Subscribe to RSS Feed

Chrześcijaństwo

Historyczny błąd kościoła

Mar 4th, 2012 by monio
Historyczny błąd kościoła

Dobór ksiąg do Biblii był rzeczą, która wywarła ogromny wpływ w dziejach i to nie tylko na sprawy religii czy teologii, ale także jak najbardziej na kwestie społeczne i polityczne.

Największym błędem w doborze ksiąg biblijnych było oczywiście dokooptowanie – i to hurtem – całego tak zwanego „Starego Testamentu”.

Mówimy tu o historycznym błędzie. To taki błąd, który mógł już zostać jako taki rozpoznany w chwili jego popełniania (i przez niektórych został), ale niekoniecznie musiał – czyli podejmowano decyzję pewnie i w dobrej wierze, nie mając jeszcze pojęcia jakie negatywne skutki ze sobą przyniesie.

Oczywiście, zgadzam się też, że przejęcie hurtem „Starego Testamentu” przez kościół miało również swoje pozytywne strony. Nie ma nigdy przypadku, by coś nie przyniosło także pozytywów. Jednym z tych pozytywów (moim zdaniem zdecydowanie największym pozytywem) jest to, że dzięki masowemu drukowi Biblii wraz ze „Starym Testamentem” treści  tego ostatniego stały się lepiej znane, a przez to i bardziej oczywiste dla wielu. Inaczej bowiem byłyby one po dziś dzień taką tajemnicą jak treści Talmudu. A i tak wielu chrześcijan nawet obecnie ma słabe pojęcie o tym, jakie to właściwie treści kościół dokooptował do ich Biblii. Zbyt słabe pojęcie, chciałoby się rzec.

To, co budzi nasze największe zastrzeżenia w dziedzictwie „Starego Testamentu”, to oczywiście szereg treści moralnych, zupełnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. Wskazaliśmy na to już w “Dialogu między Marcjonitą a Judaizerem” . Jednak błąd inkorporacji „ST” kryje się także w szeregu innych czynników, na które tutaj pozwolimy sobie wskazać.

„Testament” nieprawd  historycznych

Obecnie, w wyniku zakrojonych na szeroką skalę prac archeologicznych na terenie Izraela, a rozpoczętych w latach 1960-tych, a także w wyniku intensywnej pracy badawczej nad tekstami „Starego Testamentu”, udało się naukowcom skonkludować, że księgi, rzekomo spisane ręką Mojżesza, nawet nie miały szans zostana przezeń napisanymi. Według popularnej famy, Mojżesz miał żyć i działać około XIV wieku p.n.e. Jednakże, według dość zgodnej opinii naukowców, w tym izraelskich, pisma „ST” zaczęły powstawać nie wcześniej aniżeli pomiędzy X a VIII wiekiem p.n.e. Według mitu „starotestamentowego” Hebrajczycy mieli uciec w ogromnej liczbie z Egiptu do Kanaanu, by go podbić. Całe księgi „ST” poświęcone są tym tak zwanym „wydarzeniom”. Tymczasem w okresie, gdy ten „eksodus” miał mieć miejsce, Kanaan był akurat częścią państwa egipskiego i Egipcjanie mieli tam rozlokowane swoje garnizony wojskowe, obozy których zostały odnalezione przez archeologów.  Zatem owi Hebrajczycy uciekaliby (jak to ujął prof. Shlomo Sand) „z Egiptu do Egiptu”. Nie miałoby to żadnego sensu.  A barwna bajka o morzu, co otworzyło się, by przepuścić Żydów, a następnie zamknęło, by potopić ścigających ich Egipcjan i dać Żydom bezpieczeństwo, jest po prostu beznadziejnie śmieszna. Nawet gdyby udało się jakoś Żydom pozbyć egipskiej armii pościgowej, to natychmiast stanęliby twarzą w twarz z drugą taką armią, idącą wprost na nich z drugiej strony – z owych egipskich garnizonów na północnym wschodzie. Byłby potrzebny kolejny „cud” w postaci kolejnej super-naturalnej interwencji Jahwego. Gdyby cała ta historia miała w sobie bodaj „ziarnko prawdy”, bez wątpienia żydowscy autorzy „ST” opowiedzieliby nam kolejną „cudowną historię”. (1)

 Ale takiej historii w „ST” nie ma… Również cały opis podboju „ziemi obiecanej” musiałby w takim wypadku wyglądać zupełnie inaczej.
Rozumiemy, że wobec tego na plan drugi schodzi nawet fakt, że owego masowego eksodusu nie wzmiankuje się w starożytnych źródłach egipskich. Po co wspominać coś, co się nie zdarzyło? Nawet pierwsza wzmianka o „Izraelu” pochodzi z egipskiej steli Merneptah i nie wiadomo na dobrą sprawę kogo oznacza ani nawet jak właściwie hieroglify tej nazwy odczytywać.

Nie było też żadnych „trąb jerychońskich”. Jerycho było kiedyś osadą, która na dodatek w czasach, gdy przybyć tam mieli (według „ST”) Hebrajczycy, nie posiadała w ogóle żadnych murów obronnych.

Na „Starym Testamencie” nie można także polegać, gdy idzie o podawane liczby. Według „ST” Mojżesz miał wyprowadzić z Egiptu ogromną liczbę ludzi, w tym 600 000 żołnierzy. Wraz z rodzinami musieliby oni tworzyć ok. 3 miliony ludzi. Zupełnie nieprawdopodobne, by żadna kronika egipska nie odnotowała tak ogromnego ubytku.
Z liczbami zresztą był stale problem, nie tylko w czasach pisania Biblii, ale później również, co dotyczy m.in. liczb podawanych  odnośnie powstania żydowskiego i rzekomego „całościowego” wysiedlania Żydów z Palestyny przez Rzymian oraz liczb osób zabitych podczas tego konfliktu (2). Nie było też żadnego masowego genocydu Kanaanejczyków, tak barwnie i dumnie opisanego w Biblii. Co oznacza, że owi Hebrajczycy byli w gruncie rzeczy lepszymi ludźmi, niż nam to próbowali wmówić chełpliwi autorzy ksiąg starotestamentowych. Sporo z istniejącej współcześnie niechęci do Żydów wspiera się właśnie m.in. na tych pozbawionych prawdy historycznej chełpliwych opisach genocydów, które kościół chrześcijański tak bezkrytycznie zaakceptował i których usiłuje on teraz bronić i uzasadniać je zupełnie nieporadną nieraz „teologią”… A o ile tak wiele spośród faktów „ST” okazuje się najzwyklejszą w świecie nieprawdą, to większości postaci „historycznych” wymienionych w tymże „ST” tym bardziej nie jesteśmy w stanie się doszukać.

Archeologia, która dawała z początku tyle nadziei Izraelczykom na potwierdzenie ich „biblijnej” historii i na wzmocnienie ich „uzasadnionych pretensji” do posiadania Palestyny, przyniosła im cały szereg rozczarowań. Doszło nawet i do tego w końcu, że zaczęto powątpiewać w historyczne istnienie króla Dawida. Dopiero odnalezienie, dzięki przypadkowi, steli w Tel Dan  w roku 1993 potwierdziło, przynajmniej pośrednio (zależnie od tego, jak czytać antyczne spółgłoski), że ktoś taki w ogóle mógł istnieć. Jednak królestwo owego „domu Dawida” było z pewnością bardzo małe i mało znaczące.

Mitologie plemienne i narodowe mają w gruncie rzeczy bardzo podobny scenariusz. Dotyczy to zarówno tych antycznych mitologii, jak i tych XIX-wiecznych. Tyle, że te drugie wspomożone zostały już bardziej systematyczną historiografią oraz archeologią. Żydzi antyczni nie znali ani archeologii ani takiej usystematyzowanej historiografii. Nie mieli oni nawet takiej historiografii jak Rzymianie. Pisane w I  tysiącleciu p.n.e. księgi żydowskie cechuje charakterystyczna dla nich nieznajomość tego, co działo się szereg wieków wcześniej – właśnie dlatego są one tak pełne błędów, co potwierdza jedynie, że absolutnie żadną miarą nie mogły być pisane od czasów mitycznego Mojżesza. Dokładnie tak, jak XIX-wieczne próby niemalże mitologicznej rekonstrukcji pradawnej historii narodów europejskich, tak i starożytna narracja żydowska usiłowała zapełnić lukę braku konkretnej wiedzy o minionych wiekach przy pomocy mitologii plemienno-religijnej.
I taką to „historię” kościół chrześcijański hurtowo zapożyczył jako „prawdę” i według niej nauczał…

Nawet pod względem językowym owi starożytni Żydzi przez większość czasu swej egzystencji nie byli jednolici. Posługiwali się hebrajskim, ale w pewnym okresie bardziej był pośród nich rozpowszechniony język aramejski, który nie był początkowo ich językiem, lecz Aramejczyków. Aramejczycy zaczęli się osiedlać masowo w Górnej Mezopotamii, stąd też imperia asyryjskie i babilońskie (a właściwie neo-asyryjskie i neo-babilońskie) używały go jako jednego ze swych języków państwowych. Ponieważ zaś mocarstwa te były wielo-etniczne, toteż z czasem wykształciły się rozmaite odmiany aramejskiego, w tym też i żydowsko-aramejski, stosujący hebrajskie pismo. W okresie późniejszym aramejski zaczął być wśród Żydów stopniowo wypierany przez grecki, zwłaszcza od IV wieku p.n.e., czyli od czasu włączenia tamtych obszarów do imperium Aleksandra Wielkiego.

W ślad za tym szły także różnice kulturowe i religijne. Tradycyjny wizerunek historycznego „Żyda” jako judaisty-ortodoksa, tak chętnie prezentowany zarówno przez „Stary Testament”, współczesną nam propagandę izraelską czy przez naszych własnych apologetów biblijnych, jest w dużej mierze fikcją oraz „picem i fotomontażem”. Dochodzi nawet do tak ogromnych i pozbawionych żenady zafałszowań i przeinaczeń, jak to, według którego w roku 164 p.ne. Żydzi wywołali powstanie i wyzwolili się z niewoli greckiej (seleucydzkiej), przywracając świątynię jerozolimską judaizmowi, gdy w rzeczywistości dalej, nawet po powstaniu, podlegali oni Seleucydom. Na pamiątkę tego zwycięstwa i „cudownego” trwania zapalonych świec menory obchodzone jest święto zwane „Hanukkah” (pisane również jako „Chanuka”).

Powiedzmy to sobie otwarcie: jest to najzwyklejsza w świecie mitologia, tym bardziej łatwa do obnażenia, że znane są nam przecież dzisiaj koleje owego konfliktu. Aby nie wdawać się zbytnio w szczegóły tutaj (pozostawiając szczegóły w przypisie) (3), poprzestaniemy na tym, że konflikt ten rozpoczął się wśród samych Żydów, którzy byli zróżnicowani kulturowo i religijnie. Na przykład wiadomo, że hellenistyczni Żydzi zbudowali w Jerozolimie gymnazjon, na którym uprawiali zawody sportowe greckiego sortu, a nawet brali oni udział w ogólnogreckich zawodach olimpijskich.
Konflikt wywołany został zaś nie tyle przez kwestie religijne, ile po prostu przez jakże trywialne sprawy związane z „mamoną” oraz władzą.

Jedynie chyba dla pięknego uzasadnienia Hanukki i jej tak zwanego „cudu”, prezentuje się w synagogach i kościołach uszminkowaną wersję całej afery Machabeuszów i to uszminkowaną według typowo „czarno-białych” schematów: „dobrzy Żydzi” i „parszywi Grecy”.

Konflikt ten był znacznie dłuższy i narodził się on pierwotnie pośród samych Żydów: tych judaistycznych z jednej strony i zhellenizownach z drugiej.  Nawet w łonie samego judaizmu istniały i to już w starożytności, ogromne różnice. Judaiści z Babilonu byli inni niż ci z Aleksandrii i to nie tylko pod językowym względem. Nie brakowało w końcu, także i w samej Jerozolimie w czasach helleńskich, żydowskich hellenistów i politeistów. Ale wszyscy ci ludzie byli Żydami i za takowych siebie uważali. Nie było zatem tak, że tylko i wyłącznie judaizm był w stanie podtrzymywać żydowską świadomość jako wspólnoty. Co najwyżej da się powiedzieć, że ten judaizm odegrał w historii Żydów rolę zbliżoną do tej, jaką wśród Polaków odegrał katolicyzm.

Ukoronowanie tylko jednego z wielu przodków

Wielkim nieporozumieniem jest teza o judaistycznym pochodzeniu religii chrześcijańskiej. Jest nieporozumieniem, a nie kompletną nieprawdą. W rzeczywistości bowiem źródła religii chrześcijańskiej były wielorakie. Nawet i sam judaizm jest konglomeratem wierzeń zrodzonych na długo przed samym judaizmem (egipcjanizm, zoroastrianizm itd), ale chrześcijaństwo korzystało także bezpośrednio z innych źródeł inspiracji. Wskazaliśmy już na to w innych tekstach http://www.monio.info/religia/ . Wskazaliśmy także, przy innej jeszcze okazji, na możliwy fakt ewolucji samego Christosa w kierunku większego uniwersalizmu. O ile w Nowym Testamencie znajduje się sporo odniesień do „ST” (choć bez przesady, jak na to wskazaliśmyw „Dialogu Marcjonity”), to jest to prostym wynikiem faktu, że to głównie żydowscy autorzy pisali Nowy Testament. Znane nam jednak inne starożytne dzieła na temat Christosa (jak „Ewangelia Tomasza”, która mogła również zaistnieć, w swej części przynajmniej, już w I stuleciu n.e.) często nie czynią w ogóle żadnych odniesień do „ST”. Wskazaliśmy, przy innej jeszcze okazji, że bardzo szybko liczba chrześcijan nieżydowskich wielokrotnie przekroczyła liczbę chrześcijan żydowskich, co nieodparcie sugeruje, że Christos był łatwiej akceptowalny wśród tak zwanych „pogan” niż wśród Żydów.
Praktycznie nie ma w chrześcijaństwie żadnego zasadniczego elementu, któryby się gdzieś już wcześniej nie pojawił w innych religiach, w tym w tak zwanych „pogańskich”. Odnosi się to i do samego Christosa, jak i np do Marii, jego matki.

Na dodatek nie ma nawet cienia dowodu na to, że judaizm był pierwszą religią monoteistyczną , chociaż taki właśnie mit jest nieraz w dalszym ciągu utrzymywany. Datowanie początków judaizmu przez historyków i archeologów stawia judaizm o co najmniej 4 wieki (aż do 6 wieków) za okresem egipskim, znanym z konkretnych dowodów, a nie jedynie z legend: chodzi o lata panowania faraona Akhenatena (Akhenaten, Echnaton, Khuenaten, Ikhnaton) czyli Amenhotepa IV (panował od ok. 1353-51 p.n.e.; zm. ok 1336 – 34 p.n.e.). Istniały też związki religii żydowskiej z religią perską. Nawet hebrajskie słowo „dat” oznaczające religię pochodzi z języka perskiego.

