy też).
Uwaga na Saturna!
Rozumienie jedności jako totalnego eklezjalnego zjednoczenia to najgorszy wróg samej jedności. Doprowadzi jedynie do kolejnych nietolerancji wobec tych, których przyszli “führerzy” uznają za “wyłamujących się z ducha jedności chrześcijańskiej”. Nie będzie w takim ‘zjednoczonym’ Kościele już miejsca na żaden dialog, będzie za to dzika kampania “utrwalania zdobyczy ekumenizmu” w postaci nagonek na rozmaitych “zaplutych karłów” wcześniejszego pluralizmu oraz ‘rozbicia’.
Każda indywidualna forma wyrażania pobożności i rozumienia Boga będzie przez Biurokratów Wiary i innych ‘komisarzy’ postrzegana jako niebezpieczeństwo i zwalczana jako herezja, “robota rozbijacka”, “bluźnierstwo” i “świętokradztwo” wołające o pomstę do… (niekoniecznie “Nieba”, zapewne do jakiejś formy “Świętego Oficjum”).
‘Trojki parafialne’ nie będą może chodziły od apteki do apteki żądając wycofania środków antykoncepcyjnych (choć i to zdarzyć się może), za to mogą (i będą) pojawiać się naciski na władze lokalne lub pracodawców, by pozwalniać z pracy “jednostki wrogie” ustalonemu odgórnie “chrześcijaństwu”. Czyżbyśmy rzeczywiście nie wiedzieli jak takie metody działają? Pamięć nas już tutaj zawodzi czy wyobraźnia?
Przypisy
1. W 1986 roku ewangelikalni chrześcijanie skierowali nawet ‘petycję’ do kościoła mormońskiego, w której żądali, by ten przestał nazywac siebie chrześcijańskim. Petycję podpisały w sumie 20 543 osoby z 49 stanów USA i 31 innych krajów (patrz: Stephen E. Robinson. “Are Mormons Christians?” Bookcraft. Salt Lake City, Utah 1994)
2. tamże, s. 33
Continue Reading »Christos: “preserver” or “destroyer” of Jewish law?
In recent days I received the following questions, to which I gave my reply in the text below. I am presenting these questions, thanking their Author for having sent them. As they partially relate to the “Dialogue between a Marcionite and a Judaizer”. I decided to address the topic once again.
QUESTIONS:
My query is whether the Gnostics’ views rejecting Yahweh as the Father of Jesus can be reconciled with the whole of the New Testament? Certainly they can be reconciled with John’s Gospel without any difficulty, but what about the rest? What about passages about fulfilled prophecies and quotations or allusions to the Old Testament? Would this not disqualify the other New Testament Gospels?
What about words by Jesus that he did not come to abolish the Law and the Prophets? Would this not contradict any attempted reconciliation of the Gospels with Gnostics rejecting Yahweh? Because then the law would have been brought by the Demiurge of the Old Testament, and what then?
What about Paul, whom I consider to have been Gnostic, but who wrote favorably about the law, which was not bad? Just the opposite was true. Is it possible to reconcile the Gospels (Luke, Matthew and Mark), Acts, and the letters (Paul, Peter, etc.) with the Gnostic rejecting the Old Testament because Yahweh is the Demiurge? If so, would you demonstrate it? And whether it is possible to reconcile the extra-canonical Gospels such as the Gospel of Judas, Philip, and others, with the now canonical New Testament writings?
And one more question. If one rejects Yahweh as the God of Jesus, is it essential to reject the Old Testament? Because not all Gnostics rejected it, probably because some believed that Yahweh was God of Jesus, especially the Christian judaizing Gnostics. Does a Yahweh-accepting Pagan-Christian Gnostic have to reject the Old Testament?
I heard that you intend to write a third part of your article “Gnostic and Christian”. Perhaps my questions could be helpful.
Kind Regards
_____________________
REPLY:
„And no man putteth new wine into old wineskins; else the new wine will burst the wineskins, and be spilled, and the wineskins shall perish. But new wine must be put into new wineskins; and both are preserved” (Lk 5: 37-38)
First of all, the question of the so-called “Old Testament” is not and never was just a matter for the Gnostics alone. As explained in the “Dialogue “, there are two reasons for the removal of the “OT” from the Christian canon, namely, moral and scriptural. The first leads to the rejection of only part of the “OT”, the one that is largely or even completely incompatible with Christianity. The second reason is based on the assumption that only works by Christians should be in the canon of Scripture.
It is also not an issue whether someone “accepts Yahweh”or “rejects” him because it is not possible for us to resolve problems such as “which God is which?”or “which God is a Demiurge?”. Personally I do not attempt to define God (or god with a lowercase letter). What once was, almost two millennia ago, the cause of the dispute as to “which God Christ represents” is an outdated issue. Today there is much less of a tendency to talk of “two different Gods”. We are rather inclined to consider two different interpretations of God. And if so, there is no need to worry about issues of “reconciliation” of the canonical and non-canonical Gospels in this regard.
In general, the whole question of defining God is outsidethe argument. Let us accept simply the fact that Christians differed among themselves from the beginning in terms of defining God, and that this fact can also be shown through the appropriate selection of writings in the canon.
Every Gnostic, non-Gnostic or anti-Gnostic may privately consider such books as “inspired”. He can combine them with other, earlier writings and traditions. Here’s a link to a page written by a Protestant minister, most certainly a “Bible Christian”, who sees the roots of almost the entire history and faith of Judaism and Christianity in ancient Egypt http://www.egyptcx.netfirms.com/ .
As it illustrates, the possibilities of such combinations are limitless. However, we are concerned only with the fact that the “OT”is not Christian, and that there should in principle be no place for it in the canon of our Scriptures. In addition, each believer can maintain his/her own view.
When it comes to the so-called “fulfillment of the OT prophecies”, the “Dialogue” shows selected examples, of how often these interpretations of “prophecy fulfillment” were far-fetched. It should not be forgotten that the “OT”, admitted as a canon in the early church, was based on the “Septuagint”, i.e. the Greek translation, which in some places differs quite significantly from the original Hebrew.
