Copyright © 2012 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Archive for November, 2009
Minarety z galarety
Dariusz Bruncz i Tomasz Terlikowski (patrz: linki poniżej niniejszego tekstu) otworzyli w serwisie ekumenizm. pl serię artykułów odnoszącą się do ostatniego referendum w Konfederacji Helweckiej, a dotyczącego budowy minaretów.
Obydwaj chyba spudłowali, jeden strzelił za bardzo na prawo, drugi na lewo… Spróbujmy my zatem strzelić wprost w środek. „Dario” wychodzi z założenia, że wynik (ponad 57 procent przeciw minaretom) jest pozytywny, bo oznacza trzymanie się tego, co uważa za tożsamość europejską. „Tomo” zaś nazywa ten wynik „drogą donikąd”, bo jego zdaniem oznaczać to będzie z jednej strony radykalizację muzułmanów, a z drugiej pomoże walczyć w przyszłości z wszelką religią, skoro już dzisiaj wolno zakazywać jej widzialnych, fizycznych atrybutów.
I jeżeliby przyjrzeć się sprawie przez obie pary „okularów” obu Autorów, to obaj mają dużo racji. Jednak cała rzecz akurat jest w czymś zupełnie innym.
Obydwaj Autorzy pomijają najważniejsze punkty całej sprawy: kwestię IMIGRACJI, kwestię WOLNEGO WYBORU dokonanego przez obywateli oraz kwestię SZTUCZNEJ ANTAGONIZACJI do islamu przez NASZE establishmenty polityczne prowadzące wojny i okupacje w krajach islamskich. Dokładnie właśnie tak: obaj Autorzy boją się lasu minaretów w Europie przyszłości, ale to nie muzułmanie okupują jakikolwiek kraj europejski, rozogniając tam „rachunki krzywd” – to skorumpowane i posługujące się kłamstwem rządy zachodnie prowadzą takie wojny i okupacje w krajach islamu już od szeregu lat. I to w poparciu dla Izraela, okupującego taki kraj już od szeregu dziesiątków lat…
Europa nie cierpi dlatego, że jest w niej islam – bo on w niej jest od bardzo wielu stuleci, ale z powodu rosnącej liczby imigrantów, którzy zaczynają już antagonizować (czy tego chcą czy nie) Europejczyków. Odpowiedzialnością za politykę imigracyjną obciążać jednak nie należy islamskich imigrantów (bo co oni winni: że chcieli się przenieść tam, gdzie większy dobrobyt. Ja też tak zrobiłem, więc czemu jestem winny?) lecz europejskie i pozaeuropejskie rządy (USA, Kanada, Australia) oraz mocodawców tych rządów, obficie „smarujących” gotówką tam, gdzie trzeba wspomóc „odpowiedniego” kandydata do parlamentu albo kandydata na premiera… Również nas samych można obwiniać: czemu płodzimy tam niewiele dzieci, że potem się gospodarkę narodową „wspiera” milionami przybyszów wziętych dosłownie skądkolwiek, byle tylko bardziej „ukoloryzować” i wymieszać ze sobą wszystko (czytaj: rasy, kultury i religie) co się da, obojętnie czy to akurat jest zabieg korzystny czy nie…
To tyle odnośnie imigracji. Również odnośnie radykalizacji, bo te zbrodnicze wojny zamorskie bardziej radykalizują muzułmanów niż brak tu i ówdzie jakiegoś minaretu. Zapytaj sam siebie, Tomaszu: ile to tych minaretów jest naprawdę koniecznych do normalnego funkcjonowania religii islamskiej (wzgląd polityczny i propagandowy akurat celowo pomijam)? Czy powiedziałbyś na przykład, że w każdym wiejskim z***piu potrzebna jest d**na kościelna wieża gotycka? Nie, bo dzwony mogą tam być mniejsze i wisieć sobie w znacznie niższej wieży, albo nawet w wieżyczce na dachu albo pod t.zw. przydaszkiem od frontu (większość wczesnych kościołów europejskich NIE miała pierwotnie żadnych wież…). Podobnie rzecz ma się z minaretami: meczety nie muszą ich mieć w ogóle, a wcale przez to nie stają się „obumarłe”. Powiedzmy to sobie wprost, bez owijania całej sprawy w nadmiar „bawełny”: minarety są meczetom obecnie akurat tak „potrzebne do szczęścia”, jak przysłowiowy „zającowi dzwonek”…
No i właściwie na tym cała sprawa mogłaby się zakończyć: chodziło w całej sprawie O NIC, gdy chodzi o samo meritum swobód religijnych. Minaret to jednak potężna struktura, więc chyba i rację mają ci, którzy wskazywali na polityczno-propagandowe aspekty całej muzułmańskiej batalii o te ogromne dominanty.
