Copyright © 2010 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Posts Tagged ‘Polityka’
Czy Izrael to pomyłka?
Wiele napisano już o sytuacji w strefie Gazy i o stosunkach arabsko-żydowskich na Bliskim Wschodzie. Do napisania tego tekstu skłonił mnie szereg artykułów. Zwróciłem uwagę na artykuł Tomasza Terlikowskiego“Lekcja Holokaustu” , którego pierwotnym miejscem opublikowania był magazyn Polska. The Times. Właściwie powtórzył w nim to, co już pisał w innych publikacjach na temat obecnej rzeźni w Gazie. Od czasu do czasu jedynie „paying lip service” wobec ofiar arabskich, utrzymuje ten sam ton poparcia dla agresji i przemocy. Przyjrzyjmy się bliżej argumentom tam zawartym, jak również temu, czego w nim brakuje i postarajmy się o wyciągnięcie wniosków sięgających wprost samej istoty trwającej na Bliskim Wschodzie „Wojny Sześćdziesięcioletniej”. Tekst niniejszy stanowi pełną wersję artykułu opublikowanego swego czasu w serwisie kosciol.pl http://www.kosciol.pl/article.php/20090115233858396
Tomasz Terlikowski odnotowuje między innymi fakt znajomości z pewnym polskim (z pochodzenia) muzułmaninem, bardzo elokwentnym i wykształconym, który przekonywał go, że jedynym rozwiązaniem obecnego konfliktu jest likwidacja Izraela. Kto wie, być może Tomasz i ja znamy tego samego muzułmanina. Bo ja też znam jednego, który jest istotnie znakomicie wykształcony i elokwentny. Byłby chyba znakomitym partnerem w dyskutowaniu tego tematu również w polskich mediach, bowiem zna go od dawna i to nie tylko ze względu na swoje wykształcenie, ale też z przyczyn rodzinnych. Od wielu lat nie mieszka w Polsce, a jego żoną jest Palestynka. O swoim antysyjonizmie pisze tak (mam nadzieję, że wybaczyłby mi ten cytat z emaila, jaki mi kiedyś posłał):
„Nie mamy powodu, aby nie nienawidzić tych, co mordują muzułmanów na okupowanej ziemi muzułmańskiej. Niestety są to głównie żydowscy syjoniści. Każdy to widzi. Niech skończą swój antyarabski antysemityzm, to i my skończymy z antyżydowskim. Ja nie mogę byc “antysemitą” chociażby z tak oczywistego powodu, jak fakt, że moja małżonka jest najczystszą Semitką z Banu Swelem, i to córką wypędzonych w 1948 z ich domu i ziemi “świętej” (pod Hajfą). Jej babki siostra została zamordowana przez gang terrorystów z Irgunu przed swoim domem. Mojej teściowej dwie Zydówki w leninówkach (ktore szwargotaly “jakim szeleszczącym językiem”, ani to byl hebrajski, ani jidish,) wyrwaly z uszu złote kolczyki a ich towarzysze splądrowali im dom”
(z dalszego ciągu wynikało, że w tym domu zamieszkali później Zydzi z Rumunii lub Mołdawii… A propos tego „szeleszczącego języka” – czyż nie mógł to równie dobrze być język polski? Nasz język uchodzi jak najbardziej za „szeleszczący” z uwagi na te nasze niekończące się „ś”, „ć”, „sz”, „cz”, „ść” i „szcz”…).
Gdyby tak istotnie dbano w większości mediów przynajmniej o zgodność przedstawainego nam obrazu z faktami, to zaczętoby go nie od Hamasu (tak jak to zrobił T. Terlikowski), bo to nie od niego bierze początek konflikt (ani tym bardziej jego eskalacja) na Bliskim Wschodzie. Dla Tomasza wszystko wydaje się „jasne”: tak, Izraelczycy nie mają innego wyjścia, jak brutalna wojna, no bo przecież ten parszywy Hamas… (który zresztą sami pomogli zmontować jako przeciwwagę dla Hezbollahu i OWP…). To zupełnie tak, jakby ktoś początków konfliktu polsko-niemieckiego z II Wojny upatrywał nie w dyplomacji późnych lat 1930tych ani nawet w inwazji z 1939 roku, ale… w atakach polskiego podziemia na niemieckich funkcjonariuszy i Volskdeutschów czy w zamachu bombowym na Cafe-Klub…
Wiemy doskonale, że Hamas nie jest pierwszą organizacją bojową i stosującą masowy terror w tamtym kraju, lecz że był nią wspomniany wyżej w cytacie żydowski Irgun (który działał tam już od 1931 roku i miał swe korzenie w innej grupie, znanej jako Haganah, której korzenie sięgają aż roku 1907…). Wiemy dobrze (jeśli nie wręcz bardzo dobrze) o terrorze bombowym, jaki „bojownicy” tej organizacji przynieśli palestyńskim Arabom. Dobrze ich z nim zaznajomili, skoro Arabowie rewanżują się podobnie. Znany jest los szeregu wsi palestyńskich, w których dopuszczano się mordów na mieszkańcach, znana jest dziennikarzom nazwa przynajmniej jednaj z takich wsi: Deir Yassin (sam tylko internet roi się od informacji, więc chyba nie muszę podawać aż linku…). Jeśli już Tomaszowi Terlikowskiemu nie z tego jest znana, co tam się stało, to może przynajmniej z tego, że miejsce, w którym się znajdowała, jest ledwie przecież 1400 metrów od Yad Vashem, o którym pisze on już w pierwszym zdaniu swego artykułu, gdy powołuje się na zbrodnie antyżydowskie zwane „Holokaustem” jako lekcję, która teraz nakazuje Izraelowi terror w Gazie. To wygląda na ironię: stawiać swoisty „pomnik” ofiar nieopodal miejsca, gdzie innym ofiarom zgotowano rzeź… (na zdjęciu: tablica z pomnika Deir Yassin w… Nowym Jorku). To niemal symbol tego, co stało się na terytorium dzisiejszego Izraela: jakby próba uzasadnienia terroru innym terrorem (którego jednak Arabowie się nie dopuścili). Próba akurat taka, jakiej red. Terlikowski się podejmuje, już zresztą nie pierwszy raz w ostatnich dwóch tygodniach…
Zresztą jest to próba pokazaną w nieco skrzywionym zwierciadle również i z tego powodu, że Hamas u niego to niczym jakieś ogromne monstrum, zdolne niemal zniszczyć Izrael, stąd niby ta „świadomość konieczności obrony tego, co udało się zbudować, odzyskać.”
Tymczasem proporcje są w istocie całkowicie odwrócone: to Izrael jest uzbrojony po zęby, to on posiada setki głowic nuklearnych, nowoczesną artylerię i ciężkie czołgi. Palestyńczycy ze swoimi rakietkami, archaiczną bronią, a najczęściej wręcz kamieniami, prezentują się na tym tle niczym nasze własne niegdysiejsze „kamienie na szaniec”, co to z butelką benzyny na czołgi z czarnymi krzyżami…, gdy wrogowie „przyszli podpalić dom, gdy runęli żelaznym wojskiem”. Ci ludzie nie mogą mówić o tym, co „udało się zbudować, odzyskać” – bo im to, co mieli niegdyś zbudowane, zniszczono. Oni dopiero chcieliby odzyskać…
Ten stan potwiedzają niezależni obserwatorzy:
“Amnesty International zaobserwowała również, że większość Palestyńczyków postawionych przed sądem za przestępstwa “terrorystyczne” i torturowanych (podkreślenie moje – MM) przez Shin Bet (służbę bezpieczeństwa) była oskarżana o wykroczenia takie jak przynależność do nielegalnych stowarzyszeń lub rzucanie kamieniami. Byli wśród nich również więźniowie sumienia, jak np ludzie aresztowani jedynie za wzniesienie flagi” (Norman Finkelstein „ The Rise and Fall of Palestine.”)
Norman Finkelstei jest Żydem. Ale on niewiele ma wspólnego z prezentowaną przez T. Terlikowskiego apoteozą syjonistycznego terroryzmu. Chociaż jest Żydem… Czyżby ktoś zatem chciał być bardziej „żydowski” od (wielu) Żydów? Ten sam autor (bynajmniej nie jako jedyny – nawet nie jako jedyny Żyd) wskazuje na charakter państwa izraelskiego w inny jeszcze sposób:
„Decyzja Sądu Najwyższego Izraela z 1989 roku, według której każda partia opowiadająca się za całkowitą równością Arabów i Żydów może zostać pozbawiona prawa do wystawiania kandydatów w wyborach… (oznacza), że państwo Izrael jest państwem Żydów, a nie ich (Arabów) państwem.”
(Norman Finkelstein, “Image and Reality of the Israel-Palestine Conflict.”)
Tomasz pisze o hamasowcach jako “ubranych w cywilne ubrania terrorystach”. A w co, tak prawdę mówiąc, mieliby być ubrani? To nie jest regularna armia w mundurach. Gdy podziemie polskie podejmowało akcję terrorystyczną np w Warszawie (bo w Krakowie rzadziej się to zdarzało), to też wysztafirowywało się tam ono w mundury z dystynkcjami? „Ciekawa” jest również następna część tego samego zdania: „a inni (Palestyńczycy – przyp. MM) zginęli dlatego, że Hamas traktował ich jak żywe tarcze mające chronić liderów organizacji, a także stanowić broń propagandową w zachodnich mediach, które z lubością potępiają wojny, o ile prowadzone są one przez państwa zachodnie”.
No cóż, red. Terlikowski z kolei zdaje się pochwalać każdą wojnę, o ile tylko prowadzona jest przez Izrael… Żywe tarcze? Gaza to jedyne większe terytorium pozostawione palestyńskim Arabom przez syjonistów. To gdzie ten Hamas ma istnieć: może w Argentynie? Tym bardziej, że – czego „Tomo” już nie napisał – Hamas (skrót od “Harakat Al-Muqawama Al-Islamia” czyli “Islamski Ruch Oporu”) jest nie tylko organizacją zbrojną, ale ruchem polityczno-społecznym również w szerszym sensie. Przyznaje to również Wikipedia (wciąż jeszcze!) pomimo tego, że ta „wolna encyklopedia” jest coraz częściej cenzurowana i zdarza się ostatnio, że całe zamieszczane w niej artykuły lub ich fragmenty ni stąd ni z owąd „znikają” z netu co jakiś czas. Wg Wikipedii
“Hamas również prowadzi szerokie programy społeczne i zyskał popularność w społeczności palestyńskiej poprzez zakładanie szpitali, systemów edukacyjnych, bibliotek i innych usług na całym obszarze Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy” (1)
Zgadzam się, że narażanie własnej ludności może pachnąć zbrodnią, ale co w takim razie powiedziałb Tomasz o przywódcach Powstania Warszawskiego? Nikogo na nic nie narazili? Czy wobec tego zaliczyłby on Powstanie Warszawskie też jedynie do rzędu zbrodniczych aktów terroru? Bardzo w to wątpię…
Dziwi go (i nie tylko jego), że już samo istnienie Izraela jest dla wielu Arabów trudne do przyjęcia? Tak, jest. Tak jak dla Polaków trudne do przyjęcia było istnienie „Generalnej Guberni”. Czym jest – jeśli ktoś potrafi odpowiedzieć – dla Palestyńczyków Izrael, jeśli nie właśnie rodzajem Generalnej Guberni? Nie dziwi mnie więc opinia i tego polskiego muzułmanina wspomnianego przez T.Terlikowskiego, że jego zdaniem najpewniejszą drogą do pokoju jest likwidacja Izraela.
