Subscribe to RSS Feed

Posts Tagged ‘Reinkarnacja’

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6

May 28th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6

Gdy bliżej przyjrzeć się tekstom Nowego Testamentu, to okazuje się, że bardzo, bardzo wiele znanych jego fragmentów można zinterpretować w reinkarnacjonistyczny sposób (albo w inny, zgodnie z własną wiarą czytającego). Oto na przykład Paweł z Tarsu pisał w Liście do Rzymian (9; 10-13):

ab„Ale nie tylko ona – bo także i Rebeka, która poczęła z ojcem naszym Izaakiem. Bo gdy one jeszcze się nie urodziły ani nic dobrego czy złego nie uczyniły – aby niewzruszone pozostało postanowienie Boże, powzięte na zasadzie wolnego wyboru, zależne nie od uczynków, ale od woli powołującego – powiedziano jej: starszy będzie służyć młodszemu jak jest napisane: Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści”

Te wersety odnoszą się do t.zw. „Księgi Malachiasza” (1; 2-3), czyli do utworu znajdującego się w t.zw. „Starym Testamencie”, a zatem w zbiorze pism judaistycznych. Już od starożytności też sprawa ta interesowała rabinów. Dlaczego to Bóg miał jednego z dwóch braci „nienawidzić”, a drugiego „umiłować” i to już od samego początku?

„Wcześni rabini doszli do niezwykłej konkluzji. Ponieważ Pismo mówiło, że przeznaczenia obu braci były odmienne już od urodzenia i ponieważ Bóg z całą pewnością był sprawiedliwy, to uznali oni, że jedynym wyjaśnieniem jest to, że Ezaw grzeszył w łonie matki. Brzmi to dziwnie, jednak taką spekulację odnajdujemy w komentarzu do Genezy z około 400 roku n.e. Rabini stawiali hipotezę, że gdy Rebeka przechodziła obok „domów bałwochwalstwa”, Ezaw wskazywał swą preferencję kopiąc nóżką, „gdy natomiast przechodziła obok synygog, wtedy Jakub kopał, próbując wyjść”. Dla tych powodów, uważali rabini, Bóg preferował Jakuba i jego nasienie w stosunku do Ezawa i jego nasienia z pokolenia na pokolenie” (1)

Reinkarnacjoniści niejednokrotnie interpretują ten werset jako dowodzący ich zdaniem reinkarnacji, gdyż jakżeż inaczej „nieistniejący” jeszcze mogli być „miłowani” lub „nienawidzeni”?
„Jednak pomijając tezę o Ezawie grzeszącym w łonie matki istnieją jedynie dwa możliwe wyjaśnienia tej historii: 1: Bóg jest niesprawiedliwy lub 2: obaj chłopcy zasłużyli sobie na swój los w poprzednich egzystencjach.” (2)

I to właśnie tę drugą interpretację akceptuje wielu chrześcijańskich reinkarnacjonistów, także od czasów starożytnych, wiadomo na przykład, że w ten sposób interpretował tę „historię” Orygenes z Aleksandrii. Mało tego: Orygenes argumentował, że taka historia może stać się udziałem każdego człowieka.

Podobnie znany werset z „Mateusza” (26;52) „Wtedy Jezus rzekł do niego: «Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” również doczekał się takiej interpretacji:
„To mogłoby być generalnie prawdą jedynie, gdy istnieje więcej żywotów niż jeden, w których możnaby tej reakcji doświadczyć, gdyż wielu zawodowych wojskowych umiera spokojnie w swoich łóżkach”. (3)

Przyjrzyjmy się dla odmiany innym jeszcze wersetom:
„Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą». Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi».   (Mk 10; 28-31)

No cóż, w tym wypadku chyba trzebaby się zgodzić z reinkarnacjonistami, że istotnie jednego żywota by raczej nie starczyło dla cieszenia się wszystkimi tymi doczesnymi rzeczami wymienionymi tu niczym „jednym tchem”… A co do ostatniego zdania o „ostatnich” i „pierwszych”, to reinkarnacjoniści mają nieraz tendencję do interpretowania go w ten mniej więcej sposób: „Lecz wielu pierwszych w tych inkarnacjach będzie ostatnimi w przyszłych, podczas gdy wielu ostatnich obecnie będzie pierwszymi w przyszłych wcieleniach”. Taka interpretacja zgodna jest z tym, co mówić miał Budda mniej więcej pięć wieków przed Christosem:
„Kto mozolił się jako niewolnik, może ponownie przybyć jako książę za łagodną godność i uzyskaną zasługę. Kto rządził jako król, może wędrować po ziemi w łachmanach za rzeczy uczynione i zniweczone”.

Spójrzmy z kolei na cały, większy fragment, przytoczony tu bez skrótów, by przedstawić cały kontekst zaznaczonego tłustą czcionką cytatu. We fragmencie tym co prawda czytamy o zmartwychwstaniu:
„Wówczas podeszło do Niego kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał i  żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».

Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa “O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją». Na to rzekli niektórzy z uczonych w Piśmie: «Nauczycielu, dobrześ powiedział», bo już o nic nie śmieli Go pytać.” (Łk 20; 27-40)

Od razu nasuwa się pytanie co się dzieje z tymi, co NIE zostaną uznani „za godnych udziału w świecie przyszłym”? Czy znaczy to, że oni jednak dalej żenić się będą i za mąż wychodzić oraz mogą umrzeć?
Biorąc takie fragmenty NT, dziewiętnastowieczny filozof amerykański prof. Francis Bowen w książce „Christian Metempsychosis” zastanawiał się, czy aby w związku z tym jednak obok znaczenia duchowego nie ma także „znaczenia dosłownego uroczystych słów Zbawiciela ‘O ile człowiek nie narodzi się na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego’. Cała wieczność nagrody lub kary zdawałaby się nieadekwatnie zasłużona przez tylko jeden krótki okres próby na Ziemi”.

W ten sposób docieramy do kolejnego cytatu, tym razem owego słynnego cytatu z „ewangelii Jana” z rozdziału 3 (wersety 3 – 12):
„W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci („amen, amen lego soi…”), jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie („gennethe anothen”), nie może ujrzeć królestwa Bożego». Nikodem powiedział do Niego: «Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?» Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha (4) , nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić („dei ‘imas gennothenai anothen”). Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha». W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: «Jakżeż to się może stać?» Odpowiadając na to rzekł mu Jezus: «Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich?I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.”

Warto tu zwrócić uwagę na dwa rodzaje reinkarnacjonistycznego interpretowania słów o „ponownym narodzeniu”. Pierwszy, znacznie prostszy, a przy tym zupełnie niesłuszny, polega na utożsamianiu owego ponownego narodzenia z         reinkarnacją WPROST. Przeczy takiej interpretacji jednak grecki tekst, który mówi wyraźnie, że człowiek musi się „narodzić od góry” („gennethe anothen”), co w połączeniu z wyraźnym podkreśleniem różnicy           między tym, co narodzone z ciała a tym, co narodzone z Ducha, nie pozostawia cienia wątpliwości, że chodzi o narodzenie duchowe. Bardziej wysublimowana interpretacja reinkarnacjonistów jest zatem taka, że chodzi istotnie o narodzenie duchowe, jednak sugerują oni, że osoby, którym nie udało się osiągnąć duchowego „narodzenia od góry”, będą ponownie miały szansę osiągnięcia go w innym wcieleniu. Z całą pewnością Christos, jeśli wierzyć ewangeliom Nowego Testamentu, stawiał wysokie wymagania tym, którzy chcieli ujrzeć „Królestwo Boże”. Czy zatem – zdają się oni pytać – stawiając takie wymagania, Christos nie przewidział możliwości spełnienia tego warunku w przyszłości, o ile nie udałoby się go spełnić w jednym życiu? Stąd też cytowane wyżej zdanie Francisa Bowena o „nieadekwatności” jednego krótkiego żywota doczesnego jako miary dla następującej po nim całej wieczności kary lub nagrody.

Czy pamiętamy jeszcze tę platońską opowieść o żołnierzu imeniem Er, przedstawioną tu w części 4? Według tej opowieści dusze, które udały się do piekła lub do nieba, nie pozostawały tam na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały z powrotem do wcieleń doczesnych. Porównajmy to z poniższymi wersetami z księgi „Apokalipsy Jana”:

„Skoro zachowałeś nakaz mojej wytrwałości, Ja cię zachowam od próby, która ma nadejść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować mieszkańców ziemi. Przyjdę niebawem: Trzymaj, co masz, by nikt twego wieńca nie zabrał! Tego, kto wytrwa, uczynię filarem w świątyni Boga mojego, i na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej („kai ego ou me exelthe eti”). I na nim imię Boga mojego napiszę imię miasta Boga mojego, Nowego Jeruzalem, co z nieba zstępuje od mego Boga, moje nowe imię. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.” (Apo 3; 10-13)

Jeżeli nie ma reinkarnacji – pytają nieraz reinkarnacjoniści – to skąd owe „na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej” ( „kai ego ou me exelthe eti”)? Czy nie oznacza to, że wcześniej ten ktoś „wychodził na zewnątrz”, czyli do kolejnych wcieleń? Czy nie jest to ta sama idea wędrówki dusz, naszkicowana całe stulecia wcześniej przez Platona? Czy dusza nie odbywa swej wędrówki tak długo, aż zostanie oczyszczona i będzie mogła stać się „filarem w świątyni Boga”? Wtedy bowiem z całą pewnością „już więcej” nie będzie musiała donikąd „wychodzić”…

C.D.N.

Przypisy:

1.. Elizabeth Clare Prophet. “Reincarnation. The Missing Link in Christianity”. Summit University Press 1997, s. 173

2.. tamże, s. 174

3.. „Reincarnation. The Phoenix Fire Mystery. An East-West dialogue on death and rebirth from the worlds of religion, science, psychology, philosophy, art and literature”. Compiled and edited by Sylvia Cranston. Foreword by Elisabeth Kübler-Ross, M.D. Theosophical University Press, Pasadena, California 1998, s. 139

4.. “narodzi z wody i z Ducha” – względnie „z wody i tchnienia” („gennethe eks idatos kai pneumatos”):
w t.zw. „pogańskich” religiach misteryjnych inicjacja polegała na symbolicznym „narodzeniu” poprzez oczyszczenie „tchnieniem” czyli powietrzem. Jakby reminiscencją tego, oprócz cytowanych tu wersetów, jest także u „Jana” werset 33 rozdziału 1, gdzie mowa o Christosie jako tym, kto ma chrzcic „świętym tchnieniem” („duchem”). Podobnie u „Mateusza” (3; 11-12) mowa jest o Christosie jako tym, co chrzcić będzie „świętym tchnieniem i ogniem” i w tym celu ma nawet trzymać „wiejadło” (wachlarz) w ręku. Podobnie w „pogańskich” misteriach w Eleusis takie „wiejadło” było używane dla „chrztu powietrzem”. Bóg Dionizos znany był jako „ten z wiejadłem”, gdyż dokonywał podobnego „oczyszczania”.

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 5

Apr 19th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 5

„Kazanie na Górze” – któż spośród chrześcijan o nim nie wie? Nawet ci, co z czytaniem Biblii są „na bakier”, słyszeli jednak to określenie. Może nie za bardzo co prawda kojarzą treść, a może myli im się z czymś zgoła odmiennym. Tak jak w tym dowcipie z czasów PRL, z lat 1970-tych, w którym uczniowie na lekcji historii spytani zostali o Powstanie Warszawskie. Jacy uczniowie, takie były odpowiedzi: „wspaniały zryw patriotyczny ludności stolicy!” – zawołał jeden; „antyradziecka machinacja rządu emigracyjnego”- skomentował inny. Na koniec niedouczony, acz bardzo szczery Dyzio, wywołany przez „belferkę” i zapytany o to, co może powiedzieć o Powstaniu Warszawskim, wycedził:

„No,…. wiem, że ma być, ale nie wiem kiedy…”

„Kazanie na Górze” to jedna z tych części ewangelii „Według Mateusza” („Kata Mathaion”), do których odwołujemy się najczęściej. Jest w nim między innymi następujący fragment (Mt 5; 25 – 26):

„Szybko ureguluj sprawy ze skarżącym cię do sądu, gdy idąc tam, jeszcze jesteś z nim w drodze, żeby czasem skarżący nie przekazał cię sędziemu, a sędzia słudze sądowemu, i zostałbyś wtrącony do więzienia. Doprawdy, mówię ci: Na pewno stamtąd nie wyjdziesz, dopóki nie spłacisz aż do ostatniej monety znikomej wartości.”

Najprostsza interpretacja tego fragmentu to oczywiście jego dosłowne rozumienie: chodzi o kwestie moralne i prawne w tym, doczesnym, życiu (przy założeniu, rzecz jasna, konsekwencji sięgających także do życia pozagrobowego…).

Ale istnieje także inna jeszcze interpretacja: starożytna interpretacja gnostyczno – reinkarnacjonistyczna, sięgająca co najmniej (powtarzam: CO NAJMNIEJ  II wieku n.e. – co najmniej, bo wymieniona została w II wieku n.e. przez Ireneusza z Lyonu).

Najpierw jednak kilka słów o tym, skąd się ona wzięła.

Według starożytnych gnostyków chrześcijańskich, mit Stworzenia wyglądał inaczej niż według mitu „ortodoksów”. Gnostycy owi, pragnąc wyjaśnić skąd bierze się zło na świecie, który (podobno) został stworzony przez Stwórcę (podobno) ze wszech miar doskonałego, używali nieraz schematu „dwóch Bogów”: jeden, ten gorszy, niedoskonały, stworzył świat, w którym żyjemy. Ponieważ ten stworzyciel był sam niedoskonały, przeto i dzieło jego „rąk” też nosi znamiona niedoskonałości – zgodnie z regułą „poznasz rzemieślnika po jego dziele”.

Dlatego też Christos, według nich, udzielił w cytowanym fragmencie nie tylko użytecznej rady moralno – prawnej, ale dotknął również spraw ostatecznych.

Oczywiście, żyjąc w świecie „doczesnym”, stworzonym przez niedoskonałego stwórcę (demiurga), musimy kierować się prawem tego niedoskonałego świata, spłacając nagromadzone w nim własne „karmiczne” „długi”.  Jeśli nie będą one spłacone, to „stwórca” (czyli ów „skarżący”) odda cię w ręce „sędziego” i „sługi sądowego” (czytaj: archontów, władców tego świata z mocy owego niedoskonałego „stwórcy”), a ci z kolei wtrącą cię do „więzienia”(czyli: do kolejnych inkarnacji).

By tego uniknąć, należy żyć przykładnie i doskonalić się w poznaniu Bożej „iskry” w samym sobie („gnothi seauton” !), by móc udać się, gdy pora po temu nadejdzie, wprost z powrotem do tego lepszego, Doskonałego Boga, od którego wszelka dusza pochodzi, i z tym Bogiem się zjednoczyć.

Taka interpretacja posiada analogię z „Sekretną Księgą Jana” (t.zw. „Apokryfon Jana”). Ta księga napisana została przed 185 rokiem n.e.  Jest w niej następujący fragment, w którym Jan rozmawia z Christosem:
http://www.gnosis.org/naghamm/apocjn.html

„I powiedziałem. ‘Panie, ci jednak, co nie wiedzą do kogo należą, gdzie będą ich dusze?’
A on powiedział do mnie, ‘W nich duch podły urósł w siłę, gdy zbłądzili. I on obciąża ich duszę i pociąga ją ku czynom diabła, a ten rzucą ją w zapomnienie. I gdy wychodzi ona z ciała, jest przekazywana władzom, co zaistniały poprzez archona, i zakuwają ją one w łańcuchy i wtrącają do więzienia i obcują z nią póki nie zostanie ona wyzwolona od zapomnienia i osiągnie wiedzę.
I jeśli w ten sposób się udoskonali, zostaje zbawiona.”

C.D.N.

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 4

Apr 15th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 4

Tym razem przyjrzymy się pewnej przypowieści z ewangelii „Według Łukasza” („Kata Loukan”), która również stanowi swoistą „kość niezgody” odnośnie tego co ona „mówi” lub „nie mówi” o reinkarnacji.  Oto cała ta przypowieść, jak napisana u „Łukasza” (16; 19-31):

Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bawełnę i dzień w dzień świetnie się bawił. 20 U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. 21 Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. 22 Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. 23 Gdy w Otchłani („en to hade”), pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. 24 I zawołał: “Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”.25 Lecz Abraham odrzekł: “Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. 26 A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”. 27 Tamten rzekł: “Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! 28 Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. 29 Lecz Abraham odparł: “Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!” 30 “Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. 31 Odpowiedział mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą””.

Chociaż w owej opowieści pojawia się imię Abrahama, uważanego za praojca Zydów, to jednak – jak za chwilę zobaczymy, cała ta historia jest w swym charakterze grecka. Oczywiście o reinkarnacji samej w sobie nie mówi ona absolutnie niczego, poza jednym małym szczegółem. Jednak by móc ją w jakikolwiek sposób ocenić, warto przyjrzeć się temu, skąd w ogóle wzięła się ona w ewangelii.
Otóż gdyby ewangelia ta pisana była jakieś 600 – 700 lat wcześniej, owa przypowieść praktycznie rzecz biorąc nie miałaby szansy pojawienia się w niej. Nie miałaby, gdyż żydowska religia nie posługiwała się jeszcze wówczas ani pojęciem nieśmiertelnej duszy (co czyniłoby niemożliwym jakiekolwiek „rozmowy umarłych”) ani też konceptem „Nieba i Piekła”, które są niezbędne dla powyższego scenariusza.

Obydwa zaś owe kncepty są „pogańskie”, a żydowska kultura zapożyczyła je w całości od Greków. Hebrajskie rozumienie „otchłani” („Sheol”) bliskie jest greckiemu Hadesowi. Hades („niewidoczny”) zaś na pewno nie był po prostu „piekłem”. To była kraina umarłych, do której udawali się wszyscy zmarli, obojętnie czy w życiu doczesnym postępowali dobrze albo źle. Wewnątrz Hadesu jednak było miejsce szczególnie ponure, zwane „Tartar”, dokąd udawali się ludzie wyjątkowo źli lub tacy, którzy szczególnie nie spodobali się bogom. Odpowiednikiem Tartaru w religi żydowskiej byłaby „Gehenna”, którą – tak jak i Tartar – utożsamić można z „piekłem”.

Hades, tak jak rozumiany przez Greków, był miejscem szczególnym. Tam trafiały dusze wszystkich ludzi po śmierci ich ciał. Ale trafiali tam również ludzie żywi. Pamiętamy zapewne opowieść o Orfeuszu i Eurydyce? Otóż „Orfeos”, po śmierci „Euridike” udał się  po nią do Hadesu. Wyszedł stamtąd żywy. Natomiast Persefona („Persefone”, „Persefoneia”) po uprowadzeniu przez Hadesa, musiała wracać tam każdego roku. Orfeusz czy Persefona to swoiste „furtki” dla poglądów reinkarnacyjnych. Bo jeśli żywy człowiek może wejść do Hadesu i stamtąd wyjść żywy – to czy zatem obok dusz tych, co tam na zawsze pozostali, nie mogło być i takich, które stamtąd wyszły?
W tradycji Nowego Testamentu „Hades” też jest, jak u Greków, miejscem przedziwnym. Tam cierpi ów bogacz z przypowieści, ale do tegoż „więzienia” też idzie Christos, by głosić kazanie do dusz  (1Pt 3; 19) . Jednak jego dusza (Christosa) nie została tam pozostawiona na zawsze  (Dz 2; 27-31) .

Zestawmy na moment przypowieść o bogaczu i Łazarzu z konkretną opowieścią grecką. Posłużymy się tu jednym przykładem takich opowieści, autorstwa samego Platona (ok. 427 – ok. 347 p.n.e.). Dla niektórych owa opowieść, zawarta w „Republice”, jest po prostu zwykłą fikcją literacką, inni zaś uważają ją za literacko opowiedziany przykład „Near Death Experience” (NDE). Bohaterem tej historii jest pewien żołnierz imieniem Er „syn Armeniusa, Pamfilijczyk z urodzenia” (Pamfilia to niegdysiejszy region na południu obecnej Turcji, akurat na północ od Cypru). Otóż Er poległ w walce. Jednak jego ciało, w odróżnieniu od ciał innych poległych, nie wykazywało oznak rozkładu. W dwunastym dniu Er zbudził się do życia i opowiedział to, co widziała jego dusza w innym świecie po opuszczeniu ciała. Stanął on mianowicie, wraz z innymi, przed  grupą sędziów, którzy oświadczyli mu, że powróci on z powrotem do życia ziemskiego jako swoisty „posłaniec” do ludzi, by im opowiedzieć co ich czeka w zaświatach:
„siedzieli tam sędziowie, którzy nakazywali sprawiedliwym, po wydaniu na nich wyroku (…), by wznosili się ku górze niebiańską drogą po prawej stronie; i w podobny sposób niesprawiedliwym nakazali udać się w dół drogą po lewej stronie…”
(Tak nawiasem: pamiętamy ewangelicznego „łotra po prawicy” i „łotra po lewicy”? To też koncept grecki i jeszcze będziemy doń powracać…)

Krótko mówiąc, dusze sprawiedliwych udawały się ku niebu po nagrodę, dusze niesprawiedliwych zaś udawały się ku piekłu na potępienie. Lecz nie pozostawały one w tych miejscach na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały na ziemię po nowy żywot, a nawet mogły ten nowy żywot sobie wybrać. Cała opowieść pełna jest tradycyjnych akcentów greckich, łącznie z postaciami z historii Grecji oraz greckiej mitologii. Opowieść ta, jeżeli kogoś ona interesuje, jest dostępna  tutaj w pełnej wersji .

