Copyright © 2012 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Żydzi
Historyczny błąd kościoła
Dobór ksiąg do Biblii był rzeczą, która wywarła ogromny wpływ w dziejach i to nie tylko na sprawy religii czy teologii, ale także jak najbardziej na kwestie społeczne i polityczne.
Największym błędem w doborze ksiąg biblijnych było oczywiście dokooptowanie – i to hurtem – całego tak zwanego „Starego Testamentu”.
Mówimy tu o historycznym błędzie. To taki błąd, który mógł już zostać jako taki rozpoznany w chwili jego popełniania (i przez niektórych został), ale niekoniecznie musiał – czyli podejmowano decyzję pewnie i w dobrej wierze, nie mając jeszcze pojęcia jakie negatywne skutki ze sobą przyniesie.
Oczywiście, zgadzam się też, że przejęcie hurtem „Starego Testamentu” przez kościół miało również swoje pozytywne strony. Nie ma nigdy przypadku, by coś nie przyniosło także pozytywów. Jednym z tych pozytywów (moim zdaniem zdecydowanie największym pozytywem) jest to, że dzięki masowemu drukowi Biblii wraz ze „Starym Testamentem” treści tego ostatniego stały się lepiej znane, a przez to i bardziej oczywiste dla wielu. Inaczej bowiem byłyby one po dziś dzień taką tajemnicą jak treści Talmudu. A i tak wielu chrześcijan nawet obecnie ma słabe pojęcie o tym, jakie to właściwie treści kościół dokooptował do ich Biblii. Zbyt słabe pojęcie, chciałoby się rzec.
To, co budzi nasze największe zastrzeżenia w dziedzictwie „Starego Testamentu”, to oczywiście szereg treści moralnych, zupełnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. Wskazaliśmy na to już w “Dialogu między Marcjonitą a Judaizerem” . Jednak błąd inkorporacji „ST” kryje się także w szeregu innych czynników, na które tutaj pozwolimy sobie wskazać.
„Testament” nieprawd historycznych
Obecnie, w wyniku zakrojonych na szeroką skalę prac archeologicznych na terenie Izraela, a rozpoczętych w latach 1960-tych, a także w wyniku intensywnej pracy badawczej nad tekstami „Starego Testamentu”, udało się naukowcom skonkludować, że księgi, rzekomo spisane ręką Mojżesza, nawet nie miały szans zostana przezeń napisanymi. Według popularnej famy, Mojżesz miał żyć i działać około XIV wieku p.n.e. Jednakże, według dość zgodnej opinii naukowców, w tym izraelskich, pisma „ST” zaczęły powstawać nie wcześniej aniżeli pomiędzy X a VIII wiekiem p.n.e. Według mitu „starotestamentowego” Hebrajczycy mieli uciec w ogromnej liczbie z Egiptu do Kanaanu, by go podbić. Całe księgi „ST” poświęcone są tym tak zwanym „wydarzeniom”. Tymczasem w okresie, gdy ten „eksodus” miał mieć miejsce, Kanaan był akurat częścią państwa egipskiego i Egipcjanie mieli tam rozlokowane swoje garnizony wojskowe, obozy których zostały odnalezione przez archeologów. Zatem owi Hebrajczycy uciekaliby (jak to ujął prof. Shlomo Sand) „z Egiptu do Egiptu”. Nie miałoby to żadnego sensu. A barwna bajka o morzu, co otworzyło się, by przepuścić Żydów, a następnie zamknęło, by potopić ścigających ich Egipcjan i dać Żydom bezpieczeństwo, jest po prostu beznadziejnie śmieszna. Nawet gdyby udało się jakoś Żydom pozbyć egipskiej armii pościgowej, to natychmiast stanęliby twarzą w twarz z drugą taką armią, idącą wprost na nich z drugiej strony – z owych egipskich garnizonów na północnym wschodzie. Byłby potrzebny kolejny „cud” w postaci kolejnej super-naturalnej interwencji Jahwego. Gdyby cała ta historia miała w sobie bodaj „ziarnko prawdy”, bez wątpienia żydowscy autorzy „ST” opowiedzieliby nam kolejną „cudowną historię”. (1)
Ale takiej historii w „ST” nie ma… Również cały opis podboju „ziemi obiecanej” musiałby w takim wypadku wyglądać zupełnie inaczej.
Rozumiemy, że wobec tego na plan drugi schodzi nawet fakt, że owego masowego eksodusu nie wzmiankuje się w starożytnych źródłach egipskich. Po co wspominać coś, co się nie zdarzyło? Nawet pierwsza wzmianka o „Izraelu” pochodzi z egipskiej steli Merneptah i nie wiadomo na dobrą sprawę kogo oznacza ani nawet jak właściwie hieroglify tej nazwy odczytywać.
Nie było też żadnych „trąb jerychońskich”. Jerycho było kiedyś osadą, która na dodatek w czasach, gdy przybyć tam mieli (według „ST”) Hebrajczycy, nie posiadała w ogóle żadnych murów obronnych.
Na „Starym Testamencie” nie można także polegać, gdy idzie o podawane liczby. Według „ST” Mojżesz miał wyprowadzić z Egiptu ogromną liczbę ludzi, w tym 600 000 żołnierzy. Wraz z rodzinami musieliby oni tworzyć ok. 3 miliony ludzi. Zupełnie nieprawdopodobne, by żadna kronika egipska nie odnotowała tak ogromnego ubytku.
Z liczbami zresztą był stale problem, nie tylko w czasach pisania Biblii, ale później również, co dotyczy m.in. liczb podawanych odnośnie powstania żydowskiego i rzekomego „całościowego” wysiedlania Żydów z Palestyny przez Rzymian oraz liczb osób zabitych podczas tego konfliktu (2). Nie było też żadnego masowego genocydu Kanaanejczyków, tak barwnie i dumnie opisanego w Biblii. Co oznacza, że owi Hebrajczycy byli w gruncie rzeczy lepszymi ludźmi, niż nam to próbowali wmówić chełpliwi autorzy ksiąg starotestamentowych. Sporo z istniejącej współcześnie niechęci do Żydów wspiera się właśnie m.in. na tych pozbawionych prawdy historycznej chełpliwych opisach genocydów, które kościół chrześcijański tak bezkrytycznie zaakceptował i których usiłuje on teraz bronić i uzasadniać je zupełnie nieporadną nieraz „teologią”… A o ile tak wiele spośród faktów „ST” okazuje się najzwyklejszą w świecie nieprawdą, to większości postaci „historycznych” wymienionych w tymże „ST” tym bardziej nie jesteśmy w stanie się doszukać.
Archeologia, która dawała z początku tyle nadziei Izraelczykom na potwierdzenie ich „biblijnej” historii i na wzmocnienie ich „uzasadnionych pretensji” do posiadania Palestyny, przyniosła im cały szereg rozczarowań. Doszło nawet i do tego w końcu, że zaczęto powątpiewać w historyczne istnienie króla Dawida. Dopiero odnalezienie, dzięki przypadkowi, steli w Tel Dan w roku 1993 potwierdziło, przynajmniej pośrednio (zależnie od tego, jak czytać antyczne spółgłoski), że ktoś taki w ogóle mógł istnieć. Jednak królestwo owego „domu Dawida” było z pewnością bardzo małe i mało znaczące.
