Copyright © 2012 monio. Silver theme by c.bavota & Juan Gordillo. Powered by WordPress.
Biblia
Historyczny błąd kościoła
Dobór ksiąg do Biblii był rzeczą, która wywarła ogromny wpływ w dziejach i to nie tylko na sprawy religii czy teologii, ale także jak najbardziej na kwestie społeczne i polityczne.
Największym błędem w doborze ksiąg biblijnych było oczywiście dokooptowanie – i to hurtem – całego tak zwanego „Starego Testamentu”.
Mówimy tu o historycznym błędzie. To taki błąd, który mógł już zostać jako taki rozpoznany w chwili jego popełniania (i przez niektórych został), ale niekoniecznie musiał – czyli podejmowano decyzję pewnie i w dobrej wierze, nie mając jeszcze pojęcia jakie negatywne skutki ze sobą przyniesie.
Oczywiście, zgadzam się też, że przejęcie hurtem „Starego Testamentu” przez kościół miało również swoje pozytywne strony. Nie ma nigdy przypadku, by coś nie przyniosło także pozytywów. Jednym z tych pozytywów (moim zdaniem zdecydowanie największym pozytywem) jest to, że dzięki masowemu drukowi Biblii wraz ze „Starym Testamentem” treści tego ostatniego stały się lepiej znane, a przez to i bardziej oczywiste dla wielu. Inaczej bowiem byłyby one po dziś dzień taką tajemnicą jak treści Talmudu. A i tak wielu chrześcijan nawet obecnie ma słabe pojęcie o tym, jakie to właściwie treści kościół dokooptował do ich Biblii. Zbyt słabe pojęcie, chciałoby się rzec.
To, co budzi nasze największe zastrzeżenia w dziedzictwie „Starego Testamentu”, to oczywiście szereg treści moralnych, zupełnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. Wskazaliśmy na to już w “Dialogu między Marcjonitą a Judaizerem” . Jednak błąd inkorporacji „ST” kryje się także w szeregu innych czynników, na które tutaj pozwolimy sobie wskazać.
„Testament” nieprawd historycznych
Obecnie, w wyniku zakrojonych na szeroką skalę prac archeologicznych na terenie Izraela, a rozpoczętych w latach 1960-tych, a także w wyniku intensywnej pracy badawczej nad tekstami „Starego Testamentu”, udało się naukowcom skonkludować, że księgi, rzekomo spisane ręką Mojżesza, nawet nie miały szans zostana przezeń napisanymi. Według popularnej famy, Mojżesz miał żyć i działać około XIV wieku p.n.e. Jednakże, według dość zgodnej opinii naukowców, w tym izraelskich, pisma „ST” zaczęły powstawać nie wcześniej aniżeli pomiędzy X a VIII wiekiem p.n.e. Według mitu „starotestamentowego” Hebrajczycy mieli uciec w ogromnej liczbie z Egiptu do Kanaanu, by go podbić. Całe księgi „ST” poświęcone są tym tak zwanym „wydarzeniom”. Tymczasem w okresie, gdy ten „eksodus” miał mieć miejsce, Kanaan był akurat częścią państwa egipskiego i Egipcjanie mieli tam rozlokowane swoje garnizony wojskowe, obozy których zostały odnalezione przez archeologów. Zatem owi Hebrajczycy uciekaliby (jak to ujął prof. Shlomo Sand) „z Egiptu do Egiptu”. Nie miałoby to żadnego sensu. A barwna bajka o morzu, co otworzyło się, by przepuścić Żydów, a następnie zamknęło, by potopić ścigających ich Egipcjan i dać Żydom bezpieczeństwo, jest po prostu beznadziejnie śmieszna. Nawet gdyby udało się jakoś Żydom pozbyć egipskiej armii pościgowej, to natychmiast stanęliby twarzą w twarz z drugą taką armią, idącą wprost na nich z drugiej strony – z owych egipskich garnizonów na północnym wschodzie. Byłby potrzebny kolejny „cud” w postaci kolejnej super-naturalnej interwencji Jahwego. Gdyby cała ta historia miała w sobie bodaj „ziarnko prawdy”, bez wątpienia żydowscy autorzy „ST” opowiedzieliby nam kolejną „cudowną historię”. (1)
Ale takiej historii w „ST” nie ma… Również cały opis podboju „ziemi obiecanej” musiałby w takim wypadku wyglądać zupełnie inaczej.
Rozumiemy, że wobec tego na plan drugi schodzi nawet fakt, że owego masowego eksodusu nie wzmiankuje się w starożytnych źródłach egipskich. Po co wspominać coś, co się nie zdarzyło? Nawet pierwsza wzmianka o „Izraelu” pochodzi z egipskiej steli Merneptah i nie wiadomo na dobrą sprawę kogo oznacza ani nawet jak właściwie hieroglify tej nazwy odczytywać.
Nie było też żadnych „trąb jerychońskich”. Jerycho było kiedyś osadą, która na dodatek w czasach, gdy przybyć tam mieli (według „ST”) Hebrajczycy, nie posiadała w ogóle żadnych murów obronnych.
Na „Starym Testamencie” nie można także polegać, gdy idzie o podawane liczby. Według „ST” Mojżesz miał wyprowadzić z Egiptu ogromną liczbę ludzi, w tym 600 000 żołnierzy. Wraz z rodzinami musieliby oni tworzyć ok. 3 miliony ludzi. Zupełnie nieprawdopodobne, by żadna kronika egipska nie odnotowała tak ogromnego ubytku.
Z liczbami zresztą był stale problem, nie tylko w czasach pisania Biblii, ale później również, co dotyczy m.in. liczb podawanych odnośnie powstania żydowskiego i rzekomego „całościowego” wysiedlania Żydów z Palestyny przez Rzymian oraz liczb osób zabitych podczas tego konfliktu (2). Nie było też żadnego masowego genocydu Kanaanejczyków, tak barwnie i dumnie opisanego w Biblii. Co oznacza, że owi Hebrajczycy byli w gruncie rzeczy lepszymi ludźmi, niż nam to próbowali wmówić chełpliwi autorzy ksiąg starotestamentowych. Sporo z istniejącej współcześnie niechęci do Żydów wspiera się właśnie m.in. na tych pozbawionych prawdy historycznej chełpliwych opisach genocydów, które kościół chrześcijański tak bezkrytycznie zaakceptował i których usiłuje on teraz bronić i uzasadniać je zupełnie nieporadną nieraz „teologią”… A o ile tak wiele spośród faktów „ST” okazuje się najzwyklejszą w świecie nieprawdą, to większości postaci „historycznych” wymienionych w tymże „ST” tym bardziej nie jesteśmy w stanie się doszukać.
Archeologia, która dawała z początku tyle nadziei Izraelczykom na potwierdzenie ich „biblijnej” historii i na wzmocnienie ich „uzasadnionych pretensji” do posiadania Palestyny, przyniosła im cały szereg rozczarowań. Doszło nawet i do tego w końcu, że zaczęto powątpiewać w historyczne istnienie króla Dawida. Dopiero odnalezienie, dzięki przypadkowi, steli w Tel Dan w roku 1993 potwierdziło, przynajmniej pośrednio (zależnie od tego, jak czytać antyczne spółgłoski), że ktoś taki w ogóle mógł istnieć. Jednak królestwo owego „domu Dawida” było z pewnością bardzo małe i mało znaczące.
Mitologie plemienne i narodowe mają w gruncie rzeczy bardzo podobny scenariusz. Dotyczy to zarówno tych antycznych mitologii, jak i tych XIX-wiecznych. Tyle, że te drugie wspomożone zostały już bardziej systematyczną historiografią oraz archeologią. Żydzi antyczni nie znali ani archeologii ani takiej usystematyzowanej historiografii. Nie mieli oni nawet takiej historiografii jak Rzymianie. Pisane w I tysiącleciu p.n.e. księgi żydowskie cechuje charakterystyczna dla nich nieznajomość tego, co działo się szereg wieków wcześniej – właśnie dlatego są one tak pełne błędów, co potwierdza jedynie, że absolutnie żadną miarą nie mogły być pisane od czasów mitycznego Mojżesza. Dokładnie tak, jak XIX-wieczne próby niemalże mitologicznej rekonstrukcji pradawnej historii narodów europejskich, tak i starożytna narracja żydowska usiłowała zapełnić lukę braku konkretnej wiedzy o minionych wiekach przy pomocy mitologii plemienno-religijnej.
I taką to „historię” kościół chrześcijański hurtowo zapożyczył jako „prawdę” i według niej nauczał…
Nawet pod względem językowym owi starożytni Żydzi przez większość czasu swej egzystencji nie byli jednolici. Posługiwali się hebrajskim, ale w pewnym okresie bardziej był pośród nich rozpowszechniony język aramejski, który nie był początkowo ich językiem, lecz Aramejczyków. Aramejczycy zaczęli się osiedlać masowo w Górnej Mezopotamii, stąd też imperia asyryjskie i babilońskie (a właściwie neo-asyryjskie i neo-babilońskie) używały go jako jednego ze swych języków państwowych. Ponieważ zaś mocarstwa te były wielo-etniczne, toteż z czasem wykształciły się rozmaite odmiany aramejskiego, w tym też i żydowsko-aramejski, stosujący hebrajskie pismo. W okresie późniejszym aramejski zaczął być wśród Żydów stopniowo wypierany przez grecki, zwłaszcza od IV wieku p.n.e., czyli od czasu włączenia tamtych obszarów do imperium Aleksandra Wielkiego.
W ślad za tym szły także różnice kulturowe i religijne. Tradycyjny wizerunek historycznego „Żyda” jako judaisty-ortodoksa, tak chętnie prezentowany zarówno przez „Stary Testament”, współczesną nam propagandę izraelską czy przez naszych własnych apologetów biblijnych, jest w dużej mierze fikcją oraz „picem i fotomontażem”. Dochodzi nawet do tak ogromnych i pozbawionych żenady zafałszowań i przeinaczeń, jak to, według którego w roku 164 p.ne. Żydzi wywołali powstanie i wyzwolili się z niewoli greckiej (seleucydzkiej), przywracając świątynię jerozolimską judaizmowi, gdy w rzeczywistości dalej, nawet po powstaniu, podlegali oni Seleucydom. Na pamiątkę tego zwycięstwa i „cudownego” trwania zapalonych świec menory obchodzone jest święto zwane „Hanukkah” (pisane również jako „Chanuka”).
Powiedzmy to sobie otwarcie: jest to najzwyklejsza w świecie mitologia, tym bardziej łatwa do obnażenia, że znane są nam przecież dzisiaj koleje owego konfliktu. Aby nie wdawać się zbytnio w szczegóły tutaj (pozostawiając szczegóły w przypisie) (3), poprzestaniemy na tym, że konflikt ten rozpoczął się wśród samych Żydów, którzy byli zróżnicowani kulturowo i religijnie. Na przykład wiadomo, że hellenistyczni Żydzi zbudowali w Jerozolimie gymnazjon, na którym uprawiali zawody sportowe greckiego sortu, a nawet brali oni udział w ogólnogreckich zawodach olimpijskich.
Konflikt wywołany został zaś nie tyle przez kwestie religijne, ile po prostu przez jakże trywialne sprawy związane z „mamoną” oraz władzą.
Jedynie chyba dla pięknego uzasadnienia Hanukki i jej tak zwanego „cudu”, prezentuje się w synagogach i kościołach uszminkowaną wersję całej afery Machabeuszów i to uszminkowaną według typowo „czarno-białych” schematów: „dobrzy Żydzi” i „parszywi Grecy”.
Konflikt ten był znacznie dłuższy i narodził się on pierwotnie pośród samych Żydów: tych judaistycznych z jednej strony i zhellenizownach z drugiej. Nawet w łonie samego judaizmu istniały i to już w starożytności, ogromne różnice. Judaiści z Babilonu byli inni niż ci z Aleksandrii i to nie tylko pod językowym względem. Nie brakowało w końcu, także i w samej Jerozolimie w czasach helleńskich, żydowskich hellenistów i politeistów. Ale wszyscy ci ludzie byli Żydami i za takowych siebie uważali. Nie było zatem tak, że tylko i wyłącznie judaizm był w stanie podtrzymywać żydowską świadomość jako wspólnoty. Co najwyżej da się powiedzieć, że ten judaizm odegrał w historii Żydów rolę zbliżoną do tej, jaką wśród Polaków odegrał katolicyzm.
Ukoronowanie tylko jednego z wielu przodków
Wielkim nieporozumieniem jest teza o judaistycznym pochodzeniu religii chrześcijańskiej. Jest nieporozumieniem, a nie kompletną nieprawdą. W rzeczywistości bowiem źródła religii chrześcijańskiej były wielorakie. Nawet i sam judaizm jest konglomeratem wierzeń zrodzonych na długo przed samym judaizmem (egipcjanizm, zoroastrianizm itd), ale chrześcijaństwo korzystało także bezpośrednio z innych źródeł inspiracji. Wskazaliśmy już na to w innych tekstach http://www.monio.info/religia/ . Wskazaliśmy także, przy innej jeszcze okazji, na możliwy fakt ewolucji samego Christosa w kierunku większego uniwersalizmu. O ile w Nowym Testamencie znajduje się sporo odniesień do „ST” (choć bez przesady, jak na to wskazaliśmyw „Dialogu Marcjonity”), to jest to prostym wynikiem faktu, że to głównie żydowscy autorzy pisali Nowy Testament. Znane nam jednak inne starożytne dzieła na temat Christosa (jak „Ewangelia Tomasza”, która mogła również zaistnieć, w swej części przynajmniej, już w I stuleciu n.e.) często nie czynią w ogóle żadnych odniesień do „ST”. Wskazaliśmy, przy innej jeszcze okazji, że bardzo szybko liczba chrześcijan nieżydowskich wielokrotnie przekroczyła liczbę chrześcijan żydowskich, co nieodparcie sugeruje, że Christos był łatwiej akceptowalny wśród tak zwanych „pogan” niż wśród Żydów.
Praktycznie nie ma w chrześcijaństwie żadnego zasadniczego elementu, któryby się gdzieś już wcześniej nie pojawił w innych religiach, w tym w tak zwanych „pogańskich”. Odnosi się to i do samego Christosa, jak i np do Marii, jego matki.
Na dodatek nie ma nawet cienia dowodu na to, że judaizm był pierwszą religią monoteistyczną , chociaż taki właśnie mit jest nieraz w dalszym ciągu utrzymywany. Datowanie początków judaizmu przez historyków i archeologów stawia judaizm o co najmniej 4 wieki (aż do 6 wieków) za okresem egipskim, znanym z konkretnych dowodów, a nie jedynie z legend: chodzi o lata panowania faraona Akhenatena (Akhenaten, Echnaton, Khuenaten, Ikhnaton) czyli Amenhotepa IV (panował od ok. 1353-51 p.n.e.; zm. ok 1336 – 34 p.n.e.). Istniały też związki religii żydowskiej z religią perską. Nawet hebrajskie słowo „dat” oznaczające religię pochodzi z języka perskiego.
Gdyby tego nie było jeszcze dość, najzwyklejszą fikcją jest rozpowszechiona tu i ówdzie opinia, że wiara w jednego Boga (monoteizm) jest czynnikiem historycznie najbardziej sprzyjającym uniwersalizmowi. Obecnie tak się często uważa, ale właśnie historycznie najbardziej uniwersalistyczne były pod tym względem religie politeistyczne. Znana Grekom zasada „agnosthos theos” („nieznany Bóg”), dla którego potrafili oni przeznaczyć osobną świątynię, była również antycznym dowodem większej tolerancji religijnej, aniżeli bazowane na „Starym Testamencie” dzikie wybryki „świętej” inwizycji lub poprzedzającego ją żydowskiego „sanhedrynu”.
Tak czy inaczej, o ile chrześcijaństwo niewątpliwie zawdzięcza częściowo swoje istnienie między innymi judaizmowi, to o tyle znacznie więcej judaizm zawdzięcza chrześcijaństwu, choć jest odeń starszy.
Stało się tak dlatego, że kościół chrześcijański hurtowo przejął od judaizmu księgi, które z chrześcijaństwem nie mają nic wspólnego. Gdy spojrzeć na historię rozpropagowania tak zwanego „Starego Testamentu” na wszytkich praktycznie kontynentach świata, to rzuca się w oczy, że głównym autorem tej propagandy był właśnie kościół chrześcijański i to w stopniu, o którym sam judaizm mógłby co najwyżej zamarzyć. Stopień ten kontrastuje bowiem ze stopniem znajomości pisanego już od II wieku n.e. Talmudu, który jest w końcu kilkakrotnie obszerniejszy niż cała Biblia. Kościół nigdy nie propagował Talmudu, a nawet zajmował wobec niego jednoznacznie wrogie stanowisko – i to stąd bierze się ta różnica w rozpropagowaniu i stopniu znajomości obu tych zbiorów ksiąg. Israel Shahak uważał nawet, że przeciętni Żydzi tak naprawdę mniej jeszcze wiedzą o judaizmie niż nie-Żydzi…
Wpływ chrześcijaństwa na judaizm był wieloraki. Na przykład stosunkowo niewielu ludzi wie o tym, że judaizm jest monogamiczny (i przeciwny poligamii) właśnie z uwagi na wpływ chrześcijaństwa, przedtem bowiem był on poligamiczny tak jak islam. I że dopiero w ostatnim tysiącleciu judaizm stał się monogamiczny. W XI wieku rabin Gershom Ben Judah zakazał poligamii Żydom wschodnioeuropejskim (aszkenazyjskim), w Hiszpanii poligamia istniała jeszcze wśród judaistów co najmniej do XIV wieku, potem już bardzo rzadko. Nieco dłużej utrzymała się natomiast poligamia wśród judaistów pod rządami islamskimi, co niewątpliwie łączy się z faktem rozpowszechnienia poligamii wśród muzułmanów.
W służbie „narodowi wybranemu”…
My wiemy także, że o ile wewnątrz chrześcijaństwa istnieje trend do krytycznej oceny wielu aspektów przeszłości (pogromy Żydów, a zwłaszcza „heretyków”, uznanie dla niewolnictwa itd), to po stronie judaistycznej taki krytycyzm jest znacznie rzadszy, choć przyznajemy z zadowoleniem, że jednak istnieje, zwłaszcza od ostatnich kilkudziesięciu lat.
W przeszłości wiele było rozmaitych religii plemiennych, według których dane plemię było „wybrane” przez bóstwo albo i cały panteon bóstw. Wszystkie te religie z czasem zanikły zupełnie. Wszystkie – z jednym jedynym wyjątkiem: z wyjątkiem judaizmu.
Można zapewne w nieskończoność debatować do jakiego stopnia nierozważne przejęcie ksiąg „Starego Testamentu” przez kościół przyczyniło się do umocnienia żydowskiej wiary we własne tak zwane „wybraństwo” przez Boga. Z całą jednak pewnością przyczyniło się ono do zwiększenia prestiżu tych ksiąg w Europie, w tym także do podtrzymania tego ich prestiżu pośród Żydów. Judaiści mogli nie zgadzać się z chrześcijańską interpretacją tych ksiąg, jednak już sam fakt, że konkurencyjna wielka religia je uznawała, musiał w Żydach podbudowywać przekonanie o ich boskim natchnieniu. Kościół ze swej strony uważał, że Żydzi utracili „wybraństwo”, gdy nie zaakceptowali Christosa jako ich „Mesjasza”, jednak dla Żydów znaczenie większe mógł mieć fakt, że niechętny im kościół uznawał jednak ich pierwotne „wybraństwo” jako rzecz bezdyskusyjną.
Również później, gdy w XIX wieku formował się nacjonalizm żydowski, fakt uznania ST przez chrześcijan okazał się dla tego nacjonalizmu pomocny, co również podkreśla prof Shlomo Sand w swej książce „The Invention of the Jewish People”.
„Będący głównie produktem szkół rabinicznych, wykształceni Żydzi odczuwający skutki świeckiego wieku, których wiara metafizyczna okazywać zaczęła pewne rysy, pragnęli innego źródła dla wzmocnienia swej niepewnej, kruszącej się tożsamości. Religia historii uderzyła ich jako właściwy substytut wiary religijnej, jednak dla tych, którzy uczuciowo nie potrafili przyjąć narodowych mitologii wyrastających przed ich oczami – mitologii niefortunnie łączonych z przeszłością pogańską i chrześcijańską – jedyną opcją było wymyślenie i trzymanie się paralelnej mitologii narodowej. Wspomożona ona została faktem, że literackie źródło takiej mitologii, mianowicie Stary Testament, pozostawał przedmiotem admiracji również dla zadeklarowanych wrogów współczesnych Żydów. A ponieważ ich domniemane królestwo starożytne w swoim własnym kraju stanowiło najmocniejszą ewidencję, że Żydzi byli ludem lub narodem – a nie jedynie wspólnotą religijną żyjącą w cieniu innych, hegemonicznych religii – przeto niezgrabne początkowo pełzanie ku Księdze Ksiąg przemieniło się z czasem w zdeterminowany marsz w wyimaginowywaniu ludu żydowskiego.” („The Invention of the Jewish People”, Londyn 2010, str. 75)
Jeżeli zatem dzisiaj zdarza się nam być poirytowanymi wyskokami wybujałego żydowskiego poczucia „specjalności” oraz syjonistycznej lub judaistycznej wyniosłości, to dobrze jest pamiętać, że to nie tylko wynik wewnątrz-żydowskiego „pichcenia” się we „własnym sosie” talmudyzmu, lecz raczej wynik kombinowanej „kuchni” ideologicznej, gdzie owo irytujące nas „danie” zostało najpierw wypichcone przez autorów „ST”, a następnie bez przerwy na nowo „odgrzewane” przez teologię katolicyzmu, prawosławia czy ewangelikanizmu. Współcześnie owo „danie” zaprawiane jest niejednokrotnie dodatkowo jeszcze sporą dawką „przyprawy” czysto politycznej, gdy – znowu dla podtrzymania mitu starotestamentowego – popiera się „wyczyny” izraelskiej soldateski wobec Arabów, przy jednoczesnym coraz wyraźniejszym spisywaniu na straty lokalnych bliskowschodnich wspólnot chrześcijańskich. Niejednokrotnie bez żenady prowadzona jest w kościołach nieprzebierająca w środkach kampania antyarabska i antyislamska, byle tylko dla Biblii i Izraela. Piszącemu te słowa zdarzało się już nieraz w rozmowach z ewangelikalnymi chrześcijanami słyszeć te przybierające wprost rozmiary aberracji umysłowej „ranty” podekscytowanych „wiernych”, którzy wprost wyrażali nadzieję, że już może wreszcie wkrótce jakieś inspirowane przez Boga trzęsienie ziemi rozwali ten meczet posadowiony na fundamencie antycznej świątyni jerozolimskiej… To kolejne ponure dziedzictwo nierozważnego przejęcia „ST” przez archaiczny kościół pierwszych wieków naszej ery.
To prawda, że Żydom zdarzało się nieraz w przeszłości padać ofiarą prześladowań. Jednak ogólny stosunek do nich ze strony kościoła cechowała – jak to ujął Israel Shahak – „tolerancja z ograniczonymi uprawnieniami”. Istotnie, bowiem nie traktowano ich w sposób tak morderczy jak chrześcijańskich „heretyków”. Tacy „heretycy” jak paulicjanie, bogomilcy, katarzy czy lollardzi zostali niemal doszczętnie „zmieceni” z powierzchni ziemi. W porównaniu do nich Żydzi mieli w Europie niemal „raj na ziemi” – inaczej przecież by się tej Europy tak nie trzymali, lecz wynieśliby się z niej, im dalej tym lepiej.
Wykończonoby niechybnie także luteranów, gdyby nie to, że ich doktryna rozprzestrzeniła się wyjątkowo szybko. I bardzo prędko również znaleźli oni poparcie wielu możnych – sam Luter uchował się dzięki księciu, który go przechował u siebie w zamku…
Żydzi niejednokrotnie natomiast stawali się – w pozytywnym dla siebie sensie – przedmiotem sporów między chrześcijanami rozmaitych denominacji (4).
Do wspomnianej zaś admiracji „Starego Testamentu” przez chrześcijaństwo Żydzi byli już do tego stopnia przyzwyczajeni, że gdy w nowszych czasach pojawiały się stopniowo pierwsze dzieła kwestionujące historyczność wydarzeń opisanych w jego księgach, ze strony żydowskiej natychmiast odpowiedziano na to oskarżeniem o „antyżydowskość” (5).