Gdyby tego nie było jeszcze dość, najzwyklejszą fikcją jest rozpowszechiona tu i ówdzie opinia, że wiara w jednego Boga (monoteizm) jest czynnikiem historycznie najbardziej sprzyjającym uniwersalizmowi. Obecnie tak się często uważa, ale właśnie historycznie najbardziej uniwersalistyczne były pod tym względem religie politeistyczne. Znana Grekom zasada „agnosthos theos” („nieznany Bóg”), dla którego potrafili oni przeznaczyć osobną świątynię, była również antycznym dowodem większej tolerancji religijnej, aniżeli bazowane na „Starym Testamencie” dzikie wybryki „świętej” inwizycji lub poprzedzającego ją żydowskiego „sanhedrynu”.

Tak czy inaczej, o ile chrześcijaństwo niewątpliwie zawdzięcza częściowo swoje istnienie między innymi  judaizmowi, to o tyle znacznie więcej judaizm zawdzięcza chrześcijaństwu, choć jest odeń starszy.

Stało się tak dlatego, że kościół chrześcijański hurtowo przejął od judaizmu księgi, które z chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego. Gdy spojrzeć na historię rozpropagowania tak zwanego „Starego Testamentu” na wszytkich praktycznie kontynentach świata, to rzuca się w oczy, że głównym autorem tej propagandy był właśnie kościół chrześcijański i to w stopniu, o którym sam judaizm mógłby co najwyżej zamarzyć. Stopień ten kontrastuje bowiem ze stopniem znajomości pisanego już od II wieku n.e. Talmudu, który jest w końcu kilkakrotnie obszerniejszy niż cała Biblia. Kościół nigdy nie propagował Talmudu, a nawet zajmował wobec niego jednoznacznie wrogie stanowisko – i to stąd bierze się ta różnica w rozpropagowaniu i stopniu znajomości obu tych zbiorów ksiąg. Israel Shahak uważał nawet, że przeciętni Żydzi tak naprawdę mniej jeszcze wiedzą o judaizmie niż nie-Żydzi…
Wpływ chrześcijaństwa na judaizm był wieloraki. Na przykład stosunkowo niewielu ludzi wie o tym, że judaizm jest monogamiczny (i przeciwny poligamii) właśnie z uwagi na wpływ chrześcijaństwa, przedtem bowiem był on poligamiczny tak jak islam. I że dopiero w ostatnim tysiącleciu judaizm stał się monogamiczny. W XI wieku rabin Gershom Ben Judah zakazał poligamii Żydom wschodnioeuropejskim (aszkenazyjskim), w Hiszpanii poligamia istniała jeszcze wśród judaistów co najmniej do XIV wieku, potem już bardzo rzadko. Nieco dłużej utrzymała się natomiast poligamia wśród judaistów pod rządami islamskimi, co niewątpliwie łączy się z faktem rozpowszechnienia poligamii wśród muzułmanów.

W służbie „narodowi wybranemu”…

My wiemy także, że o ile wewnątrz chrześcijaństwa istnieje trend do krytycznej oceny wielu aspektów przeszłości (pogromy Żydów, a zwłaszcza „heretyków”, uznanie dla niewolnictwa itd), to po stronie judaistycznej taki krytycyzm jest znacznie rzadszy, choć przyznajemy z zadowoleniem, że jednak istnieje, zwłaszcza od ostatnich kilkudziesięciu lat.
W przeszłości wiele było rozmaitych religii plemiennych, według których dane plemię było „wybrane” przez bóstwo albo i cały panteon bóstw. Wszystkie te religie z czasem zanikły zupełnie. Wszystkie – z jednym jedynym wyjątkiem: z wyjątkiem judaizmu.

Można zapewne w nieskończoność debatować do jakiego stopnia nierozważne przejęcie ksiąg „Starego Testamentu” przez kościół przyczyniło się do umocnienia żydowskiej wiary we własne tak zwane „wybraństwo” przez Boga. Z całą jednak pewnością przyczyniło się ono do zwiększenia prestiżu tych ksiąg w Europie, w tym także do podtrzymania tego ich prestiżu pośród Żydów. Judaiści mogli nie zgadzać się z chrześcijańską interpretacją tych ksiąg, jednak już sam fakt, że konkurencyjna wielka religia je uznawała, musiał w Żydach podbudowywać przekonanie o ich boskim natchnieniu. Kościół ze swej strony uważał, że Żydzi utracili „wybraństwo”, gdy nie zaakceptowali Christosa jako ich „Mesjasza”, jednak dla Żydów znaczenie większe mógł mieć fakt, że niechętny im kościół uznawał jednak ich pierwotne „wybraństwo” jako rzecz bezdyskusyjną.

Również później, gdy w XIX wieku formował się nacjonalizm żydowski, fakt uznania ST przez chrześcijan okazał się dla tego nacjonalizmu pomocny, co również podkreśla prof Shlomo Sand w swej książce „The Invention of the Jewish People”.

„Będący głównie produktem szkół rabinicznych, wykształceni Żydzi odczuwający skutki świeckiego wieku, których wiara metafizyczna okazywać zaczęła pewne rysy, pragnęli innego źródła dla wzmocnienia swej niepewnej, kruszącej się tożsamości. Religia historii uderzyła ich jako właściwy substytut wiary religijnej, jednak dla tych, którzy uczuciowo nie potrafili przyjąć narodowych mitologii wyrastających przed ich oczami – mitologii  niefortunnie łączonych z przeszłością pogańską i chrześcijańską – jedyną opcją było wymyślenie i trzymanie się paralelnej mitologii narodowej. Wspomożona ona została faktem, że literackie źródło takiej mitologii, mianowicie Stary Testament, pozostawał przedmiotem admiracji również dla zadeklarowanych wrogów współczesnych Żydów. A ponieważ ich domniemane królestwo starożytne w swoim własnym kraju stanowiło najmocniejszą ewidencję, że Żydzi byli ludem lub narodem – a nie jedynie wspólnotą religijną żyjącą w cieniu innych, hegemonicznych religii – przeto niezgrabne początkowo pełzanie ku Księdze Ksiąg przemieniło się z czasem w zdeterminowany marsz w wyimaginowywaniu ludu żydowskiego.” („The Invention of the Jewish People”, Londyn 2010, str. 75)

Jeżeli zatem dzisiaj zdarza się nam być poirytowanymi wyskokami wybujałego żydowskiego poczucia „specjalności” oraz syjonistycznej lub judaistycznej wyniosłości, to dobrze jest pamiętać, że to nie tylko wynik wewnątrz-żydowskiego „pichcenia” się we „własnym sosie” talmudyzmu, lecz raczej wynik kombinowanej „kuchni” ideologicznej, gdzie owo irytujące nas „danie” zostało najpierw wypichcone przez autorów „ST”, a następnie bez przerwy na nowo „odgrzewane” przez teologię katolicyzmu, prawosławia czy ewangelikanizmu. Współcześnie owo „danie” zaprawiane jest niejednokrotnie dodatkowo jeszcze sporą dawką „przyprawy” czysto politycznej, gdy – znowu dla podtrzymania mitu starotestamentowego – popiera się „wyczyny” izraelskiej soldateski wobec Arabów, przy jednoczesnym coraz wyraźniejszym spisywaniu na straty lokalnych bliskowschodnich wspólnot chrześcijańskich. Niejednokrotnie bez żenady prowadzona jest w kościołach nieprzebierająca w środkach kampania antyarabska i antyislamska, byle tylko dla Biblii i Izraela. Piszącemu te słowa zdarzało się już nieraz w rozmowach z ewangelikalnymi chrześcijanami słyszeć te przybierające wprost rozmiary aberracji umysłowej „ranty” podekscytowanych „wiernych”, którzy wprost wyrażali nadzieję, że już może wreszcie wkrótce jakieś inspirowane przez Boga trzęsienie ziemi rozwali ten meczet posadowiony na fundamencie antycznej świątyni jerozolimskiej… To kolejne ponure dziedzictwo nierozważnego przejęcia „ST” przez archaiczny kościół pierwszych wieków naszej ery.

To prawda, że Żydom zdarzało się nieraz w przeszłości padać ofiarą prześladowań. Jednak ogólny stosunek do nich ze strony kościoła cechowała – jak to ujął Israel Shahak – „tolerancja z ograniczonymi uprawnieniami”. Istotnie, bowiem nie traktowano ich w sposób tak morderczy jak chrześcijańskich „heretyków”. Tacy „heretycy” jak paulicjanie, bogomilcy, katarzy czy lollardzi zostali niemal doszczętnie „zmieceni” z powierzchni ziemi. W porównaniu do nich Żydzi mieli w Europie niemal „raj na ziemi” – inaczej przecież by się tej Europy tak nie trzymali, lecz wynieśliby się z niej, im dalej tym lepiej.

Wykończonoby niechybnie także luteranów, gdyby nie to, że ich doktryna rozprzestrzeniła się wyjątkowo szybko. I bardzo prędko również znaleźli oni poparcie wielu możnych – sam Luter uchował się dzięki księciu, który go przechował u siebie w zamku…

Żydzi niejednokrotnie natomiast stawali się – w pozytywnym dla siebie sensie – przedmiotem sporów między chrześcijanami rozmaitych denominacji (4).

Do wspomnianej zaś admiracji „Starego Testamentu” przez chrześcijaństwo Żydzi byli już do tego stopnia przyzwyczajeni, że gdy w nowszych czasach pojawiały się stopniowo pierwsze dzieła kwestionujące historyczność wydarzeń opisanych w jego księgach, ze strony żydowskiej natychmiast odpowiedziano na to oskarżeniem o „antyżydowskość” (5).

Gdy zaś prowadzono współczesne prace archeologiczne, zwłaszcza po wojnie 1967 roku, publikowane ich rezultaty dobierane były starannie tak, by potwierdzały one narrację „Starego Testamentu”. Jak pisze Shlomo Sand, „Ogólnie mówiąc, ostatnie słowo należało do tekstu pisanego, gdyż był on punktem wyjścia oraz raison d’être wszystkich wykopalisk. Nie trzeba dodawać, że długie „nieżydowskie” okresy historii „Kanaanu”, „Judei” i „Palestyny” mało interesowały archeologów”. Metoda ta była oczywiście motywowana politycznie, gdyż miała potwierdzać prawa Izraela do posiadanych (czytaj: zagrabionych) ziem.

Rozpaczliwa próba ratowania mitu

Ale trzeba obiektywnie dodać, że i ta metoda mało uczciwego posługiwania się archeologią dla celów politycznych była pierwotnie zainicjowana nie przez żydowskich syjonistów, lecz przez chrześcijańskich naukowców, którzy już pod koniec XIX wieku posłużyli się nią również dla wsparcia „Starego Testamentu”. Ich motywacja mniej była politycznego sortu, raczej religijnego, bo uważali oni, że w ten sposób wesprą również Nowy Testament. Nie było to rzecz jasna konieczne, bo Nowy Testament nie stanowi opisu historii Izraela starożytnego, lecz pisma o Christosie, apostołach, pierwszych wspólnotach chrześcijańskich oraz zmitologizowany i metaforyczny opis „Apokalipsy”. Tak zwany „Stary Testament”, jeśli jest tam cytowany, to nie dla opisu „Eksodusu” czy „podboju Kanaanu” i nie odnosi się on z reguły do kwestii mogących być weryfikowanymi przez archeologię. Innymi słowy, księgi chrześcijańskie nie potrzebują podpórki w postaci „Starego Testamentu”, ani tym bardziej podpórki tegoż „Starego Testamentu” przez odpowiednio „umodelowaną” archeologię. Jednak tak, jak wieki wcześniej kościół chrześcijański zdecydował się przejąć księgi żydowskie do Biblii, tak też w nowszych czasach chrześcijańscy badacze „Ziemi Swiętej” postanowili za wszelką cenę przysłużyć się „Staremu Testamentowi” w naiwnej nadziei, że w ten sposób przysłużą się także chrześcijaństwu. Jak to ujął Shlomo Sand „od samego początku ich motywacja religijna uczyniła lokalną archeologię asystentem badań nad Biblią”. Czyli – mówiąc już zupełnie bez owijania w bawełnę – ta archeologia prowadzona była nie tyle po to, by poznać prawdę, lecz raczej po to, by za wszelką możliwą cenę wesprzeć Biblię, wartość przekazu historycznego której podawano już  w wątpliwość od czasu Oświecenia.

Możemy sobie wyobrazić kontrę wobec naszej metody (nienowej przecież) polegającej na obnażaniu małej wartości przekazu histrorycznego „ST”: że przecież nie idzie o dokładność faktów, gdyż Biblia przede wszystkim jest Słowem przekazującym głównie „Prawdy Wiary”, więc nie jest ważne, czy wszystkie szczegóły i szczególiki historycznej natury się zgadzają. Tak, akceptujemy taką zasadę i tak na dobrą sprawę zaakceptowaliśmy ją już w wieku kilkunastu lat. Jednak „Stary Testament” zawiera w sobie zdecydowanie zbyt wiele nieprawd – i to takich, które mają w założeniu być nośnikami owych „Prawd Wiary”, by jakikolwiek system religijny mógł się na nich zbyt długo jeszcze utrzymać. Czyli, innymi słowy, „długo już nie pociągnie”. Nie inaczej było przecież z niegdysiejszą mitologią grecką. Też istniała tysiące lat i doczekała się wielkich dzieł literackich, ale gdy zaczęto wreszcie odkrywać rozbieżność między nią, a prawdą sprawdzalną, straciła siłę swego oddziaływania religijnego. Jedynym tak na dobrą sprawę aspektem dającym obecnie „Staremu Testamentowi” moc oddziaływania, jest etnicyzm żydowski, który od XIX wieku czerpie zeń inspirację w mniejszym stopniu religijną, a w zdecydowaniu większym nacjonalistyczną. I to ta inspiracja zdecydowała w końcu o wyborze przez (w dużej mierze ateistycznych) syjonistów Palestyny na miejsce nowego państwa żydowskiego, wbrew wszelkiemu możliwemu rozsądkowi.  Nawet jeśli to oczywiście prawda, że to sami żydowscy syjoniści dokonali tego wyboru i posadowili tam swe państwo drogą terroru i czystek etnicznych trwających po dziś dzień, to prawdą pozostaje również i to, o czym wspomnieliśmy już poprzednio – że ich własne „nabuzowanie” narracją „ST” miało w dużej mierze swe korzenie w rozreklamowaniu tego zbioru ksiąg przez kościół chrześcijański na przestrzeni wieków.

Nasuwa się tu pewna analogia, opowiedziana przez Gilada Atzmona w jego książce „The Wandering Who?” (str. 136):

„Rzekomo świeccy, kosmopolityczni Żydzi często odpowiadają, gdy ich zapytać co czyni ich Żydami, że „Hitler uczynił mnie Żydem”. Chociaż „kosmopolici” mają tendencję do odrzucania narodowych inklinacji innych ludów, żydowscy kosmopolici z jakiegoś powodu upierają się przy utrzymywaniu swego własnego prawa do „samostanowienia”.
To w istocie nie oni stoją w centrum owego unikalnego żądania orientacji narodowej, lecz Diabeł, ten ultra-potworny antysemita, Adolf Hitler. Najwyraźniej kosmopolityczni Zydzi są w stanie celebrować swoje nacjonalistyczne utytułowanie tak długo, jak długo Hitlera można za to obwiniać. Hitler zatem wygrał, mimo wszystko.”

