Subscribe to RSS Feed

Religia

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6

May 28th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6

Gdy bliżej przyjrzeć się tekstom Nowego Testamentu, to okazuje się, że bardzo, bardzo wiele znanych jego fragmentów można zinterpretować w reinkarnacjonistyczny sposób (albo w inny, zgodnie z własną wiarą czytającego). Oto na przykład Paweł z Tarsu pisał w Liście do Rzymian (9; 10-13):

ab„Ale nie tylko ona – bo także i Rebeka, która poczęła z ojcem naszym Izaakiem. Bo gdy one jeszcze się nie urodziły ani nic dobrego czy złego nie uczyniły – aby niewzruszone pozostało postanowienie Boże, powzięte na zasadzie wolnego wyboru, zależne nie od uczynków, ale od woli powołującego – powiedziano jej: starszy będzie służyć młodszemu jak jest napisane: Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści”

Te wersety odnoszą się do t.zw. „Księgi Malachiasza” (1; 2-3), czyli do utworu znajdującego się w t.zw. „Starym Testamencie”, a zatem w zbiorze pism judaistycznych. Już od starożytności też sprawa ta interesowała rabinów. Dlaczego to Bóg miał jednego z dwóch braci „nienawidzić”, a drugiego „umiłować” i to już od samego początku?

„Wcześni rabini doszli do niezwykłej konkluzji. Ponieważ Pismo mówiło, że przeznaczenia obu braci były odmienne już od urodzenia i ponieważ Bóg z całą pewnością był sprawiedliwy, to uznali oni, że jedynym wyjaśnieniem jest to, że Ezaw grzeszył w łonie matki. Brzmi to dziwnie, jednak taką spekulację odnajdujemy w komentarzu do Genezy z około 400 roku n.e. Rabini stawiali hipotezę, że gdy Rebeka przechodziła obok „domów bałwochwalstwa”, Ezaw wskazywał swą preferencję kopiąc nóżką, „gdy natomiast przechodziła obok synygog, wtedy Jakub kopał, próbując wyjść”. Dla tych powodów, uważali rabini, Bóg preferował Jakuba i jego nasienie w stosunku do Ezawa i jego nasienia z pokolenia na pokolenie” (1)

Reinkarnacjoniści niejednokrotnie interpretują ten werset jako dowodzący ich zdaniem reinkarnacji, gdyż jakżeż inaczej „nieistniejący” jeszcze mogli być „miłowani” lub „nienawidzeni”?
„Jednak pomijając tezę o Ezawie grzeszącym w łonie matki istnieją jedynie dwa możliwe wyjaśnienia tej historii: 1: Bóg jest niesprawiedliwy lub 2: obaj chłopcy zasłużyli sobie na swój los w poprzednich egzystencjach.” (2)

I to właśnie tę drugą interpretację akceptuje wielu chrześcijańskich reinkarnacjonistów, także od czasów starożytnych, wiadomo na przykład, że w ten sposób interpretował tę „historię” Orygenes z Aleksandrii. Mało tego: Orygenes argumentował, że taka historia może stać się udziałem każdego człowieka.

Podobnie znany werset z „Mateusza” (26;52) „Wtedy Jezus rzekł do niego: «Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” również doczekał się takiej interpretacji:
„To mogłoby być generalnie prawdą jedynie, gdy istnieje więcej żywotów niż jeden, w których możnaby tej reakcji doświadczyć, gdyż wielu zawodowych wojskowych umiera spokojnie w swoich łóżkach”. (3)

Przyjrzyjmy się dla odmiany innym jeszcze wersetom:
„Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą». Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi».   (Mk 10; 28-31)

No cóż, w tym wypadku chyba trzebaby się zgodzić z reinkarnacjonistami, że istotnie jednego żywota by raczej nie starczyło dla cieszenia się wszystkimi tymi doczesnymi rzeczami wymienionymi tu niczym „jednym tchem”… A co do ostatniego zdania o „ostatnich” i „pierwszych”, to reinkarnacjoniści mają nieraz tendencję do interpretowania go w ten mniej więcej sposób: „Lecz wielu pierwszych w tych inkarnacjach będzie ostatnimi w przyszłych, podczas gdy wielu ostatnich obecnie będzie pierwszymi w przyszłych wcieleniach”. Taka interpretacja zgodna jest z tym, co mówić miał Budda mniej więcej pięć wieków przed Christosem:
„Kto mozolił się jako niewolnik, może ponownie przybyć jako książę za łagodną godność i uzyskaną zasługę. Kto rządził jako król, może wędrować po ziemi w łachmanach za rzeczy uczynione i zniweczone”.

Spójrzmy z kolei na cały, większy fragment, przytoczony tu bez skrótów, by przedstawić cały kontekst zaznaczonego tłustą czcionką cytatu. We fragmencie tym co prawda czytamy o zmartwychwstaniu:
„Wówczas podeszło do Niego kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał i  żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».

Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa “O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją». Na to rzekli niektórzy z uczonych w Piśmie: «Nauczycielu, dobrześ powiedział», bo już o nic nie śmieli Go pytać.” (Łk 20; 27-40)

Od razu nasuwa się pytanie co się dzieje z tymi, co NIE zostaną uznani „za godnych udziału w świecie przyszłym”? Czy znaczy to, że oni jednak dalej żenić się będą i za mąż wychodzić oraz mogą umrzeć?
Biorąc takie fragmenty NT, dziewiętnastowieczny filozof amerykański prof. Francis Bowen w książce „Christian Metempsychosis” zastanawiał się, czy aby w związku z tym jednak obok znaczenia duchowego nie ma także „znaczenia dosłownego uroczystych słów Zbawiciela ‘O ile człowiek nie narodzi się na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego’. Cała wieczność nagrody lub kary zdawałaby się nieadekwatnie zasłużona przez tylko jeden krótki okres próby na Ziemi”.

W ten sposób docieramy do kolejnego cytatu, tym razem owego słynnego cytatu z „ewangelii Jana” z rozdziału 3 (wersety 3 – 12):
„W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci („amen, amen lego soi…”), jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie („gennethe anothen”), nie może ujrzeć królestwa Bożego». Nikodem powiedział do Niego: «Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?» Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha (4) , nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić („dei ‘imas gennothenai anothen”). Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha». W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: «Jakżeż to się może stać?» Odpowiadając na to rzekł mu Jezus: «Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich?I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.”

Warto tu zwrócić uwagę na dwa rodzaje reinkarnacjonistycznego interpretowania słów o „ponownym narodzeniu”. Pierwszy, znacznie prostszy, a przy tym zupełnie niesłuszny, polega na utożsamianiu owego ponownego narodzenia z         reinkarnacją WPROST. Przeczy takiej interpretacji jednak grecki tekst, który mówi wyraźnie, że człowiek musi się „narodzić od góry” („gennethe anothen”), co w połączeniu z wyraźnym podkreśleniem różnicy           między tym, co narodzone z ciała a tym, co narodzone z Ducha, nie pozostawia cienia wątpliwości, że chodzi o narodzenie duchowe. Bardziej wysublimowana interpretacja reinkarnacjonistów jest zatem taka, że chodzi istotnie o narodzenie duchowe, jednak sugerują oni, że osoby, którym nie udało się osiągnąć duchowego „narodzenia od góry”, będą ponownie miały szansę osiągnięcia go w innym wcieleniu. Z całą pewnością Christos, jeśli wierzyć ewangeliom Nowego Testamentu, stawiał wysokie wymagania tym, którzy chcieli ujrzeć „Królestwo Boże”. Czy zatem – zdają się oni pytać – stawiając takie wymagania, Christos nie przewidział możliwości spełnienia tego warunku w przyszłości, o ile nie udałoby się go spełnić w jednym życiu? Stąd też cytowane wyżej zdanie Francisa Bowena o „nieadekwatności” jednego krótkiego żywota doczesnego jako miary dla następującej po nim całej wieczności kary lub nagrody.

Czy pamiętamy jeszcze tę platońską opowieść o żołnierzu imeniem Er, przedstawioną tu w części 4? Według tej opowieści dusze, które udały się do piekła lub do nieba, nie pozostawały tam na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały z powrotem do wcieleń doczesnych. Porównajmy to z poniższymi wersetami z księgi „Apokalipsy Jana”:

„Skoro zachowałeś nakaz mojej wytrwałości, Ja cię zachowam od próby, która ma nadejść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować mieszkańców ziemi. Przyjdę niebawem: Trzymaj, co masz, by nikt twego wieńca nie zabrał! Tego, kto wytrwa, uczynię filarem w świątyni Boga mojego, i na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej („kai ego ou me exelthe eti”). I na nim imię Boga mojego napiszę imię miasta Boga mojego, Nowego Jeruzalem, co z nieba zstępuje od mego Boga, moje nowe imię. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.” (Apo 3; 10-13)

Jeżeli nie ma reinkarnacji – pytają nieraz reinkarnacjoniści – to skąd owe „na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej” ( „kai ego ou me exelthe eti”)? Czy nie oznacza to, że wcześniej ten ktoś „wychodził na zewnątrz”, czyli do kolejnych wcieleń? Czy nie jest to ta sama idea wędrówki dusz, naszkicowana całe stulecia wcześniej przez Platona? Czy dusza nie odbywa swej wędrówki tak długo, aż zostanie oczyszczona i będzie mogła stać się „filarem w świątyni Boga”? Wtedy bowiem z całą pewnością „już więcej” nie będzie musiała donikąd „wychodzić”…

C.D.N.

Przypisy:

1.. Elizabeth Clare Prophet. “Reincarnation. The Missing Link in Christianity”. Summit University Press 1997, s. 173

2.. tamże, s. 174

3.. „Reincarnation. The Phoenix Fire Mystery. An East-West dialogue on death and rebirth from the worlds of religion, science, psychology, philosophy, art and literature”. Compiled and edited by Sylvia Cranston. Foreword by Elisabeth Kübler-Ross, M.D. Theosophical University Press, Pasadena, California 1998, s. 139

4.. “narodzi z wody i z Ducha” – względnie „z wody i tchnienia” („gennethe eks idatos kai pneumatos”):
w t.zw. „pogańskich” religiach misteryjnych inicjacja polegała na symbolicznym „narodzeniu” poprzez oczyszczenie „tchnieniem” czyli powietrzem. Jakby reminiscencją tego, oprócz cytowanych tu wersetów, jest także u „Jana” werset 33 rozdziału 1, gdzie mowa o Christosie jako tym, kto ma chrzcic „świętym tchnieniem” („duchem”). Podobnie u „Mateusza” (3; 11-12) mowa jest o Christosie jako tym, co chrzcić będzie „świętym tchnieniem i ogniem” i w tym celu ma nawet trzymać „wiejadło” (wachlarz) w ręku. Podobnie w „pogańskich” misteriach w Eleusis takie „wiejadło” było używane dla „chrztu powietrzem”. Bóg Dionizos znany był jako „ten z wiejadłem”, gdyż dokonywał podobnego „oczyszczania”.

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 5

Apr 19th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 5

„Kazanie na Górze” – któż spośród chrześcijan o nim nie wie? Nawet ci, co z czytaniem Biblii są „na bakier”, słyszeli jednak to określenie. Może nie za bardzo co prawda kojarzą treść, a może myli im się z czymś zgoła odmiennym. Tak jak w tym dowcipie z czasów PRL, z lat 1970-tych, w którym uczniowie na lekcji historii spytani zostali o Powstanie Warszawskie. Jacy uczniowie, takie były odpowiedzi: „wspaniały zryw patriotyczny ludności stolicy!” – zawołał jeden; „antyradziecka machinacja rządu emigracyjnego”- skomentował inny. Na koniec niedouczony, acz bardzo szczery Dyzio, wywołany przez „belferkę” i zapytany o to, co może powiedzieć o Powstaniu Warszawskim, wycedził:

„No,…. wiem, że ma być, ale nie wiem kiedy…”

„Kazanie na Górze” to jedna z tych części ewangelii „Według Mateusza” („Kata Mathaion”), do których odwołujemy się najczęściej. Jest w nim między innymi następujący fragment (Mt 5; 25 – 26):

„Szybko ureguluj sprawy ze skarżącym cię do sądu, gdy idąc tam, jeszcze jesteś z nim w drodze, żeby czasem skarżący nie przekazał cię sędziemu, a sędzia słudze sądowemu, i zostałbyś wtrącony do więzienia. Doprawdy, mówię ci: Na pewno stamtąd nie wyjdziesz, dopóki nie spłacisz aż do ostatniej monety znikomej wartości.”

Najprostsza interpretacja tego fragmentu to oczywiście jego dosłowne rozumienie: chodzi o kwestie moralne i prawne w tym, doczesnym, życiu (przy założeniu, rzecz jasna, konsekwencji sięgających także do życia pozagrobowego…).

Ale istnieje także inna jeszcze interpretacja: starożytna interpretacja gnostyczno – reinkarnacjonistyczna, sięgająca co najmniej (powtarzam: CO NAJMNIEJ  II wieku n.e. – co najmniej, bo wymieniona została w II wieku n.e. przez Ireneusza z Lyonu).

Najpierw jednak kilka słów o tym, skąd się ona wzięła.

Według starożytnych gnostyków chrześcijańskich, mit Stworzenia wyglądał inaczej niż według mitu „ortodoksów”. Gnostycy owi, pragnąc wyjaśnić skąd bierze się zło na świecie, który (podobno) został stworzony przez Stwórcę (podobno) ze wszech miar doskonałego, używali nieraz schematu „dwóch Bogów”: jeden, ten gorszy, niedoskonały, stworzył świat, w którym żyjemy. Ponieważ ten stworzyciel był sam niedoskonały, przeto i dzieło jego „rąk” też nosi znamiona niedoskonałości – zgodnie z regułą „poznasz rzemieślnika po jego dziele”.

Dlatego też Christos, według nich, udzielił w cytowanym fragmencie nie tylko użytecznej rady moralno – prawnej, ale dotknął również spraw ostatecznych.

Oczywiście, żyjąc w świecie „doczesnym”, stworzonym przez niedoskonałego stwórcę (demiurga), musimy kierować się prawem tego niedoskonałego świata, spłacając nagromadzone w nim własne „karmiczne” „długi”.  Jeśli nie będą one spłacone, to „stwórca” (czyli ów „skarżący”) odda cię w ręce „sędziego” i „sługi sądowego” (czytaj: archontów, władców tego świata z mocy owego niedoskonałego „stwórcy”), a ci z kolei wtrącą cię do „więzienia”(czyli: do kolejnych inkarnacji).

By tego uniknąć, należy żyć przykładnie i doskonalić się w poznaniu Bożej „iskry” w samym sobie („gnothi seauton” !), by móc udać się, gdy pora po temu nadejdzie, wprost z powrotem do tego lepszego, Doskonałego Boga, od którego wszelka dusza pochodzi, i z tym Bogiem się zjednoczyć.

Taka interpretacja posiada analogię z „Sekretną Księgą Jana” (t.zw. „Apokryfon Jana”). Ta księga napisana została przed 185 rokiem n.e.  Jest w niej następujący fragment, w którym Jan rozmawia z Christosem:
http://www.gnosis.org/naghamm/apocjn.html

„I powiedziałem. ‘Panie, ci jednak, co nie wiedzą do kogo należą, gdzie będą ich dusze?’
A on powiedział do mnie, ‘W nich duch podły urósł w siłę, gdy zbłądzili. I on obciąża ich duszę i pociąga ją ku czynom diabła, a ten rzucą ją w zapomnienie. I gdy wychodzi ona z ciała, jest przekazywana władzom, co zaistniały poprzez archona, i zakuwają ją one w łańcuchy i wtrącają do więzienia i obcują z nią póki nie zostanie ona wyzwolona od zapomnienia i osiągnie wiedzę.
I jeśli w ten sposób się udoskonali, zostaje zbawiona.”

C.D.N.

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 4

Apr 15th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 4

Tym razem przyjrzymy się pewnej przypowieści z ewangelii „Według Łukasza” („Kata Loukan”), która również stanowi swoistą „kość niezgody” odnośnie tego co ona „mówi” lub „nie mówi” o reinkarnacji.  Oto cała ta przypowieść, jak napisana u „Łukasza” (16; 19-31):

Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bawełnę i dzień w dzień świetnie się bawił. 20 U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. 21 Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. 22 Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. 23 Gdy w Otchłani („en to hade”), pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. 24 I zawołał: “Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”.25 Lecz Abraham odrzekł: “Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. 26 A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”. 27 Tamten rzekł: “Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! 28 Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. 29 Lecz Abraham odparł: “Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!” 30 “Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. 31 Odpowiedział mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą””.

Chociaż w owej opowieści pojawia się imię Abrahama, uważanego za praojca Zydów, to jednak – jak za chwilę zobaczymy, cała ta historia jest w swym charakterze grecka. Oczywiście o reinkarnacji samej w sobie nie mówi ona absolutnie niczego, poza jednym małym szczegółem. Jednak by móc ją w jakikolwiek sposób ocenić, warto przyjrzeć się temu, skąd w ogóle wzięła się ona w ewangelii.
Otóż gdyby ewangelia ta pisana była jakieś 600 – 700 lat wcześniej, owa przypowieść praktycznie rzecz biorąc nie miałaby szansy pojawienia się w niej. Nie miałaby, gdyż żydowska religia nie posługiwała się jeszcze wówczas ani pojęciem nieśmiertelnej duszy (co czyniłoby niemożliwym jakiekolwiek „rozmowy umarłych”) ani też konceptem „Nieba i Piekła”, które są niezbędne dla powyższego scenariusza.