Gdy zaś prowadzono współczesne prace archeologiczne, zwłaszcza po wojnie 1967 roku, publikowane ich rezultaty dobierane były starannie tak, by potwierdzały one narrację „Starego Testamentu”. Jak pisze Shlomo Sand, „Ogólnie mówiąc, ostatnie słowo należało do tekstu pisanego, gdyż był on punktem wyjścia oraz raison d’être wszystkich wykopalisk. Nie trzeba dodawać, że długie „nieżydowskie” okresy historii „Kanaanu”, „Judei” i „Palestyny” mało interesowały archeologów”. Metoda ta była oczywiście motywowana politycznie, gdyż miała potwierdzać prawa Izraela do posiadanych (czytaj: zagrabionych) ziem.
Rozpaczliwa próba ratowania mitu
Ale trzeba obiektywnie dodać, że i ta metoda mało uczciwego posługiwania się archeologią dla celów politycznych była pierwotnie zainicjowana nie przez żydowskich syjonistów, lecz przez chrześcijańskich naukowców, którzy już pod koniec XIX wieku posłużyli się nią również dla wsparcia „Starego Testamentu”. Ich motywacja mniej była politycznego sortu, raczej religijnego, bo uważali oni, że w ten sposób wesprą również Nowy Testament. Nie było to rzecz jasna konieczne, bo Nowy Testament nie stanowi opisu historii Izraela starożytnego, lecz pisma o Christosie, apostołach, pierwszych wspólnotach chrześcijańskich oraz zmitologizowany i metaforyczny opis „Apokalipsy”. Tak zwany „Stary Testament”, jeśli jest tam cytowany, to nie dla opisu „Eksodusu” czy „podboju Kanaanu” i nie odnosi się on z reguły do kwestii mogących być weryfikowanymi przez archeologię. Innymi słowy, księgi chrześcijańskie nie potrzebują podpórki w postaci „Starego Testamentu”, ani tym bardziej podpórki tegoż „Starego Testamentu” przez odpowiednio „umodelowaną” archeologię. Jednak tak, jak wieki wcześniej kościół chrześcijański zdecydował się przejąć księgi żydowskie do Biblii, tak też w nowszych czasach chrześcijańscy badacze „Ziemi Swiętej” postanowili za wszelką cenę przysłużyć się „Staremu Testamentowi” w naiwnej nadziei, że w ten sposób przysłużą się także chrześcijaństwu. Jak to ujął Shlomo Sand „od samego początku ich motywacja religijna uczyniła lokalną archeologię asystentem badań nad Biblią”. Czyli – mówiąc już zupełnie bez owijania w bawełnę – ta archeologia prowadzona była nie tyle po to, by poznać prawdę, lecz raczej po to, by za wszelką możliwą cenę wesprzeć Biblię, wartość przekazu historycznego której podawano już w wątpliwość od czasu Oświecenia.
Możemy sobie wyobrazić kontrę wobec naszej metody (nienowej przecież) polegającej na obnażaniu małej wartości przekazu histrorycznego „ST”: że przecież nie idzie o dokładność faktów, gdyż Biblia przede wszystkim jest Słowem przekazującym głównie „Prawdy Wiary”, więc nie jest ważne, czy wszystkie szczegóły i szczególiki historycznej natury się zgadzają. Tak, akceptujemy taką zasadę i tak na dobrą sprawę zaakceptowaliśmy ją już w wieku kilkunastu lat. Jednak „Stary Testament” zawiera w sobie zdecydowanie zbyt wiele nieprawd – i to takich, które mają w założeniu być nośnikami owych „Prawd Wiary”, by jakikolwiek system religijny mógł się na nich zbyt długo jeszcze utrzymać. Czyli, innymi słowy, „długo już nie pociągnie”. Nie inaczej było przecież z niegdysiejszą mitologią grecką. Też istniała tysiące lat i doczekała się wielkich dzieł literackich, ale gdy zaczęto wreszcie odkrywać rozbieżność między nią, a prawdą sprawdzalną, straciła siłę swego oddziaływania religijnego. Jedynym tak na dobrą sprawę aspektem dającym obecnie „Staremu Testamentowi” moc oddziaływania, jest etnicyzm żydowski, który od XIX wieku czerpie zeń inspirację w mniejszym stopniu religijną, a w zdecydowaniu większym nacjonalistyczną. I to ta inspiracja zdecydowała w końcu o wyborze przez (w dużej mierze ateistycznych) syjonistów Palestyny na miejsce nowego państwa żydowskiego, wbrew wszelkiemu możliwemu rozsądkowi. Nawet jeśli to oczywiście prawda, że to sami żydowscy syjoniści dokonali tego wyboru i posadowili tam swe państwo drogą terroru i czystek etnicznych trwających po dziś dzień, to prawdą pozostaje również i to, o czym wspomnieliśmy już poprzednio – że ich własne „nabuzowanie” narracją „ST” miało w dużej mierze swe korzenie w rozreklamowaniu tego zbioru ksiąg przez kościół chrześcijański na przestrzeni wieków.
Nasuwa się tu pewna analogia, opowiedziana przez Gilada Atzmona w jego książce „The Wandering Who?” (str. 136):
„Rzekomo świeccy, kosmopolityczni Żydzi często odpowiadają, gdy ich zapytać co czyni ich Żydami, że „Hitler uczynił mnie Żydem”. Chociaż „kosmopolici” mają tendencję do odrzucania narodowych inklinacji innych ludów, żydowscy kosmopolici z jakiegoś powodu upierają się przy utrzymywaniu swego własnego prawa do „samostanowienia”.
To w istocie nie oni stoją w centrum owego unikalnego żądania orientacji narodowej, lecz Diabeł, ten ultra-potworny antysemita, Adolf Hitler. Najwyraźniej kosmopolityczni Zydzi są w stanie celebrować swoje nacjonalistyczne utytułowanie tak długo, jak długo Hitlera można za to obwiniać. Hitler zatem wygrał, mimo wszystko.”
Skonfliktowany z Żydami kościół chrześcijański też długo wygrywał – tak długo, jak długo mógł na swoją korzyść obrócić narrację „ST”. Ale im więcej w tej narracji jest nieścisłości, a nawet zwykłej nieprawdy i fałszu, tym bardziej „Stary Testament” okazuje się balastem. Może on natomiast jeszcze przez długi czas służyć zydowskiemu nacjonalizmowi, bo niezależnie od tego ile jest w nim prawdy, a ile kłamstwa, jest on jednak niezbywalną częścią żydowskiej literatury narodowej. Dla chrześcijan on nią nie jest. Jego sens w naszej rzeczywistości jest jedynie religijnej natury.
Nie tak dawno temu w USA podano do wiadomości statystyki uczestnictwa w obrzędach w tamtejszych synagogach. Okazało się mianowicie, że blisko 50% Żydów regularnie (lub dość regularnie) przychodzących do synagog, jest ateistami. Zapytani dlaczego zatem wciąż przychodzą, odpowiadali, że to takie „żydowskie”, że tak bardzo dzięki temu czują się silniejsi i zintegrowani…. Trzeba chyba przyznać, że trudno byłoby zebrać w kościele bodaj połowę tej i tak systematycznie zmniejszającej się liczby wiernych, gdyby tam mieli przyjść dla „Starego Testamentu”… A już zwłaszcza, gdyby chodziło o t.zw. „chrześcijańskich ateistów”. Jeżeli kościół chrześcijański dalej będzie się tak trzymał „Starego Testamentu” niczym „maminej spódnicy”, to trudno będzie, niczym Gilad Atzmon, powiedzieć, że „kościół zatem wygrał, mimo wszystko”…
Na dłuższą metę bowiem „Stary Testament” staje się coraz bardziej oczywistym balastem dla kościoła chrześcijańskiego i nadejdzie dzień, gdy księgi te powrócą, raz na zawsze, do swoich prawowitych właścicieli. Christos jako wybitna postać religijna nie potrzebuje jakiegokolwiek „uzasadnienia” „Starym Testamentem”. Tak jak Budda nie potrzebuje „wsparcia” przez księgi wedyjskie. Bahaullah mógł wywodzić się z islamu, ale nie potrzebował on Koranu dla uzasadnienia swej racji bytu. „Kradzione nie tuczy”. Zwłaszcza, jeśli to „kradzione” sugeruje inny rodzaj „mesjasza” niż dorobiona doń post factum mitologia, pragnąca konkretną osobę Christosa „wepchnąć” na gwałt w niepotrzebną jej fikcję historyczną i pychę „wybraństwa” jakiegokolwiek plemienia…
Przypisy
No dobrze – zapyta ktoś – ale co w takim razie zrobić z ewidencją w postaci kół rydwanów i kości ludzkich, znalezionych na dnie Morza Czrwonego? Czyż to nie „forensic evidence” prawdy zawartej w Biblii?
No tak, jak na dnie tego morza są jakieś koła i kości, to może to „jedynie” oznaczać, że prawdą jest ta bajka o interwencji Jahwego i zatopieniu armii faraona? Bo oczywiście tam nigdy nie było poza tym żadnych innych armii ani rydwanów? To był obszar, na którym toczyło się wiele wojen i wiele razy armie przemierzały całe szlaki, tracąc przy tym – lub po prostu porzucając – całe tony sprzętu. Wielu ludzi umierało lub ginęło. Posuwano się po dnie morskim po ustąpieniu wód… Nie mówiąc już o tym, co w ciągu 3 tysiący lat potrafi zrobić morze z linią brzegową. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego, co ono może, to niechaj przyjrzy się fotografiom tej jedynej jeszcze stojącej nad urwistym brzegiem ściany kościoła w Trzęsaczu (niem: Horst-Seebad ) nad Bałtykiem. I niechaj pamięta przy tym, że blisko 1000 lat temu ten kościół – którego przecież nikt w międzyczasie nie przenosił, a jedynie przebudowywał – był w odległości 1.5 kilometra do 2 kilometrów od brzegu! Jeśli w niespełna 1000 lat tak mogła się zmienić linia brzegowa, to niechaj wierny ST-owiec sam sobie odpowie, co morze potrafi uczynić w 3000 lat…
2. „Tak jak wszyscy historycy starożytni, Józef skłaniał się do przesadzania w swoich liczbach. Obecnie większość naukowców uważa, że niemal wszystkie liczby demograficzne z czasów antycznych są zawyżone i że wiele z nich ma znaczenie numerologiczne. Józef stwierdza, że duża liczba pielgrzymów zgromadziła się w Jerozolimie przed powstaniem, jednak założenie, że ponad milion ludzi zostało tam zabitych, nie jest wiarygodne. Populacja miasta Rzymu w szczytowym okresie imperium w II wieku n.e. mogła zbliżyć się do wielkości średniej współczesnej konurbacji, jednak nie było takiej metropolii w małym królestwie Judei. Ostrożne oszacowanie sugeruje, że Jerozolima w tamtym czasie mogła mieć populację od sześćdziesięciu tysięcy do siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców” (Sz. Sand, „The Invention…”, s. 131)
3.. A było to tak: żydowski arcykapłan Onias III z ekskluzywnej kapłańskiej linii Lewitów, został usunięty ze swej funkcji po tym, jak jego własny rodzony brat Jazon (greckie imię, ale żydowski lewita…) przekupił króla Seleucydów Antiochusa IV Epiphanesa, by ten jego, Jazona, uczynił arcykapłanem. Ale inny Żyd, ponoć z linii Beniamina (według II księgi Machabeuszów, choć Flawiusz uważał, że to też był Lewita, brat Oniasza) imieniem Menelaus (znowu: greckie imię, ale Żyd…) udał się do Antiochusa Epiphanesa i „przebił” łapówkę Jazona swoją własną. Toteż on został w końcu arcykapłanem. Ale że nie miał aż tyle pieniędzy, by zapłacić Epiphanesowi, to zorganizował – przez swego brata Lysimachusa (kolejne greckie imię, ale kolejny Żyd…) kradzież szeregu cennych przedmiotów z jerozolimskiej świątyni. Ta kradzież wywołała rozruchy w mieście, w wyniku których Lysimachus został zamordowany. Tymczasem Menelaus nakazał zamordować także byłego kapłana, Oniasa III. Dlaczego? Bo Onias był tym, kto publicznie oskarżył Menelausa o kradzież skarbów ze świątyni. Menelaus obawiał się, że Onias może na niego donieść Epiphanesowi. By mu zatem zawczasu „zamknąć twarz”, nakazał jego zabójstwo.
W tym momencie Antiochus Epiphanes wreszcie zareagował, każąc aresztować Menelausa. Przebłysk jasności umysłu Epiphanesa był jednak wyjątkowo krótki i potrwał jedynie do kolejnej łapówki Menelausa, który dzięki niej wyszedł na wolność. Jednak funkcji arcykapłana już objąć nie zdołał, bo militarnie został wyparty przez zwolenników obalonego przez siebie Jazona.
Mając jedną swą prowincję objętą rewoltą i walkami wewnętrznymi, Epiphanes posłał do Jerozolimy wojsko – i to od tego momentu miała miejsce poważna interwencja Greków w te wewnętrzne żydowskie podchody i krecią robotę wzajemnego „kopania dołków” pod sobą… Do tej pory jedynymi „aktami” Epiphanesa było bowiem branie łapówek od kolejnych pretendentów do funkcji jerozolimskiego arcykapłana…
Od czasu rebelii jednak Epiphanes, do tej pory mało zainteresowany religijnymi przepychankami żydowskimi, zmienił kurs, wprowadzając (po zaprowadzeniu porządku w Jerozolimie) zakaz szeregu praktyk ortodoksyjnego judaizmu, w tym krwawych ofiar oraz obrzezania (tego ostatniego pod karą śmierci). Do świątyni jerozolimskiej wniesiono posąg Zeusa i popierano w Jerozolimie radykalnych żydowskich hellenistów. To w rezultacie doprowadziło do kolejnej rebelii, tym razem wymierzonej już nie tylko w żydowskich hellenistów i politeistów, ale i w monarchię Seleucydów, tej właśnie rebelii, o której w takim „kwiecistym” i upiększonym stylu mówi legenda Hanukki… Legenda ta jest dodatkowo upiększona podaniem o „cudzie Hanuki”, chociaż ani obie księgi Machabeuszy (I i II), ani też Józef Flawiusz nie wspominają nic o jakimkolwiek „cudzie”, a jedynie o zapalaniu świateł i o „festiwalu świateł”. Owym „cudem” miało być to, że światła palono przez 8 dni przy pomocy oliwy zwyczajowo starczającej na 1 dzień. O „cudzie” tym mówią dopiero późniejsze teksty Talmudu. Zresztą zastanówmy się – już pomijając to czy wierzymy w cuda czy nie – czy istniały jakiekolwiek przesłanki po temu, by się on w ogóle wydarzył? Miało niby być za mało oliwy na palenie świateł przez 8 dni? Pomyślmy przez moment. Był czas na to, by wynieść ze świątyni posąg Zeusa. Był czas, by wynieść stamtąd „pogański” ołtarz. Było dość czasu, by wnieść na powrót ołtarz żydowski. Był czas, by dosłownie przemodelować wnętrze świątyni do poprzednego stanu. Tylko akurat nie było czasu, by przynieść tam oliwę… Nie było oliwy w całej Jerozolimie? Mamy zapewne założyć, że przez trzy lata, jakie upłynęły od 25 grudnia 165 r.p.n.e. (kiedy „poganie” uroczyście zainicjowali – także światłami – nowe święto Zeusa w świątyni) aż do 25 grudnia 162 r.p.n.e. (czyli do pierwszego festiwalu Hanuki) zużyto w Jerozolimie całą oliwę? Czyżby wycofujący się w czasie rebelii machabejskiej Grecy i żydowscy politeiści celowo zadbali o to, by jej resztki z miasta wywieźć, jak gdyby to była najważniejsza rzecz, o jaką by im mogło chodzić? I czy przy tej okazji ogołocili z oliwek wszystkie gaje oliwne w całej Judei? Raczej wątpliwe…
4.. Oto przykład: na początku XVIII wieku ukazała się książka Jacquesa Basnage, hugenota osiadłego w Rotterdamie, pod niebywale długim tytułem: „Historia religii żydów, od czasów Jezusa Chrystusa do czasów obecnych; Uzupełnienie i kontynuacja historii Józefa (Flawiusza)” („Histoire de la religion des juifs, depuis Jesus-Christ jusqu’á present: Pour servir de supplément et de continuation á l’ histoire de Joséphe”, Den Haag, 1706-7).
Basnage użył tego dzieła do ataku na kościół katolicki. Według niego, Żydzi byli wybranymi ofiarami skorumpowanego papiestwa i jedynie reformy protestantyzmu mogły doprowadzić ich do zbawienia – czytaj: nawrócenia na chrześcijaństwo.
Oczywiście atak okazał się chybiony na tyle, że to nie jakakolwiek korupcja Rzymu była powodem niechęci Żydów do konwersji (zwłaszcza, że i skorumpowanych rabinów też nie brakowało…), lecz kwestie doktrynalne, niepotrzebnie wzmocnione akceptacją ze strony kościoła pism żydowskich i ich rzekomego „wybraństwa”. Stąd też protestantom ów prozelityzm wyszedł równie „udanie” co i katolikom…
5.. Przykładem tego może służyć pełen furii atak Heinricha Graetza, autora pierwszej systematycznej historii żydowskiej w czasach nowożytnych, skierowany przeciw Juliusowi Wellhausenowi („Prolegomena do historii Izraela”, 1882) i Ernestowi Renanowi („Historia ludu Izraela”, 1887-93). Graetz żalił się wręcz, że jedynie żydowski autor jest w stanie docenić unikalną wagę żydowskiej historii.
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 6
Gdy bliżej przyjrzeć się tekstom Nowego Testamentu, to okazuje się, że bardzo, bardzo wiele znanych jego fragmentów można zinterpretować w reinkarnacjonistyczny sposób (albo w inny, zgodnie z własną wiarą czytającego). Oto na przykład Paweł z Tarsu pisał w Liście do Rzymian (9; 10-13):
ab„Ale nie tylko ona – bo także i Rebeka, która poczęła z ojcem naszym Izaakiem. Bo gdy one jeszcze się nie urodziły ani nic dobrego czy złego nie uczyniły – aby niewzruszone pozostało postanowienie Boże, powzięte na zasadzie wolnego wyboru, zależne nie od uczynków, ale od woli powołującego – powiedziano jej: starszy będzie służyć młodszemu jak jest napisane: Jakuba umiłowałem, a Ezawa miałem w nienawiści”
Te wersety odnoszą się do t.zw. „Księgi Malachiasza” (1; 2-3), czyli do utworu znajdującego się w t.zw. „Starym Testamencie”, a zatem w zbiorze pism judaistycznych. Już od starożytności też sprawa ta interesowała rabinów. Dlaczego to Bóg miał jednego z dwóch braci „nienawidzić”, a drugiego „umiłować” i to już od samego początku?
„Wcześni rabini doszli do niezwykłej konkluzji. Ponieważ Pismo mówiło, że przeznaczenia obu braci były odmienne już od urodzenia i ponieważ Bóg z całą pewnością był sprawiedliwy, to uznali oni, że jedynym wyjaśnieniem jest to, że Ezaw grzeszył w łonie matki. Brzmi to dziwnie, jednak taką spekulację odnajdujemy w komentarzu do Genezy z około 400 roku n.e. Rabini stawiali hipotezę, że gdy Rebeka przechodziła obok „domów bałwochwalstwa”, Ezaw wskazywał swą preferencję kopiąc nóżką, „gdy natomiast przechodziła obok synygog, wtedy Jakub kopał, próbując wyjść”. Dla tych powodów, uważali rabini, Bóg preferował Jakuba i jego nasienie w stosunku do Ezawa i jego nasienia z pokolenia na pokolenie” (1)
Reinkarnacjoniści niejednokrotnie interpretują ten werset jako dowodzący ich zdaniem reinkarnacji, gdyż jakżeż inaczej „nieistniejący” jeszcze mogli być „miłowani” lub „nienawidzeni”?
„Jednak pomijając tezę o Ezawie grzeszącym w łonie matki istnieją jedynie dwa możliwe wyjaśnienia tej historii: 1: Bóg jest niesprawiedliwy lub 2: obaj chłopcy zasłużyli sobie na swój los w poprzednich egzystencjach.” (2)
I to właśnie tę drugą interpretację akceptuje wielu chrześcijańskich reinkarnacjonistów, także od czasów starożytnych, wiadomo na przykład, że w ten sposób interpretował tę „historię” Orygenes z Aleksandrii. Mało tego: Orygenes argumentował, że taka historia może stać się udziałem każdego człowieka.
Podobnie znany werset z „Mateusza” (26;52) „Wtedy Jezus rzekł do niego: «Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” również doczekał się takiej interpretacji:
„To mogłoby być generalnie prawdą jedynie, gdy istnieje więcej żywotów niż jeden, w których możnaby tej reakcji doświadczyć, gdyż wielu zawodowych wojskowych umiera spokojnie w swoich łóżkach”. (3)
Przyjrzyjmy się dla odmiany innym jeszcze wersetom:
„Wtedy Piotr zaczął mówić do Niego: «Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą». Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi»”. (Mk 10; 28-31)
No cóż, w tym wypadku chyba trzebaby się zgodzić z reinkarnacjonistami, że istotnie jednego żywota by raczej nie starczyło dla cieszenia się wszystkimi tymi doczesnymi rzeczami wymienionymi tu niczym „jednym tchem”… A co do ostatniego zdania o „ostatnich” i „pierwszych”, to reinkarnacjoniści mają nieraz tendencję do interpretowania go w ten mniej więcej sposób: „Lecz wielu pierwszych w tych inkarnacjach będzie ostatnimi w przyszłych, podczas gdy wielu ostatnich obecnie będzie pierwszymi w przyszłych wcieleniach”. Taka interpretacja zgodna jest z tym, co mówić miał Budda mniej więcej pięć wieków przed Christosem:
„Kto mozolił się jako niewolnik, może ponownie przybyć jako książę za łagodną godność i uzyskaną zasługę. Kto rządził jako król, może wędrować po ziemi w łachmanach za rzeczy uczynione i zniweczone”.
Spójrzmy z kolei na cały, większy fragment, przytoczony tu bez skrótów, by przedstawić cały kontekst zaznaczonego tłustą czcionką cytatu. We fragmencie tym co prawda czytamy o zmartwychwstaniu:
„Wówczas podeszło do Niego kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał i żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę».
Jezus im odpowiedział: «Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa “O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją». Na to rzekli niektórzy z uczonych w Piśmie: «Nauczycielu, dobrześ powiedział», bo już o nic nie śmieli Go pytać.” (Łk 20; 27-40)
Od razu nasuwa się pytanie co się dzieje z tymi, co NIE zostaną uznani „za godnych udziału w świecie przyszłym”? Czy znaczy to, że oni jednak dalej żenić się będą i za mąż wychodzić oraz mogą umrzeć?
Biorąc takie fragmenty NT, dziewiętnastowieczny filozof amerykański prof. Francis Bowen w książce „Christian Metempsychosis” zastanawiał się, czy aby w związku z tym jednak obok znaczenia duchowego nie ma także „znaczenia dosłownego uroczystych słów Zbawiciela ‘O ile człowiek nie narodzi się na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego’. Cała wieczność nagrody lub kary zdawałaby się nieadekwatnie zasłużona przez tylko jeden krótki okres próby na Ziemi”.
W ten sposób docieramy do kolejnego cytatu, tym razem owego słynnego cytatu z „ewangelii Jana” z rozdziału 3 (wersety 3 – 12):
„W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci („amen, amen lego soi…”), jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie („gennethe anothen”), nie może ujrzeć królestwa Bożego». Nikodem powiedział do Niego: «Jakżeż może się człowiek narodzić będąc starcem? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się?» Jezus odpowiedział: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha (4) , nie może wejść do królestwa Bożego. To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest duchem. Nie dziw się, że powiedziałem ci: Trzeba wam się powtórnie narodzić („dei ‘imas gennothenai anothen”). Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha». W odpowiedzi rzekł do Niego Nikodem: «Jakżeż to się może stać?» Odpowiadając na to rzekł mu Jezus: «Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, że to mówimy, co wiemy, i o tym świadczymy, cośmy widzieli, a świadectwa naszego nie przyjmujecie. Jeżeli wam mówię o tym, co jest ziemskie, a nie wierzycie, to jakżeż uwierzycie temu, co wam powiem o sprawach niebieskich?I nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił – Syna Człowieczego.”
