Copyright © 2012 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Archive for March, 2011
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2
W tym krótkim odcinku przyjrzymy się scenie z rozdziału 9 ewangelii „Według Jana”, a mianowicie uzdrowieniu niewidomego człowieka. Oto wersety przedstawiające tę scenę:
„Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: ‘Idź, obmyj się w sadzawce Siloam’. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc.” (Jn 9; 1 – 7)
Zadając Christosowi pytanie o to „kto zgrzeszył”, apostołowie stawiają dwie możliwości. Najwyraźniej obie wchodziły w rachubę w tamtejszej społeczności, bo inaczej chyba pytanie to nie pojawiłoby się w tekście ewangelii. Wskazując na rodziców jako na winnych, wskazano na znany zapis tak zwanego „Starego Testamentu”, a konkretnie jakże nam „drogiej” Deuteronomii (czyli „Powtórzonego Prawa”), według którego „Jahwe” karze potomstwo za grzechy rodziców:
„Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu” (Dt 5; 9)
Nie, nie idzie nam tu o to, by wyszydzać „Deuteronomię”, choć nie pałamy żadną pozytywną namiętnością do tej księgi. Nawet – o dziwo! – jesteśmy się w stanie zgodzić, że przynajmniej w niektórych wypadkach „karanie następnych pokoleń” jest faktem. Palisz za dużo tytoniu – twe dziecko może na tym ucierpieć; źle wychowujesz potomstwo – skończy ono w „rynsztoku”… I tak dalej. Co prawda nie przypisujemy tej kary jakiemukolwiek Bogu (lub bogu), lecz pożałowania godnym działaniom samych owych rodziców, za które to działania winić należy ich samych, a nie owego Boga (lub boga).
No dobrze, ale co z tą inną wersją, według której to sam niewidomy grzeszy tak bardzo, że się już rodzi pozbawiony wzroku? KIEDY tak zdążył nagrzeszyć?
Są teoretycznie dwie możliwości: albo grzeszył, nicpoń, w łonie matki; albo też… no właśnie: w poprzednim życiu.
Cytowana już poprzednio Elizabeth Clare Prophet (1939 – 2009) argumentuje w taki oto sposób:
„Jan portretuje Jezusa jako nie czyniącego nawet jakiejkolwiek sprawy z reinkarnacji, którąby niewątpliwie uczynił, gdyby się z nią nie zgadzał. Zamiast tego Jezus wychodzi poza myślowe nastawienie swych słuchaczy, prowadząc ich ku innemu poziomowi. „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże”. Autor tej Ewangelii zademonstrował, że człowiek ten urodził się niewidomym nie z powodu jego poprzednich uczynków, lecz ponieważ jego dusza odpowiedziała na powołanie od Boga. Zgodził się on znosić ślepotę aż do czasu spotkania z prorokiem, który przywróciłby mu wzrok”.
Elizabeth Clare Prophet zakłada tutaj jakąś „zgodę” duszy niewidomego na cierpienia, byle tylko świętość proroka mogła zabłysnąć. Naszym zdaniem, biorąc pod uwagę to, w jaki sposób „Stary Testament” prezentuje „Jahwego”, prawdopodobniejsze byłoby, że ten „Jahwe” w ogóle nie liczył się ze swym stworzeniem i jego cierpieniem. Jeśli ten „bóg” potrafił był bawić się Hiobem niczym lalką i mścić się na potomkach za grzechy ich rodziców, to wystarczyła sama jego wola, by kogoś oślepić od urodzenia po to tylko, by jakiś przyszły cudotwórca mógł się wykazać dla jego, „Jahwego” chwały…
Jednak pozostaje trwałe wrażenie, że istotnie, również autor „Jana” uważał za rzecz całkiem możliwą, że reinkarnacja istnieje rzeczywiście. Lub też – jeśli opisane wydarzenie naprawdę miało miejsce, a „Jan” jedynie ograniczył się do jego zrelacjonowania – że istotnie reinakarnacja była możliwością całkiem poważnie traktowaną przez ową społeczność. W istocie wiemy już z innych źródeł (m.in. dzięki żydowskiemu historykowi z I wieku n.e., Józefowi Flawiuszowi), że reinkarnacja była traktowana tam bardzo poważnie.
Odnotujmy w tym miejscu inną jeszcze uwagę E.C. Prophet poczynioną przy tej okazji:
„Zanim rozstaniemy się z historią, przyjrzyjmy się kontrowersyjnej kwestii, jaką podnosi ona w odniesieniu do reinkarnacji: czy ludzie urodzeni z niesprawnościami są odpowiedzialni za swe nieszczęścia? W wielu wypadkach odpowiedź brzmi „tak”. Ich postępowanie w poprzednich może spowodować, że uczą się z doświadczeń i limitacji w następnym życiu. Limitacja taka może w istocie prowadzić do wzrostu duszy. Rozmaite potrzeby duszy determinują czy ludzie rodzą się zamożni lub ubodzy, czy mają życzliwych czy okrutnych rodziców.” (…) „W istocie niesprawność może wcale nie być karmiczna, lecz może stanowić warunek, który dusza zgodziła się znosić w celu nauczania i wspierania innych. Biedni i niefortunni mogą być niezapowiadanymi świętymi noszącymi grzechy świata”.
Rola Christosa w całym opisanym u „Jana” w rozdziale 9 incydencie jest neutralna w odniesieniu do reinkarnacji. Nie potwierdza jej, nawet swoją odpowiedzią zdaje się jej przeczyć. Jednak jej też nie potępia. Jeżeli natomiast zgodzić się z interpretacją o „zgodzie” duszy na cały „eksperyment” ze ślepotą od urodzenia, to Christos co najwyżej przyjmuje istnienie reinkarnacji „przez aklamację”, lecz bez entuzjazmu. Część 1 Część3
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1
W kolejnych krótkich odcinkach zajmiemy się interpretacją („exegesis”, „exegeisthai”) Nowego Testamentu z punktu widzenia reinkarnacjonistycznego. Osobiście nie dostrzegam bezpośrednio niczego przesądzającego o reinkarnacjonistycznych lub niereinkarnacjonistycznych przekonaniach autorów tych ksiąg chrześcijańskich w samych tekstach przez nich napisanych – czemu dałem wyraz w obydwu artykułach „Reinkarnacja, czyli…” ( część 1 oraz część 2 ). I generalnie nie uznaję niczego za rzecz całkowicie udowodnioną dopóki nie zostanie ona wykazana NAUKOWO w sposób nie budzący najmniejszej wątpliwości (co w odniesieniu do paru kwestii sprzed ok. 70 lat przyniosło mi już kilkakrotnie posądzenie o „łamanie prawa”). Jednak interpretacja rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza jeżeli – tak jak tutaj – Nowy Testament nie zawiera jednoznacznych sformułowań, a zamiast nich posługuje się słowami, które pozostawiają „furtkę” szeroko otwartą dla rozmaitych możliwości.
