Copyright © 2012 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Posts Tagged ‘Marcjon’
Dialog między Marcjonitą a Judaizerem
Czy tak zwany „Stary Testament” powinien znajdować się w Biblii chrześcijańskiej? Jakie ma on uzasadnienie? Czy to uzasadnienie – zakładając, że ono w ogóle istnieje – jest wystarczające do tego, by Biblia chrześcijańska składała się w 80% z tekstów, w których żaden chrześcijanin nie napisał dosłownie ani jednej linijki? Czy jest wobec tego „niechrześcijańskim”, by domagać się usunięcia niechrześcijańskich pism z chrześcijańskiego kanonu? Poniższy tekst – ów dialog marcjonity z judaizerem – jest odpowiedzią na tak stawiane pytania. Tekst ten w zasadzie nie ma jednego tylko autora. Jest on wynikiem całego szeregu podobnych dialogów i polemik, zarówno słownych jak i pisanych, których byłem uczestnikiem, a które dotyczyły – tak jak dialog poniższy – miejsca i roli tak zwanego „Starego Testamentu” w Biblii i życiu kościoła na przestrzeni wieków. Szczególnie gdy chodzi o postać „judaizera”, na jego wypowiedzi tutaj prezentowane złożyły się komentarze szeregu osób, w tym teologów. Niektóre z wypowiedzi tych osób są tutaj w obszernych fragmentach przytoczone dosłownie. Pragnę im z tego miejsca serdecznie podziękować za pomoc, którą w ten sposób okazali, zwłaszcza, że do niedawna nie nosiłem się nawet z pomysłem stworzenia poniższeo dialogu. A zatem: zapraszam Judaizera do dyskusji!
Judaizer Dziękuję za to zaproszenie. Ale już na wstępie mam parę pytań. Przede wszystkim dlaczego nazywasz nas „judaizerami”? Czy to nie jest nadużycie? Czyż nie wiesz, że w ten sposób nazywano tych spośród chrześcijan, którzy upierali się przy konieczności przestrzegania praktyk judaizmu? Czyżbyś nie wiedział, że we wczesnym kościele istniał na tym tle spór? W Księdze Dziejów Apostolskich jest przecież nawet informacja o takich debatach w rozdziale 15… Co ma wspólnego ów przebrzmiały już spór z owych lat z faktem, że my dzisiaj po prostu bronimy należnego miejsca Starego Testamentu w naszej Biblii? A tak w ogóle: czy wasze negatywne podejście do Biblii hebrajskiej nie jest wyrazem swego rodzaju antysemityzmu lub krypto-antysemityzmu? Pewnie odpowiesz, że nie, ale mimo wszystko chciałbym poznać twoją odpowiedź… Zwłaszcza, że tak się jakoś „dziwnie” składa, że często przeciwnicy Starego Testamentu to ewidentni antysemici…
Marcjonita Jestem świadom tego starego sporu i my wiemy również, że Nowy Testament – czyli ta jedyna chrześcijańska część Biblii – odnotowuje go także w innych miejscach, szczególnie w listach Pawła z Tarsu, do których jeszcze wrócimy. Nie, nie uważam określenia „judaizerzy” w stosunku do was za nadużycie. To bowiem księgi znane nam jako „Stary Testament” były niegdyś nośnikiem owego sporu wewnątrz kościoła, tak jak były one nośnikiem sporu kościoła z synagogą, w szerszym ujęciu. Główny spór z judaizmem brał się właśnie ze sposobu interpretacji „Starego Testamentu”. I niejednokrotnie to właśnie ten spór o te rzekomo „wspólne” księgi był zaczątkiem tego, co wy tak niejednokrotnie mylnie określacie mianem „antysemityzmu”. Mylnie, bo te postawy nie były motywowane rasowo (czyli w odniesieniu do jakichkolwiek Semitów) lecz doktrynalnie.
To prawda, że nieraz odrzucanie ST jest motywowane antyżydowskim nastawieniem (choć nie zawsze akurat antysemickim), dokładnie tak samo jak prawdą jest, że i pełna jego akceptacja też nie zawsze idzie w parze z żydofilstwem. I też tak się „dziwnie” składało, że np średniowieczni katarzy z południa Francji, z Niemiec i północy Włoch, którzy ST odrzucili całkowicie, nie charakteryzowali się antyżydowskością, podczas gdy znowu broniący ST niczym „oka w głowie” kościół katolicki, zaraz po zdławieniu buntu katarów, w jednym z pierwszych po rebelii postanowień zakazał piastowania urzędów publicznych przez Zydów…
Natomiast kościół akceptujący ST stosował z iście judaizerską żarliwością nakazy ST odnośnie t.zw. „heretyków” – nawet i wobec samych Zydów (co za ironia!). Co z tego zatem, że odrzucono na przykład obrzezanie i szereg innych zwyczajów, gdy akurat w wielu gorszych kwestiach niż obrzezanie stosowano te „judaizerskie” nakazy z zimną krwią? Czy dlatego tylko inkwizytor Torquemada nie był „judaizerem”, bo go nie obrzezano i nie świętował szabasu? A wy dzisiaj: nie opowiadacie dalej o Zydach jako „narodzie wybranym” i to nawet wbrew swojej własnej, „ortodoksyjnej” chrześcijańskiej wykładni, według której wybrańcami Bożymi mają niby być ci, co podążają za Christosem, czyli niekoniecznie tylko Zydzi? Na jakiej właściwie podstawie twierdziłbyś, że wy nie jesteście już judaizerami? Wy jesteście pod szeregiem względów inni niż ci pierwotni judaizerzy, ale dalej pewne dziedzictwo ST nad wami ciąży. To tak jak my, marcjonici: nie jesteśmy tacy jak marcjonici z II wieku naszej ery i na przykład nie definiujemy już na ogół różnicy między NT i ST na zasadzie istnienia „dwóch Bogów”, tego gorszego i niższego z ST i tego lepszego, doskonalszego, proklamowanego przez Christosa. Ale pomimo tych różnic dalej można nas uważać za marcjonitów i niejednokrotnie również ludzie z waszej strony tak się o nas wyrażają, biorąc za punkt wyjścia sam już tylko fakt, że odrzucamy „Stary Testament”. Skoro my możemy zatem być marcjonitami, to i wy jesteście judaizerami.
J Tu rozbieżności między nami są ogromne. Uważam bowiem, że Nowy Testament wypływa ze Starego. Odrzucenie Starego Testamentu jest dla mnie i dla wielu chrześcijan odrzuceniem zakorzenienia Historii Zbawienia w historii Ludu Wybranego.
Odnośnie Marcjona, położyłbym nacisk na zafałszowanie przez Marcjona nauki samego Chrystusa poprzez oderwanie go od jej źródeł, od jej korzenia, czyli od całego judaizmu, od bądź co bądź kanonu Biblii jakim była choćby Septuaginta, gdy tymczasem Kościoły chrześcijańskie raczej zgadzają się ze sobą co do tego, że jeśli Chrystus przyszedł na świat w tradycji judaizmu to stało się to z określonego powodu, celu zamierzonego przez Boga, a ST i NT są jedną całością. Przez „fałszowanie” w tym miejscu nie rozumiem ingerowania w treść konkretnych pism, ale taki dobór pism, aby przeforsować obce judaizmowi tezy dualistyczne i oderwanie postaci i nauczania Chrystusa od ciągłości, kontynuacji wszystkich treści judaizmu.
Uważam, że nie wolno odrzucać Biblii Jezusa. Jezus wzrasta w jej klimacie duchowym i ucieleśnia ją – jako wcielona Tora, wcielone Słowo. Swoją postawą życiową ukazuje pewną jego interpretację – w imie której żyje i za którą ginie (skazany zresztą w imię innej interpretacji). Historia Jezusa jest nierozerwalnie związana z tym tłem i nie bez powodu Ewangelie przechowują Jego wypowiedź o tym, że ‘ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminą z Zakonu’… Przez Niego z Nim i w Nim partycypujemy w historii Izraela.
M Nie, nie jest odrzuceniem zbawienia (bo co do mitu „historii zbawienia”, to moglibyśmy mieć zupełnie inną dyskusję!). Niby dlaczego miałoby być? Sam spojrzyj na to: w ILU wśród dziesiątków ksiąg ST jest mowa o „Mesjaszu”? Przecież nie we wszystkich, prawda, lecz w mniejszości. A ile ksiąg tego ST sam Christos cytował w NT? Tylko garstkę – można się o tym przekonać czytając odnośniki w NT do ST… A tymczasem kościół przejął CAŁY ST. To trochę tak, jakby człowiek pragnący regularnie pić szklankę mleka zakupił w tym celu od razu całą mleczarnię i jeszcze farmę ze stadem bydła, oborami, szopami i silosem z paszą… (dlatego nieprzypadkowo mówię o „hurtowym” przejęciu ST…). W liście Judy (1;14-15) cytowana jest nawet 1Księga Enocha (a konkretnie 1En 1;9), której w ST nie ma, ale choć jest cytowana, do kanonu jej nie włączono. Natomiast włączono cały ST. To kolejne potwierdzenie hurtu zapożyczenia.
Islam postąpił mądrzej: oni uznają proroków, ale nie zdecydowali się na tworzenie całych tasiemców pism świętych. Uznali, że Mahomet jest ostatnim prorokiem, który zatem „podsumował” całą historię zbawienia, stąd też wystarczy im Koran. Dlatego też islam nie tylko jest osobną religią od judaistycznej, ale dokumentuje to także swoim własnym dorobkiem skrypturalnym, gdy natomiast w twoim wywodzie dostrzegam skłonność do traktowania chrześcijaństwa jako jedynie rodzaju „przyczynka” do historii Izraela…
J Nie jest przyczynkiem, jest jego kontynuacją. Przeciw odrzuceniu Starego Testamentu jako Biblii Jezusa przemawia również to, że praktycznie bez przerwy Jezus zeń cytuje. Spójrz tylko na sam fakt, że w samej Ewangelii według Mateusza Stary Testament jest cytowany 58 razy. Tak jest: 58 razy! W tej jednej tylko Ewangelii! A jeśli dodać do tego cytaty z innych ewangelii oraz pozostałych pism Nowego Testamentu, to liczba cytatów staje się wręcz ogromna! Po prostu ogromna, idąca dosłownie w setki! Bez Starego Testamentu to, co nazywamy Nowym Testamentem, staje się po prostu niezrozumiałe, oderwane od własnych korzeni. I to odrzucenie Starego Testamentu byłoby praktycznie odrzuceniem całej historii zbawienia.
M Tak nawiasem w Ewangelii Mateusza ST jest „cytowany” 57 razy, bo ten 58 raz pojawia się jakiś cytat, ale nie wiadomo skąd pochodzi. No więc w tych 57 „cytatach” ile jest cytowanych ksiąg ST? Biorę to słowo „cytaty” w cudzysłów i zaraz powiem ci dlaczego.
Ale przyjrzyjmy się owym 57 „cytatom” ST u „Mateusza”. Otóż ty twierdzisz, że to Christos bez przerwy, wprost ciągle cytuje ST. Jednak z owych 57 „cytatów” jedynie 10 jest włożonych w usta Christosa. Tylko 10 – na całą ewangelię! Co to jest tych 10 „cytatów” w przekroju całej tej ewangelii, to najlepiej ilustruje zestawienie ich z innymi pojawiającymi się w niej elementami: otóż jest tam bowiem także 7 t.zw. „chreiai”, czyli „użytecznych wyrażeń”, lapidarnie wyrażających pewne myśli. Owe „chreiai” (od greckiego słowa „chreiodes” czyli „użyteczny”) to krótkie notki w formie anegdoty. Jest to znana forma z literatury greckiej… Dalej jest w tej ewangelii 10 alegorii i 13 przypowieści. 10 razy też pojawia się tam określenie „synowie Boga” w odniesieniu do rozmaitych ludzi.
A zatem Christos nie cytuje tam „ciągle” wbrew temu, co tak chętnie wy podkreślacie, lecz cytaty owe są jedynie pewną częścią jego „warsztatu”.
W sumie mniej więcej 300 razy w Nowym Testamencie ma być nawiązanie do ST. Ale w dużej mierze nie są to jedynie cytaty, lecz również tak zwane „aluzje”. A co to takiego te „aluzje”? Na przykład w Księdze Powtórzonego Prawa 24;1-4 (Deuteronomii) jest sobie taka dłuższa instrukcja dotycząca małżeństwa i rozwodu. I wystarczyło, że w MT 5;31 Christos jedynie stwierdza, że prawo mówi o tym, że jeśli ktoś oddala swą żonę, to niech jej da świadectwo rozwodowe. On nawet tego nie cytuje ani nie mówi skąd to wziął, ale to wystarcza, by zaliczyć tę jego uwagę do owych aluzji (ba, czasami wręcz i do „cytatów”!) i w ten sposób podkreślić „ważność” ST. Pytam cię więc: w jaki to sposób tego rodzaju cytat z ST i tak zwana „aluzja” doń w NT są „ważne dla historii zbawienia” i w jaki to sposób odrzucenie Księgi Deuteronomii z kanonu chrześcijańskiego ma być „odrzuceniem historii zbawienia”? Czy wy aby nie próbujecie nadużyć teminu „historia zbawienia” dla podbudowania waszej własnej tezy o „niezbędności” ST? Jak widać, wy nawet celowo „nadmuchujecie” liczbę odniesień do ST w NT przez produkcję tak zwanych „aluzji”, po to jedynie, by ta sumaryczna liczba istotnie „szła w setki”…
A tak w ogóle to nawet ta liczba 57 cytatów lub „aluzji” u „Mateusza” jest mocno naciągana. Na przykład Mt 2;15 ma mieć taki „cytat” lub – jeśli kto woli: „aluzję” do Starego Testamentu, mianowicie do Hosei (Ozeasza) 11;1 w postaci owego „przywołania Syna z Egiptu”, co ma rzekomo oznaczać Christosa przybywającego z Egiptu dopiero po śmierci Heroda, który pragnął go zgładzić. Tymczasem autentyczny werset z Hosei 11;1 mówi o ludu Izraela i jego eksodusie z Egiptu! I takich „lewych” „cytatów” oraz „aluzji” jest więcej, również dalej u „Mateusza”, choćby Mt 2;17-18, gdzie mowa jest o Herodzie i jego „rzezi niewiniątek” jako o spełnieniu „proroctwa” z Jeremiasza 31;15, tymczasem u „Jeremiasza” (obojętnie jaki to „Jeremiasz” miał napisać) mowa jest o zabijaniu Izraelitów w niewoli babilońskiej… Albo inny jeszcze, bardziej nawet jaskrawy przykład: Mt 2;23, gdzie mowa jest o „proroctwie” mówiącym, że Christos „będzie zwany Nazareńczykiem”. Nasi spece połączyli to od razu co najmniej z dwoma wersetami z ST, mianowicie z Izajaszem 11;1 oraz Księgą Sędziów 13;5. Ten pierwszy werset nie mówi jednak nic o „Nazareńczyku”, jedynie o wyrośnięciu „różdżki z pnia Jessego”. Ten drugi cytat natomiast odnosi się do… Samsona, który miał jednak być nie Nazareńczykiem, lecz nazirejczykiem, czyli człowiekiem poświęconym Bogu, który m.in. miał się wystrzegać jakiegokolwiek kontaktu ze zmarłymi oraz od picia wina lub jakichkolwiek napojów fermentowanych. Christos natomiast nie był nazirejczykiem, na pewno nie był Samsonem, według ewangelii nie tylko miał kontakt ze zmarłymi, ale miał ich nawet przywracać do życia. Mało tego: sam miał przyznawać otwarcie, że pije wino! (Mt 11;19).
No więc nawet w tym wypadku „cudownie rozmnożyły” się te „cytaty” i „aluzje”: z jednego wersetu u „Mateusza” mamy aż dwa nawiązania do ST. I to jak uczynione? Ano, jednym fałszywym „cytatem” i jedną nieistniejącą „aluzją”…
Powiedz mi: czy wasza teza o „ważności” ST staje się naprawdę bardziej istotna i wiarygodna przez tworzenie przez waszą stronę debaty tego rodzju „pappendekla”, który próbujecie nam „sprzedać” jako „prawdę objawioną”? Kogo chcecie w ten sposób nabierać? Chyba jedynie tych, co to w ST bardziej wierzą niż go wolą samodzielnie przeczytać i porównać z jakimikolwiek wczesnymi pismami o Chrystusie…
To, co nazywasz historią zbawienia, zaczyna się znacznie, znacznie wcześniej niż ST…
Błędna decyzja kościoła o przejęciu hurtem ST jest tego rodzaju, że równie dobrze możnaby np zażądać od nas i od Zydów, abyśmy do kanonu zaliczyli jeszcze aretalogie bogini Izydy lub Księgę Umarłych (najlepiej pewnie całą…). Te aretalogie pochodzą z ok. 1.5 tysiąca lat p. Chrystusem (krótko przed Mojżeszem zatem…), a Księga Umarłych nawet datowana jest na ok. 3000 lat p.n.e. (Nawet mitycznego Abrahama miało jeszcze długo, dłuuugo nie być… prawie 1000 lat…). A dlaczego mielibyśmy je uznać? No, bo tam odnajdziemy w komplecie wszystkich 10 przykazań (wraz z całą masą innych nakazów i stwierdzeń), które to przykazania Mojżesz miał „otrzymać od Boga” na Synaju…
J Tak, ale Jezus urodził się w jednej, konkretnej tradycji owej historii Zbawienia. A tą tradycją jest właśnie starotestamentowy judaizm Abrahama, Mojżesza, Dawida, Saula, Salomona i Proroków, a nie Izydy, całego Egiptu czy Mezopotamii!
Gdybyśmy mieli do kanonu włączać te inne tradycje, zapewne jeszcze hinduizm, buddyzm, księgi wedyjskie, a z bliższych geograficznie pewnie i zoroastrianizm, to mielibyśmy całą bibliotekę, pełną wierzeń nawet wykluczających się wzajemnie, jak choćby wiara w zmartwychwstanie ciał VERSUS reinkarnacjonizm!
Nie mówiąc już o tym, że nawet po zdyskwalifikowaniu szeregu cytatów i aluzji, wciąż tych autentycznych cytatów jest w Nowym Testamencie sporo…
Nie lepiej zatem skupić się na jednej tradycji, ale za to konsekwentnie?
M Reinkarnacja niekoniecznie przeczy wierze w znartwychwstanie ciał, ale to już inne zagadnienie. Natomiast masz rację, że jedna religia nie jest w stanie pomieścić absolutnie wszystkich wierzeń albo i praktyk. W związku z tym powiedz mi tak najzupełniej szczerze:
czy naprawdę uważasz, że wszystko w „Starym Testamencie” zgodne jest z doktrynami chrześcijańskimi? Czy wszystko to, co tam jest napisane, kościół chrześcijański zaakceptował? Czy wreszcie ty sam byłbyś w stanie wszystko to zaakceptować jako wolę bożą i boże prawo? No i wreszcie czy istotnie wszystko w ST nawiązuje do jakiegokolwiek zbawienia (obojętnie już jak rozumianego), czy też raczej wiele, bardzo wiele jest tam rzeczy pobocznych i mających może znaczenie dla historyka specjalizującego się w historii Izraela i jego mitach, ale nie mającyh znaczenia dla naszej religijności. A spójrz jak postępował sam Jezus:
Christos stale się czemuś przeciwstawiał: a to był przeciw rozwodom (na które pozwalało prawo), albo nie świętował szabasu, albo przeciwny był kamieniowaniu na śmierć, to znowu był przeciw zasadzie “oko za oko”… „Bliźnim” stawał się dla niego nie tylko Zyd, lecz i ktoś spoza Zydów – co było w ewidentnej sprzeczności z regulacjami prawa mojżeszowego oraz z żydowskimi przykazaniami. Dwiema osobami, które on najbardziej pochwalił za siłę ich wiary, była dwójka t.zw. „pogan” czyli syrofenicka kobieta (Mk 7:25-30 i Mt 15:21-28) oraz rzymski oficer (Mt 8;5-13 i Lk 7;1-10), Iesous nawet stwierdził, że takiej wiary nie widział w całym Izraelu. Zatem jak na kogoś, kto twierdził, że “ani jota” ma z tego prawa nie zniknąć, to zachowywał się dość dziwnie… Tak, te fragmenty też dałoby się podłączyć do cytatów i aluzji do „Starego Testamentu”. Tyle, że na zasadzie kontry wobec niego.
Zaiste, uznanie Christosa za „wcieloną Torę”, jak ty go nazwałeś, wydaje się w tej sytuacji zakrawać wręcz na niezbyt udany żart…
J No tak, ale to wciąż nie podważa mojej tezy, że Jezus wyrósł w tradycji starotestamentowego judaizmu. Chrześcijanie to nie tyle „lud Księgi”, jak mawiają o nas mahometanie. My jesteśmy raczej ludem osoby – Jezusa Chrystusa. Biblia interesuje nas i dotyczy tylko i wyłącznie o tyle o ile ma do czynienia z Jego osobą. I tu jest ‘pies pogrzebany’ – Tenach była Jego Pismem, z niego czerpal, Jego życie było ciągłym dialogiem z Pismami Jego ludu. I to jest podstawowy powód dla którego nie możemy odrzucić tych ksiąg, bowiem wówczas odrzucilibyśmy de facto Jego – żywy, ucieleśniony midrasz. A zatem to, co mówisz, nie podważa mojego głównego argumentu, dla którego winniśmy zachować ST w naszym kanonie Pisma…
M A właśnie, że podważa. Mało tego: wręcz obala! Bowiem głównym argumentem za utrzymaniem ST w naszej Biblii jest – i zawsze było – nie to, że się Christos „wychował” w jego tradycji, lecz to, że ten ST ma rzekomo być przez Christosa „wypełniony” w jego proroctwach, wierzeniach i nakazach! Christos – jak sam to dopiero co podkreśliłeś – rzekomo „ucieleśnia” według was ten „Stary Testament” jako „wcielona Tora, wcielone Słowo. Swoją postawą życiową ukazuje pewną jego interpretację”, dodając, że ‘ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminą z Zakonu’. Przyznasz, że aby tak było, to nie wystarczyło się po prostu urodzić i wychować w pewnej tradycji, gdyż można ją było zmienić albo wręcz odrzucić. Żadne starożytne pismo przedstawiające Christosa – obojętnie czy to będzie którakolwiek z ewangelii kanonicznych, czy to będzie jakakolwiek niekanoniczna, na przykład gnostycka, ewangelia, albo nawet islamski Koran – nie przedstawiają tego człowieka jako kogoś, ktoby nauczał, że każdy nie-Żyd, co się zbliży do żydowskiego miejsca kultu ma zostać „natychmiast zabity”. Nie przedstawia go jako kogoś, kto nauczał, że nie-żydzi są „nieczyści”, nie twierdził, że nie należy z nimi wchodzić w koligacje rodzinne, ani nawet jeść z nimi przy jednym stole. Nie propagował regulacji, według której Żyd nie powienien nawet wchodzić do domu nie-Żyda, bo jak tam wejdzie, to potem musi poddać się 7-dniowemu „oczyszczaniu”. Czy nauczał, że kapłanów nieżydowskich religii należy wyrzynać niczym wieprze (jak to „barwnie” opisuje 2 Księga Królów), a ich miejsca kultu zamieniać na latryny?
Nie, ani jedno pismo mówiące nam cokolwiek o Christosie, nie przedstawia go w taki sposób. Dosłownie ANI JEDNO!
W oczywisty zatem sposób człowiek ten nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż ten, który znamy ze „Starego Testamentu”…
J Nieprawda! On po prostu – tak jak było to w tradycji żydowskiej – prezentował pewną interpretację tej tradycji. I został za to skazany i stracony – w imię zresztą innej interpretacji. Oczywiście ST dostarczał często – post factum – alibi dla wielu występków, ale czy rzeczywiście był ich źródłem? To należałoby jakoś wykazać. Ludzie są tacy jacy są – i ST świetnie to opisuje – i zawsze znajdą jakąs Księge, na którą można się powołać, by uzasadnić swe okrucieństwa. Ciekawe jednak, że dostrzegają wówczas tylko tę mroczną jej stronę, nie dostrzegając wszystkiego tego co w niej piękne i dobre. A przecież Jezus swoją postawą wobec życia i śmierci wskazał pewną drogę hermeneutyczną i właściwie wytrącił każdemu, kto chciałby się powołac na Jego Pisma, Pisma Jego ludu, argument z ręki…
M Proponuję ci zatem teraz co innego. Przyjrzyj się małemu „wyborowi” (zaprawdę, zaprawdę bardzo małemu, choć większy nie stanowiłby problemu żadnego).