Jak nietrudno zauważyć, obie opowieści, platońska i „łukaszowa”, wykazują uderzające podobieństwa. Obie mówią o tym, że po śmierci ciał, dusze w zależności od tego, jakie życie prowadziły, udają się albo do nieba albo do „piekła” czy „otchłani”. Obie mówią o rozkoszach lub pociechach w niebie oraz o cierpieniach w piekle. Obie one prezentują obraz duszy, która, gdy już raz dotarła do owego piekła lub nieba, nie może przejść na drugą stronę. I obie też pokazują jednak, że pomimo owej niemożności podróży z jednego z tych miejsc do drugiego, istniała możliwość porozumiewania się dusz między sobą – w przypadku przypowieści biblijnej porozumiewanie to odbywa się bezpośrednio niejako ponad „przepaścią” („chasma”), gdy bogacz rozmawia z Abrahamem. W przypadku opowieści Platona to porozumiewanie jest możliwe tylko wtedy, gdy dusze, już po odebraniu nagrody lub ukaraniu w piekle, spotykają się w połowie drogi i opowiadają sobie o swych przeżyciach w obu tych miejscach. Ta platońska wersja sugeruje zatem, że piekło i niebo bardziej są od siebie oddalone niż w wersji biblijnej.

I tak na dobrą sprawę jedyną interesującą nas kwestią, którą obie te opowieści się różnią, jest to, że ta platońska wersja mówi wprost o cyklach reinkarnacji, podczas gdy ta „łukaszowa” nie mówi nam absolutnie nic na ten temat. To znaczy: nie mówi nic bezpośrednio. Bo na zakończenie czytamy w niej w wersetach 30 i 31:

“Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą””.

Czy to oznacza, że wierzono jednak w to, że umarli mogą powstać i kogoś jeszcze ostrzegać, czy też to tylko taka „replika metaforyczna”? Tego się już chyba nie dowiemy. Podobieństwo istnieje jednak i tu pod tym względem, że tak wersety 30 i 31 z ewangelii jak i mit Era mówią wyraźnie o zmarłych jako posłańcach mających ostrzegać ludzi. W ewangelii miałby to być „ktoś z umarłych”, w micie greckim zaś posłańcem tym jest sam Er.

W każdym razie to, co widzimy, jest jeszcze jednym przykładem tego (zaiste nie odbiegającym od biblijnej normy…), że o reinkarnacji nie mówi się wprost ani afirmująco ani negująco. Co oczywiście oznacza, że obie „strony” debaty w czasach nam współczesnych mogą użyć przypowieści „łukaszowej” jako „amunicji” na korzyść swoich tez. I tak jak w innych przykładach Nowego Testamentu tak i w tym, tezy te są w 100% uzasadnione. Jedne i drugie tezy…

Dokładnie to samo dotyczy szeregu innych fragmentów ewangelii. Jednym z nich jest ten w postaci wypowiedzi Christosa z ewangelii „Łukasza” już w scenie ukrzyżowania do „łotra po prawicy” (Łk 23; 43):  „Zaprawdę powiadam ci: dziś ze mną będziesz w raju”.

Uwaga ta mówi tylko i wyłącznie o tym, że obaj ci ludzie będą w raju. Nie mówi natomiast absolutnie niczego o tym, że raz dostawszy się do „raju”, pozostaje się tam raz na zawsze…

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 3

Apr 2nd, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 3

Niemalże „żelaznym argumentem” wymierzonym rzekomo przeciw reinkarnacji, a znajdującym się w Nowym Testamencie, ma być, według anty-rainkarnacjonistów, następujące wyrażenie z „Listu do Hebrajczyków” (9; 27):

„I tak, jak jest przeznaczone ludziom umrzeć raz, a potem jest sąd…”

Jak widać, jest to zdanie, a właściwie tylko wyrywek ze zdania, wyjęty z kontekstu i to w sposób tak totalny, jak tylko to sobie można wyobrazić. Zanim jednak zajmiemy się bliżej tym kontekstem, odpowiedzmy od razu, że to wyrażenie nie przesądza absolutnie o niczym. I nawet, jak zobaczymy, nie jest w stanie przesądzać, gdyż dotyczy zupełnie innego zagadnienia. Ale jeśli już przeciwnicy reinkarnacji pragną – najwyraźniej z braku lepszego „laku” użyć tej semi-sentencji, przypomnijmy to, co napisaliśmy już lata temu w obu częściach artykułu „Reinkarnacja, czyli…”:

“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze“Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”

Praktycznie rzecz biorąc, ponieważ ten fragment zdania nie mówi wyraźnie ani o tym, że dusza człowieka po śmierci wciela się w inne jescze ciała, ani też o tym, że “postanowione duszy jeden tylko raz żyć i tylko i wyłącznie w jednym ciele”, więc de facto do tego „naczynia ze słów” można wlać taki „płyn” interpretacji, jaki kto uważa za stosowny, a i tak będzie „pasował jak ulał”. Szczerze mówiąc – tak, jak zaznaczyłem na samym początku tej małej serii „egzegezy reinkarnacyjnej” – wolałbym zobaczyć coś „czarno na białym”, co swoim jednoznacznym i niepodważalnym charakterem czyniłoby tu wielość interpretacji niemożliwą, bo wtedy przynajmniej nie byłoby jakichkolwiek wątpliwości co do znaczenia wersetów. Sam bowiem osobiście będąc reinkarnacjonistą, nie pragnę wczytywać w istniejące słowa jakichkolwiek własnych poglądów, lecz staram się po prostu widzieć to, co na pewno napisano, a czego nie napisano. No, więc nie napisano tam niczego o liczbie ciał, w jakie wciela się dusza. Ani też o tym ile razy może się ona wcielać w jedno ciało.

Jeżeli zatem mielibyśmy przyjrzeć się przykładom wskrzeszenia przez Christosa Łazarza oraz córki Jairusa, to jak „wyglądałby” ten cytat „…jest przeznaczone ludziom umrzeć raz, a potem jest sąd..” ? Czy owej dziewoi oraz Łazarzowi też było „przeznaczone” umrzeć raz? Oczywiście, można założyć, że ciało istotnie umiera tylko jeden raz -  wspołczesna medycyna zdaje się to jednoznacznie potwierdzać. Co by oznaczało, że Łazarz i córka Jairusa nie umarli w ogóle, lecz albo zapadli w śpiączkę, z ktorej się przabudzili, albo też doświadczyli tego, co obecnie określa się skrótem NDE (Near Death Experience). Ludzie 2 tysiące lat temu mogli tego nie rozróżniać i kogoś z NDE uznawać za definitywnie martwego. Mogły też całe te dwie ich „historyjki” zostać włożone do tekstum by pokazać „wielkość Christosa”, tak jak podobne rzeczy przypisywano innym „cudotwórcom”, jak Apoloniusz z Tiany czy choćby Pitagoras.

No, ale jeżeli jednak oboje byli martwi, a potem „cudownie” zostali wskrzeszeni, to znaczy, że umierali CO NAJMNEJ dwa razy, a nie tylko raz. Więc nawet w tym ściśle „biblijnym” i aż do bólu „ortodoksyjnym” kontekście, interpretacji i „milieu” ten cytat zdaje się nie mówić całej prawdy…

Ale teraz przyjrzyjmy się wreszcie całemu jego kontekstowi.

Cały rozdział 9 „Listu do Hebrajczyków” jest po prostu nie o tym ile jest ziemskich żywotów (zwłaszcza, że mowa o „umieraniu raz”, a nie o „zyciu raz”) lecz o różnicy ofiary Christosa i ofiar judaistycznych, dokonywanych na zwierzątach. Każdy, kto ma Biblię, może tam zajrzeć i dowodnie o tym się przekonać. Nie zamierzamy tu cytować wszystkich 28 wersetów tego rozdziału, pozwolimy sobie na krótkie omówienie.

Autor tego „Listu” dokonuje porównania między powtarzanymi wielokrotnie krwawymi ofiarami na ołtarzach judaizmu z jedną ofiarą Christosa. Nie wypowiada się on w ogóle na temat reinkarnacji, wcieleń oraz duszy. Dość powiedzieć, że w tym liczącym sobie 28 wersetów rozdziale ani razu nie zostaje nawet użyte słowo „dusza” („psyche”) – dosłownie ANI JEDEN RAZ !  Mowa jest jedynie o „Duchu Swiętym” („pneumatos tou agion”) w wersecie 9; 8. To wszystko, jeśli idzie o jakiekolwiek dusze lub duchy.

Autor stwierdza, że judaistyczni kapłani wielokrotnie powtarzają ofiary na ołtarzach, bo tak nakazywało „przymierze” Mojżesza. Pisze o tym, że praktycznie wszystko jest obmywane we krwi, bo inaczej nie ma odpuszczenia grzechów (9; 22). Jednak, że ta wielokrotność ofiar nie ma sensu w „przymierzu” Christosa, który „pod koniec wieku” („synteleia ton aionon”, 9; 26) ukazał się po to, by zgładzić grzechy ofiarą z samego siebie. Dodatkowo (9; 24) Christos nie pojawił się w świątyniach budowanych ludzkimi rękami, lecz w niebie, by wstawić się za nami „teraz” („nun”). Przeto, tak jak raz sądzone ludziom umierać, tak i on raz jeden, przy tym końcu wieku („aionon”) raz się pojawił, by raz zgładzić grzechy „wielu” („pollon”). I że gdy drugi raz się pojawi, to już tylko dla zbawienia tych, co go wyglądają. Tak nawiasem: warto tu dodać, że w czasie, gdy ten „List” był pisany (II połowa I wieku n.e.) dość częste było przekonanie chrześcijan, że ów „koniec wieku” (także rozumiany jako „koniec wszystkich czasów”) był już bliski i że nastąpi jeszcze za życia tamtego pokolenia, czyli pokolenia Piotra, Jana itd. Ci ludzie wierzyli, że „paruzja” czyli „Drugie Nadejście” nastąpi już wkrótce. To z kolei nadawać by mogło dodatkowego sensu słowom rozdziału 9. A mianowicie, że – tak jak napisano w wersecie 26, że „raz jeden” Christos ukazał się, by dać z siebie ofiarę i wkrótce nadejdzie z powrotem.

Rozdział 9 nie mówi nic o duszach ani reinkarnacjach, nie zawiera w ogóle żadnych sformułowań, któreby pośrednio czy bezpośrednio odnosiły się do tej kwestii.

Za to aż się w tym krótkim rozdziale roi od słów takich jak „krew” czy „ciało”. Tak więc krew wymieniana jest jako „krew kóz i bydła” („aimatos tragon kai moschon”), „krew byków i kóz” („aima tauron kai tragon”) i tak dalej (wersety 9; 12,  9;13 ,  9;19), jako „krew przymierza” (aima tes diatekes”) – werset 9;20, potem znowu jest ta krew w wersecie 9;18 , 9; 20 itd. Jest „krew Christosa” („aima tou Christou”) w wersecie 9; 14. Jest „przelew krwi” („aimatekhusias”) w wersecie 9; 22, potem znowu „krew” w wersecie 9; 25. Mowa też jest o „ciele” czyli „sarkos” (dosł. „ciało”, „mięso”) np w wersetach ), 10 czy 9; 14. Ale ani razu autor nawet nie zająknął się o jakiejkolwiek „duszy”!

Tymczasem, jeżeli mowa ma być o reinkarnacji lub o opozycji wobec reinkarnacji, to wspomnienie duszy jest po prostu nieodzowne, bo bez duszy nie ma reinkarnacji. Gdyż to właśnie dusza się wciela, a nie „krew” lub „mięso”.

Dlatego słuszność mają ci interpretujący, którzy odczytują owe „raz człowiekowi umrzeć” jako śmierć ciała jedynie. Bo, po pierwsze, gdy umiera człowiek, to umiera jego ciało, a nie dusza. A po drugie dlatego, że cały kontekst tego wersetu, dosłownie cały rozdział jest o ofiarach „ciała”, „krwi”, „mięsa” i o niczym innym.

Osobiście, tak jak wolałbym w istniejących polemikach, aby wskazywano na jednoznaczne stwierdzenia raczej niż na zagadkowe, tak też jestem przeciwnikiem wyrywania pojedynczych zdań – a nawet, jak w tym wypadku – fragmentów zdań z ich kontekstu, tak bezpośredniego, znajdującego się w tym samym zdaniu, jak i szerszego, zawartego w treści, do której się dane zdanie, lub jego wyrywek odnosi. Takie wyrywki używane jako “argumenty” stają się bowiem same w sobie żenujące.

Jeżeli natomiast – nawet jako nierozstrzygające – przywoływane są one wraz z ich kontekstem, to przynajmniej dają wgląd w pewien możliwy scenariusz (który może nawet okazać się kiedyś prawdziwym), a na pewno jest w stanie stanowić możliwy styl myślenia osób, które blisko dwa millennia temu pisały teksty stanowiące obecnie kanon Pisma. I tylko z tego powodu się tu nimi zajmujemy.

Jako ciekawostkę odnotujmy zatem, że owo wskrzeszenie Łazarza i córki Jairusa oraz ich związek z wersetem Hbr 9;27 nie pozostał niezauważony przez reinkarnacjonistów także w przeszłości. W roku 1684 flamandzki autor Franciscus Mercurius van Helmont wydał w Londynie pracę znaną pod skrótowym tytułem „Two Hundred Queries”. Pełny tytuł, odnotujmy to, brzmi: „Two Hundred Queries Moderately Propounded Concerning the Doctrine of the Revolution of Humane Souls, and its Conforming to the Truths of Christianity”. Zadając pytanie postawione przez nas wyżej, odnośnie co najmniej dwukrotnej śmierci obojga osób wspomnianych w ewangeliach, autor zastanawia się dalej nad owym “raz umrzeć”, pyta ponownie: „Czyż słowa te nie muszą mieć zatem innego , głębszego i mniej oczywistego sensu?”

Cytowana już przez nas dwukrotnie autorka, Elizabeth Clare Prophet, odpowiada:

„Oto pewien „mniej oczywisty sens”: to, co umiera raz i tylko raz, to „cielesny umysł”, jak Paweł nazwał ludzkie ego. Napisał on w liście do Rzymian, „Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś Ducha – do życia i pokoju”. Cielesny umysł jest nastawiony na „sprawy ciała”. Odnosi się to do cząstki w nas, która musi umrzeć, byśmy mogli „odziać się” w naszą „nieśmiertelność”.

Po jakimś czasie, w jakimś momencie, aby uzyskać nieśmiertelny żywot, musimy całkowicie i ostatecznie unicestwić umysł cielesny. Nie stanie się to natychmiast. Paweł pisał „umieram codziennie”. Nierealne ego umiera po trochu każdego dnia aż wreszcie staje sią martwe. Owa śmierć ego jest procesem, tak jak osiąganie nieśmiertelności jest procesem. Aż do momentu osiągniecia tego celu, kontynuujemy wcielenia i doświadczenie sądu (choć nie ostatecznego) po zakończeniu każdego żywota. Lecz gdy uzyskujemy naszą nieśmiertelność, docieramy do kresu zywotów i umierania. Jak Paweł napisał:

‘A kiedy już to, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?’”


Oczywiście w tych wersetach idzie o nieśmiertelność duszy, nie ciała.

Ale spróbujmy przez moment przyjrzeć się jeszcze innej możliwości interpretacyjnej Hbr 9; 27. Bardzo radykalnej możliwości reinkarnacyjnej. Wyobraźmy sobie, że jest wśród nas zwolennik „ortodoksyjnego” rozumienia tego wersetu – czyli rozumienia anty-reinkarnacyjnego, zakładającego, że po jednym życiu duszy w jednym tylko ciele człowieka oczekuje jedynie Sąd Ostateczny. Wiąże on ową „jedną śmierć” z jedną ofiarą Christosa – właśnie dlatego, że Christos poniósł tę ofiarę RAZ  JEDEN dlatego, że i człowiek, według niego, żyje też tylko RAZ JEDEN.

Owemu polemiście rzuca wyzwanie zwolennik owej bardzo radykalnej egzegezy reinkarnacyjnej tego wersetu:

- Jeżeliby istotnie, tak jak twierdzisz, Christos poniósł ofiarę za ludzi raz jeden, bo ludzie żyją raz jeden – zacząłby ten reinkarnacjonista – to nie sądzisz, że oddałby on życie jedynie za tych, którzy byli mu współczesnymi, albo co najwyżej za tych także, którzy go poprzedzili? Jak mógł on zbawić dusze tych, co jeszcze nie istnieli? Czy można zbawić duszę jeszcze nieistniejącą? Za jakie jej grzechy miałaby ona zostać „odkupiona”? Pamiętaj, co pisze autor „Hebrajczyków” w wersecie 26: że Christos  „raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie”. Autor ten zdawał się wierzyć – tak jak wielu w tamtym czasie, że koniec wieku („aion”) lub świata był bliski i dlatego Christos szybko pragnął go odkupić.

Więc jeżeli Christos ten miałby odkupić także ludzi jeszcze nieistniejących oraz dusze nieistniejące, to ile razy jeszcze musiałby się on poddawać torturze krzyżowania i umierania, by ich wszystkich „zbawić”?

Czy nie jest zatem logiczne, że jeśli uczynił to jedynie raz, to po prostu dlatego, bo każda dusza jest wieczna, przechodzi ona jedynie swoje stadia istnienia w rozmaitych wcieleniach. A ponieważ cała wieczność jest jej udziałem, toteż zbawienia jej istotnie wystarczy dokonać tylko jeden raz.

Rejestruję tu owe możliwe egzegezy dla uświadomienia Czytelnikom, że są one częścią rzeczywistości religijnej i filozoficznej, w której żyjemy. Sam jestem reinkarnacjonistą, jednak prezentowane tu poglądy nie są moimi własnymi. Zaznaczam to po raz kolejny, gdyż na portalu „Fronda” odezwały się głosy, według których są to poglądy moje własne.  Link do części 2

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2

Mar 30th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2

W tym krótkim odcinku przyjrzymy się scenie z rozdziału 9 ewangelii „Według Jana”, a mianowicie uzdrowieniu niewidomego człowieka. Oto wersety przedstawiające tę scenę:

Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: ‘Idź, obmyj się w sadzawce Siloam’. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. (Jn 9; 1 – 7)

Zadając Christosowi pytanie o to „kto zgrzeszył”,  apostołowie stawiają dwie możliwości. Najwyraźniej obie wchodziły w rachubę w tamtejszej społeczności, bo inaczej chyba pytanie to nie pojawiłoby się w tekście ewangelii. Wskazując na rodziców jako na winnych, wskazano na znany zapis tak zwanego „Starego Testamentu”, a konkretnie jakże nam „drogiej” Deuteronomii (czyli „Powtórzonego Prawa”), według którego „Jahwe” karze potomstwo za grzechy rodziców:

„Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu” (Dt 5; 9)

Nie, nie idzie nam tu o to, by wyszydzać „Deuteronomię”, choć nie pałamy żadną pozytywną namiętnością do tej księgi. Nawet – o dziwo! – jesteśmy się w stanie zgodzić, że przynajmniej w niektórych wypadkach „karanie następnych pokoleń” jest faktem. Palisz za dużo tytoniu – twe dziecko może na tym ucierpieć; źle wychowujesz potomstwo – skończy ono w „rynsztoku”… I tak dalej. Co prawda nie przypisujemy tej kary jakiemukolwiek Bogu (lub bogu), lecz pożałowania godnym działaniom samych owych rodziców, za które to działania winić należy ich samych, a nie owego Boga (lub boga).

No dobrze, ale co z tą inną wersją, według której to sam niewidomy grzeszy tak bardzo, że się już rodzi pozbawiony wzroku? KIEDY tak zdążył nagrzeszyć?

Są teoretycznie dwie możliwości: albo grzeszył, nicpoń, w łonie matki; albo też… no właśnie: w poprzednim życiu.

Cytowana już poprzednio Elizabeth Clare Prophet (1939 – 2009) argumentuje w taki oto sposób:

„Jan portretuje Jezusa jako nie czyniącego nawet jakiejkolwiek sprawy z reinkarnacji, którąby niewątpliwie uczynił, gdyby się z nią nie zgadzał. Zamiast tego Jezus wychodzi poza myślowe nastawienie swych słuchaczy, prowadząc ich ku innemu poziomowi. „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże”. Autor tej Ewangelii zademonstrował, że człowiek ten urodził się niewidomym nie z powodu jego poprzednich uczynków, lecz ponieważ jego dusza odpowiedziała na powołanie od Boga. Zgodził się on znosić ślepotę aż do czasu spotkania z prorokiem, który przywróciłby mu wzrok”.

Elizabeth Clare Prophet zakłada tutaj jakąś „zgodę” duszy niewidomego na cierpienia, byle tylko świętość proroka mogła zabłysnąć. Naszym zdaniem, biorąc pod uwagę to, w jaki sposób „Stary Testament” prezentuje „Jahwego”, prawdopodobniejsze byłoby, że ten „Jahwe” w ogóle nie liczył się ze swym stworzeniem i jego cierpieniem. Jeśli ten „bóg” potrafił był bawić się Hiobem niczym lalką i mścić się na potomkach za grzechy ich rodziców, to wystarczyła sama jego wola, by kogoś oślepić od urodzenia po to tylko, by jakiś przyszły cudotwórca mógł się wykazać dla jego, „Jahwego” chwały…

Jednak pozostaje trwałe wrażenie, że istotnie, również autor „Jana” uważał za rzecz całkiem możliwą, że reinkarnacja istnieje rzeczywiście. Lub też – jeśli opisane wydarzenie naprawdę miało miejsce, a „Jan” jedynie ograniczył się do jego zrelacjonowania – że istotnie reinakarnacja była możliwością całkiem poważnie traktowaną przez ową społeczność. W istocie wiemy już z innych źródeł (m.in. dzięki żydowskiemu historykowi z I wieku n.e., Józefowi Flawiuszowi), że reinkarnacja była traktowana tam bardzo poważnie.