Czego zatem uczył Iesous Christos – lub też co najmniej autorzy pism nowotestamentowych, którzy na tego Christosa się powoływali? Czego uczyli, gdy chodzi o kwestię reinkarnacji? Przyjrzymy się bliżej temu jak i dlaczego uważają oni, że reinkarnacjonizm jest zawarty na kartach kanonicznych pism chrześcijańskich.
Zacznijmy zatem od początku, czyli od tego kim był Christos i przez kogo miał zostać „poprzedzony” w swej działalności.
Christosa miało poprzedzić powtórne pojawienie się Eliasza. Tak mówią autorzy tekstów ewangelii Nowego Testamentu. I bazują swoją opinię na cytatach z „Księgi Malachiasza”, a konkretnie na Ml 3;1,5 oraz 23:
„Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów.”
„Wtedy przybędę do was na sąd i wystąpię jako świadek szybki przeciw uprawiającym czary i cudzołożnikom, i krzywoprzysięzcom, i uciskającym najemników, wdowę i sierotę, i przeciw tym, co gnębią obcych, a Mnie się nie lękają – mówi Pan Zastępów.”
„Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego.”
I do tych fragmentów nawiązują ewangelie Nowego Testamentu, gdy mowa w nich o tym, kim był Jan Chrzciciel oraz Iesous Christos.
„Także król Herod posłyszał o Nim gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: «Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w Nim».Inni zaś mówili: «To jest Eliasz»; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: «To Jan, którego ściąć kazałem, zmartwychwstał»”. (Mk 6; 14-16)
„Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?» A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków»” (Mt 16; 13-14)
„O wszystkich tych wydarzeniach usłyszał również tetrarcha Herod i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych; inni, że Eliasz się zjawił; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Lecz Herod mówił: «Jana ja ściąć kazałem. Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę?» I chciał Go zobaczyć.” (Łk 9; 7-9)
Według „Kata Ioannen” (czyli ewangelii „według Jana”), gdy Jan Chrzciciel jeszcze żył, pytano i jego osobiście kim jest.
„Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś?», on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie!»” (Jn 1; 19-21)
Czyli: Jan Chrzciciel osobiście zaprzeczył, by był Eliaszem. To jednak nie koniec. Bowiem Sotera miał poprzedzić właśnie Eliasz. Potwierdza to sam Christos w Mt 11; 11 – 15:
„Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!”
A zatem Jan to jednak Eliasz…
Jednak „sprawa Eliasza” na tym się nie kończy. Oto bowiem u „Marka” Christos ulega „transfiguracji” czyli „przemienieniu” i to w towarzystwie Mojżesza i Eliasza właśnie:
„Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. (Mk 9; 2 – 4)
„I pytali Go: «Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że wpierw musi przyjść Eliasz?» Rzekł im w odpowiedzi: «Istotnie, Eliasz przyjdzie najpierw i naprawi wszystko. Ale jak jest napisane o Synu Człowieczym? Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym. Otóż mówię wam: Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak, jak chcieli, jak o nim jest napisane»” (Mk 9; 11 – 13)
W ewangelii „Kata Mathaion” („Mateusza”) ta scena również jest opisana w rozdziale 17. Różnica w porównaniu do cytowanych wyżej wersetów z „Marka” o tym, że „Eliasz już przyszedł” jest jednozdaniowa, ta, że u „Mateusza” „uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu” (Mt 17; 13).
No, to mamy dylemat: czy tym „prawdziwym” Eliaszem był ten, który był Janem Chrzcicielem, czy też ten, który ukazał się obok Christosa w „przemienieniu”? Czy Eliasz posiadał zdolność „bilokacji”? I to takiej trwającej całe lata życia człowieka aż po wiek dorosły? (bo Chrzciciel nie został przecie ścięty jako niemowlak, albo?). Ewangelie o tym nie mówią. Tak czy owak, istotnie można odnieść wrażenie, że autorzy ewangelii kanonicznych wierzyli w reinkarnację. I że przedstawili Jana Chrzciciela jako przereinkarnowanego Eliasza.
Zdania na temat tych cytowanych tutaj wersetów i ich znaczenia są podzielone. Jedni autorzy twierdzą nieraz, że słowa Christosa są prawdziwe, ale że nie potwierdzają generalnie żadnej doktryny reinkarnacji (istotnie, można w tekście doszukać się jeszcze wiary w reinkarnację, ale akurat nie jakiejś konkretnej TEORII na jej temat). Inni zaś twierdzą, że to nie są słowa Christosa, te, które odnoszą się do Eliasza i „Baptistesa”. Lecz że zostały one włożone jedynie po to, by jakoś wykazać, że Christos to istotnie ten „Mesjasz”, o którym mówi księga Malachiasza z tak zwanego „Starego Testamentu”.
Przyjrzyjmy się jak argumentuje w tym przypadku chrześcijańska autorka, reinkarnacjonistka, Elizabeth Clare Prophet w książce „Reincarnation. The Missing Link in Christianity”:
„Zajmijmy się najpierw argumentem teologów. Według niego to, że Jezus powiedział, że Jan był Eliaszem, „który miał powrócić”, nie oznacza, że zamierzał on dawać do zrozumienia, że prorok reinkarnował. Eliasz był unikalny, ponieważ nie umarł w naturalny sposób, lecz został zabrany rydwanem do nieba. Dlatego też jego ciało było odmienne od ciała jakiegokolwiek człowieka w historii.
W swej książce „Reincarnation and Christianity” dr Robert Morey opowiada się za standardowym argumentem chrześcijańskim: ponieważ Eliasz nigdy nie umarł, więc gdy pojawił się na Górze Przemienienia, ukazał się jako „wciąż żyjący i w swym pierwotnym ciele”. (nie wspomina jednak w jakim ciele pojawił się Mojżesz!).