Mitologie plemienne i narodowe mają w gruncie rzeczy bardzo podobny scenariusz. Dotyczy to zarówno tych antycznych mitologii, jak i tych XIX-wiecznych. Tyle, że te drugie wspomożone zostały już bardziej systematyczną historiografią oraz archeologią. Żydzi antyczni nie znali ani archeologii ani takiej usystematyzowanej historiografii. Nie mieli oni nawet takiej historiografii jak Rzymianie. Pisane w I tysiącleciu p.n.e. księgi żydowskie cechuje charakterystyczna dla nich nieznajomość tego, co działo się szereg wieków wcześniej – właśnie dlatego są one tak pełne błędów, co potwierdza jedynie, że absolutnie żadną miarą nie mogły być pisane od czasów mitycznego Mojżesza. Dokładnie tak, jak XIX-wieczne próby niemalże mitologicznej rekonstrukcji pradawnej historii narodów europejskich, tak i starożytna narracja żydowska usiłowała zapełnić lukę braku konkretnej wiedzy o minionych wiekach przy pomocy mitologii plemienno-religijnej.
I taką to „historię” kościół chrześcijański hurtowo zapożyczył jako „prawdę” i według niej nauczał…
Nawet pod względem językowym owi starożytni Żydzi przez większość czasu swej egzystencji nie byli jednolici. Posługiwali się hebrajskim, ale w pewnym okresie bardziej był pośród nich rozpowszechniony język aramejski, który nie był początkowo ich językiem, lecz Aramejczyków. Aramejczycy zaczęli się osiedlać masowo w Górnej Mezopotamii, stąd też imperia asyryjskie i babilońskie (a właściwie neo-asyryjskie i neo-babilońskie) używały go jako jednego ze swych języków państwowych. Ponieważ zaś mocarstwa te były wielo-etniczne, toteż z czasem wykształciły się rozmaite odmiany aramejskiego, w tym też i żydowsko-aramejski, stosujący hebrajskie pismo. W okresie późniejszym aramejski zaczął być wśród Żydów stopniowo wypierany przez grecki, zwłaszcza od IV wieku p.n.e., czyli od czasu włączenia tamtych obszarów do imperium Aleksandra Wielkiego.
W ślad za tym szły także różnice kulturowe i religijne. Tradycyjny wizerunek historycznego „Żyda” jako judaisty-ortodoksa, tak chętnie prezentowany zarówno przez „Stary Testament”, współczesną nam propagandę izraelską czy przez naszych własnych apologetów biblijnych, jest w dużej mierze fikcją oraz „picem i fotomontażem”. Dochodzi nawet do tak ogromnych i pozbawionych żenady zafałszowań i przeinaczeń, jak to, według którego w roku 164 p.ne. Żydzi wywołali powstanie i wyzwolili się z niewoli greckiej (seleucydzkiej), przywracając świątynię jerozolimską judaizmowi, gdy w rzeczywistości dalej, nawet po powstaniu, podlegali oni Seleucydom. Na pamiątkę tego zwycięstwa i „cudownego” trwania zapalonych świec menory obchodzone jest święto zwane „Hanukkah” (pisane również jako „Chanuka”).
Powiedzmy to sobie otwarcie: jest to najzwyklejsza w świecie mitologia, tym bardziej łatwa do obnażenia, że znane są nam przecież dzisiaj koleje owego konfliktu. Aby nie wdawać się zbytnio w szczegóły tutaj (pozostawiając szczegóły w przypisie) (3), poprzestaniemy na tym, że konflikt ten rozpoczął się wśród samych Żydów, którzy byli zróżnicowani kulturowo i religijnie. Na przykład wiadomo, że hellenistyczni Żydzi zbudowali w Jerozolimie gymnazjon, na którym uprawiali zawody sportowe greckiego sortu, a nawet brali oni udział w ogólnogreckich zawodach olimpijskich.
Konflikt wywołany został zaś nie tyle przez kwestie religijne, ile po prostu przez jakże trywialne sprawy związane z „mamoną” oraz władzą.
Jedynie chyba dla pięknego uzasadnienia Hanukki i jej tak zwanego „cudu”, prezentuje się w synagogach i kościołach uszminkowaną wersję całej afery Machabeuszów i to uszminkowaną według typowo „czarno-białych” schematów: „dobrzy Żydzi” i „parszywi Grecy”.
Konflikt ten był znacznie dłuższy i narodził się on pierwotnie pośród samych Żydów: tych judaistycznych z jednej strony i zhellenizownach z drugiej. Nawet w łonie samego judaizmu istniały i to już w starożytności, ogromne różnice. Judaiści z Babilonu byli inni niż ci z Aleksandrii i to nie tylko pod językowym względem. Nie brakowało w końcu, także i w samej Jerozolimie w czasach helleńskich, żydowskich hellenistów i politeistów. Ale wszyscy ci ludzie byli Żydami i za takowych siebie uważali. Nie było zatem tak, że tylko i wyłącznie judaizm był w stanie podtrzymywać żydowską świadomość jako wspólnoty. Co najwyżej da się powiedzieć, że ten judaizm odegrał w historii Żydów rolę zbliżoną do tej, jaką wśród Polaków odegrał katolicyzm.
Ukoronowanie tylko jednego z wielu przodków
Wielkim nieporozumieniem jest teza o judaistycznym pochodzeniu religii chrześcijańskiej. Jest nieporozumieniem, a nie kompletną nieprawdą. W rzeczywistości bowiem źródła religii chrześcijańskiej były wielorakie. Nawet i sam judaizm jest konglomeratem wierzeń zrodzonych na długo przed samym judaizmem (egipcjanizm, zoroastrianizm itd), ale chrześcijaństwo korzystało także bezpośrednio z innych źródeł inspiracji. Wskazaliśmy już na to w innych tekstach http://www.monio.info/religia/ . Wskazaliśmy także, przy innej jeszcze okazji, na możliwy fakt ewolucji samego Christosa w kierunku większego uniwersalizmu. O ile w Nowym Testamencie znajduje się sporo odniesień do „ST” (choć bez przesady, jak na to wskazaliśmyw „Dialogu Marcjonity”), to jest to prostym wynikiem faktu, że to głównie żydowscy autorzy pisali Nowy Testament. Znane nam jednak inne starożytne dzieła na temat Christosa (jak „Ewangelia Tomasza”, która mogła również zaistnieć, w swej części przynajmniej, już w I stuleciu n.e.) często nie czynią w ogóle żadnych odniesień do „ST”. Wskazaliśmy, przy innej jeszcze okazji, że bardzo szybko liczba chrześcijan nieżydowskich wielokrotnie przekroczyła liczbę chrześcijan żydowskich, co nieodparcie sugeruje, że Christos był łatwiej akceptowalny wśród tak zwanych „pogan” niż wśród Żydów.
Praktycznie nie ma w chrześcijaństwie żadnego zasadniczego elementu, któryby się gdzieś już wcześniej nie pojawił w innych religiach, w tym w tak zwanych „pogańskich”. Odnosi się to i do samego Christosa, jak i np do Marii, jego matki.
Na dodatek nie ma nawet cienia dowodu na to, że judaizm był pierwszą religią monoteistyczną , chociaż taki właśnie mit jest nieraz w dalszym ciągu utrzymywany. Datowanie początków judaizmu przez historyków i archeologów stawia judaizm o co najmniej 4 wieki (aż do 6 wieków) za okresem egipskim, znanym z konkretnych dowodów, a nie jedynie z legend: chodzi o lata panowania faraona Akhenatena (Akhenaten, Echnaton, Khuenaten, Ikhnaton) czyli Amenhotepa IV (panował od ok. 1353-51 p.n.e.; zm. ok 1336 – 34 p.n.e.). Istniały też związki religii żydowskiej z religią perską. Nawet hebrajskie słowo „dat” oznaczające religię pochodzi z języka perskiego.