O co zatem tak naprawdę chodzi w referendach takich jak to helweckie? Tak, rozmaitym ludziom może chodzić o rozmaite rzeczy (inaczej pewnie „Tomo” i „Dario” nie różniliby się zbytnio w poglądach).
Otóż chodzi o ten trzeci z wymienionych na wstępie aspektów: O WOLNY WYBÓR.
I tu obydwaj Autorzy chybili już zupełnie, ba, nie trafili nawet w obrzeżenie tarczy. Ani bowiem referendum nie oznacza obrony stanu obecnego, ani nie stanowi drogi donikąd. Od kiedy to referendum i wolny wybów są „drogą donikąd”, „Tomo”? To KTO, Twoim zdaniem, ma decydować o tym, co ma być i co nie ma być budowane w kraju? Czy nie wiesz o tym, że jak chcesz sobie dobudować chlewik od tyłu willi – na Twoim własnym gruncie!, to musisz mieć zgodę miejscowej rady, a w najlepszym wypadku zgodę bezpośrednich sąsiadów?
Referendum też nie oznacza, że minarety po wsze czasy zostaną zakazane w Helwecji. To oznacza jedynie, że NARAZIE ich tam nie będzie. No, bo jeśli za parę albo paręnaście lat Helweci jednak, w innym już referendum, zdecydują, że i owszem, niech będzie tych minaretów nawet cała dżungla – to co: też będzie to droga donikąd?
Sam pewnie życzyłbyś sobie, aby Polacy mieli takie referendum całkiem niedawno, gdy o wiele powżniejsza kwestia się ważyła niż minarety: a mianowicie kwestia (dalszego, konsekwentnego) ograniczenia suwerenności ich własnego państwa. Wywierające na nas (oraz na czeskiego prezydenta Klausa, tego „Jana Hachę” naszych czasów) t.zw. „czynniki europejskie” też najwyraźniej uznały, że referendum to „droga donikąd” (zapewne obawiali się o rezultaty bardziej niż w Irlandii…). Wybrali inne rozwiązanie. A nasze władze potulnie się podporządkowały niczym ci zdrajcy z Sejmu w XVIII wieku, co uznali Traktaty (nie, nie „Lizbońskie”, ale Rozbiorowe).
Ale jeszcze raz pytam: KTO, jeśli nie obywatele, ma decydować, co się w okolicy buduje, a czego nie?
Poza tym jest jeszcze jedna rzecz: nawet zwycięstwo „minaretowców” w referendum nie oznaczałoby jeszcze, że one natychmiast byłyby wznoszone. Konfederacja Helwecka składa się z 25 kantonów, a te z mniejszych jeszcze jednostek administracyjnych. Tam też są władze, tam też są wspólnoty i tam też się poddaje rozmaite projekty pod głosowanie. Czyli: obecne wybory mogliby nawet teoretyczni wygrać „minareciarze” osiągając 100 procent poparcia, a następnie…. przez dziesiątki lat mógłby nie powstać tam ani jeden minaret… Bo wolny wybór przysługuje w Helwecji (narazie przynajmniej) nie tylko ogółowi obywateli, ale i wspólnotom lokalnym.
„Tomo”: referenda to jedyna droga (i to wcale nie „donikąd”) rozstrzygania kwestii budzących takie emocje, jak ta.
„Dario”: Europa nie straci nic na swej tożsamości, jesli ktoś w niej zbuduje minarety. Straci natomiast, jeśli dalej będzie poddawana barbarzyństwu gangów politycznych spod znaku „multi – kulti”, zamieniających Kontynent w grunt pod przyszłe konflikty rasowe i kulturowe.