Warto tu zwrócić uwagę na dwa rodzaje reinkarnacjonistycznego interpretowania słów o „ponownym narodzeniu”. Pierwszy, znacznie prostszy, a przy tym zupełnie niesłuszny, polega na utożsamianiu owego ponownego narodzenia z reinkarnacją WPROST. Przeczy takiej interpretacji jednak grecki tekst, który mówi wyraźnie, że człowiek musi się „narodzić od góry” („gennethe anothen”), co w połączeniu z wyraźnym podkreśleniem różnicy między tym, co narodzone z ciała a tym, co narodzone z Ducha, nie pozostawia cienia wątpliwości, że chodzi o narodzenie duchowe. Bardziej wysublimowana interpretacja reinkarnacjonistów jest zatem taka, że chodzi istotnie o narodzenie duchowe, jednak sugerują oni, że osoby, którym nie udało się osiągnąć duchowego „narodzenia od góry”, będą ponownie miały szansę osiągnięcia go w innym wcieleniu. Z całą pewnością Christos, jeśli wierzyć ewangeliom Nowego Testamentu, stawiał wysokie wymagania tym, którzy chcieli ujrzeć „Królestwo Boże”. Czy zatem – zdają się oni pytać – stawiając takie wymagania, Christos nie przewidział możliwości spełnienia tego warunku w przyszłości, o ile nie udałoby się go spełnić w jednym życiu? Stąd też cytowane wyżej zdanie Francisa Bowena o „nieadekwatności” jednego krótkiego żywota doczesnego jako miary dla następującej po nim całej wieczności kary lub nagrody.
Czy pamiętamy jeszcze tę platońską opowieść o żołnierzu imeniem Er, przedstawioną tu w części 4? Według tej opowieści dusze, które udały się do piekła lub do nieba, nie pozostawały tam na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały z powrotem do wcieleń doczesnych. Porównajmy to z poniższymi wersetami z księgi „Apokalipsy Jana”:
„Skoro zachowałeś nakaz mojej wytrwałości, Ja cię zachowam od próby, która ma nadejść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować mieszkańców ziemi. Przyjdę niebawem: Trzymaj, co masz, by nikt twego wieńca nie zabrał! Tego, kto wytrwa, uczynię filarem w świątyni Boga mojego, i na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej („kai ego ou me exelthe eti”). I na nim imię Boga mojego napiszę imię miasta Boga mojego, Nowego Jeruzalem, co z nieba zstępuje od mego Boga, moje nowe imię. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.” (Apo 3; 10-13)
Jeżeli nie ma reinkarnacji – pytają nieraz reinkarnacjoniści – to skąd owe „na zewnątrz on już nie wyjdzie więcej” ( „kai ego ou me exelthe eti”)? Czy nie oznacza to, że wcześniej ten ktoś „wychodził na zewnątrz”, czyli do kolejnych wcieleń? Czy nie jest to ta sama idea wędrówki dusz, naszkicowana całe stulecia wcześniej przez Platona? Czy dusza nie odbywa swej wędrówki tak długo, aż zostanie oczyszczona i będzie mogła stać się „filarem w świątyni Boga”? Wtedy bowiem z całą pewnością „już więcej” nie będzie musiała donikąd „wychodzić”…
C.D.N.
Przypisy:
1.. Elizabeth Clare Prophet. “Reincarnation. The Missing Link in Christianity”. Summit University Press 1997, s. 173
3.. „Reincarnation. The Phoenix Fire Mystery. An East-West dialogue on death and rebirth from the worlds of religion, science, psychology, philosophy, art and literature”. Compiled and edited by Sylvia Cranston. Foreword by Elisabeth Kübler-Ross, M.D. Theosophical University Press, Pasadena, California 1998, s. 139
4.. “narodzi z wody i z Ducha” – względnie „z wody i tchnienia” („gennethe eks idatos kai pneumatos”):
w t.zw. „pogańskich” religiach misteryjnych inicjacja polegała na symbolicznym „narodzeniu” poprzez oczyszczenie „tchnieniem” czyli powietrzem. Jakby reminiscencją tego, oprócz cytowanych tu wersetów, jest także u „Jana” werset 33 rozdziału 1, gdzie mowa o Christosie jako tym, kto ma chrzcic „świętym tchnieniem” („duchem”). Podobnie u „Mateusza” (3; 11-12) mowa jest o Christosie jako tym, co chrzcić będzie „świętym tchnieniem i ogniem” i w tym celu ma nawet trzymać „wiejadło” (wachlarz) w ręku. Podobnie w „pogańskich” misteriach w Eleusis takie „wiejadło” było używane dla „chrztu powietrzem”. Bóg Dionizos znany był jako „ten z wiejadłem”, gdyż dokonywał podobnego „oczyszczania”.
Continue Reading »
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 5
„Kazanie na Górze” – któż spośród chrześcijan o nim nie wie? Nawet ci, co z czytaniem Biblii są „na bakier”, słyszeli jednak to określenie. Może nie za bardzo co prawda kojarzą treść, a może myli im się z czymś zgoła odmiennym. Tak jak w tym dowcipie z czasów PRL, z lat 1970-tych, w którym uczniowie na lekcji historii spytani zostali o Powstanie Warszawskie. Jacy uczniowie, takie były odpowiedzi: „wspaniały zryw patriotyczny ludności stolicy!” – zawołał jeden; „antyradziecka machinacja rządu emigracyjnego”- skomentował inny. Na koniec niedouczony, acz bardzo szczery Dyzio, wywołany przez „belferkę” i zapytany o to, co może powiedzieć o Powstaniu Warszawskim, wycedził:
„No,…. wiem, że ma być, ale nie wiem kiedy…”
„Kazanie na Górze” to jedna z tych części ewangelii „Według Mateusza” („Kata Mathaion”), do których odwołujemy się najczęściej. Jest w nim między innymi następujący fragment (Mt 5; 25 – 26):
„Szybko ureguluj sprawy ze skarżącym cię do sądu, gdy idąc tam, jeszcze jesteś z nim w drodze, żeby czasem skarżący nie przekazał cię sędziemu, a sędzia słudze sądowemu, i zostałbyś wtrącony do więzienia. Doprawdy, mówię ci: Na pewno stamtąd nie wyjdziesz, dopóki nie spłacisz aż do ostatniej monety znikomej wartości.”
Najprostsza interpretacja tego fragmentu to oczywiście jego dosłowne rozumienie: chodzi o kwestie moralne i prawne w tym, doczesnym, życiu (przy założeniu, rzecz jasna, konsekwencji sięgających także do życia pozagrobowego…).
Ale istnieje także inna jeszcze interpretacja: starożytna interpretacja gnostyczno – reinkarnacjonistyczna, sięgająca co najmniej (powtarzam: CO NAJMNIEJ II wieku n.e. – co najmniej, bo wymieniona została w II wieku n.e. przez Ireneusza z Lyonu).
Najpierw jednak kilka słów o tym, skąd się ona wzięła.
Według starożytnych gnostyków chrześcijańskich, mit Stworzenia wyglądał inaczej niż według mitu „ortodoksów”. Gnostycy owi, pragnąc wyjaśnić skąd bierze się zło na świecie, który (podobno) został stworzony przez Stwórcę (podobno) ze wszech miar doskonałego, używali nieraz schematu „dwóch Bogów”: jeden, ten gorszy, niedoskonały, stworzył świat, w którym żyjemy. Ponieważ ten stworzyciel był sam niedoskonały, przeto i dzieło jego „rąk” też nosi znamiona niedoskonałości – zgodnie z regułą „poznasz rzemieślnika po jego dziele”.
Dlatego też Christos, według nich, udzielił w cytowanym fragmencie nie tylko użytecznej rady moralno – prawnej, ale dotknął również spraw ostatecznych.
Oczywiście, żyjąc w świecie „doczesnym”, stworzonym przez niedoskonałego stwórcę (demiurga), musimy kierować się prawem tego niedoskonałego świata, spłacając nagromadzone w nim własne „karmiczne” „długi”. Jeśli nie będą one spłacone, to „stwórca” (czyli ów „skarżący”) odda cię w ręce „sędziego” i „sługi sądowego” (czytaj: archontów, władców tego świata z mocy owego niedoskonałego „stwórcy”), a ci z kolei wtrącą cię do „więzienia”(czyli: do kolejnych inkarnacji).
By tego uniknąć, należy żyć przykładnie i doskonalić się w poznaniu Bożej „iskry” w samym sobie („gnothi seauton” !), by móc udać się, gdy pora po temu nadejdzie, wprost z powrotem do tego lepszego, Doskonałego Boga, od którego wszelka dusza pochodzi, i z tym Bogiem się zjednoczyć.
Taka interpretacja posiada analogię z „Sekretną Księgą Jana” (t.zw. „Apokryfon Jana”). Ta księga napisana została przed 185 rokiem n.e. Jest w niej następujący fragment, w którym Jan rozmawia z Christosem:
http://www.gnosis.org/naghamm/apocjn.html
„I powiedziałem. ‘Panie, ci jednak, co nie wiedzą do kogo należą, gdzie będą ich dusze?’
A on powiedział do mnie, ‘W nich duch podły urósł w siłę, gdy zbłądzili. I on obciąża ich duszę i pociąga ją ku czynom diabła, a ten rzucą ją w zapomnienie. I gdy wychodzi ona z ciała, jest przekazywana władzom, co zaistniały poprzez archona, i zakuwają ją one w łańcuchy i wtrącają do więzienia i obcują z nią póki nie zostanie ona wyzwolona od zapomnienia i osiągnie wiedzę. I jeśli w ten sposób się udoskonali, zostaje zbawiona.”
C.D.N.
Continue Reading »Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 4
Tym razem przyjrzymy się pewnej przypowieści z ewangelii „Według Łukasza” („Kata Loukan”), która również stanowi swoistą „kość niezgody” odnośnie tego co ona „mówi” lub „nie mówi” o reinkarnacji. Oto cała ta przypowieść, jak napisana u „Łukasza” (16; 19-31):
„Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bawełnę i dzień w dzień świetnie się bawił. 20 U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. 21 Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. 22 Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. 23 Gdy w Otchłani („en to hade”), pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. 24 I zawołał: “Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”.25 Lecz Abraham odrzekł: “Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. 26 A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”. 27 Tamten rzekł: “Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! 28 Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. 29 Lecz Abraham odparł: “Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!” 30 “Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. 31 Odpowiedział mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą””.
Chociaż w owej opowieści pojawia się imię Abrahama, uważanego za praojca Zydów, to jednak – jak za chwilę zobaczymy, cała ta historia jest w swym charakterze grecka. Oczywiście o reinkarnacji samej w sobie nie mówi ona absolutnie niczego, poza jednym małym szczegółem. Jednak by móc ją w jakikolwiek sposób ocenić, warto przyjrzeć się temu, skąd w ogóle wzięła się ona w ewangelii.
Otóż gdyby ewangelia ta pisana była jakieś 600 – 700 lat wcześniej, owa przypowieść praktycznie rzecz biorąc nie miałaby szansy pojawienia się w niej. Nie miałaby, gdyż żydowska religia nie posługiwała się jeszcze wówczas ani pojęciem nieśmiertelnej duszy (co czyniłoby niemożliwym jakiekolwiek „rozmowy umarłych”) ani też konceptem „Nieba i Piekła”, które są niezbędne dla powyższego scenariusza.
Obydwa zaś owe kncepty są „pogańskie”, a żydowska kultura zapożyczyła je w całości od Greków. Hebrajskie rozumienie „otchłani” („Sheol”) bliskie jest greckiemu Hadesowi. Hades („niewidoczny”) zaś na pewno nie był po prostu „piekłem”. To była kraina umarłych, do której udawali się wszyscy zmarli, obojętnie czy w życiu doczesnym postępowali dobrze albo źle. Wewnątrz Hadesu jednak było miejsce szczególnie ponure, zwane „Tartar”, dokąd udawali się ludzie wyjątkowo źli lub tacy, którzy szczególnie nie spodobali się bogom. Odpowiednikiem Tartaru w religi żydowskiej byłaby „Gehenna”, którą – tak jak i Tartar – utożsamić można z „piekłem”.
Hades, tak jak rozumiany przez Greków, był miejscem szczególnym. Tam trafiały dusze wszystkich ludzi po śmierci ich ciał. Ale trafiali tam również ludzie żywi. Pamiętamy zapewne opowieść o Orfeuszu i Eurydyce? Otóż „Orfeos”, po śmierci „Euridike” udał się po nią do Hadesu. Wyszedł stamtąd żywy. Natomiast Persefona („Persefone”, „Persefoneia”) po uprowadzeniu przez Hadesa, musiała wracać tam każdego roku. Orfeusz czy Persefona to swoiste „furtki” dla poglądów reinkarnacyjnych. Bo jeśli żywy człowiek może wejść do Hadesu i stamtąd wyjść żywy – to czy zatem obok dusz tych, co tam na zawsze pozostali, nie mogło być i takich, które stamtąd wyszły?
W tradycji Nowego Testamentu „Hades” też jest, jak u Greków, miejscem przedziwnym. Tam cierpi ów bogacz z przypowieści, ale do tegoż „więzienia” też idzie Christos, by głosić kazanie do dusz (1Pt 3; 19) . Jednak jego dusza (Christosa) nie została tam pozostawiona na zawsze (Dz 2; 27-31) .
Zestawmy na moment przypowieść o bogaczu i Łazarzu z konkretną opowieścią grecką. Posłużymy się tu jednym przykładem takich opowieści, autorstwa samego Platona (ok. 427 – ok. 347 p.n.e.). Dla niektórych owa opowieść, zawarta w „Republice”, jest po prostu zwykłą fikcją literacką, inni zaś uważają ją za literacko opowiedziany przykład „Near Death Experience” (NDE). Bohaterem tej historii jest pewien żołnierz imieniem Er „syn Armeniusa, Pamfilijczyk z urodzenia” (Pamfilia to niegdysiejszy region na południu obecnej Turcji, akurat na północ od Cypru). Otóż Er poległ w walce. Jednak jego ciało, w odróżnieniu od ciał innych poległych, nie wykazywało oznak rozkładu. W dwunastym dniu Er zbudził się do życia i opowiedział to, co widziała jego dusza w innym świecie po opuszczeniu ciała. Stanął on mianowicie, wraz z innymi, przed grupą sędziów, którzy oświadczyli mu, że powróci on z powrotem do życia ziemskiego jako swoisty „posłaniec” do ludzi, by im opowiedzieć co ich czeka w zaświatach:
„siedzieli tam sędziowie, którzy nakazywali sprawiedliwym, po wydaniu na nich wyroku (…), by wznosili się ku górze niebiańską drogą po prawej stronie; i w podobny sposób niesprawiedliwym nakazali udać się w dół drogą po lewej stronie…”
(Tak nawiasem: pamiętamy ewangelicznego „łotra po prawicy” i „łotra po lewicy”? To też koncept grecki i jeszcze będziemy doń powracać…)
Krótko mówiąc, dusze sprawiedliwych udawały się ku niebu po nagrodę, dusze niesprawiedliwych zaś udawały się ku piekłu na potępienie. Lecz nie pozostawały one w tych miejscach na zawsze, lecz po odbyciu kary lub odebraniu nagrody wracały na ziemię po nowy żywot, a nawet mogły ten nowy żywot sobie wybrać. Cała opowieść pełna jest tradycyjnych akcentów greckich, łącznie z postaciami z historii Grecji oraz greckiej mitologii. Opowieść ta, jeżeli kogoś ona interesuje, jest dostępna tutaj w pełnej wersji .
Jak nietrudno zauważyć, obie opowieści, platońska i „łukaszowa”, wykazują uderzające podobieństwa. Obie mówią o tym, że po śmierci ciał, dusze w zależności od tego, jakie życie prowadziły, udają się albo do nieba albo do „piekła” czy „otchłani”. Obie mówią o rozkoszach lub pociechach w niebie oraz o cierpieniach w piekle. Obie one prezentują obraz duszy, która, gdy już raz dotarła do owego piekła lub nieba, nie może przejść na drugą stronę. I obie też pokazują jednak, że pomimo owej niemożności podróży z jednego z tych miejsc do drugiego, istniała możliwość porozumiewania się dusz między sobą – w przypadku przypowieści biblijnej porozumiewanie to odbywa się bezpośrednio niejako ponad „przepaścią” („chasma”), gdy bogacz rozmawia z Abrahamem. W przypadku opowieści Platona to porozumiewanie jest możliwe tylko wtedy, gdy dusze, już po odebraniu nagrody lub ukaraniu w piekle, spotykają się w połowie drogi i opowiadają sobie o swych przeżyciach w obu tych miejscach. Ta platońska wersja sugeruje zatem, że piekło i niebo bardziej są od siebie oddalone niż w wersji biblijnej.
I tak na dobrą sprawę jedyną interesującą nas kwestią, którą obie te opowieści się różnią, jest to, że ta platońska wersja mówi wprost o cyklach reinkarnacji, podczas gdy ta „łukaszowa” nie mówi nam absolutnie nic na ten temat. To znaczy: nie mówi nic bezpośrednio. Bo na zakończenie czytamy w niej w wersetach 30 i 31:
“Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: “Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą””.
Czy to oznacza, że wierzono jednak w to, że umarli mogą powstać i kogoś jeszcze ostrzegać, czy też to tylko taka „replika metaforyczna”? Tego się już chyba nie dowiemy. Podobieństwo istnieje jednak i tu pod tym względem, że tak wersety 30 i 31 z ewangelii jak i mit Era mówią wyraźnie o zmarłych jako posłańcach mających ostrzegać ludzi. W ewangelii miałby to być „ktoś z umarłych”, w micie greckim zaś posłańcem tym jest sam Er.
W każdym razie to, co widzimy, jest jeszcze jednym przykładem tego (zaiste nie odbiegającym od biblijnej normy…), że o reinkarnacji nie mówi się wprost ani afirmująco ani negująco. Co oczywiście oznacza, że obie „strony” debaty w czasach nam współczesnych mogą użyć przypowieści „łukaszowej” jako „amunicji” na korzyść swoich tez. I tak jak w innych przykładach Nowego Testamentu tak i w tym, tezy te są w 100% uzasadnione. Jedne i drugie tezy…
Dokładnie to samo dotyczy szeregu innych fragmentów ewangelii. Jednym z nich jest ten w postaci wypowiedzi Christosa z ewangelii „Łukasza” już w scenie ukrzyżowania do „łotra po prawicy” (Łk 23; 43): „Zaprawdę powiadam ci: dziś ze mną będziesz w raju”.
Uwaga ta mówi tylko i wyłącznie o tym, że obaj ci ludzie będą w raju. Nie mówi natomiast absolutnie niczego o tym, że raz dostawszy się do „raju”, pozostaje się tam raz na zawsze…
Continue Reading »Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 3
Niemalże „żelaznym argumentem” wymierzonym rzekomo przeciw reinkarnacji, a znajdującym się w Nowym Testamencie, ma być, według anty-rainkarnacjonistów, następujące wyrażenie z „Listu do Hebrajczyków” (9; 27):
„I tak, jak jest przeznaczone ludziom umrzeć raz, a potem jest sąd…”
Jak widać, jest to zdanie, a właściwie tylko wyrywek ze zdania, wyjęty z kontekstu i to w sposób tak totalny, jak tylko to sobie można wyobrazić. Zanim jednak zajmiemy się bliżej tym kontekstem, odpowiedzmy od razu, że to wyrażenie nie przesądza absolutnie o niczym. I nawet, jak zobaczymy, nie jest w stanie przesądzać, gdyż dotyczy zupełnie innego zagadnienia. Ale jeśli już przeciwnicy reinkarnacji pragną – najwyraźniej z braku lepszego „laku” użyć tej semi-sentencji, przypomnijmy to, co napisaliśmy już lata temu w obu częściach artykułu „Reinkarnacja, czyli…”:
“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze“Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”
Praktycznie rzecz biorąc, ponieważ ten fragment zdania nie mówi wyraźnie ani o tym, że dusza człowieka po śmierci wciela się w inne jescze ciała, ani też o tym, że “postanowione duszy jeden tylko raz żyć i tylko i wyłącznie w jednym ciele”, więc de facto do tego „naczynia ze słów” można wlać taki „płyn” interpretacji, jaki kto uważa za stosowny, a i tak będzie „pasował jak ulał”. Szczerze mówiąc – tak, jak zaznaczyłem na samym początku tej małej serii „egzegezy reinkarnacyjnej” – wolałbym zobaczyć coś „czarno na białym”, co swoim jednoznacznym i niepodważalnym charakterem czyniłoby tu wielość interpretacji niemożliwą, bo wtedy przynajmniej nie byłoby jakichkolwiek wątpliwości co do znaczenia wersetów. Sam bowiem osobiście będąc reinkarnacjonistą, nie pragnę wczytywać w istniejące słowa jakichkolwiek własnych poglądów, lecz staram się po prostu widzieć to, co na pewno napisano, a czego nie napisano. No, więc nie napisano tam niczego o liczbie ciał, w jakie wciela się dusza. Ani też o tym ile razy może się ona wcielać w jedno ciało.
Jeżeli zatem mielibyśmy przyjrzeć się przykładom wskrzeszenia przez Christosa Łazarza oraz córki Jairusa, to jak „wyglądałby” ten cytat „…jest przeznaczone ludziom umrzeć raz, a potem jest sąd..” ? Czy owej dziewoi oraz Łazarzowi też było „przeznaczone” umrzeć raz? Oczywiście, można założyć, że ciało istotnie umiera tylko jeden raz - wspołczesna medycyna zdaje się to jednoznacznie potwierdzać. Co by oznaczało, że Łazarz i córka Jairusa nie umarli w ogóle, lecz albo zapadli w śpiączkę, z ktorej się przabudzili, albo też doświadczyli tego, co obecnie określa się skrótem NDE (Near Death Experience). Ludzie 2 tysiące lat temu mogli tego nie rozróżniać i kogoś z NDE uznawać za definitywnie martwego. Mogły też całe te dwie ich „historyjki” zostać włożone do tekstum by pokazać „wielkość Christosa”, tak jak podobne rzeczy przypisywano innym „cudotwórcom”, jak Apoloniusz z Tiany czy choćby Pitagoras.
No, ale jeżeli jednak oboje byli martwi, a potem „cudownie” zostali wskrzeszeni, to znaczy, że umierali CO NAJMNEJ dwa razy, a nie tylko raz. Więc nawet w tym ściśle „biblijnym” i aż do bólu „ortodoksyjnym” kontekście, interpretacji i „milieu” ten cytat zdaje się nie mówić całej prawdy…
Ale teraz przyjrzyjmy się wreszcie całemu jego kontekstowi.
Cały rozdział 9 „Listu do Hebrajczyków” jest po prostu nie o tym ile jest ziemskich żywotów (zwłaszcza, że mowa o „umieraniu raz”, a nie o „zyciu raz”) lecz o różnicy ofiary Christosa i ofiar judaistycznych, dokonywanych na zwierzątach. Każdy, kto ma Biblię, może tam zajrzeć i dowodnie o tym się przekonać. Nie zamierzamy tu cytować wszystkich 28 wersetów tego rozdziału, pozwolimy sobie na krótkie omówienie.
Autor tego „Listu” dokonuje porównania między powtarzanymi wielokrotnie krwawymi ofiarami na ołtarzach judaizmu z jedną ofiarą Christosa. Nie wypowiada się on w ogóle na temat reinkarnacji, wcieleń oraz duszy. Dość powiedzieć, że w tym liczącym sobie 28 wersetów rozdziale ani razu nie zostaje nawet użyte słowo „dusza” („psyche”) – dosłownie ANI JEDEN RAZ ! Mowa jest jedynie o „Duchu Swiętym” („pneumatos tou agion”) w wersecie 9; 8. To wszystko, jeśli idzie o jakiekolwiek dusze lub duchy.
Autor stwierdza, że judaistyczni kapłani wielokrotnie powtarzają ofiary na ołtarzach, bo tak nakazywało „przymierze” Mojżesza. Pisze o tym, że praktycznie wszystko jest obmywane we krwi, bo inaczej nie ma odpuszczenia grzechów (9; 22). Jednak, że ta wielokrotność ofiar nie ma sensu w „przymierzu” Christosa, który „pod koniec wieku” („synteleia ton aionon”, 9; 26) ukazał się po to, by zgładzić grzechy ofiarą z samego siebie. Dodatkowo (9; 24) Christos nie pojawił się w świątyniach budowanych ludzkimi rękami, lecz w niebie, by wstawić się za nami „teraz” („nun”). Przeto, tak jak raz sądzone ludziom umierać, tak i on raz jeden, przy tym końcu wieku („aionon”) raz się pojawił, by raz zgładzić grzechy „wielu” („pollon”). I że gdy drugi raz się pojawi, to już tylko dla zbawienia tych, co go wyglądają. Tak nawiasem: warto tu dodać, że w czasie, gdy ten „List” był pisany (II połowa I wieku n.e.) dość częste było przekonanie chrześcijan, że ów „koniec wieku” (także rozumiany jako „koniec wszystkich czasów”) był już bliski i że nastąpi jeszcze za życia tamtego pokolenia, czyli pokolenia Piotra, Jana itd. Ci ludzie wierzyli, że „paruzja” czyli „Drugie Nadejście” nastąpi już wkrótce. To z kolei nadawać by mogło dodatkowego sensu słowom rozdziału 9. A mianowicie, że – tak jak napisano w wersecie 26, że „raz jeden” Christos ukazał się, by dać z siebie ofiarę i wkrótce nadejdzie z powrotem.
