Subscribe to RSS Feed

Posts Tagged ‘Historia’

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 2: Hahndorf

Jul 18th, 2009 by monio
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 2: Hahndorf

Spośród miejscowości założonych przez Niemców w Południowej Australii najbardziej znany jest Hahndorf, którego historia zaczyna się w roku 1839, czyli krótko po założeniu Klemzig. Jest to też jedyna z owych miejscowości nazwana po kapitanie statku, który przywiózł emigrantów do Port Adelaide. Kapitanem owym był również Niemiec, Dirk Meinertz Hahn (1804-1860), kapitan żaglowca „Zebra”, który przybył tam 2 stycznia 1839 roku.

 W styczniu 1839 roku do Port Adelaide zawineły dwa niemieckie żaglowce: „Zebra” 2 stycznia (kpt. Hahn) oraz „Catharina” 22 stycznia (kpt. Peter Schacht). Dirk Meinertz Hahn osobiście nie należał do szczególnie religijnych ludzi. Jednak owych 199 (1) pasażerów z “Zebry” zrobiło swoim religijnym ferworem i szczerością wybitnie korzystne wrażenie na kapitanie, postanowił on zatem im dopomóc w osiedleniu. Nie obyło się początkowo bez problemów. Hahn uznał, że ziemie w okolicach Klemzig nie są wystarczająco żyzne, chciał im zatem pomóc w znalezieniu lepszego miejsca do osiedlenia. Niejaki Osmond Gilles, do którego Hahn zwrócił się poczatkowo o wydzierżawienie ziemi przybyłym luteranom, odmówił swej zgody na to, gdyż ludzie ci dużo się modlili i śpiewali wiele pieśni kościelnych, jego zaś doświadczenie uczyło go, że tacy ludzie są na ogół leniwi. W końcu jednak Hahn uzyskał dla swych podopiecznych nienajgorszę ziemię na wzgórzach w rejonie Mt Barker, ok. 40 km od Port Adelaide (2) Przenosiny zajęły około trzech miesięcy, gdyż trzeba było (w 30-40 stopniowym upale) przenieść pod górę cały dobytek (ludzie nie mieli pieniędzy na zakup lub choćby wynajęcie koni tub wołów), a przecież należało również czymś się odżywiać (na zakup żywności też nie było środków) wobec czego zbierano i gotowano po drodze zioła i korzenie oraz polowano na possumy, jaszczurki i kangury. Te długie przenosiny nie przeszły niezauważone przez miejscowych Brytyjczyków (3)

Wieś, którą założono (ulicówka) nazwano, na cześć kapitana “Hahndorf”, którą to nazwę posiada ona po dziś dzień, z przerwą na lata 1917-1935, kiedy to zmieniona ona została na „Ambleside” w wyniku antyniemieckich nastrojów (bardzo zresztą podsycanych przez rząd) podczas I Wojny Światowej.

W ciągu jednak kilku miesięcy ci ludzie, co po drodze zbierali zioła, by wyżyć, zaczęli (wspólnie z tymi z Klemzig) zaopatrywać Adelaide w żywność produkowaną w swoich wsiach. Kobiety z Hahndorf wstawały o 3 lub 4 rano i niosły na plecach jajka, masto i mleko do Adelaide, późnym zaś popołudniem udawały się w drogę powrotną. Dziewczęta szybko zdobyły sobie uznanie w strzyżeniu owiec.

John Bull, na którego powołaliśmy się już w poprzedniej części, pisze  otwarcie, że Niemcy zostali przy zakupie ziemi po prostu nabrani: panowie Dutton, Finniss i McFarlane, którzy nabyli swoje grunta w okolicach późniejszego Hahndorf płacąc £1 za akr (1 acre = 0.4ha) sprzedali ją następnie Niemcom po cenie £7 za akr, w sumie “kosząc” £1,680 za 240 akrów. Procent zaś (gdyż niezbędna była pożyczka) wynosił 10%. Szybko jednak osadnicy powetowali sobie ową transakcję swoją własną ciężką pracą. Ponieważ wówczas kwitła w kolonii niebotyczna spekulacja ziemią (“tanio kupic – drogo sprzedać”), więc spekulanci, zbijając forsę na takim handlu, nie byli zainteresowani uprawą czy hodowlą. Niemcy zaś ze stosunkowo nawet nieurodzajnej ziemi byli w stanie wyżyć i to nienajgorzej. Wkrótce też stać ich było na to, by do zakupionej poprzednio ziemi dokupić jeszcze więcej, w ten sposób powiększając dwukrotnie obszar Hahndorfu.

O roli pastora Kavela w miejscowej społeczności Bull pisze w ten sposób:

„Wplyw pastora Kavela był ogromny, jego osobiste zaangażowanie na rzecz rodaków było niewyczerpane przy jednoczesnym samozaparciu, co w efekcie doprowadziło do stworzenia wspólnoty znanej z prawości i poszanowania dla naszego prawa; a jak świadczą annały Sądu Najwyższego, nie było ani jednej instancji, by ktokolwiek z jego społeczności został skazany za poważne przestępstwo”.

Jednym z praktycznych dowodów wspierających powyższą tezę jest fakt, że przez dłuższy czas nie było w Hahndorf żadnego posterunku policji. Był on tam po prostu zbędny.