Przypatrz się niektórym choćby przykładom „prawa bożego” i „bożej miłości” rodem ze „Starego Testamentu”, a potem mam do Ciebie pytania:
Deuteronomia
2;30-31: „Pan” czyni Sihona, króla Heshbonu „upartym” celowo, by móc sprowokować walkę z Izraelitami i dać tym ostatnim pretekst do rzezi. I zaraz dalej:
2;34-35 „Wtedy wzięliśmy wszystkie jego miasta i kompletnie zniszczyliśmy ich – mężczyzn, kobiety i dzieci. Nie pozostawiliśmy nikogo przy życiu. Lecz żywy inwentarzv i łupy z miast przez nas zdobytych zabraliśmy dla siebie”
(tak nawiasem: wyjaśnienie pod wersetami tlumaczy, że słowo hebrajskie oznaczające „zniszczyć” oznaczało w oryginale nieodwołalne poświęcenie zniszczonych rzeczy i ludzi bogu, często przez totalną ich destrukcję – co znaczy, że czyniono z nich ofiarę „całopalną” – greckie słowo dla „całopalnego”, to, jak zapewne wiesz, jest „HOLOKAUSTOS”…)
Potem jeszcze podobne wyrazy „jedności z bożkiem” są w 3;1-7, a werset 4 dodaje z dumą, że ten „eksperyment” miał mieć miejsce w 60 miastach (liczba przesadzona, oczywiście).
3;21 Mojżesz do Jozuego: „Widziałeś na własne oczy wszystko to, co Pan twój Bóg uczynił tym 2 królom. Pan uczyni to samo wszystkim królestwom, ku którym zmierzasz”
7;2-6 długa instrukcja co Zydzi mają zrobić z pokonanymi nacjami, m.in: „Oto, co macie z nimi uczynić: zburzcie ich ołtarze, zmiażdżcie ich święte kamienie, zetnijcie ich słupy Asherah i spalcie ich idole w ogniu.”
7;16 „Musicie zniszczyć wszystkie ludy, które Pan wam wydaje. Nie patrzcie na nie z litością i nie służcie ich bogom, gdyż byłaby to dla was hańba”
7;24 „On (czyli ów „pan”) wyda ich królów w wasze ręce, a wy wymażecie ich imiona pod niebiosami. Nikt nie będzie w stanie wam się oprzeć, zniszczycie wszystkich”.
13; 6-11 „Jeśli twój własny brat lub syn albo córka lub żona, którą miłujesz (…) potajemnie kusi cię „chodźmy wielbić innych bogów” (…) nie ulegaj jej lub jemu i nie słuchaj. Nie okazuj mu litości. Nie oszczędzaj go i nie chroń. Z pewnością musisz go położyć trupem. Dłoń twoja musi być pierwszą w zabiciu go, przed dłońmi całego ludu”.
20; 10-15 Mojżesz mówi, że jeśli Zydzi idą na wojnę przeciw komuś, mają najpierw zaoferować pokój – czyli dobrowolne oddanie się danego ludu Zydom w charakterze niewolniczej siły roboczej. Jeżeli odrzucą taką „wspaniałomyślną” ofertę, wtedy „…uśmierćcie wszystkich mężczyzn. Co do kobiet, dzieci, inwentarza i całą resztę w mieście, możecie to wziąć dla siebie jako łup”.
Księga Jozuego
O kampaniach wojskowych,
6;17 „Tylko Rahab, prostytutka, i wszyscy ci, co z nią są w domu, mają być oszczędzeni, gdyż ukrywała naszych szpiegów”.
6;21 „Poświęcili miasto Panu i zniszczyli swymi mieczami wszystko, co w nim żywe – mężczyzn i kobiety, młodych i starych, bydło, owce i osły”.
6;24 tu mowa o tym, że Izraelici, spaliwszy wszystko, co pozostało w mieście, wzięli jednak ze sobą srebro, brąz itd
7;1 „bóg” (tak, ten ST-Mann) jest wściekły na Izraelitów, ale nie dlatego, że pomordowali, lecz dlatego, że wzięli sobie to srebro, brąz itd, o którym mowa wyżej – zamiast je poświęcić swemu „Panu”… (ależ wzniosłe, nieprawdaż?)
8; 30-35 Po kolejnych podobnych „osiągnięciach” „naród wybrany” dokonuje odnowienia t.zw. „Przymierza” z „bogiem”. Zauważ przy tym, jeśli starczy Ci cierpliwości na czytanie Księgi Jozuego, że takie odnowienia owego „przymierza” następują niejednokrotnie po kolejnych „Shoah” dokonywanych na kolejnych ludach. Celowo nie cytuję wszystkich szczegółów…
Rozdziały 13, 14, 15, 16, 17,18, 19, 20 i 21 objawiają nam kolejne szczegóły duchowe a boskie: czyja ziemia jak została podzielona pomiędzy poszczególne klany Izraela – to oczywiście kolejna część „pisma nie-świętego”, którego żadną możliwą miarą kościół chrześcijański nie może się pozbyć, jeśli my naprawdę chcemy poznać Christosa i jego „ojca niebieskiego”, prawda? Bo jeśli się pozbędziemy tej pisaniny, co bardziej przypomina psychopatologię niż religię, to przecież Christosa nie będziemy w stanie nawet „zrozumieć”, nie mówiąc już o podążaniu za nim, czyż nie tak? Ba, pewnie nawet chrześcijanami byśmy być nie mogli, gdyby tych ochłapów supremacjonizmu i degenerackiej megalomanii nie było w naszym kanonie Pisma, jak mniemam…
Niejako „po drodze” możesz przeczytać Księgę Sędziów, gdzie – obok podobnie wzniosłych opisów „pobożności” znajdziesz ciekawostki (zakładam, że nie czytałeś tej księgi również), jak to, że 300 Izraelitów miażdży i unicestwia armię wroga liczącą 135 tysięcy żołnierzy… Tam znajdziesz niejakiego Samsona, co w pojedynkę w awanturze zabija 1000 ludzi i wyczynia inne podobne jeszcze cudactwa… No, jasne, to też w swej „nieomylności” kościół musiał włączyć – równie hurtowo, jak całą resztę, do kanonu, bo obyć by się „Matka Kościół” nie mogła bez takich „boskich” historii. Sensu by przecież kościół nie miał żadnego, gdyby nie podobna literatura. Aż się dziwię, że nie włączono także opowieści o Heraklesie – ten przecie też niezgorzej sobie radził…
Czasami odnoszę wrażenie, że nasi niegdysiejsi „ojcowie kościoła” chyba po pijaku decydowali które księgi włączyć do kanonu…
Dalszy ciąg sagi to 1 Samuel ,gdzie w 15;3 mamy aż do znudzenia (czyż to jeszcze dziwić może?) powtarzane zarządzenie „boga”: „Nie oszczędzajcie ich; zabijcie mężczyzn, kobiety, dzieci i niemowlaki, bydło i owce, wielbłądy i osły”.
No i zrobili, choć niezupełnie, bo oszczędzili króla Agaga i najlepsze spośród zwierząt. Więc „bóg” powiedział: (15;11): „Jestem zasmucony, że uczyniłem Saula królem, bo odwrócił się ode mnie i nie wypełnił mych instrukcji”. (dobre co? „Bóg” jest miłością, alleluja!!! Amen!!!)
A w 19;9-10 przeczytasz coś, co dla Ciebie może być istną rewelacją (bo mnie już zupełnie nie dziwi): „Lecz zły duch od Pana naszedł Saula” . Czujesz to? „Zły duch od Pana”… Tak, to też konieczniusieńko należało umieścić w chrześcijańskim „depozycie wiary”…
O tym „koniecznym” zabijaniu nie-Zydów podchodzących za blisko miejsc kultu żydowkiego już mówiłem. O tym, że Zydzi byli „narodem wybranym” (gdzieniegdzie też są nazywani „narodem świętym”), też. Inni byli „nieczyści”…
A teraz mam specjalne pytania dla Ciebie: twierdzisz bowiem, że Christos potwierdził „zakon” oraz że zginął on za pewną jego interpretację. Czy potrafiłbyś zatem wskazać nam te wersety z ewangelii – obojętnie już których ewangelii – w których ów Christos odnotowany jest jako potwierdzający, chwalący i „zachowujący” którą kolwiek ze wspomnianych (oraz innych podobnych, od których się w ST aż roi) regulacji i nakazów wspomnianych przeze mnie powyżej? A jeżeli takich wersetów nie znajdziesz (czego jestem absolutnie pewien), to czy pragniesz z tego wysnuć wniosek, że skoro tych rzeczy nie wymienił, to znaczy, że akceptował – lub „akceptował inaczej”?
Porównaj z tym:
Gal 3;13 „Christos wybawił nas od przekleństwa prawa”
Gal 3;23-25 „nie jesteśmy już pod nadzorem prawa” (odkąd przyszła wiara w Christosa)
Kol 2;13-14 pisany zakon „był przeciw nam i (…) stał w opozycji do nas; On (czyli Christos) zabrał go, przybijając go do krzyża”
Ef 2;15 tu znowu Christos „zniszczył barierę, dzielący mur wrogości, unieważniając w swym ciele prawo z jego przykazaniami i regulacjami” No! Dość mocno powiedziane: „unieważniając” !
Jak w takich warunkach, jak – według reguł jakiejkolwiek możliwej logiki – możesz mówić uczciwie o „braku sprzeczności”? Przecież te sprzeczności między ST i NT są tak uderzające, że trudno byłoby je chyba znaleźć w jakiejkolwiek literaturze, nawet religijnej, gdzie rozmaite „cudactwa” miały być ponoć „możliwe”.
I co TERAZ powiesz?
J Gdy alegorie w ST zinterpretuje sie przez pryzmat NT, może staną się one łatwiejsze do przyswojenia i większą uwagę zwróci sie np. na:
Księga Wyjścia 34:6, Księga Liczb 14:18; Księga Powtórzonego Prawa 4:32; Nehemiasza 9:17; Psalm 86:5; Psalm 86:15; Psalm 108:4; Psalm 145:8; Księga Joela 2:13.
M O jakich „alegoriach” mówisz? Czy doprawdy chodzi o alegorie? Oczywiście, jeśli kto chce silić się na alegorie, to może tak czynić. Np w wersecie, na który ty się powołałeś, Księga Liczb 14;18, gdzie mowa jest, że „Pan” karze za grzechy ojców ludzi nawet aż do trzeciej i czwartej generacji, niektórzy żydowscy reinkarnacjoniści tłumaczą to słowo „generacji” jako „inkarnacji”. Ale jeśli chodzi po prostu o to, że skutki błędów ojców dźwigane będą przez dzieci i wnuki, to akurat nie jest to żadna alegoria.
Jak zapatrujesz się na Księgę Liczb 31;14-18, gdzie Mojżesz, rozzłoszczony tym, że izraeliccy żołnierze nie wymordowali jeszcze wszystkich Midianitów, każe im dokończyć tego „dzieła” przez wymordowanie nawet kobiet i dzieci? Wyjątek miały stanowić jedynie młode dziewice, które ci Izraelici mogli sobie „zachować dla siebie”. Jeśli to ma być „alegoria”, to ja się pytam: alegoria CZEGO?
J Judaizm jest nieskończonym łańcuchem interpretacji. Jedne opowieści stanowią interpretacje innych, z kolei na podstawie tych opowieści tworzy się midrasze (Talmud jest miedzy innymi zbiorem midraszy, NT można również traktować jako zbiór midraszy). Poza tym mamy komentarze mistyczne jak ‘Sefer Jecirah’ i ‘Sefer ha-Zohar’. Mamy całe serie komentarzy do tych komentarzy (zarowno do Talmudu jak i do ksiąg mistycznych) i nowych midraszy (np. słynne opowieści chasydzkie) itd., itd. W tym łańcuchu właściwie nie ma ogniw ważniejszych i mniej ważnych. Jakiś rabin staje się ważnym komentatorem Pisma, jeśli zbierze wokół siebie dużą szkołę. Już w ST JHWH okazuje się Bogiem zazdrosnym, faworyzującym Izrael (chociaż to faworyzowanie niekiedy obraca sie przeciw faworyzowanemu), ale jest również Bogiem, który mówi ustami proroków, ze Izrael staje się ‘Nie-moim-Ludem’, a inne ludy są również ludami JHWH. Przez Pismo przewija się zarówno wątek partykularno-plemienny jak i uniwersalistyczny. I tak samo jest z późniejszą tradycją judaizmu. Weź choćby judaizm Rosenzweiga, Bubera, Chouraquiego, Lawrence’a Kushnera i in. dla ktorych Izrael jest ‘Bożym poletkiem doswiadczalnym’, zas wybór Izraela pierwszym stopniem ku wyborowi całej ludzkości. W istocie judaizm to niekończąca się dyskusją rózmaitych nurtów. Przechował nauki i praktyki, które następnie zapłodniły chrześcijaństwo i islam. Mnie osobiście zadziwia właśnie to, jak pierwotna religia plemienna mogła się rozwinąć i stać potężnym źródłem ogólnoludzkiej inspiracji. Czy obecne powszechne zainteresowanie kabałą (nawet jeśli często przybiera nader prymitywną postać!) nie świadczy o tym wystarczająco dobitnie?
M I tu już potwierdzasz swoje judaizerstwo w całej rozciągłości. Bo my rozmawiamy o chrześcijańskim kanonie Pisma, a ty schodzisz na temat poboczny i mówisz zamiast tego o rozwoju judaizmu. Tak jednak jak judaizm jest „dyskusją”, tak jest nią również – i zawsze było! – chrześcijaństwo. Nawet wręcz niekończącą się polemiką, w której, od samego początku, panowała znacznie większa różnorodność opinii, nawet wierzeń, niż kiedykolwiek była w judaizmie albo islamie. Przecież w pewnym momencie wydawało się wręcz, że rozmaici chrześcijanie wierzyli nawet w dwóch rozmaitych bogów! Takich wielkich różnic pozostałe religie jednak nie miały. Zainteresowanie kabałą nie jest wcale „powszechne”, ale nawet gdyby było: my nie negujemy tego, że jednym z korzeni chrześcijaństwa jest judaizm – bo nie jedynym! Zresztą i sam judaizm też czerpał z wielu źródeł. Nie negujemy tego, że judaizm (oraz islam) przechodził i przechodzi swoje własne metamorfozy. Nam chodzi o to, że Biblia chrześcijańska składa się w 80% z pism niechrześcijańskich, w których ani jedna linijka nie została napisana ręką chrześcijańską i że duża część z tych pism jest sprzeczna z chrześcijaństwem, obojętnie już czy tym t.zw. „ortodoksyjnym” czy „heretyckim”.
Chrześcijaństwo oparte jest na koncepcie nieśmiertelnej duszy. Tymczasem w ST ten koncept pojawia się bardzo późno. Wychodzi na to zatem – gdyby to ująć sarkastycznie – że ten Jahwe, który zawsze znajdował czas na instruowanie Izraelitów jak masowo eksterminować rozmaite ludy (łącznie z niemowlakami!) i by okazać swoją złość lub „zasmucenie”, jeśli oni nie do końca te nakazy wypełniali – nie potrafił z drugiej strony znaleźć miejsca na to, by im również wyjaśnić, że oni – jako ludzie – posiadają w ogóle coś takiego jak „dusza”. Musieli im to w końcu „podpowiedzieć” owi „poganie”, których mieli rzekomo tak bezlitośnie „na rozkaz Boga” zabijać…
Możemy to tłumaczyć kwestią historycznego rozwoju judaizmu, ale faktem pozostaje, że tego rodzaju pisma my mamy w naszym kanonie! Natomiast pomijamy tak chętnie fakt zakorzenienia mitu Christosa w religiach “pogańskich”, gdy w judaizmie nie było nań miejsca w ogóle.
A co do owej „plemiennej religii stającej się źródłem ogólnoludzkiej inspiracji”: co powiesz w takim razie o pojedynczych osobach, takich jak Christos, Budda, Mahomet, Zoroaster? Oni też stali się „źródłami ogolnoludzkiej inspiracji” i to bardziej jeszcze niż judaizm – popatrz na łączną liczbę tych, którzy dziś przyznają się do religii przez nich założonych! A i w samej Europie nie brakowała tytanów. Choćby dr Marcin Luter. Rozmiary jego dzieł pisanych są takie, że pewnie Lenin, Marks i Engels mogliby się „schować”. A propos Lutra, tak na marginesie zupełnie: wiesz, że znał hebrajski i był w stanie czytać także Talmud. Przeczytał. No i wiesz, jaka była jego reakcja na ten typ literatury…
J Mówisz tak, jakbyś dostrzegał jedynie negatywny wpływ Starego testamentu na chrześcijaństwo. Tymczasem jest tam również wiele dobra. Możnaby cytować całymi stronicami. Czy uważasz, że ponieważ są tam treści, które was tak oburzają, to należy wyrzucić całość? Czy nie byłoby to typowym „wylaniem dziecka razem z kąpielą”? Uważam, że kościół zrobił dobrze, zachowując Stary Testament, bo w ten sposób zapobiegł odcięciu się od własnych korzeni. To właśnie takie odcięcie uznałbym już bardziej za wyraz odcięcia się od samego chrześcijaństwa, doprawdy, takie próby uznaję wprost za niechrześcijańskie. Nie widzę powodu, by wykastrować Biblię z pewnych treści tylko dlatego, że wydają się wam barbarzyńskie. Przynajmniej ilustrują one, że życie bywa brutalne. Jaki sens miałoby składanie kanonu jedynie z wysublimowanych aż do bólu treści, treści zapewne szlachetnych, ale nie mających bezpośrednio związku z realizmem życia? Specyfika chrześcijaństwa polega na tym, że głosi ono wejście Boga w ludzką historię i egzystencję – egzystencję aż do bólu konkretną. Jest to historia, która rozpoczyna się w łonie Izraela i stopniowo zatacza coraz szersze kręgi.
M I tu jest właśnie sedno, do którego zmierzam. Próbujesz bronić ST, bo niby ukazuje życie takim, jakim jest. Ale też ci zaraz odpowiadam, że czym innym jest ukazanie brutalności życia, a czym innym zalecanie tej brutalności. Czym innym jest zobowiązywanie ludzi – lub choćby ich zachęcanie – do wzorowego życia, a czym innym wmawianie im, że są „wybrani” przez Boga i szczególnie przezeń „umiłowani” w porównaniu do innych. Można spokojnie założyć, że i naszych biskupów i inkwizytorów odpowiedzialnych za tysiące istnień ludzkich też by nie było, gdyby nie spaczona doktryna – spaczona przez „Stary Testament”. A nawet gdyby byli, to mieliby na sumieniu znacznie mniej. Bo nie mieliby „pomocnika” w postaci „słowa bożego”, podpowiadającego im, że takie czyny są wzniosłą koniecznością.
Już w roku 346 chrześcijański prawnik Firmicus Maternus napisał traktat „ De errore profanarum religionum”, dedykowany synom cesarza Konstantyna, Constantinusowi II oraz Constansowi. W piśmie tym żądał m.in.:
„Jest tobie nakazane najwyższym prawem Boga, byś surowo karał zbrodnię bałwochwalstwa. Słuchaj zatem i powierz swemu sumieniu to, co Bóg nakazuje wobec tej zbrodni. Bóg nakazuje, by ani syn ani brat nie został oszczędzony i kieruje niczym pomstę miecz przez umiłowane członki żony. Przyjaciela karze również ze wzniosłą surowością i wszyscy ludzie są budzeni do broni, by rozedrzeć ciała świętokradców. Zniszczenie jest rozstrzygane i dla całych miast, jeśli przyłapane zostaną na tej zbrodni.”
Tu nawet rozpoznajemy konkretne wersety – te same z Deuteronomii (Dt 13; 6-11), z których cytowaliśmy już przed chwilą. Przez prawie 15 wieków, czyli przez ¾ całego okresu swego istnienia kościół przykładał ręki do zbrodni. Tylko proszę: nie próbuj twierdzić, że „Stary Testament” nie miał z tym nic wspólnego…
Wspomniałeś Talmud. I bardzo dobrze. Gdybyś ty go nie wspomniał, ja zrobiłbym to na pewno. Czy dziwi cię, że Talmud kontynuuje podły stosunek do „goyim”, skoro posadowiony jest na tej samej skrypturalnej podstawie, zwanej „Starym Testamentem”? Dziwi cię mordowanie „pogan”, „heretyków”, desakracja ich świętych miejsc i wznoszenie – na znak „triumfu” kościołów na ich miejscu?
Mnie nie dziwi. Od lat bowiem wyznaję zasadę:
jakie pisma – takie nauki; jakie nauki – takie rezultaty
J Nie, nie będę próbował twierdzić, że ST nie ma z tym nic wspólnego. Oczywiście, że ma. Ja jedynie twierdzę, że nie powinniśmy „wylewać dziecka razem z kąpielą”. Zresztą sama treść takich wersetów, jak te z Dt 13; 6-11, nie mogła być powodem zbrodni inkwizycji. Pokaż mi religię, w której nikt nigdy nikogo nie zabił z powodów religijnych! Nawet przecież i wersety z Nowego Testamentu dałoby się w tym celu wykorzystać. Zresztą sam dobrze wiesz, że tak robiono. Na przykład pod koniec maja 1431 roku spalono żywcem Joannę d’Arc. No i jaki werset wybrano? Ano, z Nowego Testamentu. Ksiądz Nicolas Midi wygłosił był 30 maja, tuż przed egzekucją, kazanie bazowane na liście św. Pawła, a konkretnie na wersecie 1Kor 12;26: „gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki”. Co miało właśnie stanowić uzasadnienie ekskomuniki i wyroku śmierci. No i co ty na to?
M
To, że wyrok nie był bazowany na tym wersecie. Kazanie księdza dra Midi nie było fundamentem wyroku, było jedynie próbą moralnego uzasadnienia go po tym, gdy został on już zdecydowany. A ponieważ zostało ono wygłoszone pod koniec procesu, to czy to cię myli? Pokaż mi proszę w całym tym wersecie, w całym tym liście czy bodaj w całym Nowym Testamencie takie miejsce, gdzie istnieje nakaz zabicia kogokolwiek z powodu jego poglądów lub wierzeń. Nie, w Nowym Testamencie nie ma nigdzie niczego podobnego. Natomiast ty dobrze wiesz – czemu zatem to skrywasz? – że do tego czasu teologowie kościelni wypracowali sobie taką oto metodę „egzegezy” biblijnej: ponieważ wiadomo, że Biblia pisana była w ciągu nieco dłuższym niż 1000 lat i przez wielu rozmaitych autorów, więc poszczególne dzieła zawierały nieraz sprzeczne ze sobą poglądy – o tej sprzeczności mówimy tu bez przerwy, zwłaszcza na linii ST – NT. Wobec tego teologowie i hierarchia zdecydowali, że ponieważ cała Biblia jest słowem tego samego Boga, a Bóg nie może sobie sam zaprzeczać, to nie wolno interpretować Pisma jako zbioru sprzeczności, lecz należy je interpretować tak, aby wyszło na to, że te rozmaite księgi się wzajemnie wspierają i uzupełniają. Dlatego też werset z 1Kor 12;26, który nic nie mówi o jakiejkolwiek śmierci (w ogóle NT nie idzie dalej niż ekskomunika), uczyniono w ten nieuczciwy sposób wersetem uzasadniającym mord. To znaczenie wersetów ST nadało mu taki oto wyraz. Dokładnie tak, jak nadało go wersetowi Mt 18; 15 – 17 „jeśli brat twój grzeszy przeciw tobie (…) lecz jeśli nie usłucha kościoła, niechaj będzie dla ciebie niczym poganin i celnik”, cytowany Joannie przez tegoż dra Midi 18 kwietnia 1431 lub Jn 15;4 „gałąź nie może rodzić owocu sama z siebie, jeśli nie trwa w winnym krzewie” cytowany jej przy innej okazji. Zaden z tych wersetów nie mówi nic o konieczności mordu… Sądy inkwizycyjne działały „według Prawa Bożego, jak wyłożonego w Prawie Kanonicznym i Cywilnym…” – to cytat już z pierwszego zdania aktu oskarżenia w tymże procesie Joanny d’Arc, o którym wspomniałeś. A to bazowane było na Piśmie Swiętym obejmującym zarówno Stary jak i Nowy Testament. Z obu tych testamentów tylko ten pierwszy zawiera nakazy zabijania za wiarę… Te interpretacje, które miały za zadanie “pogodzić” obydwa “Testamenty” jako wzajemnie uzupełniające się, doprowadziły do takiego zatrucia przesłania Nowego Testamentu, że już potem nawet nie trzeba było trudzić się z cytowaniem “ST”, gdy przychodziło do zamordowania kolejnego “heretyka”. Przeczytałem całość protokołów procesu skazującego Joannę d’Arc i nie dostrzegłem tam ani jednego cytatu z “ST” (no, chyba, że jakiś pojedynczy umknął mojej uwadze, choć nie sądzę…). A jednak wyrok skazujący był całkowicie starotestamentowy…
Wzywasz mnie do pokazania Ci religii, której wyznawcy „nigdy nie dopuścili się przelewania krwi” , bo tylko w ten sposób mogę Cię przekonać do słuszności tego, co piszę o wpływie ST na historię kościoła. Stawiasz tak sprawę w sposób mało uczciwy, bo dobrze wiesz, że nie ma takiej religii, gdzie nikt i nigdy nikogo nie zabił. Rzecz nie w tym, czy „nikt nigdy”, lecz raczej w masowości takiego zjawiska zabijania z powodów doktrynalnych.