Gdyby tego nie było jeszcze dość, najzwyklejszą fikcją jest rozpowszechiona tu i ówdzie opinia, że wiara w jednego Boga (monoteizm) jest czynnikiem historycznie najbardziej sprzyjającym uniwersalizmowi. Obecnie tak się często uważa, ale właśnie historycznie najbardziej uniwersalistyczne były pod tym względem religie politeistyczne. Znana Grekom zasada „agnosthos theos” („nieznany Bóg”), dla którego potrafili oni przeznaczyć osobną świątynię, była również antycznym dowodem większej tolerancji religijnej, aniżeli bazowane na „Starym Testamencie” dzikie wybryki „świętej” inwizycji lub poprzedzającego ją żydowskiego „sanhedrynu”.
Tak czy inaczej, o ile chrześcijaństwo niewątpliwie zawdzięcza częściowo swoje istnienie między innymi judaizmowi, to o tyle znacznie więcej judaizm zawdzięcza chrześcijaństwu, choć jest odeń starszy.
Stało się tak dlatego, że kościół chrześcijański hurtowo przejął od judaizmu księgi, które z chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego. Gdy spojrzeć na historię rozpropagowania tak zwanego „Starego Testamentu” na wszytkich praktycznie kontynentach świata, to rzuca się w oczy, że głównym autorem tej propagandy był właśnie kościół chrześcijański i to w stopniu, o którym sam judaizm mógłby co najwyżej zamarzyć. Stopień ten kontrastuje bowiem ze stopniem znajomości pisanego już od II wieku n.e. Talmudu, który jest w końcu kilkakrotnie obszerniejszy niż cała Biblia. Kościół nigdy nie propagował Talmudu, a nawet zajmował wobec niego jednoznacznie wrogie stanowisko – i to stąd bierze się ta różnica w rozpropagowaniu i stopniu znajomości obu tych zbiorów ksiąg. Israel Shahak uważał nawet, że przeciętni Żydzi tak naprawdę mniej jeszcze wiedzą o judaizmie niż nie-Żydzi…
Wpływ chrześcijaństwa na judaizm był wieloraki. Na przykład stosunkowo niewielu ludzi wie o tym, że judaizm jest monogamiczny (i przeciwny poligamii) właśnie z uwagi na wpływ chrześcijaństwa, przedtem bowiem był on poligamiczny tak jak islam. I że dopiero w ostatnim tysiącleciu judaizm stał się monogamiczny. W XI wieku rabin Gershom Ben Judah zakazał poligamii Żydom wschodnioeuropejskim (aszkenazyjskim), w Hiszpanii poligamia istniała jeszcze wśród judaistów co najmniej do XIV wieku, potem już bardzo rzadko. Nieco dłużej utrzymała się natomiast poligamia wśród judaistów pod rządami islamskimi, co niewątpliwie łączy się z faktem rozpowszechnienia poligamii wśród muzułmanów.
W służbie „narodowi wybranemu”…
My wiemy także, że o ile wewnątrz chrześcijaństwa istnieje trend do krytycznej oceny wielu aspektów przeszłości (pogromy Żydów, a zwłaszcza „heretyków”, uznanie dla niewolnictwa itd), to po stronie judaistycznej taki krytycyzm jest znacznie rzadszy, choć przyznajemy z zadowoleniem, że jednak istnieje, zwłaszcza od ostatnich kilkudziesięciu lat.
W przeszłości wiele było rozmaitych religii plemiennych, według których dane plemię było „wybrane” przez bóstwo albo i cały panteon bóstw. Wszystkie te religie z czasem zanikły zupełnie. Wszystkie – z jednym jedynym wyjątkiem: z wyjątkiem judaizmu.
Można zapewne w nieskończoność debatować do jakiego stopnia nierozważne przejęcie ksiąg „Starego Testamentu” przez kościół przyczyniło się do umocnienia żydowskiej wiary we własne tak zwane „wybraństwo” przez Boga. Z całą jednak pewnością przyczyniło się ono do zwiększenia prestiżu tych ksiąg w Europie, w tym także do podtrzymania tego ich prestiżu pośród Żydów. Judaiści mogli nie zgadzać się z chrześcijańską interpretacją tych ksiąg, jednak już sam fakt, że konkurencyjna wielka religia je uznawała, musiał w Żydach podbudowywać przekonanie o ich boskim natchnieniu. Kościół ze swej strony uważał, że Żydzi utracili „wybraństwo”, gdy nie zaakceptowali Christosa jako ich „Mesjasza”, jednak dla Żydów znaczenie większe mógł mieć fakt, że niechętny im kościół uznawał jednak ich pierwotne „wybraństwo” jako rzecz bezdyskusyjną.
Również później, gdy w XIX wieku formował się nacjonalizm żydowski, fakt uznania ST przez chrześcijan okazał się dla tego nacjonalizmu pomocny, co również podkreśla prof Shlomo Sand w swej książce „The Invention of the Jewish People”.
„Będący głównie produktem szkół rabinicznych, wykształceni Żydzi odczuwający skutki świeckiego wieku, których wiara metafizyczna okazywać zaczęła pewne rysy, pragnęli innego źródła dla wzmocnienia swej niepewnej, kruszącej się tożsamości. Religia historii uderzyła ich jako właściwy substytut wiary religijnej, jednak dla tych, którzy uczuciowo nie potrafili przyjąć narodowych mitologii wyrastających przed ich oczami – mitologii niefortunnie łączonych z przeszłością pogańską i chrześcijańską – jedyną opcją było wymyślenie i trzymanie się paralelnej mitologii narodowej. Wspomożona ona została faktem, że literackie źródło takiej mitologii, mianowicie Stary Testament, pozostawał przedmiotem admiracji również dla zadeklarowanych wrogów współczesnych Żydów. A ponieważ ich domniemane królestwo starożytne w swoim własnym kraju stanowiło najmocniejszą ewidencję, że Żydzi byli ludem lub narodem – a nie jedynie wspólnotą religijną żyjącą w cieniu innych, hegemonicznych religii – przeto niezgrabne początkowo pełzanie ku Księdze Ksiąg przemieniło się z czasem w zdeterminowany marsz w wyimaginowywaniu ludu żydowskiego.” („The Invention of the Jewish People”, Londyn 2010, str. 75)
Jeżeli zatem dzisiaj zdarza się nam być poirytowanymi wyskokami wybujałego żydowskiego poczucia „specjalności” oraz syjonistycznej lub judaistycznej wyniosłości, to dobrze jest pamiętać, że to nie tylko wynik wewnątrz-żydowskiego „pichcenia” się we „własnym sosie” talmudyzmu, lecz raczej wynik kombinowanej „kuchni” ideologicznej, gdzie owo irytujące nas „danie” zostało najpierw wypichcone przez autorów „ST”, a następnie bez przerwy na nowo „odgrzewane” przez teologię katolicyzmu, prawosławia czy ewangelikanizmu. Współcześnie owo „danie” zaprawiane jest niejednokrotnie dodatkowo jeszcze sporą dawką „przyprawy” czysto politycznej, gdy – znowu dla podtrzymania mitu starotestamentowego – popiera się „wyczyny” izraelskiej soldateski wobec Arabów, przy jednoczesnym coraz wyraźniejszym spisywaniu na straty lokalnych bliskowschodnich wspólnot chrześcijańskich. Niejednokrotnie bez żenady prowadzona jest w kościołach nieprzebierająca w środkach kampania antyarabska i antyislamska, byle tylko dla Biblii i Izraela. Piszącemu te słowa zdarzało się już nieraz w rozmowach z ewangelikalnymi chrześcijanami słyszeć te przybierające wprost rozmiary aberracji umysłowej „ranty” podekscytowanych „wiernych”, którzy wprost wyrażali nadzieję, że już może wreszcie wkrótce jakieś inspirowane przez Boga trzęsienie ziemi rozwali ten meczet posadowiony na fundamencie antycznej świątyni jerozolimskiej… To kolejne ponure dziedzictwo nierozważnego przejęcia „ST” przez archaiczny kościół pierwszych wieków naszej ery.