References:
“Dario” “Brawa dla Szwajcarów”
“Tomo” “Szwajcarska droga donikąd”
Drei Kameraden im Einsatz
Deutsche Fassung
English Version
Komedie wojenne zdają się przeżywać kryzys. Dlatego „tfurcy” filmowi zalewają kino światowe coraz to bardziej degenerackimi „dziełami”, z których to zieje już nie „humorem”, ale coraz bardziej zboczoną przemocą, jak choćby w tym ostatnim, bardzo „talmudycznym” filmie „Inglourious Basterds”. Jeżeli to ma być „rozrywka”, to chyba dla ludzi o wyjątkowo zboczonych upodobaniach i sadystycznym odchyleniu…
Były już rozmate wytwory kina o tematyce wojennej – lub powojennej, ale nawiązującej do wojny. Były oczywiście też bardzo udane dzieła (nawet przez duże „D”, jak choćby słynna „Wielka Ucieczka”), ale tych było stosunkowo niewiele – i najczęściej też robionych „na jedno kopyto”. Ba, Brytyjczycy swego czasu (1957) nakręcili nawet film „The one that got away” o niemieckim lotniku (Franz von Werra), któremu udało się uciec z brytyjskiej niewoli. To był jednak jedyny „rodzynek” w poza tym coraz nudniejszym „cieście”.
Dla podniecenia niektórych chorych instynktów widowni, wymyślano zaskakujące nieraz dziwolągi. Przypominamy sobie taki film jak „Powrót do miasteczka Salem” („A Return to Salem’s Lot”, 1987) w reżyserii Larry Cohena ? Pewni ludzie przyjeżdżają do niewinnie wyglądającego miasteczka, cichego, spokojnego, gdzie każdy wydaje się być życzliwy. Potem dopiero okazuje się, że ci mieszkańcy są terroryzowani przez… wampirów. I to nie byle jakich wampirów – ale zbrodniarzy hitlerowskich (a jakżeby inaczej?). Dlatego do rozprawy z nimi przybył naszym bohaterom z pomocą żydowski łowca takich właśnie zbrodniarzy. Kulminacyjną sceną jest oczywiście walka z wampirami w nocy. W dzień wampiry – jak „wiadomo” – śpią smacznie w trumnach, bo nie znoszą światła dziennego. Dlatego trumny są im nieodzowne. Aliści, podczas walki wybucha pożar i owe trumny się od niego zajmują. Wystraszony wódz woła więc do swych wampirów: „Ratować trumny!” Nadaremnie. Agent żydowski wraz z naszymi bohaterami wygrywają i odtąd szczęśliwość staje się udziałem miasteczka…
Jeśli twórcom brakuje pomysłów na horrory wojenno-hitlerowskiego gatunku, to może, mając już to swoje „jedno kopyto”, na które tworzą swoje obrazy, coraz bardziej wyświechtane, spróbowaliby sięgnąć po drugie, jeszcze nietknięte, niemal dziewicze: niemeccy bohaterowie w mundurach, lejący na kwaśne jabłko wrogów z „Wielkiej Koalicji”? Może jacyś SS-Manni lub żołnierze Wehrmachtu, na przykład trzech kamratów (Drei Kameraden). Ale nie będą rozlewać całych kubłów krwi ani nikogo w satanistyczny sposób zarzynać ku naszej „uciesze”. Nie, będą oni raczej „on the humorous side”.
A zatem wyobraźmy sobie tych trzech SS-Mannów lub wehrmachtowców. Niech mają imiona, powiedzmy, Fritz, Max und Rolf. Cała trójka to zawadiaki, którym nigdy nie brakuje humoru i którzy zawsze mają w zanadrzu dowcipy budzące salwy śmiechu – takie dość nieraz „ostre” żarty, ale w gruncie rzeczy wszyscy z nich to porządne chłopy, trochę „derb aber herzlich”. Mogliby sobie nawet nucić popularną wówczas piosenkę “Ade Polenland” , skomponowaną wkrótce po Kampanii Wrześniowej (pierwsze nagranie: listopad 1939) o polskiej melodyce ludowej, a nawet z polskim słowem “piwo” oraz imieniem “Janka”.
