Subscribe to RSS Feed

Posts Tagged ‘Historia Polski’

3 września: “od ‘Panienki’ idą Niemcy!”

Sep 3rd, 2009 by monio
3 września: “od ‘Panienki’ idą Niemcy!”

Tak wtedy ktoś zawołał. Była niedziela 3 września 1939 roku. Po jedenastej przed południem skończyła się „suma” czyli główna msza niedzielna w Chorzowie Starym. Ze stojącego na rogu ulic Bożogrobców i Kasprowicza neogotyckiego kościoła św. Marii Magdaleny wychodzili już ludzie. Było ich sporo, jak to w niedzielę po mszy. Schodzili schodkami w dół, na chodnik, a stamtąd do przyległych ulic. I to właśnie wtedy ktoś miał krzyknąć: „od „Panienki” idą Niemcy!”.  „Panienka” to oczywiście NMP  czyli Matka Boska, której statuetka stała (i dalej stoi) na wysokiej kolumnie na drugim, zachodnim, odległym i znacznie niżej położonym końcu ulicy Kasprowicza. Była tam wtedy pętla tramwajowa (od dawna już nie istniejąca). I to od tamtej pętli i kapliczki z „Panienką” szli owi Niemcy (jedna osoba twierdzi, że nie miało to miejsca tuż przed południem, lecz późnym popołudniem po nieszporach).

Nie, nie była to żadna jednostka w zwartym szyku. Po prostu… trzech żołnierzy. Tylko trzech (jedna osoba twierdzi, że czterech). Umajeni byli kwiatami, które albo sami uzbierali lub – co bardziej prawdopodobne – otrzymali je od witających ich ludzi. I tak sobie szli. Gewehre mieli przewieszone przez ramiona, żadnej gotowości do oddania strzału. Najwyraźniej nie spodziewali się, by musieli strzelać. Gdy tak szli pod górę ku kościołowi, ludzie przyglądali się z obu stron ulicy. Jedni tylko się przyglądali. Inni machali rękami, pozdrawiając żołnierzy. Ci odpowiadali również z lekka pomachując rękami. Uśmiechy od ucha do ucha… Ktoś pamięta pewnego młodzika, który pozdrawiał żołnierzy „heilowaniem”. Po dojściu  do ulicy Bożogrobców żołnierze skręcili w prawo, w dół ku „krajcokowi” czyli głównemu skrzyżowaniu w Chorzowie Starym. A dalej albo poszli w kierunku centrum (co bardziej prawdopodobne) lub ku Siemianowicom.
Tak „zajęty” został Chorzów Stary… 3 września siedemdziesiąt lat temu…

Niecałe pięć i pół roku później, przy tej samej ulicy, przy tej samej „Panience”, w styczniu pod śniegiem leżało kilku innych żołnierzy. Też niemieckich. Wszyscy bez butów (bolszewicy im je pościągali..). I tak „Panienka” widziała zajęcie Chorzowa Starego przez Niemców oraz ich stamtąd odejście… To pierwsze w pełni lata, to drugie w pełni mroźnej zimy…

Ale wracając do owego września:
Pierwszego września wieczorem na podwórzu miejscowego posterunku policji palono jakieś dokumenty. Mieszkańcy widzieli to wyraźnie, zwłaszcza z okien budynków po przeciwległej stronie ulicy. Zresztą  wyraźnie widać było dym unoszący się ku górze. Następnego dnia, 2 września, nie było w okolicy ani jednego polskiego policjanta, nie było widać żadnej władzy.

W Chorzowie Starym wszystko odbyło się bez incydentów. W centrum natomiast działo się nieco więcej. Co prawda tylko nieco więcej. Tam, gdzie dziś jest pętla tramwajowa linii „12” (biegnącej od centrum, przez Chorzów Stary, do Siemianowic), był przed wojną mały staw. Gdy iść obok pomnika hrabiego von Reden (na zdjęciu) dalej, dochodzi się do owej pętli, czyli do owego niegdysiejszego stawu. I tam właśnie, gdzieś chyba zaraz z tyłu za pomnikiem, po jego lewej stronie, leżał zabity mężczyzna w średnim wieku. Ubrany był w popielate „pumpy”, czyli krótkie spodnie z podkolanówkami, tak modne przed wojną, a wyglądające jak na zdjęciu obok. Został zastrzelony, nie wiadmomo właściwie z jakiego powodu. Prawdopodobną wersją jest, że znajdujący się już w centrum Niemcy próbowali go zatrzymać. Najpewniej wystraszył się i zaczął uciekać. Wtedy do niego strzelili…

Taki był, pokrótce, dzień 3 września w Chorzowie. W dniu, w którym od „Panienki” przyszli Niemcy…

Michał Monikowski
Perth, Australia

P.S.  Zdjęcie “Panienki” zaczerpnięte z forum sympatyków i mieszkańców Chorzowa, zamieszczone tam przez użytkowniczkę “Neottia”.

Użyteczny link do dyskusji http://forum.chorzow.slask.pl/viewtopic.php?p=50633#50633

Continue Reading »
0 Comments

Niepokoje w Warszawie – 1861

Jul 22nd, 2009 by monio
Niepokoje w Warszawie – 1861

W części 6 artykułu „Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami” wspomniany został artykuł „Niepokoje w Warszawie” („Die Unruhen in Warschau”) opublikowany w „Süd-Australische Zeitung” Nr 3 z dnia 8 stycznia 1862 roku, a odnoszący się do sytuacji w Polsce na krótko przed wybuchem Powstania Styczniowego. Jego tekst zachowany jest na mikrofilmach Biblioteki Stanowej Południowej Australii w Adelaide. Poniżej prezentujemy ten artykuł w jego pełnym polskim tłumaczeniu wraz z dodatkowymi informacjami. Tekst ten publikujemy za zgodą Biblioteki Stanowej Południowej Australii w Adelaide. 

Wprowadzenie

W tekście zawarte jest parokrotne odniesienie do „wysłania poczty październikowej”, co jest prostym następstwem sposobu, w jaki wysyłano wówczas informacje. Najpoźniejszą datą wymienioną w tekście jest 19 października 1861 roku, co oznacza, że krótko później poczta zawierająca prasę niemiecką została wyekspediowana drogą morską do Australii, najprawdopodobniej z Hamburga lub Bremerhaven. Biorąc pod uwagę fakt, ze transport odbywał się wokoł całej Afryki, a artykuł tu prezentowany ukazał się w Południowej Australii 2 stycznia 1862, czas trwania rejsu był stosunkowo krótki (2 miesiące) w porównaniu do czasu rejsów statków pasażerskich (3-4 miesięcy). Trzeba tez pamiętać, że na podstawie nadesłanych materiałów należało dopiero napisać tekst już w Australii. Pośpiech temu towarzyszący daje się zauważyć podczas uważnej lektury artykułu. Informacje podane w poniższym materiale sprawiają wrażenie spisywanych „na gorąco”, przez co niewątpliwie zyskują one na autentyczności. Jest to jednak po większej mierze spowodowane wspomnianym tu pośpiechem, uniemożliwiającym redaktorom uporządkowanie wszystkich faktów w kolejności.

Autentyzmem tchnie wiele przytoczonych faktów.  I tak podczas wymieniania anonimowych ofiar terroru podano dokładne szczegóły, pochodzące niewatpliwie od świadków wydarzeń, na przykład „pewna matka, wraz z dwoma chlopcami w wieku 14 i 9 lat”, „pewien starzec, który z trudem chodził”, „furman wiozący sól kamienną” itd. Wymieniane są z nazwisk osoby mało dziś znane i pamiętane jak „dr Helbich” czy „pastor Otto”.