Obydwa zaś owe kncepty są „pogańskie”, a żydowska kultura zapożyczyła je w całości od Greków. Hebrajskie rozumienie „otchłani” („Sheol”) bliskie jest greckiemu Hadesowi. Hades („niewidoczny”) zaś na pewno nie był po prostu „piekłem”. To była kraina umarłych, do której udawali się wszyscy zmarli, obojętnie czy w życiu doczesnym postępowali dobrze albo źle. Wewnątrz Hadesu jednak było miejsce szczególnie ponure, zwane „Tartar”, dokąd udawali się ludzie wyjątkowo źli lub tacy, którzy szczególnie nie spodobali się bogom. Odpowiednikiem Tartaru w religi żydowskiej byłaby „Gehenna”, którą – tak jak i Tartar – utożsamić można z „piekłem”.

Hades, tak jak rozumiany przez Greków, był miejscem szczególnym. Tam trafiały dusze wszystkich ludzi po śmierci ich ciał. Ale trafiali tam również ludzie żywi. Pamiętamy zapewne opowieść o Orfeuszu i Eurydyce? Otóż „Orfeos”, po śmierci „Euridike” udał się  po nią do Hadesu. Wyszedł stamtąd żywy. Natomiast Persefona („Persefone”, „Persefoneia”) po uprowadzeniu przez Hadesa, musiała wracać tam każdego roku. Orfeusz czy Persefona to swoiste „furtki” dla poglądów reinkarnacyjnych. Bo jeśli żywy człowiek może wejść do Hadesu i stamtąd wyjść żywy – to czy zatem obok dusz tych, co tam na zawsze pozostali, nie mogło być i takich, które stamtąd wyszły?
W tradycji Nowego Testamentu „Hades” też jest, jak u Greków, miejscem przedziwnym. Tam cierpi ów bogacz z przypowieści, ale do tegoż „więzienia” też idzie Christos, by głosić kazanie do dusz  (1Pt 3; 19) . Jednak jego dusza (Christosa) nie została tam pozostawiona na zawsze  (Dz 2; 27-31) .

Zestawmy na moment przypowieść o bogaczu i Łazarzu z konkretną opowieścią grecką. Posłużymy się tu jednym przykładem takich opowieści, autorstwa samego Platona (ok. 427 – ok. 347 p.n.e.). Dla niektórych owa opowieść, zawarta w „Republice”, jest po prostu zwykłą fikcją literacką, inni zaś uważają ją za literacko opowiedziany przykład „Near Death Experience” (NDE). Bohaterem tej historii jest pewien żołnierz imieniem Er „syn Armeniusa, Pamfilijczyk z urodzenia” (Pamfilia to niegdysiejszy region na południu obecnej Turcji, akurat na północ od Cypru). Otóż Er poległ w walce. Jednak jego ciało, w odróżnieniu od ciał innych poległych, nie wykazywało oznak rozkładu. W dwunastym dniu Er zbudził się do życia i opowiedział to, co widziała jego dusza w innym świecie po opuszczeniu ciała. Stanął on mianowicie, wraz z innymi, przed  grupą sędziów, którzy oświadczyli mu, że powróci on z powrotem do życia ziemskiego jako swoisty „posłaniec” do ludzi, by im opowiedzieć co ich czeka w zaświatach:
„siedzieli tam sędziowie, którzy nakazywali sprawiedliwym, po wydaniu na nich wyroku (…), by wznosili się ku górze niebiańską drogą po prawej stronie; i w podobny sposób niesprawiedliwym nakazali udać się w dół drogą po lewej stronie…”
(Tak nawiasem: pamiętamy ewangelicznego „łotra po prawicy” i „łotra po lewicy”? To też koncept grecki i jeszcze będziemy doń powracać…)

Krótko mówiąc, dusze sprawiedliwych udawały się ku niebu po nagrodę, dusze niesprawiedliwych zaś udawały się ku piekłu na potępienie. Lecz nie pozostawały one w tych miejscach na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały na ziemię po nowy żywot, a nawet mogły ten nowy żywot sobie wybrać. Cała opowieść pełna jest tradycyjnych akcentów greckich, łącznie z postaciami z historii Grecji oraz greckiej mitologii. Opowieść ta, jeżeli kogoś ona interesuje, jest dostępna  tutaj w pełnej wersji .

Jak nietrudno zauważyć, obie opowieści, platońska i „łukaszowa”, wykazują uderzające podobieństwa. Obie mówią o tym, że po śmierci ciał, dusze w zależności od tego, jakie życie prowadziły, udają się albo do nieba albo do „piekła” czy „otchłani”. Obie mówią o rozkoszach lub pociechach w niebie oraz o cierpieniach w piekle. Obie one prezentują obraz duszy, która, gdy już raz dotarła do owego piekła lub nieba, nie może przejść na drugą stronę. I obie też pokazują jednak, że pomimo owej niemożności podróży z jednego z tych miejsc do drugiego, istniała możliwość porozumiewania się dusz między sobą – w przypadku przypowieści biblijnej porozumiewanie to odbywa się bezpośrednio niejako ponad „przepaścią” („chasma”), gdy bogacz rozmawia z Abrahamem. W przypadku opowieści Platona to porozumiewanie jest możliwe tylko wtedy, gdy dusze, już po odebraniu nagrody lub ukaraniu w piekle, spotykają się w połowie drogi i opowiadają sobie o swych przeżyciach w obu tych miejscach. Ta platońska wersja sugeruje zatem, że piekło i niebo bardziej są od siebie oddalone niż w wersji biblijnej.

I tak na dobrą sprawę jedyną interesującą nas kwestią, którą obie te opowieści się różnią, jest to, że ta platońska wersja mówi wprost o cyklach reinkarnacji, podczas gdy ta „łukaszowa” nie mówi nam absolutnie nic na ten temat. To znaczy: nie mówi nic bezpośrednio. Bo na zakończenie czytamy w niej w wersetach 30 i 31:

“Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą””.

Czy to oznacza, że wierzono jednak w to, że umarli mogą powstać i kogoś jeszcze ostrzegać, czy też to tylko taka „replika metaforyczna”? Tego się już chyba nie dowiemy. Podobieństwo istnieje jednak i tu pod tym względem, że tak wersety 30 i 31 z ewangelii jak i mit Era mówią wyraźnie o zmarłych jako posłańcach mających ostrzegać ludzi. W ewangelii miałby to być „ktoś z umarłych”, w micie greckim zaś posłańcem tym jest sam Er.

W każdym razie to, co widzimy, jest jeszcze jednym przykładem tego (zaiste nie odbiegającym od biblijnej normy…), że o reinkarnacji nie mówi się wprost ani afirmująco ani negująco. Co oczywiście oznacza, że obie „strony” debaty w czasach nam współczesnych mogą użyć przypowieści „łukaszowej” jako „amunicji” na korzyść swoich tez. I tak jak w innych przykładach Nowego Testamentu tak i w tym, tezy te są w 100% uzasadnione. Jedne i drugie tezy…

Dokładnie to samo dotyczy szeregu innych fragmentów ewangelii. Jednym z nich jest ten w postaci wypowiedzi Christosa z ewangelii „Łukasza” już w scenie ukrzyżowania do „łotra po prawicy” (Łk 23; 43):  „Zaprawdę powiadam ci: dziś ze mną będziesz w raju”.

Uwaga ta mówi tylko i wyłącznie o tym, że obaj ci ludzie będą w raju. Nie mówi natomiast absolutnie niczego o tym, że raz dostawszy się do „raju”, pozostaje się tam raz na zawsze…

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 3

Apr 2nd, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 3

Niemalże „żelaznym argumentem” wymierzonym rzekomo przeciw reinkarnacji, a znajdującym się w Nowym Testamencie, ma być, według anty-rainkarnacjonistów, następujące wyrażenie z „Listu do Hebrajczyków” (9; 27):

„I tak, jak jest przeznaczone ludziom umrzeć raz, a potem jest sąd…”

Jak widać, jest to zdanie, a właściwie tylko wyrywek ze zdania, wyjęty z kontekstu i to w sposób tak totalny, jak tylko to sobie można wyobrazić. Zanim jednak zajmiemy się bliżej tym kontekstem, odpowiedzmy od razu, że to wyrażenie nie przesądza absolutnie o niczym. I nawet, jak zobaczymy, nie jest w stanie przesądzać, gdyż dotyczy zupełnie innego zagadnienia. Ale jeśli już przeciwnicy reinkarnacji pragną – najwyraźniej z braku lepszego „laku” użyć tej semi-sentencji, przypomnijmy to, co napisaliśmy już lata temu w obu częściach artykułu „Reinkarnacja, czyli…”:

“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze“Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”

Praktycznie rzecz biorąc, ponieważ ten fragment zdania nie mówi wyraźnie ani o tym, że dusza człowieka po śmierci wciela się w inne jescze ciała, ani też o tym, że “postanowione duszy jeden tylko raz żyć i tylko i wyłącznie w jednym ciele”, więc de facto do tego „naczynia ze słów” można wlać taki „płyn” interpretacji, jaki kto uważa za stosowny, a i tak będzie „pasował jak ulał”. Szczerze mówiąc – tak, jak zaznaczyłem na samym początku tej małej serii „egzegezy reinkarnacyjnej” – wolałbym zobaczyć coś „czarno na białym”, co swoim jednoznacznym i niepodważalnym charakterem czyniłoby tu wielość interpretacji niemożliwą, bo wtedy przynajmniej nie byłoby jakichkolwiek wątpliwości co do znaczenia wersetów. Sam bowiem osobiście będąc reinkarnacjonistą, nie pragnę wczytywać w istniejące słowa jakichkolwiek własnych poglądów, lecz staram się po prostu widzieć to, co na pewno napisano, a czego nie napisano. No, więc nie napisano tam niczego o liczbie ciał, w jakie wciela się dusza. Ani też o tym ile razy może się ona wcielać w jedno ciało.

Jeżeli zatem mielibyśmy przyjrzeć się przykładom wskrzeszenia przez Christosa Łazarza oraz córki Jairusa, to jak „wyglądałby” ten cytat „…jest przeznaczone ludziom umrzeć raz, a potem jest sąd..” ? Czy owej dziewoi oraz Łazarzowi też było „przeznaczone” umrzeć raz? Oczywiście, można założyć, że ciało istotnie umiera tylko jeden raz -  wspołczesna medycyna zdaje się to jednoznacznie potwierdzać. Co by oznaczało, że Łazarz i córka Jairusa nie umarli w ogóle, lecz albo zapadli w śpiączkę, z ktorej się przabudzili, albo też doświadczyli tego, co obecnie określa się skrótem NDE (Near Death Experience). Ludzie 2 tysiące lat temu mogli tego nie rozróżniać i kogoś z NDE uznawać za definitywnie martwego. Mogły też całe te dwie ich „historyjki” zostać włożone do tekstum by pokazać „wielkość Christosa”, tak jak podobne rzeczy przypisywano innym „cudotwórcom”, jak Apoloniusz z Tiany czy choćby Pitagoras.

No, ale jeżeli jednak oboje byli martwi, a potem „cudownie” zostali wskrzeszeni, to znaczy, że umierali CO NAJMNEJ dwa razy, a nie tylko raz. Więc nawet w tym ściśle „biblijnym” i aż do bólu „ortodoksyjnym” kontekście, interpretacji i „milieu” ten cytat zdaje się nie mówić całej prawdy…

Ale teraz przyjrzyjmy się wreszcie całemu jego kontekstowi.

Cały rozdział 9 „Listu do Hebrajczyków” jest po prostu nie o tym ile jest ziemskich żywotów (zwłaszcza, że mowa o „umieraniu raz”, a nie o „zyciu raz”) lecz o różnicy ofiary Christosa i ofiar judaistycznych, dokonywanych na zwierzątach. Każdy, kto ma Biblię, może tam zajrzeć i dowodnie o tym się przekonać. Nie zamierzamy tu cytować wszystkich 28 wersetów tego rozdziału, pozwolimy sobie na krótkie omówienie.

Autor tego „Listu” dokonuje porównania między powtarzanymi wielokrotnie krwawymi ofiarami na ołtarzach judaizmu z jedną ofiarą Christosa. Nie wypowiada się on w ogóle na temat reinkarnacji, wcieleń oraz duszy. Dość powiedzieć, że w tym liczącym sobie 28 wersetów rozdziale ani razu nie zostaje nawet użyte słowo „dusza” („psyche”) – dosłownie ANI JEDEN RAZ !  Mowa jest jedynie o „Duchu Swiętym” („pneumatos tou agion”) w wersecie 9; 8. To wszystko, jeśli idzie o jakiekolwiek dusze lub duchy.

Autor stwierdza, że judaistyczni kapłani wielokrotnie powtarzają ofiary na ołtarzach, bo tak nakazywało „przymierze” Mojżesza. Pisze o tym, że praktycznie wszystko jest obmywane we krwi, bo inaczej nie ma odpuszczenia grzechów (9; 22). Jednak, że ta wielokrotność ofiar nie ma sensu w „przymierzu” Christosa, który „pod koniec wieku” („synteleia ton aionon”, 9; 26) ukazał się po to, by zgładzić grzechy ofiarą z samego siebie. Dodatkowo (9; 24) Christos nie pojawił się w świątyniach budowanych ludzkimi rękami, lecz w niebie, by wstawić się za nami „teraz” („nun”). Przeto, tak jak raz sądzone ludziom umierać, tak i on raz jeden, przy tym końcu wieku („aionon”) raz się pojawił, by raz zgładzić grzechy „wielu” („pollon”). I że gdy drugi raz się pojawi, to już tylko dla zbawienia tych, co go wyglądają. Tak nawiasem: warto tu dodać, że w czasie, gdy ten „List” był pisany (II połowa I wieku n.e.) dość częste było przekonanie chrześcijan, że ów „koniec wieku” (także rozumiany jako „koniec wszystkich czasów”) był już bliski i że nastąpi jeszcze za życia tamtego pokolenia, czyli pokolenia Piotra, Jana itd. Ci ludzie wierzyli, że „paruzja” czyli „Drugie Nadejście” nastąpi już wkrótce. To z kolei nadawać by mogło dodatkowego sensu słowom rozdziału 9. A mianowicie, że – tak jak napisano w wersecie 26, że „raz jeden” Christos ukazał się, by dać z siebie ofiarę i wkrótce nadejdzie z powrotem.

Rozdział 9 nie mówi nic o duszach ani reinkarnacjach, nie zawiera w ogóle żadnych sformułowań, któreby pośrednio czy bezpośrednio odnosiły się do tej kwestii.

Za to aż się w tym krótkim rozdziale roi od słów takich jak „krew” czy „ciało”. Tak więc krew wymieniana jest jako „krew kóz i bydła” („aimatos tragon kai moschon”), „krew byków i kóz” („aima tauron kai tragon”) i tak dalej (wersety 9; 12,  9;13 ,  9;19), jako „krew przymierza” (aima tes diatekes”) – werset 9;20, potem znowu jest ta krew w wersecie 9;18 , 9; 20 itd. Jest „krew Christosa” („aima tou Christou”) w wersecie 9; 14. Jest „przelew krwi” („aimatekhusias”) w wersecie 9; 22, potem znowu „krew” w wersecie 9; 25. Mowa też jest o „ciele” czyli „sarkos” (dosł. „ciało”, „mięso”) np w wersetach ), 10 czy 9; 14. Ale ani razu autor nawet nie zająknął się o jakiejkolwiek „duszy”!

Tymczasem, jeżeli mowa ma być o reinkarnacji lub o opozycji wobec reinkarnacji, to wspomnienie duszy jest po prostu nieodzowne, bo bez duszy nie ma reinkarnacji. Gdyż to właśnie dusza się wciela, a nie „krew” lub „mięso”.

Dlatego słuszność mają ci interpretujący, którzy odczytują owe „raz człowiekowi umrzeć” jako śmierć ciała jedynie. Bo, po pierwsze, gdy umiera człowiek, to umiera jego ciało, a nie dusza. A po drugie dlatego, że cały kontekst tego wersetu, dosłownie cały rozdział jest o ofiarach „ciała”, „krwi”, „mięsa” i o niczym innym.

Osobiście, tak jak wolałbym w istniejących polemikach, aby wskazywano na jednoznaczne stwierdzenia raczej niż na zagadkowe, tak też jestem przeciwnikiem wyrywania pojedynczych zdań – a nawet, jak w tym wypadku – fragmentów zdań z ich kontekstu, tak bezpośredniego, znajdującego się w tym samym zdaniu, jak i szerszego, zawartego w treści, do której się dane zdanie, lub jego wyrywek odnosi. Takie wyrywki używane jako “argumenty” stają się bowiem same w sobie żenujące.

Jeżeli natomiast – nawet jako nierozstrzygające – przywoływane są one wraz z ich kontekstem, to przynajmniej dają wgląd w pewien możliwy scenariusz (który może nawet okazać się kiedyś prawdziwym), a na pewno jest w stanie stanowić możliwy styl myślenia osób, które blisko dwa millennia temu pisały teksty stanowiące obecnie kanon Pisma. I tylko z tego powodu się tu nimi zajmujemy.

Jako ciekawostkę odnotujmy zatem, że owo wskrzeszenie Łazarza i córki Jairusa oraz ich związek z wersetem Hbr 9;27 nie pozostał niezauważony przez reinkarnacjonistów także w przeszłości. W roku 1684 flamandzki autor Franciscus Mercurius van Helmont wydał w Londynie pracę znaną pod skrótowym tytułem „Two Hundred Queries”. Pełny tytuł, odnotujmy to, brzmi: „Two Hundred Queries Moderately Propounded Concerning the Doctrine of the Revolution of Humane Souls, and its Conforming to the Truths of Christianity”. Zadając pytanie postawione przez nas wyżej, odnośnie co najmniej dwukrotnej śmierci obojga osób wspomnianych w ewangeliach, autor zastanawia się dalej nad owym “raz umrzeć”, pyta ponownie: „Czyż słowa te nie muszą mieć zatem innego , głębszego i mniej oczywistego sensu?”