Odnotujmy w tym miejscu inną jeszcze uwagę E.C. Prophet poczynioną przy tej okazji:

„Zanim rozstaniemy się z historią, przyjrzyjmy się kontrowersyjnej kwestii, jaką podnosi ona w odniesieniu do reinkarnacji: czy ludzie urodzeni z niesprawnościami są odpowiedzialni za swe nieszczęścia? W wielu wypadkach odpowiedź brzmi „tak”. Ich postępowanie w poprzednich może spowodować, że uczą się z doświadczeń i limitacji w następnym życiu. Limitacja taka może w istocie prowadzić do wzrostu duszy. Rozmaite potrzeby duszy determinują czy ludzie rodzą się zamożni lub ubodzy, czy mają życzliwych czy okrutnych rodziców.” (…) „W istocie niesprawność może wcale nie być karmiczna, lecz może stanowić warunek, który dusza zgodziła się znosić w celu nauczania i wspierania innych. Biedni i niefortunni mogą być niezapowiadanymi świętymi noszącymi grzechy świata”.
Rola Christosa w całym opisanym u  „Jana” w rozdziale 9 incydencie jest neutralna w odniesieniu do reinkarnacji. Nie potwierdza jej, nawet swoją odpowiedzią zdaje się jej przeczyć. Jednak jej też nie potępia. Jeżeli natomiast zgodzić się z interpretacją o „zgodzie” duszy na cały „eksperyment” ze ślepotą od urodzenia, to Christos co najwyżej przyjmuje istnienie reinkarnacji „przez aklamację”, lecz bez entuzjazmu.   Część 1 Część3

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1

Mar 29th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1

W kolejnych krótkich odcinkach zajmiemy się interpretacją („exegesis”, „exegeisthai”) Nowego Testamentu z punktu widzenia reinkarnacjonistycznego. Osobiście nie dostrzegam bezpośrednio niczego przesądzającego o reinkarnacjonistycznych lub niereinkarnacjonistycznych przekonaniach autorów tych ksiąg chrześcijańskich w samych tekstach przez nich napisanych – czemu dałem wyraz w obydwu artykułach „Reinkarnacja, czyli…” ( część 1 oraz część 2 ). I generalnie nie uznaję niczego za rzecz całkowicie udowodnioną dopóki nie zostanie ona wykazana NAUKOWO w sposób nie budzący najmniejszej wątpliwości (co w odniesieniu do paru kwestii sprzed ok. 70 lat przyniosło mi już kilkakrotnie posądzenie o „łamanie prawa”). Jednak interpretacja rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza jeżeli – tak jak tutaj – Nowy Testament nie zawiera jednoznacznych sformułowań, a zamiast nich posługuje się słowami, które pozostawiają „furtkę” szeroko otwartą dla rozmaitych możliwości.

Czego zatem uczył Iesous Christos – lub też co najmniej autorzy pism nowotestamentowych, którzy na tego Christosa się powoływali? Czego uczyli, gdy chodzi o kwestię reinkarnacji?  Przyjrzymy się bliżej temu jak i dlaczego uważają oni, że reinkarnacjonizm jest zawarty na kartach kanonicznych pism chrześcijańskich.

Zacznijmy zatem od początku, czyli od tego kim był Christos i przez kogo miał zostać „poprzedzony” w swej działalności.

Christosa miało poprzedzić powtórne pojawienie się Eliasza. Tak mówią autorzy tekstów ewangelii Nowego Testamentu. I bazują swoją opinię na cytatach z „Księgi Malachiasza”, a konkretnie na Ml 3;1,5 oraz 23:

Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów.”

Wtedy przybędę do was na sąd i wystąpię jako świadek szybki przeciw uprawiającym czary i cudzołożnikom, i krzywoprzysięzcom, i uciskającym najemników, wdowę i sierotę, i przeciw tym, co gnębią obcych, a Mnie się nie lękają – mówi Pan Zastępów.”

Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego.”

I do tych fragmentów nawiązują ewangelie Nowego Testamentu, gdy mowa w nich o tym, kim był Jan Chrzciciel oraz Iesous Christos.

Także król Herod posłyszał o Nim gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: «Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w Nim».Inni zaś mówili: «To jest Eliasz»; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: «To Jan, którego ściąć kazałem, zmartwychwstał»”. (Mk 6; 14-16)

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?» A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków»” (Mt 16; 13-14)

O wszystkich tych wydarzeniach usłyszał również tetrarcha Herod i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych; inni, że Eliasz się zjawił; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Lecz Herod mówił: «Jana ja ściąć kazałem. Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę?» I chciał Go zobaczyć.” (Łk 9; 7-9)

Według „Kata Ioannen” (czyli ewangelii „według Jana”), gdy Jan Chrzciciel jeszcze żył, pytano i jego osobiście kim jest.

„Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś?»,  on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie!»” (Jn 1; 19-21)

Czyli: Jan Chrzciciel osobiście zaprzeczył, by był Eliaszem. To jednak nie koniec. Bowiem Sotera miał poprzedzić właśnie Eliasz. Potwierdza to sam Christos w Mt 11; 11 – 15:

Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!

A zatem Jan to jednak Eliasz…

Jednak „sprawa Eliasza” na tym się nie kończy. Oto bowiem u „Marka” Christos ulega „transfiguracji” czyli „przemienieniu” i to w towarzystwie Mojżesza i Eliasza właśnie:

„Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. (Mk 9; 2 – 4)

I pytali Go: «Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że wpierw musi przyjść Eliasz?» Rzekł im w odpowiedzi: «Istotnie, Eliasz przyjdzie najpierw i naprawi wszystko. Ale jak jest napisane o Synu Człowieczym? Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym. Otóż mówię wam: Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak, jak chcieli, jak o nim jest napisane»” (Mk 9; 11 – 13)

W ewangelii „Kata Mathaion” („Mateusza”) ta scena również jest opisana w rozdziale 17. Różnica w porównaniu do cytowanych wyżej wersetów z „Marka” o tym, że „Eliasz już przyszedł” jest jednozdaniowa, ta, że u „Mateusza”  „uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu” (Mt 17; 13).

No, to mamy dylemat: czy tym „prawdziwym” Eliaszem był ten, który był Janem Chrzcicielem, czy też ten, który ukazał się obok Christosa w „przemienieniu”? Czy Eliasz posiadał zdolność „bilokacji”? I to takiej trwającej całe lata życia człowieka aż po wiek dorosły? (bo Chrzciciel nie został przecie ścięty jako niemowlak, albo?). Ewangelie o tym nie mówią. Tak czy owak, istotnie można odnieść wrażenie, że autorzy ewangelii kanonicznych wierzyli w reinkarnację. I że przedstawili Jana Chrzciciela jako przereinkarnowanego Eliasza.

Zdania na temat tych cytowanych tutaj wersetów i ich znaczenia są podzielone. Jedni autorzy twierdzą nieraz, że słowa Christosa są prawdziwe, ale że nie potwierdzają generalnie żadnej doktryny reinkarnacji (istotnie, można w tekście doszukać się jeszcze wiary w reinkarnację, ale akurat nie jakiejś konkretnej TEORII na jej temat). Inni zaś twierdzą, że to nie są słowa Christosa, te, które odnoszą się do Eliasza i „Baptistesa”. Lecz że zostały one włożone jedynie po to, by jakoś wykazać, że Christos to istotnie ten  „Mesjasz”, o którym mówi księga Malachiasza z tak zwanego „Starego Testamentu”.

Przyjrzyjmy się jak argumentuje w tym przypadku chrześcijańska autorka, reinkarnacjonistka, Elizabeth Clare Prophet w książce „Reincarnation. The Missing Link in Christianity”:

„Zajmijmy się najpierw argumentem teologów. Według niego to, że Jezus powiedział, że Jan był Eliaszem, „który miał powrócić”, nie oznacza, że zamierzał on dawać do zrozumienia, że prorok reinkarnował. Eliasz był unikalny, ponieważ nie umarł w naturalny sposób, lecz został zabrany rydwanem do nieba. Dlatego też jego ciało było odmienne od ciała jakiegokolwiek człowieka w historii.

W swej książce „Reincarnation and Christianity” dr Robert Morey opowiada się za standardowym argumentem chrześcijańskim: ponieważ Eliasz nigdy nie umarł, więc gdy pojawił się na Górze Przemienienia, ukazał się jako „wciąż żyjący i w swym pierwotnym ciele”. (nie wspomina jednak w jakim ciele pojawił się Mojżesz!).

Morey pomija inną ewentualność – że Eliasz przybył w ciele duchowym. Taki byłby wniosek kogoś zaznajomionego z żydowskim mistycyzmem (przemienienie ma w sobie wiele podobieństw z wizjami mistyków z Merkabah …). Mistycy ci, tak jak i późniejsi kabaliści, uznawali zarówno Enocha (który udał się do nieba podobnie jak Eliasz) oraz Mojżesza za postacie deifikowane. Ciała ich zostały przetransformowane ze zniszczalnych w ciała duchowe – „ciała niebiańskie”, o których pisze Paweł (1Kor 15; 40).

Ci Zydzi, którzy wierzyli w reinkarnację, mogliby łatwo zaakceptować ideę, że Jan był reinkarnacją Eliasza. Ponieważ Jan już nie żył, jego dusza mogła zatem pojawić się w przemienieniu  jako Eliasz w ciele duchowym.

Gdy Morey usiłuje przekonać nas, że Eliasz wciąż nosił swoje dziewięćsetletnie ciało fizyczne, ignoruje on jasne stwierdzenie w Ewangeliach, „Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak jak chcieli”. W oczywisty sposób reinkarnacja jest tym, co autorzy mieli na myśli.

Wielu naukowców uważa, że Jezus nie poczynił owych stwierdzeń „Jan jako Eliasz”. Uważają raczej oni, że zostały one dodane przez autorów Ewangelii. Prezentując pogląd popularny wśród naukowców, XX-wieczny teolog katolicki Hans Küng mówi nam, że wersety o Eliaszu są „popularną tradycją, marginalną w ewangelii”. Jesus Seminar, grupa ponad dwustu umiarkowanych i liberalnych badaczy, uważa te wersety za inwencję tych, którzy pragnęli dowieść, że Jan Chrzciciel był zaprorokowanym poprzednikiem Jezusa, Mesjasza.

Czy badacze ci mają słuszność czy też nie, ich argument nie podważa faktu, że chrześcijanie, którzy napisali Ewangelie w późniejszych latach I wieku, wierzyli w reinkarnację. A wiemy także, że niektórzy z pierwszych chrześcijan próbowali używać tych wersetów, by dowodzić reinkarnacji.

Jeżeli w istocie wiara w reinkarnację była obecna we wczesnym chrześcijaństwie, to czy zapoczątkowana została ona przez Jezusa? Gdy prześledzimy tę wiarę posuwając się w czasie z powrotem do  chrześcijańskiego gnostycyzmu i zestawimy go z żydowskim mistycyzmem, odpowiedź może stać się jasna.” (rozdz. 9, str. 100-101).

Ale tym zajmiemy się innym razem…

Link do części 2

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacja – czyli: JEST JESZCZE LEPIEJ, Panowie!

Aug 10th, 2009 by monio
Reinkarnacja – czyli: JEST JESZCZE LEPIEJ, Panowie!

Poniższy tekst stanowi kontynuację oraz poszerzenie tez artykułu zamieszczonego wcześniej pod tytułem „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!”.  Bezpośrednim bodźcem do napisania obecnego tekstu stały się obszerne cytaty zamieszczone pod tamtym, pierwszym artykułem, gdy pojawił się on w serwisie http://www.kosciol.pl/article.php/200411140625438. Zawarte w nich argumenty zasługują, jak uznałem, na szerszą odpowiedź. Serdecznie dziękuję (i to wciąż, dzisiaj jeszcze!) „Łukaszowi” za zwrócenie mi na nie uwagi. Również „MedievalMan” (Andrzej), stały i zadomowiony gość tamtego Serwisu (i mój stary znajomy z niejednej  dyskusji)  zasugerował wtedy powrót do tego tematu. Powróciłem więc do niego ponownie (i zapewne nie po raz ostatni). Pod tekstem podane są linki do użytecznych stron na ten temat.

Nie będziemy tu jakimś „tytułem rewanżu” próbowali montować tezy, według której np. wiara w fizyczne zmartwychwstanie ciał “okalecza człowieczeństwo poszczególnego człowieka niszcząc jego osobowość” (to też autentyczny cytat wyjęty z ust polskiego duchownego nt reinkarnacji…). W ogóle nie zamierzamy się tu ustosunkowywać do tezy o fizycznym zmartwychwstaniu ciał. Nie będziemy więc próbowali dokonywać jej oceny jako czegoś doskonałego, dobrego, złego czy nijakiego, zostawiając to samym wierzącym. Nie zamierzamy w związku z tym zestawiać całego tasiemca cytatów, od starożytnych po współczesne, wykpiwających teorię zmartwychwstania ciał (a byłoby co poczytać i z czego się pośmiać) choć zapełniłyby one niezłą broszurkę. Ustosunkujemy się jedynie do ataków na reinkarnację i do oceny tych ataków, nie próbując żadnego kontrataku czy „przeniesienia walki na terytorium przeciwnika”. Gdybyśmy bowiem to zrobili, zarzuconoby nam od razu obrazę uczuć religijnych i hipokryzję.

Dlaczego trwa?

Ileż to zawdzięczamy „poganom”! My i „ortodoksi”! Nie byłoby dzisiaj żadnej dyskusji o reinkarnacji między nimi a nami, nie byłoby zaangażowania całych nieraz ośrodków kościelnych, ba, nawet poszczególnych najwyższych rangą hierarchów. Nie byłoby w ogóle żadnej dyskusji na ten temat, gdyby nie ogromne dziedzictwo „pogańskie”, które my, heretycy, dzielimy wraz z „ortodoksami”. Bo żeby taka dyskusja stała się możliwa, to najpierw konieczny był koncept nieśmiertelnej duszy. A ten starożytni Żydzi przejęli wprost od pogan, najprawdopodobniej od Greków. Przejęli i zachowali go. I dzięki temu wszystkie trzy religie „niepogańskie” były w stanie rozwinąć całe filozofie bazowane na tym koncepcie przejętym od religii, o których niektórzy nasi ortodoksi twierdzą, że tak niewiele rzekomo mają z nimi wspólnego.

Wiedząc jak cienka jest ewidencja potępiania przez kościół chrześcijański idei reinkarnacyjnej, kardynał Schőnborn użył niedawno zadziwiającego argumentu. Mianowicie kościół nigdy formalnie jej nie potępił…

„nie dlatego, by mógł uważać ją za doktrynę do pogodzenia z wiarą chrześcijańską, lecz wprost przeciwnie, ponieważ reinkarnacja w tak oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom tej wiary, że potępienie nigdy nie wydawało się konieczne.”

Przyjrzyjmy się temu bliżej. Gdyby istotnie tak było, że reinkarnacja była nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to po prostu wiara w nią nie trzymałaby się go, a praktycznie rzecz biorąc trwa ona w nim bez przerwy. Byłoby to po prostu niewykonalne. Już sam fakt jednak, że jest ona nieprzerwanie w nim obecna, stanowi żywy i niepodważalny dowód, że godzi się ona z nim perfekcyjnie. Nie jest ona sprzeczna z żadną wartością chrześcijańską. Dosłownie z żadną.

Jeśli natomiast miałaby ona być nie do pogodzenia z naszą religią, to nie trzymałaby się ona jej tak jak nie trzyma się jej politeizm. Te dwa systemy: chrześcijaństwo i politeizm po prostu się siebie nie trzymają (no, mówi się co prawda o mormonach, że są politeistami, ale ich politeizm jest pozorny i powierzchowny). Politeizm trzyma się natomiast i to całkiem dobrze hinduizmu. Niekoniecznie dlatego, ze hinduizm nie może być czym innym niż politeizmem. Może, bowiem istnieje w nim także nurt monoteistyczny, a nawet panteistyczny.

Chrześcijaństwo od samego swego początku stykało się z kulturami politeistycznymi dokładnie tak, jak z reinkarnacjonizmem. Jednak reinkarnacjonizm zadomowił się w nim na stałe, podczas gdy politeizm nie.

Fakt, że politeizmu w chrześcijaństwie nie uświadczysz, jest z kolei niepodważalnym dowodem, że jest on z nim (przynajmniej teoretycznie) istotnie nie do pogodzenia. Jedną z przyczyn (choć nie jedyną, oczywiście) jest fakt, że chrześcijanie od początku i bez owijania w bawełnę stwierdzali, że ich zdaniem jest tylko jeden Bóg (ewentualnie dwóch lub jeden oraz demiurg). Postępowali oni zatem w sposób zupełnie odwrotny niż sugeruje kard. Schőnborn, według którego potępienie poglądu nie jest konieczne, jeśli pogląd ten w oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom (…) wiary”.

Nie da się tego powiedzieć o reinkarnacji, co do której takich zdecydowanych stwierdzeń nie było. Polemiści próbujący (tak jak chociażby o. Jacek Salij) podważyć sens reinkarnacjonizmu w naszej religii m.in. za pomocą cytatów biblijnych, stąpają tu po wyjątkowo śliskim gruncie, bo żaden cytat biblijny, jak wskazywaliśmy już w poprzednim artykule, nie zawiera niczego, co stanowiłoby jakąkolwiek ewidentną krytykę reinkarnacjonizmu. To, co zatem owi polemiści mogą nam przeciwstawić w tej mierze, to ich własne interpretacje poszczególnych, nielicznych (na ogół jednozdaniowych) cytatów. Nie inaczej wygląda to w owym słynnym, nieustannie przywoływanym cytacie z Listu do Hebrajczyków, do którego ustosunkowaliśmy się już 2 lata temu w artykule „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!” :

“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze “Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”

To nasza interpretacja tego wersetu. Przeciwnicy reinkarnacji mają oczywiście swój własny sposób tłumaczenia tego fragmentu, co niewątpliwie potrafimy uszanować. Ba, nie wykluczamy i tego, że autor owego Listu sam nie wyznawał reinkarnacji. Sposób sformułowania tego zdania jak najbardziej uzasadnia i taką możliwość.  Jednak nawet jeśli tak istotnie było, to nigdzie w jego tekście nie znajdziemy jakiegokolwiek potępienia takich wierzeń, dokładnie tak, jak nie znajdujemy ich gdziekolwiek indziej w całej Biblii, bo już nie tylko w Nowym Testamencie.  Stąd też moje wcześniejsze określenie o „milczeniu grzmiącym niczym ciężkie działa”. Grzmiącym nie poparciem reinkarnacjonizmu, ale grzmiącym brakiem jego krytyki. Dlatego też poźniejsze pełne nieraz przysłowiowej „piany na ustach” tyrady innych zupełnie autorów z powołaniem się na teksty biblijne, stanowią zabieg w tym samym stopniu wątpliwy w sensie merytorycznym, co wręcz po prostu nieuczciwy.

Poglądy reinkarnacjonistyczne stanowią u nas stały już element tradycji i wszystko wskazuje na to, że tak już pozostanie. Probują liczni teologowie, hierarchowie i bibliści wykazać i udowodnić jej “obcość” u nas i wszyscy dobrze widzimy z jak beznadziejnym skutkiem: reinkarnacjonistów  u nas coraz więcej. Skutek ten sam w sobie wykazuje ponad wszelką wątpliwość, że jeśli cokolwiek tu jest istotnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to raczej próby “odkrojenia” odeń reinkarnacjonizmu. Zupełnie one zawodzą i stanowią całkowitą stratę czasu i energii. Skazane są (i były) na całkowitą klęskę i to już od samego zarania. Wypada jednak przyznać, że odegrały one też pozytywną role swego rodzaju “próby ognia” oraz testu, który reinkarnacjonizm zdał po prostu celująco, wychodząc zwycięsko z owych egzaminów i wodząc za nos swych “prześladowców” niczym Joanna d’Arc swoich sześcdziesięciu sędziów w Rouen. Reprezentuje ona upór i witalność godną owej dziewiętnastolatki z Lotaryngii. Ma jednakże nad ową zbrojną dziewicą ogromną przewagę: reinkarnacjonizmu nie da się spalić niczym żywego człowieka.

Czy jednak – brzmi uzasadnione pytanie – kościół chrześcijański nie powinien odrzucić reinkarnacji w celu zachowania pewnego niekwestionowanego fundamentu, pewnych granic, po przekroczeniu których chrześcijańska tożsamość staje pod znakiem zapytania?

Na ten argument udzielić można dwojakiej odpowiedzi, a obie jej części, traktujące o rozmaitych aspektach zagadnienia, doskonale się wzajemnie uzupełniają, jeśli nie wręcz zazębiają:

  • Właśnie po to istnieją rozmaite kościoły, denominacje, nawet sekty, by mogły one zachować, strzec i propagować rozmaite dogmaty, rozmaite interpretacje dogmatów, interpretacje wierzeń czy Biblii (i takie też zadania same sobie stawiają). Tak więc “rozmywaniem granic” nie ma specjalnego powodu się przejmować. Jest to, nawiasem, jeden z tych powodów, dla których nie należy tworzyć jednej wspólnej instytucji kościelnej z jedną hierarchią i doktrynalną urawniłowką. Historia uczy bowiem, że takie unifikacje, obok oczywistej sztuczności, przynoszą ze sobą pokusę – a co za tym idzie, również praktykę – uniformizacji, której owocem jest nietolerancja nawet w ramach jednego i tego samego kościola, “denominacyjny imperializm”, który dokonał w przeszłości straszliwego spustoszenia i przyniósł ze sobą poźniej prawdziwie bolesne podziały i niejedną wojnę religijną chrześcijansko-chrześcijanska oraz wiele straszliwych zbrodni czyniących z kościoła kościoł-imitacje. Lepiej już, jeśli się denominacje kłocą niż żeby chrześcijanie mieli się wzajem nienawidzić.
  • Troska o granice dogmatyczne i obawa przed dogmatycznym relatywizmem przesłania znacznie ważniejszą kwestię: kwestię relatywizmu moralnego, która gubi się nieraz w gąszczu szarpaniny np. o prymat papieski, liczbę sakramentów oraz czy sakramenty są ważne tylko w jednym kościele i czy wolno przystępowac w kościele innym niż własny. Prowadzi się dziką kampanię dzielenia chrześcijan na chrześcijan i niechrześcijan. Owa mania “wykluczactwa” sięga już nieraz takich szczytów, że nawet podstawowe wspólne akcje o charytatywnym charakterze stają się niemożliwością. Miałem szereg lat temu okazję rozmawiać ze Świadkami Jehowy na temat takich wspólnych akcji i zapytałem, czy prowadzą takie akcje np. wspólnie z kościołem katolickim. Odpowiedzieli, że nie. Na pytanie zaś o powody tego stanu rzeczy stwierdzili, że m.in. dlatego ,że “nie uznajemy ich (t.j. KRK) dogmatu o Trójcy Świętej”. My też nie mamy się tu czym poszczycić, bo nasze dytansowanie się od nich w kwestii wspólnej działalności motywowane jest tymi samymi powodami.
  • Stara, chrześcijańska tradycja…

    Niejednokrotnie czytamy, że antropologia biblijna rzekomo wyklucza reinkarnację. Korzeni tej antropologii poszukiwać należałoby oczywiście już w Starym Testamencie.