W tłumaczeniu tekstu nie wprowadzano żadnych zmian, lecz przełożono go w sposób na tyle dosłowny, na ile bylo to możliwe. Tak więc, gdy na przykład w pewnym momencie mowa była o śmierci spowodowanej przez „Apoplexie des Gehirns”, przetłumaczono ten zwrot dosłownie – zgodnie z ówczesną modą – jako „apopleksja mózgu” zamiast stosowanego współcześnie określenia „wylew krwi do mózgu”. W jednym tylko miejscu słowo „kościołów” zamieniono na „świątyń”. W kilku miejscach w nawiasach podane są oryginalne sformułowania lub pisownia nazwisk obok polskiej. Zachowano także oryginalną długość złożonych niekiedy zdań. Tylko w jednym wypadku rozbito nazbyt długie zdanie na dwa odrębne w celu ułatwienia czytania.

Dla większej klarowności tekstu i czytelnosci poszczegolnych wątkow wprowadzono takze podział na akapity przy pomocy jednoliniowych odstępow, ktorych brak w oryginale. Na koniec zaś umieszczono w niniejszym tlumaczeniu kilka ilustracji, ktorymi są – w kolejności –  winieta „Süd-Australische Zeitung”; portret gen. Gorczakowa; obraz J. Matejki “Zakuwana Polska”; kościół Karmelitow; fotografia wnętrza kościoła Św. Krzyza; obraz W. Kossaka “Czerkiesi na Krakowskim Przedmieściu”; fotografia przedstawiająca margrabiego Wielopolskiego oraz grafika A. Grottgera “Kucie kos”.

Dodatkowe informacje pomagające w lepszym naświetleniu tła omawianych w artykule wydarzen podano, dla wygody Czytelnikow, w przypisach.

 
„Sud-Australische Zeitung”, Nr 3, 8 stycznia 1862, strona 1-2
 
„Die Unruhen in Warschau”
(ze źrodeł niemieckich)

Jak wiadomo, będąca pod dominacją rosyjską część niepodległego niegdyś Królestwa Polskiego, od początku istnienia narodowego włoskiego ruchu zjednoczeniowego, powodowana łatwo wytłumaczalną sympatią don, pozostaje w stanie stałego fermentu (1).

Juz w marcu zeszłego roku antyrosyjskie wiece w stolicy odbywały się z takim nasileniem, ze rosyjski gubernator, książę Gorczakow („Gortschakoff”) (2) czuł sie zmuszony do zarządzenia okupacji wojskowej tejże, rozmieścił silne oddziały wojskowe na ulicach i stłumil wszelkie manifestacje patriotyczne z tak żelazną siłą, że zniewolony naród, pobudzony przez okrutny ucisk do nowych ekscesów, prowokował wojsko w sposób szybko wyczerpujący cierpliwość tego ostatniego i powodujący krwawe sceny, do których niechętnie powraca się myślami.

Wkrótce potem książę Gorczakow zmarł i to w dużej mierze z poirytowania faktem udaremnienia przez polski upór jego planu uspokojenia kraju. Jego miejsce zajął szczególnie odpowiedni z racji swych umiejętności dyplomatycznych oraz popularności wsrod narodu polskiego hrabia Lambert (3), który miał nadzieję ugasić płomień rozruchów i uspokoić ogólne niezadowolenie cierpliwością, względami na narodowe uprzedzenia oraz odwołaniem się do rozsądku.

Gdyby hrabia Lambert działał sam, to jego dobroczynne (w oryginale: „menschenfreundliche”) wysiłki przyniosłyby zapewne owoce. Jednakże miał on wokół siebie równych sobie stanem generałów i inne osobistości wojskowe, nad którymi nie posiadał autorytetu, toteż mieszkańcy Warszawy oraz ludność całej okolicy straszliwie ucierpiały od brutalnego usposobienia półdzikich żołnierzy rosyjskich. Jest rzecza zrozumiałą, że w tych okolicznościach idea lojalności i przywiązania do rosyjskich rządów nie mogła poczynić postępu.

Przez całe lato władze rosyjskie miały do czynienia częściowo z poważnymi, a częściowo ze śmiesznymi wiecami, które jednak zawsze tchnęły jednym i tym samym duchem i miały wciąż jeden i ten sam cel, czyniąc ostateczne zespolenie obu narodów coraz trudniejszym i niemożliwym do przeprowadzenia. W końcu ruch narodowy osiągnał w październiku swe apogeum, toteż hrabia Lambert poczuł się zmuszony do zastosowania najostrzejszych środków. Nie doznały one oczywiście żadnego złagodzenia przez surowy sposób ich wprowadzania przez władze wojskowe.

Przedstawione poniżej, a  pochodzące z rozmaitych gazet, opisy odtwarzają prawdziwy obraz tamtejszej sytuacji w momencie wysyłania poczty październikowej.

Począwszy od 14 października obowiązuje w Królestwie Polskim stan wojenny. Wiadomość ta nie może zaskakiwać po wszystkich owych demonstracjach i ekscesach inicjowanych przez stronę polską. Rozstrzygającym okazało się jednak zgromadzenie w Horodle (położonym w guberni lubelskiej) (4). Tam, jak wiadomo, miała się odbyć wielka demonstracja narodowa zorganizowana przez wszystkie rody polsko-litewskie i zamierzało wziąć w niej udział pięć tysięcy ludzi, w tym biskup lubelski.

Demonstracja ta, udaremniona przez zdecydowaną interwencję rosyjską, miała zostać zainscenizowana ponownie 14 października. Zapobiegło temu wprowadzenie przez rząd rosyjski stanu wojennego w całym królestwie. Place publiczne w Warszawie pokryły się namiotami wojskowymi. Surowo zakazane zostały wszelkie demonstracje polityczne i kościelne, zgromadzenia na dziedzińcach kościelnych, niezwyczajne odzienie oraz znaki załoby. Obie resursy zostały zamknięte; kawiarnie, cukiernie i winiarnie musiały być zamykane o 9:00 wieczorem, a karczmy sprzedające gorzałkę oraz miejsca rozrywek niższych klas społecznych miały pozostawać całkowicie zamknięte. Zabroniono studentom wizytowania miejsc publicznych. Jednocześnie wprowadzono surowe regulacje paszportowe i nakazano wydanie wszelkiej broni w ciągu 48 godzin.

Jednak wbrew wyraźnemu zakazowi i stanowi wojennemu została zorganizowana tego dnia w Warszawie demonstracja upamiętniająca Kościuszkę – 15 października przypada bowiem rocznica jego śmierci.

Aby zapobiec zawczasu spodziewanym niepokojom, policja zapowiedziała już poprzedniego wieczora oraz następnego rana, że każdy kupiec, który tego dnia, w rocznicę śmierci Kościuszki, nie otworzy swego sklepu, zostanie ukarany grzywną 100 rubli, a ponadto zostanie przekazany władzom wojskowym. Policja chodziła z tymi ogłoszeniami, naklejanymi również na rogach ulic, do wszystkich kupców, żądając, by się pod nimi podpisywali, czego ci jednakże odmawiali: „podpisujemy jedynie listy i weksle” – brzmiała ich odpowiedź.