To prawda, że Żydom zdarzało się nieraz w przeszłości padać ofiarą prześladowań. Jednak ogólny stosunek do nich ze strony kościoła cechowała – jak to ujął Israel Shahak – „tolerancja z ograniczonymi uprawnieniami”. Istotnie, bowiem nie traktowano ich w sposób tak morderczy jak chrześcijańskich „heretyków”. Tacy „heretycy” jak paulicjanie, bogomilcy, katarzy czy lollardzi zostali niemal doszczętnie „zmieceni” z powierzchni ziemi. W porównaniu do nich Żydzi mieli w Europie niemal „raj na ziemi” – inaczej przecież by się tej Europy tak nie trzymali, lecz wynieśliby się z niej, im dalej tym lepiej.
Wykończonoby niechybnie także luteranów, gdyby nie to, że ich doktryna rozprzestrzeniła się wyjątkowo szybko. I bardzo prędko również znaleźli oni poparcie wielu możnych – sam Luter uchował się dzięki księciu, który go przechował u siebie w zamku…
Żydzi niejednokrotnie natomiast stawali się – w pozytywnym dla siebie sensie – przedmiotem sporów między chrześcijanami rozmaitych denominacji (4).
Do wspomnianej zaś admiracji „Starego Testamentu” przez chrześcijaństwo Żydzi byli już do tego stopnia przyzwyczajeni, że gdy w nowszych czasach pojawiały się stopniowo pierwsze dzieła kwestionujące historyczność wydarzeń opisanych w jego księgach, ze strony żydowskiej natychmiast odpowiedziano na to oskarżeniem o „antyżydowskość” (5).
Gdy zaś prowadzono współczesne prace archeologiczne, zwłaszcza po wojnie 1967 roku, publikowane ich rezultaty dobierane były starannie tak, by potwierdzały one narrację „Starego Testamentu”. Jak pisze Shlomo Sand, „Ogólnie mówiąc, ostatnie słowo należało do tekstu pisanego, gdyż był on punktem wyjścia oraz raison d’être wszystkich wykopalisk. Nie trzeba dodawać, że długie „nieżydowskie” okresy historii „Kanaanu”, „Judei” i „Palestyny” mało interesowały archeologów”. Metoda ta była oczywiście motywowana politycznie, gdyż miała potwierdzać prawa Izraela do posiadanych (czytaj: zagrabionych) ziem.
Rozpaczliwa próba ratowania mitu
Ale trzeba obiektywnie dodać, że i ta metoda mało uczciwego posługiwania się archeologią dla celów politycznych była pierwotnie zainicjowana nie przez żydowskich syjonistów, lecz przez chrześcijańskich naukowców, którzy już pod koniec XIX wieku posłużyli się nią również dla wsparcia „Starego Testamentu”. Ich motywacja mniej była politycznego sortu, raczej religijnego, bo uważali oni, że w ten sposób wesprą również Nowy Testament. Nie było to rzecz jasna konieczne, bo Nowy Testament nie stanowi opisu historii Izraela starożytnego, lecz pisma o Christosie, apostołach, pierwszych wspólnotach chrześcijańskich oraz zmitologizowany i metaforyczny opis „Apokalipsy”. Tak zwany „Stary Testament”, jeśli jest tam cytowany, to nie dla opisu „Eksodusu” czy „podboju Kanaanu” i nie odnosi się on z reguły do kwestii mogących być weryfikowanymi przez archeologię. Innymi słowy, księgi chrześcijańskie nie potrzebują podpórki w postaci „Starego Testamentu”, ani tym bardziej podpórki tegoż „Starego Testamentu” przez odpowiednio „umodelowaną” archeologię. Jednak tak, jak wieki wcześniej kościół chrześcijański zdecydował się przejąć księgi żydowskie do Biblii, tak też w nowszych czasach chrześcijańscy badacze „Ziemi Swiętej” postanowili za wszelką cenę przysłużyć się „Staremu Testamentowi” w naiwnej nadziei, że w ten sposób przysłużą się także chrześcijaństwu. Jak to ujął Shlomo Sand „od samego początku ich motywacja religijna uczyniła lokalną archeologię asystentem badań nad Biblią”. Czyli – mówiąc już zupełnie bez owijania w bawełnę – ta archeologia prowadzona była nie tyle po to, by poznać prawdę, lecz raczej po to, by za wszelką możliwą cenę wesprzeć Biblię, wartość przekazu historycznego której podawano już w wątpliwość od czasu Oświecenia.
Możemy sobie wyobrazić kontrę wobec naszej metody (nienowej przecież) polegającej na obnażaniu małej wartości przekazu histrorycznego „ST”: że przecież nie idzie o dokładność faktów, gdyż Biblia przede wszystkim jest Słowem przekazującym głównie „Prawdy Wiary”, więc nie jest ważne, czy wszystkie szczegóły i szczególiki historycznej natury się zgadzają. Tak, akceptujemy taką zasadę i tak na dobrą sprawę zaakceptowaliśmy ją już w wieku kilkunastu lat. Jednak „Stary Testament” zawiera w sobie zdecydowanie zbyt wiele nieprawd – i to takich, które mają w założeniu być nośnikami owych „Prawd Wiary”, by jakikolwiek system religijny mógł się na nich zbyt długo jeszcze utrzymać. Czyli, innymi słowy, „długo już nie pociągnie”. Nie inaczej było przecież z niegdysiejszą mitologią grecką. Też istniała tysiące lat i doczekała się wielkich dzieł literackich, ale gdy zaczęto wreszcie odkrywać rozbieżność między nią, a prawdą sprawdzalną, straciła siłę swego oddziaływania religijnego. Jedynym tak na dobrą sprawę aspektem dającym obecnie „Staremu Testamentowi” moc oddziaływania, jest etnicyzm żydowski, który od XIX wieku czerpie zeń inspirację w mniejszym stopniu religijną, a w zdecydowaniu większym nacjonalistyczną. I to ta inspiracja zdecydowała w końcu o wyborze przez (w dużej mierze ateistycznych) syjonistów Palestyny na miejsce nowego państwa żydowskiego, wbrew wszelkiemu możliwemu rozsądkowi. Nawet jeśli to oczywiście prawda, że to sami żydowscy syjoniści dokonali tego wyboru i posadowili tam swe państwo drogą terroru i czystek etnicznych trwających po dziś dzień, to prawdą pozostaje również i to, o czym wspomnieliśmy już poprzednio – że ich własne „nabuzowanie” narracją „ST” miało w dużej mierze swe korzenie w rozreklamowaniu tego zbioru ksiąg przez kościół chrześcijański na przestrzeni wieków.
Nasuwa się tu pewna analogia, opowiedziana przez Gilada Atzmona w jego książce „The Wandering Who?” (str. 136):
„Rzekomo świeccy, kosmopolityczni Żydzi często odpowiadają, gdy ich zapytać co czyni ich Żydami, że „Hitler uczynił mnie Żydem”. Chociaż „kosmopolici” mają tendencję do odrzucania narodowych inklinacji innych ludów, żydowscy kosmopolici z jakiegoś powodu upierają się przy utrzymywaniu swego własnego prawa do „samostanowienia”.
To w istocie nie oni stoją w centrum owego unikalnego żądania orientacji narodowej, lecz Diabeł, ten ultra-potworny antysemita, Adolf Hitler. Najwyraźniej kosmopolityczni Zydzi są w stanie celebrować swoje nacjonalistyczne utytułowanie tak długo, jak długo Hitlera można za to obwiniać. Hitler zatem wygrał, mimo wszystko.”