Morey pomija inną ewentualność – że Eliasz przybył w ciele duchowym. Taki byłby wniosek kogoś zaznajomionego z żydowskim mistycyzmem (przemienienie ma w sobie wiele podobieństw z wizjami mistyków z Merkabah …). Mistycy ci, tak jak i późniejsi kabaliści, uznawali zarówno Enocha (który udał się do nieba podobnie jak Eliasz) oraz Mojżesza za postacie deifikowane. Ciała ich zostały przetransformowane ze zniszczalnych w ciała duchowe – „ciała niebiańskie”, o których pisze Paweł (1Kor 15; 40).
Ci Zydzi, którzy wierzyli w reinkarnację, mogliby łatwo zaakceptować ideę, że Jan był reinkarnacją Eliasza. Ponieważ Jan już nie żył, jego dusza mogła zatem pojawić się w przemienieniu jako Eliasz w ciele duchowym.
Gdy Morey usiłuje przekonać nas, że Eliasz wciąż nosił swoje dziewięćsetletnie ciało fizyczne, ignoruje on jasne stwierdzenie w Ewangeliach, „Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak jak chcieli”. W oczywisty sposób reinkarnacja jest tym, co autorzy mieli na myśli.
Wielu naukowców uważa, że Jezus nie poczynił owych stwierdzeń „Jan jako Eliasz”. Uważają raczej oni, że zostały one dodane przez autorów Ewangelii. Prezentując pogląd popularny wśród naukowców, XX-wieczny teolog katolicki Hans Küng mówi nam, że wersety o Eliaszu są „popularną tradycją, marginalną w ewangelii”. Jesus Seminar, grupa ponad dwustu umiarkowanych i liberalnych badaczy, uważa te wersety za inwencję tych, którzy pragnęli dowieść, że Jan Chrzciciel był zaprorokowanym poprzednikiem Jezusa, Mesjasza.
Czy badacze ci mają słuszność czy też nie, ich argument nie podważa faktu, że chrześcijanie, którzy napisali Ewangelie w późniejszych latach I wieku, wierzyli w reinkarnację. A wiemy także, że niektórzy z pierwszych chrześcijan próbowali używać tych wersetów, by dowodzić reinkarnacji.
Jeżeli w istocie wiara w reinkarnację była obecna we wczesnym chrześcijaństwie, to czy zapoczątkowana została ona przez Jezusa? Gdy prześledzimy tę wiarę posuwając się w czasie z powrotem do chrześcijańskiego gnostycyzmu i zestawimy go z żydowskim mistycyzmem, odpowiedź może stać się jasna.” (rozdz. 9, str. 100-101).
Ale tym zajmiemy się innym razem…
Continue Reading »Katarskie Termopile
767 lat temu, 16 marca 1244 roku, zakończyła się dramatyczna dziesięciomiesięczna epopeja obrony twierdzy Montségur, stanowiąca kulminację wielu dziesiątkow lat represjonowania Kościoła Katarskiego na południu Francji. Kapitulacja Montséguru okupiona została dodatkowo spaleniem na stosie niemal połowy spośród 400-500 osób. Dlatego też w kościołach gnostyckich dzień 16 marca figuruje w kalendarzu liturgicznym jako Montségur Day, w intencji męczenników katarskich odprawiana jest msza.
“A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25;40)
“Przez kilka lat głosiłem wam słowa pokoju. Wygłaszałem do was kazania; zaklinałem was ze łzami w oczach. Ale, jak powiedzenie mówi w Hiszpanii, gdzie błogosławienstwo nie skutkuje, podziała dobry, gruby kij. Teraz rzucimy książąt i prałatów przeciw wam; a oni zbiorą całe narody i ludy, i wielu zginie od miecza. Wieże upadną i mury zrównane będą z ziemią, a wy, wy wszyscy, pójdziecie w niewolę. Tak siła przeważy tam, gdzie łagodna perswazja zawiodła”
Takimi słowami miał zwrócić się do zebranych w Prouille ”święty” Dominik krótko przed rozpoczęciem “krucjaty” przeciw katarom w Langwedocji według świadectwa jednego z jemu współczesnych, dominikanina Stephena de Salagnac. Mniejsza o to teraz, czy te słowa oddają wiernie to, co mówił Dominik czy też mają one wartość – by tak rzec – “apokryficzną”. Dość, że oddają z grubsza politykę władz Kościoła Rzymskiego w tamtym regionie. Gdy beznadziejnie zawiodły próby zduszenia albigensjanizmu przy pomocy nawracania oraz publicznych debat z liderami Kościoła Katarskiego, postawiono na rozwiązanie siłowe.
“… aby kościół miał siedzibę…”
Ludzkie siedlisko (lub co najmniej przejsciowy obóz) musiało istnieć tu już w starożytności. Archeologowie znalezli tu bowiem monetę rzymską datowaną na okres pomiedzy rokiem 260 a 280 naszej ery. Istotnie, miejsce to znakomite z punktu widzenia bezpieczeństwa: trudno dostępne i ułatwiające obronę. Nic dziwnego zatem, że było nazywane “Bezpieczną Górą” (“Mont Segur”; po angielsku brzmiałoby to jak “Mount Secure”). Nie zaskakuje zatem fakt, że budowano tam fortece.
Jeśli zaś chodzi o katarów, to musieli oni zacząć pojawiać się w tym miejscu około poczatku XIII wieku. Wiemy na przykład, że około roku 1204 stara forteca była w stanie ruiny i perfekci zwrócili się do kasztelana Montségur, Raymonda de Perella (lub de Pereille) o odbudowanie oraz wzmocnienie jej, co tez zostało szybko uczynione. Zbiegło się to w czasie z poczatkiem tzw. “krucjaty” przeciwko katarom (1209). Wówczas jednak – jak się miało okazać – jeszcze nie istniała bezpośrednia potrzeba obrony.