Wiele sklepów pozostało jednak zamkniętych, wszystkie zaś kościoły wypełnione były ludźmi. Śpiewano, jak zwykle, pieśni narodowe. Piechota, Czerkiesi i Kozacy otoczyli kościoły i wypełnili ulice, aresztując i spędzajac bagnetami i kańczugami nie tylko wychodzących z kościołów, bez względu na wiek i płec, lecz i wielu ludzi znajdujących się na ulicach. Wielu miało zostac przy tym zabitych. Pastor Otto został ciężko raniony. Setki ludzi zostały odprowadzone z ulic do wszystkich możliwych posterunków i zamków, przy czym często ich maltretowano.

Mężczyzni, kobiety i dzieci były aresztowane jeszcze o wpół do dziewiątej wieczorem i bite bagnetami. Irytacja muzułmanów, którzy dopiero niedawno opuścili stepy, nie znała granic. Około pierwszej liczni Czerkiesi wkroczyli do kościoła Świętego Krzyża, wywlekając stamtąd księży za włosy. Az do późna w nocy wojsko oblegało kościół katedralny, kościół bernardynów i kościół karmelitów. Zamknięte w nich były tysiące ludzi obojga płci (bez żywności); dzieci mdlały, nie wpuszczano ani nie wypuszczano stamtąd nikogo.

Dopiero następnego rana ludzi przetrzymywanych w kościołach odtransportowano pod silną eskortą do Cytadeli. Kobiety pragnące dzielic los męzczyzn zmuszane były do opuszczania kościołów. Dopiero w południe zwalniano wielu zatrzymanych. Od nich dowiadujemy się, jak surowo obchodzono się z aresztowanymi, których liczba sięga dwóch tysięcy.

Kościoły przedstawiały sobą w nocy osobliwy widok. Płonęły świece, odmawiano modlitwy, kobiety modliły się, wielu mdlało z głodu, gdyż nie jadło już przez prawie 24 godziny; jedynie nieliczne bochenki chleba oraz woda były rozdzielane wśród głodnych przez tych niewielu duchownych, którzy mogli wejść do kościołów pod strażą wojskową.

Niektórzy ze strachu probówali ucieczki przez dachy do sąsiednich budynków. Ścigali ich żołnierze z zapalonymi świecami zabranymi z katafalku zmarłego arcybiskupa. Jeden z uciekających miał zostać zrzucony z gzymsu.

Skarbony z katedry, jak również kosztowności, które obecni oddali na przechowanie duchownym w kościele bernardynów zostały wraz z dwoma kandelabrami zabrane przez wojsko. W końcu o piątej rano wojsko wtargnęło do kościołów po wysadzeniu bocznych drzwi. Bagnetami oraz pejczami wypędzano stamtąd dzieci i kobiety po zrewidowaniu ich toreb. Mężczyzn, traktowanych brutalnie, odprowadzono do Cytadeli, skąd część zwolniono, część jednak przetransportowano do twierdzy Modlin i jeszcze dalej. Katedra i kościół bernardynów, w których od kilku dni wystawione były zwłoki trzech osob, miały zostać opieczętowane na polecenie władz, wszystkie inne zaś kościoły i synagogi miały zostać zamknięte. Ulice opustoszały.

Następnego rana żaden kupiec nie odważył się otworzyć sklepu. Dopiero w ciągu przedpołudnia niektóre sklepy zostały częściowo lub całkowicie otwarte. Wciąż jednak Kozacy i Czerkiesi byli panami ulic. W obydwu niedawno odrestaurowanych teatrach oraz w budynkach gimnazjalnych skoszarowane było wojsko. Na placach wszędzie stały namioty, armaty i rakiety sygnalizacyjne. Aresztowania kontynuowane były pełną parą. O 4:00 po południu wybuchł pożar w zamku, został jednak szybko ugaszony.

O szczególach aresztu kościelnego z 15-go i odprowadzeniu uwięzionych do Cytadeli doniesiono co nastepuje:

W kościele parafialnym pragnienie dawało się zebranym we znaki do tego stopnia, że wypili oni kilkutygodniową wodę święconą. Aby spotęgowac ich cierpienie, oficerowie zabawiali się wykrzykiwaniem pod adresem uwięzionych, że jeśli wyjdą na zewnątrz, zostaną zdziesiątkowani. W kościele bernardynów pojawił się w nocy parlamentariusz żądając, by oblężeni wyszli na zewnątrz i zdali się na łaskę i niełaskę generała Chrulewa („Chruleff”), uwięzieni jednak odmówili. W końcu o trzeciej żołnierze wyłamali zablokowane od wewnątrz drzwi i wtargnęli do kościoła z bagnetami przy dzikim okrzyku „hurra!”. Wtedy kobiety w pierwszych rzędach rzuciły się na kolana, trzymając w rękach krzyże.

Żołnierze przeszukali każdy zakamarek aż po dzwonnicę, wywlekając i bijąc ukrywających się. Dopiero o jedenastej przyniesiono w kubłach wodę, którą chciwie zaczęto nabierać rękami i czapkami. Tym zaś, którzy mieli ze sobą pieniądze, zezwolono na zakup napojów po wysokich cenach. Większość jednak przekazała wcześniej w kościołach swe rzeczy i precjoza kobietom, znała bowiem ludzką słabość żołnierzy rosyjskich jeszcze z czasów Gorczakowa.

O transakcjach handlowych nie można było w powyższych okolicznościach nawet myśleć, giełda również była zamknięta. Normalna działalność zamarła do tego stopnia, że rzadko w której restauracji można było dostać cokolwiek do jedzenia. Na wszystkich placach stały rozstawione armaty, a ich obsługa miała zapalone lonty.

W następstwie gwałtów popełnionych w kościołach, zostały one zamknięte przez duchowieństwo jako sprofanowane. Zapytywano się w wyższych sferach czy rzeczywiście istniał powód, by je zbezcześcić przez wprowadzenie do nich wojska? Ponieważ osoby uwięzione w kościołach i przetrzymywane w Cytadeli były zwalniane, więc wydawało się, że działano zbyt pospiesznie.

Namiestnik wielokrotnie usiłował skłonić kapitułę katedralną do otwarcia kościołów, otrzymywał jednak za każdym razem odpowiedź odmowną. Rząd był wysoce zakłopotany tym najważniejszym i najbardziej zdecydowanym krokiem ze strony duchowieństwa, który wywołał najwyższe poirytowanie we wszystkich kołach. Hrabia Lambert i margrabia („Marquis”) Wielopolski (5) (na zdjęciu) podjęli co prawda wszelkie możliwe wysiłki, aby zapobiec decyzji zamknięcia kościołów, jednak całe duchowieństwo z administratorem archidiecezji na czele oświadczyło, że odwoła swoją decyzję jedynie po uzyskaniu gwarancji, że nie nastąpi dalsze bezczeszczenie świątyń przez rabunek i gwałt. Hrabia Lambert przysięgał na znak krzyża, że szturmowanie kościołów nastąpiło bez jego wcześniejszej wiedzy i obiecał udzielenie żądanej gwarancji.