Pacyfistyczni Zydzi z Neturei Karta też pragną likwidacji Izraela. Zdają sobie bowiem doskonale sprawę z tego, co i my nie mniej doskonale wiemy: że cały obecny, ślimaczący się od dziesiątków lat (czas równy niemal życiu całego pokolenia ludzkiego) konflikt na Bliskim Wschodzie wyrasta swymi korzeniami właśnie z procesu narzucenia miaszkańcom tamtego regionu obcego, okupacyjnego i terrorystycznego wobec nich państwa. Nie ma, po prostu nie ma ucieczki od tego prostego, niezaprzeczalnego faktu: bez Izraela nie byłoby „Wojny Sześćdziesięcioletniej”, tak jak niegdyś bez inwazji zbrojnych Anglii nie byłoby Wojny Stuletniej… Można oczywiście dalej być pro-izraelskim i popierać cokolwiek Izrael uczyni. Ale nie można uczciwie zaprzeczyć faktowi, że konflikt wyrasta tam już z samej obecności tego państwa w tamtym konkretnym miejscu. Tak się bowiem składa, że w tamtym regionie to on jest agresorem. Broni się przecież (swoimi agresjami) nie przeciw inwazji ludów obcych, lecz przeciw desperacji ludności rdzennej…
Jeśli tylko uświadomimy sobie ten zasadniczy fakt, to łatwiej będzie nam prowadzić rzeczowe dyskusje na temat konfliktu bliskowschodniego. Bez tego uświadomienia skazujemy się jedynie na bezowocne międlenie o faktach zasłyszanych i wyczytanych, powtarzanych bez ładu i składu, ale za to z zacietrzewieniem czy to proarabskim czy proizraelskim. Cały schemat takich „wodolejskich” dyskusji sprowadza się do albo opowiadania się za Palestyńczykami „bo Żydzi ich terroryzują” (to prawda…) albo za Żydami, „bo islamscy fundamentaliści ich terroryzują” (też prawda…). Całość takich wymian opinii to czysta strata czasu, energii, nerwów osób co bardziej pobudliwych, strata papieru drukarskiego i strata prądu, gdy się ogląda w TV gadające głowy wystrojonych w modne krawaty marynarkarzy, rozkładających swoje pośladki na wygodnych fotelach studyjnych…
Najczęściej doniesienia w „poprawnych” politycznie mediach nie odnotowują innej jeszcze kwestii, a mianowicie kwestii t.zw. „Wielkiego Izraela”, co nie znaczy, że ona nie istnieje i że nie budzi bardzo konkretnych kontrowersji http://www.palestineremembered.com/Acre/Famous-Zionist-Quotes/Story695.html
http://en.wikipedia.org/wiki/Greater_Israel
http://www.mideastweb.org/Middle-East-Encyclopedia/greater-israel.htm
A jak widać, jest to kontrowersja isniejąca nawet w ścisłym kierownictwie izraelskim http://www.haaretz.com/hasen/spages/1020929.html
Mówimy tu o źle odrobionej przez syjonistów „lekcji Holokaustu”. Tymczasem to nie jedyna źle odrobiona przez nich lekcja. Nie odrobili oni bowiem nawet lekcji historii starożytnego Izraela. Ten dawny Izrael, który też – jeśli wierzyć pierwszym księgom Biblii – powstał z agresjii i ludobójstwa, potem praktycznie poza może krótkim okresem za Salomona, stale miał problemy z przetrwaniem. Stale zmuszony był się bronić, bywał napadany, likwidowany, zniewalany, a jego ludność poddana była gwałtom i eksodusom. Jeśli akurat nie miał problemów z Egiptem, to je miał z Asyrią, jak nie z Asyrią, to z Babilonią, albo Persją. Potem rządzili tam Grecy, w końcu Rzymianie i wtedy też nastąpiła ostateczna likwidacja państwa żydowskiego…
Tak, to prawda – nie ma tam teraz mocarstwa zwanego „Asyria”, nie ma potęgi znanej jako „Babilonia”, Grecja nie jest lokalnym mocarstwem, jakim była w przeszłości (w istocie to obecnie jeden z najuboższych krajów Unii Europejskiej). Persja też nie jest mocarstwem, choć istnieje nadal (ale już samo w sobie opracowywanie technologii nuklearnej przez ten kraj wywołuje niemal dreszcze w Izraelu…). Nie ma „Rzymu”, a jego „następca” w postaci Włoch nie jest mocarstwem i nie posiada na Bliskim Wschnodzie żadnej swej „kolonii” ani żadnej „prowincji”. Egipt natomiast nie jest już egipski, tylko arabski. Turcja zresztą też już na Bliskim Wschodzie nie rządzi ani Wielka Brytania… Afrika Korps też nie nadciąga na gąsienicach swych czołgów…
Jednak sytuacja geopolityczna takiego małego państewka (nawet zazbrojonego powyżej czubka głowy najnowocześniejszymi rodzajami broni masowego rażenia), nie staje się w takim regionie wiele lepsza. W dodatku samo istnienie takiego państwa zależy od ciągłej pomocy i wsparcia (technologicznego, politycznego i finansowego) ze strony obcych mocarstw (głównie USA). Czy ktoś może mi powiedzieć jakie długofalowe szanse na przetrwanie ma organizm państwowy, który musi bez przerwy polegać na obcym mocarstwie, bo samemu trudno byłoby mu się na dłuższą metę utrzymać? Czy nikt nigdy nie zadał sobie pytania, czy aby ta nieustająca walka Izraela o samo istnienie nie jest czymś na kształt niekończącej się walki z wiatrakami, które i tak w końcu okażą się – tak jak w „Don Kiszocie” – silniejsze? Izrael zdaje się – i to przez całych już ponad 60 lat swego istnienia – siedzieć na rozżarzonych węgielkach. Już nawet skromne wyliczenie konfliktów Izraela przez Wikipedię (obejmujące zarówno konflikty oficjalnie zwane „wojnami” jak i te niezaszczycone takim mianem) wygląda dość „imponująco” jak na zaledwie 60 lat istnienia państwa… Z tego wyraźnie widać co jest główną przyczyną wrzenia wojennego w tamtej części świata.. Właściwie niczego nie trzebaby dodawać. Nie trzebaby wyliczać tych wszystkich walk, ataków terrorystycznych z obu stron, okupacji, wypędzenia miażdżącej większości Palestyńczyków z ich ziemi i „zaryglowania” ich w Strefie Gazy… Nie trzebaby zaznajamiać się z coraz to bardziej „jednostajnie” prezentującymi się „news” o tym, co się tam dzieje (istotnie: na całe tygodnie naprzód można „przepowiedzieć” o czym będą doniesienia prasowe i telewizyjne stamtąd…). Będzie obejmować tematy powszechnie już znane:
http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Terrorist_Attacks_Against_Israel_Before_1967 http://www.haaretz.com/hasen/spages/1052037.html http://www.informationclearinghouse.info/article21471.htm
http://sabbah.biz/mt/archives/2009/01/07/palestinian-girl-confronting-israeli-terrorist/
http://www.truthtellers.org/alerts/israelfoundedonterror.htm
http://jewsvszionists.wordpress.com/2008/05/16/jews_reject_60_years_of_israeli_terrorism_apartheid_against_palestinians/
http://judicial-inc.biz/London_bus.htm
Rewizjonizmy terytorialne istnieją przez całe wieki. Przekonaliśmy się o tym my, Niemcy, Francuzi i inni też.
Ci, którzy sobie wyobrażali, że można to uczynić w Palestynie i „jakoś to będzie”, mieli chyba Arabów za podludzi i to szczególnie debilnego sortu (szereg wypowiedzi czołowych syjonistów zdawałby się to potwierdzać) .(2) Powiedzmy sobie, ale zupełnie szczerze: czy kiedykolwiek zdarzyło się nam słyszeć lub czytać o tym, by dało się po prostu przegnać ludność z jakiegokolwiek terytorium (pomagając sobie zbrodniami masowymi) bez generowania w ten sposób zemsty, rewizjonizmu i rewanżyzmu?
W Europie poprzesuwano granice. Ku radości jednych i zgryzocie drugich. I chociaż w tej chwili nic nie zapowiada zmian, nikt na dobrą sprawę nie wie, jak długo ten stan potrwa. Ale przez cały ten czas panuje tu względny spokój – przerywany jednak kolejnymi konfliktami: a to w Jugosławii (jeszcze tak na dobrą sprawę niezakończony), to znowu w Osetii/Gruzji/Rosji. Nie jest do końca rozwiązana kwestia irlandzka, a od czasu do czasu daje o sobie znać separatyzm baskijski w Hiszpanii, nierzadko też znaczony terroryzmem.
W Palestynie jednak praktycznie trwa on bez przerwy. I to już tak na dobrą sprawę od lat 1930tych, z preludium sięgającym jeszcze dalej wstecz. Ten konflikt trwa zdecydowanie zbyt długo, by można było mówić o rychłym zakończeniu. To raczej ciąg konwulsji wybuchających regularnie. Protekcja okazywana Izraelowi przez Zachód, szczególnie przez USA, staje się dodatkowo zarzewiem szerszego jeszcze konfliktu: między światem islamu a nami. Doprowadziła też do globalizacji kwestii żydowskiej – chociaż stworzenie Izraela miało doprowadzić rzekomo do jej zaniku. Kwestia ta pozostała dalej tam gdzie była – choć w szeregu krajów uległa osłabieniu (paradoksalnie jednak nie tyle w wyniku utworzenia Izraela, ale w wyniku przebiegu II Wojny…). Tak jak kwestia żydowska uległa globalizacji, tak też uległa jej antyżydowskość. Izrael, który dać miał Zydom bezpieczeństwo, robi wrażenie oblężonej twierdzy i to nawet wyglądem. Co prawda trzeba przyznać, że to nie dlatego, że jakiś wróg zewnętrzny ją otoczył – raczej dlatego, że zbudowano ją na cudzym terytorium…
Istnienie Izraela od dawna nie jest już przyczyną tylko i wyłącznie konfliktu lokalnego. Zatruwa, niestety skutecznie, stusunki międzynarodowe i jest powodem zaostrzających się konfliktów międzycywilizacyjnych. Zagraża w ten sposób już nie tylko Palestyńczykom oraz – w dalszej perspektywie – Żydom, ale ludom cywilizacji europejskiej i islamskiej. Konflikt ten, ulega rozszerzeniu na inne kraje. I to nie tylko w tym sensie, że namnożyły się zamachy terrorystyczne, takie jak seria zamachów żydowskich, znana pod nazwą „afery Lavona” (3) . czy zamachy bombowe terrorystów islamskich w krajach Europy (Londyn, Madryt) czy Dalekiego Wschodu (Bali), ale także w sensie militarnym. Były już wojny Izraela z krajami arabskimi, były wojny w Libanie. Wojny w Iraku i Afganistanie mają swe korzenie w „Wojnie Sześćdziesięcioletniej” i co do tego mało kto ma jakiekolwiek wątpliwości. Coraz częściej dyskutuje się otwarcie możliwość inwazji na Iran oraz na Syrię. Sytuacja na Bliskim Wschodzie stała się dżumą stosunków międzynarodowych, międzykulturowych, międzyreligijnych, międzycywilizacyjnych, nawet międzyrasowych.
Taka eskalacja globalna jednego konfliktu lokalnego zapewne nie byłaby możliwa, gdyby nie „specjalny” rodzaj stosunków Izraela i USA. Specjalny ten charakter nie zapobiegł aktom terroryzmu między nimi, ale tak jakoś dziwnie się te akty układały, że były one zawsze aktami terroryzmu izraelskiego wobec obywateli USA, nigdy zaś odwrotnie… I uchodzą one na „sucho”… Na tym właśnie polega ów „specjalny” charakter tych stosunków bilateralnych….(4)
Stąd też nie dziwi, że Izrael bezkarnie pozwala sobie na używanie bomb napalmowych wobec ludności Gazy. I że używa artylerii – czyli wyjątkowo nieprecyzyjnej broni – do ostrzeliwania gęsto zaludnionego obszaru (półtora miliona mieszkańców). I że zrzuca ostatnio ulotki nad Gazą, informujące jej ludność, że będzie jeszcze więcej ostrzału i bombardowań.
Bez owych „specjalnych”stosunków z Ameryką nie pozwoliłby sobie na nic podobnego. Ba, bez nich w ogóle nie istniałby tam, gdzie dziś jest. Byłby zupełnie gdzie indziej. Z dala od tych, których ziemie zabrał terrorem takim, za jaki Miloševič i Karadzič z Jugosławii poszli przed trybunał międzynarodowy… Byłby państwem pokoju, na jaki zasłużyli sobie Żydzi po okresie 1800 lat nieposiadania własnego, niepodległego kraju. Byłby powszechnie szanowany, a nie coraz bardziej pogardzany i znienawidzony na świecie. Potrafiłby przyczynić się do stworzenia wizerunku Żyda jako człowieka takiego jak inni, zamiast pracowicie kłaść fundament pod dalszy, kto wie jeszcze jak paskudny „antysemityzm”…
Nie brakuje pomysłów na to, by państwo żydowskie przenieść gdzie indziej.