Od początku XIII wieku przebywali tam katarscy biskupi, zwłaszcza dotyczy to niemal legendarnego biskupa Guilhaberta de Castres. De Castres jednak nigdy nie zatrzymywał się tam długo. Często zmieniał miejsce pobytu, podobnie zresztą jak większość katarskich przywodcow i kaznodziejow. Wkrótce – szczególnie po “krucjacie” roku 1209, zbocza skały zapełniać się zaczeły małymi domkami (chatami raczej), w których mieszkały osoby (głównie kobiety), które poświęciły się życiu charakterystycznemu dla perfektów. Tutaj znalazły one miejsce odpowiednie dla swych studiów, modlitwy oraz medytacji. W ten sposób powstała cala wioska otoczona, w celach obronnych, drewnianą palisadą. Trudno dziś ocenić ilu ludzi przetoczyło się w tamtych latach przez tę wioske oraz fortecę, nie tylko zresztą w celu studiowania czegokolwiek, ale przede wszystkim, aby odwiedzić to miejsce w celach religijnych.
Wizyty składali tutaj nie tylko ci, którzy znani byli jako katarzy. Przybywało tu także wielu pielgrzymów znanych w swych okolicach jako “dobrzy katolicy”. Wyrażali tu szacunek zatrzymujacym się tu perfektom i brali udział w katarskiej liturgii, m.in. w ‘łamaniu chleba’. Tam też obchodzili Boże Narodzenie i święto Zesłania Ducha Świętego. Wielu katarów życzyło sobie otrzymać sakrament consolamentum własnie w tym miejscu. Wielu smiertelnie chorych życzyło sobie tutaj umrzeć i niektórzy byli tu istotnie przetransportowywani.
Można sobie z łatwością wyobrazić, że w gorących latach “krucjaty”, terroru oraz okupacji, Montségur stawał się również miejscem pielgrzymek i spotkań o charakterze politycznym czy też ‘religijno-patriotycznym’. Przechowywano tutaj także broń.
Oficjalnie swego rodzaju “stolicą apostolską” Kościoła katarskiego Montségur został jednak dopiero w roku 1232. Wtedy to odbyło się tam spotkanie biskupa Guilhaberta de Castres i około 30 perfektów oraz szeregu przedstawicieli lokalnej szlachty z kasztelanem Raimondem de Perella. Biskup de Castres skłonił kasztelana do uczynienia tam swoistej twierdzy Kościoła, tak, aby Kościół “…był w stanie mieć tam swoją siedzibę oraz głowę oraz by mógł stamtad bronić swoich kaznodziejów”.
W tym samym roku miał tam miejsce synod. Tak więc Montségur miał swoje duchowe przywództwo (Guilhabert de Castres, który tu wyświęcił paru biskupów takich jak Teuto, biskup Agen, Vignoreux de la Bacone czy Jean Cambiaire), swój bardzo mały (mniej niż stu żołnierzy), lecz dobrze wyszkolony garnizon po dowództwem Pierre-Rogera z Mirepoix i intensywne życie religijne.
Należy w tym miejscu zaznaczyć, że obecne ruiny twierdzy Montségur nie pochodzą z czasów katarskich, gdyż tamta twierdza, zbudowana w latach 1204-1210 została całkowicie zburzona przez wojska króla Francji po kapitulacji katarskiej w marcu 1244 roku. Obecne ruiny to pozostałości twierdzy wznoszonej stopniowo w ciagu trzech nastepnych wieków przez wojska królewskie. Archeologowie nazywają je ” Montségur III”. Grupa badająca to miejsce w latach 1964-76, znana jako Groupe de Recherches Archeologiques de Montségur et Environs (GRAME), w swoim raporcie stwierdziła jednoznacznie, że “nie pozostał ślad ruin pierwszej fortecy, opuszczonej przed XIII wiekiem (Montségur I), ani też tej, która zbudowana została przez Raymonda de Perella ok. 1210 roku (Montségur II)”.
Jedynymi autentycznymi ruinami katarskimi na wzgórzu są pozostałości kamiennych domów mieszkalnych, wzniesionych tam przez katarów, a wspomnianych powyżej.
Ku oblężeniu
“Pamiętaj o nich, Panie, w Twym Królestwie (…) O wiernych, którzy służyli Tobie, gdyz inaczej nie mogli postąpić, którzy żyli w wieku, gdy szukanie Ciebie okupowane było ich życiem”
Guillaume Arnald i Pierre Seila zostali pierwszymi ‘formalnymi’ inkwizytorami w Kościele w roku 1233. Byli niezależni w swych poczynaniach zarówno od lokalnych biskupów, jak i od władz świeckich. Pierwszą ich akcją było zatrzymanie, błyskawiczne osądzenie, skazanie oraz natychmiastowa egzekucja czołowego katara w Tuluzie nazwiskiem Vigores de Baconia (Vignoreux de la Bacone). Następne ‘akcje’ tego typu nie dały na siebie długo czekać: Arnald i Seila działali w wyjatkowo zajadły sposób, toteż już wkrótce hrabia Tuluzy skarżył się w liście do papieża na ekscesy tych dwóch fanatycznych dominikanów. Ignorowali oni wszelką procedurę prawną, przesłuchiwali podejrzanych o herezję “za zamkniętymi drzwiami”, odmawiając im asysty prawników oraz stosowali najgorsze formy terroru.
Niektórzy z przesłuchiwanych byli tak zastraszeni, że w celu ochrony własnej skóry oskarżali o herezję niemalże kogo się tylko dało. Inni zaś, korzystając z aury tajemnicy, stworzonej przez inkwizytorów, rzucali oskarżeniami na swoich osobistych wrogów dla załatwienia prywatnych porachunków. Arnald i Seila mieli też mścić się i terroryzowac osoby pragnące złożyc na nich skargę do papieża. “Istotnie, zdają się oni starać pchać ludzi ku omyłce raczej niz prawdzie, gdyż prowokują ogromne wzburzenie w kraju, a przez swoje ekscesy podburzają lud przeciw klerowi oraz zakonnikom”.
Kto wie zresztą, czy to wlaśnie nie było ich celem. Świadectwo hrabiego znajduje pełne potwierdzenie w faktach. Spanikowani ludzie oskarżali siebie nawzajem do takiego stopnia, że nawet wszyscy dominikanie w Tuluzie zwerbowani przez inkwizycję nie byli w stanie ich wszystkich przesłuchać. Toteż do tej wyjątkowo ohydnej roboty zaprzęgnięto dodatkowo miejscowych franciszkanów jak również kler diecezjalny. Wyznaczano czas, w którym mieszkańcy mieli stawić się przed inkwizytorami w celu wyznania swych “omyłek” (dzis powiedzielibyśmy: ‘w celu złożenia samokrytyki’) jeśli chcieli uzyskać ‘odpust’. Osoby uchylające się od tego niecodziennego ‘obowiązku’, w razie zadenuncjowania przez innych, miały być sądzone z całą surowością prawa.