O negocjacjach donosi korespondencja z 19 października:

„Sytuacja jest krytyczna. Duchowieństwo nie otwarło kościołów i jeśli będące w toku negocjacje między kapitułą katedralną i konsystorzem z jednaj strony a Lambertem i Wielopolskim z drugiej nie przyniosą, jak na to wygląda, żadnego rezultatu, to możemy się spodziewać kolejnych rozruchów, jako że władze zapowiedziały już urzędową proklamacją użycie broni w wypadku większych zgromadzeń przed kościołami. Jeszcze dziś w południe sytuacja wygladała tak, że w pismach publicznych („durch die öffentlichen Blätter”) namiestnik udzielił zgody na śpiewanie „Boże, coś Polskę”, zażądał jednak natychmiastowego otwarcia kościołów, duchowieństwo zaś ze swej strony zażądało uwolnienia wszystkich zatrzymanych oraz zgody na śpiewanie wspomnianej pieśni.

W międzyczasie ukazały się wszystkie pisma bez upragnionej zapowiedzi; dlatego też głowny komendant policji, Piłsudski („Oberpolizeimeister Pilsudzki”), awansowany właśnie z pułkownika na generala-majora, ogłosił powyższe ostrzeżenie.

Spośród aresztowanych 15-go i 16-go 9/10 zostało już zwolnionych; przeciw pozostałej w areszcie znikomej części mają zostać, według zapowiedzi Lamberta, wysunięte rozmaite oskarżenia. Najwyraźniej zatem nie zostali oni aresztowani w kościele, jak – zapewne słusznie – zauważa duchowieństwo. W ciągu ostatnich dwóch dni ulice miasta były spokojne. Wieczorem robi się cicho o wiele wcześniej niż zwykle, a po dziewiątej, gdy wszyscy chodzić już muszą z zapalonymi latarniami (6). Warszawa, zazwyczaj tętniąca życiem aż do późnej nocy, zdaje się być opustoszała.”

Następnej niedzieli Domy Boże pozostały jednak wciąż zamknięte. Ludzie modlili się na ulicach przed drzwiami kościołów. Przetrzymywanie aresztowanych trwało dalej; wśród zatrzymanych znajdowali się poza innymi osobistościami  również syn hrabiego Zamojskiego oraz bankier Töplitz. Od 500 kupców zażądano zapłacenia owych 100 rubli grzywny, gdyż 15 października, wbrew wyraźnemu zakazowi, nie otworzyli sklepów. Kary wszelkiego rodzaju, czy to za brak latarni czy za podejrzany wygląd, stawały się coraz dotlkiwsze. Pewna matka, wraz z dwoma chłopcami w wieku 14 i 9 lat, szła z latarnią do domu; chłopcy zostali aresztowani, a matka odpychana była uderzeniami kolb, zdołała ona jednak przepchnac się do szeregu aresztowanych. Pewien starzec, który z trudem chodził, został oderwany od dwóch prowadzących go kobiet i dołączony do zatrzymanych. 19-go pewien furman wiozący sól kamienną został obrabowany przez żołnierzy na Placu Grzybowskim, a gdy sie poskarżył, dostał w odpowiedzi 100 batów.

Duszą wszystkich tych bohaterskich wyczynów był generał Chrulew; pewien oficer opowiadał, że znalazł się niemalże w niebezpieczeństwie zostania ukaranym przez generała Chrulewa, gdyż zamierzał powstrzymać swych żołnierzy od bezdusznego bicia. Generał Łowszyn („Lowszin”), który zwolnił w środę 1000 zatrzymanych, został zganiony jako „zdrajca”, w wyniku czego doznał apopleksji mózgu, w nastepstwie której zmarł. Generał Paulucci, znany z dni marcowych tego roku, został usunięty z dowodzenia Cytadelą, gdyż również tam zaczął postępować w ludzki sposób.

Poważni ludzie o dobrej reputacji („Männer von Achtung und Ruf”) byli bici na ulicach przez żołnierzy z powodu posiadania laski lub z powodu innego przewinienia, między innymi również angielski wicekonsul White, ten jednakże stawił twardy opór i w końcu doprowadził do aresztowania Kozaka, który go napadł.

Zrywano ludziom z głów kapelusze, jeśli nie odpowiadały oficjalnej formie. Wszystkim urzędnikom wydano nakaz zgolenia wąsów oraz noszenia mundurów i płaszczy wojskowych. Bardzo szanowany i leciwy dr Helbich został straszliwie pobity pejczami przez Kozaków, przyczyna tego pozostaje nieznana.

Przeciw karze 100 rubli za zamknięte sklepy w dniu Kościuszki, wszyscy kupcy złożyli protest. W międzyczasie we władzach nastąpiła znacząca zmiana. Gubernator wojenny oraz dyrektor komisji spraw wewnętrznych, generał Gerstenzweig i komendant miasta, generał Chrulew, zostali z tytułu swego postępowania surowo zganieni i pozbawieni swych stanowisk.

Na temat sytuacji w mieście w momencie wysyłania poczty pewna prorosyjska gazeta donosi co następuje:

„W Cytadeli ma znajdować się 2000 aresztowanych. Sąd wojenny miał już skazać na śmierć kilku oficerów, którzy byli 15-go w kościele, gdyż wbrew Proklamacji wzięli oni udział w tamtejszych uroczystościach i zostali schwytani. Podobny los czeka duchownych, którzy z krzyżami w rękach nawoływali do oporu; jednakże egzekucje, choć się o nich mówi, jeszcze nie miały miejsca w Cytadeli. – Na prowincji ma być niespokojnie. Istnieje jednak nadzieja, że rząd opanuje sytuację.”

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część6część1

Przypisy

1. Aluzja do sytuacji we Włoszech mniej więcej w tym samym czasie. Sardynia doprowadziła do zjednoczenia  Włoch w 1859 roku. Motorem tych działań był Camillo Benso, hrabia Cavour. W tymże roku, po uzyskaniu poparcia Anglii i Francji, udało się zająć Lombardię (w sojuszu cesarzem Napoleonem III). Na południu Włoch z kolei Giuseppe Garibaldi zajał całą południową część półwyspu Apenińskiego. Przekazał on ją następnie królowi Wiktorowi Emanuelowi i w lutym 1861 (czyli na kilka tygodni przed wspomnianymi tu wydarzeniami marcowymi w Warszawie) proklamowano powstanie Królestwa Włoch. W następnych latach do tego królestwa dołączono Wenecję w 1866 roku (przy poparciu Prus) oraz Rzym (1870).

2. Książę Michaił Gorczakow  (17931861), generał armii carskiej. W armii rosyjskiej od 14 roku życia (1807). Brał udział w wojnie przeciw Persji (1810) i Francji (1812-15), następnie przeciw Turcji (1828-29). Brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej (1830-31), w 1831 roku został ranny w bitwie pod Grochowem. Walczył także pod Ostrołęką oraz pod Warszawą. Za udział w tych walkach awansowany na generała. W 1846 roku został gubernatorem wojskowym Warszawy. W roku 1848 (Wiosna Ludów) walczył przeciw Węgrom. Potem jeszcze wziął udział w Wojnie Krymskiej. Namiestnikiem warszawskim został w 1856 roku. W ten sposob Gorczakow zastąpił swego poprzednika na tym stanowisku, gen. Iwana Paskiewicza, który tę funkcję pelnił od 1831 roku. Gorczakow zmarł w maju 1861 roku w Warszawie, pochowano go natomiast w Sewastopolu.

3. Karl Lambert. Nie od razu jednak Lambert zastąpił Gorczakowa. Na krótko bowiem namiestnikem został Mikołaj Suchozanet (1861). Lambert równiez nie dzierżył tej funkcji długo. Po nim namiestnikem był Aleksander Lüders (1861-62), potem brat cara, Konstanty Mikołajewicz (1862-63) i dopiero później na dłużej został nim Fiodor Berg (1863-74).