Cytowana już przez nas dwukrotnie autorka, Elizabeth Clare Prophet, odpowiada:

„Oto pewien „mniej oczywisty sens”: to, co umiera raz i tylko raz, to „cielesny umysł”, jak Paweł nazwał ludzkie ego. Napisał on w liście do Rzymian, „Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś Ducha – do życia i pokoju”. Cielesny umysł jest nastawiony na „sprawy ciała”. Odnosi się to do cząstki w nas, która musi umrzeć, byśmy mogli „odziać się” w naszą „nieśmiertelność”.

Po jakimś czasie, w jakimś momencie, aby uzyskać nieśmiertelny żywot, musimy całkowicie i ostatecznie unicestwić umysł cielesny. Nie stanie się to natychmiast. Paweł pisał „umieram codziennie”. Nierealne ego umiera po trochu każdego dnia aż wreszcie staje sią martwe. Owa śmierć ego jest procesem, tak jak osiąganie nieśmiertelności jest procesem. Aż do momentu osiągniecia tego celu, kontynuujemy wcielenia i doświadczenie sądu (choć nie ostatecznego) po zakończeniu każdego żywota. Lecz gdy uzyskujemy naszą nieśmiertelność, docieramy do kresu zywotów i umierania. Jak Paweł napisał:

‘A kiedy już to, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?’”


Oczywiście w tych wersetach idzie o nieśmiertelność duszy, nie ciała.

Ale spróbujmy przez moment przyjrzeć się jeszcze innej możliwości interpretacyjnej Hbr 9; 27. Bardzo radykalnej możliwości reinkarnacyjnej. Wyobraźmy sobie, że jest wśród nas zwolennik „ortodoksyjnego” rozumienia tego wersetu – czyli rozumienia anty-reinkarnacyjnego, zakładającego, że po jednym życiu duszy w jednym tylko ciele człowieka oczekuje jedynie Sąd Ostateczny. Wiąże on ową „jedną śmierć” z jedną ofiarą Christosa – właśnie dlatego, że Christos poniósł tę ofiarę RAZ  JEDEN dlatego, że i człowiek, według niego, żyje też tylko RAZ JEDEN.

Owemu polemiście rzuca wyzwanie zwolennik owej bardzo radykalnej egzegezy reinkarnacyjnej tego wersetu:

- Jeżeliby istotnie, tak jak twierdzisz, Christos poniósł ofiarę za ludzi raz jeden, bo ludzie żyją raz jeden – zacząłby ten reinkarnacjonista – to nie sądzisz, że oddałby on życie jedynie za tych, którzy byli mu współczesnymi, albo co najwyżej za tych także, którzy go poprzedzili? Jak mógł on zbawić dusze tych, co jeszcze nie istnieli? Czy można zbawić duszę jeszcze nieistniejącą? Za jakie jej grzechy miałaby ona zostać „odkupiona”? Pamiętaj, co pisze autor „Hebrajczyków” w wersecie 26: że Christos  „raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie”. Autor ten zdawał się wierzyć – tak jak wielu w tamtym czasie, że koniec wieku („aion”) lub świata był bliski i dlatego Christos szybko pragnął go odkupić.

Więc jeżeli Christos ten miałby odkupić także ludzi jeszcze nieistniejących oraz dusze nieistniejące, to ile razy jeszcze musiałby się on poddawać torturze krzyżowania i umierania, by ich wszystkich „zbawić”?

Czy nie jest zatem logiczne, że jeśli uczynił to jedynie raz, to po prostu dlatego, bo każda dusza jest wieczna, przechodzi ona jedynie swoje stadia istnienia w rozmaitych wcieleniach. A ponieważ cała wieczność jest jej udziałem, toteż zbawienia jej istotnie wystarczy dokonać tylko jeden raz.

Rejestruję tu owe możliwe egzegezy dla uświadomienia Czytelnikom, że są one częścią rzeczywistości religijnej i filozoficznej, w której żyjemy. Sam jestem reinkarnacjonistą, jednak prezentowane tu poglądy nie są moimi własnymi. Zaznaczam to po raz kolejny, gdyż na portalu „Fronda” odezwały się głosy, według których są to poglądy moje własne.  Link do części 2

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2

Mar 30th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2

W tym krótkim odcinku przyjrzymy się scenie z rozdziału 9 ewangelii „Według Jana”, a mianowicie uzdrowieniu niewidomego człowieka. Oto wersety przedstawiające tę scenę:

Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: ‘Idź, obmyj się w sadzawce Siloam’. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. (Jn 9; 1 – 7)

Zadając Christosowi pytanie o to „kto zgrzeszył”,  apostołowie stawiają dwie możliwości. Najwyraźniej obie wchodziły w rachubę w tamtejszej społeczności, bo inaczej chyba pytanie to nie pojawiłoby się w tekście ewangelii. Wskazując na rodziców jako na winnych, wskazano na znany zapis tak zwanego „Starego Testamentu”, a konkretnie jakże nam „drogiej” Deuteronomii (czyli „Powtórzonego Prawa”), według którego „Jahwe” karze potomstwo za grzechy rodziców:

„Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu” (Dt 5; 9)

Nie, nie idzie nam tu o to, by wyszydzać „Deuteronomię”, choć nie pałamy żadną pozytywną namiętnością do tej księgi. Nawet – o dziwo! – jesteśmy się w stanie zgodzić, że przynajmniej w niektórych wypadkach „karanie następnych pokoleń” jest faktem. Palisz za dużo tytoniu – twe dziecko może na tym ucierpieć; źle wychowujesz potomstwo – skończy ono w „rynsztoku”… I tak dalej. Co prawda nie przypisujemy tej kary jakiemukolwiek Bogu (lub bogu), lecz pożałowania godnym działaniom samych owych rodziców, za które to działania winić należy ich samych, a nie owego Boga (lub boga).

No dobrze, ale co z tą inną wersją, według której to sam niewidomy grzeszy tak bardzo, że się już rodzi pozbawiony wzroku? KIEDY tak zdążył nagrzeszyć?

Są teoretycznie dwie możliwości: albo grzeszył, nicpoń, w łonie matki; albo też… no właśnie: w poprzednim życiu.

Cytowana już poprzednio Elizabeth Clare Prophet (1939 – 2009) argumentuje w taki oto sposób:

„Jan portretuje Jezusa jako nie czyniącego nawet jakiejkolwiek sprawy z reinkarnacji, którąby niewątpliwie uczynił, gdyby się z nią nie zgadzał. Zamiast tego Jezus wychodzi poza myślowe nastawienie swych słuchaczy, prowadząc ich ku innemu poziomowi. „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże”. Autor tej Ewangelii zademonstrował, że człowiek ten urodził się niewidomym nie z powodu jego poprzednich uczynków, lecz ponieważ jego dusza odpowiedziała na powołanie od Boga. Zgodził się on znosić ślepotę aż do czasu spotkania z prorokiem, który przywróciłby mu wzrok”.

Elizabeth Clare Prophet zakłada tutaj jakąś „zgodę” duszy niewidomego na cierpienia, byle tylko świętość proroka mogła zabłysnąć. Naszym zdaniem, biorąc pod uwagę to, w jaki sposób „Stary Testament” prezentuje „Jahwego”, prawdopodobniejsze byłoby, że ten „Jahwe” w ogóle nie liczył się ze swym stworzeniem i jego cierpieniem. Jeśli ten „bóg” potrafił był bawić się Hiobem niczym lalką i mścić się na potomkach za grzechy ich rodziców, to wystarczyła sama jego wola, by kogoś oślepić od urodzenia po to tylko, by jakiś przyszły cudotwórca mógł się wykazać dla jego, „Jahwego” chwały…

Jednak pozostaje trwałe wrażenie, że istotnie, również autor „Jana” uważał za rzecz całkiem możliwą, że reinkarnacja istnieje rzeczywiście. Lub też – jeśli opisane wydarzenie naprawdę miało miejsce, a „Jan” jedynie ograniczył się do jego zrelacjonowania – że istotnie reinakarnacja była możliwością całkiem poważnie traktowaną przez ową społeczność. W istocie wiemy już z innych źródeł (m.in. dzięki żydowskiemu historykowi z I wieku n.e., Józefowi Flawiuszowi), że reinkarnacja była traktowana tam bardzo poważnie.

Odnotujmy w tym miejscu inną jeszcze uwagę E.C. Prophet poczynioną przy tej okazji:

„Zanim rozstaniemy się z historią, przyjrzyjmy się kontrowersyjnej kwestii, jaką podnosi ona w odniesieniu do reinkarnacji: czy ludzie urodzeni z niesprawnościami są odpowiedzialni za swe nieszczęścia? W wielu wypadkach odpowiedź brzmi „tak”. Ich postępowanie w poprzednich może spowodować, że uczą się z doświadczeń i limitacji w następnym życiu. Limitacja taka może w istocie prowadzić do wzrostu duszy. Rozmaite potrzeby duszy determinują czy ludzie rodzą się zamożni lub ubodzy, czy mają życzliwych czy okrutnych rodziców.” (…) „W istocie niesprawność może wcale nie być karmiczna, lecz może stanowić warunek, który dusza zgodziła się znosić w celu nauczania i wspierania innych. Biedni i niefortunni mogą być niezapowiadanymi świętymi noszącymi grzechy świata”.
Rola Christosa w całym opisanym u  „Jana” w rozdziale 9 incydencie jest neutralna w odniesieniu do reinkarnacji. Nie potwierdza jej, nawet swoją odpowiedzią zdaje się jej przeczyć. Jednak jej też nie potępia. Jeżeli natomiast zgodzić się z interpretacją o „zgodzie” duszy na cały „eksperyment” ze ślepotą od urodzenia, to Christos co najwyżej przyjmuje istnienie reinkarnacji „przez aklamację”, lecz bez entuzjazmu.   Część 1 Część3

Continue Reading »
0 Comments

Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1

Mar 29th, 2011 by monio
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1

W kolejnych krótkich odcinkach zajmiemy się interpretacją („exegesis”, „exegeisthai”) Nowego Testamentu z punktu widzenia reinkarnacjonistycznego. Osobiście nie dostrzegam bezpośrednio niczego przesądzającego o reinkarnacjonistycznych lub niereinkarnacjonistycznych przekonaniach autorów tych ksiąg chrześcijańskich w samych tekstach przez nich napisanych – czemu dałem wyraz w obydwu artykułach „Reinkarnacja, czyli…” ( część 1 oraz część 2 ). I generalnie nie uznaję niczego za rzecz całkowicie udowodnioną dopóki nie zostanie ona wykazana NAUKOWO w sposób nie budzący najmniejszej wątpliwości (co w odniesieniu do paru kwestii sprzed ok. 70 lat przyniosło mi już kilkakrotnie posądzenie o „łamanie prawa”). Jednak interpretacja rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza jeżeli – tak jak tutaj – Nowy Testament nie zawiera jednoznacznych sformułowań, a zamiast nich posługuje się słowami, które pozostawiają „furtkę” szeroko otwartą dla rozmaitych możliwości.

Czego zatem uczył Iesous Christos – lub też co najmniej autorzy pism nowotestamentowych, którzy na tego Christosa się powoływali? Czego uczyli, gdy chodzi o kwestię reinkarnacji?  Przyjrzymy się bliżej temu jak i dlaczego uważają oni, że reinkarnacjonizm jest zawarty na kartach kanonicznych pism chrześcijańskich.

Zacznijmy zatem od początku, czyli od tego kim był Christos i przez kogo miał zostać „poprzedzony” w swej działalności.

Christosa miało poprzedzić powtórne pojawienie się Eliasza. Tak mówią autorzy tekstów ewangelii Nowego Testamentu. I bazują swoją opinię na cytatach z „Księgi Malachiasza”, a konkretnie na Ml 3;1,5 oraz 23:

Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów.”

Wtedy przybędę do was na sąd i wystąpię jako świadek szybki przeciw uprawiającym czary i cudzołożnikom, i krzywoprzysięzcom, i uciskającym najemników, wdowę i sierotę, i przeciw tym, co gnębią obcych, a Mnie się nie lękają – mówi Pan Zastępów.”

Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego.”

I do tych fragmentów nawiązują ewangelie Nowego Testamentu, gdy mowa w nich o tym, kim był Jan Chrzciciel oraz Iesous Christos.

Także król Herod posłyszał o Nim gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: «Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w Nim».Inni zaś mówili: «To jest Eliasz»; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: «To Jan, którego ściąć kazałem, zmartwychwstał»”. (Mk 6; 14-16)

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?» A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków»” (Mt 16; 13-14)

O wszystkich tych wydarzeniach usłyszał również tetrarcha Herod i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych; inni, że Eliasz się zjawił; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Lecz Herod mówił: «Jana ja ściąć kazałem. Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę?» I chciał Go zobaczyć.” (Łk 9; 7-9)

Według „Kata Ioannen” (czyli ewangelii „według Jana”), gdy Jan Chrzciciel jeszcze żył, pytano i jego osobiście kim jest.

„Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś?»,  on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie!»” (Jn 1; 19-21)

Czyli: Jan Chrzciciel osobiście zaprzeczył, by był Eliaszem. To jednak nie koniec. Bowiem Sotera miał poprzedzić właśnie Eliasz. Potwierdza to sam Christos w Mt 11; 11 – 15:

Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!

A zatem Jan to jednak Eliasz…

Jednak „sprawa Eliasza” na tym się nie kończy. Oto bowiem u „Marka” Christos ulega „transfiguracji” czyli „przemienieniu” i to w towarzystwie Mojżesza i Eliasza właśnie:

„Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. (Mk 9; 2 – 4)

I pytali Go: «Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że wpierw musi przyjść Eliasz?» Rzekł im w odpowiedzi: «Istotnie, Eliasz przyjdzie najpierw i naprawi wszystko. Ale jak jest napisane o Synu Człowieczym? Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym. Otóż mówię wam: Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak, jak chcieli, jak o nim jest napisane»” (Mk 9; 11 – 13)

W ewangelii „Kata Mathaion” („Mateusza”) ta scena również jest opisana w rozdziale 17. Różnica w porównaniu do cytowanych wyżej wersetów z „Marka” o tym, że „Eliasz już przyszedł” jest jednozdaniowa, ta, że u „Mateusza”  „uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu” (Mt 17; 13).

No, to mamy dylemat: czy tym „prawdziwym” Eliaszem był ten, który był Janem Chrzcicielem, czy też ten, który ukazał się obok Christosa w „przemienieniu”? Czy Eliasz posiadał zdolność „bilokacji”? I to takiej trwającej całe lata życia człowieka aż po wiek dorosły? (bo Chrzciciel nie został przecie ścięty jako niemowlak, albo?). Ewangelie o tym nie mówią. Tak czy owak, istotnie można odnieść wrażenie, że autorzy ewangelii kanonicznych wierzyli w reinkarnację. I że przedstawili Jana Chrzciciela jako przereinkarnowanego Eliasza.

Zdania na temat tych cytowanych tutaj wersetów i ich znaczenia są podzielone. Jedni autorzy twierdzą nieraz, że słowa Christosa są prawdziwe, ale że nie potwierdzają generalnie żadnej doktryny reinkarnacji (istotnie, można w tekście doszukać się jeszcze wiary w reinkarnację, ale akurat nie jakiejś konkretnej TEORII na jej temat). Inni zaś twierdzą, że to nie są słowa Christosa, te, które odnoszą się do Eliasza i „Baptistesa”. Lecz że zostały one włożone jedynie po to, by jakoś wykazać, że Christos to istotnie ten  „Mesjasz”, o którym mówi księga Malachiasza z tak zwanego „Starego Testamentu”.

Przyjrzyjmy się jak argumentuje w tym przypadku chrześcijańska autorka, reinkarnacjonistka, Elizabeth Clare Prophet w książce „Reincarnation. The Missing Link in Christianity”:

„Zajmijmy się najpierw argumentem teologów. Według niego to, że Jezus powiedział, że Jan był Eliaszem, „który miał powrócić”, nie oznacza, że zamierzał on dawać do zrozumienia, że prorok reinkarnował. Eliasz był unikalny, ponieważ nie umarł w naturalny sposób, lecz został zabrany rydwanem do nieba. Dlatego też jego ciało było odmienne od ciała jakiegokolwiek człowieka w historii.

W swej książce „Reincarnation and Christianity” dr Robert Morey opowiada się za standardowym argumentem chrześcijańskim: ponieważ Eliasz nigdy nie umarł, więc gdy pojawił się na Górze Przemienienia, ukazał się jako „wciąż żyjący i w swym pierwotnym ciele”. (nie wspomina jednak w jakim ciele pojawił się Mojżesz!).

Morey pomija inną ewentualność – że Eliasz przybył w ciele duchowym. Taki byłby wniosek kogoś zaznajomionego z żydowskim mistycyzmem (przemienienie ma w sobie wiele podobieństw z wizjami mistyków z Merkabah …). Mistycy ci, tak jak i późniejsi kabaliści, uznawali zarówno Enocha (który udał się do nieba podobnie jak Eliasz) oraz Mojżesza za postacie deifikowane. Ciała ich zostały przetransformowane ze zniszczalnych w ciała duchowe – „ciała niebiańskie”, o których pisze Paweł (1Kor 15; 40).