    Ale właśnie ten argument pośrednio dodatkowo uzbraja naszą tezę. Otóż fakty, które się przytacza (a których nie negujemy, jeśli już, to  raczej wręcz przeciwnie) świadczą jedynie o tym, że Żydzi z owego okresu nie znali (lub co najmniej mogli nie znać) pojęcia reinkarnacji. Nie dziwi to wcale: skoro bowiem później niż poganie posługiwać się zaczęli pojęciem nieśmiertelnej duszy, to i później też przyszło im zastanawiać się nad pojęciem reinkarnacji. Nie znając go zaś, nie mogli go odrzucać. Odrzucać bowiem da się jedynie coś, o czym się wie. Odrzucanie lub akceptacja (tudzież obojętność) były zatem dla nich możliwe tylko po tym, gdy koncepcja ta stala się dla nich dostępna. Stąd też dziś część z nich tego konceptu nie aprobuje, a część aprobuje, wszyscy oni jednak są Żydami. Byłoby raczej nieładnie z naszej strony pouczać judaistów co to jest “prawdziwy judaizm”. Chyba, że jesteśmy gotowi z pokorą poddać się tyradzie np. sikha na temat tego, czy jesteśmy “prawdziwymi chrześcijanami” i dać się takiemu uturbanionemu Azjacie “wykluczyć” z naszej religii, jeśli on dojdzie do wniosku, że się już nie zaliczamy

    Argument o “wykluczeniu przez nieznajomość” jest zatem poważną pułapką.

    Jeśli przed Kolumbem w Europie nikt nie wiedział o istnieniu Ameryki, to czy fakt tej niewiedzy wykluczał jej istnienie? I czy po jej odkryciu kwestią “ortodoksji” naukowej jest nieuznawanie możliwości istnienia tego kontynentu? Czy fakt, że nie spotykamy się na codzień z “kosmitami” stanowi dowód rozstrzygający o braku życia poza naszą planetą? Zgoda, historycznie rzecz biorąc systemy religijne i filozoficzne bazowały na założeniu, że gdzie indziej nie ma życia ludzkiego (lub podobnego). Nie da się jednak na tej podstawie wykluczyć innych możliwości, tak jak nie sposób kompromitować tych religii. Czy zatem wierzący w istnienie “kosmitów” to ludzie, którzy kompletnie błądzą?

    Po to, by w cokolwiek wierzyć, nie trzeba dowodow, że wierzono tak już przed wiekami czy tysiącami lat. Naukowcy co prawda nie wykluczają, że koncepcje reinkarnacyjne mogły istnieć niemal od zarania historii ludzkości, ale nawet gdyby ich wtedy nie było, to co z tego? Chrześcijaństwo ani judaizm czy islam też nie istnieją “od zawsze”, czy zatem należy je z tego powodu marginalizować?

    Tak i z reinkarnacją: wierzyć w nią można, nawet gdyby jako koncepcja pojawiła się dopiero wczoraj. Gwoli ścisłości podkreślić warto jednak, że tak oczywiście nie jest. Samo chrześcijaństwo jest “młodzieniaszkiem” wobec tej koncepcji, co oznacza, że cała chrześcijańska tradycja i dogmatyka jest od niej młodsza. A w samym chrześcijaństwie (żeby już zbyt daleko w przeszłośc nie wychodzić) jest ona starsza niż zdecydowana większość tradycji, starsza niż wszystkie dogmaty. Wiara w nią czyni zatem z każdego chrześcijańskiego reinkarnacjonisty spadkobiercę tradycji:

    -          starszej niż dogmat o Trojcy Świętej,
    -          starszej niż doktryna o wspołistotności Pomazańca z Bogiem Ojcem, czyli:
    -          starszej niż cała kontrowersja ariańska,
    -          starszej niż Credo nicejsko-konstantynopolitańskie,
    -          starszej niż proklamowanie Marii “Matką Boską” (Theotokos),
    -          starszej niż wiara w Niepokalane Poczęcie oraz Wniebowzięcie (nie mówiąc już o dogmatach na ich temat,  bo są one wręcz tworami “historii najnowszej”, gdzie jeden z nich liczy sobie trochę tylko ponad pół wieku…),
    -          starszej niż jakikolwiek “Ojciec Kościoła”,
    -          starszej niż kult jakiegokolwiek świętego,
    -          starszej niż papiestwo, a co za tym idzie:
    -          starszej niż wiara w papieską nieomylnośc (nie mówiąc już o dogmacie o tej nieomylności…)
    -          starszej niż znany nam kanon Pisma Świętego (zwłaszcza chrześcijański)…
    -          starszej niż jakiekolwiek potępienie Orygenesa,
    -          starszej niż którykolwiek sobór powszechny i jego ustalenia (nie mówiąc już o jakiejkolwiek współczesnej nam kampanii antyreinkarnacyjnej, prowadzonej przez którykolwiek ośrodek lub jakiegokolwiek ojca dominikańskiego…)

    Możnaby tak długo jeszcze ciągnąć… Mówimy tu zatem – praktycznie rzecz biorąc – o reinkarnacji jako stałym i ugruntowanym elemencie chrześcijańskiej tradycji oraz depozytu wiary chrześcijańskiej, a nie o jakimś “obcym ciele”. Obcym ciałem, jeśli chodzi o ścisłość, były u nas inkwizycja i zbrodnie popełniane w imie dogmatu i t.zw. “prawdziwej wiary”. To one z chrześcijaństwem, jako ideą,  nie miały absolutnie niczego wspólnego, tak jak pozbawione jest jego ducha “wykluczactwo” bazujące na tym, że ktoś nie uznaje takiego czy innego dogmatu lub wierzy sobie w reinkarnację. Jeśli cokolwiek zatem jest tu w stanie okaleczać chrześcijaństwo, to takie właśnie praktyki wykluczackie, a nie wiara w reinkarnację, która tej religii ani nie przyczynia żadnej szkody, ani też jej nie przyczyniała w przeszłości.

    Stwierdziwszy zaś, że nasz rodzaj wiary chrześcijańskiej istnieje od zarania dziejów naszej religii, nie twierdzimy, że był to jedyny reprezentant chrystianizmu w przeszłości. Pod tym względem różnimy się od (niektórych) naszych ortodoksyjnych koreligionistów, którzy fakt istnienia w starożytnym chrześcijaństwie wrogów naszej wiary próbują uczynić jedynym chrześcijańskim punktem widzenia. Poszczególne zaś wypowiedzi takiego rodzaju z tamtego okresu mianują dowodem, że to kościół (cały?) jednoznacznie potępiał itd.

    Kwestie biblijne “Drogą do nikąd”

    Jak już wiemy, Biblia w ogóle niczego nie mówi na interesujący nas temat. Nie mówi, gdyż autorzy najstarszych jej ksiąg nie byli w stanie ustosunkować sie do niego, autorzy zaś pism późniejszych nie zdecydowali się tego uczynić. Jedyne, co pozostaje tym, którzy chcą argumentować “z pozycji biblijnych”, to próba interpretacji poszczególnych fragmentów tekstów, a to – jak zobaczymy – wyjątkowo “śliska” sprawa.

    Próba wykluczania jakiegoś poglądu z uwagi na to, że ktoś nie był w stanie się do niego ustosunkować, wydaje się zatem “nie fair” i to zarówno w stosunku do tego poglądu jak i w stosunku do tego kogoś. Starożytni Żydzi nie byli też w stanie ustosunkować się np. do późniejszych teorii dotyczących powstania wszechświata oraz “obrotów sfer niebieskich”, o których to “obrotach” nie zdawali się mieć jakiegokolwiek pojęcia porównywalnego z obecnym.

    Z tego też powodu wielu krytyków Biblii zakwalifikowalo Księgę Genezy niemalże “na szmelc” lub – w najlepszym wypadku – do muzeum, nie pozostawiając na niej “suchej nitki”. Z drugiej jednak strony obrońcy Biblii, w tym “ortodoksi” (jeśli nie wręcz oni przede wszystkim) posługują się takimi współczesnymi (a więc też nieznanymi starożytnym autorom Pisma) interpretacjami, które,  jeśli już nie wpisują wprost obecnych teorii do opisów Genezy, to co najmniej stwierdzają, że są one z nimi “niesprzeczne”. Takie stanowisko stało się już “klasyką” współczesnego nam interpretowania i nauczania biblijnego, od lekcji religii dla uczniów podstawówki aż po uniwersytety. Istnieje przebogata literatura na ten temat, dostępna praktycznie wszędzie, której czytanie jest zalecane uczniom, studentom i profesorom. Autorzy tych pozycji dają nam praktyczny pokaz tego, że można – a nawet trzeba – przeinterpretowywać starożytne teksty biorąc pod uwagę późniejszy dorobek myślowy i naukowy.

    Chrystus uczył teorii zmartwychwstania. Tak, to prawda. Ale czy on kiedykolwiek ostrzegał przed reinkarnacją? Ja rozumiem fizyczne zmartwychwstanie właśnie jako reinkarnację – w odróżnieniu od zmartwychwstania duchowego (czyli “ponownego narodzenia”), które następuje w trakcie tego samego życia cielesnego.

    “Teraz jest dzien zbawienia” (2Kor 6;2) – to kolejny znakomity cytat po Hbr9,27: istotnie teraz jest dzień zbawienia, bo teraz odpowiadamy za swe życie. I trwa to przez cały czas, my już możemy zostac zbawieni, nie dopiero “przy końcu czasow”. Sąd Ostateczny jest tak samo wieczny, jak zbawienie, odbywa się on zatem nieprzerwanie.

    Baptistes na pytanie czy jest Eliaszem, odpowiedział “Nie” (Jn1;21). Co tylko potwierdza, że nie był tym “wniebowziętym” Eliaszem z ST (co akurat między nami nie budzi kontrowersji). Jeśli natomiast miał byc istotnie przereinkarnowanym, to – za przeproszeniem – niczego by o tym wiedział. Więc z argumentu nici.

    Wersety z Jana 3;3-6 nie budzą kontrowersji między nami rownież. Jasne, że chodzi o ponowne duchowe narodzenie. Ale i tu mamy pewną niespodziankę: skoro “ciało rodzi ciało, a duch rodzi ducha”, to może to oznaczac, że “narodzenie ducha” niekoniecznie musi byc rownoczesne z narodzeniem ciała… Choć naturalnie może ten fragment być interpretowany (zapewne lepiej interpretowany w całym kontekście) w ten sposób, że tak jak ciało rodzi się z ciała, tak narodzenie duchowe jest czymś innym, więc Nikodem nie musi „wskakiwać z powrotem” do łona swej matki…

    Krótko mówiąc: śledzenie tekstów biblijnych w celu wykazania, czy są one za lub przeciw, jest drogą do nikąd. Poza tym oczywiście, na co wskazywaliśmy już niejednokrotnie: że nie potępiają one reinkarnacji, bo albo ich autorzy o niej nie słyszeli, albo nie decydowali się wystąpić przeciw niej. To jedyna konkluzja możliwa do wyciągnięcia z całą pewnością.

    T.zw. „problemy praktyczne”

    Dlaczego ktoś ma być karany w przyszłym życiu za coś, czego nie pamięta z poprzedniego? – zdają się pytać przeciwnicy reinkarnacjonizmu. No coż, reinkarnacjonistyczny fundamentalista mógłby tu odpowiedzieć fundamentaliście nie-reinkarnacjonistycznemu:

    “On pamiętał w poprzednim życiu to, co zrobił i był wtedy już ostrzegany, że w przyszłym przyjdzie mu za to zapłacić.”

    Socjologicznie i psychologicznie miałoby to ten sam efekt, jak ostrzeżenie: “jeśli będziesz czynił źle, pójdziesz do piekła”.

    Oba te ostrzeżenia mają na celu skłonienie osoby do tego, by w miarę swych możliwości starała się żyć jak najlepiej.

    Ale jeśli istotnie sprawa braku pamięci poprzedniego życia jest dla kogokolwiek tak istotna, że stanowi argument przeciw konceptowi reinkarnacji, to sami z pewnością wiemy o praktykach w naszym kościele, stanowiących wyjątkowo podobny “grzech”:

    Dlaczego to należy chrztem oczyszczać niemowlaka (lub w ogóle kogokolwiek, również osobę dorosłą)z grzechu pierworodnego, którego on nie popełnił i nawet nie miał warunków, by go popełnić? I dlaczego ma się to odbywać wtedy, gdy on – jako niemowlak właśnie – nie jest nawet w stanie zdawać sobie sprawy z konceptu istnienia czegoś takiego jak “grzech pierworodny”? Jeśli potrafimy odpowiedzieć na to pytanie – a w to akurat nie wątpię – to będziemy  mieli odpowiedź na nasze wątpliwości odnośnie “praktycznych problemów” z reinkarnacją. Skoro bowiem możemy dźwigać w sobie ciężar grzechu całej ludzkości (mitycznego Adama), to jaki mamy mieć problem z dźwiganiem grzechów swego własnego poprzedniego wcielenia?

    Czy nie można wierzyć równocześnie w zmartwychwstanie ciał i reinkarnację? Owszem, można. Służę własnym przykładem: w reinkarnację wierzę od co najmniej 20 lat (no, może 25). Z wiarą w zmartwychwstanie ciała (tego samego) rozstałem się jednak dopiero jakieś 3-4 lata temu. Czyli, że przez co najmniej 16-17 lat (jesli nie 22) wierzyłem w obie te rzeczy naraz. Można więc polegać na moim kilkunastoletnim (co najmniej) doświadczeniu w tej mierze, jeśli innego takiego (lub lepszego) przykładu nie ma akurat pod ręką… Choć można mieć: w poprzednim artykule na ten temat zacytowałem wypowiedź Orygenesa na rzecz preegzystencji dusz. Ojciec Jacek Salij u siebie cytuje inną wypowiedź tego samego człowieka, w której ten potępia „głupią wiarę w reinkarnację” (tak nawiasem: głupiej wiary w reinkarnację ja też nie pochwalam). Ten sam człowiek, dwie różne wypowiedzi. Która jest prawdziwsza? A może obie są jednakowo prawdziwe? Gdyby mnie ktoś szereg lat temu spytał czy wierzę w zmartwychwstanie ciał, odpowiedziałbym, że tak. I zapewne ten ktoś odniósłby wrażenie, że jestem przeciwnikiem wędrówki dusz. Popełniłby błąd…

    Wielu ludzi zmienia swoje poglądy niejednokrotnie w ciągu życia. Wielu innych (jeśli nie większość) potrafi jednocześnie wierzyć w rzeczy, które, gdy traktowane bardzo sztywno, mogą uchodzić za sprzeczne. Pojęcia „zmartwychwstanie” i „reinkarnacja” są tak szerokie, że w zależności od ich rozumienia mogą albo się wzajemnie wykluczać albo wzajemnie uzupełniać. Można więc wierzyć tylko w zmartwychwstanie ciał, a w reinkarnację nie. Można też wierzyć tylko w reinkarnację, a w zmartwychwstanie ciał nie. Ale możliwe jest także, by wierzyć w reinkarnację, po której – przy końcu wszystkich czasów – nastąpi zmartwychwstanie wszystkich ciał. Jeśli się dobrze przyjrzeć temu ostatniemu poglądowi, to uderzy fakt, że nie jest on sprzeczny wcale z chrześcijańską ortodoksją. Jest od niej różny, ale nie jest sprzeczny (różnica i sprzeczność to dwie odmienne rzeczy…). Jest to jednym z powodów, dla których tylu chrześcijan obecnie wierzy w reinkarnację oraz w Sąd Ostateczny. Jak widać, ich poglądy nie są tak nielogiczne, jak się to wydaje niektórym spośród nas… W końcu “ortodoksi” też nie wierzą, że co chwila ktoś zmartwychwstaje, lecz że stanie się to dopiero przy końcu wszystkich czasów…

    Wyobraźmy sobie jednak, że ktoś mógłby zapytać:

    ” No, dobrze,  pisze pan, a ja dalej mam wąty. Może moje pytanie wyda się panu naiwne, ale ja naprawdę chciałbym wiedziec jak to możliwe wierzyć naraz w reinkarnację i zmartwychwstanie ciał? To które w końcu ciało będzie sądzone na Sądzie Ostatecznym, jeśli ten Sąd nie odbywa się bez przerwy, lecz (bo i to trzeba brać pod uwage, jeśli się jest uczciwym, panie heretyku!) będzie on miał miejsce tylko raz, przy końcu wszystkich czasów?”

    Aaa! To bardzo proste: w takim wypadku na Sądzie stawi się dusza wraz ze wszystkimi ciałami, przez które przewędrowała. Tam oceni się ją oraz ciała zbiorczo. Jak bowiem, pisząc biografię jakiegoś człowieka, jesteśmy w stanie nie tylko podsumować jego całe życie, ale i poszczególne jego etapy, które mogą być zmienne, tak i na Sądzie oceni się nie tylko duszę, lecz również etapy jej ziemskiego bytowania.

    “Game over!”

    Miejsce poczesne wśród nas ma koncepcja reinkarnacyjna wręcz zapewnione. Proszę spojrzeć nieco szerzej. Proszę mianowicie postawić się na moment w pozycji kogoś, kto nie jest ani chrześcijaninem, ani buddysta itd. Nie zastanawiał się on zbytnio ani nad zmartwychwstaniem (tego samego) ciała, ani nad wędrowką dusz. Jak myślicie: który z tych dwóch konceptów łatwiej będzie mu przyjąć? Biorąc pod uwagę, że w nieśmiertelność duszy wierzą wierzący wszystkich religii, a w możliwość przywrocenia umarłego do życia – mało kto, wynik wydaje się być z góry przesądzony. W ten sposób łatwo pokazać, że koncept transmigracji duszy (ducha? Boskosci?) jest naturalnie i obiektywnie silniejszy od konceptu zmartwychwstania (tego samego) ciała. I to nie silniejszy “muskułami” oczywiście, ale intelektem właśnie (pod względem duchowym oba koncepty idą “łeb w łeb”). Wygra zatem silniejszy, a nie słabszy. Zwłaszcza, że pogląd taki znajduje pełne potwierdzenie w praktyce: jeśli ktoś nawraca się z hinduizmu lub buddyzmu na chrześcijaństwo, to niekoniecznie porzuca on wiarę reinkarnacyjną. Jeśli zaś jego nawrócenie odbywa się “w odwrotną stronę”, to zawsze towarzyszy temu “przejście na reinkarnacjonizm”, o ile wręcz przejście owo nie dokonało się już na długo przed konwersją!

    Spójrzmy prawdzie w oczy: jedna czwarta populacji społeczeństw Zachodu wierzy w reinkarnację, co jest procentem ogromnym wobec istniejącej tam liczby buddystów i hinduistów. Nikt nigdy tam takiego konceptu nie narzucał. I liczba reinkarnacjonistów szybko wzrasta…  A ilu buddystów i hinduistów wierzy w zmartwychwstanie ciała?

    Gdy chodzi o walkę o miejsce reinkarnacjonizmu w chrześcijaństwie i o próby jego tam zmarginalizowania lub wyparcia stamtąd, to ciśnie mi się na usta właśnie owo podane w tytule “podrozdziału” stwierdzenie: jest “po meczu” (“game over!”)… Zresztą i w skali globalnej wydaje się, że koncept zmartwychwstania (pojmowany literalnie) już przegrał z reinkarnacjonizmem. Daleko jeszcze do upadku ostatniej twierdzy i do “bezwarunkowej kapitulacji”, ale po następnym pełnym pokoleniu lub najwyżej dwóch czy trzech… Kto wie: może spotkamy się wtedy po raz kolejny i dokończymy naszą dyskusję? Ktoś ją wszakże z pewnością dokończy i podsumuje ostatecznie

    “Pantera” i M3

    Gdy przeglądamy przeróżne polemiki z reinkarnacjonizmem, będące autorstwa “ortodoksyjnego”, stwierdzamy nieodmiennie coś, co stanowi niemal rytuał takich polemik. Mianowicie górnolotne i wzniosłe stwierdzenia (ba, niemalże wersety!) sławiące oficjalną wykładnię ortodoksji zestawia się tam z najbardziej literalistycznymi, najprostszymi, a nawet z najbardziej prymitywnymi wersjami reinkarnacjonizmu. Jest to w ogóle pewien rodzaj tendencji polemicznej, nie tylko w odniesieniu do omawianej problematyki i nie tylko współcześnie. Polemiści wszelkich epok lubili i lubią sobie swego przeciwnika sami tworzyć: dobierają jego cechy w sposób, w jaki lalkarz tworzy kukłę, by ją potem można było dowolnie obijać, kopać i deptać bez ryzyka, że ta kukła się zdenerwuje i skopie w końcu swego twórcę. W taki jednak sposób nie da się przedyskutować dosłownie niczego. Można co najwyżej malować egoistycznie swój własny portret niczym kolonialnego myśliwego, co to z angielskim białym kapeluszem kolonialnym (t.zw. “pith-hat”) w triumfalnej pozie staje przy ubitej zebrze, dla większego jeszcze efektu stawiając na niej stopę i oświadcza nam na dodatek z tupetem, że w ten sposób ubił nie tylko tę jedną zebrę, lecz cały gatunek, wraz z innymi koniowatymi, jak perszerony, araby czy mustangi… Przypomina to pewną niemiecką kronikę wojenną, której autorzy, pragnąc pokazać przewagę niemieckiej broni pancernej nad analogiczną bronią przeciwnika, zestawili ze sobą najnowszą wówczas „Panterę” z jakimś nieprawdopodobnym gratem amerykańskim (znanym jako M3). Widać było różnicę w sile ognia, w rozwijanej prędkości, w szczegółach projektu pancerza i podziwiać można było łatwość, z jaką „Pantera” pokonywała trudne nawet przeszkody terenowe, podczas gdy amerykański gruchot został w tyle i za  nic nie umiał przeszkody pokonać, niczym skończony mazgaj… (fragment można obejrzeć tu, jeżeli kogo interesuje http://www.youtube.com/watch?v=qPn1xS54rKo ).