4. Nie po raz pierwszy Horodło miało odegrać rolę w historii Polski i Litwy. W roku 1413 zawarta została tam unia polsko-litewska (Unia Horodelska), która dokonała pewnych zmian postanowień wcześniejszych unii w Krewie (14.8.1385) oraz wileńsko-radomskiej (1401).

5. Aleksander margrabia Gonzaga-Myszkowski, hrabia Wielopolski (ur. 13.3.1803 w Sędziejowicach k. Pińczowa, zm. 30.12.1877 w Dreźnie). Studiował prawo w Paryżu, filozofię w Getyndze. Podczas Powstania Listopadowego w służbie dyplomatycznej (próbował daremnie uzyskać pomoc brytyjską dla Polski). Amnestionowany przez władze carskie w 1833 wraca z Krakowa do zaboru rosyjskiego. Zafrapowany tezą St. Staszica ( “Opuścił nas Zachód, nie chciał mieć w nas wdzięcznych sprzymierzeńców: będzie w nas miał zjednoczonych w słowiańszczyźnie z Rosją – panów”) pisze do Klemensa Metternicha, czołowego dyplomaty austriackiego XIX wieku („List szlachcica polskiego do księcia Metternicha”), wyrażając po raz pierwszy swe prorosyjskie stanowisko.

Chciał, uznając władzę cara, zapewnić polskie prawa w postaci polskiej administracji, szkolnictwa i odrębności Królestwa. Mianowany dyrektorem wyznań religijnych i oświecenia publicznego w 1861 r. Przeprowadzał reformy oświaty, administracji i rolnictwa, zwalczane przez namiestnika Lüdersa. Mianowany przez Aleksandra II  naczelnikiem rządu cywilnego Królestwa na wiosnę 1862 r. Stracił poparcie rosyjskie w momencie wybuchu Powstania Styczniowego, gdyż wybuch ten przypisywali Rosjanie reformom Wielopolskiego. Podał się wkrótce do dymisji. Car zezwolił Wielopolskiemu na leczenie i na emigrację do Niemiec, na którą udał się on 14 lipca 1863 r. w ścisłej tajemnicy.

6. W ówczesnych czasach wieczorami wychodzono na ulice miast z małymi latarniami. Miasta nie były wówczas tak dobrze oświetlone nocą. Patrz również w relacji poniżej w tekście.

 

 

 

Continue Reading »
0 Comments

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 6: Wątki polskie i Epilog

Jul 21st, 2009 by monio
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 6: Wątki polskie i Epilog

Byłoby rzeczą wręcz nieuczciwą wobec polskiego czytelnika, gdyby powyższa historia nie została zakończona wątkami polskimi, których jej nie brakowało. Niektóre z nich zostały już zresztą wspomniane: to terytoria i miejscowości, z których emigrowano. Owi niemieccy luteranie pochodzili właśnie z terenów dawniejszej i dzisiejszej Polski. Nie pozostało to bez wpływu na ich indywidualne związki z Polakami z tych samych terenów, ale także na początki polskiej emigracji do Australii. Poniżej prezentujemy kilka takich wątków. (ilustracja Polish Hill River road sign)

Początki polskiej emigracji do Australii – i to właśnie do Południowej Australii –  pozostają bowiem w ścisłym związku z opisaną powyżej emigracją pruskich luteranów  z Wielkopolski i Dolnego Śląska. To właśnie wielkopolscy i dolnośląscy Niemcy stali się pionierami przecierającymi szlak nieco tylko późniejszej polskiej emigracji do Australii, tak jak z kolei wielkopolscy Polacy byli pionierami zorganizowanej, grupowej polskiej emigracji do tego kraju. Stało się tak tym bardziej, że tak jedni jak i drudzy pochodzili z tych samych rejonów, a czasem nawet z tych samych lub sąsiednich miejscowości (np. Dąbrówka i Dąbrówka Mała, czyli „Gross Dammer” i “Klein Dammer”). Nie brakowało małżeństw mieszanych, zawieranych czy to jeszcze w Europie czy też już w Australii.

Nazwiska…

Wśród Niemców nie brakowało zatem osób polskiego pochodzenia i to już wśród tych, którzy przybywali jako pierwsi. Odnajdujemy nazwiska o polskim brzmieniu wśród pasażerów pierwszych żaglowców, o których była mowa wcześniej. Tak więc na pokładzie “Prince George“ przybyła z pastorem Kavelem rodzina Kalleske z Trzciela. Johann Georg Kalleske urodzony był w Brójcach (Brätz). Tym samym żaglowcem przybył Johann Gottlieb Petras z Klępska. Na pokładzie “Zebry” (z kapitanem Hahnem) znajdujemy pasażera nazwiskiem Johann Georg Janetzki oraz jego rodzinę z Myszęcina (Muschten). Możemy spokojnie się założyć, że również wspomniany Gottfried Lubasch, ów sierżant spod Waterloo, miał nazwisko polskie. Możnaby się zastanawiać, czy aby nazwisko Nitschke nie ma polskich korzeni.  Do Australii wyemigrowało kilka gałęzi tej rodziny z Dolnego Sląska i jest niemal pewne, że znany obecnie w Australii zwolennik eutanazji oraz lider ruchu na jej rzecz, dr Philip Nitschke, pochodzi z tej właśnie rodziny. Na pokładzie “Cathariny” znalazł się natomiast Johann Joseph Gallasch ze Zbąszynia, wraz z rodziną oraz Carl Ernst Tschenscher (Trzęsior?), również z rodziną.

Żaglowcem „Gellert” przybył w grudniu 1847 roku, wraz z Niemcami z poznańskiego pewien oficer nazwiskiem „Eugen von Sierakowski” (Eugeniusz Sierakowski)

W rok później żaglowcem „Alfred” wraz z Franzem Weihertem i jezuitami Kranewitterem i Klinkowstroemem przybywają w okolice Sevenhill dwaj cieśle o polskobrzmiących nazwiskach Samulewsky i Semlitzky wraz z rodzinami (w sumie 9 osób).

Z okolic Zbąszynia (Bentschen) pochodzili emigranci z rodziny Waltrowicz. Anne Caroline Gallasch wyszła za mąż za Johannesa Waltrowicza, który potem zmarł we wsi Nowe Domki k. Zbąszynia w roku 1852. Caroline wyemigrowała rok później z sześciorgiem dzieci na statku “Caesar Godeffroy” do Adelaide. Z tej rodziny znany był później w Hahndorf kołodziej nazwiskiem Adalbert Waltrowicz (zm. W 1903 roku). Żoną jego była Johanna Rosine z d. Schubert. Mieli razem 13 dzieci. Inna Caroline Waltrowicz (ur. W 1838 r. w Zbąszyniu), katoliczka, pracowała jako służąca w Adelaide. Wyszła za mąż za niejakiego Marcina Buczkowskiego z polskiej osady w Hill River (obecnie Polish Hill River) k. Clare w Południowej Australii. Tam najprawdopodobniej chodzili oboje do kościoła św. Stanisława Kostki (na zdjęciu).  Inny członek tej rodziny Joseph Waltrowicz (znany jako “Waltrowitz”), urodzony 1842 r. w Zbąszyniu, mieszkał później w Hahndorf, gdzie zmarł w 1929 roku, jego grób wciąż istnieje na tamtejszym cmentarzu. Michalina Waltrowicz (ur. W 1846 r. w Nowych Domkach) wyszła w Port Adelaide za Anglika nazwiskiem Charles Green. Po jego śmierci wyszła za mąż za Johna Ennsona. Miała własną restaurację w dzielnicy Semaphore w Adelaide. Marianna Waltrowicz (ur. 1849) wyszła za mąż w Południowej Australii za Davida Seefeldta. Oboje później wyjechali do Palmerston (obecnie Darwin na północy Australli).