Ci Zydzi, którzy wierzyli w reinkarnację, mogliby łatwo zaakceptować ideę, że Jan był reinkarnacją Eliasza. Ponieważ Jan już nie żył, jego dusza mogła zatem pojawić się w przemienieniu  jako Eliasz w ciele duchowym.

Gdy Morey usiłuje przekonać nas, że Eliasz wciąż nosił swoje dziewięćsetletnie ciało fizyczne, ignoruje on jasne stwierdzenie w Ewangeliach, „Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak jak chcieli”. W oczywisty sposób reinkarnacja jest tym, co autorzy mieli na myśli.

Wielu naukowców uważa, że Jezus nie poczynił owych stwierdzeń „Jan jako Eliasz”. Uważają raczej oni, że zostały one dodane przez autorów Ewangelii. Prezentując pogląd popularny wśród naukowców, XX-wieczny teolog katolicki Hans Küng mówi nam, że wersety o Eliaszu są „popularną tradycją, marginalną w ewangelii”. Jesus Seminar, grupa ponad dwustu umiarkowanych i liberalnych badaczy, uważa te wersety za inwencję tych, którzy pragnęli dowieść, że Jan Chrzciciel był zaprorokowanym poprzednikiem Jezusa, Mesjasza.

Czy badacze ci mają słuszność czy też nie, ich argument nie podważa faktu, że chrześcijanie, którzy napisali Ewangelie w późniejszych latach I wieku, wierzyli w reinkarnację. A wiemy także, że niektórzy z pierwszych chrześcijan próbowali używać tych wersetów, by dowodzić reinkarnacji.

Jeżeli w istocie wiara w reinkarnację była obecna we wczesnym chrześcijaństwie, to czy zapoczątkowana została ona przez Jezusa? Gdy prześledzimy tę wiarę posuwając się w czasie z powrotem do  chrześcijańskiego gnostycyzmu i zestawimy go z żydowskim mistycyzmem, odpowiedź może stać się jasna.” (rozdz. 9, str. 100-101).

Ale tym zajmiemy się innym razem…

Link do części 2

Continue Reading »
0 Comments

Katarskie Termopile

Mar 16th, 2011 by monio
Katarskie Termopile

767 lat temu, 16 marca 1244 roku, zakończyła się dramatyczna dziesięciomiesięczna epopeja obrony twierdzy Montségur, stanowiąca kulminację wielu dziesiątkow lat represjonowania Kościoła Katarskiego na południu Francji. Kapitulacja Montséguru okupiona została dodatkowo spaleniem na stosie niemal połowy spośród 400-500 osób. Dlatego też w kościołach gnostyckich dzień 16 marca figuruje w kalendarzu liturgicznym jako Montségur Day, w intencji męczenników katarskich odprawiana jest msza.  
“A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25;40)

Przez kilka lat głosiłem wam słowa pokoju. Wygłaszałem do was kazania; zaklinałem was ze łzami w oczach. Ale, jak powiedzenie mówi w Hiszpanii, gdzie błogosławienstwo nie skutkuje, podziała dobry, gruby kij. Teraz rzucimy książąt i prałatów przeciw wam; a oni zbiorą całe narody i ludy, i wielu zginie od miecza. Wieże upadną i mury zrównane będą z ziemią, a wy, wy wszyscy, pójdziecie w niewolę. Tak siła przeważy tam, gdzie łagodna perswazja zawiodła”

Takimi słowami miał zwrócić się do zebranych w Prouille ”święty” Dominik krótko przed rozpoczęciem “krucjaty” przeciw katarom w Langwedocji według świadectwa jednego z jemu współczesnych, dominikanina Stephena de Salagnac. Mniejsza o to teraz, czy te słowa oddają wiernie to, co mówił Dominik czy też mają one wartość – by tak rzec – “apokryficzną”. Dość, że oddają z grubsza politykę władz Kościoła Rzymskiego w tamtym regionie. Gdy beznadziejnie zawiodły próby zduszenia albigensjanizmu przy pomocy nawracania oraz publicznych debat z liderami Kościoła Katarskiego, postawiono na rozwiązanie siłowe.

 “… aby kościół miał siedzibę…”

Ludzkie siedlisko (lub co najmniej przejsciowy obóz) musiało istnieć tu już w starożytności. Archeologowie znalezli tu bowiem monetę rzymską datowaną na okres pomiedzy rokiem 260 a 280 naszej ery. Istotnie, miejsce to znakomite z punktu widzenia bezpieczeństwa: trudno dostępne i ułatwiające obronę. Nic dziwnego zatem, że było nazywane “Bezpieczną Górą” (“Mont Segur”; po angielsku brzmiałoby to jak “Mount Secure”). Nie zaskakuje zatem fakt, że budowano tam fortece.

Jeśli zaś chodzi o katarów, to musieli oni zacząć pojawiać się w tym miejscu około poczatku XIII wieku. Wiemy na przykład, że około roku 1204 stara forteca była w stanie ruiny i perfekci zwrócili się do kasztelana Montségur, Raymonda de Perella (lub de Pereille) o odbudowanie oraz wzmocnienie jej, co tez zostało szybko uczynione. Zbiegło się to w czasie z poczatkiem tzw. “krucjaty” przeciwko katarom (1209). Wówczas jednak – jak się miało okazać – jeszcze nie istniała bezpośrednia potrzeba obrony.

Od początku XIII wieku przebywali tam katarscy biskupi, zwłaszcza dotyczy to niemal legendarnego biskupa Guilhaberta de Castres. De Castres jednak nigdy nie zatrzymywał się tam długo. Często zmieniał miejsce pobytu, podobnie zresztą jak większość katarskich przywodcow i kaznodziejow. Wkrótce – szczególnie po “krucjacie” roku 1209, zbocza skały zapełniać się zaczeły małymi domkami (chatami raczej), w których mieszkały osoby (głównie kobiety), które poświęciły się życiu charakterystycznemu dla perfektów. Tutaj znalazły one miejsce odpowiednie dla swych studiów, modlitwy oraz medytacji. W ten sposób powstała cala wioska otoczona, w celach obronnych, drewnianą palisadą. Trudno dziś ocenić ilu ludzi przetoczyło się w tamtych latach przez tę wioske oraz fortecę, nie tylko zresztą w celu studiowania czegokolwiek, ale przede wszystkim, aby odwiedzić to miejsce w celach religijnych.

Wizyty składali tutaj nie tylko ci, którzy znani byli jako katarzy. Przybywało tu także wielu pielgrzymów znanych w swych okolicach jako “dobrzy katolicy”. Wyrażali tu szacunek zatrzymujacym się tu perfektom i brali udział w katarskiej liturgii, m.in. w ‘łamaniu chleba’. Tam też obchodzili Boże Narodzenie i święto Zesłania Ducha Świętego. Wielu katarów życzyło sobie otrzymać sakrament consolamentum własnie w tym miejscu. Wielu smiertelnie chorych życzyło sobie tutaj umrzeć i niektórzy byli tu istotnie przetransportowywani.

Można sobie z łatwością wyobrazić, że w gorących latach “krucjaty”, terroru oraz okupacji, Montségur stawał się również miejscem pielgrzymek i spotkań o charakterze politycznym czy też ‘religijno-patriotycznym’. Przechowywano tutaj także broń.

Oficjalnie swego rodzaju “stolicą apostolską” Kościoła katarskiego Montségur został jednak dopiero w roku 1232. Wtedy to odbyło się tam spotkanie biskupa Guilhaberta de Castres i około 30 perfektów oraz szeregu przedstawicieli lokalnej szlachty z kasztelanem Raimondem de Perella. Biskup de Castres skłonił kasztelana do uczynienia tam swoistej twierdzy Kościoła, tak, aby Kościół “…był w stanie mieć tam swoją siedzibę oraz głowę oraz by mógł stamtad bronić swoich kaznodziejów”.

W tym samym roku miał tam miejsce synod. Tak więc Montségur miał swoje duchowe przywództwo (Guilhabert de Castres, który tu wyświęcił paru biskupów takich jak Teuto, biskup Agen, Vignoreux de la Bacone czy Jean Cambiaire), swój bardzo mały (mniej niż stu żołnierzy), lecz dobrze wyszkolony garnizon po dowództwem Pierre-Rogera z Mirepoix i intensywne życie religijne.

Należy w tym miejscu zaznaczyć, że obecne ruiny twierdzy Montségur nie pochodzą z czasów katarskich, gdyż tamta twierdza, zbudowana w latach 1204-1210 została całkowicie zburzona przez wojska króla Francji po kapitulacji katarskiej w marcu 1244 roku. Obecne ruiny to pozostałości twierdzy wznoszonej stopniowo w ciagu trzech nastepnych wieków przez wojska królewskie. Archeologowie nazywają je ” Montségur III”. Grupa badająca to miejsce w latach 1964-76, znana jako Groupe de Recherches Archeologiques de Montségur et Environs (GRAME), w swoim raporcie stwierdziła jednoznacznie, że “nie pozostał ślad ruin pierwszej fortecy, opuszczonej przed XIII wiekiem (Montségur I), ani też tej, która zbudowana została przez Raymonda de Perella ok. 1210 roku (Montségur II)”.

Jedynymi autentycznymi ruinami katarskimi na wzgórzu są pozostałości kamiennych domów mieszkalnych, wzniesionych tam przez katarów, a wspomnianych powyżej.

Ku oblężeniu

“Pamiętaj o nich, Panie, w Twym Królestwie (…) O wiernych, którzy służyli Tobie, gdyz inaczej nie mogli postąpić, którzy żyli w wieku, gdy szukanie Ciebie okupowane było ich życiem”

Guillaume Arnald i Pierre Seila zostali pierwszymi ‘formalnymi’ inkwizytorami w Kościele w roku 1233. Byli niezależni w swych poczynaniach zarówno od lokalnych biskupów, jak i od władz świeckich. Pierwszą ich akcją było zatrzymanie, błyskawiczne osądzenie, skazanie oraz natychmiastowa egzekucja czołowego katara w Tuluzie nazwiskiem Vigores de Baconia (Vignoreux de la Bacone). Następne ‘akcje’ tego typu nie dały na siebie długo czekać: Arnald i Seila działali w wyjatkowo zajadły sposób, toteż już wkrótce hrabia Tuluzy skarżył się w liście do papieża na ekscesy tych dwóch fanatycznych dominikanów. Ignorowali oni wszelką procedurę prawną, przesłuchiwali podejrzanych o herezję “za zamkniętymi drzwiami”, odmawiając im asysty prawników oraz stosowali najgorsze formy terroru.

Niektórzy z przesłuchiwanych byli tak zastraszeni, że w celu ochrony własnej skóry oskarżali o herezję niemalże kogo się tylko dało. Inni zaś, korzystając z aury tajemnicy, stworzonej przez inkwizytorów, rzucali oskarżeniami na swoich osobistych wrogów dla załatwienia prywatnych porachunków. Arnald i Seila mieli też mścić się i terroryzowac osoby pragnące złożyc na nich skargę do papieża. “Istotnie, zdają się oni starać pchać ludzi ku omyłce raczej niz prawdzie, gdyż prowokują ogromne wzburzenie w kraju, a przez swoje ekscesy podburzają lud przeciw klerowi oraz zakonnikom”.

Kto wie zresztą, czy to wlaśnie nie było ich celem. Świadectwo hrabiego znajduje pełne potwierdzenie w faktach. Spanikowani ludzie oskarżali siebie nawzajem do takiego stopnia, że nawet wszyscy dominikanie w Tuluzie zwerbowani przez inkwizycję nie byli w stanie ich wszystkich przesłuchać. Toteż do tej wyjątkowo ohydnej roboty zaprzęgnięto dodatkowo miejscowych franciszkanów jak również kler diecezjalny. Wyznaczano czas, w którym mieszkańcy mieli stawić się przed inkwizytorami w celu wyznania swych “omyłek” (dzis powiedzielibyśmy: ‘w celu złożenia samokrytyki’) jeśli chcieli uzyskać ‘odpust’. Osoby uchylające się od tego niecodziennego ‘obowiązku’, w razie zadenuncjowania przez innych, miały być sądzone z całą surowością prawa.

Jak gdyby zamieszania spowodowanego tego rodzaju ‘troską duszpasterską’ jeszcze nie było dość, wyroki inkwizycyjne nie miały charakteru ostatecznego. Znaczyło to np., że osoba raz skazana, mogła zostać w przyszłości skazana powtórnie za to samo ‘przewinienie’. Po zaprowadzeniu tego rodzaju porządków w Tuluzie, Arnald i Seila zaczęli podobnie postepować również gdzie indziej: w Cahors skazywali heretyków pośmiertnie, rozgrzebując ich groby, wyciągając stamtad zwłoki i paląc je na stosie. W Moissac skazali na śmierć “hurtem” 210 katarów, paląc ich o jednym czasie i w jednym miejscu. Skargi na inkwizytorów mnożyły się. Papież jedynie zareagował listem do nich, nakazując umiar (którego jednak miało w końcu nie być) oraz dokooptowując do dwójki dominikanów franciszkanina nazwiskiem Stephen de Saint-Thibéry.

Niczego to jednak nie zmieniło. Machina terroru nakręcała się dalej. Powodowała ona jednak nie tylko strach, ale i rosnące oburzenie. Kwestią czasu była w tych warunkach riposta w postaci atakow na dominikanów. Tak więc już w tym samym roku trzech dominikanów wrzucono do studni w Cordes. W 1234 roku konwent tego zakonu w Narbonne został splądrowany przez rozwścieczony tłum. W 1235 roku zaś dominikanie usiłujący dokonać aresztowania w Tuluzie zostali pobici i poszczuci psami. Wkrótce też oficjalnie zostali wygnani z tego miasta przez jego władze (przejściowo, co prawda). Ponieważ nie chcieli stamtad odejść, straż miejska wraz z tłumem mieszczan wyrzuciła ich siłą.

Sytuacja stała sie w międzyczasie tak napięta, że hrabia wręcz nakazał mieszkancom ignorowanie wezwań inkwizycyjnych do stawiania się i składania zeznań. I tak, jak dotąd pisano skargi do papieża na inkwizytorów, tak teraz papież z kolei wziął się za pisanie swoich skarg do hrabiego Tuluzy. W liście do niego wyrażał oburzenie z powodu owego zakazu składania zeznań przed inkwizycją. Skarżył się też, że władze miasta odmawiają sprzedawania czegokolwiek biskupowi oraz klerowi w ogóle, że mnożą się ataki na kler, że biskup nie może wygłaszać kazań itd.

Kilka lat tego rodzaju porządków oraz ich skutków przygotowało podatny grunt dla rebelii. I jeśli w ogóle można się czemukolwiek tutaj dziwić, to nie temu, że do tego buntu w końcu doszło (począwszy od 1240 roku) i nie temu, że doszło do zamachu na inkwizytorów, lecz raczej, że bunt wybuchł tak pózno oraz że zamachów nie było więcej. Szczególnie trójka inkwizytorów (Arnald, Seila i Saint-Thibéry) budziła nienawiść katarów. Nienawiść do tego stopnia wielką, że dowódca garnizonu montsegurskiego, Pierre-Roger de Mirepoix, pragnął pózniej, by zamachowcy przynieśli mu czaszkę Arnalda, którą zamierzał obramować złotem i używać jej jako czarki do picia wina. Był rozczarowany, gdy mu jej nie przyniesiono, gdyż podczas zamachu została rozbita siekierą.

Zamach ten miał miejsce 28 maja 1242 roku w Avignonet. Zginęli Guillaume Arnald, Stephen de Saint-Thibéry oraz kilku ich asystentów (Pierre Seila został w Tuluzie). To zabójstwo (oraz sposób jego popełnienia) nie stanowiłoby chluby dla nikogo, to pewne. Nie jest jednak prawdą, że spowodowało ono reakcję w postaci akcji zbrojnej przeciw katarom oraz oblężenia ich centrum religijnego. Akcję taka zaczęto już planować w roku 1241, na rok przed zabójstwem w Avignonet.

Oblężenie

“…Gdyż wszyscy ci, co uznali panowanie Lucyfera i upadli z Raju, przyszli z siedmiu królestw, wznieśli się na szklane niebo, a za każdego, co się wzniósł, inny spadł…”

Głównodowodzacy armii królewskiej, Hugues de Arcis, rozporządzał zmienną liczbą wojska, sięgająca 10 tysięcy zbrojnych. Odciął najprostszą drogę zaopatrzenia oraz okupował wieś. Swoją akcję rozpoczął 13 maja 1243 roku. “Montségurczycy” mieli po swojej stronie miejsce, którego zamierzali bronić; twierdzę na przeogromnej skale, z trudnym dostępem z punktu widzenia atakujących. Mieli swoją niezachwianą wiarę w słuszność swojej sprawy no i polegali na obietnicach odsieczy (głównie ze strony hrabiego Tuluzy, Rajmunda VII). Byli też dobrze zaopatrzeni w żywność i wodę, a ogromna masa skały ukrywała szereg – z zewnątrz niewidocznych – przejść i ścieżek, którymi można było dostarczać (i dostarczano!) tego, czego potrzebowano, choć nieregularnie.

Przeciw obrońcom natomiast przemawiała mała liczebność ich własnego garnizonu oraz stosunek sił liczbowych żołnierzy jak jeden do kilkudziesięciu (tuż przed oblężeniem liczebność garnizonu wzrosła ze stu, niektórzy autorzy są przekonani, że osiągnęła ok. trzystu zbrojnych).