Jak gdyby zamieszania spowodowanego tego rodzaju ‘troską duszpasterską’ jeszcze nie było dość, wyroki inkwizycyjne nie miały charakteru ostatecznego. Znaczyło to np., że osoba raz skazana, mogła zostać w przyszłości skazana powtórnie za to samo ‘przewinienie’. Po zaprowadzeniu tego rodzaju porządków w Tuluzie, Arnald i Seila zaczęli podobnie postepować również gdzie indziej: w Cahors skazywali heretyków pośmiertnie, rozgrzebując ich groby, wyciągając stamtad zwłoki i paląc je na stosie. W Moissac skazali na śmierć “hurtem” 210 katarów, paląc ich o jednym czasie i w jednym miejscu. Skargi na inkwizytorów mnożyły się. Papież jedynie zareagował listem do nich, nakazując umiar (którego jednak miało w końcu nie być) oraz dokooptowując do dwójki dominikanów franciszkanina nazwiskiem Stephen de Saint-Thibéry.
Niczego to jednak nie zmieniło. Machina terroru nakręcała się dalej. Powodowała ona jednak nie tylko strach, ale i rosnące oburzenie. Kwestią czasu była w tych warunkach riposta w postaci atakow na dominikanów. Tak więc już w tym samym roku trzech dominikanów wrzucono do studni w Cordes. W 1234 roku konwent tego zakonu w Narbonne został splądrowany przez rozwścieczony tłum. W 1235 roku zaś dominikanie usiłujący dokonać aresztowania w Tuluzie zostali pobici i poszczuci psami. Wkrótce też oficjalnie zostali wygnani z tego miasta przez jego władze (przejściowo, co prawda). Ponieważ nie chcieli stamtad odejść, straż miejska wraz z tłumem mieszczan wyrzuciła ich siłą.
Sytuacja stała sie w międzyczasie tak napięta, że hrabia wręcz nakazał mieszkancom ignorowanie wezwań inkwizycyjnych do stawiania się i składania zeznań. I tak, jak dotąd pisano skargi do papieża na inkwizytorów, tak teraz papież z kolei wziął się za pisanie swoich skarg do hrabiego Tuluzy. W liście do niego wyrażał oburzenie z powodu owego zakazu składania zeznań przed inkwizycją. Skarżył się też, że władze miasta odmawiają sprzedawania czegokolwiek biskupowi oraz klerowi w ogóle, że mnożą się ataki na kler, że biskup nie może wygłaszać kazań itd.
Kilka lat tego rodzaju porządków oraz ich skutków przygotowało podatny grunt dla rebelii. I jeśli w ogóle można się czemukolwiek tutaj dziwić, to nie temu, że do tego buntu w końcu doszło (począwszy od 1240 roku) i nie temu, że doszło do zamachu na inkwizytorów, lecz raczej, że bunt wybuchł tak pózno oraz że zamachów nie było więcej. Szczególnie trójka inkwizytorów (Arnald, Seila i Saint-Thibéry) budziła nienawiść katarów. Nienawiść do tego stopnia wielką, że dowódca garnizonu montsegurskiego, Pierre-Roger de Mirepoix, pragnął pózniej, by zamachowcy przynieśli mu czaszkę Arnalda, którą zamierzał obramować złotem i używać jej jako czarki do picia wina. Był rozczarowany, gdy mu jej nie przyniesiono, gdyż podczas zamachu została rozbita siekierą.
Zamach ten miał miejsce 28 maja 1242 roku w Avignonet. Zginęli Guillaume Arnald, Stephen de Saint-Thibéry oraz kilku ich asystentów (Pierre Seila został w Tuluzie). To zabójstwo (oraz sposób jego popełnienia) nie stanowiłoby chluby dla nikogo, to pewne. Nie jest jednak prawdą, że spowodowało ono reakcję w postaci akcji zbrojnej przeciw katarom oraz oblężenia ich centrum religijnego. Akcję taka zaczęto już planować w roku 1241, na rok przed zabójstwem w Avignonet.
Oblężenie
“…Gdyż wszyscy ci, co uznali panowanie Lucyfera i upadli z Raju, przyszli z siedmiu królestw, wznieśli się na szklane niebo, a za każdego, co się wzniósł, inny spadł…”
Głównodowodzacy armii królewskiej, Hugues de Arcis, rozporządzał zmienną liczbą wojska, sięgająca 10 tysięcy zbrojnych. Odciął najprostszą drogę zaopatrzenia oraz okupował wieś. Swoją akcję rozpoczął 13 maja 1243 roku. “Montségurczycy” mieli po swojej stronie miejsce, którego zamierzali bronić; twierdzę na przeogromnej skale, z trudnym dostępem z punktu widzenia atakujących. Mieli swoją niezachwianą wiarę w słuszność swojej sprawy no i polegali na obietnicach odsieczy (głównie ze strony hrabiego Tuluzy, Rajmunda VII). Byli też dobrze zaopatrzeni w żywność i wodę, a ogromna masa skały ukrywała szereg – z zewnątrz niewidocznych – przejść i ścieżek, którymi można było dostarczać (i dostarczano!) tego, czego potrzebowano, choć nieregularnie.
Przeciw obrońcom natomiast przemawiała mała liczebność ich własnego garnizonu oraz stosunek sił liczbowych żołnierzy jak jeden do kilkudziesięciu (tuż przed oblężeniem liczebność garnizonu wzrosła ze stu, niektórzy autorzy są przekonani, że osiągnęła ok. trzystu zbrojnych).
Trzeba jednak przyznać, że choć przewaga liczebna istotnie była po stronie oblegających, to i Hugues de Arcis stanął przed nie lada problemem. Nie mógł liczyć na szybkie zajęcie fortecy, do której dojście dla oblegających istniało w zasadzie tylko z jednej strony. Nie mógł liczyć na poparcie lokalnej ludności ze wsi, bo sympatie tejże były zdecydowanie po stronie katarów. Jego główna przewaga leżała raczej w tym, że mógł zawsze liczyć na dopływ świeżych sił oraz na niczym niezakłócone zaopatrzenie (z tym z kolei problem mieli obrońcy).