J Ja mam pytanie czy – skadinąd niewątpliwy – starotestamentowy charakter, który zachował Kościół jako taki, to rzeczywiście coś złego. Mozna do tego podejść również tak, jak podchodzi znany autor:
“Kościół historyczny, według mnie, jest instytucją starotestamentową: to znaczy, Kościół w swojej egzystencji empirycznej jest Starym Testamentem. W dalszym ciągu jest synagogą, ale synagoga jest konieczna, aby pojawił się Chrystus, więc taki Kościół musi istnieć, jest rzeczą konieczną. Bywają w działaniach Kościoła, w akcjach Kościoła, czy to liturgicznych czy innych – charyzmatycznych, momenty, kiedy ta determinacja empirycznej rzeczywistości, w której Kościół istnieje, została przezwyciężona i wtedy tam się pojawia Nowy Testament. Tym złem, które jest w Kościele, nie trzeba się ani tak strasznie gorszyć, ani go tak strasznie krytykować. W gruncie rzeczy, czym Kościół gorszy tym lepiej, bo tym więcej jest Chrystusa w tym Kościele. Kościół, który byłby doskonały, nie miałby miejsca dla Chrystusa.”
M No to niewiele ma ten autor do powiedzenia: “im gorzej, tym lepiej”… Równie dobrze można byłoby przecież powiedzieć, że im kościół doskonalszy, tym więcej Christosa, a im gorszy, tym go tam mniej. Wychodzi na to, że najlepszym był kościół „świętej” inkwizycji, kościół mordujący gnostyków, Hypatię, katarów… No, chyba żeby w takim wypadku tę Hypatię i tych katarów uznać za Christosa, a papieża za Piłata albo szefa sanhedrynu…
Ale to nie uzasadnia w żaden sposób obecności „ST” w naszym kanonie. Zło jest w samym życiu, nie trzeba go aż reklamować pismami świętymi. Posuwasz się do twierdzenia, że nie-chrześcijanami są ci, co pragną usunięcia niechrześcijańskich pism z chrześcijańskiej Biblii… Czy ty żartujesz, czy naprawdę lubisz stawiać rzeczy na głowie?
Spójrz tylko ile poza NT powstało pism chrześcijańskich w pierwszych wiekach naszej religii. My wciąż wiemy niewiele, bo nasi „liderzy ortodoksyjni” wpadli w amok niszczenia ich całymi wiekami. Ale to, czego już zdołaliśmy się dowiedzieć, świadczy, że w pierwszych 2 wiekach powstało tych dzieł wiele, a w trzech – cały ogrom. Powiedz mi ile z niekanonicznych dzieł chrześcijańskich sugeruje, że Christos „ciągle” i „bez przerwy” „cytował” z ST lub czynił doń „aluzje”? To były dzieła pisane głównie nie przez Zydów, ale innych ludzi: Greków, Koptów… Jeżeli wykazali się taką plejadą dzieł o Christosie, to znaczy, że ten człowiek był w stanie do nich „przemówić”. A charakter tych dzieł nie pozostawia żadnej wątpliwości co do tego, że to, czym on do nich przemówił, miało albo niewiele albo zgoła NIC wspólnego ze „Starym Testamentem”, lecz że ujęło ich ich w nim to, co było bardziej uniwersalne, co nie trzymało się kurczowo „opłotków” judaizmu. Iluż z tych ludzi, twoim zdaniem, obchodziły wszystkie te bzdury o tym, jak to np 300 Izraelitów „gromi” wrogą armię 135 tysięcy żołnierzy?
A może wyobrażasz sobie, że do Christosa byłyby w stanie tych „gojów” przyciągnąć rzężenia o tym, że Zydom nie wolno wchodzić z nimi w koligacje rodzinne ani nawet jeść przy wspólnym stole, bo tacy ci „goje” „nieczyści”? Sam chyba w to nie wierzysz?
Gdyby Christos pozostawał taki „starotestamentowy”, jak wy twierdzicie, to nigdy, przenigdy! nie stałby się fundamentem nowej religii, lecz pozostałby sobie po prostu kolejnym Zydem w ramach judaizmu i nikt nigdy nie zinterpretowałby go inaczej. Mógłby stać się może kimś w rodzaju legendarnego rabina Hillela albo – co najwyżej – kimś w rodzaju Jana Chrzciciela.
Czy będziesz więc dalej twierdził, że bez takiej ST-owskiej pisaniny nikt nie byłby w stanie zrozumieć albo docenić Christosa? Przecież ci tak zwani „poganie”, którzy się nawrócili na naszą religię, są sami w sobie niepodważalnym dowodem, że można zrozumieć chrześcijaństwo i docenić je bez wrzucania doń – niczym do worka bez dna – dosłownie wszelkiej literatury ST.
Tych ludzi tak samo cezarowie prześladowali i kazali mordować, jak i naszych proto-ortodoksów, bez czynienia między nimi żadnej różnicy.
J Uważam, że składanie wszystkiego (czy prawie wszystkiego) złego w Kościele na karb tradycji ST jest tezą karkołomną, którą najpierw należałoby udowodnić.
Osobiście nie widzę potrzeby dokonywania żadnych ‘cięć’ w katalogach pism świętych różnych religii. To byłaby jakaś cenzura, jakieś spychanie czegoś w podświadomość. Taka jest ta tradycja, w którą zostaliśmy wszczepieni nie na drodze więzów krwi, lecz przez osobę Jezusa. Jego przeszłość staje się w ten sposób naszą przeszłością. Widzę natomiast potrzebę stawiania wciąż na nowo pytania o to, co to znaczy, że jakieś pismo lub jakaś tradycja jest dla mnie święta, że – wsłuchując się w nią – odkrywam w niej głos Boga. Pismo święte, pismo natchnione przez Boga to nie musi być Pismo, na które wszyscy zbiorow reagujemy składając pobożnie rączki, chyląc czoła i z pokorą mówiąc, ze się z nim zgadzamy. To raczej Pismo, które nas ‘nie puszcza’, z którym pozostajemy w jakiejś interakcji, dzięki któremu coś odkrywamy: w sobie, wokół siebie. To Pismo, które coś w nas wyzwala. Z Tenach można polemizowac, z Bogiem można polemizowac. I tego uczy nas równiez tradycja Izraela!
Osobiście wydaje mi się, że nowe podejście do wybrania, które ukazywali np Rosenzweig, Buber, Levinas, w ramach którego wybór Izraela nie był przyznaniem żadnych przywilejów, lecz raczej stworzeniem pewnej `sytuacji laboratoryjnej`, w ramach której Bóg jakby ‘wypróbowywał’ przymierze, które w załozeniu ma objąć całą ludzkość, więcej – całe stworzenie
A poza tym: dlaczego mielibyśmy się pozbywać również tego, co jest w Starym Testamencie dobre i powszechnie akceptowane? To już więcej mielibyśmy nie mieć Psalmów? Już na zawsze mielibyśmy pozbawiać siebie Księgi Ruth? A co niby w tej księdze jest złego? Bo jeszcze rozumiem, że są nieraz „kwasy” z powodu Księgi Hioba, gdzie Bóg wydaje się komuś być jakimś zdeprawowanym manipulantem wystawiającym celowo swego wiernego sługę i wyznawcę na najgorsze zło… Choć przecież i ta Księga ma w sobie wiele dobra i jest w stanie skłonić do wielu cennych refleksji. Biblia hebrajska jest pełna różnorodności i nie wiem dlaczego mielibyśmy się jej pozbywać. W końcu nie wszystko i w Nowym Testamencie jest powszechnie akceptowane nawet przez samych chrześcijan, więc niby co mielibyśmy zrobić? Okroić nawet i Nowy Testament? To ile by nam zostało z Biblii?
I to jest kolejny problem, który chciałbym tu poruszyć: że jest z waszej strony tendencja, czasem wręcz znaczona fanatyzmem, ale tendencja mająca jedynie „destruktywny” charakter: wy najczęściej mówicie, że ST nie powinien się w Biblii znajdować, chcielibyście rościć sobie prawo do wyrzucania niemalże czego się da, ale tak niewiele jest u was wyartykułowanej chęci do zaprezentowania czegoś w zamian, na zasadzie: „usuwamy to a to, ale wzbogacamy tym a tym”. Ta jednostronność mnie tu wręcz przeraża. I to jednostronność podwójnego rodzaju: jednostronność negatywnej oceny Biblii hebrajskiej (gdy nie widzicie w niej – albo co gorsza: nie chcecie w niej widzieć!) dobrych stron, a jedynie same negatywne. A z drugiej strony jednostronność w postaci samej jedynie „selekcji negatywnej” typu „chcemy wyrzucać” przy braku jakiegoś konstruktywizmu.
A już wręcz paradoksalen w twoim podejściu jest to, że ty w swoim zapamiętaniu dostrzegasz i interpretujesz negatywnie Stary Testament tak, jak robili to owi brutalni inkwizytorzy kościelni…
M Przede wszystkim nikt nie przypisuje „Staremu Testamentowi” „winy za wszystko”. W końcu jeśli np dochodzi do skandali seksualnych wśród kleru, to nie mają one i nigdy nie miały nic wspólnego z tradycją hebrajską, bo kapłani żydowscy nie byli zobowiązani do celibatu. Chodzi nam po prostu o to, że te księgi zawierają treści nieakceptowalne i sprzeczne z chrześcijaństwem.
Nie podkreślałbym także możliwości „polemizowania z Bogiem”, gdyż ten, kto to robi, polemizuje w ten sposób głównie z… samym sobą…
Bardziej już interesowałyby mnie polemiki między ludźmi – także wyznawcami tej samej religii – a co do tego, to mamy tradycję pewnie znacznie bogatszą od szeregu innych. Zresztą sam przyznałeś, że nie wszystko w samym chrześcijańskim Nowym Testamencie jest powszechnie akceptowane przez nas – a co dopiero powiedzieć o chrześcijańskich pismach spoza NT? Mamy zatem na własnym „podwórku” wystarczająco dużo pism, które nas „nie puszczają”. Co do tak zwanego „Starego Testamentu”, to na dobrą sprawę jedyną kwestią, która mnie w odniesieniu doń „nie puszcza”, to skandal jego utrzymywania w naszym kanonie. Bo poza tym nie mam z nim wiele wspólnego…
Zupełnie natomiast nie znajduję bodaj cienia zasadności dla twojego – a nawet WASZEGO podejścia, bardzo zresztą schematycznego, typu: „nie chcemy się pozbywać!”; „co to: już nie będzie Hioba, Psalmów ani Ruth?!”; „po co ta cenzura?!”.
Zaraz, zaraz: od kiedy „cenzura”?! Usunięcie jakiejś księgi z naszego kanonu nie oznacza przecież ZAKAZU jej czytania ani umieszczenia jej na „index librorum prohibitorum”!
Oznacza jedynie surową przestrogę, że z pewnymi treściami nie mamy nic wspólnego.
Jeżeli w łonie samego judaizmu rabini chcą się zmagać z kwestiami typu: „czy wybranie nas przez Boga jest zaczątkiem wyboru całej ludzkości?”, to jest to ich sprawa. My nie mamy takiego problemu, bo my nie uznajemy – i NIGDY nie uznawaliśmy i nie stworzyliśmy sobie! – tezy o jakimkolwiek „narodzie wybranym”, gdyż po pierwsze nie nosimy w sobie dumy bycia faworyzowanymi przez Boga w jakikolwiek sposób ponad jakiekolwiek narody Ziemi, a po drugie o jakie „wybranie” miałoby chodzić? O „wybranie” DO CZEGO ?
I czy Bóg potrzebuje aż „poletka doświadczalnego”? PO CO ? Czego tak rozumiany „Bóg” pragnie się o nas „dowiedzieć”, ten „wszechwiedzący”, że musi na nas najpierw „eksperymentować”, jakby był niedouczonym nowicjuszem? Pewna tradycja ma zatem problem, bo stworzyła tysiące lat temu niemalże „dogmat” o swoim własnym „wybraniu” i teraz, po tylu stuleciach sąsiedztwa z innymi – w tym przede wszystkim sąsiedztwa z bardziej uniwersalnym chrześcijaństwem – czuje potrzebę przedefiniowania tego swoistego „dogmatu”. Nie chcąc się jednak tak całkowicie z nim rozstawać, wymyśla coraz to nowe interpretacje, jedną niedorzeczniejszą od drugiej.
Tak, koncentrujemy się w tej dyskusji na negatywach. Uważamy bowiem, że usuwać należy to, co negatywne. Nie będziemy się przecież upierać przy pozbywaniu się rzeczy pozytywnych…
Masz jednak rację, że stanowczo zbyt rzadko pojawia się konstruktywizm. Teraz więc postaram się o skrótowe dopowiedzenie rzeczy, które nie zostały dopowiedziane do końca do tej pory:
Są dwa powody, dla których jestem przeciwnikiem obecności przynajmniej części „ST” w kanonie chrześcijańskim: skrypturalny i moralny. Ten pierwszy zakłada, że w zasadzie kanon chrześcijański winny tworzyć wyłącznie pisma autorstwa chrześcijańskiego, obojętnie kto był ich autorem i jakim pochodzeniem się legitymował. Stąd koncepcja Kanonu Zasadniczego i Kanonu Uzupełniającego, którą wyjaśnię za moment. Oczywiście warunkiem „żelaznym”, który spełniać miałoby dzieło tam kwalifikowane, jest całkowita zgodność treści takiego dzieła z nauczaniem chrześcijańskim. Nie do przyjęcia jest, by znalazły się tam nakazy takie, jak te wspomniane w moim komentarzu wyżej o tych, którzy są „nieczyści” z tego jedynie powodu, bo nie są Zydami… Nie wiem, dlaczego to takie trudne do zrozumienia.
Ten drugi, będący jedynie moralnym powodem, jest bardziej otwarty dla dzieł przedchrześcijańskich sugerujących logiczne następstwo chrześcijaństwa. Oczywiście, że tu też te negatywne „okazy” pisaniny „starotestamentowej” nie miałyby większego prawa „wstępu” niż miałby np brudny wieprz do sali operacyjnej… Ale Kanon Wstępny, będący preludium do obydwu pozostałych, dopuszczałby, jak to zaznaczyłem, część dzieł „ST”.
I to jest wszystko, o co chodzi.
Wspomniałeś, że mój sposób interpretowania „ST” (a mowa jest oczywiście o tych jego negatywnych segmentach), jest paralelny z tym, jakiego użyli nasi „Richter und Henker” („sędziowie i kaci”) z niegdysiejszej kościelnej elity. Tak, ten sposób jest paralelny – do pewnego stopnia jedynie, rzecz jasna – bo ja jestem przeciw tym segmentom „ST” z tego samego powodu, dla którego oni byli”za”…
Ale czy nie przyszło Ci w związku z tym na myśl, że jeżeli aż tylu owych „Richter und Henker” tak rozumiało ów „ST”, to znaczy, że rzeczywiście istnieje dobry powód, dla którego te pisma nigdy nie powinny się były w kanonie znaleźć?
Mnie przyszło i trudno się chyba dziwić…
Ale do rzeczy:
Idealnym rozwiązaniem byłoby stworzenie kanonu tylko i wyłącznie z dzieł autorstwa chrześcijańskiego – tak jak judaiści mają u siebie tylko dzieła autorstwa samych judaistów, a muzułmanie tylko dzieła islamskie.
Jednak aby podkreślić, że chrześcijaństwo istotnie czerpało ze źródeł wcześniejszych, możnaby stworzyć trzy segmenty kanonu: Kanon Wstępny, Kanon Zasadniczy i Kanon Uzupełniający. Ten pierwszy obejmowałby np te pisma ST, które są w NT cytowane wprost (bo takie są, choć jest ich cytowanych niewiele, niektóre jednak regularnie), a oprócz tego pisma Platona czy Plutarcha (oraz inne, nie zamierzam tu czynić pełnej listy, która zresztą nie byłaby zbyt długa.).
Kanon Zasadniczy natomiast podzielony byłby na kilka mniejszych segmentów:
1. Ewangelie. Tam byłyby wszystkie kanoniczne oraz kilka niekanonicznych (jak Tomasza, Filipa, Marii Magdaleny, Prawdy, tak nawet mogłaby być i Judasza, choć tu bym się dłużej zastanawiał).
2. Listy Apostolskie. Tutaj – znowu, tak jak z ewangeliami – włącznoe byłyby wszystkie te, które są już w NT, a oprócz tego szereg innych jak np listy Ignacego z Antiochii czy choćby „Didache”.
3. Dzieje Apostolskie. Czyli Księga Dziejów Apostolskich (czyli „Praxeis”) oraz np Dzieje Pawła.
4. Literatura Apokalipsy. Czyli ta „Apokalipsa Ioannen”, która jest w NT, a oprócz tego np Apokalipsa Piotra oraz tekst, który ja znam jedynie pod angielskim tytułem „The Apocalypse of The Great Power” (nie wiem, czy w polskim jest znana pod podobnym tytułem, ale ja całą Biblię i apokryfa czytałem nie po polsku, tylko po angielsku…).
Zaś Kanon Uzupełniający składałby się z innych jeszcze dzieł, mógłby tam być np „Pasterz” Hermasa, „The Sophia of Jesus Christ” i szereg innych, też nie zamierzam tu teraz spisywać pełnej listy.
Taki kanon na pewno też bardziej oddawałby wielość poglądów itniejących we wczesnym kościele chrześcijańskim niż kanon obecny.
Ale te powyższe punkty to jedynie wskazówka, że możliwości pod tym względem są naprawdę ogromne, że nie jest tak, że tylko albo NT albo ST i NT.
J No, to dopiero by się zrobił bałagan! Jakby nie dość już było, że chrześcijanie dzielą się na tysiące kościołów i sekt z mniejszych nieraz powodów niż skład Biblii… Masz choćby lefebrystów, którzy nie akceptują II Vaticanum ani nawet tego, że msza jest w językach narodowych zamiast po łacinie. Wyobrażasz sobie, co by się działo, gdyby teraz ktokolwiek, niechby i papież osobiście wraz z Billym Grahamem czy patriarchami Moskwy, Konstantynopola i Jerozolimy nagle ogłosili odrzucenie Starego Testamentu?! Podziałom w ogóle nie byłoby już końca! Bo dla wielu chrześcijan jest to po prostu rzeczą nie do pomyślenia, by odciąć się od tej biblijnej tradycji. Bowiem czegokolwiek byś jeszcze nie powiedział, Jezus żył tradycją Biblii Hebrajskiej, stąd też to określenie „wcielony Midrasz” lub „żywy Midrasz”, jakie nieraz jest używane wobec niego. Jest zresztą na ogół przyjęte obecnie w kościołach chrześcijańskich rozmaitych denominacji, że jeżeli Jezus urodził się wśród Zydów i w ich tradycji judaistycznej, to stało się tak z określonego powodu, czyli: że sam Bóg umiejscowił go w tej tradycji dla konkretnego powodu, gdyż Bóg niczego nie czyni bez powodu.
M
No, to jeżeli umieścił on Buddę pośród Hindusów, to dla jakiego powodu? Czy dlatego, by wskazać na hinduizm jako na źródło „historii zbawienia”?
No, dobrze: to czemu nie przyjrzysz się bliżej temu środowisku, w którym „Bóg umiejscowił” Christosa? Istniały żywe kontakty kultury żydowskiej i innymi kulturami. Pod wpływem Babilonii wielu Żydów zajmowało się np. astrologią i niektórzy żydowscy historycy posuwali się nawet do stwierdzeń (Józef Flawiusz, Filon czy Aristobulus), że to Żydzi stworzyli tę dziedzinę (!). Wykopaliska archeologiczne w obecnym Izraelu dowodzą, że Zydzi już nawet szereg wieków po Mojżeszu czcili rozmaitych bogów (nie tylko „Jahwego”!), w ruinach ich domostw są znajdywane figurki tych rozmaitych bogów…
Tradycje duchowe były czerpane od „pogan”, jak właśnie wspomniany wcześniej tutaj koncept „nieśmiertelnej duszy”, którego na próżno by szukać w najstarszych pismach Starego Testamentu, a który pojawia się tam dopiero począwszy od Księgi Daniela. Kultura żydowska, a to dotyczy jak najbardziej również religii, rozwijała sią normalnie w licznych kontaktach z sąsiadami. Nie brakło żydowskich gnostyków, nie brakło interpretowania Jahwego na iście „dionizyjski” sposób. Nie tylko zresztą interpretowania, bo forma obrzędu też niejednokrotnie przypominała „pogańską”. W swych „Historiach” Tacyt pisze między innymi:
„Fakt, że żydowscy kapłani wykonywali swe śpiewy przy dźwiękach fletów i bębnów ukoronowani bluszczem oraz że w świątyni znaleziono złotą winorośl, przywiódł niektórych do wniosku, że wielbili oni Libera” (Liber to rzymska „odmiana” boga Dionizusa).
W promieniu 25 km od Nazaretu, gdzie żyć miał Pomazaniec, było 12 miast i miasteczek greckich, w tym najbliższe, Sephoris (o ledwie kilka kilometrów) oraz największe, Kaisarea Filippi (Cezarea). Inne niedalekie miasto, Gadara, miało swego czasu szkołę filozofii „pogańskiej”. Z Gadary wywodziło się kilku znanych pisarzy i filozofów greckich, jak Meleager, Mennipus czy Filodemus. W położonym nieopodal Scythopolis było centrum mistycznego kultu dionizyjskiego. W Betlejem (tak jest: w tym Betlejem!) istniała grota oraz gaj, oba poświęcone bogu Dionizusowi, którego alegoryczna historia powtórzona została w chrześcijańskich podaniach o Chrystusie.
To w takim właśnie środowisku i w takim, zróżnicowanym judaizmie przyszedł na świat Jezus z Nazaretu.
Tymczasem wy, judaizerzy, tak jak schematycznie traktujecie odrzucenie jakiejś księgi „ST” niemal jako „zakaz” czy „odcięcie od korzeni”, tak też – równie schematyczne – czynicie tak, jakby ludzie tacy jak Christos czy Paweł z Tarsu w całym swoim życiu o niczym innym nie mieli pojęcia, niczego innego nie znali i niczego innego nie czytali jak tylko stale i wciąż „Stary Testament”, dlatego rzekomo tylko z tej jednej tradycji czerpali. Jasne, że gdy Christos rozmawiał z Zydami (a rozmawiał głównie z nimi), to odwoływał się do tego, ci ci Zydzi myśleli i jak byli wychowywani. Paweł, który obracał się głównie wśród nie-Zydów, stosował rozmaite tradycje, by uczyć o Christosie, a prawo t.zw. „Starego Testamentu” w końcu całkowicie i nieodwołalnie odrzucił… i nie on jeden zresztą…
Jeżeli wziąć zaś pod uwagę rozmaite formy wyrazu stosowane przez Christosa, w tym owe greckie „chreiai”, to miałbyś coś przeciw nazwaniu go również „żywą chreią” albo „żywą przypowieścią” lub „żywą alegorią”?
J Może nawet i nie, choć mogłyby one sugerować – zwłaszcza ta ostatna – że nie był on niczym więcej niż alegorią, jeśli nie, że wręcz nie istniał naprawdę…
M Chyba nie bardziej jednak niż nazwanie go „żywym midraszem” mogłoby sugerować, że był jedynie „gatunkiem literackim”?