Pan Ronen Eidelman proponuje stworzenie takiego awaryjnego państwa („Medinat Weimar”) w Niemczech, a konkretnie w Turyngii ze stolicą w Weimarze. Inny Zyd, Yael Bartana, sugeruje wręcz, by trzy miliony Zydów sprowadzić do Polski… Oto fragment recenzji jednago z jego filmów, odnoszący się do tej kwestii:
„Protagonista sugeruje, że aby Polska mogła zostać w pełni zaakceptowana przez innych Europejczyków, kraj ten musi przyjąć tolerancję i multikulturalizm oraz przyjąć z powrotem swych Zydów. Prowokacyjnie oświadcza on: „Niechaj owe trzy miliony Zydów, których Polsce brakuje….przegna demony. Wracajcie do Polski, do waszego kraju!” http://www.thejewishmuseum.org/exhibitions/bartana09
Problem w tym, że jest to w gruncie rzeczy idea podobna do tej, która dała w wyniku obecny Izrael i – używając eufemizmu – „mniej niż zadowalające” skutki jego istnienia. Są to jedynie półśrodki, a nie projekty rozwiązania permanentnego. I można się już dziś założyć, że nawet gdyby któryś z tych pomysłów miał zostać zrealizowany, to zacznie on przynosić owoce równie zatrute jak i w przypadku umieszczenia na siłę państwa żydowskiego na ziemi arabskiej. Jednak główną zasadą tworzenia jakiegokolwiek państwa żydowskiego w przyszłości winno być, by je zakładać tam, gdzie nie ma licznej ludności miejscowej lub zgoła żadnej. Kto wie, być może w istocie pomysły Eidelmana czy Bartany nie wskazują “punktu docelowego” lecz jedynie mają przyczynić się do wywołania szerszej dyskusji na temat stworzenia nowego kraju dla ludności żydowskiej? Być może projektodawcom (czy to z ich własnej inicjatywy, czy też za czyjąś zachętą) chodzi o miejsca w gruncie rzeczy inne niż Weimar czy Polska? Może Polska i Weimar to jedynie rodzaj “latarni morskiej”, której zadaniem nie jest w końcu naprowadzenie statków na siebie, lecz na port położony nieco dalej albo ostrzeżenie wręcz przed przypływaniem bliżej miejsca, w którym sama stoi? Jako ludzie nie pozbawieni inteligencji, musimy i taką możliwość brać pod uwagę. Tak czy inaczej, inicjatywa Eidelmana i Bartany stanowi w gruncie rzeczy (nawet jako półśrodek) wyjście we właściwym kierunku. Dokładnie tak jak sam syjonizm: zwykło się nieraz – ze względu na zbrodnie Izraela i syjonistyczny terror – uznawać syjonizm za zło. Niejednokrotnie uczestnicy demonstracji antyizraelskich skandują nawet hasła w rodzaju: “Judaism-yes; Zionism-no! The state of Israel has got to go!” Nawet jeśli to istotnie prawda, że obecny Izrael “has got to go”, syjonizm nie jest złem. Są w nim skrajności (jak w każdym ruchu i ideologii, to prawda. Ale sam w sobie jest jak najbardziej słuszny w swym założeniu, że ludności żydowskiej należy się własne państwo. Syjoniści natomiast popełnili kardynalny błąd, zakładając swoje państwo tam, gdzie ono aktualnie się znajduje i przeprowadzając na tamtym terenie zbrodnicze czystki w rodzaju tych, prowadzonych swego czasu przez hitlerowców na Zamojszczyźnie czy gdzie indziej. Niejednokrotnie mówi się o Izraelu otoczonym „morzem wrogów”. Już sam ten fakt wystarcza do zakwestionowania tezy o słuszności wizji twórców obecnego Izraela. Jakaż bowiem przezorność i mądrość kryje się w pomyśle tworzenia nowego państwa „w morzu wrogów”? Nie lepiej było poszukać miejsca odpowiedniejszego?
Czy rzeczywiście nie jest możliwe, że utworzenie Izraela tam, gdzie się znajduje, było historycznym błędem? Nigdy, naprawdę nigdy nikomu nie przyszło to na myśl?
Kto wie: może jednym z powodów, dla których liderzy krajów Zachodu tak popierają Izraela „prawo do istnienia” tam, gdzie on jest, i dla którego nie ważą się potępiać jego państwowego terroryzmu jest to, że sami woleliby takiego państwa nie „gościć” w swoich własnych krajach. Wolą raczej, by wieści o nienawiści i rozlewie krwi nadchodziły z Gazy, Zachodniego Brzegu czy Jerozolimy niż np z Weimaru, hiszpańskiej Andaluzji czy amerykańskiej Alaski…(5)
Doprawdy, jedynym rozsądnym rozwiązaniem obecnej sytuacji – myśląc obiektywnie i zupełnie „na chłodno” – jest całkowity demontaż Izraela jako państwa w jego obecnym położeniu geograficznym i odtworzenie go zupełnie gdzie indziej i to z takim obszarem, by nawet wszyscy Zydzi – jeśli sobie tego zażyczą – mogli się tam kiedyś przenieść.
Wbrew pozorom jest ogrom miejsca na Ziemi, gdzie takie państwo dałoby się stworzyć. Weźmy choćby Australię, gdzie nie powinno stanowić problemu wydzielenie obszaru mogącego pomieścić miliony ludzi. Nikt nie może twierdzić, że w Australii nie da się żyć. W Kanadzie byłoby pewnie jeszcze lepiej, bo tam nie brakuje ogromnych wysp. Chociaż tam z kolei jest znacznie zimniej, średnie temperatury roczne utrzymują się poniżej zera stopni. Przykładem jest Victoria Island, która ze swoimi ponad 217 000 km2 ma powierzchnię odpowiadającą ponad 2/3 terytorium Polski., jest też większa od Wielkiej Brytanii. Tymczasem wszystkich mieszkańców jest tam aktualnie około tysiąca dziewięciuset… Spory potencjał ma także Alaska… Nikt nie może twierdzić, że brakuje możliwości. Przy czym to oczywiście jest w jak najlepiej pojętym interesie syjonistów, by się za taką możliwością rozglądać, dokładnie tak, jak to robili dziesiątki lat temu, tylko tym razem lepiej i rozsądniej.
Możliwości wciąż istnieją, jednak z każdym dziesięcioleciem są coraz mniejsze, gdyż obecnie żyje na Ziemi między 6 a 7 miliardami ludzi i ich liczba szybko wzrasta. Jeszcze 70 lat temu było rzeczą całkiem do pomyślenia, by próbować budować żydowskie państwo na Madagaskarze . Dzisiaj takie pomysły mogą należeć jedynie do historii.
Tak jak w przeszłości mieszkańcy niegdysiejszych kolonii tak czy owak odzyskaliby kiedyś niepodległość a Francja tak czy owak uwolniłaby się w wiekach średnich od dominacji Anglii (obojętnie: z Joanną d’Arc czy bez Joanny d’Arc…), tak też prędzej czy później Arabowie poradzą sobie z potęgą Izraela, a także ze swoimi własnymi wewnętrznymi podziałami (kto wie – może Izrael wręcz przyczyni się do jedności arabskiej?), a małe rozmiary Izraela sprawią, że nawet jego potęga nuklearna i rzeka pieniędzy z USA nie wystarczy… W dodatku on graniczy z Arabami ze wszech stron i ma ich jeszcze sporo (dobrze ponad milion!) wewnątrz swego malutkiego kraju… (przecież ruchawki są i w Jerozolimie – właśnie niedawno pokazano, jak izraelski wojskowy łazik w tym mieście uciekał przed gradem kamieni…).
Dzisiaj to jeszcze, jak na tym zdjęciu, pokazywanym w internecie, mogą Izraelczycy ze śmiechem przez lornetkę oglądać bombardowanie Gazy… I mówić dużo o miejscowości Sderot, bo tam kiedyś spadały prymitywne rakiety wystrzelonego przez Palestyńczyków (większość tych „rakiet” z reguły nawet nie eksploduje…). Milczą natomiast o tym, co tam było zanim powstał Sderot – arabska wieś Najd, poddana czystce etnicznej w maju 1948 roku…. Czy ktokolwiek z nas naprawdę sądzi, że Arabowie to małpy, które nie potrafią pamiętać? Kiedyś i Krzyżowcy potrafili bić tych Arabów na tej samej ziemi. No i co się w końcu stało? Tak, Izrael jest pomyłką…
PRZYPISY
1.. W oryginale: “Hamas also runs extensive social programs throughout the West Bank and Gaza Strip”
2. “Milion Arabów niewart jest żydowskiego paznokcia.” – Rabin Yaacov Perrin, Feb. 27, 1994 ( N.Y. Times, Feb. 28, 1994, p. 1).
“Przepędźcie tę populację bez grosza przez granicę, odmawiając jej zatrudnienia… Zarówno process wywłaszczania jak I usuwania biednych musi zostać przeprowadzony dyskretnie i ostrożnie.” – Theodore Herzl, założyciel World Zionist Organization
“Jest obowiązkiem przywódców izraelskich wyjaśnianie opinii publicznej, jasno i odważnie, pewnej liczby faktów, które z czasem zostały zapomniane. Pierwszym z nich jest, że nie ma syjonizmu, kolonizacji lub Państwa Zydowskiego bez wysiedlenia Arabów i zagarnięcia ich ziem.”
Yoram Bar Porath, Yediot Aahronot, of 14 July 1972.
„Zredukujemy arabską populację do rzędu społeczności drwali i kelnerów”-
Uri Lubrani, specjalny doradca premiera Ben-Guriona do spraw arabskich
“Musimy zastosować terror, zabójstwa, zastraszenie, konfiskację ziemi i odcięcie wszelkich świadczeń społecznych, aby pozbyć się populacji arabskiej z Galilei” - Israel Koenig, “The Koenig Memorandum.”
„Deklarujemy otwarcie, że Arabowie nie mają prawa do osiedlenia się na bodaj centymetrze Eretz Israel… Siła jest wszystkim, co rozumieją i kiedykolwiek zrozumieją. Będziemy stosować przemoc tak długo, aż Palestyńczycy przyczołgają się do nas na czworakach.” - Rafael Eitan, szef sztabu izraelskich sił zbrojnych – Gad Becker, Yediot Ahronot 13 April 1983, New York Times 14 April 1983.
3.. Chodzi o całą serię zamachów bombowych wymierzonych przeciw Amerykanom na Bliskim Wschodzie, a konkretnie w Egipcie. Zamachy te przypisywane były powszechnie terrorystom arabskim aż do momentu, gdy kolejna bomba wybuchła przedwcześnie jeszcze w rękach… żydowskiego zamachowca. Wtedy, jak po nitce do kłębka, dotarto aż do izraelskiego ministerstwa obrony, w wyniku czego minister obrony, Pinhas Lavon, podał się do dymisji.
4.. Victor Ostrovsky, b. oficer Mossadu informuje na przykład, że jesienią 1991 roku służba ta planowała zamach na prezydenta USA, George’a Busha (seniora). A było to tak: zorganizowana została wówczas w Madrycie konferencja z udziałem Izraela i wszystkich jego arabskich sąsiadów, włączając Palestyńczyków, którzy wystąpili tam jako część delegacji Jordanii. Aby zmusić do udziału w tej konferencji znajdujący się w tarapatach finansowych rząd Icchaka Shamira, Bush zastosował, jak pisze Ostrovsky, „ten rodzaj nacisku, jaki amerykański prezydent rzadko miał odwagę wywrzeć”, mianowicie zamroził on (wbrew rozwścieczonej wspólnocie żydowskiej w USA) gwarancje pożyczek dla Izraela, wynoszących ogółem 10 mld dolarów. Obawiając się, że rozmowy z Arabami – zwłaszcza z Palestyńczykami – mogłyby zakończyć się zmuszeniem Izraela do odstąpienia części terenów okupowanych, Mossad podjął decyzję zamordowania Busha w Madrycie i to w taki sposób, aby winą za to morderstwo zrzucona została na Palestyńczyków, aby w ten sposób spowodowała dodatkowo powszechne znienawidzenie Palestyńczyków w USA. W tym celu wyselekcjonowano 3 palestyńskich ekstremistów jako kozłów ofiarnych. Byli nimi: Beijdun Salameh, Mohammed Hussein i Hussein Shahin. Chodziło o to, by sprowadzić owych trzech do Madrytu jak najbliżej Busha, a następnie go zamordować. W powstałym chaosie zamierzano dalej zlikwidować owych trzech „zamachowców” i w ten sposób zapewnić „jeszcze jedno zwycięstwo Mossadowi. Byłoby im przykro, że nie zdołali uratować prezydenta, jednak jego ochrona nie była przecież ich zadaniem”. Postarano się nawet o to, by zorganizować „przeciek” do policji hiszpańskiej, że owych trzech ekstremistów udaje się do Madrytu i zapewne planują coś ekstrawaganckiego. Jeśli w końcu projekt ten nie wypalił, to dlatego, że grupa oponujących temu pomysłowi funkcjonariuszy Mossadu, zorganizowała inny, tym razem autentyczny przeciek i to tak, by Amerykanie dowiedzieli się o tym planowanym zamachu, a Mossad o tym przecieku. Akcja została odwołana.(p. Victor Ostrovsky. „The Other Side of Deception” HarperCollins, New York, 1995 s. 353-361)
5.. Było tak przecież i w przeszłości, co wywołało swego czasu, w latach 1930tych wręcz wesołość i sarkazm Josepha Goebbelsa :
„Jest rzeczą godną uwagi, że wszystkie państwa, których opinia publiczna sprzyja Zydom, odmawiają zaakceptowania naszych Zydów. Mówią one, że są oni wspaniałymi pionierami kultury i geniuszami ekonomii, dyplomacji, filozofii i poezji, jednak z chwilą, gdy próbujemy im wepchnąć któregoś z tych geniuszów, zatrzaskują swoje granice: „Nie, nie! Nie chcemy ich!”. Myślę, że to istny ewenement w historii świata, narody odrzucające geniuszy.”
http://www.nkusa.org/
http://en.wikipedia.org/wiki/Wars_of_Israel”
http://medinatweimar.org/2008/06/15/the-neues-museum-saga/
http://kafee.wordpress.com/2008/06/15/a-jewish-state-in-germany-as-an-artwork/
http://www.heretical.com/miscellx/zionism.html
Nowa ordynacja wyborcza
Wiele już powiedziano i napisano o funkcjonowaniu Sejmu i Senatu. Wiele atramentu wylano też na ocenę ordynacji wyborczej. Od czasu do czasu następują jej zmiany, które zdają się niewielu satysfakcjonować. Proponowane są coraz to nowe rozwiązania, mające ulepszyć obecny system. Warto się jednak zastanowić nad kwestią ewidentnie umykającą uwadze reformatorów: nad kwestią rzeczywistego powodu braku zadowolenia pracą parlamentu. I od tej kwestii należy zacząć reformę.