Skonfliktowany z Żydami kościół chrześcijański też długo wygrywał – tak długo, jak długo mógł na swoją korzyść obrócić narrację „ST”. Ale im więcej w tej narracji jest nieścisłości, a nawet zwykłej nieprawdy i fałszu, tym bardziej „Stary Testament” okazuje się balastem. Może on natomiast jeszcze przez długi czas służyć zydowskiemu nacjonalizmowi, bo niezależnie od tego ile jest w nim prawdy, a ile kłamstwa, jest on jednak niezbywalną częścią żydowskiej literatury narodowej. Dla chrześcijan on nią nie jest. Jego sens w naszej rzeczywistości jest jedynie religijnej natury.
Nie tak dawno temu w USA podano do wiadomości statystyki uczestnictwa w obrzędach w tamtejszych synagogach. Okazało się mianowicie, że blisko 50% Żydów regularnie (lub dość regularnie) przychodzących do synagog, jest ateistami. Zapytani dlaczego zatem wciąż przychodzą, odpowiadali, że to takie „żydowskie”, że tak bardzo dzięki temu czują się silniejsi i zintegrowani…. Trzeba chyba przyznać, że trudno byłoby zebrać w kościele bodaj połowę tej i tak systematycznie zmniejszającej się liczby wiernych, gdyby tam mieli przyjść dla „Starego Testamentu”… A już zwłaszcza, gdyby chodziło o t.zw. „chrześcijańskich ateistów”. Jeżeli kościół chrześcijański dalej będzie się tak trzymał „Starego Testamentu” niczym „maminej spódnicy”, to trudno będzie, niczym Gilad Atzmon, powiedzieć, że „kościół zatem wygrał, mimo wszystko”…
Na dłuższą metę bowiem „Stary Testament” staje się coraz bardziej oczywistym balastem dla kościoła chrześcijańskiego i nadejdzie dzień, gdy księgi te powrócą, raz na zawsze, do swoich prawowitych właścicieli. Christos jako wybitna postać religijna nie potrzebuje jakiegokolwiek „uzasadnienia” „Starym Testamentem”. Tak jak Budda nie potrzebuje „wsparcia” przez księgi wedyjskie. Bahaullah mógł wywodzić się z islamu, ale nie potrzebował on Koranu dla uzasadnienia swej racji bytu. „Kradzione nie tuczy”. Zwłaszcza, jeśli to „kradzione” sugeruje inny rodzaj „mesjasza” niż dorobiona doń post factum mitologia, pragnąca konkretną osobę Christosa „wepchnąć” na gwałt w niepotrzebną jej fikcję historyczną i pychę „wybraństwa” jakiegokolwiek plemienia…
Przypisy
No dobrze – zapyta ktoś – ale co w takim razie zrobić z ewidencją w postaci kół rydwanów i kości ludzkich, znalezionych na dnie Morza Czrwonego? Czyż to nie „forensic evidence” prawdy zawartej w Biblii?
No tak, jak na dnie tego morza są jakieś koła i kości, to może to „jedynie” oznaczać, że prawdą jest ta bajka o interwencji Jahwego i zatopieniu armii faraona? Bo oczywiście tam nigdy nie było poza tym żadnych innych armii ani rydwanów? To był obszar, na którym toczyło się wiele wojen i wiele razy armie przemierzały całe szlaki, tracąc przy tym – lub po prostu porzucając – całe tony sprzętu. Wielu ludzi umierało lub ginęło. Posuwano się po dnie morskim po ustąpieniu wód… Nie mówiąc już o tym, co w ciągu 3 tysiący lat potrafi zrobić morze z linią brzegową. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego, co ono może, to niechaj przyjrzy się fotografiom tej jedynej jeszcze stojącej nad urwistym brzegiem ściany kościoła w Trzęsaczu (niem: Horst-Seebad ) nad Bałtykiem. I niechaj pamięta przy tym, że blisko 1000 lat temu ten kościół – którego przecież nikt w międzyczasie nie przenosił, a jedynie przebudowywał – był w odległości 1.5 kilometra do 2 kilometrów od brzegu! Jeśli w niespełna 1000 lat tak mogła się zmienić linia brzegowa, to niechaj wierny ST-owiec sam sobie odpowie, co morze potrafi uczynić w 3000 lat…
2. „Tak jak wszyscy historycy starożytni, Józef skłaniał się do przesadzania w swoich liczbach. Obecnie większość naukowców uważa, że niemal wszystkie liczby demograficzne z czasów antycznych są zawyżone i że wiele z nich ma znaczenie numerologiczne. Józef stwierdza, że duża liczba pielgrzymów zgromadziła się w Jerozolimie przed powstaniem, jednak założenie, że ponad milion ludzi zostało tam zabitych, nie jest wiarygodne. Populacja miasta Rzymu w szczytowym okresie imperium w II wieku n.e. mogła zbliżyć się do wielkości średniej współczesnej konurbacji, jednak nie było takiej metropolii w małym królestwie Judei. Ostrożne oszacowanie sugeruje, że Jerozolima w tamtym czasie mogła mieć populację od sześćdziesięciu tysięcy do siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców” (Sz. Sand, „The Invention…”, s. 131)
3.. A było to tak: żydowski arcykapłan Onias III z ekskluzywnej kapłańskiej linii Lewitów, został usunięty ze swej funkcji po tym, jak jego własny rodzony brat Jazon (greckie imię, ale żydowski lewita…) przekupił króla Seleucydów Antiochusa IV Epiphanesa, by ten jego, Jazona, uczynił arcykapłanem. Ale inny Żyd, ponoć z linii Beniamina (według II księgi Machabeuszów, choć Flawiusz uważał, że to też był Lewita, brat Oniasza) imieniem Menelaus (znowu: greckie imię, ale Żyd…) udał się do Antiochusa Epiphanesa i „przebił” łapówkę Jazona swoją własną. Toteż on został w końcu arcykapłanem. Ale że nie miał aż tyle pieniędzy, by zapłacić Epiphanesowi, to zorganizował – przez swego brata Lysimachusa (kolejne greckie imię, ale kolejny Żyd…) kradzież szeregu cennych przedmiotów z jerozolimskiej świątyni. Ta kradzież wywołała rozruchy w mieście, w wyniku których Lysimachus został zamordowany. Tymczasem Menelaus nakazał zamordować także byłego kapłana, Oniasa III. Dlaczego? Bo Onias był tym, kto publicznie oskarżył Menelausa o kradzież skarbów ze świątyni. Menelaus obawiał się, że Onias może na niego donieść Epiphanesowi. By mu zatem zawczasu „zamknąć twarz”, nakazał jego zabójstwo.
W tym momencie Antiochus Epiphanes wreszcie zareagował, każąc aresztować Menelausa. Przebłysk jasności umysłu Epiphanesa był jednak wyjątkowo krótki i potrwał jedynie do kolejnej łapówki Menelausa, który dzięki niej wyszedł na wolność. Jednak funkcji arcykapłana już objąć nie zdołał, bo militarnie został wyparty przez zwolenników obalonego przez siebie Jazona.
