Subscribe to RSS Feed

Religia

Uwaga na ekumenicznego Saturna!

Jan 30th, 2011 by monio
Uwaga na ekumenicznego Saturna!

Na trudności w dialogu teologicznym wielokrotnie już zwracano uwagę. Stawia się w tym dialogu nacisk na jedność w sensie doktrynalnym oraz strukturalnym Kościołów, tj. na warunki ewentualnej unifikacji, w której działacze upatrują m.in. spełnienia się modlitwy chrystusowej z ewangelii “według św. Jana”. Rzadziej jednak stawiane są publicznie pytania, dokąd tak pojmowana jedność mogłaby prowadzić i czy w ogóle o taką jedność powinno chodzić. W dodatku autorzy publikacji na ten temat pisują z pozycji teologów i duchowieństwa, rzadziej z pozycji tzw. “człowieka z ulicy”. Poniżej prezentowana jest opinia nie-teologa, “szarego” członka wspólnoty kościelnej na temat ekumenizmu. Artykuł poniższy pisany był pod koniec 2003 roku i stanowił reakcję na artykuł luterańskiego teologa, Dariusza Bruncza “Między mitem a dogmatem. Przestrzeń żywej wiary”
Od tamtego czasu minęło sporo lat i praktycznie prezentowany tu tekst oddaje w dalszym ciągu obraz obecnego stanu tak zwanego „ekumenizmu”. Partycypanci owej „ekumenii” w dalszym ciągu sfrustrowani są tym, że nie ma tej ich magicznej, bajkowej „jedności”, a każdy partycypant pragnąłby oczywiście, by ta „jedność” osiągnięta została na JEGO WŁASNYCH  warunkach.  Przekonuje nas o tym ich własny głos, jak np katolika Tomasza Terlikowskiego  „Celem ekumenizmu jest jedność”    oraz wspomnianego tu powyżej luteranina, Dariusza Bruncza , który wręcz chciałby w swej frustracji posłać ekumenizm do… “diabła”   „Do diabła z takim ekumenizmem”
I żaden z owych partycypantów dalej zdaje się nie rozumieć, że ich wizja jedności jest po prostu „contra naturam”.

Cała trudność tego dialogu teologicznego zdaje się polegać na tym, że stawiany mu jest całkowicie niewłaściwy cel. Mianowicie oficjele i teologowie zaprzątają sobie głowy znalezieniem wspólnych formułek w celu “zjednoczenia” chrześcijan w jeden Kościół, czyli – w pewnej perspektywie, oczywiście – w jedna strukturę, bo twierdza, że to, co jest obecnie (ok. 22 000 Kościołów) to “zgorszenie dla świata”. Założenie takie jest po prostu fałszywe, bo świat tak jest “zgorszony” naszym ‘rozbiciem’, jak my np. ‘brakiem jedności wszystkich muzułmanów’. Ludzie mają (i zawsze mieli) tendencje do łączenia się w grupy i zgromadzenia zależnie od sposobów wyrażania swych wierzeń. Nie ma sensu tego zmieniać pod katem np. wspólnej struktury czy wspólnej dogmatyki, bo w ten sposób stworzymy jedynie potwora, który w końcu (“w imię jedności” rzecz jasna, a jakże!) zacznie pożerać swoje dzieci niczym mityczny Saturn (jak w obrazie Francisco Goyi).
Jeszcze może się okazać, że obecny kształt chrześcijaństwa jest stosunkowo najlepszym z możliwych.

Niewłaściwy cel

Zamiast zatem przeć ku temu zmitologizowanemu aż do granic absurdu “zjednoczeniu” (a niektórzy mają dość szczególne i precyzyjne pomysły na to, jak się ono powinno dokonać i kto – KONKRETNIE – powinien takim zjednoczonym Kościołem rządzić), starajmy się budować jedność duchową. A tę zbudować można jedynie droga zdrowego rozsądku, a nie “rozwiązywaniem” semantycznych łamigłówek teologicznych. Zadanie to, choć nie obejmuje tworzenia specjalnych “ciał” ani gremiów czy “wspólnych komisji” i nie narzuca sobie “konieczności” unifikacji, jest jednak nie mniejszym wyzwaniem, zarówno dla liderów jak i pozostałych wiernych, zapewne nawet pod niektórymi względami bardziej ambitnym. Siła chrześcijaństwa leży w jego różnorodności (formy, mitu, dogmatu, liturgii, konkretnej działalności) większej niż w przypadku jakiejkolwiek innej religii na świecie, a nie w próbach tworzenia czegoś na kształt religijnej “Tysiącletniej Rzeszy”.

Oznacza to m.in., że kościoły mogą się ze sobą łączyć oraz dzielić strukturalnie, jeśli tak zadecydują.

Największym sukcesem chrześcijaństwa w odniesieniu do jedności nie jest (i nie będzie) zatem tworzenie oraz wspólne interpretowanie doktryn teologicznych na temat Królestwa Niebieskiego, ale wzajemne  TRAKTOWANIE SIĘ w sposób, w który sami chcielibyśmy być traktowani w takim Królestwie. I nie musi to wcale oznaczać np. końca prozelityzmu. W końcu, jeśli np. katolicy dalej będą chcieli namawiać protestantów do “powrotu na łono Matki Kościoła”, to niechaj to robią, tak samo jak z kolei protestanci będą wciąż mogli próbować “nawracać katolików na chrześcijaństwo”.

Ludzie tacy już są, że potrzebują również polemik, debat, a nawet – mówiąc wprost – pohandryczenia się o to, który Kościół “lepszy”, która wiara “pełniejsza” itd.

Prymat dekretu nad wiara…

Odnoszę czasem wrażenie, że największe problemy z ekumenizmem mają właśnie “spece od Pana Boga”, bo tak już ‘zaklopsowali’ się w swoich teoriach, że po zdrowy rozum coraz trudniej im ‘skoczyć’ do głowy. To, co jest “kryzysem wiary” (a do tego terminu pozwolę sobie jeszcze tutaj powrócić), wynika bowiem w dużej mierze z… działalności ekumenicznej w jej obecnej postaci, tj. bazowanej na tych stanowczo zbyt przeteologizowanych zasadach. Nasi szanowni liderzy, na których (coraz bardziej) pożal się Boże, zamiast próbować uczyć tego, jakie jest znaczenie istniejących w ich Kościołach doktryn W ODNIESIENIU DO JEDNOSTKI LUDZKIEJ I JEJ ŻYCIA (czyli inaczej: jak się ma taki czy inny dogmat do TWOJEGO osobistego rozwoju duchowego), starają się raczej dopasowywać te doktryny do siebie w celu stworzenia wspólnej, jakże przeteoretyzowanej i pełnej “fachowych Ausdrucków” dogmatyki.

Nic zatem dziwnego, że tak małe zainteresowanie towarzyszy ze strony “zwykłego człowieka z ulicy” tego rodzaju napuszonej działalności oficjalnej. Ten “człowiek z ulicy” (który w końcu – przynajmniej w założeniu – ma być głównym odbiorcą tej teologicznej retoryki) czuje się zupełnie wyobcowany w tym gąszczu (by nie rzec “dżungli”) zawodowego dysputowania o Bogu, pomieszanego niejednokrotnie z oczywistym ‘faryzeizmem’, jeśli nie wręcz chamstwem wobec wszystkiego, co – zdaniem Wielce Szanownych Liderów - ”nie mieści się” w chrześcijaństwie jak “zadekretowanym” przez papieży czy “uzgodnionym” przez Światową Radę Kościołów, czyli przez taką nieco inną “Führung” chrześcijan. Choćby nie wiedzieć jak by się poszczególni działacze starali (w jak najlepszej wierze zresztą, w to akurat nie wątpię) działać na rzecz jedności ludzi czujących się chrześcijanami, rozmaite gremia i autorytety (te rzeczywiste i te urojone) wciąż chcą ‘decydować’ kto “może” lub “nie może” być uważany za chrześcijanina.

Wiara, własne przeżycie religijne “człowieka z ulicy” nie wystarcza owym bonzom o ile nie mieszczą się one w ramach precyzyjnie sformułowanej “zadekretowanej”, “zencyklikowanej” lub (nawet) “przegłosowanej” ortodoksji.

I tu właśnie kryje się owa” próba przywłaszczenia”, już nie tylko języka i formułek (o której pisał  p. Dariusz Bruncz), ale wręcz religii i wiary jako całości.

Nie łudźmy się: era “świętej inkwizycji” wciąż jeszcze nie jest za nami. Będzie istniała tak długo, jak długo o “przynależności” do świata chrześcijańskiego będzie decydować werbalna akceptacja dogmatu (używanego w charakterze hipokrytycznego narzędzia władzy), nie mówiąc już o istnieniu rozmaitych specjalnych struktur w formie czy to kongregacji DOKTRYNY wiary (czyli… “świętej inkwizycji” właśnie!) lub innych (równie doktrynerskich) gremiów z ich Aparatczykami i Dygnitarzami Wiary, którym wydaje się, że to ONI są od tego, by decydować o czyjejś wierze i przynależności. Jak długo TAK wyglądać będzie oficjalna “twarz” ekumenizmu w wydaniu oficjalnym, tak długo rozmaite wspólnoty religijne będą się dalej obawiały siebie nawzajem i nie osiągną rzeczywistej jedności, choćby nie wiedzieć ile tam wspólnych “struktur” stworzyły i ile ton papieru zapaskudziły “uczonymi” traktatami swoich doktrynerów na temat istoty chrześcijaństwa i dialogu ekumenicznego.

“Poważne autorytety” ustalają sobie ‘kryteria’, według których dzielą później wyznawców Chrystusa na “chrześcijan” i “niechrześcijan”. I tak np. “poza” chrześcijaństwem mają się rzekomo “znajdować” Świadkowie Jehowy – bo nie uznają, że Chrystus jest osobiście Bogiem oraz ponieważ nie uznają dogmatu o Trójcy Świętej. Mormoni też są “wykluczani” z tego wspólnego dziedzictwa, bo oni z kolei uznają (poza Biblia) jeszcze inne pisma (“The Book of Mormon”, “Doctrines and Covenants”, “Pearl of Great Price”). Wykluczanie mormonów jest jeszcze nawet śmieszniejszym “zabiegiem” ze strony fundamentalistycznych klik liderskich, zważywszy, że uznają oni boskość Chrystusa.

W 1991 mormoński biskup Stephen E. Robinson wydał książkę “Are Mormons Christians?”, w której przekonywująco odpiera wszelkie ‘zarzuty’, według których mormoni chrześcijanami nie są. I jest to hańba dla nas, że mormoński duchowny musiał zniżyć się do napisania książki, by wyjaśniać sprawy tak niemal dziecinnie proste! (1)
. Pozwolę sobie na przedstawienie tutaj jednego tylko fragmentu z tej pozycji, która znakomicie tłumaczy, kim są mormoni. Otóż pewnego dnia S. E. Robinson miał okazje polemizować z pewnym protestanckim historykiem. Profesor ten dawno odrzucił większość dogmatów chrześcijańskich, co samo w sobie nie byłoby jeszcze niczym dziwnym, gdyż wielu dzisiaj ich nie akceptuje (włączając piszącego). Warto jednak przyjrzeć się argumentom, jakie wysunął on przeciw tezie o chrześcijaństwie mormonów. Oto krotki fragment tej rozmowy:

“… No dobrze, ja jako mormon wierze, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym w dosłownym sensie; że był i jest Bogiem; że miał moc czynienia cudów; że wziął na siebie grzechy świata w Gethsemane i na Kalwarii; że umarł za nas; że w dosłownym sensie zmartwychwstał trzeciego dnia; oraz że wskrzesi nas z martwych, by nas osądzić i dać nam życie w chwale. Więc jestem chrześcijaninem?

‘Absolutnie nie’.

‘Dlaczego nie?’

‘Bo jest pan członkiem Kościoła, który nie pochodzi i nie zależy teologicznie od soborów i wyznań wiary Kościoła historycznego i ponieważ odrzuca pan tradycyjne chrześcijaństwo i jego teologie z okresu po II wieku n.e.’

‘Czy pańska definicja ‘bycia chrześcijaninem’ ma cokolwiek wspólnego z moją osobistą wiarą w Jezusa Chrystusa?’

‘Nie’”. (2)

Nic dodać, nic ująć. Oto jak to działa: liczą się “sobory”, “wyznania wiary” (w formie historycznych dokumentów) itd. To zdaje się decydować bardziej w oczach “fachowców od wiary” niż… sama wiara. Dlatego też nic dziwnego, że nawet pojęcie “sukcesji apostolskiej” rozumieją oni raczej jako coś, co nazwać można “papierową genealogią” niż dziełem jakiegokolwiek ducha (również tego przez duże “D”).

Grupowy interes…

Cóż można powiedzieć? Ja powiem za siebie, bo do tego na pewno mogę czuć się uprawniony: nie spodziewam się zbyt wiele dobrego po hierarchach i kościelnych oficjelach. Oni ZAWSZE będą ekumenizm starali się realizować tak, by za żadną cenę nie uszczuplić swoich wpływów i pozycji, bez względu na to, jak się to będzie miało do interesów chrześcijaństwa. Jeśli pozycje te będą zagrożone – to będą starali się zastopować ten proces tak, jak robili to przez cale setki lat.

Tak jak prawdą jest, że nasz własny Kościół (Kościół Rzymskokatolicki) NIE zainicjował dialogu ekumenicznego (rozpoczęli go protestanci), tak prawdą jest również, że ci protestanci rozpoczęli go dopiero wtedy, gdy wielu spośród ich własnych wiernych bratało się już “na najniższym szczeblu” między sobą, bez względu na denominacje. Im bardziej zacierały się (w oczach zwykłych ludzi) różnice między denominacjami, tym bardziej liderzy zaczęli odczuwać (wreszcie!) potrzebę “zrobienia czegoś”, żeby nie zostać po prostu “wysadzonymi” ze swych pozycji liderów. Nie należy tego rozumieć jako rezultatu jakiegokolwiek zorganizowanego “ruchu oddolnego”, gdyż nie miał on przywódców, co najwyżej pionierów. Pionierami zaś byli ‘bezimienni’, ‘szarzy’, pokorni (i niepokorni tez!) ludzie, wytrwale drepczący do swych kościołów każdej niedzieli i mający znajomych oraz krewnych drepczących w tym samym czasie do INNYCH kościołów.

Samo życie stworzyło nam ekumenizm, a nie taki czy inny pastor, biskup czy papież, nie mówiąc już o żadnych gremiach, których członkowie lubią ‘obradować’, ‘dyskutować’, ‘uzgadniać’, podpisywać papierki i ściskać dłonie przed kamerami. Jestem w stanie się wręcz założyć, że to nie interkomunia katolicko-protestancka stanie się faktem, gdy papież ją zatwierdzi; to on ją zatwierdzi wtedy, gdy będzie ona już niemal stuprocentowym faktem.

Respekt dla różnorodności

Chciałbym być jednak dobrze tutaj zrozumiany: choć nie uznaję dogmatów, nie jestem jednak ich wrogiem (brzydzę się jednak posługiwaniem się nimi w celu dzielenia ludzi na “wierzących” i “bluźnierców” w zależności od stosunku, jaki wobec nich zajmują oraz w zależności od “widzimisie” hierarchów). Niechaj sobie istnieją rozmaite formy doktrynerstwa, komu (i jak?) szkodzi sam fakt ich istnienia? Najlepszą drogą do budowania jedności jest jednak to, co się już od dawna robi (obojętnie z czyjej inicjatywy): wspólna działalność charytatywna, kontakty osobiste, czy praktykowana zarówno przez osoby indywidualne jak i przez wiele Kościołów oficjalnie interkomunia (tam, gdzie to możliwe) czy wspólna liturgia. Łączyć można bowiem jedynie ‘przy użyciu’ tych elementów, które są dogmatycznie ‘neutralne’, a zatem nie są odrzucane przez którąkolwiek ze ‘stron’.

Działania obliczone na efekt ‘propagandowy’ przez liderów w postaci podpisywanych wspólnie dokumentów oficjalnych, jak choćby podpisany ostatnio katolicko-anglikański dokument o roli Marii w historii Zbawienia, to niepotrzebne ‘rekwizyty’ i gra pozorów: bo ci, którzy tej świętej przypisują jakąkolwiek szczególną rolę, nie muszą już w jej sprawie podpisywać żadnych dokumentów. Ci zaś, którzy Jej kult odrzucają w jakiejkolwiek formie, mogą przyjąć taki dokument jako “policzek” dla swoich własnych wierzeń, w których nie ma miejsca na cos, co nazywają bałwochwalstwem (w tym wypadku: “mariochwalstwem”) i odnieść mogą nawet wrażenie, że ktoś im “w imię jedności” będzie kiedyś próbował np. narzucić dogmaty maryjne.

Wszystko to wskazuje, że nawet określenie, jakim się posługujemy “kryzys wiary” jest najzupełniej błędne i mylące. To nie tyle wiara jest w kryzysie ile poszczególne formy religijne, co jest procesem jak najbardziej naturalnym. Jeśli np. ktoś dziś utyskuje na fakt, że rośnie wśród chrześcijan liczba ludzi traktujących Chrystusa nie jako boga, lecz jako “guru” oraz wierzących nie w zmartwychwstanie ciał przy końcu świata, lecz w reinkarnacje, to niechaj uświadomi sobie, że to również jest formą wiary; tak, również forma wiary w Chrystusa, jeśli koniecznie chce wiedzieć. A jeszcze lepiej, by uświadomił sobie, że tak zawsze już było, od samego początku chrześcijaństwa, że było ono wewnętrznie zróżnicowane.

Orygenesa potępiono dwa wieki po jego śmierci za poglądy, które głosił (a na pewno nie zmienił ich w międzyczasie, będąc w grobie; KTO się zatem zmienił?). I nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Pierwszym, który tworzył zaczątki tego, co dziś nazywamy “Nowym Testamentem” przez grupowanie głównych starożytnych pism chrześcijańskich, był heretyk (najprawdopodobniej gnostyk) Marcjon. I też nikt nie twierdzi, że nie był chrześcijaninem. Nie można też jemu zarzucić “kryzysu wiary”. Gnostyk Walentyn omal nie został ‘papieżem’ w II wieku (“niechrześcijanin”? A może “apostata”?). Próbowano na wszelkie sposoby twierdzić, że Katarzy nie byli chrześcijanami, choć ich chrystocentryzm nie tylko nie ustępował chrystocentryzmowi oficjalnego Kościoła Rzymskokatolickiego, ale (kto wie?) może go wręcz przerastał.

Nie jest zatem prawdą, że istota chrześcijaństwa “było i jest” uznanie Chrystusa za boga (lub Boga, przez duże “B”) tak jak nie jest istota buddyzmu uznawanie Buddy za b(B)oga. Istotą chrześcijaństwa jest uznanie Chrystusa za głównego ‘nośnika’ boskości, a jak ten Chrystus jest przy tym osobiście interpretowany (jako Bóg, bóg-człowiek, człowiek, święty, prorok, duch czy nauczyciel, albo wręcz jako mit oparty na prawdzie) to już zupełnie inna sprawa.

Oczywiście, że w dalszym ciągu poszczególne Kościoły i wspólnoty będą mogły uważać swój rodzaj wiary za najpełniejszy (dlatego przecie się go trzymają!), niechby jednak uświadomiły sobie, że chrześcijaństwo jest pojęciem znacznie szerszym. Jak długo bowiem tych “lodów” nie da się przełamać, tak długo cały ‘dialog teologiczny’ okazywać się będzie strata czasu (a i pieniędzy też).

Uwaga na Saturna!

Rozumienie jedności jako totalnego eklezjalnego zjednoczenia to najgorszy wróg samej jedności. Doprowadzi jedynie do kolejnych nietolerancji wobec tych, których przyszli “führerzy” uznają za “wyłamujących się z ducha jedności chrześcijańskiej”. Nie będzie w takim ‘zjednoczonym’ Kościele już miejsca na żaden dialog, będzie za to dzika kampania “utrwalania zdobyczy ekumenizmu” w postaci nagonek na rozmaitych “zaplutych karłów” wcześniejszego pluralizmu oraz ‘rozbicia’.

Każda indywidualna forma wyrażania pobożności i rozumienia Boga będzie przez Biurokratów Wiary i innych ‘komisarzy’ postrzegana jako niebezpieczeństwo i zwalczana jako herezja, “robota rozbijacka”, “bluźnierstwo” i “świętokradztwo” wołające o pomstę do… (niekoniecznie “Nieba”, zapewne do jakiejś formy “Świętego Oficjum”).

‘Trojki parafialne’ nie będą może chodziły od apteki do apteki żądając wycofania środków antykoncepcyjnych (choć i to zdarzyć się może), za to mogą (i będą) pojawiać się naciski na władze lokalne lub pracodawców, by pozwalniać z pracy “jednostki wrogie” ustalonemu odgórnie “chrześcijaństwu”. Czyżbyśmy rzeczywiście nie wiedzieli jak takie metody działają? Pamięć nas już tutaj zawodzi czy wyobraźnia?

Przypisy

1.  W 1986 roku ewangelikalni chrześcijanie skierowali nawet ‘petycję’ do kościoła mormońskiego, w której żądali, by ten przestał nazywac siebie chrześcijańskim. Petycję podpisały w sumie 20 543 osoby z 49 stanów USA i 31 innych krajów (patrz: Stephen E. Robinson. “Are Mormons Christians?” Bookcraft. Salt Lake City, Utah 1994)

2. tamże, s. 33

Continue Reading »
0 Comments

Christos: “utrwalacz” czy “rozwalacz” prawa żydowskiego?

Jan 9th, 2011 by monio
Christos: “utrwalacz” czy “rozwalacz” prawa żydowskiego?

W ostatnich dniach otrzymałem od jednego Czytelnika poniższe pytania, na które udzieliłem odpowiedzi prezentowanym tutaj tekstem. Prezentuję te pytania, dziękując za ich nadesłanie, gdyż swoją treścią częściowo wiążą się z tekstem „Dialog między Marcjonitą a Judaizerem” . Tym niemniej podejmę ten temat raz jeszcze.

PYTANIA:

Chodzi mi o to, czy gnostycy którzy odrzucali Jahwe jako Ojca Jezusa; czy da się taką naukę pogodzić z całym Nowym Testamentem? Bo na pismach Jana da się bez problemu, ale jak reszta? Co ze wstawkami gdzie się spełniło proroctwo i
cytat do tego oraz nawiązania do Starego Testamentu; czy to nie dyskwalifikuje pozostałych ewangelii Nowego Testamentu? I co ze słowami Jezusa który mówił, że nie przyszedł znieść Prawa i Proroków? Czy to również nie zaprzecza temu by daną ewangelię pogodzić z gnostykami odrzucających Jahwe? Bo Prawo przyniósłby wtedy demiurg Starego Testamentu, i co wtedy? Co z Pawłem którego sam uważam za gnostyka, pochlebnie pisał o Prawie, że nie jest złe a wręcz przeciwnie? Czy da się pogodzić Ewangelie (Łukasza, Mateusza i Marka), Dzieje oraz listy(Pawła, Piotra itp.) z gnostykami odrzucających Stary Testament bo Jahwe to demiurg? Jeśli tak, przedstawiłbyś to? I czy da się pogodzić ewangelie pozakanoniczne np. Ewangelię Judasza, Filipa i inne, z kanonicznymi
dziś pismami Nowego Testamentu?

I takie jedno inne pytanie. Czy odrzucając Jahwe jako Boga Jezusa, trzeba koniecznie odrzucać Stary Testament? Bo przecież nie wszyscy gnostycy odrzucali, zapewne dlatego, że niektórzy wierzyli, ze Jahwe to Bóg Jezusa; zwłaszcza Ci judaistyczni gnostycy chrześcijańscy. Czy taki
poganochrześcijański gnostyk uznający, musi odrzucać Stary Testament?

Słyszałem, że chcesz napisać trzecią część swego artykuły Gnostyk i chrześcijan; może moje pytania by Ci pomogły na temat co miałbyś napisać.

Pozdrawiam
_____________________

ODPOWIEDŹ

„Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków i wtedy zostaną zachowane” (Łk 5: 37-38)

Przede wszystkim kwestia tego tak zwanego „Starego Testamentu” nie jest i nigdy nie była jedynie sprawą gnostyków. Jak wyjaśniono już w „Dialogu”, są dwa powody dla usunięcia „ST” z chrześcijańskiego kanonu, mianowicie moralny oraz skrypturalny. Jeden z nich prowadzi do odrzucenia jedynie części „ST”, tej, która jest w dużej mierze lub nawet całkowicie sprzeczna z chrześcijaństwem. Ten drugi powód natomiast opiera się na założeniu, że jedynie dzieła chrześcijańskiego autorstwa winny znajdować się w kanonie Pisma.

Nie jest również rzeczą istotną, czy ktoś „akceptuje Jahwe” czy też go „odrzuca”, gdyż nie mamy możliwości publicznego rozstrzygania sporów typu „który Bóg jest którym?” albo „który Bóg jest demiurgiem?”. Osobiście nie usiłuję definiować Boga (albo boga, z małej litery). To, co kiedyś stanowiło, prawie dwa millenia temu, przyczynę sporu o to „którego Boga reprezentuje Christos”, jest już zagadnieniem przestarzałym, dzisiaj na ogół mniej mówi się o „dwóch różnych Bogach”, przyjmując, że po prostu chodzi o dwie różne interpretacje Boga. A jeśli tak, to nie ma powodu zamartwiać się kwestiami o „pogodzeniu” pod tym względem ewangelii kanonicznych z niekanonicznymi. W ogóle cała ta kwestia definiowania Boga odpada z rozumowania. Uznajmy zatem po prostu ten fakt, że chrześcijanie od początku różnili się między sobą w definiowaniu Boga i że ten fakt może również zostać pokazany odpowiednim doborem pism w kanonie.

Każdy gnostyk, nie-gnostyk czy anty-gnostyk może prywatnie uznawać takie księgi za „natchnione”, jakie potrafi za takowe uznać. I może łączyć je z innymi, wcześniejszymi pismami i podaniami.  Oto link do strony  autorstwa pewnego protestanckiego pastora, jak najbardziej „biblijnego”, który niemal całej historii i wiary judaizmu i chrześcijaństwa dopatruje się w starożytnym Egipcie. Jak więc widać, możliwości pod tym względem są nieograniczone. Nam chodzi jedynie o to, że „ST” nie jest chrześcijański i że nie powinno w zasadzie być dla niego miejsca w kanonie Pisma u nas. Poza tym każdy wierzący może zachować swój własny pogląd.

Gdy chodzi o tak zwane „spełnianie proroctw ST”, to „Dialog” pokazuje na wybranych przykładach, jak nieraz owe interpretacje „spełniania proroctw” były na siłę naciągane. Poza tym nie należy zapominać, że ów „ST” przyjęty jako kanon we wczesnym kościele bazował na „Septuagincie”, czyli na jego greckim tłumaczeniu, które miejscami różni się dość znacznie od hebrajskiego oryginału. A że możnaby interpretować cokolwiek w Nowym Testamencie jako „wypełnione proroctwo” tego „Starego”? Religie przedchrześcijańskie głosiły wiele z tego, co potem przejęło chrześcijaństwo. W części 2 artykułu „Gnostyk i chrześcijanin” cytowany jest taki oto fragment wypowiedzi Justyna Męczennika:

„A gdy my również mówimy, że Słowo, które jest pierworodnym Boga, poczęte zostało bez unii seksualnej i że On, Jezus Chrystus, nasz Nauczyciel, został ukrzyżowany i umarł, i zmartwychwstał, i wstąpił do nieba, to nie głosimy niczego innego od tego, w co i wy wierzycie odnośnie tych, których wielbicie jako synów Jowisza.”

Jednak nie włączono podań „pogańskich” do kanonu. To już raczej my sugerujemy, że możnaby (ewentualnie) włączyć je tam wraz z niektórymi dziełami „Starego Testamentu” – choć preferowane byłoby niewłączanie niczego niechrześcijańskiego, choćby nie wiedzieć jak bliskiego naukom chrześcijaństwa.
Paweł z Tarsu, postać, o której napisaliśmy szeroko w „Dialogu” z jednej strony niby afirmował „prawo”, z drugiej zaś wyrażał się o nim nieraz z daleko posuniętą pogardą, posuwając się nawet do nazwania go „śmieciami”. Do pewnego stopnia odzwierciedla to postawę samego Christosa, tak jak został on zinterpretowany w ewangeliach.

Spośród wielu dialogów Christosa w ewangeliach, zwróćmy uwagę na jeden, który zapisany jest w ewangeliach „Marka” oraz „Mateusza”:

Mk 7: 24-30:
„Wybrał się stamtąd i udał się w okolice Tyru i Sydonu. Wstąpił do pewnego domu i chciał, żeby nikt o tym nie wiedział, lecz nie mógł pozostać w ukryciu. Wnet bowiem usłyszała o Nim kobieta, której córeczka była opętana przez ducha nieczystego. Przyszła, upadła Mu do nóg, a była to Greczynka (Ellenis), Syrofenicjanka rodem, i prosiła Go, żeby złego ducha wyrzucił z jej córki. Odrzekł jej: «Pozwól wpierw nasycić się dzieciom; bo niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić szczeniętom». Ona Mu odparła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jadają z okruszyn dzieci». On jej rzekł: «Przez wzgląd na te słowa idź, zły duch opuścił twoją córkę». Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku, a zły duch wyszedł.”

Mt 15: 21-28:
„Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami!» Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela». A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: «Panie, dopomóż mi!» On jednak odparł: «Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić szczeniętom». A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów». Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa.”

Przyjrzyjmy się tej historyjce nieco bliżej. Oto Christos początkowo niechętny jest udzieleniu pomocy kobiecie, która jest Greczynką, a nie Zydówką. Jednak po jednym, jedynym zdaniu tej „poganki” zupełnie zmienia nastawienie. „Marek” podaje krótszą wersję tej historii, autor „Mateusza” ją celowo natomiast rozwinął. U niego Christos prezentuje się jeszcze bardziej nonszalancko wobec tej kobiety niż u „Marka”. Zwróćmy uwagę, że początkowo w ogóle ją ignoruje, a „Apostołowie” namawiają go wręcz, by ją „odprawił”. Na ponowioną prośbę odpowiada w judaistycznym zapyzieniu, że nie do takich jak ona został „posłany”. Gdy prosi go raz jeszcze, staje się wobec niej (kobiety z chorym dzieckiem!) wręcz chamski, używając wobec niej metafory zestawiającej ją i jej dziecko ze zwierzętami. Aż by się chciało rzec, że to bardzo talmudyczne nastawienie, gdyby nie fakt, że Talmud jeszcze nie był wówczas napisany. Ale istniał „Stary Testament”, który tego rodzaju porównania sugeruje również.