Trzeba jednak przyznać, że choć przewaga liczebna istotnie była po stronie oblegających, to i Hugues de Arcis stanął przed nie lada problemem. Nie mógł liczyć na szybkie zajęcie fortecy, do której dojście dla oblegających istniało w zasadzie tylko z jednej strony. Nie mógł liczyć na poparcie lokalnej ludności ze wsi, bo sympatie tejże były zdecydowanie po stronie katarów. Jego główna przewaga leżała raczej w tym, że mógł zawsze liczyć na dopływ świeżych sił oraz na niczym niezakłócone zaopatrzenie (z tym z kolei problem mieli obrońcy).

Dodatkową jednak niewygodą dla oblegających był fakt, że – gdy nadeszła zima – ich wojska, a raczej ta ich część, która zajmowała pozycje blisko samej twierdzy, nie mogła nawet liczyć na ochronę przed śniegiem, mrozem i wiatrem na górze. Ci ludzie również musieli wykazać hart ducha, zwłaszcza, gdy oblężenie przeciągało się w nieskonczoność, powodując tym samym zniechęcenie wsród wojsk królewskich. De Arcis był przygotowany na taką okoliczność, nawet jednak i on nie przeczuwał, że zostanie “przykuty” do tej skały na równych dziesięć miesięcy. Jego zadanie okazało się tym trudniejsze, że jego armia cierpiała z powodu ciagłych dezercji oraz – co warte podkreślenia – z powodu biernego współdzialania wielu jego żołnierzy z obleganymi. Tłumaczy to miedzy innymi fakt, że tak często wysłannicy katarscy z łatwością “przedzierali się” przez kordon wojsk królewskich do Montségur i z powrotem.

Probówano atakować twierdzę. Bez skutku. W ciągu pięciu miesiecy od maja do października jedynie trzech obrońców zostało śmiertelnie rannych. Nie posunięto sie ani o metr. Przewaga atakujących robiła jednak swoje. W październiku (lub na początku listopada) baskijscy najemnicy w armii królewskiej wdarli się na występ skalny około 80 metrów od zamku. Tam zbudowano machinę miotającą pociski kamienne (tzw. “trebuchét”), by przy jej pomocy bombardować pozycje obrońców. Wówczas katarzy sprowadzili swojego specjalistę, nazwiskiem Bertrand de La Baccalaria, który zbudował im podobna machinę, bombardującą pozycje oblegających.

Dopiero około 2 do 2,5 miesiąca pózniej baskijscy wspinacze, najprawdopodobniej na skutek zdrady, podeszli (drogą wykutą w skale przez katarów) pod mały barbakan, zaskoczyli jego obsadę, wybijając ją. Od tego momentu położenie obrońców zamku stało się znacznie trudniejsze, jako że z tej odległości “krzyżowcy” mogli już bombardować wschodnią ścianę twierdzy. Była ona jednak wyjątkowo potężna, stąd też kruszenie jej musiało się przeciągać. Tym bardziej, że Baccalaria natychmiast zbudował katarom następną machinę odpowiadającą ‘wet za wet’ machinie francuskiej. Oblężenie przeciagnęło się więc o dalsze dwa miesiące. W ciągu tego okresu przypuszczano wprawdzie ataki na zamek, katarzy jednak zdołali je wszystkie odeprzeć.

Jednak przedłużające się walki dawały się we znaki bardziej obrońcom (których było znacznie mniej) niż oblegającym (których było znacznie wiecej i którzy mogli zmieniać oraz uzupełniać linię ataku). Pierre-Roger de Mirepoix postanowił zatem spróbować wypadu z twierdzy na barbakan, aby go odbić i spalić francuski trebuchet. Wypad ten miał miejsce w nocy z 29 lutego na 1 marca 1244 roku, zakończył się jednak niepowodzeniem. Katarzy zostali odparci, zaś do kontrataku przystąpili z kolei Francuzi i Baskowie, którzy spróbowali wykorzystać sytuację i wedrzeć się do zamku. Obrońcom pospieszyli z pomoca przebywający w Montségur cywile (w tym kobiety). Przeciwnicy zostali odparci i zepchnięci z powrotem do barbakanu. Straty po obu stronach musiały być jednak dotkliwe, zwłaszcza, że walczono na wąskim przesmyku skalnym. Stąd też większa zapewne była liczba zabitych niż rannych.

Negocjacje w sprawie kapitulacji rozpoczeły się nazajutrz, 1 marca 1244. Trwały bardzo krótko i zakończyły się tego samego dnia. Epopeja katarskich Termopil dobiegła konca. Warunki rozejmu były nastepujące:

1.  garnizon pozostaje w twierdzy przez nastepnych 15 dni i w międzyczasie wypuści jenców,

2.  garnizon otrzymuje przebaczenie wszelkich win przeszłych, włączając w to zamach w Avignonet,

3.  mężczyźni pod bronią mogą odejść ze swym bagażem oraz bronią, później jednak będą składać zeznania przed inkwizycją. Otrzymają jedynie lekką pokutę,

4.  pozostałe osoby w fortecy otrzymają te same warunki. Nałożona zostanie na nie jedynie lekka pokuta pod warunkiem, że wyrzekną się wiary katarskiej i złożą zeznanie przed inkwizycją. Osoby odmawiające porzucenia herezji spłoną na stosie,

5.  twierdza Montségur przechodzi w ręce Kościoła i Korony Francuskiej

Co do punktu 4, wszystkie osoby, które były perfektami oraz te, które przyjęły consolamentum w twierdzy (podczas oblężenia) zostały istotnie spalone. Nie na stosie jednak. Ponad 200 osób (205 do 230) zostało spalonych wspólnie w jednym gigantycznym ogniu, do rozpalenia którego użyto zapewne m.in. części palisady z Montségur i drewnianych części budynków.

Zwraca uwagę wyjątkowo łagodne potraktowanie osób zamieszanych w zamach na inkwizytorów w Avignonet. Jak na “powód” do akcji zbrojnej przeciw heretykom, zamach ten został zatem potraktowany “powierzchownie”. Wydawać by się mogło przecież, że to własnie sprawcy owego zamachu zostaną starannie “wyłuskani” spośród kapitulujących i ukarani jako pierwsi. Tymczasem darowano im nie tylko życie, ale i wolność! Czy była to więc łaskawość “Matki-Kościoła”, zawsze chętnie wybaczajacej zbłąkanym “dzieciom”? 

Wątpliwe bowiem dlatego, że gdy “jedną ręką” rozgrzeszano zamachowców, “drugą ręką” wrzucono bezceremonialnie do ognia ponad 200 osób niewinnych żadnej zbrodni i których jedynym przewinieniem było przyjęcie katarskiego sakramentu. Jest to “szczegół” wyraźnie wskazujący, że akcja zbrojna podjęta w Langwedocji nie stanowiła żadnego ‘odwetu’ za zamach na inkwizytorów (choć dziś jeszcze używany jest argument o zamachu jako ‘przyczynie’), lecz że była ona zaplanowaną na zimno akcją, ktorej celem była definitywna eksterminacja wiary katarskiej i dla której ów zamach był jedynie pretekstem. 

Pole Spalonych

“…Pamiętaj o tych, co dali więcej niż mogli, więcej istotnie niż posiadali; więcej aniżeli dać powinni…”

Po upłynięciu 15 dni przed głównym wejściem twierdzy stawili się Hugues de Arcis osobiście, w asyście swoich rycerzy. Kościoł Rzymski reprezentowany był przez biskupa Albi oraz przez dwóch inkwizytorów z zakonu dominikanów: brata Ferriera oraz brata Durantiego.

W sumie około połowy wszystkich osób wyprowadzonych z twierdzy spalono tego dnia, 16 marca 1244 roku, pod murami Montségur. Spośród tych, którzy ocaleli, było kilku katarów, którzy wynieśli potajemnie coś, co aż po dziś dzień jest przedmiotem wielu kontrowersji, a mianowicie “skarb z Montségur”. Zeznający później przed inkwizycją Alzeu de Massabrac, powołując się na świadectwo Arnalda-Rogera de Mirepoix stwierdził:

“…gdy haeretici przybyli z twierdzy Montségur, która przekazana została Kościołowi i Koronie Francuskiej, Pierre-Roger de Mirepoix zatrzymał wewnątrz wspomnianej fortecy Amiela Aicarta i jego przyjaciela Hugona, będących heretykami; w nocy, podczas której inni heretycy zostali spaleni, ukrył wspomnianych heretykow i pomógł im zbiec; i było to uczynione, aby Kościół heretyków nie utracił swego skarbu, który ukryty został w lesie; a uciekinierzy znali miejsce, w którym on spoczywa…”

Perfekci tworzyli osobną grupę opuszczajaca twierdzę. Arpaïs de Ravat, córka kasztelana Raymonda de Perella i jego żony Corby (ktora krótko przedtem została perfektą) stwierdza, mówiąc o tej właśnie grupie, że “…zostali brutalnie wywleczeni z twierdzy Montsegur”.  Spośród liderów kościoła katarskiego był w tej grupie biskup Bertrand Marty oraz Raymond Aiguilher, który szareg lat wcześniej brał udział (wspólnie z Guilhabertem de Castres oraz innymi liderami) w debacie z liderami katolickimi i Dominikiem w Montreal.

Mniej więcej 200 metrów od samej fortecy, ale wciąż w górnej części wzniesienia, tam, gdzie dziś stoi skromny postument upamiętniający pomordowanych, znajduje się miejsce zwane “Polem Spalonych”. Guillaume de Puylaurens (kronikarz XIII-wieczny, ksiądz, notariusz biskupstwa w Tuluzie, a pózniej kapelan hrabiów tuluskich) informuje, że tam ‘krzyżowcy’ “…zbudowali palisadę ze słupów i pali”. Wewnątrz niej umieścili “niezliczoną ilość chrustu”. Owych ponad dwieście osób zostało tam następnie wpędzonych (lub może wręcz wrzuconych) i spalonych wspólnie. Nie było zatem osobnych stosów. 

“Wielkie dni kataryzmu w jego centrum dobiegły końca zarówno w tragedii jak i w chwale, w epizodzie, ktory zademonstrował po raz kolejny niezwykłą siłę kataryzmu w największych przeciwnościach” – przyznaje Malcolm Lambert, autor, którego bynajmniej nie można “posądzić” o zbytnie sympatie katarskie.

“Zmiłuj się, Panie, nad wszystkimi spalonymi z tego świata. Zmiłuj się nad tymi, co miłowali aż poza ten świat. Nad wszystkimi, co miłowali. Nad wszystkimi, co posiadali cokolwiek prawdziwego do umiłowania. Amen”

Epilog

Raymond de Perella, kasztelan Montségur – poddając twierdzę, skazał tym samym na śmierć swoją żonę, jej matkę oraz swoją najmłodszą córkę Esclarmondę (wszystkie one mające status “perfektów” w Kościele Katarskim).

Pierre-Roger de Mirepoix – wbrew pozorom owo ułaskawienie też nie przeszło tak gładko i bez kłopotów, jak by na to wskazywały warunki kapitulacji twierdzy Montségur. Po opuszczeniu twierdzy, Pierre-Roger z Mirepoix znika na okres 11 lat. W 1255 roku wymieniony jest w pewnym dokumencie jako “…pozbawiony swych włości za obronę i podjudzanie heretyków w twierdzy Montségur”. Odzyskał pełnię swych praw w roku 1257.

Guilhabert de Castres – nigdy nie wpadł w ręce inkwizycji. Nigdy nie został przez nikogo zdradzony. Jesli żył jeszcze w okresie oblężenia Montségur w latach 1243-44, był już zapewne w bardzo zaawansowanym wieku.

Twierdza Montségur – po kapitulacji została zburzona po zajęciu jej przez wojska królewskie. Nowym kasztelanem został Guy I des Levis. Za jego czasów (oraz pózniej – w sumie w ciagu 3 wieków) została tam zbudowana nowa forteca. Miała swoj garnizon jeszcze w XVI wieku. W 1757 roku wciąż należała do rodziny des Levis. To właśnie ruiny tej po-katarskiej fortecy zachowały się po dziś dzien i są odwiedzane przez co najmniej sto tysięcy osób rocznie. W roku 1929 Otto Rahn , zafascynowany katarami prowadził tam badania. Pózniej w roku 1947 z inicjatywy rządu francuskiego przeprowadzono częściowe odrestaurowanie ścian zamku. Z kolei w latach 1964-76 badania prowadzone były przez ekipę archeologiczną.

Skarb katarski z Montségur – w sumie – według Berengara de Lavelanet – czterech katarów (włączając dwóch wymienionych powyzej) miało wziąć udział w ocaleniu skarbu z Montségur. Legendy krążyły pózniej na jego temat mówiące m.in. o Świętym Graalu jako owym skarbie. Z całą pewnością skarb ten zawierał pieniądze potrzebne na bieżące wydatki Kościoła (część z nich została wyniesiona z Montségur nieco wcześniej, wtedy gdy “krzyżowcy” zajęli barbakan). Mógł również zawierać szczególnie cenną literaturę. Istnieje interesująca (i warta przeczytania) teoria, według której częścią skarbu miał być – ni mniej ni więcej – Całun Turyński

Kościoł Katarski – kapitulacja twierdzy nie oznaczała końca tego Kościoła. Nie była to zresztą ostatnia twierdza katarska zdobywana przez wojska królewskie. Np. 11 lat później padł Queribus (1255), a i jego upadek nie zakończył działalności katarów. Istnieje opinia, że efektywnie era kataryzmu kończy się w wieku XIV, jesli chodzi o kataryzm we Francji, we Włoszech w wieku XV. Malcolm Lambert wymienia datę 1412, kiedy to w Chieri, na południowy wschód od Turynu, lombardzki inkwizytor dominikanski kazał ekshumować zwłoki 15 heretyków i spalić je publicznie wraz z wizerunkami zmarłych.

Według pewnej tradycji, Christian Rosencreutz, założyciel Różokrzyżowców, był potomkiem rodu Germischhausen, praktykującego kataryzm potajemnie przez szereg pokoleń. Nikt nie jest jednak w stanie zweryfikować obecnie prawdziwości rozmaitych tradycji, zwłaszcza jeśli mowa jest o praktykowaniu kataryzmu potajemnie. Wiadomo np., że wprowadzony został przez Kościół Rzymskokatolicki obowiązek uczestniczenia we mszy świętej oraz w eucharystii, przy czym sprawdzana była obecność. Wiemy zatem, że oficjalnie praktykowanym był rzymski katolicyzm. Natomiast jest rzeczą bezdyskusyjną, że popularność katarów dawała i daje o sobie znać. Francuski Kościół Gnostycki, założony przez Doinela w XIX wieku oparty był do pewnego stopnia na tradycji katarskiej.

Sakrament Consolamentum istnieje do dziś także w kościołach gnostyckich o liturgii bazowanej na katolicyzmie (jak Ecclesia Gnostica). Istniał również, jak się okazuje, przynajmniej do niedawna Kościół Katarski (lub może raczej neo-katarski) w USA, który zdawał się być wspólnotą nieco podobną do Amishów.

W samej Langwedocji sympatie katarskie są po prostu nieustającą rzeczywistością. Stephen Hoeller, biskup gnostycki (Ecclesia Gnostica) w swej niedawno wydanej książce ”Gnosticism. New Light in the Ancient Tradition od inner knowing” cytuje m.in. wypowiedź pewnego sędziwego mieszkańca tego regionu. Usłyszawszy w pewnej rozmowie słowo “katar”, powiedział on: “Catares, Madamme? My zawsze byliśmy katarami, chociaż o tym nie mówimy. I na zawsze też pozostaniemy katarami”. Pozostaje silne dziedzictwo katarskie, choć trudno byłoby znaleźć jakąkolwiek liczącą się instytucję katarską.

Wspomniany powyżej Otto Rahn, który prowadził badania w Montségur i który uzyskał ogromną wiedzę na temat katarów, miał – według niektórych – wręcz sam nawrócić się na kataryzm na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.

Kościół Katolicki - w tym miejscu, niejako na zakończenie, warto zacytować opinię obojga autorów, na których się tu niejednokrotnie powołano:

“…represywny terroryzm narzucany, jako polityka, przez inkwizycję przez kilka stuleci narodom Zachodu – był tym, co mialo podminować gmach Kościoła od wewnątrz i spowodować straszliwe obnizenie standardów moralności chrześcijańskiej i cywilizacji katolickiej (…) Począwszy od XIII wieku nie znajdujemy świętego lub doktora w Kosciele katolickim, wystarczająco odwaznego, by stwierdzić (jak to na przykład czynila Św. Hildegarda  w XII wieku), że człowiek mylący się w sprawach religijnych jest wciąż stworzeniem Bożym i że pozbawianie go życia stanowi zbrodnię. Kościół, ktory tak chętnie zapomniał o tej prostej prawdzie, nie zasługiwał na miano “katolickiego”; można stwierdzić zatem, że pod tym względem herezja wymierzyła Kościolowi cios, po którym nigdy nie przyszedł on do siebie.