J No cóż…
M Wracając zaś do głównego wątku: nie, nie pragniemy w żadnym razie narzucać wyrzucenia „ST” z kanonu. Na obecnym etapie chodziłoby raczej o dyskusję wśród chrześcijan na ten temat. Zwłaszcza, że ten „ST” jest do pewnego sopnia już „odrzucany” i to nawet przez t.zw. „Bible Christians”. Spójrz choćby na posiadane i czytane przez nich egzemplarze Biblii: jak łatwo nawet po stopniu zabrudzenia stron, widoczne już od zewnątrz, gdy Biblia jest zamknięta, poznać którą jej część oni czytają regularnie, a którą pozostawiają „czystą” i nieskazitelną niczym dopiero co wyciągniętą spod prasy drukarskiej…
J Ale to nie znaczy, że trzeba od razu odrzucać tę nieczytaną część! Zresztą, tak na zakończenie już, dodam jeszcze, że wspomniane przez nas tutaj zbrodnie kościoła chrześcijańskiego miały miejsce wieki temu i kościół już takich rzeczy nie czyni…
A zatem wystrzeganie się Starego Testamentu, jeżeli już mielibyśmy uznać je za uzasadnione – a tę uwagę czynię tu jedynie dla celów tej rozmowy – mogło mieć uzasadnienie wówczas, gdy te bandyckie zbrodnie popełniano albo i jeszcze wcześniej, by im zapobiec. Jednak nie teraz, post factum. Jaką korzyść miałoby to mieć obecnie?
M Czyli że mielibyśmy zostawić te księgi w kanonie na zasadzie „martwej ręki” skoro mordy nie są już przez kościół popełniane? Zresztą nie jestem wcale pewien, czy ta „ręka” jest istotnie tak „martwa”, czy też jedynie znajduje się ona w „głębokim śnie”…
Tak, to oczywiste, że po mniej więcej 15 wiekach stawania się potworem, nawet ślepiec zauważyłby, że „nie tędy droga”. I prawdą jest, że lepiej byłoby zapobiec włączeniu „ST” do naszego kanonu zanim do tych wszystkich nieszczęść doszło. Na tym między innymi polega wielkość Marcjona, że był przeciwnikiem tych pism. On nie mógł zapewne przewidzieć tego, do czego miało później dojść. Ale ostrzegał przed tą Biblią hebrajską już w II wieku n.e. i to właśnie ze względu na zawarte w niej barbarzyństwo. Był on pod wpływem tego, co wiedział o św. Pawle z Tarsu. I wielką szkodą stało się to, że późniejsi liderzy kościoła w większym stopniu nie skorzystali z doświadczenia Pawła i wniosków Marcjona. Bo kimże był ten Paweł, jeśli nie zbrodniarzem we własnej osobie? Zabójcą, zwykłym mordercą – ba, nawet więcej niż „zwykłym mordercą” – NT przedstawia go w pewnem momencie jako wręcz herszta całej szajki takich zabójców.
Dużo mówi się o tym, jak mu się „Jezus objawił”, ale czy zastanawiano się dostatecznie długo nad tym, że wielką rolę mogły odegrać u niego zwykłe wyrzuty sumienia? Tak czy owak: Paweł z całą pewnością był człowiekiem, który osobiście – czyli lepiej jeszcze niż Marcjon – poznał czym kończy się akceptacja pewnych tekstów i „nakazów bożych”. I to przekonał się w ciągu jednego pokolenia: swojego własnego.
Ze też nasi biskupi nie wyciągnęli z tego należytych wniosków! Ani też nie dość dobrze zrozumieli jego sytuację. Taką, w której mogli wyobrazić sobie samych siebie lub swoich następców, którzy już wkrótce robili z innowiercami i innymi chrześcijanami plus minus to samo, co niegdyś Paweł (jeszcze jako „Szaweł”) robił z chrześcijanami… Jeżeli jednak istotnie potrafili to w swojej wyobraźni odmalować dość obrazowo, to podejrzewam, że taki „obrazek” musiał im chyba istotnie przypaść do gustu…
A obecnie? Sam jesteś nieraz świadkiem, jak „wspólne dziedzictwo” w postaci ST wykorzystywane jest dla celów politycznych, dla uzasadnienia zbrodni syjonistycznych na Bliskim Wschodzie. Ten niegdysiejszy Izrael staro-testamentowy utożsamiany jest z obecnym Izraelem, z ludźmi pokroju B. Netanyahu czy Tzipi Livni. „Przodują” w takich interpretacjach żarliwi „Bible Christians”. Jak informują niektórzy autorzy, chrześcijanie zachodni zagadywani bywają nieraz przez syjonistów w Izraelu o to, czy wierzą, że Biblia jest słowem bożym. Gdy ci odpowiadają, że tak, przebieg rozmowy wygląda mniej więcej następująco:
Izraelski Zyd: “Jesteś chrześcijaninem, prawda?”
Amerykanin: “Tak”
Izraelski Zyd: “Wierzysz w Biblię?”
Amerykanin: “Tak”
Izraelski Zyd: “No dobrze, wiesz zatem, że Bóg nakazał starożytnym Izraelitom zetrzeć gojów ze świętej ziemi Izraela. Jeśli było to słuszne wtedy, to dlaczego nie może być słuszne teraz?”
Jak widać, przejęcie ST przyniosło nie tylko zło w przeszłości. Bowiem i obecnie próbuje się go użyć wręcz jako oręż przeciwko nam.
A spójrzmy na to, jak to jego dziedzictwo nieraz odbija się swoistą „czkawką” u samych Zydów:
“Musimy uznać, że krew żydowska i krew goja to nie jedno i to samo” (rabin Yitzhak Ginsburg, New York Times, 6 czerwca 1989; również „Jerusalem Post”, 19 czerwca 1989)
Inny rabin, Menachem Mendel Schneerson, wśród swych stwierdzeń na temat Zydów i gojów (wydane zostały drukiem w Izraelu jako “Gatherings of Conversations” w 1965 roku) ma takie wykwity myśli jak te następujące:
“Tak więc nie mamy tu przypadku zmiany, w której osoba jest jedynie na wyższym poziomie. Raczej mamy do czynienia ze zróżnicowaniem pomiędzy zupełnie odmiennymi gatunkami. To jest właśnie to, co należy powiedzieć o ciele: ciało osoby żydowskiej jest całkowicie innej jakości niż ciało ludzi wszystkich narodów świata”…I dalej:
“Większa nawet różnica istnieje w odniesieniu do duszy. Istnieją dwa przeciwstawne typy duszy, nieżydowska dusza pochodzi z trzech sfer szatańskich, podczas gdy dusza żydowska wyrasta ze świętości”
Dobre, co? Ale kontynuujmy wraz z rabinem Schneersonem:
“Pytamy przeto: dlaczego nie-Zyd winien być karany, jeśli zabije on nawet nieżydowskiego embriona, gdy Zyd nie powinien być karany, nawet jeśli zabije embriona żydowskiego? Odpowiedź na to winna być rozumiana przez pryzmat generalnej różnicy między Zydami i nie-Zydami. Zyd nie został stworzony jako środek dla jakiegokolwiek innego celu; on sam jest celem, odkąd substancja wszystkich emanacji została stworzona jedynie, aby służyć Zydom. „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Gen 1:1) znaczy, że były one stworzone dla Zydów, którzy zwani są „początkiem”. Znaczy to, że wszystko, cały rozwój, wszelkie odkrycia, włączając “niebo i ziemię” – są marnością wobec Zydów. Ważną rzeczą są Zydzi, gdyż oni nie istnieją dla jakiegokolwiek innego celu; oni sami są boskim celem”.
Zdaję sobie sprawę, że powyższe nie odzwierciedla opinii wsystkich Zydów. Odnotowuję tego rodzaju „geniusz” bez satysfakcji. Bo u nas była całe stulecia temu „inkwizycja” i mordy z nią związane, przy wymyślnych metodach egzekucji, jak palenie żywcem albo gotowanie (też żywcem!) we wrzącym oleju z terpentyną… Ale cóż: jeżeli raz wkroczyło się na drogę błędu i szaleństwa, i jeżeli odmawia się uparcie odrzucenia poręczy, na której owo szaleństwo się wspiera, to będzie się kroczyło nadal drogą tego szaleństwa… I inkwizycja i żydowski Talmud, są swoistym rodzeństwem. Mają co prawda dwie różne matki – bo Talmud jest, by tak rzec, „z matki Zydówki”, gdy zaś inkwizycja była z „Matki Kościoła”, ale oboje mają wspólnego „ojca”: „Stary Testament”…
I jeszcze jedna uwaga, na sam koniec: Przecież wszyscy chrześcijanie – bez względu na to, co myślą o „ST” – zgadzają się, że są w nim treści i regulacje nie do zaakceptowania. Zatem tacy obrońcy obecności ST w naszej Biblii nie powinni czynić żadnych „wstrętów” z tego powodu, że my z naszej strony nie akceptujemy również i tych ksiąg, które owe treści i regulacje zawierają.
A co do wspomnianego zarzucania nam „niechrześcijaństwa” dlatego, że nie akceptujemy niechrześcijańskich ksiąg w Biblii, to niechaj nasi krytycy się lepiej zastanowią nad tym swoim posądzeniem i argumentem. Bo jeżeli tak łatwo przychodzi im tego rodzaju podsumowanie nas, to o ileż łatwiejsze byłoby dla nas oskarżenie ich samych o „niechrześcijaństwo” skoro to oni właśnie są tymi, co tak bronią niechrześcijańskich pism stanowiących 80% chrześcijańskiej Biblii…
Proszę cię, pomyśl o tym…
J Tak z czystej ciekawości, na marginesie niejako: nieco wcześniej wspomniałem uniwersalistycznych autorów judaistycznych jak Buber czy Levinas. Zdziwiła mnie twoja odpowiedź wówczas (choć, kto wie, może nie powinna w tych okolicznościach…). Dlatego zapytam wprost: dlaczego zniżasz się do opluwania religii judaistycznej? Przyznasz chyba jednak, być może nie od razu, ale po ochłonięciu i chwili zastanowienia, że nazywanie współczesnych interpretacji judaistycznych mianem „jedna bardziej niedorzeczna od drugiej” kryje w sobie rodzaj pogardy, której niby to jesteś przeciwnikiem jako przeciwnik Starego Testamentu? Czy byłbyś tak „łaskaw” wyjaśnić mi dlaczego akurat te interpretacje żydowskie, które są tak otwarte również na nas, traktujesz z takim nieskrywanym lekceważeniem?
M Rozumiem twoje pytanie, dlatego natychmiast odpowiadam. Bo te stare interpretacje miały w sobie więcej logiki. Zydzi przed kilkoma tysiącami lat nie wiedzieli o świecie. Nie znali nawet jednego całego kontynentu. Znali tylko pewien region świata. Znali ludy, z którymi handlowali, z którymi raz to walczyli, to znowu zawierali pokój. Wszechświat był im nieznany zupełnie. Dla nich istniała pewna tylko rzeczywistość: żyli, starali się przetrwać, walczyli zatem. Mieli swego boga – tak jak miały takich bogów inne ludy. I ten bóg im „obiecał”, że wybrawszy ich, będzie ich wspierał przeciw innym, że im da ziemię wydartą z rąk innych ludów, by mogli na niej żyć. Za to żądał posłuszeństwa dla swych przykazań i surowo zabronił czczenia innych bogów. To miało sens, bo odkąd rozmaite ludy miały rozmaitych bogów, to czczenie boga innego ludu można było, od biedy, zaliczyć do swego rodzaju zdrady… Była to barbarzyńska logika, ale jednak logika.
A teraz: sam powiedz, do czego ten „bóg” miałby „wybrać” całą ludzkość po tysiącach lat „eksperymentowania” na „poletku” żydowskim? Oto jest ten wszechświat, składający się z nie wiadomo ilu jeszcze układów słonecznych, z niewiadomo jak wielkiej i „nieskończonej” przestrzeni, z nie wiadomo jakiego ogromu planet i innych ciał niebieskich. I oto na jednej takiej malutkiej „kuleczce” zwanej „Ziemią” jest sobie jakaś ludzkość. Teraz ma ona kilka miliardów istnień, ale ile ich miała w czasie, gdy pisano „Stary Testament”? Kilkanaście milionów? Dwadzieścia milionów? Trzydzieści?
I oto ten „wszechwiedzący” „bóg” pośród tego ogromu stworzenia, musi, w tej małej jego cząstce, zwanej „ludzkością” jeszcze sobie „wybrać” ileś tysięcy ludzi i ich to specjalnie „umiłować” ponad wszystkich innych. I przez całe tysiące lat musi „eksperymentować”… Przyznam się, że dziwię się w ogóle twojemu pytaniu, gdy ogrom nonsensu takiego „wyboru” wprost kłuje po oczach niczym rozpalona igła…
Lepiej po prostu spojrzeć prawdzie w oczy i uznać, że:
1. nie ma – i nigdy nie było – jakiegokolwiek „narodu wybranego”. Co oznacza, że w związku z tym:
2. nie ma – i nigdy nie było - jakiegokolwiek „poletka doświadczalnego” dla „Pana Boga”. Tak, to prawda, istnieją liczne religie na świecie i każdą z nich można uznać za swoiste „poletko doświadczalne”, na którym można eksperymentować. Ale to nie Bóg eksperymentuje, lecz sama ludzkość.
Nie wątpię, że wśród współczesnych teologów żydowskich są także szlachetni ludzie. Sądzę jednak, że próbując uniwersalizować to, co nie jest uniwersalne – ba jest nawet nie-uniwersalizowalne, tracą oni cenny czas. Coraz bardziej jasne staje się, że wszelkie teorie o „narodach wybranych” dochodzą powoli do kresu swego istnienia. Sam fakt, że ktoś takie teorie próbuje „uniwersalizować” jest również tego ewidencją. Bo świadczy on także o tym, że i sami „reformatorzy” tego dawnego, barbarzyńskiego mitu, dostrzegają, że nie da się go na dłuższą metę utrzymać. Dlatego nie bez powodu zadałem ci wcześniej pytanie jakim „powodem” kierował się twoim zdaniem Bóg, umieszczając Buddę pośród Hindusów? A jaki był „boski zamysł” w tym, że Mahomet urodził się pośród Arabów? A Manicheusz pośród Persów? A Marcjon wśród Greków? A może był „szczególny powód boski”, dla którego Marcin Luter wyrósł z narodu niemieckiego? W jakiej roli stawiałoby to wobec ludzkości naród niemiecki? Jaką misję dziejową mają – według „boga” odegrać Arabowie? Albo Hindusi? Dlaczego urodzenie się Hindusem albo Niemcem miałoby „w oczach boga” oznaczać mniej niż urodzenie się Zydem?
Czy teraz wreszcie dostrzegasz bezsens, ten prymitywny bezsens niewolenia własnego umysłu tezami o jakimś „narodzie wybranym”? Czy też potrzebujesz jeszcze trochę czasu, by bezsens ten sobie dopiero w pełni uświadomić?
Patrz także:
“Christos: “utrwalacz” czy “rozwalacz” prawa żydowskiego?”
Continue Reading »Gnostyk i chrześcijanin – część 2
Gnostyk i chrześcijanin – część 2: tym razem polemicznie
W swoim komentarzu do artykułu „Chrześcijaństwo gnostyczne?” zapewniłem jego autora, Pana Romana Zająca, że mi się jego tekst spodobał. Nie oznacza to oczywiście, że zgadzam się ze wszystkimi prezentowanymi tam opiniami, zwłaszcza z tymi, które nie są jego własnego autorstwa. Chociaż zatem niniejszy tekst zwraca się do mego Vis-a-vis niejednokrotnie, to nie powstał on jako wyłączna polemika z jego poglądami, lecz raczej jako zbiór „luźnych” uwag polemicznych pisanych przez „szeregowego członka kościoła”. „Luźnych”, ale popartych faktami i dokumentami.
Tekst ten można czytać jako jedną całość. Można też zasadniczą część czytać osobno i osobno czytać przypisy zajmujące niemal połowę całości.
Wspólny gmach…
A zatem zacznijmy od początku, czyli od pytania, które Pan Roman Zając postawił, czy istnieje (między nim a mną) wspólna płaszczyzna dyskusji.
Ależ Panie Romanie: napisał Pan polemikę na cztery i pół tysiąca słów, co dowodzi samo w sobie, że taka płaszczyzna rzeczywiście istnieje. I jeśli się bliżej przyjrzeć, to jest ona znacznie szersza i solidniejsza niż wynikałoby to z Pańskich własnych deklaracji zawartych w owych kilku tysiącach słów.
W pierwszej części artykułu „Gnostyk i chrześcijanin” powołałem się na pewien serbski dowcip, podkreślając przy tym, że ci, których on dotyczy (Serbowie i Chorwaci) mówią tym samym językiem. My też mówimy tym samym językiem (religijnym), używamy podobnych i takich samych pojęć (Christos, zmartwychwstanie, życie wieczne, zbawienie, eklezja, eucharystia, Logos, Syn Boży, Bóg Ojciec, Duch Święty itd, korzystamy poza tym z tych samych pism znanych z tradycji), i właśnie posługiwanie się tym samym zespołem pojęć tworzy ową podstawę, nawet jeśli to prawda, że rozmaicie owe pojęcia rozumiemy. Ba, nasze dyskusje tym bardziej są interesujące im bardziej różnimy się w definiowaniu tychże pojęć. Przychodzi mi tu na myśl pewna telewizyjna wypowiedź jednego z tutejszych (Australia) muzułmanów, który mówił wszystkiego zaledwie około 30 sekund, ale szereg razy zdążył w tym czasie przytoczyć pewne arabskie pojęcia z Koranu. Niewielu zatem było w stanie tak naprawdę powiedzieć o czym ten muzułmanin na dobrą sprawę mówił. Ale nawet gdyby i te pojęcia podał wyłącznie po angielsku, to i tak nieislamskim telewidzom należałyby się zapewne gęste wyjaśnienia o co w nich chodzi.
A my, chrześcijanie? Wystarczy, że ktoś publicznie użyje n.p. pojęcia “Duch Święty”, a nie ma takiego ‘christianosa’ od starokatolika i kopta aż po chrystadelfianina i mormona, któryby tego pojęcia nie rozumiał. Nawet jeśli istnieją znaczne różnice w definiowaniu owego Ducha, to i tak esencja tego, o co w tym pojęciu może chodzić, jest z łatwością wyczuwana przez naszych koreligionistów.
To samo dotyczy Eucharystii: rozumienie jej rozciąga się od „symbolu” poprzez „obecność duchową”, „katalizator” (to ostatnie jest moim rozumieniem) aż do „realnej obecności”, która ma miejsce w wyniku „transsubstancjacji”.
Karczemne nieraz polemiki mają miejsce między chrześcijanami o „właściwe rozumienie” tego sakramentu i po dziś istnieje w związku z tym swego rodzaju „ekskluzywizm eucharystyczny” czy „eucharystyczny apartheid”. Ale jedno jest pewne: esencja tego pojęcia eucharystii czy komunii świętej jest w mig łapana przez każdego chrześcijanina bez względu na denominację i opcję. A na przykład hinduiście to by dopiero trzeba gęsto tłumaczyć (i to niekoniecznie z powodzeniem…) o co właściwie w tym wszystkim chodzi (niemal jako humorystyczny akcent ilustrujący może tu służyć scena z filmu „Gandhi”, w której pewien Hindus mówi chrześcijańskiemu duchownemu: „Znam pewną chrześcijankę. Ona pije krew. Krew Chrystusa…”).
Ta wspólnota pojęciowa zatem tworzy owo chrześcijaństwo, o które tu chodzi. Stąd też to właśnie ów system pojęć stanowi tę jedyną granicę teologiczną, za którą znajdują się inne religie. I to po tych pojęciach najłatwiej nas rozpoznać. Łatwiej niż po jakiejkolwiek konkretnej teologii.
To prawda, te bardzo szeroko rozciągnięte granice teologiczne nie są czymś, z czym każdy mógłby się utożsamiać. W końcu nie każdy potrafi się identyfikować dosłownie ze wszystkim, co się w nich mieści. Ale jeśli dwóch różnych chrześcijan znajdzie się wśród muzułmanów lub ateistów, to szybko się „zwąchają” i nie będzie grało dla nich roli to, że u siebie (czyli wśród chrześcijan) jeden z nich jest psem, a drugi kotem (specjalnie robię tu aluzję do pierwszej części artykułu).
To jest m.in. powodem, dla którego w krajach o mieszanych religiach lub krajach bardziej zsekularyzowanych mniejszą rolę ma to, do którego kościoła się należy lub jak się wierzy. Gdy przychodzi do rzeczy najważniejszych, to intuicyjnie potrafimy wyczuć co jest najważniejsze. I nieodmiennie okazuje się, że to jednak nie dogmat, eucharystyczny apartheid czy sposób rozumienia zmartwychwstania, lecz to, co w naszym, praktycznym ludzkim życiu się za tymi pojęciami ukrywa. Wtedy okazuje się, że wiara i możliwość rozumienia ważniejsze są niż dogmat.
…z osobnymi komnatami
Zrozumiałe jest, że wewnątrz Wielkiego Chrześcijaństwa poszczególni wyznawcy i całe wspólnoty i kościoły pragną nieco szczelniejszych granic i mocniejszych na nich szlabanów, bo inaczej uważają, że te granice są zbyt rozmyte. Jak rozumiem, Pan Roman Zając również pragnie takich szczelniejszych granic. Wynika to nie tylko z całego tenoru jego artykułu, ale także z przeciągnięcia przezeń argumentu nawet poza te granice teologiczne, o których wspomniałem. Pyta Pan więc, czy chrześcijaninem jest muzułmanin, buddysta czy hinduista, jeśli w taki czy inny sposób odwołuje się on do Christosa. Ja sądzę, że tu akurat tracilibyśmy niepotrzebnie czas na takie kwestie. Byłoby z pewnością nie fair akurat nam o tym decydować teraz, gdy owi muzułmanie, buddyści i hinduiści sami ze swej strony nie podejmują kroków, by za chrześcijan uchodzić. Tak więc ten problem mamy akurat z głowy, czyli inaczej mówiąc: nie ma takiego problemu (1)
Natomiast mormoni, których wymienił Pan jednym tchem obok tych muzułmanów, buddystów i hinduistów, zdecydowanie są chrześcijanami. Oni akurat w przeciwieństwie do tych innych jak najbardziej przyznają się do chrześcijaństwa i do żadnej innej religii. Inni zresztą również nie zaliczają ich np. do islamu, judaizmu czy voodoo.
Fakt ogromnych różnic teologicznych pomiędzy „ortodoksami” a „heretykami” (a w niektórych zresztą wypadkach również między samymi ortodoksami) nie zmienia jednak faktu, że chodzi o tę samą wspólną tradycją religijną.
Wspomniał Pan hinduizm. Otóż hinduizm znany jest ze swego politeizmu. Ale jest tam również silny nurt monoteistyczny. Ba, nie brakuje tam też panteizmu. Wydawać by się mogło, że monoteizm, politeizm i panteizm całkowicie się nawzajem wykluczają. Jednak nikt: ani sami hinduiści ani inni (włączając chrześcijan) nie ma najmniejszych wątpliwości, że chodzi jednak o hinduizm. Tam też nie brak sporów i np. amerykański hinduista (krisznowiec) Chris Butler, znany także jako Siddhaswarupananda Paramahamsa (a na którego kiedyś się już powołałem) nie szczędzi słów krytyki innym hinduistom w swej książce „Reincarnation explained”.
Podobnie jest i u nas. I co ciekawe, zawsze tak było. Pisma Nowego Testamentu całkowicie to potwierdzają i to nie tylko dlatego, że są pełne polemik, ale także dlatego, że obraz Christosa tam zawarty jest niejednoznaczny i pełen sprzeczności, których żadne oficjalne wykładnie nigdy nie potrafiły do końca pogodzić. Stąd właśnie taka wielość interpretacji. Dlatego też ustalanie „za kogo uważał się sam Jezus”, jak tego chce pastor Alfred Palla z USA (patrz artykuł „Gnoza i gnostycy”) jest po prostu niemożliwe i będzie zawsze przedmiotem sporów. Sam Jezus niczego nie napisał, my co najwyżej wiemy co inni pisali o nim i to dziesiątki i setki lat po jego śmierci. Cytując więc wypowiedzi przypisywane w ewangeliach Jezusowi, cytujemy zatem ich autorów, a nie Jezusa. Autentyczność zaś poszczególnych wypowiedzi podawana jest w wątpliwość coraz powszechniej i to doprawdy nie tylko przez teologów z Jesus Seminar lub przez powieściopisarzy piszących kryminały, jak Dan Brown. Jedyne co my jesteśmy w stanie zrobić, to interpretować tego Christosa.
Tak, chrześcijaństwo gnostyczne jest innym typem chrześcijaństwa niż na przykład ewangelikalne. No i co z tego? Tak, to prawda, że obu tych orientacji nie da się (przynajmniej pod względem teoretycznym) całkowicie pogodzić ze sobą (bo do pewnego stopnia jednak się da…), co zresztą podkreśliłem już wcześniej. No i co z tego? Tak, gnostycy widzieli i widzą zbawienie (soteria) głównie w nauczaniu Christosa, nie w jego śmierci fizycznej. No i co z tego?