Dodatkową jednak niewygodą dla oblegających był fakt, że – gdy nadeszła zima – ich wojska, a raczej ta ich część, która zajmowała pozycje blisko samej twierdzy, nie mogła nawet liczyć na ochronę przed śniegiem, mrozem i wiatrem na górze. Ci ludzie również musieli wykazać hart ducha, zwłaszcza, gdy oblężenie przeciągało się w nieskonczoność, powodując tym samym zniechęcenie wsród wojsk królewskich. De Arcis był przygotowany na taką okoliczność, nawet jednak i on nie przeczuwał, że zostanie “przykuty” do tej skały na równych dziesięć miesięcy. Jego zadanie okazało się tym trudniejsze, że jego armia cierpiała z powodu ciagłych dezercji oraz – co warte podkreślenia – z powodu biernego współdzialania wielu jego żołnierzy z obleganymi. Tłumaczy to miedzy innymi fakt, że tak często wysłannicy katarscy z łatwością “przedzierali się” przez kordon wojsk królewskich do Montségur i z powrotem.
Probówano atakować twierdzę. Bez skutku. W ciągu pięciu miesiecy od maja do października jedynie trzech obrońców zostało śmiertelnie rannych. Nie posunięto sie ani o metr. Przewaga atakujących robiła jednak swoje. W październiku (lub na początku listopada) baskijscy najemnicy w armii królewskiej wdarli się na występ skalny około 80 metrów od zamku. Tam zbudowano machinę miotającą pociski kamienne (tzw. “trebuchét”), by przy jej pomocy bombardować pozycje obrońców. Wówczas katarzy sprowadzili swojego specjalistę, nazwiskiem Bertrand de La Baccalaria, który zbudował im podobna machinę, bombardującą pozycje oblegających.
Dopiero około 2 do 2,5 miesiąca pózniej baskijscy wspinacze, najprawdopodobniej na skutek zdrady, podeszli (drogą wykutą w skale przez katarów) pod mały barbakan, zaskoczyli jego obsadę, wybijając ją. Od tego momentu położenie obrońców zamku stało się znacznie trudniejsze, jako że z tej odległości “krzyżowcy” mogli już bombardować wschodnią ścianę twierdzy. Była ona jednak wyjątkowo potężna, stąd też kruszenie jej musiało się przeciągać. Tym bardziej, że Baccalaria natychmiast zbudował katarom następną machinę odpowiadającą ‘wet za wet’ machinie francuskiej. Oblężenie przeciagnęło się więc o dalsze dwa miesiące. W ciągu tego okresu przypuszczano wprawdzie ataki na zamek, katarzy jednak zdołali je wszystkie odeprzeć.
Jednak przedłużające się walki dawały się we znaki bardziej obrońcom (których było znacznie mniej) niż oblegającym (których było znacznie wiecej i którzy mogli zmieniać oraz uzupełniać linię ataku). Pierre-Roger de Mirepoix postanowił zatem spróbować wypadu z twierdzy na barbakan, aby go odbić i spalić francuski trebuchet. Wypad ten miał miejsce w nocy z 29 lutego na 1 marca 1244 roku, zakończył się jednak niepowodzeniem. Katarzy zostali odparci, zaś do kontrataku przystąpili z kolei Francuzi i Baskowie, którzy spróbowali wykorzystać sytuację i wedrzeć się do zamku. Obrońcom pospieszyli z pomoca przebywający w Montségur cywile (w tym kobiety). Przeciwnicy zostali odparci i zepchnięci z powrotem do barbakanu. Straty po obu stronach musiały być jednak dotkliwe, zwłaszcza, że walczono na wąskim przesmyku skalnym. Stąd też większa zapewne była liczba zabitych niż rannych.
Negocjacje w sprawie kapitulacji rozpoczeły się nazajutrz, 1 marca 1244. Trwały bardzo krótko i zakończyły się tego samego dnia. Epopeja katarskich Termopil dobiegła konca. Warunki rozejmu były nastepujące:
1. garnizon pozostaje w twierdzy przez nastepnych 15 dni i w międzyczasie wypuści jenców,
2. garnizon otrzymuje przebaczenie wszelkich win przeszłych, włączając w to zamach w Avignonet,
3. mężczyźni pod bronią mogą odejść ze swym bagażem oraz bronią, później jednak będą składać zeznania przed inkwizycją. Otrzymają jedynie lekką pokutę,
4. pozostałe osoby w fortecy otrzymają te same warunki. Nałożona zostanie na nie jedynie lekka pokuta pod warunkiem, że wyrzekną się wiary katarskiej i złożą zeznanie przed inkwizycją. Osoby odmawiające porzucenia herezji spłoną na stosie,
5. twierdza Montségur przechodzi w ręce Kościoła i Korony Francuskiej
Co do punktu 4, wszystkie osoby, które były perfektami oraz te, które przyjęły consolamentum w twierdzy (podczas oblężenia) zostały istotnie spalone. Nie na stosie jednak. Ponad 200 osób (205 do 230) zostało spalonych wspólnie w jednym gigantycznym ogniu, do rozpalenia którego użyto zapewne m.in. części palisady z Montségur i drewnianych części budynków.
Zwraca uwagę wyjątkowo łagodne potraktowanie osób zamieszanych w zamach na inkwizytorów w Avignonet. Jak na “powód” do akcji zbrojnej przeciw heretykom, zamach ten został zatem potraktowany “powierzchownie”. Wydawać by się mogło przecież, że to własnie sprawcy owego zamachu zostaną starannie “wyłuskani” spośród kapitulujących i ukarani jako pierwsi. Tymczasem darowano im nie tylko życie, ale i wolność! Czy była to więc łaskawość “Matki-Kościoła”, zawsze chętnie wybaczajacej zbłąkanym “dzieciom”?