Zwycięstwo zostało odniesione za zbyt wysoką cenę. Nawet jeśli Kościół Rzymski, przyjmując twardą linię wobec herezji, oszczędził zachodniemu chrześcijaństwu powaznych problemów, które mogły z hukiem doprowadzić całą strukturę społeczną i kulturalną do ruiny – a to pod żadnym względem nie jest pewne – osiagnął on to za cenę kapitulacji moralnej, której konsekwencje ponosi on jeszcze dzisiaj.” (Zoe Oldenbourg)

“Walka z kataryzmem dopomogła w sfabrykowaniu wizerunku heretyka jako sługi Szatana, podczas gdy Vox in Rama Grzegorza IX przybiła pieczęć autorytetu nad rodzajem obscenicznego oszczerstwa, niegdyś uzywanego przeciw wczesnym chrześcijanom a potem, w melancholicznym grymasie, zwróconego przeciw chrześcijańskim heretykom (…) od Vox in Rama droga wiodła az do Malleus maleficarum, Biblii łowców czarownic oraz do szalenstwa, które rozciagnęło się na Reformację i splamiło reputację zarowno katolików jak i protestantów. Był to najważniejszy spadek pozostawiony przyszłości przez epizod katarski – spadek, który sami katarzy z pewnością by odrzucili.” (Malcolm Lambert)

 
Michał Monikowski
Perth, Australia

 

Cytaty pod śródtytułami oraz przed epilogiem pochodzą z Kolekty oraz Czytania z mszy gnostyckiej na Montségur Day. Barwa liturgiczna na Montségur Day – fioletowa lub czerwona.

Literatura:

Zoe Oldenbourg. Massacre at Montségur. A History of the Albigensian Crusade. Phoenix Press, London 2000. ISBN I 84212 428 5

Malcolm Lambert. The Cathars. Blackwell Publishers  Oxford/UK & Malden/USA 1998/1999. ISBN 0 631 14343 2, ISBN 0 631 20959 X

 

Continue Reading »
0 Comments

Emeis de noun Christou echomen!

Feb 9th, 2011 by monio
Emeis de noun Christou echomen!

My znamy do tej pory w sumie 20 ewangelii (w całosci lub we fragmentach). Ale z całą pewnością było ich znacznie więcej. Niektórzy “ortodoksi” sobie wręcz kpili, że gnostycy niemal co dzień piszą nową ewangelię. Miał np.ewangelię napisać Walentyn. I pisali też wiele komentarzy do ewangelii, np. Ptolemeusz i Herakleon napisali pierwsze znane komentarze do ew. “według Jana”.

Ewangelie, które pisali, a które zapewne “wydłużały się” z biegiem czasu (tak sądzi się właśnie o “Ewangelii Tomasza”) pisane były zapewne też (tak jak te kanoniczne) przez osoby inne niż te, pod których imionami są znane. No dobrze, i co z tego? Jeśliby na tej podstawie miały byc “niewazne”, to i te 4 kanoniczne musiałyby “wylecieć” z kanonu z prędkościę odrzutowca. Ale nie o to tu chodzi.

Gnostykom raczej chodziło nie o pisanie “historii Jezusa” ile o pobudzenie czytelnika (lub słuchacza) do samodzielnego myślenia. Nie chodzi zapewne w przypadku “Tomasza” o to, że każda “logia” (czyli „powiedzenie”) ma tylko jedno ważne znaczenie, lecz, że każdy może starać się odnaleźć w tej “łamigłówce”. Co do tej o tym, że kobieta może stać się mężczyzną (a zdarzyło mi się już przeczytać “ortodoksyjną” opinie o tej logii, bodajże “samego” Bruce Metzgera! – ze to wyraz jakiegoś “męskiego szowinizmu” – ależ się musiałem śmiać!!!). Mam swoje wyjaśnienie (które może być albo dobre, albo złe), że ponieważ w antyku często element męski utożsamiany był z duchem, a żeński z ciałem (co niejednokrotnie – już do czasow egipskich – oznaczano nawet kolorami: niebieskim i czerwonym – stąd też jeszcze dziś dziewczynki ubiera się na różowo, a chłopczyków na niebiesko…), toteż jesli kobieta osiągnie mądrość i wiedzę, to moze stać się “duchem”, czyli czymś “wyższym” niż tylko “ciałem”. Co po prostu oznacza, że jest to już osoba na tyle dojrzała, że jest równa mężczyznom (wtedy mężczyzni mieli pierwszeństwo, kobiety były traktowane – zwłaszcza w pewnych kulturach – jako osoby gorszej kategorii). A “ortodoks” Metzger nie zadał sobie nawet trudu zastanowienia się (albo: zadał, zdał, ale nic dobrego o “heretyckiej” ewangelii rzec nie chcial, bo za nieilnteligentnego to ja go w żadnym wypadku nie mam…).

Mamy bowiem umysł właśnie po to, by się nim posługiwać i pisze o tym św. Paweł (1Kor 2;16) ‘Emeis de noun Christou echomen’ czyli ‘posiadamy umysł Chrystusowy’ (a nie jak blednie podano w Tysiaclatce ‘znamy zamysł Chrystusowy’). Oto moje “uwagi” do tego wersetu:

To werset tajemnicy wyzwolenia.
Dróg wiele już istnieje w życiu Twem.
Ty możesz znaleźć drogę do Zbawienia:
‘Emeis de noun Christou echomen!’

Śmialo więc z losem weźmij się za bary,
by przekuć w wolę Boga żywot ten,
to kiedyś może poznasz siłą wiary
‘Emeis de noun Christou echomen!’

Sztywniakom prawa odpowiadaj szczerze,
ze sobą Prawde nieś daleko, hen!
I gloś ja wszędzie, gdzie Cię los zabierze:
‘Emeis de noun Christou echomen!’

…A jeśli Cię do posłuszeństwa kuszą,
lenistwem pragną zmącic umysł ten,
pamiętaj: pierwej Cię przekonać musza!
‘Emeis de noun Christou echomen!’

Dogmatem Twe myślenie chcą stopować.
Do Ciebie wszak należy wybór ten:
czy słuchać ich i dać się im zwariować?!
‘Emeis de noun Christou echomen!’

Bo dla nas umysł jest od Boga dany,
nie po to wszakże, by popadał ‘w plen’
lecz sekret każdy czynił sobie ZNANY!
‘EMEIS DE NOUN CHRISTOU ECHOMEN!!!’

I to jest też ten najważniejszy prymat ducha nad materią.

Continue Reading »
0 Comments

Uwaga na ekumenicznego Saturna!

Jan 30th, 2011 by monio
Uwaga na ekumenicznego Saturna!

Na trudności w dialogu teologicznym wielokrotnie już zwracano uwagę. Stawia się w tym dialogu nacisk na jedność w sensie doktrynalnym oraz strukturalnym Kościołów, tj. na warunki ewentualnej unifikacji, w której działacze upatrują m.in. spełnienia się modlitwy chrystusowej z ewangelii “według św. Jana”. Rzadziej jednak stawiane są publicznie pytania, dokąd tak pojmowana jedność mogłaby prowadzić i czy w ogóle o taką jedność powinno chodzić. W dodatku autorzy publikacji na ten temat pisują z pozycji teologów i duchowieństwa, rzadziej z pozycji tzw. “człowieka z ulicy”. Poniżej prezentowana jest opinia nie-teologa, “szarego” członka wspólnoty kościelnej na temat ekumenizmu. Artykuł poniższy pisany był pod koniec 2003 roku i stanowił reakcję na artykuł luterańskiego teologa, Dariusza Bruncza “Między mitem a dogmatem. Przestrzeń żywej wiary”
Od tamtego czasu minęło sporo lat i praktycznie prezentowany tu tekst oddaje w dalszym ciągu obraz obecnego stanu tak zwanego „ekumenizmu”. Partycypanci owej „ekumenii” w dalszym ciągu sfrustrowani są tym, że nie ma tej ich magicznej, bajkowej „jedności”, a każdy partycypant pragnąłby oczywiście, by ta „jedność” osiągnięta została na JEGO WŁASNYCH  warunkach.  Przekonuje nas o tym ich własny głos, jak np katolika Tomasza Terlikowskiego  „Celem ekumenizmu jest jedność”    oraz wspomnianego tu powyżej luteranina, Dariusza Bruncza , który wręcz chciałby w swej frustracji posłać ekumenizm do… “diabła”   „Do diabła z takim ekumenizmem”
I żaden z owych partycypantów dalej zdaje się nie rozumieć, że ich wizja jedności jest po prostu „contra naturam”.

Cała trudność tego dialogu teologicznego zdaje się polegać na tym, że stawiany mu jest całkowicie niewłaściwy cel. Mianowicie oficjele i teologowie zaprzątają sobie głowy znalezieniem wspólnych formułek w celu “zjednoczenia” chrześcijan w jeden Kościół, czyli – w pewnej perspektywie, oczywiście – w jedna strukturę, bo twierdza, że to, co jest obecnie (ok. 22 000 Kościołów) to “zgorszenie dla świata”. Założenie takie jest po prostu fałszywe, bo świat tak jest “zgorszony” naszym ‘rozbiciem’, jak my np. ‘brakiem jedności wszystkich muzułmanów’. Ludzie mają (i zawsze mieli) tendencje do łączenia się w grupy i zgromadzenia zależnie od sposobów wyrażania swych wierzeń. Nie ma sensu tego zmieniać pod katem np. wspólnej struktury czy wspólnej dogmatyki, bo w ten sposób stworzymy jedynie potwora, który w końcu (“w imię jedności” rzecz jasna, a jakże!) zacznie pożerać swoje dzieci niczym mityczny Saturn (jak w obrazie Francisco Goyi).
Jeszcze może się okazać, że obecny kształt chrześcijaństwa jest stosunkowo najlepszym z możliwych.

Niewłaściwy cel

Zamiast zatem przeć ku temu zmitologizowanemu aż do granic absurdu “zjednoczeniu” (a niektórzy mają dość szczególne i precyzyjne pomysły na to, jak się ono powinno dokonać i kto – KONKRETNIE – powinien takim zjednoczonym Kościołem rządzić), starajmy się budować jedność duchową. A tę zbudować można jedynie droga zdrowego rozsądku, a nie “rozwiązywaniem” semantycznych łamigłówek teologicznych. Zadanie to, choć nie obejmuje tworzenia specjalnych “ciał” ani gremiów czy “wspólnych komisji” i nie narzuca sobie “konieczności” unifikacji, jest jednak nie mniejszym wyzwaniem, zarówno dla liderów jak i pozostałych wiernych, zapewne nawet pod niektórymi względami bardziej ambitnym. Siła chrześcijaństwa leży w jego różnorodności (formy, mitu, dogmatu, liturgii, konkretnej działalności) większej niż w przypadku jakiejkolwiek innej religii na świecie, a nie w próbach tworzenia czegoś na kształt religijnej “Tysiącletniej Rzeszy”.

Oznacza to m.in., że kościoły mogą się ze sobą łączyć oraz dzielić strukturalnie, jeśli tak zadecydują.

Największym sukcesem chrześcijaństwa w odniesieniu do jedności nie jest (i nie będzie) zatem tworzenie oraz wspólne interpretowanie doktryn teologicznych na temat Królestwa Niebieskiego, ale wzajemne  TRAKTOWANIE SIĘ w sposób, w który sami chcielibyśmy być traktowani w takim Królestwie. I nie musi to wcale oznaczać np. końca prozelityzmu. W końcu, jeśli np. katolicy dalej będą chcieli namawiać protestantów do “powrotu na łono Matki Kościoła”, to niechaj to robią, tak samo jak z kolei protestanci będą wciąż mogli próbować “nawracać katolików na chrześcijaństwo”.

Ludzie tacy już są, że potrzebują również polemik, debat, a nawet – mówiąc wprost – pohandryczenia się o to, który Kościół “lepszy”, która wiara “pełniejsza” itd.

Prymat dekretu nad wiara…

Odnoszę czasem wrażenie, że największe problemy z ekumenizmem mają właśnie “spece od Pana Boga”, bo tak już ‘zaklopsowali’ się w swoich teoriach, że po zdrowy rozum coraz trudniej im ‘skoczyć’ do głowy. To, co jest “kryzysem wiary” (a do tego terminu pozwolę sobie jeszcze tutaj powrócić), wynika bowiem w dużej mierze z… działalności ekumenicznej w jej obecnej postaci, tj. bazowanej na tych stanowczo zbyt przeteologizowanych zasadach. Nasi szanowni liderzy, na których (coraz bardziej) pożal się Boże, zamiast próbować uczyć tego, jakie jest znaczenie istniejących w ich Kościołach doktryn W ODNIESIENIU DO JEDNOSTKI LUDZKIEJ I JEJ ŻYCIA (czyli inaczej: jak się ma taki czy inny dogmat do TWOJEGO osobistego rozwoju duchowego), starają się raczej dopasowywać te doktryny do siebie w celu stworzenia wspólnej, jakże przeteoretyzowanej i pełnej “fachowych Ausdrucków” dogmatyki.

Nic zatem dziwnego, że tak małe zainteresowanie towarzyszy ze strony “zwykłego człowieka z ulicy” tego rodzaju napuszonej działalności oficjalnej. Ten “człowiek z ulicy” (który w końcu – przynajmniej w założeniu – ma być głównym odbiorcą tej teologicznej retoryki) czuje się zupełnie wyobcowany w tym gąszczu (by nie rzec “dżungli”) zawodowego dysputowania o Bogu, pomieszanego niejednokrotnie z oczywistym ‘faryzeizmem’, jeśli nie wręcz chamstwem wobec wszystkiego, co – zdaniem Wielce Szanownych Liderów - ”nie mieści się” w chrześcijaństwie jak “zadekretowanym” przez papieży czy “uzgodnionym” przez Światową Radę Kościołów, czyli przez taką nieco inną “Führung” chrześcijan. Choćby nie wiedzieć jak by się poszczególni działacze starali (w jak najlepszej wierze zresztą, w to akurat nie wątpię) działać na rzecz jedności ludzi czujących się chrześcijanami, rozmaite gremia i autorytety (te rzeczywiste i te urojone) wciąż chcą ‘decydować’ kto “może” lub “nie może” być uważany za chrześcijanina.

Wiara, własne przeżycie religijne “człowieka z ulicy” nie wystarcza owym bonzom o ile nie mieszczą się one w ramach precyzyjnie sformułowanej “zadekretowanej”, “zencyklikowanej” lub (nawet) “przegłosowanej” ortodoksji.

I tu właśnie kryje się owa” próba przywłaszczenia”, już nie tylko języka i formułek (o której pisał  p. Dariusz Bruncz), ale wręcz religii i wiary jako całości.

Nie łudźmy się: era “świętej inkwizycji” wciąż jeszcze nie jest za nami. Będzie istniała tak długo, jak długo o “przynależności” do świata chrześcijańskiego będzie decydować werbalna akceptacja dogmatu (używanego w charakterze hipokrytycznego narzędzia władzy), nie mówiąc już o istnieniu rozmaitych specjalnych struktur w formie czy to kongregacji DOKTRYNY wiary (czyli… “świętej inkwizycji” właśnie!) lub innych (równie doktrynerskich) gremiów z ich Aparatczykami i Dygnitarzami Wiary, którym wydaje się, że to ONI są od tego, by decydować o czyjejś wierze i przynależności. Jak długo TAK wyglądać będzie oficjalna “twarz” ekumenizmu w wydaniu oficjalnym, tak długo rozmaite wspólnoty religijne będą się dalej obawiały siebie nawzajem i nie osiągną rzeczywistej jedności, choćby nie wiedzieć ile tam wspólnych “struktur” stworzyły i ile ton papieru zapaskudziły “uczonymi” traktatami swoich doktrynerów na temat istoty chrześcijaństwa i dialogu ekumenicznego.

“Poważne autorytety” ustalają sobie ‘kryteria’, według których dzielą później wyznawców Chrystusa na “chrześcijan” i “niechrześcijan”. I tak np. “poza” chrześcijaństwem mają się rzekomo “znajdować” Świadkowie Jehowy – bo nie uznają, że Chrystus jest osobiście Bogiem oraz ponieważ nie uznają dogmatu o Trójcy Świętej. Mormoni też są “wykluczani” z tego wspólnego dziedzictwa, bo oni z kolei uznają (poza Biblia) jeszcze inne pisma (“The Book of Mormon”, “Doctrines and Covenants”, “Pearl of Great Price”). Wykluczanie mormonów jest jeszcze nawet śmieszniejszym “zabiegiem” ze strony fundamentalistycznych klik liderskich, zważywszy, że uznają oni boskość Chrystusa.

W 1991 mormoński biskup Stephen E. Robinson wydał książkę “Are Mormons Christians?”, w której przekonywująco odpiera wszelkie ‘zarzuty’, według których mormoni chrześcijanami nie są. I jest to hańba dla nas, że mormoński duchowny musiał zniżyć się do napisania książki, by wyjaśniać sprawy tak niemal dziecinnie proste! (1)
. Pozwolę sobie na przedstawienie tutaj jednego tylko fragmentu z tej pozycji, która znakomicie tłumaczy, kim są mormoni. Otóż pewnego dnia S. E. Robinson miał okazje polemizować z pewnym protestanckim historykiem. Profesor ten dawno odrzucił większość dogmatów chrześcijańskich, co samo w sobie nie byłoby jeszcze niczym dziwnym, gdyż wielu dzisiaj ich nie akceptuje (włączając piszącego). Warto jednak przyjrzeć się argumentom, jakie wysunął on przeciw tezie o chrześcijaństwie mormonów. Oto krotki fragment tej rozmowy:

“… No dobrze, ja jako mormon wierze, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym w dosłownym sensie; że był i jest Bogiem; że miał moc czynienia cudów; że wziął na siebie grzechy świata w Gethsemane i na Kalwarii; że umarł za nas; że w dosłownym sensie zmartwychwstał trzeciego dnia; oraz że wskrzesi nas z martwych, by nas osądzić i dać nam życie w chwale. Więc jestem chrześcijaninem?

‘Absolutnie nie’.

‘Dlaczego nie?’

‘Bo jest pan członkiem Kościoła, który nie pochodzi i nie zależy teologicznie od soborów i wyznań wiary Kościoła historycznego i ponieważ odrzuca pan tradycyjne chrześcijaństwo i jego teologie z okresu po II wieku n.e.’