So what if something could be interpreted in the New Testament as a “prophecy fulfilled”? Pre-Christian religions preached much of what was then taken on by Christianity. In Part 2 of the article “Gnostic and Christian” there is the following part of Justin Martyr’s statement:
“And when we say also that the Word, who is the first-birth of God, was produced without sexual union, and that He, Jesus Christ, our Teacher, was crucified and died, and rose again, and ascended into heaven, we propound nothing different from what you believe regarding those whom you esteem sons of Jupiter.”However, “Pagan” traditions were not included in the canon. It is rather we who suggest that they could (eventually) be included there with some of the works from the “Old Testament” – although it would be preferable not to include anything non-Christian, no matter how close it is to the teachings of Christianity.
Paul of Tarsus, a figure we wrote extensively about in the “Dialogue”, on one hand supposedly affirmed the “Law”, on the other however was going as far as to speak of it sometimes with an undisguised contempt, even to call it “garbage”. To some extent this reflects the attitude of the Christos, as has been interpreted in the gospels.
Of the many dialogues of Christ in the Gospels, let us consider the one that is written in the Gospels of “Mark” and “Matthew”:
Mk 7: 24-30:
“And from thence he arose, and went into the borders of Tyre and Sidon, and entered into an house, and would have no man know it: but he could not be hid.
For a certain woman, whose young daughter had an unclean spirit, heard of him, and came and fell at his feet: The woman was a Greek, a Syrophoenician by nation; and she besought him that he would cast forth the devil out of her daughter. But Jesus said unto her, ‘Let the children first be filled: for it is not meet to take the children’s bread, and to cast it unto the pups’. And she answered and said unto him, Yes, Lord: yet the pups under the table eat of the children’s crumbs. And he said unto her, For this saying go thy way; the devil is gone out of thy daughter. And when she was come to her house, she found the devil gone out, and her daughter laid upon the bed.”
Mt 15: 21-28:
“Then Jesus went thence, and departed into the coasts of Tyre and Sidon. And, behold, a woman of Canaan came out of the same coasts, and cried unto him, saying, Have mercy on me,’O Lord, thou son of David; my daughter is grievously vexed with a devil’. But he answered her not a word. And his disciples came and besought him, saying, ‘Send her away; for she crieth after us’.
But he answered and said,’I am not sent but unto the lost sheep of the house of Israel’. Then came she and worshipped him, saying, ‘Lord, help me’. But he answered and said, ‘It is not meet to take the children’s bread, and to cast it to pups’. And she said, ‘Truth, Lord: yet the pups eat of the crumbs which fall from their masters’ table’. Then Jesus answered and said unto her, ‘O woman, great is thy faith: be it unto thee even as thou wilt’. And her daughter was made whole from that very hour.”
Let’s look at this story a bit closer. Here Christos is initially reluctant to be providing assistance to a woman who is Greek, not Jewish. However, after the only one sentence from the “Pagan woman” he completely changes his attitude. “Mark” provides a shorter version of this story, the author of “Matthew” expanded it on purpose. With him, Christos presents himself even more nonchalantly against the woman than in “Mark”.
Note that initially he ignores her completely, and “the Apostles” even encouraged him to “send her away” At the repeated request he responds in his Judaic insolence that it is not like her to whom he was “sent”. When she asks him again, he becomes even boorish to her ( to a woman with a sick child!), using the metaphor comparing her and her child to animals.
As many would have wanted to say, that it is a very Talmudic attitude, if not for the fact that the Talmud was then not yet written. But there was the “Old Testament”, which could suggest such a comparison just as well.
And here at that moment something happens that turns the whole situation in favor of the Greek woman. With just one sentence, one short retort she pins that “God’s on Earth” shoulders to the ground so quickly and irreversibly, that nothing remains to him but to loudly extol her faith
If you look closely at the anatomy of the Greek woman’s argument, you will notice that it is of the same kind as in the case of Christ’s own expressions in his polemics with the scribes. He knocks them down exactly as she does it with him. Every time he uses an argument so formulated as to correspond with the way of his opponent’s thinking. He does this in order to crush his opponent’s argument and to force him to change his mind or fall silent.
We do not know the chronology of the events described in the gospels. Therefore we are not able to guarantee that these events have taken place in the order they appear in the record.
The conversation with the Greek woman is in “Matthew” in Chapter 15, while the conversation with the centurion (“Pagan” as well, this time a Roman) is already in Chapter 8 (8: 5-10) and on that occasion Christos does not behave nonchalantly and does not try dubious comparisons in order to – as the theologians from footnote 1 would have it – “explore the faith” of the “Heathen” (although in “Luke” 7: 2-9 he decides to help him only when the apostles report that the centurion was sympathetic to the Jews, and built them a synagogue).
In chapter 10, “Matthew” (10: 5-6) Christos sends the apostles only to the “lost sheep of the house of Israel” and instructs them clearly, not to visit any Samaritan towns. This approach contrasts with the parable of the Good Samaritan, found in “Luke” (10: 30-37). What, then, was Christ’s attitude to the Samaritans? What is more interesting, is that in “Luke” the “sending of the apostles” was not subject to any conditions limiting them only to Israel, and additional information is that they went “everywhere” (9: 1-6). The same thing happens with sending these “Seventy Two ” in “Luke” (10: 1-11). And in “John” in Chapter 4, we read of a good relation to the Samaritans, where Christ also has another conversation with a “Pagan” woman (the one at the well) and tells her about the “water of life”. There he does not make any “fuss” about her not being Jewish…
Whoever the authors of the gospels were, they did not seem to be very discerning in the details, such as Christ’s attitudes to Jews and “goyim” in various situations. So were these attitudes changing?
Let us not forget in this context, Christ’s own words (or just words by the author of the gospel), that prophets are not listened to by their countrymen but by strangers.
Everything therefore points to the fact that he evolved, like all of us, and that he could change his views and become someone else over time.