Skonfliktowany z Żydami kościół chrześcijański też długo wygrywał – tak długo, jak długo mógł na swoją korzyść obrócić narrację „ST”. Ale im więcej w tej narracji jest nieścisłości, a nawet zwykłej nieprawdy i fałszu, tym bardziej „Stary Testament” okazuje się balastem. Może on natomiast jeszcze przez długi czas służyć zydowskiemu nacjonalizmowi, bo niezależnie od tego ile jest w nim prawdy, a ile kłamstwa, jest on jednak niezbywalną częścią żydowskiej literatury narodowej. Dla chrześcijan on nią nie jest. Jego sens w naszej rzeczywistości jest jedynie religijnej natury.

Nie tak dawno temu w USA podano do wiadomości statystyki uczestnictwa w obrzędach w tamtejszych synagogach. Okazało się mianowicie, że blisko 50% Żydów regularnie (lub dość regularnie) przychodzących do synagog, jest ateistami. Zapytani dlaczego zatem wciąż przychodzą, odpowiadali, że to takie „żydowskie”, że tak bardzo dzięki temu czują się silniejsi i zintegrowani…. Trzeba chyba przyznać, że trudno byłoby zebrać w kościele bodaj połowę tej i tak systematycznie zmniejszającej się liczby wiernych, gdyby tam mieli przyjść dla „Starego Testamentu”… A już zwłaszcza, gdyby chodziło o t.zw. „chrześcijańskich ateistów”. Jeżeli kościół chrześcijański dalej będzie się tak trzymał „Starego Testamentu” niczym „maminej spódnicy”, to trudno będzie, niczym Gilad Atzmon, powiedzieć, że „kościół zatem wygrał, mimo wszystko”…

Na dłuższą metę bowiem „Stary Testament” staje się coraz bardziej oczywistym balastem dla kościoła chrześcijańskiego i nadejdzie dzień, gdy księgi te powrócą, raz na zawsze, do swoich prawowitych właścicieli. Christos jako wybitna postać religijna nie potrzebuje jakiegokolwiek „uzasadnienia” „Starym Testamentem”. Tak jak Budda nie potrzebuje „wsparcia” przez księgi wedyjskie. Bahaullah mógł wywodzić się z islamu, ale nie potrzebował on Koranu dla uzasadnienia swej racji bytu. „Kradzione nie tuczy”. Zwłaszcza, jeśli to „kradzione” sugeruje inny rodzaj „mesjasza” niż dorobiona doń post factum mitologia, pragnąca konkretną osobę Christosa „wepchnąć” na gwałt w niepotrzebną jej fikcję historyczną i pychę „wybraństwa” jakiegokolwiek plemienia…

Przypisy

1.

No dobrze – zapyta ktoś – ale co w takim razie zrobić z ewidencją w postaci kół rydwanów i kości ludzkich, znalezionych na dnie Morza Czrwonego? Czyż to nie „forensic evidence” prawdy zawartej w Biblii?
No tak, jak na dnie tego morza są jakieś koła i kości, to może to „jedynie” oznaczać, że prawdą jest ta bajka o interwencji Jahwego i zatopieniu armii faraona? Bo oczywiście tam nigdy nie było poza tym żadnych innych armii ani rydwanów? To był obszar, na którym toczyło się wiele wojen i wiele razy armie przemierzały całe szlaki, tracąc przy tym – lub po prostu porzucając – całe tony sprzętu. Wielu ludzi umierało lub ginęło. Posuwano się po dnie morskim po ustąpieniu wód… Nie mówiąc już o tym, co w ciągu 3 tysiący lat potrafi zrobić morze z linią brzegową. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego, co ono może, to niechaj przyjrzy się fotografiom tej jedynej jeszcze stojącej nad urwistym brzegiem ściany kościoła w Trzęsaczu (niem: Horst-Seebad ) nad Bałtykiem. I niechaj pamięta przy tym, że blisko 1000 lat temu ten kościół – którego przecież nikt w międzyczasie nie przenosił, a jedynie przebudowywał – był w odległości 1.5 kilometra do 2 kilometrów od brzegu! Jeśli w niespełna 1000 lat tak mogła się zmienić linia brzegowa, to niechaj wierny ST-owiec sam sobie odpowie, co morze potrafi uczynić w 3000 lat…

2. „Tak jak wszyscy historycy starożytni, Józef skłaniał się do przesadzania w swoich liczbach. Obecnie większość naukowców uważa, że niemal wszystkie liczby demograficzne z czasów antycznych są zawyżone i że wiele z nich ma znaczenie numerologiczne. Józef stwierdza, że duża liczba pielgrzymów zgromadziła się w Jerozolimie przed powstaniem, jednak założenie, że ponad milion ludzi zostało tam zabitych, nie jest wiarygodne. Populacja miasta Rzymu w szczytowym okresie imperium w II wieku n.e. mogła zbliżyć się do wielkości średniej współczesnej konurbacji, jednak nie było takiej metropolii w małym królestwie Judei. Ostrożne oszacowanie sugeruje, że Jerozolima w tamtym czasie mogła mieć populację od sześćdziesięciu tysięcy do siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców” (Sz. Sand, „The Invention…”, s. 131)

3.. A było to tak: żydowski arcykapłan Onias III z ekskluzywnej kapłańskiej linii Lewitów, został usunięty ze swej funkcji po tym, jak jego własny rodzony brat Jazon (greckie imię, ale żydowski lewita…) przekupił króla Seleucydów Antiochusa IV Epiphanesa, by ten jego, Jazona, uczynił arcykapłanem. Ale inny Żyd, ponoć z linii Beniamina (według II księgi Machabeuszów, choć Flawiusz uważał, że to też był Lewita, brat Oniasza) imieniem Menelaus (znowu: greckie imię, ale Żyd…) udał się do Antiochusa Epiphanesa i „przebił” łapówkę Jazona swoją własną. Toteż on został w końcu arcykapłanem. Ale że nie miał aż tyle pieniędzy, by zapłacić Epiphanesowi, to zorganizował – przez swego brata Lysimachusa (kolejne greckie imię, ale kolejny Żyd…) kradzież szeregu cennych przedmiotów z jerozolimskiej świątyni. Ta kradzież wywołała rozruchy w mieście, w wyniku których Lysimachus został zamordowany. Tymczasem Menelaus nakazał zamordować także byłego kapłana, Oniasa III. Dlaczego? Bo Onias był tym, kto publicznie oskarżył Menelausa o kradzież skarbów ze świątyni. Menelaus obawiał się, że Onias może na niego donieść Epiphanesowi. By mu zatem zawczasu „zamknąć twarz”, nakazał jego zabójstwo.

W tym momencie Antiochus Epiphanes wreszcie zareagował, każąc aresztować Menelausa. Przebłysk jasności umysłu Epiphanesa był jednak wyjątkowo krótki i potrwał jedynie do kolejnej łapówki Menelausa, który dzięki niej wyszedł na wolność. Jednak funkcji arcykapłana już objąć nie zdołał, bo militarnie został wyparty przez zwolenników obalonego przez siebie Jazona.
Mając jedną swą prowincję objętą rewoltą i walkami wewnętrznymi, Epiphanes posłał do Jerozolimy wojsko – i to od tego momentu miała miejsce poważna interwencja Greków w te wewnętrzne żydowskie podchody i krecią robotę wzajemnego „kopania dołków” pod sobą… Do tej pory jedynymi „aktami” Epiphanesa było bowiem branie łapówek od kolejnych pretendentów do funkcji jerozolimskiego arcykapłana…
Od czasu rebelii jednak Epiphanes, do tej pory mało zainteresowany religijnymi przepychankami żydowskimi, zmienił kurs, wprowadzając (po zaprowadzeniu porządku w Jerozolimie) zakaz szeregu praktyk ortodoksyjnego judaizmu, w tym krwawych ofiar oraz obrzezania (tego ostatniego pod karą śmierci). Do świątyni jerozolimskiej wniesiono posąg Zeusa i popierano w Jerozolimie radykalnych żydowskich hellenistów. To w rezultacie doprowadziło do kolejnej rebelii, tym razem wymierzonej już nie tylko w żydowskich hellenistów i politeistów, ale i w monarchię Seleucydów, tej właśnie rebelii, o której w takim „kwiecistym” i upiększonym stylu mówi legenda Hanukki… Legenda ta jest dodatkowo upiększona podaniem o „cudzie Hanuki”, chociaż ani obie księgi Machabeuszy (I i II), ani też Józef Flawiusz nie wspominają nic o jakimkolwiek „cudzie”, a jedynie o zapalaniu świateł i o „festiwalu świateł”. Owym „cudem” miało być to, że światła palono przez 8 dni przy pomocy oliwy zwyczajowo starczającej na 1 dzień. O „cudzie” tym mówią dopiero późniejsze teksty Talmudu. Zresztą zastanówmy się – już pomijając to czy wierzymy w cuda czy nie – czy istniały jakiekolwiek przesłanki po temu, by się on w ogóle wydarzył? Miało niby być za mało oliwy na palenie świateł przez 8 dni?  Pomyślmy przez moment. Był czas na to, by wynieść ze świątyni posąg Zeusa. Był czas, by wynieść stamtąd „pogański” ołtarz. Było dość czasu, by wnieść na powrót ołtarz żydowski. Był czas, by dosłownie przemodelować wnętrze świątyni do poprzednego stanu. Tylko akurat nie było czasu, by przynieść tam oliwę… Nie było oliwy w całej Jerozolimie? Mamy zapewne założyć, że przez trzy lata, jakie upłynęły od 25 grudnia 165 r.p.n.e. (kiedy „poganie” uroczyście zainicjowali – także światłami – nowe święto Zeusa w świątyni) aż do 25 grudnia 162 r.p.n.e. (czyli do pierwszego festiwalu Hanuki) zużyto w Jerozolimie całą oliwę? Czyżby wycofujący się w czasie rebelii machabejskiej Grecy i żydowscy politeiści celowo zadbali o to, by jej resztki z miasta wywieźć, jak gdyby to była najważniejsza rzecz, o jaką by im mogło chodzić? I czy przy tej okazji ogołocili z oliwek wszystkie gaje oliwne w całej Judei? Raczej wątpliwe…

4.. Oto przykład: na początku XVIII wieku ukazała się książka Jacquesa Basnage, hugenota osiadłego w Rotterdamie, pod niebywale długim tytułem: „Historia religii żydów, od czasów Jezusa Chrystusa do czasów obecnych; Uzupełnienie i kontynuacja historii Józefa (Flawiusza)” („Histoire de la religion des juifs, depuis Jesus-Christ jusqu’á present: Pour servir de supplément et de continuation á l’ histoire de Joséphe”, Den Haag, 1706-7).

Basnage użył tego dzieła do ataku na kościół katolicki. Według niego, Żydzi byli wybranymi ofiarami skorumpowanego papiestwa i jedynie reformy protestantyzmu mogły doprowadzić ich do zbawienia – czytaj: nawrócenia na chrześcijaństwo.
Oczywiście atak okazał się chybiony na tyle, że to nie jakakolwiek korupcja Rzymu była powodem niechęci Żydów do konwersji (zwłaszcza, że i skorumpowanych rabinów też nie brakowało…), lecz kwestie doktrynalne, niepotrzebnie wzmocnione akceptacją ze strony kościoła pism żydowskich i ich rzekomego „wybraństwa”. Stąd też protestantom ów prozelityzm wyszedł równie „udanie” co i katolikom…

 

5.. Przykładem tego może służyć pełen furii atak Heinricha Graetza, autora pierwszej systematycznej historii żydowskiej w czasach nowożytnych, skierowany przeciw Juliusowi Wellhausenowi („Prolegomena do historii Izraela”, 1882) i Ernestowi Renanowi („Historia ludu Izraela”, 1887-93). Graetz żalił się wręcz, że jedynie żydowski autor jest w stanie docenić unikalną wagę żydowskiej historii.

Continue Reading »
0 Comments

Odnaleziono protokoły procesu Chrystusa!!!

Feb 20th, 2012 by monio
Odnaleziono protokoły procesu Chrystusa!!!

Międzynarodowy zespół archeologów pod kierownictwem profesorów Cassiusa Heruskera i Aarona Schiffmanna pracujący na obrzeżach historycznej Jerozolimy natrafił w zeszłym tygodniu na zachowane w nadzwyczaj dobrym stanie zwoje papirusów pochodzących z I połowy I wieku naszej ery, a  zapisanych po hebrajsku i po łacinie. Odnalezione dokumenty stanowią – jak poinformowano wczoraj międzynarodowe agencje na konferencji prasowej  w Tel-Awiwie – wierny zapis ostatnich słów Jezusa z Nazaretu, zwanego Chrystusem. Dokumenty te nie są bowiem niczym innym, jak zbiorem protokołów procesu skazującego Jezusa jako heretyka, bluźniercę i rebelianta.

Zapisy na zwojach porównywane są już obecnie z późniejszymi o niemal dokładnie 1400 lat protokołami procesu Joanny d’Arc w Rouen z okresu lutego – maja 1431 roku. Zaskakująca jest bowiem zarówno zbieżność oskarżeń wobec obojga oskarżonych jak i stylu stosowanej przez nich obrony. Oboje sądzeni byli zarówno jako rebelianci polityczni jak i bluźniercy, którzy przypisywali sobie działanie na bezpośrednią interwencję Boga. Zbieżność istnieje w całym szeregu sformułowań, między innymi on charakteryzował siebie jako „syna bożego”, ona zaś użyła w stosunku do swojej osoby określenia „córka Boga”.

Zawartość zwojów sugeruje, że wbrew zapisom ewangelii Nowego Testamentu, proces Chrystusa ciągnął się przez co najmniej kilka tygodni. Ogólna długość wszystkich tekstów jest bowiem  większa od wszystkich trzech tak zwanych „ewangelii synoptycznych” (czyli ewangelii według Marka, Mateusza oraz Łukasza) razem wziętych. Uczonym udało się już wstępnie ustalić zadawane oskarżonemu pytania oraz udzielane przezeń odpowiedzi.
______________________

Wyobraźmy sobie taki tytuł „krzyczący” z pierwszych stron gazet i taki początek relacji prasowej lub telewizyjnej. Niewątpliwie wiadomość ta stałaby się istną „bombą”, usuwającą w cień niejeden lokalny konflikt zbrojny na świecie czy niejedną akcję terrorystyczną. Przynajmniej na jakiś czas w cieniu znalazłaby się Libia, Syria i Iran (oraz Izrael…), na drugi plan zeszłaby awantura militarna w Afganistanie i wyczyny rządu Korei Północnej.