Niechaj jeden z nich będzie z Bawarii, drugi ze Śląska, a trzeci z Fryzji. Najpierw są na froncie razem, potem dostają osobne zadania. Zakładamy bowiem, że o tej trójce byłaby cała seria filmów, tak jak niegdyś „Monty Python” czy „Różowa pantera” albo „Czterej pancerni i pies”. Na froncie – albo nawet częściej na tyłach frontu przeciwnika (czy to sowieckiego czy amerykańskiego) wodzą za nos generałów, pułkowników czy odsztafirowanych i wypucowanych majorów (jak w polskiej komedii „Gdzie jest generał?”). Czynią z nimi to, co czterej pancerni albo parszywa dwunastka. Tyle, że bardziej na wesoło – właśnie tak, jak niegdyś Wojciech Siemion… Wyprowadzają w pole całe pułki i komapnie, tarzają generałów i marszałków (np Eisenhowera i Montgomeryego, może i Żukowa…) w błocie, nawozie, zamykają w polnych klozetach, przywiązują ich nagich do grzbietów krów, po czym krowy te wpędzają do gnojówki… We trójkę zatrzymują nad rzeką cały batalion sowieckiej gwardii, po czym zmuszają go do panicznej ucieczki. Nawet dałoby się powiedzieć, że taki film jest „osadzony w realiach”, bo dałoby się weń wplątać prawdziwe, a komiczne przypadki frontowe. Pewien Górnoślązak dostał na Ostfroncie Ritterkreuza, bo wraz z kikoma kolegami zatrzymał iluś żołnierzy sowieckich i przebił się do swoich. A że utrzymał przy tym cenną pozycję, stąd i ten Ritterkreuz. Po prostu narobili tam takiego rabanu (kto wie: może również ze strachu…), że sowieciarze sądzili, że liczba przeciwników jest znacznie większa, więc się wycofali. Potem dostał „Urlaub” (urlop) z frontu i już w swoich rodzinnych stronach śląskich opowiadał łamaną niemczyzną jak to było. Ponieważ nie znał niemieckiego płynnie, to i polskie słowa wtrącał. „Und dann haben wir eine wyrwa gemacht…” – brzmiało jedno zdanie z jego opowieści. No, to byłaby akurat rola dla naszego Rolfa, powiedzmy, z Chorzowa albo Rudy Śląskiej. Jego dwaj Kameraden Fritz und Max mogliby poczynić do tej językowej mieszanki swoje własne rubaszne uwagi – każdy z nich w swej własnej gwarze, oczywiście. Tyle pierwszy film.
W drugim Fritz, Max und Rolf zostalby wysłani – przez Gruppenfűhrera Seppa Dietricha na przykład – wprost do serc wrogich mocarstw: Fritz aus Landshut in Bayern do Waszyngtonu, Fryzyjczyk Max do Londynu, a nasz Górnoślązak Rolf do Moskwy. Swoimi przygodami tam dostarczyliby niezapomnianych wrażeń swoim widzom i wielbicielom (koszulki z ich podobiznami sprzedawałyby się już znakomicie – zwłaszcza w Niemczech).
A zatem Fritz aus Bayern narozrabiałby niczym „pijany zając” w Waszyngtonie, dokąd przerzucony zostałby zapewne na jednej z tych niedawno odkrytych (autentycznych!) japońskich łodzi podwodnych, co to potrafiły okrążyć Ziemię półtora raza na jednym zatankowaniu (powtarzam: to nie żart, takie łodzie istniały).
Robiłby tam w konia Bernarda Barucha, Henryego Morgenthaua, Cordella Hulla, a na dodatek skopałby conieco korpulentne pośladki kilku czołowych bankierów. Natomiast przykutego do wózka prezydenta Roosevelta potraktowałby tak, jak Steve Martin w „Różowej panterze” potraktował swego przykutego z kolei do łóżka ambitnego przełożonego, który najpierw sponiewierany do bólu w samym łóżku, toczył się z tym łóżkiem po korytarzych, zjeżdżał na nim z przerażającą prędkością po schodach szpitalnych, by w końcu wylądować w Sekwanie… W Waszyngtonie Sekwany nie ma, ale jest Potomac, który też ma wystarczająco dużo wody, by się w niej wychlapać ku uciesze Fritza i niemieckiej widowni (no, może nie tylko niemieckiej, bo może Indianie i Murzyni też mieliby kupę śmiechu .- a już Arabowie bliskowschodni na pewno, możnaby iść o zakład).