Jedną z lepiej zapamiętanych i barwnych postaci wśród mieszkańców-założycieli  Hahndorf był przybyły na pokładzie „Zebry” Gottfried Lubasch pochodzący ze wsi Rosin (Rissen) k. Sulechowa. Gdy miał lat 26, był sierżantem pruskiej artylerii i słuzył w armii marszałka Blűchera. Brał udział w bitwie pod Ligny (16 września 1815), a dwa dni później pod Waterloo, za udział w której otrzymał medal Waterloo. John Bull (przedstawiony na ilustracji obok) wspomina go jako “starego sierżanta”:

“Wiele ciężkich bitew słownych stoczyłem ze starym sierżantem, lecz nigdy nie udało mi się go przekonać, że bitwa pod Waterloo była już wygrana przed nadejściem starego Blűchera. Lubasch twierdził, że był w wysuniętym oddziale dział, które, odprzęgnięte, oddały pierwszą salwę i uratowały, jak twierdził, armię angielską” (w rzeczywistości Napoleon i Wellington osiągnęli mniej więcej “remis” zanim nadeszli Prusacy – przyp. MM).

Gottfried Lubasch otworzył w Hahndorf najpierw mały lokal gastronomiczny, a następnie hotel z restauracją, który nazwał “German Arms” (czyli „Oręż Niemiecki”) dla przypomnienia Anglikom roli armii pruskiej pod Waterloo i który  pod tą samą nazwą  istnieje po dziś dzień (p. zdjęcie obok). Hahndorf jest zresztą tą miejscowością, która zachowała stosunkowo najwięcej starych budynków z XIX stulecia. Przykładem tego jest – obok „German Arms” – stary młyn z 1842 roku (obecnie odrestaurowany i służący jako restauracja „Old Mill”), stara kuźnia z 1870 roku (obecnie sklep z pamiątkami) czy też pierwsza szkoła luterańska (1839) znana jako „Hahndorf Academy”, pełniąca obecnie funkcję galerii sztuki. 

W Hahndorf wciąż stoją dwa kościoły luterańskie: starszy, kościół Św. Michała, zbudowano w 1858 roku. Pierwszy budynek – podobny w charakterze do tego z Klemzig – powstał w 1840 i dedykowany został jeszcze przez pastora Kavela. Później jednak pieczę nad tą parafią przejął pastor Fritzsche (patrz: część trzecia „Lobethal pastora i Sevenhill jezuitów” oraz Epilog) w związku z podziałami wewnątrzluterańskimi w Australii.  Drugim z istniejących tam kościołów luterańskich jest kościół Św. Pawła z roku 1890. Pierwotny jego budynek powstał w roku 1858. Obecny, z roku 1890, zaprojektowany przez architekta F.W. Danckera z Adelaide powstał w rocznicę zbudowania pierwszego budynku kościoła Św. Michala. Parafia Św. Pawła tradycyjnie była parafią zwolenników pastora Kavela.

Po zwycięskim zakończeniu wojny z Francją w 1871 roku, kanclerz Otto von Bismarck nakazał odlanie z broni użytej w tej wojnie pewnej liczby dzwonów dla kościołów luterańskich w Europie. Jeden z tych dzwonów trafił do kościoła Św. Michała w Hahndorf i był używany aż do roku 1946, kiedy to przeniesiono go do miejscowej szkoły luterańskiej. Podobnie po I Wojnie Światowej jeden zdobyty we Francji przez Australijczyków niemiecki moździerz (“Minenwerfer”) przywieziony został z Europy i ustawiony przy głównej ulicy w Hahndorf, gdzie stoi on po dziś dzień.  

Nie spoób pominąć również cmentarza w Hahndorf. Kiedyś były tam trzy cmentarze: najstarszy wokół kościoła św. Michała, na którym pozostało po dziś dzień jedynie kilka grobów; drugi wokół miejscowością. Na najstarszych nagrobkach odczytujemy, zapisane najczęściej w gotyku, nazwy miejsc urodzenia pierwszych tutejszych kolonistów: Nickern (czyli: Niekarzyn), Kranz bei Bomst (Kręcko koło Babimostu), Rakau (Raków), Unruhstadt (Kargowa, dawn. Unrugowo), Clausthal, Berlin, Posen (Poznań).  Cmentarz ten jest wciąż użytkowany. W roku 1968 spoczął tam jeden z lepiej znanych artystów australijskich, urodzony w Hamburgu (1877), a zamieszkały i tworzący w Hahndorf malarz Hans Heysen. http://images.google.com.au/images?hl=en&lr=&q=Hans+Heysen&btnG=Search

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część1część3

Poniżej prezentujemy małą “galeryjkę” fotosów z Hahndorf:
 

 
Przypisy:

 

 

1. Nie istnieje żadna zachowana oficjalna lista pasażerów „Zebry”. Liczby podawane w rozmaitych źródłach różnią się między sobą nieraz znacznie i wahają się w granicach 129 do 199. Jeżeliby odjąć od liczby 199 osób notowane zgony 6 dorosłych oraz 5 dzieci, to zostawałoby 188 osob, które dotarły do Port Adelaide. Są jednak źródła podające liczbę 129 osob, które wsiadły na żaglowiec parę miesięcy wcześniej w Hamburgu i z których owych 11 osób zmarło podczas rejsu. Zdecydowaliśmy się jednak na liczbę 199 osób, gdyż taką podaje w swoich notatkach kpt. Hahn.