Ale pewne jest też co innego: do akcji wkroczyłyby natychmiast władze polityczne poszczególnych państw (w tym Izraela oraz Watykanu) i instytucje międzynarodowe z uwagi na osobę oskarżonego oraz ze względu na rozmiary globalnych wspólnot chrześcijańskich, stanowiących w sumie około jednej trzeciej ludności świata. Władze najbardziej zainteresowane położyłyby rękę na tych dokumentach zanim bodaj jedna cała linijka tekstu ujrzałaby światło dzienne. Izrael chciałby przecież wiedzieć, czy odnalezione teksty nie dałyby się sklasyfikować jako „antysemickie”, to znaczy czy postacie Żydów występujących jako świadkowie (lub w charakterze nawet bardziej aktywnym…) nie prezentują się aby nazbyt niekorzystnie. Zmobilizowałyby w tym celu swoje siły także światowe organizacje żydowskie, na czele z Anti-Defamation League of B’nai Brith (ADL) w USA. Watykan zaś ze swej strony chciałby się pierwiej przekonać, czy odpowiedzi udzielane w sądzie przez Jezusa nie są zbyt „heretyckie”, czy nie naruszają w niczym nagromadzonej w ciągu kilkunastu stuleci dogmatyki i czy zgodne są z katechizmem. W sukurs pospieszyłaby urzędnikom watykańskim Światowa Rada Kościołów, gdyż zrzeszone w niej denominacje również posiadają swoją dogmatykę, swoje doktryny oraz „fundamenty wiary chrześcijańskiej”. Do dziś nie dopuszczają do swego grona kościołów, które nie mieszczą się w tej dogmatyce i w tych „fundamentach”.

O ile z jednej strony prowadzona byłaby swoista „gra w podchody” między kościołami chrześcijańskimi a stroną żydowską, o tyle też zainteresowane kościoły chrześcijańskie, pomimo ścisłej współpracy ze sobą, również z zadowoleniem odnotowywałyby każde zdanie Christosa wspierające ich własną doktrynę, przy jednoczesnej uciesze, gdy tylko jakakolwiek Jego wypowiedź miażdżyłaby doktrynę denominacji konkurencyjnych. Można sobie wyobrazić, że nie obyłoby się przy takich okazjach bez akcentów humorystycznych…

Sprawą zainteresowaliby się także prominentni przedstawiciele islamu, liczbę wyznawców którego szacuje się obecnie na 1,6 miliarda, czyli 23% (według stanu z 2009 roku). Rządy poszczególnych krajów zdominowanych przez tę religię (Arabia Saudyjska, Iran, Egipt, Indonezja) zgłosiłyby chęć wysłania swoich przedstawicieli dla nadzorowania procesu badawczego. Tu i ówdzie odezwałyby się głosy, że nie obejdzie się bez konsekwencji, jeżeli ujawnione teksty stanowić będą „obrazę dla islamu”…

Chyba jeszcze stosunkowo najspokojniej zareagowaliby chrześcijańscy gnostycy oraz wyznawcy wielkich religii Wschodu, którzy nie mają żadnych zdogmatyzowanych poglądów na temat osoby Oskarżonego…

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6

May 28th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6

Gdy bliżej przyjrzeć się tekstom Nowego Testamentu, to okazuje się, że bardzo, bardzo wiele znanych jego fragmentów można zinterpretować w reinkarnacjonistyczny sposób (albo w inny, zgodnie z własną wiarą czytającego). Oto na przykład Paweł z Tarsu pisał w Liście do Rzymian (9; 10-13):

ab„Ale nie tylko ona – bo także i Rebeka, która poczęła z ojcem naszym Izaakiem. Bo gdy one jeszcze się nie urodziły ani nic dobrego czy złego nie uczyniły – aby niewzruszone pozostało postanowienie Boże, powzięte na zasadzie wolnego wyboru, zależne nie od uczynków, ale od woli powołującego – powiedziano jej: starszy będzie służyć młodszemu jak jest napisane: Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści”

Te wersety odnoszą się do t.zw. „Księgi Malachiasza” (1; 2-3), czyli do utworu znajdującego się w t.zw. „Starym Testamencie”, a zatem w zbiorze pism judaistycznych. Już od starożytności też sprawa ta interesowała rabinów. Dlaczego to Bóg miał jednego z dwóch braci „nienawidzić”, a drugiego „umiłować” i to już od samego początku?

„Wcześni rabini doszli do niezwykłej konkluzji. Ponieważ Pismo mówiło, że przeznaczenia obu braci były odmienne już od urodzenia i ponieważ Bóg z całą pewnością był sprawiedliwy, to uznali oni, że jedynym wyjaśnieniem jest to, że Ezaw grzeszył w łonie matki. Brzmi to dziwnie, jednak taką spekulację odnajdujemy w komentarzu do Genezy z około 400 roku n.e. Rabini stawiali hipotezę, że gdy Rebeka przechodziła obok „domów bałwochwalstwa”, Ezaw wskazywał swą preferencję kopiąc nóżką, „gdy natomiast przechodziła obok synygog, wtedy Jakub kopał, próbując wyjść”. Dla tych powodów, uważali rabini, Bóg preferował Jakuba i jego nasienie w stosunku do Ezawa i jego nasienia z pokolenia na pokolenie” (1)

Reinkarnacjoniści niejednokrotnie interpretują ten werset jako dowodzący ich zdaniem reinkarnacji, gdyż jakżeż inaczej „nieistniejący” jeszcze mogli być „miłowani” lub „nienawidzeni”?
„Jednak pomijając tezę o Ezawie grzeszącym w łonie matki istnieją jedynie dwa możliwe wyjaśnienia tej historii: 1: Bóg jest niesprawiedliwy lub 2: obaj chłopcy zasłużyli sobie na swój los w poprzednich egzystencjach.” (2)
I to właśnie tę drugą interpretację akceptuje wielu chrześcijańskich reinkarnacjonistów, także od czasów starożytnych, wiadomo na przykład, że w ten sposób interpretował tę „historię” Orygenes z Aleksandrii. Mało tego: Orygenes argumentował, że taka historia może stać się udziałem każdego człowieka.

Podobnie znany werset z „Mateusza” (26;52) „Wtedy Jezus rzekł do niego: «Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” również doczekał się takiej interpretacji:
„To mogłoby być generalnie prawdą jedynie, gdy istnieje więcej żywotów niż jeden, w których możnaby tej reakcji doświadczyć, gdyż wielu zawodowych wojskowych umiera spokojnie w swoich łóżkach”. (3)
Przyjrzyjmy się dla odmiany innym jeszcze wersetom:
„Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą». Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi».   (Mk 10; 28-31)
No cóż, w tym wypadku chyba trzebaby się zgodzić z reinkarnacjonistami, że istotnie jednego żywota by raczej nie starczyło dla cieszenia się wszystkimi tymi doczesnymi rzeczami wymienionymi tu niczym „jednym tchem”… A co do ostatniego zdania o „ostatnich” i „pierwszych”, to reinkarnacjoniści mają nieraz tendencję do interpretowania go w ten mniej więcej sposób: „Lecz wielu pierwszych w tych inkarnacjach będzie ostatnimi w przyszłych, podczas gdy wielu ostatnich obecnie będzie pierwszymi w przyszłych wcieleniach”. Taka interpretacja zgodna jest z tym, co mówić miał Budda mniej więcej pięć wieków przed Christosem:
„Kto mozolił się jako niewolnik, może ponownie przybyć jako książę za łagodną godność i uzyskaną zasługę. Kto rządził jako król, może wędrować po ziemi w łachmanach za rzeczy uczynione i zniweczone”.
Spójrzmy z kolei na cały, większy fragment, przytoczony tu bez skrótów, by przedstawić cały kontekst zaznaczonego tłustą czcionką cytatu. We fragmencie tym co prawda czytamy o zmartwychwstaniu:
„Wówczas podeszło do Niego kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał i  żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».
Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa “O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją». Na to rzekli niektórzy z uczonych w Piśmie: «Nauczycielu, dobrześ powiedział», bo już o nic nie śmieli Go pytać.” (Łk 20; 27-40)

Od razu nasuwa się pytanie co się dzieje z tymi, co NIE zostaną uznani „za godnych udziału w świecie przyszłym”? Czy znaczy to, że oni jednak dalej żenić się będą i za mąż wychodzić oraz mogą umrzeć?
Biorąc takie fragmenty NT, dziewiętnastowieczny filozof amerykański prof. Francis Bowen w książce „Christian Metempsychosis” zastanawiał się, czy aby w związku z tym jednak obok znaczenia duchowego nie ma także „znaczenia dosłownego uroczystych słów Zbawiciela ‘O ile człowiek nie narodzi się na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego’. Cała wieczność nagrody lub kary zdawałaby się nieadekwatnie zasłużona przez tylko jeden krótki okres próby na Ziemi”.

W ten sposób docieramy do kolejnego cytatu, tym razem owego słynnego cytatu z „ewangelii Jana” z rozdziału 3 (wersety 3 – 12):
„W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci („amen, amen lego soi…”), jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie („gennethe anothen”), nie może ujrzeć królestwa Bożego». Nikodem powiedział do Niego: «Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?» Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha (4) , nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić („dei ‘imas gennothenai anothen”). Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha». W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: «Jakżeż to się może stać?» Odpowiadając na to rzekł mu Jezus: «Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich?I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.”
Warto tu zwrócić uwagę na dwa rodzaje reinkarnacjonistycznego interpretowania słów o „ponownym narodzeniu”. Pierwszy, znacznie prostszy, a przy tym zupełnie niesłuszny, polega na utożsamianiu owego ponownego narodzenia z         reinkarnacją WPROST. Przeczy takiej interpretacji jednak grecki tekst, który mówi wyraźnie, że człowiek musi się „narodzić od góry” („gennethe anothen”), co w połączeniu z wyraźnym podkreśleniem różnicy           między tym, co narodzone z ciała a tym, co narodzone z Ducha, nie pozostawia cienia wątpliwości, że chodzi o narodzenie duchowe. Bardziej wysublimowana interpretacja reinkarnacjonistów jest zatem taka, że chodzi istotnie o narodzenie duchowe, jednak sugerują oni, że osoby, którym nie udało się osiągnąć duchowego „narodzenia od góry”, będą ponownie miały szansę osiągnięcia go w innym wcieleniu. Z całą pewnością Christos, jeśli wierzyć ewangeliom Nowego Testamentu, stawiał wysokie wymagania tym, którzy chcieli ujrzeć „Królestwo Boże”. Czy zatem – zdają się oni pytać – stawiając takie wymagania, Christos nie przewidział możliwości spełnienia tego warunku w przyszłości, o ile nie udałoby się go spełnić w jednym życiu? Stąd też cytowane wyżej zdanie Francisa Bowena o „nieadekwatności” jednego krótkiego żywota doczesnego jako miary dla następującej po nim całej wieczności kary lub nagrody.

Czy pamiętamy jeszcze tę platońską opowieść o żołnierzu imeniem Er, przedstawioną tu w części 4? Według tej opowieści dusze, które udały się do piekła lub do nieba, nie pozostawały tam na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały z powrotem do wcieleń doczesnych. Porównajmy to z poniższymi wersetami z księgi „Apokalipsy Jana”:

„Skoro zachowałeś nakaz mojej wytrwałości, Ja cię zachowam od próby, która ma nadejść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować mieszkańców ziemi. Przyjdę niebawem: Trzymaj, co masz, by nikt twego wieńca nie zabrał! Tego, kto wytrwa, uczynię filarem w świątyni Boga mojego, i na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej („kai ego ou me exelthe eti”). I na nim imię Boga mojego napiszę imię miasta Boga mojego, Nowego Jeruzalem, co z nieba zstępuje od mego Boga, moje nowe imię. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.” (Apo 3; 10-13)

Jeżeli nie ma reinkarnacji – pytają nieraz reinkarnacjoniści – to skąd owe „na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej” ( „kai ego ou me exelthe eti”)? Czy nie oznacza to, że wcześniej ten ktoś „wychodził na zewnątrz”, czyli do kolejnych wcieleń? Czy nie jest to ta sama idea wędrówki dusz, naszkicowana całe stulecia wcześniej przez Platona? Czy dusza nie odbywa swej wędrówki tak długo, aż zostanie oczyszczona i będzie mogła stać się „filarem w świątyni Boga”? Wtedy bowiem z całą pewnością „już więcej” nie będzie musiała donikąd „wychodzić”…

C.D.N.

Przypisy:

1.. Elizabeth Clare Prophet. “Reincarnation. The Missing Link in Christianity”. Summit University Press 1997, s. 173

2.. tamże, s. 174

3.. „Reincarnation. The Phoenix Fire Mystery. An East-West dialogue on death and rebirth from the worlds of religion, science, psychology, philosophy, art and literature”. Compiled and edited by Sylvia Cranston. Foreword by Elisabeth Kübler-Ross, M.D. Theosophical University Press, Pasadena, California 1998, s. 139

4.. “narodzi z wody i z Ducha” – względnie „z wody i tchnienia” („gennethe eks idatos kai pneumatos”):
w t.zw. „pogańskich” religiach misteryjnych inicjacja polegała na symbolicznym „narodzeniu” poprzez oczyszczenie „tchnieniem” czyli powietrzem. Jakby reminiscencją tego, oprócz cytowanych tu wersetów, jest także u „Jana” werset 33 rozdziału 1, gdzie mowa o Christosie jako tym, kto ma chrzcic „świętym tchnieniem” („duchem”). Podobnie u „Mateusza” (3; 11-12) mowa jest o Christosie jako tym, co chrzcić będzie „świętym tchnieniem i ogniem” i w tym celu ma nawet trzymać „wiejadło” (wachlarz) w ręku. Podobnie w „pogańskich” misteriach w Eleusis takie „wiejadło” było używane dla „chrztu powietrzem”. Bóg Dionizos znany był jako „ten z wiejadłem”, gdyż dokonywał podobnego „oczyszczania”.

 

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 5

Apr 19th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 5

„Kazanie na Górze” – któż spośród chrześcijan o nim nie wie? Nawet ci, co z czytaniem Biblii są „na bakier”, słyszeli jednak to określenie. Może nie za bardzo co prawda kojarzą treść, a może myli im się z czymś zgoła odmiennym. Tak jak w tym dowcipie z czasów PRL, z lat 1970-tych, w którym uczniowie na lekcji historii spytani zostali o Powstanie Warszawskie. Jacy uczniowie, takie były odpowiedzi: „wspaniały zryw patriotyczny ludności stolicy!” – zawołał jeden; „antyradziecka machinacja rządu emigracyjnego”- skomentował inny. Na koniec niedouczony, acz bardzo szczery Dyzio, wywołany przez „belferkę” i zapytany o to, co może powiedzieć o Powstaniu Warszawskim, wycedził:

„No,…. wiem, że ma być, ale nie wiem kiedy…”

„Kazanie na Górze” to jedna z tych części ewangelii „Według Mateusza” („Kata Mathaion”), do których odwołujemy się najczęściej. Jest w nim między innymi następujący fragment (Mt 5; 25 – 26):

„Szybko ureguluj sprawy ze skarżącym cię do sądu, gdy idąc tam, jeszcze jesteś z nim w drodze, żeby czasem skarżący nie przekazał cię sędziemu, a sędzia słudze sądowemu, i zostałbyś wtrącony do więzienia. Doprawdy, mówię ci: Na pewno stamtąd nie wyjdziesz, dopóki nie spłacisz aż do ostatniej monety znikomej wartości.”