W ogólnym zarysie obecny system wyborczy wygląda tak: kandydaci startują w wyborach w swoich okręgach wyborczych (lub w okręgach, do których zostali wyznaczeni przez swoje partie). Głosowanie następuje w lokalach obwodowych komisji wyborczych i tam, po zakończeniu głosowania i po zamknięciu lokali, następuje pierwsze liczenie oddanych głosów. Po czym rezultaty głosowania spisuje się w protokole, podpisanym następnie przez członków komisji wyborczej. Protokół przesyłany jest następnie do komisji okręgowej, która też spisuje protokół, tyle że obejmujący wyniki głosowania we wszystkich obwodowych lokalach wyborczych danego okręgu. Powstaje kolejny protokół, który następnie wędruje do Państwowej Komisji Wyborczej w Warszawie, a ta podaje do wiadomości publicznej ostateczne wyniki wyborów. Ci z kandydatów – lub też nawet bardziej – te partie (bo niekoniecznie nawet kandydaci…), które uzyskały największą liczbę głosów w swoich okręgach , uzyskują miejsca w Sejmie i Senacie. I większości obywateli nie wydawałoby się to niczym dziwnym ani niestosownym, gdyby nie fakt, że ani wybrani parlamentarzyści (poza wyjątkami), ani tym bardziej ich wyborcy, nie mają wielkiego pojęcia o tym, czym konkretnie będą się ci ludzie zajmowali w parlamencie i w jakiej komisji sejmowej będą pracowali oraz czy się do jakiejkolwiek komisji tak naprawdę w ogóle nadają.
Ten negatywny rezultat spowodowany jest oczywiście faktem, że obecny system wyborczy bazowany jest na wyborczym regionalizmie oraz na podstawie politycznej oceny kandydatów, a nie na ich profesjonalnej przydatności do pełnienia funkcji posła lub senatora, funkcji polegającej w głównej mierze na opracowywaniu praw obowiązujących w poszczególnych dziedzinach życia politycznego i gospodarczego kraju. Kampanie wyborcze koncentrują się w związku z tym nie na przydatności i konkretnych umiejętności kandydatów, lecz na dosłownie czymkolwiek, co czyni ich osobami znanymi: mieliśmy już w Sejmie ludzi o znanych nazwiskach, ale małej przydatności do stanowienia praw. Mieliśmy tam działaczy politycznych i związkowych, którzy zapewne byli dobrzy w wykłócaniu się o wyższe zarobki dla robotników czy w pisaniu artykułów politycznych i felietonów atakujących konkurencyjne partie polityczne. Mieliśmy tam nawet lokalnych działaczy “wypływających” dzięki obiecywaniu niezorientowanym wyborcom np. zadbania o remont lokalnej szkoły, jeśli ci ich wybiorą do sejmu. W praktyce “dobry” jest niemal każdy chwyt, by skupić na sobie zainteresowanie elektoratu i w ten sposób wyjść zwycięsko z tej swoistej “wolnoamerykanki” wyborczej. System taki z całą pewnością odpowiada idei awansu społecznego kandydatów oraz robienia przez nich kariery politycznej. Mamy jednak uzasadnione wątpliwości co do tego, czy równocześnie koresponduje on z aktualnymi potrzebami legislacyjnymi państwa, a zatem z potrzebami, których zaspokojenie stanowi naczelne zadanie parlamentu.
Obecny system parlamentarny jest bazowany na kombinacji zasady reprezentacji regionalnych z kryterium przynależności politycznej kandydatów na parlamentarzystów.
Ten pierwszy czynnik stanowi zaszłość historyczną z czasów, gdy poszczególne regiony, czy też – jak wówczas mawiano- “ziemie” kraju były w dużej mierze suwerenne suwerennością rządzących nimi rodów magnackich i szlacheckich. Szlachta zbierała się na całym szeregu lokalnych “sejmów” i “sejmików” (czyli “zebrań”), by tam radzić o lokalnych zagadnieniach i delimitacji wzajemnych interesów. Gdy przychodziło natomiast do radzenia w skali całej Rzczypospolitej, to wówczas na tych sejmach lokalni arystokraci wybierali reprezentantów spośród samych siebie i wysyłali ich do Piotrkowa na Sejm krajowy.
Ta zasada funkcjonuje nadal, tyle że oczywiście prawa wyborcze rozszerzone zostały na ogół obywateli. Jednak wiele się od czasów przedrozbiorowej Rzeczypospolitej zmieniło. Przede wszystkim nie ma już suwerennych regionów w Polsce, która nie jest nawet państwem federalnym i w którym nie ma już ani Sejmu Sląskiego ani nawet ograniczonej autonomii jakiegokolwiek regionu. A nie ma, bo ta niby “zregionalizowana” reprezentacja skupiona w Sejmie nie zamierza niczego takiego wprowadzić. System “reprezentacji regionów” staje się w coraz bardziej oczywisty sposób zwykłą fikcją. Jednym (choć nie jedynym) z przejawów owej fikcji jest dobór kandydatów na “posła danej ziemi”… spoza tej “ziemi”. Kiedyś opozycja demokratyczna w PRL wytykała rządzącej PZPR zwyczaj t.zw. przywożenia kandydatów “w teczkach” z Warszawy. Tymczasem już w pierwszych demokratycznych wyborach do Sejmu i Senatu z roku 1989 to “Solidarność” wystawiając swoją reprezentację, ówczesną t.zw. “drużynę Lecha” (Wałęsy) złożyła jej skład w dużej mierze właśnie z ludzi “przywiezionych w teczkach” do poszczególnych regionów i nie wywodzących się z nich w ogóle, a nawet nie mających jakichkolwiek związków z nimi. Tak np Adam Michnik startował wtedy z… Bytomia na Górnym Sląsku, a z Katowic (na senatora) Andrzej Wielowieyski z Warszawy. Jedynym bodaj związkiem Andrzeja Wielowieyskiego z Katowicami było to, że czasami jego artykuły publikowane były na łamach katowickiego “Gościa Niedzielnego”. A to i tak były związki “o całe niebo” silniejsze od “związków” Adama Michnika z Bytomiem.
Jednak faktem pozostaje, że kandydaci spoza regionów często wygrywają wybory, dokładnie tak jak wówczas wygrali je Wielowieyski i Michnik. Obecnie zwyczaj “przywożenia kandydata w teczce” wcale nie jest w zaniku. Wręcz przeciwnie: jest on rozpowszechniony dokładnie tak jak kiedyś “za komuny”, tyle że na ogół nie używa się już określeń typu “przywieziony w teczce”.
Przykłady powyższe same pokazują dowodnie, że dobór posłów na zasadzie regionalnej już się przeżył. Tym bardziej, że o wyborze posła na Sejm decydować mają przecież jego umiejętności, a nie fakt pochodzenia z jakiegoś regionu i zamieszkiwania w nim. Zwyczaj ten dodatkowo jeszcze godzi w zasadę równości wyborów, bo oznacza on, że głosy wyborców wcale nie są równe wobec siebie. Niejednokrotnie bowiem wybrani zostają kandydaci uzyskujący stosunkwo niską liczbę głosów, gdy w tym samym czasie gdzie indziej “przepadają” osoby legitymujące sią znacznie większym poparciem wyborców.
Natomiast posadowienie systemu wyborczego na “geografii partyjno-politycznej” jest zagadnieniem zupełnie innym. Nie można się spodziewać, że owa “geografia partyjna” zaniknie, bo nie znikną w systemie demokratycznym partie polityczne ani ich decydujący udział w wystawianiu i lansowaniu kandydatów na posłów i senatorów. O ile jednak “regionalizm wyborczy” jest jedynie przeżytkiem, sprytnie manipulowanym (to wykorzystywanym, to znów omijanym) przez partie polityczne, to z kolei upartyjnienie całego systemu ordynacji wyborczej (ba, nawet samego indywidualnego aktu wyborczego!) stało się niemal zarazą tego systemu, doprowadzając do tego, że o dostaniu się do Sejmu decydują nie tyle indywidualne umiejętności, wiedza i mądrość kandydata, ale jego “plecy” partyjne. Pod tym względem niewiele się zmieniło od czasów “komuny”. Jedyna istotna różnica polega tu na tym, że zamiast jednej “komuny” decydującej, jest takich “komun” zatrzęsienie, a wszystkie postępują pod tym względem w sposób zbliżony do siebie.
Przyłożenie tak wielkiej wagi na “pochodzenie polityczne” kandydata przy jednoczesnym pomijaniu tego, jakie umiejętności on (lub ona) sobą reprezentuje, jest niemal tym samym, co wybieranie go ze względu na jego “pochodzenie wyznaniowe” – też przy niebaczeniu na wiedzę i umiejętności.
Poza tymi dwoma czynnikami mamy do czynienia z jeszcze jednym. Pragnąc stworzyć system wyborczy jak najbardziej odpowiadający potrzebom swoich krajów, politycy i prawnicy głowią się nad tym, czy lepszy jest system “proporcjonalny” czy “większościowy”. Pojawiła się, coraz popularniejsza, koncepcja “Jednomandatowych Okręgów Wyborczych” (JOW), która sama w sobie nie jest absolutnie niczym nowym, CBOS opublikował swego czasu już nawet wyniki ankiety temu poświęconej. Nie umniejszając niczym znaczenia ani dyskusji na ten temat ani znaczenia samego problemu, warto jednak dodać, że żadne takie rozwiązanie – nawet jeśli samo w sobie stanowiłoby w polskich warunkach istotny krok naprzód – nie dotyka najważniejszej kwestii całej sprawy. Autorzy pomysłów mają sporo racji, wskazując na kwestie powszechności, równośc czy bezpośredniości wyborów. Nie dotykają oni natomiast tego, co najważniejsze: przydatności kandydata do pracy nad stanowieniem prawa. Wierzymy, że im lepszy “rzemieślnik”, tym lepszy będzie jego “produkt”. Szarpanie się o nową ordynację wyborczą ma sens tylko wtedy, gdy zapewni ona dobór najlepszych posłów. Wszelkie inne kwestie nie rozwiążą tutaj absolutnie niczego. Pragnienie zmian jest samo w sobie reakcją na kiepskie rezultaty pracy parlamentu. Czemu zatem zastępować stare, nieefektywne rozwiązania nowymi, równie nieefektywnymi? Czy po to, aby po jakimś czasie zamieniać je znowu na inne… przynoszące tak samo mierny efekt?
Co zatem można zrobić, aby – nie rezygnując z demokratycznej zasady praw wyborczych – zreformować obecną ordynację tak, aby wybierać przede wszystkim fachowców do parlamentu, który niechby się już wreszcie dzięki temu stał “kolegium ekspertów”, zamiast być jedynie coraz bardziej pożałowania godnym “jarmarkiem partyjnym”?
Można zrobić jedno: przesunąć posadowienie systemu wyborów do Sejmu z regionalnego na ogólnokrajowy (przy pozostawieniu jednak mandatowości okręgów w wyborach do Senatu), a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe.
Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie “jak to zrobić?” I na to pytanie też mamy odpowiedź:
poprzez zmianę wyboru posłów “w ciemno” do Sejmu na wybór ich bezpośrednio do danych komisji sejmowych oraz poprzez zmianę systemu wyborów do Senatu na zasadzie okręgów jednomandatowych.
Przyjrzyjmy się najpierw zatem jak owa zasada zmieniłaby Sejm:
Aktualnie w sejmie istnieje 28 stałych komisji sejmowych. Z tej liczby 3 nie są komisjami bazowanymi na jakiejkolwiek konieczności profesjonalizmu. Są to komisja Regulaminowa i Spraw Poselskich, komisja Etyki Poselskiej oraz Łączności z Polakami za Granicą. Oznaczać to będzie, że – o ile w międzyczasie sejm nie dokona zmian w liczbie i charakterze komisji – wybieranoby posłów do 25 komisji sejmowych.
Obydwa elementy nowego, zreformowanego systemu (czyli profesjonalizm i ogólnokrajowość) są nieodłączne: nie można wprowadzać kryterium zawodowego przy jednoczesnym regionalizmie, bo byłoby to niepraktyczne. Gdyby bowiem zechcieć te dwie różne zasady ze sobą połączyć, to liczba kandydatów obsadzających wszystkie komisje sejmowe w każdym regionie byłaby zbyt wielka, by umożliwiała ona sprawny wybór. Postawienie zatem na kryterium zawodowe po prostu zmusza do skierowania się w stronę ogólnopolskiego wyboru, kosztem niepraktycznej i coraz bardziej manipulowanej zasady regionalnej, spoza której coraz jawniej wyziera interes partyjny. Wybór zatem jest tutaj następujący: albo dobór zawodowców w skali ogólnokrajowej, albo iluzja regionalizmu (który dla autonomii regionów i tak nic nie robi) i wszechobecny interes partyjny. Na obecnym etapie nie mamy najmniejszej wątpliwości co do tego, która z tych zasad powinna otrzymać pierwszeństwo.