Max aus Friesenland przerzucony zostałby U-Bootem do Angli, gdzie wkradłby się do gmachu Parlamentu oraz do Chartwell – podlondyńskiej siedziby naszego ukochanego sojusznika, Sir Winstona Churchilla. Jego gagi z ubranymi w meloniki angielskimi dżentelmenami jesteśmy sobie w stanie wyobrazić – tu dałoby się wymieszać humor niemiecki z tradycyjnym humorem angielskim. Anthony Eden i Lord Halifax jako pierwsi padliby ofiarami naszego dzielnego Maxa. Churchilla urządziłby natomiast najlepiej, że cała Europa mogłaby boki zrywać: walnąłby go w jego tłustą buldogowatą szczękę tak, że jego potężne zapalone cygaro wpadłoby mu do gardła i wyleciało zaraz z drugiej strony- czyli do gaci. Zapalone cygaro potrafi parzyć w delikatne części, więc podskakując, Sir Winston musiałby rozebrać się do naga, aby je wyjąć – ku uciesze ryczącej ze śmiechu młodzieży niemieckiej wypełniającej kino. No, może nie tylko niemieckiej, bo my w Polsce też przecie bardzo „kochamy” Sir Winstona, nieprawdaż?
A teraz kolej na Rolfa aus Konigshűtte. Ten, przerzucony na tyły frontu sowieckiego i przebrany za NKWDystę, przedostałby się na Kreml. Zlałby tam na kwaśne jabłko Mikojana, Kaganowicza i Mierkułowa, Berię wpakowałby do jednej z cel Łubianki (może przy okazji dostałoby się i „naszej” Wandzie Wasilewskiej… oby!), no a na „deser” zająłby się Stalinem. Rzucałby nim po ścianach kremlowskich, wpychał mu twarz do muszli klozetowej, rozebrałby do naga i kopał po tyłku, tak że Stalin, śmiesznie podskakując, próbowałby mu uciec – daremnie, rzecz jasna. Stalin wspinałby się w ucieczce na wieżę kremlowską, zawisając na wskazówce jednego z potężnych zegarów – niczym Harold Lloyd w swych amerykańskich komediach międzywojennych.
Przypuszczam, że cała Europa Wschodnia i Centralna mogłaby ryczeć ze śmiechu. No, Rosjanie pewnie znacznie mniej, a Gruzini oszaleliby z wściekłości – ICH Stalin!!!
Twórcom coraz to głupszych i coraz bardziej monotonnych filmów wojennych, robiących swe „dzieła” na jedno kopyto, wartoby może przypomnieć, że jest i „drugie kopyto”, jeszcze niewykorzystane. Może już czas i na nie?
Continue Reading »Trzy dzieła
Interesujące rzeczy dzieją się w mediach. Tak, naprawdę interesujące (choć czasami już nużą swoim ciągłym powtarzaniem się). Weźmy choćby teatr, estradę i film. Zdaje się, że o ile jednym wolno tam niemal wszystko (od wulgarnych nieraz ataków na chrześcijaństwo aż po gloryfikację przemocy), innym najchętniej zabronionoby nawet recytacji prostych monologów teatralnych, bez takiej wulgarności i bez takiej przemocy.
Możnaby cytować długie listy rozmaitych dzieł (oraz tak zwanych „dzieł”) by to unaocznić. Rzućmy okiem na parę z nich: dwa filmy i jedną kilkuminutową sztukę.
„Inglorious Basterds”, fikcyjna historia grupy żydowskich żołnierzy amerykańskich, którzy po wylądowaniu we Francji w wyjątkowo sadystyczny sposób zabijają i mordują tam Niemców. Doczekał się pochlebnych recenzji, jak gdyby było to wybitne dzieło o wartościach ponadczasowych i humanitarnej treści. Gdy tymczasem to zwykła szmira rynsztokowa, robiąca zabawę z przemocy, jaką zwykło się przypisywać satanistom…
„Biała wstążka” to znowu film, też o przemocy, ale bardziej stonowany. Tego filmu nie widziałem, więc polegam na dziesiątkach recenzji pisanych przez tych, którzy go widzieli. To film, którego akcja toczy się tuż przed I Wojną Swiatową w Niemczech. Albo sama akcja tego filmu, albo pozafilmowa sugestia (wychodzi na to, że jedno i drugie) stawiają ją w roli „preludium do nazizmu”. Ma to być swoiste studium, pokazujące naród niemiecki kroczący już niemal wprost ku terrorowi. Tyle recenzenci – wystarczy przejrzeć internet, by się o tym przekonać. Wszyscy oni podkreślają owo preludium do nazizmu, nie widziałem jeszcze recenzji, choćby nie wiedzieć jak różnej od innych, któraby się do tego aspektu nie odwołała.