Innym emigrantem polskiego pochodzenia był Anton Maćkowiak urodzony w marcu 1817 roku w Poznaniu, a zmarły 14.X.1899 we wsi Blumberg (obecnie Birdwood) na wschód od Adelaide. Przed emigracją zamieszkiwał w Nekli (Wielkopolska), a jego rodzicami byli Thomas (Tomasz?) Mackowiak i Katharina z d. Szerzomellich („Szerzomelik”?). Przybył do Australii na pokładzie niemieckiego żaglowca „Heloise” w 1847 roku. Należał najwyraźniej do bogatszej warstwy chłopskiej. „The South Australian” z 19 marca 1847 doniosł bowiem między innymi:

“(…)Bremeński statek “Heloise” przywiózł sporą liczbę wyższej klasy niemieckich włoscian. Wszyscy oni sami pokryli koszta podróży i przywożą ze soba, jak nas poinformowano, więcej pieniędzy niż statek z emigrantami przywiózł przez szereg lat. Są oni zdrowi i godni szacunku i nie wątpimy, że się im powiedzie.”

Maćkowiak zmienił pisownię nazwiska w Australii na „Maczkowiack”. Zamieszkiwał wraz z żoną (Anna Eleonore Wilhelmine z d. Kriese) najpierw w Klemzig, potem w Lobethal, gdzie jego córka Henriette Charlotte (urodzona w czasie podróży na „Heloise”) została ochrzczona przez pastore Fritzschego (który z kolei zapisał nazwisko dziewczynki jako „Matschkowiack”), a nastepnie we wspomnianym już Blumberg. Anton Maćkowiak najprawdopodobniej znał język polski. Wiadomo też, że mówiąc o wsi, z której pochodzili jego rodzice, używał jej polskiej nazwy „Podstolice” raczej niż niemieckiej „Tischdorf”. Nazwisko Maćkowiak pojawia się gdzie indziej również jako „Matskoviak”, a w księdze zapisów sądowych w Gumeracha („Gumeracha District Court Record Book 1874-1884”) znajdujemy je, gdy wymienieni tam zostali „Frederick Mascovias” oraz „Albrecht McScovix”.

… i osada…

17 sierpnia 1856 przybyła niemieckim żaglowcem „August” (kpt. Meyer) do Port Adelaide grupa Polaków z okolic Dąbrówki oraz Zbąszynia w Wielkopolsce (statek wypłynął z Hamburga 7 maja 1856). Szybko znalazła się w okolicach Sevenhill. Według jednej wersji stało się tak, gdyż pewien jezuita został stamtąd wysłany, by ich tam przywiódł, obawiano się bowiem, że cała grupa może dołączyć do luteranów w Barossie  (“Mlodystach – a family history of Polish Pioneers”, 1985, ISBN 0 9589586 0 2).  W następnym roku powstała osada polska w pobliskim Hill River, który szybko stał się znany jako Polish Hill River. Pierwszym nazwiskiem w rejestrze posiadaczy ziemi w Hill River (22 stycznia 1857) jest nazwisko “Joseph Niemetz” (Józef Niemiec). Wśród innych nazwisk widzimy takie jak Nykiel, Połomka, Małycha, Rucioch, Kostera, Kluska czy Pawelski. Nie będziemy tu podawali szczegółowej historii tej osady, jako że istnieje w internecie – i to po polsku – kalendarium tego miejsca http://www.tchr.org/australia/kronika/kronika/HistoriaPHR.htm

Początkowo polscy koloniści uczęszczali na mszę do kościoła św. Alojzego w Sevenhill, jednakże tamtejsi jezuici nie odprawiali jej po polsku lecz po angielsku i niemiecku. To skłoniło polską wspólnotę do zbudowania wspomnianego już kościółka św. Stanisława w Polish Hill River. Pierwszym polskim księdzem był tam jezuita, O. Leon Rogalski (przybył w roku 1870 roku), który po śmierci w roku 1906 pochowany został w krypcie kościoła św. Alojzego w Sevenhill obok pierwszych tamtejszych jezuitów, jak Schreiner, Tappeiner, Herden, Hager i innych.

Wśród pasażerów żaglowca “George Washington”  (wypłynął do Australii 24 maja 1844 z Bremerhaven) znajdujemy nazwisko Szymona Młodystacha (“Simon Modistach”), lat 28 oraz jego żony, pochodzących z Dąbrówki (Gross Dammer) w okolicach Zbąszynia (Bentschen) (1). Nazwisko to pojawia się później Południowej Australii również jako “Modystack” (jak na nagrobkach w Sevenhill).

W 1857 roku przybyli inni członkowie rodziny Młodystachow: Kacper i Elżbieta (Caspar and Elizabeth) i osiedli w Polish Hill River. Stworzyli największą polską i najdłużej pozostającą w polskich rękach winnicę w tamtej okolicy. Ostatecznie została ona sprzedana rodzinie Wilsonów w 1968 roku i od tamtej pory znana jest jako “Wilson Cellars”. Kamienie zaś z pierwotnego domu Kacpra i Elżbiety użyte zostały do budowy elewacji głównego budynku obecnej winnicy.  

Jeszcze do lipca 2000 żył w Polish Hill River Jan (John) Ruciochhttp://przeglad.australink.pl/panorama/artykuly/polishhill3.php, znany tam wówczas jako “ostatni z Polaków“ (“last of the Poles”). Mieszkał wciąż w domku zbudowanym przez jego dziadka. Posiadał “encyklopedyczną wiedzę“ o rodzinach żyjących w tej osadzie w zeszłym stuleciu.
http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/misc/sept85.html

Opowiadał on całe historie owych rodzin, a nawet legende o pobycie w tamtych okolicach słynnego gangstera (bush-rangera) Neda Kelly, którego brat miał tam swoją posiadłość, którą to historią wbudził pewne zainteresowanie mediów australijskich.
http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/verasion/veraison90.html

Zwrócono swego czasu uwagę na fakt, że język polski, którym posługiwali się żyjący w Polish Hill River Polacy jeszcze w II połowie XX wieku był gwarą, która w międzyczasie zanikła już w Polsce. Przekonać mieli się o tym wykształceni Polacy z powojennej emigracji rozmawiający z Janem Ruciochem i innymi potomkami pionierów. Pewien autor australijski zauważył w związku z tym – z pewną przesadą zapewne – że “było to dla nich odkryciem takim, jak dla profesora anglistyki odkrycie w Ameryce Południowej zaginionej kolonii mówiącej językiem Chaucera!”. (2)

Z osady dzisiaj nie pozostaje wiele, parę ruin domostw no i oczywiście kościół św. Stanisława Kostki. Są winnice, ale już nie w polskich rękach. Spośrod licznych tu niegdyś polskich nazwisk nie ma tu już ani jednego, jako że mieszkańcy przenieśli sie gdzie indziej, na przykład do Petersburga (obecnie Peterborough).