2. Zainteresowanie kapitana Hahna okazane pasażerom jego statku nie uszło również uwadze brytyjskich obserwatorów w Australii. Oto co pisał „The South Australian” w środę 23 stycznia 1839 roku:

„Zebra

Stanowi dla nas przyjemność najszczerszą móc opublikować nastepujące wdzięczne świadectwo opieki i uważania okazanego przez Kpt. Hahna ze statku „Zebra” przybyłego  ostatnio do tej kolonii z Hambro (t.j. ‘z Hamburga’ – przyp. MM). Od sposobu, w który kapitanowie statków z emigrantami pełnią ważne swe obowiązki zalezy tak wiele komfortu i szczęścia pasażerów, że nie powinna być stracona okazja zaświadczenia uznania kolonistów, gdy tylko odpowiednia sposobność po temu się nadarzy. Kapitanowi z „Prince George” oraz Kapitanowi Hahnowi z „Zebry”, (obydwa z emigrantami z Niemiec) należy się wielka pochwała za ich jednoznaczną życzliwość i uważanie okazane powierzonym ich opiece, i sugerowalibyśmy Pełnomocnikom słuszność przyznania premii tym Kapitanom, którzy w bezpieczny sposób przywożą emigrantów i pasażerów i których dowodzenie jest tak godne polecenia.

City of Adelaide, South Australia 

19 stycznia, 1839.” 

3.  W części pierwszej, tej o Klemzig, cytowaliśmy obszerne fragmenty artykułu z „Southern Australian”. W odpowiedzi nań pewien czytelnik, podpisujący się jako „Salus Populi”, a posiadający wyraźne zacięcie do odmalowywania scen rodzajowych i religijnych (być może duchowny?), napisał do redakcji tej gazety list, który opublikowany został 15 maja 1839 roku, a opisujący wrażenia autora będącego świadkiem wspomnanych powyżej przenosin pasażerów „Zebry” do ich nowego miejsca zamieszkania:

„(…) w czynionym przez Pana wyliczaniu dobrych cech owych Niemców nie doszukałem się jakiejkolwiek wzmianki o najbardziej wzniosłym rysie w ich charakterze – o ich skrupulatnym obchodzeniu Dnia Pańskiego. Ich pełen samozaparcia duchowny dzieli swój czas, jak mniemam, pomiędzy tą oraz bardziej odległą osadą swych rodaków. Czy jednak on z nimi jest czy nie, nie pozwala się, by Dzień Pański nie był świętowany. Byłem świadkiem najbardziej ujmującej sceny kilka niedziel temu; grupa tymczasowych chat na szczycie łańcucha gór Mount Lofty wskazywała miejsce, gdzie niektórzy z owych pielgrzymów zatrzymali się na wypoczynek w drodze do dystryktu Mount Barker, w którym zakładają swą osadę.(…) Można było spostrzec starego człowieka w jednej z owych chatek, czytającego z dużego notatnika grupie uważnych dzieci. W innej chacie pewien mężczyzna leżał na materacu, jednak modlitewnik był w jego ręku i najwyraźniej przyciągał jego największą uwagę. Lecz w cieniu wspaniałego eukaliptusa, siedząc czy to na stołkach czy klocach przyniesionych z chat, czy to na powalonym pniu drzewa lub też, w przypadku młodszych członków kongregacji, po prostu na ziemi, grupa około dwudziestu paru osób słuchała z uwagą czytania (…) i co jakiś czas pobożni zebrani wstawali jednocześnie, by śpiewać w najbardziej zachwycającej harmonii którąś z pieśni Pańskich, często przedtem spiewanych w ich własnym kraju. Był to temat dla malarza – szerokie równiny w dole ze swymi rzadkimi zagrodami wdzierającymi się w miejsca będące do niedawna jeszcze niepodzelną domeną kangurów i emu. Wzgórza z tyłu, rozpościerające się wyżej i wyżej, oddzielające nas od bezkresnych równin, takich jak te między Zatoką a nami, które w niedługim już czasie mogą falować złotym plonem i być znaczone spiczastymi wieżami miejsc chrześcijańskiego kultu, w których tubylcy będą mogli wyznawać religię Zbawiciela. Bezchmurne niebo w górze i niewzburzony ocean w oddali, tworzyły panoramę szczególnie cieszącą oko. Lecz scena, którą usiłowałem opisać – cisza lasu przełamana świąteczną muzyką prostych wiernych; ta przemawiała do serca, i mógłbym sobie życzyć, by wielu co nie zauważają powrotu tego świętego dnia odpoczynku, było tam ze mną, by zobaczyć ten poruszający widok, uchwycić te pobudzające melodie, gdy wznosiły się niczym wdzięczne kadzidło ku Temu, co pokrył gaj zielenią, co rozpostarł niebiosa, i co dzierży w Swej dłoni szeroką przestrzeń wód…”  (Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, str. 92)

Michał Monikowski
Perth, Australia

Continue Reading »
0 Comments

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 1: Z Klępska do… Klępska

Jul 17th, 2009 by monio
Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 1: Z Klępska do… Klępska

Pierwszymi, którzy nazywali siebie Australijczykami, byli Niemcy. Pierwsi Niemcy zaczęli przybywać do Australii w pierwszych latach XIX wieku. Pierwszymi zaś zorganizowanymi grupami osadników niemieckich były grupy staroluteranów, które przybywać zaczęły w drugiej  połowie lat trzydziestych tego samego stulecia. Pochodziły one z pogranicza wielkopolsko-brandenbursko-dolnośląskiego. To ich historię prezentujemy poniżej. Pierwszą z tych grup była grupa, której przywódcą był August Kavel, pastor ze wsi Klemzig (dzisiaj “Klępsk”) koło Zbąszynia (Bentschen).