    Przykładem takiego argumentowania jest choćby podnoszony często inny jeszcze „problem praktyczny”, mianowicie niemożliwości reinkarnacji, bo przecież ludzi przybywa, a skoro ma istnieć transmigracja dusz, to ta liczba nie mogłaby się zmieniać („więc szczęśliwi i weseli reinkarnacjęśmy zarżnęli!”). No cóż, jeśli kto zamierza tak nas „szachować”, to dajmy i jemu małę kostkę do zgryzienia i to tego samego rodzaju, co i on nam serwuje: ludzi istotnie przybywa. Ale ubywa zwierząt i roślin. Gdzie te bory nieprzebyte, co niegdyś rosły i tam, gdzie dziś pustynie? Wyginęły wszystkie dinozaury i nieprzeliczona liczba innych stworzeń. Jak tacy chętni do liczenia się z nami, to niechaj się teraz sami mozolą ze swoją własną „Wunderwaffe”, szczegółowo wyliczając ile to (dokładnie, co do sztuki!) wymarło dinozaurów, mamutów, pterodaktyli, owadów i paproci. A potem niechaj spróbują nam tryumfalnie obwieścić, że to my się mylimy, bo się liczby nie zgadzają! Droga wolna, proszę bardzo: the ball is now in their court!

    Nieco bardziej wyrafinowaną odmianą powyższej metody “zestawiania ‘Pantery’ z M3” są powtarzane poglądy (również na kościelnych stronach internetowych), że reinkarnacja jest tak nielogiczna i bezmyślna, że nawet starożytni jej zwolennicy jak Platon  „nie potrafili jej obronić”. Drodzy Autorzy takich nonsensów! Nie wpadliście na to, że gdyby istotnie tak było, to do dziś nie pozostałby dosłownie kamień na kamieniu z tego reinkarnacjonizmu, bo już tysiące lat temu rozprawionoby się z nim dokumentnie, tak jak Wy próbujecie (równie bezskutecznie) rozprawiać się z nim teraz i przy użyciu tych samych „argumentów”?

    Groteskowo wyglądają próby stwierdzeń, że kościół chrześcijański zawsze (sic!) potępiał reinkarnację. Oczywiście „ortodoksyjni” polemiści za punkt wyjścia biorą tu swój własny ekskluzywistyczny osąd, że poza nimi, ich własnymi ojcami kościoła i ich zwolennikami nie ma i nie było już kościoła chrześcijańskiego. Ale nawet w tak zawężonym spektrum ich twierdzenia nie pokrywają się z rzeczywistością. Pokazaliśmy to już wcześniej na wybranych przykładach czołowych liderów „ortodoksyjnych”, których wypowiedzi nie zostały w tym celu wyrwane z kontekstu (oczywiście nie twierdzimy, że reinkarnacjonistami byli oni „zawsze”, „od początku” i „niezmiennie”; zwłaszcza skoro sami też nie „od zawsze” i nie „od początku” nimi jesteśmy); wskazaliśmy, że Orygenesa potępiono wśród „ortodoksów” dopiero 300 lat po jego śmierci, a to stało się w około połowie pierwszego tysiąclecia n.e. Próby wykazania rzekomej ostateczności owego potępienia prezentują się jeszcze gorzej. Zwłaszcza w świetle coraz większego rozpowszechniania się wiary w reinkarnację teza o owej „ostateczności” obnażona zostaje jako kompletna fikcja. Konieczność ciągłego odżegnywania kościoła od reinkarnacjonizmu obecnie nie jest niczym innym zatem, jak tylko głośnym potwierdzeniem, że „ostateczność” ta jest jak najbardziej daleka od rzeczywistości. Również merytoryczna jakość tych ataków pokazuje jak w gruncie rzeczy ubogie są argumenty atakujących. To częste zestawianie reinkarnacji w komentarzach jej przeciwników z „kłamstwami”, „fałszywą nauką”, „grzechami” i pełnymi potępienia cytatami z Biblii (które akurat o reinkarnacji nie mówią nic!), wszystko to świadczy o tym, że przeciwnicy naszych wierzeń gonią resztkami sił w swoim polowaniu na wyimaginowane czarownice. Cel takiej propagandy obnażany jest przez nią samą: zohydzić, spotwarzyć, oczernić, a potem jeszcze kłamstwo przypisać zaatakowanemu poglądowi.

    Z naszego punktu widzenia jest to dla nas sytuacja wręcz znakomita. Naprawdę zatem: jest jeszcze lepiej, Panowie!

     
    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Użyteczne linki

    http://www.ignatiusinsight.com/features2006/cschonborn_reincarn_july06.asp  - Kard Schőnborn o reinkarnacji

    http://www.archidiecezja.lodz.pl/czytelni/kulbat/t5_3.html -tekst ks. Waldemara Kulbata, krytyczny o reinkarnacji

    http://mateusz.pl/ksiazki/js-pww/js-pww_18.htm  o. Jacek Salij o reinkarnacji (krytycznie, rzecz jasna)

    http://www.near-death.com/experiences/reincarnation01.html Dr Ian Stevenson i jego badania nad prawdopodobieństwem reinkarnacji

    http://skepticreport.com/sr/?p=482  krytycznie o Stevensonie

    http://www.healpastlives.com/future/rule/rudebunk.htm o poprzednich wcieleniach, pozytywnie

    http://www.near-death.com/experiences/origen05.html reinkarnacja i judaizm

    http://www.atmajyoti.org/ch_christian_insights_reincarnation.asp hinduski pogląd na reinkarnację w chrześcijaństwie

    Continue Reading »
    0 Comments

    Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!

    Aug 8th, 2009 by monio
    Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!

    Poniższy tekst stanowi próbę spojrzenia – oczami reinkarnacjonisty – na dyskutowane niejednokrotnie zagadnienie wiary w reinkarnację, także w kościele chrześcijańskim od początku jego istnienia. Warto również pokrótce zaprezentować chrześcijanom nieznającym historii kościoła skąd wzięły się dzisiejsze kategoryczne stwierdzenia apologetów, teologów i hierarchów, według których wiara w reinkarnację jest jakoby “nie do pogodzenia” z chrześcijaństwem.

    Od czasów najdawniejszych…

    Wiara w reinkarnację wydaje się być bardzo stara. Potwierdza to m.in. fakt występowania jej wśród niepiśmiennych ludów w rozmaitych częściach świata, jak na przykład lud Arunta (lub “Aranda”) w centralnej Australii. Ludy te wyznają ideę preegzystencji duszy i reinkarnacji. Przykłady takie zdają się wręcz sugerować, że wiara ta wyrosła wraz z początkiem ludzkiej kultury jako takiej. Jest ona obecna (w rozmaitych formach) np. wśród ludów Afryki Zachodniej (ludy Ewe, Edo, Igbo, Yoruba), Południowej Afryki (Bantu i Zulusi), Indonezji, Oceanii, Nowej Gwinei czy obu Ameryk.

    “Wśród ludów Yoruba i Edo wiara w ponowne narodzenie zmarłych przodków pozostaje mocną i żywą siłą kulturową po dziś dzień. Jest ich zwyczajem nazywanie każdego chłopca “Ojciec Has Powrócił”, a każdej dziewczynki “Matka Has Powróciła”. Zulusi wierzą, że duch każdej osoby przechodzi serię ponownych narodzin w ciałach rozmaitych zwierząt, od małych insektów aż po słonie, aż wreszcie pojawia się ona w ludzkim ciele, gdzie rodzi się ponownie. W końcu, osiagnąwszy szczyt ludzkiej egzystencji, dusza jednoczy się z wyższym duchem, od którego pochodzi.”  (Encyclopedia of Religion, t. XII  s.265-266; oprac. J. Bruce Long)

    Podobne wierzenia odnotowano wśród australijskich Aborygenów. Według nich duch zmarłego przodka, po pobycie przez pewien nieokreślony czas w kraju umarłych, powraca do świata żywych wstępując w ciało matki w momencie poczęcia. “Ojciec zdaje się nie mieć bezposredniego wpływu na zapłodnienie matki. Za to przyszła matka otrzymuje nowe życie przebywając w pobliżu lokalnego centrum totemow zwanego ‘oknanikilla’, gdzie duch (‘alcheringa’) lub dusza zmarłego przodka oczekuje ponownych narodzin.” (tamze, s.266). Warta odnotowania jest ta wiara w poczęcie z ducha u ludów tak dalekich od miejsc znanych z Biblii.

    W starożytnym Egipcie odnajdujemy ślady takich wierzeń w kulcie faraonów. Później rozwinęły sie one do tego stopnia, że w wieku V p.n.e. Herodot twierdził wręcz, że to Egipcjanie jako pierwsi wierzyli w reinkarnację. Według jego zródeł Egipcjanie wierzyli, że dusza jest nieśmiertelna, że po śmierci człowieka przechodzi przez wcielenia w rozmaitych gatunkach, by w koncu narodzić się ponownie w ciele ludzkim. Caly ten cykl narodzin miał sie dokonywać w ciągu trzech tysięcy lat.

    Najpełniej jednak doktryna ta rozwinięta została w Indiach (hinduizm, buddyzm, jainizm, sikhizm oraz sufizm) oraz w Grecji (Pitagoras, Empedokles, Platon, Plotyn). Jest rzeczą prawdopodobną, że starożytni Grecy przejęli ją z Indii. Tak czy owak istnieje ona tam co najmniej od czasów Pherycydesa z Syros (VI w.p.n.e.) oraz jego ucznia Pitagorasa.

    Według Empedoklesa (490-430 p.n.e.) nic w kosmosie nie zostaje stworzone ani zniszczone. Wszelkie życie przechodzi transmutację. Dusze nieczystych są skazane na transmigrację przez trzydzieści tysięcy lat poprzez rozmaite formy wcieleń. Ucieczka od owego przeznaczenia wiedzie przez długi proces oczyszczania, a jego warunkiem jest unikanie jedzenia mięsa zwierząt, których dusze mogły niegdyś przebywać w ludziach.

    W kulcie misteryjnym zwanym orfizmem (opartym na wierze w życie, śmierć oraz zmartwychwstanie boga Orfeusza) cel owego wyzwolenia z cyklu reinkarnacji realizowany był poprzez dzwiganie duszy do coraz to wyższych stopni duchowej egzystencji. Było to osiągane poprzez uczestnictwo w praktykach sakramentalnych w braterstwach orfickich. Przyjmując owe sakramenty (a odbywało się to w sekretnych miejscach i często w nocy), wierny otrzymywać miał siłę boskiego życia. Ten dar, kultywowany poprzez medytację, modlitwę i wegetarianizm, był w stanie wreszcie przynieść duszy wolność od reinkarnacji.

    U Żydów…

    W religii żydowskiej pogląd o transmigracji dusz rozwijał się stopniowo, tak samo zresztą jak pogląd o zmartwychwstaniu ciał. Nie jest celem pokazywanie tutaj całego ciągu tego rozwoju, gdyż byłby to materiał na osobny artykuł. Zaznaczymy tu jedynie tendencje w myśli żydowskiej w I w.n.e., czyli w czasie gdy rodziło się chrześcijaństwo, na podstawie stwierdzen zawartych w pracach Józefa Flawiusza (37 – ok.101 r.n.e.). Oto, co pisał on w tej materii o Saduceuszach:

    “Lecz doktryna Saduceuszów jest taka: że dusza umiera wraz z ciałem; nie uznają oni tez przestrzegania czegokolwiek poza tym, czego wymaga prawo (…) nie uznają przeznaczenia i twierdzą, że coś takiego nie istnieje oraz że wydarzenia w ludzkich sprawach nie są jego dziełem; uważają natomiast, że wszystkie nasze działania są w naszych rękach, tak więc my sami jestesmy sprawcami tego co dobre i zło spada na nas z naszego własnego szaleństwa.” (“Antiquities of the Jews”)

    Z kolei o Faryzeuszach:

    “…Wierzą oni również, że dusze mają w sobie nieśmierelny rygor oraz że pod ziemią będą kary i nagrody zależnie od tego czy żyły cnotliwie czy występnie w tym życiu; i że te ostatnie mają być wtrącone do wiecznego więzienia, jednak te pierwsze mają mieć siłę, by odżyć i żyć na nowo; dzięki której to doktrynie są oni w stanie przekonywać masy ludzkie…” (“Antiquities of the Jews”)

    O Esseńczykach zaś napisał:

    “Jest ich stałym wierzeniem, że ciało jest zniszczalne, a tworząca je materia nietrwała, jednak dusza jest nieśmiertelna i niezniszczalna. Emanujące z niebios, dusze te usidlone zostaja w więzieniu ciała, do którego wciągane sa przez rodzaj naturalnego czaru; gdy jednak uwolnione zostają z więzów ciała, wtedy, niczym wyzwolone od długiej służby, radują się i unoszą w górę…” (“Wojna Żydowska”)

    Jak więc widać, poglądy Żydów w tej mierze różniły się między sobą w zależności od tego, które stronnictwo je reprezentowalo. Takich stronnictw (dziś powiedzielibysmy zapewne: “denominacji”) wymienia sie z tamtego okresu od siedmiu do czternastu. Były miedzy nimi rywalizacje, spory, nawet odżegnywanie od czci i wiary, ale dziś nikt nie ma wątpliwości, że wszystkie one reprezentowały jednak religię żydowską. Nie ma zatem powodu – tak nawiasem – by uznawać, że różnice między nami dzisiaj (w tej samej kwestii) decydują o czyjejś przynależności (lub nieprzynależności) do chrześcijaństwa.

    Na skutek naturalnego rozwoju własnej myśli religijnej Żydów oraz dzięki wpływom innych religii wykształcił się zatem pewien pogląd, że dusza istnieje zanim rodzi się cialo, że zostaje w nim uwięziona, a po śmierci ciała odbywa dalszą wedrówkę.

    I nie ma się co dziwić takim interpretacjom, gdy się weźmie pod uwagę, że autorzy żydowscy, zwłaszcza w wielonarodowej i wielokulturowej Aleksandrii, starali się przedstawić swego boga jako Boga powszechnego, identycznego z platoniczną wizją boskiej Jedności. Na przykład w piśmie znanym jako “List Aristeasa” (II lub I w.p.n.e.) porównano Jahwego z Zeusem, opowiadając się za harmonią między Żydami i Grekami, którzy wspólnie dzielą jedną kulturę i wizję Dobrego Życia.

    Stary Testament nie ma niczego do powiedzenia na interesujacy nas temat. Niemniej jednak w religii żydowskiej, kładącej większy nacisk na życie na ziemi niż na życie pozagrobowe, nie było niczego w rodzaju “dogmatu” dotyczącego życia po śmierci. Wiele pozostawiano opinii samych wierzących. Idea “transmigracji dusz” (po hebrajsku: “gilgul ha’ne’shamot”) jest dobrze znana w religii żydowskiej i to od czasów antycznych (“Zohar” z I w.n.e.). “Koncept ten można porównać do płomienia jednej świecy zapalającego następną. Podczas gdy esencja drugiego płomienia pochodzi od pierwszego, drugi płomień jest bytem niezależnym” – jak wyjaśnia w internecie rabin Shraga Simmons z Jerozolimy. http://judaism.about.com/library/3_askrabbi_o/bl_simmons_reincarnation.htm

    Teza o logice konkretnej antropologii żydowskiej jako argumencie “wykluczającym” reinkarnację również nie wytrzymuje więc tutaj krytyki, sprawia raczej wrażenie traktowania tejże antropologii tak, jakby się ona rozwijała na Marsie lub na Księżycu, w całkowitym oderwaniu od wpływów innych formacji kulturowych i jakby była pozbawiona możliwości normalnej wymiany myśli z tymi formacjami. Podane przykłady pokazują jasno, że taka wymiana istniała i że nie pozostała ona bez wpływu również na ową antropologie. Antropologia, tak samo jak każda inna dziedzina, podlega prawom rozwoju. Jesli się nie rozwija, to tym gorzej dla niej.
    Wiara w reinkarnację jest zreszta obecna takze w tworczości literackiej dzisiejszego judaizmu. http://www.pinenet.com/~rooster/bta-faq1.html

    Milczenie grzmiące niczym armaty…

    Biblia Nowego Testamentu również nie ma absolutnie niczego do powiedzenia bezpośrednio na ten temat. O ile najstarsze pisma Starego Testamentu powstawały w czasach, gdy kultura żydowska najprawdopodobniej nie miała jeszcze dobrze rowiniętego tego rodzaju wiary, o tyle późniejsze milczenie Biblii w tym względzie jest bardziej zastanawiajace. Ostatnie księgi Starego oraz wszystkie pisma Nowego Testamentu spisane zostały jednak, gdy istniały żywe kontakty z kulturami oferujacymi wiarę w reinkarnacje, zwłaszcza dotyczy to kultury greckiej, choć oczywiście nie tylko. Wiadomo na przykład, że w I stuleciu n.e. w Aleksandrii aktywną działalnosć misyjną prowadzili mnisi buddyjscy.

    Autorzy ewangelii zdawali się pisać z pozycji “siedzących na płocie”: z jednej strony wiernie starali się (tak jak to rozumieli) czerpać ze Starego Testamentu, próbując wykazać, że Pomazaniec wypełnił “proroctwa” starożydowskie. Jeśli w samej tylko ewangelii “według Mateusza” (“kata Mathaion”) znajdujemy az 57 cytatów starotestamentowych (niby 58, ale jednego z tych cytatów nie ma w ST), a przecież ewangelia ta nie jest zbyt długim utworem, to wpływ to istotnie pozostający poza wszelką dyskusją. Piszący ewangelie jednak z drugiej strony okazali się być autorami na tyle nieortodoksyjnymi, że zaadaptowali i przypisali Pomazańcowi mity pogańskie o wcielonym Bogu narodzonym w grocie z dziewicy, nauczającym i oferującym swym uczniom Ciało i Krew w postaci chleba i wina, skazanym, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym trzeciego dnia, by zbawić rodzaj ludzki. Jest zatem rzeczą jak najbardziej naturalną, że pisali oni swe dzieła dla czytelników (oraz słuchaczy) niekoniecznie żydowskich i niekoniecznie “ortodoksyjnych”. Zwłaszcza, że pisali je z dala od Jerozolimy, w miejscach, gdzie Żydzi stanowili mniejszość, często wręcz znikomą. Abstrahując już od tego, czy podzielali poglądy swych odbiorców, pisali je tak, by mogły one być zaakceptowane przez jak największą ich liczbę. Przyjrzyjmy się jednemu fragmentowi z ewangelii wg. Mateusza, ktory niejednokrotnie brany jest “na sztandary” przez obie strony “reinkarnacyjnej debaty” jako potwierdzający ich tezę:

    “Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.” (Mt 17; 10-13)

    W cytowanym fragmencie nie ma nawet stwierdzenia, że Pomazaniec “nazwał” Baptistesa Eliaszem. Stwierdzono tam jedynie, że uczniowie “zrozumieli” wypowiedz Christosa jako odnoszącą się do Jana. Zostało to więc w tekście pozostawione wierze i myśleniu Apostołów, tak jak pozostawione zostało to również czytelnikom. Ten fragment (tak jak inne) ani nie potwierdza doktryny reinkarnacyjnej ani też nie przemawia przeciwko niej. Czytelnik mógł zatem zaakceptować podaną informację nie tylko dzięki sposobowi jej napisania przez autora, ale również dzięki sposobowi, w jaki on sam te informację odczytał. Czy zatem widział on w Chrzcicielu Eliasza “symbolicznego” czy też “reinkarnowanego”, nie zdawało się odgrywać żadnej roli. Ważne było, że uznał go on za zwiastuna Pomazańca. Cokolwiek bowiem powiedzieć o autorach ewangelii, trudno zakładać, że byli oni ludzmi głupimi, którzy nie mieliby absolutnie zadnego pojęcia jak próbować “przemawiać” do ludzi reprezentujęcych rozmaite “tła” kulturowe, zwłaszcza jeśli sami się o te “tła” ocierali niemal każdego dnia.

    Jednak niejednokrotnie autorzy pism biblijnych bez skrępowania wyrażali się negatywnie (z wrogościa lub niczym nie skrywaną pogardą) o wierzeniach lub praktykach uważanych przez siebie za niewłaściwe. W przypadku Nowego Testamentu przychodzi nieodmiennie na myśl literatura autorstwa św. Pawła lub też jemu przypisywana. Nie było wprost takiego wierzenia czy praktyki uważanej przez niego za niewłaściwą, której by on nie skrytykował. “Skrytykował” – to bardzo delikatne wyrażenie, gdyż niejednokrotnie człowiek ten (oraz pózniejsi autorzy podajacy sie za niego) nie wahał się wyrażać w sposób, który dzisiaj wielu uznałoby wręcz za obraźliwy, jak np. wtedy, gdy “obrzezaczom” radził “pójść na całego i wykastrować się” (Gal 5;12). Wielokrotnie czytamy w tych pismach ostrzeżenia a to przed wielbieniem innych bogów, a to znów przed oddawaniem czci wizerunkom itd i to istotnie w formie wręcz niewybrednej. Ale on nigdy – podobnie jak inni autorzy – nie wypowiadał się na temat reinkarnacji, ani w negatywnym ani tez w pozytywnym sensie. Zachował pod tym względem całkowite (i trzeba przyznać, że dość zagadkowe) milczenie. Wystarczy spojrzeć na listę miejsc, do których Paweł wysyłał swoje listy (Korynt, Rzym, Tesalonika…) lub na mapkę jego podróży (publikowaną w niektórych wydaniach Biblii), by stwierdzić, że praktycznie nie było tam takiego miejsca, w którym wiara w taką czy inną forme reinkarnacji nie byłaby dość rozpowszechniona.  Jeśli istotnie reinkarnacja “nie dała się pogodzić” z wiarą chrześcijańską, a kontakty z religiami i kultami ją oferującymi były praktycznie wówczas nieograniczone (a nie brakowało jej też samym Żydom), to dlaczego nie odżegnano się od takich wierzeń jednoznacznie i nie ostrzegano przed ich “zgubnymi” skutkami? Skąd to zadziwiajace milczenie?  Zastanawiając się nad możliwymi przyczynami warto pamiętać, że milczenie ma również swoją wymowę.