Wątpliwe bowiem dlatego, że gdy “jedną ręką” rozgrzeszano zamachowców, “drugą ręką” wrzucono bezceremonialnie do ognia ponad 200 osób niewinnych żadnej zbrodni i których jedynym przewinieniem było przyjęcie katarskiego sakramentu. Jest to “szczegół” wyraźnie wskazujący, że akcja zbrojna podjęta w Langwedocji nie stanowiła żadnego ‘odwetu’ za zamach na inkwizytorów (choć dziś jeszcze używany jest argument o zamachu jako ‘przyczynie’), lecz że była ona zaplanowaną na zimno akcją, ktorej celem była definitywna eksterminacja wiary katarskiej i dla której ów zamach był jedynie pretekstem.
Pole Spalonych
“…Pamiętaj o tych, co dali więcej niż mogli, więcej istotnie niż posiadali; więcej aniżeli dać powinni…”
Po upłynięciu 15 dni przed głównym wejściem twierdzy stawili się Hugues de Arcis osobiście, w asyście swoich rycerzy. Kościoł Rzymski reprezentowany był przez biskupa Albi oraz przez dwóch inkwizytorów z zakonu dominikanów: brata Ferriera oraz brata Durantiego.
W sumie około połowy wszystkich osób wyprowadzonych z twierdzy spalono tego dnia, 16 marca 1244 roku, pod murami Montségur. Spośród tych, którzy ocaleli, było kilku katarów, którzy wynieśli potajemnie coś, co aż po dziś dzień jest przedmiotem wielu kontrowersji, a mianowicie “skarb z Montségur”. Zeznający później przed inkwizycją Alzeu de Massabrac, powołując się na świadectwo Arnalda-Rogera de Mirepoix stwierdził:
“…gdy haeretici przybyli z twierdzy Montségur, która przekazana została Kościołowi i Koronie Francuskiej, Pierre-Roger de Mirepoix zatrzymał wewnątrz wspomnianej fortecy Amiela Aicarta i jego przyjaciela Hugona, będących heretykami; w nocy, podczas której inni heretycy zostali spaleni, ukrył wspomnianych heretykow i pomógł im zbiec; i było to uczynione, aby Kościół heretyków nie utracił swego skarbu, który ukryty został w lesie; a uciekinierzy znali miejsce, w którym on spoczywa…”
Perfekci tworzyli osobną grupę opuszczajaca twierdzę. Arpaïs de Ravat, córka kasztelana Raymonda de Perella i jego żony Corby (ktora krótko przedtem została perfektą) stwierdza, mówiąc o tej właśnie grupie, że “…zostali brutalnie wywleczeni z twierdzy Montsegur”. Spośród liderów kościoła katarskiego był w tej grupie biskup Bertrand Marty oraz Raymond Aiguilher, który szareg lat wcześniej brał udział (wspólnie z Guilhabertem de Castres oraz innymi liderami) w debacie z liderami katolickimi i Dominikiem w Montreal.
Mniej więcej 200 metrów od samej fortecy, ale wciąż w górnej części wzniesienia, tam, gdzie dziś stoi skromny postument upamiętniający pomordowanych, znajduje się miejsce zwane “Polem Spalonych”. Guillaume de Puylaurens (kronikarz XIII-wieczny, ksiądz, notariusz biskupstwa w Tuluzie, a pózniej kapelan hrabiów tuluskich) informuje, że tam ‘krzyżowcy’ “…zbudowali palisadę ze słupów i pali”. Wewnątrz niej umieścili “niezliczoną ilość chrustu”. Owych ponad dwieście osób zostało tam następnie wpędzonych (lub może wręcz wrzuconych) i spalonych wspólnie. Nie było zatem osobnych stosów.
“Wielkie dni kataryzmu w jego centrum dobiegły końca zarówno w tragedii jak i w chwale, w epizodzie, ktory zademonstrował po raz kolejny niezwykłą siłę kataryzmu w największych przeciwnościach” – przyznaje Malcolm Lambert, autor, którego bynajmniej nie można “posądzić” o zbytnie sympatie katarskie.
“Zmiłuj się, Panie, nad wszystkimi spalonymi z tego świata. Zmiłuj się nad tymi, co miłowali aż poza ten świat. Nad wszystkimi, co miłowali. Nad wszystkimi, co posiadali cokolwiek prawdziwego do umiłowania. Amen”
Epilog
Raymond de Perella, kasztelan Montségur – poddając twierdzę, skazał tym samym na śmierć swoją żonę, jej matkę oraz swoją najmłodszą córkę Esclarmondę (wszystkie one mające status “perfektów” w Kościele Katarskim).
Pierre-Roger de Mirepoix – wbrew pozorom owo ułaskawienie też nie przeszło tak gładko i bez kłopotów, jak by na to wskazywały warunki kapitulacji twierdzy Montségur. Po opuszczeniu twierdzy, Pierre-Roger z Mirepoix znika na okres 11 lat. W 1255 roku wymieniony jest w pewnym dokumencie jako “…pozbawiony swych włości za obronę i podjudzanie heretyków w twierdzy Montségur”. Odzyskał pełnię swych praw w roku 1257.
Guilhabert de Castres – nigdy nie wpadł w ręce inkwizycji. Nigdy nie został przez nikogo zdradzony. Jesli żył jeszcze w okresie oblężenia Montségur w latach 1243-44, był już zapewne w bardzo zaawansowanym wieku.
Twierdza Montségur – po kapitulacji została zburzona po zajęciu jej przez wojska królewskie. Nowym kasztelanem został Guy I des Levis. Za jego czasów (oraz pózniej – w sumie w ciagu 3 wieków) została tam zbudowana nowa forteca. Miała swoj garnizon jeszcze w XVI wieku. W 1757 roku wciąż należała do rodziny des Levis. To właśnie ruiny tej po-katarskiej fortecy zachowały się po dziś dzien i są odwiedzane przez co najmniej sto tysięcy osób rocznie. W roku 1929 Otto Rahn , zafascynowany katarami prowadził tam badania. Pózniej w roku 1947 z inicjatywy rządu francuskiego przeprowadzono częściowe odrestaurowanie ścian zamku. Z kolei w latach 1964-76 badania prowadzone były przez ekipę archeologiczną.