I oto w tym momencie staje się coś, co odwraca całą sytuację na korzyść Greczynki. Jednym zdaniem, jedną krótką kontrą rozkłada ona tego „Boga na Ziemi” na obie łopatki tak szybko i nieodwracalnie, że nie pozostaje mu nic innego, jak tylko głośno sławić jej wiarę (1)
Jeżeli przyjrzeć się bliżej „anatomii” wypowiedzi Greczynki, to stwierdzamy, że jest ona tego samego rodzaju, jak w wypadku wypowiedzi samego Christosa w jego polemikach z „uczonymi w Piśmie”. On „rozłożył” ich dokładnie tak samo jak ona jego. Za każdym razem posługiwał się argumentem tak sformułowanym, by odpowiadał on sposobowi myślenia oponenta. I robił to w celu zmiażdżenia jego argumentu i zmuszenia go do zamilknięcia lub zmiany zdania.

Nie wiemy jaka była chronologia wydarzeń opisywanych w ewangeliach. Nie jesteśmy zatem w stanie gwarantować, że wydarzenia te rozgrywały się w tej kolejności, w jakiej pojawiają się w zapisie. Rozmowa z Greczynką znajduje się u „Mateusza” w rozdziale 15, natomiast rozmowa z centurionem (również „poganinem”, tym razem rzymskim) jest już w rozdziale 8 (8: 5-10) i przy tamtej okazji Christos nie zachowywał się nonszalancko i nie próbował wątpliwych porównań – jak by to określili teologowie opisani w przypisie 1 – dla „zgłębienia wiary” tego „poganina” (choć u „Łukasza” 7: 2-9 decyduje się pomóc dopiero gdy go apostołowie informują, że centurion był życzliwy dla Zydów i zbudował im synagogę). W rozdziale 10 „Mateusza” (10: 5-6) Christos posyła apostołów jedynie do „zagubionych owiec domu Izraela” i przestrzega ich wyraźnie, by nie udawali się do jakichkolwiek miast samarytańskich. Kontrastuje z tym podejściem przypowieść o dobrym Samarytaninie, którą znajdujemy u „Łukasza” (10: 30-37). Jaki zatem był stosunek Christosa do Samarytanów? Tym bardziej, że u „Łukasza” owo „posłanie apostołów” nie było obwarowane żadnymi warunkami udawania się tylko do Izraelitów, a dodatkowo informacja głosi, że udawali się oni „wszędzie” (9: 1-6). Podobnie ma się rzecz z posłaniem owych „siedemdziesięciu dwóch” u „Łukasza” (10: 1-11). A u „Jana” w rozdziale 4 czytamy o dobrym stosunku do Samarytanów, tam też Christos ma inną swoją rozmowę z „poganką” (tą przy studni) i mówi jej o „wodzie życia”. Też się nie „boczy”, że nie Zydówka…

Kimkolwiek byli autorzy ewangelii, zdawali się nie za bardzo rozeznawać w szczegółach takich jak nastawienie Christosa do Zydów i „gojów” w poszczególnych sytuacjach. Czyżby zatem stosunek ten był zmienny?

Nie zapominajmy w tym kontekście i o słowach samego Christosa (lub po prostu słowach autora ewangelii), że prorocy nie są słuchani przez „swoich” lecz przez obcych.

Wszystko wskazuje zatem na to, że człowiek ten ewoluował, tak jak każdy z nas, że mógł zmieniać poglądy i z biegiem czasu stawać się kim innym.

Można dokonać porównania z innymi „prorokami” w historii, takimi, których życiorysy znane są dokładniej.

Nasi „ortodoksi” i „ewangelikalni” mówią nam, że Christos był jak najbardziej judaistą, że był obrzezany jako dziecko żydowskie, chodził do świątyni i przestrzegał żydowskich świąt.
Mniej więcej 19 wieków później Bahaullah był obrzezany jako dziecko muzułmańskie, chadzał do meczetu i przestrzegał świąt islamskich w Persji. Nie ma najmniejszych przy tym wątpliwości, że otoczenie, w jakim Bahaullah żył, było o wiele bardziej jednoznacznie islamskie, niż otoczenie Christosa było judaistyczne.
Ale czy dzisiaj na pytanie „kim był Bahaullah?” odpowiemy: „był muzułmaninem”? A jeśli muzułmaninem, to jakim: szyickim, czy babickim? Który z „dwóch Bahaullahów” był tym prawdziwszym: ten islamski sprzed 1863 roku, czy ten bardziej uniwersalistyczny po 1863 roku, założyciel nowego ruchu religijnego?
Jeżeli zapytamy zaś o Marcina Lutra „kim był?”, to jaka odpowiedź ciśnie nam się na usta: „był ochrzczonym katolikiem i mnichem katolickim” czy też raczej „był ojcem Reformacji”?

Christos miał twierdzić, że:

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.” (Mt 5: 17-20)

W poważnej mierze odnieśliśmy się już do zagadnienia prawa żydowskiego i jego kolizji z chrześcijaństwem w tekście „Dialog między Marcjonitą a Judaizerem” . Tu przyjrzymy się zatem jedynie paru przykładom niezaakcentowanym w tamtym tekście, a ilustrującym dobitnie w jaki sposób Christos „wypełniał” te prawa, nawet te „najmniejsze” spośród nich. Zacznijmy od bardzo ogólnego i stosunkowo łagodnego zestawienia:

„Opowiedział im też przypowieść: «Nikt nie przyszywa do starego ubrania jako łaty tego, co oderwie od nowego; w przeciwnym razie i nowe podrze, i łata z nowego nie nada się do starego. Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków i wtedy zostaną zachowane. Kto się napił starego wina, nie chce potem młodego – mówi bowiem: “Stare jest lepsze”» (Łk 5: 36-39) – także w: Mt 9: 16-17

Christos kontrastuje tu rzeczy nowe ze starymi. W jednym wypadku „stare” jest lepsze od „nowego” (wino), w drugim jest na odwrót: „nowe” jest lepsze (ubranie). Tak czy owak nową rzecz należy zachować w nowym „opakowaniu”. I jeśli rozciągnąć tę regułę na życie publiczne, to łatwo spostrzec, że nowe idee lepiej zachować nowym prawem. I dość powszechnie ta przypowieść odczytywana jest także przez samych „ortodoksów” jako ostrzeżenie przed wpychaniem nowego ducha Ewangelii w starą pobożność żydowską i niektóre jej nakazy.

Idźmy dalej: u „Łukasza” (6: 1-9) Christos kpi sobie z zakazu nierobienia pewnych rzeczy w szabas, dodając jeszcze, że i Dawid, gdy był głodny, to jadł i innym dał do jedzenia taki chleb, który tylko kapłanom wolno było jeść. Rzucił faryzeuszom wyzwanie, pytając: „Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?”

Idźmy jeszcze dalej. Oto te słynne fragmenty, w których Christos wypowiada się na temat tego, co czyni człowieka „nieczystym”:

„Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: «Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!».” (Mk 7:14-15)

„Potem przywołał do siebie tłum i rzekł do niego: «Słuchajcie i chciejcie zrozumieć. Nie to, co wchodzi do ust, czyni człowieka nieczystym, ale co z ust wychodzi, to go czyni nieczystym»” (Mt 15: 10-11)

Tradycyjnie tłumaczy się te wersety tylko w ten sposób, w jaki są wyjaśnione w ewangelii „Mateusza” zaraz potem (15: 16-20), mianowicie „..wszystko, co wchodzi do ust, do żołądka idzie i wydala się na zewnątrz. Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym.”
Tymczasem obok jednej regulacji, fragmenty te uderzają jeszcze w inną, z niemniejszą siłą: czy aby nie stanowią jawnego lekceważenia zasady żydowskiej odnośnie tego, jaka żywność jest „czysta”, a jaka „nieczysta”?
Nic dziwnego zatem, że „…przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Wiesz, że faryzeusze zgorszyli się, gdy usłyszeli to powiedzenie?» On zaś odrzekł: «Każda roślina, której nie sadził mój Ojciec niebieski, będzie wyrwana. Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Lecz jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną».” (Mt 15: 12-14)

Zwróćmy jeszcze raz uwagę na owo stwierdzenie metaforyczne: „Każda roślina, której nie sadził mój Ojciec niebieski, będzie wyrwana”. Jak w takich warunkach można w ogóle poważnie twierdzić, że Christos „utrwalał” lub „wypełniał” tradycyjne nakazy judaistyczne w sposób niedopuszczający do ignorowania któregokolwiek z nich, nawet „najmniejszego”?
Nie, ten człowiek nie utrwalał żadnej z tych regulacji, on je rozwalał, jedną po drugiej. Nie będziemy tu cytować wszystkiego tego, co zanotowano we wczesnych pismach chrześcijańskich, zachęcamy każdego Czytelnika do zapoznania się z tymi tekstami, również tymi, które nie znajdują się w kanonie, by się o tym sam dowodnie przekonał.

Za każdym jednak razem, gdy rozwałkowywał te zasady, czynił to nie w bezpośredni sposób, lecz używając formy pośredniej, niby to nie kwestionującej owej regulacji, z którą się akurat rozprawiał. Jednak właśnie ta pośrednia forma każdorazowo wykazuje po prostu bezsens, całkowity bezsens regulacji, o którą w danym momencie chodzi, nieraz te zasady po prostu ośmieszając.

Dokładnie to samo uczyniła i Greczynka, zwana także „Syrofenicjanką”. Bo chyba nie użyła formy o „okruchach dla szczeniąt” po to, by oświadczyć wszem i wobec, że jej dziecko to zwierzę lub że ona sama jest „psem” (pardon: „suką”) wobec jakiejkolwiek Zydówki? Ona po prostu zmierzyła się z Christosem na metafory i odniosła w pełni zasłużone zwycięstwo nad nim i nad jego judaistycznym szowinizmem i pogardą człowieka.
Tak jest: pogardą człowieka. Spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś z nas (na przykład ja sam) wraz ze swymi znajomymi przechodzi obok jakiegoś budynku, gdy naraz próbuje nas zatrzymać jakaś kobieta, załóżmy, że Zydówka lub Murzynka i prosi o pilną pomoc dla jej małego dziecka. Nawet jej nie odpowiadam, a gdy za nami woła, jeden z mych znajomych mówi do mnie: “Chodźmy stąd, bo inaczej nie przestanie za nami wrzeszczeć”, na co ja odpowiadam: “Pomagam tylko Białym…”. Wtedy ta kobieta podchodzi blisko nas i ponownie prosi o pomoc. Na co ja “po Chrystusowemu” wycedzam, że: “Słuchaj, najpierw trzeba pomagać dzieciom, a takim psiakom jak ten twój dzieciak, to dopiero później…”. Biorąc pod uwagę dzisiejsze czasy, to pewnie by mi tak ładnie nie odpowiedziała jak ta kulturalna “Syrofenicjanka”, którą Christos miał tak ogromny zaszczyt spotkać (ale by było, gdyby go tak złajała “po dzisiejszemu” albo gdyby mu zagroziła “wytarganiem za uszy” jak niegdyś Joanna d’Arc pewnemu duchownemu podczas swego procesu w Rouen…).
Tak czy inaczej, mówimy tu mniej więcej o takim chamstwie Christosa, który istotnie musiał się w pewnym momencie “ponownie narodzić” w tym duchu, o jakim mówił później Nikodemowi w ewangelii Janowej… Kto wie, może właśnie dlatego mu o tym mówił, bo się już zdążył “urodzić na nowo”, więc miał już potem czego nauczać innych…

Autorzy ewangelii mogli ulegać pokusie, by polemiki Christosa z jego oponentami przedstawiać w jak najlepszym dla niego świetle. Interesujące jest więc w tym kontekście, że zarówno autor „Marka” jak i „Mateusza” odnotowali ów „dialog z Syrofenicjanką”, w którym to dialogu Christos poniósł tak jednoznaczną porażkę. Może to oznaczać, że historia ta ma swoje podłoże w fakcie autentycznym. Zapewne zresztą takich rozmów Christos miał znacznie więcej. Szybkość, z jaką Greczynka odpowiedziała Christosowi, może sugerować, że miała ona podobne rozmowy za sobą, zapewne z innymi Zydami. Nie zapominajmy, że działo się to na obszarze, który formalnie podlegał żydowskiemu królowi oraz jego sądowi najwyższemu, Sanhedrynowi. Lepiej było nie ryzykować otwartej konfrontacji, gdy szło o rozmowy na temat religii oraz wzajemnego stosunku Zydów i „gojów”. Zresztą i sam Christos wykazywał się nieraz podobną przezornością. I nie tylko on. Nowy Testament daje nam pewne pojęcie o atmosferze tam panującej. Oto parę przykładów:

„Potem Jezus obchodził Galileę. Nie chciał bowiem chodzić po Judei, bo Żydzi mieli zamiar Go zabić.” (Jn 7: 1) i dalej „Nikt jednak nie mówił o Nim otwarcie z obawy przed Żydami.” (Jn 7: 13) oraz „Niektórzy z mieszkańców Jerozolimy mówili: «Czyż to nie jest Ten, którego usiłują zabić?” (Jn 7: 25), albo: „Faryzeusze zaś wyszli i odbyli naradę przeciw Niemu, w jaki sposób Go zgładzić.”  (Mt 12: 14).

Jest zresztą bardzo prawdopodobne, że to właśnie tego rodzaju konfrontacje słowne, jak ta z ową Greczynką, zaczęły w końcu przyczyniać się do stopniowej zmiany nastawienia Christosa do ludzi nie identyfikujących się jako Zydzi. Stąd też mogą brać się te rozmaite opisy jego stosunku do Greków, Rzymian lub Samarytanów w Nowym Testamencie. Z jednej strony znał nakazy żydowskie odnośnie stosunku do „obcych”, z drugiej prędzej czy później musiał przekonywać się, że ci „obcy” to ludzie tacy sami jak ten tak zwany „naród wybrany”, niczym negatywnym się od tych „wybranych” nie odróżniający. Podobnie przecież było i z Pawłem z Tarsu. On też był Zydem. W końcu zarzucił religijny i kulturowy segregacjonizm żydowski i chwała mu za to!

____________________________

PS:
Narazie jeszcze nie planuję pisania artykułu „Gnostyk i chrześcijanin – 3”, choć noszę się z myślami o zrobieniu tego w nieokreślonej przyszłości.

Przypisy:

1. Zaznajomiliśmy się już z niektórymi „egzegezami” tego fragmentu przez teologów próbujących, niczym sędziowie bokserscy, podnieść do góry rękę pokonanego jako kogoś, kto rzekomo był „prowadzącym” ową kobietę do „głębszej jeszcze wiary”. Chodziło im o to, by złagodzić istniejącą w tłumaczeniu „twardą” wymowę tej sceny. Tłumaczenia mówią bowiem na ogół o „psach”, gdy w oryginale użyto słowa „kynariois” („szczenięta”). To zestawienie „dzieci” i „szczeniąt” miało zatem, według owych teologów, być jedynie rodzajem „łagodniejszego potraktowania” sugerującego, że Christos nie zamierzał odwrócić się od kobiety, a jedynie pragnął poprowadzić ją ku głębszej wierze.

Musimy przyznać otwarcie, że takie tłumaczenie nie ma najmniejszego sensu. Po pierwsze kobieta prosiła o pomoc dla swego małego dziecka, a dla kogoś, kto chce obrazić, czyż jest lepsze zestawienie dziecka niż ze szczenięciem zamiast z dorosłym psem? Mało tego: jeżeli „dziecko” ma być synonimem kogoś o większej wierze, a „szczenię” ma reprezentować osobę o wierze małej, to dlaczego Christos miałby się upierać, że jest posłany do ludzi o większej wierze? Czyż gdzie indziej nie czytamy przypisywanych mu słów, według których jest posłany do „chorych”, bo to właśnie tacy potrzebują „lekarza”? (Łk 5: 30-32). Musiałby zatem garnąć się do „pogan” (czyli „psów”) i ich dzieci (owych „szczeniąt”), a nie odwracać się od nich. Naszym zdaniem zatem owo tłumaczenie dawane przez „egzegetów” to zwykły klajster propagandowy, który stworzony został na wypadek gdyby czytelnicy ewangelii uznali wypowiedź Christosa za zbyt surową wobec Greczynki.

Continue Reading »
0 Comments

Zamiast kartki świątecznej

Dec 24th, 2010 by monio
Zamiast kartki świątecznej

Ponad dwa tysiące lat temu drogą z Nazaretu do Betlejem podążała pewna para…  Ona, nikomu tak na dobrą sprawę nieznana kobieta w ciąży, choć później pisano na jej cześć dytyramby, a w końcu, w ciągu wieków mitologia uczyniła z niej niemal „Panią Niebios”. On zapewne był dość znany lokalnie, jeśli to prawda, że był on – według ewangelii „Mateusza” – „tekton”, czyli cieślą lub po prostu budowniczym, czyli człowiekiem dość wolnego wówczas zawodu. „Tekton” po grecku oznacza właśnie kogoś, kto buduje, a tacy ludzie nie byli po prostu „robotnikami”, wbrew temu, co sugeruje obchodzone w kościele święto „świętego Józefa robotnika”. Tym bardziej, że według ewangelii Nowego Testamentu, Józef miał również zaliczać się do „linii Dawida”, czyli niegdysiejszego monarchy hebrajskiego, co z całą pewnością nie mogło go stawiać w rzędzie zwykłych „ludzi z ulicy”.

Jeśli wierzyć ewangelii „Według Mateusza”, para ta, mieszkająca na codzień w Nazarecie, udała się w drogę do Bethlehem (dosłownie „Dom Chleba”) z czystej i niezwykle trywialnej konieczności. Zarządzono bowiem spis ludności imperium rzymskiego, którego Judea była już częścią od pewnego czasu. Ponieważ zaś ludność opodatkowywana była od dochodów oraz od posiadanej własności, więc można założyć, że to właśnie tam w owym Bethlehem rodzina ta posiadała jakąś własność, a co najmniej jakiś dom.

I to właśnie w tym domu urodził im się syn. Wiemy dokładnie, że w domu, bowiem ta sama ew. Mateusza mówi wyraźnie, że owych „trzech mędrców” (przerobionych w popularnej legendzie na „Trzech Królów”) weszło do domu, by pozdrowić Narodzonego. Słowo użyte w ewangelii to „oikos” czyli „dom”:  ”gdy weszli do domu, zobaczyli dziecko…” (“kai elthontes eis ten oikian, eidon to paidion…” Mt 2;11 ).

Popularny obrazek “dziecka w ‘stajence’”, który ma nam pokazać jaki biedny był ten przyszły Christos (“Zbawicielu drogi, jakżeś to ubogi”), wydaje się być zatem zdecydowanie przesadzony. Ewangelia Mateusza to jedna z najstarszych znanych ewangelii. Jeżeli ona zatem mówi o „domu”, a nie o „stajence” i to pomimo zapożyczenia hurtem całej mitologii „pogańskiej” o bogu urodzonym w stajence lub w grocie, to oznacza to, że ów dom jest tutaj elementem prawdy.

Oczywiście, że całe ewangelie chrześcijańskie pełne są mitu i to na dodatek właśnie „pogańskiego”, który pojawiał się przed narodzeniem Christosa w wielu odmianach. Nawet nazwa miejscowości „Bethlehem” czyli „Dom Chleba” znalazła zastosowanie już wcześniej, gdyż rósł tam gaj poświęcony „pogańskiemu” bogu Adonisowi, którego uważano za boga plonu i którego symbolem był chleb…  Nie będziemy po kolei przedstawiali tu wszystkich elementów mitu, gdyż bardzo skrótowo – acz treściwie – zrobiono to już gdzie indziej i to w bardzo wizualny sposób.    Szkoda, tak nawiasem, że zdawszy sobie sprawę z istnienia mitologii, ktoś uznaje samego Christosa za nierealnego.

Jednak ubierając Christosa w mit „pogański”, nie zaniedbano również wysiłku mającego na celu wepchnięcie tego człowieka także w mit żydowski. Miał on zatem „wypełnić” starotestamentowe „proroctwa” i być całkowicie żydowski. Jednak bardzo szybko liczba chrześcijan wywodzących się spośród „pogaństwa” i spoza kręgu żydowskiego przewyższyła znacznie liczbę chrześcijan żydowskich. Potwierdza to dowodnie, że to, czego ten człowiek nauczał i co propagował oraz sposób przedstawienia go – i to nawet przecież przez żydowskich autorów ewangelii – miały o wiele więcej wspólnego z ówczesnym „pogaństwem” aniżeli z judaizmem.

Mało tego: judaizm praktycznie odciął się od Christosa (poza nielicznymi wyjątkami), a pisany od II wieku n.e. Talmud obrzuca go wręcz niewybrednymi kalumniami. Gdy tymczasem szeregi chrześcijan „pogańskich” szybko rosły, przybywało też utworów poświęconych Christosowi, a mających wyjątkowo niewiele lub zgoła nic wspólnego z tradycyjnymi naukami i nakazami judaizmu.

I tak na dobrą sprawę generalnie niewiele się pod tym względem zmieniło także i dziś, gdyż judaizm Christosa nie akceptuje w dalszym ciągu, gdy natomiast akceptują go buddyści, a także hinduiści, którzy doszukują się w swoich własnych starych pismach  “proroctw” dotyczących jego osoby  (gwoli uczciwości: jeżeli ktoś idzie już tak daleko, by brać proroctwa Starego Testamentu za „dobrą monetę”, to czemu nie te hinduskie?). Akceptuje go także islam, choć nie akceptuje on tradycyjnej wiary w ukrzyżowanie Christosa, uznając – za pewnymi „heretyckimi” chrześcijanami pierwszych wieków naszej ery – że kto inny został zań ukrzyżowany.

I tak jak nawet wśród obecnych niektórych chrześcijańskich heretyków i gnostyków Christos miał przeżyć i udać się potem na południe Francji, tak znowu islamska sekta Ahmadiyya wierzy, że udał się on do Kaszmiru, gdzie znajdować się ma jego grób.

Nie chodzi tu jednak o to, która z owych wersji okaże się w końcu prawdziwa. Ważne jest to, że około 2 tysiące lat temu (choć niekoniecznie akurat w grudniu…) urodził się człowiek, który swym uniwersalizmem zjednał sobie – i zjednuje nadal pomimo upływu tak ogromnego czasu – ludzi różnych kultur, ras, i tradycji religijnych. Trzeba całkiem obiektywnie przyznać, że to naprawdę nieliche osiągnięcie: być uznawanym w rozmaitych religiach naraz…

Wszystkiego Najlepszego zatem z okazji Proroczego Narodzenia !
http://www.youtube.com/watch?v=N4UeEgAaiOU

Continue Reading »
0 Comments

Minarety z galarety

Nov 30th, 2009 by monio
Minarety z galarety

Dariusz Bruncz i Tomasz Terlikowski  (patrz: linki poniżej niniejszego tekstu) otworzyli w serwisie ekumenizm. pl serię artykułów odnoszącą się do ostatniego referendum w Konfederacji Helweckiej, a dotyczącego budowy minaretów.
Obydwaj chyba spudłowali, jeden strzelił za bardzo na prawo, drugi na lewo… Spróbujmy my zatem strzelić wprost w środek. „Dario” wychodzi z założenia, że wynik (ponad 57 procent przeciw minaretom) jest pozytywny, bo oznacza trzymanie się tego, co uważa za tożsamość europejską. „Tomo” zaś nazywa ten wynik „drogą donikąd”, bo jego zdaniem oznaczać to będzie z jednej strony radykalizację muzułmanów, a z drugiej pomoże walczyć w przyszłości z wszelką religią, skoro już dzisiaj wolno zakazywać jej widzialnych, fizycznych atrybutów.

I jeżeliby przyjrzeć się sprawie przez obie pary „okularów” obu Autorów, to obaj mają dużo racji. Jednak cała rzecz akurat jest w czymś zupełnie innym.

Obydwaj Autorzy pomijają najważniejsze punkty całej sprawy: kwestię IMIGRACJI, kwestię WOLNEGO WYBORU dokonanego przez obywateli oraz kwestię SZTUCZNEJ ANTAGONIZACJI do islamu przez NASZE establishmenty polityczne prowadzące wojny i okupacje w krajach islamskich. Dokładnie właśnie tak: obaj Autorzy boją się lasu minaretów w Europie przyszłości, ale to nie muzułmanie okupują jakikolwiek kraj europejski, rozogniając tam „rachunki krzywd” – to skorumpowane i posługujące się kłamstwem rządy zachodnie prowadzą takie wojny i okupacje w krajach islamu już od szeregu lat. I to w poparciu dla Izraela, okupującego taki kraj już od szeregu dziesiątków lat…

Europa nie cierpi dlatego, że jest w niej islam – bo on w niej jest od bardzo wielu stuleci, ale z powodu rosnącej liczby imigrantów, którzy zaczynają już antagonizować (czy tego chcą czy nie) Europejczyków. Odpowiedzialnością za politykę imigracyjną obciążać jednak nie należy islamskich imigrantów (bo co oni winni: że chcieli się przenieść tam, gdzie większy dobrobyt. Ja też tak zrobiłem, więc czemu jestem winny?) lecz europejskie i pozaeuropejskie rządy (USA, Kanada, Australia) oraz mocodawców tych rządów, obficie „smarujących” gotówką tam, gdzie trzeba wspomóc „odpowiedniego” kandydata do parlamentu albo kandydata na premiera… Również nas samych można obwiniać: czemu płodzimy tam niewiele dzieci, że potem się gospodarkę narodową „wspiera” milionami przybyszów wziętych dosłownie skądkolwiek, byle tylko bardziej „ukoloryzować” i wymieszać ze sobą wszystko (czytaj: rasy, kultury i religie) co się da, obojętnie czy to akurat jest zabieg korzystny czy nie…

To tyle odnośnie imigracji. Również odnośnie radykalizacji, bo te zbrodnicze wojny zamorskie bardziej radykalizują muzułmanów niż brak tu i ówdzie jakiegoś minaretu. Zapytaj sam siebie, Tomaszu: ile to tych minaretów jest naprawdę koniecznych do normalnego funkcjonowania religii islamskiej (wzgląd polityczny i propagandowy akurat celowo pomijam)? Czy powiedziałbyś na przykład, że w każdym wiejskim z***piu potrzebna jest d**na kościelna wieża gotycka? Nie, bo dzwony mogą tam być mniejsze i wisieć sobie w znacznie niższej wieży, albo nawet w wieżyczce na dachu albo pod t.zw. przydaszkiem od frontu (większość wczesnych kościołów europejskich NIE miała pierwotnie żadnych wież…). Podobnie rzecz ma się z minaretami: meczety nie muszą ich mieć w ogóle, a wcale przez to nie stają się „obumarłe”. Powiedzmy to sobie wprost, bez owijania całej sprawy w nadmiar „bawełny”: minarety są meczetom obecnie akurat tak „potrzebne do szczęścia”, jak przysłowiowy „zającowi dzwonek”…

No i właściwie na tym cała sprawa mogłaby się zakończyć: chodziło w całej sprawie O NIC, gdy chodzi o samo meritum swobód religijnych. Minaret to jednak potężna struktura, więc chyba i rację mają ci, którzy wskazywali na polityczno-propagandowe aspekty całej muzułmańskiej batalii o te ogromne dominanty.

O co zatem tak naprawdę chodzi w referendach takich jak to helweckie? Tak, rozmaitym ludziom może chodzić o rozmaite rzeczy (inaczej pewnie „Tomo” i „Dario” nie różniliby się zbytnio w poglądach).

Otóż chodzi o ten trzeci z wymienionych na wstępie aspektów: O WOLNY WYBÓR.

I tu obydwaj Autorzy chybili już zupełnie, ba, nie trafili nawet w obrzeżenie tarczy. Ani bowiem referendum nie oznacza obrony stanu obecnego, ani nie stanowi drogi donikąd. Od kiedy to referendum i wolny wybów są „drogą donikąd”, „Tomo”? To KTO, Twoim zdaniem, ma decydować o tym, co ma być i co nie ma być budowane w kraju? Czy nie wiesz o tym, że jak chcesz sobie dobudować chlewik od tyłu willi – na Twoim własnym gruncie!, to musisz mieć zgodę miejscowej rady, a w najlepszym wypadku zgodę bezpośrednich sąsiadów?

Referendum też nie oznacza, że minarety po wsze czasy zostaną zakazane w Helwecji. To oznacza jedynie, że NARAZIE ich tam nie będzie. No, bo jeśli za parę albo paręnaście lat Helweci jednak, w innym już referendum, zdecydują, że  i owszem, niech będzie tych minaretów nawet cała dżungla – to co: też będzie to droga donikąd?

Sam pewnie życzyłbyś sobie, aby Polacy mieli takie referendum całkiem niedawno, gdy o wiele powżniejsza kwestia się ważyła niż minarety: a mianowicie kwestia (dalszego, konsekwentnego) ograniczenia suwerenności ich własnego państwa. Wywierające na nas (oraz na czeskiego prezydenta Klausa, tego „Jana Hachę” naszych czasów) t.zw. „czynniki europejskie” też najwyraźniej uznały, że referendum to „droga donikąd” (zapewne obawiali się o rezultaty bardziej niż w Irlandii…). Wybrali inne rozwiązanie. A nasze władze potulnie się podporządkowały niczym ci zdrajcy z Sejmu w XVIII wieku, co uznali Traktaty (nie, nie „Lizbońskie”, ale Rozbiorowe).

Ale jeszcze raz pytam: KTO, jeśli nie obywatele, ma decydować, co się w okolicy buduje, a czego nie?

Poza tym jest jeszcze jedna rzecz: nawet zwycięstwo „minaretowców” w referendum nie oznaczałoby jeszcze, że one natychmiast byłyby wznoszone. Konfederacja Helwecka składa się z 25 kantonów, a te z mniejszych jeszcze jednostek administracyjnych. Tam też są władze, tam też są wspólnoty i tam też się poddaje rozmaite projekty pod głosowanie. Czyli: obecne wybory mogliby nawet teoretyczni wygrać „minareciarze” osiągając 100 procent poparcia, a następnie…. przez dziesiątki lat mógłby nie powstać tam  ani jeden minaret… Bo wolny wybór przysługuje w Helwecji (narazie przynajmniej) nie tylko ogółowi obywateli, ale i wspólnotom lokalnym.

„Tomo”:  referenda to jedyna droga (i to wcale nie „donikąd”) rozstrzygania kwestii budzących takie emocje, jak ta.

„Dario”: Europa nie straci nic na swej tożsamości, jesli ktoś w niej zbuduje minarety. Straci natomiast, jeśli dalej będzie poddawana barbarzyństwu gangów politycznych spod znaku „multi – kulti”, zamieniających Kontynent w grunt pod przyszłe konflikty rasowe i kulturowe.