One can make comparisons with other “prophets” in history.
The “Orthodox” and “Evangelical” Christians tell us that Christos was Judaist for he was circumcised as a Jewish child, went to the temple and observed Jewish holidays.
At about 19 centuries later, Bahaullah was circumcised as a Muslim child, went to a mosque and observed Islamic holidays in Persia. There is not even the slightest doubt that the environment in which Bahaullah lived was much more explicitly Islamic than Christ’s environment was Jewish.
But if today we pose a question “Who was Bahaullah?”, would the answer be “he was a Muslim?” And if a Muslim, then which Muslim: Shia or Babi? Which of the “two Bahaullahs” was all the more real: the Islamic one before 1863 or the more universal one after 1863 as the founder of a new religious movement?
And if you ask about Martin Luther “who was he?” is the answer coming to our minds that he was a baptized Catholic and a Catholic monk, or rather the father of the Reformation?
Christos supposedly said:
“Think not that I am come to destroy the law, or the prophets: I am not come to destroy, but to fulfil. For verily I say unto you, Till heaven and earth pass, one jot or one tittle shall in no wise pass from the law, till all be fulfilled. Whosoever therefore shall break one of these least commandments, and shall teach men so, he shall be called the least in the kingdom of heaven: but whosoever shall do and teach them, the same shall be called great in the kingdom of heaven. For I say unto you, That except your righteousness shall exceed the righteousness of the scribes and Pharisees, ye shall in no case enter into the kingdom of heaven.” (Mt 5: 17-20)
To a major extent, we have addressed the issue of Jewish law and its conflict with Christianity in the text of the “Dialogue between a Marcionite and a Judaizer”. Here we will look at just a few examples not emphasized in that text, which clearly illustrate how Christos was to “fulfill” these laws, even the “least” among them. Let’s start from the very general and relatively benign statement:
“And he spake also a parable unto them; No man putteth a piece of a new garment upon an old; if otherwise, then both the new maketh a rent, and the piece that was taken out of the new agreeth not with the old. And no man putteth new wine into old wineskins; else the new wine will burst the wineskins, and be spilled, and the wineskins shall perish. But new wine must be put into new wineskins; and both are preserved. No man also having drunk old wine straightway desireth new: for he saith, The old is better.”
(Lk 5: 36-39) – also in: Mt 9: 16-17 Christos contrasts here what is new with the old. In one case, the “old” is better than the “new” (wine), the second is just the opposite: the “new” is better (clothing). Either way a new thing is to be retained in the new package. And if you extend that rule to the public life, it is easy to see that new ideas are better to keep in the new law. And quite commonly, this parable is also read by “Orthodox” Christians themselves as a warning not to push a new spirit of the Gospel into old Jewish piety and some of its precepts.
Let us go further: in “Luke” (6: 1-9) Christos mocks the prohibition not to do certain things on the Sabbath, adding that David too, when he was hungry, ate, and gave others to eat the bread that only priests were allowed to eat. He threw a challenge to the Pharisees, asking: “Is it lawful on the Sabbath to do good, or to do evil, to save life or destroy it?”
Let’s go even further. Here are the famous passages in which Christos, responding to accusations of disregard for Jewish traditions, talks about what makes a man “unclean”:
“And when he had called all the people unto him, he said unto them, Hearken unto me every one of you, and understand: There is nothing from without a man, that entering into him can defile him: but the things which come out of him, those are they that defile the man. If any man have ears to hear, let him hear.” (Mk 7:14 – 16) „And he called the multitude, and said unto them, Hear, and understand: Not that which goeth into the mouth defileth a man; but that which cometh out of the mouth, this defileth a man.” (Mt 15: 10-11)These verses are traditionally explained almost exclusively in the spirit of the few following verses, namely:
“Do not ye yet understand, that whatsoever entereth in at the mouth goeth into the belly, and is cast out into the draught? But those things which proceed out of the mouth come forth from the heart; and they defile the man.” (15: 16-20)
These fragments counter one more regulation with at least equal force: do they not constitute an obvious disregard for the Jewish rules as to what food is “clean” or “unclean”?
No wonder then that
“…then came his disciples, and said unto him, Knowest thou that the Pharisees were offended, after they heard this saying? But he answered and said, Every plant, which my heavenly Father hath not planted, shall be rooted up. Let them alone: they be blind leaders of the blind. And if the blind lead the blind, both shall fall into the ditch.” (Mt 15: 12-14)
Pay attention to metaphor once again: “Every plant which my heavenly Father hath not planted, will be rooted up.” How in such conditions can we seriously argue that Christos “preserved” or “fulfilled” the traditional Jewish commandments so as to avoid ignoring any of them, even the “least” of them?
No, he was not preserving any of these regulations, he was demolishing them, one after the other. We will not cite all that is recorded in the early Christian writings, we encourage every reader to become familiar with these texts, including those that are not in the canon, to become conclusively convinced.
But each time he was smashing these rules, he was doing it not in a direct manner, but using the intermediate form, as if he was not challenging the regulation, which happened to be discoursed. However, it is this indirect form that each time shows the rule discussed to be total nonsense, sometimes simply ridiculing it…
Exactly the same thing was done by the Greek woman known as “Syrophoenician”. She did not use the phrase of the “crumbs for puppies” and in doing so declare to all and sundry that her child was an animal, or that she is a “dog” (pardon me, a “bitch”) compared to any Jewish woman, did she? She just measured her strength on metaphors against Christ and enjoyed a well deserved victory over him, over his Judaic chauvinism and contempt for human beings.
Yes, his contempt for human beings! Imagine a situation in which one of us (myself for example) and his friends pass by a building, when suddenly a woman is trying to stop us. Let us assume that she is Jewish or Black. And she asks for urgent help for her young child.