Mając jedną swą prowincję objętą rewoltą i walkami wewnętrznymi, Epiphanes posłał do Jerozolimy wojsko – i to od tego momentu miała miejsce poważna interwencja Greków w te wewnętrzne żydowskie podchody i krecią robotę wzajemnego „kopania dołków” pod sobą… Do tej pory jedynymi „aktami” Epiphanesa było bowiem branie łapówek od kolejnych pretendentów do funkcji jerozolimskiego arcykapłana…
Od czasu rebelii jednak Epiphanes, do tej pory mało zainteresowany religijnymi przepychankami żydowskimi, zmienił kurs, wprowadzając (po zaprowadzeniu porządku w Jerozolimie) zakaz szeregu praktyk ortodoksyjnego judaizmu, w tym krwawych ofiar oraz obrzezania (tego ostatniego pod karą śmierci). Do świątyni jerozolimskiej wniesiono posąg Zeusa i popierano w Jerozolimie radykalnych żydowskich hellenistów. To w rezultacie doprowadziło do kolejnej rebelii, tym razem wymierzonej już nie tylko w żydowskich hellenistów i politeistów, ale i w monarchię Seleucydów, tej właśnie rebelii, o której w takim „kwiecistym” i upiększonym stylu mówi legenda Hanukki… Legenda ta jest dodatkowo upiększona podaniem o „cudzie Hanuki”, chociaż ani obie księgi Machabeuszy (I i II), ani też Józef Flawiusz nie wspominają nic o jakimkolwiek „cudzie”, a jedynie o zapalaniu świateł i o „festiwalu świateł”. Owym „cudem” miało być to, że światła palono przez 8 dni przy pomocy oliwy zwyczajowo starczającej na 1 dzień. O „cudzie” tym mówią dopiero późniejsze teksty Talmudu. Zresztą zastanówmy się – już pomijając to czy wierzymy w cuda czy nie – czy istniały jakiekolwiek przesłanki po temu, by się on w ogóle wydarzył? Miało niby być za mało oliwy na palenie świateł przez 8 dni? Pomyślmy przez moment. Był czas na to, by wynieść ze świątyni posąg Zeusa. Był czas, by wynieść stamtąd „pogański” ołtarz. Było dość czasu, by wnieść na powrót ołtarz żydowski. Był czas, by dosłownie przemodelować wnętrze świątyni do poprzednego stanu. Tylko akurat nie było czasu, by przynieść tam oliwę… Nie było oliwy w całej Jerozolimie? Mamy zapewne założyć, że przez trzy lata, jakie upłynęły od 25 grudnia 165 r.p.n.e. (kiedy „poganie” uroczyście zainicjowali – także światłami – nowe święto Zeusa w świątyni) aż do 25 grudnia 162 r.p.n.e. (czyli do pierwszego festiwalu Hanuki) zużyto w Jerozolimie całą oliwę? Czyżby wycofujący się w czasie rebelii machabejskiej Grecy i żydowscy politeiści celowo zadbali o to, by jej resztki z miasta wywieźć, jak gdyby to była najważniejsza rzecz, o jaką by im mogło chodzić? I czy przy tej okazji ogołocili z oliwek wszystkie gaje oliwne w całej Judei? Raczej wątpliwe…
4.. Oto przykład: na początku XVIII wieku ukazała się książka Jacquesa Basnage, hugenota osiadłego w Rotterdamie, pod niebywale długim tytułem: „Historia religii żydów, od czasów Jezusa Chrystusa do czasów obecnych; Uzupełnienie i kontynuacja historii Józefa (Flawiusza)” („Histoire de la religion des juifs, depuis Jesus-Christ jusqu’á present: Pour servir de supplément et de continuation á l’ histoire de Joséphe”, Den Haag, 1706-7).
Basnage użył tego dzieła do ataku na kościół katolicki. Według niego, Żydzi byli wybranymi ofiarami skorumpowanego papiestwa i jedynie reformy protestantyzmu mogły doprowadzić ich do zbawienia – czytaj: nawrócenia na chrześcijaństwo.
Oczywiście atak okazał się chybiony na tyle, że to nie jakakolwiek korupcja Rzymu była powodem niechęci Żydów do konwersji (zwłaszcza, że i skorumpowanych rabinów też nie brakowało…), lecz kwestie doktrynalne, niepotrzebnie wzmocnione akceptacją ze strony kościoła pism żydowskich i ich rzekomego „wybraństwa”. Stąd też protestantom ów prozelityzm wyszedł równie „udanie” co i katolikom…
5.. Przykładem tego może służyć pełen furii atak Heinricha Graetza, autora pierwszej systematycznej historii żydowskiej w czasach nowożytnych, skierowany przeciw Juliusowi Wellhausenowi („Prolegomena do historii Izraela”, 1882) i Ernestowi Renanowi („Historia ludu Izraela”, 1887-93). Graetz żalił się wręcz, że jedynie żydowski autor jest w stanie docenić unikalną wagę żydowskiej historii.
Luźne uwagi o Żydach
“Jezus Chrystus nie potrafił ich zadowolić, gdy był tu, na Ziemi, więc jak można było się spodziewać, że mnie się to powiedzie?”
(Harry S. Truman, prezydent USA, o Żydach)
Co do kwestii żydowskiej, to ona wcale nie “wraca”. Ona po prostu nigdy donikąd nie odeszła. Nawet niejako bardziej jeszcze się w świecie rozpowszechniła, bo teraz, po kilkudziesięciu zaledwie latach istnienia Izraela, ze zdolnością niemalże geniusza i w tempie Blitzkriegu syjoniści narobili Żydom tylu wrogów w świecie islamu, że świat ten zupełnie (jak narazie) zdystansował Europę, która była tradycyjną siedzibą tego, co (nieraz nietrafnie) określa się mianem antysemityzmu. Nietrafnie, bo w większości wypadków nie chodzi o niechęć motywowaną względami rasowymi, czyli tymi, z których samo to pojęcie się narodziło.
Niechaj wolno mi będzie pozwolić sobie na parę uwag odnośnie tych kwestii:
Tragedia Palestyńczyków i tragedia Żydów są spowodowane tym samym najazdem i tym samym terroryzmem syjonistycznym. Taka jest prawda. Obie tragedie mają ten sam poczatek, bez którego by po prostu nie nastąpiły. Koniec, kropka.
Wizja innego Izraela, ta o ktorej swego czasu pisałem w swoim artykule, to bardzo piękna i godna wizja. Wizja kraju – nieporownanie większego i bezpieczniejszego dla Żydow, wizja państwa, na terenie którego nawet wszyscy Żydzi mogliby kiedyś zamieszkać, gdyby sobie tego zażyczyli. W dodatku jest to wizja kraju nieotoczonego żadnym “morzem wrogów” (1)
Pożałowania godnym jest natomiast obecny Izrael - kraj, w którym mało co jest normalne. Kraj, który osiąga ponadprzeciętne wyniki własciwie tylko w 3 dziedzinach:
1. organizacji systemów bezpieczeństwa i szpiegostwa
2. produkcji zbrojeniowej
3. nieprzerwanym łamaniu praw ludzkich i skrajnym rasizmie, odzwierciedlonym nawet specjalnym prawodawstwem oraz celową polityką
“Nie ma niczego nowego w fakcie, że Izrael jest państwem terrorystycznym, które, niemal od momentu swego powstania, posługiwało się jedną ze swych agencji wywiadowczych, Mossadem, do przeprowadzania aktów przemocy i terroru, włączając w to zabójstwa, które uznawało za konieczne dla swych celów”
(Dr Israel Shahak, 1998)
Nie można się więc spodziewać, ze będę o tym Izraelu, tym zbrodniczym państwie, pisał cokolwiek dobrego. To państwo, które ze zbrodni się zrodziło i bez zbrodni nie potrafi egzystować (2).