Rozdział 9 nie mówi nic o duszach ani reinkarnacjach, nie zawiera w ogóle żadnych sformułowań, któreby pośrednio czy bezpośrednio odnosiły się do tej kwestii.
Za to aż się w tym krótkim rozdziale roi od słów takich jak „krew” czy „ciało”. Tak więc krew wymieniana jest jako „krew kóz i bydła” („aimatos tragon kai moschon”), „krew byków i kóz” („aima tauron kai tragon”) i tak dalej (wersety 9; 12, 9;13 , 9;19), jako „krew przymierza” (aima tes diatekes”) – werset 9;20, potem znowu jest ta krew w wersecie 9;18 , 9; 20 itd. Jest „krew Christosa” („aima tou Christou”) w wersecie 9; 14. Jest „przelew krwi” („aimatekhusias”) w wersecie 9; 22, potem znowu „krew” w wersecie 9; 25. Mowa też jest o „ciele” czyli „sarkos” (dosł. „ciało”, „mięso”) np w wersetach ), 10 czy 9; 14. Ale ani razu autor nawet nie zająknął się o jakiejkolwiek „duszy”!
Tymczasem, jeżeli mowa ma być o reinkarnacji lub o opozycji wobec reinkarnacji, to wspomnienie duszy jest po prostu nieodzowne, bo bez duszy nie ma reinkarnacji. Gdyż to właśnie dusza się wciela, a nie „krew” lub „mięso”.
Dlatego słuszność mają ci interpretujący, którzy odczytują owe „raz człowiekowi umrzeć” jako śmierć ciała jedynie. Bo, po pierwsze, gdy umiera człowiek, to umiera jego ciało, a nie dusza. A po drugie dlatego, że cały kontekst tego wersetu, dosłownie cały rozdział jest o ofiarach „ciała”, „krwi”, „mięsa” i o niczym innym.
Osobiście, tak jak wolałbym w istniejących polemikach, aby wskazywano na jednoznaczne stwierdzenia raczej niż na zagadkowe, tak też jestem przeciwnikiem wyrywania pojedynczych zdań – a nawet, jak w tym wypadku – fragmentów zdań z ich kontekstu, tak bezpośredniego, znajdującego się w tym samym zdaniu, jak i szerszego, zawartego w treści, do której się dane zdanie, lub jego wyrywek odnosi. Takie wyrywki używane jako “argumenty” stają się bowiem same w sobie żenujące.
Jeżeli natomiast – nawet jako nierozstrzygające – przywoływane są one wraz z ich kontekstem, to przynajmniej dają wgląd w pewien możliwy scenariusz (który może nawet okazać się kiedyś prawdziwym), a na pewno jest w stanie stanowić możliwy styl myślenia osób, które blisko dwa millennia temu pisały teksty stanowiące obecnie kanon Pisma. I tylko z tego powodu się tu nimi zajmujemy.
Jako ciekawostkę odnotujmy zatem, że owo wskrzeszenie Łazarza i córki Jairusa oraz ich związek z wersetem Hbr 9;27 nie pozostał niezauważony przez reinkarnacjonistów także w przeszłości. W roku 1684 flamandzki autor Franciscus Mercurius van Helmont wydał w Londynie pracę znaną pod skrótowym tytułem „Two Hundred Queries”. Pełny tytuł, odnotujmy to, brzmi: „Two Hundred Queries Moderately Propounded Concerning the Doctrine of the Revolution of Humane Souls, and its Conforming to the Truths of Christianity”. Zadając pytanie postawione przez nas wyżej, odnośnie co najmniej dwukrotnej śmierci obojga osób wspomnianych w ewangeliach, autor zastanawia się dalej nad owym “raz umrzeć”, pyta ponownie: „Czyż słowa te nie muszą mieć zatem innego , głębszego i mniej oczywistego sensu?”
Cytowana już przez nas dwukrotnie autorka, Elizabeth Clare Prophet, odpowiada:
„Oto pewien „mniej oczywisty sens”: to, co umiera raz i tylko raz, to „cielesny umysł”, jak Paweł nazwał ludzkie ego. Napisał on w liście do Rzymian, „Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś Ducha – do życia i pokoju”. Cielesny umysł jest nastawiony na „sprawy ciała”. Odnosi się to do cząstki w nas, która musi umrzeć, byśmy mogli „odziać się” w naszą „nieśmiertelność”.
Po jakimś czasie, w jakimś momencie, aby uzyskać nieśmiertelny żywot, musimy całkowicie i ostatecznie unicestwić umysł cielesny. Nie stanie się to natychmiast. Paweł pisał „umieram codziennie”. Nierealne ego umiera po trochu każdego dnia aż wreszcie staje sią martwe. Owa śmierć ego jest procesem, tak jak osiąganie nieśmiertelności jest procesem. Aż do momentu osiągniecia tego celu, kontynuujemy wcielenia i doświadczenie sądu (choć nie ostatecznego) po zakończeniu każdego żywota. Lecz gdy uzyskujemy naszą nieśmiertelność, docieramy do kresu zywotów i umierania. Jak Paweł napisał:
‘A kiedy już to, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest, o śmierci twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?’”
Oczywiście w tych wersetach idzie o nieśmiertelność duszy, nie ciała.
Ale spróbujmy przez moment przyjrzeć się jeszcze innej możliwości interpretacyjnej Hbr 9; 27. Bardzo radykalnej możliwości reinkarnacyjnej. Wyobraźmy sobie, że jest wśród nas zwolennik „ortodoksyjnego” rozumienia tego wersetu – czyli rozumienia anty-reinkarnacyjnego, zakładającego, że po jednym życiu duszy w jednym tylko ciele człowieka oczekuje jedynie Sąd Ostateczny. Wiąże on ową „jedną śmierć” z jedną ofiarą Christosa – właśnie dlatego, że Christos poniósł tę ofiarę RAZ JEDEN dlatego, że i człowiek, według niego, żyje też tylko RAZ JEDEN.
Owemu polemiście rzuca wyzwanie zwolennik owej bardzo radykalnej egzegezy reinkarnacyjnej tego wersetu:
- Jeżeliby istotnie, tak jak twierdzisz, Christos poniósł ofiarę za ludzi raz jeden, bo ludzie żyją raz jeden – zacząłby ten reinkarnacjonista – to nie sądzisz, że oddałby on życie jedynie za tych, którzy byli mu współczesnymi, albo co najwyżej za tych także, którzy go poprzedzili? Jak mógł on zbawić dusze tych, co jeszcze nie istnieli? Czy można zbawić duszę jeszcze nieistniejącą? Za jakie jej grzechy miałaby ona zostać „odkupiona”? Pamiętaj, co pisze autor „Hebrajczyków” w wersecie 26: że Christos „raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie”. Autor ten zdawał się wierzyć – tak jak wielu w tamtym czasie, że koniec wieku („aion”) lub świata był bliski i dlatego Christos szybko pragnął go odkupić.
Więc jeżeli Christos ten miałby odkupić także ludzi jeszcze nieistniejących oraz dusze nieistniejące, to ile razy jeszcze musiałby się on poddawać torturze krzyżowania i umierania, by ich wszystkich „zbawić”?
Czy nie jest zatem logiczne, że jeśli uczynił to jedynie raz, to po prostu dlatego, bo każda dusza jest wieczna, przechodzi ona jedynie swoje stadia istnienia w rozmaitych wcieleniach. A ponieważ cała wieczność jest jej udziałem, toteż zbawienia jej istotnie wystarczy dokonać tylko jeden raz.
Rejestruję tu owe możliwe egzegezy dla uświadomienia Czytelnikom, że są one częścią rzeczywistości religijnej i filozoficznej, w której żyjemy. Sam jestem reinkarnacjonistą, jednak prezentowane tu poglądy nie są moimi własnymi. Zaznaczam to po raz kolejny, gdyż na portalu „Fronda” odezwały się głosy, według których są to poglądy moje własne. Link do części 2
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 2
W tym krótkim odcinku przyjrzymy się scenie z rozdziału 9 ewangelii „Według Jana”, a mianowicie uzdrowieniu niewidomego człowieka. Oto wersety przedstawiające tę scenę:
„Przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: ‘Idź, obmyj się w sadzawce Siloam’. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc.” (Jn 9; 1 – 7)
Zadając Christosowi pytanie o to „kto zgrzeszył”, apostołowie stawiają dwie możliwości. Najwyraźniej obie wchodziły w rachubę w tamtejszej społeczności, bo inaczej chyba pytanie to nie pojawiłoby się w tekście ewangelii. Wskazując na rodziców jako na winnych, wskazano na znany zapis tak zwanego „Starego Testamentu”, a konkretnie jakże nam „drogiej” Deuteronomii (czyli „Powtórzonego Prawa”), według którego „Jahwe” karze potomstwo za grzechy rodziców:
„Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu” (Dt 5; 9)
Nie, nie idzie nam tu o to, by wyszydzać „Deuteronomię”, choć nie pałamy żadną pozytywną namiętnością do tej księgi. Nawet – o dziwo! – jesteśmy się w stanie zgodzić, że przynajmniej w niektórych wypadkach „karanie następnych pokoleń” jest faktem. Palisz za dużo tytoniu – twe dziecko może na tym ucierpieć; źle wychowujesz potomstwo – skończy ono w „rynsztoku”… I tak dalej. Co prawda nie przypisujemy tej kary jakiemukolwiek Bogu (lub bogu), lecz pożałowania godnym działaniom samych owych rodziców, za które to działania winić należy ich samych, a nie owego Boga (lub boga).
No dobrze, ale co z tą inną wersją, według której to sam niewidomy grzeszy tak bardzo, że się już rodzi pozbawiony wzroku? KIEDY tak zdążył nagrzeszyć?
Są teoretycznie dwie możliwości: albo grzeszył, nicpoń, w łonie matki; albo też… no właśnie: w poprzednim życiu.
Cytowana już poprzednio Elizabeth Clare Prophet (1939 – 2009) argumentuje w taki oto sposób:
„Jan portretuje Jezusa jako nie czyniącego nawet jakiejkolwiek sprawy z reinkarnacji, którąby niewątpliwie uczynił, gdyby się z nią nie zgadzał. Zamiast tego Jezus wychodzi poza myślowe nastawienie swych słuchaczy, prowadząc ich ku innemu poziomowi. „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale , aby się na nim objawiły sprawy Boże”. Autor tej Ewangelii zademonstrował, że człowiek ten urodził się niewidomym nie z powodu jego poprzednich uczynków, lecz ponieważ jego dusza odpowiedziała na powołanie od Boga. Zgodził się on znosić ślepotę aż do czasu spotkania z prorokiem, który przywróciłby mu wzrok”.
Elizabeth Clare Prophet zakłada tutaj jakąś „zgodę” duszy niewidomego na cierpienia, byle tylko świętość proroka mogła zabłysnąć. Naszym zdaniem, biorąc pod uwagę to, w jaki sposób „Stary Testament” prezentuje „Jahwego”, prawdopodobniejsze byłoby, że ten „Jahwe” w ogóle nie liczył się ze swym stworzeniem i jego cierpieniem. Jeśli ten „bóg” potrafił był bawić się Hiobem niczym lalką i mścić się na potomkach za grzechy ich rodziców, to wystarczyła sama jego wola, by kogoś oślepić od urodzenia po to tylko, by jakiś przyszły cudotwórca mógł się wykazać dla jego, „Jahwego” chwały…
Jednak pozostaje trwałe wrażenie, że istotnie, również autor „Jana” uważał za rzecz całkiem możliwą, że reinkarnacja istnieje rzeczywiście. Lub też – jeśli opisane wydarzenie naprawdę miało miejsce, a „Jan” jedynie ograniczył się do jego zrelacjonowania – że istotnie reinakarnacja była możliwością całkiem poważnie traktowaną przez ową społeczność. W istocie wiemy już z innych źródeł (m.in. dzięki żydowskiemu historykowi z I wieku n.e., Józefowi Flawiuszowi), że reinkarnacja była traktowana tam bardzo poważnie.
Odnotujmy w tym miejscu inną jeszcze uwagę E.C. Prophet poczynioną przy tej okazji:
„Zanim rozstaniemy się z historią, przyjrzyjmy się kontrowersyjnej kwestii, jaką podnosi ona w odniesieniu do reinkarnacji: czy ludzie urodzeni z niesprawnościami są odpowiedzialni za swe nieszczęścia? W wielu wypadkach odpowiedź brzmi „tak”. Ich postępowanie w poprzednich może spowodować, że uczą się z doświadczeń i limitacji w następnym życiu. Limitacja taka może w istocie prowadzić do wzrostu duszy. Rozmaite potrzeby duszy determinują czy ludzie rodzą się zamożni lub ubodzy, czy mają życzliwych czy okrutnych rodziców.” (…) „W istocie niesprawność może wcale nie być karmiczna, lecz może stanowić warunek, który dusza zgodziła się znosić w celu nauczania i wspierania innych. Biedni i niefortunni mogą być niezapowiadanymi świętymi noszącymi grzechy świata”.
Rola Christosa w całym opisanym u „Jana” w rozdziale 9 incydencie jest neutralna w odniesieniu do reinkarnacji. Nie potwierdza jej, nawet swoją odpowiedzią zdaje się jej przeczyć. Jednak jej też nie potępia. Jeżeli natomiast zgodzić się z interpretacją o „zgodzie” duszy na cały „eksperyment” ze ślepotą od urodzenia, to Christos co najwyżej przyjmuje istnienie reinkarnacji „przez aklamację”, lecz bez entuzjazmu. Część 1 Część3
Reinkarnacyjna egzegeza Nowego Testamentu – cz. 1
W kolejnych krótkich odcinkach zajmiemy się interpretacją („exegesis”, „exegeisthai”) Nowego Testamentu z punktu widzenia reinkarnacjonistycznego. Osobiście nie dostrzegam bezpośrednio niczego przesądzającego o reinkarnacjonistycznych lub niereinkarnacjonistycznych przekonaniach autorów tych ksiąg chrześcijańskich w samych tekstach przez nich napisanych – czemu dałem wyraz w obydwu artykułach „Reinkarnacja, czyli…” ( część 1 oraz część 2 ). I generalnie nie uznaję niczego za rzecz całkowicie udowodnioną dopóki nie zostanie ona wykazana NAUKOWO w sposób nie budzący najmniejszej wątpliwości (co w odniesieniu do paru kwestii sprzed ok. 70 lat przyniosło mi już kilkakrotnie posądzenie o „łamanie prawa”). Jednak interpretacja rządzi się swoimi prawami, zwłaszcza jeżeli – tak jak tutaj – Nowy Testament nie zawiera jednoznacznych sformułowań, a zamiast nich posługuje się słowami, które pozostawiają „furtkę” szeroko otwartą dla rozmaitych możliwości.
Czego zatem uczył Iesous Christos – lub też co najmniej autorzy pism nowotestamentowych, którzy na tego Christosa się powoływali? Czego uczyli, gdy chodzi o kwestię reinkarnacji? Przyjrzymy się bliżej temu jak i dlaczego uważają oni, że reinkarnacjonizm jest zawarty na kartach kanonicznych pism chrześcijańskich.
Zacznijmy zatem od początku, czyli od tego kim był Christos i przez kogo miał zostać „poprzedzony” w swej działalności.
Christosa miało poprzedzić powtórne pojawienie się Eliasza. Tak mówią autorzy tekstów ewangelii Nowego Testamentu. I bazują swoją opinię na cytatach z „Księgi Malachiasza”, a konkretnie na Ml 3;1,5 oraz 23:
„Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów.”
„Wtedy przybędę do was na sąd i wystąpię jako świadek szybki przeciw uprawiającym czary i cudzołożnikom, i krzywoprzysięzcom, i uciskającym najemników, wdowę i sierotę, i przeciw tym, co gnębią obcych, a Mnie się nie lękają – mówi Pan Zastępów.”
„Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego.”
I do tych fragmentów nawiązują ewangelie Nowego Testamentu, gdy mowa w nich o tym, kim był Jan Chrzciciel oraz Iesous Christos.
„Także król Herod posłyszał o Nim gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: «Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w Nim».Inni zaś mówili: «To jest Eliasz»; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: «To Jan, którego ściąć kazałem, zmartwychwstał»”. (Mk 6; 14-16)
„Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?» A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków»” (Mt 16; 13-14)
„O wszystkich tych wydarzeniach usłyszał również tetrarcha Herod i był zaniepokojony. Niektórzy bowiem mówili, że Jan powstał z martwych; inni, że Eliasz się zjawił; jeszcze inni, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Lecz Herod mówił: «Jana ja ściąć kazałem. Któż więc jest Ten, o którym takie rzeczy słyszę?» I chciał Go zobaczyć.” (Łk 9; 7-9)
Według „Kata Ioannen” (czyli ewangelii „według Jana”), gdy Jan Chrzciciel jeszcze żył, pytano i jego osobiście kim jest.
„Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś?», on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie!»” (Jn 1; 19-21)
Czyli: Jan Chrzciciel osobiście zaprzeczył, by był Eliaszem. To jednak nie koniec. Bowiem Sotera miał poprzedzić właśnie Eliasz. Potwierdza to sam Christos w Mt 11; 11 – 15:
„Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!”
A zatem Jan to jednak Eliasz…
Jednak „sprawa Eliasza” na tym się nie kończy. Oto bowiem u „Marka” Christos ulega „transfiguracji” czyli „przemienieniu” i to w towarzystwie Mojżesza i Eliasza właśnie:
„Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem”. (Mk 9; 2 – 4)
„I pytali Go: «Czemu uczeni w Piśmie twierdzą, że wpierw musi przyjść Eliasz?» Rzekł im w odpowiedzi: «Istotnie, Eliasz przyjdzie najpierw i naprawi wszystko. Ale jak jest napisane o Synu Człowieczym? Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym. Otóż mówię wam: Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak, jak chcieli, jak o nim jest napisane»” (Mk 9; 11 – 13)
W ewangelii „Kata Mathaion” („Mateusza”) ta scena również jest opisana w rozdziale 17. Różnica w porównaniu do cytowanych wyżej wersetów z „Marka” o tym, że „Eliasz już przyszedł” jest jednozdaniowa, ta, że u „Mateusza” „uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu” (Mt 17; 13).
No, to mamy dylemat: czy tym „prawdziwym” Eliaszem był ten, który był Janem Chrzcicielem, czy też ten, który ukazał się obok Christosa w „przemienieniu”? Czy Eliasz posiadał zdolność „bilokacji”? I to takiej trwającej całe lata życia człowieka aż po wiek dorosły? (bo Chrzciciel nie został przecie ścięty jako niemowlak, albo?). Ewangelie o tym nie mówią. Tak czy owak, istotnie można odnieść wrażenie, że autorzy ewangelii kanonicznych wierzyli w reinkarnację. I że przedstawili Jana Chrzciciela jako przereinkarnowanego Eliasza.
Zdania na temat tych cytowanych tutaj wersetów i ich znaczenia są podzielone. Jedni autorzy twierdzą nieraz, że słowa Christosa są prawdziwe, ale że nie potwierdzają generalnie żadnej doktryny reinkarnacji (istotnie, można w tekście doszukać się jeszcze wiary w reinkarnację, ale akurat nie jakiejś konkretnej TEORII na jej temat). Inni zaś twierdzą, że to nie są słowa Christosa, te, które odnoszą się do Eliasza i „Baptistesa”. Lecz że zostały one włożone jedynie po to, by jakoś wykazać, że Christos to istotnie ten „Mesjasz”, o którym mówi księga Malachiasza z tak zwanego „Starego Testamentu”.
Przyjrzyjmy się jak argumentuje w tym przypadku chrześcijańska autorka, reinkarnacjonistka, Elizabeth Clare Prophet w książce „Reincarnation. The Missing Link in Christianity”:
„Zajmijmy się najpierw argumentem teologów. Według niego to, że Jezus powiedział, że Jan był Eliaszem, „który miał powrócić”, nie oznacza, że zamierzał on dawać do zrozumienia, że prorok reinkarnował. Eliasz był unikalny, ponieważ nie umarł w naturalny sposób, lecz został zabrany rydwanem do nieba. Dlatego też jego ciało było odmienne od ciała jakiegokolwiek człowieka w historii.
W swej książce „Reincarnation and Christianity” dr Robert Morey opowiada się za standardowym argumentem chrześcijańskim: ponieważ Eliasz nigdy nie umarł, więc gdy pojawił się na Górze Przemienienia, ukazał się jako „wciąż żyjący i w swym pierwotnym ciele”. (nie wspomina jednak w jakim ciele pojawił się Mojżesz!).
Morey pomija inną ewentualność – że Eliasz przybył w ciele duchowym. Taki byłby wniosek kogoś zaznajomionego z żydowskim mistycyzmem (przemienienie ma w sobie wiele podobieństw z wizjami mistyków z Merkabah …). Mistycy ci, tak jak i późniejsi kabaliści, uznawali zarówno Enocha (który udał się do nieba podobnie jak Eliasz) oraz Mojżesza za postacie deifikowane. Ciała ich zostały przetransformowane ze zniszczalnych w ciała duchowe – „ciała niebiańskie”, o których pisze Paweł (1Kor 15; 40).
Ci Zydzi, którzy wierzyli w reinkarnację, mogliby łatwo zaakceptować ideę, że Jan był reinkarnacją Eliasza. Ponieważ Jan już nie żył, jego dusza mogła zatem pojawić się w przemienieniu jako Eliasz w ciele duchowym.
Gdy Morey usiłuje przekonać nas, że Eliasz wciąż nosił swoje dziewięćsetletnie ciało fizyczne, ignoruje on jasne stwierdzenie w Ewangeliach, „Eliasz już przyszedł i uczynili mu tak jak chcieli”. W oczywisty sposób reinkarnacja jest tym, co autorzy mieli na myśli.
Wielu naukowców uważa, że Jezus nie poczynił owych stwierdzeń „Jan jako Eliasz”. Uważają raczej oni, że zostały one dodane przez autorów Ewangelii. Prezentując pogląd popularny wśród naukowców, XX-wieczny teolog katolicki Hans Küng mówi nam, że wersety o Eliaszu są „popularną tradycją, marginalną w ewangelii”. Jesus Seminar, grupa ponad dwustu umiarkowanych i liberalnych badaczy, uważa te wersety za inwencję tych, którzy pragnęli dowieść, że Jan Chrzciciel był zaprorokowanym poprzednikiem Jezusa, Mesjasza.
Czy badacze ci mają słuszność czy też nie, ich argument nie podważa faktu, że chrześcijanie, którzy napisali Ewangelie w późniejszych latach I wieku, wierzyli w reinkarnację. A wiemy także, że niektórzy z pierwszych chrześcijan próbowali używać tych wersetów, by dowodzić reinkarnacji.
Jeżeli w istocie wiara w reinkarnację była obecna we wczesnym chrześcijaństwie, to czy zapoczątkowana została ona przez Jezusa? Gdy prześledzimy tę wiarę posuwając się w czasie z powrotem do chrześcijańskiego gnostycyzmu i zestawimy go z żydowskim mistycyzmem, odpowiedź może stać się jasna.” (rozdz. 9, str. 100-101).
Ale tym zajmiemy się innym razem…
Continue Reading »Emeis de noun Christou echomen!
My znamy do tej pory w sumie 20 ewangelii (w całosci lub we fragmentach). Ale z całą pewnością było ich znacznie więcej. Niektórzy “ortodoksi” sobie wręcz kpili, że gnostycy niemal co dzień piszą nową ewangelię. Miał np.ewangelię napisać Walentyn. I pisali też wiele komentarzy do ewangelii, np. Ptolemeusz i Herakleon napisali pierwsze znane komentarze do ew. “według Jana”.
Ewangelie, które pisali, a które zapewne “wydłużały się” z biegiem czasu (tak sądzi się właśnie o “Ewangelii Tomasza”) pisane były zapewne też (tak jak te kanoniczne) przez osoby inne niż te, pod których imionami są znane. No dobrze, i co z tego? Jeśliby na tej podstawie miały byc “nieważne”, to i te 4 kanoniczne musiałyby “wylecieć” z kanonu z prędkościę odrzutowca. Ale nie o to tu chodzi.