I do not even answer her, and when she cries out for us, one of my friends says to me: “Let’s go, for she just won’t stop shouting” to which I say: “I help Whites only…”. Then this woman comes close to us and again asks for help. And in the “spirit of Christ” I drawl the following remark: “Listen, first we need to help children. And such puppies like that kid of yours, come later… “
Given today’s standards, she probably would not reply to me as politely as the “Syrophoenician” did, whom Christos had the honour to meet (Can you imagine if she replied to Christ in today’s “fashion” or threatened to “pull his ears” as once Joan of Arc threatened a certain priest during her trial in Rouen?).
Anyhow, we are talking about the boorishness of Christ, who indeed at some point had to be “born again” in that spirit in which he was talking to Nicodemus in the Gospel of John … Who knows, maybe that is why he spoke about it, because he had already been “born again”, so then he had something to teach others about …
The authors of the Gospels could have been tempted to present Christ’s polemics with his opponents in the best light for him. It is interesting in this context that both the author of “Mark” and “Matthew” noted the “dialogue with the Syrophoenician”, in which Christos suffered such an unambiguous defeat.
This may mean that the story has its roots in an authentic fact. Besides, perhaps Christos had a lot more of such conversations. The speed with which the Greek woman responded suggests that she might have had similar conversations with other Jews before as well.
Let us keep in mind that it was taking place in the area which was still formally subjected to the rule of the Jewish king and his supreme court, the Sanhedrin. It was better therefore not to risk any open confrontation when it came to discourses on religion or relations between Jews and Gentiles. Besides Christos himself was often showing similar caution. And he was not the only one to display it. The New Testament gives us some idea of the atmosphere prevailing there. Here are some randomly selected examples:
“After these things Jesus walked in Galilee: for he would not walk in Jewry, because the Jews sought to kill him.” (Jn 7: 1) and then “Howbeit no man spake openly of him for fear of the Jews.” (Jn 7: 13) and “Then said some of them of Jerusalem, Is not this he, whom they seek to kill?” (Jn 7: 25), or: “Then the Pharisees went out, and held a council against him, how they might destroy him” (Mt 12: 14).
It is indeed very likely that it was precisely this kind of verbal confrontation, like that with the Greek, that have finally begun to contribute to the gradual change of attitude Christos displayed towards people who did not identify as Jews. Hence this variety of descriptions of his relationship with the Greeks, Romans and Samaritans in the New Testament.
On one hand, he knew about the Jewish ordinances against Gentiles. On the other, sooner or later he had to find out that these “aliens” were people just like the so-called “chosen people”, and did not differ from those “chosen” in any adverse way. Similarly Paul of Tarsus evolved. He also was a Jew. In the end however he abandoned the religious and cultural Jewish segregationism. And praise to him for it!
____________________________
PS:
Now I have no definite plans to write the article “Gnostic and Christian – 3″, even though I am contemplating I might do this in the indefinite future.
_____________________________
Footnotes:
We came to know already some “exegeses” of this passage by theologians attempting, like referees in boxing, to raise up the arm of the defeated as if he were someone who supposedly was “leading” this woman to “have a deeper faith. ” Their idea here is to ease an unsympathetic understanding of the scene resulting from translations. Most translations use “dogs” when the original Greek uses the word “kynariois” (“puppies”).
This comparison of “children” and “puppies” was therefore, according to these theologians, to be only a kind of “lenient treatment” suggesting that the Christos did not intend to steer away from the woman, but only wanted to lead her toward a deeper faith.
We have to admit openly that their interpretation does not make any sense to us. First, the woman asked for help for her small child, and for someone who wants to offend, isn’t it more fitting to compare a child to a puppy than an adult dog? Not only that: if the “child” is synonymous with someone who has more faith while a “puppy” is supposed to represent a person with little faith, why would Christos argue that he is sent to people of greater faith?
Do we not read elsewhere words attributed to him, in which he claims he is sent to the “sick” because such need a “doctor”? (Luke 5: 30-32). He would therefore have to cling to the “Gentiles” (or “dogs”) and their children (their “puppies”), rather than dissociate himself from them. In our view, therefore, the interpretation given by the “exegetes” is a simple propaganda kitsch, which was created in case the readers of the gospel found words by Christos too harsh to the Greek woman.
Continue Reading »Christos: “utrwalacz” czy “rozwalacz” prawa żydowskiego?
W ostatnich dniach otrzymałem od jednego Czytelnika poniższe pytania, na które udzieliłem odpowiedzi prezentowanym tutaj tekstem. Prezentuję te pytania, dziękując za ich nadesłanie, gdyż swoją treścią częściowo wiążą się z tekstem „Dialog między Marcjonitą a Judaizerem” . Tym niemniej podejmę ten temat raz jeszcze.
PYTANIA:
Chodzi mi o to, czy gnostycy którzy odrzucali Jahwe jako Ojca Jezusa; czy da się taką naukę pogodzić z całym Nowym Testamentem? Bo na pismach Jana da się bez problemu, ale jak reszta? Co ze wstawkami gdzie się spełniło proroctwo i
cytat do tego oraz nawiązania do Starego Testamentu; czy to nie dyskwalifikuje pozostałych ewangelii Nowego Testamentu? I co ze słowami Jezusa który mówił, że nie przyszedł znieść Prawa i Proroków? Czy to również nie zaprzecza temu by daną ewangelię pogodzić z gnostykami odrzucających Jahwe? Bo Prawo przyniósłby wtedy demiurg Starego Testamentu, i co wtedy? Co z Pawłem którego sam uważam za gnostyka, pochlebnie pisał o Prawie, że nie jest złe a wręcz przeciwnie? Czy da się pogodzić Ewangelie (Łukasza, Mateusza i Marka), Dzieje oraz listy(Pawła, Piotra itp.) z gnostykami odrzucających Stary Testament bo Jahwe to demiurg? Jeśli tak, przedstawiłbyś to? I czy da się pogodzić ewangelie pozakanoniczne np. Ewangelię Judasza, Filipa i inne, z kanonicznymi
dziś pismami Nowego Testamentu?