Pozostaje natomiast wciąż użytkowany cmentarz w Sevenhill, na którym obok polskich (i nie tylko polskich) pionierow spoczywają polscy emigranci z okresu po II Wojnie Swiatowej, w tym byli żołnierze oraz działacze polonijni, jeden były więzień łagrów sowieckich czy przedwojenna działaczka Katolickiego Związku Młodzieży, prezeska okręgu katowicko-chorzowskiego na Górnym Śląsku. Ale to już zupełnie inny wątek polski.

Inne jeszcze, niemniej ciekawe “wątki polskie”, choć niekoniecznie związane z omawianym tu tematem, znajdujemy wśród zachowanych archiwaliów, na przykład w wydawanej przez południowoaustralijskich Niemców gazecie “Sűd-Australische Zeitung”. Na mikrofilmach tej gazety w Bibliotece Państwowej w Adelaide jest pełny tekst długiego artykułu Die Unruhen in Warschau (“Niepokoje w Warszawie”), który ukazał się w tej gazecie dnia 8 stycznia 1862 roku. Artykuł ten, oparty w całości na źródłach niemieckich, opisuje wydarzenia w polskiej stolicy na krótko przed wybuchem Powstania Styczniowego. Przytaczamy jego pełny tekst w następnej części p.t. „Niepokoje w Warszawie – 1861”.

Epilog

Kościół Luterański w Australii – Za początek kościoła luterańskiego w Australii uważa się przybycie pierwszych staroluteranów w roku 1838 z pastorem Kavelem do Południowej Australii. W roku 1846 doszło do pierwszego rozłamu w jego strukturach podczas synodu w Bethanien. Przywódcą jednej grupy był pastor A.Ch. Kavel, drugiej pastor G.D. Fritzsche, których dzieje śledziliśmy powyżej. Jedna z przyczyn rozłamu brała się z faktu, że o ile w Prusach kościół luterański był kontrolowany przez państwo, o tyle w Australii taka kontrola nie była sprawowana. W związku z tym Kavel opracował konstytucję kościoła twierdząc, że ma ona apostolski charakter. Fritzsche oponował, argumentując, że nie należy jej wprowadzać, gdyż nie ma o czymś takim mowy w Biblii. Innym punktem spornym była interpretacja rozdziału 20 Księgi Objawienia: czy Chrystus powróci, by przez 1000 lat rządzić na ziemi. Ci, którzy wierzyli w ten 1000 letni powrót (włączając Kavela) znani tu byli jako „Chilliasts”. Oponenci (z pastorem Fritzsche) znani byli jako „Anti-Chilliasts”. Stąd też Lobethal (siedziba Fritzschego) stał się „twierdzą” anti-chillianizmu. Termin jest pochodzenia greckiego (“chilia” = „tysiąc”, jak w Apo. 20;2). Używano go także w języku niemieckim jako „Chiliasmus”. Po tym podziale, gdy nowi imigranci niemieccy przybywali do Południowej Australii, już w porcie podbiegali do nich tutejsi luteranie, głośno pytając: „jesteście chilliastami czy anty-chilliastami?”. Nowo przybyli nie mieli oczywiście żadnego pojęcia o co chodziło.

Później następowały jeszcze dalsze podziały. Bywało, że w jednej miejscowości były dwie konkurencyjne parafie luterańskie lub nawet więcej. Na przykład w Lobethal w pewnym okresie były nawet cztery rozmaite parafie luterańskie. W okresie jeszcze późniejszym kościoły tej jednak zaczęły się ponownie łączyć ze sobą. Ostatecznie w roku 1966 długotrwały rozłam zakończony został, gdy Evangelical Lutheran Church in Australia połączył się z United Evangelical Lutheran Church of Australia. Do zjednoczenia doszło w roku 1966 w Tanunda, czyli wyjątkowo blisko miejsca, w którym nastąpił pierwszy rozłam 120 lat wcześniej. Okres owych 167 lat istnienia kościoła luterańskiego w Australii obfitował w wiele wydarzeń, włączając w to trudny okres podczas I Wojny Światowej, gdy społeczność luterańska, będąca w dużej części niemiecka, poddana była prześladowaniom. Dochodziło wówczas niejednokrotnie do napadów na parafie luterańskie, niszczenia ich dobytku, palenia niemieckich tłumaczen Biblii, a czasem nawet do palenia całych kościołów. W dużej mierze ów niemiecki charakter luteranizmu australijskiego widoczny jest jeszcze dzisiaj. Widać to po nazwiskach parafian oraz pastorow i to nie tylko w Południowej Australii. I tak na przykład w Lobethal (Tanunda) duszpasterzami luterańskimi są pastorzy Preuss, Schmidt i Proeve, w Hahndorf pastor Schultz, w Lobethal pastorzy Welke i Wundersitz, a w Northbridge (Perth, Zachodnia Australia) pastor Burger. Prezydentem Lutheran Church of Australia (LCA) jest Rev. Mike Semmler, a rektorem (Principal) jedynego luterańskiego seminarium duchownego (w North Adelaide, Południowa Australia) jest Rev. Michael J. Hassold. http://www.ilc-online.org/members/australia.html

Grupa niemiecka w Australii – Tak jak przybycie pierwszych Prusaków brandenburskich, wielkopolskich i dolnośląskich zaznaczyło początek australijskiego kościoła luterańskiego, tak też stało się ono początkiem imigracji niemieckiej na szerszą skalę. Praktycznie bowiem od czasu ich dotarcia do Port Adelaide na przełomie lat 1838-1839 Niemcy emigrowali tam bez przerwy. Do roku 1900 około 18 tysięcy Niemców wyemigrowało do samego tylko stanu Południowa Australia. Z tych 18 000 jedynie ok. tysiąca motywowanych było religijnie (ok. 5%) i to na tej małej grupie skoncentrowaliśmy się w powyższych tekstach. Do wybuchu I Wojny Światowej Niemcy stanowili do ok. 10% wszystkich mieszkańców w tym stanie. W stanie Queensland procent ten był nawet jeszcze wyższy, bo sięgał 15%. W obu zaś stanach grupa niemiecka stanowiła największą grupę po Brytyjczykach i Irlandczykach. Nie ma dziś praktycznie żadnej pracy poświęconej historii Niemców australijskich, która nie podkreślałaby znaczenia staroluteranów pruskich i ich kościoła dla emigracji niemieckiej do Australii. Pod tym względem motywowani religijnie “ludzie Kavela” stali się istotnie pionierami nie tylko w sensie zapoczątkowania emigracji, lecz także w sensie “przecierania szlaku” dla późniejszych kolonistów niemieckich. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, najważniejsze jednak okazało się to, że ludzie ci starli się z władzą państwową, całkowicie zaskoczoną ich uporem; spowodowali szereg oficjalnych reakcji tejże władzy; udawali się za granicę przez ówczesne Wschodnie oraz Środkowe Niemcy, wzbudzając tam zainteresowanie swym pojawieniem się; w miejscach, w których się zatrzymywali, odwiedzani byli przez dziennikarzy (jak w Hamburgu) piszących potem artykuły o nich. Wieść o nich rozniosła się więc szybko, tak jak później rozniosła się też wieść o ich powodzeniu w nowym kraju. http://www.sagermanassociation.asn.au/