Wychodzi na to, jak w innych już przykładach, że Niemcom (tudzież innym) można bez przerwy przypisywać, niemal już taśmowo, przez całe dziesiątki lat winę zbiorową i to na ogromnym ekranie kinowym, a potem jeszcze wynagradzać „oskarżyciela” „Złotą Palmą” za „szczególne osiągnięcie”.
Ale… w tym samym dniu, czyli wczoraj, wpadła mi w ręce lokalna gazeta w Perth. Na ogół takich gazet nie czytam. W ogóle nie jestem fanem gazet, wolę internet, bo dzięki panującej tam (jeszcze) ogromnej swobodzie można się dowiedzieć daleko więcej. Dostarczana jest raz na tydzień do skrzynek pocztowych przed domami, blokami mieszkaniowymi czy biurami. Ten konkretny numer, prezentowany tutaj, pochodzi z 14 listopada. Walał się jeszcze w biurze, gdy go znalazłem na jednej półce. Zainteresowani mogą sami przeczytać (poniżej) zamieszczony tam na dwóch stronach artykuł „Amnesty axes Jewish play”.
Jak wiadomo, Amnesty International prowadzi w rozmaitych krajach świata kampanie przeciw wojnom, przemocy i prześladowaniom. Czyni to w najrozmaitszy sposób, między innymi poprzez krótkie przedstawienia teatralnego typu. Jednym z takich przedstawień jest sztuka (zaledwie ośmiominutowa) brytyjskiej autorki Caryl Churchill, napisana w styczniu 2009 roku po bombardowaniu Strefy Gazy przez Izrael. We Fremantle, dzielnicy Perth, Amnesty International planowała wystawienie tego krótkiego utworu w ramach odbywającego się tam festiwalu młodzieżowego. Ale przedstawienie zostało odwołane, bo… sprzeciwiła się temu miejscowa organizacja żydowska, zwana „Jewish Community Council of Western Australia” (JCCW). Jej rzecznik, pan Steve Lieblich oskarżył Amnesty Internationa o „demonizowanie i stosowanie podwójnych standardów”. Dla uzasadnienia swego stanowiska, posunął się on do stwierdzenia, że ta sztuka – jak sami Państwo mogą przeczytać w tekście artykułu – opiera się na antycznym „kłamstwie i zniesławieniu”, według którego Zydzi dopuszczali się rytualnego zabijania małych dzieci. Jak Państwo sami mogą się jednak przekonać, oglądając ten mini-spektakl w youtube, nie ma w nim w ogóle takiego wątku. Co oznacza, że rzecznik JCCWA posłużył się po prostu nieprawdą… Do tego oskarżył on organizatorów o stosowanie „propagandy takiej, jak naziści”. Interesujące to stwierdzenie, zwłaszcza w świetle faktu, że sztuka ta miała swoją premierę w Londynie (w lutym tego roku) z żydowską obsadą…
Wychodzi zatem na to, że tak naprawdę kto inny niż Amnesty International stosuje podwójne standardy. Nie słyszeliśmy pana Lieblicha utyskującego nad przypisywaniem nie-Żydom zbiorowej odpowiedzialności w filmach typu „Lista Schindlera” lub „Biała wstążka”. Nie słyszeliśmy jego oburzenia nad degenerackim obrazem „Inglorious Basterds”. Ale tych kilka sekwencji, zajmujących nieco ponad osiem minut, jest „propagandą nazistów”.
Jednym wolno zatem gloryfikować kinową przemoc „klozetowego” typu, ale innym nie wolno wystawiać sztuki. Nawet w jednej dzielnicy. Nawet przez osiem minut.
Nie wiem, jak Państwo, ale ja zaczynam mieć już tego serdecznie i nieodwołalnie dość.
Ciekawa jest też reakcja stanowego ministra sztuki, Johna Daya (Liberal Party) oraz jego vis-a-vis w opozycyjnym „gabinecie cieni”, Johna Hyde (Australian Labor Party). Obaj odmówili jakiegokolwiek komentarza. Czyżby sami mieli portki pełne strachu?