Der “Kirchenstreit” in Preussen

U źródeł emigracji luteranskiej leżały… wysiłki na rzecz zjednoczenia kościołów. Król Prus, Fryderyk Wilhelm III von Hohenzollern zamierzał doprowadzić pod swoim panowaniem do zjednoczenia protestantów w jeden kościół. Wysiłki w tym celu podjął on około roku 1817. W 1821 roku wprowadzono nową księgę regulującą zasady sprawowania nabożenstw („Agende”), w tym Eucharystii. Zawarte w niej reguły spotkały się ze sprzeciwem wielu luteranów, dla których oznaczały one kompromis nie do przyjęcia w sprawach wiary. Ów konflikt kościelny, który był tego rezultatem (“Kirchenstreit”), okazał się szczególnie silny począwszy od roku 1830, gdy odbywały się obchody trzechsetlecia Konfesji Augsburskiej. Wtedy to król, wydanym przez siebie dekretem, zażądał, by uroczystości te obchodzono zgodnie z wydanymi 9 lat wcześniej regulacjami.(ilustracja Friedrich Wilhelm III) Opozycja wobec owego dekretu znalazła największy oddźwięk we Wrocławiu, stolicy Śląska, a jej głównymi przywódcami byli dr J.G. Scheibel, dr G.P.E. Huschke oraz H. Steffens (wszyscy z Wrocławia).

Początkowe proby skłonienia opornych do zaakceptowania unii za pomocą zachęty i perswazji nie przyniosły stuprocentowo pozytywnych rezultatów. Toteż, począwszy od roku 1834, stosować zaczęto środki przymusu. Duchownym odmawiającym stosowania się do instrukcji odbierano prawo sprawowania posługi duszpasterskiej, a miejsce ich zajmowali duchowni – zwolennicy unii i posłuszni dekretowi. Nabożenstwa odprawiane prywatnie zostały zakazane, a ich uczestnicy karani byli aresztem oraz grzywnami. Pastor luterański chrzczący dziecko karany był grzywną 50 talarow, dziecko zaś poddawane było ponownemu chrztowi przez pastora unii.

Do jednej z bardziej spektakularnych akcji zjednoczeniowych doszło we wsi Hoenigern w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 1835 roku. Około 400 żołnierzy piechoty oraz 50 huzarów z bagnetami i szablami wypędziło kobiety z miejscowego kościoła luterańskiego i wprowadziło tam pastora unii. Wojsko zatrzymało się we wsi tak długo, aż wreszcie luteranie uczęszczać znowu zaczęli na nabożenstwa.

Takie i podobne wydarzenia zrodziły w wielu chęc wyemigrowania. W ‘modzie’ było wówczas emigrowanie do USA oraz do Rosji. Ale do… Australii?

Um des Glaubens willen nach Australien

Pastor Kavel zamierzał początkowo zorganizować emigrację do USA i w tym celu udał się do Londynu. Spotkał tam jednak pewnego szkockiego przedsiębiorcę, baptystę nazwiskiem George Fyfe Angas. Człowiek ten założyl krótko wcześniej firmę pod nazwą South Australian Company i poszukiwał chętnych do pracy w Południowej Australii. Pastor Kavel ze swymi staroluteranami wprost “spadł mu z nieba”. Ponieważ od roku 1837 pewna liczba niemieckich rzemieślników już dla niego pracowala i był on z ich pracy zadowolony, przeto postarał się on (i to skutecznie), by Kavel zamiast do Ameryki, skierował swoją wspólnotę do Australii.

Nie od razu jednak było to możliwe, gdyż władze Prus początkowo nie zamierzały zgodzić się na emigrację zdyskontentowanych luteranów. A nawet gdy już udzielono zgody (1), wciąż opóźniano wydawanie im paszportów. Czyniono tak nawet wówczas, gdy wielu z nich posprzedawało swój dobytek. W międzyczasie pastor Kavel i Angas utrzymywali kontakt listowny. W jednym z listów do Angasa Kavel wspominał przypadek pewnego dolnośląskiego właściciela ziemskiego, „barona von Koszutski”, który za współpracę z luterańskimi opozycjonistami oraz za udzielanie w swym domu gościny nielegalnym nabożeństwom, ukarany został przez władze utratą części majatku oraz uwięzieniem na kilka miesięcy.

Pierwsza grupa, licząca ponad 200 emigrantów wyruszyła na barkach ze wsi Cigacice (Tschicherzig) 8 czerwca 1838 roku. Płyneła Odrą aż do kanału, dalej Szprewą do Berlina (17 czerwca). Następnie Hawelą i Łabą do Hamburga http://www.henschke.com.au/about/heritage/reasonsformigration.asp . Tam jednak wypadło poczekać ponad miesiąc zanim można było wejść na pokład statku. Przyczyną było właśnie wspomniane opóźnianie wydania paszportów. Z Hamburga grupa zabrana została dwoma żaglowcami (“Prince George” i “Bengalee”) w ponad czteromiesięczną podróż do Australii (8 i 9 lipca), do której udać się można było opływając po drodze całą Afrykę (nie było jeszcze Kanalu Sueskiego). Obydwa żaglowce dopłynęły w okolice Port Adelaide 16 listopada (“Bengalee”) oraz 18 listopada (“Prince George”).  Nieco później wypłynęły z Hamburga dwa inne statki: “Zebra” oraz “Catharina”.

Żaglowcem “Prince George” przybyły do Południowej Australii rodziny z następujących miejscowości: Okunin (Langmeil), Klępsk (Klemzig), Kargowa (Unruhstadt), Kolesin (Goltzen), Żółków (Salkau), Karczyn (Harthe), Krężoły (Krummendorf), Trzciel (Tirschtiegel), Łęgowo (Lang Heinersdorf), Kępsko (Schönborn), Ostrzyce (Ostritz), Kielcze (Keltschen) oraz Kije (Kay).