I takie jedno inne pytanie. Czy odrzucając Jahwe jako Boga Jezusa, trzeba koniecznie odrzucać Stary Testament? Bo przecież nie wszyscy gnostycy odrzucali, zapewne dlatego, że niektórzy wierzyli, ze Jahwe to Bóg Jezusa; zwłaszcza Ci judaistyczni gnostycy chrześcijańscy. Czy taki
poganochrześcijański gnostyk uznający, musi odrzucać Stary Testament?
Słyszałem, że chcesz napisać trzecią część swego artykuły Gnostyk i chrześcijan; może moje pytania by Ci pomogły na temat co miałbyś napisać.
Pozdrawiam
_____________________
ODPOWIEDŹ
„Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków i wtedy zostaną zachowane” (Łk 5: 37-38)
Przede wszystkim kwestia tego tak zwanego „Starego Testamentu” nie jest i nigdy nie była jedynie sprawą gnostyków. Jak wyjaśniono już w „Dialogu”, są dwa powody dla usunięcia „ST” z chrześcijańskiego kanonu, mianowicie moralny oraz skrypturalny. Jeden z nich prowadzi do odrzucenia jedynie części „ST”, tej, która jest w dużej mierze lub nawet całkowicie sprzeczna z chrześcijaństwem. Ten drugi powód natomiast opiera się na założeniu, że jedynie dzieła chrześcijańskiego autorstwa winny znajdować się w kanonie Pisma.
Nie jest również rzeczą istotną, czy ktoś „akceptuje Jahwe” czy też go „odrzuca”, gdyż nie mamy możliwości publicznego rozstrzygania sporów typu „który Bóg jest którym?” albo „który Bóg jest demiurgiem?”. Osobiście nie usiłuję definiować Boga (albo boga, z małej litery). To, co kiedyś stanowiło, prawie dwa millenia temu, przyczynę sporu o to „którego Boga reprezentuje Christos”, jest już zagadnieniem przestarzałym, dzisiaj na ogół mniej mówi się o „dwóch różnych Bogach”, przyjmując, że po prostu chodzi o dwie różne interpretacje Boga. A jeśli tak, to nie ma powodu zamartwiać się kwestiami o „pogodzeniu” pod tym względem ewangelii kanonicznych z niekanonicznymi. W ogóle cała ta kwestia definiowania Boga odpada z rozumowania. Uznajmy zatem po prostu ten fakt, że chrześcijanie od początku różnili się między sobą w definiowaniu Boga i że ten fakt może również zostać pokazany odpowiednim doborem pism w kanonie.
Każdy gnostyk, nie-gnostyk czy anty-gnostyk może prywatnie uznawać takie księgi za „natchnione”, jakie potrafi za takowe uznać. I może łączyć je z innymi, wcześniejszymi pismami i podaniami. Oto link do strony autorstwa pewnego protestanckiego pastora, jak najbardziej „biblijnego”, który niemal całej historii i wiary judaizmu i chrześcijaństwa dopatruje się w starożytnym Egipcie. Jak więc widać, możliwości pod tym względem są nieograniczone. Nam chodzi jedynie o to, że „ST” nie jest chrześcijański i że nie powinno w zasadzie być dla niego miejsca w kanonie Pisma u nas. Poza tym każdy wierzący może zachować swój własny pogląd.
Gdy chodzi o tak zwane „spełnianie proroctw ST”, to „Dialog” pokazuje na wybranych przykładach, jak nieraz owe interpretacje „spełniania proroctw” były na siłę naciągane. Poza tym nie należy zapominać, że ów „ST” przyjęty jako kanon we wczesnym kościele bazował na „Septuagincie”, czyli na jego greckim tłumaczeniu, które miejscami różni się dość znacznie od hebrajskiego oryginału. A że możnaby interpretować cokolwiek w Nowym Testamencie jako „wypełnione proroctwo” tego „Starego”? Religie przedchrześcijańskie głosiły wiele z tego, co potem przejęło chrześcijaństwo. W części 2 artykułu „Gnostyk i chrześcijanin” cytowany jest taki oto fragment wypowiedzi Justyna Męczennika:
„A gdy my również mówimy, że Słowo, które jest pierworodnym Boga, poczęte zostało bez unii seksualnej i że On, Jezus Chrystus, nasz Nauczyciel, został ukrzyżowany i umarł, i zmartwychwstał, i wstąpił do nieba, to nie głosimy niczego innego od tego, w co i wy wierzycie odnośnie tych, których wielbicie jako synów Jowisza.”
Jednak nie włączono podań „pogańskich” do kanonu. To już raczej my sugerujemy, że możnaby (ewentualnie) włączyć je tam wraz z niektórymi dziełami „Starego Testamentu” – choć preferowane byłoby niewłączanie niczego niechrześcijańskiego, choćby nie wiedzieć jak bliskiego naukom chrześcijaństwa.
Paweł z Tarsu, postać, o której napisaliśmy szeroko w „Dialogu” z jednej strony niby afirmował „prawo”, z drugiej zaś wyrażał się o nim nieraz z daleko posuniętą pogardą, posuwając się nawet do nazwania go „śmieciami”. Do pewnego stopnia odzwierciedla to postawę samego Christosa, tak jak został on zinterpretowany w ewangeliach.
Spośród wielu dialogów Christosa w ewangeliach, zwróćmy uwagę na jeden, który zapisany jest w ewangeliach „Marka” oraz „Mateusza”:
Mk 7: 24-30:
„Wybrał się stamtąd i udał się w okolice Tyru i Sydonu. Wstąpił do pewnego domu i chciał, żeby nikt o tym nie wiedział, lecz nie mógł pozostać w ukryciu. Wnet bowiem usłyszała o Nim kobieta, której córeczka była opętana przez ducha nieczystego. Przyszła, upadła Mu do nóg, a była to Greczynka (Ellenis), Syrofenicjanka rodem, i prosiła Go, żeby złego ducha wyrzucił z jej córki. Odrzekł jej: «Pozwól wpierw nasycić się dzieciom; bo niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić szczeniętom». Ona Mu odparła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jadają z okruszyn dzieci». On jej rzekł: «Przez wzgląd na te słowa idź, zły duch opuścił twoją córkę». Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku, a zły duch wyszedł.”