Gnostykom raczej chodziło nie o pisanie “historii Jezusa” ile o pobudzenie czytelnika (lub słuchacza) do samodzielnego myślenia. Nie chodzi zapewne w przypadku “Tomasza” o to, że każda “logia” (czyli „powiedzenie”) ma tylko jedno ważne znaczenie, lecz że każdy może starać się odnaleźć w tej “łamigłówce”. Co do tej o tym, że kobieta może stać się mężczyzną (a zdarzyło mi się już przeczytać “ortodoksyjną” opinie o tej logii, bodajże “samego” Bruce Metzgera! – ze to wyraz jakiegoś “męskiego szowinizmu” – ależ się musiałem śmiać!!!). Mam swoje wyjaśnienie (które może być albo dobre, albo złe), że ponieważ w antyku często element męski utożsamiany był z duchem, a żeński z ciałem (co niejednokrotnie – już do czasow egipskich – oznaczano nawet kolorami: niebieskim i czerwonym – stąd też jeszcze dziś dziewczynki ubiera się na różowo, a chłopczyków na niebiesko…), toteż jesli kobieta osiągnie mądrość i wiedzę, to moze stać się “duchem”, czyli czymś “wyższym” niż tylko “ciałem”. Co po prostu oznacza, że jest to już osoba na tyle dojrzała, że jest równa mężczyznom (wtedy mężczyzni mieli pierwszeństwo, kobiety były traktowane – zwłaszcza w pewnych kulturach – jako osoby gorszej kategorii). A “ortodoks” Metzger nie zadał sobie nawet trudu zastanowienia się (albo: zadał, zadał, ale nic dobrego o “heretyckiej” ewangelii rzec nie chciał, bo za nieilnteligentnego to ja go w żadnym wypadku nie mam…).
Mamy bowiem umysł właśnie po to, by się nim posługiwać i pisze o tym św. Paweł (1Kor 2;16) ‘Emeis de noun Christou echomen’ czyli ‘posiadamy umysł Chrystusowy’ (a nie jak błędnie podano w Tysiąclatce ‘znamy zamysł Chrystusowy’). Oto moje “uwagi” do tego wersetu:
To werset tajemnicy wyzwolenia.
Dróg wiele już istnieje w życiu Twem.
Ty możesz znaleźć drogę do Zbawienia:
‘Emeis de noun Christou echomen!’
Śmiało więc z losem weźmij się za bary,
by przekuć w wolę Boga żywot ten,
to kiedyś może poznasz siłą wiary
‘Emeis de noun Christou echomen!’
Sztywniakom prawa odpowiadaj szczerze,
ze sobą Prawdę nieś daleko, hen!
I głoś ja wszędzie, gdzie Cię los zabierze:
‘Emeis de noun Christou echomen!’
…A jeśli Cię do posłuszeństwa kuszą,
lenistwem pragną zmącic umysł ten,
pamiętaj: pierwej Cię przekonać muszą!
‘Emeis de noun Christou echomen!’
Dogmatem Twe myślenie chcą stopować.
Do Ciebie wszak należy wybór ten:
czy słuchać ich i dać się im zwariować?!
‘Emeis de noun Christou echomen!’
Bo dla nas umysł jest od Boga dany,
nie po to wszakże, by popadał ‘w plen’
lecz sekret każdy czynił sobie ZNANY!
‘EMEIS DE NOUN CHRISTOU ECHOMEN!!!’
I to jest też ten najważniejszy prymat ducha nad materią.
Zamiast kartki świątecznej
Ponad dwa tysiące lat temu drogą z Nazaretu do Betlejem podążała pewna para… Ona, nikomu tak na dobrą sprawę nieznana kobieta w ciąży, choć później pisano na jej cześć dytyramby, a w końcu, w ciągu wieków mitologia uczyniła z niej niemal „Panią Niebios”. On zapewne był dość znany lokalnie, jeśli to prawda, że był on – według ewangelii „Mateusza” – „tekton”, czyli cieślą lub po prostu budowniczym, czyli człowiekiem dość wolnego wówczas zawodu. „Tekton” po grecku oznacza właśnie kogoś, kto buduje, a tacy ludzie nie byli po prostu „robotnikami”, wbrew temu, co sugeruje obchodzone w kościele święto „świętego Józefa robotnika”. Tym bardziej, że według ewangelii Nowego Testamentu, Józef miał również zaliczać się do „linii Dawida”, czyli niegdysiejszego monarchy hebrajskiego, co z całą pewnością nie mogło go stawiać w rzędzie zwykłych „ludzi z ulicy”.
Jeśli wierzyć ewangelii „Według Mateusza”, para ta, mieszkająca na codzień w Nazarecie, udała się w drogę do Bethlehem (dosłownie „Dom Chleba”) z czystej i niezwykle trywialnej konieczności. Zarządzono bowiem spis ludności imperium rzymskiego, którego Judea była już częścią od pewnego czasu. Ponieważ zaś ludność opodatkowywana była od dochodów oraz od posiadanej własności, więc można założyć, że to właśnie tam w owym Bethlehem rodzina ta posiadała jakąś własność, a co najmniej jakiś dom.
I to właśnie w tym domu urodził im się syn. Wiemy dokładnie, że w domu, bowiem ta sama ew. Mateusza mówi wyraźnie, że owych „trzech mędrców” (przerobionych w popularnej legendzie na „Trzech Królów”) weszło do domu, by pozdrowić Narodzonego. Słowo użyte w ewangelii to „oikos” czyli „dom”: ”gdy weszli do domu, zobaczyli dziecko…” (“kai elthontes eis ten oikian, eidon to paidion…” Mt 2;11 ).
Popularny obrazek “dziecka w ‘stajence’”, który ma nam pokazać jaki biedny był ten przyszły Christos (“Zbawicielu drogi, jakżeś to ubogi”), wydaje się być zatem zdecydowanie przesadzony. Ewangelia Mateusza to jedna z najstarszych znanych ewangelii. Jeżeli ona zatem mówi o „domu”, a nie o „stajence” i to pomimo zapożyczenia hurtem całej mitologii „pogańskiej” o bogu urodzonym w stajence lub w grocie, to oznacza to, że ów dom jest tutaj elementem prawdy.
Oczywiście, że całe ewangelie chrześcijańskie pełne są mitu i to na dodatek właśnie „pogańskiego”, który pojawiał się przed narodzeniem Christosa w wielu odmianach. Nawet nazwa miejscowości „Bethlehem” czyli „Dom Chleba” znalazła zastosowanie już wcześniej, gdyż rósł tam gaj poświęcony „pogańskiemu” bogu Adonisowi, którego uważano za boga plonu i którego symbolem był chleb… Nie będziemy po kolei przedstawiali tu wszystkich elementów mitu, gdyż bardzo skrótowo – acz treściwie – zrobiono to już gdzie indziej i to w bardzo wizualny sposób. Szkoda, tak nawiasem, że zdawszy sobie sprawę z istnienia mitologii, ktoś uznaje samego Christosa za nierealnego.
Jednak ubierając Christosa w mit „pogański”, nie zaniedbano również wysiłku mającego na celu wepchnięcie tego człowieka także w mit żydowski. Miał on zatem „wypełnić” starotestamentowe „proroctwa” i być całkowicie żydowski. Jednak bardzo szybko liczba chrześcijan wywodzących się spośród „pogaństwa” i spoza kręgu żydowskiego przewyższyła znacznie liczbę chrześcijan żydowskich. Potwierdza to dowodnie, że to, czego ten człowiek nauczał i co propagował oraz sposób przedstawienia go – i to nawet przecież przez żydowskich autorów ewangelii – miały o wiele więcej wspólnego z ówczesnym „pogaństwem” aniżeli z judaizmem.
Mało tego: judaizm praktycznie odciął się od Christosa (poza nielicznymi wyjątkami), a pisany od II wieku n.e. Talmud obrzuca go wręcz niewybrednymi kalumniami. Gdy tymczasem szeregi chrześcijan „pogańskich” szybko rosły, przybywało też utworów poświęconych Christosowi, a mających wyjątkowo niewiele lub zgoła nic wspólnego z tradycyjnymi naukami i nakazami judaizmu.
I tak na dobrą sprawę generalnie niewiele się pod tym względem zmieniło także i dziś, gdyż judaizm Christosa nie akceptuje w dalszym ciągu, gdy natomiast akceptują go buddyści, a także hinduiści, którzy doszukują się w swoich własnych starych pismach “proroctw” dotyczących jego osoby (gwoli uczciwości: jeżeli ktoś idzie już tak daleko, by brać proroctwa Starego Testamentu za „dobrą monetę”, to czemu nie te hinduskie?). Akceptuje go także islam, choć nie akceptuje on tradycyjnej wiary w ukrzyżowanie Christosa, uznając – za pewnymi „heretyckimi” chrześcijanami pierwszych wieków naszej ery – że kto inny został zań ukrzyżowany.
I tak jak nawet wśród obecnych niektórych chrześcijańskich heretyków i gnostyków Christos miał przeżyć i udać się potem na południe Francji, tak znowu islamska sekta Ahmadiyya wierzy, że udał się on do Kaszmiru, gdzie znajdować się ma jego grób.
Nie chodzi tu jednak o to, która z owych wersji okaże się w końcu prawdziwa. Ważne jest to, że około 2 tysiące lat temu (choć niekoniecznie akurat w grudniu…) urodził się człowiek, który swym uniwersalizmem zjednał sobie – i zjednuje nadal pomimo upływu tak ogromnego czasu – ludzi różnych kultur, ras, i tradycji religijnych. Trzeba całkiem obiektywnie przyznać, że to naprawdę nieliche osiągnięcie: być uznawanym w rozmaitych religiach naraz…
Wszystkiego Najlepszego zatem z okazji Proroczego Narodzenia !
http://www.youtube.com/watch?v=N4UeEgAaiOU
Dialog między Marcjonitą a Judaizerem
Czy tak zwany „Stary Testament” powinien znajdować się w Biblii chrześcijańskiej? Jakie ma on uzasadnienie? Czy to uzasadnienie – zakładając, że ono w ogóle istnieje – jest wystarczające do tego, by Biblia chrześcijańska składała się w 80% z tekstów, w których żaden chrześcijanin nie napisał dosłownie ani jednej linijki? Czy jest wobec tego „niechrześcijańskim”, by domagać się usunięcia niechrześcijańskich pism z chrześcijańskiego kanonu? Poniższy tekst – ów dialog marcjonity z judaizerem – jest odpowiedzią na tak stawiane pytania. Tekst ten w zasadzie nie ma jednego tylko autora. Jest on wynikiem całego szeregu podobnych dialogów i polemik, zarówno słownych jak i pisanych, których byłem uczestnikiem, a które dotyczyły – tak jak dialog poniższy – miejsca i roli tak zwanego „Starego Testamentu” w Biblii i życiu kościoła na przestrzeni wieków. Szczególnie gdy chodzi o postać „judaizera”, na jego wypowiedzi tutaj prezentowane złożyły się komentarze szeregu osób, w tym teologów. Niektóre z wypowiedzi tych osób są tutaj w obszernych fragmentach przytoczone dosłownie. Pragnę im z tego miejsca serdecznie podziękować za pomoc, którą w ten sposób okazali, zwłaszcza, że do niedawna nie nosiłem się nawet z pomysłem stworzenia poniższeo dialogu. A zatem: zapraszam Judaizera do dyskusji!
Judaizer Dziękuję za to zaproszenie. Ale już na wstępie mam parę pytań. Przede wszystkim dlaczego nazywasz nas „judaizerami”? Czy to nie jest nadużycie? Czyż nie wiesz, że w ten sposób nazywano tych spośród chrześcijan, którzy upierali się przy konieczności przestrzegania praktyk judaizmu? Czyżbyś nie wiedział, że we wczesnym kościele istniał na tym tle spór? W Księdze Dziejów Apostolskich jest przecież nawet informacja o takich debatach w rozdziale 15… Co ma wspólnego ów przebrzmiały już spór z owych lat z faktem, że my dzisiaj po prostu bronimy należnego miejsca Starego Testamentu w naszej Biblii? A tak w ogóle: czy wasze negatywne podejście do Biblii hebrajskiej nie jest wyrazem swego rodzaju antysemityzmu lub krypto-antysemityzmu? Pewnie odpowiesz, że nie, ale mimo wszystko chciałbym poznać twoją odpowiedź… Zwłaszcza, że tak się jakoś „dziwnie” składa, że często przeciwnicy Starego Testamentu to ewidentni antysemici…
Marcjonita Jestem świadom tego starego sporu i my wiemy również, że Nowy Testament – czyli ta jedyna chrześcijańska część Biblii – odnotowuje go także w innych miejscach, szczególnie w listach Pawła z Tarsu, do których jeszcze wrócimy. Nie, nie uważam określenia „judaizerzy” w stosunku do was za nadużycie. To bowiem księgi znane nam jako „Stary Testament” były niegdyś nośnikiem owego sporu wewnątrz kościoła, tak jak były one nośnikiem sporu kościoła z synagogą, w szerszym ujęciu. Główny spór z judaizmem brał się właśnie ze sposobu interpretacji „Starego Testamentu”. I niejednokrotnie to właśnie ten spór o te rzekomo „wspólne” księgi był zaczątkiem tego, co wy tak niejednokrotnie mylnie określacie mianem „antysemityzmu”. Mylnie, bo te postawy nie były motywowane rasowo (czyli w odniesieniu do jakichkolwiek Semitów) lecz doktrynalnie.
To prawda, że nieraz odrzucanie ST jest motywowane antyżydowskim nastawieniem (choć nie zawsze akurat antysemickim), dokładnie tak samo jak prawdą jest, że i pełna jego akceptacja też nie zawsze idzie w parze z żydofilstwem. I też tak się „dziwnie” składało, że np średniowieczni katarzy z południa Francji, z Niemiec i północy Włoch, którzy ST odrzucili całkowicie, nie charakteryzowali się antyżydowskością, podczas gdy znowu broniący ST niczym „oka w głowie” kościół katolicki, zaraz po zdławieniu buntu katarów, w jednym z pierwszych po rebelii postanowień zakazał piastowania urzędów publicznych przez Zydów…
Natomiast kościół akceptujący ST stosował z iście judaizerską żarliwością nakazy ST odnośnie t.zw. „heretyków” – nawet i wobec samych Zydów (co za ironia!). Co z tego zatem, że odrzucono na przykład obrzezanie i szereg innych zwyczajów, gdy akurat w wielu gorszych kwestiach niż obrzezanie stosowano te „judaizerskie” nakazy z zimną krwią? Czy dlatego tylko inkwizytor Torquemada nie był „judaizerem”, bo go nie obrzezano i nie świętował szabasu? A wy dzisiaj: nie opowiadacie dalej o Zydach jako „narodzie wybranym” i to nawet wbrew swojej własnej, „ortodoksyjnej” chrześcijańskiej wykładni, według której wybrańcami Bożymi mają niby być ci, co podążają za Christosem, czyli niekoniecznie tylko Zydzi? Na jakiej właściwie podstawie twierdziłbyś, że wy nie jesteście już judaizerami? Wy jesteście pod szeregiem względów inni niż ci pierwotni judaizerzy, ale dalej pewne dziedzictwo ST nad wami ciąży. To tak jak my, marcjonici: nie jesteśmy tacy jak marcjonici z II wieku naszej ery i na przykład nie definiujemy już na ogół różnicy między NT i ST na zasadzie istnienia „dwóch Bogów”, tego gorszego i niższego z ST i tego lepszego, doskonalszego, proklamowanego przez Christosa. Ale pomimo tych różnic dalej można nas uważać za marcjonitów i niejednokrotnie również ludzie z waszej strony tak się o nas wyrażają, biorąc za punkt wyjścia sam już tylko fakt, że odrzucamy „Stary Testament”. Skoro my możemy zatem być marcjonitami, to i wy jesteście judaizerami.
J Tu rozbieżności między nami są ogromne. Uważam bowiem, że Nowy Testament wypływa ze Starego. Odrzucenie Starego Testamentu jest dla mnie i dla wielu chrześcijan odrzuceniem zakorzenienia Historii Zbawienia w historii Ludu Wybranego.
Odnośnie Marcjona, położyłbym nacisk na zafałszowanie przez Marcjona nauki samego Chrystusa poprzez oderwanie go od jej źródeł, od jej korzenia, czyli od całego judaizmu, od bądź co bądź kanonu Biblii jakim była choćby Septuaginta, gdy tymczasem Kościoły chrześcijańskie raczej zgadzają się ze sobą co do tego, że jeśli Chrystus przyszedł na świat w tradycji judaizmu to stało się to z określonego powodu, celu zamierzonego przez Boga, a ST i NT są jedną całością. Przez „fałszowanie” w tym miejscu nie rozumiem ingerowania w treść konkretnych pism, ale taki dobór pism, aby przeforsować obce judaizmowi tezy dualistyczne i oderwanie postaci i nauczania Chrystusa od ciągłości, kontynuacji wszystkich treści judaizmu.
Uważam, że nie wolno odrzucać Biblii Jezusa. Jezus wzrasta w jej klimacie duchowym i ucieleśnia ją – jako wcielona Tora, wcielone Słowo. Swoją postawą życiową ukazuje pewną jego interpretację – w imie której żyje i za którą ginie (skazany zresztą w imię innej interpretacji). Historia Jezusa jest nierozerwalnie związana z tym tłem i nie bez powodu Ewangelie przechowują Jego wypowiedź o tym, że ‘ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminą z Zakonu’… Przez Niego z Nim i w Nim partycypujemy w historii Izraela.
M Nie, nie jest odrzuceniem zbawienia (bo co do mitu „historii zbawienia”, to moglibyśmy mieć zupełnie inną dyskusję!). Niby dlaczego miałoby być? Sam spojrzyj na to: w ILU wśród dziesiątków ksiąg ST jest mowa o „Mesjaszu”? Przecież nie we wszystkich, prawda, lecz w mniejszości. A ile ksiąg tego ST sam Christos cytował w NT? Tylko garstkę – można się o tym przekonać czytając odnośniki w NT do ST… A tymczasem kościół przejął CAŁY ST. To trochę tak, jakby człowiek pragnący regularnie pić szklankę mleka zakupił w tym celu od razu całą mleczarnię i jeszcze farmę ze stadem bydła, oborami, szopami i silosem z paszą… (dlatego nieprzypadkowo mówię o „hurtowym” przejęciu ST…). W liście Judy (1;14-15) cytowana jest nawet 1Księga Enocha (a konkretnie 1En 1;9), której w ST nie ma, ale choć jest cytowana, do kanonu jej nie włączono. Natomiast włączono cały ST. To kolejne potwierdzenie hurtu zapożyczenia.
Islam postąpił mądrzej: oni uznają proroków, ale nie zdecydowali się na tworzenie całych tasiemców pism świętych. Uznali, że Mahomet jest ostatnim prorokiem, który zatem „podsumował” całą historię zbawienia, stąd też wystarczy im Koran. Dlatego też islam nie tylko jest osobną religią od judaistycznej, ale dokumentuje to także swoim własnym dorobkiem skrypturalnym, gdy natomiast w twoim wywodzie dostrzegam skłonność do traktowania chrześcijaństwa jako jedynie rodzaju „przyczynka” do historii Izraela…
J Nie jest przyczynkiem, jest jego kontynuacją. Przeciw odrzuceniu Starego Testamentu jako Biblii Jezusa przemawia również to, że praktycznie bez przerwy Jezus zeń cytuje. Spójrz tylko na sam fakt, że w samej Ewangelii według Mateusza Stary Testament jest cytowany 58 razy. Tak jest: 58 razy! W tej jednej tylko Ewangelii! A jeśli dodać do tego cytaty z innych ewangelii oraz pozostałych pism Nowego Testamentu, to liczba cytatów staje się wręcz ogromna! Po prostu ogromna, idąca dosłownie w setki! Bez Starego Testamentu to, co nazywamy Nowym Testamentem, staje się po prostu niezrozumiałe, oderwane od własnych korzeni. I to odrzucenie Starego Testamentu byłoby praktycznie odrzuceniem całej historii zbawienia.
M Tak nawiasem w Ewangelii Mateusza ST jest „cytowany” 57 razy, bo ten 58 raz pojawia się jakiś cytat, ale nie wiadomo skąd pochodzi. No więc w tych 57 „cytatach” ile jest cytowanych ksiąg ST? Biorę to słowo „cytaty” w cudzysłów i zaraz powiem ci dlaczego.
Ale przyjrzyjmy się owym 57 „cytatom” ST u „Mateusza”. Otóż ty twierdzisz, że to Christos bez przerwy, wprost ciągle cytuje ST. Jednak z owych 57 „cytatów” jedynie 10 jest włożonych w usta Christosa. Tylko 10 – na całą ewangelię! Co to jest tych 10 „cytatów” w przekroju całej tej ewangelii, to najlepiej ilustruje zestawienie ich z innymi pojawiającymi się w niej elementami: otóż jest tam bowiem także 7 t.zw. „chreiai”, czyli „użytecznych wyrażeń”, lapidarnie wyrażających pewne myśli. Owe „chreiai” (od greckiego słowa „chreiodes” czyli „użyteczny”) to krótkie notki w formie anegdoty. Jest to znana forma z literatury greckiej… Dalej jest w tej ewangelii 10 alegorii i 13 przypowieści. 10 razy też pojawia się tam określenie „synowie Boga” w odniesieniu do rozmaitych ludzi.
A zatem Christos nie cytuje tam „ciągle” wbrew temu, co tak chętnie wy podkreślacie, lecz cytaty owe są jedynie pewną częścią jego „warsztatu”.
W sumie mniej więcej 300 razy w Nowym Testamencie ma być nawiązanie do ST. Ale w dużej mierze nie są to jedynie cytaty, lecz również tak zwane „aluzje”. A co to takiego te „aluzje”? Na przykład w Księdze Powtórzonego Prawa 24;1-4 (Deuteronomii) jest sobie taka dłuższa instrukcja dotycząca małżeństwa i rozwodu. I wystarczyło, że w MT 5;31 Christos jedynie stwierdza, że prawo mówi o tym, że jeśli ktoś oddala swą żonę, to niech jej da świadectwo rozwodowe. On nawet tego nie cytuje ani nie mówi skąd to wziął, ale to wystarcza, by zaliczyć tę jego uwagę do owych aluzji (ba, czasami wręcz i do „cytatów”!) i w ten sposób podkreślić „ważność” ST. Pytam cię więc: w jaki to sposób tego rodzaju cytat z ST i tak zwana „aluzja” doń w NT są „ważne dla historii zbawienia” i w jaki to sposób odrzucenie Księgi Deuteronomii z kanonu chrześcijańskiego ma być „odrzuceniem historii zbawienia”? Czy wy aby nie próbujecie nadużyć teminu „historia zbawienia” dla podbudowania waszej własnej tezy o „niezbędności” ST? Jak widać, wy nawet celowo „nadmuchujecie” liczbę odniesień do ST w NT przez produkcję tak zwanych „aluzji”, po to jedynie, by ta sumaryczna liczba istotnie „szła w setki”…
A tak w ogóle to nawet ta liczba 57 cytatów lub „aluzji” u „Mateusza” jest mocno naciągana. Na przykład Mt 2;15 ma mieć taki „cytat” lub – jeśli kto woli: „aluzję” do Starego Testamentu, mianowicie do Hosei (Ozeasza) 11;1 w postaci owego „przywołania Syna z Egiptu”, co ma rzekomo oznaczać Christosa przybywającego z Egiptu dopiero po śmierci Heroda, który pragnął go zgładzić. Tymczasem autentyczny werset z Hosei 11;1 mówi o ludu Izraela i jego eksodusie z Egiptu! I takich „lewych” „cytatów” oraz „aluzji” jest więcej, również dalej u „Mateusza”, choćby Mt 2;17-18, gdzie mowa jest o Herodzie i jego „rzezi niewiniątek” jako o spełnieniu „proroctwa” z Jeremiasza 31;15, tymczasem u „Jeremiasza” (obojętnie jaki to „Jeremiasz” miał napisać) mowa jest o zabijaniu Izraelitów w niewoli babilońskiej… Albo inny jeszcze, bardziej nawet jaskrawy przykład: Mt 2;23, gdzie mowa jest o „proroctwie” mówiącym, że Christos „będzie zwany Nazareńczykiem”. Nasi spece połączyli to od razu co najmniej z dwoma wersetami z ST, mianowicie z Izajaszem 11;1 oraz Księgą Sędziów 13;5. Ten pierwszy werset nie mówi jednak nic o „Nazareńczyku”, jedynie o wyrośnięciu „różdżki z pnia Jessego”. Ten drugi cytat natomiast odnosi się do… Samsona, który miał jednak być nie Nazareńczykiem, lecz nazirejczykiem, czyli człowiekiem poświęconym Bogu, który m.in. miał się wystrzegać jakiegokolwiek kontaktu ze zmarłymi oraz od picia wina lub jakichkolwiek napojów fermentowanych. Christos natomiast nie był nazirejczykiem, na pewno nie był Samsonem, według ewangelii nie tylko miał kontakt ze zmarłymi, ale miał ich nawet przywracać do życia. Mało tego: sam miał przyznawać otwarcie, że pije wino! (Mt 11;19).