Najprostsza interpretacja tego fragmentu to oczywiście jego dosłowne rozumienie: chodzi o kwestie moralne i prawne w tym, doczesnym, życiu (przy założeniu, rzecz jasna, konsekwencji sięgających także do życia pozagrobowego…).

Ale istnieje także inna jeszcze interpretacja: starożytna interpretacja gnostyczno – reinkarnacjonistyczna, sięgająca co najmniej (powtarzam: CO NAJMNIEJ  II wieku n.e. – co najmniej, bo wymieniona została w II wieku n.e. przez Ireneusza z Lyonu).

Najpierw jednak kilka słów o tym, skąd się ona wzięła.

Według starożytnych gnostyków chrześcijańskich, mit Stworzenia wyglądał inaczej niż według mitu „ortodoksów”. Gnostycy owi, pragnąc wyjaśnić skąd bierze się zło na świecie, który (podobno) został stworzony przez Stwórcę (podobno) ze wszech miar doskonałego, używali nieraz schematu „dwóch Bogów”: jeden, ten gorszy, niedoskonały, stworzył świat, w którym żyjemy. Ponieważ ten stworzyciel był sam niedoskonały, przeto i dzieło jego „rąk” też nosi znamiona niedoskonałości – zgodnie z regułą „poznasz rzemieślnika po jego dziele”.

Dlatego też Christos, według nich, udzielił w cytowanym fragmencie nie tylko użytecznej rady moralno – prawnej, ale dotknął również spraw ostatecznych.

Oczywiście, żyjąc w świecie „doczesnym”, stworzonym przez niedoskonałego stwórcę (demiurga), musimy kierować się prawem tego niedoskonałego świata, spłacając nagromadzone w nim własne „karmiczne” „długi”.  Jeśli nie będą one spłacone, to „stwórca” (czyli ów „skarżący”) odda cię w ręce „sędziego” i „sługi sądowego” (czytaj: archontów, władców tego świata z mocy owego niedoskonałego „stwórcy”), a ci z kolei wtrącą cię do „więzienia”(czyli: do kolejnych inkarnacji).

By tego uniknąć, należy żyć przykładnie i doskonalić się w poznaniu Bożej „iskry” w samym sobie („gnothi seauton” !), by móc udać się, gdy pora po temu nadejdzie, wprost z powrotem do tego lepszego, Doskonałego Boga, od którego wszelka dusza pochodzi, i z tym Bogiem się zjednoczyć.

Taka interpretacja posiada analogię z „Sekretną Księgą Jana” (t.zw. „Apokryfon Jana”). Ta księga napisana została przed 185 rokiem n.e.  Jest w niej następujący fragment, w którym Jan rozmawia z Christosem:
http://www.gnosis.org/naghamm/apocjn.html

„I powiedziałem. ‘Panie, ci jednak, co nie wiedzą do kogo należą, gdzie będą ich dusze?’
A on powiedział do mnie, ‘W nich duch podły urósł w siłę, gdy zbłądzili. I on obciąża ich duszę i pociąga ją ku czynom diabła, a ten rzucą ją w zapomnienie. I gdy wychodzi ona z ciała, jest przekazywana władzom, co zaistniały poprzez archona, i zakuwają ją one w łańcuchy i wtrącają do więzienia i obcują z nią póki nie zostanie ona wyzwolona od zapomnienia i osiągnie wiedzę.
I jeśli w ten sposób się udoskonali, zostaje zbawiona.”

C.D.N.

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 4

Apr 15th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 4

Tym razem przyjrzymy się pewnej przypowieści z ewangelii „Według Łukasza” („Kata Loukan”), która również stanowi swoistą „kość niezgody” odnośnie tego co ona „mówi” lub „nie mówi” o reinkarnacji.  Oto cała ta przypowieść, jak napisana u „Łukasza” (16; 19-31):

Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bawełnę i dzień w dzień świetnie się bawił. 20 U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. 21 Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. 22 Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. 23 Gdy w Otchłani („en to hade”), pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. 24 I zawołał: “Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”.25 Lecz Abraham odrzekł: “Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. 26 A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”. 27 Tamten rzekł: “Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! 28 Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. 29 Lecz Abraham odparł: “Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!” 30 “Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. 31 Odpowiedział mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą””.

Chociaż w owej opowieści pojawia się imię Abrahama, uważanego za praojca Zydów, to jednak – jak za chwilę zobaczymy, cała ta historia jest w swym charakterze grecka. Oczywiście o reinkarnacji samej w sobie nie mówi ona absolutnie niczego, poza jednym małym szczegółem. Jednak by móc ją w jakikolwiek sposób ocenić, warto przyjrzeć się temu, skąd w ogóle wzięła się ona w ewangelii.
Otóż gdyby ewangelia ta pisana była jakieś 600 – 700 lat wcześniej, owa przypowieść praktycznie rzecz biorąc nie miałaby szansy pojawienia się w niej. Nie miałaby, gdyż żydowska religia nie posługiwała się jeszcze wówczas ani pojęciem nieśmiertelnej duszy (co czyniłoby niemożliwym jakiekolwiek „rozmowy umarłych”) ani też konceptem „Nieba i Piekła”, które są niezbędne dla powyższego scenariusza.

Obydwa zaś owe kncepty są „pogańskie”, a żydowska kultura zapożyczyła je w całości od Greków. Hebrajskie rozumienie „otchłani” („Sheol”) bliskie jest greckiemu Hadesowi. Hades („niewidoczny”) zaś na pewno nie był po prostu „piekłem”. To była kraina umarłych, do której udawali się wszyscy zmarli, obojętnie czy w życiu doczesnym postępowali dobrze albo źle. Wewnątrz Hadesu jednak było miejsce szczególnie ponure, zwane „Tartar”, dokąd udawali się ludzie wyjątkowo źli lub tacy, którzy szczególnie nie spodobali się bogom. Odpowiednikiem Tartaru w religi żydowskiej byłaby „Gehenna”, którą – tak jak i Tartar – utożsamić można z „piekłem”.

Hades, tak jak rozumiany przez Greków, był miejscem szczególnym. Tam trafiały dusze wszystkich ludzi po śmierci ich ciał. Ale trafiali tam również ludzie żywi. Pamiętamy zapewne opowieść o Orfeuszu i Eurydyce? Otóż „Orfeos”, po śmierci „Euridike” udał się  po nią do Hadesu. Wyszedł stamtąd żywy. Natomiast Persefona („Persefone”, „Persefoneia”) po uprowadzeniu przez Hadesa, musiała wracać tam każdego roku. Orfeusz czy Persefona to swoiste „furtki” dla poglądów reinkarnacyjnych. Bo jeśli żywy człowiek może wejść do Hadesu i stamtąd wyjść żywy – to czy zatem obok dusz tych, co tam na zawsze pozostali, nie mogło być i takich, które stamtąd wyszły?
W tradycji Nowego Testamentu „Hades” też jest, jak u Greków, miejscem przedziwnym. Tam cierpi ów bogacz z przypowieści, ale do tegoż „więzienia” też idzie Christos, by głosić kazanie do dusz  (1Pt 3; 19) . Jednak jego dusza (Christosa) nie została tam pozostawiona na zawsze  (Dz 2; 27-31) .

Zestawmy na moment przypowieść o bogaczu i Łazarzu z konkretną opowieścią grecką. Posłużymy się tu jednym przykładem takich opowieści, autorstwa samego Platona (ok. 427 – ok. 347 p.n.e.). Dla niektórych owa opowieść, zawarta w „Republice”, jest po prostu zwykłą fikcją literacką, inni zaś uważają ją za literacko opowiedziany przykład „Near Death Experience” (NDE). Bohaterem tej historii jest pewien żołnierz imieniem Er „syn Armeniusa, Pamfilijczyk z urodzenia” (Pamfilia to niegdysiejszy region na południu obecnej Turcji, akurat na północ od Cypru). Otóż Er poległ w walce. Jednak jego ciało, w odróżnieniu od ciał innych poległych, nie wykazywało oznak rozkładu. W dwunastym dniu Er zbudził się do życia i opowiedział to, co widziała jego dusza w innym świecie po opuszczeniu ciała. Stanął on mianowicie, wraz z innymi, przed  grupą sędziów, którzy oświadczyli mu, że powróci on z powrotem do życia ziemskiego jako swoisty „posłaniec” do ludzi, by im opowiedzieć co ich czeka w zaświatach:
„siedzieli tam sędziowie, którzy nakazywali sprawiedliwym, po wydaniu na nich wyroku (…), by wznosili się ku górze niebiańską drogą po prawej stronie; i w podobny sposób niesprawiedliwym nakazali udać się w dół drogą po lewej stronie…”
(Tak nawiasem: pamiętamy ewangelicznego „łotra po prawicy” i „łotra po lewicy”? To też koncept grecki i jeszcze będziemy doń powracać…)

Krótko mówiąc, dusze sprawiedliwych udawały się ku niebu po nagrodę, dusze niesprawiedliwych zaś udawały się ku piekłu na potępienie. Lecz nie pozostawały one w tych miejscach na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały na ziemię po nowy żywot, a nawet mogły ten nowy żywot sobie wybrać. Cała opowieść pełna jest tradycyjnych akcentów greckich, łącznie z postaciami z historii Grecji oraz greckiej mitologii. Opowieść ta, jeżeli kogoś ona interesuje, jest dostępna  tutaj w pełnej wersji .

Jak nietrudno zauważyć, obie opowieści, platońska i „łukaszowa”, wykazują uderzające podobieństwa. Obie mówią o tym, że po śmierci ciał, dusze w zależności od tego, jakie życie prowadziły, udają się albo do nieba albo do „piekła” czy „otchłani”. Obie mówią o rozkoszach lub pociechach w niebie oraz o cierpieniach w piekle. Obie one prezentują obraz duszy, która, gdy już raz dotarła do owego piekła lub nieba, nie może przejść na drugą stronę. I obie też pokazują jednak, że pomimo owej niemożności podróży z jednego z tych miejsc do drugiego, istniała możliwość porozumiewania się dusz między sobą – w przypadku przypowieści biblijnej porozumiewanie to odbywa się bezpośrednio niejako ponad „przepaścią” („chasma”), gdy bogacz rozmawia z Abrahamem. W przypadku opowieści Platona to porozumiewanie jest możliwe tylko wtedy, gdy dusze, już po odebraniu nagrody lub ukaraniu w piekle, spotykają się w połowie drogi i opowiadają sobie o swych przeżyciach w obu tych miejscach. Ta platońska wersja sugeruje zatem, że piekło i niebo bardziej są od siebie oddalone niż w wersji biblijnej.

I tak na dobrą sprawę jedyną interesującą nas kwestią, którą obie te opowieści się różnią, jest to, że ta platońska wersja mówi wprost o cyklach reinkarnacji, podczas gdy ta „łukaszowa” nie mówi nam absolutnie nic na ten temat. To znaczy: nie mówi nic bezpośrednio. Bo na zakończenie czytamy w niej w wersetach 30 i 31:

“Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą””.

Czy to oznacza, że wierzono jednak w to, że umarli mogą powstać i kogoś jeszcze ostrzegać, czy też to tylko taka „replika metaforyczna”? Tego się już chyba nie dowiemy. Podobieństwo istnieje jednak i tu pod tym względem, że tak wersety 30 i 31 z ewangelii jak i mit Era mówią wyraźnie o zmarłych jako posłańcach mających ostrzegać ludzi. W ewangelii miałby to być „ktoś z umarłych”, w micie greckim zaś posłańcem tym jest sam Er.

W każdym razie to, co widzimy, jest jeszcze jednym przykładem tego (zaiste nie odbiegającym od biblijnej normy…), że o reinkarnacji nie mówi się wprost ani afirmująco ani negująco. Co oczywiście oznacza, że obie „strony” debaty w czasach nam współczesnych mogą użyć przypowieści „łukaszowej” jako „amunicji” na korzyść swoich tez. I tak jak w innych przykładach Nowego Testamentu tak i w tym, tezy te są w 100% uzasadnione. Jedne i drugie tezy…

Dokładnie to samo dotyczy szeregu innych fragmentów ewangelii. Jednym z nich jest ten w postaci wypowiedzi Christosa z ewangelii „Łukasza” już w scenie ukrzyżowania do „łotra po prawicy” (Łk 23; 43):  „Zaprawdę powiadam ci: dziś ze mną będziesz w raju”.

Uwaga ta mówi tylko i wyłącznie o tym, że obaj ci ludzie będą w raju. Nie mówi natomiast absolutnie niczego o tym, że raz dostawszy się do „raju”, pozostaje się tam raz na zawsze…

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2

Mar 30th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2

W tym krótkim odcinku przyjrzymy się scenie z rozdziału 9 ewangelii „Według Jana”, a mianowicie uzdrowieniu niewidomego człowieka. Oto wersety przedstawiające tę scenę:

Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: ‘Idź, obmyj się w sadzawce Siloam’. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. (Jn 9; 1 – 7)

Zadając Christosowi pytanie o to „kto zgrzeszył”,  apostołowie stawiają dwie możliwości. Najwyraźniej obie wchodziły w rachubę w tamtejszej społeczności, bo inaczej chyba pytanie to nie pojawiłoby się w tekście ewangelii. Wskazując na rodziców jako na winnych, wskazano na znany zapis tak zwanego „Starego Testamentu”, a konkretnie jakże nam „drogiej” Deuteronomii (czyli „Powtórzonego Prawa”), według którego „Jahwe” karze potomstwo za grzechy rodziców:

„Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu” (Dt 5; 9)

Nie, nie idzie nam tu o to, by wyszydzać „Deuteronomię”, choć nie pałamy żadną pozytywną namiętnością do tej księgi. Nawet – o dziwo! – jesteśmy się w stanie zgodzić, że przynajmniej w niektórych wypadkach „karanie następnych pokoleń” jest faktem. Palisz za dużo tytoniu – twe dziecko może na tym ucierpieć; źle wychowujesz potomstwo – skończy ono w „rynsztoku”… I tak dalej. Co prawda nie przypisujemy tej kary jakiemukolwiek Bogu (lub bogu), lecz pożałowania godnym działaniom samych owych rodziców, za które to działania winić należy ich samych, a nie owego Boga (lub boga).

No dobrze, ale co z tą inną wersją, według której to sam niewidomy grzeszy tak bardzo, że się już rodzi pozbawiony wzroku? KIEDY tak zdążył nagrzeszyć?

Są teoretycznie dwie możliwości: albo grzeszył, nicpoń, w łonie matki; albo też… no właśnie: w poprzednim życiu.

Cytowana już poprzednio Elizabeth Clare Prophet (1939 – 2009) argumentuje w taki oto sposób:

„Jan portretuje Jezusa jako nie czyniącego nawet jakiejkolwiek sprawy z reinkarnacji, którąby niewątpliwie uczynił, gdyby się z nią nie zgadzał. Zamiast tego Jezus wychodzi poza myślowe nastawienie swych słuchaczy, prowadząc ich ku innemu poziomowi. „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże”. Autor tej Ewangelii zademonstrował, że człowiek ten urodził się niewidomym nie z powodu jego poprzednich uczynków, lecz ponieważ jego dusza odpowiedziała na powołanie od Boga. Zgodził się on znosić ślepotę aż do czasu spotkania z prorokiem, który przywróciłby mu wzrok”.