References:

“Dario”   “Brawa dla Szwajcarów”
“Tomo”  “Szwajcarska droga donikąd”

Continue Reading »
0 Comments

Technologiczny buddyzm…

Oct 1st, 2009 by monio
Technologiczny buddyzm…

-…czyli podstawy wiary i praktyki scjentologów

Licząca sobie trochę ponad pół wieku scjentologia budzi szereg ostrych kontrowersji. Co prawda fala największych ataków na nią zdaje się obecnie słabnąć, wciąż jednak jest ona ofiarą wielu nieporozumień. Według jednych nie jest ona w ogóle religią. Inni mylą scjentologów z chrześcijańskimi scjentystami. Dyskusje dotyczące scjentologii pełne są opinii, mało jest w nich jednak… samej scjentologii. Poniższy tekst stanowi wprowadzenie – w prostych słowach – do podstaw scjentologicznej wiary i praktyki.

  “Scjentologia posiada cechy charakterystyczne dla religii. Posiada teologię, zespół praktyk umożliwiających sięgnięcie do sfery duchowej w każdej osobie ludzkiej, ‘bardzo zbiurokratyzowaną’ strukturę kościelną oraz rytuały religijne (…) Scjentologowie czynią użytek z instrumentów racjonalności w służbie na drodze mistycznej, samo-przemiany oraz transformacji świata. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu wydaje się ona być unikalna wśrod religii.”

(Regis Deriquebourg, “Scientology. Its Cosmology, Anthropology, System of Ethics & Methodologies”. W: “Scientology. Theology & Practice of a Contemporary Religion”, Los Angeles 1998, s. 175)

Frank Flinn (Washington University, St. Louis, Missouri) określił scjentologię mianem “technologicznego buddyzmu” (“Scientology as Technological Buddhism” w: Alternatives to American Mainline Churches. New York 1983).

Najprościej sprawę ujmując, można powiedzieć, ze scjentologia jest religią łączącą w sobie trzy elementy: filozofię Wschodu, strukturę organizacyjną Zachodu oraz oraz praktyki i język technologiczny połowy XX wieku.

Jej nazwa pochodzi od dwóch słow: łacińskiego scio (“wiedzieć”) i greckiego logia (“wiedza”, “zbiór”, “zbiór wiedzy”), których połączenie najłatwiej tłumaczyć jako… “wiedza o wiedzy”; scjentologowie lubią to tłumaczyć w dość wolny sposób jako “wiedzieć jak wiedzieć”.

Co to jest “thetan” ?

Popularne jest stwierdzenie “człowiek posiada duszę”. Innym, również dość popularnym wyrażeniem jest “człowiek składa się z ciała i duszy”. Scjentolog natomiast powiedziałby raczej coś innego: “dusza posiada ciało i umysł”. Dla scjentologa jednak to, co jest ową “duszą”, stanowi cząstkę (lub chyba nawet lepiej: “jednostkę”) jednego “ducha”. Z kolei ów duch pojmowany jest jako “siła życia”. Nie należy mylić tego w scjentologii z żadną “energią”, gdyż energia nie powstaje z niczego, lecz – wręcz przeciwnie – sama jest wytworem czegoś innego. Każdy typ energii powstaje w wyniku pewnych procesów. Natomiast “siła życia” lub “podstawa wszelkiej egzystencji” nie jest stworzona przez nic i przez nikogo. Określenia “duch” i “dusza” maja jednak szereg rozmaitych definicji. Aby zatem nie było nieporozumień co do tego, co pod tym pojęciem rozumiane jest w scjentologii, główny twórca tej religii, R. Hubbard zaproponował nadanie owej “podstawie egzystencji” nazwy theta od greckiej litery “theta”. Poprzez dodanie litery “n” powstaje słowo “thetan”, które oznacza właśnie ową cząstkę “podstawy życia”. To właśnie thetan jest osobą, która posiada dwa inne jeszcze elementy: ciało (body) oraz umysł (mind).

Materia, energia, przestrzeń i czas…

Theta jako podstawa życia oddziaływuje na świat fizyczny: kształtuje materię i energię w przestrzeni oraz czasie. Angielskie nazwy tych elementów to Matter, Energy, Space, Time, których pierwsze litery dają skrót MEST.

 W Kościele Katolickim mówi się często o Siedmiu Prawdach Wiary. Ich odpowiednikiem w scjentologii są Aksjomaty, a jest ich 58. Ujmują one istotę korelacji pomiędzy theta i MEST i stanowią podstawę wiary scjentologicznej.

Zbawienie

Scjentologiczna koncepcja zbawienia różni się od tej, którą oficjalnie reprezentowana jest w głównych nurtach chrześcijaństwa, podobna jest ona natomiast do tej reprezentowanej przez religie wschodnie. Thetan przechodzi przez wiele kolejnych ciał (reinkarnacja) poprzez swoje kontakty z wszechświatem fizycznym. Według scjentologów thetan (czyli człowiek) jest w zasadzie dobry. Zbawienie jest osiągane poprzez powiększanie własnej świadomości duchowej aż do osiągnięcia “całkowitej wolności”. Praktykowanie scjentologii ma dopomóc człowiekowi w znajdywaniu własnych odpowiedzi i rozwiązan życiowych. Ostatecznie człowiek ma osiągnąć świadomość, że jest duchem niezależnym od ciała, który przetrwa zachowując swą pamięć i tozsamość.

Osiem dynamik życia

Fundamentalnym poglądem przewijająm się przez scjentologiczne spojrzenie na wszechświat jest ten, że pierwszorzędnym celem wszelkich form życia jest przetrwanie (survival). Nazywany jest on “dynamiczną zasadą egzystencji”.

Zasada ta kategoryzowana jest w osiem dynamik, reprezentujących poszczególne aspekty dynamiki przetrwania.

“Postrzegane jako koncentryczne koła rozrastające się ze wspólnego środka, owych osiem dynamik reprezentuje wzrastającą świadomość uczestnictwa we wszystkich elementach życia. Owe dynamiki reprezentują pogląd scjentologii na kosmos.” (Scientology. Theology & Practice of a Contemporary Religion. S.22)

Jest to między innymi powodem, dla którego popularne ilustracje fotograficzne scjentologii w wydawnictwach propagandowych tego kościoła posługują się wizerunkiem osoby lub osób (niejednokrotnie w mundurach scjentologicznej Organizacji Morskiej) na tle gwiaździstego nieba z planetami. Piszącemu szczególnie utkwiły w pamięci dwie takie ilustracje: jedna przedstawiająca audytora scjentologicznego z przyrządem znanym jako E-meter, wpatrzonego w kosmos oraz młodych członków Organizacji Morskiej z marynarskimi czapkami na tle gwiazd. Ilustracje tego typu stanowią współczesną formę “ikony” w symboliczny sposób akcentującej nierozerwalne związanie ludzkiej egzystencji z wszelką formą życia we wszechświecie.

Jednym z symboli używanych przez scjentologię jest znak krzyża, nie mający jednak żadnego związku z chrześcijaństwem i nie będący nawet symbolem scjentologii jako religii, lecz symbolem owych ośmiu dynamik życia. Symbolem zaś scjentologii jako religii jest wydłużona litera “S” z dwoma trójkątami (jak powyżej we wprowadzeniu).

A oto poszczególne dynamiki życia przedstwione tu tak, jak rozumiane są w scjentologii:

Własna osoba (self) – jest to dążenie do istnienia i przetrwania charakteryzujące każdą osobę

Rodzina – dążenie do istnienia i przetrwania poprzez prokreację i wychowywanie dzieci

Grupy – jest to takie samo dążenie, lecz rozszerzone na większe zbiorowiska ludzi. Grupą taką jest grono przyjacioł, wspólnota, narod, rasa, państwo

Rodzaj ludzki – dążenie do przetrwania poprzez rodzaj ludzki i jako rodzaj ludzki

Wszelkie formy życia. Celem jest tutaj zachowanie wszelkich form życia, bazując na założeniu, że formy te są sobie wzajemnie potrzebne

Wszechświat. Jest to dążenie do istnienia i zachowania fizycznego wszechświata przez tenże wszechświat i przy pomocy wszelkich jego komponentow – a więc materii, energii, przestrzeni oraz czasu.

Duch – jest to dążenie do przetrwania jako byty duchowe oraz dążenie samego życia jako takiego do przetrwania. Jest to źródło życia, czyli theta

Nieskończoność – ta dynamika nazywana jest powszechnie Bogiem, Najwyższym Bytem lub Stwórcą. W odróżnieniu od szeregu innych religii, scjentologia nie próbuje w dogmatyczny sposob zdefiniować natury lub charakteru Boga. Nie oznacza to jednak, że w religii tej nie istnieje wiara w Boga. Wręcz przeciwnie, scjentologowie zdają się mieć dość radykalne poglądy na wiarę w Boga, by zacytować tylko głównego załozyciela tej religii, Lafayette Ronalda Hubbarda:

“Żadna kultura w historii świata, poza całkowicie zdeprawowanymi i wymierającymi, nie zaniedbała afirmacji istnienia Najwyższej Istoty. Jest rzeczą potwierdzoną  empirycznie, że ludzie pozbawieni silnej i trwałej wiary w Najwyższą Istotę są mniej zdolni, mniej etyczni i mniej wartościowi dla samych siebie i społeczeństwa. (…) Człowiek pozbawiony trwałej wiary jest, jak wskazuje sama obserwacja,  bardziej przedmiotem niż człowiekiem.”

Uważają oni ponadto, że studiowanie umysłu oraz chorób przezeń spowodowanych nie powinno być wyłączone z religii ani prowadzone w dziedzinach pozareligijnych (p. Wyznanie Wiary w przypisie 2).

Nauka bez religii jest kulawa; religia bez nauki jest ślepa” (Albert Einstein)

Opierając się na powyższej zasadzie, scjentologowie uważają, że ich religia stanowi “stosowaną filozofię religijna i technologię rozwiązującą problemy ducha, życia oraz myśli”.

Owe problemy nie są permanentne i mogą być przezwyciężane przez świadomość oraz wiedzę. Przykładem takiego nastawienia jest technika dianetyczna. Słowo “dianetyka” pochodzi od dwóch greckich słow: “dia” (przez) oraz “nous” (umysł). Dziedzina ta zakłada, że umysł ludzki dzieli się na analityczny (będący w stanie rejestrować fakty, analizować je i rozwiązywać problemy) oraz reaktywny, który jedynie rejestruje fakty nieświadomie lub podświadomie i reaguje na nie bez możliwości przeanalizowania ich. Fakty rejestrowane są tam w postaci t.zw. engramów będących w stanie powodować stresy, niepożądane emocje i choroby psychosomatyczne. Zadaniem zatem technik dianetycznych, stosowanych podczas sesji zwanych auditing (od łacinskiego słowa audire, czyli “słuchać”) jest stopniowe oczyszczenie umysłu z owych engramów aż do osiągnięcia stanu zwanego clear (“czysty”, “jasny”). Każdy uczestnik auditingu, który tego stanu jeszcze nie osiągnął, nazywany jest pre-clear.

Niejednokrotnie clear jest porównywalny w scjentologii do znanego w buddyzmie stanu zwanego Bodhi (oświecony), a Ron Hubbard uważał wręcz, że scjentologia stanowi “rozszerzenie historycznego dzieła Siddharty Gautamy Buddy”.

Sporo mitów narosło wokół tej metody dianetycznej. Tymczasem poprzez całą terminologię scjentologiczna łatwo zauważyć – niczym przez szkło – o co w niej chodzi. Najprościej ujmując chodzi o to, by ów  pre-clear zajrzał w siebie i próbował siebie poznać. By zobaczył zatem co w nim jest złego i by mógł owo zło przezwyciężyć. Od tysięcy lat tak postepuje się m. in. w buddyzmie, nazywając to “medytacją”. W scjentologii owa “medytacja” tym się różni od tradycyjnej, że dokooptowany jest pomocnik znany jako auditor (1). To “dokooptowanie” auditora czyni ów proces w pewnej mierze podobnym do spowiedzi (ale do tej katolickiej raczej niż tej ogólnej, protestanckiej). O ile jednak spowiedź służy wskazaniu zła, to w auditingu probuje się identyfikowac jego przyczynę i tę przyczynę eliminować zamiast skupiać się jedynie na skutku. Poza tym auditing trwa oczywiście znacznie dłużej niż spowiedź.

Auditing jest, ze względu na spełnianą przez siebie funkcję, podstawową formą posługi, jaką ma do zaoferowania kościół scjentologiczny. Wszelkie pozostałe (jak np. rozmaite kursy), o których będzie mowa kiedy indziej (gdyż nie sposób scharakteryzować religii w jednym artykule) stanowią logiczna konsekwencje auditingu.

Auditing jest niejednokrotnie przeprowadzany przy pomocy wspomnianego już przyrządu zwanego E-meter (skrót od electropsychometer). Wokół tego instrumentu narosło bodaj więcej jeszcze legend niż wokół samego auditingu. Piszący wspomina z pewnym rozbawieniem, że kiedyś “dowiedział się” był od pewnego sympatycznego duchownego anglikańskiego, że scjentologowie przy pomocy owego urządzenia poddają swe ‘ofiary’… “elektrowstrząsom”(!).

Tymczasem prawda jest znacznie prostsza, zupełnie pozbawiona sensacji, by nie rzec, że wręcz… banalna: to urządzenie potrafi jedynie odnotować zmiany w reakcji ludzkiego ciała na emocje. W ten sposób bywa ono pomocne przy ustalaniu które z omawianych podczas auditingu spraw stanowią problem emocjonalny dla pre-cleara. Niczego więcej to urządzenie nie potrafi i do niczego więcej się ono nie nadaje. Nie jest ono żadnym “wykrywaczem kłamstwa” (“lie detector”), choć jego zasada działania jest dokładnie taka sama jak owych aparatów zwanych (zupełnie niesłusznie) “wykrywaczami”, a stosowanych czasami w śledztwie (ale nie przez żaden kościół oczywiście). Można zatem odnotować z zadowoleniem, że urządzenie, którego pierwotną funkcją miało być przesłuchiwanie człowieka, u scjentologów znalazło wreszcie swoją właściwą funkcję: urządzenia mającego pomagać człowiekowi; funkcję zatem taką, do której – biorąc swoje możliwości – znacznie lepiej się ono nadaje.

Pojawiają się niejednokrotnie informacje dotyczące nadużywania owego instrumentu w kościele scjentologicznym. Schemat takich “informacji” jest niemal zawsze ten sam: ktoś został scjentologiem, ale po jakimś czasie zdecydował się wystąpić z kościoła. Rozwścieczeni auditorzy zmusili (jak?) ofiarę do przesłuchania z użyciem E-metera oraz szantażowali ją przy pomocy nagranych (?) zapisów jego wcześniejszych sesji auditingu, by zapobiec jego odejściu i zmusić go do pozostania w kościele (po co? Aby trzymać wśród siebie malkontenta na siłę?).

Powiedzmy to jasno: jeżeli kiedykolwiek nastapiło jakiekolwiek nadużycie i znalazło swoj finał na wokandzie, a oskarżonym udowodniono winę, to słuszność jego ukarania nie budzi cienia wątpliwości wśród scjentologów.

Gorsze jest jednak co innego: takie przypadki (a są one istotnie pojedyncze z całego ponad półwiecznego okresu istnienia scjentologii) są niejednokrotnie wykorzystywane do rzucania najzwyklejszych potwarzy na całą scjentologię. Tego rodzaju potwarze też zresztą nieraz znajdują swój finał w sądzie i scjentologowie odnoszą coraz więcej zwycięstw w podobnych procesach. To z kolei jest powodem, dla którego coraz większa liczba ataków na scjentologię przeprowadzana jest anonimowo.

Inną techniką (lub raczej zespołem technik) stosowanym w praktyce, rownież przez ochotników (“Volunteer ministers”)  jest t.zw. “Assist”, procedura pomagająca ograniczyć duchowy komponent bólu fizycznego czy szoku. Zakładając, że człowiek ma tendencję do duchowego (i mentalnego) “wycofania się” z okaleczonej części ciała, “assist” próbuje przywrócić komunikowanie się z nią i w ten sposób przyspieszyć proces leczenia. Dokładniej o tej technice napiszemy innym razem.

 

Sunday service

Stąd też to, co w chrześcijaństwie nazywa się “nabożenstwem niedzielnym”, u scjentologów wygląda zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o ścisłość “Sunday service” dosłownie nie znaczy “nabożenstwo niedzielne” lecz raczej “niedzielna posługa”. I trzeba przyznać, że ma ona istotnie u scjentologów  – przynajmniej częściowo – charakter posługi.

Zaczyna się od odczytania scjentologicznego wyznania wiary (2). Następnie duchowny (ubrany oczywiście po cywilnemu, jako że nie ma tu szat liturgicznych) odczytuje krótki artykuł L. R. Hubbarda na wybrany temat na dany dzień. Po czym wygłasza on “kazanie” bazowane na dziełach tego autora.

To, co następuje potem (t.zw. “group processing”), to rodzaj pół-medytatwnego ćwiczenia, w którym szereg elementów powtarzanych jest wiele razy, na przykład: “znajdźcie w sobie cos, co potraficie zaakceptować”; “znajdźcie w sobie więcej rzeczy, które potraficie zaakceptować”; “znajdźcie w sobie coś, co inni mogliby w was zaakceptować”; “znajdźcie w sobie coś, czego nie potraficie zaakceptować”. I tak dalej.

Stanowi to proste wprowadzenie do głębszego zastanowienia się nad sobą, bazowane na starych technikach wschodnich.

Inną formą takiego ćwiczenia może być imitacją ustanawiania “kontaktu” z wybraną częścią ciała (np. głową, okiem) zarówno przez dotyk, jak i mentalnie. Ustanowienie takiego kontaktu (lub raczej jego przywracanie) stanowi środek, za pomocą którego prowadzi się t.zw. “Assist” wspomniany wyżej.

Stosowane jego elementy, wykorzystywane podczas “Sunday service” mają na celu ułatwianie przysposobienia uczestników do sytuacji, w których musieliby owe elementy wykorzystywać. Stanowi to zatem istotnie formę posługi, choć dla kogoś uczestniczącego w niej po raz pierwszy bez rozeznania o co w tym wszystkim chodzi, zdaje się ona być czymś na kształt dziwactwa. Jednak początkowy brak zrozumienia nie powinien zaskakiwać. W końcu dla kogoś nieobeznanego z poszczególnymi częściami składowymi mszy swiętej, liturgia też jest niezrozumiała, ale to nie powód, by z niej rezygnować.

Po trwajacym 20 do 30 minut “group processing” kolej na to, co u nas nazwanoby “ogłoszeniami parafialnymi”. W wielu wypadkach są to informacje o pracy o ochotnikach scjentologicznych w rozmaitych częściach świata. Kilka lat temu były to informacje o ich pracy  w Azji (a konkretnie w Indonezji) w związku z ‘tsunami’ (i zapewne będzie tak znowu, gdyż kolejne “tsunami” uderzyło w tamtej części świata akurat wczoraj…).

“Sunday service” kończona jest modlitwą o Pełną Wolność. W scjentologii nie ma zbyt wielu modlitw (z którego też powodu słuszniej nazywać ją “religią metody” raczej niż “religią modlitwy”). Ale ta jedna stanowi stały element scjentologicznej liturgii, której czas trwania wynosi w sumie około jednej godziny.

 

Inne ceremonie kościelne:

Ceremonia nadania imienia

Przypomina ona nieco chrzest, ale nie ma ona wiele z nim wspólnego.
Już w formule owej ceremonii dają się słyszeć echa wiary scjentologów w zbawienie jako wynik własnego wysiłku czlowieka. Zwracając się do rodziców dziecka, duchowny mówi między innymi:

“żeby dana mu (jej) była
wszelka szansa zrozumienia
reguł, wedle których
bierzemy udział w grze zwanej Życiem,
oraz, że my wszyscy tu obecni
uczynimy osiągalną dla niego
radę oraz wiedzę,
którą my sami w drodze naszej
zyskaliśmy lub otrzymali.

Jednak zawsze pamiętajmy:
Życie młodego (…) do NIEGO należy
i w rachunku ostatecznym
jego ma być wybór
co do drogi, którą obierze,
gry jaką toczy.”

Ślub

W przypadku ceremonii ślubu warto wrócić na chwilę do prezentowanego powyżej symbolu scjentologii: litery “S” z dwoma trójkątami. Ten górny trójkąt zwany jest “KRC-triangle” od pierwszych liter słów Knowledge, Responsibility, Control (Wiedza, Odpowiedzialność, Opanowanie); ten dolny natomiast to “ARC-triangle”, od Affinity, Reality, Communication (Powinowactwo, Rzeczywistość, Komunikacja). Affinity to po angielsku powinowactwo, ale też pokrewieństwo, posiadanie czegoś wspólnego, a nawet sympatia. Gdy np. dwoje ludzi czuje, że są sobie bliscy i potrafią się zrozumieć, to jest to również “affinity”. Owo zrozumienie, również np. wspólnota zainteresowań, to owa “reality” istniejąca między nimi. Podstawą jednak jest “communication”, czyli porozumiewanie się. Dlatego też podczas zaślubin duchowny prosi, by pobierający się wyobrazili sobie trójkąt ARC wpisany w ślubną obrączkę. Po czym zwraca się do nich tymi słowami:

“Pragnąłbym, abyście uczynili pakt między sobą, że nigdy nie zamkniecie oczu we śnie nad złamanym trójkątem. Uleczcie każde jego złamanie realnością Waszej miłości poprzez komunikowanie się.”

 

Pogrzeb

Podczas pogrzebu raz jeszcze dawany jest wyraz wiary w reinkarnację. Duchowny zwraca się do zmarłego między innymi tymi słowami:

“Nasza strata jest wygraną
w mądrości i umiejętności
dla przyszłych spotkań i nowych uśmiechów.

Tak więc odsyłamy do ciągu znoszącego wszystko czasu
Nasze dziedzictwo,
Naszą nadzieję,
Naszego przyjaciela.

Żegnaj, (…),
Twoi bliscy dziekują Ci, że żyłeś.
Ziemia jest lepszą dzięki Twemu życiu.
Mężczyźni, kobiety i dzieci
Żyją dzisiaj,
Ponieważ żyłeś Ty.

Dzięki Ci, że do nas przybyłeś.
Nie sprzeciwiamy się Twemu prawu do odejścia.
Dług Twój jest spłacony.
Ten rozdział życia Twego jest zamknięty.
Idz zatem, drogi (…) i żyj raz jeszcze
W szczęśliwszym czasie oraz miejscu.”

 

Podsumowanie

Zaprezentowane powyżej informacje w żaden sposób nie wyczerpują tematu scjentologii, który to temat kontynuować zamierzam w dalszych artykułach.

Sam zespół praktyk związanych z auditingiem oraz pogłębianiem wiedzy na oferowanych kursach wymaga osobnego omówienia. Jest on znany w kościele scjentologicznym jako “Pomost do Pełnej Wolności” (Bridge to Total Freedom). Ten zespół będzie bardziej szczegółowo omówiony w artykule poświęconym strukturze organizacyjnej kościoła scjentologicznego, tu jedynie zaznaczymy, że idea takiego pomostu analogiczna jest z praktykami w religiach wschodnich. Wykazuje ona podobieństwa np. do japońskiej “Chin-Kon-Ki-Shin”, tłumaczonej jako “zaspokojenie ducha człowieczego, by powrócił do stanu boskości”.

Na zakończenie powtórzmy w skrócie to, co wyjaśniliśmy powyżej:

Scjentologia jest “technologicznym buddyzmem” (być może nawet “technologicznym gnostycyzmem“) łączącym w sobie trzy elementy: filozofię Wschodu, strukturę organizacyjną Zachodu oraz praktyki i język technologiczny połowy XX wieku. Jej główne założenia oraz cele są następujące:

-          Człowiek jest nieśmiertelnym bytem duchowym;
-          Jego doświadczenie rozciąga się daleko poza pojedyncze życie;
-         
Jego zdolności są nieograniczone, nawet jesli nie są one jeszcze  znane;

-          Człowiek jest w zasadzie dobry;

-          Duchowe zbawienie człowieka zależy  od niego samego, od jego współbraci oraz od osiągnięcia braterstwa ze wszechświatem;

-          Scjentologia nie jest religią dogmatyczną, w której wymaga się przyjęcia czegokolwiek na wiarę. Polega ona na stosowaniu jej zasad oraz obserwowaniu i doświadczaniu rezultatów;

-          Ostatecznym celem scjentologii jest duchowe oświecenie oraz wolność jednostki.
 
c.d.n.
 
 
 
 
 

_________________________________________________

 

Przypisy

1. Praktyka auditingu przypomina m.in. praktykę zwana “Naikan” w odmianie szintoizmu znanej jako “Oomoto”.  Inną podobną praktyką w Japonii jest “Sin-So-Kan” w odmianie szintoizmu zwanej “Seicho-no-Ie”. Różnica między auditingiem a owymi praktykami japońskimi jest ta, że w auditingu “pre-clear” mówi auditorowi w szczegółach o tym, co go niepokoi w przeszłości jego życia, podczas gdy w przypadku praktyk japońskich osoba dokonuje własnej refleksji, korzystając jedynie ze wskazań nauczyciela.

Pomoc auditora czyni cały proces przystępniejszym na Zachodzie, gdzie tego rodzaju praktyki (zwłaszcza o medytatywnym charakterze) nie są popularne i ludzie szybko się do nich zrażają. Oferowane  na Zachodzie przez buddystów wprowadzenia do medytacji (często stanowiące serię np. ośmiu sesji) cieszą się pewnym powodzeniem, ale liczba osób uczestniczących w nich zmniejsza się gwałtownie z każdą sesją. O ile np. na pierwszą sesję przychodzi ok. 20 osób, to do ostatniej dotrwają 3-4 osoby. Ludzie Zachodu nie są do takich praktyk przyzwyczajeni, zatem pomoc auditora okazuje się tu bardzo wartościowa.

 

2.  “My, ludzie Kościoła (“we of the Church”) wierzymy:

że wszyscy ludzie wszelkiej  rasy, koloru skóry czy wyznania zostali stworzeni z równymi prawami;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo  do własnych praktyk religijnych i ich wykonywania;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do swego życia;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do zdrowia;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do obrony;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do zakładania, wyboru, pomagania i wspierania własnych organizacji, kościołów i rządów;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do swobodnego myślenia, do swobodnego wypowiadania i pisania swych opinii oraz do wypowiadania się i pisania o opiniach innych i do sprzeciwiania się im;

że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo do tworzenia własnego rodzaju.

Że dusze ludzi posiadają prawa ludzi;

Że studiowanie umysłu oraz leczenie chorób przezeń spowodowanych nie powinno byc wyalienowane z religii Ani prowadzone w dziedzinach pozareligijnych;

I że żadna instancja poza Bogiem nie posiada mocy zawieszania lub usuwania tych praw jawnie lub niejawnie;

I my, ludzie Kościoła, wierzymy;

że człowiek jest w zasadzie dobry;

że pragnie on przetrwania;

że jego przetrwanie zależy od niego samego

i od jego współbraci oraz

od osiągnięcia przez niego braterstwa ze wszechświatem.

I my, ludzie Kościoła, wierzymy, że:

Prawa boskie zakazują człowiekowi:

unicestwienia własnego rodzaju;

unicestwienia zdrowia innych;

unicestwienia lub zniewolenia czyjejkolwiek duszy;

unicestwienia lub ograniczenia możliwosci przetrwania

innego człowieka lub własnej społeczności.

I my, ludzie Kościoła, wierzymy, że duch

Jest w stanie przetrwac oraz że duch sam w sobie

jest w stanie zachować lub uleczyć ciało.”

     

3.  “Niechaj autor wszechświata sprawi, by wszyscy ludzie osiągnęli
zrozumienie swej duchowej natury.
Niechaj zwieksza się świadomość i zrozumienie życia, aby wszyscy mogli poznać  autora wszechświata.
I niechaj inni również osiągną owo zrozumienie, które niesie ze sobą Pełną Wolność.

W obecnej chwili modlimy się za tych, których wolność jest zagrożona;
Za tych, którzy cierpią uwięzienie za swą wiarę; za tych, którzy są zniewoleni i umęczeni oraz tych, co cierpią wskutek brutalności, podstępu i napaści.

Modlimy się o zachowanie ludzkich praw, aby wszyscy mogli swobodnie wierzyć i wielbić tak, aby wolność znów zagosciła na naszej ziemi; wolność od wojny i od nędzy; wolność istnienia, wolność działania i wolność posiadania.

Wolność uzywania i rozumienia ludzkiego potencjału; potencjału, który jest boskim i od Boga nadanym.
I wolność osiągania tego zrozumienia i świadomości, które są  Pełną Wolnością.

Niechaj Bóg uczyni, aby tak się stało.”

 

http://en.wikipedia.org/wiki/Scientology obszerny material o scjentologii

Continue Reading »
1 Comment

Reinkarnacja – czyli: JEST JESZCZE LEPIEJ, Panowie!

Aug 10th, 2009 by monio
Reinkarnacja – czyli: JEST JESZCZE LEPIEJ, Panowie!

Poniższy tekst stanowi kontynuację oraz poszerzenie tez artykułu zamieszczonego wcześniej pod tytułem „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!”.  Bezpośrednim bodźcem do napisania obecnego tekstu stały się obszerne cytaty zamieszczone pod tamtym, pierwszym artykułem, gdy pojawił się on w serwisie http://www.kosciol.pl/article.php/200411140625438. Zawarte w nich argumenty zasługują, jak uznałem, na szerszą odpowiedź. Serdecznie dziękuję (i to wciąż, dzisiaj jeszcze!) „Łukaszowi” za zwrócenie mi na nie uwagi. Również „MedievalMan” (Andrzej), stały i zadomowiony gość tamtego Serwisu (i mój stary znajomy z niejednej  dyskusji)  zasugerował wtedy powrót do tego tematu. Powróciłem więc do niego ponownie (i zapewne nie po raz ostatni). Pod tekstem podane są linki do użytecznych stron na ten temat.

Nie będziemy tu jakimś „tytułem rewanżu” próbowali montować tezy, według której np. wiara w fizyczne zmartwychwstanie ciał “okalecza człowieczeństwo poszczególnego człowieka niszcząc jego osobowość” (to też autentyczny cytat wyjęty z ust polskiego duchownego nt reinkarnacji…). W ogóle nie zamierzamy się tu ustosunkowywać do tezy o fizycznym zmartwychwstaniu ciał. Nie będziemy więc próbowali dokonywać jej oceny jako czegoś doskonałego, dobrego, złego czy nijakiego, zostawiając to samym wierzącym. Nie zamierzamy w związku z tym zestawiać całego tasiemca cytatów, od starożytnych po współczesne, wykpiwających teorię zmartwychwstania ciał (a byłoby co poczytać i z czego się pośmiać) choć zapełniłyby one niezłą broszurkę. Ustosunkujemy się jedynie do ataków na reinkarnację i do oceny tych ataków, nie próbując żadnego kontrataku czy „przeniesienia walki na terytorium przeciwnika”. Gdybyśmy bowiem to zrobili, zarzuconoby nam od razu obrazę uczuć religijnych i hipokryzję.