A co daje nam taką niezachwianą pewność, że zreformowana ordynacja zaowocuje – by się “brzydko” wyrazić – lepszym “materiałem poselskim”? To, że wybór bezpośredni do komisji sejmowej zmusi kandydatów do przedstawienia swego własnego dorobku zawodowego jako jedynego argumentu na rzecz jego wyboru, w miejsce niekończących się filipik i partyjnej demagogii, która – w braku rzeczywistych argumentów – przynajmniej daje kandydatowi “ersatz” propagandowy, dzięki któremu ma on w ogóle coś do opowiadania podczas swoich spotkań wyborczych. Bez tego ersatzu będzie musiał on po prostu mówić więcej o sobie i swoich osiągniąciach zawodowych, swoim doświadczeniu i dorobku, pamiętając, że jego bezpośredni oponenci staną wobec takiej samej konieczności i wobec tego również postawią na jedną kartę – kartę własnych zasług, bo innej karty mieć po prostu nie będą. Będą oni nadal wystawiani w większości przez partie polityczne, ale “amunicja” stosowana przez nich w walce wyborczej zmieni się jakościowo na lepsze – zmuszając w końcu establishment polityczny do wystawiania kandydatów wartościowych pod względem zawodowym, a nie jedynie według partyjnych układów. Zlikwidowany zostanie równocześnie wynikający z regionalizacji wyborów element nierówności głosów wyborczych, gdyż oddane na kandydatów głosy liczone będą w skali ogólnokrajowej. Zasada doboru parlamentarzystów według ich umiejętności przyczyni się zatem do likwidacji praktyki istnienia “równych i równiejszych” ze względu na uzyskaną liczbę głosów. Obecny system pozwala jednak nie tylko na istnienie “równych” czy “równiejszych”. Wiemy, że mamy nawet “najrówniejszych”. Przypatrzmy się temu bliżej. Ustęp 1 artykułu 133 ordynacji wyborczej przewiduje:
“W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.”
Nie byłoby w tym zapewne niczego dziwnego, ale już w ustępie 1 następnego artykułu, 134, tworzy się wyjątki od tej reguły:
“Komitety wyborcze utworzone przez wyborców zrzeszonych w zarejestrowanych organizacjach mniejszości narodowych mogą korzystać ze zwolnienia list tych komitetów z warunku, o którym mowa w art. 133 ust. 1, jeżeli złożą Państwowej Komisji Wyborczej oświadczenie w tej sprawie najpóźniej w 5 dniu przed dniem wyborów.”
Czyli na tych kandydatów w ogóle mało kto może głosować, a do parlamentu wejdą i tak… I wystarczy im do tego, że będą np. “dobrymi Niemcami” czy “dobrymi Białorusinami”. W trosce o właściwy dobór parlamentarzystów, ta ostatnia zasada musi zostać natychmiast unieważniona. I to nie dlatego, że chodzi o osoby innej narodowości niż polska. Lecz dlatego, że zasada ta przedkłada niepolskie pochodzenie narodowe kandydata ponad jego umiejętności – a co za tym idzie – ponad jego wartość jako konstruktywnego współtworzyciela praw w tym kraju.
Przecież nie istnieje w ordynacji jakikolwiek artykuł czy ustęp mówiący o specjalnym uprzywilejowaniu np mniejszości religijnych, których reprezentanci mieliby gwarantowane mandaty nawet, jeśli ta mniejszość nie przekracza 5% populacji. Nikt nie próbuje nawet ustalać “proporcji”, według których przyznawanoby mandaty członkom Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego czy Kościoła Ewangelicko – Reformowanego albo mniejszości islamskiej. Tak samo, jak nikt nie rezerwuje specjalnie mandatów dla Zydów (obojętnie już czy traktowanych pod względem religijnym czy rasowym). Ustalanie tego rodzaju zasad z pewnością przekroczyłoby wszelkie granice rozsądku. Dlaczego zatem utrzymywać je wobec mniejszości narodowych?
Nie mamy niczego przeciw temu, by również osoby o korzeniach innych niż polskie udzielały się w pracach polskiego sejmu i senatu. Niechaj jednak wchodzą tam jako dobrzy eksperci, a nie jako “dobrzy nie-Polacy”. Ta sprawa zresztą ma swój szerszy wydźwięk, jeśli chodzi o kwestie praw mniejszości w Polsce. Nie wątpimy, że w razie upowszechnienia niniejszego postulatu, pojawią się pod jego adresem głosy krytyczne, zarzucające mu “nacjonalizm”, “ksenofobię” czy wręcz “rasizm”. O tym, że zarzuty takie byłyby co najmniej niepoważne, można się łatwo przekonać, przyglądając się bliżej stanowi obecnemu. Bardzo często zdarza się, że gdy przedstawiciele mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie zgłaszają postulat ustawienia w ich miejscowościach tablic z dwujęzycznymi ich nazwami (polską i niemiecką), są oni atakowani publicznie, a na ich postulatach przysłowiowej “suchej nitki” nie pozostawiają właśnie ci, którzy co chwila podkreślają konieczność “walki z ksenofobią”… Innymi słowy: dawanie pierwszeństwa kandydatowi na posła, bo jest Niemcem, jest “dobre”, bo takie “tolerancyjne” i “nie-ksenofobiczne”, ale gdyby np. na tablicy z nazwą “Strzelce” pojawiła się obok również nazwa “Strehlitz”, to już tu się kończy upodobanie dla tolerancji, a ksenofobia przybiera wręcz na sile… O co zatem chodzi w naszym postulacie? O to, by pochodzenie etniczne kandydata nie miało znaczenia przy jego wyborze do parlamentu, a kryterium tego wyboru spoczywało wyłącznie na jego przydatności do pracy w tym organie ustawodawczym, obojętnie jakie będzie miał on rysy twarzy oraz oczy skośne w obojętnie którą stronę… oraz aby jednocześnie mniejszości miały możliwość korzystania, w miejscach swych skupisk, z własnego dorobku kulturowego, którego częścią jest między innymi nazewnictwo. Zależy nam bowiem zarówno na prawach mniejszości etnicznych jak i na tym, aby położyć kres gwarantowanemu obecnie ustawowo marnotrawstwu mandatów poselskich przyznawanych za pochodzenie zamiast za zasługi.
Przyjrzyjmy się zatem jak, w skrócie, wyglądać miałyby poszczególne etapy walki o mandaty sejmowe. Nie wprowadzają one żadnej komplikacji w stosunku do systemu obecnego, natomiast dają szereg nowych i istotnych korzyści:
1. Wyłanianie kandydatów. Partie polityczne i inne organizacje czynią to, co zawsze, z tą wszakże różnicą, że zwracają większą niż dotychczas uwagę na osiągnięcia zawodowe kandydata, co stanowi już pierwszą bezpośrednią korzyść nowego systemu.
2. Rejestracja wyłonionych kandydatów. Według obecnie obowiązującej ordynacji, każdy kandydat ma prawo ubiegać się tylko o jeden mandat i tylko z jednego okręgu wyborczego. Nowy system dokłada jeszcze jeden warunek: tylko do jednej komisji sejmowej, co oznacza, że kandydat decyduje się ubiegać o mandat w tej komisji, do pracy w której uważa się za przygotowanego najlepiej. To już druga bezpośrednia korzyść płynąca z nowego systemu.
3. Kampania wyborcza. Kandydaci prowadzą kampanię mając na uwadze, że o ich wyborze decydować będzie w nieporównanie większym stopniu ich własny dorobek zawodowy niż dotychczas. Będą zmuszeni do koncentrowania się na nim właśnie, co stanowi trzeci już zysk nowego systemu. Spotęgowany będzie on dodatkowo faktem, że konkurentami jego będą nie tylko inni kandydaci z tego samego okręgu, ale także kandydaci startujący gdzie indziej w Polsce. Stąd wypływa kolejna korzyść: koncentracja na własnych osiągnięciach zmniejszy stopień stosowania “propagandy negatywnej” wobec konkurentów – będzie na to mniej czasu, tym bardziej, że wielu kontrkandydatów będzie mu nieznanych, w związku z czym nie może on ich nawet zbytnio atakować. Nie łudzimy się, by dało się negatywne elementy walki wyborczej całkowicie zlikwidować. Pozostaną one i będą niemniej zażarte, ale zmniejszy się ich ilość. Inne jeszcze korzyści – tym razem dla wyborców – będą te, że w ten sposób lepiej będą mogli poznać swoich kandydatów oraz stopniowo lepiej zaczną się także orientować w zadaniach parlamentu i problemach przezeń rozstrzyganych.
4. Wybory. Wyborcy będą głosować w swoich okręgach wyborczych. Procedura samego głosowania nie ulegnie zbyt wielkiej zmianie. Mając znaną sobie liczbę kandydatów, wyborcy głosować będą przyznając swoje preferencje. Najlepszym systemem byłaby zmodyfikowana i uproszczona wersja australijskiego “wyboru alternatywnego” (”alternative vote”). Zmianie ulegnie natomiast podliczanie oddanych głosów. Po uzyskaniu od okręgowych komisji wyborczych rezultatów głosowania w okręgach, Państwowa Komisja Wyborcza ustali ostateczne wyniki wyborów, zestawiając wyniki ogólnokrajowe dla każdej z komisji sejmowych z osobna. Dokładnie jest ona omówiona w pytaniach i odpowiedziach dotyczących proponowanego systemu, konkretnie w punkcie 12. Wynikająca z tego ogólnopolskiego podliczania głosów dodatkowa korzyść polegać będzie na tym, że w odróżnieniu tak od obowiązującej ordynacji jak i innych istniejących propozycji, w sposób nie podlegający żadnej możliwej wątpliwości zostanie zachowana- a właściwie dopiero tak naprawdę zostanie wprowadzona – zasada równości wszystkich oddanych głosów w skali całego kraju.
Teraz kolej na wyjaśnienie zmian odnośnie Senatu:
Inaczej nieco wyglądałaby procedura wyborcza jeśli chodzi o tę izbę. Senat w większym stopniu pełni rolę “jurora” wobec proponowanych praw aniżeli ich “twórcy”. Oznacza to, że grono to jest w większym stopniu gronem polityków i arbitrów niż twórców prawa. O ile zamysłem jest uczynienie z Sejmu rodzaju “Kolegium Ekspertów”, to z kolei Senat byłby rodzajem “Rady Starszych”. Stąd też zasada reprezentacji regionalnej (w tym wypadku okręgów) jest bardziej uzasadniona niż w przypadku Sejmu pomyślanego jako “kolegium ekspertów”. Proponowany model ordynacji wyborczej do Senatu RP różniłby się zatem od modelu sejmowego. Przy czym, aby możliwe było wyselekcjonowanie kandydatów na zasadzie doboru indywidualnego, system ten byłby systemem funkcjonującym na zasadzie “okręgów jednomandatowych”, przy czym okręgi te byłyby tymi samymi okręgami wyborczymi, z których kandydują posłowie. Nie byłoby w związku z tym różnych okręgów dla sejmu i senatu. Sposób podliczania głosów uzyskanych przez poszczególnych kandydatów podany jest w odpowiedzi na pytanie 12 i odpowiadałby on systemowi jednomandatowemu do niższej izby parlamentu australijskiego. Zasadą przy tym byłoby, że każdy okręg wyborczy będzie mieć tę samą liczbę senatorów (a liczba ta zależałaby od liczby okręgów wyborczych, na jakie podzielony byłby kraj. Tak zatem jeśli liczba okręgów wynosiłaby np 99 lub 100, to wówczas liczba senatorów też wynosiłaby 99 lub 100, czyli po jednym senatorze z okręgu. Jeśli zachowana byłaby (co wątpliwe) dotychczasowa liczba 41 okręgów wyborczych, to wówczas byłoby po 2 senatorów na okręg (czyli 82 w sumie) lub co najwyżej 123 senatorów (po 3 na okręg).
Całkowicie zniesiona zostałaby istniejąca obecnie zasada jednoczesnego wyboru wszystkich posłów i senatorów. To zdecydowanie najgorsza zasada, jaką można sobie wyobrazić. Zadaniem izby wyższej parlamentu jest opiniowanie i osądzanie projektów ustaw opracowanych przez Sejm. Senat ma zatem decydować o tym, które projekty zatwierdzić, które odrzucić, a które skierować z powrotem do Sejmu w celu wprowadzenia poprawek i uzupełnień.
Wiadomo przy tym, że wybory parlamentarne często przynoszą zwycięstwa partiom i koalicjom partyjnym będącym “na fali”, czyli cieszącym się w danym momencie największym poparciem. W takich przypadkach te partie lub koalicje “biorą” jednocześnie i Sejm i Senat, zdobywając w nich większość. Oznacza to w praktyce kompletne niemal zdeprecjonowanie wartości i roli Senatu, gdyż “opiniując” projekty ustaw, stanowi on zwykle rodzaj jedynie “gumowej pieczątki” zatwierdzającej to, co zwycięskie partie przegłosowały już w Sejmie. Taki Senat możnaby właściwie po prostu znieść, bo do niczego konkretnego się on w takiej sytuacji nie nadaje, stanowiąc jedynie niepotrzebny balast dla budżetu państwa.