To państwo istniejące dzięki terrorowi, czystkom etnicznym i rabunkowi ziemi. To państwo, które dalej nieprzerwanie prowadzi te czystki etniczne, raz po raz wyburzając palestyńskie domostwa, wyrzucając z nich całe rodziny dosłownie “na piach” (bo nawet nie “na bruk”), po czym stawia tam nowe osiedla, oczywiście tylko dla Żydów. To państwo, które złamalo więcej postanowień ONZ niż jakiekolwiek inne. To państwo, gdzie istnieją całe ulice tylko dla Żydow. To państwo, którego niemal każdy premier i niejeden prezydent miał przeszłość terrorystyczną (3)
- czy wielu tutaj wie np. że Ariel Szaron był praktycznie na liście Trybunału w Hadze? – po tym, gdy przygotowywano mu proces w Belgii. Za zbrodnie wojenne, rzecz jasna… Chcieli go sądzic tak jak Slobodana Milosevica i Radovana Karadzica z b. Jugosławii… To państwo, które dopuszcza się mordowania obywateli obcych państw na terenie innych obcych państw i z posłużeniem się w tym celu paszportami jeszcze innych obcych państw. To państwo, które chce ponoć być stowarzyszone z t.zw. „unią europejską” mając jednocześnie pociski nuklearne wymierzone w stolice krajów tej „unii” (jeśli mieć takiego „sprzymierzeńca”, to trzeba jeszcze jakichkolwiek wrogów?). To państwo, które dopuściło się aktów terroryzmu również w stosunku do USA, jak w przypadku “afery Lavona” czy ataku lotniczego na USS “Liberty” . To państwo, które nie cofało się także przed zamachami bombowymi przeciw Żydom w innych krajach Bliskiego Wschodu, fingując rzekomy „arabski terroryzm”, by w ten sposób skłonić żyjące tam wspólnoty żydowskie do emigracji do Izraela. To państwo żyjące w dużej mierze na koszt zagranicy, głównie USA. To państwo, które stało się swoistą “ziemią obiecaną” zorganizowanej przestępczości. To państwo, które próbuje pokazywać placem na Iran jako na „zagrożenie nuklearne”, gdy w istocie Iran, i to zdaniem zarówno ekspertów ONZ jak i służb specjalnych USA nawet nie posiada wojskowego programu nuklearnego, gdy Izrael jest światową potęgą nuklearną i to jak najbardziej w wojskowym sensie tego określenia. Gdy Iran regularnie wpuszcza na swoje terytorium ONZ-owskich inspektorów nuklearnych, Izrael nie uczynił tego nigdy. Nigdy też nie zgłosił akcesu do układu o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej. Można tak ciągnąć i ciągnąć…
Stąd te moje komentarze o tym Izraelu, które tu już w rozmaitych miejscach były i które jeszcze dalej będą się tu pojawiać. Bo komentarze o innych Żydach to inna kwestia, niekoniecznie związana z Izraelem bezpośrednio, choć i takie związane z Izraelem też są. To nie moja wina np., ze Shimon Peres wygłosił z duma przemówienie, nie tak dawno temu, w którym oznajmił, że Izrael wykupuje Węgry, Polskę, Ruminię, Manhattan itd. To on to powiedział, nie ja.
Poza Izraelem, którego samemu istnieniu w Palestynie jestem przeciwny (tak jak mógłbym być przeciwny istnieniu „Generalnej Guberni” w Polsce, gdyby to „podwójne G” jeszcze istniało) pozostaje kwestia judaizmu, Starego Testamentu i Talmudu (nawet jeśli czytanie tej literatury może być czasem pocieszne ), o której dyskutowałem szeroko w innych miejscach.
Nie ukrywam swych poglądów, które przedstawiam w drobnych nawet szczegółach. Oczywiscie, jeżeli ktoś nie chce widzieć tych poglądów takimi, jakimi są, a jedynie dopatrywać się wrogości w nich wobec Żydów, to interpretuje te poglądy na własną odpowiedzialność, z którą ja nie mam nic wspólnego.
Więc żeby nie było i tym razem nieporozumień, dodam co nastepuje:
Jeszcze z jakieś 3 lata temu mój pogląd o Izraelu był inny. Wtedy nie napisałbym, że go należy dokądś przenieść (ostatnio pewna pani z biura prasowego Białego Domu, Helen Thomas, została wylana stamtąd, bo po latach kilkudziesięciu miała już dość i polityki Izraela i polityki USA wobec Izraela i prywatnie wypowiedziała się wobec jakiegoś Żyda w stylu mniej więcej takim, by się wreszcie wynieśli do cholery z Palestyny – no więc widać, ze nie jestem jedyny). Wtedy, przed laty, uważalem, że Izrael ma prawo istnieć tam gdzie jest. Bo mało mnie interesowal Izrael. Ale zmieniłem zdanie ze 3 lata temu, gdy się wreszcie zainteresowałem bliżej korzeniami tamtego konfliktu.
Co do Żydow “w ogóle”, to kiedyś po prostu zdawałem sobie sprawę, że istnieją, tak jak każdy naród, a nie spędzam życia na interesowaniu się każdym narodem. Ot, po prostu: są Żydzi, wiele w historii przeszli, nie należy ich nie lubić, bo to prowadzi do Shoah.
Teraz natomiast widzę wśród Żydow więcej “kolorytu”: więcej bieli, szarości, innych barw, jaśniejszych i ciemniejszych, a także – niestety – wiele, bardzo wiele “czerni”. Dostrzegam bardziej niż jeszcze z 7 lat temu tych Żydow, którzy mogą stanowić prawdziwy wzór do naśladowania jako ludzie odważni i moralni jak Norman Finkelstein, Gilad Atzmon, Israel Shamir (broń Boże nie mylić z Itzchakiem Shamirem!!!) czy Israel Shahak. Dostrzegam Żydow takich jak pisarz i satyryk Ephraim Kishon (można “boki zrywać” czytajac jego nowelki). Dostrzegam Żydow mało wyróżniających się zarówno dobrem jak i złem, ot takich “ludzi z ulicy”. Ale w ostatecznym rozrachunku żaden z takich Żydów nie robi niczego specjalnie negatywnego, więc nie ma powodu się ich obawiać. Gorsi są tacy jak Netanyahu czy Avigdor Liebermannn, albo Wolfowitz. Albo tacy jak Greenspan, Bernanke czy Geithner. Albo tacy jak ci, co to niemalże monopolizują w USA kliniki aborcyjne (połowa ich jest w rękach żydowskich, czyli przedstawicieli ledwie 2.5% populacji USA), sprawcy machinacji finansowych lub ci, w którch rękach są całe sieci burdeli, ci, co handlują “żywym towarem” i robili to przez całe wieki (włączając w to dochody Żydow rzymskich, w starożytnosci, pochodzące głównie z handlu niewolnikami. Historycy – w tym także żydowscy – udowodnili, że Żydzi byli także liderami handlu niewolnikami w Ameryce). Wielu Żydow dominuje w mediach, manipulując nimi m.in. również w interesie Izraela, między innymi gdy chodzi o konflikt palestyński - dotyczy to także materiału filmowego. Jestem świadom tego, o czym pisał były oficer Mossadu, Victor Ostrovski: że rekrutuje się poza Izraelem, np w Europie czy USA tak zwanych „sayanim” żydowskich („pomocników”), którzy pomagają w akcjach na terenie tych krajów, których są obywatelami, w akcjach, które mogą być i nieraz są wymierzone w innych obywateli tych krajów.
Wśród tych, co prowadzą walkę z chrześcijaństwem – jak np właśnie o usuwanie chrześcijańskiej symboliki z miejsc publicznych – jest także “nadproporcjonalnie” wielu Żydów. Były ich też całe legiony w komunistycznych służbach bezpieczeństwa, eksterminujących nasze warstwy przywódcze (głównie w Rosji czy na Węgrzech, ale w Polsce ich też nie brakło). O ponurej roli Żydów w sowieckim aparacie bezpieczeństwa pisał m.in. Aleksander Sołżenicyn. I znowu: możnaby tak ciągnąć i ciągnąć.