PS Artykuł , który spostrzegłem tego samego dnia
Continue Reading »
European Confederacy
(Wersja polska poniżej)
The European Union is like a Neo-USSR or Neo-Yugoslavia, or even like the former Austria-Hungary. And it will end in the same way – in the gutter of history. The creation of multi-national states has its purpose only if these states retain a character of confederation of independent nations, where national, territorial and legal sovereignty are not violated by anyone. And this means that no law passed by such a supranational creation is in force in any country unless a sovereign nation itself independently enacts (read: ratifies) such a law within its own territory. The “European Union” – as the example of the “Lisbon Treaty” proved conclusively – more and more frequently yields to temptation to evade this concrete rule of sanctioning every legal act by sovereign nations. It falls to such temptations even in matters most decisive to national sovereignty. Where, for example, was there any referendum in Poland in regards to the “Lisbon Treaty”? Let any Eastern European say openly whether, in the era of the USSR and Warsaw Treaty, any foreign policeman could arrest any person within the territory of that person’s own “socialist” country. Nations are being treated with ever-lessening concealed contempt by the “Union’s” chieftains who have little regard for the various nations’ sovereignty, dragging it straight to the gutter time after time.
In the domains of economy, politics, law or even culture, a sort of a “socialist-realist” enforced conformity (in Russian: “uravnilovka”) is being promoted, but this time it serves only big capital. The “European Union” is itself “gleichschaltet” (conformed to a “pattern”) and is as dull as its flag. The mugs who “designed” it (read: stole it from the 18th century US flag) did not even make any effort towards invention whatsoever: they simply transposed it as it was. At least the American creators put the blue ensign with stars onto a wider red- and white-striped background in the corner of their banner. The “designers” of the “European flag” (in this instance “designers” sounds rather like an uncommonly silly joke…) on the other hand apparently did not even consider their “effort” (again sounds like an insult…) very significant if they proved themselves to have been so sluggishly lazy beyond belief as to add absolutely nothing to that fragment of the US flag (or perhaps they themselves considered the very idea of an “EU” so miserable that it was unworthy of any design at all?). One hopes at least that they were not paid even one “gleichschaltet” Euro for that “work” (and again: sounds like calumny…) of theirs.
Below are presented some concepts of a flag, not for the “European Union” – that hideous bastard by the “Gleichschalters” from Brussels and Strasbourg – but for the future Confederate States of Europe or the Confederate Nations of Europe. (The name itself is not important.) What counts here is that the idea of European collaboration, itself generating no objections among nationalists, will not mean centralization of power imposing anything on states without consulting them. The Confederacy will (and this is only a question of time, one can confidently bet without risk) rest on the territorial and legal sovereignty of the signatory-states, in effect, on a rule similar to the one of a political and military alliance.
I am not a graphic artist. But just a glance is enough to see that every example presented here is by far more vivid than the dull EU-flag. The “union” is in fact as dull – as irritably dull – as its flag. The rulers of the EU drain Europe of any nationalistic colour, just as the “Blue Meanies” in the movie “Yellow Submarine” drained all the countryside of colour.
OUR Europe will neither be “blue” nor “gleichschaltet” through any capital-serving legal “uravnilovkas”. It will be as vibrant as is its diverse range of nationalism. It will not breathe hatred towards nations and it will have no muzzling freedom of speech, not to mention any jailing of those who use that freedom.
This vibrancy and vivacity are shown in these drawings. There will be more of them soon. Later, there will be music and lyrics of the Anthem. Music by Beethoven (like the German classical music in general) is beautiful. But the “unionists” took that music and… did not take pains to write an appropriate text.
____________________________________________________________________________
KONFEDERACJA EUROPEJSKA
Unia Europejska to Neo-ZSRR lub Neo-Jugosławia albo niegdysiejsze Austro-Węgry. I dokładnie tak samo skończy, czyli w rynsztoku historii. Tworzenie wielonarodowych tworów państwowych ma jedynie sens wtedy, gdy mają one charakter konfederacji niepodległych narodów, w których suwerenność narodowa, terytorialna i prawna nie są przez nikogo pogwałcane. A to oznacza, że żadne prawo uchwalane przez taki ponadnarodowy twór nie obowiązuje na terenie żadnego niepodległego narodu tak długo, póki ten niepodległy naród sam, samodzielnie ustanowi (czytaj: ratyfikuje) takie nowe prawo na swoim własnym terytorium. „Unia Europejska” – jak pokazał dobitnie przykład narzucania tak zwanego „Traktatu Lizbońskiego” – coraz częściej ulega pokusom omijania tego konkretnego warunku zatwierdzania przez suwerenne narody każdego aktu prawnego i politycznego. Ulega tym pokusom nawet w kwestiach najbardziej decydujących dla suwerenności państwowej tych narodów. Gdzie na przykład było referendum w Polsce odnośnie „Traktatu Lizbońskiego”? Niechaj każdy Wschodni Europejczyk sam powie, czy w czasach ZSRR i Układu Warszawskiego jakikolwiek obcy policjant mógł aresztować kogokolwiek na terenie jego własnego, „socjalistycznego” kraju? Narody traktowane są z coraz mniej skrywaną pogardą przez kacyków „Unii” mających ich suwerenność za nic i ciągających ją do rynsztoka raz za razem.