Jeżeli Senat ma zatem we właściwy sposób pełnić swoją stabilizującą rolę, to musi on stanowić efekt bardziej wyważonego wyboru. A bardziej wyważony wybór jest wyborem stopniowym. Wybór stopniowy (lub etapowy) jest wyborem, w którym podczas każdych wyborów parlamentarnych, obok wyboru całego Sejmu, wybierana jest jedynie część Senatu. Przykładami służą m.in. Australia i USA. W Australii kadencja posła trwa 3 lata, senatora 6 lat. Wybory do parlamentu odbywają się co 3 lata i wtedy wybiera się (podczas jednych wyborów) połowę senatorów, a drugą połowę podczas wyborów następnych. W USA podczas każdorazowach wyborów wyłania się jedną trzecią senatorów, przy czym – ponieważ kadencja posła wynosi 4 lata, a senatora 6 lat – to co 2 lata odbywają się wybory pozostałej jednej trzeciej nowych senatorów.
Dla Polski proponujemy tutaj uproszczoną kombinację tych dwóch systemów, która z jednej strony oznaczałaby wybór jednej trzeciej lub jednej drugiej senatorów podczas każdych wyborów parlamentarnych (zależnie od liczby okręgów wyborczych), a z drugiej uniknęłaby konieczności dodatkowych wyborów wyznaczanych pomiędzy kolejnymi wyborami do Sejmu. W zależności od przyjętego wariantu oznaczałoby to albo 9-letnią kadencję senatora wobec 3-letniej kadencji posła albo też 8-letnią kadencję senatora wobec 4-letniej kadencji posła. Więcej szczegółów w odpowiedzi na pytanie 12 i 13.
http://monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza-pytania-i-odpowiedzi/
Michał Monikowski
Perth, Australia
Nowa ordynacja wyborcza – pytania i odpowiedzi
1. W teorii obecna propozycja wygląda na słuszną. Ale jak w praktyce mają wyglądać wybory, jeżeli kandydaci na posłów często nawet nie będą ubiegali się o ten sam mandat? Wyobraźmy sobie sytuację, w której z jakiegoś okręgu startować będzie np. piętnastu kandydatów, ale każdy z nich ubiegać się będzie o mandat w innej komisji sejmowej? Zważywszy, że owych komisji ma być 25, taka teoretyczna możliwość istnieje, że każdy kandydat może ubiegać się o dostanie się do innej. Jeżeli np. „Kowalski” startuje do komisji gospodarczej, a „Nowak” do komisji ochrony środowiska i zasobów leśnych, to jak zdecydować który z tych dwóch jest lepszy? W jaki sposób ten problem będzie rozwiązany?
Przede wszystkim to nie będzie żaden problem. Przecież już obecnie o jedno miejsce w parlamencie walczy od kilku do kilkunastu osób (w wyborach z października 2007 o 560 miejsc – sejmowych i senackich – ubiegało się dokładnie 6580 kandydatów i kandydatek). I według wszelkiego możliwego prawdopodobieństwa większość z wybranych trafi w końcu do rozmaitych komisji parlamentarnych, z całą pewnością nie będą wszyscy należeć do jednej i tej samej. Zacznijmy od tego, że jeśli 15 kandydatów jest znanych ze swych zamiarów ubiegania się o mandaty w konkretnych komisjach sejmowych, to będzie to sytuacja o całe niebiosa lepsza od obecnej, gdyż obecnie nie wiadomo co i jak kandydaci zamierzają robić w sejmie. Obecnie jest tak, że wielu kandydatów ubiega się o ten sam mandat, a każdy ma inne kwalifikacje (o ile w ogóle jakiekolwiek posiada…). „Najlepsze” jest to, że często sami kandydaci nie wiedzą do jakiej komisji trafią, a niejednokrotnie nie fatygują się do żadnej. Tak więc samą znajomość zamiarów kandydatów w tym względzie i to od początku kampanii wyborczej traktować należy jako istotny krok naprzód. W miarę postępu kampanii wyborcy będą mogli zorientować się w tym, co konkretnego mają oni do zaproponowania oraz jakie posiadają kwalifikacje do pracy w sejmie. Będą mogli sobie zatem wyrobić na ich temat zdanie, w tym również zdanie na temat tego, czy np „Kowalski” będzie lepszy w komisji gospodarczej czy też może „Nowak” lepiej przysłuży się krajowi, pracując w komisji ochrony środowiska i zasobów leśnych. Nie zapominajmy też, że istotną pomocą służyć będą wyborcom… ich współwyborcy. Wśród wyborców nie brakuje bowiem również zawodowców i to z tych dziedzin, w których udzielać zamierzają się posłowie w sejmie. Będą oni w stanie dosłownie „odpytać” kandydatów z tych dziedzin i w ten sposób dopomóc w ich selekcji.
2. Czy proponowany system będzie wymagał nowego podziału kraju na okręgi wyborcze? Jeśli tak, to w jaki sposób i według jakich zasad podział ten zostanie przeprowadzony?
W zasadzie nowy podział nie byłby absolutną koniecznością. Ostatecznie bowiem nie jest to propozycja zawierająca jakiekolwiek „miejsca gwarantowane” z jakiegokolwiek okręgu. Jednak właściwym byłoby przeprowadzenie nowego podziału na okręgi o mniej więcej równej liczbie mieszkańców, co oczywiście oznaczałoby, że jedne z nich byłyby powierzchniowo niewielkie, inne byłyby rozległe, z uwagi na rozmaitą gęstość zaludnienia oraz nierównomierne rozmieszczenie ludności. Nie miałoby przy tym znaczenia, czy byłyby to okrągi małe lub większe, czy byłoby ich 80, 160 czy 460. Najpewniej decydującym czynnikiem byłby po prostu stopień łatwości (i trudności) podziału na okręgi mniejsze lub większe. Granice między okręgami przeprowadzonoby tak jak najłatwiej to uczynić.
3. Proponowany system zakłada, że nie będzie już gwarantowanych mandatów poselskich z każdego okręgu. Jak w ogóle można pogodzić taką zasadę z demokracją i sprawiedliwością? Wychodzi na to, że ludzie będą wybierali swoich przedstawicieli w okręgach, a potem dowiedzą się, że ci i tak nie przeszli. Jaki jest w ogóle sens głosowania w takich warunkach? Proponowana tu zasada wydaje się w najlepszym wypadku nieco dziwna…
Proszę zwrócić uwagę, że obecna sytuacja jest pod tym względem znacznie gorsza. Ona jest regulowana inaczej ułożonymi zasadami ordynacji, ale generalnie rzecz biorąc efekt jest podobny (tylko właśnie gorszy), jeśli się temu dokładniej przyjrzeć. Według proponowanego systemu istotnie kandydat wybierany w jednym okręgu może przegrać wybory z kandydatem z innego okręgu, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy ten inny kandydat uzyska więcej głosów. Podczas, gdy obecnie przegrywa z kandydatami uzyskującymi mniej głosów. Wyobraźmy sobie sytuację następującą w dwóch różnych okręgach mających, powiedzmy (dla łatwego rachunku) po 500 tysięcy wyborców: startuje z nich po 10 kandydatów. Ale w jednym z nich dwóch kandydatów zdecydowanie przewodzi stawce, zbierając razem 80% głosów (jeden ma 42% i wygrywa, drugi 38% i przegrywa). Dodatkowo frekwencja sięga 90%. W drugim okręgu głosy rozkładają się dość równo. Wygrywa ktoś z 14% głosów. I on zostaje posłem Dodatkowo frekwencja wynosi 25%, czyli ten, który ma 38% (171 tysięcy głosów) przegrywa z kimś o poparciu 3krotnie mniejszym procentowo (a liczbowo prawie 10krotnym, bo ten “zwycięzca” ma 17 i pół tysiąca głosów). A czy nie wiemy, że do parlamentu – na skutek istnienia systemu proporcjonalnego – dostają się często kandydaci, na których mało kto głosuje? Jak można wierzyć, będąc wyborcą, że się własny głos w ogóle liczy? I też można zapytać: jaki jest w ogóle sens głosowania w takich warunkach? Można kogoś wybrać, a i tak ten ktoś nie przejdzie, bo ustąpi miejsca komuś o mniejszym poparciu – czy to z tego samego okręgu wyborczego, czy też z innego. Kandydat może wygrać wybory w swoim okręgu, ale jeśli nie będzie za nim stała partia uzyskująca w skali całego kraju co najmniej 5% głosów, to taki kandydat nie wejdzie do Sejmu. I nie ma możliwości uczynienia czegokolwiek, aby temu zapobiec. Jest tylko i wyłącznie kwestią naszego przyzwyczajenia, że obecną zasadę uważamy za demokratyczną, a proponowana tutaj wydaje się komuś „dziwna”. Jak bowiem widać przy bliższym przyjrzeniu się, proponowany system nie ma w sobie absolutnie niczego „dziwnego”. Jest on niemniej demokratyczny niż jakikolwiek inny, a za to dodatkowo sprawiedliwszy i gwarantujący lepszych deputowanych.
4. Jeżeli tak, to jaka jest właściwie główna różnica między systemem obecnym a proponowanym?
Proponowany system, obok wielu korzyści, oferuje przede wszystkim spełnienie dwóch kardynalnych filarów: głównego wymogu demokracji parlamentarnej oraz głównej potrzeby systemu władzy. A to poprzez łączenie zasady demokratycznego wyboru z regułą profesjonalnego doboru:
1. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie posiada autentycznego i sporego poparcia wśród wyborców,
2. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie jest fachowcem w dziedzinie, w której ma współstanowić prawa
Czy jest znany jakikolwiek inny system, któryby obie te rzeczy gwarantował naraz w takim stopniu?
5. Jeśli istotnie proponowany tu system jest taki dobry i słuszny, jak się go tu przedstawia, to jakim „cudem” nie jest on stosowany w znanych nam krajach demokratycznych, zwłaszcza w tych, które zdecydowanie przewodzą w światowej demokracji?
Dzieje sią tak nawet nie jednym „cudem”, ale wręcz kilkoma. Najważniejszym jest „cud” historyczny. Jak już pokazano tu na przykładzie Polski, obecny system wywodzi się z systemu, który z demokracją nie miał absolutnie niczego wspólnego. Podobnie było w innych krajach, jak we Francji czy Anglii. „Parlement” był początkowo jedynie organem doradczym wobec monarchów, przy czym oczywiście jego członkowie wykorzystywali swoją pozycję dla wzmocnienia własnych interesów. Układ klasowy, który tworzył niegdyś „parlement”, już nie istnieje. Jedyną istotną różnicą jest to, że uprawnienia, które niegdyś posiadali nieliczni, zostały rozszerzone na wszystkich obywateli, bez względu na ich przydatność do pełnienia podobnych funkcji.
I to właśnie dlatego ten schemat historycznego tworzenia parlamentów demokratycznych stosowany jest w praktyce obecnie. Ma on zastosowanie również w tych krajach, które stosunkowo niedawno wkroczyły na drogę demokracji, a to dlatego, że kraje te albo wprost przejęły systemy polityczne od krajów o starszym parlamentaryzmie, albo tworzyły swe systemy na podstawie istniejących w tych innych krajach.
Z czasem wytworzyło się wrażenie (i to z kolei jest drugi powód, czyli kolejny z owych „cudów”, dla których nie stosuje się odmiennych systemów; powód, który możnaby nazwać „nastawieniem myślowym” ), że skoro tak wytworzyły się systemy demokratyczne, to znaczy, że mogą one istnieć tylko i wyłącznie w takiej, a nie innej, postaci.
Wrażenie to dodatkowo jest potęgowane faktem (i to jest jeszcze inny z owych „cudów”), że czołowe kraje demokracji są równocześnie największymi potęgami gospodarczymi – a co za tym idzie – krajami o najwyższych standardach życia. Tworzy to fałszywe wrażenie, że kraje te dlatego są tak dobrze prosperującymi, bo mają taki typ systemu demokratycznego. Zapomina się najczęściej, że te kraje stały się (za wyjątkiem USA) potęgami jeszcze zanim zaczęły mieć do czynienia z demokracją. Ta sytuacja sprawia, że owe kraje nie odczuwają tak naglącej potrzeby reformy swych systemów parlamentarnych.
Historia uczy, że reformy pojawiają się najczęściej tam, gdzie najbardziej odczuwana jest ich potrzeba. Oznacza to, że wzorzec udoskonalenia jakości parlamentu stworzyć musimy sobie sami, raczej nie zawita on do Polski z obecnych systemów USA, Francji czy Wielkiej Brytanii, choć niewątpliwie od tamtych krajów można się nauczyć wielu innych rzeczy.
6. Jaki jest w ogóle sens tak drobiazgowego troszczenia się o profesjonalizm członków poszczególnych komisji sejmowych, skoro wypracowywane przez nie propozycje ustaw są potem i tak dyskutowane i przegłosowywane przez cały parlament, którego większość nie składa się z fachowców z danej dziedziny (czyli stanowi zgromadzienie „laików”), do której odnosi sią proponowane prawo?