Elizabeth Clare Prophet zakłada tutaj jakąś „zgodę” duszy niewidomego na cierpienia, byle tylko świętość proroka mogła zabłysnąć. Naszym zdaniem, biorąc pod uwagę to, w jaki sposób „Stary Testament” prezentuje „Jahwego”, prawdopodobniejsze byłoby, że ten „Jahwe” w ogóle nie liczył się ze swym stworzeniem i jego cierpieniem. Jeśli ten „bóg” potrafił był bawić się Hiobem niczym lalką i mścić się na potomkach za grzechy ich rodziców, to wystarczyła sama jego wola, by kogoś oślepić od urodzenia po to tylko, by jakiś przyszły cudotwórca mógł się wykazać dla jego, „Jahwego” chwały…

Jednak pozostaje trwałe wrażenie, że istotnie, również autor „Jana” uważał za rzecz całkiem możliwą, że reinkarnacja istnieje rzeczywiście. Lub też – jeśli opisane wydarzenie naprawdę miało miejsce, a „Jan” jedynie ograniczył się do jego zrelacjonowania – że istotnie reinakarnacja była możliwością całkiem poważnie traktowaną przez ową społeczność. W istocie wiemy już z innych źródeł (m.in. dzięki żydowskiemu historykowi z I wieku n.e., Józefowi Flawiuszowi), że reinkarnacja była traktowana tam bardzo poważnie.

Odnotujmy w tym miejscu inną jeszcze uwagę E.C. Prophet poczynioną przy tej okazji:

„Zanim rozstaniemy się z historią, przyjrzyjmy się kontrowersyjnej kwestii, jaką podnosi ona w odniesieniu do reinkarnacji: czy ludzie urodzeni z niesprawnościami są odpowiedzialni za swe nieszczęścia? W wielu wypadkach odpowiedź brzmi „tak”. Ich postępowanie w poprzednich może spowodować, że uczą się z doświadczeń i limitacji w następnym życiu. Limitacja taka może w istocie prowadzić do wzrostu duszy. Rozmaite potrzeby duszy determinują czy ludzie rodzą się zamożni lub ubodzy, czy mają życzliwych czy okrutnych rodziców.” (…) „W istocie niesprawność może wcale nie być karmiczna, lecz może stanowić warunek, który dusza zgodziła się znosić w celu nauczania i wspierania innych. Biedni i niefortunni mogą być niezapowiadanymi świętymi noszącymi grzechy świata”.
Rola Christosa w całym opisanym u  „Jana” w rozdziale 9 incydencie jest neutralna w odniesieniu do reinkarnacji. Nie potwierdza jej, nawet swoją odpowiedzią zdaje się jej przeczyć. Jednak jej też nie potępia. Jeżeli natomiast zgodzić się z interpretacją o „zgodzie” duszy na cały „eksperyment” ze ślepotą od urodzenia, to Christos co najwyżej przyjmuje istnienie reinkarnacji „przez aklamację”, lecz bez entuzjazmu.   Część 1 Część3

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1

Mar 29th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1

W kolejnych krótkich odcinkach zajmiemy się interpretacją („exegesis”, „exegeisthai”) Nowego Testamentu z punktu widzenia reinkarnacjonistycznego. Osobiście nie dostrzegam bezpośrednio niczego przesądzającego o reinkarnacjonistycznych lub niereinkarnacjonistycznych przekonaniach autorów tych ksiąg chrześcijańskich w samych tekstach przez nich napisanych – czemu dałem wyraz w obydwu artykułach „Reinkarnacja, czyli…” ( część 1 oraz część 2 ). I generalnie nie uznaję niczego za rzecz całkowicie udowodnioną dopóki nie zostanie ona wykazana NAUKOWO w sposób nie budzący najmniejszej wątpliwości (co w odniesieniu do paru kwestii sprzed ok. 70 lat przyniosło mi już kilkakrotnie posądzenie o „łamanie prawa”). Jednak interpretacja rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza jeżeli – tak jak tutaj – Nowy Testament nie zawiera jednoznacznych sformułowań, a zamiast nich posługuje się słowami, które pozostawiają „furtkę” szeroko otwartą dla rozmaitych możliwości.

Czego zatem uczył Iesous Christos – lub też co najmniej autorzy pism nowotestamentowych, którzy na tego Christosa się powoływali? Czego uczyli, gdy chodzi o kwestię reinkarnacji?  Przyjrzymy się bliżej temu jak i dlaczego uważają oni, że reinkarnacjonizm jest zawarty na kartach kanonicznych pism chrześcijańskich.

Zacznijmy zatem od początku, czyli od tego kim był Christos i przez kogo miał zostać „poprzedzony” w swej działalności.

Christosa miało poprzedzić powtórne pojawienie się Eliasza. Tak mówią autorzy tekstów ewangelii Nowego Testamentu. I bazują swoją opinię na cytatach z „Księgi Malachiasza”, a konkretnie na Ml 3;1,5 oraz 23:

Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów.”

Wtedy przybędę do was na sąd i wystąpię jako świadek szybki przeciw uprawiającym czary i cudzołożnikom, i krzywoprzysięzcom, i uciskającym najemników, wdowę i sierotę, i przeciw tym, co gnębią obcych, a Mnie się nie lękają – mówi Pan Zastępów.”

Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego.”

I do tych fragmentów nawiązują ewangelie Nowego Testamentu, gdy mowa w nich o tym, kim był Jan Chrzciciel oraz Iesous Christos.

Także król Herod posłyszał o Nim gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: «Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w Nim».Inni zaś mówili: «To jest Eliasz»; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: «To Jan, którego ściąć kazałem, zmartwychwstał»”. (Mk 6; 14-16)

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?» A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków»” (Mt 16; 13-14)

O wszystkich tych wydarzeniach usłyszał również tetrarcha Herod i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych; inni, że Eliasz się zjawił; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Lecz Herod mówił: «Jana ja ściąć kazałem. Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę?» I chciał Go zobaczyć.” (Łk 9; 7-9)

Według „Kata Ioannen” (czyli ewangelii „według Jana”), gdy Jan Chrzciciel jeszcze żył, pytano i jego osobiście kim jest.

„Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś?»,  on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie!»” (Jn 1; 19-21)

Czyli: Jan Chrzciciel osobiście zaprzeczył, by był Eliaszem. To jednak nie koniec. Bowiem Sotera miał poprzedzić właśnie Eliasz. Potwierdza to sam Christos w Mt 11; 11 – 15:

Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!

A zatem Jan to jednak Eliasz…

Jednak „sprawa Eliasza” na tym się nie kończy. Oto bowiem u „Marka” Christos ulega „transfiguracji” czyli „przemienieniu” i to w towarzystwie Mojżesza i Eliasza właśnie:

„Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. (Mk 9; 2 – 4)

I pytali Go: «Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że wpierw musi przyjść Eliasz?» Rzekł im w odpowiedzi: «Istotnie, Eliasz przyjdzie najpierw i naprawi wszystko. Ale jak jest napisane o Synu Człowieczym? Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym. Otóż mówię wam: Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak, jak chcieli, jak o nim jest napisane»” (Mk 9; 11 – 13)

W ewangelii „Kata Mathaion” („Mateusza”) ta scena również jest opisana w rozdziale 17. Różnica w porównaniu do cytowanych wyżej wersetów z „Marka” o tym, że „Eliasz już przyszedł” jest jednozdaniowa, ta, że u „Mateusza”  „uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu” (Mt 17; 13).

No, to mamy dylemat: czy tym „prawdziwym” Eliaszem był ten, który był Janem Chrzcicielem, czy też ten, który ukazał się obok Christosa w „przemienieniu”? Czy Eliasz posiadał zdolność „bilokacji”? I to takiej trwającej całe lata życia człowieka aż po wiek dorosły? (bo Chrzciciel nie został przecie ścięty jako niemowlak, albo?). Ewangelie o tym nie mówią. Tak czy owak, istotnie można odnieść wrażenie, że autorzy ewangelii kanonicznych wierzyli w reinkarnację. I że przedstawili Jana Chrzciciela jako przereinkarnowanego Eliasza.

Zdania na temat tych cytowanych tutaj wersetów i ich znaczenia są podzielone. Jedni autorzy twierdzą nieraz, że słowa Christosa są prawdziwe, ale że nie potwierdzają generalnie żadnej doktryny reinkarnacji (istotnie, można w tekście doszukać się jeszcze wiary w reinkarnację, ale akurat nie jakiejś konkretnej TEORII na jej temat). Inni zaś twierdzą, że to nie są słowa Christosa, te, które odnoszą się do Eliasza i „Baptistesa”. Lecz że zostały one włożone jedynie po to, by jakoś wykazać, że Christos to istotnie ten  „Mesjasz”, o którym mówi księga Malachiasza z tak zwanego „Starego Testamentu”.

Przyjrzyjmy się jak argumentuje w tym przypadku chrześcijańska autorka, reinkarnacjonistka, Elizabeth Clare Prophet w książce „Reincarnation. The Missing Link in Christianity”:

„Zajmijmy się najpierw argumentem teologów. Według niego to, że Jezus powiedział, że Jan był Eliaszem, „który miał powrócić”, nie oznacza, że zamierzał on dawać do zrozumienia, że prorok reinkarnował. Eliasz był unikalny, ponieważ nie umarł w naturalny sposób, lecz został zabrany rydwanem do nieba. Dlatego też jego ciało było odmienne od ciała jakiegokolwiek człowieka w historii.

W swej książce „Reincarnation and Christianity” dr Robert Morey opowiada się za standardowym argumentem chrześcijańskim: ponieważ Eliasz nigdy nie umarł, więc gdy pojawił się na Górze Przemienienia, ukazał się jako „wciąż żyjący i w swym pierwotnym ciele”. (nie wspomina jednak w jakim ciele pojawił się Mojżesz!).

Morey pomija inną ewentualność – że Eliasz przybył w ciele duchowym. Taki byłby wniosek kogoś zaznajomionego z żydowskim mistycyzmem (przemienienie ma w sobie wiele podobieństw z wizjami mistyków z Merkabah …). Mistycy ci, tak jak i późniejsi kabaliści, uznawali zarówno Enocha (który udał się do nieba podobnie jak Eliasz) oraz Mojżesza za postacie deifikowane. Ciała ich zostały przetransformowane ze zniszczalnych w ciała duchowe – „ciała niebiańskie”, o których pisze Paweł (1Kor 15; 40).

Ci Zydzi, którzy wierzyli w reinkarnację, mogliby łatwo zaakceptować ideę, że Jan był reinkarnacją Eliasza. Ponieważ Jan już nie żył, jego dusza mogła zatem pojawić się w przemienieniu  jako Eliasz w ciele duchowym.

Gdy Morey usiłuje przekonać nas, że Eliasz wciąż nosił swoje dziewięćsetletnie ciało fizyczne, ignoruje on jasne stwierdzenie w Ewangeliach, „Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak jak chcieli”. W oczywisty sposób reinkarnacja jest tym, co autorzy mieli na myśli.

Wielu naukowców uważa, że Jezus nie poczynił owych stwierdzeń „Jan jako Eliasz”. Uważają raczej oni, że zostały one dodane przez autorów Ewangelii. Prezentując pogląd popularny wśród naukowców, XX-wieczny teolog katolicki Hans Küng mówi nam, że wersety o Eliaszu są „popularną tradycją, marginalną w ewangelii”. Jesus Seminar, grupa ponad dwustu umiarkowanych i liberalnych badaczy, uważa te wersety za inwencję tych, którzy pragnęli dowieść, że Jan Chrzciciel był zaprorokowanym poprzednikiem Jezusa, Mesjasza.

Czy badacze ci mają słuszność czy też nie, ich argument nie podważa faktu, że chrześcijanie, którzy napisali Ewangelie w późniejszych latach I wieku, wierzyli w reinkarnację. A wiemy także, że niektórzy z pierwszych chrześcijan próbowali używać tych wersetów, by dowodzić reinkarnacji.

Jeżeli w istocie wiara w reinkarnację była obecna we wczesnym chrześcijaństwie, to czy zapoczątkowana została ona przez Jezusa? Gdy prześledzimy tę wiarę posuwając się w czasie z powrotem do  chrześcijańskiego gnostycyzmu i zestawimy go z żydowskim mistycyzmem, odpowiedź może stać się jasna.” (rozdz. 9, str. 100-101).

Ale tym zajmiemy się innym razem…

Link do części 2

Continue Reading »
0 Comments

Emeis de noun Christou echomen!

Feb 9th, 2011 by monio
Emeis de noun Christou echomen!

My znamy do tej pory w sumie 20 ewangelii (w całosci lub we fragmentach). Ale z całą pewnością było ich znacznie więcej. Niektórzy “ortodoksi” sobie wręcz kpili, że gnostycy niemal co dzień piszą nową ewangelię. Miał np.ewangelię napisać Walentyn. I pisali też wiele komentarzy do ewangelii, np. Ptolemeusz i Herakleon napisali pierwsze znane komentarze do ew. “według Jana”.

Ewangelie, które pisali, a które zapewne “wydłużały się” z biegiem czasu (tak sądzi się właśnie o “Ewangelii Tomasza”) pisane były zapewne też (tak jak te kanoniczne) przez osoby inne niż te, pod których imionami są znane. No dobrze, i co z tego? Jeśliby na tej podstawie miały byc “nieważne”, to i te 4 kanoniczne musiałyby “wylecieć” z kanonu z prędkościę odrzutowca. Ale nie o to tu chodzi.

Gnostykom raczej chodziło nie o pisanie “historii Jezusa” ile o pobudzenie czytelnika (lub słuchacza) do samodzielnego myślenia. Nie chodzi zapewne w przypadku “Tomasza” o to, że każda “logia” (czyli „powiedzenie”) ma tylko jedno ważne znaczenie, lecz że każdy może starać się odnaleźć w tej “łamigłówce”. Co do tej o tym, że kobieta może stać się mężczyzną (a zdarzyło mi się już przeczytać “ortodoksyjną” opinie o tej logii, bodajże “samego” Bruce Metzgera! – ze to wyraz jakiegoś “męskiego szowinizmu” – ależ się musiałem śmiać!!!). Mam swoje wyjaśnienie (które może być albo dobre, albo złe), że ponieważ w antyku często element męski utożsamiany był z duchem, a żeński z ciałem (co niejednokrotnie – już do czasow egipskich – oznaczano nawet kolorami: niebieskim i czerwonym – stąd też jeszcze dziś dziewczynki ubiera się na różowo, a chłopczyków na niebiesko…), toteż jesli kobieta osiągnie mądrość i wiedzę, to moze stać się “duchem”, czyli czymś “wyższym” niż tylko “ciałem”. Co po prostu oznacza, że jest to już osoba na tyle dojrzała, że jest równa mężczyznom (wtedy mężczyzni mieli pierwszeństwo, kobiety były traktowane – zwłaszcza w pewnych kulturach – jako osoby gorszej kategorii). A “ortodoks” Metzger nie zadał sobie nawet trudu zastanowienia się (albo: zadał, zadał, ale nic dobrego o “heretyckiej” ewangelii rzec nie chciał, bo za nieilnteligentnego to ja go w żadnym wypadku nie mam…).