No więc nawet w tym wypadku „cudownie rozmnożyły” się te „cytaty” i „aluzje”: z jednego wersetu u „Mateusza” mamy aż dwa nawiązania do ST. I to jak uczynione? Ano, jednym fałszywym „cytatem” i jedną nieistniejącą „aluzją”…
Powiedz mi: czy wasza teza o „ważności” ST staje się naprawdę bardziej istotna i wiarygodna przez tworzenie przez waszą stronę debaty tego rodzju „pappendekla”, który próbujecie nam „sprzedać” jako „prawdę objawioną”? Kogo chcecie w ten sposób nabierać? Chyba jedynie tych, co to w ST bardziej wierzą niż go wolą samodzielnie przeczytać i porównać z jakimikolwiek wczesnymi pismami o Chrystusie…
To, co nazywasz historią zbawienia, zaczyna się znacznie, znacznie wcześniej niż ST…
Błędna decyzja kościoła o przejęciu hurtem ST jest tego rodzaju, że równie dobrze możnaby np zażądać od nas i od Zydów, abyśmy do kanonu zaliczyli jeszcze aretalogie bogini Izydy lub Księgę Umarłych (najlepiej pewnie całą…). Te aretalogie pochodzą z ok. 1.5 tysiąca lat p. Chrystusem (krótko przed Mojżeszem zatem…), a Księga Umarłych nawet datowana jest na ok. 3000 lat p.n.e. (Nawet mitycznego Abrahama miało jeszcze długo, dłuuugo nie być… prawie 1000 lat…). A dlaczego mielibyśmy je uznać? No, bo tam odnajdziemy w komplecie wszystkich 10 przykazań (wraz z całą masą innych nakazów i stwierdzeń), które to przykazania Mojżesz miał „otrzymać od Boga” na Synaju…
J Tak, ale Jezus urodził się w jednej, konkretnej tradycji owej historii Zbawienia. A tą tradycją jest właśnie starotestamentowy judaizm Abrahama, Mojżesza, Dawida, Saula, Salomona i Proroków, a nie Izydy, całego Egiptu czy Mezopotamii!
Gdybyśmy mieli do kanonu włączać te inne tradycje, zapewne jeszcze hinduizm, buddyzm, księgi wedyjskie, a z bliższych geograficznie pewnie i zoroastrianizm, to mielibyśmy całą bibliotekę, pełną wierzeń nawet wykluczających się wzajemnie, jak choćby wiara w zmartwychwstanie ciał VERSUS reinkarnacjonizm!
Nie mówiąc już o tym, że nawet po zdyskwalifikowaniu szeregu cytatów i aluzji, wciąż tych autentycznych cytatów jest w Nowym Testamencie sporo…
Nie lepiej zatem skupić się na jednej tradycji, ale za to konsekwentnie?
M Reinkarnacja niekoniecznie przeczy wierze w znartwychwstanie ciał, ale to już inne zagadnienie. Natomiast masz rację, że jedna religia nie jest w stanie pomieścić absolutnie wszystkich wierzeń albo i praktyk. W związku z tym powiedz mi tak najzupełniej szczerze:
czy naprawdę uważasz, że wszystko w „Starym Testamencie” zgodne jest z doktrynami chrześcijańskimi? Czy wszystko to, co tam jest napisane, kościół chrześcijański zaakceptował? Czy wreszcie ty sam byłbyś w stanie wszystko to zaakceptować jako wolę bożą i boże prawo? No i wreszcie czy istotnie wszystko w ST nawiązuje do jakiegokolwiek zbawienia (obojętnie już jak rozumianego), czy też raczej wiele, bardzo wiele jest tam rzeczy pobocznych i mających może znaczenie dla historyka specjalizującego się w historii Izraela i jego mitach, ale nie mającyh znaczenia dla naszej religijności. A spójrz jak postępował sam Jezus:
Christos stale się czemuś przeciwstawiał: a to był przeciw rozwodom (na które pozwalało prawo), albo nie świętował szabasu, albo przeciwny był kamieniowaniu na śmierć, to znowu był przeciw zasadzie “oko za oko”… „Bliźnim” stawał się dla niego nie tylko Zyd, lecz i ktoś spoza Zydów – co było w ewidentnej sprzeczności z regulacjami prawa mojżeszowego oraz z żydowskimi przykazaniami. Dwiema osobami, które on najbardziej pochwalił za siłę ich wiary, była dwójka t.zw. „pogan” czyli syrofenicka kobieta (Mk 7:25-30 i Mt 15:21-28) oraz rzymski oficer (Mt 8;5-13 i Lk 7;1-10), Iesous nawet stwierdził, że takiej wiary nie widział w całym Izraelu. Zatem jak na kogoś, kto twierdził, że “ani jota” ma z tego prawa nie zniknąć, to zachowywał się dość dziwnie… Tak, te fragmenty też dałoby się podłączyć do cytatów i aluzji do „Starego Testamentu”. Tyle, że na zasadzie kontry wobec niego.
Zaiste, uznanie Christosa za „wcieloną Torę”, jak ty go nazwałeś, wydaje się w tej sytuacji zakrawać wręcz na niezbyt udany żart…
J No tak, ale to wciąż nie podważa mojej tezy, że Jezus wyrósł w tradycji starotestamentowego judaizmu. Chrześcijanie to nie tyle „lud Księgi”, jak mawiają o nas mahometanie. My jesteśmy raczej ludem osoby – Jezusa Chrystusa. Biblia interesuje nas i dotyczy tylko i wyłącznie o tyle o ile ma do czynienia z Jego osobą. I tu jest ‘pies pogrzebany’ – Tenach była Jego Pismem, z niego czerpal, Jego życie było ciągłym dialogiem z Pismami Jego ludu. I to jest podstawowy powód dla którego nie możemy odrzucić tych ksiąg, bowiem wówczas odrzucilibyśmy de facto Jego – żywy, ucieleśniony midrasz. A zatem to, co mówisz, nie podważa mojego głównego argumentu, dla którego winniśmy zachować ST w naszym kanonie Pisma…
M A właśnie, że podważa. Mało tego: wręcz obala! Bowiem głównym argumentem za utrzymaniem ST w naszej Biblii jest – i zawsze było – nie to, że się Christos „wychował” w jego tradycji, lecz to, że ten ST ma rzekomo być przez Christosa „wypełniony” w jego proroctwach, wierzeniach i nakazach! Christos – jak sam to dopiero co podkreśliłeś – rzekomo „ucieleśnia” według was ten „Stary Testament” jako „wcielona Tora, wcielone Słowo. Swoją postawą życiową ukazuje pewną jego interpretację”, dodając, że ‘ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminą z Zakonu’. Przyznasz, że aby tak było, to nie wystarczyło się po prostu urodzić i wychować w pewnej tradycji, gdyż można ją było zmienić albo wręcz odrzucić. Żadne starożytne pismo przedstawiające Christosa – obojętnie czy to będzie którakolwiek z ewangelii kanonicznych, czy to będzie jakakolwiek niekanoniczna, na przykład gnostycka, ewangelia, albo nawet islamski Koran – nie przedstawiają tego człowieka jako kogoś, ktoby nauczał, że każdy nie-Żyd, co się zbliży do żydowskiego miejsca kultu ma zostać „natychmiast zabity”. Nie przedstawia go jako kogoś, kto nauczał, że nie-żydzi są „nieczyści”, nie twierdził, że nie należy z nimi wchodzić w koligacje rodzinne, ani nawet jeść z nimi przy jednym stole. Nie propagował regulacji, według której Żyd nie powienien nawet wchodzić do domu nie-Żyda, bo jak tam wejdzie, to potem musi poddać się 7-dniowemu „oczyszczaniu”. Czy nauczał, że kapłanów nieżydowskich religii należy wyrzynać niczym wieprze (jak to „barwnie” opisuje 2 Księga Królów), a ich miejsca kultu zamieniać na latryny?
Nie, ani jedno pismo mówiące nam cokolwiek o Christosie, nie przedstawia go w taki sposób. Dosłownie ANI JEDNO!
W oczywisty zatem sposób człowiek ten nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż ten, który znamy ze „Starego Testamentu”…
J Nieprawda! On po prostu – tak jak było to w tradycji żydowskiej – prezentował pewną interpretację tej tradycji. I został za to skazany i stracony – w imię zresztą innej interpretacji. Oczywiście ST dostarczał często – post factum – alibi dla wielu występków, ale czy rzeczywiście był ich źródłem? To należałoby jakoś wykazać. Ludzie są tacy jacy są – i ST świetnie to opisuje – i zawsze znajdą jakąs Księge, na którą można się powołać, by uzasadnić swe okrucieństwa. Ciekawe jednak, że dostrzegają wówczas tylko tę mroczną jej stronę, nie dostrzegając wszystkiego tego co w niej piękne i dobre. A przecież Jezus swoją postawą wobec życia i śmierci wskazał pewną drogę hermeneutyczną i właściwie wytrącił każdemu, kto chciałby się powołac na Jego Pisma, Pisma Jego ludu, argument z ręki…
M Proponuję ci zatem teraz co innego. Przyjrzyj się małemu „wyborowi” (zaprawdę, zaprawdę bardzo małemu, choć większy nie stanowiłby problemu żadnego).
Przypatrz się niektórym choćby przykładom „prawa bożego” i „bożej miłości” rodem ze „Starego Testamentu”, a potem mam do Ciebie pytania:
Deuteronomia
2;30-31: „Pan” czyni Sihona, króla Heshbonu „upartym” celowo, by móc sprowokować walkę z Izraelitami i dać tym ostatnim pretekst do rzezi. I zaraz dalej:
2;34-35 „Wtedy wzięliśmy wszystkie jego miasta i kompletnie zniszczyliśmy ich – mężczyzn, kobiety i dzieci. Nie pozostawiliśmy nikogo przy życiu. Lecz żywy inwentarzv i łupy z miast przez nas zdobytych zabraliśmy dla siebie”
(tak nawiasem: wyjaśnienie pod wersetami tlumaczy, że słowo hebrajskie oznaczające „zniszczyć” oznaczało w oryginale nieodwołalne poświęcenie zniszczonych rzeczy i ludzi bogu, często przez totalną ich destrukcję – co znaczy, że czyniono z nich ofiarę „całopalną” – greckie słowo dla „całopalnego”, to, jak zapewne wiesz, jest „HOLOKAUSTOS”…)
Potem jeszcze podobne wyrazy „jedności z bożkiem” są w 3;1-7, a werset 4 dodaje z dumą, że ten „eksperyment” miał mieć miejsce w 60 miastach (liczba przesadzona, oczywiście).
3;21 Mojżesz do Jozuego: „Widziałeś na własne oczy wszystko to, co Pan twój Bóg uczynił tym 2 królom. Pan uczyni to samo wszystkim królestwom, ku którym zmierzasz”
7;2-6 długa instrukcja co Zydzi mają zrobić z pokonanymi nacjami, m.in: „Oto, co macie z nimi uczynić: zburzcie ich ołtarze, zmiażdżcie ich święte kamienie, zetnijcie ich słupy Asherah i spalcie ich idole w ogniu.”
7;16 „Musicie zniszczyć wszystkie ludy, które Pan wam wydaje. Nie patrzcie na nie z litością i nie służcie ich bogom, gdyż byłaby to dla was hańba”
7;24 „On (czyli ów „pan”) wyda ich królów w wasze ręce, a wy wymażecie ich imiona pod niebiosami. Nikt nie będzie w stanie wam się oprzeć, zniszczycie wszystkich”.
13; 6-11 „Jeśli twój własny brat lub syn albo córka lub żona, którą miłujesz (…) potajemnie kusi cię „chodźmy wielbić innych bogów” (…) nie ulegaj jej lub jemu i nie słuchaj. Nie okazuj mu litości. Nie oszczędzaj go i nie chroń. Z pewnością musisz go położyć trupem. Dłoń twoja musi być pierwszą w zabiciu go, przed dłońmi całego ludu”.
20; 10-15 Mojżesz mówi, że jeśli Zydzi idą na wojnę przeciw komuś, mają najpierw zaoferować pokój – czyli dobrowolne oddanie się danego ludu Zydom w charakterze niewolniczej siły roboczej. Jeżeli odrzucą taką „wspaniałomyślną” ofertę, wtedy „…uśmierćcie wszystkich mężczyzn. Co do kobiet, dzieci, inwentarza i całą resztę w mieście, możecie to wziąć dla siebie jako łup”.
Księga Jozuego
O kampaniach wojskowych,
6;17 „Tylko Rahab, prostytutka, i wszyscy ci, co z nią są w domu, mają być oszczędzeni, gdyż ukrywała naszych szpiegów”.
6;21 „Poświęcili miasto Panu i zniszczyli swymi mieczami wszystko, co w nim żywe – mężczyzn i kobiety, młodych i starych, bydło, owce i osły”.
6;24 tu mowa o tym, że Izraelici, spaliwszy wszystko, co pozostało w mieście, wzięli jednak ze sobą srebro, brąz itd
7;1 „bóg” (tak, ten ST-Mann) jest wściekły na Izraelitów, ale nie dlatego, że pomordowali, lecz dlatego, że wzięli sobie to srebro, brąz itd, o którym mowa wyżej – zamiast je poświęcić swemu „Panu”… (ależ wzniosłe, nieprawdaż?)
8; 30-35 Po kolejnych podobnych „osiągnięciach” „naród wybrany” dokonuje odnowienia t.zw. „Przymierza” z „bogiem”. Zauważ przy tym, jeśli starczy Ci cierpliwości na czytanie Księgi Jozuego, że takie odnowienia owego „przymierza” następują niejednokrotnie po kolejnych „Shoah” dokonywanych na kolejnych ludach. Celowo nie cytuję wszystkich szczegółów…
Rozdziały 13, 14, 15, 16, 17,18, 19, 20 i 21 objawiają nam kolejne szczegóły duchowe a boskie: czyja ziemia jak została podzielona pomiędzy poszczególne klany Izraela – to oczywiście kolejna część „pisma nie-świętego”, którego żadną możliwą miarą kościół chrześcijański nie może się pozbyć, jeśli my naprawdę chcemy poznać Christosa i jego „ojca niebieskiego”, prawda? Bo jeśli się pozbędziemy tej pisaniny, co bardziej przypomina psychopatologię niż religię, to przecież Christosa nie będziemy w stanie nawet „zrozumieć”, nie mówiąc już o podążaniu za nim, czyż nie tak? Ba, pewnie nawet chrześcijanami byśmy być nie mogli, gdyby tych ochłapów supremacjonizmu i degenerackiej megalomanii nie było w naszym kanonie Pisma, jak mniemam…
Niejako „po drodze” możesz przeczytać Księgę Sędziów, gdzie – obok podobnie wzniosłych opisów „pobożności” znajdziesz ciekawostki (zakładam, że nie czytałeś tej księgi również), jak to, że 300 Izraelitów miażdży i unicestwia armię wroga liczącą 135 tysięcy żołnierzy… Tam znajdziesz niejakiego Samsona, co w pojedynkę w awanturze zabija 1000 ludzi i wyczynia inne podobne jeszcze cudactwa… No, jasne, to też w swej „nieomylności” kościół musiał włączyć – równie hurtowo, jak całą resztę, do kanonu, bo obyć by się „Matka Kościół” nie mogła bez takich „boskich” historii. Sensu by przecież kościół nie miał żadnego, gdyby nie podobna literatura. Aż się dziwię, że nie włączono także opowieści o Heraklesie – ten przecie też niezgorzej sobie radził…
Czasami odnoszę wrażenie, że nasi niegdysiejsi „ojcowie kościoła” chyba po pijaku decydowali które księgi włączyć do kanonu…
Dalszy ciąg sagi to 1 Samuel ,gdzie w 15;3 mamy aż do znudzenia (czyż to jeszcze dziwić może?) powtarzane zarządzenie „boga”: „Nie oszczędzajcie ich; zabijcie mężczyzn, kobiety, dzieci i niemowlaki, bydło i owce, wielbłądy i osły”.
No i zrobili, choć niezupełnie, bo oszczędzili króla Agaga i najlepsze spośród zwierząt. Więc „bóg” powiedział: (15;11): „Jestem zasmucony, że uczyniłem Saula królem, bo odwrócił się ode mnie i nie wypełnił mych instrukcji”. (dobre co? „Bóg” jest miłością, alleluja!!! Amen!!!)
A w 19;9-10 przeczytasz coś, co dla Ciebie może być istną rewelacją (bo mnie już zupełnie nie dziwi): „Lecz zły duch od Pana naszedł Saula” . Czujesz to? „Zły duch od Pana”… Tak, to też konieczniusieńko należało umieścić w chrześcijańskim „depozycie wiary”…
O tym „koniecznym” zabijaniu nie-Zydów podchodzących za blisko miejsc kultu żydowkiego już mówiłem. O tym, że Zydzi byli „narodem wybranym” (gdzieniegdzie też są nazywani „narodem świętym”), też. Inni byli „nieczyści”…
A teraz mam specjalne pytania dla Ciebie: twierdzisz bowiem, że Christos potwierdził „zakon” oraz że zginął on za pewną jego interpretację. Czy potrafiłbyś zatem wskazać nam te wersety z ewangelii – obojętnie już których ewangelii – w których ów Christos odnotowany jest jako potwierdzający, chwalący i „zachowujący” którą kolwiek ze wspomnianych (oraz innych podobnych, od których się w ST aż roi) regulacji i nakazów wspomnianych przeze mnie powyżej? A jeżeli takich wersetów nie znajdziesz (czego jestem absolutnie pewien), to czy pragniesz z tego wysnuć wniosek, że skoro tych rzeczy nie wymienił, to znaczy, że akceptował – lub „akceptował inaczej”?
Porównaj z tym:
Gal 3;13 „Christos wybawił nas od przekleństwa prawa”
Gal 3;23-25 „nie jesteśmy już pod nadzorem prawa” (odkąd przyszła wiara w Christosa)
Kol 2;13-14 pisany zakon „był przeciw nam i (…) stał w opozycji do nas; On (czyli Christos) zabrał go, przybijając go do krzyża”
Ef 2;15 tu znowu Christos „zniszczył barierę, dzielący mur wrogości, unieważniając w swym ciele prawo z jego przykazaniami i regulacjami” No! Dość mocno powiedziane: „unieważniając” !
Jak w takich warunkach, jak – według reguł jakiejkolwiek możliwej logiki – możesz mówić uczciwie o „braku sprzeczności”? Przecież te sprzeczności między ST i NT są tak uderzające, że trudno byłoby je chyba znaleźć w jakiejkolwiek literaturze, nawet religijnej, gdzie rozmaite „cudactwa” miały być ponoć „możliwe”.
I co TERAZ powiesz?
J Gdy alegorie w ST zinterpretuje sie przez pryzmat NT, może staną się one łatwiejsze do przyswojenia i większą uwagę zwróci sie np. na:
Księga Wyjścia 34:6, Księga Liczb 14:18; Księga Powtórzonego Prawa 4:32; Nehemiasza 9:17; Psalm 86:5; Psalm 86:15; Psalm 108:4; Psalm 145:8; Księga Joela 2:13.
M O jakich „alegoriach” mówisz? Czy doprawdy chodzi o alegorie? Oczywiście, jeśli kto chce silić się na alegorie, to może tak czynić. Np w wersecie, na który ty się powołałeś, Księga Liczb 14;18, gdzie mowa jest, że „Pan” karze za grzechy ojców ludzi nawet aż do trzeciej i czwartej generacji, niektórzy żydowscy reinkarnacjoniści tłumaczą to słowo „generacji” jako „inkarnacji”. Ale jeśli chodzi po prostu o to, że skutki błędów ojców dźwigane będą przez dzieci i wnuki, to akurat nie jest to żadna alegoria.
Jak zapatrujesz się na Księgę Liczb 31;14-18, gdzie Mojżesz, rozzłoszczony tym, że izraeliccy żołnierze nie wymordowali jeszcze wszystkich Midianitów, każe im dokończyć tego „dzieła” przez wymordowanie nawet kobiet i dzieci? Wyjątek miały stanowić jedynie młode dziewice, które ci Izraelici mogli sobie „zachować dla siebie”. Jeśli to ma być „alegoria”, to ja się pytam: alegoria CZEGO?
J Judaizm jest nieskończonym łańcuchem interpretacji. Jedne opowieści stanowią interpretacje innych, z kolei na podstawie tych opowieści tworzy się midrasze (Talmud jest miedzy innymi zbiorem midraszy, NT można również traktować jako zbiór midraszy). Poza tym mamy komentarze mistyczne jak ‘Sefer Jecirah’ i ‘Sefer ha-Zohar’. Mamy całe serie komentarzy do tych komentarzy (zarowno do Talmudu jak i do ksiąg mistycznych) i nowych midraszy (np. słynne opowieści chasydzkie) itd., itd. W tym łańcuchu właściwie nie ma ogniw ważniejszych i mniej ważnych. Jakiś rabin staje się ważnym komentatorem Pisma, jeśli zbierze wokół siebie dużą szkołę. Już w ST JHWH okazuje się Bogiem zazdrosnym, faworyzującym Izrael (chociaż to faworyzowanie niekiedy obraca sie przeciw faworyzowanemu), ale jest również Bogiem, który mówi ustami proroków, ze Izrael staje się ‘Nie-moim-Ludem’, a inne ludy są również ludami JHWH. Przez Pismo przewija się zarówno wątek partykularno-plemienny jak i uniwersalistyczny. I tak samo jest z późniejszą tradycją judaizmu. Weź choćby judaizm Rosenzweiga, Bubera, Chouraquiego, Lawrence’a Kushnera i in. dla ktorych Izrael jest ‘Bożym poletkiem doswiadczalnym’, zas wybór Izraela pierwszym stopniem ku wyborowi całej ludzkości. W istocie judaizm to niekończąca się dyskusją rózmaitych nurtów. Przechował nauki i praktyki, które następnie zapłodniły chrześcijaństwo i islam. Mnie osobiście zadziwia właśnie to, jak pierwotna religia plemienna mogła się rozwinąć i stać potężnym źródłem ogólnoludzkiej inspiracji. Czy obecne powszechne zainteresowanie kabałą (nawet jeśli często przybiera nader prymitywną postać!) nie świadczy o tym wystarczająco dobitnie?
M I tu już potwierdzasz swoje judaizerstwo w całej rozciągłości. Bo my rozmawiamy o chrześcijańskim kanonie Pisma, a ty schodzisz na temat poboczny i mówisz zamiast tego o rozwoju judaizmu. Tak jednak jak judaizm jest „dyskusją”, tak jest nią również – i zawsze było! – chrześcijaństwo. Nawet wręcz niekończącą się polemiką, w której, od samego początku, panowała znacznie większa różnorodność opinii, nawet wierzeń, niż kiedykolwiek była w judaizmie albo islamie. Przecież w pewnym momencie wydawało się wręcz, że rozmaici chrześcijanie wierzyli nawet w dwóch rozmaitych bogów! Takich wielkich różnic pozostałe religie jednak nie miały. Zainteresowanie kabałą nie jest wcale „powszechne”, ale nawet gdyby było: my nie negujemy tego, że jednym z korzeni chrześcijaństwa jest judaizm – bo nie jedynym! Zresztą i sam judaizm też czerpał z wielu źródeł. Nie negujemy tego, że judaizm (oraz islam) przechodził i przechodzi swoje własne metamorfozy. Nam chodzi o to, że Biblia chrześcijańska składa się w 80% z pism niechrześcijańskich, w których ani jedna linijka nie została napisana ręką chrześcijańską i że duża część z tych pism jest sprzeczna z chrześcijaństwem, obojętnie już czy tym t.zw. „ortodoksyjnym” czy „heretyckim”.