Wyobraźmy sobie dwie grupy ludzi, każdą po 460 osób. Jedna z nich jest jednakże grupą fachowców z dziedzin stanowiących zainteresowanie parlamentu, a druga to typowa „zbieranina”, złożona z osób „na chybił-trafił”. Ta pierwsza grupa, pracująca w zespołach złożonych z fachowców, tworzy w określonym czasie zespół fachowo opracowanych propozycji praw. Mogą się wśród nich znaleźć propozycje nieudane, ale stanowić będą niewielki odsetek. Większość jednak to będą prawa logiczne, nienajgorzej, dobrze, a nawet bardzo dobrze opracowane. Z tej całej „puli” nowych propozycji praw część zostanie w głosowaniu odrzucona, ale część zostanie przyjęta.
Ta druga grupa, owa „zbieranina” też w tym samym czasie przygotuje pewną liczbę praw. Ale, z uwagi na niski stopień profesjonalizmu swoich członków, stworzy prawa mierne, na ogół poniżej przeciętności, rzadko tylko sięgające poziomem przeciętności, a już tylko wyjątkowo będące dobrymi. I z tej, nędznej, puli część również zostanie w głosowaniu odrzucona (chwała Bogu!), jednak część zostanie przyjęta i stanie się obowiązującym prawem w kraju… Więc jak: którą z tych dwóch „pul” wolelibyśmy mieć do dyspozycji we własnym kraju?
7. Czy w proponowanym systemie będzie istniała możliwość wystawiania kandydatur niezależnych?
Jak najbardziej. I wygrana kandydata niezależnego nie byłaby hamowana jakimikolwiek ograniczeniami wynikającymi (jak to się dzieje obecnie) z „progu 5%” postawionego partiom politycznym jako warunku uzyskania miejsc w parlamencie. Istotą proponowanej ordynacji jest bowiem stworzenie warunków do wyboru możliwie jak najlepszych kandydatów, a nie faworyzowanie jakiejkolwiek partii politycznej.
8. Czy istotnie system demokracji parlamentarnej jest możliwy do naprawienia? Parlament spełnia dobrą rolę tylko wtedy gdy ma bardzo ograniczone kompetencje, zakaz inicjatywy we wszystkich sferach i gdy jego uprawnienia polegają tylko na możliwości blokowania podnoszenia podatków, zmiany starych i ważnych praw, kombinowania przy walucie oraz wypowiedzenia wojny. Jeśli parlament już ma istnieć, to jako właśnie hamujący strażnik pewnego ładu, chroniący prawa obywateli. W innym przypadku parlament, nawet w znacznej mierze profesjonalny potrafi stać się zagrożeniem dla wolności jednostki, praw osoby ludzkiej, życia, zdrowia, gospodarki, moralności, normalności i co tam kto jeszcze chce dodać. Problemem jakiegokolwiek parlamentaryzmu nie jest brak profesjonalizmu reprezentantów czy zła dyscyplina wewnętrzna, ale to że parlament ma w większości krajów władzę absolutną, a zupełnie nie jest do niej stworzony. On ma być dodatkową ochroną jednostki. Stąd zgadzając się, że proponowane rozwiązania zwiększą profesjonalizm parlamentarzystów, uważam iż osiągnięcie tego celu nie przyniesie naprawy ustroju. (pytanie i opinia cytowane z nieznacznymi skrótami z Serwisu kosciol.pl, autor J.J. Skoczylas)
Jeżeli obawiać się niebezpieczeństw ze strony tego organu władzy, to dlatego, że niejednokrotnie zdarza się, że jego posłowie zajmują się akurat nie tym, czym powinni. Ferują swoiste “wyroki” moralne wobec polityków i innych postaci publicznych zamiast pracować nad stworzeniem lepszych praw (a do tego jednak potrzeba fachowców, niebezpieczni są właśnie dyletanci!).
Możemy spierać się o szczegóły roli parlamentu oraz zakresu jego władzy. Jednak profesjonaliści będą w nim potrzebni bez względu na to, jaki ustrój polityczny będzie istniał w kraju. Każdy bowiem ustrój potrzebuje fachowców i żaden nie potrafi się bez nich obejść, jeśli ma funkcjonować jako tako prawidłowo. Nawet gdyby założyć, że parlament nie powinien posiadać ogromnej władzy, lecz być jedynie reprezentacją zapewniającą dodatkową ochronę jednostki, to i taką rolę lepiej spełnią fachowcy niż dyletanci. Osobiście nie spotkałem jeszcze ani jednego demokraty, nie-demokraty czy anty-demokraty, który twierdziłby, że organ ustawodawczy (obojętnie jak by się on nazywał i jak daleko sięgałyby jego kompetencje) nie powinien składać się z profesjonalistów, lecz że powinni zasiadać w nim dyletanci. Potrzeba reformy zmierzającej do zwiększenia profesjonalizmu deputowanych jest zatem koniecznością, a już zwłaszcza w warunkach prawnego i gospodarczego nieporządku oraz w przypadku posiadania przez parlament ogromnej władzy ustawodawczej.
9. Do tej pory w każdym okręgu działały biura poszczególnych posłów, umożliwiające kontakt wyborcy z jego reprezentantem. Jeśli proponowany tu system zostanie wprowadzony, to oznacza to, że będą okręgi wyborcze, z których żaden kandydat nie wejdzie do sejmu. Co stanie się wtedy z biurami poselskimi?
Nie byłoby żadnych biur poselskich czy senatorskich. Zamiast nich istniałyby Biura Parlamentarne istniejące w każdym okręgu, bez względu na to, czy posiada on swoich posłów czy nie. Jaka jest różnica? Są zasadniczo dwie różnice: biuro poselskie to biuro konkretnego posła. Biuro parlamentarne to biuro parlamentu. Biur poselskich jest tyle ilu jest posłów, biur parlamentarnych byłoby co najmniej tyle ile jest okręgów. Posłów jest 460, okręgów yborczych jest 41. To oznaczałoby, że minimalna liczba biur parlamentarnych wynosiłaby 41. Jeżeli miałoby się jednak okazać, że ta liczba mogłaby być zbyt mała, to możnaby w niektórych większych okręgach stworzyć po 2, 3 lub nawet 4 takie biura. Wydaje się jednak, że liczba ta nie przekroczyłaby 100 lub najwyżej 150.
10. Jaka wobec tego jest różnica funkcjonowania między biurem poselskim a biurem parlamentarnym?
Jak zaznaczono powyżej, biuro poselskie jest biurem konkretnego posła w okręgu, z którego zostanie on wybrany. Biuro sejmowe będzie biurem Sejmu RP w danym okręgu, a nie jedynie buirem konkretnego posła. Różnica będzie widoczna już gołym okiem. W obecnej chwili działa 460 biur poselskich w całym kraju. Niejednokrotnie zmieniają one swoje adresy, co cząsto poprostu utrudnia zlokalizowanie ich. Dodatkowo, gdy poseł kończy swą pracę w Sejmie, likwidowane jest jego biuro, a nowy poseł z reguły otwiera swoje własne gdzie indziej. Jeżeli – jak to wygląda obecnie – z jednego okręgu statystycznie jest ponad 10 posłów, to praktycznie nikt nie wie gdzie ich wszystkich szukać.
Dla kontrastu, biura parlamentarne jako większe i ulokowane na stałe w tych samych miejscach, będą łatwo widoczne i łatwo będzie się z nimi kontaktować, nawet jeśli akurat posłowie będą tam nieobecni. Stały personel (powtórzmy to jeszcze raz: stały, a nie dorywczy, na jedną kadencję lub wręcz tylko na pewien jej wycinek czasowy…) będzie dobrze zaznajomiony z procedurami parlamentarnymi oraz z zakresem spraw, w jakich posłowie mogą być pomocni w rozwiązywaniu zgłaszanych problemów. Generalnie większość spraw, z jakimi obywatele zgłaszają się do parlamentarzystów, nie podlega ich gestii. W szeregu pomniejszych spraw pomoc będzie mógł okazać sam personel biura parlamentarnego.
Za pośrednictwem takiego biura będzie można kontaktować się nie tylko z jednym posłem, ale z dowolnym posłem oraz w ogóle z Sejmem lub poszczególnymi jego komisjami. Posłowie wizytujący dany okręg, będą tam przyjmować interesantów, gdyż stworzone tam zostaną po temu odpowiednie warunki. Dodatkowa korzyść płynie z faktu komasacji siedzib poszczególnych posłów w jednym miejscu. Obecnie biura poselskie rozmieszczane są na chybił-trafił, nieraz w wyjątkowo nieodpowiednich i mało widocznych miejscach. Biura sejmowe, służące Sejmowi jako całości oraz poszczególnym posłom, byłyby lepiej ulokowane, większe i lepiej wyposażone. Dodatkowo wynajem większej powierzchni w jednym miejscu jest z reguły tańszy niż wynajem szeregu małych, nieatrakcyjnych powierzchni w rozmaitych miejscach.
11. Powyższa ordynacja jest typem systemu większościowego, nie dopuszcza ona możliwości zastosowania systemu proporcjonalnego. Oznacza to, że w parlamencie niemożliwe będzie odzwierciedlenie proporcji rzeczywistego poparcia, jakim cieszą się poszczególne partie polityczne wśród wyborców w skali całego kraju. Czy istnieje w tym systemie jakikolwiek aparat, który potrafiłby zapewnić nieco większe odbicie woli wyborców w tym zakresie?
Proponowany system generalnie jest typem ordynacji większościowej, jednak nie ma nic wspólnego ani z klasycznie pojmowaną zasadą większościową ani proporcjonalną. Typowy system większościowy lub proporcjonalny istnieje tam, gdzie gwarantowane są miejsca z okręgów wyborczych. Według tej klasycznej zasady większościowej kto wygrywa wybory w swoim okręgu, wchodzi do parlamentu. Według klasycznej zaś zasady proporcjonalnej – mandaty są rozdzielane (według przelicznika) pomiędzy partie, które uzyskały największe poparcie i to one decydują którzy z ich kandydatów wchodzą do parlamentu (sami wyborcy niewiele mają tu do powiedzenia…).
W proponowanym tu systemie nie ma takiego warunku, gdyż kandydat ubiega się nie o miejsce z okręgu, ale o miejsce w konkretnej komisji sejmowej, o dostaniu się do której decyduje porównanie wyniku danego kandydata z wynikami innych kandydatów (również z innych okręgów) starających o miejsca w tej samej komisji. Jak wyjaśniono już w punkcie 7, istotą proponowanego tu rozwiązania jest wybranie możliwie najlepszych kandydatów, a nie faworyzowanie jakiejkolwiek partii politycznej, w tym faworyzowanie jej czy to w sposób większościowy czy też w proporcjonalny.
Natomiast prawdą jest, że to rozwiązanie jest bliższe dotychczas rozumianemu systemowi większościowemu niż proporcjonalnemu. Istotą jego jest bowiem przesunięcie punktu ciężkości na umiejętności kandydata, a nie troska o zapewnienie proporcji partiom politycznym.
Celem bowiem jest tutaj jakość parlamentu, a nie odmalowywanie mozaiki politycznej. Jednak owa bliskość tradycyjnemu systemowi większościowemu nie oznacza istnienia cech uznawanych za wady takiego systemu.
Słabością dotychczasowych systemów wyborczych jest to, że ustanawiane są one z myślą o sposobie liczenia głosów i przydziale mandatów, a ściślej z wyobrażeniami co do tego, który sposób liczenia jest sprawiedliwszy, a nie z myślą o wyłonieniu najlepiej przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych. Ogromną energię zużytkowano na tworzenie skomplikowanych nieraz metod obliczania głosów, by w końcu i tak skonkludować, że żaden nie jest w pełni zadowalający. Po co zatem marnować czas na wymyślanie rzeczy niezadowalających? Czy nie lepiej po prostu skupić się na jakości kandydatów zamiast na metodach liczenia? Jakie to nieraz są metody i ile już ich powstało, można wyczytać choćby tutaj http://homepages.nyu.edu/~mrg217/es_published.pdf
Pomysł proponowany powyżej nie wymaga geniuszu. W istocie jest on w tak oczywisty sposób prosty, że nie ma chyba człowieka na tej planecie, któryby nie potrafił nań wpaść. Jednak nie jest on proponowany, gdyż na ogół myśli się o wszystkim, tylko nie o próbie wpisania w ordynację reguły gwarantującej jakość wybieranych deputowanych. Próbowano niemal wszystkiego, łącznie z gwarantowaniem proporcji kobiet w parlamentach, czy to perswadując posłów-mężczyzn (lub nawet im nakazując), by zrzekali się swych miejsc na rzecz żeńskich kandydatek. Tak, nawet o tym w niektórych krajach już się myśli, czyli mówiąc wprost, bez owijania w bawełnę: pomyślano nawet o proporcjach reprezentowania płci w parlamencie. Ba, pomyślano nawet o rasach! Nie tak dawno temu w Wielkiej Brytanii, posłanka Partii Pracy, Hariett Harman, zaproponowała, by w ośmiu brytyjskich okręgach wyborczych na jakiś czas zabronić osobom rasy białej wysuwania własnych kandydatur w wyborach do parlamentu. Jedynie Afrykanom i Azjatom przysługiwałoby w tych okręgach takie prawo…
Tak, nawet o “kolorach” pomyślano… Tylko nie o tym, by wybierać najlepiej przygotowanych!