Z około 500 pasażerów z owych czterech statków w drodze zmarło 30 ( 14 na “Prince George”, 12 na “Zebrze” i 4 na “Catharinie”).

Aus Klemzig nach… Klemzig

Miejscem, do którego dopłynęły żaglowce, było położone o 1 kilometr na północ od dzisiejszego Port Adelaide miejsce zwane wówczas “Port Misery”. Nazwa jak najbardziej trafna, gdyż oprócz mokradeł i błota było tam niewiele. Stamtąd wyprawiano się na poszukiwanie odpowiedniego miejsca na osiedlenie. Wybrano ziemię stanowiącą własność Angasa, a położoną ok. 7 km na północny wschód od centrum Adelaide. Założoną w ten sposób wieś nazwano “Klemzig”, czyli tak jak tę opuszczoną w Niemczech, w której drewnianym kościele pastorem był Kavel.

Wielu autorów południowoaustralijskich pozostawiło swoje wspomnienia o Niemcach. Jednym z wybitniejszych był John W. Bull. W swej książce “Early Experiences of Colonial Life”, (na pozycję tę przyjdzie nam się jeszcze powołać) napisał między innymi, ze Angas, „ów zamożny i skłonny do dobroczynności gentleman nigdy nie uczynił lepszego użytku ze swych pieniędzy niż wtedy, gdy użyczył tej grupie luteranów środków na imigracje do tej kolonii, by mogli oni uciec od prześladowań, którym poddani byli w swym własnym kraju”.

“Aż do momentu ich przybycia mieszkańcy Adelaide byli niewystarczająco zaopatrywani w warzywa oraz nabiał i to po horrendalnych cenach – masło po 2 szylingi i 6 pensow za funt, jaja po tej samej cenie(…) Po jakims czasie zaczęto widywać cały sznur matron i dziewcząt udających się w drogę do stolicy w swych niemieckich strojach”.

Żywność sprzedawały w stolicy bardzo tanio, więc popyt był zapewniony. Można było zatem zaoszczędzić trochę grosza. Wkrótce też osadnicy pozbyli się długów zaciągniętych uprzednio na zakup ziemi.

Oddajmy na chwilę głos innemu świadkowi omawianych wydarzeń. W sposób bowiem typowy dla angielskiego dziennikarstwa owych lat scharakteryzował on nowo powstałą osadę oraz ich mieszkańców. Poniżej cytujemy większą część owego opisu zamieszczonego 1 maja 1839 roku w „Southern Australian”:

“(…) Jak Adelaide, otoczony jest on majestatycznymi drzewami i w wielu miejscach oferuje bliskie widoki naszego wspaniałego łancucha wzgórz. Rzeka wije się obok wsi i o tej porze roku posiada wodę o znacznej głębokości. Aura spokoju przenika to miejsce, będące dokładnie takim, jakie wyobraźnia odmalowałaby jako przystań prześladowanej pobożności.

Przedsiębiorczość i spokojna wytrwałość niemieckiego charakteru zostały w Klemzig rozwinięte w całej pelni. Minęło zaledwie cztery do pięciu miesięcy odkąd ludzka ręka poczęła tutaj usuwać znamiona dzikości, a już zbudowano niemal trzydzieści domów - niektóre z nich dobre i obszerne. Wszystkie one sa schludne, czyste i wygodne. Są one przeważnie zbudowane z pise (t.j. z ubitej gliny – przyp MM) lub z niewypalonej cegły stwardniałej od słońca. (…) (patrz: akwarela George’a Frencha Angasa – i niejako dla porównania – to samo miejsce obecnie, zdjęcie robione w grudniu 2004).

Sami mieszkańcy są niemniej interesującymi obiektami kontemplacji. Przybysz zastanie ich, wszystkich co do jednego, zajętych oraz pogodnych niczym angielskie pszczoły na wiosnę. Poza domem pielą lub podlewają albo budują, albo łowią, doją, myją, ścinają drzewa lub niosą wodę. (…) Nawet dzieci, zbyt małe by pracować, jednak wystarcząjaco duże, by się uczyć, znajdziemy podczas godzin szkolnych, pobierające naukę od swego znakomitego i niezmordowanego pastora.

Przybysza uderza miłe usposobienie i grzeczne maniery tych ludzi. Mężczyzna unosi kapelusz, gdy cię mija i kłania się z zachowaniem odległym od prostactwa i służalczości. Kobieta, choć może ugina się pod ciężarem niesionego drewna, usmiecha się, okazując przechodzacemu przybyszowi wyraz pełnej szacunku uprzejmości. Nawet nieliczni tubylcy pomagający im w niektórych pracach, zdają się przejmować ich ducha, postępując z rezerwa i nie narzucając się.

Nie uwłaczamyw niczym naszym pracującym rodakom w Adelaide jeśli stwierdzimy, że mogą oni pobrać jedną lub dwie użyteczne lekcje od naszych niemieckich braci z Klemzig.