Mamy bowiem umysł właśnie po to, by się nim posługiwać i pisze o tym św. Paweł (1Kor 2;16) ‘Emeis de noun Christou echomen’ czyli ‘posiadamy umysł Chrystusowy’ (a nie jak błędnie podano w Tysiąclatce ‘znamy zamysł Chrystusowy’). Oto moje “uwagi” do tego wersetu:

To werset tajemnicy wyzwolenia.
Dróg wiele już istnieje w życiu Twem.
Ty możesz znaleźć drogę do Zbawienia:
‘Emeis de noun Christou echomen!’

Śmiało więc z losem weźmij się za bary,
by przekuć w wolę Boga żywot ten,
to kiedyś może poznasz siłą wiary
‘Emeis de noun Christou echomen!’

Sztywniakom prawa odpowiadaj szczerze,
ze sobą Prawdę nieś daleko, hen!
I głoś ja wszędzie, gdzie Cię los zabierze:
‘Emeis de noun Christou echomen!’

…A jeśli Cię do posłuszeństwa kuszą,
lenistwem pragną zmącic umysł ten,
pamiętaj: pierwej Cię przekonać muszą!
‘Emeis de noun Christou echomen!’

Dogmatem Twe myślenie chcą stopować.
Do Ciebie wszak należy wybór ten:
czy słuchać ich i dać się im zwariować?!
‘Emeis de noun Christou echomen!’

Bo dla nas umysł jest od Boga dany,
nie po to wszakże, by popadał ‘w plen’
lecz sekret każdy czynił sobie ZNANY!
‘EMEIS DE NOUN CHRISTOU ECHOMEN!!!’

I to jest też ten najważniejszy prymat ducha nad materią.

Continue Reading »
0 Comments

Uwaga na ekumenicznego Saturna!

Jan 30th, 2011 by monio
Uwaga na ekumenicznego Saturna!

Na trudności w dialogu teologicznym wielokrotnie już zwracano uwagę. Stawia się w tym dialogu nacisk na jedność w sensie doktrynalnym oraz strukturalnym Kościołów, tj. na warunki ewentualnej unifikacji, w której działacze upatrują m.in. spełnienia się modlitwy chrystusowej z ewangelii “według św. Jana”. Rzadziej jednak stawiane są publicznie pytania, dokąd tak pojmowana jedność mogłaby prowadzić i czy w ogóle o taką jedność powinno chodzić. W dodatku autorzy publikacji na ten temat pisują z pozycji teologów i duchowieństwa, rzadziej z pozycji tzw. “człowieka z ulicy”. Poniżej prezentowana jest opinia nie-teologa, “szarego” członka wspólnoty kościelnej na temat ekumenizmu. Artykuł poniższy pisany był pod koniec 2003 roku i stanowił reakcję na artykuł luterańskiego teologa, Dariusza Bruncza “Między mitem a dogmatem. Przestrzeń żywej wiary”
Od tamtego czasu minęło sporo lat i praktycznie prezentowany tu tekst oddaje w dalszym ciągu obraz obecnego stanu tak zwanego „ekumenizmu”. Partycypanci owej „ekumenii” w dalszym ciągu sfrustrowani są tym, że nie ma tej ich magicznej, bajkowej „jedności”, a każdy partycypant pragnąłby oczywiście, by ta „jedność” osiągnięta została na JEGO WŁASNYCH  warunkach.  Przekonuje nas o tym ich własny głos, jak np katolika Tomasza Terlikowskiego  „Celem ekumenizmu jest jedność”    oraz wspomnianego tu powyżej luteranina, Dariusza Bruncza , który wręcz chciałby w swej frustracji posłać ekumenizm do… “diabła”   „Do diabła z takim ekumenizmem”
I żaden z owych partycypantów dalej zdaje się nie rozumieć, że ich wizja jedności jest po prostu „contra naturam”.

Cała trudność tego dialogu teologicznego zdaje się polegać na tym, że stawiany mu jest całkowicie niewłaściwy cel. Mianowicie oficjele i teologowie zaprzątają sobie głowy znalezieniem wspólnych formułek w celu “zjednoczenia” chrześcijan w jeden Kościół, czyli – w pewnej perspektywie, oczywiście – w jedna strukturę, bo twierdza, że to, co jest obecnie (ok. 22 000 Kościołów) to “zgorszenie dla świata”. Założenie takie jest po prostu fałszywe, bo świat tak jest “zgorszony” naszym ‘rozbiciem’, jak my np. ‘brakiem jedności wszystkich muzułmanów’. Ludzie mają (i zawsze mieli) tendencje do łączenia się w grupy i zgromadzenia zależnie od sposobów wyrażania swych wierzeń. Nie ma sensu tego zmieniać pod katem np. wspólnej struktury czy wspólnej dogmatyki, bo w ten sposób stworzymy jedynie potwora, który w końcu (“w imię jedności” rzecz jasna, a jakże!) zacznie pożerać swoje dzieci niczym mityczny Saturn (jak w obrazie Francisco Goyi).
Jeszcze może się okazać, że obecny kształt chrześcijaństwa jest stosunkowo najlepszym z możliwych.

Niewłaściwy cel

Zamiast zatem przeć ku temu zmitologizowanemu aż do granic absurdu “zjednoczeniu” (a niektórzy mają dość szczególne i precyzyjne pomysły na to, jak się ono powinno dokonać i kto – KONKRETNIE – powinien takim zjednoczonym Kościołem rządzić), starajmy się budować jedność duchową. A tę zbudować można jedynie droga zdrowego rozsądku, a nie “rozwiązywaniem” semantycznych łamigłówek teologicznych. Zadanie to, choć nie obejmuje tworzenia specjalnych “ciał” ani gremiów czy “wspólnych komisji” i nie narzuca sobie “konieczności” unifikacji, jest jednak nie mniejszym wyzwaniem, zarówno dla liderów jak i pozostałych wiernych, zapewne nawet pod niektórymi względami bardziej ambitnym. Siła chrześcijaństwa leży w jego różnorodności (formy, mitu, dogmatu, liturgii, konkretnej działalności) większej niż w przypadku jakiejkolwiek innej religii na świecie, a nie w próbach tworzenia czegoś na kształt religijnej “Tysiącletniej Rzeszy”.

Oznacza to m.in., że kościoły mogą się ze sobą łączyć oraz dzielić strukturalnie, jeśli tak zadecydują.

Największym sukcesem chrześcijaństwa w odniesieniu do jedności nie jest (i nie będzie) zatem tworzenie oraz wspólne interpretowanie doktryn teologicznych na temat Królestwa Niebieskiego, ale wzajemne  TRAKTOWANIE SIĘ w sposób, w który sami chcielibyśmy być traktowani w takim Królestwie. I nie musi to wcale oznaczać np. końca prozelityzmu. W końcu, jeśli np. katolicy dalej będą chcieli namawiać protestantów do “powrotu na łono Matki Kościoła”, to niechaj to robią, tak samo jak z kolei protestanci będą wciąż mogli próbować “nawracać katolików na chrześcijaństwo”.

Ludzie tacy już są, że potrzebują również polemik, debat, a nawet – mówiąc wprost – pohandryczenia się o to, który Kościół “lepszy”, która wiara “pełniejsza” itd.

Prymat dekretu nad wiara…

Odnoszę czasem wrażenie, że największe problemy z ekumenizmem mają właśnie “spece od Pana Boga”, bo tak już ‘zaklopsowali’ się w swoich teoriach, że po zdrowy rozum coraz trudniej im ‘skoczyć’ do głowy. To, co jest “kryzysem wiary” (a do tego terminu pozwolę sobie jeszcze tutaj powrócić), wynika bowiem w dużej mierze z… działalności ekumenicznej w jej obecnej postaci, tj. bazowanej na tych stanowczo zbyt przeteologizowanych zasadach. Nasi szanowni liderzy, na których (coraz bardziej) pożal się Boże, zamiast próbować uczyć tego, jakie jest znaczenie istniejących w ich Kościołach doktryn W ODNIESIENIU DO JEDNOSTKI LUDZKIEJ I JEJ ŻYCIA (czyli inaczej: jak się ma taki czy inny dogmat do TWOJEGO osobistego rozwoju duchowego), starają się raczej dopasowywać te doktryny do siebie w celu stworzenia wspólnej, jakże przeteoretyzowanej i pełnej “fachowych Ausdrucków” dogmatyki.

Nic zatem dziwnego, że tak małe zainteresowanie towarzyszy ze strony “zwykłego człowieka z ulicy” tego rodzaju napuszonej działalności oficjalnej. Ten “człowiek z ulicy” (który w końcu – przynajmniej w założeniu – ma być głównym odbiorcą tej teologicznej retoryki) czuje się zupełnie wyobcowany w tym gąszczu (by nie rzec “dżungli”) zawodowego dysputowania o Bogu, pomieszanego niejednokrotnie z oczywistym ‘faryzeizmem’, jeśli nie wręcz chamstwem wobec wszystkiego, co – zdaniem Wielce Szanownych Liderów - ”nie mieści się” w chrześcijaństwie jak “zadekretowanym” przez papieży czy “uzgodnionym” przez Światową Radę Kościołów, czyli przez taką nieco inną “Führung” chrześcijan. Choćby nie wiedzieć jak by się poszczególni działacze starali (w jak najlepszej wierze zresztą, w to akurat nie wątpię) działać na rzecz jedności ludzi czujących się chrześcijanami, rozmaite gremia i autorytety (te rzeczywiste i te urojone) wciąż chcą ‘decydować’ kto “może” lub “nie może” być uważany za chrześcijanina.

Wiara, własne przeżycie religijne “człowieka z ulicy” nie wystarcza owym bonzom o ile nie mieszczą się one w ramach precyzyjnie sformułowanej “zadekretowanej”, “zencyklikowanej” lub (nawet) “przegłosowanej” ortodoksji.

I tu właśnie kryje się owa” próba przywłaszczenia”, już nie tylko języka i formułek (o której pisał  p. Dariusz Bruncz), ale wręcz religii i wiary jako całości.

Nie łudźmy się: era “świętej inkwizycji” wciąż jeszcze nie jest za nami. Będzie istniała tak długo, jak długo o “przynależności” do świata chrześcijańskiego będzie decydować werbalna akceptacja dogmatu (używanego w charakterze hipokrytycznego narzędzia władzy), nie mówiąc już o istnieniu rozmaitych specjalnych struktur w formie czy to kongregacji DOKTRYNY wiary (czyli… “świętej inkwizycji” właśnie!) lub innych (równie doktrynerskich) gremiów z ich Aparatczykami i Dygnitarzami Wiary, którym wydaje się, że to ONI są od tego, by decydować o czyjejś wierze i przynależności. Jak długo TAK wyglądać będzie oficjalna “twarz” ekumenizmu w wydaniu oficjalnym, tak długo rozmaite wspólnoty religijne będą się dalej obawiały siebie nawzajem i nie osiągną rzeczywistej jedności, choćby nie wiedzieć ile tam wspólnych “struktur” stworzyły i ile ton papieru zapaskudziły “uczonymi” traktatami swoich doktrynerów na temat istoty chrześcijaństwa i dialogu ekumenicznego.

“Poważne autorytety” ustalają sobie ‘kryteria’, według których dzielą później wyznawców Chrystusa na “chrześcijan” i “niechrześcijan”. I tak np. “poza” chrześcijaństwem mają się rzekomo “znajdować” Świadkowie Jehowy – bo nie uznają, że Chrystus jest osobiście Bogiem oraz ponieważ nie uznają dogmatu o Trójcy Świętej. Mormoni też są “wykluczani” z tego wspólnego dziedzictwa, bo oni z kolei uznają (poza Biblia) jeszcze inne pisma (“The Book of Mormon”, “Doctrines and Covenants”, “Pearl of Great Price”). Wykluczanie mormonów jest jeszcze nawet śmieszniejszym “zabiegiem” ze strony fundamentalistycznych klik liderskich, zważywszy, że uznają oni boskość Chrystusa.

W 1991 mormoński biskup Stephen E. Robinson wydał książkę “Are Mormons Christians?”, w której przekonywująco odpiera wszelkie ‘zarzuty’, według których mormoni chrześcijanami nie są. I jest to hańba dla nas, że mormoński duchowny musiał zniżyć się do napisania książki, by wyjaśniać sprawy tak niemal dziecinnie proste! (1)
. Pozwolę sobie na przedstawienie tutaj jednego tylko fragmentu z tej pozycji, która znakomicie tłumaczy, kim są mormoni. Otóż pewnego dnia S. E. Robinson miał okazje polemizować z pewnym protestanckim historykiem. Profesor ten dawno odrzucił większość dogmatów chrześcijańskich, co samo w sobie nie byłoby jeszcze niczym dziwnym, gdyż wielu dzisiaj ich nie akceptuje (włączając piszącego). Warto jednak przyjrzeć się argumentom, jakie wysunął on przeciw tezie o chrześcijaństwie mormonów. Oto krotki fragment tej rozmowy:

“… No dobrze, ja jako mormon wierze, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym w dosłownym sensie; że był i jest Bogiem; że miał moc czynienia cudów; że wziął na siebie grzechy świata w Gethsemane i na Kalwarii; że umarł za nas; że w dosłownym sensie zmartwychwstał trzeciego dnia; oraz że wskrzesi nas z martwych, by nas osądzić i dać nam życie w chwale. Więc jestem chrześcijaninem?

‘Absolutnie nie’.

‘Dlaczego nie?’

‘Bo jest pan członkiem Kościoła, który nie pochodzi i nie zależy teologicznie od soborów i wyznań wiary Kościoła historycznego i ponieważ odrzuca pan tradycyjne chrześcijaństwo i jego teologie z okresu po II wieku n.e.’

‘Czy pańska definicja ‘bycia chrześcijaninem’ ma cokolwiek wspólnego z moją osobistą wiarą w Jezusa Chrystusa?’

‘Nie’”. (2)

Nic dodać, nic ująć. Oto jak to działa: liczą się “sobory”, “wyznania wiary” (w formie historycznych dokumentów) itd. To zdaje się decydować bardziej w oczach “fachowców od wiary” niż… sama wiara. Dlatego też nic dziwnego, że nawet pojęcie “sukcesji apostolskiej” rozumieją oni raczej jako coś, co nazwać można “papierową genealogią” niż dziełem jakiegokolwiek ducha (również tego przez duże “D”).

Grupowy interes…

Cóż można powiedzieć? Ja powiem za siebie, bo do tego na pewno mogę czuć się uprawniony: nie spodziewam się zbyt wiele dobrego po hierarchach i kościelnych oficjelach. Oni ZAWSZE będą ekumenizm starali się realizować tak, by za żadną cenę nie uszczuplić swoich wpływów i pozycji, bez względu na to, jak się to będzie miało do interesów chrześcijaństwa. Jeśli pozycje te będą zagrożone – to będą starali się zastopować ten proces tak, jak robili to przez cale setki lat.