    O tym, jak głośne potrafi być milczenie, przekonujemy się wielokrotnie w życiu codziennym. Tu pozwolę sobie odejść na moment od tematu. Przypominam sobie rozmowę, którą odbyłem szereg lat temu tutaj z pewną singapurską Chinką. Było to na krótko przed przekazaniem przez Wielką Brytanię Chinom komunistycznym wladzy nad Hong Kongiem. W pewnej chwili powiedziała mi:

    -”Wiesz, gdy przybyli Anglicy, to byli bardzo aroganccy…”
    -”Tak –  zgodziłem się – mogę to sobie wyobrazić, że tak było. No, ale gdybyś miała teraz do wyboru, to którą władzę wolałabyś dla Hong Kongu: odchodzącą brytyjską czy nadchodzącą chińską?”

    Odpowiedzią jej było calkowite milczenie. Ale to właśnie owo milczenie grzmi w mojej głowie po dziś dzień niczym ciężkie działa

    Podobnym przypadkiem “ciężkich dział” (i to aż dwudziestu siedmiu, bo tyle jest ksiąg w NT) jest milczenie autorów nowotestamentowych w sprawie oceny reinkarnacji. Owo milczenie daje w sumie cztery podstawowe możliwości odnośnie ich stanowiska w tej sprawie:

  • totalnie akceptowali oni wiarę w reinkarnację do stopnia uznania jej wręcz za   bezdyskusyjną,
  • nie mieli na jej temat zdecydowanego zdania, więc woleli się nie wypowiadać,
  • nie akceptowali jej osobiście, ale też nie widzieli w niej niczego niewłaściwego
  • akceptowali osobiście, ale nie uważali za stosowne komukolwiek jej narzucać
  • Bardziej prawdopodobne wydaja się trzy ostatnie mozliwości, najmniej prawdopodobną – pierwsza. Tak czy inaczej, jeśli oni sami powstrzymali się przed jej potępianiem, będąc świadkami jej istnienia wówczas, to z jakiego powodu mielibyśmy my to czynić teraz niejako “za nich”?   

    Jak za apostołów, tak i później…

    O niektórych pismach Nowego Testamentu wiadomo dzisiaj już, że powstały w II wieku n.e. a zatem po śmierci apostołów. Pisma te również nie zająkują się ani razu krytyką reinkarnacji (choc z drugiej strony oczywiście jej także nie zachwalają). Oznacza to jedynie, że panowała tolerancja wobec takich poglądów i to nawet wśród tych chrześcijan, którzy reprezentowali tak zwany nurt “ortodoksyjny” (biorę w cudzyslów, gdyż trudno byloby obecnie powiedzieć który nurt mógłby uchodzić za ortodoksyjny w pierwszych dziesiecioleciach tego ruchu religijnego). Przykładami służą niektórzy z “Ojców Kościoła” (i znów posługuję się cudzysłowem, gdyż o tym, kogo uznawano za takich ojców, decydowali później przywódcy jednego tylko nurtu. Traktuję zatem owo pojęcie jak najbardziej umownie, bo trudno byłoby mi wykazać np., że Justyn Męczennik zasługiwałby na takie miano bardziej niż Walentyn czy Basilides). Do owych ojców zaliczają się m.in.:

    Św Klemens z Aleksandrii

    “Istnieliśmy długo przed powstaniem świata; istnieliśmy w oczach Boga, gdyż jest naszym przeznaczeniem żyć w Nim. Jestesmy myślącymi stworzeniami Boskiego Slowa; dlatego też istnieliśmy od początku, gdyż na początku było Słowo (…) Nie po raz pierwszy okazuje On nam milosierdzie w naszych wedrówkach, On miał je dla nas od samego początku…” (“Egzorty do Pogan”)

    Św Grzegorz, biskup Nyssy

    “Jest absolutnie konieczne, by dusza została uzdrowiona i oczyszczona, a jeśli nie nastąpi to w ciągu jednego życia na ziemi, to musi to zostać osiagnięte w przyszłych żywotach ziemskich”

    Orygenes

    “Dusza nie ma ani początku ani końca (…) Przychodzi ona na ten świat wzmocniona sukcesami lub osłabiona porażkami w swym poprzednim życiu. Jej pozycja w tym świecie jako miejscu wyznaczonym do uzyskiwania honoru lub dyshonoru zdeterminowane jest jej poprzednimi zasługami lub winami. Jej uczynki w tym świecie wyznaczają jej miejsce w świecie, który następuje  po obecnym…”  (“De Principiis”)

    Św Augustyn co najmniej brał pod uwagę możliwość reinkarnacji:

    “Powiedz mi, Panie…powiedz, czy me dzieciństwo nastąpiło po innym moim wieku, co umarł przed nim? Czy był nim ten, który spędziłem w łonie matki? (…) a znowu cóż było przed owym życiem, O Boze, radości ma, czy byłem gdziekolwiek czy w jakimkolwiek ciele? Nie mam nikogo, ktoby mi to powiedział, ani ojca, ani matki, ani doświadczenia innych, ani też własnej mej pamięci.”  (“Wyznania Św. Augustyna”)

    Nie dysponujemy danymi mogącymi przesądzić o proporcjach liczbowych czy procentowych reinkarnacjonistów we wczesnym chrześcijaństwie, nie wiemy nawet co stanowilo “główny nurt” w pierwszych dziesiątkach lat jego istnienia. Faktem jednak pozostaje, że w pierwszych wiekach naszej religii reinkarnacja nie wywoływała rażących kontrowersji. Dopiero dziesiątki lat po śmierci Orygenesa (zm. W 253 r.n.e.) kontrowersje te przybierać zaczęły na sile. Nie oznacza to, że od tamtego czasu zmniejszac się zaczeła liczba akceptujących poglad o reinkarnacji, a jedynie, że niektórzy eminentni przedstawiciele kościoła (Methodius z Olimpu, Piotr z Aleksandrii, Epifaniusz z Salaminy, Teofil z Jerozolimy, św. Hieronim (1), no i oczywiście cesarz Justynian) publicznie i głośno zaczęli atakować Orygenesa i jego doktryne. Stał się on obiektem ostrych debat na przełomie IV oraz V wieku. Ostatecznie potępiony został on w roku 553 (a więc dokładnie 300 lat po śmierci… i co to znaczy “ostatecznie potępiony”? Czyżby koniec świata już nastąpił?) podczas drugiego soboru w Konstantynopolu. Dlaczego nie wcześniej, za swego życia? Wniosek jest oczywisty: bo wówczas “ortodoksyjny” kościół (nie mówiąc już o kościołach “nieortodoksyjnych”) nie miał generalnie niczego przeciw reinkarnacji. Trudno byłoby zatem argumentować, że potępiając wiarę w nią, kościół ten “powracał do źródeł” wlasnej wiary lub że “pozostawał w zgodzie z Biblią”. Nietrafnym jest też argument, że decydując się na owo potępienie “bronił tożsamości chrześcijaństwa”.

    Tożsamości chrześcijaństwa broni bowiem każdy aktywny chrześcijanin swoją własną postawą oraz każdy nurt tej religii. Cechą bowiem jej tożsamości (i to bodajże od samego jej poczatku) było to, że istniały w niej rozmaite nurty. To właśnie próba zwalczania innych nurtów stanowi walkę z chrześcijańską tożsamością. Teza zatem, że jakiś pogląd jest potępiany “w imię tożsamości” wskazywac by mogła na wyjątkowo niesławną ciagotę jednej strony do uznawania własnego nurtu za “prawdziwe chrześcijanstwo”, przy jednoczesnym odsadząniem od czci i wiary (zwłaszcza od wiary!) pozostałych.

    Poglądy albo otwarcie aprobujące wiarę w reinkarnację albo przynajmniej takiej wierze bliskie zdawały się chyba nigdy nie opuszczać chrześcijaństwa. Niejednokrotnie pojawiały się one w rozmaitych formach teoretycznych. Wskazuje się niejednokrotnie na takie wierzenia m.in. wśrod katarów.

    Wyznawcą reinkarnacji był Giordano Bruno (“Każdy uczynek przynosi należną zan nagrodę lub karę w następnym życiu. Dusza determinuje swoje przejście do następnego ciała stosownie do swego postępowania w poprzednim”).

    Wyjątkowo ciekawy pogląd reprezentował w XVIII wieku znany szwedzki myśliciel, naukowiec, mistyk, gnostyk, teolog, heretyk i okultysta w jednej osobie Emmanuel Swedenborg (1688-1772). Pewien autor zaprezentował w internecie chyba dość trafną charakterystykę owego poglądu Swedenborga:

    “Jego duchowe objawienia dotyczące świata wzmacniają również pogląd, że to nie tyle dusze ludzkie dokonują reinkarnacji, ile raczej Boskość sama w sobie, jako Źródło wszelkiego życia, w ciągły sposób reinkarnuje przez ludzkie dusze, jednakże bez unicestwiania wewnętrznej wolności wyboru osoby ludzkiej.” http://www.swedenborgmovement.org/leaflets/reincarnation

    Z takim poglądem ów wybitny szwedzki umysł, pod “denominacyjnym” oraz rodzinnym względem wywodzący się wprost z luteranizmu (syn pastora), plasowałby się zapewne idealnie pośrodku debaty dotyczącej reinkarnacji. Jego poglądy bowiem w zakomity sposób łączą ideę reinkarnacji z ideą “jedno ciało-jedna dusza”, pokazując przy tym jak w gruncie rzeczy bliscy są sobie reprezentanci obu stron naszej debaty, różniący się co najwyzej teoretycznymi niuansami.

    W czasach Swedenborga, jak również późniejszych, wielu chrześcijan (Żydów zresztą też) w świecie zachodnim wierzyło w reinkarnację: Johann Wolfgang von Goethe, Benjamin Franklin, Abraham Lincoln, Thomas Edison, fizyk Sir Oliver Lodge, Laurence S. Rockefeller, przemysłowiec Henry Ford, Winston Churchill, marszałek lotnictwa Lord Dowding, gen. George Patton i wielu innych, na wymienienie których nie starczyłoby tu po prostu miejsca.

    “Nie do pogodzenia z wielką godnością…” (?)

    Zatrzymam się jeszcze na moment nad inną kwestią, którą krytycy reinkarnacjonizmu podnoszą: twierdza oni niejednokrotnie, że jest on jakoby niezgodny z godnością człowieka, a jakby tego jeszcze nie było dość, próbują wesprzeć taki “argument” totalnym spłycaniem reinkarnacji do teorii o ciałach ludzkich jako “ubraniach”, w które dusza się “przyodziewa” oraz “zrzuca”. Cóz, jeśli mielibyśmy kontrargumentować w podobnym stylu, to pewnie wypadałoby nam teraz zrewanżować się “niereinkarnacjonistom” żartem, że ich własna “garderoba” mieści w sobie tylko jeden “Anzug”, który – tak nawiasem – oni też przecież “zrzucają” w chwili śmierci.

    Życie ludzkie dla reinkarnacjonisty nie jest po prostu “Anzugiem” lecz potencjalnym punktem wyjścia do osiągnięcia Królestwa Bożego:

    “…Oto dlaczego jest ono tak cenne, tak wartościowe. I dlatego tez smutnym jest obserwowanie ludzi marnujących swoją ludzką formę życia poprzez życie jak zwierzęta. Oni po prostu marnują swoja cenna szansę; szanse, ktora rzadko się pojawia.

    Istota ludzka różni się od zwierzęcej tym, że ludzka forma pozwala osobie osiągnąć pełnię świadomosci boskiej. Ludzka forma życia umożliwia osobie poszukiwanie oraz znalezienie Prawdy Absolutnej.”Chris Butler (Siddhaswarupananda Paramahamsa) “Reincarnation Explained”, USA 1983, s.70

    Czego by nie powiedzieć, nie brzmi to jak pozbawianie człowieka jego godności.

    Osobiście będąc jak najdalszym od obrażania się za tego rodzaju “całusy” naszych “oponentów”, sądzę jednak – i tu chyba wyrażę opinię wielu innych reinkarnacjonistów – że dość juz mieliśmy pouczania nas, który z naszych poglądów “odbiera” nam godność. Nie znam ani jednego reinkarnacjonisty (czy to chrześcijańskiego czy innego), który by uwazał siebie za pozbawionego godności z powodu swych poglądów. Ja oczywiście nie uważałbym również, ze brakuje mi godności, gdybym posiadal poglądy niereinkarnacjonistyczne.  Jedynie byłbym w stanie dostrzec swego rodzaju “zamach” na godność, gdyby mi ktokolwiek próbowal narzucić jakiś poglad wbrew mojej woli i wbrew sumieniu.

    Być może zresztą brak szacunku naszych “oponentów” dla naszych poglądów wynika z faktu, że za mało zwracają uwagi na sama wiarę w reinkarnację, zbyt wiele natomiast wagi przywiązując do pewnych jej teorii. Tymczasem jedno nie równa się drugiemu. To, że się wierzy w transmigrację dusz, nie oznacza jeszcze np. tego, że się wierzy, że w następnym wcieleniu będzie się psem lub motylem (niektórzy nasi koreligioniści, zwłaszcza ci co bardziej ewangelikalni, lubią się takimi przykładami poslugiwać w swych polemikach)(2). Nie oznacza to również, że reinkarnacjonista przestaje być odpowiedzialny za swoje obecne życie. Nie jest też prawdą, że w kulturze zachodniej istnieje jedynie koncepcja “optymistyczna” reinkarnacji jako “kolejnej szansy” (zresztą: cóż w niej złego?). Mogę tu odesłać do jednego z moich poprzednich tekstów pt. “Sakrament Zbawienia w kościele gnostyckim”, gdzie omawiany jest sakrament Consolamentum.

    Jeśli można uwierzyć dosłownie w treść przypowieści (jak tej o Łazarzu z Łk 19; 16-25), albo jeśli można uwierzyć w Przemienienie Pańskie (Transfiguracja) czy w Przeistoczenie (Transsubstancjacja), to czemu nie zaakceptować historii ze Srimad Bhagavatam, w której Bharat Maharaj narodził się ponownie jako jeleń, a w następnym wcieleniu znowu jako człowiek, Jada Bharat. Według tej historii Bóg pozwolił Bharatowi w jego jelenim wcieleniu pamiętać jego poprzednie, ludzkie, życie. Będąc ponownie człowiekiem, Bharat postanowił uniknąć poprzednich pomyłek i starał się nie rozwijać w sobie przywiązania do jakichkolwiek rzeczy materialnych, gdyż przez swoje doswiadczenie zrozumiał on, że natura daje osobie konkretne ciało zgodnie z jej mentalnościa i rodzajem pragnień. Niemożliwe? A czyż my, chrześcijanie, nie powtarzamy sami, ze “co niemożliwe dla człowieka, możliwe jest dla Boga”? Jeśli możliwe jest Przeistoczenie, to i wcielenie w jelenia również. Jeśli możliwe jest zmartwychwstanie ciał, to i transmigracja dusz także.

     Własnymi oczami

    Sam pamiętam, że zacząłem wierzyć w reinkarnację w sposób daleki od obrazu “konwertyty” przekonanego przez czyjkolwiek wywód poparty cytatami z “odpowiedniej” literatury. Ani nie miało to wiele wspólnego z Biblią (mało ją wówczas czytalem) ani tym bardziej z literaturą dalekowschodnią (znajomość tejże równa zeru). Nie było to również wynikiem nagłych zachwytów nad relacjami z “życia po życiu”. Tyle mnie zresztą ta reinkarnacja obchodziła, co zeszłoroczny śnieg na Sybirze. Nawet nie mogę powiedzieć, by uświadomienie sobie tej wiary stanowiło wtedy dla mnie jakiekolwiek przeżycie w rodzaju “born again” czy czegokolwiek podobnego. Nic, tylko całkowity spokój i uświadomienie sobie tego nowego dla mnie faktu. Nie przejmowałem się też żadnymi teoriami, czyli tymi wszystkimi systemami, według których cykl transmigracji obejmuje “trzy tysiące” czy “trzydzieści tysięcy” lat, w ciągu których za zasługi otrzymuje się lepsze wcielenia, a za winy schodzi się “na psy”. Po prostu wierzyłem (i wierzę), że

    zawsze będzie istnieć pewien stan świadomości, poczucie owego “jestem” (po grecku: “ego eimi”; po hebrajsku: “jahwe”).

    Dopiero później byłem ta ideą zafascynowany, zwłaszcza po zapoznaniu się z paroma relacjami z seansów hipnotycznych, w trakcie których osoby poddawane hipnozie opowiadały o przeżyciach ze swych poprzednich wcieleń. Ta fascynacja nie trwała jednak zbyt długo, tym bardziej, że w końcu natrafiłem (“szukajcie a znajdziecie”) na solidne argumenty przemawiające przeciwko prawdziwości i rzetelności wielu takich opisów. Tym niemniej wiara w reinkarnację już nie odeszla. Bylem co prawda dalej w stanie deklarować wiarę w zmartwychwstanie ciał, później nawet potrafiłem – jako katolik – z pelnym przekonaniem wykłócać się z baptystycznymi fundamentalistami o istnienie czyśćca, a jednocześnie szczerze i w najbardziej oczywisty sposób stwierdzałem, że reinkarnacja jest możliwa i logiczna. I nie odczuwałem jakichkolwiek “sprzeczności” w deklarowanych poglądach, gdyż owe, jak najbardziej rzekome, “sprzeczności” mają jedynie czysto teoretyczny charakter. Nie, z całą pewnością nie mogę powiedzieć, że mi one “spędzały sen z powiek”. Reinkarnację da się pogodzić nawet ze zmartwychwstaniem ciał. I to jak najbardziej rownież w ujęciu biblijnym. Według Pawła z Tarsu nasze zmartwychwstanie odbędzie się w ciałach duchowych: “Zasiane jest ciało fizyczne, powstanie duchowe”, gdyż “Istnieje ciało fizyczne, istnieje i duchowe” (“ei estin soma fizikon, estin kai pneumatikon”) – 1Kor 15;44. Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze “Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest własnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.

    Czy jestem reinkarnacjonista “skrajnym” czy też tkwiącym pośrodku niczym Swedenborg, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Wszystko mi jedno, czy we mnie jest przereinkarnowana “dusza” czy “duch”, czy “Boskość sama w sobie”. Dla mnie takie “klasyfikacje” osobiście się nie liczą.

    Teraz, po latach, gdy już conieco przeczytałem na ten interesujacy temat, stwierdzam, że moj stosunek do reinkarnacji nie zmienił się zbytnio. Nie traktuję dosłownie teorii na jej temat. Użyteczne, nie wątpię, tak jak jezusowe opowiadanie o bogaczu i biednym Łazarzu. Ciekawe, że nawet autor tej opowieści (Łk 19;16-25) nie twierdził, że to “true story”, a w ewangelii przedstawiona jest ona jako fikcja w stylu “był sobie…” (“Był sobie pewien bogacz…”; “I był pewien żebrak, imieniem Łazarz…”). Tymczasem są wspólnoty chrześcijanskie, gdzie po dziś dzień uważa się to dosłownie za prawdziwą historię z nieba i piekła, a nawet utożsamia się tego Łazarza z Łazarzem z ewangelii “według Jana” (Jn 11;1-44, 12;1-2 i 9-11). Tak też ma się sprawa z teoriami reinkarnacyjnymi: spełniają podobną funkcję, co opowieść o Łazarzu, ale nie przestaje byc reinkarnacjonistą ten, kto w nie nie wierzy dosłownie, tak jak chrześcijaninem pozostaje ten, dla którego historia Łazarza to alegoria.

    Dla duchowego rozwoju człowieka nie ma znaczenia czy wierzy tak jak “saduceusz”, “faryzeusz” czy “esseńczyk”. W końcu i Pomazaniec mówił, że “po ich owocach ich poznacie”, a mówiąc to miał na myśli uczynki, a nie wiare w taki czy inny rodzaj “życia pozagrobowego”.

    Warto jednak zaprezentować nieznającym historii naszej debaty skąd się wzięły kategoryczne stwierdzenia o rzekomej “niezgodnosci” wiary w reinkarnację z chrześcijaństwem. Gdy bowiem będą w stanie przyjrzeć się

    faktom, sami zrozumieją, że ani z Biblią, ani z logiką, ani tym bardziej z obroną chrześcijanskiej tożsamości nie mają takie stwierdzenia wiele wspólnego.

    “Co tam, panie, w polityce?”

    Stanowisko zajęte wobec doktryny reinkarnacji przez “ortodoksyjne” przywództwo kościoła stanowiło wynik wcześniejszego rozwoju doktryn kościelnych. “Łańcuch reakcji” rozpoczął się bowiem znacznie wcześniej i to od sprawy, która sama w sobie z omawianym tu tematem nie ma wiele wspólnego.

    Około roku 250 n.e. pewien ksiądz imieniem Sabellius nauczał, ze “Trzy Osoby” (Ojciec, Syn i Duch) nie są osobami, lecz trzema aspektami Boga. Oznaczało to, że Jezus był manifestacja Ojca. “Ortodoksi” podjęli więc wysiłek wykazania różnicy pomiędzy Bogiem Ojcem i Pomazańcem.

    Na początku IV wieku n.e. biskup Aleksander z Aleksandrii (ur. ? – zm. 17.IV.326) usiłował wyjaśniać korelacje między Ojcem, Synem i Duchem podkreślając ich jednosć. Na to libijski duchowny imieniem Arius (ur. Ok. 256 – zm. 336 r.n.e.) postawił tezę:

    “Jeśli Ojciec począl Syna, to ten poczęty miał początek swej egzystencji”.

    To proste stwierdzenie otworzyło istną “puszkę Pandory” dla ówczesnych teologów, przyczyniając się do ostrej debaty szalejącej przez następnych wiele dziesiątków lat, tak zwanej kontrowersji arianskiej. To niewinne zdanie mogłoby być komentowane i debatowane w spokoju. Kłopot polegał jednak na tym, że obie strony nie tylko uważały siebie za ortodoksyjne, a oponentów za niebezpiecznych heretyków, ale też dokładnie według tego schematu postępowały. Ortodoksi przecież nie umieli dyskutowac w normalny sposób, oni musieli się wzajemnie potępiać, obrzucać klątwami, denuncjować, skazywać na banicję, by juz o gorszych rzeczach tu nie wspominać. Nie spoczęli tez dopóki któregoś z owych “zbożnych” celów (lub tez najchętniej wszystkich ich razem wziętych) nie osiągnęli.