Świadectwa nawet bardzo się różniące pozostają jednak świadectwami. I to jak najbardziej autentycznymi. Przypomnieć warto, że jeśli „zeznania” świadków są zbyt do siebie podobne, to z reguły uważa się je za podejrzane. Dlaczego na przykład Credo „nicejsko konstantynopolitańskie” pochodzące z IV wieku n.e. miałoby stanowić dla wszystkich solidniejszą podstawę niż gnoza, która jest znacznie starsza i której nie trzeba było specjalnie „uchwalić” ani tym bardziej nikomu jej narzucać pod groźbą? Zresztą dotyczy to nie tylko jakichkolwiek gnostyków (z których wielu uznaje to credo): arianie nigdy go nie uznali, a do chrześcijaństwa się zaliczali i nikt temu nie przeczy.
„Chrześcijanin chrześcijaninowi niechrześcijaninem”
Rozmaici autorzy, choćby nie wiedzieć jak ortodoksyjni, sami przyznają (rozumiem, że czasem niechętnie), że gnostycyzm „nigdy nie opuścił chrześcijaństwa”. Nie miał powodu: jest tu u siebie i to od początku i już samo naszpikowanie Nowego Testamentu wyrażeniami i poglądami typowo gnostycznymi przesądza tu wszelki spór na korzyść takiej tezy. Dla porównania: to, co dziś nazywamy ortodoksją ma swoje dające się uchwycić początki nie wcześniej niż w około połowie II wieku n.e (2). Od dwóch tysięcy lat zatem, czyli od samego zarania naszej religii gnostycyzm jest w niej dobrze zakorzeniony i nic nie jest w stanie faktu tego ani zmienić ani wymazać. Choć próbowano i zmienić i próbowano wymazać.
Teza o gnostykach jako „dysydentach” w naszej religii nie wytrzymuje krytyki. Gdyby istotnie nimi byli, to od samego początku nie byłoby co do tego najmniejszych wątpliwości. Oni sami ze swej strony też nie upieraliby się przy chrześcijaństwie akurat, gdy wokół było tyle innych religii wręcz „do wyboru, do koloru”. Już sam fakt, że gnostycyzm nigdy nie opuścił chrześcijaństwa oraz że wywarł (i dalej wywiera) ogromny w nim wpływ, świadczy, że nie jest on z nim sprzeczny. Gdyby istotnie był, nie byłoby problemu z wyraźnym odróżnieniem tych dwóch rzekomo tak różnych rzeczy niczym „czarnego” od „białego”, w którym to wypadku „pozbycie” się go nie powinno było nastręczać poważnych trudności. Tymczasem pomimo walki, jaką wielu „ortodoksów” toczy z nim już od stuleci, tkwi on dalej tam gdzie był i ma się znakomicie.
Rzekomy „konflikt” między chrześcijaństwem a gnostycyzmem de facto zatem nie istnieje. Istnieje i istniał konflikt pomiędzy teologiami. Gnostycyzm nie był i nie jest reprezentowany jedynie w ugrupowaniach „heretyckich”. Gdy tylko próbuje się wykazać istnienie tego konfliktu, za cel służy nie tyle gnoza ile literalistycznie rozumiana teologia. Stąd też istniały ostre polemiki również pomiędzy gnostykami „ortodoksyjnymi” a „heretyckimi”, choć jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej, to znajdujemy zadziwiająco dużo wspólnego między nimi.
Współczesne zaś oceny niegdysiejszego gnostycyzmu przez wielu naszych dzisiejszych „ortodoksów” są w zawstydzający wprost sposób bazowane praktycznie wyłącznie na jego obrazie skarykaturowanym przez antycznych „łowców herezji”. Jednym ze świeższych tego przykładów jest interesująca poza tym książka jezuity Williama W. Meissnera „The Cultic Origins of Christianity. The Dynamics of Religious Development” (Collegeville, Minnesota, USA 2000; ISBN 0-8146-5076-7). W rozdziale „Gnosticism in Christianity” (s. 163-181) jedynymi tekstami, do których autor się odwołuje, są albo napastliwe wywody Ireneusza z Lyonu albo współczesnych antygnostyków. Oto typowa próbka argumentacji o. Meissnera:
„…Ireneusz napisał:
„A każdy z nich twierdzi, że owa mądrość jest tą, którą on sam odkrył, czyli produktem jego własnej imaginacji, tak więc według nich prawda może być raz u Walentyna, innym razem u Marcjona, a jeszcze kiedy indziej u Kerinthosa. Gdyż każdy z nich jest tak kompletnie zdeprawowany, że nie wstydzi się nauczać dla siebie, wypaczając regułę prawdy.”
Ojcowie wczesnego kościoła odpowiedzieli pełną wigoru denuncjacją i szczegółowym badaniem genezy gnostycyzmu, by zdemaskować jego błędy….”.
I tak dalej, i tak dalej… Czyli znowu (jak nieskończoną wielość razy przedtem): dla współczesnego „ortodoksa” nie było ważne to, co gnostycy sami mieli do powiedzenia na własny temat, lecz tylko i wyłącznie to, co Ireneusz o nich sądził.
Wie Pan, co mnie w ekskluzywistycznej interpretacji ortodoksów najbardziej śmieszy? To, że z jednej strony próbują oni oddzielić gnostycyzm od chrześcijaństwa (oj, „daremne żale, próżny trud…”!), a jednocześnie przyznają np. że Marcjon był pierwszym, który zaczął składać kanon pism chrześcijańskich (czyżby był „innowiercą”, co to w „czynie społecznym” chciał stworzyć kanon chrześcijański… z litości, bo żaden „prawdziwy chrześcijanin” przed nim się tego nie podjął?). Nazywają tego Marcjona (zapewne Markiona) „chrześcijańskim gnostykiem” (3). Uznają, że Ptolemeusz i Herakleon byli autorami (ok. 170 r.n.e.) pierwszych znanych komentarzy do ewangelii „Według Jana” (i znowu: „innowierców” trzeba aż było, by komentować chrześcijańskie pismo ewangeliczne, bo „ortodoksi” się spóźnili?). Uznają oni dalej za najstarszą datowaną chrześcijańską inskrypcję budynku kościoła tę, która pochodzi z 318 roku n.e. i jest marcjonicka (dopiero niedawno odkryto inną jeszcze chrześcijańską inskrypcję w Megiddo, o czym informowano w tym serwisie). Przyznają (bo nie sposób zaprzeczyć), że jedni z największych liderów antycznego chrześcijaństwa katolickiego (czytaj: ortodoksyjnego) Orygenes i Klemens z Aleksandrii mieli poglądy gnostyczne i szeroko się o nich rozpisywali. Możnaby tak ciągnąć i ciągnąć. Taka jest to totalna niekonsekwencja: z jednej strony twierdzą, że gnostycy to nie chrześcijanie, a z drugiej przyznają, że to jednak chrześcijanie. Czy tylko dlatego, że głupio im przyznać, że tyle w chrześcijaństwie i dla niego robili jacyś „innowiercy”? (dziwna by to była ta nasza religia: sklecana przez „obcych”…).
Jakby tego jeszcze nie było dość, to po uczynieniu takich ewidentnie ekskluzywistycznych uwag zarzucają ten ekskluzywizm, a nawet religijną arogancję (!)… gnostykom, czyli tym, do których zarzut taki pasuje akurat najmniej, gdy akurat do ortodoksów pasuje on bardziej i pasował już w przeszłości. (4)
Doprawdy, starożytni ortodoksi byli nie mniej, lecz nawet bardziej ekskluzywistyczni od swych gnostyckich vis a vis. Slady tego widoczne są gołym okiem również i dziś. Nawet tu, w tym serwisie, od siedmiu miesięcy toczy się dyskusja na Forum „Zbawienie poza chrześcijaństwem” i niektórzy Dyskutanci całkiem poważnie prezentują tam pogląd, że zbawienie możliwe jest w zasadzie tylko w chrześcijaństwie (a za takowe uważają jedynie jego „ortodoksyjną” odmianę), poza nim zaś jedynie tam, gdzie nie zapoznano się z ewangeliami Nowego Testamentu.
Wykluczanie (czyli ekskluzja) odbywa się na rozmaitych poziomach: albo ze zbawienia w ogóle, albo z chrześcijaństwa, albo przynajmniej z kościoła (tu już znacznie rzadziej, choć znowu wspólnotom odmawia się niejednokrotnie miana „kościołów”), a jeśli już z niczego z powyższych, to co najmniej ze wspólnej eucharystii.
Gnostycyzm ze swej strony jest już raczej inkluzywistyczny, podobnie jak buddyzm.
Stosunek do Nowego Testamentu
O ile jednak gnostycyzm chrześcijański różni się poważnie od „ortodoksji”, to od razu zauważyć wypada, że chodzi o interpretacje (zarówno znaczenia i charakteru religii), a nie tyle na przykład o dokonywany wybór pism świętych. Pan Roman Zając sugeruje m.in., że ten gnostycyzm jest odrębny od pozostałego chrześcijaństwa, bo to pozostałe (np. „protestantyzm, prawosławie czy katolicyzm”) „opiera się na Nowym Testamencie jako świadectwie o Jezusie Chrystusie”.
Na jakiej właściwie podstawie wyciągać należałoby taki wniosek? A już zwłaszcza pytanie to dotyczy Nowego Testamentu, który został wręcz zainicjowany przez gnostyka (lub semi-gnostyka) Marcjona. Fakt, że gnostycy pisali całą masę innych ewangelii (ich przeciwnicy stwierdzali z przekąsem, że pisali oni „jedną ewangelię każdego dnia”), nie dowodzi, że wypierają się kanonicznych. To prawda, że Marcjon wybrał tylko jedną ewangelię do swego kanonu, ale w owym czasie rozmaite wspólnoty chrześcijańskie miały swoje ewangelie i niekoniecznie były to właśnie te, które później znalazły się w kanonie dzisiaj znanym. Gnostycy pisali komentarze do ewangelii i praktycznie bez przerwy powoływali się na św. Pawła (najprawdopodobniej to właśnie Marcjon był pierwszym, który przetłumaczył listy Pawła na łacinę…).
Pan Roman Zając wspomniał ewangelię „Według Jana”. Otóż właśnie, ze wszystkich ewangelii znanych dziś jako kanoniczne, „Kata Ioannen” była od samego początku szczególnie popularna wśród gnostyków, którzy też jako pierwsi napisali komentarze do niej. W II wieku n.e. krążył zresztą pogląd, że to „heretycki” gnostyk Kerinthos („Kerynt”) był jej autorem.
Doprawdy: różnica między gnostykiem a niegnostykiem nie ma wiele wspólnego z doborem ewangelii (ja sam zostałem gnostykiem nie znając jeszcze wówczas ani jednego tekstu autorstwa naszych starożytnych gnostyków, toteż mogę odpowiedzieć p. Romanowi na jego komentarz, że nie wywodzę się z tradycji niegdysiejszego gnostycyzmu, lecz dokładnie z tej samej, rzymskokatolickiej, co i on sam). Prawda jest po prostu taka, że gnostykiem można zostać przy posługiwaniu się najrozmaitszymi tekstami. Nie brakuje też gnostyków uznających nawet cały Stary Testament… W końcu na spotkaniach gnostycznej przecież loży masońskiej na honorowym miejscu spoczywa otwarta Biblia i nikt jeszcze nie doniósł, że składa się ona tam z innych ksiąg niż ta powszechnie znana lub też, że któreś księgi są z niej wydarte lub wycięte nożyczkami…
Gnoza „prawdziwa” i gnoza „fałszywa” czyli: “Kto odnajdzie znaczenie tych słów, nie zakosztuje śmierci” („Ewangelia Tomasza”)
Gnoza „prawdziwa” i „fałszywa” (w domyśle: „ortodoksyjna” i „heretycka”) różniły się i różnią tylko rodzajem mitologii. Pod względem tego, co próbują one przekazać, nie różnią się niemal niczym. Gnoza pozostaje gnozą obojętnie, czy osiągana jest wśród naszych „ortodoksów”, czy wśród „heretyków”, wśród buddystów, muzułmanów, judaistów, szintoistów i kogokolwiek jeszcze zechcielibyśmy wymienić. Nie ma przy tym znaczenia, czy ktoś uznaje Jezusa i Chrystusa za jedno i to samo, czy też rozdziela te dwa pojęcia, czy wierzy w historyczne istnienie Jezusa z Nazaretu, czy też uważa, że jest tylko Chrystus obecny w każdym człowieku. Nie ma znaczenia, czy ktoś uznaje Sofię czy nie i czy wierzy w reinkarnację (w tę ostatnią wierzą przecież i tacy, którzy się z gnostycyzmem niekoniecznie utożsamiają). Cechą wspólną tych „rozmaitych gnóz” jest to, że osiągnięcie „ich” wymaga cierpliwego rozwoju własnej osobowości, że nie wystarczy po prostu w coś uwierzyć „i już”, lecz że wiara jest nie celem, lecz dopiero początkiem drogi do celu i że na fundamencie wiary buduje się wewnętrzną wiedzę. Pod tym akurat względem gnostycy „ortodoksyjni” nie różnili się od „heretyckich” czy wręcz „pogańskich” (5).
Możnaby gnostykom postawić zarzut elitaryzmu, jak to wyraził p. Roman Zając (6). W każdym razie nie większego jednak niż w jakiejkolwiek religii. Riemer Roukema, który w swej pracy stara się zachować stanowisko niejako „pośrodku” debaty na ten temat, twierdzi, że elitaryzm ten zapewne nie był rzeczą zamierzoną przez gnostyków, lecz że tak zostali oni zrozumiani („Gnosis and Faith in Early Christianity. An introduction to gnosticism” Trinity Press International. Harrisburg, Pennsylvania USA 1999, s. 168 170; pierwsze wydanie holenderskie: “Gnosis en geloof in het vroege christendom. Een inleiding tot de gnostiek”, Uitgeverij Meinema, Zoetermeer, Holandia 1998).
Zważmy jednak, że jeśli upierać się przy tezie o gnostycznym „elitaryzmie”, to pamiętać warto, że i sam Pomazaniec w takim razie był „elitarystą”. Nie raz i nie dwa przypisano mu przecież w ewangeliach kanonicznych wypowiedzi czy to o powołanych i wybranych czy to o szerokiej bramie i wąskiej furtce. Czegokolwiek jednak by nie powiedzieć o tym tak zwanym „elitaryzmie”, to różni się to zupełnie od ekskluzywizmu, z którym nie ma niczego wspólnego, ale który niejednokrotnie pojawia się jako zarzut. Tym, którzy tutaj wspominają czasem o tym ekskluzywizmie, warto w tym miejscu powiedzieć wprost, że czegoś takiego jak „gnostycki ekskluzywizm” po prostu ani nie ma, ani też nigdy nie było pod żadną szerokością geograficzną. Jeśli ktoś nie czuje się jeszcze przekonany, to proszę go o to, by zechciał on wskazać na konkretne jego przykłady. A jeśli ich nie zna, to proszę, niech wykaże nam tutaj, gdzie np. buddyzm jest „ekskluzywistyczny”. Gnostycyzm i buddyzm są jak najbardziej porównywalne, więc nie powinno być problemów z rzucaniem „pełnymi garściami” dowodów i poszlak…
„Jezus roześmiał się i rzekł: Czemuż jesteście zatroskani? Czego szukacie?” („Sophia Jezusa Chrystusa”)
Ocena gnostycznego Christosa jako nieludzkiego, lecz eterycznego (bo się nie śmieje, nie smuci, nie je i nie pije) jest już zupełnie pozbawiona jakichkolwiek podstaw. Jeśli gnostycki Christos jest „eteryczny”, to oznacza to, że właściwie każdy z nas jest „eteryczny”, bo według „dualizmu” gnostycznego dusza ludzka pochodzi z innego wymiaru niż ciało (7).
Różnica wizji „ortodoksyjnej” i gnostycznej polega na tym, że gnostyczna (tak dawniej jak i dziś) zdawała się rozróżniać Jezusa i Chrystusa jako niekoniecznie jedno i to samo, czyli że czynnik ludzki i boski mogły być rozpatrywane oddzielnie. Natomiast „ortodoksyjna” stworzyła wizerunek Jezusa będącego tym samym co Chrystus, człowieka będącego równocześnie Bogiem. Według prof. Alvara Ellegårda, począwszy od biskupa Ignacego z Antiochii, datuje się pogląd, że należy propagować wizerunek Pomazańca jako „solidnie ludzki”, gdyż taki wizerunek byłby ludziom bardziej pomocny w uznaniu jego zmartwychwstania jako modelu dla ich własnego przetrwania po śmierci („Jesus. One Hundred Years Before Christ. A Study In Creative Mythology”. Century, London 1999). Ale tak jak dla wielu taki wizerunek jest przez to bardziej wiarygodny, tak dla innych jest on pozbawiony tej wiarygodności właśnie z powodu owej „sztywności” powiązania w nim czynnika boskiego z ludzkim. Stąd też dla wielu dzisiaj ten boski Jezus jest nieprzekonujący, zaś ten ludzki Jezus stał się… wyeteryzowany właśnie. W gnostycznej ewangelii Filipa ten Jezus całuje (i to niejednokrotnie) Marię Magdalenę. I każda sugestia, że owo całowanie oznaczać mogło cokolwiek więcej niż tylko przyjaźń, jest traktowane (i to właśnie, co ciekawsze, przez „ortodoksów”, a nie przez gnostyków) jako niemal „skandal” (8). Okazuje się zatem, że ten rzekomo „oderwany od rzeczywistości fantom” gnostyków jest zdolny do rzeczy, których nie czyni (a nawet „nie może” czynić!) Bóg-Człowiek „ortodoksów” (ba, gnostycki Jezus nawet tańczy! – ucząc przy tym jednocześnie).
Dr A. Palla w swym artykule „Jezus: człowiek czy Bóg?” przyznał, że postawa kościoła wobec seksu była negatywna. Ale prędko dodaje, że korzenie tego tkwią w gnostycyzmie. Zbyt prędko tak stwierdził… Jeśli bowiem już, to nie tyle w gnostycyzmie, ile raczej w dualizmie, który może występować w gnostycyzmie, ale i poza nim również. Na przykład Plotyn był dualistą, ale nie gnostykiem (często gnostyków krytykował). Faktem jest, że wielu (jeśli nie większość) nieżydowskich gnostyków chrześcijańskich zdawała się być dualistami w starożytności. Jest też w związku z tym prawdopodobne, że gnostycy ci przynajmniej częściowo ponoszą odpowiedzialność za ten stan rzeczy. Natomiast stanowczo należy sprostować i uzupełnić stwierdzenie dra Palli, z którego wynikać miałaby zasada: dualizm=gnostycyzm=negatywny stosunek do płciowości. Tym bardziej, jeśli negatywne „skutki uboczne” tego dualizmu (dualizm daje poza tym także pozytywne skutki) tak chętnie przyswajane były akurat przez „ortodoksyjnych” antygnostyków. A już zwłaszcza wtedy, gdy owi „ortodoksi” wykazywać zaczynali daleko więcej negatywnego stosunku np. do kobiet w kościele niż owi gnostyczni dualiści. Owi gnostycy nie byli oczywiście nikim w rodzaju współcześnie rozumianych „feministów”, to jasne. Jednak kobiety były traktowane wśród nich w większym stopniu na równi z mężczyznami niż wśród „ortodoksów”. Niejednokrotnie bowiem owi „heretycy” byli z tego powodu przedmiotem ostrych ataków ze strony swych oponentów, co również jest jasne, gdyż dokumenty pisane przez liderów ówczesnej „ortodoksji” dowodzą tego same swoją treścią ponad wszelką wyobrażalną wątpliwość.
Jeśliby bezkrytycznie zgodzić się z uwagami dra Palli, to czy dowodzić by to miało, że akurat pod względem niechęci do płciowości „ortodoksi” staliby się nawet „bardziej gnostyccy od gnostyków”? Jeśli tak, to szkoda, że przerośli ich oni akurat na tym polu, a nie tam, gdzie mogło to być dla nich znacznie korzystniejsze (9).
My, doketyści…
Cytowałem w poprzedniej części artykułu wypunktowane przez Toma Harpura rozumienie prawd wiary chrześcijańskiej. Autor ten wierzy w istnienie wewnętrznego Chrystusa w każdym człowieku. Taki „Christos” to „namaszczenie”, które oczywiście nie ma charakteru cielesnego, lecz wyłącznie duchowe. Jak uplasowałby się Tom Harpur, jeśliby został „skategoryzowany” przez naszych dzisiejszych „herezjologów”? Czy nie jako doketysta lub raczej neo-doketysta właśnie? Przeglądając jego wypunktowane deklaracje przekonujemy się jednak, że ten doketyzm nie jest wcale taki dziwaczny, śmieszny, straszny i niedorzeczny jak nasi herezjologowie chcieliby, abyśmy wierzyli, prawda? Antyczni herezjologowie mówią nam przynajmniej coś o wierzeniach antycznych doketystycznych literalistów, według których to wierzeń Chrystus miał nie mieć ciała, a jedynie sprawiać wrażenie, że je miał. To, czego nam ci herezjologowie nie powiedzieli (bo może sami nie wiedzieli lub nie chcieli powiedzieć) to to, czy przywódcy owych doketystów byli takimi samymi literalistami jak i ludzie prostej wiary w ich kościołach. Okazuje się, że jednak nie. Gdy tylko pada pytanie o to, czego uczyli doketyści, standardowa odpowiedź „ortodoksyjna” mówi nam o tym, że nauczali oni, że Chrystus nie miał ciała, lecz jedynie jego pozór. By to zaś podeprzeć ewidencją, wskazują na mity gnostyckie, w których to kto inny został ukrzyżowany zamiast niego. Ba, w niektórych z tych mitów Jezus, będąc krzyżowany, wręcz się śmieje!
Odnosi się wrażenie, że tutaj, tak jak i gdzie indziej, próbuje się wskazywać na literę mitu zamiast na jego przesłanie (10).
Tymczasem doketystyczna prawda jest inna. Już pięć wieków przed narodzeniem chrześcijaństwa Eurypides (ok. 480 406 r.p.n.) w „Bachantkach” („Bachae”) napisał coś podobnego o bogu Dionizusie. Dionizus, którego król Pentheus kazał zakuć w łańcuchy, kpił sobie z Pentheusa tymi słowy:
„Tam zakpiłem sobie z niego. On myślał,
Że związywał mnie; lecz ani mnie nie trzymał, ani nawet tknął,
Głupiec”
Podobnie cierpienia Jezusa opisano w „Apokalipsie Piotra”, gdzie Jezus wyjaśnia Piotrowi, że żywy Jezus nie cierpi. Czemu służyły takie teksty? Czy próbie wykazania, że historyczny Jezus nie cierpiał? Nic podobnego. Uczą one po prostu, że można, uzbroiwszy się moralnie, pokonać cierpienie, gdyż będąc na nie przygotowanym, jesteśmy w stanie znieść je lepiej! Stara to prawda (i jak najbardziej sprawdzalna praktycznie!), z głoszenia której religie nie zrezygnowały w ciągu wielu tysięcy lat swego istnienia. I dziś jeszcze powtarzają ją, wszystkie one, od hinduizmu i buddyzmu aż po współczesną scjentologię, używając nawet tych samych słów, które znajdujemy też w innym jeszcze chrześcijańskim tekście gnostycznym, znanym jako „Dzieje Jana”:
„Gdybyś wiedział jak cierpieć,
Byłbyś w stanie nie cierpieć.
Patrz poprzez cierpienie,
A uzyskasz brak cierpienia„
Dlatego też ten sam tekst mógł śmiało twierdzić:
„Słyszeliście, że cierpiałem, ale nie cierpiałem.
Byłem niecierpiącym, a jednak cierpiałem.
Przekłuty byłem ja, a jednak nie skrzywdzony.
Powieszony byłem, a jednak nie powieszony.
Krew spływała ze mnie, a jednak nie spływała.”
A zatem nie chodzi tu o to, by negować cielesność Jezusa z Nazaretu. Dlatego też „Apokalipsa Piotra” tłumaczy:
“Zbawiciel rzekł do mnie: “Ten, którego widziałeś na drzewie radosnego i roześmianego, jest żywym Jezusem. Lecz ten, w którego dłonie i stopy wbijają gwoździe, jest jego cielesną częścią, będącą namiastką oddaną na pohańbienie, tą co powstała na jego podobieństwo. Lecz spójrz na niego i na mnie.”
Tekst wyraźnie mówi o dwóch osobach: boskiej oraz ludzkiej, cielesnej, będącej „na obraz i podobieństwo”, lecz niedoskonałej.