Mt 15: 21-28:
„Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami!» Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela». A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: «Panie, dopomóż mi!» On jednak odparł: «Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić szczeniętom». A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów». Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa.”
Przyjrzyjmy się tej historyjce nieco bliżej. Oto Christos początkowo niechętny jest udzieleniu pomocy kobiecie, która jest Greczynką, a nie Zydówką. Jednak po jednym, jedynym zdaniu tej „poganki” zupełnie zmienia nastawienie. „Marek” podaje krótszą wersję tej historii, autor „Mateusza” ją celowo natomiast rozwinął. U niego Christos prezentuje się jeszcze bardziej nonszalancko wobec tej kobiety niż u „Marka”. Zwróćmy uwagę, że początkowo w ogóle ją ignoruje, a „Apostołowie” namawiają go wręcz, by ją „odprawił”. Na ponowioną prośbę odpowiada w judaistycznym zapyzieniu, że nie do takich jak ona został „posłany”. Gdy prosi go raz jeszcze, staje się wobec niej (kobiety z chorym dzieckiem!) wręcz chamski, używając wobec niej metafory zestawiającej ją i jej dziecko ze zwierzętami. Aż by się chciało rzec, że to bardzo talmudyczne nastawienie, gdyby nie fakt, że Talmud jeszcze nie był wówczas napisany. Ale istniał „Stary Testament”, który tego rodzaju porównania sugeruje również.
I oto w tym momencie staje się coś, co odwraca całą sytuację na korzyść Greczynki. Jednym zdaniem, jedną krótką kontrą rozkłada ona tego „Boga na Ziemi” na obie łopatki tak szybko i nieodwracalnie, że nie pozostaje mu nic innego, jak tylko głośno sławić jej wiarę (1)
Jeżeli przyjrzeć się bliżej „anatomii” wypowiedzi Greczynki, to stwierdzamy, że jest ona tego samego rodzaju, jak w wypadku wypowiedzi samego Christosa w jego polemikach z „uczonymi w Piśmie”. On „rozłożył” ich dokładnie tak samo jak ona jego. Za każdym razem posługiwał się argumentem tak sformułowanym, by odpowiadał on sposobowi myślenia oponenta. I robił to w celu zmiażdżenia jego argumentu i zmuszenia go do zamilknięcia lub zmiany zdania.
Nie wiemy jaka była chronologia wydarzeń opisywanych w ewangeliach. Nie jesteśmy zatem w stanie gwarantować, że wydarzenia te rozgrywały się w tej kolejności, w jakiej pojawiają się w zapisie. Rozmowa z Greczynką znajduje się u „Mateusza” w rozdziale 15, natomiast rozmowa z centurionem (również „poganinem”, tym razem rzymskim) jest już w rozdziale 8 (8: 5-10) i przy tamtej okazji Christos nie zachowywał się nonszalancko i nie próbował wątpliwych porównań – jak by to określili teologowie opisani w przypisie 1 – dla „zgłębienia wiary” tego „poganina” (choć u „Łukasza” 7: 2-9 decyduje się pomóc dopiero gdy go apostołowie informują, że centurion był życzliwy dla Zydów i zbudował im synagogę). W rozdziale 10 „Mateusza” (10: 5-6) Christos posyła apostołów jedynie do „zagubionych owiec domu Izraela” i przestrzega ich wyraźnie, by nie udawali się do jakichkolwiek miast samarytańskich. Kontrastuje z tym podejściem przypowieść o dobrym Samarytaninie, którą znajdujemy u „Łukasza” (10: 30-37). Jaki zatem był stosunek Christosa do Samarytanów? Tym bardziej, że u „Łukasza” owo „posłanie apostołów” nie było obwarowane żadnymi warunkami udawania się tylko do Izraelitów, a dodatkowo informacja głosi, że udawali się oni „wszędzie” (9: 1-6). Podobnie ma się rzecz z posłaniem owych „siedemdziesięciu dwóch” u „Łukasza” (10: 1-11). A u „Jana” w rozdziale 4 czytamy o dobrym stosunku do Samarytanów, tam też Christos ma inną swoją rozmowę z „poganką” (tą przy studni) i mówi jej o „wodzie życia”. Też się nie „boczy”, że nie Zydówka…
Kimkolwiek byli autorzy ewangelii, zdawali się nie za bardzo rozeznawać w szczegółach takich jak nastawienie Christosa do Zydów i „gojów” w poszczególnych sytuacjach. Czyżby zatem stosunek ten był zmienny?
Nie zapominajmy w tym kontekście i o słowach samego Christosa (lub po prostu słowach autora ewangelii), że prorocy nie są słuchani przez „swoich” lecz przez obcych.
Wszystko wskazuje zatem na to, że człowiek ten ewoluował, tak jak każdy z nas, że mógł zmieniać poglądy i z biegiem czasu stawać się kim innym.
Można dokonać porównania z innymi „prorokami” w historii, takimi, których życiorysy znane są dokładniej.
Nasi „ortodoksi” i „ewangelikalni” mówią nam, że Christos był jak najbardziej judaistą, że był obrzezany jako dziecko żydowskie, chodził do świątyni i przestrzegał żydowskich świąt.
Mniej więcej 19 wieków później Bahaullah był obrzezany jako dziecko muzułmańskie, chadzał do meczetu i przestrzegał świąt islamskich w Persji. Nie ma najmniejszych przy tym wątpliwości, że otoczenie, w jakim Bahaullah żył, było o wiele bardziej jednoznacznie islamskie, niż otoczenie Christosa było judaistyczne.
Ale czy dzisiaj na pytanie „kim był Bahaullah?” odpowiemy: „był muzułmaninem”? A jeśli muzułmaninem, to jakim: szyickim, czy babickim? Który z „dwóch Bahaullahów” był tym prawdziwszym: ten islamski sprzed 1863 roku, czy ten bardziej uniwersalistyczny po 1863 roku, założyciel nowego ruchu religijnego?