    Dla jednych Arius był heretykiem, bo mówił, ze Syn miał początek. Dla innych zaś ortodoksem, bo podkreślał, ze Bóg jest jeden, a jeśli Chrystus  też miałby nim być, to byłoby już dwóch bogów. Będąc zaś pod wpływem nauk zmarłego jeszcze przed swoim urodzeniem Orygenesa, uważał on, ze Ojciec jest jedynym Bogiem, wiecznym i niezmiennym, a każda inna osoba jest mu podporządkowana. W jego rozumieniu Aleksander próbował ożywić “herezję” sabelianizmu.

    W roku 320 Aleksander  zwołał synod lokalny w Aleksandrii, ktory ekskomunikował Ariusa (a jakże!). Ten zaś udał się do Bitynii i Palestyny, gdzie inne lokalne synody tę ekskomunikę unieważniły.

    W koncu zebrał się ten “historyczny” (by nie rzec: “histeryczny”) sobór w Nicei (dzisiejszy Iznik w północno-zachodniej Turcji) w 325 r.n.e. Z liczby ok. 1800 biskupów w obradach wzięło udział pomiędzy 225 a 318, czyli pomiędzy 1/9 a 1/6 całości. Debata nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc wmieszał się cesarz Konstantyn, który po prostu zażądał, by wszyscy podpisali formułę o Pomazańcu “współistotnym” Ojcu. Jako argument posłużyla mu groźba, że ci, którzy nie podpiszą, zostana wygnani z kraju. Niewielu odważyło się nie podpisać, więc formuła przeszła. Aliści, niektórzy z biskupów po powrocie do swych miast odwołali swe poparcie dla formuły: “Popełniliśmy akt bezbożny O, Panie, podpisując się pod bluźnierstwem ze strachu przed tobą…” – pisał do cesarza w imieniu swoim i dwóch innych biskupow Euzebiusz, biskup Nikomedii. Cesarz ze swej strony pozbawiał takich biskupów ich godności, a samego Ariusa wygnał i kazał palić jego pisma. (obok ilustracja Konstantyn)

    Jednak arianizm stal się popularny do tego stopnia, że Konstantyn cztery lata później (329 r.n.e.) zmienił zdanie, przywrocił do łask Ariusa, jego zaś adwersarza, Athanasiusa, pozbawił dopiero co uzyskanego biskupstwa aleksandryjskiego i wygnał do Galii (południowa Francja). Biskupi anty-arianscy pozbawiani byli swych godności, arianscy zaś je teraz odzyskiwali. Jeden z takich biskupów arianskich ochrzcił później Konstantyna na łożu śmierci (r. 337 n.e.). Następny cesarz, Konstancjusz, otwarcie poparł arianizm. Ale sytuacja polityczna zaczęła się stopniowo zmieniać: najpierw arianie podzielili się na trzy rywalizujace ugrupowania, przez co się sami osłabili, a w roku 361 zmarł ich protektor, cesarz Konstancjusz. Dwadzieścia lat później, w roku 381 triumfujący na nowo anty-arianie przepchnęli po raz kolejny swoje “Credo” i potępili  swych adwersarzy (sobór w Konstantynopolu). Tak więc o tym co stanowiło “ortodoksję” a co “herezję” decydowały układy sił polityczno-eklezjalnych. Argument się nie liczył, siła – tak.

    Dla interesującego nas tematu wynik tych zmagań miał później takie znaczenie, że potępiony Arius, czerpawszy z orygenizmu nauczał, że Chrystus nie był Bogiem, lecz że został Synem Bozym. Mogłoby to na dłuższa metę sugerować, że inni ludzie również mogliby zostać synami bożymi, jeśli naśladowaliby Chrystusa. W połączeniu zaś z doktryną pre-egzystencji dusz i ich reinkarnacji oznaczać by to mogło (choć oczywiście niekoniecznie musiałoby), że dusza do zbawienia niekoniecznie potrzebuje pośrednictwa zinstytucjonalizowanego kościoła i jego hierarchii. Można z całą pewnością zrozumieć hierarchów “ortodoksyjnych”, jeśli nie uśmiechała im się taka perspektywa. Dodatkowo transmigracja dusz, zwłaszcza jeśli istniejacych “od początku” lub “nie mających początku”, kolidowałaby z ich tezą o Chrystusie jako jedynym przedwiecznym (nie musiałaby oczywiście kolidować, bo można było założyć, że Chrystus jest Bogiem, a dusza, nawet nie mająca początku, nim nie jest). Woleli jednak “dmuchać na zimne”. Tak więc późniejsza ich walka z “orygenizmem” motywowana była nie tyle jakąkolwiek “prawdą objawioną”, lecz chęcią stworzenia założenia teoretycznego, którego celem była obrona innego założenia teoretycznego.

    Czy zatem przypisywać należy potępienie wiary w reinkarnacje “spiskowej teorii dziejow”? I tak i nie.  Tak o tyle, że biorący udział w opisanym wyżej konflikcie istotnie posuwali się do spiskowania przeciwko sobie nawzajem. Nie zaś, jeśli potraktujemy powyższy proces jako całość. O “spiskowej teorii” możnaby z całą pewnościa mówić, gdyby postawiona teza głosiła, że dlatego potępiono arian, aby później móc potępić Orygenesa i reinkarnację. Tymczasem prawdą jest coś wręcz odwrotnego: Orygenesa potępiono dlatego, że wcześniej potępiono Ariusa. I nie od razu tego dokonano: Orygenes nie był przecież potępiony gdy szalał spór arianski. Nie był nawet potępiony, gdy już potępiono Ariusa, lecz 172 lata później. Mamy zatem do czynienia z łańcuchem wydarzeń i procesów kształtujących doktryny na przestrzeni wieków i to w taki sposób, że nowa  doktryna była rezultatem okoliczności wynikłych z poprzednich kontrowersji. Można sobie zatem wyobrazić, że gdyby wygrali arianie, to dalszy rozwoj teologii “ortodoksyjnej” mógłby również doprowadzić do uznania reinkarnacji za swego rodzaju dogmat, w którym to wypadku dzisiejsi nasi teologowie i bibliści twierdziliby z zapałem, że niewiara w nią jest “nie do pogodzenia” z chrześcijaństwem, a jako argumenty posłużyłyby im wszystkie sporne cytaty biblijne (jak ten z Mt 17; 10-13) interpretowane jako dowody na reinkarnację. Heretykami “staliby się” ci, którzy w reinkarnację nie wierzą.

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Przypisy:

    1. Przykładem jest jego list Do Awitusa, figurujacy w spisie listów Hieronima jako list 124. Niektórzy reinkarnacjoniści, pragnąc “dorobić” naszej wierze zwolenników wśrod “Ojców Kościoła” (zabieg zupełnie zbędny i uczciwością nie pachnący), chętnie cytują z tego listu następujący fragment na poparcie swojej tezy:

    “Niebiańskie mieszkanie i miejsce odpoczynku tam, na górze, jak sądzę, rozumieć należy jako miejsce, gdzie zamieszkiwały istoty rozumne i gdzie, przed swym zstąpieniem niżej i przejściem ze świata niewidzialnego do widzialnego oraz upadkiem na ziemię i potrzebą ciał materialnych, cieszyły się poprzednią radością. Stamtąd Bóg, Stworca, uczynił dla nich ciala stosowne dla ich stanu…”

    Tymczasem fragment ten jest totalnie wyrwany z kontekstu, w dodatku nie jest to opinia Hieronima, lecz cytowana przezen opinia Orygenesa. W rzeczywistości bowiem list ten  jest swoją treścia zdecydowanie wymierzony przeciw Orygenesowi. Ten szesnastoakapitowy dokument utrzymany jest wręcz w tonie napastliwym, by nie rzec, że w denuncjatorskim. Trudno by go nazwać po prostu “polemiką”, zawiera on bowiem – jak zawsze w przypadku fanatyzmu – żądanie “potępienia”.

    W innym liście  (do Marcelli) Hieronim wyraził się bezposrednio o reinkarnacji:

    “Ta bezbożna i plugawa doktryna rozprzestrzeniła się w przeszłości w Egipcie i w obszarach wschodnich; a teraz potajemnie, niczym w norach żmij, rozprzestrzenia się między wieloma, zatruwając czystość tych obszarów; i jak dziedziczna choroba przenika do niewielu, by mogła sięgnąć większości”.

    Nie, zdecydowanie “ortodoksi” nie potrafili debatować jak normalni ludzie

    2. Wspomniany tu już Henry Ford zdecydowanie zdawał się wierzyć, że dusza ludzka odbywa wędrówkę jedyne pomiędzy wcieleniami ludzkimi. W wywiadzie prasowym udzielonym dziennikarzowi George’owi Sylvestrowi Viereck’owi (“The San Francisco Examiner”, 26 sierpnia 1928), powiedział między innymi:

    “Zaakceptowałem teorię Reinkarnacji, gdy miałem 26 lat… Religia nie oferowała niczego równie przekonującego – przynajmniej nie byłem w stanie tego odkryć. Nawet praca nie dawała mi całkowitej satysfakcji. Praca jest próżna, jeśli nie możemy wykorzystać w następnym życiu doświadczenia zebranego w poprzednim.

    Gdy odkryłem Reinkarnację, to było tak, jakbym odkrył uniwersalny plan. Zdałem sobie sprawę, ze był czas na wypracowanie moich pomysłów. Czas nie był juz więcej ograniczony. Nie byłem juz dłużej niewolnikiem zegara. Było wystarcząjaco dużo czasu, by pracować i tworzyć.

    Odkrycie Reinkarnacji dało mojemu umysłowi swobodę. Byłem uspokojony. Czułem, ze porządek i postęp są obecne w tajemnicy zycia. Nie szukałem już nigdzie indziej rozwiązania zagadki życia.

    Jeśli zachowa Pan zapis tej rozmowy, proszę, by napisał Pan to tak, aby uspokoiło to ludzkie umysły. Chciałbym bowiem przekazać innym ten spokoj, ktory daje nam dalekosiężne spojrzenie na zycie. Wszyscy zachowujemy, co prawda mgliście, wspomnienia z poprzednich wcieleń. Często czujemy, że jesteśmy świadkami sceny lub przeżywamy chwilę z jakiejś poprzedniej egzystencji. To jednak nie jest niezbedne; to, co jest wartościowe i co pozostaje w nas, to esencja, sens i wynik doświadczenia”.

     

     

    Continue Reading »
    0 Comments

    Opowieść reinkarnacyjna

    Jul 24th, 2009 by monio
    Opowieść reinkarnacyjna

    „W dzieciństwie moje sny były pełne wspomnień o śmierci Mary. Jako Mary, byłam w dużym pokoju z białymi ścianami; wysokie wielopanelowe okno, niemal naprzeciw mnie, wpuszczało sporo światła. Wiedziałam, że byłam chora od pewnego czasu, być może od tygodni, lecz fizyczny ból stał się odległy. Oddychałam jednak z trudem i musiałam zdobywać się na wysiłek, by zaczerpnąć powietrza, co samo w sobie powodowało panikę. Towarzyszyła temu gorączka powodująca zniekształcenie myśli i utratę poczucia czasu. Jedyną pewną rzeczą było, że byłam sama i bliska śmierci w miejscu, które nie było domem”. (ilustracja „Mary Sutton”)

    Tymi słowami rozpoczyna się książka Jenny Cockell „Across Time and Death. A mother’s search for her past life children” wydana w roku 1994. Autorka dodaje:
    „Wszystko to jednak zdawało się mieć małe znaczenie wobec mej obawy o dzieci, które zostawiałam (…) To nie śmierć sama w sobie wzbudzała strach, gdyż poprzez sny zrozumiałam śmierć jako normalny, naturalny proces. Był to żal oraz strata poprzez śmierć (…) Było zbyt wcześnie, by odejść; zbyt wcześnie, by opuścić dzieci.”Jenny Cockell pamiętała już od dzieciństwa, że że miała kiedyś na imię „Mary” i że była matką kilkorga dzieci.  Pierwszy raz wspomniała o nich swej matce zanim jeszcze ukończyła czwarty rok życia. Było to w dniu, w którym po raz pierwszy udała się do kościelnej szkoły niedzielnej w swym rodzinnym mieście w Northamptonshire w Anglii. Zapytana czy podobało jej się tam, odpowiedziała, że tak.
    „Ale powiedziałam, że nie mogę zrozumieć dlaczego, jeśli chcą tam mówić o życiu i śmierci, nie wspominają naszych innych żywotów.”

    „Tego dnia odkryłam, że reinkarnacja – nazwa tego, czego doświadczałam – uważana była za wierzenie, nie za fakt. W dodatku było to wierzenie, które nie było generalnie akceptowane w Brytanii. To odkrycie – że moja prawda nie była prawdą w oczach wszystkich i że ja byłam pod tym względem inna – stanowił dla mnie wielki szok i spowodował mój niepokój i stałe kwestionowanie samej siebie. Byłam świadoma, że dorośli na ogół wiedzą więcej niż dzieci i nie chciałam być w błędzie.”Całą sprawę komplikowała jeszcze nienajlepsza sytuacja w rodzinie „i istniało nieznośne napięcie między moimi rodzicami. Wszyscy baliśmy się ojca, który dla różnych powodów usiłował żyć życiem, do którego nie pasował. Nie był też szczęśliwy w małżeństwie.”

    Ta sytuacja rodzinna, o której autorka pisze otwarcie, posłużyć miała później jako jedna z podstaw kwestionowania sensu całej przedstawianej tu historii. O tej krytyce wspomnimy w dalszej części artykułu w przypisie 2.
    Mary and Jenny

    Jenny Cockell jest chyba jedną z bardzo niewielu osób w Europie, które zdają się pamiętać naprawdę bardzo dużo z tego, co nazywają swoim poprzednim życiem (1). Dużo – to oczywiście nie znaczy, że wszystko. Przyjrzyjmy się zatem najważniejszym szczegółom, które Jenny pamiętała ze swego poprzedniego życia oraz temu, czego nie wiedziała.
    Wiedziała ona zatem, że jako Mary żyła gdzieś pomiędzy latami 1898 a wczesnymi latami 1930-tymi. Wiedziała, że żyła wtedy w Irlandii – jeszcze jako dziecko zaczęła rysować mapki ze znanymi sobie ulicami miejscowości, w której miała mieszkać, zaznaczając na nich miejsce, gdzie stał domek, w którym żyła wraz z rodziną oraz inne obiekty. Potem zaczęła przeglądać mapy Irlandii z nadzieją, że odnajdzie to właściwe miejsce. Jej uwaga nieodmiennie kierowała się ku miejscowości Malahide (Mullach Ide) tuż na północ od Dublina. Mapki, które rysowała wcześniej okazały się pasować do rozplanowania paru ulic w Malahide. Pamiętała ulicę, przy której miała mieszkać oraz domek na samym jej początku. Nawet przypomniała sobie, że nazwa ulicy zaczynała się na literę „S”, coś jak „Salmons Road” – w rzeczywistości okazała się to być „Swords Road”. Z samej miejscowości pamiętała poza tym główną ulicę, sklep rzeźniczy przy Church Street (o cenach zbyt wysokich, by tam kupować), który to sklep istnieje nadal; swój domek oczywiście, jako mały cottage z ciemną kuchnią  i o dwuspadowym dachu nieco zapadłym z jednej strony; niewysoki płot kamienny przy tym domu wraz z furtką w nim; grupę ok 12 innych domków, tworzących rodzaj malutkiej „osady”  (znanej jako Gaybrook); stragany w głównej części miasteczka; stację kolejową itd. Pamiętała też – i ten motyw wracał często w jej wspomnieniach –  że nieraz wystawała w chłodne wieczory na molo, owinięta czarnym szalem lub chustą, czekając na przybycie łodzi – nie wiedziała jednak, na kogo tak czekała.
    Nie pamiętała natomiast – a w każdym razie nie wspomina tego w swej książce – stojącego w Malahide małego zamku.

    Zawsze miała wrażenie, że jako Mary była katoliczką. Jednak nie potrafiła przypomnieć sobie wyglądu stojącego w miejscowości katolickiego kościoła św. Sylwestra, chociaż jej dzieci były tam ochrzczone. Pamiętała jednak – w pewnym ogólnym zarysie – elewację innego kościoła, kościoła św. Andrzeja, należącego do protestanckiego Kościoła Irlandii. Ale pamiętała go tak, jak się pamięta budynek, którego nie zna się w środku, lecz jedynie z częstego przechodzenia obok niego. Po jednej z sesji hipnozy regresywnej naszkicowała istotny, widoczny z ulicy, fragment elewacji (a mianowicie jedną ścianę ze szczytem. Przy czym ten jej linearny szkic pokazywał jedynie zarys tej ściany, widocznej na pierwszym planie na zdjęciu obok, bez okna jednak, ale za to z tablicą ogłoszeń kościelnych).  (2) O ile nie potrafiła sobie przypomnieć wyglądu kościoła katolickiego, o tyle  z drugiej strony pamiętała, że chodziła do kościoła wraz z dziećmi oraz że chodziło tam dużo ludzi – miała bowiem w pamięci tłum ludzi stojących przed kościołem. Tłum, który przed kościołem św. Andrzeja nawet by się nie zmieścił.

    Stosunkowo najlepiej pamiętała „swe” dzieci: starszego syna, około 13 lat (Sonny), dość pewnego siebie, „małego żołnierza”, jak go określiła; najstarszą córkę (miała na imię Mary, po matce) z długimi włosami i gęstą grzywką; dalej dwóch innych synów (jeden z nich o imieniu Christopher, imię innego podano w książce jako „Jeffrey”); młodszą córkę z niebieskimi oczami i blond włosami (Bridget); małego chłopaka, roztargnionego, z ręką stale przesuwającą się wzdłuż obszycia kurtki i z palcami bez przerwy bawiącymi się nią (Francis). W ten sposób pamiętała sześcioro dzieci. Odnosiła jednak wrażenie, że gdy umierała, miała jeszcze jedno małe dziecko (najmłodszą córka, Elizabeth) oraz, że w sumie miała ich siedmioro lub ośmioro (była jeszcze córka Philomena zwana „Phyllis”) . Pamiętała – lub z czasem sobie przypominała – więcej szczegółów związanych z dziećmi, na przykład to, że dzieci miały małego czarnego psa. Utkwił jej w pamięci także pewien incydent, mianowicie, że jej dzieci złapały kiedyś królika na wnyk i zawołały ją, by go jej pokazać. „On jeszcze żyje” – miała im wtedy powiedzieć (co przypomniała sobie w hipnozie). I ten szczegół został potem również potwierdzony lata później, gdy spotkała już kilkoro spośród tej ósemki. Był on całkowitym zaskoczeniem dla nich, bo uważali go oni za rzecz tak prywatną, że nikt nie mógłby się o nim dowiedzieć z innego źródła. Nie pamiętała imion tych dzieci, zaczęły one pojawiać się później, częściowo podczas hipnozy, częściowo potem z korespondencji i rozmów telefonicznych, gdy już kontakt został z nimi nawiązany.

    Męża pamiętała tylko niczym przez mgłę. Ten „przystojny, robiący wrażenie mężczyzna” był raczej małomówny. Była pewna, że walczył on w I Wojnie Światowej, że zapewne wyszła za niego około tego okresu, a zawodowo wykonywał pracę mającą coś wspólnego „z dużymi belkami i robotami dachowymi” (dopiero później miała się już dowiedzieć, że istotnie był on cieślą budowlanym).
    Nie pamiętała natomiast jego (a zatem i swego) nazwiska ani też swego nazwiska panieńskiego (pamiętała natomiast rodziców oraz dwóch starszych braci – Michaela i Christophera). Co do imienia męża, to podczas hipnozy stwierdziła niepewnie, że zapewne „Bryan” (okazało się później, że „John”…). Nazwisko wymieniła „O’Neil”, lecz okazało się ono później nazwiskiem rodziny mieszkającej w pobliżu w Malahide. Jak potem oceniła, nazwiska „Bryan O’Neil” nie była pewna i nawet wydawało się jej, że może ono być przekręconą wersją nazwiska aktora Ryana O’Neila.

    Ciekawym elementem wspomnień Jenny Cockell są jej uwagi innego jeszcze rodzaju. Odczuwała ona podobnie szereg rzeczy jak Mary. Na przykład, jak pisze – „czuję głównie jej osobowość i pamiętam jej ubrania.” Było wówczas w modzie noszenie bluzek z niezbyt długimi rękawami, kończącymi się tuż pod łokciami, a nawet pod nimi zwijanymi. „Jeszcze dziś, jako osoba dorosła, podwijam rękawy lub wręcz spinam albo zszywam mankiety rękawów”. Pisze ona też, że już jako dziecko czuła się dziwnie w spódniczkach, które uważała za zbyt krótkie dla siebie i zbyt lekkie (niegdyś noszono dłuższe i cięższe) – „Wyobrażałam sobie, że powinny sięgać do połowy łydki, gdy tymczasem spódniczki dziecięce z lat 1950-tych sięgały do kolan”. (177.9 cm – przyp. MM). Nie pamiętała natomiast twarzy Mary.

    „Włosy Mary były długie i zdawały się być nieco falujące (…) Gdy mi przybywało lat, zdałam sobie sprawę, że Mary musiała być średniego lub nieco poniżej średniego wzrostu. Zaczęłam czuć się zdecydowanie zbyt wysoką, gdyż osiągnąwszy trzynaście lat, miałam pięć stóp i dziesięć cali wzrostu”

    W dzieciństwie Jenny czuła się dość dziwnie będąc zarówno sama dzieckiem jak i matką zatroskaną o los swoich innych dzieci:
    „lecz było mi trudno być dzieckiem.  Nie mogłam zrozumieć tych nieuzasadnionych rzeczy, które inne dzieci uważały za ważne. Przyjmowałam rzeczy wprost i nie ceniłam poczucia humoru innych, za to  sama śmiałam się z czegoś zupełnie innego.