Mamy zatem do czynienia z opisanym już wyżej rozdziałem na ludzkiego Jezusa i boskiego Chrystusa (Jezus to „człowiek”, Chrystus to „Bóg”, co jest odpowiednikiem starożytnego podziału typu daimon/eidolon, gdzie daimon uosabia czynnik boski w człowieku, a eidolon jest cielesnym wizerunkiem – patrz również przypis 15 w dalszej części tekstu). Jeśli w człowieku duch ma zapanować nad materią, to oczywiście najpierw trzeba rozróżnić między tym duchem i tą materią. Mit wyraźnie to ilustrujący może okazać się bardzo pomocny. Nie zapominajmy bowiem o tym, z czym zgadzają się przecież wszyscy: że w tym wypadku istotnie chodzi tylko o mit.
Nawet tam, gdzie mowa o innej osobie (jak Szymonie z Cyrenajki) ukrzyżowanej zamiast Pomazańca, też mamy do czynienia jedynie z alegorią, gdyż, jak piszą T. Freke i P. Gandy, „takie doktryny byłyby istotnie, zgodnie z poglądem literalistów, niesmaczne i śmieszne. Jest to jednak niezrozumienie (lub, co bardziej prawdopodobne, celowe wypaczenie!) nauczania gnostycznego. W rzeczywistości ‘iluzjonizm’ jest po prostu częścią rozumienia historii ukrzyżowania jako wprowadzającej alegorii zawierającej starożytną pogańską doktrynę daimona/eidolona.” (Gandy „The Jesus Mysteries. Was the ‘Original Jesus’ a Pagan God?”. Thorsons, 1999, s. 148).
Oto tak na dobrą sprawę cały sens doketyzmu. Czy jest on istotnie „nieludzki”, „pozbawiony człowieczeństwa”, „odwracający się od rzeczywistości ziemskiej”? Już samo moralne przygotowanie się choćby do „patrzenia przez cierpienie dla uzyskania braku cierpienia” wymaga nie lada ćwiczeń, a tego już z pewnością nie dałoby się zakwalifikować jako „odwrócenia się” od ludzkiej rzeczywistości. Cała teza o dziwnym rzekomo charakterze doketyzmu jest w gruncie rzeczy nie lepszą „fikcją literacką” niż powieść Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci”…
Jeżeli dalej naucza się w kościołach, że doketyzm „negował” czyjąkolwiek cielesność i przedstawia się tam literalistyczną wersję tego, co rozumieć należy alegorycznie, to znaczy to jedynie, że chrześcijańska edukacja pod tym względem – przynajmniej na zasadniczym poziomie, dla t.zw. szerokiego kręgu odbiorców – osiągnęła dno dna.
Gnostycy byli, jak to ujmują Freke i Gandy „’psychonautami’, którzy śmiało badali ostateczne granic wewnętrznej przestrzeni, poszukując początków i znaczenia życia”.
Podejrzewam, że chyba najbardziej nawet antydoketystycznie nastawieni zauważą bezsens swych własnych zarzutów, jeśli tylko spróbują doszukać się znaczenia tej „herezji”. Wtedy sami przekonaliby się dowodnie, że tak naprawdę to w ogóle nie jest żadna herezja… I co najważniejsze dla nich samych: aby być takimi doketystami, w żadnej mierze nie muszą rezygnować ze swych posiadanych obecnie poglądów, gdyż w rzeczywistości doketyzm nie godzi dosłownie w żaden pogląd reprezentowany w chrześcijaństwie. Czy Jezus z Nazaretu pojawił się w historii ludzkości tylko i wyłącznie w postaci cielesnej? Przypuszczam, że nie ma w tej chwili na świecie takiego chrześcijanina, któryby nie odrzucił takiego stwierdzenia z niesmakiem.
Nie mogę wypowiadać się w imieniu innych osób. W swoim własnym zakresie natomiast odnalazłem w doketyzmie nie jakąś dziwaczną i śmieszną bajeczkę (bo w taki sposób lubią przedstawiać to niektórzy w nadziei że w ten sposób bardziej uwiarygodnią swoją własną wersję wiary), lecz – wręcz odwrotnie – najbardziej przemyślany, najrozsądniejszy, najlogiczniejszy i najwięcej dający do myślenia wyraz wiary w całej historii religii chrześcijańskiej od wieku I naszej ery aż po czasy nam współczesne.
Chrześcijańscy poganie i pogańscy chrześcijanie…
„Wiele z tego, co napisane jest w księgach pogańskich, znajduje się także w księgach Kościoła Bożego. To, co je ze sobą łączy, to słowa tryskające z serca, prawo zapisane w sercu” (Walentyn)
Analogie między chrześcijaństwem a innymi religiami były oczywiste i „ortodoksi”, tak jak i gnostycy byli tego w pełni świadomi.
Doprawdy, trudno byłoby dokonać rozgraniczenia między chrześcijaństwem a kultami Ozyrysa-Dionizusa czy Attisa na zasadzie „historyczności” fizycznego zmartwychwstania Jezusa i nie-fizycznego zmartwychwstania tych pozostałych postaci. Wszystkie te religie i kulty miały swoich literalistów (wierzono kiedyś w Egipcie, że Ozyrys był niegdyś człowiekiem; według innych Mitras miał naprawdę żyć przed naszą erą w Persji). Między mitologią chrześcijańską a pozostałymi mitologiami nie ma identyczności (nigdzie nie ma identyczności między religiami), ale analogie są niezaprzeczalne i to do tego stopnia, że praktycznie cała opowiedziana w ewangeliach historia Jezusa wzięta jest z religii pogańskich i to „od A do Z” (11).
Chrześcijaństwo czerpało niezwykle obficie z wcześniejszych religii, których jest wynikiem i synkretycznym produktem. Gnostycy nie uważają za stosowne temu przeczyć na każdym kroku, lecz zamiast tego otwarcie to przyznają, nie traktując tego jako ujmy. W starożytności też w związku z tym nie uważali innych religii za swych wrogów. Zapraszali oni „pogan” niejednokrotnie do udziału w ich obrzędach, a ci z kolei rewanżowali im się tym samym. Jest to coś, do czego wielkie dzisiejsze denominacje chrześcijańskie dochodzą współcześnie, kilkanaście wieków poźniej.
Różnica w podejściu „ortodoksów” i gnostyków do pogaństwa była jednak taka, że o ile gnostycy uznawali istniejące dziedzictwo za rzecz pozytywną, co wpłynęło także na ich osobisty stosunek do tych innych religii oraz ich wyznawców, o tyle „ortodoksi” owo dziedzictwo potraktowali jako swego rodzaju „diabelską mimikrę przez uprzedzenie” (12)
Pan Roman Zając słusznie zatem wskazał na pokrewieństwa między naszymi gnostykami i tak zwanymi „poganami”. Mniej szczęśliwie jednak określił „pogańską mentalność” jako „akceptującą tylko duchowy sposób ewentualnej egzystencji”. Tymczasem „poganie” nie byli jednolici i trudno byłoby ich wszystkich „wrzucać do jednego worka”. Jeśli istotnie tak było, jak pisze p. Roman, to skąd u tychże „pogan” wiara w… reinkarnację ? A przede wszystkim: skąd ona wzięła się też wśród naszych gnostyków?
Cytowany przez p. Romana ks. Szymik próbuje przeciwstawić wiarę chrześcijańską wierze „pogańskiej” bazującej na „przekonaniach o misteryjnej witalności przyrody, na ezoterycznych (…) tezach o boskości samego życia i jego ostatecznej niezniszczalności…”. Według ks. Szymika wiara chrześcijańska opiera się na „Wszechmocy pochylonego nad człowiekiem i światem Boga Miłości, Stwórcy i Zbawiciela”. Pięknie powiedziane. Tylko gdzie i jak pokazuje to, że ten Bóg innych religii (i „herezji”)… nie jest „pochylony nad człowiekiem i światem”? W jaki sposób miałaby temu przeczyć reinkarnacja, wiara w boskość samego życia i jego ostateczną niezniszczalność? Wszystkie te elementy równie dobrze świadczą na rzecz Boga „pochylonego nad światem” co jakikolwiek pogląd naszych „ortodoksów”. To, czego Bóg chce dla ludzi, to pokazuje zdolnością każdego człowieka (a nie tylko kogoś sprzed dwudziestu wieków) do duchowgo „zmartwychwstania”. To jest już „zapisane” w każdym człowieku, taki jest już charakter tego dzieła stworzenia. A do Pana Romana mam pytanie: jak można pogodzić wiarę w boskość i niezniszczalność życia z jakąkolwiek „postawą antyhistoryczną”, zarzut której kierowany jest przeciw gnostykom? (13)
Święty Paweł: „nasz” czy „wasz”?
Tak, to prawda, że w NT są fragmenty polemik z niektórymi gnostykami. Ale jednak nie z gnostycyzmem w ogóle. Prawdą jest, że niektórzy teologowie i bibliści wyrażali opinię, że Paweł z Tarsu polemizował z gnostykami w swoich listach. Na przykład Rudolf Bultmann („Theology of the New Testament”, New York 1951-55, t.1 s.169) twierdził był, że gdy Paweł używa gnostycznych sformułowań, to po to, by uczynić „wielką polemikę” gnostykom. Jednak argumenty takie są tak słabe, że inni autorzy, np. Elaine Pagels (na zdjęciu) nie mieli najmniejszych problemów z uporaniem się z nimi („The Gnostic Paul”. Trinity Press International, 1975). Na uwagę zasługuje głównie fakt, że ci gnostycy, z którymi Paweł miał jakoby „polemizować”, nigdy jakoś nie mieli mu tych „polemik” za złe. Było akurat odwrotnie: zawsze się na Pawła powoływali, zamiast z nim polemizować, i to do tego stopnia, że dla nich to Paweł właśnie z reguły był największym autorytetem spośród wszystkich apostołów. Natomiast Marcjon uważał wręcz, że to Paweł jako jedyny właściwie zrozumiał przesłanie Christosa. Dlatego też jego pierwotny kanon chrześcijański w lwiej części składał się z pism tego apostoła. Absolutnie nic nie jest w stanie zmienić faktu, że analogie w jego pismach oraz pozostałych gnostyków są po prostu niepodważalne. Ale zresztą czym są owe pojawiające się tu i ówdzie opinie takich czy innych biblistów wobec ich własnej niezachwianej pewności, że Paweł polemizował przede wszystkim nie z gnostykami, lecz z t.zw. „judaizerami”, co to obstawali przy prawie Starego Testamentu? Paweł nigdy i nigdzie nie potępił gnozy, ani też z gnozą tym bardziej nie „walczył” (tak jak zresztą nigdy nie wypowiedział się np. przeciw wierze w reinkarnację). Kontrastuje to ostro z jego bezpardonowymi nieraz atakami na rozmaite „psy”, co to pragną obrzezywać itd.
A co do tak zwanego „Credo korynckiego”, to dlaczego powoływać się jedynie na 1Kor 15; 14, skoro ono tak naprawdę jest nieco dłuższe i dosłownie w tym samym rozdziale 15 w wersecie 50 Paweł mówi kategorycznie, „że ciało i krew nie mogą posiąść królestwa Bożego, i że to, co zniszczalne, nie może mieć dziedzictwa w tym, co niezniszczalne”. Paweł potwierdza zmartwychwstanie, ale nigdzie nie mówi o fizycznym „pustym grobie”. Werset 50 zaś zdaje się temu przeczyć (14). Jego zaś pogląd na to jakim Synem Bożym był Christos, wynika już ze wstępu do listu do Rzymian (Rz 1;4), gdzie pisze on, cytujemy dokładnie i według kolejności tekstu greckiego, o:
„…ustanowionym synem bożym (…tou oristhentos uiou theou…) z mocą według ducha świętości (…en dynamei kata pneuma ‘agiosynes…) przez powstanie z martwych (… eks anastaseas nekron…), Jezusie Chrystusie, Panu naszym (…Iesou Christou tou kyriou ‘emon).”
Czyli, krótko i węzłowato, Jezus został ustanowiony synem bożym (z mocą według ducha świętości) gdy powstał z martwych, a zatem dopiero po swej śmierci cielesnej. Koniec, kropka. Nic więcej Paweł tam nie napisał (15).
O czym zatem mówi Paweł w 1Kor 15; 14, gdy stwierdza „Jeśli Chrystus nie został podniesiony („egegertai”, od: „egeiro”), daremne jest nasze nauczanie („kerygma”), próżna jest także wasza wiara” ?
No cóż, interpretacja zależy od czytającego. Dla mnie jest tu mowa o symbolicznym „powstaniu z martwych”, czyli o przebudzeniu duchowym. Tak też wielu chrześcijan interpretowało te wersety już w starożytności (16)
Natomiast nie ma wątpliwości, że do Pawła odwołują się zarówno „ortodoksi” jak i „heretycy”. Zwracano już uwagę na ten fakt „nieskończoną” ilość razy. Może to wynikać z faktu, że ów autor potrafił dostosować swój styl do obu grup w łonie kościoła, na co zwraca uwagę wspomniana już Elaine Pagels (17).
Jezus Ortodoks?
Jezus z Nazaretu był Żydem, to prawda. Ale jakim Żydem?
Judaizm istniejący w I wieku n.e. (a nawet wcześniej) nie był w żadnym wypadku jednolitą, sztywną „ortodoksją”, lecz konglomeratem rozmaitych idei czerpanych z żydowskiej (i nie tylko żydowskiej) historii i tradycji. Istniały w nim rozmaite „stronnictwa” (lub „sekty”, jeśli kto woli) i nie brakowało w nim doktrynalnych sporów. Byli Żydzi, którzy uznawali tylko swoje Pismo, byli też tacy, którzy oprócz Pisma uznawali także ustną tradycją jego interpretowania, byli tam swego rodzaju „konserwatyści” i „liberałowie”. Obok sztywnego Shammaia był w I w.p.n.e. słynny rabin Hillel (18). Stare pisma żydowskie były przeinterpretowywane (co akurat w judaizmie nie stanowiło nowości), jak w Aleksandrii, będącej intelektualnym centrum, również dla Żydów. Działał tam Filon obficie „platonizujący” swoje interpretacje Pisma. Nie brakło esseńczyków, których niejednokrotnie łączy się „ideowo” z Janem Chrzcicielem i Jezusem z Nazaretu.
Istniały żywe kontakty kultury żydowskiej i innymi kulturami. Pod wpływem Babilonii wielu Żydów zajmowało się np. astrologią i niektórzy żydowscy historycy posuwali się nawet do stwierdzeń (Józef Flawiusz, Filon czy Aristobulus), że to Żydzi stworzyli tę dziedzinę (!).
Tradycje duchowe były czerpane od „pogan”, np. to od nich właśnie Żydzi przejęli koncept „nieśmiertelnej duszy”, którego na próżno by szukać w najstarszych pismach Starego Testamentu, a który pojawia się tam dopiero począwszy od Księgi Daniela. Kultura żydowska, a to dotyczy jak najbardziej również religii, rozwijała sią normalnie w licznych kontaktach z sąsiadami. Nie brakło żydowskich gnostyków, nie brakło interpretowania Jahwego na iście „dionizyjski” sposób. Nie tylko zresztą interpretowania, bo forma obrzędu też niejednokrotnie przypominała „pogańską”. W swych „Historiach” Tacyt pisze między innymi:
„Fakt, że żydowscy kapłani wykonywali swe śpiewy przy dźwiękach fletów i bębnów ukoronowani bluszczem oraz że w świątyni znaleziono złotą winorośl, przywiódł niektórych do wniosku, że wielbili oni Libera” (Liber to rzymska „odmiana” boga Dionizusa).
W promieniu 25 km od Nazaretu, gdzie żyć miał Pomazaniec, było 12 miast i miasteczek greckich, w tym najbliższe, Sephoris (o ledwie kilka kilometrów) oraz największe, Kaisarea Filippi (Cezarea). Inne niedalekie miasto, Gadara, miało swego czasu szkołę filozofii „pogańskiej”. Z Gadary wywodziło się kilku znanych pisarzy i filozofów greckich, jak Meleager, Mennipus czy Filodemus. W położonym nieopodal Scythopolis było centrum mistycznego kultu dionizyjskiego. W Betlejem (tak jest: w tym Betlejem!) istniała grota oraz gaj, oba poświęcone bogu Dionizusowi, którego alegoryczna historia powtórzona została w chrześcijańskich podaniach o Chrystusie.
To w takim właśnie środowisku i w takim, zróżnicowanym judaizmie przyszedł na świat Jezus z Nazaretu. Ewangelie kanoniczne pokazują go jako wierzącego Żyda, ale zdecydowanie nie jako „ortodoksa” lub „zelota”: raz za razem łamie on publicznie nakazy prawa, ogłasza przestarzałość niektórych nakazów i w „liberalny” sposób traktuje on szabas, twierdząc przy tym, że to szabas jest dla ludzi, a nie odwrotnie. Jego stosunek do szeregu zwyczajów judaizmu wydaje się analogiczny do stosunku dzisiejszych chrześcijańskich „heretyków” do niektórych praktyk i tekstów, np. podważają oni publicznie niektóre punkty „Credo” nicejsko konstantynopolitańskiego, lecz póki co spokojnie je dalej recytują co niedzielę po kazaniu w czasie mszy lub nabożeństwa (19).
W wielkim skrócie, czyli jak do tego doszło…
W początkach XX wieku Wielebny F. Lamplugh we wstępie do tłumaczenia znalezionego w 1769 roku starożytnego kodeksu pism gnostycznych znanego jako „Codex Brucianus” postawił był kwestię:
„Najnowsze badania podważają tradycyjne spojrzenie, wnioski i „fakty”. Dla niektórych już dziś i dla wielu w przyszłości palącą kwestią jest lub będzie nie to, w jaki sposób szczególnie głupia i rozpasana herezja wyrosła w kościele, lecz w jaki sposów kościół wyrósł z wielkiego ruchu gnostycznego i jak dynamiczne idee gnozy zostały skrystalizowane w dogmat?”
(“The Gnosis of the Light: A Translation of the Untitled Apocalypse contained in the Codex Brucianus”. London, J. M. Watkins, 1918. Cytowane za: T. Freke / P. Gandy „The Jesus Mysteries. Was the ‘Original Jesus’ a Pagan God?”. Thorsons, 1999, s. 109)
Timothy Freke i Peter Gandy, cytowani już w poprzedniej części, w innej swojej książce („Jesus and the Goddess. The Secret teachings of the original Christians”. Thorsons, London 2002, s. 54-55) zdają się trafnie na to pytanie odpowiadać:
“Religie w charakterystyczny dla siebie sposób mają swój początek w charyzmatycznych mistrzach dzielących swoje osobiste rozumienie gnozy z niewielkimi grupami duchowych entuzjastów, nauczając odwiecznej filozofii na swój własny unikalny sposób. W miarę upływu czasu liczba uczniów wzrasta aż w końcu jest ich zbyt wielu, by wszyscy oni mieli osobisty dostęp do nauczyciela. Niepraktyczne staje się kontynuowanie działalności jako rozprzestrzeniona grupa anarchicznych mistyków, stąd też ci posiadający bardziej autorytarną naturę rozpoczynają organizację. Zanim się ktokolwiek zorientuje, powstaje nowa religia. Lecz im bardziej proporcja między uczniami a mistrzem traci równowagę, tym mniejszy staje się poziom rozumienia nauczania. Subtelne nauki alegoryczne zostają zrozumiane w powierzchowny, literalny sposób. Trajektoria wykazuje nieuniknioną degenerację z prostych, ale przemyślanych nauk gnostycyzmu w płytkie, lecz często skomplikowane nauki literalizmu. Dokładnie coś takiego przydarzyło się chrześcijaństwu.”
Tak czy inaczej, gnostycyzm jest istotnie starszy od chrześcijaństwa, tym bardziej zatem od tego, co od II wieku n.e. zaczęło być tworzone jako ortodoksja. Trudno zatem zgodzić się z twierdzeniem, że należą jej się jakieś szczególne względy „pierwszeństwa” w naszej religii.
Nie da się „walczyć z gnozą”, samo to pojęcie jest nielogiczne. Można walczyć z gnostykami lub gnostycyzmem, jeśli definiuje się on (lub jest definiowany) jako posiadający konkretne teorie i teologie (wtedy walczy się z tymi teoriami i teologiami). Ale „walka z gnozą” jest bez sensu. Jaka jest różnica między gnozą a gnostycyzmen rozumianym jako system? W przybliżeniu taka, jak między religijnością a religią. Możny strzaskać chrześcijaństwo, hinduizm, islam… Ale jaka istnieje pewność, że się taki „bojownik” pozbędzie religijności w rodzaju ludzkim?
Nawet gdyby zabronić gnostycyzmu, skonfiskować pisma gnostyczne i przymusowo wprowadzić wszędzie „ortodoksję”, to i tak wkrótce zacznie się w niej roić od gnostyków. Historia kościoła katolickiego, zwalczającego gnostyków przez całe stulecia, jest tego żywym i nieprzemijającym dowodem.
Przypisy:
1. Przede wszystkim zgadzam się z poglądem Rahnera, że istnieją „chrześcijanie anonimowi”. Nie jest to pogląd nowy, bo już w starożytności pojawiła się owa „anima naturaliter christiana”. Buddyści też mają podobne określenie. Mawiają nieraz, że „każdy człowiek rodzi się buddystą” i tylko od niego zależy, czy sobie kiedyś ten fakt uświadomi. W tym sensie wszyscy tutaj są „anonimowymi buddystami”. Zapewne również anonimowymi hinduistami, szintoistami, sikhami oraz „wyznawcami” kilku innych jeszcze religii. Zresztą odnosi się to nie tylko do religii. Nieżyjący już były prezydent Francji Francois Mitterand, który był masonem, mawiał, że każdy, kto podaje w wątpliwość jakikolwiek dogmat, jest tym samym już „masonem bez fartucha” (chodzi oczywiście o fartuch noszony przez masona podczas szczególnych okazji w loży).
Ci jednak, którzy wyraźnie identyfikują się z jakąś konkretną religią i należą do konkretnego kościoła, do „anonimowych” chrześcijan się nie zaliczają…
Próby wzajemnego wykluczania siebie z własnej religii nie są jedynie naszą specjalnością.
Wystarczy wspomnieć Allamaha Nooruddina, jednego z najlepszych tłumaczy Koranu na język angielski. Niejednokrotnie mówi się, że był to „jeden z największych erudytów Koranu w historii islamu”. Tymczasem wśród jego islamskich koreligionistów nie brakuje i takich, według których to w ogóle nie muzułmanin! Ze swej strony podobne problemy mają Żydzi, o czym informują niejednokrotnie serwisy ekumeniczne, np. w notatce “Żyd Żydowi nie-Żydem” http://www.ekumenizm.pl/article.php?story=20041125084452104&query=ortodoksyjni
2. Tymczasem gnostycy od początku traktowani byli jako część rodzącego sią ruchu chrześcijańskiego. Świadczą o tym rozmaite fakty. Na przykład wiadomo, że gnostyk Walentyn (Valentinus) kandydował (ok. roku 140 n.e.) na biskupa Rzymu. Przegrał z Piusem. Był już wówczas znany jako wielki nauczyciel gnostyczny. Nigdy nie został ekskomunikowany przez kościół rzymski, co dowodzi, że nie był on uważany wówczas tam za „dysydenta”. Próbował on godzić rozmaite nurty (przede wszystkim psychików i pneumatyków) w jednym kościele. Dopiero później drogi walentynian i „ortodoksów” zaczęły się rozchodzić. Ekskomunikowano natomiast Marcjona, czym ten chyba zbytnio się nie przejął (i to też dopiero po tym, gdy zaczął organizować swój własny kościół) najpewniej zresztą z powodu odrzucenia przezeń Starego Testamentu, czego z kolei Walentyn nie uczynił. Innym przykładem jest Bardesanes z Edessy (zwany „Bar-Daisan”). Ten niegdyś pogański gnostyk nawrócił się na chrześcijaństwo „ortodoksyjne”, ale gnostykiem pozostał do końca życia.
Ireneusz skarży się w „Adversus haereses”, że nawet za jego czasów wielu biskupów i diakonów katolickich szukało wtajemniczenia do ezoterycznych nauk gnostyków walentyńskich. Ale nie postulował on w związku z tym nawet, by tych biskupów ekskomunikowano. Polemiki „herezjologów” dają natomiast dowód rodzącego się „ortodoksyjnego” ekskluzywizmu. Ale dowodzą one też, że ten ekskluzywizm stanowił wówczas w kościele rzecz nową.