Tak jak prawdą jest, że nasz własny Kościół (Kościół Rzymskokatolicki) NIE zainicjował dialogu ekumenicznego (rozpoczęli go protestanci), tak prawdą jest również, że ci protestanci rozpoczęli go dopiero wtedy, gdy wielu spośród ich własnych wiernych bratało się już “na najniższym szczeblu” między sobą, bez względu na denominacje. Im bardziej zacierały się (w oczach zwykłych ludzi) różnice między denominacjami, tym bardziej liderzy zaczęli odczuwać (wreszcie!) potrzebę “zrobienia czegoś”, żeby nie zostać po prostu “wysadzonymi” ze swych pozycji liderów. Nie należy tego rozumieć jako rezultatu jakiegokolwiek zorganizowanego “ruchu oddolnego”, gdyż nie miał on przywódców, co najwyżej pionierów. Pionierami zaś byli ‘bezimienni’, ‘szarzy’, pokorni (i niepokorni tez!) ludzie, wytrwale drepczący do swych kościołów każdej niedzieli i mający znajomych oraz krewnych drepczących w tym samym czasie do INNYCH kościołów.

Samo życie stworzyło nam ekumenizm, a nie taki czy inny pastor, biskup czy papież, nie mówiąc już o żadnych gremiach, których członkowie lubią ‘obradować’, ‘dyskutować’, ‘uzgadniać’, podpisywać papierki i ściskać dłonie przed kamerami. Jestem w stanie się wręcz założyć, że to nie interkomunia katolicko-protestancka stanie się faktem, gdy papież ją zatwierdzi; to on ją zatwierdzi wtedy, gdy będzie ona już niemal stuprocentowym faktem.

Respekt dla różnorodności

Chciałbym być jednak dobrze tutaj zrozumiany: choć nie uznaję dogmatów, nie jestem jednak ich wrogiem (brzydzę się jednak posługiwaniem się nimi w celu dzielenia ludzi na “wierzących” i “bluźnierców” w zależności od stosunku, jaki wobec nich zajmują oraz w zależności od “widzimisie” hierarchów). Niechaj sobie istnieją rozmaite formy doktrynerstwa, komu (i jak?) szkodzi sam fakt ich istnienia? Najlepszą drogą do budowania jedności jest jednak to, co się już od dawna robi (obojętnie z czyjej inicjatywy): wspólna działalność charytatywna, kontakty osobiste, czy praktykowana zarówno przez osoby indywidualne jak i przez wiele Kościołów oficjalnie interkomunia (tam, gdzie to możliwe) czy wspólna liturgia. Łączyć można bowiem jedynie ‘przy użyciu’ tych elementów, które są dogmatycznie ‘neutralne’, a zatem nie są odrzucane przez którąkolwiek ze ‘stron’.

Działania obliczone na efekt ‘propagandowy’ przez liderów w postaci podpisywanych wspólnie dokumentów oficjalnych, jak choćby podpisany ostatnio katolicko-anglikański dokument o roli Marii w historii Zbawienia, to niepotrzebne ‘rekwizyty’ i gra pozorów: bo ci, którzy tej świętej przypisują jakąkolwiek szczególną rolę, nie muszą już w jej sprawie podpisywać żadnych dokumentów. Ci zaś, którzy Jej kult odrzucają w jakiejkolwiek formie, mogą przyjąć taki dokument jako “policzek” dla swoich własnych wierzeń, w których nie ma miejsca na cos, co nazywają bałwochwalstwem (w tym wypadku: “mariochwalstwem”) i odnieść mogą nawet wrażenie, że ktoś im “w imię jedności” będzie kiedyś próbował np. narzucić dogmaty maryjne.

Wszystko to wskazuje, że nawet określenie, jakim się posługujemy “kryzys wiary” jest najzupełniej błędne i mylące. To nie tyle wiara jest w kryzysie ile poszczególne formy religijne, co jest procesem jak najbardziej naturalnym. Jeśli np. ktoś dziś utyskuje na fakt, że rośnie wśród chrześcijan liczba ludzi traktujących Chrystusa nie jako boga, lecz jako “guru” oraz wierzących nie w zmartwychwstanie ciał przy końcu świata, lecz w reinkarnacje, to niechaj uświadomi sobie, że to również jest formą wiary; tak, również forma wiary w Chrystusa, jeśli koniecznie chce wiedzieć. A jeszcze lepiej, by uświadomił sobie, że tak zawsze już było, od samego początku chrześcijaństwa, że było ono wewnętrznie zróżnicowane.

Orygenesa potępiono dwa wieki po jego śmierci za poglądy, które głosił (a na pewno nie zmienił ich w międzyczasie, będąc w grobie; KTO się zatem zmienił?). I nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Pierwszym, który tworzył zaczątki tego, co dziś nazywamy “Nowym Testamentem” przez grupowanie głównych starożytnych pism chrześcijańskich, był heretyk (najprawdopodobniej gnostyk) Marcjon. I też nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Nie można też jemu zarzucić “kryzysu wiary”. Gnostyk Walentyn omal nie został ‘papieżem’ w II wieku (“niechrześcijanin”? A może “apostata”?). Próbowano na wszelkie sposoby twierdzić, że Katarzy nie byli chrześcijanami, choć ich chrystocentryzm nie tylko nie ustępował chrystocentryzmowi oficjalnego Kościoła Rzymskokatolickiego, ale (kto wie?) może go wręcz przerastał.

Nie jest zatem prawdą, że istota chrześcijaństwa “było i jest” uznanie Chrystusa za boga (lub Boga, przez duże “B”) tak jak nie jest istota buddyzmu uznawanie Buddy za b(B)oga. Istotą chrześcijaństwa jest uznanie Chrystusa za głównego ‘nośnika’ boskości, a jak ten Chrystus jest przy tym osobiście interpretowany (jako Bóg, bóg-człowiek, człowiek, święty, prorok, duch czy nauczyciel, albo wręcz jako mit oparty na prawdzie) to już zupełnie inna sprawa.

Oczywiście, że w dalszym ciągu poszczególne Kościoły i wspólnoty będą mogły uważać swój rodzaj wiary za najpełniejszy (dlatego przecie się go trzymają!), niechby jednak uświadomiły sobie, że chrześcijaństwo jest pojęciem znacznie szerszym. Jak długo bowiem tych “lodów” nie da się przełamać, tak długo cały ‘dialog teologiczny’ okazywać się będzie strata czasu (a i pieniędzy też).

Uwaga na Saturna!

Rozumienie jedności jako totalnego eklezjalnego zjednoczenia to najgorszy wróg samej jedności. Doprowadzi jedynie do kolejnych nietolerancji wobec tych, których przyszli “führerzy” uznają za “wyłamujących się z ducha jedności chrześcijańskiej”. Nie będzie w takim ‘zjednoczonym’ Kościele już miejsca na żaden dialog, będzie za to dzika kampania “utrwalania zdobyczy ekumenizmu” w postaci nagonek na rozmaitych “zaplutych karłów” wcześniejszego pluralizmu oraz ‘rozbicia’.

Każda indywidualna forma wyrażania pobożności i rozumienia Boga będzie przez Biurokratów Wiary i innych ‘komisarzy’ postrzegana jako niebezpieczeństwo i zwalczana jako herezja, “robota rozbijacka”, “bluźnierstwo” i “świętokradztwo” wołające o pomstę do… (niekoniecznie “Nieba”, zapewne do jakiejś formy “Świętego Oficjum”).

‘Trojki parafialne’ nie będą może chodziły od apteki do apteki żądając wycofania środków antykoncepcyjnych (choć i to zdarzyć się może), za to mogą (i będą) pojawiać się naciski na władze lokalne lub pracodawców, by pozwalniać z pracy “jednostki wrogie” ustalonemu odgórnie “chrześcijaństwu”. Czyżbyśmy rzeczywiście nie wiedzieli jak takie metody działają? Pamięć nas już tutaj zawodzi czy wyobraźnia?

Przypisy

1.  W 1986 roku ewangelikalni chrześcijanie skierowali nawet ‘petycję’ do kościoła mormońskiego, w której żądali, by ten przestał nazywac siebie chrześcijańskim. Petycję podpisały w sumie 20 543 osoby z 49 stanów USA i 31 innych krajów (patrz: Stephen E. Robinson. “Are Mormons Christians?” Bookcraft. Salt Lake City, Utah 1994)

2. tamże, s. 33

Continue Reading »
0 Comments

Zamiast kartki świątecznej

Dec 24th, 2010 by monio
Zamiast kartki świątecznej

Ponad dwa tysiące lat temu drogą z Nazaretu do Betlejem podążała pewna para…  Ona, nikomu tak na dobrą sprawę nieznana kobieta w ciąży, choć później pisano na jej cześć dytyramby, a w końcu, w ciągu wieków mitologia uczyniła z niej niemal „Panią Niebios”. On zapewne był dość znany lokalnie, jeśli to prawda, że był on – według ewangelii „Mateusza” – „tekton”, czyli cieślą lub po prostu budowniczym, czyli człowiekiem dość wolnego wówczas zawodu. „Tekton” po grecku oznacza właśnie kogoś, kto buduje, a tacy ludzie nie byli po prostu „robotnikami”, wbrew temu, co sugeruje obchodzone w kościele święto „świętego Józefa robotnika”. Tym bardziej, że według ewangelii Nowego Testamentu, Józef miał również zaliczać się do „linii Dawida”, czyli niegdysiejszego monarchy hebrajskiego, co z całą pewnością nie mogło go stawiać w rzędzie zwykłych „ludzi z ulicy”.

Jeśli wierzyć ewangelii „Według Mateusza”, para ta, mieszkająca na codzień w Nazarecie, udała się w drogę do Bethlehem (dosłownie „Dom Chleba”) z czystej i niezwykle trywialnej konieczności. Zarządzono bowiem spis ludności imperium rzymskiego, którego Judea była już częścią od pewnego czasu. Ponieważ zaś ludność opodatkowywana była od dochodów oraz od posiadanej własności, więc można założyć, że to właśnie tam w owym Bethlehem rodzina ta posiadała jakąś własność, a co najmniej jakiś dom.

I to właśnie w tym domu urodził im się syn. Wiemy dokładnie, że w domu, bowiem ta sama ew. Mateusza mówi wyraźnie, że owych „trzech mędrców” (przerobionych w popularnej legendzie na „Trzech Królów”) weszło do domu, by pozdrowić Narodzonego. Słowo użyte w ewangelii to „oikos” czyli „dom”:  ”gdy weszli do domu, zobaczyli dziecko…” (“kai elthontes eis ten oikian, eidon to paidion…” Mt 2;11 ).

Popularny obrazek “dziecka w ‘stajence’”, który ma nam pokazać jaki biedny był ten przyszły Christos (“Zbawicielu drogi, jakżeś to ubogi”), wydaje się być zatem zdecydowanie przesadzony. Ewangelia Mateusza to jedna z najstarszych znanych ewangelii. Jeżeli ona zatem mówi o „domu”, a nie o „stajence” i to pomimo zapożyczenia hurtem całej mitologii „pogańskiej” o bogu urodzonym w stajence lub w grocie, to oznacza to, że ów dom jest tutaj elementem prawdy.

Oczywiście, że całe ewangelie chrześcijańskie pełne są mitu i to na dodatek właśnie „pogańskiego”, który pojawiał się przed narodzeniem Christosa w wielu odmianach. Nawet nazwa miejscowości „Bethlehem” czyli „Dom Chleba” znalazła zastosowanie już wcześniej, gdyż rósł tam gaj poświęcony „pogańskiemu” bogu Adonisowi, którego uważano za boga plonu i którego symbolem był chleb…  Nie będziemy po kolei przedstawiali tu wszystkich elementów mitu, gdyż bardzo skrótowo – acz treściwie – zrobiono to już gdzie indziej i to w bardzo wizualny sposób.    Szkoda, tak nawiasem, że zdawszy sobie sprawę z istnienia mitologii, ktoś uznaje samego Christosa za nierealnego.

Jednak ubierając Christosa w mit „pogański”, nie zaniedbano również wysiłku mającego na celu wepchnięcie tego człowieka także w mit żydowski. Miał on zatem „wypełnić” starotestamentowe „proroctwa” i być całkowicie żydowski. Jednak bardzo szybko liczba chrześcijan wywodzących się spośród „pogaństwa” i spoza kręgu żydowskiego przewyższyła znacznie liczbę chrześcijan żydowskich. Potwierdza to dowodnie, że to, czego ten człowiek nauczał i co propagował oraz sposób przedstawienia go – i to nawet przecież przez żydowskich autorów ewangelii – miały o wiele więcej wspólnego z ówczesnym „pogaństwem” aniżeli z judaizmem.

Mało tego: judaizm praktycznie odciął się od Christosa (poza nielicznymi wyjątkami), a pisany od II wieku n.e. Talmud obrzuca go wręcz niewybrednymi kalumniami. Gdy tymczasem szeregi chrześcijan „pogańskich” szybko rosły, przybywało też utworów poświęconych Christosowi, a mających wyjątkowo niewiele lub zgoła nic wspólnego z tradycyjnymi naukami i nakazami judaizmu.

I tak na dobrą sprawę generalnie niewiele się pod tym względem zmieniło także i dziś, gdyż judaizm Christosa nie akceptuje w dalszym ciągu, gdy natomiast akceptują go buddyści, a także hinduiści, którzy doszukują się w swoich własnych starych pismach  “proroctw” dotyczących jego osoby  (gwoli uczciwości: jeżeli ktoś idzie już tak daleko, by brać proroctwa Starego Testamentu za „dobrą monetę”, to czemu nie te hinduskie?). Akceptuje go także islam, choć nie akceptuje on tradycyjnej wiary w ukrzyżowanie Christosa, uznając – za pewnymi „heretyckimi” chrześcijanami pierwszych wieków naszej ery – że kto inny został zań ukrzyżowany.

I tak jak nawet wśród obecnych niektórych chrześcijańskich heretyków i gnostyków Christos miał przeżyć i udać się potem na południe Francji, tak znowu islamska sekta Ahmadiyya wierzy, że udał się on do Kaszmiru, gdzie znajdować się ma jego grób.

Nie chodzi tu jednak o to, która z owych wersji okaże się w końcu prawdziwa. Ważne jest to, że około 2 tysiące lat temu (choć niekoniecznie akurat w grudniu…) urodził się człowiek, który swym uniwersalizmem zjednał sobie – i zjednuje nadal pomimo upływu tak ogromnego czasu – ludzi różnych kultur, ras, i tradycji religijnych. Trzeba całkiem obiektywnie przyznać, że to naprawdę nieliche osiągnięcie: być uznawanym w rozmaitych religiach naraz…

Wszystkiego Najlepszego zatem z okazji Proroczego Narodzenia !
http://www.youtube.com/watch?v=N4UeEgAaiOU

Continue Reading »
0 Comments