Skarb katarski z Montségur – w sumie – według Berengara de Lavelanet – czterech katarów (włączając dwóch wymienionych powyzej) miało wziąć udział w ocaleniu skarbu z Montségur. Legendy krążyły pózniej na jego temat mówiące m.in. o Świętym Graalu jako owym skarbie. Z całą pewnością skarb ten zawierał pieniądze potrzebne na bieżące wydatki Kościoła (część z nich została wyniesiona z Montségur nieco wcześniej, wtedy gdy “krzyżowcy” zajęli barbakan). Mógł również zawierać szczególnie cenną literaturę. Istnieje interesująca (i warta przeczytania) teoria, według której częścią skarbu miał być – ni mniej ni więcej – Całun Turyński
Kościoł Katarski – kapitulacja twierdzy nie oznaczała końca tego Kościoła. Nie była to zresztą ostatnia twierdza katarska zdobywana przez wojska królewskie. Np. 11 lat później padł Queribus (1255), a i jego upadek nie zakończył działalności katarów. Istnieje opinia, że efektywnie era kataryzmu kończy się w wieku XIV, jesli chodzi o kataryzm we Francji, we Włoszech w wieku XV. Malcolm Lambert wymienia datę 1412, kiedy to w Chieri, na południowy wschód od Turynu, lombardzki inkwizytor dominikanski kazał ekshumować zwłoki 15 heretyków i spalić je publicznie wraz z wizerunkami zmarłych.
Według pewnej tradycji, Christian Rosencreutz, założyciel Różokrzyżowców, był potomkiem rodu Germischhausen, praktykującego kataryzm potajemnie przez szereg pokoleń. Nikt nie jest jednak w stanie zweryfikować obecnie prawdziwości rozmaitych tradycji, zwłaszcza jeśli mowa jest o praktykowaniu kataryzmu potajemnie. Wiadomo np., że wprowadzony został przez Kościół Rzymskokatolicki obowiązek uczestniczenia we mszy świętej oraz w eucharystii, przy czym sprawdzana była obecność. Wiemy zatem, że oficjalnie praktykowanym był rzymski katolicyzm. Natomiast jest rzeczą bezdyskusyjną, że popularność katarów dawała i daje o sobie znać. Francuski Kościół Gnostycki, założony przez Doinela w XIX wieku oparty był do pewnego stopnia na tradycji katarskiej.
Sakrament Consolamentum istnieje do dziś także w kościołach gnostyckich o liturgii bazowanej na katolicyzmie (jak Ecclesia Gnostica). Istniał również, jak się okazuje, przynajmniej do niedawna Kościół Katarski (lub może raczej neo-katarski) w USA, który zdawał się być wspólnotą nieco podobną do Amishów.
W samej Langwedocji sympatie katarskie są po prostu nieustającą rzeczywistością. Stephen Hoeller, biskup gnostycki (Ecclesia Gnostica) w swej niedawno wydanej książce ”Gnosticism. New Light in the Ancient Tradition od inner knowing” cytuje m.in. wypowiedź pewnego sędziwego mieszkańca tego regionu. Usłyszawszy w pewnej rozmowie słowo “katar”, powiedział on: “Catares, Madamme? My zawsze byliśmy katarami, chociaż o tym nie mówimy. I na zawsze też pozostaniemy katarami”. Pozostaje silne dziedzictwo katarskie, choć trudno byłoby znaleźć jakąkolwiek liczącą się instytucję katarską.
Wspomniany powyżej Otto Rahn, który prowadził badania w Montségur i który uzyskał ogromną wiedzę na temat katarów, miał – według niektórych – wręcz sam nawrócić się na kataryzm na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.
Kościół Katolicki - w tym miejscu, niejako na zakończenie, warto zacytować opinię obojga autorów, na których się tu niejednokrotnie powołano:
“…represywny terroryzm narzucany, jako polityka, przez inkwizycję przez kilka stuleci narodom Zachodu – był tym, co mialo podminować gmach Kościoła od wewnątrz i spowodować straszliwe obnizenie standardów moralności chrześcijańskiej i cywilizacji katolickiej (…) Począwszy od XIII wieku nie znajdujemy świętego lub doktora w Kosciele katolickim, wystarczająco odwaznego, by stwierdzić (jak to na przykład czynila Św. Hildegarda w XII wieku), że człowiek mylący się w sprawach religijnych jest wciąż stworzeniem Bożym i że pozbawianie go życia stanowi zbrodnię. Kościół, ktory tak chętnie zapomniał o tej prostej prawdzie, nie zasługiwał na miano “katolickiego”; można stwierdzić zatem, że pod tym względem herezja wymierzyła Kościolowi cios, po którym nigdy nie przyszedł on do siebie.
Zwycięstwo zostało odniesione za zbyt wysoką cenę. Nawet jeśli Kościół Rzymski, przyjmując twardą linię wobec herezji, oszczędził zachodniemu chrześcijaństwu powaznych problemów, które mogły z hukiem doprowadzić całą strukturę społeczną i kulturalną do ruiny – a to pod żadnym względem nie jest pewne – osiagnął on to za cenę kapitulacji moralnej, której konsekwencje ponosi on jeszcze dzisiaj.” (Zoe Oldenbourg)
“Walka z kataryzmem dopomogła w sfabrykowaniu wizerunku heretyka jako sługi Szatana, podczas gdy Vox in Rama Grzegorza IX przybiła pieczęć autorytetu nad rodzajem obscenicznego oszczerstwa, niegdyś uzywanego przeciw wczesnym chrześcijanom a potem, w melancholicznym grymasie, zwróconego przeciw chrześcijańskim heretykom (…) od Vox in Rama droga wiodła az do Malleus maleficarum, Biblii łowców czarownic oraz do szalenstwa, które rozciagnęło się na Reformację i splamiło reputację zarowno katolików jak i protestantów. Był to najważniejszy spadek pozostawiony przyszłości przez epizod katarski – spadek, który sami katarzy z pewnością by odrzucili.” (Malcolm Lambert)
Michał Monikowski
Perth, Australia
Cytaty pod śródtytułami oraz przed epilogiem pochodzą z Kolekty oraz Czytania z mszy gnostyckiej na Montségur Day. Barwa liturgiczna na Montségur Day – fioletowa lub czerwona.
Literatura:
Zoe Oldenbourg. Massacre at Montségur. A History of the Albigensian Crusade. Phoenix Press, London 2000. ISBN I 84212 428 5
Malcolm Lambert. The Cathars. Blackwell Publishers Oxford/UK & Malden/USA 1998/1999. ISBN 0 631 14343 2, ISBN 0 631 20959 X
Continue Reading »