Tak, to prawda: w porównaniu do okresu sprzed owych 7 lat, mój stosunek do Żydow jest teraz dużo, dużo gorszy niż był wtedy. Ale wciąż staram się rozróżniać między poszczegolnymi Żydami, uznając, że każdy człowiek jest inny i winien być w związku z tym oceniany indywidualnie.
Natomiast faktem jest, że coraz trudniej przychodzi mi zdobywanie się na sympatię wobec tego, co nazywa się “narodem żydowskim” czy “wspólnotą żydowską” – nawet jeśli to prawda, że staram się postępować według popularnego wskazania: „nie piętnuj owiec, lecz pasterzy”. A oto dlaczego: bo trudno mi sympatyzować z narodem, który zbrodnią odbiera komuś ziemię, przez dziesiątki lat prowadzi czystki etniczne, utrzymuje prawodawstwo rodem z Ustaw Norymberskich (które z kolei też były bazowane na starym prawie żydowskim, czyli “koło się zamyka”) i publicznie broni takich metod w przeważającej swej wiekszości lub wręcz usiłuje negować istnienie tych metod (bo pomijam tu chlubne wyjątki), a każdego krytyka takich metod posądza o nie wiadomo jak zbrodnicze intencje, a już wręcz rutynowo o “antysemityzm”, dokładnie tak, jak rutynowo obrzucają tym terminem niemalże każdego, kto skrytykuje dosłownie już jakiegokolwiek Żyda, obojętnie już o co w danym wypadku by chodziło (4). Bez przerwy posądzają nas o ten “antysemityzm”, a tymczasem spójrzcie jak wychowują w Izraelu swoje “pociechy”. Doprawdy, w takich warunkach przychodzi mi ta sympatia coraz to trudniej i trudniej, choć muszę przyznać, że nie jestem całkowicie jej pozbawiony. Kiedyś napisałem w jakimś komentarzu, że jeżeli kiedyś bym się istotnie stał antysemitą, to właśnie poprzez takich Żydów raczej niż poprzez jakichkolwiek nazistów… Weźmy choćby tę oto wypowiedź żydowskiego profesora, speca od t.zw. „Holokaustu” na temat ostatnich demonstracji w Egipcie, które w końcu doprowadziły do upadku prezydenta Hosni Mubaraka.
Zobaczymy, jak to się dalej rozwinie. Niech tylko co poniektórzy nie próbują przy tym już twierdzic, że nie wiedzą skąd się pewne postawy biorą.
Mam nadzieje, ze tego narazie wystarczy.
Cheers!!!
Przypisy:
1. Gdyby syjonistyczne państwo istniało na Bliskim Wschodzie dopiero od niedawna, to nawet ewentualne potknięcia – tak, nawet i zbrodnie takiego państwa – dałoby się jeszcze wytłumaczyć np. “prowizorką pierwszych lat”. Jednak syjonistyczny eksperyment trwa już tam praktycznie od przełomu XIX i XX wieku, czyli już od ponad 110 lat. Po tak długim okresie czasu można sobie pozwolić na jednoznaczny osąd: ten eksperyment to kompletna klęska polityczna, demograficzna, gospodarcza i moralna. Izrael nie ma szans na trwałe zakorzenienie się tam jako niepodległe państwo, stale zmuszone, niczym młody cielak, “ssać” jakąś zamorską “matkę” w celu bycia podbudowanym finansowo, ekonomicznie, politycznie i militarnie, bo inaczej padnie “jak długi”. Ciśnie się na usta określenie “Królestwo Jerozolimy Nr 2″.
Jednak owych ponad 110 lat dowiodło też niezbicie, że istnieje autentyczna, niepodważalna potrzeba państwa żydowskiego, którego istnienia pragnie przeważająca większość Żydów. Mają oni prawo do takiego państwa tak jak mają prawo do własnego państwa Polacy, Japończycy czy Holendrzy. Nie jest możliwe dla nas ustalanie dokąd państwo izraelskie ma zostać przeniesione. Do tego tak czy owak w końcu dojdzie, dla samych Żydów byłoby oczywiście lepiej, gdyby zaczęli troszczyć się o to już teraz, a nie dopiero “za pięć dwunasta”, gdy już przyszłe pokolenia Arabów będą niemal pukać do drzwi premiera i prezydenta Izraela z “Gewehrami” w dłoniach… Trzeba uczciwie przyznać, że są już tacy Żydzi, jak wymieniony poprzednio już Ronen Eidelman.
My co najwyżej możemy wskazać dokąd to żydowskie państwo mogłoby zostać przeniesione. Są cztery kraje świata, które ze względu na liczebność własnej ludności, posiadane zasoby naturalne oraz ze względu na ogrom swych terytoriów byłyby najlepszymi miejscami. Te kraje to, w kolejności alfabetycznej: Australia, Kanada, Rosja i USA.
Natomiast “przeprowadzka” Izraela nie oznaczałaby i nie byłaby w żadnym wypadku równoznaczna z przymusowym wysiedleniem Żydów z Palestyny. Tam od kilku tysięcy lat żyją Żydzi, nie brakło ich tam także podczas 1800-letniej nieobecności państwa żydowskiego. Dlatego wielu Żydów pozostałoby w Palestynie, z całą pewnością więcej niż ich tam było w roku 1947. Wielu jednak opuściłoby tamto miejsce właśnie z powodu braku państwa żydowskiego. Nie po to wyjechali z Europy, gdzie byli mniejszością, by teraz stanowić znowu mniejszość, tym razem wśród Arabów. Nie zapominajmy też, że wielu ludzi woli mieszkać na terenia państw własnych narodów.
2. “Nie potrafi egzystować bez zbrodni”. Gdyby bowiem Izrael zmienił swoją politykę tak jak życzy sobie tego światowa opinia publiczna, można sobie łatwo wyobrazić, że wkrótce przestałby istnieć. Ci spośród Arabów, którzy zostali usunięci z terytorium, które obecnie jest Izraelem (lub ich spadkobiercy), natychmiast zgłosiliby się po zwrot zagrabionej ziemi. MILIONY Arabów, którzy stracili domy, swoich bliskich lub zostali kalekami w wyniku działań armii izraelskiej, zażądałyby odszkodowań. A przede wszystkim zaczęliby napływać do Izrael i osiedlać się tam, szybko zdobywając przewagę liczebną nad Żydami, zwłaszcza że ci ostatni mają o wiele niższy przyrost naturalny.
3. Jeżeli przyjrzeć się dokładnie liście premierów i prezydentów Izraela i poszukać w encyklopediach (również w internecie), to dowiemy się, że zarzuty, które im się stawia, są w większości wypadków słuszne.
4. Przypomina mi się w tym momencie polska wersja Wikipedii i istniejące tam hasło “marcjonici” - chodzi o tych antycznych marcjonitów z pierwszych wieków naszej ery. Do niedawna ostatnim zdaniem w tej notatce było zdanie “Byli skrajnymi antysemitami”. Usunięto je dopiero po mojej interwencji, gdy przyjęto wyjaśnienie o różnicy między antysemityzmem a sporem doktrynalnym dotyczącym tak zwanego “Starego Testamentu”.
Poprzednia wersja (z tym usuniętym już zdaniem) mogłaby wręcz sugerować, że wystarczy, że ktoś po prostu nie uznaje kanoniczności “ST”, by uchodził z “antysemitę”. Głupota istotnie zdaje się nie znać granic.