Dlaczego trwa?

Ileż to zawdzięczamy „poganom”! My i „ortodoksi”! Nie byłoby dzisiaj żadnej dyskusji o reinkarnacji między nimi a nami, nie byłoby zaangażowania całych nieraz ośrodków kościelnych, ba, nawet poszczególnych najwyższych rangą hierarchów. Nie byłoby w ogóle żadnej dyskusji na ten temat, gdyby nie ogromne dziedzictwo „pogańskie”, które my, heretycy, dzielimy wraz z „ortodoksami”. Bo żeby taka dyskusja stała się możliwa, to najpierw konieczny był koncept nieśmiertelnej duszy. A ten starożytni Żydzi przejęli wprost od pogan, najprawdopodobniej od Greków. Przejęli i zachowali go. I dzięki temu wszystkie trzy religie „niepogańskie” były w stanie rozwinąć całe filozofie bazowane na tym koncepcie przejętym od religii, o których niektórzy nasi ortodoksi twierdzą, że tak niewiele rzekomo mają z nimi wspólnego.

Wiedząc jak cienka jest ewidencja potępiania przez kościół chrześcijański idei reinkarnacyjnej, kardynał Schőnborn użył niedawno zadziwiającego argumentu. Mianowicie kościół nigdy formalnie jej nie potępił…

„nie dlatego, by mógł uważać ją za doktrynę do pogodzenia z wiarą chrześcijańską, lecz wprost przeciwnie, ponieważ reinkarnacja w tak oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom tej wiary, że potępienie nigdy nie wydawało się konieczne.”

Przyjrzyjmy się temu bliżej. Gdyby istotnie tak było, że reinkarnacja była nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to po prostu wiara w nią nie trzymałaby się go, a praktycznie rzecz biorąc trwa ona w nim bez przerwy. Byłoby to po prostu niewykonalne. Już sam fakt jednak, że jest ona nieprzerwanie w nim obecna, stanowi żywy i niepodważalny dowód, że godzi się ona z nim perfekcyjnie. Nie jest ona sprzeczna z żadną wartością chrześcijańską. Dosłownie z żadną.

Jeśli natomiast miałaby ona być nie do pogodzenia z naszą religią, to nie trzymałaby się ona jej tak jak nie trzyma się jej politeizm. Te dwa systemy: chrześcijaństwo i politeizm po prostu się siebie nie trzymają (no, mówi się co prawda o mormonach, że są politeistami, ale ich politeizm jest pozorny i powierzchowny). Politeizm trzyma się natomiast i to całkiem dobrze hinduizmu. Niekoniecznie dlatego, ze hinduizm nie może być czym innym niż politeizmem. Może, bowiem istnieje w nim także nurt monoteistyczny, a nawet panteistyczny.

Chrześcijaństwo od samego swego początku stykało się z kulturami politeistycznymi dokładnie tak, jak z reinkarnacjonizmem. Jednak reinkarnacjonizm zadomowił się w nim na stałe, podczas gdy politeizm nie.

Fakt, że politeizmu w chrześcijaństwie nie uświadczysz, jest z kolei niepodważalnym dowodem, że jest on z nim (przynajmniej teoretycznie) istotnie nie do pogodzenia. Jedną z przyczyn (choć nie jedyną, oczywiście) jest fakt, że chrześcijanie od początku i bez owijania w bawełnę stwierdzali, że ich zdaniem jest tylko jeden Bóg (ewentualnie dwóch lub jeden oraz demiurg). Postępowali oni zatem w sposób zupełnie odwrotny niż sugeruje kard. Schőnborn, według którego potępienie poglądu nie jest konieczne, jeśli pogląd ten w oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom (…) wiary”.

Nie da się tego powiedzieć o reinkarnacji, co do której takich zdecydowanych stwierdzeń nie było. Polemiści próbujący (tak jak chociażby o. Jacek Salij) podważyć sens reinkarnacjonizmu w naszej religii m.in. za pomocą cytatów biblijnych, stąpają tu po wyjątkowo śliskim gruncie, bo żaden cytat biblijny, jak wskazywaliśmy już w poprzednim artykule, nie zawiera niczego, co stanowiłoby jakąkolwiek ewidentną krytykę reinkarnacjonizmu. To, co zatem owi polemiści mogą nam przeciwstawić w tej mierze, to ich własne interpretacje poszczególnych, nielicznych (na ogół jednozdaniowych) cytatów. Nie inaczej wygląda to w owym słynnym, nieustannie przywoływanym cytacie z Listu do Hebrajczyków, do którego ustosunkowaliśmy się już 2 lata temu w artykule „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!” :

“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze “Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”

To nasza interpretacja tego wersetu. Przeciwnicy reinkarnacji mają oczywiście swój własny sposób tłumaczenia tego fragmentu, co niewątpliwie potrafimy uszanować. Ba, nie wykluczamy i tego, że autor owego Listu sam nie wyznawał reinkarnacji. Sposób sformułowania tego zdania jak najbardziej uzasadnia i taką możliwość.  Jednak nawet jeśli tak istotnie było, to nigdzie w jego tekście nie znajdziemy jakiegokolwiek potępienia takich wierzeń, dokładnie tak, jak nie znajdujemy ich gdziekolwiek indziej w całej Biblii, bo już nie tylko w Nowym Testamencie.  Stąd też moje wcześniejsze określenie o „milczeniu grzmiącym niczym ciężkie działa”. Grzmiącym nie poparciem reinkarnacjonizmu, ale grzmiącym brakiem jego krytyki. Dlatego też poźniejsze pełne nieraz przysłowiowej „piany na ustach” tyrady innych zupełnie autorów z powołaniem się na teksty biblijne, stanowią zabieg w tym samym stopniu wątpliwy w sensie merytorycznym, co wręcz po prostu nieuczciwy.

Poglądy reinkarnacjonistyczne stanowią u nas stały już element tradycji i wszystko wskazuje na to, że tak już pozostanie. Probują liczni teologowie, hierarchowie i bibliści wykazać i udowodnić jej “obcość” u nas i wszyscy dobrze widzimy z jak beznadziejnym skutkiem: reinkarnacjonistów  u nas coraz więcej. Skutek ten sam w sobie wykazuje ponad wszelką wątpliwość, że jeśli cokolwiek tu jest istotnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to raczej próby “odkrojenia” odeń reinkarnacjonizmu. Zupełnie one zawodzą i stanowią całkowitą stratę czasu i energii. Skazane są (i były) na całkowitą klęskę i to już od samego zarania. Wypada jednak przyznać, że odegrały one też pozytywną role swego rodzaju “próby ognia” oraz testu, który reinkarnacjonizm zdał po prostu celująco, wychodząc zwycięsko z owych egzaminów i wodząc za nos swych “prześladowców” niczym Joanna d’Arc swoich sześcdziesięciu sędziów w Rouen. Reprezentuje ona upór i witalność godną owej dziewiętnastolatki z Lotaryngii. Ma jednakże nad ową zbrojną dziewicą ogromną przewagę: reinkarnacjonizmu nie da się spalić niczym żywego człowieka.

Czy jednak – brzmi uzasadnione pytanie – kościół chrześcijański nie powinien odrzucić reinkarnacji w celu zachowania pewnego niekwestionowanego fundamentu, pewnych granic, po przekroczeniu których chrześcijańska tożsamość staje pod znakiem zapytania?

Na ten argument udzielić można dwojakiej odpowiedzi, a obie jej części, traktujące o rozmaitych aspektach zagadnienia, doskonale się wzajemnie uzupełniają, jeśli nie wręcz zazębiają:

  • Właśnie po to istnieją rozmaite kościoły, denominacje, nawet sekty, by mogły one zachować, strzec i propagować rozmaite dogmaty, rozmaite interpretacje dogmatów, interpretacje wierzeń czy Biblii (i takie też zadania same sobie stawiają). Tak więc “rozmywaniem granic” nie ma specjalnego powodu się przejmować. Jest to, nawiasem, jeden z tych powodów, dla których nie należy tworzyć jednej wspólnej instytucji kościelnej z jedną hierarchią i doktrynalną urawniłowką. Historia uczy bowiem, że takie unifikacje, obok oczywistej sztuczności, przynoszą ze sobą pokusę – a co za tym idzie, również praktykę – uniformizacji, której owocem jest nietolerancja nawet w ramach jednego i tego samego kościola, “denominacyjny imperializm”, który dokonał w przeszłości straszliwego spustoszenia i przyniósł ze sobą poźniej prawdziwie bolesne podziały i niejedną wojnę religijną chrześcijansko-chrześcijanska oraz wiele straszliwych zbrodni czyniących z kościoła kościoł-imitacje. Lepiej już, jeśli się denominacje kłocą niż żeby chrześcijanie mieli się wzajem nienawidzić.
  • Troska o granice dogmatyczne i obawa przed dogmatycznym relatywizmem przesłania znacznie ważniejszą kwestię: kwestię relatywizmu moralnego, która gubi się nieraz w gąszczu szarpaniny np. o prymat papieski, liczbę sakramentów oraz czy sakramenty są ważne tylko w jednym kościele i czy wolno przystępowac w kościele innym niż własny. Prowadzi się dziką kampanię dzielenia chrześcijan na chrześcijan i niechrześcijan. Owa mania “wykluczactwa” sięga już nieraz takich szczytów, że nawet podstawowe wspólne akcje o charytatywnym charakterze stają się niemożliwością. Miałem szereg lat temu okazję rozmawiać ze Świadkami Jehowy na temat takich wspólnych akcji i zapytałem, czy prowadzą takie akcje np. wspólnie z kościołem katolickim. Odpowiedzieli, że nie. Na pytanie zaś o powody tego stanu rzeczy stwierdzili, że m.in. dlatego ,że “nie uznajemy ich (t.j. KRK) dogmatu o Trójcy Świętej”. My też nie mamy się tu czym poszczycić, bo nasze dytansowanie się od nich w kwestii wspólnej działalności motywowane jest tymi samymi powodami.
  • Stara, chrześcijańska tradycja…

    Niejednokrotnie czytamy, że antropologia biblijna rzekomo wyklucza reinkarnację. Korzeni tej antropologii poszukiwać należałoby oczywiście już w Starym Testamencie.

    Ale właśnie ten argument pośrednio dodatkowo uzbraja naszą tezę. Otóż fakty, które się przytacza (a których nie negujemy, jeśli już, to  raczej wręcz przeciwnie) świadczą jedynie o tym, że Żydzi z owego okresu nie znali (lub co najmniej mogli nie znać) pojęcia reinkarnacji. Nie dziwi to wcale: skoro bowiem później niż poganie posługiwać się zaczęli pojęciem nieśmiertelnej duszy, to i później też przyszło im zastanawiać się nad pojęciem reinkarnacji. Nie znając go zaś, nie mogli go odrzucać. Odrzucać bowiem da się jedynie coś, o czym się wie. Odrzucanie lub akceptacja (tudzież obojętność) były zatem dla nich możliwe tylko po tym, gdy koncepcja ta stala się dla nich dostępna. Stąd też dziś część z nich tego konceptu nie aprobuje, a część aprobuje, wszyscy oni jednak są Żydami. Byłoby raczej nieładnie z naszej strony pouczać judaistów co to jest “prawdziwy judaizm”. Chyba, że jesteśmy gotowi z pokorą poddać się tyradzie np. sikha na temat tego, czy jesteśmy “prawdziwymi chrześcijanami” i dać się takiemu uturbanionemu Azjacie “wykluczyć” z naszej religii, jeśli on dojdzie do wniosku, że się już nie zaliczamy

    Argument o “wykluczeniu przez nieznajomość” jest zatem poważną pułapką.

    Jeśli przed Kolumbem w Europie nikt nie wiedział o istnieniu Ameryki, to czy fakt tej niewiedzy wykluczał jej istnienie? I czy po jej odkryciu kwestią “ortodoksji” naukowej jest nieuznawanie możliwości istnienia tego kontynentu? Czy fakt, że nie spotykamy się na codzień z “kosmitami” stanowi dowód rozstrzygający o braku życia poza naszą planetą? Zgoda, historycznie rzecz biorąc systemy religijne i filozoficzne bazowały na założeniu, że gdzie indziej nie ma życia ludzkiego (lub podobnego). Nie da się jednak na tej podstawie wykluczyć innych możliwości, tak jak nie sposób kompromitować tych religii. Czy zatem wierzący w istnienie “kosmitów” to ludzie, którzy kompletnie błądzą?

    Po to, by w cokolwiek wierzyć, nie trzeba dowodow, że wierzono tak już przed wiekami czy tysiącami lat. Naukowcy co prawda nie wykluczają, że koncepcje reinkarnacyjne mogły istnieć niemal od zarania historii ludzkości, ale nawet gdyby ich wtedy nie było, to co z tego? Chrześcijaństwo ani judaizm czy islam też nie istnieją “od zawsze”, czy zatem należy je z tego powodu marginalizować?

    Tak i z reinkarnacją: wierzyć w nią można, nawet gdyby jako koncepcja pojawiła się dopiero wczoraj. Gwoli ścisłości podkreślić warto jednak, że tak oczywiście nie jest. Samo chrześcijaństwo jest “młodzieniaszkiem” wobec tej koncepcji, co oznacza, że cała chrześcijańska tradycja i dogmatyka jest od niej młodsza. A w samym chrześcijaństwie (żeby już zbyt daleko w przeszłośc nie wychodzić) jest ona starsza niż zdecydowana większość tradycji, starsza niż wszystkie dogmaty. Wiara w nią czyni zatem z każdego chrześcijańskiego reinkarnacjonisty spadkobiercę tradycji:

    -          starszej niż dogmat o Trojcy Świętej,
    -          starszej niż doktryna o wspołistotności Pomazańca z Bogiem Ojcem, czyli:
    -          starszej niż cała kontrowersja ariańska,
    -          starszej niż Credo nicejsko-konstantynopolitańskie,
    -          starszej niż proklamowanie Marii “Matką Boską” (Theotokos),
    -          starszej niż wiara w Niepokalane Poczęcie oraz Wniebowzięcie (nie mówiąc już o dogmatach na ich temat,  bo są one wręcz tworami “historii najnowszej”, gdzie jeden z nich liczy sobie trochę tylko ponad pół wieku…),
    -          starszej niż jakikolwiek “Ojciec Kościoła”,
    -          starszej niż kult jakiegokolwiek świętego,
    -          starszej niż papiestwo, a co za tym idzie:
    -          starszej niż wiara w papieską nieomylnośc (nie mówiąc już o dogmacie o tej nieomylności…)
    -          starszej niż znany nam kanon Pisma Świętego (zwłaszcza chrześcijański)…
    -          starszej niż jakiekolwiek potępienie Orygenesa,
    -          starszej niż którykolwiek sobór powszechny i jego ustalenia (nie mówiąc już o jakiejkolwiek współczesnej nam kampanii antyreinkarnacyjnej, prowadzonej przez którykolwiek ośrodek lub jakiegokolwiek ojca dominikańskiego…)

    Możnaby tak długo jeszcze ciągnąć… Mówimy tu zatem – praktycznie rzecz biorąc – o reinkarnacji jako stałym i ugruntowanym elemencie chrześcijańskiej tradycji oraz depozytu wiary chrześcijańskiej, a nie o jakimś “obcym ciele”. Obcym ciałem, jeśli chodzi o ścisłość, były u nas inkwizycja i zbrodnie popełniane w imie dogmatu i t.zw. “prawdziwej wiary”. To one z chrześcijaństwem, jako ideą,  nie miały absolutnie niczego wspólnego, tak jak pozbawione jest jego ducha “wykluczactwo” bazujące na tym, że ktoś nie uznaje takiego czy innego dogmatu lub wierzy sobie w reinkarnację. Jeśli cokolwiek zatem jest tu w stanie okaleczać chrześcijaństwo, to takie właśnie praktyki wykluczackie, a nie wiara w reinkarnację, która tej religii ani nie przyczynia żadnej szkody, ani też jej nie przyczyniała w przeszłości.

    Stwierdziwszy zaś, że nasz rodzaj wiary chrześcijańskiej istnieje od zarania dziejów naszej religii, nie twierdzimy, że był to jedyny reprezentant chrystianizmu w przeszłości. Pod tym względem różnimy się od (niektórych) naszych ortodoksyjnych koreligionistów, którzy fakt istnienia w starożytnym chrześcijaństwie wrogów naszej wiary próbują uczynić jedynym chrześcijańskim punktem widzenia. Poszczególne zaś wypowiedzi takiego rodzaju z tamtego okresu mianują dowodem, że to kościół (cały?) jednoznacznie potępiał itd.

    Kwestie biblijne “Drogą do nikąd”

    Jak już wiemy, Biblia w ogóle niczego nie mówi na interesujący nas temat. Nie mówi, gdyż autorzy najstarszych jej ksiąg nie byli w stanie ustosunkować sie do niego, autorzy zaś pism późniejszych nie zdecydowali się tego uczynić. Jedyne, co pozostaje tym, którzy chcą argumentować “z pozycji biblijnych”, to próba interpretacji poszczególnych fragmentów tekstów, a to – jak zobaczymy – wyjątkowo “śliska” sprawa.

    Próba wykluczania jakiegoś poglądu z uwagi na to, że ktoś nie był w stanie się do niego ustosunkować, wydaje się zatem “nie fair” i to zarówno w stosunku do tego poglądu jak i w stosunku do tego kogoś. Starożytni Żydzi nie byli też w stanie ustosunkować się np. do późniejszych teorii dotyczących powstania wszechświata oraz “obrotów sfer niebieskich”, o których to “obrotach” nie zdawali się mieć jakiegokolwiek pojęcia porównywalnego z obecnym.

    Z tego też powodu wielu krytyków Biblii zakwalifikowalo Księgę Genezy niemalże “na szmelc” lub – w najlepszym wypadku – do muzeum, nie pozostawiając na niej “suchej nitki”. Z drugiej jednak strony obrońcy Biblii, w tym “ortodoksi” (jeśli nie wręcz oni przede wszystkim) posługują się takimi współczesnymi (a więc też nieznanymi starożytnym autorom Pisma) interpretacjami, które,  jeśli już nie wpisują wprost obecnych teorii do opisów Genezy, to co najmniej stwierdzają, że są one z nimi “niesprzeczne”. Takie stanowisko stało się już “klasyką” współczesnego nam interpretowania i nauczania biblijnego, od lekcji religii dla uczniów podstawówki aż po uniwersytety. Istnieje przebogata literatura na ten temat, dostępna praktycznie wszędzie, której czytanie jest zalecane uczniom, studentom i profesorom. Autorzy tych pozycji dają nam praktyczny pokaz tego, że można – a nawet trzeba – przeinterpretowywać starożytne teksty biorąc pod uwagę późniejszy dorobek myślowy i naukowy.

    Chrystus uczył teorii zmartwychwstania. Tak, to prawda. Ale czy on kiedykolwiek ostrzegał przed reinkarnacją? Ja rozumiem fizyczne zmartwychwstanie właśnie jako reinkarnację – w odróżnieniu od zmartwychwstania duchowego (czyli “ponownego narodzenia”), które następuje w trakcie tego samego życia cielesnego.

    “Teraz jest dzien zbawienia” (2Kor 6;2) – to kolejny znakomity cytat po Hbr9,27: istotnie teraz jest dzień zbawienia, bo teraz odpowiadamy za swe życie. I trwa to przez cały czas, my już możemy zostac zbawieni, nie dopiero “przy końcu czasow”. Sąd Ostateczny jest tak samo wieczny, jak zbawienie, odbywa się on zatem nieprzerwanie.

    Baptistes na pytanie czy jest Eliaszem, odpowiedział “Nie” (Jn1;21). Co tylko potwierdza, że nie był tym “wniebowziętym” Eliaszem z ST (co akurat między nami nie budzi kontrowersji). Jeśli natomiast miał byc istotnie przereinkarnowanym, to – za przeproszeniem – niczego by o tym wiedział. Więc z argumentu nici.

    Wersety z Jana 3;3-6 nie budzą kontrowersji między nami rownież. Jasne, że chodzi o ponowne duchowe narodzenie. Ale i tu mamy pewną niespodziankę: skoro “ciało rodzi ciało, a duch rodzi ducha”, to może to oznaczac, że “narodzenie ducha” niekoniecznie musi byc rownoczesne z narodzeniem ciała… Choć naturalnie może ten fragment być interpretowany (zapewne lepiej interpretowany w całym kontekście) w ten sposób, że tak jak ciało rodzi się z ciała, tak narodzenie duchowe jest czymś innym, więc Nikodem nie musi „wskakiwać z powrotem” do łona swej matki…

    Krótko mówiąc: śledzenie tekstów biblijnych w celu wykazania, czy są one za lub przeciw, jest drogą do nikąd. Poza tym oczywiście, na co wskazywaliśmy już niejednokrotnie: że nie potępiają one reinkarnacji, bo albo ich autorzy o niej nie słyszeli, albo nie decydowali się wystąpić przeciw niej. To jedyna konkluzja możliwa do wyciągnięcia z całą pewnością.

    T.zw. „problemy praktyczne”

    Dlaczego ktoś ma być karany w przyszłym życiu za coś, czego nie pamięta z poprzedniego? – zdają się pytać przeciwnicy reinkarnacjonizmu. No coż, reinkarnacjonistyczny fundamentalista mógłby tu odpowiedzieć fundamentaliście nie-reinkarnacjonistycznemu:

    “On pamiętał w poprzednim życiu to, co zrobił i był wtedy już ostrzegany, że w przyszłym przyjdzie mu za to zapłacić.”

    Socjologicznie i psychologicznie miałoby to ten sam efekt, jak ostrzeżenie: “jeśli będziesz czynił źle, pójdziesz do piekła”.

    Oba te ostrzeżenia mają na celu skłonienie osoby do tego, by w miarę swych możliwości starała się żyć jak najlepiej.

    Ale jeśli istotnie sprawa braku pamięci poprzedniego życia jest dla kogokolwiek tak istotna, że stanowi argument przeciw konceptowi reinkarnacji, to sami z pewnością wiemy o praktykach w naszym kościele, stanowiących wyjątkowo podobny “grzech”:

    Dlaczego to należy chrztem oczyszczać niemowlaka (lub w ogóle kogokolwiek, również osobę dorosłą)z grzechu pierworodnego, którego on nie popełnił i nawet nie miał warunków, by go popełnić? I dlaczego ma się to odbywać wtedy, gdy on – jako niemowlak właśnie – nie jest nawet w stanie zdawać sobie sprawy z konceptu istnienia czegoś takiego jak “grzech pierworodny”? Jeśli potrafimy odpowiedzieć na to pytanie – a w to akurat nie wątpię – to będziemy  mieli odpowiedź na nasze wątpliwości odnośnie “praktycznych problemów” z reinkarnacją. Skoro bowiem możemy dźwigać w sobie ciężar grzechu całej ludzkości (mitycznego Adama), to jaki mamy mieć problem z dźwiganiem grzechów swego własnego poprzedniego wcielenia?

    Czy nie można wierzyć równocześnie w zmartwychwstanie ciał i reinkarnację? Owszem, można. Służę własnym przykładem: w reinkarnację wierzę od co najmniej 20 lat (no, może 25). Z wiarą w zmartwychwstanie ciała (tego samego) rozstałem się jednak dopiero jakieś 3-4 lata temu. Czyli, że przez co najmniej 16-17 lat (jesli nie 22) wierzyłem w obie te rzeczy naraz. Można więc polegać na moim kilkunastoletnim (co najmniej) doświadczeniu w tej mierze, jeśli innego takiego (lub lepszego) przykładu nie ma akurat pod ręką… Choć można mieć: w poprzednim artykule na ten temat zacytowałem wypowiedź Orygenesa na rzecz preegzystencji dusz. Ojciec Jacek Salij u siebie cytuje inną wypowiedź tego samego człowieka, w której ten potępia „głupią wiarę w reinkarnację” (tak nawiasem: głupiej wiary w reinkarnację ja też nie pochwalam). Ten sam człowiek, dwie różne wypowiedzi. Która jest prawdziwsza? A może obie są jednakowo prawdziwe? Gdyby mnie ktoś szereg lat temu spytał czy wierzę w zmartwychwstanie ciał, odpowiedziałbym, że tak. I zapewne ten ktoś odniósłby wrażenie, że jestem przeciwnikiem wędrówki dusz. Popełniłby błąd…

    Wielu ludzi zmienia swoje poglądy niejednokrotnie w ciągu życia. Wielu innych (jeśli nie większość) potrafi jednocześnie wierzyć w rzeczy, które, gdy traktowane bardzo sztywno, mogą uchodzić za sprzeczne. Pojęcia „zmartwychwstanie” i „reinkarnacja” są tak szerokie, że w zależności od ich rozumienia mogą albo się wzajemnie wykluczać albo wzajemnie uzupełniać. Można więc wierzyć tylko w zmartwychwstanie ciał, a w reinkarnację nie. Można też wierzyć tylko w reinkarnację, a w zmartwychwstanie ciał nie. Ale możliwe jest także, by wierzyć w reinkarnację, po której – przy końcu wszystkich czasów – nastąpi zmartwychwstanie wszystkich ciał. Jeśli się dobrze przyjrzeć temu ostatniemu poglądowi, to uderzy fakt, że nie jest on sprzeczny wcale z chrześcijańską ortodoksją. Jest od niej różny, ale nie jest sprzeczny (różnica i sprzeczność to dwie odmienne rzeczy…). Jest to jednym z powodów, dla których tylu chrześcijan obecnie wierzy w reinkarnację oraz w Sąd Ostateczny. Jak widać, ich poglądy nie są tak nielogiczne, jak się to wydaje niektórym spośród nas… W końcu “ortodoksi” też nie wierzą, że co chwila ktoś zmartwychwstaje, lecz że stanie się to dopiero przy końcu wszystkich czasów…

    Wyobraźmy sobie jednak, że ktoś mógłby zapytać:

    ” No, dobrze,  pisze pan, a ja dalej mam wąty. Może moje pytanie wyda się panu naiwne, ale ja naprawdę chciałbym wiedziec jak to możliwe wierzyć naraz w reinkarnację i zmartwychwstanie ciał? To które w końcu ciało będzie sądzone na Sądzie Ostatecznym, jeśli ten Sąd nie odbywa się bez przerwy, lecz (bo i to trzeba brać pod uwage, jeśli się jest uczciwym, panie heretyku!) będzie on miał miejsce tylko raz, przy końcu wszystkich czasów?”

    Aaa! To bardzo proste: w takim wypadku na Sądzie stawi się dusza wraz ze wszystkimi ciałami, przez które przewędrowała. Tam oceni się ją oraz ciała zbiorczo. Jak bowiem, pisząc biografię jakiegoś człowieka, jesteśmy w stanie nie tylko podsumować jego całe życie, ale i poszczególne jego etapy, które mogą być zmienne, tak i na Sądzie oceni się nie tylko duszę, lecz również etapy jej ziemskiego bytowania.

    “Game over!”

    Miejsce poczesne wśród nas ma koncepcja reinkarnacyjna wręcz zapewnione. Proszę spojrzeć nieco szerzej. Proszę mianowicie postawić się na moment w pozycji kogoś, kto nie jest ani chrześcijaninem, ani buddysta itd. Nie zastanawiał się on zbytnio ani nad zmartwychwstaniem (tego samego) ciała, ani nad wędrowką dusz. Jak myślicie: który z tych dwóch konceptów łatwiej będzie mu przyjąć? Biorąc pod uwagę, że w nieśmiertelność duszy wierzą wierzący wszystkich religii, a w możliwość przywrocenia umarłego do życia – mało kto, wynik wydaje się być z góry przesądzony. W ten sposób łatwo pokazać, że koncept transmigracji duszy (ducha? Boskosci?) jest naturalnie i obiektywnie silniejszy od konceptu zmartwychwstania (tego samego) ciała. I to nie silniejszy “muskułami” oczywiście, ale intelektem właśnie (pod względem duchowym oba koncepty idą “łeb w łeb”). Wygra zatem silniejszy, a nie słabszy. Zwłaszcza, że pogląd taki znajduje pełne potwierdzenie w praktyce: jeśli ktoś nawraca się z hinduizmu lub buddyzmu na chrześcijaństwo, to niekoniecznie porzuca on wiarę reinkarnacyjną. Jeśli zaś jego nawrócenie odbywa się “w odwrotną stronę”, to zawsze towarzyszy temu “przejście na reinkarnacjonizm”, o ile wręcz przejście owo nie dokonało się już na długo przed konwersją!

    Spójrzmy prawdzie w oczy: jedna czwarta populacji społeczeństw Zachodu wierzy w reinkarnację, co jest procentem ogromnym wobec istniejącej tam liczby buddystów i hinduistów. Nikt nigdy tam takiego konceptu nie narzucał. I liczba reinkarnacjonistów szybko wzrasta…  A ilu buddystów i hinduistów wierzy w zmartwychwstanie ciała?