Ufamy, że powyższe obserwacje nie zostaną przyjęte jako będące nie na miejscu. Uważamy bowiem, że nasi sąsiedzi zasługują na uwagę z naszej strony. Wygnani z własnego kraju, gdyz nie ugięli się przed tą najgorsza formą tyranii usiłującą skuć łańcuchami ludzkie umysły i dyktować im wiare, przybyli tutaj, wznieśli swój ołtarz wśród nas i prezentują nam model praktycznej kolonizacji wart naszego indywidualnego naśladownictwa.” (2)

Dziś wieś ta, wciąż zachowująca swoją nazwę, stanowi dzielnicę Adelaide. Pierwotnych domów pionierskich już tam nie ma. Nie ma również niegdysiejszego kościoła luteranskiego – pierwszego kościoła luterańskiego w Australii  ani małego cmentarza naprzeciwko niego.  W miejscu , w którym się ten cmentarz znajdował, jest dzisiaj Pioneer Memorial z metalowymi tablicami w miejscach grobów niektórych z pochowanych tam mieszkańców oraz skromny postument, wystawiony tam w roku 1936.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część2

 Przypisy:

1.  Po mniej więcej dwóch latach oczekiwania otrzymano zgodę króla Fryderyka Wilhelma III, wydana 10 marca 1838 roku:

„Z wielkim bólem dowiedziałem się, ze niektórzy z moich poddanych, skądinąd dobrzy i religijni ludzie, lecz zaślepieni i zmyleni przez fanatyzm i herezję i nie ufający moim ojcowskim deklaracjom i napomnieniom, uparcie oddają się iluzji, że stare nauczanie luterańskie ma zostać zakazane – co oczywiście nigdy nie było naszą intencją. Nie zwracając przeto uwagi na nic, co mogłoby to dla nich uczynić rzeczą jasną, są oni całkowicie przekonani o czymś wręcz przeciwnym i przygotowują się wręcz do opuszczenia swych miejsc rodzinnych, aby, jak sądzą, poszukiwać staro-luteranizmu tysiące mil od domu, w Południowej Australii, dokąd fanatyczni liderzy zamierzają ich zabrać, aby tam oddać się całkowicie swym religijnym, fanatycznym planom utopijnej niezależności, jak ją sobie uformowali w swej imaginacji.

Tymczasem, jeśli zwiedzeni mieliby silę oderwać się od owych hipokrytów, którzy ich usidlili i sprowadzają na nich utrapienie wahaniem sumienia, to mogliby, tak jak do tej pory, pozostać wierni i lojalni starym, niezafałszowanym naukom luterańskim zachowanym w Konfesji Augsburskiej. W żadnym wypadku nie mogło być powodu do obaw przed dyskryminacją ich wiary, jako że otrzymali już oni zapewnienie, że gdy tylko tego zechcą, ich pastorzy mogliby formalnie zobowiązać się do nauczania i głoszenia niczego innego niż wspomniana wyżej doktryna luteranska.

Dlatego też zawróćcie wy, którzy jesteście zwiedzeni! Jest jeszcze czas, by zaniechać kroku, którego z całą pewnością przyjdzie wam żałować, a który nie może przyczynić wam dobrobytu wiecznego ani doczesnego. Jeśli jednak zamierzacie upierać się zawzięcie przy kroku, na który zdecydowaliście się, nakazuję wam ściśle przestrzegać wydanych nakazów dotyczących emigracji, w którym to wypadku mogę jedynie was żałować, lecz muszę  pozostawić was waszemu losowi.”

(Schubert, David :Kavel’s People. From Prussia to South Australia”. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, s.64;  Iwan, W.: “Um des Glaubens willen nach Australien”, 1931, s.131)

2.  Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House. Adelaide, 1985, s. 87-88

 Możemy się oczywiście domyślic, że osobami emigrującymi do Australii kierowały nie tylko motywy idealistycznej natury. Niemiecki autor W. Iwan w wydanej w Niemczech przed wojną książce „Um des Glaubens willen nach Australien” („Dla wiary do Australii”) cytuje zachowane jeszcze wówczas w Klępsku uwagi następcy Kavela, pastora W. Kaufmanna, dotyczące emigrantów:                                                                                                                                                                                                            

  „(…) Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że wszystkie emigrujące dorosłe osoby były świetlanymi przykładami chrześcijan. Nastepujące osoby zasługują na zaszczytne wspomnienie: panna Anna Elisabeth Hönke, panna Anna Rosina Rau, ogrodnik Georg Bothe, krawiec Rau i jego żona, leśnik Fiedler i jego żona oraz ogrodnik Lange. Nie bez chrześcijańskiego oświecenia i wiedzy, w sumie niepozbawionymi żywej wiary byli: żony mieszkańca  Miegela i kołodzieja Petrasa, wdowa Rau, robotnik Hönke, ogrodnik Hönke, krawiec Hönke, wieśniak Thiele, murarz Schultz, slużący Jentsch, ogrodnicy Zilm i Pölchen oraz wieśniak Weber. Większość dorosłych była duchowo martwa lub nie posiadała rozeznania, by dać świadectwo wiary. Niektorzy z nich szukali ziemskiej fortuny, doczesnej wolności i doczesnego dobrobytu.. Większośc wyjechała, gdyż inny członek rodziny zdecydowal się to uczynić. Bez jakichkolwiek zasług byli slużący Schultz, kołodziej Petras, pijak i hazardzista, cieśla Bothe, rownież pijak i hazardzista, robotnik Schubert, prożniak, żona robotnika Hönkego, zlodziejka i kłamczyni, żona robotnika Christiana Rau, kobieta nieopanowana oraz parę innych osób, które łatwo dało się zastąpić.

Chwała niechaj będzie Bogu, który poprzez swe zbawcze działanie i łaskawe czuwanie Jego Ducha w ciągu moich trzech lat pracy tutaj, zastąpił również wszystkich tych emigrantów, którzy posiadali żywą wiarę. Tak, wieczna chwała niech będzie jego łasce, miłości i wierności. Amen!”