12. Jaki będzie – konkretnie i dokładnie – system głosowania i podliczania oddanych głosów? Co to konkretnie oznacza, że proponowana ordynacja będzie „bliższa systemowi większościowemu niż proporcjonalnemu” ?
Tu udzielimy najdłuższej odpowiedzi w porównaniu do danych do tej pory. Proszę uzbroić się w cierpliwość, gdyż dokonamy tu porównania i objaśnienia znanych systemów obliczania głosów, by poprzez porównanie z nimi wytłumaczyć czym różnią się one od proponowanego tu, zupełnie nowego, pomysłu.
Systemy ordynacji dzielą się, z grubsza, na dwa: proporcjonalny oraz większościowy. Istnieją też systemy mieszane, zawierające elementy jednego i drugiego rodzaju. System większościowy to taki system, w którym wybory wygrywa kandydat legitymujący się nawiększą liczbą oddanych nań głosów.
System proporcjonalny natomiast to taki system, w którym głosy oddane już nie tyle na poszczególnych kandydatów lecz całe listy kandydatów danej partii sumowane są ze sobą i porównywane z sumą głosów oddanych na kandydatów partii konkurencyjnych. Za pomocą przeliczników opracowanych przez matematyków ustala się następnie proporcje, w jakich mandaty są rozdzielane poszczególnym partiom. Decyduje zatem nie tyle liczba głosów oddanych na kandydata, ile głosów oddanych na partię, którą on reprezentuje. Kandydat może uzyskać mandat parlamentarny jeśli otrzyma dużą liczbę głosów lub też jeśli reprezentowana przezeń partia desygnuje go do parlamentu po uzyskaniu mandatów. To partia decyduje, którzy spośród jej kandydatów otrzymają wywalczone w trakcie kampanii mandaty.
System proporcjonalny nie wchodzi w naszym wypadku w rachubę w ogóle, gdyż niemal całkowicie uniemożliwia ocenę poszczególnych kandydatów pod względem ich indywidualnej przydatności do pełnienia funkcji parlamentarnej, dlatego nim nie będziemy się tu prawie w ogóle zajmować. Natomiast system większościowy wymaga bliższego przedstawienia, jako że proponowana tu ordynacja ma wiele z nim wspólnego.
W systemie większościowym stosunkowo najlepsze jest rozwiązanie zwane jednomandatowymi okręgami wyborczymi, w którym istnieje większa szansa przyjrzenia się poszczególnym kandydatom niż ma to miejsce w jakimkolwiek systemie proporcjonalnym. System jednomandatowy zmusza partie polityczne do wystawiania jednego kandydata na okręg, w wyniku czego cała lista kandydatów szystkich partii jest niewielka. Umożliwia to wyborcom lepsze rozeznanie i bardziej świadomy wybór.
Wadą niektórych systemów większościowych jest zjawisko t.zw. „straconych głosów”, to jest głosów oddanych na kandydatów innych niż zwycięzca – a niejednokrotnie na innych kandydatów głosuje w sumie większość. Rezultatem jest często mniejsza frekwencja wyborcza w systemach większościowych niż w proporcjonalnych. Ze wszystkich systemów większościowych najwłaściwszym wydaje się system „alternatywnego wyboru” (alternative vote”), którego dobrym przykładem jest ordynacja wyborcza do niższej izby parlamentu („Izby Reprezentantów”) w Australii. System ten minimalizuje wspomniane zjawisko „głosów straconych”.
Przyjrzyjmy się zatem systemowi australijskiemu, jako że podobne rozwiązanie proponujemy również tutaj:
Karta wyborcza otrzymywana przez wyborcę australijskiego (kliknąć ilustrację) zawiera listę nazwisk wszystkich kandydatów ubiegających się o mandat do Izby Reprezentantów („House of Representatives”) będącej odpowiednikiem Sejmu, a obok nich widnieją „okienka”. Wyborca musi ponumerować wszystkie nazwiska kandydatów od „1” do ostatniego, np „10” (jedynka oznacza tego kandydata, którego wyborca życzy sobie widzieć w parlamencie najbardziej, dziesiątka tego, którego najbardziej sobie tam nie życzy). Wybory do Senatu odbywają się podobnie, tyle tylko, że dodatkowo u góry widnieją podobne „okienka” obok nazw partii politycznych. Wyborca postępuje podobnie, numerując kandydatów. Albo zamiast tego może postawić „1” w okienku z nazwą partii. Taki głos jest tak samo ważny. Owa jedynka oznacza, że wyborca głosuje na kolejność preferencji opracowaną przez wytypowaną przez siebie partię, która zawczasu już „ponumerowała” wszystkich kandydatów (swojemu przyznając „jedynkę” oczywiście…). Jest oczywiście jedna znacząca wizualna różnica między kartą wyborczą do Izby Reprezentantów a tą do Senatu: wybory do Senatu są wyborami z okręgów wielomandatowych (będących całymi stanami), dlatego też senacka karta wyborcza jest bardzo duża, mniej więcej 15 cm wysokości na około pół metra długości… Liczba kandydatów może być na niej znaczna, np w wyborach z 24 listopada 2007 zawierała ona – z samego tylko stanu Zachodnia Australia – nazwiska 54 kandydatów i kandydatek. Dla porównania zielona karta wyborów do Izby Reprezentantów (okręgi jednomandatowe), dla okręgu wyborczego Fremantle w Perth zawierała jedynie 8 (słownie: osiem) nazwisk osób kandydujących.
W jaki sposób wyłaniany jest zwycięzca? Obliczane są wszystkie „jedynki” („primary votes”) otrzymane przez poszczególnych kandydatów. Ten z nich, który otrzymał najmniejszą liczbę owych „primary votes” (nazwijmy go kandydatem „A”), odpada. Wówczas ze wszystkich głosów zawierających „primary vote” dla niego, oblicza się z kolei wszystkie „dwójki” („second preferences”) oddane na pozostałych kandydatów. Ponownie sumuje się uzyskane głosy i znowu któryś kandydat odpada (kandydat „B”). Powtarza się całą procedurę tak jak z głosami kandydata, który odpadł poprzednio. I teraz liczenie nieco się komplikuje:
Z puli głosów oddanych z jedynką na kandydata „B” pewna liczba zawiera „2” przyznaną kandydatowi „A”, który jest tym poprzednio wyeliminowanym. Te „dwójki” już nie są już przyznawane „A” właśnie dlatego, że już odpadł. Dlatego pod uwagę z tej liczby głosów zamiast „dwójek” bierze się „trójki” przyznane pozostałym kandydatom.
Teraz przypomnijmy sobie na moment „primary votes” oddane na kandydata „A”: „dwójki” tam przyznane były już liczone. Zatem teraz „trójki” są doliczane do głosów uzyskanych przez kandydatów pozostających – oczywiście za wyjątkiem „trójek” przyznanych kandydatowi „B” – zamiast których liczy się „czwórki”.
W praktyce – to jest, gdy fizycznie dokonuje się liczenia głosów – cała ta zasada nie jest wcale trudna. Ona jedynie w opisie wygląda na trudną. Tak czy owak w oczy rzuca się „schodkowość” takiego systemu podliczania głosów:
drugie preferencje przyznawane kandydatom mieszane są z trzecimi preferencjami przyznawanymi im przez innych wyborców oraz z czwartymi przyznanymi przez jeszcze innych wyborców itd. Stanowi to pewną komplikację, zwłaszcza, że preferencje wyższe (1,2,3…) stanowią swego rodzaju „głosy poparcia”, gdy w praktyce dalsze preferencje stają się już stopniowo coraz bardziej „głosami sprzeciwu” wobec kandydatów.
Tego rodzaju „schodkowego podliczania głosów” nie pojawia się w systemie głosowania proponowanym tutaj dla Sejmu (pojawi się ona natomiast w wyborach do Senatu, gdyż wybory te będą miały cechy wyborów z jednomandatowych okręgów wyborczych). Zamiast niego istnieć będzie metoda równoległych zestawień:
ponieważ ostateczne podliczanie oddanych głosów odbywać się będzie na szczeblu ogólnopolskim dla każdej komisji sejmowej z osobna, to o tym, który kandydat uplasuje się wśród członków parlamentu decydować będzie liczba oddanych nań głosów, w szczególności owych „primary votes”. Co oznacza, że dokonane zostanie zestawienie – w podobny sposób jak w Australii – owych „jedynek” uzyskanych przez poszczególnych kandydatów. Jeśli owo zestawienie nie przyniesie rozstrzygnięcia (czyli: jeśli będą kandydaci legitymujący się jednakową liczbą oddanych na nich głosów), to wówczas nastąpi podliczenie wszystkich „dwójek” uzyskanych przez nich w ich macierzystych okręgach wyborczych. Jeśli i to porównanie nie da ostatecznego rezultatu, to wówczas zestawi się uzyskane przez nich „trójki”. I tak dalej, aż do wyłonienia zwycięzców. Proszę zwrócić uwagę, że za każdym razem jest to zestawienie „jedynek” uzyskanych przez kandydata z „jedynkami” uzyskanymi przez innych kandydatów, „dwójek” zawsze tylko z „dwójkami” itd. Czyli, że za każdym razem zestawiane będą ze sobą jedynie preferencje tego samego rzędu.
Dla samego wyborcy oddającego swój głos w lokalu wyborczym owe różnice w sposobach liczenia głosów dla Sejmu i Senatu nie będą jednak stanowiły żadnego problemu, gdyż na obu kartkach wyborczych (które dobrze byłoby różnicować kolorystycznie) będzie on robił dokładnie to samo: numerował nazwiska kandydatów według swoich preferencji.
13. Sporo miejsca poświęcono w niniejszych rozważaniach kwestii wyższości systemu wyboru-doboru profesjonalnemu kandydatów nad stosowanymi tradycyjnie systemami ordynacji wyborczych, w tym także systemu jednomandatowych okręgów wyborczych. Dlaczego w takim razie to właśnie wybrani w takim tradycyjnym systemie senatorowie mają być jurorami fachowców i ich fachowo dopracowanych ustaw? Przecież to oczywista sprzeczność! Po co mozolić się z wymyślaniem nowego systemu, jeśli w ostatecznym rozrachunku podporządkowany on będzie systemowi staremu?
Zacznijmy od tego, że ustrój każdego państwa posiada instytucje wyłaniane w różny sposób w zależności od tego, który z tych sposobów jest najodpowiedniejszy dla każdej z tych instytucji. Senat nie jest twórcą praw. On jest jedynie ich jurorem oraz sędzią. W realnym sądzie członkowie trybunału nie muszą przecież reprezentować profesji wszystkich sądzonych przez siebie obywateli oraz spraw, prawda? Wystarczy, jeśli znają prawo swego kraju i potrafią według tego prawa zakwalifikować czyn oskarżonego oraz rodzaj sprawy. Prezydent państwa też nie musi posiadać ukończonych wszystkich fakultetów, jakie tylko istnieją na uczelniach w jego kraju i nie musi być ekspertem we wszystkich dziedzinach…
Istotnie, powyżej poświęcono bardzo dużo miejsca na wyeksponowanie cech nowego w naszym kraju systemu. Nie jest to bowiem system praktykowany ani znany, stąd też konieczność bardziej szczegółowego zaprezentowania go. Gdy mowa zatem o „przesunięciu posadowienie systemu z regionalnego na ogólnokrajowy, a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe”, to nie oznacza to, że ignorujemy regionalizm i znaczenie partii politycznych. Oznacza to natomiast, że znajdujemy metodę na zapewnienie profesjonalizmu gremium, które tworzy prawo państwowe w rozmaitych dziedzinach życia i funkcjonowania kraju. Dlatego właśnie w Sejmie zmiany te muszą pójść najdalej. Co do Senatu, to wystarczy przejąć dobrze sprawdzone procedury z innych krajów, z pewną tylko ich modyfikacją wynikającą ze specyfiki struktury polskiej państwowości. Te konkretne cechy przejęte zostały z modeli krajów anglosaskich, gdyż one właśnie posiadają systemy izb wyższych oraz ich korelacji z izbami niższami stosunkowo najbardziej wyrafinowane i przemyślane.
14. Jeżeli mandat poselski lub senatorski wygaśnie, na przykład za sprawą śmierci posła lub senatora albo na skutek odebrania mu immunitetu i wykluczenia z parlamentu, to w jaki sposób mandat ten zaistnieje na nowo: czy poprzez zorganizowanie wyborów uzupełniających w danym okręgu wyborczym?
Nie. Mandat przejdzie w takim wypadku automatycznie w ręce tego kandydata, który uplasował się w wyborach bezpośrednio za parlamentarzystą tracącym mandat.
Michał Monikowski
Perth, Australia