Nawet później, w czasach wymierzonego w gnostyków terroru na przełomie IV i V wieku n.e. „ortodoksi” tolerowali wśród siebie gnostyków, jeśli ci tylko gotowi byli nie przeczyć publicznie oficjalnej „bazie i linii” „ortodoksyjnej”. Przykładem tego choćby słynny Synesius z Cyrenajki (365 – 414 n.e.), ewidentny gnostyk, który studiował filozofię pod kierunkiem pogańskiej filozofki Hypatii z Aleksandrii (zamordowanej w wyjątkowo sadystyczny sposób w 415 r. przez „ortodoksyjny” motłoch). Został biskupem w kościele katolickim w 410 roku n.e. O Zmartwychwstaniu pisał m.in., że to “coś świętego i nie do opisania” i że w odniesieniu do niego „jestem daleki od podzielania opinii mas”. Tolerowano go pod warunkiem, że będzie filozofował jedynie prywatnie, nie publicznie (zakaz filozofowania był już wówczas oficjalnie wprowadzony w cesarstwie), zwłaszcza, że poglądem jego było, że religia to w najlepszym wypadku popularny wyraz prawd filozoficznych dla nie-filozofów.
3. I jako chrześcijanie marcjonici znani byli powszechnie również w starożytności. Przyznaje to również (choć z przysłowiowym już „płaczem i zgrzytaniem zębów”) wróg „heretyków”, Justyn Męczennik:
„I jest Marcjon, człowiek z Pontu, który jeszcze żyje i uczy swych uczniów wierzyć w innego jeszcze boga, większego niż Stwórca. I spowodował on z pomocą diabłów, że wielu we wszystkich narodach bluźni i przeczy temu, że Bóg jest stwórcą świata i twierdzi, że inna jeszcze istota, większa niż on, dokonała większych rzeczy. Wszyscy, którzy przejmują opinie od tych ludzi są, jak już powiedzieliśmy, nazywani chrześcijanami” („Pierwsza Apologia”, I; 26)
Nie jedyny to „pomnik” wystawiony heretykom przez „ortodoksyjnego” herezjologa: nie dość, że „nazywani chrześcijanami”, to jeszcze podąża za nimi „wielu we wszystkich narodach”! (chodzi, rzecz jasna, o narody imperium). Osobliwy to portret jakichś „dysydentów”… W ogóle energia, jaką użyto kiedyś na „walkę z herezją” i liczba pism skierowanych przeciw niej, zwłaszcza przeciw gnostykom tamtego okresu, świadczy, że nie chodziło o jakieś mało znaczące sekty „odszczepieńców”, lecz o dobrze już zakorzenione wyrazy wiary w religii chrześcijańskiej. Pod tym względem diatryby „herezjologów” stanowią niezamierzony „pomnik cenniejszy niż spiż i złoto” wystawiony gnozie i gnostykom.
4. By zilustrować ów ortodoksyjny ekskluzywizm, Ireneusz opowiada („Przeciw herezjom”) dwie plotki, których bohaterami są Marcjon, Polikarp, Kerinthos i apostoł Jan. W jednej z tych historyjek Marcjon, spotkawszy się z Polikarpem, pyta go „czy mnie poznajesz?”. Polikarp odpowiada: „Tak, poznaję pierworodnego szatana!”. W drugiej natomiast apostoł Jan udaje się do publicznej łaźni, a spostrzegłszy tam gnostyka Kerinthosa, wrzasnął do wszystkich obecnych, żeby czym prędzej i co sił w nogach stamtąd uciekali, gdyż jest tam „Kerinthos, wróg prawdy”. Sam też czym prędzej uciekł, nie biorąc nawet kąpieli. Bał się bowiem, że się łaźnia zawali, gdyż był tam taki „wróg prawdy”… („Przeciw herezjom”, III;III)
Przyjrzyjmy się bliżej tym dwóm plotkom: otóż w żadnej z nich, jak opowiedzianych w końcu przez ‘ortodoksa’, heretyk nie zachowuje się jak pyszałek szukający zaczepki, jak arogant lub co najmniej jak „ekskluzywista”, co to literalistyczny „plebs” ma w pogardzie. Marcjon jedynie pyta Polikarpa, czy ten go poznaje. Kerinthos nie czyni nawet tego, lecz występuje całkowicie biernie i nie mówi nic. Ciekawy kontrast stanowią u Ireneusza Polikarp oraz przedstawiony tam jako ‘ortodoks’ apostoł Jan: Polikarp jako pozbawiony manier chamowaty jegomość, a Jan wręcz jako człowiek niespełna rozumu.
Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której my, użytkownicy tego Serwisu, zbieramy się w jednym miejscu i czy to Pan Roman czy Wielebny Alfred, dostrzegłszy np. któregoś z tutejszych „heretyków”, podnosi krzyk, nakazując wszystkim wiać gdzie pieprz rośnie, bo jest wśród nich taki to a taki „wróg prawdy” i budynek może się zawalić…
Z całą pewnością nie byłaby to najlepsza reklama dla ‘ortodoksji’, ale Ireneusz taki właśnie stawia wzór, podpierając się przy tym innym jeszcze przykładem „teologii insultatywnej”, wersetami z tak zwanego „drugiego listu Jana” z Nowego Testamentu:
„Jeśli ktoś przychodzi do was i tej nauki nie przynosi, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie go, albowiem kto go pozdrawia, staje się współuczestnikiem jego złych czynów” (2Jn 10-11).
Nie ma tu znaczenia jaki to „Jan” napisał ten list, który datowany jest na II wiek n.e. (więc apostoł nie miał szans go stworzyć). Natomiast zwraca uwagę, że to, co propaguje Ireneusz, to właśnie skrajna forma ekskluzywizmu; forma, w ktorej czytelnik zachęcany jest wręcz do wrogości i nienawiści wobec „heretyków” i to okazywanej im publicznie. Ireneusza zdawało się nawet nie żenować i to, że w celu jej propagowania, przedstawił on swych głównych bohaterów jako osobników chamowatych i tępych.
Dla porównania, trudno byłoby komukolwiek znaleźć jakikolwiek bądź strzępek dzieła jakiegokolwiek spośród znaczących liderów antycznego gnostycyzmu (jak Bazylides czy Walentyn), choćby cytowany przez któregoś z „herezjologów”, któryby zachęcał do podobnych „kurtuazji” wobec ‘ortodoksów’…
5. Przedstawione w długich rozdziałach „Stromateis” wywody Clemensa Alexandrinusa nie pozostawiają co do tego cienia wątpliwości. Uważał on np., że filozofia grecka oczyszcza duszę i przygotowuje ją do przyjęcia wiary, na której Prawda wznosi gmach Gnozy. Idealny gnostyk to według niego kombinacja człowieka kontemplującego plus filozofa plus naukowca, używającego rozumu do poznania tego, co daje wiara. Posuwa się on w związku z tym do stwierdzenia wartego dania pod rozwagę wielu naszym koreligionistom:
„Jeśli założymy, że ktokolwiek dałby gnostykowi wybór między znajomością Boga a wiecznym zbawieniem; i gdyby te dwie rzeczy całkowicie identyczne ze sobą mogły być rozdzielone; to bez najmniejszego wahania wybrałby on znajomość Boga uważając tę własność wiary, co z miłości wyrasta w wiedzę, za pożądaną samą w sobie”. (Księga IV, rozdz. XXII).
Można w wywodach Alexandrinusa odnaleźć echa wcześniejszych poglądów „poganina” Plutarcha z jego dzieła „Moralia” na podobny temat. Ciekawostkę stanowią tak nawiasem m.in. czynione przez autora paralele między poszczególnymi imionami a terminologią grecką:
„Tęsknota za prawdą, szczególnie za prawdą dotyczącą Bogów, jest tęsknotą za rzeczami boskimi, odkąd nauka oraz poszukiwanie obejmują badanie rzeczy świętych i są zajęciem bardziej pobożnym niźli poświęcanie się czystości i obecność w świątyniach. Co więcej, to poszukiwanie jest szczególnie miłe mądrej i miłującej mądrość Bogini, którą czcicie, a której samo imię zdaje się wskazywać, że wiedza i zrozumienie są jej domeną. „Isis” jest w końcu greckim słowem (chodzi o zbieżność z „gnosis”), tak jak jest nim imię jej wroga Typhon, który jest napuszony (od „tufi” „jestem napuszony”) ignorancją i kłamstwami. To on drze i niszczy święty tekst, który Bogini zbiera i składa z powrotem, by go ofiarować wtajemniczonym (…)
„Zapuszczanie brody (…) i noszenie togi nie czyni człowieka filozofem, tak jak noszenie lnianej szaty i golenie głowy nie czyni go prawdziwym czcicielem Izydy. Prawdziwy izydowiec to ten, kto otrzymuje we właściwy rytualny sposób rzeczy pokazane oraz dokonane, a dotyczące Bogów, a następnie poszukuje prawdy i bada ją w nich poprzez użycie rozumu.”
6. W swym dziele „Stromateis” Clemens Alexandrinus ma sporo do powiedzenia i na ten temat, szczególnie godne są polecenia rozdziały IX i X księgi V. Oto dwie małe próbki:
„„Gdyż wiem” – mówi apostoł – „że gdy przybędę do was, przybędę w pełni błogosławieństwa Chrystusa”; wyznaczając dar duchowy i gnostyczną wiadomość, którą, będąc obecnym, pragnie przekazać im (…) Lecz jedynie nielicznym z nich jest pokazane czym są rzeczy zawarte w tajemnicy.” (V;X)
„Nie jest pożądane, by wszystkie rzeczy były odkrywane bezładnie wszystkim bez wyjątku, lub korzyści mądrości komunikowane tym, co nawet we śnie ne byli oczyszczeni w duszy (gdyż nie jest dozwolone dawanie osobom przypadkowym tego, co sprokurowane zostało z tak pracochłonnym wysiłkiem); ani też tajemnice słowa nie mogą być wyjaśnione pospólstwu.” (V;IX)
Doprawdy, czytając Alexandrinusa, odnosi się nieraz wrażenie, że jego gnostycyzm był stosunkowo radykalny nawet jak na owe czasy…
Jest to dowód, tak nawiasem, że o fałszywości lub prawdziwości gnozy decydowała w oczach „ortodoksów” literalistyczna interpretacja tego, co się mówiło, a nie wewnętrzna tego treść. Krótko i węzłowato: można było wśród „ortodoksów” być nawet ultra-gnostykiem, byle tylko publicznie afirmować „ortodoksję”.
7. Nawet dzisiejsi niechrześcijańscy „technologiczni gnostycy”, scjentologowie, tak to definiują: „you are a spiritual being” („jesteś istotą duchową”). To jedno z pierwszych i najczęściej powtarzanych stwierdzeń w ich kościele. I nie oznacza to tam np. tego, że się ma duszę, lecz że to raczej dusza posiada ciało i umysł.
8. Pamiętam, że to właśnie na tym forum miałem kiedyś dłuższą dyskusję ż pewnym Dyskutantem na ten temat. Moje stwierdzenie, że Jezus mógł się był ożenić z Marią Magdaleną (nie twierdziłem, że on to zrobił, bo ewidencji brak, lecz właśnie tylko, że mógł) ów Dyskutant uznał niemal za „dowód”, że nie jestem chrześcijaninem!!! Bo w Jego opinii tak po prostu nie mogło być, gdyż Jezus nie przyszedł po to, by „spać z kobietą”. Jak zatem widać, nie ma takiego zarzutu przeciw gnostycyzmowi, którego nie dałoby się równie dobrze obrócić przeciw „ortodoksji”. No to jak to w końcu jest: który z tych „dwóch Chrystusów” jest bardziej „eteryczny” i „sterylny”: nasz czy Wasz?
Wielebny Alfred Palla (Wielebny, bo jest pastorem) zdaje się dostrzegać jedynie gnostyków ekstremistów: albo są radykalnie ascetyczni albo znów rozwiąźli (artykuł „Gnoza i gnostycy”) oraz że odnalezione w Nag Hammadi (r. 1945) teksty gnostyczne potwierdzają to, co o gnostykach pisali ich ortodkosyjni oponenci, których to oponentów niesłusznie w związku z tym posądzano o tendencyjność. Byłbym zatem wdzięczny gdyby wskazano nam które to konkretnie teksty z Nag Hammadi to potwierdzają, bo choć osobiście teksty te (w tłumaczeniach) czytałem, to jakoś nie mogłem w nich zlokalizować niczego, co by pasowało do takiego wizerunku owych ludzi, jaki Wielebny raczył był naszkicować w swoim artykule.
9. By wesprzeć tezę o gnostycznym poglądzie, że małżeństwo i seks są „rzeczą kalającą człowieka”, A. Palla posuwa się do stwierdzenia, że gnostyczna (pochodząca zapewne z II lub III w.n.e.) „Ewangelia Filipa” określa mianem „skalanej” kobiete w małżeństwie. Nie jest to dokładne. W “Ewangelii Filipa” nie ma mowy o tym, że kobieta żyjąca w małżeństwie jest skalana. Mowa jest o kobietach skalanych, gdy wspomina się, że komnata małżeńska „nie jest dla zwierząt, ani dla niewolników, ani dla skalanych kobiet, lecz dla wolnych mężczyzn i dziewic”. Jest mowa o tym, że złe duchy, męskie i żeńskie w formie, próbują skalać samotne kobiety i samotnych mężczyzn. Jeśli małżonkowie jednak są razem, nie ważą się tego czynić. O skalaniu utwór ten mówi jeszcze w paru innych miejscach, między innymi:
„Maria jest dziewicą, której żadna siła nie skalała.”
“Nikt nie może wiedzieć kiedy mąż i żona mają stosunek ze sobą, poza nimi samymi. W istocie małżeństwo na świecie jest misterium dla tych, co wzięli sobie żony. Jeśli istnieje ukryta wartość małżeństwa skalanego, o ileż bardziej nieskalane małżeństwo jest misterium! Nie jest cielesne, lecz czyste. Nie należy do pożądliwości, lecz do woli. Nie należy do ciemności lub nocy, lecz do dnia i światła.”
Zaden jednak fragment „Ewangelii Filipa” ani nie stwierdza wprost, ani też nie sugeruje, że małżeństwo kogokolwiek „kala”, obojętnie już czy chodzi o mężczyznę czy kobietę. „Wielkie jest misterium małżeństwa. Gdyż bez niego świat by nie istniał.” – to inne jeszcze stwierdzenie z „Filipa”. Akurat aluzji do małżeństwa jest u „Filipa” sporo, trudno je przeoczyć. A. Palla przypisał „Ewangelii Filipa” coś, czego w tym dokumencie nie ma. Jeśli Czytelnicy nie posiadają w domu egzemplarza, a w internecie polskie tłumaczenia obejmują jedynie fragmenty, służę chętnie pełnym tekstem zamieszczonym gdzie indziej w wersji angielskiej http://reluctant-messenger.com/gospel-of-philip.htm .
Przyznam tu na marginesie, że początkowo zamierzałem napisać artykuł „Gnostyk i chrześcijanin” jako polemikę z artykułami A. Palli. Po dłuższym namyśle jednak zdecydowałem, że napiszę tamten tekst jako całkowicie niepolemiczny. Zamierzałem bowiem skoncentrować się na pisaniu o tym, czym chrześcijański gnostycyzm jest, a nie na polemizowaniu z tym, czym on nie jest.
10. Dokładnie tak, jak się to robi w odniesieniu do doketystycznych elementów w Nowym Testamencie. Ewangelia „Według Jana” mówi w jednych fragmentach, że zmartwychwstały Chrystus był cielesny, bo jadł rybę i Tomasz mógł dotknąć jego ran. Ale w innych daje ona pełną satysfakcję doketystom: to „stuprocentowe” ciało potrafi niczym duch lub zjawa(czyli „doketos” właśnie…) nagle się pojawiać i równie nieoczekiwanie znikać, potrafi przechodzić przez zamknięte drzwi jak „biała dama” w starym zamku (wzbudzająca wśród widzących ją nie mniejszą konsternację niż Jezus w wieczerniku…), a poza tym wygląda tak dziwnie i… nierealnie, że jego najbliżsi uczniowie początkowo nie umieją go poznać…
Do jakiego stopnia literalistyczna była krytyka gnostycyzmu przez „ortodoksów”, niechaj świadczy pewien „argument” u Ireneusza. Skoro mianowicie Paweł opisał swoje własne doświadczenie jako wstąpienie do TRZECIEGO nieba (2Kor 12;2), to – jak pisze Ireneusz (księga II, rozdz. XXX, akapit 7) – „nie może być, że ci ludzie (t.j. „heretycy” przyp. MM) wstępują powyżej SIÓDMEGO nieba, bo z pewnością nie przewyższają apostoła”.
A zatem tym razem NUMERY okazały się decydujące: trzecie niebo jest prawowierne, siódme heretyckie (i oszukańcze zapewne).
11. Przyjrzyjmy się osobie:
- Jest Bogiem wcielonym, Zbawicielem i Synem Bożym
- Ojcem jego jest Bóg, a matką śmiertelna dziewica
- Jego narodzenie zapowiada gwiazda na wschodzie
- Rodzi się w grocie lub stajence 25 grudnia
- Daje on ludziom szansę ponownego narodzenia przez obmycie wodą lub zanurzenie w niej
- Cudownie zamienia wodę w wino na weselu
- Triumfalnie wjeżdża na osiołku do miasta, podczas gdy ludzie machają mu na powitanie gałązkami oliwnymi
- Uzdrawia chorych, wskrzesza umarłych, wypędza demony, ucisza sztormy
- Posiada dwunastu uczniów
- Jest niesłusznie oskarżony i stracony w ofierze za grzechy ludzi
- Zmartwychwstaje trzeciego dnia
- Ofiaruje swym uczniom i wyznawcom swe ciało i krew w postaci chleba i wina
Pytanie: kto to taki, o kim mowa powyżej? Odpowiedź: Ozyrys- Dionizus…
Justyn Męczennik w „Pierwszej Apologii” odnotował (pod adresem „pogan”):
„A gdy my również mówimy, że Słowo, które jest pierworodnym Boga, poczęte zostało bez unii seksualnej i że On, Jezus Chrystus, nasz Nauczyciel, został ukrzyżowany i umarł, i zmartwychwstał, i wstąpił do nieba, to nie głosimy niczego innego od tego, w co i wy wierzycie odnośnie tych, których wielbicie jako synów Jowisza.”
W sumie znaleziono około 200 analogii pomiędzy naszym Pomazańcem a motywami w samej tylko religii egipskiej (por.: Gerald Massey: „Ancient Egypt, The Light of the World: A Work of Reclamation and Restitution in Twelve Volumes” T. 1 i 2; „The Historical Jesus and the Mythical Christ”; The Natural Genesis” ).
12. W „Pierwszej Apologii” Justyn Męczennik napisał m.in.:
„Usłyszawszy proklamowanie przez proroków, że Chrystus ma przyjść i że niegodni spośród ludzi mają być karani ogniem, złe duchy wysłały wielu, by ich nazywać Synami Jowisza, mając nadzieję, że będą oni w stanie stworzyć u ludzi wrażenie, że te rzeczy, które są mówione o Chrystusie, są jedynie wspaniałymi opowieściami, jak te rzeczy, o których mówili poeci.”
Żeby zaś nadać większej wagi swoim słowom, Justyn dalej posuwa się do stwierdzenia, że Mojżesz „jest starszy od wszystkich pisarzy” (sic!).
Temu tonowi Justyna zawtórowali później inni, jak choćby Tertullian:
„Diabeł, którego interesem jest wypaczać prawdę, naśladuje dokładne okoliczności Bożych Sakramentów. Chrzci swoich wyznawców i obiecuje odpuszczenie grzechów ze Świętego Źródła i w ten sposób wtajemnicza ich w religię Mitrasa. Tak więc celebruje on oblaty chleba i przywodzi symbol zmartwychwstania. Uznajmy zatem zręczność diabła, który kopiuje pewne rzeczy z tych, co Boskie.”
Religia Mitrasa była również starsza od chrześcijańskiej, a zatem i tu miałoby chodzić o „mimikrę przez uprzedzenie”…
13. Gdzie tkwi jakakolwiek prawda tych uproszczeń typu: ortodoksyjny Chrystus jest naturalny, gnostycki nierealny? To zwykła „klisza” propagandowa, pozbawiona jakichkolwiek realnych argumentów. Jeśli już zależy komuś na rozkładaniu mitologii na czynniki pierwsze (nie mam nic przeciwko temu, sam to nieraz robię…), to czemu nie sięgnąć już konsekwentnie do wszystkich mitologii? Niejednokrotnie przeczytać można pogląd (i to autorów jak najbardziej utożsamiających się z „ortodoksją”), że ewangelie kanoniczne to nie historia do dosłownego traktowania, lecz zapis wiary prymitywnego kościoła. To od razu rodzi jak najbardziej uzasadnione pytanie, że jeśli ta wiara prymitywnego kościoła niekoniecznie odzwierciedla fakty, to dlaczego ma ona w ogóle być uważana za jakąkolwiek formę ortodoksji i dlaczego inny jej rodzaj ma uchodzić za jakąkolwiek „herezję”? A już tym bardziej należałoby się bardziej szczegółowe wyjaśnienie, dlaczego ten inny rodzaj wiary miałby być „niebezpieczeństwem” oraz co to w ogóle za „niebezpieczeństwo”, o którym wspomina w swym artykule Pan Roman Zając? (”Chrześcijaństwo gnostyczne?”).
Czasami odnosi się wrażenie, że argumenty przeciw gnozie i gnostycyzmowi skleca się po prostu „jak popadnie”. A ostateczny wniosek formułuje się zawsze taki właśnie, jaki najwygodniej w danej chwili wyciągnąć: jeśli chodzi gnostykom o duchowego Chrystusa (lub w ogóle jeśli podkreślają oni duchowość), to się nazywa, że to odwracanie się od rzeczywistości ziemskiej przez dualistów (to jak bym Pana słyszał…) i że taki Chrystus to „fantom oderwany od rzeczywistości” (tu się z kolei kłania Wielebny dr Palla…). Gdy znowu gnostycy mówią, że ten Jezus był bardzo ludzki i mógł nie być aseksualny, to znowuż następuje oburzenie na tych, co to „bezczelnie” „pomniejszają” i „ośmieszają” Syna Bożego. W jednym i w drugim wypadku podciąga się to pod „apostazję”, „niechrześcijaństwo”, jakąś tam „postawę antyhistoryczną”, „nieuznawanie rzeczywistości ziemskiej” i podobne „kategorie”, które jeśli już o czymkolwiek w ogóle świadczą, to właśnie o niczym innym jak o ekskluzywizmie, który niejednokrotnie próbuje się nam przypisać, choć nie ma on do nas zastosowania..
Cytowany przez p. Romana Zająca ks. Szymik też nie „wyłamuje się” z tego schematu. W obu cytowanych fragmentach robi dokładnie to, co opisałem powyżej, przecząc sobie samemu: w pierwszym ma za złe, że ktoś celebruje „boskość samego życia”; w drugim żaś oskarża o chęć zamienienia chrześcijaństwa w „spirytualistyczną sektę” nienawistną wobec… realizmu życia (sic!). Drogi Księże! Albo jedno albo drugie: nie możemy przecież nienawidzić realizmu życia i jednocześnie celebrować jego boskości!!!
Panie Romanie: Pan sam wie, jakimi to „argumentami” szermują nieraz „ortodoksi”. Jak zauważyła, zresztą słusznie, Zoe Oldenbourg („Massacre at Montségur. A History of the Albigensian Crusade”. Phoenix Press, London 2000) niekiedy wręcz ludzie sami niewiele mający wspólnego z “herezją” dostrzegają ewidentną przesadę w zarzutach kierowanych pod jej adresem. Nie trzeba daleko szukać: Encyklopedia Katolicka nadal szerzy wprost żenujące wymysły na temat choćby właśnie katarów, cytuję:
“Jednakże najgorszym niebezpieczenżństwem było to, że triumf zasad heretyckich oznaczał wymarcie rodzaju ludzkiego. To wyniszczenie było bezpośrednią konsekwencją doktryny katarskiej, według której każdy stosunek między płciami powinien być unikany oraz że samobójstwo, lub Endura, w niektórych okolicznościach było nie tylko legalne, ale zalecane”.
I dalej:
„Gdyby kataryzm stał się dominujący lub pozwolonoby mu tylko na istnienie na równych warunkach, jego wpływ nie mógłby nie okazać się zgubny”.