Jeżeli zapytamy zaś o Marcina Lutra „kim był?”, to jaka odpowiedź ciśnie nam się na usta: „był ochrzczonym katolikiem i mnichem katolickim” czy też raczej „był ojcem Reformacji”?
Christos miał twierdzić, że:
„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.” (Mt 5: 17-20)
W poważnej mierze odnieśliśmy się już do zagadnienia prawa żydowskiego i jego kolizji z chrześcijaństwem w tekście „Dialog między Marcjonitą a Judaizerem” . Tu przyjrzymy się zatem jedynie paru przykładom niezaakcentowanym w tamtym tekście, a ilustrującym dobitnie w jaki sposób Christos „wypełniał” te prawa, nawet te „najmniejsze” spośród nich. Zacznijmy od bardzo ogólnego i stosunkowo łagodnego zestawienia:
„Opowiedział im też przypowieść: «Nikt nie przyszywa do starego ubrania jako łaty tego, co oderwie od nowego; w przeciwnym razie i nowe podrze, i łata z nowego nie nada się do starego. Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków i wtedy zostaną zachowane. Kto się napił starego wina, nie chce potem młodego – mówi bowiem: “Stare jest lepsze”» (Łk 5: 36-39) – także w: Mt 9: 16-17
Christos kontrastuje tu rzeczy nowe ze starymi. W jednym wypadku „stare” jest lepsze od „nowego” (wino), w drugim jest na odwrót: „nowe” jest lepsze (ubranie). Tak czy owak nową rzecz należy zachować w nowym „opakowaniu”. I jeśli rozciągnąć tę regułę na życie publiczne, to łatwo spostrzec, że nowe idee lepiej zachować nowym prawem. I dość powszechnie ta przypowieść odczytywana jest także przez samych „ortodoksów” jako ostrzeżenie przed wpychaniem nowego ducha Ewangelii w starą pobożność żydowską i niektóre jej nakazy.
Idźmy dalej: u „Łukasza” (6: 1-9) Christos kpi sobie z zakazu nierobienia pewnych rzeczy w szabas, dodając jeszcze, że i Dawid, gdy był głodny, to jadł i innym dał do jedzenia taki chleb, który tylko kapłanom wolno było jeść. Rzucił faryzeuszom wyzwanie, pytając: „Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?”
Idźmy jeszcze dalej. Oto te słynne fragmenty, w których Christos wypowiada się na temat tego, co czyni człowieka „nieczystym”:
„Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: «Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!».” (Mk 7:14-15)
„Potem przywołał do siebie tłum i rzekł do niego: «Słuchajcie i chciejcie zrozumieć. Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym»” (Mt 15: 10-11)
Tradycyjnie tłumaczy się te wersety tylko w ten sposób, w jaki są wyjaśnione w ewangelii „Mateusza” zaraz potem (15: 16-20), mianowicie „..wszystko, co wchodzi do ust, do żołądka idzie i wydala się na zewnątrz. Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym.”
Tymczasem obok jednej regulacji, fragmenty te uderzają jeszcze w inną, z niemniejszą siłą: czy aby nie stanowią jawnego lekceważenia zasady żydowskiej odnośnie tego, jaka żywność jest „czysta”, a jaka „nieczysta”?
Nic dziwnego zatem, że „…przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Wiesz, że faryzeusze zgorszyli się, gdy usłyszeli to powiedzenie?» On zaś odrzekł: «Każda roślina, której nie sadził mój Ojciec niebieski, będzie wyrwana. Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną».” (Mt 15: 12-14)
Zwróćmy jeszcze raz uwagę na owo stwierdzenie metaforyczne: „Każda roślina, której nie sadził mój Ojciec niebieski, będzie wyrwana”. Jak w takich warunkach można w ogóle poważnie twierdzić, że Christos „utrwalał” lub „wypełniał” tradycyjne nakazy judaistyczne w sposób niedopuszczający do ignorowania któregokolwiek z nich, nawet „najmniejszego”?
Nie, ten człowiek nie utrwalał żadnej z tych regulacji, on je rozwalał, jedną po drugiej. Nie będziemy tu cytować wszystkiego tego, co zanotowano we wczesnych pismach chrześcijańskich, zachęcamy każdego Czytelnika do zapoznania się z tymi tekstami, również tymi, które nie znajdują się w kanonie, by się o tym sam dowodnie przekonał.
Za każdym jednak razem, gdy rozwałkowywał te zasady, czynił to nie w bezpośredni sposób, lecz używając formy pośredniej, niby to nie kwestionującej owej regulacji, z którą się akurat rozprawiał. Jednak właśnie ta pośrednia forma każdorazowo wykazuje po prostu bezsens, całkowity bezsens regulacji, o którą w danym momencie chodzi, nieraz te zasady po prostu ośmieszając.
Dokładnie to samo uczyniła i Greczynka, zwana także „Syrofenicjanką”. Bo chyba nie użyła formy o „okruchach dla szczeniąt” po to, by oświadczyć wszem i wobec, że jej dziecko to zwierzę lub że ona sama jest „psem” (pardon: „suką”) wobec jakiejkolwiek Zydówki? Ona po prostu zmierzyła się z Christosem na metafory i odniosła w pełni zasłużone zwycięstwo nad nim i nad jego judaistycznym szowinizmem i pogardą człowieka.