    Gdy chodzi o walkę o miejsce reinkarnacjonizmu w chrześcijaństwie i o próby jego tam zmarginalizowania lub wyparcia stamtąd, to ciśnie mi się na usta właśnie owo podane w tytule “podrozdziału” stwierdzenie: jest “po meczu” (“game over!”)… Zresztą i w skali globalnej wydaje się, że koncept zmartwychwstania (pojmowany literalnie) już przegrał z reinkarnacjonizmem. Daleko jeszcze do upadku ostatniej twierdzy i do “bezwarunkowej kapitulacji”, ale po następnym pełnym pokoleniu lub najwyżej dwóch czy trzech… Kto wie: może spotkamy się wtedy po raz kolejny i dokończymy naszą dyskusję? Ktoś ją wszakże z pewnością dokończy i podsumuje ostatecznie

    “Pantera” i M3

    Gdy przeglądamy przeróżne polemiki z reinkarnacjonizmem, będące autorstwa “ortodoksyjnego”, stwierdzamy nieodmiennie coś, co stanowi niemal rytuał takich polemik. Mianowicie górnolotne i wzniosłe stwierdzenia (ba, niemalże wersety!) sławiące oficjalną wykładnię ortodoksji zestawia się tam z najbardziej literalistycznymi, najprostszymi, a nawet z najbardziej prymitywnymi wersjami reinkarnacjonizmu. Jest to w ogóle pewien rodzaj tendencji polemicznej, nie tylko w odniesieniu do omawianej problematyki i nie tylko współcześnie. Polemiści wszelkich epok lubili i lubią sobie swego przeciwnika sami tworzyć: dobierają jego cechy w sposób, w jaki lalkarz tworzy kukłę, by ją potem można było dowolnie obijać, kopać i deptać bez ryzyka, że ta kukła się zdenerwuje i skopie w końcu swego twórcę. W taki jednak sposób nie da się przedyskutować dosłownie niczego. Można co najwyżej malować egoistycznie swój własny portret niczym kolonialnego myśliwego, co to z angielskim białym kapeluszem kolonialnym (t.zw. “pith-hat”) w triumfalnej pozie staje przy ubitej zebrze, dla większego jeszcze efektu stawiając na niej stopę i oświadcza nam na dodatek z tupetem, że w ten sposób ubił nie tylko tę jedną zebrę, lecz cały gatunek, wraz z innymi koniowatymi, jak perszerony, araby czy mustangi… Przypomina to pewną niemiecką kronikę wojenną, której autorzy, pragnąc pokazać przewagę niemieckiej broni pancernej nad analogiczną bronią przeciwnika, zestawili ze sobą najnowszą wówczas „Panterę” z jakimś nieprawdopodobnym gratem amerykańskim (znanym jako M3). Widać było różnicę w sile ognia, w rozwijanej prędkości, w szczegółach projektu pancerza i podziwiać można było łatwość, z jaką „Pantera” pokonywała trudne nawet przeszkody terenowe, podczas gdy amerykański gruchot został w tyle i za  nic nie umiał przeszkody pokonać, niczym skończony mazgaj… (fragment można obejrzeć tu, jeżeli kogo interesuje http://www.youtube.com/watch?v=qPn1xS54rKo ).

    Przykładem takiego argumentowania jest choćby podnoszony często inny jeszcze „problem praktyczny”, mianowicie niemożliwości reinkarnacji, bo przecież ludzi przybywa, a skoro ma istnieć transmigracja dusz, to ta liczba nie mogłaby się zmieniać („więc szczęśliwi i weseli reinkarnacjęśmy zarżnęli!”). No cóż, jeśli kto zamierza tak nas „szachować”, to dajmy i jemu małę kostkę do zgryzienia i to tego samego rodzaju, co i on nam serwuje: ludzi istotnie przybywa. Ale ubywa zwierząt i roślin. Gdzie te bory nieprzebyte, co niegdyś rosły i tam, gdzie dziś pustynie? Wyginęły wszystkie dinozaury i nieprzeliczona liczba innych stworzeń. Jak tacy chętni do liczenia się z nami, to niechaj się teraz sami mozolą ze swoją własną „Wunderwaffe”, szczegółowo wyliczając ile to (dokładnie, co do sztuki!) wymarło dinozaurów, mamutów, pterodaktyli, owadów i paproci. A potem niechaj spróbują nam tryumfalnie obwieścić, że to my się mylimy, bo się liczby nie zgadzają! Droga wolna, proszę bardzo: the ball is now in their court!

    Nieco bardziej wyrafinowaną odmianą powyższej metody “zestawiania ‘Pantery’ z M3” są powtarzane poglądy (również na kościelnych stronach internetowych), że reinkarnacja jest tak nielogiczna i bezmyślna, że nawet starożytni jej zwolennicy jak Platon  „nie potrafili jej obronić”. Drodzy Autorzy takich nonsensów! Nie wpadliście na to, że gdyby istotnie tak było, to do dziś nie pozostałby dosłownie kamień na kamieniu z tego reinkarnacjonizmu, bo już tysiące lat temu rozprawionoby się z nim dokumentnie, tak jak Wy próbujecie (równie bezskutecznie) rozprawiać się z nim teraz i przy użyciu tych samych „argumentów”?

    Groteskowo wyglądają próby stwierdzeń, że kościół chrześcijański zawsze (sic!) potępiał reinkarnację. Oczywiście „ortodoksyjni” polemiści za punkt wyjścia biorą tu swój własny ekskluzywistyczny osąd, że poza nimi, ich własnymi ojcami kościoła i ich zwolennikami nie ma i nie było już kościoła chrześcijańskiego. Ale nawet w tak zawężonym spektrum ich twierdzenia nie pokrywają się z rzeczywistością. Pokazaliśmy to już wcześniej na wybranych przykładach czołowych liderów „ortodoksyjnych”, których wypowiedzi nie zostały w tym celu wyrwane z kontekstu (oczywiście nie twierdzimy, że reinkarnacjonistami byli oni „zawsze”, „od początku” i „niezmiennie”; zwłaszcza skoro sami też nie „od zawsze” i nie „od początku” nimi jesteśmy); wskazaliśmy, że Orygenesa potępiono wśród „ortodoksów” dopiero 300 lat po jego śmierci, a to stało się w około połowie pierwszego tysiąclecia n.e. Próby wykazania rzekomej ostateczności owego potępienia prezentują się jeszcze gorzej. Zwłaszcza w świetle coraz większego rozpowszechniania się wiary w reinkarnację teza o owej „ostateczności” obnażona zostaje jako kompletna fikcja. Konieczność ciągłego odżegnywania kościoła od reinkarnacjonizmu obecnie nie jest niczym innym zatem, jak tylko głośnym potwierdzeniem, że „ostateczność” ta jest jak najbardziej daleka od rzeczywistości. Również merytoryczna jakość tych ataków pokazuje jak w gruncie rzeczy ubogie są argumenty atakujących. To częste zestawianie reinkarnacji w komentarzach jej przeciwników z „kłamstwami”, „fałszywą nauką”, „grzechami” i pełnymi potępienia cytatami z Biblii (które akurat o reinkarnacji nie mówią nic!), wszystko to świadczy o tym, że przeciwnicy naszych wierzeń gonią resztkami sił w swoim polowaniu na wyimaginowane czarownice. Cel takiej propagandy obnażany jest przez nią samą: zohydzić, spotwarzyć, oczernić, a potem jeszcze kłamstwo przypisać zaatakowanemu poglądowi.

    Z naszego punktu widzenia jest to dla nas sytuacja wręcz znakomita. Naprawdę zatem: jest jeszcze lepiej, Panowie!

     
    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Użyteczne linki

    http://www.ignatiusinsight.com/features2006/cschonborn_reincarn_july06.asp  - Kard Schőnborn o reinkarnacji

    http://www.archidiecezja.lodz.pl/czytelni/kulbat/t5_3.html -tekst ks. Waldemara Kulbata, krytyczny o reinkarnacji

    http://mateusz.pl/ksiazki/js-pww/js-pww_18.htm  o. Jacek Salij o reinkarnacji (krytycznie, rzecz jasna)

    http://www.near-death.com/experiences/reincarnation01.html Dr Ian Stevenson i jego badania nad prawdopodobieństwem reinkarnacji

    http://skepticreport.com/sr/?p=482  krytycznie o Stevensonie

    http://www.healpastlives.com/future/rule/rudebunk.htm o poprzednich wcieleniach, pozytywnie

    http://www.near-death.com/experiences/origen05.html reinkarnacja i judaizm

    http://www.atmajyoti.org/ch_christian_insights_reincarnation.asp hinduski pogląd na reinkarnację w chrześcijaństwie

    Continue Reading »
    0 Comments

    Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!

    Aug 8th, 2009 by monio
    Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!

    Poniższy tekst stanowi próbę spojrzenia – oczami reinkarnacjonisty – na dyskutowane niejednokrotnie zagadnienie wiary w reinkarnację, także w kościele chrześcijańskim od początku jego istnienia. Warto również pokrótce zaprezentować chrześcijanom nieznającym historii kościoła skąd wzięły się dzisiejsze kategoryczne stwierdzenia apologetów, teologów i hierarchów, według których wiara w reinkarnację jest jakoby “nie do pogodzenia” z chrześcijaństwem.

    Od czasów najdawniejszych…

    Wiara w reinkarnację wydaje się być bardzo stara. Potwierdza to m.in. fakt występowania jej wśród niepiśmiennych ludów w rozmaitych częściach świata, jak na przykład lud Arunta (lub “Aranda”) w centralnej Australii. Ludy te wyznają ideę preegzystencji duszy i reinkarnacji. Przykłady takie zdają się wręcz sugerować, że wiara ta wyrosła wraz z początkiem ludzkiej kultury jako takiej. Jest ona obecna (w rozmaitych formach) np. wśród ludów Afryki Zachodniej (ludy Ewe, Edo, Igbo, Yoruba), Południowej Afryki (Bantu i Zulusi), Indonezji, Oceanii, Nowej Gwinei czy obu Ameryk.

    “Wśród ludów Yoruba i Edo wiara w ponowne narodzenie zmarłych przodków pozostaje mocną i żywą siłą kulturową po dziś dzień. Jest ich zwyczajem nazywanie każdego chłopca “Ojciec Has Powrócił”, a każdej dziewczynki “Matka Has Powróciła”. Zulusi wierzą, że duch każdej osoby przechodzi serię ponownych narodzin w ciałach rozmaitych zwierząt, od małych insektów aż po słonie, aż wreszcie pojawia się ona w ludzkim ciele, gdzie rodzi się ponownie. W końcu, osiagnąwszy szczyt ludzkiej egzystencji, dusza jednoczy się z wyższym duchem, od którego pochodzi.”  (Encyclopedia of Religion, t. XII  s.265-266; oprac. J. Bruce Long)

    Podobne wierzenia odnotowano wśród australijskich Aborygenów. Według nich duch zmarłego przodka, po pobycie przez pewien nieokreślony czas w kraju umarłych, powraca do świata żywych wstępując w ciało matki w momencie poczęcia. “Ojciec zdaje się nie mieć bezposredniego wpływu na zapłodnienie matki. Za to przyszła matka otrzymuje nowe życie przebywając w pobliżu lokalnego centrum totemow zwanego ‘oknanikilla’, gdzie duch (‘alcheringa’) lub dusza zmarłego przodka oczekuje ponownych narodzin.” (tamze, s.266). Warta odnotowania jest ta wiara w poczęcie z ducha u ludów tak dalekich od miejsc znanych z Biblii.

    W starożytnym Egipcie odnajdujemy ślady takich wierzeń w kulcie faraonów. Później rozwinęły sie one do tego stopnia, że w wieku V p.n.e. Herodot twierdził wręcz, że to Egipcjanie jako pierwsi wierzyli w reinkarnację. Według jego zródeł Egipcjanie wierzyli, że dusza jest nieśmiertelna, że po śmierci człowieka przechodzi przez wcielenia w rozmaitych gatunkach, by w koncu narodzić się ponownie w ciele ludzkim. Caly ten cykl narodzin miał sie dokonywać w ciągu trzech tysięcy lat.

    Najpełniej jednak doktryna ta rozwinięta została w Indiach (hinduizm, buddyzm, jainizm, sikhizm oraz sufizm) oraz w Grecji (Pitagoras, Empedokles, Platon, Plotyn). Jest rzeczą prawdopodobną, że starożytni Grecy przejęli ją z Indii. Tak czy owak istnieje ona tam co najmniej od czasów Pherycydesa z Syros (VI w.p.n.e.) oraz jego ucznia Pitagorasa.

    Według Empedoklesa (490-430 p.n.e.) nic w kosmosie nie zostaje stworzone ani zniszczone. Wszelkie życie przechodzi transmutację. Dusze nieczystych są skazane na transmigrację przez trzydzieści tysięcy lat poprzez rozmaite formy wcieleń. Ucieczka od owego przeznaczenia wiedzie przez długi proces oczyszczania, a jego warunkiem jest unikanie jedzenia mięsa zwierząt, których dusze mogły niegdyś przebywać w ludziach.

    W kulcie misteryjnym zwanym orfizmem (opartym na wierze w życie, śmierć oraz zmartwychwstanie boga Orfeusza) cel owego wyzwolenia z cyklu reinkarnacji realizowany był poprzez dzwiganie duszy do coraz to wyższych stopni duchowej egzystencji. Było to osiągane poprzez uczestnictwo w praktykach sakramentalnych w braterstwach orfickich. Przyjmując owe sakramenty (a odbywało się to w sekretnych miejscach i często w nocy), wierny otrzymywać miał siłę boskiego życia. Ten dar, kultywowany poprzez medytację, modlitwę i wegetarianizm, był w stanie wreszcie przynieść duszy wolność od reinkarnacji.

    U Żydów…

    W religii żydowskiej pogląd o transmigracji dusz rozwijał się stopniowo, tak samo zresztą jak pogląd o zmartwychwstaniu ciał. Nie jest celem pokazywanie tutaj całego ciągu tego rozwoju, gdyż byłby to materiał na osobny artykuł. Zaznaczymy tu jedynie tendencje w myśli żydowskiej w I w.n.e., czyli w czasie gdy rodziło się chrześcijaństwo, na podstawie stwierdzen zawartych w pracach Józefa Flawiusza (37 – ok.101 r.n.e.). Oto, co pisał on w tej materii o Saduceuszach:

    “Lecz doktryna Saduceuszów jest taka: że dusza umiera wraz z ciałem; nie uznają oni tez przestrzegania czegokolwiek poza tym, czego wymaga prawo (…) nie uznają przeznaczenia i twierdzą, że coś takiego nie istnieje oraz że wydarzenia w ludzkich sprawach nie są jego dziełem; uważają natomiast, że wszystkie nasze działania są w naszych rękach, tak więc my sami jestesmy sprawcami tego co dobre i zło spada na nas z naszego własnego szaleństwa.” (“Antiquities of the Jews”)

    Z kolei o Faryzeuszach:

    “…Wierzą oni również, że dusze mają w sobie nieśmierelny rygor oraz że pod ziemią będą kary i nagrody zależnie od tego czy żyły cnotliwie czy występnie w tym życiu; i że te ostatnie mają być wtrącone do wiecznego więzienia, jednak te pierwsze mają mieć siłę, by odżyć i żyć na nowo; dzięki której to doktrynie są oni w stanie przekonywać masy ludzkie…” (“Antiquities of the Jews”)

    O Esseńczykach zaś napisał:

    “Jest ich stałym wierzeniem, że ciało jest zniszczalne, a tworząca je materia nietrwała, jednak dusza jest nieśmiertelna i niezniszczalna. Emanujące z niebios, dusze te usidlone zostaja w więzieniu ciała, do którego wciągane sa przez rodzaj naturalnego czaru; gdy jednak uwolnione zostają z więzów ciała, wtedy, niczym wyzwolone od długiej służby, radują się i unoszą w górę…” (“Wojna Żydowska”)

    Jak więc widać, poglądy Żydów w tej mierze różniły się między sobą w zależności od tego, które stronnictwo je reprezentowalo. Takich stronnictw (dziś powiedzielibysmy zapewne: “denominacji”) wymienia sie z tamtego okresu od siedmiu do czternastu. Były miedzy nimi rywalizacje, spory, nawet odżegnywanie od czci i wiary, ale dziś nikt nie ma wątpliwości, że wszystkie one reprezentowały jednak religię żydowską. Nie ma zatem powodu – tak nawiasem – by uznawać, że różnice między nami dzisiaj (w tej samej kwestii) decydują o czyjejś przynależności (lub nieprzynależności) do chrześcijaństwa.

    Na skutek naturalnego rozwoju własnej myśli religijnej Żydów oraz dzięki wpływom innych religii wykształcił się zatem pewien pogląd, że dusza istnieje zanim rodzi się cialo, że zostaje w nim uwięziona, a po śmierci ciała odbywa dalszą wedrówkę.

    I nie ma się co dziwić takim interpretacjom, gdy się weźmie pod uwagę, że autorzy żydowscy, zwłaszcza w wielonarodowej i wielokulturowej Aleksandrii, starali się przedstawić swego boga jako Boga powszechnego, identycznego z platoniczną wizją boskiej Jedności. Na przykład w piśmie znanym jako “List Aristeasa” (II lub I w.p.n.e.) porównano Jahwego z Zeusem, opowiadając się za harmonią między Żydami i Grekami, którzy wspólnie dzielą jedną kulturę i wizję Dobrego Życia.

    Stary Testament nie ma niczego do powiedzenia na interesujacy nas temat. Niemniej jednak w religii żydowskiej, kładącej większy nacisk na życie na ziemi niż na życie pozagrobowe, nie było niczego w rodzaju “dogmatu” dotyczącego życia po śmierci. Wiele pozostawiano opinii samych wierzących. Idea “transmigracji dusz” (po hebrajsku: “gilgul ha’ne’shamot”) jest dobrze znana w religii żydowskiej i to od czasów antycznych (“Zohar” z I w.n.e.). “Koncept ten można porównać do płomienia jednej świecy zapalającego następną. Podczas gdy esencja drugiego płomienia pochodzi od pierwszego, drugi płomień jest bytem niezależnym” – jak wyjaśnia w internecie rabin Shraga Simmons z Jerozolimy. http://judaism.about.com/library/3_askrabbi_o/bl_simmons_reincarnation.htm

    Teza o logice konkretnej antropologii żydowskiej jako argumencie “wykluczającym” reinkarnację również nie wytrzymuje więc tutaj krytyki, sprawia raczej wrażenie traktowania tejże antropologii tak, jakby się ona rozwijała na Marsie lub na Księżycu, w całkowitym oderwaniu od wpływów innych formacji kulturowych i jakby była pozbawiona możliwości normalnej wymiany myśli z tymi formacjami. Podane przykłady pokazują jasno, że taka wymiana istniała i że nie pozostała ona bez wpływu również na ową antropologie. Antropologia, tak samo jak każda inna dziedzina, podlega prawom rozwoju. Jesli się nie rozwija, to tym gorzej dla niej.
    Wiara w reinkarnację jest zreszta obecna takze w tworczości literackiej dzisiejszego judaizmu. http://www.pinenet.com/~rooster/bta-faq1.html

    Milczenie grzmiące niczym armaty…

    Biblia Nowego Testamentu również nie ma absolutnie niczego do powiedzenia bezpośrednio na ten temat. O ile najstarsze pisma Starego Testamentu powstawały w czasach, gdy kultura żydowska najprawdopodobniej nie miała jeszcze dobrze rowiniętego tego rodzaju wiary, o tyle późniejsze milczenie Biblii w tym względzie jest bardziej zastanawiajace. Ostatnie księgi Starego oraz wszystkie pisma Nowego Testamentu spisane zostały jednak, gdy istniały żywe kontakty z kulturami oferujacymi wiarę w reinkarnacje, zwłaszcza dotyczy to kultury greckiej, choć oczywiście nie tylko. Wiadomo na przykład, że w I stuleciu n.e. w Aleksandrii aktywną działalnosć misyjną prowadzili mnisi buddyjscy.

    Autorzy ewangelii zdawali się pisać z pozycji “siedzących na płocie”: z jednej strony wiernie starali się (tak jak to rozumieli) czerpać ze Starego Testamentu, próbując wykazać, że Pomazaniec wypełnił “proroctwa” starożydowskie. Jeśli w samej tylko ewangelii “według Mateusza” (“kata Mathaion”) znajdujemy az 57 cytatów starotestamentowych (niby 58, ale jednego z tych cytatów nie ma w ST), a przecież ewangelia ta nie jest zbyt długim utworem, to wpływ to istotnie pozostający poza wszelką dyskusją. Piszący ewangelie jednak z drugiej strony okazali się być autorami na tyle nieortodoksyjnymi, że zaadaptowali i przypisali Pomazańcowi mity pogańskie o wcielonym Bogu narodzonym w grocie z dziewicy, nauczającym i oferującym swym uczniom Ciało i Krew w postaci chleba i wina, skazanym, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym trzeciego dnia, by zbawić rodzaj ludzki. Jest zatem rzeczą jak najbardziej naturalną, że pisali oni swe dzieła dla czytelników (oraz słuchaczy) niekoniecznie żydowskich i niekoniecznie “ortodoksyjnych”. Zwłaszcza, że pisali je z dala od Jerozolimy, w miejscach, gdzie Żydzi stanowili mniejszość, często wręcz znikomą. Abstrahując już od tego, czy podzielali poglądy swych odbiorców, pisali je tak, by mogły one być zaakceptowane przez jak największą ich liczbę. Przyjrzyjmy się jednemu fragmentowi z ewangelii wg. Mateusza, ktory niejednokrotnie brany jest “na sztandary” przez obie strony “reinkarnacyjnej debaty” jako potwierdzający ich tezę:

    “Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.” (Mt 17; 10-13)

    W cytowanym fragmencie nie ma nawet stwierdzenia, że Pomazaniec “nazwał” Baptistesa Eliaszem. Stwierdzono tam jedynie, że uczniowie “zrozumieli” wypowiedz Christosa jako odnoszącą się do Jana. Zostało to więc w tekście pozostawione wierze i myśleniu Apostołów, tak jak pozostawione zostało to również czytelnikom. Ten fragment (tak jak inne) ani nie potwierdza doktryny reinkarnacyjnej ani też nie przemawia przeciwko niej. Czytelnik mógł zatem zaakceptować podaną informację nie tylko dzięki sposobowi jej napisania przez autora, ale również dzięki sposobowi, w jaki on sam te informację odczytał. Czy zatem widział on w Chrzcicielu Eliasza “symbolicznego” czy też “reinkarnowanego”, nie zdawało się odgrywać żadnej roli. Ważne było, że uznał go on za zwiastuna Pomazańca. Cokolwiek bowiem powiedzieć o autorach ewangelii, trudno zakładać, że byli oni ludzmi głupimi, którzy nie mieliby absolutnie zadnego pojęcia jak próbować “przemawiać” do ludzi reprezentujęcych rozmaite “tła” kulturowe, zwłaszcza jeśli sami się o te “tła” ocierali niemal każdego dnia.

    Jednak niejednokrotnie autorzy pism biblijnych bez skrępowania wyrażali się negatywnie (z wrogościa lub niczym nie skrywaną pogardą) o wierzeniach lub praktykach uważanych przez siebie za niewłaściwe. W przypadku Nowego Testamentu przychodzi nieodmiennie na myśl literatura autorstwa św. Pawła lub też jemu przypisywana. Nie było wprost takiego wierzenia czy praktyki uważanej przez niego za niewłaściwą, której by on nie skrytykował. “Skrytykował” – to bardzo delikatne wyrażenie, gdyż niejednokrotnie człowiek ten (oraz pózniejsi autorzy podajacy sie za niego) nie wahał się wyrażać w sposób, który dzisiaj wielu uznałoby wręcz za obraźliwy, jak np. wtedy, gdy “obrzezaczom” radził “pójść na całego i wykastrować się” (Gal 5;12). Wielokrotnie czytamy w tych pismach ostrzeżenia a to przed wielbieniem innych bogów, a to znów przed oddawaniem czci wizerunkom itd i to istotnie w formie wręcz niewybrednej. Ale on nigdy – podobnie jak inni autorzy – nie wypowiadał się na temat reinkarnacji, ani w negatywnym ani tez w pozytywnym sensie. Zachował pod tym względem całkowite (i trzeba przyznać, że dość zagadkowe) milczenie. Wystarczy spojrzeć na listę miejsc, do których Paweł wysyłał swoje listy (Korynt, Rzym, Tesalonika…) lub na mapkę jego podróży (publikowaną w niektórych wydaniach Biblii), by stwierdzić, że praktycznie nie było tam takiego miejsca, w którym wiara w taką czy inną forme reinkarnacji nie byłaby dość rozpowszechniona.  Jeśli istotnie reinkarnacja “nie dała się pogodzić” z wiarą chrześcijańską, a kontakty z religiami i kultami ją oferującymi były praktycznie wówczas nieograniczone (a nie brakowało jej też samym Żydom), to dlaczego nie odżegnano się od takich wierzeń jednoznacznie i nie ostrzegano przed ich “zgubnymi” skutkami? Skąd to zadziwiajace milczenie?  Zastanawiając się nad możliwymi przyczynami warto pamiętać, że milczenie ma również swoją wymowę.

    O tym, jak głośne potrafi być milczenie, przekonujemy się wielokrotnie w życiu codziennym. Tu pozwolę sobie odejść na moment od tematu. Przypominam sobie rozmowę, którą odbyłem szereg lat temu tutaj z pewną singapurską Chinką. Było to na krótko przed przekazaniem przez Wielką Brytanię Chinom komunistycznym wladzy nad Hong Kongiem. W pewnej chwili powiedziała mi:

    -”Wiesz, gdy przybyli Anglicy, to byli bardzo aroganccy…”
    -”Tak –  zgodziłem się – mogę to sobie wyobrazić, że tak było. No, ale gdybyś miała teraz do wyboru, to którą władzę wolałabyś dla Hong Kongu: odchodzącą brytyjską czy nadchodzącą chińską?”

    Odpowiedzią jej było calkowite milczenie. Ale to właśnie owo milczenie grzmi w mojej głowie po dziś dzień niczym ciężkie działa

    Podobnym przypadkiem “ciężkich dział” (i to aż dwudziestu siedmiu, bo tyle jest ksiąg w NT) jest milczenie autorów nowotestamentowych w sprawie oceny reinkarnacji. Owo milczenie daje w sumie cztery podstawowe możliwości odnośnie ich stanowiska w tej sprawie:

  • totalnie akceptowali oni wiarę w reinkarnację do stopnia uznania jej wręcz za   bezdyskusyjną,
  • nie mieli na jej temat zdecydowanego zdania, więc woleli się nie wypowiadać,
  • nie akceptowali jej osobiście, ale też nie widzieli w niej niczego niewłaściwego
  • akceptowali osobiście, ale nie uważali za stosowne komukolwiek jej narzucać
  • Bardziej prawdopodobne wydaja się trzy ostatnie mozliwości, najmniej prawdopodobną – pierwsza. Tak czy inaczej, jeśli oni sami powstrzymali się przed jej potępianiem, będąc świadkami jej istnienia wówczas, to z jakiego powodu mielibyśmy my to czynić teraz niejako “za nich”?   

    Jak za apostołów, tak i później…

    O niektórych pismach Nowego Testamentu wiadomo dzisiaj już, że powstały w II wieku n.e. a zatem po śmierci apostołów. Pisma te również nie zająkują się ani razu krytyką reinkarnacji (choc z drugiej strony oczywiście jej także nie zachwalają). Oznacza to jedynie, że panowała tolerancja wobec takich poglądów i to nawet wśród tych chrześcijan, którzy reprezentowali tak zwany nurt “ortodoksyjny” (biorę w cudzyslów, gdyż trudno byloby obecnie powiedzieć który nurt mógłby uchodzić za ortodoksyjny w pierwszych dziesiecioleciach tego ruchu religijnego). Przykładami służą niektórzy z “Ojców Kościoła” (i znów posługuję się cudzysłowem, gdyż o tym, kogo uznawano za takich ojców, decydowali później przywódcy jednego tylko nurtu. Traktuję zatem owo pojęcie jak najbardziej umownie, bo trudno byłoby mi wykazać np., że Justyn Męczennik zasługiwałby na takie miano bardziej niż Walentyn czy Basilides). Do owych ojców zaliczają się m.in.:

    Św Klemens z Aleksandrii

    “Istnieliśmy długo przed powstaniem świata; istnieliśmy w oczach Boga, gdyż jest naszym przeznaczeniem żyć w Nim. Jestesmy myślącymi stworzeniami Boskiego Slowa; dlatego też istnieliśmy od początku, gdyż na początku było Słowo (…) Nie po raz pierwszy okazuje On nam milosierdzie w naszych wedrówkach, On miał je dla nas od samego początku…” (“Egzorty do Pogan”)

    Św Grzegorz, biskup Nyssy

    “Jest absolutnie konieczne, by dusza została uzdrowiona i oczyszczona, a jeśli nie nastąpi to w ciągu jednego życia na ziemi, to musi to zostać osiagnięte w przyszłych żywotach ziemskich”

    Orygenes

    “Dusza nie ma ani początku ani końca (…) Przychodzi ona na ten świat wzmocniona sukcesami lub osłabiona porażkami w swym poprzednim życiu. Jej pozycja w tym świecie jako miejscu wyznaczonym do uzyskiwania honoru lub dyshonoru zdeterminowane jest jej poprzednimi zasługami lub winami. Jej uczynki w tym świecie wyznaczają jej miejsce w świecie, który następuje  po obecnym…”  (“De Principiis”)

    Św Augustyn co najmniej brał pod uwagę możliwość reinkarnacji:

    “Powiedz mi, Panie…powiedz, czy me dzieciństwo nastąpiło po innym moim wieku, co umarł przed nim? Czy był nim ten, który spędziłem w łonie matki? (…) a znowu cóż było przed owym życiem, O Boze, radości ma, czy byłem gdziekolwiek czy w jakimkolwiek ciele? Nie mam nikogo, ktoby mi to powiedział, ani ojca, ani matki, ani doświadczenia innych, ani też własnej mej pamięci.”  (“Wyznania Św. Augustyna”)

    Nie dysponujemy danymi mogącymi przesądzić o proporcjach liczbowych czy procentowych reinkarnacjonistów we wczesnym chrześcijaństwie, nie wiemy nawet co stanowilo “główny nurt” w pierwszych dziesiątkach lat jego istnienia. Faktem jednak pozostaje, że w pierwszych wiekach naszej religii reinkarnacja nie wywoływała rażących kontrowersji. Dopiero dziesiątki lat po śmierci Orygenesa (zm. W 253 r.n.e.) kontrowersje te przybierać zaczęły na sile. Nie oznacza to, że od tamtego czasu zmniejszac się zaczeła liczba akceptujących poglad o reinkarnacji, a jedynie, że niektórzy eminentni przedstawiciele kościoła (Methodius z Olimpu, Piotr z Aleksandrii, Epifaniusz z Salaminy, Teofil z Jerozolimy, św. Hieronim (1), no i oczywiście cesarz Justynian) publicznie i głośno zaczęli atakować Orygenesa i jego doktryne. Stał się on obiektem ostrych debat na przełomie IV oraz V wieku. Ostatecznie potępiony został on w roku 553 (a więc dokładnie 300 lat po śmierci… i co to znaczy “ostatecznie potępiony”? Czyżby koniec świata już nastąpił?) podczas drugiego soboru w Konstantynopolu. Dlaczego nie wcześniej, za swego życia? Wniosek jest oczywisty: bo wówczas “ortodoksyjny” kościół (nie mówiąc już o kościołach “nieortodoksyjnych”) nie miał generalnie niczego przeciw reinkarnacji. Trudno byłoby zatem argumentować, że potępiając wiarę w nią, kościół ten “powracał do źródeł” wlasnej wiary lub że “pozostawał w zgodzie z Biblią”. Nietrafnym jest też argument, że decydując się na owo potępienie “bronił tożsamości chrześcijaństwa”.