Grupa polska w Australii – W odróżnieniu od emigracji niemieckiej, emigracja polska z południowej części Wielkiego Księstwa Poznańskiego nie miała większego wpływu na emigrację polską w ogóle. O ile bowiem Niemcy emigrowali przez Hamburg lub Bremę, do których udawali sie przez swój kraj, Polacy nie udawali się do żadnego portu przez np. Kongresówkę lub jakiekolwiek inne części Polski, od których oddzieleni byli zaborem rosyjskim. Dlatego też fenomen tej lokalnej emigracji pozostał oderwany od innych nurtów emigracji polskiej i więcej miał wspólnego z emigracją niemiecką, która go wręcz zapoczątkowała. By użyć plastycznego określenia, gdy pastor Kavel “tupnął nogą w Klemzig” i zdecydował się wyemigrować do Australii, to wkrótce wiedziały o tym całe Niemcy; gdy zaś emigrowali tam Polacy z tego samego regionu, Polska nie wiedziała o tym nic. Ten fakt stał się również powodem, dla którego Polacy z Hill River, czyli już w Australii, pozostali tam osamotnieni przez cały praktycznie czas aż do śmierci “ostatniego z Polaków”. Jest to także przyczyną, dla której ten epizod pozostaje w dużej mierze nieznany w samej Polsce nawet dzisiaj. Istniała co prawda emigracja Polaków do Australii już w XIX wieku, na przykład do stanu Wiktoria pojedynczy emigranci przybywali już w latach 1830-tych oraz potem, po upadku Powstania Styczniowego, przybyło tam ich nieco więcej. Jednak największy nurt emigracji polskiej przypadł na okres po II Wojnie Światowej i nie objął rejonu Sevenhill. Dopiero w II połowie XX wieku południowoaustralijska Polonia – ta powojenna – zainteresowała się bliżej miejscem znanym jako Polish Hill River, odrestaurowała kościół św. Stanisława i przynajmniej częściowo “przywróciła Polsce” pamięć o tym miejscu.

 Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część5

Przypisy:

1. W angielskiej wersji listy pasażerów „George Washington” opracowanej przez           pastora A.E. Brauera czytamy:

 „MODISTACH, Simon (28) and wife, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”

Innymi pasażerami o polskobrzmiących nazwiskach byli, według tejże listy:

„SPORN, Johann Friedrich, coachman, and wife Marie Elisabeth, nee Jentsch, and two children Johanna Helena and Johann Friedrich, from Seiffersdorf (Radwanów), Freistadt (Kożuchów), Silesia”

„STANETZKI, Nikolaus (38), wife, one son, six months, and two daughters, aged 6 and 3 respectively, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”

“WALLENT, Lorenz (46), wife, two sons: Karl (6) and Simeon (3), and three daughters, aged 18, 16 and 10 respectively, from Gross-Dammer, near Bentschen, Bomst, Posen”

2.  Geoffrey Chaucer (ok.1340–1400) , poeta angielski, jedna z najważniejszych postaci w historii literatury angielskiej. Autor m.in. “Opowieści Canterbury” („The Canterbury Tales”) . Pochowany w Opactwie Westminsterskim.

Niektóre pozycje bibliograficzne

Eleonora’s Decision - Our Heritage. The History and Family Tree of Johann Friedrich Munchenberg and Johanne Eleonora Munchenberg and their Descendants 1839-1989. By Reginald Schilling Munchenberg. Adelaide 1989 (rodzina pochodzi z Miedzyrzecza w Wielkopolsce)

David Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985

The History And Family Tree of Johann George Hohnberg 1788-1856 and His Wife Maria (nee) Irmler 1791-1875 and Their Known Descendants 1788-1971. By D.P. Hohnberg, P.S. Munchenberg and D.A. Ross. Lutheran Press (rodzina o korzeniach we wsi Jany k. Zielonej Gory oraz Zawady miedzy Zielona Gora a Sulechowem)

The Nitschke – Hentschke Family in Australia and New Zealand. The Story of Gottfried and Eva Elisabeth and Their Descendants. Adelaide 1990 (rodzina pochodzi z Przytoku k. Zielonej Góry na Dolnym Sląsku)

The History and Family Tree of Johann Wilhelm Rohrlach and his wife Anna Dorothea nee Galpach and their Descendants 1792-1980. Adelaide 1980 (rodzina z Babimostu w Wielkopolsce)

The Pfitzner Story 1802-1975. The Record and Family Tree of Three Brothers: Johann Christian Pfitzner (1802 – ?), Friedrich Wilhelm Pfitzner (1814 – 1892), Johann Carl Pfitzner (1819 – 1891), Their Wives and Children, who migrated from Lower Silesia in the east of Central Europe in the years 1854 – 1867. Adelaide 1975 (rodzina pochodzi ze wsi Lisowice (Leschwitz), Kwiatkowice (Altlaest) oraz innych miejscowosci kolo Lubina i Legnicy. 24 osoby tej rodziny daly poczatek znacznemu drzewu genealogicznemu – gdy spisywano historie tej rodziny, wszystkich żyjących potomków, wraz z ich małżonkami i dziećmi – było 2937)

Wilhelm & Elisabeth Milde and Descendants 1837-1984. A History and Family Tree. Copyright Judy & Ron Milde, Adelaide 1984 (ta rodzina przybyla nawet przed grupa pastora Kavela na pokladzie zaglowca “Solway” 16 pazdziernika 1837 o 5:00 po poludniu do Kangaroo Island niedaleko Adelaide)

Three Brothers from Birnbaum.The Muller Family History. Family History of Johann Ferdinand Muller (1813 – 1891) and his wife Auguste Wilhelmine nee Kleinitz (1828 – 1900); Johann Friedrich Muller (1819 – 1879) and his wives Beate Auguste Emilie nee Behrend (1827 – 1857) and Johanne Friedericke Wilhelmine nee Semlin (1826 – 1895); Johann August Muller (1822 – 1902) and his wife Charlotte Wilhelmine nee Patzold (1825 – 1910). Lutheran Publishing House, Adelaide 1983 (i pozniejsze wydania bez daty) (rodzina pochodzi z Miedzychodu w Wielkopolsce)

Mlodystach: a family history of Polish pioneers; Simon Modistach, Stanislaus Modistach, Caspar Modystack and their known descendants. Adelaide 1985 (rodzina pochodzi ze wsi Dąbrówka w Wielkopolsce)

Podziekowania / Acknowledgements

Autor powyższych tekstów pragnie złożyć podziękowania:
Pani Sue Miller, sekretarzowi parafii luterańskiej w Lobethal (Południowa Australia) za uzyskane od niej informacje oraz za egzemplarz historii jej Rodziny w Australii „Trzej Bracia z Międzychodu” (Three Brothers from Birnbaum)

Państwu Davidowi i Helen Schubertom z Adelaide (SA) za udzielenie zgody na opublikowanie tekstów dokumentów cytowanych w ich książce ”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”

oraz pani Lornie Webb z parafii luterańskiej w Langmeil (Tanunda) za uzyskane od niej informacje.

 

The author would like to express his thanks to:

Mrs Sue Miller, the secretary of the Lobethal Lutheran Church, for all the information provided as well as for a copy of the printed history of her Family: “Three Brothers from Birnbaum. The Müller Family History”

Mr David and Mrs Helen Schubert from Adelaide (SA) for their kind permission to publish documents contained in their book ”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”

and to Mrs Lorna Webb from Tabor Lutheran Church in Langmeil (Tanunda), SA, for information provided.

 

 

Continue Reading »
2 Comments