‘Czy pańska definicja ‘bycia chrześcijaninem’ ma cokolwiek wspólnego z moją osobistą wiarą w Jezusa Chrystusa?’

‘Nie’”. (2)

Nic dodać, nic ująć. Oto jak to działa: liczą się “sobory”, “wyznania wiary” (w formie historycznych dokumentów) itd. To zdaje się decydować bardziej w oczach “fachowców od wiary” niż… sama wiara. Dlatego też nic dziwnego, że nawet pojęcie “sukcesji apostolskiej” rozumieją oni raczej jako coś, co nazwać można “papierową genealogią” niż dziełem jakiegokolwiek ducha (również tego przez duże “D”).

Grupowy interes…

Cóż można powiedzieć? Ja powiem za siebie, bo do tego na pewno mogę czuć się uprawniony: nie spodziewam się zbyt wiele dobrego po hierarchach i kościelnych oficjelach. Oni ZAWSZE będą ekumenizm starali się realizować tak, by za żadną cenę nie uszczuplić swoich wpływów i pozycji, bez względu na to, jak się to będzie miało do interesów chrześcijaństwa. Jeśli pozycje te będą zagrożone – to będą starali się zastopować ten proces tak, jak robili to przez cale setki lat.

Tak jak prawdą jest, że nasz własny Kościół (Kościół Rzymskokatolicki) NIE zainicjował dialogu ekumenicznego (rozpoczęli go protestanci), tak prawdą jest również, że ci protestanci rozpoczęli go dopiero wtedy, gdy wielu spośród ich własnych wiernych bratało się już “na najniższym szczeblu” między sobą, bez względu na denominacje. Im bardziej zacierały się (w oczach zwykłych ludzi) różnice między denominacjami, tym bardziej liderzy zaczęli odczuwać (wreszcie!) potrzebę “zrobienia czegoś”, żeby nie zostać po prostu “wysadzonymi” ze swych pozycji liderów. Nie należy tego rozumieć jako rezultatu jakiegokolwiek zorganizowanego “ruchu oddolnego”, gdyż nie miał on przywódców, co najwyżej pionierów. Pionierami zaś byli ‘bezimienni’, ‘szarzy’, pokorni (i niepokorni tez!) ludzie, wytrwale drepczący do swych kościołów każdej niedzieli i mający znajomych oraz krewnych drepczących w tym samym czasie do INNYCH kościołów.

Samo życie stworzyło nam ekumenizm, a nie taki czy inny pastor, biskup czy papież, nie mówiąc już o żadnych gremiach, których członkowie lubią ‘obradować’, ‘dyskutować’, ‘uzgadniać’, podpisywać papierki i ściskać dłonie przed kamerami. Jestem w stanie się wręcz założyć, że to nie interkomunia katolicko-protestancka stanie się faktem, gdy papież ją zatwierdzi; to on ją zatwierdzi wtedy, gdy będzie ona już niemal stuprocentowym faktem.

Respekt dla różnorodności

Chciałbym być jednak dobrze tutaj zrozumiany: choć nie uznaję dogmatów, nie jestem jednak ich wrogiem (brzydzę się jednak posługiwaniem się nimi w celu dzielenia ludzi na “wierzących” i “bluźnierców” w zależności od stosunku, jaki wobec nich zajmują oraz w zależności od “widzimisie” hierarchów). Niechaj sobie istnieją rozmaite formy doktrynerstwa, komu (i jak?) szkodzi sam fakt ich istnienia? Najlepszą drogą do budowania jedności jest jednak to, co się już od dawna robi (obojętnie z czyjej inicjatywy): wspólna działalność charytatywna, kontakty osobiste, czy praktykowana zarówno przez osoby indywidualne jak i przez wiele Kościołów oficjalnie interkomunia (tam, gdzie to możliwe) czy wspólna liturgia. Łączyć można bowiem jedynie ‘przy użyciu’ tych elementów, które są dogmatycznie ‘neutralne’, a zatem nie są odrzucane przez którąkolwiek ze ‘stron’.

Działania obliczone na efekt ‘propagandowy’ przez liderów w postaci podpisywanych wspólnie dokumentów oficjalnych, jak choćby podpisany ostatnio katolicko-anglikański dokument o roli Marii w historii Zbawienia, to niepotrzebne ‘rekwizyty’ i gra pozorów: bo ci, którzy tej świętej przypisują jakąkolwiek szczególną rolę, nie muszą już w jej sprawie podpisywać żadnych dokumentów. Ci zaś, którzy Jej kult odrzucają w jakiejkolwiek formie, mogą przyjąć taki dokument jako “policzek” dla swoich własnych wierzeń, w których nie ma miejsca na cos, co nazywają bałwochwalstwem (w tym wypadku: “mariochwalstwem”) i odnieść mogą nawet wrażenie, że ktoś im “w imię jedności” będzie kiedyś próbował np. narzucić dogmaty maryjne.

Wszystko to wskazuje, że nawet określenie, jakim się posługujemy “kryzys wiary” jest najzupełniej błędne i mylące. To nie tyle wiara jest w kryzysie ile poszczególne formy religijne, co jest procesem jak najbardziej naturalnym. Jeśli np. ktoś dziś utyskuje na fakt, że rośnie wśród chrześcijan liczba ludzi traktujących Chrystusa nie jako boga, lecz jako “guru” oraz wierzących nie w zmartwychwstanie ciał przy końcu świata, lecz w reinkarnacje, to niechaj uświadomi sobie, że to również jest formą wiary; tak, również forma wiary w Chrystusa, jeśli koniecznie chce wiedzieć. A jeszcze lepiej, by uświadomił sobie, że tak zawsze już było, od samego początku chrześcijaństwa, że było ono wewnętrznie zróżnicowane.

Orygenesa potępiono dwa wieki po jego śmierci za poglądy, które głosił (a na pewno nie zmienił ich w międzyczasie, będąc w grobie; KTO się zatem zmienił?). I nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Pierwszym, który tworzył zaczątki tego, co dziś nazywamy “Nowym Testamentem” przez grupowanie głównych starożytnych pism chrześcijańskich, był heretyk (najprawdopodobniej gnostyk) Marcjon. I też nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Nie można też jemu zarzucić “kryzysu wiary”. Gnostyk Walentyn omal nie został ‘papieżem’ w II wieku (“niechrześcijanin”? A może “apostata”?). Próbowano na wszelkie sposoby twierdzić, że Katarzy nie byli chrześcijanami, choć ich chrystocentryzm nie tylko nie ustępował chrystocentryzmowi oficjalnego Kościoła Rzymskokatolickiego, ale (kto wie?) może go wręcz przerastał.

Nie jest zatem prawdą, że istota chrześcijaństwa “było i jest” uznanie Chrystusa za boga (lub Boga, przez duże “B”) tak jak nie jest istota buddyzmu uznawanie Buddy za b(B)oga. Istotą chrześcijaństwa jest uznanie Chrystusa za głównego ‘nośnika’ boskości, a jak ten Chrystus jest przy tym osobiście interpretowany (jako Bóg, bóg-człowiek, człowiek, święty, prorok, duch czy nauczyciel, albo wręcz jako mit oparty na prawdzie) to już zupełnie inna sprawa.

Oczywiście, że w dalszym ciągu poszczególne Kościoły i wspólnoty będą mogły uważać swój rodzaj wiary za najpełniejszy (dlatego przecie się go trzymają!), niechby jednak uświadomiły sobie, że chrześcijaństwo jest pojęciem znacznie szerszym. Jak długo bowiem tych “lodów” nie da się przełamać, tak długo cały ‘dialog teologiczny’ okazywać się będzie strata czasu (a i pieniędzy też).

Uwaga na Saturna!

Rozumienie jedności jako totalnego eklezjalnego zjednoczenia to najgorszy wróg samej jedności. Doprowadzi jedynie do kolejnych nietolerancji wobec tych, których przyszli “führerzy” uznają za “wyłamujących się z ducha jedności chrześcijańskiej”. Nie będzie w takim ‘zjednoczonym’ Kościele już miejsca na żaden dialog, będzie za to dzika kampania “utrwalania zdobyczy ekumenizmu” w postaci nagonek na rozmaitych “zaplutych karłów” wcześniejszego pluralizmu oraz ‘rozbicia’.

Każda indywidualna forma wyrażania pobożności i rozumienia Boga będzie przez Biurokratów Wiary i innych ‘komisarzy’ postrzegana jako niebezpieczeństwo i zwalczana jako herezja, “robota rozbijacka”, “bluźnierstwo” i “świętokradztwo” wołające o pomstę do… (niekoniecznie “Nieba”, zapewne do jakiejś formy “Świętego Oficjum”).

‘Trojki parafialne’ nie będą może chodziły od apteki do apteki żądając wycofania środków antykoncepcyjnych (choć i to zdarzyć się może), za to mogą (i będą) pojawiać się naciski na władze lokalne lub pracodawców, by pozwalniać z pracy “jednostki wrogie” ustalonemu odgórnie “chrześcijaństwu”. Czyżbyśmy rzeczywiście nie wiedzieli jak takie metody działają? Pamięć nas już tutaj zawodzi czy wyobraźnia?

Przypisy

1.  W 1986 roku ewangelikalni chrześcijanie skierowali nawet ‘petycję’ do kościoła mormońskiego, w której żądali, by ten przestał nazywac siebie chrześcijańskim. Petycję podpisały w sumie 20 543 osoby z 49 stanów USA i 31 innych krajów (patrz: Stephen E. Robinson. “Are Mormons Christians?” Bookcraft. Salt Lake City, Utah 1994)

2. tamże, s. 33

Continue Reading »
0 Comments

Christos: “utrwalacz” czy “rozwalacz” prawa żydowskiego?

Jan 9th, 2011 by monio
Christos: “utrwalacz” czy “rozwalacz” prawa żydowskiego?

W ostatnich dniach otrzymałem od jednego Czytelnika poniższe pytania, na które udzieliłem odpowiedzi prezentowanym tutaj tekstem. Prezentuję te pytania, dziękując za ich nadesłanie, gdyż swoją treścią częściowo wiążą się z tekstem „Dialog między Marcjonitą a Judaizerem” . Tym niemniej podejmę ten temat raz jeszcze.

PYTANIA:

Chodzi mi o to, czy gnostycy którzy odrzucali Jahwe jako Ojca Jezusa; czy da się taką naukę pogodzić z całym Nowym Testamentem? Bo na pismach Jana da się bez problemu, ale jak reszta? Co ze wstawkami gdzie się spełniło proroctwo i
cytat do tego oraz nawiązania do Starego Testamentu; czy to nie dyskwalifikuje pozostałych ewangelii Nowego Testamentu? I co ze słowami Jezusa który mówił, że nie przyszedł znieść Prawa i Proroków? Czy to również nie zaprzecza temu by daną ewangelię pogodzić z gnostykami odrzucających Jahwe? Bo Prawo przyniósłby wtedy demiurg Starego Testamentu, i co wtedy? Co z Pawłem którego sam uważam za gnostyka, pochlebnie pisał o Prawie, że nie jest złe a wręcz przeciwnie? Czy da się pogodzić Ewangelie (Łukasza, Mateusza i Marka), Dzieje oraz listy(Pawła, Piotra itp.) z gnostykami odrzucających Stary Testament bo Jahwe to demiurg? Jeśli tak, przedstawiłbyś to? I czy da się pogodzić ewangelie pozakanoniczne np. Ewangelię Judasza, Filipa i inne, z kanonicznymi
dziś pismami Nowego Testamentu?

I takie jedno inne pytanie. Czy odrzucając Jahwe jako Boga Jezusa, trzeba koniecznie odrzucać Stary Testament? Bo przecież nie wszyscy gnostycy odrzucali, zapewne dlatego, że niektórzy wierzyli, ze Jahwe to Bóg Jezusa; zwłaszcza Ci judaistyczni gnostycy chrześcijańscy. Czy taki
poganochrześcijański gnostyk uznający, musi odrzucać Stary Testament?

Słyszałem, że chcesz napisać trzecią część swego artykuły Gnostyk i chrześcijan; może moje pytania by Ci pomogły na temat co miałbyś napisać.

Pozdrawiam
_____________________

ODPOWIEDŹ

„Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków i wtedy zostaną zachowane” (Łk 5: 37-38)

Przede wszystkim kwestia tego tak zwanego „Starego Testamentu” nie jest i nigdy nie była jedynie sprawą gnostyków. Jak wyjaśniono już w „Dialogu”, są dwa powody dla usunięcia „ST” z chrześcijańskiego kanonu, mianowicie moralny oraz skrypturalny. Jeden z nich prowadzi do odrzucenia jedynie części „ST”, tej, która jest w dużej mierze lub nawet całkowicie sprzeczna z chrześcijaństwem. Ten drugi powód natomiast opiera się na założeniu, że jedynie dzieła chrześcijańskiego autorstwa winny znajdować się w kanonie Pisma.

Nie jest również rzeczą istotną, czy ktoś „akceptuje Jahwe” czy też go „odrzuca”, gdyż nie mamy możliwości publicznego rozstrzygania sporów typu „który Bóg jest którym?” albo „który Bóg jest demiurgiem?”. Osobiście nie usiłuję definiować Boga (albo boga, z małej litery). To, co kiedyś stanowiło, prawie dwa millenia temu, przyczynę sporu o to „którego Boga reprezentuje Christos”, jest już zagadnieniem przestarzałym, dzisiaj na ogół mniej mówi się o „dwóch różnych Bogach”, przyjmując, że po prostu chodzi o dwie różne interpretacje Boga. A jeśli tak, to nie ma powodu zamartwiać się kwestiami o „pogodzeniu” pod tym względem ewangelii kanonicznych z niekanonicznymi. W ogóle cała ta kwestia definiowania Boga odpada z rozumowania. Uznajmy zatem po prostu ten fakt, że chrześcijanie od początku różnili się między sobą w definiowaniu Boga i że ten fakt może również zostać pokazany odpowiednim doborem pism w kanonie.

Każdy gnostyk, nie-gnostyk czy anty-gnostyk może prywatnie uznawać takie księgi za „natchnione”, jakie potrafi za takowe uznać. I może łączyć je z innymi, wcześniejszymi pismami i podaniami.  Oto link do strony  autorstwa pewnego protestanckiego pastora, jak najbardziej „biblijnego”, który niemal całej historii i wiary judaizmu i chrześcijaństwa dopatruje się w starożytnym Egipcie. Jak więc widać, możliwości pod tym względem są nieograniczone. Nam chodzi jedynie o to, że „ST” nie jest chrześcijański i że nie powinno w zasadzie być dla niego miejsca w kanonie Pisma u nas. Poza tym każdy wierzący może zachować swój własny pogląd.

Gdy chodzi o tak zwane „spełnianie proroctw ST”, to „Dialog” pokazuje na wybranych przykładach, jak nieraz owe interpretacje „spełniania proroctw” były na siłę naciągane. Poza tym nie należy zapominać, że ów „ST” przyjęty jako kanon we wczesnym kościele bazował na „Septuagincie”, czyli na jego greckim tłumaczeniu, które miejscami różni się dość znacznie od hebrajskiego oryginału. A że możnaby interpretować cokolwiek w Nowym Testamencie jako „wypełnione proroctwo” tego „Starego”? Religie przedchrześcijańskie głosiły wiele z tego, co potem przejęło chrześcijaństwo. W części 2 artykułu „Gnostyk i chrześcijanin” cytowany jest taki oto fragment wypowiedzi Justyna Męczennika:

„A gdy my również mówimy, że Słowo, które jest pierworodnym Boga, poczęte zostało bez unii seksualnej i że On, Jezus Chrystus, nasz Nauczyciel, został ukrzyżowany i umarł, i zmartwychwstał, i wstąpił do nieba, to nie głosimy niczego innego od tego, w co i wy wierzycie odnośnie tych, których wielbicie jako synów Jowisza.”

Jednak nie włączono podań „pogańskich” do kanonu. To już raczej my sugerujemy, że możnaby (ewentualnie) włączyć je tam wraz z niektórymi dziełami „Starego Testamentu” – choć preferowane byłoby niewłączanie niczego niechrześcijańskiego, choćby nie wiedzieć jak bliskiego naukom chrześcijaństwa.
Paweł z Tarsu, postać, o której napisaliśmy szeroko w „Dialogu” z jednej strony niby afirmował „prawo”, z drugiej zaś wyrażał się o nim nieraz z daleko posuniętą pogardą, posuwając się nawet do nazwania go „śmieciami”. Do pewnego stopnia odzwierciedla to postawę samego Christosa, tak jak został on zinterpretowany w ewangeliach.

Spośród wielu dialogów Christosa w ewangeliach, zwróćmy uwagę na jeden, który zapisany jest w ewangeliach „Marka” oraz „Mateusza”:

Mk 7: 24-30:
„Wybrał się stamtąd i udał się w okolice Tyru i Sydonu. Wstąpił do pewnego domu i chciał, żeby nikt o tym nie wiedział, lecz nie mógł pozostać w ukryciu. Wnet bowiem usłyszała o Nim kobieta, której córeczka była opętana przez ducha nieczystego. Przyszła, upadła Mu do nóg, a była to Greczynka (Ellenis), Syrofenicjanka rodem, i prosiła Go, żeby złego ducha wyrzucił z jej córki. Odrzekł jej: «Pozwól wpierw nasycić się dzieciom; bo niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić szczeniętom». Ona Mu odparła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jadają z okruszyn dzieci». On jej rzekł: «Przez wzgląd na te słowa idź, zły duch opuścił twoją córkę». Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku, a zły duch wyszedł.”