    Tożsamości chrześcijaństwa broni bowiem każdy aktywny chrześcijanin swoją własną postawą oraz każdy nurt tej religii. Cechą bowiem jej tożsamości (i to bodajże od samego jej poczatku) było to, że istniały w niej rozmaite nurty. To właśnie próba zwalczania innych nurtów stanowi walkę z chrześcijańską tożsamością. Teza zatem, że jakiś pogląd jest potępiany “w imię tożsamości” wskazywac by mogła na wyjątkowo niesławną ciagotę jednej strony do uznawania własnego nurtu za “prawdziwe chrześcijanstwo”, przy jednoczesnym odsadząniem od czci i wiary (zwłaszcza od wiary!) pozostałych.

    Poglądy albo otwarcie aprobujące wiarę w reinkarnację albo przynajmniej takiej wierze bliskie zdawały się chyba nigdy nie opuszczać chrześcijaństwa. Niejednokrotnie pojawiały się one w rozmaitych formach teoretycznych. Wskazuje się niejednokrotnie na takie wierzenia m.in. wśrod katarów.

    Wyznawcą reinkarnacji był Giordano Bruno (“Każdy uczynek przynosi należną zan nagrodę lub karę w następnym życiu. Dusza determinuje swoje przejście do następnego ciała stosownie do swego postępowania w poprzednim”).

    Wyjątkowo ciekawy pogląd reprezentował w XVIII wieku znany szwedzki myśliciel, naukowiec, mistyk, gnostyk, teolog, heretyk i okultysta w jednej osobie Emmanuel Swedenborg (1688-1772). Pewien autor zaprezentował w internecie chyba dość trafną charakterystykę owego poglądu Swedenborga:

    “Jego duchowe objawienia dotyczące świata wzmacniają również pogląd, że to nie tyle dusze ludzkie dokonują reinkarnacji, ile raczej Boskość sama w sobie, jako Źródło wszelkiego życia, w ciągły sposób reinkarnuje przez ludzkie dusze, jednakże bez unicestwiania wewnętrznej wolności wyboru osoby ludzkiej.” http://www.swedenborgmovement.org/leaflets/reincarnation

    Z takim poglądem ów wybitny szwedzki umysł, pod “denominacyjnym” oraz rodzinnym względem wywodzący się wprost z luteranizmu (syn pastora), plasowałby się zapewne idealnie pośrodku debaty dotyczącej reinkarnacji. Jego poglądy bowiem w zakomity sposób łączą ideę reinkarnacji z ideą “jedno ciało-jedna dusza”, pokazując przy tym jak w gruncie rzeczy bliscy są sobie reprezentanci obu stron naszej debaty, różniący się co najwyzej teoretycznymi niuansami.

    W czasach Swedenborga, jak również późniejszych, wielu chrześcijan (Żydów zresztą też) w świecie zachodnim wierzyło w reinkarnację: Johann Wolfgang von Goethe, Benjamin Franklin, Abraham Lincoln, Thomas Edison, fizyk Sir Oliver Lodge, Laurence S. Rockefeller, przemysłowiec Henry Ford, Winston Churchill, marszałek lotnictwa Lord Dowding, gen. George Patton i wielu innych, na wymienienie których nie starczyłoby tu po prostu miejsca.

    “Nie do pogodzenia z wielką godnością…” (?)

    Zatrzymam się jeszcze na moment nad inną kwestią, którą krytycy reinkarnacjonizmu podnoszą: twierdza oni niejednokrotnie, że jest on jakoby niezgodny z godnością człowieka, a jakby tego jeszcze nie było dość, próbują wesprzeć taki “argument” totalnym spłycaniem reinkarnacji do teorii o ciałach ludzkich jako “ubraniach”, w które dusza się “przyodziewa” oraz “zrzuca”. Cóz, jeśli mielibyśmy kontrargumentować w podobnym stylu, to pewnie wypadałoby nam teraz zrewanżować się “niereinkarnacjonistom” żartem, że ich własna “garderoba” mieści w sobie tylko jeden “Anzug”, który – tak nawiasem – oni też przecież “zrzucają” w chwili śmierci.

    Życie ludzkie dla reinkarnacjonisty nie jest po prostu “Anzugiem” lecz potencjalnym punktem wyjścia do osiągnięcia Królestwa Bożego:

    “…Oto dlaczego jest ono tak cenne, tak wartościowe. I dlatego tez smutnym jest obserwowanie ludzi marnujących swoją ludzką formę życia poprzez życie jak zwierzęta. Oni po prostu marnują swoja cenna szansę; szanse, ktora rzadko się pojawia.

    Istota ludzka różni się od zwierzęcej tym, że ludzka forma pozwala osobie osiągnąć pełnię świadomosci boskiej. Ludzka forma życia umożliwia osobie poszukiwanie oraz znalezienie Prawdy Absolutnej.”Chris Butler (Siddhaswarupananda Paramahamsa) “Reincarnation Explained”, USA 1983, s.70

    Czego by nie powiedzieć, nie brzmi to jak pozbawianie człowieka jego godności.

    Osobiście będąc jak najdalszym od obrażania się za tego rodzaju “całusy” naszych “oponentów”, sądzę jednak – i tu chyba wyrażę opinię wielu innych reinkarnacjonistów – że dość juz mieliśmy pouczania nas, który z naszych poglądów “odbiera” nam godność. Nie znam ani jednego reinkarnacjonisty (czy to chrześcijańskiego czy innego), który by uwazał siebie za pozbawionego godności z powodu swych poglądów. Ja oczywiście nie uważałbym również, ze brakuje mi godności, gdybym posiadal poglądy niereinkarnacjonistyczne.  Jedynie byłbym w stanie dostrzec swego rodzaju “zamach” na godność, gdyby mi ktokolwiek próbowal narzucić jakiś poglad wbrew mojej woli i wbrew sumieniu.

    Być może zresztą brak szacunku naszych “oponentów” dla naszych poglądów wynika z faktu, że za mało zwracają uwagi na sama wiarę w reinkarnację, zbyt wiele natomiast wagi przywiązując do pewnych jej teorii. Tymczasem jedno nie równa się drugiemu. To, że się wierzy w transmigrację dusz, nie oznacza jeszcze np. tego, że się wierzy, że w następnym wcieleniu będzie się psem lub motylem (niektórzy nasi koreligioniści, zwłaszcza ci co bardziej ewangelikalni, lubią się takimi przykładami poslugiwać w swych polemikach)(2). Nie oznacza to również, że reinkarnacjonista przestaje być odpowiedzialny za swoje obecne życie. Nie jest też prawdą, że w kulturze zachodniej istnieje jedynie koncepcja “optymistyczna” reinkarnacji jako “kolejnej szansy” (zresztą: cóż w niej złego?). Mogę tu odesłać do jednego z moich poprzednich tekstów pt. “Sakrament Zbawienia w kościele gnostyckim”, gdzie omawiany jest sakrament Consolamentum.

    Jeśli można uwierzyć dosłownie w treść przypowieści (jak tej o Łazarzu z Łk 19; 16-25), albo jeśli można uwierzyć w Przemienienie Pańskie (Transfiguracja) czy w Przeistoczenie (Transsubstancjacja), to czemu nie zaakceptować historii ze Srimad Bhagavatam, w której Bharat Maharaj narodził się ponownie jako jeleń, a w następnym wcieleniu znowu jako człowiek, Jada Bharat. Według tej historii Bóg pozwolił Bharatowi w jego jelenim wcieleniu pamiętać jego poprzednie, ludzkie, życie. Będąc ponownie człowiekiem, Bharat postanowił uniknąć poprzednich pomyłek i starał się nie rozwijać w sobie przywiązania do jakichkolwiek rzeczy materialnych, gdyż przez swoje doswiadczenie zrozumiał on, że natura daje osobie konkretne ciało zgodnie z jej mentalnościa i rodzajem pragnień. Niemożliwe? A czyż my, chrześcijanie, nie powtarzamy sami, ze “co niemożliwe dla człowieka, możliwe jest dla Boga”? Jeśli możliwe jest Przeistoczenie, to i wcielenie w jelenia również. Jeśli możliwe jest zmartwychwstanie ciał, to i transmigracja dusz także.

     Własnymi oczami

    Sam pamiętam, że zacząłem wierzyć w reinkarnację w sposób daleki od obrazu “konwertyty” przekonanego przez czyjkolwiek wywód poparty cytatami z “odpowiedniej” literatury. Ani nie miało to wiele wspólnego z Biblią (mało ją wówczas czytalem) ani tym bardziej z literaturą dalekowschodnią (znajomość tejże równa zeru). Nie było to również wynikiem nagłych zachwytów nad relacjami z “życia po życiu”. Tyle mnie zresztą ta reinkarnacja obchodziła, co zeszłoroczny śnieg na Sybirze. Nawet nie mogę powiedzieć, by uświadomienie sobie tej wiary stanowiło wtedy dla mnie jakiekolwiek przeżycie w rodzaju “born again” czy czegokolwiek podobnego. Nic, tylko całkowity spokój i uświadomienie sobie tego nowego dla mnie faktu. Nie przejmowałem się też żadnymi teoriami, czyli tymi wszystkimi systemami, według których cykl transmigracji obejmuje “trzy tysiące” czy “trzydzieści tysięcy” lat, w ciągu których za zasługi otrzymuje się lepsze wcielenia, a za winy schodzi się “na psy”. Po prostu wierzyłem (i wierzę), że

    zawsze będzie istnieć pewien stan świadomości, poczucie owego “jestem” (po grecku: “ego eimi”; po hebrajsku: “jahwe”).

    Dopiero później byłem ta ideą zafascynowany, zwłaszcza po zapoznaniu się z paroma relacjami z seansów hipnotycznych, w trakcie których osoby poddawane hipnozie opowiadały o przeżyciach ze swych poprzednich wcieleń. Ta fascynacja nie trwała jednak zbyt długo, tym bardziej, że w końcu natrafiłem (“szukajcie a znajdziecie”) na solidne argumenty przemawiające przeciwko prawdziwości i rzetelności wielu takich opisów. Tym niemniej wiara w reinkarnację już nie odeszla. Bylem co prawda dalej w stanie deklarować wiarę w zmartwychwstanie ciał, później nawet potrafiłem – jako katolik – z pelnym przekonaniem wykłócać się z baptystycznymi fundamentalistami o istnienie czyśćca, a jednocześnie szczerze i w najbardziej oczywisty sposób stwierdzałem, że reinkarnacja jest możliwa i logiczna. I nie odczuwałem jakichkolwiek “sprzeczności” w deklarowanych poglądach, gdyż owe, jak najbardziej rzekome, “sprzeczności” mają jedynie czysto teoretyczny charakter. Nie, z całą pewnością nie mogę powiedzieć, że mi one “spędzały sen z powiek”. Reinkarnację da się pogodzić nawet ze zmartwychwstaniem ciał. I to jak najbardziej rownież w ujęciu biblijnym. Według Pawła z Tarsu nasze zmartwychwstanie odbędzie się w ciałach duchowych: “Zasiane jest ciało fizyczne, powstanie duchowe”, gdyż “Istnieje ciało fizyczne, istnieje i duchowe” (“ei estin soma fizikon, estin kai pneumatikon”) – 1Kor 15;44. Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze “Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest własnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.

    Czy jestem reinkarnacjonista “skrajnym” czy też tkwiącym pośrodku niczym Swedenborg, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Wszystko mi jedno, czy we mnie jest przereinkarnowana “dusza” czy “duch”, czy “Boskość sama w sobie”. Dla mnie takie “klasyfikacje” osobiście się nie liczą.

    Teraz, po latach, gdy już conieco przeczytałem na ten interesujacy temat, stwierdzam, że moj stosunek do reinkarnacji nie zmienił się zbytnio. Nie traktuję dosłownie teorii na jej temat. Użyteczne, nie wątpię, tak jak jezusowe opowiadanie o bogaczu i biednym Łazarzu. Ciekawe, że nawet autor tej opowieści (Łk 19;16-25) nie twierdził, że to “true story”, a w ewangelii przedstawiona jest ona jako fikcja w stylu “był sobie…” (“Był sobie pewien bogacz…”; “I był pewien żebrak, imieniem Łazarz…”). Tymczasem są wspólnoty chrześcijanskie, gdzie po dziś dzień uważa się to dosłownie za prawdziwą historię z nieba i piekła, a nawet utożsamia się tego Łazarza z Łazarzem z ewangelii “według Jana” (Jn 11;1-44, 12;1-2 i 9-11). Tak też ma się sprawa z teoriami reinkarnacyjnymi: spełniają podobną funkcję, co opowieść o Łazarzu, ale nie przestaje byc reinkarnacjonistą ten, kto w nie nie wierzy dosłownie, tak jak chrześcijaninem pozostaje ten, dla którego historia Łazarza to alegoria.

    Dla duchowego rozwoju człowieka nie ma znaczenia czy wierzy tak jak “saduceusz”, “faryzeusz” czy “esseńczyk”. W końcu i Pomazaniec mówił, że “po ich owocach ich poznacie”, a mówiąc to miał na myśli uczynki, a nie wiare w taki czy inny rodzaj “życia pozagrobowego”.

    Warto jednak zaprezentować nieznającym historii naszej debaty skąd się wzięły kategoryczne stwierdzenia o rzekomej “niezgodnosci” wiary w reinkarnację z chrześcijaństwem. Gdy bowiem będą w stanie przyjrzeć się

    faktom, sami zrozumieją, że ani z Biblią, ani z logiką, ani tym bardziej z obroną chrześcijanskiej tożsamości nie mają takie stwierdzenia wiele wspólnego.

    “Co tam, panie, w polityce?”

    Stanowisko zajęte wobec doktryny reinkarnacji przez “ortodoksyjne” przywództwo kościoła stanowiło wynik wcześniejszego rozwoju doktryn kościelnych. “Łańcuch reakcji” rozpoczął się bowiem znacznie wcześniej i to od sprawy, która sama w sobie z omawianym tu tematem nie ma wiele wspólnego.

    Około roku 250 n.e. pewien ksiądz imieniem Sabellius nauczał, ze “Trzy Osoby” (Ojciec, Syn i Duch) nie są osobami, lecz trzema aspektami Boga. Oznaczało to, że Jezus był manifestacja Ojca. “Ortodoksi” podjęli więc wysiłek wykazania różnicy pomiędzy Bogiem Ojcem i Pomazańcem.

    Na początku IV wieku n.e. biskup Aleksander z Aleksandrii (ur. ? – zm. 17.IV.326) usiłował wyjaśniać korelacje między Ojcem, Synem i Duchem podkreślając ich jednosć. Na to libijski duchowny imieniem Arius (ur. Ok. 256 – zm. 336 r.n.e.) postawił tezę:

    “Jeśli Ojciec począl Syna, to ten poczęty miał początek swej egzystencji”.

    To proste stwierdzenie otworzyło istną “puszkę Pandory” dla ówczesnych teologów, przyczyniając się do ostrej debaty szalejącej przez następnych wiele dziesiątków lat, tak zwanej kontrowersji arianskiej. To niewinne zdanie mogłoby być komentowane i debatowane w spokoju. Kłopot polegał jednak na tym, że obie strony nie tylko uważały siebie za ortodoksyjne, a oponentów za niebezpiecznych heretyków, ale też dokładnie według tego schematu postępowały. Ortodoksi przecież nie umieli dyskutowac w normalny sposób, oni musieli się wzajemnie potępiać, obrzucać klątwami, denuncjować, skazywać na banicję, by juz o gorszych rzeczach tu nie wspominać. Nie spoczęli tez dopóki któregoś z owych “zbożnych” celów (lub tez najchętniej wszystkich ich razem wziętych) nie osiągnęli.

    Dla jednych Arius był heretykiem, bo mówił, ze Syn miał początek. Dla innych zaś ortodoksem, bo podkreślał, ze Bóg jest jeden, a jeśli Chrystus  też miałby nim być, to byłoby już dwóch bogów. Będąc zaś pod wpływem nauk zmarłego jeszcze przed swoim urodzeniem Orygenesa, uważał on, ze Ojciec jest jedynym Bogiem, wiecznym i niezmiennym, a każda inna osoba jest mu podporządkowana. W jego rozumieniu Aleksander próbował ożywić “herezję” sabelianizmu.

    W roku 320 Aleksander  zwołał synod lokalny w Aleksandrii, ktory ekskomunikował Ariusa (a jakże!). Ten zaś udał się do Bitynii i Palestyny, gdzie inne lokalne synody tę ekskomunikę unieważniły.

    W koncu zebrał się ten “historyczny” (by nie rzec: “histeryczny”) sobór w Nicei (dzisiejszy Iznik w północno-zachodniej Turcji) w 325 r.n.e. Z liczby ok. 1800 biskupów w obradach wzięło udział pomiędzy 225 a 318, czyli pomiędzy 1/9 a 1/6 całości. Debata nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc wmieszał się cesarz Konstantyn, który po prostu zażądał, by wszyscy podpisali formułę o Pomazańcu “współistotnym” Ojcu. Jako argument posłużyla mu groźba, że ci, którzy nie podpiszą, zostana wygnani z kraju. Niewielu odważyło się nie podpisać, więc formuła przeszła. Aliści, niektórzy z biskupów po powrocie do swych miast odwołali swe poparcie dla formuły: “Popełniliśmy akt bezbożny O, Panie, podpisując się pod bluźnierstwem ze strachu przed tobą…” – pisał do cesarza w imieniu swoim i dwóch innych biskupow Euzebiusz, biskup Nikomedii. Cesarz ze swej strony pozbawiał takich biskupów ich godności, a samego Ariusa wygnał i kazał palić jego pisma. (obok ilustracja Konstantyn)

    Jednak arianizm stal się popularny do tego stopnia, że Konstantyn cztery lata później (329 r.n.e.) zmienił zdanie, przywrocił do łask Ariusa, jego zaś adwersarza, Athanasiusa, pozbawił dopiero co uzyskanego biskupstwa aleksandryjskiego i wygnał do Galii (południowa Francja). Biskupi anty-arianscy pozbawiani byli swych godności, arianscy zaś je teraz odzyskiwali. Jeden z takich biskupów arianskich ochrzcił później Konstantyna na łożu śmierci (r. 337 n.e.). Następny cesarz, Konstancjusz, otwarcie poparł arianizm. Ale sytuacja polityczna zaczęła się stopniowo zmieniać: najpierw arianie podzielili się na trzy rywalizujace ugrupowania, przez co się sami osłabili, a w roku 361 zmarł ich protektor, cesarz Konstancjusz. Dwadzieścia lat później, w roku 381 triumfujący na nowo anty-arianie przepchnęli po raz kolejny swoje “Credo” i potępili  swych adwersarzy (sobór w Konstantynopolu). Tak więc o tym co stanowiło “ortodoksję” a co “herezję” decydowały układy sił polityczno-eklezjalnych. Argument się nie liczył, siła – tak.

    Dla interesującego nas tematu wynik tych zmagań miał później takie znaczenie, że potępiony Arius, czerpawszy z orygenizmu nauczał, że Chrystus nie był Bogiem, lecz że został Synem Bozym. Mogłoby to na dłuższa metę sugerować, że inni ludzie również mogliby zostać synami bożymi, jeśli naśladowaliby Chrystusa. W połączeniu zaś z doktryną pre-egzystencji dusz i ich reinkarnacji oznaczać by to mogło (choć oczywiście niekoniecznie musiałoby), że dusza do zbawienia niekoniecznie potrzebuje pośrednictwa zinstytucjonalizowanego kościoła i jego hierarchii. Można z całą pewnością zrozumieć hierarchów “ortodoksyjnych”, jeśli nie uśmiechała im się taka perspektywa. Dodatkowo transmigracja dusz, zwłaszcza jeśli istniejacych “od początku” lub “nie mających początku”, kolidowałaby z ich tezą o Chrystusie jako jedynym przedwiecznym (nie musiałaby oczywiście kolidować, bo można było założyć, że Chrystus jest Bogiem, a dusza, nawet nie mająca początku, nim nie jest). Woleli jednak “dmuchać na zimne”. Tak więc późniejsza ich walka z “orygenizmem” motywowana była nie tyle jakąkolwiek “prawdą objawioną”, lecz chęcią stworzenia założenia teoretycznego, którego celem była obrona innego założenia teoretycznego.

    Czy zatem przypisywać należy potępienie wiary w reinkarnacje “spiskowej teorii dziejow”? I tak i nie.  Tak o tyle, że biorący udział w opisanym wyżej konflikcie istotnie posuwali się do spiskowania przeciwko sobie nawzajem. Nie zaś, jeśli potraktujemy powyższy proces jako całość. O “spiskowej teorii” możnaby z całą pewnościa mówić, gdyby postawiona teza głosiła, że dlatego potępiono arian, aby później móc potępić Orygenesa i reinkarnację. Tymczasem prawdą jest coś wręcz odwrotnego: Orygenesa potępiono dlatego, że wcześniej potępiono Ariusa. I nie od razu tego dokonano: Orygenes nie był przecież potępiony gdy szalał spór arianski. Nie był nawet potępiony, gdy już potępiono Ariusa, lecz 172 lata później. Mamy zatem do czynienia z łańcuchem wydarzeń i procesów kształtujących doktryny na przestrzeni wieków i to w taki sposób, że nowa  doktryna była rezultatem okoliczności wynikłych z poprzednich kontrowersji. Można sobie zatem wyobrazić, że gdyby wygrali arianie, to dalszy rozwoj teologii “ortodoksyjnej” mógłby również doprowadzić do uznania reinkarnacji za swego rodzaju dogmat, w którym to wypadku dzisiejsi nasi teologowie i bibliści twierdziliby z zapałem, że niewiara w nią jest “nie do pogodzenia” z chrześcijaństwem, a jako argumenty posłużyłyby im wszystkie sporne cytaty biblijne (jak ten z Mt 17; 10-13) interpretowane jako dowody na reinkarnację. Heretykami “staliby się” ci, którzy w reinkarnację nie wierzą.

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Przypisy:

    1. Przykładem jest jego list Do Awitusa, figurujacy w spisie listów Hieronima jako list 124. Niektórzy reinkarnacjoniści, pragnąc “dorobić” naszej wierze zwolenników wśrod “Ojców Kościoła” (zabieg zupełnie zbędny i uczciwością nie pachnący), chętnie cytują z tego listu następujący fragment na poparcie swojej tezy:

    “Niebiańskie mieszkanie i miejsce odpoczynku tam, na górze, jak sądzę, rozumieć należy jako miejsce, gdzie zamieszkiwały istoty rozumne i gdzie, przed swym zstąpieniem niżej i przejściem ze świata niewidzialnego do widzialnego oraz upadkiem na ziemię i potrzebą ciał materialnych, cieszyły się poprzednią radością. Stamtąd Bóg, Stworca, uczynił dla nich ciala stosowne dla ich stanu…”

    Tymczasem fragment ten jest totalnie wyrwany z kontekstu, w dodatku nie jest to opinia Hieronima, lecz cytowana przezen opinia Orygenesa. W rzeczywistości bowiem list ten  jest swoją treścia zdecydowanie wymierzony przeciw Orygenesowi. Ten szesnastoakapitowy dokument utrzymany jest wręcz w tonie napastliwym, by nie rzec, że w denuncjatorskim. Trudno by go nazwać po prostu “polemiką”, zawiera on bowiem – jak zawsze w przypadku fanatyzmu – żądanie “potępienia”.

    W innym liście  (do Marcelli) Hieronim wyraził się bezposrednio o reinkarnacji:

    “Ta bezbożna i plugawa doktryna rozprzestrzeniła się w przeszłości w Egipcie i w obszarach wschodnich; a teraz potajemnie, niczym w norach żmij, rozprzestrzenia się między wieloma, zatruwając czystość tych obszarów; i jak dziedziczna choroba przenika do niewielu, by mogła sięgnąć większości”.

    Nie, zdecydowanie “ortodoksi” nie potrafili debatować jak normalni ludzie

    2. Wspomniany tu już Henry Ford zdecydowanie zdawał się wierzyć, że dusza ludzka odbywa wędrówkę jedyne pomiędzy wcieleniami ludzkimi. W wywiadzie prasowym udzielonym dziennikarzowi George’owi Sylvestrowi Viereck’owi (“The San Francisco Examiner”, 26 sierpnia 1928), powiedział między innymi:

    “Zaakceptowałem teorię Reinkarnacji, gdy miałem 26 lat… Religia nie oferowała niczego równie przekonującego – przynajmniej nie byłem w stanie tego odkryć. Nawet praca nie dawała mi całkowitej satysfakcji. Praca jest próżna, jeśli nie możemy wykorzystać w następnym życiu doświadczenia zebranego w poprzednim.

    Gdy odkryłem Reinkarnację, to było tak, jakbym odkrył uniwersalny plan. Zdałem sobie sprawę, ze był czas na wypracowanie moich pomysłów. Czas nie był juz więcej ograniczony. Nie byłem juz dłużej niewolnikiem zegara. Było wystarcząjaco dużo czasu, by pracować i tworzyć.

    Odkrycie Reinkarnacji dało mojemu umysłowi swobodę. Byłem uspokojony. Czułem, ze porządek i postęp są obecne w tajemnicy zycia. Nie szukałem już nigdzie indziej rozwiązania zagadki życia.

    Jeśli zachowa Pan zapis tej rozmowy, proszę, by napisał Pan to tak, aby uspokoiło to ludzkie umysły. Chciałbym bowiem przekazać innym ten spokoj, ktory daje nam dalekosiężne spojrzenie na zycie. Wszyscy zachowujemy, co prawda mgliście, wspomnienia z poprzednich wcieleń. Często czujemy, że jesteśmy świadkami sceny lub przeżywamy chwilę z jakiejś poprzedniej egzystencji. To jednak nie jest niezbedne; to, co jest wartościowe i co pozostaje w nas, to esencja, sens i wynik doświadczenia”.

     

     

    Continue Reading »
    0 Comments

    Opowieść reinkarnacyjna

    Jul 24th, 2009 by monio
    Opowieść reinkarnacyjna

    „W dzieciństwie moje sny były pełne wspomnień o śmierci Mary. Jako Mary, byłam w dużym pokoju z białymi ścianami; wysokie wielopanelowe okno, niemal naprzeciw mnie, wpuszczało sporo światła. Wiedziałam, że byłam chora od pewnego czasu, być może od tygodni, lecz fizyczny ból stał się odległy. Oddychałam jednak z trudem i musiałam zdobywać się na wysiłek, by zaczerpnąć powietrza, co samo w sobie powodowało panikę. Towarzyszyła temu gorączka powodująca zniekształcenie myśli i utratę poczucia czasu. Jedyną pewną rzeczą było, że byłam sama i bliska śmierci w miejscu, które nie było domem”. (ilustracja „Mary Sutton”)

    Tymi słowami rozpoczyna się książka Jenny Cockell „Across Time and Death. A mother’s search for her past life children” wydana w roku 1994. Autorka dodaje:
    „Wszystko to jednak zdawało się mieć małe znaczenie wobec mej obawy o dzieci, które zostawiałam (…) To nie śmierć sama w sobie wzbudzała strach, gdyż poprzez sny zrozumiałam śmierć jako normalny, naturalny proces. Był to żal oraz strata poprzez śmierć (…) Było zbyt wcześnie, by odejść; zbyt wcześnie, by opuścić dzieci.”Jenny Cockell pamiętała już od dzieciństwa, że że miała kiedyś na imię „Mary” i że była matką kilkorga dzieci.  Pierwszy raz wspomniała o nich swej matce zanim jeszcze ukończyła czwarty rok życia. Było to w dniu, w którym po raz pierwszy udała się do kościelnej szkoły niedzielnej w swym rodzinnym mieście w Northamptonshire w Anglii. Zapytana czy podobało jej się tam, odpowiedziała, że tak.
    „Ale powiedziałam, że nie mogę zrozumieć dlaczego, jeśli chcą tam mówić o życiu i śmierci, nie wspominają naszych innych żywotów.”

    „Tego dnia odkryłam, że reinkarnacja – nazwa tego, czego doświadczałam – uważana była za wierzenie, nie za fakt. W dodatku było to wierzenie, które nie było generalnie akceptowane w Brytanii. To odkrycie – że moja prawda nie była prawdą w oczach wszystkich i że ja byłam pod tym względem inna – stanowił dla mnie wielki szok i spowodował mój niepokój i stałe kwestionowanie samej siebie. Byłam świadoma, że dorośli na ogół wiedzą więcej niż dzieci i nie chciałam być w błędzie.”Całą sprawę komplikowała jeszcze nienajlepsza sytuacja w rodzinie „i istniało nieznośne napięcie między moimi rodzicami. Wszyscy baliśmy się ojca, który dla różnych powodów usiłował żyć życiem, do którego nie pasował. Nie był też szczęśliwy w małżeństwie.”

    Ta sytuacja rodzinna, o której autorka pisze otwarcie, posłużyć miała później jako jedna z podstaw kwestionowania sensu całej przedstawianej tu historii. O tej krytyce wspomnimy w dalszej części artykułu w przypisie 2.
    Mary and Jenny

    Jenny Cockell jest chyba jedną z bardzo niewielu osób w Europie, które zdają się pamiętać naprawdę bardzo dużo z tego, co nazywają swoim poprzednim życiem (1). Dużo – to oczywiście nie znaczy, że wszystko. Przyjrzyjmy się zatem najważniejszym szczegółom, które Jenny pamiętała ze swego poprzedniego życia oraz temu, czego nie wiedziała.
    Wiedziała ona zatem, że jako Mary żyła gdzieś pomiędzy latami 1898 a wczesnymi latami 1930-tymi. Wiedziała, że żyła wtedy w Irlandii – jeszcze jako dziecko zaczęła rysować mapki ze znanymi sobie ulicami miejscowości, w której miała mieszkać, zaznaczając na nich miejsce, gdzie stał domek, w którym żyła wraz z rodziną oraz inne obiekty. Potem zaczęła przeglądać mapy Irlandii z nadzieją, że odnajdzie to właściwe miejsce. Jej uwaga nieodmiennie kierowała się ku miejscowości Malahide (Mullach Ide) tuż na północ od Dublina. Mapki, które rysowała wcześniej okazały się pasować do rozplanowania paru ulic w Malahide. Pamiętała ulicę, przy której miała mieszkać oraz domek na samym jej początku. Nawet przypomniała sobie, że nazwa ulicy zaczynała się na literę „S”, coś jak „Salmons Road” – w rzeczywistości okazała się to być „Swords Road”. Z samej miejscowości pamiętała poza tym główną ulicę, sklep rzeźniczy przy Church Street (o cenach zbyt wysokich, by tam kupować), który to sklep istnieje nadal; swój domek oczywiście, jako mały cottage z ciemną kuchnią  i o dwuspadowym dachu nieco zapadłym z jednej strony; niewysoki płot kamienny przy tym domu wraz z furtką w nim; grupę ok 12 innych domków, tworzących rodzaj malutkiej „osady”  (znanej jako Gaybrook); stragany w głównej części miasteczka; stację kolejową itd. Pamiętała też – i ten motyw wracał często w jej wspomnieniach –  że nieraz wystawała w chłodne wieczory na molo, owinięta czarnym szalem lub chustą, czekając na przybycie łodzi – nie wiedziała jednak, na kogo tak czekała.
    Nie pamiętała natomiast – a w każdym razie nie wspomina tego w swej książce – stojącego w Malahide małego zamku.