Chrześcijaństwo oparte jest na koncepcie nieśmiertelnej duszy. Tymczasem w ST ten koncept pojawia się bardzo późno. Wychodzi na to zatem – gdyby to ująć sarkastycznie – że ten Jahwe, który zawsze znajdował czas na instruowanie Izraelitów jak masowo eksterminować rozmaite ludy (łącznie z niemowlakami!) i by okazać swoją złość lub „zasmucenie”, jeśli oni nie do końca te nakazy wypełniali – nie potrafił z drugiej strony znaleźć miejsca na to, by im również wyjaśnić, że oni – jako ludzie – posiadają w ogóle coś takiego jak „dusza”. Musieli im to w końcu „podpowiedzieć” owi „poganie”, których mieli rzekomo tak bezlitośnie „na rozkaz Boga” zabijać…
Możemy to tłumaczyć kwestią historycznego rozwoju judaizmu, ale faktem pozostaje, że tego rodzaju pisma my mamy w naszym kanonie! Natomiast pomijamy tak chętnie fakt zakorzenienia mitu Christosa w religiach “pogańskich”, gdy w judaizmie nie było nań miejsca w ogóle.
A co do owej „plemiennej religii stającej się źródłem ogólnoludzkiej inspiracji”: co powiesz w takim razie o pojedynczych osobach, takich jak Christos, Budda, Mahomet, Zoroaster? Oni też stali się „źródłami ogolnoludzkiej inspiracji” i to bardziej jeszcze niż judaizm – popatrz na łączną liczbę tych, którzy dziś przyznają się do religii przez nich założonych! A i w samej Europie nie brakowała tytanów. Choćby dr Marcin Luter. Rozmiary jego dzieł pisanych są takie, że pewnie Lenin, Marks i Engels mogliby się „schować”. A propos Lutra, tak na marginesie zupełnie: wiesz, że znał hebrajski i był w stanie czytać także Talmud. Przeczytał. No i wiesz, jaka była jego reakcja na ten typ literatury…
J Mówisz tak, jakbyś dostrzegał jedynie negatywny wpływ Starego testamentu na chrześcijaństwo. Tymczasem jest tam również wiele dobra. Możnaby cytować całymi stronicami. Czy uważasz, że ponieważ są tam treści, które was tak oburzają, to należy wyrzucić całość? Czy nie byłoby to typowym „wylaniem dziecka razem z kąpielą”? Uważam, że kościół zrobił dobrze, zachowując Stary Testament, bo w ten sposób zapobiegł odcięciu się od własnych korzeni. To właśnie takie odcięcie uznałbym już bardziej za wyraz odcięcia się od samego chrześcijaństwa, doprawdy, takie próby uznaję wprost za niechrześcijańskie. Nie widzę powodu, by wykastrować Biblię z pewnych treści tylko dlatego, że wydają się wam barbarzyńskie. Przynajmniej ilustrują one, że życie bywa brutalne. Jaki sens miałoby składanie kanonu jedynie z wysublimowanych aż do bólu treści, treści zapewne szlachetnych, ale nie mających bezpośrednio związku z realizmem życia? Specyfika chrześcijaństwa polega na tym, że głosi ono wejście Boga w ludzką historię i egzystencję – egzystencję aż do bólu konkretną. Jest to historia, która rozpoczyna się w łonie Izraela i stopniowo zatacza coraz szersze kręgi.
M I tu jest właśnie sedno, do którego zmierzam. Próbujesz bronić ST, bo niby ukazuje życie takim, jakim jest. Ale też ci zaraz odpowiadam, że czym innym jest ukazanie brutalności życia, a czym innym zalecanie tej brutalności. Czym innym jest zobowiązywanie ludzi – lub choćby ich zachęcanie – do wzorowego życia, a czym innym wmawianie im, że są „wybrani” przez Boga i szczególnie przezeń „umiłowani” w porównaniu do innych. Można spokojnie założyć, że i naszych biskupów i inkwizytorów odpowiedzialnych za tysiące istnień ludzkich też by nie było, gdyby nie spaczona doktryna – spaczona przez „Stary Testament”. A nawet gdyby byli, to mieliby na sumieniu znacznie mniej. Bo nie mieliby „pomocnika” w postaci „słowa bożego”, podpowiadającego im, że takie czyny są wzniosłą koniecznością.
Już w roku 346 chrześcijański prawnik Firmicus Maternus napisał traktat „ De errore profanarum religionum”, dedykowany synom cesarza Konstantyna, Constantinusowi II oraz Constansowi. W piśmie tym żądał m.in.:
„Jest tobie nakazane najwyższym prawem Boga, byś surowo karał zbrodnię bałwochwalstwa. Słuchaj zatem i powierz swemu sumieniu to, co Bóg nakazuje wobec tej zbrodni. Bóg nakazuje, by ani syn ani brat nie został oszczędzony i kieruje niczym pomstę miecz przez umiłowane członki żony. Przyjaciela karze również ze wzniosłą surowością i wszyscy ludzie są budzeni do broni, by rozedrzeć ciała świętokradców. Zniszczenie jest rozstrzygane i dla całych miast, jeśli przyłapane zostaną na tej zbrodni.”
Tu nawet rozpoznajemy konkretne wersety – te same z Deuteronomii (Dt 13; 6-11), z których cytowaliśmy już przed chwilą. Przez prawie 15 wieków, czyli przez ¾ całego okresu swego istnienia kościół przykładał ręki do zbrodni. Tylko proszę: nie próbuj twierdzić, że „Stary Testament” nie miał z tym nic wspólnego…
Wspomniałeś Talmud. I bardzo dobrze. Gdybyś ty go nie wspomniał, ja zrobiłbym to na pewno. Czy dziwi cię, że Talmud kontynuuje podły stosunek do „goyim”, skoro posadowiony jest na tej samej skrypturalnej podstawie, zwanej „Starym Testamentem”? Dziwi cię mordowanie „pogan”, „heretyków”, desakracja ich świętych miejsc i wznoszenie – na znak „triumfu” kościołów na ich miejscu?
Mnie nie dziwi. Od lat bowiem wyznaję zasadę:
jakie pisma – takie nauki; jakie nauki – takie rezultaty
J Nie, nie będę próbował twierdzić, że ST nie ma z tym nic wspólnego. Oczywiście, że ma. Ja jedynie twierdzę, że nie powinniśmy „wylewać dziecka razem z kąpielą”. Zresztą sama treść takich wersetów, jak te z Dt 13; 6-11, nie mogła być powodem zbrodni inkwizycji. Pokaż mi religię, w której nikt nigdy nikogo nie zabił z powodów religijnych! Nawet przecież i wersety z Nowego Testamentu dałoby się w tym celu wykorzystać. Zresztą sam dobrze wiesz, że tak robiono. Na przykład pod koniec maja 1431 roku spalono żywcem Joannę d’Arc. No i jaki werset wybrano? Ano, z Nowego Testamentu. Ksiądz Nicolas Midi wygłosił był 30 maja, tuż przed egzekucją, kazanie bazowane na liście św. Pawła, a konkretnie na wersecie 1Kor 12;26: „gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki”. Co miało właśnie stanowić uzasadnienie ekskomuniki i wyroku śmierci. No i co ty na to?
M
To, że wyrok nie był bazowany na tym wersecie. Kazanie księdza dra Midi nie było fundamentem wyroku, było jedynie próbą moralnego uzasadnienia go po tym, gdy został on już zdecydowany. A ponieważ zostało ono wygłoszone pod koniec procesu, to czy to cię myli? Pokaż mi proszę w całym tym wersecie, w całym tym liście czy bodaj w całym Nowym Testamencie takie miejsce, gdzie istnieje nakaz zabicia kogokolwiek z powodu jego poglądów lub wierzeń. Nie, w Nowym Testamencie nie ma nigdzie niczego podobnego. Natomiast ty dobrze wiesz – czemu zatem to skrywasz? – że do tego czasu teologowie kościelni wypracowali sobie taką oto metodę „egzegezy” biblijnej: ponieważ wiadomo, że Biblia pisana była w ciągu nieco dłuższym niż 1000 lat i przez wielu rozmaitych autorów, więc poszczególne dzieła zawierały nieraz sprzeczne ze sobą poglądy – o tej sprzeczności mówimy tu bez przerwy, zwłaszcza na linii ST – NT. Wobec tego teologowie i hierarchia zdecydowali, że ponieważ cała Biblia jest słowem tego samego Boga, a Bóg nie może sobie sam zaprzeczać, to nie wolno interpretować Pisma jako zbioru sprzeczności, lecz należy je interpretować tak, aby wyszło na to, że te rozmaite księgi się wzajemnie wspierają i uzupełniają. Dlatego też werset z 1Kor 12;26, który nic nie mówi o jakiejkolwiek śmierci (w ogóle NT nie idzie dalej niż ekskomunika), uczyniono w ten nieuczciwy sposób wersetem uzasadniającym mord. To znaczenie wersetów ST nadało mu taki oto wyraz. Dokładnie tak, jak nadało go wersetowi Mt 18; 15 – 17 „jeśli brat twój grzeszy przeciw tobie (…) lecz jeśli nie usłucha kościoła, niechaj będzie dla ciebie niczym poganin i celnik”, cytowany Joannie przez tegoż dra Midi 18 kwietnia 1431 lub Jn 15;4 „gałąź nie może rodzić owocu sama z siebie, jeśli nie trwa w winnym krzewie” cytowany jej przy innej okazji. Zaden z tych wersetów nie mówi nic o konieczności mordu… Sądy inkwizycyjne działały „według Prawa Bożego, jak wyłożonego w Prawie Kanonicznym i Cywilnym…” – to cytat już z pierwszego zdania aktu oskarżenia w tymże procesie Joanny d’Arc, o którym wspomniałeś. A to bazowane było na Piśmie Swiętym obejmującym zarówno Stary jak i Nowy Testament. Z obu tych testamentów tylko ten pierwszy zawiera nakazy zabijania za wiarę… Te interpretacje, które miały za zadanie “pogodzić” obydwa “Testamenty” jako wzajemnie uzupełniające się, doprowadziły do takiego zatrucia przesłania Nowego Testamentu, że już potem nawet nie trzeba było trudzić się z cytowaniem “ST”, gdy przychodziło do zamordowania kolejnego “heretyka”. Przeczytałem całość protokołów procesu skazującego Joannę d’Arc i nie dostrzegłem tam ani jednego cytatu z “ST” (no, chyba, że jakiś pojedynczy umknął mojej uwadze, choć nie sądzę…). A jednak wyrok skazujący był całkowicie starotestamentowy…
Wzywasz mnie do pokazania Ci religii, której wyznawcy „nigdy nie dopuścili się przelewania krwi” , bo tylko w ten sposób mogę Cię przekonać do słuszności tego, co piszę o wpływie ST na historię kościoła. Stawiasz tak sprawę w sposób mało uczciwy, bo dobrze wiesz, że nie ma takiej religii, gdzie nikt i nigdy nikogo nie zabił. Rzecz nie w tym, czy „nikt nigdy”, lecz raczej w masowości takiego zjawiska zabijania z powodów doktrynalnych.
J Ja mam pytanie czy – skadinąd niewątpliwy – starotestamentowy charakter, który zachował Kościół jako taki, to rzeczywiście coś złego. Mozna do tego podejść również tak, jak podchodzi znany autor:
“Kościół historyczny, według mnie, jest instytucją starotestamentową: to znaczy, Kościół w swojej egzystencji empirycznej jest Starym Testamentem. W dalszym ciągu jest synagogą, ale synagoga jest konieczna, aby pojawił się Chrystus, więc taki Kościół musi istnieć, jest rzeczą konieczną. Bywają w działaniach Kościoła, w akcjach Kościoła, czy to liturgicznych czy innych – charyzmatycznych, momenty, kiedy ta determinacja empirycznej rzeczywistości, w której Kościół istnieje, została przezwyciężona i wtedy tam się pojawia Nowy Testament. Tym złem, które jest w Kościele, nie trzeba się ani tak strasznie gorszyć, ani go tak strasznie krytykować. W gruncie rzeczy, czym Kościół gorszy tym lepiej, bo tym więcej jest Chrystusa w tym Kościele. Kościół, który byłby doskonały, nie miałby miejsca dla Chrystusa.”
M No to niewiele ma ten autor do powiedzenia: “im gorzej, tym lepiej”… Równie dobrze można byłoby przecież powiedzieć, że im kościół doskonalszy, tym więcej Christosa, a im gorszy, tym go tam mniej. Wychodzi na to, że najlepszym był kościół „świętej” inkwizycji, kościół mordujący gnostyków, Hypatię, katarów… No, chyba żeby w takim wypadku tę Hypatię i tych katarów uznać za Christosa, a papieża za Piłata albo szefa sanhedrynu…
Ale to nie uzasadnia w żaden sposób obecności „ST” w naszym kanonie. Zło jest w samym życiu, nie trzeba go aż reklamować pismami świętymi. Posuwasz się do twierdzenia, że nie-chrześcijanami są ci, co pragną usunięcia niechrześcijańskich pism z chrześcijańskiej Biblii… Czy ty żartujesz, czy naprawdę lubisz stawiać rzeczy na głowie?
Spójrz tylko ile poza NT powstało pism chrześcijańskich w pierwszych wiekach naszej religii. My wciąż wiemy niewiele, bo nasi „liderzy ortodoksyjni” wpadli w amok niszczenia ich całymi wiekami. Ale to, czego już zdołaliśmy się dowiedzieć, świadczy, że w pierwszych 2 wiekach powstało tych dzieł wiele, a w trzech – cały ogrom. Powiedz mi ile z niekanonicznych dzieł chrześcijańskich sugeruje, że Christos „ciągle” i „bez przerwy” „cytował” z ST lub czynił doń „aluzje”? To były dzieła pisane głównie nie przez Zydów, ale innych ludzi: Greków, Koptów… Jeżeli wykazali się taką plejadą dzieł o Christosie, to znaczy, że ten człowiek był w stanie do nich „przemówić”. A charakter tych dzieł nie pozostawia żadnej wątpliwości co do tego, że to, czym on do nich przemówił, miało albo niewiele albo zgoła NIC wspólnego ze „Starym Testamentem”, lecz że ujęło ich ich w nim to, co było bardziej uniwersalne, co nie trzymało się kurczowo „opłotków” judaizmu. Iluż z tych ludzi, twoim zdaniem, obchodziły wszystkie te bzdury o tym, jak to np 300 Izraelitów „gromi” wrogą armię 135 tysięcy żołnierzy?
A może wyobrażasz sobie, że do Christosa byłyby w stanie tych „gojów” przyciągnąć rzężenia o tym, że Zydom nie wolno wchodzić z nimi w koligacje rodzinne ani nawet jeść przy wspólnym stole, bo tacy ci „goje” „nieczyści”? Sam chyba w to nie wierzysz?
Gdyby Christos pozostawał taki „starotestamentowy”, jak wy twierdzicie, to nigdy, przenigdy! nie stałby się fundamentem nowej religii, lecz pozostałby sobie po prostu kolejnym Zydem w ramach judaizmu i nikt nigdy nie zinterpretowałby go inaczej. Mógłby stać się może kimś w rodzaju legendarnego rabina Hillela albo – co najwyżej – kimś w rodzaju Jana Chrzciciela.
Czy będziesz więc dalej twierdził, że bez takiej ST-owskiej pisaniny nikt nie byłby w stanie zrozumieć albo docenić Christosa? Przecież ci tak zwani „poganie”, którzy się nawrócili na naszą religię, są sami w sobie niepodważalnym dowodem, że można zrozumieć chrześcijaństwo i docenić je bez wrzucania doń – niczym do worka bez dna – dosłownie wszelkiej literatury ST.
Tych ludzi tak samo cezarowie prześladowali i kazali mordować, jak i naszych proto-ortodoksów, bez czynienia między nimi żadnej różnicy.
J Uważam, że składanie wszystkiego (czy prawie wszystkiego) złego w Kościele na karb tradycji ST jest tezą karkołomną, którą najpierw należałoby udowodnić.
Osobiście nie widzę potrzeby dokonywania żadnych ‘cięć’ w katalogach pism świętych różnych religii. To byłaby jakaś cenzura, jakieś spychanie czegoś w podświadomość. Taka jest ta tradycja, w którą zostaliśmy wszczepieni nie na drodze więzów krwi, lecz przez osobę Jezusa. Jego przeszłość staje się w ten sposób naszą przeszłością. Widzę natomiast potrzebę stawiania wciąż na nowo pytania o to, co to znaczy, że jakieś pismo lub jakaś tradycja jest dla mnie święta, że – wsłuchując się w nią – odkrywam w niej głos Boga. Pismo święte, pismo natchnione przez Boga to nie musi być Pismo, na które wszyscy zbiorow reagujemy składając pobożnie rączki, chyląc czoła i z pokorą mówiąc, ze się z nim zgadzamy. To raczej Pismo, które nas ‘nie puszcza’, z którym pozostajemy w jakiejś interakcji, dzięki któremu coś odkrywamy: w sobie, wokół siebie. To Pismo, które coś w nas wyzwala. Z Tenach można polemizowac, z Bogiem można polemizowac. I tego uczy nas równiez tradycja Izraela!
Osobiście wydaje mi się, że nowe podejście do wybrania, które ukazywali np Rosenzweig, Buber, Levinas, w ramach którego wybór Izraela nie był przyznaniem żadnych przywilejów, lecz raczej stworzeniem pewnej `sytuacji laboratoryjnej`, w ramach której Bóg jakby ‘wypróbowywał’ przymierze, które w załozeniu ma objąć całą ludzkość, więcej – całe stworzenie
A poza tym: dlaczego mielibyśmy się pozbywać również tego, co jest w Starym Testamencie dobre i powszechnie akceptowane? To już więcej mielibyśmy nie mieć Psalmów? Już na zawsze mielibyśmy pozbawiać siebie Księgi Ruth? A co niby w tej księdze jest złego? Bo jeszcze rozumiem, że są nieraz „kwasy” z powodu Księgi Hioba, gdzie Bóg wydaje się komuś być jakimś zdeprawowanym manipulantem wystawiającym celowo swego wiernego sługę i wyznawcę na najgorsze zło… Choć przecież i ta Księga ma w sobie wiele dobra i jest w stanie skłonić do wielu cennych refleksji. Biblia hebrajska jest pełna różnorodności i nie wiem dlaczego mielibyśmy się jej pozbywać. W końcu nie wszystko i w Nowym Testamencie jest powszechnie akceptowane nawet przez samych chrześcijan, więc niby co mielibyśmy zrobić? Okroić nawet i Nowy Testament? To ile by nam zostało z Biblii?
I to jest kolejny problem, który chciałbym tu poruszyć: że jest z waszej strony tendencja, czasem wręcz znaczona fanatyzmem, ale tendencja mająca jedynie „destruktywny” charakter: wy najczęściej mówicie, że ST nie powinien się w Biblii znajdować, chcielibyście rościć sobie prawo do wyrzucania niemalże czego się da, ale tak niewiele jest u was wyartykułowanej chęci do zaprezentowania czegoś w zamian, na zasadzie: „usuwamy to a to, ale wzbogacamy tym a tym”. Ta jednostronność mnie tu wręcz przeraża. I to jednostronność podwójnego rodzaju: jednostronność negatywnej oceny Biblii hebrajskiej (gdy nie widzicie w niej – albo co gorsza: nie chcecie w niej widzieć!) dobrych stron, a jedynie same negatywne. A z drugiej strony jednostronność w postaci samej jedynie „selekcji negatywnej” typu „chcemy wyrzucać” przy braku jakiegoś konstruktywizmu.
A już wręcz paradoksalen w twoim podejściu jest to, że ty w swoim zapamiętaniu dostrzegasz i interpretujesz negatywnie Stary Testament tak, jak robili to owi brutalni inkwizytorzy kościelni…
M Przede wszystkim nikt nie przypisuje „Staremu Testamentowi” „winy za wszystko”. W końcu jeśli np dochodzi do skandali seksualnych wśród kleru, to nie mają one i nigdy nie miały nic wspólnego z tradycją hebrajską, bo kapłani żydowscy nie byli zobowiązani do celibatu. Chodzi nam po prostu o to, że te księgi zawierają treści nieakceptowalne i sprzeczne z chrześcijaństwem.
Nie podkreślałbym także możliwości „polemizowania z Bogiem”, gdyż ten, kto to robi, polemizuje w ten sposób głównie z… samym sobą…
Bardziej już interesowałyby mnie polemiki między ludźmi – także wyznawcami tej samej religii – a co do tego, to mamy tradycję pewnie znacznie bogatszą od szeregu innych. Zresztą sam przyznałeś, że nie wszystko w samym chrześcijańskim Nowym Testamencie jest powszechnie akceptowane przez nas – a co dopiero powiedzieć o chrześcijańskich pismach spoza NT? Mamy zatem na własnym „podwórku” wystarczająco dużo pism, które nas „nie puszczają”. Co do tak zwanego „Starego Testamentu”, to na dobrą sprawę jedyną kwestią, która mnie w odniesieniu doń „nie puszcza”, to skandal jego utrzymywania w naszym kanonie. Bo poza tym nie mam z nim wiele wspólnego…
Zupełnie natomiast nie znajduję bodaj cienia zasadności dla twojego – a nawet WASZEGO podejścia, bardzo zresztą schematycznego, typu: „nie chcemy się pozbywać!”; „co to: już nie będzie Hioba, Psalmów ani Ruth?!”; „po co ta cenzura?!”.
Zaraz, zaraz: od kiedy „cenzura”?! Usunięcie jakiejś księgi z naszego kanonu nie oznacza przecież ZAKAZU jej czytania ani umieszczenia jej na „index librorum prohibitorum”!
Oznacza jedynie surową przestrogę, że z pewnymi treściami nie mamy nic wspólnego.
Jeżeli w łonie samego judaizmu rabini chcą się zmagać z kwestiami typu: „czy wybranie nas przez Boga jest zaczątkiem wyboru całej ludzkości?”, to jest to ich sprawa. My nie mamy takiego problemu, bo my nie uznajemy – i NIGDY nie uznawaliśmy i nie stworzyliśmy sobie! – tezy o jakimkolwiek „narodzie wybranym”, gdyż po pierwsze nie nosimy w sobie dumy bycia faworyzowanymi przez Boga w jakikolwiek sposób ponad jakiekolwiek narody Ziemi, a po drugie o jakie „wybranie” miałoby chodzić? O „wybranie” DO CZEGO ?
I czy Bóg potrzebuje aż „poletka doświadczalnego”? PO CO ? Czego tak rozumiany „Bóg” pragnie się o nas „dowiedzieć”, ten „wszechwiedzący”, że musi na nas najpierw „eksperymentować”, jakby był niedouczonym nowicjuszem? Pewna tradycja ma zatem problem, bo stworzyła tysiące lat temu niemalże „dogmat” o swoim własnym „wybraniu” i teraz, po tylu stuleciach sąsiedztwa z innymi – w tym przede wszystkim sąsiedztwa z bardziej uniwersalnym chrześcijaństwem – czuje potrzebę przedefiniowania tego swoistego „dogmatu”. Nie chcąc się jednak tak całkowicie z nim rozstawać, wymyśla coraz to nowe interpretacje, jedną niedorzeczniejszą od drugiej.
Tak, koncentrujemy się w tej dyskusji na negatywach. Uważamy bowiem, że usuwać należy to, co negatywne. Nie będziemy się przecież upierać przy pozbywaniu się rzeczy pozytywnych…
Masz jednak rację, że stanowczo zbyt rzadko pojawia się konstruktywizm. Teraz więc postaram się o skrótowe dopowiedzenie rzeczy, które nie zostały dopowiedziane do końca do tej pory:
Są dwa powody, dla których jestem przeciwnikiem obecności przynajmniej części „ST” w kanonie chrześcijańskim: skrypturalny i moralny. Ten pierwszy zakłada, że w zasadzie kanon chrześcijański winny tworzyć wyłącznie pisma autorstwa chrześcijańskiego, obojętnie kto był ich autorem i jakim pochodzeniem się legitymował. Stąd koncepcja Kanonu Zasadniczego i Kanonu Uzupełniającego, którą wyjaśnię za moment. Oczywiście warunkiem „żelaznym”, który spełniać miałoby dzieło tam kwalifikowane, jest całkowita zgodność treści takiego dzieła z nauczaniem chrześcijańskim. Nie do przyjęcia jest, by znalazły się tam nakazy takie, jak te wspomniane w moim komentarzu wyżej o tych, którzy są „nieczyści” z tego jedynie powodu, bo nie są Zydami… Nie wiem, dlaczego to takie trudne do zrozumienia.