Mt 15: 21-28:
„Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami!» Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela». A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: «Panie, dopomóż mi!» On jednak odparł: «Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić szczeniętom». A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów». Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa.”

Przyjrzyjmy się tej historyjce nieco bliżej. Oto Christos początkowo niechętny jest udzieleniu pomocy kobiecie, która jest Greczynką, a nie Zydówką. Jednak po jednym, jedynym zdaniu tej „poganki” zupełnie zmienia nastawienie. „Marek” podaje krótszą wersję tej historii, autor „Mateusza” ją celowo natomiast rozwinął. U niego Christos prezentuje się jeszcze bardziej nonszalancko wobec tej kobiety niż u „Marka”. Zwróćmy uwagę, że początkowo w ogóle ją ignoruje, a „Apostołowie” namawiają go wręcz, by ją „odprawił”. Na ponowioną prośbę odpowiada w judaistycznym zapyzieniu, że nie do takich jak ona został „posłany”. Gdy prosi go raz jeszcze, staje się wobec niej (kobiety z chorym dzieckiem!) wręcz chamski, używając wobec niej metafory zestawiającej ją i jej dziecko ze zwierzętami. Aż by się chciało rzec, że to bardzo talmudyczne nastawienie, gdyby nie fakt, że Talmud jeszcze nie był wówczas napisany. Ale istniał „Stary Testament”, który tego rodzaju porównania sugeruje również.

I oto w tym momencie staje się coś, co odwraca całą sytuację na korzyść Greczynki. Jednym zdaniem, jedną krótką kontrą rozkłada ona tego „Boga na Ziemi” na obie łopatki tak szybko i nieodwracalnie, że nie pozostaje mu nic innego, jak tylko głośno sławić jej wiarę (1)
Jeżeli przyjrzeć się bliżej „anatomii” wypowiedzi Greczynki, to stwierdzamy, że jest ona tego samego rodzaju, jak w wypadku wypowiedzi samego Christosa w jego polemikach z „uczonymi w Piśmie”. On „rozłożył” ich dokładnie tak samo jak ona jego. Za każdym razem posługiwał się argumentem tak sformułowanym, by odpowiadał on sposobowi myślenia oponenta. I robił to w celu zmiażdżenia jego argumentu i zmuszenia go do zamilknięcia lub zmiany zdania.

Nie wiemy jaka była chronologia wydarzeń opisywanych w ewangeliach. Nie jesteśmy zatem w stanie gwarantować, że wydarzenia te rozgrywały się w tej kolejności, w jakiej pojawiają się w zapisie. Rozmowa z Greczynką znajduje się u „Mateusza” w rozdziale 15, natomiast rozmowa z centurionem (również „poganinem”, tym razem rzymskim) jest już w rozdziale 8 (8: 5-10) i przy tamtej okazji Christos nie zachowywał się nonszalancko i nie próbował wątpliwych porównań – jak by to określili teologowie opisani w przypisie 1 – dla „zgłębienia wiary” tego „poganina” (choć u „Łukasza” 7: 2-9 decyduje się pomóc dopiero gdy go apostołowie informują, że centurion był życzliwy dla Zydów i zbudował im synagogę). W rozdziale 10 „Mateusza” (10: 5-6) Christos posyła apostołów jedynie do „zagubionych owiec domu Izraela” i przestrzega ich wyraźnie, by nie udawali się do jakichkolwiek miast samarytańskich. Kontrastuje z tym podejściem przypowieść o dobrym Samarytaninie, którą znajdujemy u „Łukasza” (10: 30-37). Jaki zatem był stosunek Christosa do Samarytanów? Tym bardziej, że u „Łukasza” owo „posłanie apostołów” nie było obwarowane żadnymi warunkami udawania się tylko do Izraelitów, a dodatkowo informacja głosi, że udawali się oni „wszędzie” (9: 1-6). Podobnie ma się rzecz z posłaniem owych „siedemdziesięciu dwóch” u „Łukasza” (10: 1-11). A u „Jana” w rozdziale 4 czytamy o dobrym stosunku do Samarytanów, tam też Christos ma inną swoją rozmowę z „poganką” (tą przy studni) i mówi jej o „wodzie życia”. Też się nie „boczy”, że nie Zydówka…

Kimkolwiek byli autorzy ewangelii, zdawali się nie za bardzo rozeznawać w szczegółach takich jak nastawienie Christosa do Zydów i „gojów” w poszczególnych sytuacjach. Czyżby zatem stosunek ten był zmienny?

Nie zapominajmy w tym kontekście i o słowach samego Christosa (lub po prostu słowach autora ewangelii), że prorocy nie są słuchani przez „swoich” lecz przez obcych.

Wszystko wskazuje zatem na to, że człowiek ten ewoluował, tak jak każdy z nas, że mógł zmieniać poglądy i z biegiem czasu stawać się kim innym.

Można dokonać porównania z innymi „prorokami” w historii, takimi, których życiorysy znane są dokładniej.

Nasi „ortodoksi” i „ewangelikalni” mówią nam, że Christos był jak najbardziej judaistą, że był obrzezany jako dziecko żydowskie, chodził do świątyni i przestrzegał żydowskich świąt.
Mniej więcej 19 wieków później Bahaullah był obrzezany jako dziecko muzułmańskie, chadzał do meczetu i przestrzegał świąt islamskich w Persji. Nie ma najmniejszych przy tym wątpliwości, że otoczenie, w jakim Bahaullah żył, było o wiele bardziej jednoznacznie islamskie, niż otoczenie Christosa było judaistyczne.
Ale czy dzisiaj na pytanie „kim był Bahaullah?” odpowiemy: „był muzułmaninem”? A jeśli muzułmaninem, to jakim: szyickim, czy babickim? Który z „dwóch Bahaullahów” był tym prawdziwszym: ten islamski sprzed 1863 roku, czy ten bardziej uniwersalistyczny po 1863 roku, założyciel nowego ruchu religijnego?
Jeżeli zapytamy zaś o Marcina Lutra „kim był?”, to jaka odpowiedź ciśnie nam się na usta: „był ochrzczonym katolikiem i mnichem katolickim” czy też raczej „był ojcem Reformacji”?

Christos miał twierdzić, że:

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.” (Mt 5: 17-20)

W poważnej mierze odnieśliśmy się już do zagadnienia prawa żydowskiego i jego kolizji z chrześcijaństwem w tekście „Dialog między Marcjonitą a Judaizerem” . Tu przyjrzymy się zatem jedynie paru przykładom niezaakcentowanym w tamtym tekście, a ilustrującym dobitnie w jaki sposób Christos „wypełniał” te prawa, nawet te „najmniejsze” spośród nich. Zacznijmy od bardzo ogólnego i stosunkowo łagodnego zestawienia:

„Opowiedział im też przypowieść: «Nikt nie przyszywa do starego ubrania jako łaty tego, co oderwie od nowego; w przeciwnym razie i nowe podrze, i łata z nowego nie nada się do starego. Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków i wtedy zostaną zachowane. Kto się napił starego wina, nie chce potem młodego – mówi bowiem: “Stare jest lepsze”» (Łk 5: 36-39) – także w: Mt 9: 16-17

Christos kontrastuje tu rzeczy nowe ze starymi. W jednym wypadku „stare” jest lepsze od „nowego” (wino), w drugim jest na odwrót: „nowe” jest lepsze (ubranie). Tak czy owak nową rzecz należy zachować w nowym „opakowaniu”. I jeśli rozciągnąć tę regułę na życie publiczne, to łatwo spostrzec, że nowe idee lepiej zachować nowym prawem. I dość powszechnie ta przypowieść odczytywana jest także przez samych „ortodoksów” jako ostrzeżenie przed wpychaniem nowego ducha Ewangelii w starą pobożność żydowską i niektóre jej nakazy.

Idźmy dalej: u „Łukasza” (6: 1-9) Christos kpi sobie z zakazu nierobienia pewnych rzeczy w szabas, dodając jeszcze, że i Dawid, gdy był głodny, to jadł i innym dał do jedzenia taki chleb, który tylko kapłanom wolno było jeść. Rzucił faryzeuszom wyzwanie, pytając: „Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?”

Idźmy jeszcze dalej. Oto te słynne fragmenty, w których Christos wypowiada się na temat tego, co czyni człowieka „nieczystym”:

„Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: «Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!».” (Mk 7:14-15)

„Potem przywołał do siebie tłum i rzekł do niego: «Słuchajcie i chciejcie zrozumieć. Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym»” (Mt 15: 10-11)

Tradycyjnie tłumaczy się te wersety tylko w ten sposób, w jaki są wyjaśnione w ewangelii „Mateusza” zaraz potem (15: 16-20), mianowicie „..wszystko, co wchodzi do ust, do żołądka idzie i wydala się na zewnątrz. Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym.”
Tymczasem obok jednej regulacji, fragmenty te uderzają jeszcze w inną, z niemniejszą siłą: czy aby nie stanowią jawnego lekceważenia zasady żydowskiej odnośnie tego, jaka żywność jest „czysta”, a jaka „nieczysta”?
Nic dziwnego zatem, że „…przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Wiesz, że faryzeusze zgorszyli się, gdy usłyszeli to powiedzenie?» On zaś odrzekł: «Każda roślina, której nie sadził mój Ojciec niebieski, będzie wyrwana. Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną».” (Mt 15: 12-14)

Zwróćmy jeszcze raz uwagę na owo stwierdzenie metaforyczne: „Każda roślina, której nie sadził mój Ojciec niebieski, będzie wyrwana”. Jak w takich warunkach można w ogóle poważnie twierdzić, że Christos „utrwalał” lub „wypełniał” tradycyjne nakazy judaistyczne w sposób niedopuszczający do ignorowania któregokolwiek z nich, nawet „najmniejszego”?
Nie, ten człowiek nie utrwalał żadnej z tych regulacji, on je rozwalał, jedną po drugiej. Nie będziemy tu cytować wszystkiego tego, co zanotowano we wczesnych pismach chrześcijańskich, zachęcamy każdego Czytelnika do zapoznania się z tymi tekstami, również tymi, które nie znajdują się w kanonie, by się o tym sam dowodnie przekonał.

Za każdym jednak razem, gdy rozwałkowywał te zasady, czynił to nie w bezpośredni sposób, lecz używając formy pośredniej, niby to nie kwestionującej owej regulacji, z którą się akurat rozprawiał. Jednak właśnie ta pośrednia forma każdorazowo wykazuje po prostu bezsens, całkowity bezsens regulacji, o którą w danym momencie chodzi, nieraz te zasady po prostu ośmieszając.

Dokładnie to samo uczyniła i Greczynka, zwana także „Syrofenicjanką”. Bo chyba nie użyła formy o „okruchach dla szczeniąt” po to, by oświadczyć wszem i wobec, że jej dziecko to zwierzę lub że ona sama jest „psem” (pardon: „suką”) wobec jakiejkolwiek Zydówki? Ona po prostu zmierzyła się z Christosem na metafory i odniosła w pełni zasłużone zwycięstwo nad nim i nad jego judaistycznym szowinizmem i pogardą człowieka.
Tak jest: pogardą człowieka. Spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś z nas (na przykład ja sam) wraz ze swymi znajomymi przechodzi obok jakiegoś budynku, gdy naraz próbuje nas zatrzymać jakaś kobieta, załóżmy, że Zydówka lub Murzynka i prosi o pilną pomoc dla jej małego dziecka. Nawet jej nie odpowiadam, a gdy za nami woła, jeden z mych znajomych mówi do mnie: “Chodźmy stąd, bo inaczej nie przestanie za nami wrzeszczeć”, na co ja odpowiadam: “Pomagam tylko Białym…”. Wtedy ta kobieta podchodzi blisko nas i ponownie prosi o pomoc. Na co ja “po Chrystusowemu” wycedzam, że: “Słuchaj, najpierw trzeba pomagać dzieciom, a takim psiakom jak ten twój dzieciak, to dopiero później…”. Biorąc pod uwagę dzisiejsze czasy, to pewnie by mi tak ładnie nie odpowiedziała jak ta kulturalna “Syrofenicjanka”, którą Christos miał tak ogromny zaszczyt spotkać (ale by było, gdyby go tak złajała “po dzisiejszemu” albo gdyby mu zagroziła “wytarganiem za uszy” jak niegdyś Joanna d’Arc pewnemu duchownemu podczas swego procesu w Rouen…).
Tak czy inaczej, mówimy tu mniej więcej o takim chamstwie Christosa, który istotnie musiał się w pewnym momencie “ponownie narodzić” w tym duchu, o jakim mówił później Nikodemowi w ewangelii Janowej… Kto wie, może właśnie dlatego mu o tym mówił, bo się już zdążył “urodzić na nowo”, więc miał już potem czego nauczać innych…

Autorzy ewangelii mogli ulegać pokusie, by polemiki Christosa z jego oponentami przedstawiać w jak najlepszym dla niego świetle. Interesujące jest więc w tym kontekście, że zarówno autor „Marka” jak i „Mateusza” odnotowali ów „dialog z Syrofenicjanką”, w którym to dialogu Christos poniósł tak jednoznaczną porażkę. Może to oznaczać, że historia ta ma swoje podłoże w fakcie autentycznym. Zapewne zresztą takich rozmów Christos miał znacznie więcej. Szybkość, z jaką Greczynka odpowiedziała Christosowi, może sugerować, że miała ona podobne rozmowy za sobą, zapewne z innymi Zydami. Nie zapominajmy, że działo się to na obszarze, który formalnie podlegał żydowskiemu królowi oraz jego sądowi najwyższemu, Sanhedrynowi. Lepiej było nie ryzykować otwartej konfrontacji, gdy szło o rozmowy na temat religii oraz wzajemnego stosunku Zydów i „gojów”. Zresztą i sam Christos wykazywał się nieraz podobną przezornością. I nie tylko on. Nowy Testament daje nam pewne pojęcie o atmosferze tam panującej. Oto parę przykładów:

„Potem Jezus obchodził Galileę. Nie chciał bowiem chodzić po Judei, bo Żydzi mieli zamiar Go zabić.” (Jn 7: 1) i dalej „Nikt jednak nie mówił o Nim otwarcie z obawy przed Żydami.” (Jn 7: 13) oraz „Niektórzy z mieszkańców Jerozolimy mówili: «Czyż to nie jest Ten, którego usiłują zabić?” (Jn 7: 25), albo: „Faryzeusze zaś wyszli i odbyli naradę przeciw Niemu, w jaki sposób Go zgładzić.”  (Mt 12: 14).

Jest zresztą bardzo prawdopodobne, że to właśnie tego rodzaju konfrontacje słowne, jak ta z ową Greczynką, zaczęły w końcu przyczyniać się do stopniowej zmiany nastawienia Christosa do ludzi nie identyfikujących się jako Zydzi. Stąd też mogą brać się te rozmaite opisy jego stosunku do Greków, Rzymian lub Samarytanów w Nowym Testamencie. Z jednej strony znał nakazy żydowskie odnośnie stosunku do „obcych”, z drugiej prędzej czy później musiał przekonywać się, że ci „obcy” to ludzie tacy sami jak ten tak zwany „naród wybrany”, niczym negatywnym się od tych „wybranych” nie odróżniający. Podobnie przecież było i z Pawłem z Tarsu. On też był Zydem. W końcu zarzucił religijny i kulturowy segregacjonizm żydowski i chwała mu za to!

____________________________

PS:
Narazie jeszcze nie planuję pisania artykułu „Gnostyk i chrześcijanin – 3”, choć noszę się z myślami o zrobieniu tego w nieokreślonej przyszłości.

Przypisy:

1. Zaznajomiliśmy się już z niektórymi „egzegezami” tego fragmentu przez teologów próbujących, niczym sędziowie bokserscy, podnieść do góry rękę pokonanego jako kogoś, kto rzekomo był „prowadzącym” ową kobietę do „głębszej jeszcze wiary”. Chodziło im o to, by złagodzić istniejącą w tłumaczeniu „twardą” wymowę tej sceny. Tłumaczenia mówią bowiem na ogół o „psach”, gdy w oryginale użyto słowa „kynariois” („szczenięta”). To zestawienie „dzieci” i „szczeniąt” miało zatem, według owych teologów, być jedynie rodzajem „łagodniejszego potraktowania” sugerującego, że Christos nie zamierzał odwrócić się od kobiety, a jedynie pragnął poprowadzić ją ku głębszej wierze.

Musimy przyznać otwarcie, że takie tłumaczenie nie ma najmniejszego sensu. Po pierwsze kobieta prosiła o pomoc dla swego małego dziecka, a dla kogoś, kto chce obrazić, czyż jest lepsze zestawienie dziecka niż ze szczenięciem zamiast z dorosłym psem? Mało tego: jeżeli „dziecko” ma być synonimem kogoś o większej wierze, a „szczenię” ma reprezentować osobę o wierze małej, to dlaczego Christos miałby się upierać, że jest posłany do ludzi o większej wierze? Czyż gdzie indziej nie czytamy przypisywanych mu słów, według których jest posłany do „chorych”, bo to właśnie tacy potrzebują „lekarza”? (Łk 5: 30-32). Musiałby zatem garnąć się do „pogan” (czyli „psów”) i ich dzieci (owych „szczeniąt”), a nie odwracać się od nich. Naszym zdaniem zatem owo tłumaczenie dawane przez „egzegetów” to zwykły klajster propagandowy, który stworzony został na wypadek gdyby czytelnicy ewangelii uznali wypowiedź Christosa za zbyt surową wobec Greczynki.

Continue Reading »
0 Comments