    Zawsze miała wrażenie, że jako Mary była katoliczką. Jednak nie potrafiła przypomnieć sobie wyglądu stojącego w miejscowości katolickiego kościoła św. Sylwestra, chociaż jej dzieci były tam ochrzczone. Pamiętała jednak – w pewnym ogólnym zarysie – elewację innego kościoła, kościoła św. Andrzeja, należącego do protestanckiego Kościoła Irlandii. Ale pamiętała go tak, jak się pamięta budynek, którego nie zna się w środku, lecz jedynie z częstego przechodzenia obok niego. Po jednej z sesji hipnozy regresywnej naszkicowała istotny, widoczny z ulicy, fragment elewacji (a mianowicie jedną ścianę ze szczytem. Przy czym ten jej linearny szkic pokazywał jedynie zarys tej ściany, widocznej na pierwszym planie na zdjęciu obok, bez okna jednak, ale za to z tablicą ogłoszeń kościelnych).  (2) O ile nie potrafiła sobie przypomnieć wyglądu kościoła katolickiego, o tyle  z drugiej strony pamiętała, że chodziła do kościoła wraz z dziećmi oraz że chodziło tam dużo ludzi – miała bowiem w pamięci tłum ludzi stojących przed kościołem. Tłum, który przed kościołem św. Andrzeja nawet by się nie zmieścił.

    Stosunkowo najlepiej pamiętała „swe” dzieci: starszego syna, około 13 lat (Sonny), dość pewnego siebie, „małego żołnierza”, jak go określiła; najstarszą córkę (miała na imię Mary, po matce) z długimi włosami i gęstą grzywką; dalej dwóch innych synów (jeden z nich o imieniu Christopher, imię innego podano w książce jako „Jeffrey”); młodszą córkę z niebieskimi oczami i blond włosami (Bridget); małego chłopaka, roztargnionego, z ręką stale przesuwającą się wzdłuż obszycia kurtki i z palcami bez przerwy bawiącymi się nią (Francis). W ten sposób pamiętała sześcioro dzieci. Odnosiła jednak wrażenie, że gdy umierała, miała jeszcze jedno małe dziecko (najmłodszą córka, Elizabeth) oraz, że w sumie miała ich siedmioro lub ośmioro (była jeszcze córka Philomena zwana „Phyllis”) . Pamiętała – lub z czasem sobie przypominała – więcej szczegółów związanych z dziećmi, na przykład to, że dzieci miały małego czarnego psa. Utkwił jej w pamięci także pewien incydent, mianowicie, że jej dzieci złapały kiedyś królika na wnyk i zawołały ją, by go jej pokazać. „On jeszcze żyje” – miała im wtedy powiedzieć (co przypomniała sobie w hipnozie). I ten szczegół został potem również potwierdzony lata później, gdy spotkała już kilkoro spośród tej ósemki. Był on całkowitym zaskoczeniem dla nich, bo uważali go oni za rzecz tak prywatną, że nikt nie mógłby się o nim dowiedzieć z innego źródła. Nie pamiętała imion tych dzieci, zaczęły one pojawiać się później, częściowo podczas hipnozy, częściowo potem z korespondencji i rozmów telefonicznych, gdy już kontakt został z nimi nawiązany.

    Męża pamiętała tylko niczym przez mgłę. Ten „przystojny, robiący wrażenie mężczyzna” był raczej małomówny. Była pewna, że walczył on w I Wojnie Światowej, że zapewne wyszła za niego około tego okresu, a zawodowo wykonywał pracę mającą coś wspólnego „z dużymi belkami i robotami dachowymi” (dopiero później miała się już dowiedzieć, że istotnie był on cieślą budowlanym).
    Nie pamiętała natomiast jego (a zatem i swego) nazwiska ani też swego nazwiska panieńskiego (pamiętała natomiast rodziców oraz dwóch starszych braci – Michaela i Christophera). Co do imienia męża, to podczas hipnozy stwierdziła niepewnie, że zapewne „Bryan” (okazało się później, że „John”…). Nazwisko wymieniła „O’Neil”, lecz okazało się ono później nazwiskiem rodziny mieszkającej w pobliżu w Malahide. Jak potem oceniła, nazwiska „Bryan O’Neil” nie była pewna i nawet wydawało się jej, że może ono być przekręconą wersją nazwiska aktora Ryana O’Neila.

    Ciekawym elementem wspomnień Jenny Cockell są jej uwagi innego jeszcze rodzaju. Odczuwała ona podobnie szereg rzeczy jak Mary. Na przykład, jak pisze – „czuję głównie jej osobowość i pamiętam jej ubrania.” Było wówczas w modzie noszenie bluzek z niezbyt długimi rękawami, kończącymi się tuż pod łokciami, a nawet pod nimi zwijanymi. „Jeszcze dziś, jako osoba dorosła, podwijam rękawy lub wręcz spinam albo zszywam mankiety rękawów”. Pisze ona też, że już jako dziecko czuła się dziwnie w spódniczkach, które uważała za zbyt krótkie dla siebie i zbyt lekkie (niegdyś noszono dłuższe i cięższe) – „Wyobrażałam sobie, że powinny sięgać do połowy łydki, gdy tymczasem spódniczki dziecięce z lat 1950-tych sięgały do kolan”. (177.9 cm – przyp. MM). Nie pamiętała natomiast twarzy Mary.

    „Włosy Mary były długie i zdawały się być nieco falujące (…) Gdy mi przybywało lat, zdałam sobie sprawę, że Mary musiała być średniego lub nieco poniżej średniego wzrostu. Zaczęłam czuć się zdecydowanie zbyt wysoką, gdyż osiągnąwszy trzynaście lat, miałam pięć stóp i dziesięć cali wzrostu”

    W dzieciństwie Jenny czuła się dość dziwnie będąc zarówno sama dzieckiem jak i matką zatroskaną o los swoich innych dzieci:
    „lecz było mi trudno być dzieckiem.  Nie mogłam zrozumieć tych nieuzasadnionych rzeczy, które inne dzieci uważały za ważne. Przyjmowałam rzeczy wprost i nie ceniłam poczucia humoru innych, za to  sama śmiałam się z czegoś zupełnie innego.

    Szukając dowodów

    W międzyczasie sama – to jest w obecnym życiu – urodziła dwójkę dzieci i pracowała jako podiatra. Gdy dzieci podrosły, znów zaczęła, ze zwiększoną mocą, interesować się rodziną pamiętaną przez te wszystkie lata. W latach 1980-tych zakupiła dokładniejszą mapę rejonu Malahide i porównała ją ze swoim szkicem sprzed wielu lat. Obie mapki były do siebie podobne.
    Poszukiwanie rozpoczęła od gromadzenia bliższych informacji o samej miejscowości oraz zapamiętanych z niej szczegółach i mieszkających tam w przeszłości ludziach. Możemy sobie wyobrazić, że reakcje osób zapytywanych przez autorkę były zróżnicpwane. Pewna dziennikarka zamieszkała w pobliżu Malahide, która początkowo zaoferowała swą pomoc, natychmiast zerwała kontakt, gdy dowiedziała się, że chodzi o „badanie pamięci z poprzedniego życia”. Pomocny okazał się natomiast lokalny nauczyciel historii z Dublina, będący równocześnie studentem teologii. Zamierzał on  bowiem wykorzystać wspomnienia autorki dla celów swej pracy dyplomowej, gdyż „poruszały one szeregi kwestii interesujących dla teologii”.

    W czerwcu 1989 roku wybrała się wreszcie do Malahide na weekend. Stwierdziła tam, że naszkicowany przez nią wcześniej kościół istotnie się tam znajdował i rzeczywiście miał elewację bardzo podobną do tej naszkicowanej lata wcześniej. Nie potrafiła odnaleźć swego niegdysiejszego domu, który już nie istniał (został zburzony w 1959 roku). Natomiast kamienny mur, strumień oraz bagno były dokładnie w tych miejscach, które pamiętała. Znalazła swoje stare molo, które pojawiało się w jej pamięci tak często – tyle tylko, że niegdysiejsze drewniane zastąpiono w międzyczasie betonowym.

    Krótko potem napisała list do właściciela starego domu przy Swords Road, czyli przy tej samej ulicy, przy której miała sama kiedyś mieszkać. Mr Mahon odpisał, informując między innymi:

    „Co się tyczy matki zmarłej w latach 1930-tych – była nią Mrs SUTTON. Wydaje mi się, że jej mąż był żołnierzem brytyjskim w wojnie lat 1914-18. Po jej śmierci dzieci zostały zabrane do sierocińców – później ich najstarsza córka MARY wróciła do domu. Sądzę, że mąż wrócił do UK, by szkolić żołnierzy w latach 1939-45. Ich dzieci chodziły do szkół rzymskokatolickich, ale możliwe jest, że ich ojciec należał do Kościoła Irlandii.”Zdziwiło ją dlaczego ojciec nie utrzymał rodziny. Rozpoczęła poszukiwanie owych dzieci oraz dalszych informacji o ich losach. Odnalazła świadectwo ślubu Mary Sutton oraz jej świadectwo zgonu. Udało jej się uzyskać imiona sześciorga z ośmiorga dzieci dzięki pomocy księdza z sierocińca koło Dublina (ksiądz ten poczynił własne poszukiwania w Departamencie Edukacji), a następnie, po ustaleniu ich aktualnych adresów, zaczęła do nich pisać.  W końcu spotkała się z jednym z nich – z tym najstarszym, imieniem Sonny. Potwierdził on, że ich mały dom (cottage) stał rzeczywiście w ustalonym przez nią miejscu.

    Sonny dopomógł Jenny w spotkaniu z rodziną. Trójka z ósemki dzieci już nie żyła. Pozostała piątka natomiast spotkała się z Jenny w kwietniu 1993 roku w Irlandii. Jenny filmowała to spotkanie. Napisała: „było to pierwsze spotkanie rodziny od 1932 roku”.Jenny Cockell była w sumie kilkakrotnie w Malahide i okolicach (do czasu napisania książki). Christopher, który nie był tam od czasów dzieciństwa, stojąc w obrębie pozostałości niegdysiejszego domu rodzinnego, potrafił odnaleźć to miejsce, w którym stał, gdy jego matka była zabierana do szpitala, skąd już nie wróciła.

    Sama Jenny była zadowolona, że zainteresowała się swymi wspomnieniami i podjęła działanie opisane powyżej. „Poczucie odpowiedzialności i winy opadło i odczuwam spokój, którego tak naprawdę nigdy przedtem nie zaznałam” – napisała w zakończeniu swej książki, która doczekała się ekranizacji (co prawda ze scenariuszem odbiegającym nieco  od faktów).

    Epilog

    John Sutton (ojciec) – Powodem, dla którego ojciec, John Sutton, z zawodu cieśla budowlany, nie utrzymał rodziny po śmierci żony, było to, że dużo pił („a drunkard”) i często zachowywał się brutalnie. Jeszcze za życia Mary bił ją i dzieci „grubym pasem z mosiężną klamrą”. Po jej śmierci stał się jeszcze gorszy, co spowodowało odebranie mu przez władze prawa do opieki nad siedmiorgiem z ośmiorga dzieci, pozostawiając mu jedynie syna Sonny’ego. Jego też bił aż do momentu, gdy ten w wieku 17 lat uciekł z domu i zaciągnął się do armii. Najstarsza córka (również Mary) wróciła z sierocińca do domu i przez pewien czas mieszkała tam z ojcem. Ją jednak też bił, aż w końcu i ona uciekła. Około roku 1939 lub 1940 ożenił się ponownie i przeniósł do Szkocji. Ani jego dzieci go nie poszukiwały ani Jenny Cockell.

    Mary Sutton, z d. Hand – była istotnie średniego wzrostu jak opisała ją autorka, dość pogodną kobietą. Miała długie, ciemne włosy związane w kok. Nie nosiła biżuterii (poza obrączką ślubną). Ślub z Johnem Suttonem wzięła, wg zapisu,  22 lipca 1917 roku w Dublinie (ks. „R. Garrick P.P”). W roku 1932 zmarła w Rotunda Hospital w Dublinie (na zdjęciu) – szpitalu, który istotnie miał białe ściany i wysokie wielopanelowe okna.  Zmarła 24 października 1932 roku, przyczyny zgonu zostały wymienione w świadectwie jako „gas gangrene, septic pneumonia, toxaemia” – „zgorzel gazowa (czyli gangrena), septyczne zapalenie płuc, zatrucie krwi”. Zaledwie miesiąc wcześniej (25 września) urodziła swe ostatnie dziecko – córkę Elizabeth. W świadectwie zgonu napisano również, że miała ukończone 35 lat – co oznacza, że urodziła się w roku 1897, nie w 1898; choć wg innego jeszcze źródła miała się urodzić 1 grudnia 1895 (dokładna data urodzin nie jest jednak znana. Część dokumentacji i archiwaliów z tamtego rejonu spłonęła podczas irlandzkiej wojny domowej 1922-23).  Pochowana została na cmentarzu przy kościele katolickim w Kinsaley, między Dublinem a Malahide.

    Mary, najstarsza córka – po ucieczce od ojca udało jej się znaleźć kochającego męża. Jednak zmarła krótko później podczas porodu w wieku zaledwie 24 lat.

    „Jeffrey” – nie chciał, by podawać publicznie jego prawdziwe imię, stąd ten „pseudonim”. Był pierwszym z rodziny, z którym autorka była w stanie się skontaktować. Zmarł na wiosnę 1993 roku, krótko przed „spotkaniem rodzinnym” w Malahide.

    Philomena (Phyllis), Bridget i Elizabeth – wszystkie wyszły za mąż; Phyllis urodziła ośmioro dzieci, Bridget czworo, Elizabeth sześcioro. Bridget zmarła w latach 1970-tych w Australii. Elizabeth dopiero w wieku ok. 17 lat dowiedziała się, że była dzieckiem adoptowanym i że miała rodzeństwo. Nie wiedziała gdzie żyją jej bracia i siostry. Dopiero ogłoszenie zamieszczone przez autorkę w dublińskiej „Evening Press” w paździeniku 1990 dopomogło jej w odnalezieniu krewnych.
    Phyllis zaakceptowała inne niż autorka wyjaśnienie fenomenu opisanego w książce: „Ksiądz zasugerował jej, że reinkarnacja jest nie do utrzymania, był jednak w stanie przedstawić pogląd, który zdawał się być łatwiejszy do zaakceptowania przez nią. Według niego Mary przemawiała przeze mnie, by zjednoczyć rodzinę”. Taki pogląd przyjęła też Elizabeth. Phyllis jest tą córką, którą widać – w wieku 2 lat – na wykonanym w 1927 roku jej zdjęciu z matką, zaprezentowanym tu u samej góry.

    Sonny, najstarszy syn – pozostawiony ojcu jako jedyne dziecko do wychowania, uciekł od niego mając lat 17. Podając się za rok starszego, zaciągnął się do armii irlandzkiej (Free State Army). Nieco później się ożenił i wyjechał do Anglii, gdzie z kolei zaciągnął się do lotnictwa (RAF). Jego pierwsza żona wkrótce zmarła. Niedługo potem ożenił się ponownie. Spośród całego rodzeństwa on jeden w całości zaakceptował tezę o reinkarnacji swej matki (inni częściowo albo i nie) i to on okazał się najbardziej pomocny w zorganizowaniu spotkania rodzinnego w roku 1993. Tak jak i jego pozostałe rodzeństwo, utrzymywał dalej kontakt z autorką książki. Miał ośmioro dzieci. We wrześniu 1990 roku podczas pierwszego spotkania z Jenny Cockell był w stanie wyjaśnić jej zagadkę owego wystawania na molo o zmierzchu: „Powiem ci dlaczego pamiętasz to molo. Jako chłopak pracowałem na wyspie, usługując grającym tam w golfa, a o zmierzchu matka czekała na mnie na molo, byśmy mogli razem wracać do domu.” Zmarł w roku 2000.

    Jenny Cockell http://en.wikipedia.org/wiki/Jenny_Cockell napisała od tamtego czasu jeszcze co najmniej dwie inne książki o reinkarnacji. http://www.darkstar1.co.uk/jennycockell.html _______________________________________________

    Jenny Cockell. “Across Time and Death. A mother’s search for her past life children”. New York 1994
    Przypisy:
    1. Ian Stevenson , niedawno zmarły (8 lutego 2007) czołowy badacz fenomenu pamięci poprzednich żywotów, ze swej strony najwyżej cenił bezpośrednią pamięć badanej przez siebie osoby. Mniej polegał na t.zw. hipnozie regresywnej, gdyż stosunkowo rzadko daje ona szczegóły o „wartości ewidencyjnej”. Dał on temu wyraz między innymi w swoim opublikowanym na stronie internetowej Uniwersytetu Virginii oświadczeniu w tej sprawie . O ile bowiem taka hipnoza istotnie daje możliwość sięgnięcia pamięcią do bardzo wielu szczegółów, które się w niej nagromadziły (a których na ogół bez tej hipnozy sobie nie przypominamy),  problem tkwi  w tym, że informacje te pochodzą z najrozmaitszych źródeł, włączając w to obejrzane niegdyś filmy, przeczytane książki, rozmowy przeprowadzone z innymi osobami itd. Profesor ostrzegał także przed możliwymi niekorzystnymi skutkami ubocznymi takich hipnoz, stwierdzając m.in.:

    “Procedura regresji hipnotycznej do “poprzednich żywotów” nie jest pozbawiona pewnych niebezpieczeństw. Zdarzały się wypadki, w których „poprzednia osobowość” nie „odchodziła” pomimo instruowania, by to uczyniła i osoba w takich wypadkach pozostawała w odmienionym stanie osobowości przez kilka dni lub dłużej, zanim nastąpiło przywrócenie do jego normalnego stanu osobowości”.

    2. Pewien autor (Joe Nickell) poddał krytyce historię opisaną w prezentowanej tu książce. Warto zaznajomić się z jego argumentami. Tutaj skupimy się na najważniejszych z nich.

    Najłatwiej odpowiedzieć temu elementowi krytyki, który podważa świadectwo z powodu problemów spowodowanych w jej własnym życiu trudną (w dzieciństwie) sytuacją rodzinną. Taka sytuacja sama w sobie nie czyni podanej przez niej wersji wypadków rzeczą nieprawdopodobną. Utrata czegoś istotnego w życiu może bowiem dopomóc w odnalezieniu czegoś innego, niemniej istotnego. Tak jak utrata wzroku może doprowadzić – przy intensywnym ćwiczeniu – do polepszenia posługiwania się słuchem…

    Sam sposób dokonywania poszukiwań przez autorkę również budzi zastrzeżenia Nickella:
    “Wysłała zapytania w celu znalezienia wsi z pewnymi szkicowymi wymaganiami, a gdy taka wieś została –  co nie dziwi — znaleziona, zaaprobowała ją jaką tę, której szukała. Oczywiście gdyby nie pasowała, poszukiwałaby dalej. Takie podejście przypomina rysowanie tarczy wokół strzały, gdy ta już w coś trafiła.”
    “W dodatku zastosowano tu technikę retrofittingu (zestawiania fo fakcie). Na przykład pani Cockell wykonała szkic kościoła po jednej ze swych sesji hipnotycznych, który zestawiony został z fotografią rzeczywistego kościoła św. Andrzeja we wsi Malahide. Jednak szkic jest prosty, pokazuje on jedynie ścianę szczytową, nie ukazując świadomości istnienia większej struktury ogólnej. W dodatku całkowicie pomija on główną osobliwość ściany szczytowej – masywne okno gotyckie – a jest więcej pominięć i niewłaściwych skojarzeń. Co więcej, kościół św. Andrzeja nie jest tym, do którego Mary uczęszczała, bo tym był kościół katolicki św. Sylwestra, lecz jedynie tym, obok którego przechodziła, a należącego do Kościoła Irlandii.”
    Autor nawet powołał się na autorytet eksperta, Roberta Bakera, oraz na jego opinię o t.zw. hipnozie regresywnej, zawartą w jego książce p.t. „Hidden Memories: Voices and Visions from Within” (Buffalo, New York, 1992, str. 152):
    “Przez długi czas uważano, że hipnoza dawała osobie hipnotyzowanej nienormalne lub niezwykłe zdolności wskrzeszania wspomnień. Łatwość, z jaką hipnotyzowani odzyskiwali zapomniane wspomnienia i przeżywali na nowo doświadczenia wczesnego dzieciństwa była zdumiewająca…”.
    „Jednakże, kiedy przeegzaminowano zbieżność owych wspomnień z prawdą, okazało się, że wiele z tych wspomnień nie tylko było nieprawdziwych, ale że były one nawet całkowitymi fabrykacjami. Konfabulacje, t.j. tworzenie historii w celu wypełnienia luk w pamięci, wydawały się raczej normą niż wyjątkiem. Wydaje się, dosłownie, że stosowanie „hipnozy” w celu przywracania lub obudzenia w taki czy inny sposób poprzedniej historii danej osoby pobudza nie tylko pragnienie tej osoby do przywoływania wspomnień oraz procesy pamięciowe, lecz otwiera również śluzy jej lub jego wyobraźni.”

    To wszystko oczywiście prawda. Tu zwróćmy na moment uwagę na ten drugi fragment cytowany przez Nickella. Pisze więc Baker, że „wiele z tych wspomnień nie tylko było nieprawdziwych …”, co oczywiście samo w sobie jest potwierdzeniem, że inne wspomnienia jednak są prawdziwe. Oraz że hipnoza osoby „pobudza nie tylko pragnienie tej osoby do przywoływania wspomnień oraz procesy pamięciowe …”, co oznacza, że obok historii fikcyjnych uzyskuje się również prawdziwe dzięki pobudzeniu procesów myślowych…
    Ale tak na dobrą sprawę Mr Nickell wcale nie musiał tu nikogo cytować, bo Jenny Cockell wyraźnie podkreśliła wspomniane ryzyko stosowania tego typu hipnozy (na stronie 34 swej książki), gdzie po krótkim przypomnieniu historii hipnozy regresywnej, stwierdziła:
    „Chociaż regresja hipnotyczna stała się tak popularna, nie jest ona najwyraźniej wysoko ceniona przez poważnych badaczy, gdyż informacja podawana przez dorosłą osobę hipnotyzowaną może pochodzić z rozmaitych źródeł.”

    dodając przy tym dlaczego w ogóle się jej poddała:
    „Jednak dla mnie było to nowe doświadczenie i jego celem było nie tyle usiłowanie szukania doświadczeń z poprzednich żywotów, lecz dodanie czegokolwiek użytecznego do wspomnień z wczesnego dzieciństwa już w sprawdzalny sposób uszczegółowionych (w oryginale: „verifiably detailed”). Chciałam wykorzystać wszystkie możliwe środki, by znaleźć wystarczające szczegóły, aby być pewną, że jeśli zostanie odnaleziona rodzina, to będę mogła być pewna, że to moja rodzina.”
    Innymi słowy historia uzyskiwana już od co najmniej 4 roku życia była już dość dobrze skrystalizowana, potrzebne były tylko szczegóły uzupełniające, które – tak nawiasem – uzyskiwane były głównie poprzez sprawdzanie faktów uzyskiwanych od osób prywatnych oraz instytucji publicznych, jak również poprzez rzeczywiste wizytowanie miejsc znanych dotychczas tylko ze wspomnień. Człowiek hipnotyzujący autorkę książki przyznał, że była ona pierwszą osobą hipnotyzowaną przezeń posiadającą pamięć poprzedniego życia. (str. 35).


    Odpowiedź na argument o wielu szczegółach niepamiętanych z poprzedniego życia jest nawet prostsza.  Nikt z ludzi nie pamięta większości zdarzeń swego obecnego życia. Wielu potrafi autentycznie np zapomnieć nawet języka, którego nauczyli się w dzieciństwie i który był ich pierwszym językiem (co kontrastuje np ze zjawiskiem znanym jako „ksenoglossia”, a polegającym na posługiwaniu się językiem obcym, którego nie uczono się w trakcie trwania obecnego żywota – niejedna z osób utrzymujących, że żyły poprzednio w innych wcieleniach, posiada taką zdolność). A czy można nie pamiętać własnego nazwiska (lub imienia krewnego) z poprzedniego wcielenia? Praktyka pokazuje, że można i to nawet z życia obecnego (zaniki pamięci). Nikt nie będzie utrzymywał, że człowiek nie istnieje, jeśli straci pamięć…

    A co do owego kościoła św. Andrzeja, którego fragment został zapamiętany… Aby móc docenić szkicowanie szczegółów budynków po wielu latach i to po niegdysiejszym jedynie powierzchownym ich obserwowaniu, posłużyłem się małym „eksperymentem” podobnego charakteru. Osoba, która wykonała widoczny obok szkic, nie widziała Kazimierza Dolnego ani stojących w nim kamienic braci Przybyłów od lata 1981 roku (no, może nieco później jakieś fotografie…). Ostatnio złapała za pióro i – bez oglądania jakichkolwiek fotosów – naszkicowała to, co utkwiło jej w pamięci po tylu latach. Rezultat widoczny jest na ilustracjach (tu dodaję, że chodziło o kamienicę po prawej, a nie tę większą po lewej).  Oto, co można „zrobić” z budowlą, polegając na mglistej pamięci z tego żywota (o jakimkolwiek poprzednim nawet nie wspominając)… (Pomińmy tu narazie fakt, że czym innym jest zapamiętanie pewnej budowli, a czym innym jej narysowanie  – pamiętamy zawsze w bardziej „fotograficzny” sposób niż potem z pamięci  rysujemy. Owa pamięć i rysunek różnią się zatem znacznie). Na szkicu są widoczne postacie na elewacji – nie wiadomo tylko dlaczego dwie i dlaczego symetrycznie „flankują” elewację… Gdzieś coś „świtało” o jakichś oknach na pierwszym piętrze (ale są dwa zamiast trzech), a co stało się z tymi czterema mniejszymi na poddaszu?Zgubiono” w ten sposób w sumie aż 5 spośród 7 okien. A ktoś ma pretensję, że Jenny Cockell „zgubiła” jedno… Gdzie podziały się trzy łuki na parterze? Zastąpiły je jedne drzwi… Nie ma w ogóle podcieni… Nie ma wspaniałej i bogato zdobionej attyki. A jednak pomimo wrażenia, że ktoś „przez pomyłkę” naszkicował zupełnie inny budynek, nie sposób zaprzeczyć, że szkic i kamienica mają jednak coś ze sobą wspólnego… Tym bardziej, że „sprawca” tego  szkicu upiera się, że gdyby stanął w Kazimierzu przed kamienicą, to by ją natachmiast rozpoznał jako tę, którą pamięta (ten „sprawca” to oczywiście ja sam…).

    Ale, ale… autor wspomniał coś o „rysowaniu tarczy wokół strzały, gdy ta już w coś trafiła”. Istotnie, porównanie niczego sobie. Co innego jednak mieć tarczę na widoku: ani szukać jej nie trzeba, ani nawet dociekać jej istnienia. Co jednak zrobić, gdy najpierw trzeba ustalić, czy „tarcza” w ogóle istnieje? Poszukiwania wszelkiego rodzaju prowadzi się właśnie w bardzo podobny sposób. Postępują tak osoby prywatne, postępuje tak policja… Wyobraźmy sobie, że gdzieś popełniono przestępstwo. W ciemności ktoś zauważył przez dziurę w płocie, że nad leżącą na ziemi ofiarą pochyla się jakiś mężczyzna. Twarzy nie widać, bo ciemno i „leje jak z cebra”, na dodatek kaptur ma nasunięty na głowę. Świadek odnotował jednak, że odchodząc, podejrzany zawołał „Hector!” do stojącego opodal owczarka alzackiego, który natychmiast za nim podążył. Co zrobi policja, otrzymawszy taki strzępek informacji? Ano, można się założyć o każdą sumę, że przetrząśnie ona wszystkie dostępne sobie rejestry psów, by sprawdzić, czy odnotowany jest w nich alzatczyk o imieniu „Hector”, od którego możnaby zacząć poszukiwania podejrzanego – w ten sposób „rysując tarczę wokół wbitej strzały”… Tak jak uczyniła to autorka książki:
    „Posługując się jedynie wspomnieniami z dzieciństwa, chciałam najpierw dowiedzieć się kto mieszkał w tym domu pięćdziesiąt lat wcześniej, a następnie posuwać się ostrożnie krok za krokiem” (str. 66).

    Czy ostatecznie książka „Across Time and Death” wytrzyma krytykę czy nie (narazie w ciągu ostatnich 13 lat sobie nienajgorzej radzi…), to jeszcze zobaczymy.  Natomiast akurat krytykę Joe Nickella wytrzymuje ona znakomicie, dosłownie „bez zadraśnięcia”…

    Continue Reading »
    0 Comments

    Długie milczenie

    Jul 23rd, 2009 by monio
    Długie milczenie


    Pod koniec dziejów na ogromnych zielonych zboczach nad błękitnym oceanem, nad którym rozciągało się równie błękitne Niebo, znalazły się nieprzeliczone rzesze ludzkie. Byli tam ludzie różnych ras, nacji, języków, kultur, stanów i epok. Byli męczennicy za wszelaką wiarę, ofiary mordów politycznych, napromieniowani z Hiroszimy i spaleni żywcem w Dreźnie. Były ofiary i byli ich oprawcy, niektórzy bardzo znani… Byli też ci, którzy normalnie i spokojnie dokonali żywota. Wszyscy oni mieli zostać teraz osądzeni. Panowało długie i ponure milczenie…

    Jednak co jakiś czas przerywane było ono głośnymi dyskusjami. “Czy Bóg ma prawo nas osądzać? A co on wie o cierpieniu?” – padały pytania. Nie brak było ludzi gotowych głośno spierać się z Bogiem, wrzeszczeć na niego, pomiatać nim niemal niczym pariasem i walić pięścią w stół (gdybyż tam tylko był jakiś stół…).

    „On nie musi dokonywać trudnych wyborów ani poszukiwać prawdy w celu zbliżenia się do… siebie samego!” – zawołał z nutką arogancji młody student teologii.

    „A za co miałby on sądzić mnie?! Niech więc się wypcha ze swoimi ‘sądami’!!!” – oburzyła się pewna młoda Chinka – „Nie miałam nawet dwudziestu lat, gdy w czasie wojny on mi obciął głowę!” – tu wskazała palcem na wystraszonego i zawstydzonego Japończyka. „Mogę ja wiedzieć gdzie się ten ‘Pan Stworzenia’ raczył wtedy znajdować??!!”