Ten drugi, będący jedynie moralnym powodem, jest bardziej otwarty dla dzieł przedchrześcijańskich sugerujących logiczne następstwo chrześcijaństwa. Oczywiście, że tu też te negatywne „okazy” pisaniny „starotestamentowej” nie miałyby większego prawa „wstępu” niż miałby np brudny wieprz do sali operacyjnej… Ale Kanon Wstępny, będący preludium do obydwu pozostałych, dopuszczałby, jak to zaznaczyłem, część dzieł „ST”.
I to jest wszystko, o co chodzi.
Wspomniałeś, że mój sposób interpretowania „ST” (a mowa jest oczywiście o tych jego negatywnych segmentach), jest paralelny z tym, jakiego użyli nasi „Richter und Henker” („sędziowie i kaci”) z niegdysiejszej kościelnej elity. Tak, ten sposób jest paralelny – do pewnego stopnia jedynie, rzecz jasna – bo ja jestem przeciw tym segmentom „ST” z tego samego powodu, dla którego oni byli”za”…
Ale czy nie przyszło Ci w związku z tym na myśl, że jeżeli aż tylu owych „Richter und Henker” tak rozumiało ów „ST”, to znaczy, że rzeczywiście istnieje dobry powód, dla którego te pisma nigdy nie powinny się były w kanonie znaleźć?
Mnie przyszło i trudno się chyba dziwić…
Ale do rzeczy:
Idealnym rozwiązaniem byłoby stworzenie kanonu tylko i wyłącznie z dzieł autorstwa chrześcijańskiego – tak jak judaiści mają u siebie tylko dzieła autorstwa samych judaistów, a muzułmanie tylko dzieła islamskie.
Jednak aby podkreślić, że chrześcijaństwo istotnie czerpało ze źródeł wcześniejszych, możnaby stworzyć trzy segmenty kanonu: Kanon Wstępny, Kanon Zasadniczy i Kanon Uzupełniający. Ten pierwszy obejmowałby np te pisma ST, które są w NT cytowane wprost (bo takie są, choć jest ich cytowanych niewiele, niektóre jednak regularnie), a oprócz tego pisma Platona czy Plutarcha (oraz inne, nie zamierzam tu czynić pełnej listy, która zresztą nie byłaby zbyt długa.).
Kanon Zasadniczy natomiast podzielony byłby na kilka mniejszych segmentów:
1. Ewangelie. Tam byłyby wszystkie kanoniczne oraz kilka niekanonicznych (jak Tomasza, Filipa, Marii Magdaleny, Prawdy, tak nawet mogłaby być i Judasza, choć tu bym się dłużej zastanawiał).
2. Listy Apostolskie. Tutaj – znowu, tak jak z ewangeliami – włącznoe byłyby wszystkie te, które są już w NT, a oprócz tego szereg innych jak np listy Ignacego z Antiochii czy choćby „Didache”.
3. Dzieje Apostolskie. Czyli Księga Dziejów Apostolskich (czyli „Praxeis”) oraz np Dzieje Pawła.
4. Literatura Apokalipsy. Czyli ta „Apokalipsa Ioannen”, która jest w NT, a oprócz tego np Apokalipsa Piotra oraz tekst, który ja znam jedynie pod angielskim tytułem „The Apocalypse of The Great Power” (nie wiem, czy w polskim jest znana pod podobnym tytułem, ale ja całą Biblię i apokryfa czytałem nie po polsku, tylko po angielsku…).
Zaś Kanon Uzupełniający składałby się z innych jeszcze dzieł, mógłby tam być np „Pasterz” Hermasa, „The Sophia of Jesus Christ” i szereg innych, też nie zamierzam tu teraz spisywać pełnej listy.
Taki kanon na pewno też bardziej oddawałby wielość poglądów itniejących we wczesnym kościele chrześcijańskim niż kanon obecny.
Ale te powyższe punkty to jedynie wskazówka, że możliwości pod tym względem są naprawdę ogromne, że nie jest tak, że tylko albo NT albo ST i NT.
J No, to dopiero by się zrobił bałagan! Jakby nie dość już było, że chrześcijanie dzielą się na tysiące kościołów i sekt z mniejszych nieraz powodów niż skład Biblii… Masz choćby lefebrystów, którzy nie akceptują II Vaticanum ani nawet tego, że msza jest w językach narodowych zamiast po łacinie. Wyobrażasz sobie, co by się działo, gdyby teraz ktokolwiek, niechby i papież osobiście wraz z Billym Grahamem czy patriarchami Moskwy, Konstantynopola i Jerozolimy nagle ogłosili odrzucenie Starego Testamentu?! Podziałom w ogóle nie byłoby już końca! Bo dla wielu chrześcijan jest to po prostu rzeczą nie do pomyślenia, by odciąć się od tej biblijnej tradycji. Bowiem czegokolwiek byś jeszcze nie powiedział, Jezus żył tradycją Biblii Hebrajskiej, stąd też to określenie „wcielony Midrasz” lub „żywy Midrasz”, jakie nieraz jest używane wobec niego. Jest zresztą na ogół przyjęte obecnie w kościołach chrześcijańskich rozmaitych denominacji, że jeżeli Jezus urodził się wśród Zydów i w ich tradycji judaistycznej, to stało się tak z określonego powodu, czyli: że sam Bóg umiejscowił go w tej tradycji dla konkretnego powodu, gdyż Bóg niczego nie czyni bez powodu.
M
No, to jeżeli umieścił on Buddę pośród Hindusów, to dla jakiego powodu? Czy dlatego, by wskazać na hinduizm jako na źródło „historii zbawienia”?
No, dobrze: to czemu nie przyjrzysz się bliżej temu środowisku, w którym „Bóg umiejscowił” Christosa? Istniały żywe kontakty kultury żydowskiej i innymi kulturami. Pod wpływem Babilonii wielu Żydów zajmowało się np. astrologią i niektórzy żydowscy historycy posuwali się nawet do stwierdzeń (Józef Flawiusz, Filon czy Aristobulus), że to Żydzi stworzyli tę dziedzinę (!). Wykopaliska archeologiczne w obecnym Izraelu dowodzą, że Zydzi już nawet szereg wieków po Mojżeszu czcili rozmaitych bogów (nie tylko „Jahwego”!), w ruinach ich domostw są znajdywane figurki tych rozmaitych bogów…
Tradycje duchowe były czerpane od „pogan”, jak właśnie wspomniany wcześniej tutaj koncept „nieśmiertelnej duszy”, którego na próżno by szukać w najstarszych pismach Starego Testamentu, a który pojawia się tam dopiero począwszy od Księgi Daniela. Kultura żydowska, a to dotyczy jak najbardziej również religii, rozwijała sią normalnie w licznych kontaktach z sąsiadami. Nie brakło żydowskich gnostyków, nie brakło interpretowania Jahwego na iście „dionizyjski” sposób. Nie tylko zresztą interpretowania, bo forma obrzędu też niejednokrotnie przypominała „pogańską”. W swych „Historiach” Tacyt pisze między innymi:
„Fakt, że żydowscy kapłani wykonywali swe śpiewy przy dźwiękach fletów i bębnów ukoronowani bluszczem oraz że w świątyni znaleziono złotą winorośl, przywiódł niektórych do wniosku, że wielbili oni Libera” (Liber to rzymska „odmiana” boga Dionizusa).
W promieniu 25 km od Nazaretu, gdzie żyć miał Pomazaniec, było 12 miast i miasteczek greckich, w tym najbliższe, Sephoris (o ledwie kilka kilometrów) oraz największe, Kaisarea Filippi (Cezarea). Inne niedalekie miasto, Gadara, miało swego czasu szkołę filozofii „pogańskiej”. Z Gadary wywodziło się kilku znanych pisarzy i filozofów greckich, jak Meleager, Mennipus czy Filodemus. W położonym nieopodal Scythopolis było centrum mistycznego kultu dionizyjskiego. W Betlejem (tak jest: w tym Betlejem!) istniała grota oraz gaj, oba poświęcone bogu Dionizusowi, którego alegoryczna historia powtórzona została w chrześcijańskich podaniach o Chrystusie.
To w takim właśnie środowisku i w takim, zróżnicowanym judaizmie przyszedł na świat Jezus z Nazaretu.
Tymczasem wy, judaizerzy, tak jak schematycznie traktujecie odrzucenie jakiejś księgi „ST” niemal jako „zakaz” czy „odcięcie od korzeni”, tak też – równie schematyczne – czynicie tak, jakby ludzie tacy jak Christos czy Paweł z Tarsu w całym swoim życiu o niczym innym nie mieli pojęcia, niczego innego nie znali i niczego innego nie czytali jak tylko stale i wciąż „Stary Testament”, dlatego rzekomo tylko z tej jednej tradycji czerpali. Jasne, że gdy Christos rozmawiał z Zydami (a rozmawiał głównie z nimi), to odwoływał się do tego, ci ci Zydzi myśleli i jak byli wychowywani. Paweł, który obracał się głównie wśród nie-Zydów, stosował rozmaite tradycje, by uczyć o Christosie, a prawo t.zw. „Starego Testamentu” w końcu całkowicie i nieodwołalnie odrzucił… i nie on jeden zresztą…
Jeżeli wziąć zaś pod uwagę rozmaite formy wyrazu stosowane przez Christosa, w tym owe greckie „chreiai”, to miałbyś coś przeciw nazwaniu go również „żywą chreią” albo „żywą przypowieścią” lub „żywą alegorią”?
J Może nawet i nie, choć mogłyby one sugerować – zwłaszcza ta ostatna – że nie był on niczym więcej niż alegorią, jeśli nie, że wręcz nie istniał naprawdę…
M Chyba nie bardziej jednak niż nazwanie go „żywym midraszem” mogłoby sugerować, że był jedynie „gatunkiem literackim”?
J No cóż…
M Wracając zaś do głównego wątku: nie, nie pragniemy w żadnym razie narzucać wyrzucenia „ST” z kanonu. Na obecnym etapie chodziłoby raczej o dyskusję wśród chrześcijan na ten temat. Zwłaszcza, że ten „ST” jest do pewnego sopnia już „odrzucany” i to nawet przez t.zw. „Bible Christians”. Spójrz choćby na posiadane i czytane przez nich egzemplarze Biblii: jak łatwo nawet po stopniu zabrudzenia stron, widoczne już od zewnątrz, gdy Biblia jest zamknięta, poznać którą jej część oni czytają regularnie, a którą pozostawiają „czystą” i nieskazitelną niczym dopiero co wyciągniętą spod prasy drukarskiej…
J Ale to nie znaczy, że trzeba od razu odrzucać tę nieczytaną część! Zresztą, tak na zakończenie już, dodam jeszcze, że wspomniane przez nas tutaj zbrodnie kościoła chrześcijańskiego miały miejsce wieki temu i kościół już takich rzeczy nie czyni…
A zatem wystrzeganie się Starego Testamentu, jeżeli już mielibyśmy uznać je za uzasadnione – a tę uwagę czynię tu jedynie dla celów tej rozmowy – mogło mieć uzasadnienie wówczas, gdy te bandyckie zbrodnie popełniano albo i jeszcze wcześniej, by im zapobiec. Jednak nie teraz, post factum. Jaką korzyść miałoby to mieć obecnie?
M Czyli że mielibyśmy zostawić te księgi w kanonie na zasadzie „martwej ręki” skoro mordy nie są już przez kościół popełniane? Zresztą nie jestem wcale pewien, czy ta „ręka” jest istotnie tak „martwa”, czy też jedynie znajduje się ona w „głębokim śnie”…
Tak, to oczywiste, że po mniej więcej 15 wiekach stawania się potworem, nawet ślepiec zauważyłby, że „nie tędy droga”. I prawdą jest, że lepiej byłoby zapobiec włączeniu „ST” do naszego kanonu zanim do tych wszystkich nieszczęść doszło. Na tym między innymi polega wielkość Marcjona, że był przeciwnikiem tych pism. On nie mógł zapewne przewidzieć tego, do czego miało później dojść. Ale ostrzegał przed tą Biblią hebrajską już w II wieku n.e. i to właśnie ze względu na zawarte w niej barbarzyństwo. Był on pod wpływem tego, co wiedział o św. Pawle z Tarsu. I wielką szkodą stało się to, że późniejsi liderzy kościoła w większym stopniu nie skorzystali z doświadczenia Pawła i wniosków Marcjona. Bo kimże był ten Paweł, jeśli nie zbrodniarzem we własnej osobie? Zabójcą, zwykłym mordercą – ba, nawet więcej niż „zwykłym mordercą” – NT przedstawia go w pewnem momencie jako wręcz herszta całej szajki takich zabójców.
Dużo mówi się o tym, jak mu się „Jezus objawił”, ale czy zastanawiano się dostatecznie długo nad tym, że wielką rolę mogły odegrać u niego zwykłe wyrzuty sumienia? Tak czy owak: Paweł z całą pewnością był człowiekiem, który osobiście – czyli lepiej jeszcze niż Marcjon – poznał czym kończy się akceptacja pewnych tekstów i „nakazów bożych”. I to przekonał się w ciągu jednego pokolenia: swojego własnego.
Ze też nasi biskupi nie wyciągnęli z tego należytych wniosków! Ani też nie dość dobrze zrozumieli jego sytuację. Taką, w której mogli wyobrazić sobie samych siebie lub swoich następców, którzy już wkrótce robili z innowiercami i innymi chrześcijanami plus minus to samo, co niegdyś Paweł (jeszcze jako „Szaweł”) robił z chrześcijanami… Jeżeli jednak istotnie potrafili to w swojej wyobraźni odmalować dość obrazowo, to podejrzewam, że taki „obrazek” musiał im chyba istotnie przypaść do gustu…
A obecnie? Sam jesteś nieraz świadkiem, jak „wspólne dziedzictwo” w postaci ST wykorzystywane jest dla celów politycznych, dla uzasadnienia zbrodni syjonistycznych na Bliskim Wschodzie. Ten niegdysiejszy Izrael staro-testamentowy utożsamiany jest z obecnym Izraelem, z ludźmi pokroju B. Netanyahu czy Tzipi Livni. „Przodują” w takich interpretacjach żarliwi „Bible Christians”. Jak informują niektórzy autorzy, chrześcijanie zachodni zagadywani bywają nieraz przez syjonistów w Izraelu o to, czy wierzą, że Biblia jest słowem bożym. Gdy ci odpowiadają, że tak, przebieg rozmowy wygląda mniej więcej następująco:
Izraelski Zyd: “Jesteś chrześcijaninem, prawda?”
Amerykanin: “Tak”
Izraelski Zyd: “Wierzysz w Biblię?”
Amerykanin: “Tak”
Izraelski Zyd: “No dobrze, wiesz zatem, że Bóg nakazał starożytnym Izraelitom zetrzeć gojów ze świętej ziemi Izraela. Jeśli było to słuszne wtedy, to dlaczego nie może być słuszne teraz?”
Jak widać, przejęcie ST przyniosło nie tylko zło w przeszłości. Bowiem i obecnie próbuje się go użyć wręcz jako oręż przeciwko nam.
A spójrzmy na to, jak to jego dziedzictwo nieraz odbija się swoistą „czkawką” u samych Zydów:
“Musimy uznać, że krew żydowska i krew goja to nie jedno i to samo” (rabin Yitzhak Ginsburg, New York Times, 6 czerwca 1989; również „Jerusalem Post”, 19 czerwca 1989)
Inny rabin, Menachem Mendel Schneerson, wśród swych stwierdzeń na temat Zydów i gojów (wydane zostały drukiem w Izraelu jako “Gatherings of Conversations” w 1965 roku) ma takie wykwity myśli jak te następujące:
“Tak więc nie mamy tu przypadku zmiany, w której osoba jest jedynie na wyższym poziomie. Raczej mamy do czynienia ze zróżnicowaniem pomiędzy zupełnie odmiennymi gatunkami. To jest właśnie to, co należy powiedzieć o ciele: ciało osoby żydowskiej jest całkowicie innej jakości niż ciało ludzi wszystkich narodów świata”…I dalej:
“Większa nawet różnica istnieje w odniesieniu do duszy. Istnieją dwa przeciwstawne typy duszy, nieżydowska dusza pochodzi z trzech sfer szatańskich, podczas gdy dusza żydowska wyrasta ze świętości”
Dobre, co? Ale kontynuujmy wraz z rabinem Schneersonem:
“Pytamy przeto: dlaczego nie-Zyd winien być karany, jeśli zabije on nawet nieżydowskiego embriona, gdy Zyd nie powinien być karany, nawet jeśli zabije embriona żydowskiego? Odpowiedź na to winna być rozumiana przez pryzmat generalnej różnicy między Zydami i nie-Zydami. Zyd nie został stworzony jako środek dla jakiegokolwiek innego celu; on sam jest celem, odkąd substancja wszystkich emanacji została stworzona jedynie, aby służyć Zydom. „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Gen 1:1) znaczy, że były one stworzone dla Zydów, którzy zwani są „początkiem”. Znaczy to, że wszystko, cały rozwój, wszelkie odkrycia, włączając “niebo i ziemię” – są marnością wobec Zydów. Ważną rzeczą są Zydzi, gdyż oni nie istnieją dla jakiegokolwiek innego celu; oni sami są boskim celem”.
Zdaję sobie sprawę, że powyższe nie odzwierciedla opinii wsystkich Zydów. Odnotowuję tego rodzaju „geniusz” bez satysfakcji. Bo u nas była całe stulecia temu „inkwizycja” i mordy z nią związane, przy wymyślnych metodach egzekucji, jak palenie żywcem albo gotowanie (też żywcem!) we wrzącym oleju z terpentyną… Ale cóż: jeżeli raz wkroczyło się na drogę błędu i szaleństwa, i jeżeli odmawia się uparcie odrzucenia poręczy, na której owo szaleństwo się wspiera, to będzie się kroczyło nadal drogą tego szaleństwa… I inkwizycja i żydowski Talmud, są swoistym rodzeństwem. Mają co prawda dwie różne matki – bo Talmud jest, by tak rzec, „z matki Zydówki”, gdy zaś inkwizycja była z „Matki Kościoła”, ale oboje mają wspólnego „ojca”: „Stary Testament”…
I jeszcze jedna uwaga, na sam koniec: Przecież wszyscy chrześcijanie – bez względu na to, co myślą o „ST” – zgadzają się, że są w nim treści i regulacje nie do zaakceptowania. Zatem tacy obrońcy obecności ST w naszej Biblii nie powinni czynić żadnych „wstrętów” z tego powodu, że my z naszej strony nie akceptujemy również i tych ksiąg, które owe treści i regulacje zawierają.
A co do wspomnianego zarzucania nam „niechrześcijaństwa” dlatego, że nie akceptujemy niechrześcijańskich ksiąg w Biblii, to niechaj nasi krytycy się lepiej zastanowią nad tym swoim posądzeniem i argumentem. Bo jeżeli tak łatwo przychodzi im tego rodzaju podsumowanie nas, to o ileż łatwiejsze byłoby dla nas oskarżenie ich samych o „niechrześcijaństwo” skoro to oni właśnie są tymi, co tak bronią niechrześcijańskich pism stanowiących 80% chrześcijańskiej Biblii…
Proszę cię, pomyśl o tym…
J Tak z czystej ciekawości, na marginesie niejako: nieco wcześniej wspomniałem uniwersalistycznych autorów judaistycznych jak Buber czy Levinas. Zdziwiła mnie twoja odpowiedź wówczas (choć, kto wie, może nie powinna w tych okolicznościach…). Dlatego zapytam wprost: dlaczego zniżasz się do opluwania religii judaistycznej? Przyznasz chyba jednak, być może nie od razu, ale po ochłonięciu i chwili zastanowienia, że nazywanie współczesnych interpretacji judaistycznych mianem „jedna bardziej niedorzeczna od drugiej” kryje w sobie rodzaj pogardy, której niby to jesteś przeciwnikiem jako przeciwnik Starego Testamentu? Czy byłbyś tak „łaskaw” wyjaśnić mi dlaczego akurat te interpretacje żydowskie, które są tak otwarte również na nas, traktujesz z takim nieskrywanym lekceważeniem?
M Rozumiem twoje pytanie, dlatego natychmiast odpowiadam. Bo te stare interpretacje miały w sobie więcej logiki. Zydzi przed kilkoma tysiącami lat nie wiedzieli o świecie. Nie znali nawet jednego całego kontynentu. Znali tylko pewien region świata. Znali ludy, z którymi handlowali, z którymi raz to walczyli, to znowu zawierali pokój. Wszechświat był im nieznany zupełnie. Dla nich istniała pewna tylko rzeczywistość: żyli, starali się przetrwać, walczyli zatem. Mieli swego boga – tak jak miały takich bogów inne ludy. I ten bóg im „obiecał”, że wybrawszy ich, będzie ich wspierał przeciw innym, że im da ziemię wydartą z rąk innych ludów, by mogli na niej żyć. Za to żądał posłuszeństwa dla swych przykazań i surowo zabronił czczenia innych bogów. To miało sens, bo odkąd rozmaite ludy miały rozmaitych bogów, to czczenie boga innego ludu można było, od biedy, zaliczyć do swego rodzaju zdrady… Była to barbarzyńska logika, ale jednak logika.
A teraz: sam powiedz, do czego ten „bóg” miałby „wybrać” całą ludzkość po tysiącach lat „eksperymentowania” na „poletku” żydowskim? Oto jest ten wszechświat, składający się z nie wiadomo ilu jeszcze układów słonecznych, z niewiadomo jak wielkiej i „nieskończonej” przestrzeni, z nie wiadomo jakiego ogromu planet i innych ciał niebieskich. I oto na jednej takiej malutkiej „kuleczce” zwanej „Ziemią” jest sobie jakaś ludzkość. Teraz ma ona kilka miliardów istnień, ale ile ich miała w czasie, gdy pisano „Stary Testament”? Kilkanaście milionów? Dwadzieścia milionów? Trzydzieści?
I oto ten „wszechwiedzący” „bóg” pośród tego ogromu stworzenia, musi, w tej małej jego cząstce, zwanej „ludzkością” jeszcze sobie „wybrać” ileś tysięcy ludzi i ich to specjalnie „umiłować” ponad wszystkich innych. I przez całe tysiące lat musi „eksperymentować”… Przyznam się, że dziwię się w ogóle twojemu pytaniu, gdy ogrom nonsensu takiego „wyboru” wprost kłuje po oczach niczym rozpalona igła…
Lepiej po prostu spojrzeć prawdzie w oczy i uznać, że:
1. nie ma – i nigdy nie było – jakiegokolwiek „narodu wybranego”. Co oznacza, że w związku z tym:
2. nie ma – i nigdy nie było - jakiegokolwiek „poletka doświadczalnego” dla „Pana Boga”. Tak, to prawda, istnieją liczne religie na świecie i każdą z nich można uznać za swoiste „poletko doświadczalne”, na którym można eksperymentować. Ale to nie Bóg eksperymentuje, lecz sama ludzkość.
Nie wątpię, że wśród współczesnych teologów żydowskich są także szlachetni ludzie. Sądzę jednak, że próbując uniwersalizować to, co nie jest uniwersalne – ba jest nawet nie-uniwersalizowalne, tracą oni cenny czas. Coraz bardziej jasne staje się, że wszelkie teorie o „narodach wybranych” dochodzą powoli do kresu swego istnienia. Sam fakt, że ktoś takie teorie próbuje „uniwersalizować” jest również tego ewidencją. Bo świadczy on także o tym, że i sami „reformatorzy” tego dawnego, barbarzyńskiego mitu, dostrzegają, że nie da się go na dłuższą metę utrzymać. Dlatego nie bez powodu zadałem ci wcześniej pytanie jakim „powodem” kierował się twoim zdaniem Bóg, umieszczając Buddę pośród Hindusów? A jaki był „boski zamysł” w tym, że Mahomet urodził się pośród Arabów? A Manicheusz pośród Persów? A Marcjon wśród Greków? A może był „szczególny powód boski”, dla którego Marcin Luter wyrósł z narodu niemieckiego? W jakiej roli stawiałoby to wobec ludzkości naród niemiecki? Jaką misję dziejową mają – według „boga” odegrać Arabowie? Albo Hindusi? Dlaczego urodzenie się Hindusem albo Niemcem miałoby „w oczach boga” oznaczać mniej niż urodzenie się Zydem?
Czy teraz wreszcie dostrzegasz bezsens, ten prymitywny bezsens niewolenia własnego umysłu tezami o jakimś „narodzie wybranym”? Czy też potrzebujesz jeszcze trochę czasu, by bezsens ten sobie dopiero w pełni uświadomić?
Patrz także:
“Christos: “utrwalacz” czy “rozwalacz” prawa żydowskiego?”
Continue Reading »