(Schubert, David :Kavel’s People. From Prussia to South Australia”. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, s.71)

Continue Reading »
0 Comments

Maria, córka Izydy

Jul 16th, 2009 by monio
Maria, córka Izydy

Zostałem zaproszony swego czasu w Magazynie “Semper Reformanda” przez Red. Tomasza Terlikowskiego (w odpowiedzi na parę komentarzy) na wycieczkę po kulcie maryjnym. Zaproszenie z radością przyjąłem. Przyjąłem je  i dlatego, że tajemnic jest tu więcej niż w różańcu. Kult maryjny oraz bazowana na nim dziedzina teologii, zwana “mariologią” nie istniałyby, gdyby nie znacznie starsze odeń i od całego chrześcijaństwa inne religie i systemy wierzeń. Wśród kultów znanych historycznie najpopularniejszy był niegdyś kult Izydy, znanej w Egipcie pod imieniem “Aset”.

Dziedzictwo naszych przodkówTomasz Terlikowski na moje wcześniejsze komentarze odpowiedział wówczas artykułem, który nazwał nawet  “pierwszym listem” (szkoda, że już nie było następnych!), skierowanym do mnie jako do “gnostyka Michała”. Prezentowany tu tekst był odpowiedzią na ten jego artykuł.  Wprowadzono doń jedynie kilka nieznacznych korekt.

 

 

Przede wszystkim pragnę zacząć od wyjaśnienia pewnego nieporozumienia, gdy chodzi o gnostycyzm. Nie biorę go Autorowi za złe, jako że zdarza się ono bardzo często. Chodzi mianowicie o założenie, że dla gnostyków Bóg jest kimś “nieobecnym” oraz że jest on jedynie Bogiem Ducha, a nie materii. Faktem jest, że istnieją zachowane informacje, o bardzo szczątkowym charakterze, pochodzące zarówno z czasow antycznych, jak i późnego Średniowiecza, sugerujące takie nastawienie samych gnostyków. Mało jednak wiemy o rozmaitych odmianach gnostycyzmu i jego poglądów na ten temat. Jakkolwiek by jednak nie było, faktem jest – i to nawet bardziej decydującym – że gnostycyzm zmieniał swój charakter wraz z upływem czasu szybciej niż oficjalna kościelna ortodoksja. Stąd też np. rzymski katolicyzm, pomimo niewątpliwych zmian jest wciąż bardziej podobny do katolicyzmu XIII-wiecznego niz dzisiejszy gnostycyzm do katarskiego (semi-) gnostycyzmu. Dzieje się tak dlatego, że o ile ortodoksyjne chrześcijaństwo zaliczane jest do t.zw. religii objawionych, t.j. religii bazujących na przekonaniu, że Bóg objawił pewne niezmienne fakty na swój temat (np. w Biblii), to chrześcijaństwo gnostyckie bazuje na założeniu, że poprzez stopniowe poznawanie siebie oraz otaczającej rzeczywistości jesteśmy w stanie zbliżać się stopniowo do Boga. Bóg gnostykow doby dzisiejszej to Bóg, którego obecnośc odkryć można wszędzie. Bóg gnostyków zatem to nie tyle Bog “nieobecny”, lecz raczej “nieznany”, którego w związku z tym trzeba stopniowo poznawać. To Bóg, który nazywany jest często “ineffable” (dosł. “niewysłowiony”), ale nie dlatego, że się on nie “wysławia”, lecz dlatego, że trudno go scharakteryzować na podstawie takich czy innych przekazów, włączając “kanoniczne”.

Ten długi wstęp niechaj stanie się swego rodzaju wprowadzeniem w podstawowe różnice zachodzące w odbiorze problematyki religijnej przez obie strony: prawowierną i gnostycką.  Niejednokrotnie tak się bowiem składa (a miałem okazję rownież na tym portalu się z tym zetknąć), że polemiści niejako “przywołują” kogoś do porządku niejako z góry zakładając, że któreś z antycznych alegorii powinny charakteryzować poglądy gnostyków, stwierdzając np. “przecież ty, jako gnostyk…” (i tu następuje odwołanie sie do jakichś archaicznych wierzeń i alegorii sprzed co najmniej półtora tysiąca lat). Alegoria to jedynie sposób wyrażenia pewnej myśli, tak jak Jezusowe przypowieści to też nie “true stories”, tylko wytwór ludzkiej wyobraźni. Inaczej skończylibyśmy na rozumieniu Królestwa Niebieskiego np. jako garści nasion.

Nie staram sie występować tutaj jako reprezentant gnostycyzmu, lecz osoba prezentująca prywatne poglady, a przyznająca się do gnostyckiego rozumienia religii i będąca jednocześnie członkiem Kościoła Katolickiego – i to bez przerwy, od dzieciństwa. Nigdy bowiem nie byłem członkiem jakiejkolwiek innej wspólnoty kościelnej, choc tu w Australii często (a nawet częściej) bywam w innych kościołach niż katolicki.