    Szukając dowodów

    W międzyczasie sama – to jest w obecnym życiu – urodziła dwójkę dzieci i pracowała jako podiatra. Gdy dzieci podrosły, znów zaczęła, ze zwiększoną mocą, interesować się rodziną pamiętaną przez te wszystkie lata. W latach 1980-tych zakupiła dokładniejszą mapę rejonu Malahide i porównała ją ze swoim szkicem sprzed wielu lat. Obie mapki były do siebie podobne.
    Poszukiwanie rozpoczęła od gromadzenia bliższych informacji o samej miejscowości oraz zapamiętanych z niej szczegółach i mieszkających tam w przeszłości ludziach. Możemy sobie wyobrazić, że reakcje osób zapytywanych przez autorkę były zróżnicpwane. Pewna dziennikarka zamieszkała w pobliżu Malahide, która początkowo zaoferowała swą pomoc, natychmiast zerwała kontakt, gdy dowiedziała się, że chodzi o „badanie pamięci z poprzedniego życia”. Pomocny okazał się natomiast lokalny nauczyciel historii z Dublina, będący równocześnie studentem teologii. Zamierzał on  bowiem wykorzystać wspomnienia autorki dla celów swej pracy dyplomowej, gdyż „poruszały one szeregi kwestii interesujących dla teologii”.

    W czerwcu 1989 roku wybrała się wreszcie do Malahide na weekend. Stwierdziła tam, że naszkicowany przez nią wcześniej kościół istotnie się tam znajdował i rzeczywiście miał elewację bardzo podobną do tej naszkicowanej lata wcześniej. Nie potrafiła odnaleźć swego niegdysiejszego domu, który już nie istniał (został zburzony w 1959 roku). Natomiast kamienny mur, strumień oraz bagno były dokładnie w tych miejscach, które pamiętała. Znalazła swoje stare molo, które pojawiało się w jej pamięci tak często – tyle tylko, że niegdysiejsze drewniane zastąpiono w międzyczasie betonowym.

    Krótko potem napisała list do właściciela starego domu przy Swords Road, czyli przy tej samej ulicy, przy której miała sama kiedyś mieszkać. Mr Mahon odpisał, informując między innymi:

    „Co się tyczy matki zmarłej w latach 1930-tych – była nią Mrs SUTTON. Wydaje mi się, że jej mąż był żołnierzem brytyjskim w wojnie lat 1914-18. Po jej śmierci dzieci zostały zabrane do sierocińców – później ich najstarsza córka MARY wróciła do domu. Sądzę, że mąż wrócił do UK, by szkolić żołnierzy w latach 1939-45. Ich dzieci chodziły do szkół rzymskokatolickich, ale możliwe jest, że ich ojciec należał do Kościoła Irlandii.”Zdziwiło ją dlaczego ojciec nie utrzymał rodziny. Rozpoczęła poszukiwanie owych dzieci oraz dalszych informacji o ich losach. Odnalazła świadectwo ślubu Mary Sutton oraz jej świadectwo zgonu. Udało jej się uzyskać imiona sześciorga z ośmiorga dzieci dzięki pomocy księdza z sierocińca koło Dublina (ksiądz ten poczynił własne poszukiwania w Departamencie Edukacji), a następnie, po ustaleniu ich aktualnych adresów, zaczęła do nich pisać.  W końcu spotkała się z jednym z nich – z tym najstarszym, imieniem Sonny. Potwierdził on, że ich mały dom (cottage) stał rzeczywiście w ustalonym przez nią miejscu.

    Sonny dopomógł Jenny w spotkaniu z rodziną. Trójka z ósemki dzieci już nie żyła. Pozostała piątka natomiast spotkała się z Jenny w kwietniu 1993 roku w Irlandii. Jenny filmowała to spotkanie. Napisała: „było to pierwsze spotkanie rodziny od 1932 roku”.Jenny Cockell była w sumie kilkakrotnie w Malahide i okolicach (do czasu napisania książki). Christopher, który nie był tam od czasów dzieciństwa, stojąc w obrębie pozostałości niegdysiejszego domu rodzinnego, potrafił odnaleźć to miejsce, w którym stał, gdy jego matka była zabierana do szpitala, skąd już nie wróciła.

    Sama Jenny była zadowolona, że zainteresowała się swymi wspomnieniami i podjęła działanie opisane powyżej. „Poczucie odpowiedzialności i winy opadło i odczuwam spokój, którego tak naprawdę nigdy przedtem nie zaznałam” – napisała w zakończeniu swej książki, która doczekała się ekranizacji (co prawda ze scenariuszem odbiegającym nieco  od faktów).

    Epilog

    John Sutton (ojciec) – Powodem, dla którego ojciec, John Sutton, z zawodu cieśla budowlany, nie utrzymał rodziny po śmierci żony, było to, że dużo pił („a drunkard”) i często zachowywał się brutalnie. Jeszcze za życia Mary bił ją i dzieci „grubym pasem z mosiężną klamrą”. Po jej śmierci stał się jeszcze gorszy, co spowodowało odebranie mu przez władze prawa do opieki nad siedmiorgiem z ośmiorga dzieci, pozostawiając mu jedynie syna Sonny’ego. Jego też bił aż do momentu, gdy ten w wieku 17 lat uciekł z domu i zaciągnął się do armii. Najstarsza córka (również Mary) wróciła z sierocińca do domu i przez pewien czas mieszkała tam z ojcem. Ją jednak też bił, aż w końcu i ona uciekła. Około roku 1939 lub 1940 ożenił się ponownie i przeniósł do Szkocji. Ani jego dzieci go nie poszukiwały ani Jenny Cockell.

    Mary Sutton, z d. Hand – była istotnie średniego wzrostu jak opisała ją autorka, dość pogodną kobietą. Miała długie, ciemne włosy związane w kok. Nie nosiła biżuterii (poza obrączką ślubną). Ślub z Johnem Suttonem wzięła, wg zapisu,  22 lipca 1917 roku w Dublinie (ks. „R. Garrick P.P”). W roku 1932 zmarła w Rotunda Hospital w Dublinie (na zdjęciu) – szpitalu, który istotnie miał białe ściany i wysokie wielopanelowe okna.  Zmarła 24 października 1932 roku, przyczyny zgonu zostały wymienione w świadectwie jako „gas gangrene, septic pneumonia, toxaemia” – „zgorzel gazowa (czyli gangrena), septyczne zapalenie płuc, zatrucie krwi”. Zaledwie miesiąc wcześniej (25 września) urodziła swe ostatnie dziecko – córkę Elizabeth. W świadectwie zgonu napisano również, że miała ukończone 35 lat – co oznacza, że urodziła się w roku 1897, nie w 1898; choć wg innego jeszcze źródła miała się urodzić 1 grudnia 1895 (dokładna data urodzin nie jest jednak znana. Część dokumentacji i archiwaliów z tamtego rejonu spłonęła podczas irlandzkiej wojny domowej 1922-23).  Pochowana została na cmentarzu przy kościele katolickim w Kinsaley, między Dublinem a Malahide.

    Mary, najstarsza córka – po ucieczce od ojca udało jej się znaleźć kochającego męża. Jednak zmarła krótko później podczas porodu w wieku zaledwie 24 lat.

    „Jeffrey” – nie chciał, by podawać publicznie jego prawdziwe imię, stąd ten „pseudonim”. Był pierwszym z rodziny, z którym autorka była w stanie się skontaktować. Zmarł na wiosnę 1993 roku, krótko przed „spotkaniem rodzinnym” w Malahide.

    Philomena (Phyllis), Bridget i Elizabeth – wszystkie wyszły za mąż; Phyllis urodziła ośmioro dzieci, Bridget czworo, Elizabeth sześcioro. Bridget zmarła w latach 1970-tych w Australii. Elizabeth dopiero w wieku ok. 17 lat dowiedziała się, że była dzieckiem adoptowanym i że miała rodzeństwo. Nie wiedziała gdzie żyją jej bracia i siostry. Dopiero ogłoszenie zamieszczone przez autorkę w dublińskiej „Evening Press” w paździeniku 1990 dopomogło jej w odnalezieniu krewnych.
    Phyllis zaakceptowała inne niż autorka wyjaśnienie fenomenu opisanego w książce: „Ksiądz zasugerował jej, że reinkarnacja jest nie do utrzymania, był jednak w stanie przedstawić pogląd, który zdawał się być łatwiejszy do zaakceptowania przez nią. Według niego Mary przemawiała przeze mnie, by zjednoczyć rodzinę”. Taki pogląd przyjęła też Elizabeth. Phyllis jest tą córką, którą widać – w wieku 2 lat – na wykonanym w 1927 roku jej zdjęciu z matką, zaprezentowanym tu u samej góry.

    Sonny, najstarszy syn – pozostawiony ojcu jako jedyne dziecko do wychowania, uciekł od niego mając lat 17. Podając się za rok starszego, zaciągnął się do armii irlandzkiej (Free State Army). Nieco później się ożenił i wyjechał do Anglii, gdzie z kolei zaciągnął się do lotnictwa (RAF). Jego pierwsza żona wkrótce zmarła. Niedługo potem ożenił się ponownie. Spośród całego rodzeństwa on jeden w całości zaakceptował tezę o reinkarnacji swej matki (inni częściowo albo i nie) i to on okazał się najbardziej pomocny w zorganizowaniu spotkania rodzinnego w roku 1993. Tak jak i jego pozostałe rodzeństwo, utrzymywał dalej kontakt z autorką książki. Miał ośmioro dzieci. We wrześniu 1990 roku podczas pierwszego spotkania z Jenny Cockell był w stanie wyjaśnić jej zagadkę owego wystawania na molo o zmierzchu: „Powiem ci dlaczego pamiętasz to molo. Jako chłopak pracowałem na wyspie, usługując grającym tam w golfa, a o zmierzchu matka czekała na mnie na molo, byśmy mogli razem wracać do domu.” Zmarł w roku 2000.

    Jenny Cockell http://en.wikipedia.org/wiki/Jenny_Cockell napisała od tamtego czasu jeszcze co najmniej dwie inne książki o reinkarnacji. http://www.darkstar1.co.uk/jennycockell.html _______________________________________________

    Jenny Cockell. “Across Time and Death. A mother’s search for her past life children”. New York 1994
    Przypisy:
    1. Ian Stevenson , niedawno zmarły (8 lutego 2007) czołowy badacz fenomenu pamięci poprzednich żywotów, ze swej strony najwyżej cenił bezpośrednią pamięć badanej przez siebie osoby. Mniej polegał na t.zw. hipnozie regresywnej, gdyż stosunkowo rzadko daje ona szczegóły o „wartości ewidencyjnej”. Dał on temu wyraz między innymi w swoim opublikowanym na stronie internetowej Uniwersytetu Virginii oświadczeniu w tej sprawie . O ile bowiem taka hipnoza istotnie daje możliwość sięgnięcia pamięcią do bardzo wielu szczegółów, które się w niej nagromadziły (a których na ogół bez tej hipnozy sobie nie przypominamy),  problem tkwi  w tym, że informacje te pochodzą z najrozmaitszych źródeł, włączając w to obejrzane niegdyś filmy, przeczytane książki, rozmowy przeprowadzone z innymi osobami itd. Profesor ostrzegał także przed możliwymi niekorzystnymi skutkami ubocznymi takich hipnoz, stwierdzając m.in.:

    “Procedura regresji hipnotycznej do “poprzednich żywotów” nie jest pozbawiona pewnych niebezpieczeństw. Zdarzały się wypadki, w których „poprzednia osobowość” nie „odchodziła” pomimo instruowania, by to uczyniła i osoba w takich wypadkach pozostawała w odmienionym stanie osobowości przez kilka dni lub dłużej, zanim nastąpiło przywrócenie do jego normalnego stanu osobowości”.

    2. Pewien autor (Joe Nickell) poddał krytyce historię opisaną w prezentowanej tu książce. Warto zaznajomić się z jego argumentami. Tutaj skupimy się na najważniejszych z nich.

    Najłatwiej odpowiedzieć temu elementowi krytyki, który podważa świadectwo z powodu problemów spowodowanych w jej własnym życiu trudną (w dzieciństwie) sytuacją rodzinną. Taka sytuacja sama w sobie nie czyni podanej przez niej wersji wypadków rzeczą nieprawdopodobną. Utrata czegoś istotnego w życiu może bowiem dopomóc w odnalezieniu czegoś innego, niemniej istotnego. Tak jak utrata wzroku może doprowadzić – przy intensywnym ćwiczeniu – do polepszenia posługiwania się słuchem…

    Sam sposób dokonywania poszukiwań przez autorkę również budzi zastrzeżenia Nickella:
    “Wysłała zapytania w celu znalezienia wsi z pewnymi szkicowymi wymaganiami, a gdy taka wieś została –  co nie dziwi — znaleziona, zaaprobowała ją jaką tę, której szukała. Oczywiście gdyby nie pasowała, poszukiwałaby dalej. Takie podejście przypomina rysowanie tarczy wokół strzały, gdy ta już w coś trafiła.”
    “W dodatku zastosowano tu technikę retrofittingu (zestawiania fo fakcie). Na przykład pani Cockell wykonała szkic kościoła po jednej ze swych sesji hipnotycznych, który zestawiony został z fotografią rzeczywistego kościoła św. Andrzeja we wsi Malahide. Jednak szkic jest prosty, pokazuje on jedynie ścianę szczytową, nie ukazując świadomości istnienia większej struktury ogólnej. W dodatku całkowicie pomija on główną osobliwość ściany szczytowej – masywne okno gotyckie – a jest więcej pominięć i niewłaściwych skojarzeń. Co więcej, kościół św. Andrzeja nie jest tym, do którego Mary uczęszczała, bo tym był kościół katolicki św. Sylwestra, lecz jedynie tym, obok którego przechodziła, a należącego do Kościoła Irlandii.”
    Autor nawet powołał się na autorytet eksperta, Roberta Bakera, oraz na jego opinię o t.zw. hipnozie regresywnej, zawartą w jego książce p.t. „Hidden Memories: Voices and Visions from Within” (Buffalo, New York, 1992, str. 152):
    “Przez długi czas uważano, że hipnoza dawała osobie hipnotyzowanej nienormalne lub niezwykłe zdolności wskrzeszania wspomnień. Łatwość, z jaką hipnotyzowani odzyskiwali zapomniane wspomnienia i przeżywali na nowo doświadczenia wczesnego dzieciństwa była zdumiewająca…”.
    „Jednakże, kiedy przeegzaminowano zbieżność owych wspomnień z prawdą, okazało się, że wiele z tych wspomnień nie tylko było nieprawdziwych, ale że były one nawet całkowitymi fabrykacjami. Konfabulacje, t.j. tworzenie historii w celu wypełnienia luk w pamięci, wydawały się raczej normą niż wyjątkiem. Wydaje się, dosłownie, że stosowanie „hipnozy” w celu przywracania lub obudzenia w taki czy inny sposób poprzedniej historii danej osoby pobudza nie tylko pragnienie tej osoby do przywoływania wspomnień oraz procesy pamięciowe, lecz otwiera również śluzy jej lub jego wyobraźni.”

    To wszystko oczywiście prawda. Tu zwróćmy na moment uwagę na ten drugi fragment cytowany przez Nickella. Pisze więc Baker, że „wiele z tych wspomnień nie tylko było nieprawdziwych …”, co oczywiście samo w sobie jest potwierdzeniem, że inne wspomnienia jednak są prawdziwe. Oraz że hipnoza osoby „pobudza nie tylko pragnienie tej osoby do przywoływania wspomnień oraz procesy pamięciowe …”, co oznacza, że obok historii fikcyjnych uzyskuje się również prawdziwe dzięki pobudzeniu procesów myślowych…
    Ale tak na dobrą sprawę Mr Nickell wcale nie musiał tu nikogo cytować, bo Jenny Cockell wyraźnie podkreśliła wspomniane ryzyko stosowania tego typu hipnozy (na stronie 34 swej książki), gdzie po krótkim przypomnieniu historii hipnozy regresywnej, stwierdziła:
    „Chociaż regresja hipnotyczna stała się tak popularna, nie jest ona najwyraźniej wysoko ceniona przez poważnych badaczy, gdyż informacja podawana przez dorosłą osobę hipnotyzowaną może pochodzić z rozmaitych źródeł.”

    dodając przy tym dlaczego w ogóle się jej poddała:
    „Jednak dla mnie było to nowe doświadczenie i jego celem było nie tyle usiłowanie szukania doświadczeń z poprzednich żywotów, lecz dodanie czegokolwiek użytecznego do wspomnień z wczesnego dzieciństwa już w sprawdzalny sposób uszczegółowionych (w oryginale: „verifiably detailed”). Chciałam wykorzystać wszystkie możliwe środki, by znaleźć wystarczające szczegóły, aby być pewną, że jeśli zostanie odnaleziona rodzina, to będę mogła być pewna, że to moja rodzina.”
    Innymi słowy historia uzyskiwana już od co najmniej 4 roku życia była już dość dobrze skrystalizowana, potrzebne były tylko szczegóły uzupełniające, które – tak nawiasem – uzyskiwane były głównie poprzez sprawdzanie faktów uzyskiwanych od osób prywatnych oraz instytucji publicznych, jak również poprzez rzeczywiste wizytowanie miejsc znanych dotychczas tylko ze wspomnień. Człowiek hipnotyzujący autorkę książki przyznał, że była ona pierwszą osobą hipnotyzowaną przezeń posiadającą pamięć poprzedniego życia. (str. 35).


    Odpowiedź na argument o wielu szczegółach niepamiętanych z poprzedniego życia jest nawet prostsza.  Nikt z ludzi nie pamięta większości zdarzeń swego obecnego życia. Wielu potrafi autentycznie np zapomnieć nawet języka, którego nauczyli się w dzieciństwie i który był ich pierwszym językiem (co kontrastuje np ze zjawiskiem znanym jako „ksenoglossia”, a polegającym na posługiwaniu się językiem obcym, którego nie uczono się w trakcie trwania obecnego żywota – niejedna z osób utrzymujących, że żyły poprzednio w innych wcieleniach, posiada taką zdolność). A czy można nie pamiętać własnego nazwiska (lub imienia krewnego) z poprzedniego wcielenia? Praktyka pokazuje, że można i to nawet z życia obecnego (zaniki pamięci). Nikt nie będzie utrzymywał, że człowiek nie istnieje, jeśli straci pamięć…

    A co do owego kościoła św. Andrzeja, którego fragment został zapamiętany… Aby móc docenić szkicowanie szczegółów budynków po wielu latach i to po niegdysiejszym jedynie powierzchownym ich obserwowaniu, posłużyłem się małym „eksperymentem” podobnego charakteru. Osoba, która wykonała widoczny obok szkic, nie widziała Kazimierza Dolnego ani stojących w nim kamienic braci Przybyłów od lata 1981 roku (no, może nieco później jakieś fotografie…). Ostatnio złapała za pióro i – bez oglądania jakichkolwiek fotosów – naszkicowała to, co utkwiło jej w pamięci po tylu latach. Rezultat widoczny jest na ilustracjach (tu dodaję, że chodziło o kamienicę po prawej, a nie tę większą po lewej).  Oto, co można „zrobić” z budowlą, polegając na mglistej pamięci z tego żywota (o jakimkolwiek poprzednim nawet nie wspominając)… (Pomińmy tu narazie fakt, że czym innym jest zapamiętanie pewnej budowli, a czym innym jej narysowanie  – pamiętamy zawsze w bardziej „fotograficzny” sposób niż potem z pamięci  rysujemy. Owa pamięć i rysunek różnią się zatem znacznie). Na szkicu są widoczne postacie na elewacji – nie wiadomo tylko dlaczego dwie i dlaczego symetrycznie „flankują” elewację… Gdzieś coś „świtało” o jakichś oknach na pierwszym piętrze (ale są dwa zamiast trzech), a co stało się z tymi czterema mniejszymi na poddaszu?Zgubiono” w ten sposób w sumie aż 5 spośród 7 okien. A ktoś ma pretensję, że Jenny Cockell „zgubiła” jedno… Gdzie podziały się trzy łuki na parterze? Zastąpiły je jedne drzwi… Nie ma w ogóle podcieni… Nie ma wspaniałej i bogato zdobionej attyki. A jednak pomimo wrażenia, że ktoś „przez pomyłkę” naszkicował zupełnie inny budynek, nie sposób zaprzeczyć, że szkic i kamienica mają jednak coś ze sobą wspólnego… Tym bardziej, że „sprawca” tego  szkicu upiera się, że gdyby stanął w Kazimierzu przed kamienicą, to by ją natachmiast rozpoznał jako tę, którą pamięta (ten „sprawca” to oczywiście ja sam…).

    Ale, ale… autor wspomniał coś o „rysowaniu tarczy wokół strzały, gdy ta już w coś trafiła”. Istotnie, porównanie niczego sobie. Co innego jednak mieć tarczę na widoku: ani szukać jej nie trzeba, ani nawet dociekać jej istnienia. Co jednak zrobić, gdy najpierw trzeba ustalić, czy „tarcza” w ogóle istnieje? Poszukiwania wszelkiego rodzaju prowadzi się właśnie w bardzo podobny sposób. Postępują tak osoby prywatne, postępuje tak policja… Wyobraźmy sobie, że gdzieś popełniono przestępstwo. W ciemności ktoś zauważył przez dziurę w płocie, że nad leżącą na ziemi ofiarą pochyla się jakiś mężczyzna. Twarzy nie widać, bo ciemno i „leje jak z cebra”, na dodatek kaptur ma nasunięty na głowę. Świadek odnotował jednak, że odchodząc, podejrzany zawołał „Hector!” do stojącego opodal owczarka alzackiego, który natychmiast za nim podążył. Co zrobi policja, otrzymawszy taki strzępek informacji? Ano, można się założyć o każdą sumę, że przetrząśnie ona wszystkie dostępne sobie rejestry psów, by sprawdzić, czy odnotowany jest w nich alzatczyk o imieniu „Hector”, od którego możnaby zacząć poszukiwania podejrzanego – w ten sposób „rysując tarczę wokół wbitej strzały”… Tak jak uczyniła to autorka książki:
    „Posługując się jedynie wspomnieniami z dzieciństwa, chciałam najpierw dowiedzieć się kto mieszkał w tym domu pięćdziesiąt lat wcześniej, a następnie posuwać się ostrożnie krok za krokiem” (str. 66).

    Czy ostatecznie książka „Across Time and Death” wytrzyma krytykę czy nie (narazie w ciągu ostatnich 13 lat sobie nienajgorzej radzi…), to jeszcze zobaczymy.  Natomiast akurat krytykę Joe Nickella wytrzymuje ona znakomicie, dosłownie „bez zadraśnięcia”…

    Continue Reading »
    0 Comments