Tak jest: pogardą człowieka. Spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś z nas (na przykład ja sam) wraz ze swymi znajomymi przechodzi obok jakiegoś budynku, gdy naraz próbuje nas zatrzymać jakaś kobieta, załóżmy, że Zydówka lub Murzynka i prosi o pilną pomoc dla jej małego dziecka. Nawet jej nie odpowiadam, a gdy za nami woła, jeden z mych znajomych mówi do mnie: “Chodźmy stąd, bo inaczej nie przestanie za nami wrzeszczeć”, na co ja odpowiadam: “Pomagam tylko Białym…”. Wtedy ta kobieta podchodzi blisko nas i ponownie prosi o pomoc. Na co ja “po Chrystusowemu” wycedzam, że: “Słuchaj, najpierw trzeba pomagać dzieciom, a takim psiakom jak ten twój dzieciak, to dopiero później…”. Biorąc pod uwagę dzisiejsze czasy, to pewnie by mi tak ładnie nie odpowiedziała jak ta kulturalna “Syrofenicjanka”, którą Christos miał tak ogromny zaszczyt spotkać (ale by było, gdyby go tak złajała “po dzisiejszemu” albo gdyby mu zagroziła “wytarganiem za uszy” jak niegdyś Joanna d’Arc pewnemu duchownemu podczas swego procesu w Rouen…).
Tak czy inaczej, mówimy tu mniej więcej o takim chamstwie Christosa, który istotnie musiał się w pewnym momencie “ponownie narodzić” w tym duchu, o jakim mówił później Nikodemowi w ewangelii Janowej… Kto wie, może właśnie dlatego mu o tym mówił, bo się już zdążył “urodzić na nowo”, więc miał już potem czego nauczać innych…
Autorzy ewangelii mogli ulegać pokusie, by polemiki Christosa z jego oponentami przedstawiać w jak najlepszym dla niego świetle. Interesujące jest więc w tym kontekście, że zarówno autor „Marka” jak i „Mateusza” odnotowali ów „dialog z Syrofenicjanką”, w którym to dialogu Christos poniósł tak jednoznaczną porażkę. Może to oznaczać, że historia ta ma swoje podłoże w fakcie autentycznym. Zapewne zresztą takich rozmów Christos miał znacznie więcej. Szybkość, z jaką Greczynka odpowiedziała Christosowi, może sugerować, że miała ona podobne rozmowy za sobą, zapewne z innymi Zydami. Nie zapominajmy, że działo się to na obszarze, który formalnie podlegał żydowskiemu królowi oraz jego sądowi najwyższemu, Sanhedrynowi. Lepiej było nie ryzykować otwartej konfrontacji, gdy szło o rozmowy na temat religii oraz wzajemnego stosunku Zydów i „gojów”. Zresztą i sam Christos wykazywał się nieraz podobną przezornością. I nie tylko on. Nowy Testament daje nam pewne pojęcie o atmosferze tam panującej. Oto parę przykładów:
„Potem Jezus obchodził Galileę. Nie chciał bowiem chodzić po Judei, bo Żydzi mieli zamiar Go zabić.” (Jn 7: 1) i dalej „Nikt jednak nie mówił o Nim otwarcie z obawy przed Żydami.” (Jn 7: 13) oraz „Niektórzy z mieszkańców Jerozolimy mówili: «Czyż to nie jest Ten, którego usiłują zabić?” (Jn 7: 25), albo: „Faryzeusze zaś wyszli i odbyli naradę przeciw Niemu, w jaki sposób Go zgładzić.” (Mt 12: 14).
Jest zresztą bardzo prawdopodobne, że to właśnie tego rodzaju konfrontacje słowne, jak ta z ową Greczynką, zaczęły w końcu przyczyniać się do stopniowej zmiany nastawienia Christosa do ludzi nie identyfikujących się jako Zydzi. Stąd też mogą brać się te rozmaite opisy jego stosunku do Greków, Rzymian lub Samarytanów w Nowym Testamencie. Z jednej strony znał nakazy żydowskie odnośnie stosunku do „obcych”, z drugiej prędzej czy później musiał przekonywać się, że ci „obcy” to ludzie tacy sami jak ten tak zwany „naród wybrany”, niczym negatywnym się od tych „wybranych” nie odróżniający. Podobnie przecież było i z Pawłem z Tarsu. On też był Zydem. W końcu zarzucił religijny i kulturowy segregacjonizm żydowski i chwała mu za to!
____________________________
PS:
Narazie jeszcze nie planuję pisania artykułu „Gnostyk i chrześcijanin – 3”, choć noszę się z myślami o zrobieniu tego w nieokreślonej przyszłości.
Przypisy:
1. Zaznajomiliśmy się już z niektórymi „egzegezami” tego fragmentu przez teologów próbujących, niczym sędziowie bokserscy, podnieść do góry rękę pokonanego jako kogoś, kto rzekomo był „prowadzącym” ową kobietę do „głębszej jeszcze wiary”. Chodziło im o to, by złagodzić istniejącą w tłumaczeniu „twardą” wymowę tej sceny. Tłumaczenia mówią bowiem na ogół o „psach”, gdy w oryginale użyto słowa „kynariois” („szczenięta”). To zestawienie „dzieci” i „szczeniąt” miało zatem, według owych teologów, być jedynie rodzajem „łagodniejszego potraktowania” sugerującego, że Christos nie zamierzał odwrócić się od kobiety, a jedynie pragnął poprowadzić ją ku głębszej wierze.
Musimy przyznać otwarcie, że takie tłumaczenie nie ma najmniejszego sensu. Po pierwsze kobieta prosiła o pomoc dla swego małego dziecka, a dla kogoś, kto chce obrazić, czyż jest lepsze zestawienie dziecka niż ze szczenięciem zamiast z dorosłym psem? Mało tego: jeżeli „dziecko” ma być synonimem kogoś o większej wierze, a „szczenię” ma reprezentować osobę o wierze małej, to dlaczego Christos miałby się upierać, że jest posłany do ludzi o większej wierze? Czyż gdzie indziej nie czytamy przypisywanych mu słów, według których jest posłany do „chorych”, bo to właśnie tacy potrzebują „lekarza”? (Łk 5: 30-32). Musiałby zatem garnąć się do „pogan” (czyli „psów”) i ich dzieci (owych „szczeniąt”), a nie odwracać się od nich. Naszym zdaniem zatem owo tłumaczenie dawane przez „egzegetów” to zwykły klajster propagandowy, który stworzony został na wypadek gdyby czytelnicy ewangelii uznali wypowiedź Christosa za zbyt surową wobec Greczynki.
Continue Reading »