    „Właśnie!” – mruknął pewien ateista ze złoto-czerwonym znaczkiem w klapie marynarki - „Chyba jednak dobrze, że w tego wampira wtedy nie wierzyłem, bo bym się tylko niepotrzebnie denerwował jego nieporadnością i pełną oczywistego chamstwa obojętnością”.

    „Siedzi sobie w niebie, gdzie nie ma płaczu, cierpienia, głodu, raka, AIDS… Jakie on ma pojęcie o tym, co człowiek musi nieraz przejść…?” – zapytał z grymasem na twarzy stary Hindus.

    „Nooo, już nie przesadzajmy, proszę państwa!” – wpadł mu w słowo znany działacz katolicki – „w końcu to On ten świat stworzył i zna go lepiej niż my wszyscy razem…”

    „…To tym gorzej dla niego, bo to znaczy, że się nami zabawiał niczym lalkami!!!”

    I tak to trwało przez czas jakiś. W końcu wydelegowano reprezentantów, którzy mieli targować się z Bogiem o ludzkość. Uznali oni, że aby Bóg mógł mieć prawo do sądzenia kogokolwiek, to pierwej musi on narodzić się jako parias (najlepiej z nieprawego łoża); ma być zdradzony, pokiereszowany, opluty, uznany za idiotę i szprycowany narkotykami przez ‘dobrotliwych’ doktorów w psychuszce; a najlepiej to niech sam zostanie osądzony – ooo, tak! – i skazany w prawniczej farsie i nago uśmiercony. No i koniecznie niech kona w męczarniach…

    Znów  zapadło długie milczenie. Zdawało się bowiem niektorym, że taki wyrok już kiedyś zapadł i że zostal on istotnie wykonany…

    „Tak, ale na tym, którego zwali ‘Synem Bożym’, nie na ‘Bogu Ojcu’” – powiedział, stukając się znacząco w czoło, pewien starszy wiekiem mason.

    „Noo… Wystarczyłoby chyba znacznie mniej… Niechby tak mu tylko grożono śmiercią, niechby go tak parę razy stłukli „nieznani sprawcy” i niechby poszedł na całe lata siedzieć za samo tylko mówienie tego, co myśli!” – dorzucił z kwaśną miną pewien stary rewizjonista, który nie wierzył w „komory gazowe” i w „6 milionów Zydów”.

    „Bluźnicie strasznie, wielka spotka was za to kara!” – zdenerwował się duchowny w sutannie, któremu zawtórowało parę osób: „Hańba! Nawet tu, przed Obliczem Najwyższego, macie czelność się jeszcze wykłócać?!

    W tym momencie wtrącił się milczący do tej pory, pochodzący z Monachium, a zmarły we Wrocławiu  prawnik, historyk i pisarz Felix Dahn, autor „Walki o Rzym”:

    „Miałem raz karczemną awanturę z królem bawarskim Ludwikiem II. Sprzeczaliśmy się dosłownie całą noc. I to jak! Poszło o sprawy polityczne i moralne. W pewnej chwili powiedziałem mu wprost, że jest ‘zaślepiony nienawiścią’. Ja… królowi!!!  Nad ranem… serdecznie mi podziękował za szczerość. Podkreślił, że nikt z nim tak szczerze dawno już nie rozmawiał. Przyzwyczajony był do tego, że w rozmowach z nim ludzie go tylko wychwalali i podlizywali mu się…

    Nasze własne pretensje są jedynie częścią jednej, niekończącej się odwiecznej rozmowy z nieskończonością, rozmowy, która pozwala nam – przez konfrontację z innymi – poznać samych siebie i w ten sposób dokonać swoistego ‘rachunku sumienia’ przed tą ostateczną spowiedzią.

    Tak czy owak, jeśli król Bawarii umiał okazać łaskawość, to czegóż spodziewać się po Królu Niebios, który nas chyba lepiej trochę zna niż ten romantyczny samotnik z Neuschwanstein?”

    Po raz kolejny zapanowało długie milczenie. Ale tym razem już nie tak ponure…

     

     

    Continue Reading »
    1 Comment

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 6: Wątki polskie i Epilog

    Jul 21st, 2009 by monio
    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 6: Wątki polskie i Epilog

    Byłoby rzeczą wręcz nieuczciwą wobec polskiego czytelnika, gdyby powyższa historia nie została zakończona wątkami polskimi, których jej nie brakowało. Niektóre z nich zostały już zresztą wspomniane: to terytoria i miejscowości, z których emigrowano. Owi niemieccy luteranie pochodzili właśnie z terenów dawniejszej i dzisiejszej Polski. Nie pozostało to bez wpływu na ich indywidualne związki z Polakami z tych samych terenów, ale także na początki polskiej emigracji do Australii. Poniżej prezentujemy kilka takich wątków. (ilustracja Polish Hill River road sign)

    Początki polskiej emigracji do Australii – i to właśnie do Południowej Australii –  pozostają bowiem w ścisłym związku z opisaną powyżej emigracją pruskich luteranów  z Wielkopolski i Dolnego Śląska. To właśnie wielkopolscy i dolnośląscy Niemcy stali się pionierami przecierającymi szlak nieco tylko późniejszej polskiej emigracji do Australii, tak jak z kolei wielkopolscy Polacy byli pionierami zorganizowanej, grupowej polskiej emigracji do tego kraju. Stało się tak tym bardziej, że tak jedni jak i drudzy pochodzili z tych samych rejonów, a czasem nawet z tych samych lub sąsiednich miejscowości (np. Dąbrówka i Dąbrówka Mała, czyli „Gross Dammer” i “Klein Dammer”). Nie brakowało małżeństw mieszanych, zawieranych czy to jeszcze w Europie czy też już w Australii.

    Nazwiska…

    Wśród Niemców nie brakowało zatem osób polskiego pochodzenia i to już wśród tych, którzy przybywali jako pierwsi. Odnajdujemy nazwiska o polskim brzmieniu wśród pasażerów pierwszych żaglowców, o których była mowa wcześniej. Tak więc na pokładzie “Prince George“ przybyła z pastorem Kavelem rodzina Kalleske z Trzciela. Johann Georg Kalleske urodzony był w Brójcach (Brätz). Tym samym żaglowcem przybył Johann Gottlieb Petras z Klępska. Na pokładzie “Zebry” (z kapitanem Hahnem) znajdujemy pasażera nazwiskiem Johann Georg Janetzki oraz jego rodzinę z Myszęcina (Muschten). Możemy spokojnie się założyć, że również wspomniany Gottfried Lubasch, ów sierżant spod Waterloo, miał nazwisko polskie. Możnaby się zastanawiać, czy aby nazwisko Nitschke nie ma polskich korzeni.  Do Australii wyemigrowało kilka gałęzi tej rodziny z Dolnego Sląska i jest niemal pewne, że znany obecnie w Australii zwolennik eutanazji oraz lider ruchu na jej rzecz, dr Philip Nitschke, pochodzi z tej właśnie rodziny. Na pokładzie “Cathariny” znalazł się natomiast Johann Joseph Gallasch ze Zbąszynia, wraz z rodziną oraz Carl Ernst Tschenscher (Trzęsior?), również z rodziną.

    Żaglowcem „Gellert” przybył w grudniu 1847 roku, wraz z Niemcami z poznańskiego pewien oficer nazwiskiem „Eugen von Sierakowski” (Eugeniusz Sierakowski)

    W rok później żaglowcem „Alfred” wraz z Franzem Weihertem i jezuitami Kranewitterem i Klinkowstroemem przybywają w okolice Sevenhill dwaj cieśle o polskobrzmiących nazwiskach Samulewsky i Semlitzky wraz z rodzinami (w sumie 9 osób).

    Z okolic Zbąszynia (Bentschen) pochodzili emigranci z rodziny Waltrowicz. Anne Caroline Gallasch wyszła za mąż za Johannesa Waltrowicza, który potem zmarł we wsi Nowe Domki k. Zbąszynia w roku 1852. Caroline wyemigrowała rok później z sześciorgiem dzieci na statku “Caesar Godeffroy” do Adelaide. Z tej rodziny znany był później w Hahndorf kołodziej nazwiskiem Adalbert Waltrowicz (zm. W 1903 roku). Żoną jego była Johanna Rosine z d. Schubert. Mieli razem 13 dzieci. Inna Caroline Waltrowicz (ur. W 1838 r. w Zbąszyniu), katoliczka, pracowała jako służąca w Adelaide. Wyszła za mąż za niejakiego Marcina Buczkowskiego z polskiej osady w Hill River (obecnie Polish Hill River) k. Clare w Południowej Australii. Tam najprawdopodobniej chodzili oboje do kościoła św. Stanisława Kostki (na zdjęciu).  Inny członek tej rodziny Joseph Waltrowicz (znany jako “Waltrowitz”), urodzony 1842 r. w Zbąszyniu, mieszkał później w Hahndorf, gdzie zmarł w 1929 roku, jego grób wciąż istnieje na tamtejszym cmentarzu. Michalina Waltrowicz (ur. W 1846 r. w Nowych Domkach) wyszła w Port Adelaide za Anglika nazwiskiem Charles Green. Po jego śmierci wyszła za mąż za Johna Ennsona. Miała własną restaurację w dzielnicy Semaphore w Adelaide. Marianna Waltrowicz (ur. 1849) wyszła za mąż w Południowej Australii za Davida Seefeldta. Oboje później wyjechali do Palmerston (obecnie Darwin na północy Australli).

    Innym emigrantem polskiego pochodzenia był Anton Maćkowiak urodzony w marcu 1817 roku w Poznaniu, a zmarły 14.X.1899 we wsi Blumberg (obecnie Birdwood) na wschód od Adelaide. Przed emigracją zamieszkiwał w Nekli (Wielkopolska), a jego rodzicami byli Thomas (Tomasz?) Mackowiak i Katharina z d. Szerzomellich („Szerzomelik”?). Przybył do Australii na pokładzie niemieckiego żaglowca „Heloise” w 1847 roku. Należał najwyraźniej do bogatszej warstwy chłopskiej. „The South Australian” z 19 marca 1847 doniosł bowiem między innymi:

    “(…)Bremeński statek “Heloise” przywiózł sporą liczbę wyższej klasy niemieckich włoscian. Wszyscy oni sami pokryli koszta podróży i przywożą ze soba, jak nas poinformowano, więcej pieniędzy niż statek z emigrantami przywiózł przez szereg lat. Są oni zdrowi i godni szacunku i nie wątpimy, że się im powiedzie.”

    Maćkowiak zmienił pisownię nazwiska w Australii na „Maczkowiack”. Zamieszkiwał wraz z żoną (Anna Eleonore Wilhelmine z d. Kriese) najpierw w Klemzig, potem w Lobethal, gdzie jego córka Henriette Charlotte (urodzona w czasie podróży na „Heloise”) została ochrzczona przez pastore Fritzschego (który z kolei zapisał nazwisko dziewczynki jako „Matschkowiack”), a nastepnie we wspomnianym już Blumberg. Anton Maćkowiak najprawdopodobniej znał język polski. Wiadomo też, że mówiąc o wsi, z której pochodzili jego rodzice, używał jej polskiej nazwy „Podstolice” raczej niż niemieckiej „Tischdorf”. Nazwisko Maćkowiak pojawia się gdzie indziej również jako „Matskoviak”, a w księdze zapisów sądowych w Gumeracha („Gumeracha District Court Record Book 1874-1884”) znajdujemy je, gdy wymienieni tam zostali „Frederick Mascovias” oraz „Albrecht McScovix”.

    … i osada…

    17 sierpnia 1856 przybyła niemieckim żaglowcem „August” (kpt. Meyer) do Port Adelaide grupa Polaków z okolic Dąbrówki oraz Zbąszynia w Wielkopolsce (statek wypłynął z Hamburga 7 maja 1856). Szybko znalazła się w okolicach Sevenhill. Według jednej wersji stało się tak, gdyż pewien jezuita został stamtąd wysłany, by ich tam przywiódł, obawiano się bowiem, że cała grupa może dołączyć do luteranów w Barossie  (“Mlodystach – a family history of Polish Pioneers”, 1985, ISBN 0 9589586 0 2).  W następnym roku powstała osada polska w pobliskim Hill River, który szybko stał się znany jako Polish Hill River. Pierwszym nazwiskiem w rejestrze posiadaczy ziemi w Hill River (22 stycznia 1857) jest nazwisko “Joseph Niemetz” (Józef Niemiec). Wśród innych nazwisk widzimy takie jak Nykiel, Połomka, Małycha, Rucioch, Kostera, Kluska czy Pawelski. Nie będziemy tu podawali szczegółowej historii tej osady, jako że istnieje w internecie – i to po polsku – kalendarium tego miejsca http://www.tchr.org/australia/kronika/kronika/HistoriaPHR.htm

    Początkowo polscy koloniści uczęszczali na mszę do kościoła św. Alojzego w Sevenhill, jednakże tamtejsi jezuici nie odprawiali jej po polsku lecz po angielsku i niemiecku. To skłoniło polską wspólnotę do zbudowania wspomnianego już kościółka św. Stanisława w Polish Hill River. Pierwszym polskim księdzem był tam jezuita, O. Leon Rogalski (przybył w roku 1870 roku), który po śmierci w roku 1906 pochowany został w krypcie kościoła św. Alojzego w Sevenhill obok pierwszych tamtejszych jezuitów, jak Schreiner, Tappeiner, Herden, Hager i innych.

    Wśród pasażerów żaglowca “George Washington”  (wypłynął do Australii 24 maja 1844 z Bremerhaven) znajdujemy nazwisko Szymona Młodystacha (“Simon Modistach”), lat 28 oraz jego żony, pochodzących z Dąbrówki (Gross Dammer) w okolicach Zbąszynia (Bentschen) (1). Nazwisko to pojawia się później Południowej Australii również jako “Modystack” (jak na nagrobkach w Sevenhill).

    W 1857 roku przybyli inni członkowie rodziny Młodystachow: Kacper i Elżbieta (Caspar and Elizabeth) i osiedli w Polish Hill River. Stworzyli największą polską i najdłużej pozostającą w polskich rękach winnicę w tamtej okolicy. Ostatecznie została ona sprzedana rodzinie Wilsonów w 1968 roku i od tamtej pory znana jest jako “Wilson Cellars”. Kamienie zaś z pierwotnego domu Kacpra i Elżbiety użyte zostały do budowy elewacji głównego budynku obecnej winnicy.  

    Jeszcze do lipca 2000 żył w Polish Hill River Jan (John) Ruciochhttp://przeglad.australink.pl/panorama/artykuly/polishhill3.php, znany tam wówczas jako “ostatni z Polaków“ (“last of the Poles”). Mieszkał wciąż w domku zbudowanym przez jego dziadka. Posiadał “encyklopedyczną wiedzę“ o rodzinach żyjących w tej osadzie w zeszłym stuleciu.
    http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/misc/sept85.html

    Opowiadał on całe historie owych rodzin, a nawet legende o pobycie w tamtych okolicach słynnego gangstera (bush-rangera) Neda Kelly, którego brat miał tam swoją posiadłość, którą to historią wbudził pewne zainteresowanie mediów australijskich.
    http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/verasion/veraison90.html

    Zwrócono swego czasu uwagę na fakt, że język polski, którym posługiwali się żyjący w Polish Hill River Polacy jeszcze w II połowie XX wieku był gwarą, która w międzyczasie zanikła już w Polsce. Przekonać mieli się o tym wykształceni Polacy z powojennej emigracji rozmawiający z Janem Ruciochem i innymi potomkami pionierów. Pewien autor australijski zauważył w związku z tym – z pewną przesadą zapewne – że “było to dla nich odkryciem takim, jak dla profesora anglistyki odkrycie w Ameryce Południowej zaginionej kolonii mówiącej językiem Chaucera!”. (2)

    Z osady dzisiaj nie pozostaje wiele, parę ruin domostw no i oczywiście kościół św. Stanisława Kostki. Są winnice, ale już nie w polskich rękach. Spośrod licznych tu niegdyś polskich nazwisk nie ma tu już ani jednego, jako że mieszkańcy przenieśli sie gdzie indziej, na przykład do Petersburga (obecnie Peterborough).

    Pozostaje natomiast wciąż użytkowany cmentarz w Sevenhill, na którym obok polskich (i nie tylko polskich) pionierow spoczywają polscy emigranci z okresu po II Wojnie Swiatowej, w tym byli żołnierze oraz działacze polonijni, jeden były więzień łagrów sowieckich czy przedwojenna działaczka Katolickiego Związku Młodzieży, prezeska okręgu katowicko-chorzowskiego na Górnym Śląsku. Ale to już zupełnie inny wątek polski.

    Inne jeszcze, niemniej ciekawe “wątki polskie”, choć niekoniecznie związane z omawianym tu tematem, znajdujemy wśród zachowanych archiwaliów, na przykład w wydawanej przez południowoaustralijskich Niemców gazecie “Sűd-Australische Zeitung”. Na mikrofilmach tej gazety w Bibliotece Państwowej w Adelaide jest pełny tekst długiego artykułu Die Unruhen in Warschau (“Niepokoje w Warszawie”), który ukazał się w tej gazecie dnia 8 stycznia 1862 roku. Artykuł ten, oparty w całości na źródłach niemieckich, opisuje wydarzenia w polskiej stolicy na krótko przed wybuchem Powstania Styczniowego. Przytaczamy jego pełny tekst w następnej części p.t. „Niepokoje w Warszawie – 1861”.

    Epilog

    Kościół Luterański w Australii – Za początek kościoła luterańskiego w Australii uważa się przybycie pierwszych staroluteranów w roku 1838 z pastorem Kavelem do Południowej Australii. W roku 1846 doszło do pierwszego rozłamu w jego strukturach podczas synodu w Bethanien. Przywódcą jednej grupy był pastor A.Ch. Kavel, drugiej pastor G.D. Fritzsche, których dzieje śledziliśmy powyżej. Jedna z przyczyn rozłamu brała się z faktu, że o ile w Prusach kościół luterański był kontrolowany przez państwo, o tyle w Australii taka kontrola nie była sprawowana. W związku z tym Kavel opracował konstytucję kościoła twierdząc, że ma ona apostolski charakter. Fritzsche oponował, argumentując, że nie należy jej wprowadzać, gdyż nie ma o czymś takim mowy w Biblii. Innym punktem spornym była interpretacja rozdziału 20 Księgi Objawienia: czy Chrystus powróci, by przez 1000 lat rządzić na ziemi. Ci, którzy wierzyli w ten 1000 letni powrót (włączając Kavela) znani tu byli jako „Chilliasts”. Oponenci (z pastorem Fritzsche) znani byli jako „Anti-Chilliasts”. Stąd też Lobethal (siedziba Fritzschego) stał się „twierdzą” anti-chillianizmu. Termin jest pochodzenia greckiego (“chilia” = „tysiąc”, jak w Apo. 20;2). Używano go także w języku niemieckim jako „Chiliasmus”. Po tym podziale, gdy nowi imigranci niemieccy przybywali do Południowej Australii, już w porcie podbiegali do nich tutejsi luteranie, głośno pytając: „jesteście chilliastami czy anty-chilliastami?”. Nowo przybyli nie mieli oczywiście żadnego pojęcia o co chodziło.

    Później następowały jeszcze dalsze podziały. Bywało, że w jednej miejscowości były dwie konkurencyjne parafie luterańskie lub nawet więcej. Na przykład w Lobethal w pewnym okresie były nawet cztery rozmaite parafie luterańskie. W okresie jeszcze późniejszym kościoły tej jednak zaczęły się ponownie łączyć ze sobą. Ostatecznie w roku 1966 długotrwały rozłam zakończony został, gdy Evangelical Lutheran Church in Australia połączył się z United Evangelical Lutheran Church of Australia. Do zjednoczenia doszło w roku 1966 w Tanunda, czyli wyjątkowo blisko miejsca, w którym nastąpił pierwszy rozłam 120 lat wcześniej. Okres owych 167 lat istnienia kościoła luterańskiego w Australii obfitował w wiele wydarzeń, włączając w to trudny okres podczas I Wojny Światowej, gdy społeczność luterańska, będąca w dużej części niemiecka, poddana była prześladowaniom. Dochodziło wówczas niejednokrotnie do napadów na parafie luterańskie, niszczenia ich dobytku, palenia niemieckich tłumaczen Biblii, a czasem nawet do palenia całych kościołów. W dużej mierze ów niemiecki charakter luteranizmu australijskiego widoczny jest jeszcze dzisiaj. Widać to po nazwiskach parafian oraz pastorow i to nie tylko w Południowej Australii. I tak na przykład w Lobethal (Tanunda) duszpasterzami luterańskimi są pastorzy Preuss, Schmidt i Proeve, w Hahndorf pastor Schultz, w Lobethal pastorzy Welke i Wundersitz, a w Northbridge (Perth, Zachodnia Australia) pastor Burger. Prezydentem Lutheran Church of Australia (LCA) jest Rev. Mike Semmler, a rektorem (Principal) jedynego luterańskiego seminarium duchownego (w North Adelaide, Południowa Australia) jest Rev. Michael J. Hassold. http://www.ilc-online.org/members/australia.html

    Grupa niemiecka w Australii – Tak jak przybycie pierwszych Prusaków brandenburskich, wielkopolskich i dolnośląskich zaznaczyło początek australijskiego kościoła luterańskiego, tak też stało się ono początkiem imigracji niemieckiej na szerszą skalę. Praktycznie bowiem od czasu ich dotarcia do Port Adelaide na przełomie lat 1838-1839 Niemcy emigrowali tam bez przerwy. Do roku 1900 około 18 tysięcy Niemców wyemigrowało do samego tylko stanu Południowa Australia. Z tych 18 000 jedynie ok. tysiąca motywowanych było religijnie (ok. 5%) i to na tej małej grupie skoncentrowaliśmy się w powyższych tekstach. Do wybuchu I Wojny Światowej Niemcy stanowili do ok. 10% wszystkich mieszkańców w tym stanie. W stanie Queensland procent ten był nawet jeszcze wyższy, bo sięgał 15%. W obu zaś stanach grupa niemiecka stanowiła największą grupę po Brytyjczykach i Irlandczykach. Nie ma dziś praktycznie żadnej pracy poświęconej historii Niemców australijskich, która nie podkreślałaby znaczenia staroluteranów pruskich i ich kościoła dla emigracji niemieckiej do Australii. Pod tym względem motywowani religijnie “ludzie Kavela” stali się istotnie pionierami nie tylko w sensie zapoczątkowania emigracji, lecz także w sensie “przecierania szlaku” dla późniejszych kolonistów niemieckich. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, najważniejsze jednak okazało się to, że ludzie ci starli się z władzą państwową, całkowicie zaskoczoną ich uporem; spowodowali szereg oficjalnych reakcji tejże władzy; udawali się za granicę przez ówczesne Wschodnie oraz Środkowe Niemcy, wzbudzając tam zainteresowanie swym pojawieniem się; w miejscach, w których się zatrzymywali, odwiedzani byli przez dziennikarzy (jak w Hamburgu) piszących potem artykuły o nich. Wieść o nich rozniosła się więc szybko, tak jak później rozniosła się też wieść o ich powodzeniu w nowym kraju. http://www.sagermanassociation.asn.au/

    Grupa polska w Australii – W odróżnieniu od emigracji niemieckiej, emigracja polska z południowej części Wielkiego Księstwa Poznańskiego nie miała większego wpływu na emigrację polską w ogóle. O ile bowiem Niemcy emigrowali przez Hamburg lub Bremę, do których udawali sie przez swój kraj, Polacy nie udawali się do żadnego portu przez np. Kongresówkę lub jakiekolwiek inne części Polski, od których oddzieleni byli zaborem rosyjskim. Dlatego też fenomen tej lokalnej emigracji pozostał oderwany od innych nurtów emigracji polskiej i więcej miał wspólnego z emigracją niemiecką, która go wręcz zapoczątkowała. By użyć plastycznego określenia, gdy pastor Kavel “tupnął nogą w Klemzig” i zdecydował się wyemigrować do Australii, to wkrótce wiedziały o tym całe Niemcy; gdy zaś emigrowali tam Polacy z tego samego regionu, Polska nie wiedziała o tym nic. Ten fakt stał się również powodem, dla którego Polacy z Hill River, czyli już w Australii, pozostali tam osamotnieni przez cały praktycznie czas aż do śmierci “ostatniego z Polaków”. Jest to także przyczyną, dla której ten epizod pozostaje w dużej mierze nieznany w samej Polsce nawet dzisiaj. Istniała co prawda emigracja Polaków do Australii już w XIX wieku, na przykład do stanu Wiktoria pojedynczy emigranci przybywali już w latach 1830-tych oraz potem, po upadku Powstania Styczniowego, przybyło tam ich nieco więcej. Jednak największy nurt emigracji polskiej przypadł na okres po II Wojnie Światowej i nie objął rejonu Sevenhill. Dopiero w II połowie XX wieku południowoaustralijska Polonia – ta powojenna – zainteresowała się bliżej miejscem znanym jako Polish Hill River, odrestaurowała kościół św. Stanisława i przynajmniej częściowo “przywróciła Polsce” pamięć o tym miejscu.

     Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część5

    Przypisy:

    1. W angielskiej wersji listy pasażerów „George Washington” opracowanej przez           pastora A.E. Brauera czytamy:

     „MODISTACH, Simon (28) and wife, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”

    Innymi pasażerami o polskobrzmiących nazwiskach byli, według tejże listy:

    „SPORN, Johann Friedrich, coachman, and wife Marie Elisabeth, nee Jentsch, and two children Johanna Helena and Johann Friedrich, from Seiffersdorf (Radwanów), Freistadt (Kożuchów), Silesia”

    „STANETZKI, Nikolaus (38), wife, one son, six months, and two daughters, aged 6 and 3 respectively, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”

    “WALLENT, Lorenz (46), wife, two sons: Karl (6) and Simeon (3), and three daughters, aged 18, 16 and 10 respectively, from Gross-Dammer, near Bentschen, Bomst, Posen”

    2.  Geoffrey Chaucer (ok.1340–1400) , poeta angielski, jedna z najważniejszych postaci w historii literatury angielskiej. Autor m.in. “Opowieści Canterbury” („The Canterbury Tales”) . Pochowany w Opactwie Westminsterskim.

    Niektóre pozycje bibliograficzne

    Eleonora’s Decision - Our Heritage. The History and Family Tree of Johann Friedrich Munchenberg and Johanne Eleonora Munchenberg and their Descendants 1839-1989. By Reginald Schilling Munchenberg. Adelaide 1989 (rodzina pochodzi z Miedzyrzecza w Wielkopolsce)

    David Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985

    The History And Family Tree of Johann George Hohnberg 1788-1856 and His Wife Maria (nee) Irmler 1791-1875 and Their Known Descendants 1788-1971. By D.P. Hohnberg, P.S. Munchenberg and D.A. Ross. Lutheran Press (rodzina o korzeniach we wsi Jany k. Zielonej Gory oraz Zawady miedzy Zielona Gora a Sulechowem)

    The Nitschke – Hentschke Family in Australia and New Zealand. The Story of Gottfried and Eva Elisabeth and Their Descendants. Adelaide 1990 (rodzina pochodzi z Przytoku k. Zielonej Góry na Dolnym Sląsku)

    The History and Family Tree of Johann Wilhelm Rohrlach and his wife Anna Dorothea nee Galpach and their Descendants 1792-1980. Adelaide 1980 (rodzina z Babimostu w Wielkopolsce)

    The Pfitzner Story 1802-1975. The Record and Family Tree of Three Brothers: Johann Christian Pfitzner (1802 – ?), Friedrich Wilhelm Pfitzner (1814 – 1892), Johann Carl Pfitzner (1819 – 1891), Their Wives and Children, who migrated from Lower Silesia in the east of Central Europe in the years 1854 – 1867. Adelaide 1975 (rodzina pochodzi ze wsi Lisowice (Leschwitz), Kwiatkowice (Altlaest) oraz innych miejscowosci kolo Lubina i Legnicy. 24 osoby tej rodziny daly poczatek znacznemu drzewu genealogicznemu – gdy spisywano historie tej rodziny, wszystkich żyjących potomków, wraz z ich małżonkami i dziećmi – było 2937)

    Wilhelm & Elisabeth Milde and Descendants 1837-1984. A History and Family Tree. Copyright Judy & Ron Milde, Adelaide 1984 (ta rodzina przybyla nawet przed grupa pastora Kavela na pokladzie zaglowca “Solway” 16 pazdziernika 1837 o 5:00 po poludniu do Kangaroo Island niedaleko Adelaide)

    Three Brothers from Birnbaum.The Muller Family History. Family History of Johann Ferdinand Muller (1813 – 1891) and his wife Auguste Wilhelmine nee Kleinitz (1828 – 1900); Johann Friedrich Muller (1819 – 1879) and his wives Beate Auguste Emilie nee Behrend (1827 – 1857) and Johanne Friedericke Wilhelmine nee Semlin (1826 – 1895); Johann August Muller (1822 – 1902) and his wife Charlotte Wilhelmine nee Patzold (1825 – 1910). Lutheran Publishing House, Adelaide 1983 (i pozniejsze wydania bez daty) (rodzina pochodzi z Miedzychodu w Wielkopolsce)

    Mlodystach: a family history of Polish pioneers; Simon Modistach, Stanislaus Modistach, Caspar Modystack and their known descendants. Adelaide 1985 (rodzina pochodzi ze wsi Dąbrówka w Wielkopolsce)

    Podziekowania / Acknowledgements

    Autor powyższych tekstów pragnie złożyć podziękowania:
    Pani Sue Miller, sekretarzowi parafii luterańskiej w Lobethal (Południowa Australia) za uzyskane od niej informacje oraz za egzemplarz historii jej Rodziny w Australii „Trzej Bracia z Międzychodu” (Three Brothers from Birnbaum)

    Państwu Davidowi i Helen Schubertom z Adelaide (SA) za udzielenie zgody na opublikowanie tekstów dokumentów cytowanych w ich książce ”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”

    oraz pani Lornie Webb z parafii luterańskiej w Langmeil (Tanunda) za uzyskane od niej informacje.

     

    The author would like to express his thanks to:

    Mrs Sue Miller, the secretary of the Lobethal Lutheran Church, for all the information provided as well as for a copy of the printed history of her Family: “Three Brothers from Birnbaum. The Müller Family History”

    Mr David and Mrs Helen Schubert from Adelaide (SA) for their kind permission to publish documents contained in their book ”Kavel’s People. From Prussia to South Australia”

    and to Mrs Lorna Webb from Tabor Lutheran Church in Langmeil (Tanunda), SA, for information provided.

     

     

    Continue Reading »
    2 Comments