W dziedzinie gospodarczej, politycznej, prawnej, nawet kulturowej promowana jest iście „soc-realistyczna” urawniłowka, tym razem jednak służąca jedynie wielkiemu kapitałowi. „Unia Europejska” jest tak samo zgleichschaltowana i tak samo nudna jak jej flaga. Cieniasy, które tę flagę „zaprojektowały” (czytaj: ukradły z XVIII-wiecznej flagi Stanów Zjednoczonych) nie wysiliły się na absolutnie żaden, nawet najmniejszy ślad inwencji: zerżnięto żywcem tak jak było. Tyle, że przynajmniej autorzy flagi amerykańskiej umieścili gwiazdy jedynie w rogu swojego sztandaru, na tle biało-czerwonych pasów. „Projektanci” (w tym wypadku to słowo brzmi niczym wyjątkowo kiepski żart…) „flagi europejskiej” nie uważali chyba sami swego „wysiłku” (znowu brzmi niczym obelga…) za zbyt istotny, jeśli byli w tak oczywisty sposób wręcz śmierdząco leniwi i do tego fragmenciku flagi USA nie chciało im się już absolutnie niczego dodawać (a może po prostu sam pomysł „unii” uznali za tak nędzny, że aż niewart jakiegokolwiek projektu?). Wypada chyba wyrazić nadzieję, że za tę „pracę” (i znowu: brzmi jak potwarz…) nie dostali wypłaconego ani jednego zgleichschaltowanego „euro”…
Poniżej zaprezentowane są niektóre kompozycje flagi. Ale nie dla „Unii Europejskiej”, tego pokracznego bękarta gleichschaltowników brukselskich i strassburskich, lecz dla przyszłych Skonfederowanych Państw Europy (Confederate States of Europe) lub Skonfederowanych Narodów Europy (Confederate Nations of Europe). Mniejsza zresztą o nazwę. Chodzi o to, że idea współpracy europejskiej, sama w sobie nie budząca wątpliwości Nacjonalistów europejskich, nie będzie oznaczać centralizacji władzy narzucającej cokolwiek państwom bez nawet zasięgania opinii narodów. Konfederacja będzie (to tylko kwestia czasu, można już dziś spokojnie się o to założyć bez cienia ryzyka przegranej…) opierała się na suwerenności terytorialnej i prawnej krajów członkowskich, krótko mówiąc: na zasadzie podobnej do tej, na jakiej funkcjonują sojusze polityczne i militarne.
Nie jestem grafikiem. Ale już jeden rzut oka na prezentowane tu projekty dowodzi, że każdy prezentowany tu przykład jest o wiele żywszy od tej mdłej flagi UE. „Unia” jest w istocie tak mdła, tak irytująco mdła jak jej flaga. Jest aparatem współczesnych nam „Blue Meanies” czyli „Sinych Smutasów” (w oryginale, nomen-omen: NIEBIESKICH) wypłowiających Europę z wszelkiej kolorystyki narodów i nacjonalizmów – tak jak ci z filmu „Zółta Łódź Podwodna”, co to wydrenowywali koloryt z krajobrazu.
NASZA Europa nie będzie „sina” ani zgleichszaltowana kapitałowo-prawnymi urawniłowkami. Będzie żywa tak jak żywe są nacjonalizmy. Nie będzie ziała nienawiścią wobec narodów i nie będzie w niej nakładania kagańca na wolność słowa ani tym bardziej karania więzieniem za korzystanie z tej wolności. I tę żywość reprezentują pokazane tu rysunki. Będzie ich tu nieco więcej.
A za jakiś czas będzie tu również muzyka i słowa Hymnu… Muzyka Beethovena (tak jak w ogóle klasyczna muzyka niemiecka) jest piękna. Ale „unici” też tylko wzięli i… nie potrudzili się z napisaniem odpowiedniego tekstu…
Continue Reading »