„Wymarcie rodzaju ludzkiego…”. Tu już trudno byłoby powiedzieć, że winowajca „nie wie, co mówi i czyni”. Jeden rzut oka na jakikolwiek kraj buddyzmu, opartego na podobnej podstawie, co kataryzm, wystarczyłby, by się przekonać jak tam „ludzkość wymiera” i jak „zgubny wpływ” wywiera na nią buddyzm… Powyższe cytaty naprawdę się znajdują w Encyklopedii Katolickiej. Warte są one istotnie przeczytania i dobrego zapamiętania…
(patrz: http://www.newadvent.org/cathen/03435a.htm )
Kto propaguje „obrzydzenie płciowością”, o którym pisze cytowany przez Pana Zająca Ks. Szymik? Zdaje się, że i on pomylił adresy posuwając się do tego zarzutu. Praktyki pokutne? A czyż nie znamy ich z historii katolickich zakonów? Katarscy perfekci mogli żyć w celibacie (jak nasi duchowni i zakonnicy), mogli nosić czarne szaty (jak nasi księża i mnisi), mogli być wegetarianami (jak mnisi buddyjscy), ale nikt nie potrafi wskazać, by praktykowane było przez nich samobatożenie rzemieniami, kijami lub też – jak w wypadku „św” Dominika – żelaznymi łańcuchami… Do niektórych praktyk pokutnych otwarcie zachęcano jeszcze w XX wieku, ale wśród zachęcających do tych praktyk trudno byłoby znaleźć gnostyka nie tylko już „ze świecą”, ale nawet z całym kandelabrem pełnym takich „świec”… Czytając nieraz nawet współczesne diatryby przeciw wszelkim heretykom, odnosi się wręcz wrażenie, że błędy i pomyłki „ortodoksji” również próbuje się „przy okazji” zrzucić na barki heretyckie…
Niczym australijski bumerang powraca zatem stale jedno i to samo pytanie: to kto właściwie odrzucał rzeczywistość ziemską?
Oczywiście, że najrozsądniejszą odpowiedzią na nie byłoby: niektórzy spośród „heretyków” i niektórzy spośród „ortodoksów”. Nie ma żadnej „żelaznej” reguły będącej „programowo” związaną z którąkolwiek ze stron debaty.
Ksiądz Szymik twierdzi dalej, że gnoza „chce uczynić z chrześcijaństwa spirytualistyczną sektę”. Przede wszystkim nie „sektę”, skoro gnostycy na ogół nie nawołują do poszatkowania kościołów na mniejsze wspólnoty i na ogół – jeszcze raz to podkreślmy – pozostają w swoich macierzystych kościołach, nie zmieniając denominacyjnej przynależności niczym „rękawiczek”. No, ale jeśli już, to już: odpowiedzmy tu na moment podobną „monetą”: w jaką zatem „sektę” pragną przemienić je niektórzy „ortodoksi” (bo uznajmy tu bezstronnie i optymistycznie, że nie wszyscy), zwłaszcza ci, którzy chcieliby zbudować jedną instytucję, jedną dogmatykę, jedną hierarchię, jeden zbiór regulacji i to wszystko razem oddać pod jedno przywództwo jednego (nieomylnego…) duchownego?
W pewnej mierze na to pytanie zdaje się odpowiadać, również cytowany przez Pana Zająca, o. Jacek Salij. Pisząc o rodzącej się „ortodoksji” wczesnego chrześcijaństwa, zauważa on:
„ta nowa regulacja życia wiary nie obyła się bez utraty pewnej „wolności twórczej” na rzecz Instytucji zatroskanej o swą samoobronę”.
Idąc dalej tym samym torem dochodzimy do wniosku, że takie zjednoczenie „nie obyłoby się” bez… dalszej utraty owej wolności. Możnaby pójść jeszcze dalej, pytając jaki zatem „produkt finalny” uzyskalibyśmy u kresu tego procesu „utraty na rzecz Instytucji”?
14. Oczywiście, że tego faktu nie odkryto niedawno. Był znany i wtedy zarówno „heretykom” jak i „ortodoksom”. Ireneusz zdawał się być sfrustrowany tym, że werset ten jest ciągle przywoływany: „wszyscy heretycy zawsze przywołują ten werset” narzekał w księdze V, rozdz. IX swego dzieła „Przeciw herezjom”.
Ale też zwraca uwagę jego bardzo długa odpowiedź. Praktycznie rzecz biorąc nie odparł on twierdzeń heretyków, lecz wdał się w długą dywagację, w której jedynymi konkretami były następujące stwierdzenia:
„ci zatem, ilu by ich nie było, co nie mają tego, co zachowuje nas i formuje do życia wiecznego
(chodzi o Ducha przyp. MM) pozostaną i będą zwani jedynie ciałem i krwią”. Czyli innymi słowy, jeśli nie mają w sobie Ducha Bożego, to nie odziedziczą Królestwa Niebieskiego. I dalej:
„Ciało zatem opuszczone przez Ducha Bożego jest martwe, nie mające życia i nie może posiąść Królestwa Bożego: jest jak irracjonalna krew, jak woda wylana na ziemię. I dlatego mówi on (t.j. Paweł w 1Kor 15; 48 przyp. MM) „jak jest ziemski, tak i oni są ziemscy”. Lecz gdzie jest Duch Ojca, tam jest żywy człowiek; tak jest racjonalna krew zachowana przez Boga na pomszczenie tych, co ją przelali; tak jest ciało posiadane przez Ducha, zapominające istotnie co doń należy i adoptujące cechy Ducha, stające się dostosowanym do Słowa Bożego.”
Przez bite cztery akapity (czyli przez cały rozdział) „wałkował” ten temat w sposób istotnie ocierający się o mistycyzm i gnostyczny ezoteryzm i trudno byłoby wyobrazić sobie gnostyka, który nie byłby kontent z takiej polemiki…
Zamiarem Ireneusza było oczywiście „zbicie herezji”, tymczasem jednak to, co osiągnął (wyjąwszy niepotrzebne dłużyzny) to coś podobnego do tego, co kilkanaście wieków poźniej Swedenborg zrobił w odniesieniu do transmigracji dusz: znalazł mianowicie wykładnię mogącą zadowolić obie strony debaty, dowodząc (rozumiem, że wbrew intencjom), że oba stanowiska, choć różne, niekoniecznie są aż tak sprzeczne, jak na to wyglądają. Pod tym względem wywód Ireneusza możnaby nawet uznać za genialny…
15. Alfred Palla w artykule „Jezus: człowiek czy Bóg?” próbował wykazać boskość osoby Jozuego z Nazaretu m.in. cytując Pawła z jego listów do Kolosan i Filipian (Kol 2;9 i Flp 2;6), gdzie użyto słów „theotes” (lub „theotetos”) i „morphe” odnoszących się do „natury boskiej”, „boskości” czy „bóstwa” oraz do „postaci” (boskiej).
Gdyby istotnie Paweł uważał Pomazańca za Boga, to czy nie wyraziłby tego po swojemu czyli wprost, bez „owijania w bawełnę”, używając w tym celu po prostu słowa „theos” (czyli dosłownie „bóg”), żeby już nie było żadnej wątpliwości, zamiast kluczyć gdzieś po meandrach niejasnej „natury boskiej” w rodzaju „theotes”, „theotetos” czy „theiotes”, które to pojęcia różnie w związku z tym mogą być interpretowane? Cytowany przez nas Rz 1;4 wyjaśnia dokładnie, bez zbędnych niuansów i wieloznacznych słów, w prostym języku, za kogo Paweł uważał Jezusa.
Powoływanie się na t.zw. „List do Tytusa” (Tyt 2;11 14) oraz na t.zw. „Drugi List Piotra” (2P 1;1) jest o tyle wątpliwe, jeśli się istotnie przypisuje ich autorstwo apostołom. Obydwa one należą do tak zwanej „pseudoepigrafii” i datowane są na II wiek n.e., więc oczywiście żaden z apostołów nie miał szansy nawet tych listów przed śmiercią ujrzeć, a co dopiero ich napisać.
Przypatrzmy się sprawie na chłodno, z „olimpijskim spokojem”. Dzisiejszy podział na wierzących w boskość osoby Pomazańca, przebiegający mniej więcej wzdłuż linii „ortodoksi” – „gnostycy” nie powinien nas mylić, jeśli chodzi nam o czasy wczesnego chrześcijaństwa. Mentalność ówczesnych ludzi była istotnie taka, że jak najbardziej dopuszczała wiarą w boski charakter takiej czy innej wybitnej postaci. Pod tym względem podział na „ortodoksów” i gnostyków niewiele nam powie.
Czy nie uważano władców Rzymu za „Boskich Cezarów”? Czy faraonowie egipscy nie byli „Synami Ozyrysa”? Czy nie istniały religie, bardzo zbliżone charakterem i wierzeniami do chrześcijaństwa? Czy nie wielbiono w nich rozmaitych bogów – ludzi? Właśnie bliskie pokrewieństwo chrześcijaństwa i „pogańskich” religii misteryjnych typu dionizyjskiego wręcz nakazuje poważne potraktowanie odniesień naszych „ortodoksów” do historyczności ich wiary w boskość Jezusa. Spoglądając na historię bez niepotrzebnego zacietrzewienia (z którejkolwiek strony!) uznać wypada, że wiara w boskość Jozuego z Nazaretu ma zatem swoje głębokie historyczne (bo nie twierdzę, że akurat logiczne…) uzasadnienie. O Jezusie jako bogu mówią również gnostyczne pisma z Nag Hammadi, na przykład w jednym z nich, znanym jako „List Piotra do Filipa”, czytamy m.in. pytanie: “Czy zatem zgodziłbyś się przybyć zgodnie z nakazem naszego Boga, Jezusa?” Z kolei inne pismo („Nauki Sylwanusa”) nakazuje: „Wiedz kim jest Chrystus i pozyskaj go jako przyjaciela, gdyż jest to wierny przyjaciel. Jest on również Bogiem i Nauczycielem”.
Nie zapominajmy też o jeszcze jednym aspekcie, który najczęściej umyka naszej uwadze, gdy ten temat jest poruszany. Gdy dziś mowa o tym, że „Jezus to Bóg”, to wydźwięk tego stwierdzenia jest dziś dość jednoznaczny. W uszach ludzi antyku takie stwierdzenie mogło jednak brzmieć niejednoznacznie. Pamiętajmy, że były to czasy, gdy wierzono w rozmaitych bogów i że stopień „boskości” tychże też bywał różny. „Boscy Cezarowie” byli na ogół włączani „w poczet bogów” dopiero po swojej śmierci (byli co prawda tacy wśród nich, co za życia już uważali się za bogów – jak Kaligula, który jednak już wówczas uważany był za szaleńca). Poszczególni bogowie bywali głównie synami/córkami innych bogów. I do wszystkich nich odnosił się ten sam termin „theos”.
Nie brakowało w mitologiach również półbogów, będących dziećmi bogów i ludzi.
Dostrzegano jednocześnie czynnik boski także w samych ludziach: człowiek miał więc dwie natury: boską, zwaną z grecka „daimon” (które to pojęcie potem „opluskwiono” i dziś jest synonimem „demona”, „złego ducha” itd) oraz cielesny „wizerunek” („eidolon”, z którego znów wywodzi się „idol”, czyli po polsku „bałwan”; „eidololatreia” to zatem „bałwochwalstwo”). „Daimon” to nie dokładnie to samo słowo co „theos” (choć używano terminu „daimon” także w znaczeniu „boga” lub „bóstwa”), ale dziwne, jak sie to może wydawać dzisiaj, wówczas i „theos” mógł, rzadko co prawda, znaleźć odniesienie i do ludzi. Ślad tego odnajdujemy również w Nowym Testamencie. W „Ewangelii Jana” (10;34-36) Jezus, odpowiadając na gniewne oskarżenia „uczonych w piśmie” o czynienie z siebie boga, gdy jest jedynie człowiekiem, tłumaczy, biorąc za podstawę Psalm 82 (werset 6), że Jahwe nazwał bogami również ludzi („Ego eipa, theoi este”):
„Skoro ono (t.j. Prawo) nazywa bogami (theous) tych, do których przyszło słowo boże, a nie można odrzucić Pisma, to jakże o tym, którego ojciec konsekrował („‘egiasen”) i posłał na świat, mówicie „bluźnisz”, bo powiedziałem ‘jestem synem boga’ („uios tou theou”)?”
Zapytawszy ich w ten sposób, musiał jednak, jak podaje dalej „Ewangelia Jana”, salwować się ucieczką, gdyż i takie postawienie sprawy rozwścieczyło jego oponentów.
Widać zatem, że w Jn 10; 34-36 w stosunku do śmiertelników użyto słowa mocniejszego i bardziej jednoznacznego niż to, co pisał u siebie o Jezusie Paweł. Jeśli zaś relacja z Jn 10 odpowiada prawdzie, to oznacza to, że Pomazaniec, który niejednokrotnie w tej gnostycyzującej ewangelii czyni aluzje do swych własnych związków z boskością, miał najwyraźniej takie usposobienie, że wybitne jednostki ludzkie (a do takowych zaliczał również siebie) potrafił on tytułować w niecodzienny sposób i to do takiego stopnia, że wobec nich gotów był użyć jednożnacznego sformułowania, którego nigdy jednak nie ważył się odnieść do samego siebie.
Pisma Nowego Testamentu oraz inne dzieła wczesnego chrześcijaństwa potwierdzają tezę, że pierwsi chrześcijanie byli dość „mieszanym towarzystwem” o rozmaitych poglądach, często toczącym wewnętrzne polemiki. W boskość Jozuego mogło zatem wierzyć wielu spośród nich, zapewne bardziej nawet spośród tych, którzy uformowani byli klimatem religii „pogańskich” niż żydowskiej. Bo choć nie brakowało wśród „pogan” monoteistów, to jednak było wśród nich także wielu politeistów uważających za rzecz całkiem naturalną, że poszczególni ludzie mogli okazać się bogami. Jest mało prawdopodobne, że akurat Paweł przejął taki pogląd. W żadnym ze swoich listów niczego podobnego nie napisał. Podobnie żydowscy ebionici już w I wieku n.e. nie uważali Jozuego za Boga i również później nie zmienili zdania.
W księdze „Dziejów”, której powstanie datuje się różnie, od końca I w.n.e. do II w.n.e., opisana jest historia proto-męczennika Szczepana (Dz 6;5 – 7;60). Nawet jednak po tylu latach, jakie upłynęły od jego śmierci (pod „auspicjami”… Pawła właśnie), tekst przypisanej Szczepanowi mowy (Dz 7;2 – 7;53) nie nazywa Jozuego „Bogiem”, a jedynie określa go mianem „Sprawiedliwego” („dikaios”, Dz 7;52). Ba, w greckim tekście nie pojawia się tam nawet owo niejasne „theotes”…
Św. Polikarp ze Smyrny (dzisiejszy Izmir w Turcji) w napisanym przez siebie liście do Filipian też nie nazywa Jezusa Bogiem choć list ten datowany jest na ok. 135 r.n.e., czyli na II wiek. Polikarp miał też, według tradycji kościoła, być uczniem apostoła Jana (a także innego jeszcze – również według tradycji – ucznia Jana, biskupa Ignacego z Antiochii).
Oczywiście, że jeśli z drugiej strony w rozmaitych, „ortodoksyjnych” i „heretyckich” dziełach w pierwszych wiekach n.e. jacyś chrześcijanie nazywali Jozuego „Bogiem” lub pisali „pseudoepigrafię” z podobnymi sformułowaniami (przypisując autorstwo apostołom dla nadania wagi swoim tekstom), to oznacza to, że najpóźniej w II wieku n.e. byli już tacy, którzy w boskość Jezusa istotnie wierzyli (piszę „najpóźniej”, bo jedynymi pismami w NT, co do których nie ma żadnych wątpliwości, że powstały istotnie w I w.n.e., są autentyczne listy św. Pawła). A jeśli pisali o tym najpóźniej w II wieku, to jest całkiem prawdopodobne, że wierzyli już nawet w I wieku. W końcu najpierw się w coś wierzy, a dopiero potem można o tym pisać.
I wystarczyłoby, gdyby „ortodoksi” powołali się właśnie na takie, bezsporne fakty i tło historyczne, by wykazać innym swoje „historyczne racje” swej własnej wiary w boskość Jezusa z Nazaretu. Byłoby to o wiele bardziej dla nas wiarygodne niż próba (jak ta podjęta przez A. Pallę) jednoznacznego przypisywania apostołowi Pawłowi jednoznacznych poglądów w tej mierze, których sam apostoł nigdy i nigdzie nie sformułował.
Na marginesie warto dodać, że zgadzamy się w pełni ze stwierdzeniem dra Palli („Jezus: człowiek czy Bóg?”), że „każdy, kto przeczyta Nowy Testament, przekona się, że chrześcijaństwo nie było ruchem żałożonym przez kogoś uważanego za zwykłego śmiertelnika…”. Za zwykłego śmiertelnika z całą pewnością nie. Za niezwykłego śmiertelnika. Żadna wielka religia nie została nigdy założona przez zwykłego śmiertelnika, lecz przez niezwykłego, czyli wybijającego się ponad przeciętność i ponad sobie współczesnych.
16. Elaine Pagels podaje ciekawą rekonstrukcję walentyniańskiej egzegezy całego fragmentu 1Kor 15; 13 19:
„Gdyż „jeśli nie ma zmartwychwstania”, czyli jeśli psychicy nigdy nie mogą osiągnąć „poznania prawdy”, to Paweł uważa, że cała jego działalność nauczania psychików tej kerygmy oraz ich wiara w nią pozostaną próżne. W takim wypadku, jeśli psychicy, którzy są „martwi”, nie mogą zostać „podniesieni”, to ci co „zasnęli” (15;18) poszli na zatracenie.”
(„The Gnostic Paul”, s. 82).
Dziś zamiast „poszedł na zatracenie” powiedzielibyśmy: zmarnował swe zycie ten, co się w porę nie „przebudził”…
17. W Liście do Rzymian czytamy:
„Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi.” (Rz 1; 26-28)
Elaine Pagels prezentuje rekonstrukcję podwójnego znaczenia powyższych wersetów w ujęciu wczesnych gnostyków, m.in. Teodota i Herakleona:
„Co ten fragment może oznaczać? Odczytywane literalnie, znaczenie jest całkiem proste: wypaczony przez człowieka stosunek do Boga przyniósł „przeciwne naturze” stosunki międzyludzkie, przede wszystkim homoseksualizm. Psychiczny czytelnik zatem, widząc jedynie ten aspekt, może odczytać stąd użyteczne ostrzeżenie moralne (…)”
Znaczenie pneumatyczne (t.j. duchowe) jest natomiast bardzo ciekawą alegorią, pasującą jak ulał do tematu dyskutowanego w tych artykułach: „kobiety” i „mężczyźni” to alegoria owych „psychikoi” i „pneumatikoi” w kościele chrześcijańskim. Porzuciwszy naturalne stosunki, „psychikoi” grupują się jedynie w swoim własnym gronie, „pneumatikoi” również.
Według egzegezy walentynian, pisze E. Pagels, Paweł „dostosowując się do różnych charakterów obu tych grup, głosi ewangelię „na każdy z tych dwóch sposobów” (…) Kieruje on literalne znaczenie do psychików (…) lecz adresuje on znaczenie symboliczne do tych, co jak on sam, są pneumatyczni.” („The Gnostic Paul. Gnostic Exegesis of the Pauline Letters”. Fortress Press, Philadelphia, USA 1975, s. 17-19).
Na uwagę zasługuje tu teza o Pawle umiejącym zwracać się do obu stron jednocześnie. Jeśli zważyć, że obie te grupy z jednakową mocą odwołują się do listów Pawła, to ponad już osiemnaście wieków historii nie przestaje przyznawać wciąż na nowo racji naszym wczesnym gnostycznym egzegetom.
18. Istnieje powtarzana niejednokrotnie anegdota o tych dwóch rabinach: Shammai był bardzo sztywny i był tym, co moznaby dziś uznać za stojącego na straży „litery prawa”. Legendarny Hillel natomiast zainteresowany był raczej „duchem prawa” niż jego „literą”. Ci dwaj otrzymali kiedyś propozycję od pewnego wesołka (zapewne Greka), by wytłumaczyli mu całą Torę w tak bardzo krótkim czasie, że zdoła on ustać na jednej nodze, a jeśli tak się stanie, to on się nawróci na religię Żydów. Shammai się skrzywił i propozycję zdecydowanie odrzucił. Hillel natomiast był mądrzejszy i wyzwanie przyjął, wyjaśniając Grekowi jak następuje:
„Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe – oto najważniejsza treść Tory. Reszta to jedynie komentarze do niej. Idź i naucz się ich”.
19. Możnaby zapytać po co właściwie recytować „Credo”, jeśli się nie wierzy bodaj w jego część? Jest parę przyczyn:
Każdy z takich „heretyków” wyrósł jednak w tradycji kościoła oficjalnie wyznającego je. Innej przecież tradycji na ogół nie miał sobie dostępnej. Ludzie niczym przysłowiowe „skorupki” nasiąkają za młodu tradycją i później, jeśli nawet nie do końca ją akceptują, nie wyrażają też jednak na ogół wobec niej otwartego sprzeciwu. Albo obojętnieją, albo uczą się „godzić się” nawet z tymi elementami, które już dłużej nie są dla nich przekonujące. Recytują więc „Credo”, bo „wszyscy to robią”. Poza tym innego „Credo” nie znają…
Ci zaś, którzy nie obojętnieją, ale stają się „heretykami” i są w pełni tego świadomi, nie będą przecież podczas mszy protestować, ani domagać się zmiany tekstu z 381 roku. Msza nie temu przecież służy…
Osobiście nie jestem zwolennikiem zmian w tekście. Takie zmiany mogłyby mnie może nawet usatysfakcjonować, ale dla dobra kościoła nie należy tego robić. Gnostycy by się nie obrazili, ale co z pozostałymi? Wielu oburza się z mniej ważnych powodów (jak choćby język mszy…). Tymczasem nawet najbardziej zróżnicowane wewnętrznie wspólnoty religijne potrzebują, bodaj od czasu do czasu, wyznawania razem pewnych podstawowych w ich rozumieniu prawd stanowiących o tym, że są one istotnie wspólnotami.
Poza tym nawet, jeśli jakieś fragmenty są nieprzekonujące, nie oznacza to jeszcze, że są złe. A pierwszą powinnością jest – w religii tak jak w medycynie – nie szkodzić.
A zatem:
- „Wierzę w jednego Boga, stworzyciela…”. Jak najbardziej.
- Każdy jest w jakimś sensie „jednorodzonym” synem/córką Boga, po cóż zatem sprzeciwiać się, gdy publicznie mówi się to o Jezusie z Nazaretu?
- Niektórzy „heretycy” kwestionują słynne „filioque” w tym „Credo”. Osobiście nie kwestionuję. Skoro i tak chodzi dla mnie o rodzaj alegorii, to czy ten Duch pochodzi jedynie od Ojca, albo czy Syn też ma w tym swój udział, to doprawdy nie stanowi dla mnie „sprawy życia i śmierci”.
- „W jeden święty powszechny i apostolski kościół” („unam sanctam, catholicam et apostolicam ecclesiam”) osobiście wierzę, więc do tego fragmentu też nie mogę zgłaszać „sprzeciwu”.
- Że „Credo” mówi, że Jezus narodził się z dziewicy? Cóż, każda kobieta jest dziewicą do pewnego momentu swego życia… Każdy też wewnętrzny Christos „rodzi się” w dziewiczości (niewinności) nowo narodzonego istnienia ludzkiego. Więc całkowicie zgadzam się z tym cytatem.
- Że „zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia Pismo”? Nie on pierwszy w historii alegorii religijnych. I nie według jednego Pisma, lecz rozmaitych pism. Od czasów co najmniej egipskiego Ozyrysa świat ma jakiegoś ponadhistorycznego zmartwychwstającego Christosa (w egipskim KRST czytanego jako „Karast” lub „Krist”). Ta tradycja ma wiele tysięcy lat i nie widać, by cokolwiek złego światu uczyniła. Jestem „za”!
- Warto przy okazji zwrócić uwagę, że Credo nicejsko-konstantynopolitańskie nie mówi, że Jezus zbawia przez swoją śmierć. Mówi jedynie, że umarł „również za nas”, a to niekoniecznie to samo i otwarte jest dla wielu interpretacji, które tu w Credo również wyrażane mogą być równocześnie, razem i bez obrazy. Dla naszego zbawienia natomiast „zstąpił z nieba”, z czym jest pełna zgoda. Ten fragment mógłby równie dobrze napisać Walentyn, Bazylides czy Marcjon…
- Że „przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych”? Ależ jak najbardziej! Nasz pogląd w tej sprawie mógłby wręcz uchodzić za bardziej jeszcze radykalny: nie tylko przyjdzie sądzić, ale praktycznie nigdy ludzkości nie opuszczał i sąd dokonuje się bez przerwy, niemal na naszych oczach („kto ma oczy, niechaj widzi…”).
- Trudno byłoby znaleźć jakiegokolwiek chrześcijanina, który nie wierzyłby przynajmniej w część treści „Credo”.
- A we „wskrzeszenie umarłych i życie wieczne w przyszłym świecie” wierzy nie tylko każdy chrześcijanin, ale i każdy wierzący człowiek, obojętnie do jakiej religii się przyznaje. Zatem tu tym bardziej nie ma problemu…
Amen