Nie jest prawdą Twoje założenie Tomaszu, że neguję uzasadnienie wiary chrześcijan w Marię na przestrzeni dziejów. Założenie to też jest wynikiem pewnego nieporozumienia. Bo ja neguję mariologię dzisiaj, a nie 15 wieków temu. Wierzenia odnoszące się do NMP były bowiem wynikiem okoliczności czasu i miejsca. Wielu było bogów w starożytności, którzy rodzili się, potem umierali (najczęściej zabijani przez siepaczy złych mocy), a następnie powstawali z martwych – czy to już nastepnego dnia, czy też po trzech dniach. Tacy bogowie musieli mieć zatem swoje “matki boskie”, niektóre z nich będące szanowanymi kobietami, inne zaś boginiami. Chrystus żył w czasach, gdy wierzenia takie istniały już od setek lat np. w przypadku perskiego Mitrasa i jego “Matki Boskiej” znanej pod imieniem Anahita - (“Anahita, Niepokalana Dziewica, Matka Mitrasa Pana”), Cybele, matka boga Attisa z Azji Mniejszej, która znana była jako “Mater Deum” (dosłownie: “Matka Boska”) lub nawet tysięcy lat (egipski Horus i jego matka Izyda). Kimkolwiek jednak taka matka nie była, zawsze musiała czymś pozytywnym wyróżniać się na tle innych matek. Nie brakowało więc dziewiczych porodów (np. w przypadku Ozyrysa-Dionizosa czy – w innej wersji tego samego mitu – Orfeusza-Bachusa). Doktryny wczesnego chrześcijaństwa dotyczące Marii, nawet jeśli nie były stuprocentowymi kopiami innych wierzeń, kształtowały się jednak w pewnej atmosferze intelektualnej, na ktorą owe religie wycisnęły swoje ewidentne piętno.

Nie neguję zatem owego uzasadnienia wiary, rozumianego jako tło historyczne. To bowiem właśnie owo tło jest samo w sobie uzasadnieniem kultów maryjnych (bo było ich sporo, choc najstarsze ślady tych kultow – powtarzam: kultow, a nie fascynacji – pochodzą z okresu nie wcześniejszego niż III wiek n.e.). Nie podzielam natomiast zupełnie poglądu, że owo niegdysiejsze tło (juz nieistniejące) musi w dalszym ciągu (na zasadzie chyba jakiejś “martwej ręki”) ciążyć na obecnych ocenach i wierzeniach. Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany: zajmując takie stanowisko nie próbuję nikomu “wybić z głowy” jego ewentualnych wierzeń czy poglądów. Błędne wrażenie w tym zakresie może wynikać z faktu, że często prezentuję swe poglądy “bez owijania w bawełnę”: raz np. powstrzymać się musiałem przed włożeniem do komentarza słów o tym, że moim zdaniem Maria tak sie ma w porownaniu do Joanny d’Arc, że mogłaby jej “pucować zbroję oraz miecz”, przez co nie miałbym zamiaru nikogo urażać, a jedynie podkreślić, że Joanna – jako osoba historyczna (a nie “teologiczna”) była w stanie kształtować historię w nieporównanie większym stopniu, niżby się to kiedykolwiek dało powiedzieć o Marii. Ostatecznie jednak nie użyłem wówczas tego określenia.

“Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”

Nie inaczej ma sie rzecz z tymi naszymi dogmatami czy to o dziewictwie, niepokalanym poczęciu czy o wniebowzięciu: Semele, matka boga Dionizosa, również została wniebowzięta (samo święto Wzniebowzięcia, obchodzone przez chrześcijan w sierpniu, zastąpiło inne święto poganskie, a mianowicie święto bogini Diany). Podobienstwa wizerunków Marii oraz rozmaitych “pogańskich” matek boskich były do tego stopnia uderzające, że niejednego wprawiały, a i dziś jeszcze też wprawiają, w osłupienie. Np. jak notują historycy, niektóre wizerunki NMP we Francji okazały się, po bliższym zbadaniu, wizerunkami egipskiej bogini Izydy (albo pokrewnych bogiń) lub też na niej były modelowane (nie mówiąc już o tym, że szereg kościołów poświęconych Marii stoi w miejscach kultu Izydy lub innych jej pogańskich odpowiedników). Na jednym z takich wizerunków znaleziono nawet inskrypcje: “Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”.

Gnostykom chrześcijańskim też nie brakowało żeńskiego bóstwa zwanego Sophia, czyli Mądrość (a święto jej Wniebowziecia obchodzone jest w tym samym dniu, co Wniebowzięcie NMP), ale przecież dziś ze świecą trzebaby szukać (i to bez powodzenia!) jakiegokolwiek gnostyka wierzącego w literalne istnienie takiego bóstwa.

Krzywdę wyrządza się również tym niezliczonym chrześcijanom (głównie katolikom), którzy przecież kiedyś i tak dojdą do tego, że “król jest nagi”, jeśli się tylko nad tym zastanowią; że te “szaty cesarza”, które na Marię włożyła dogmatyka, tak naprawdę nie istnieją. Będzie to tym boleśniejsze, że cała ta historia wpychana jest im do głów jako historyczna prawda, a nie nawet jako “mit będący nośnikiem prawdy”.

Tak, domyślam się pewnej możliwej kontry wobec moich wywodów, a mianowicie, że zastanawiać one muszą akurat, gdy ich autor mieni się gnostykiem, a wiadomo, że gnostycy wręcz od czasów ‘niepamiętnych’ prześcigali się w tworzeniu mitów, że pisali z dziesiątki ewangelii, w których “działy się” rzeczy pod mitologicznym względem usuwające w cien nawet te masy trupów z ewangelii Mateusza, co to w momencie śmierci Pomazanca wstały z grobów, przeczekały dwa następne dni gdzieś w ukryciu chyba, a gdy Pomazaniec zmartwychwstał, to one stadnie niczym tłum Frankensteinów przeparadowały przez Jerozolime, by się żywym pokazać. Tak, to prawda, gnostycy wymyślali ile wlazło, ale oni ze swych opowieści nie robili dogmatów “dawanych do wierzenia” (ale terminologia, co?).

Przyjrzyjmy się osobie 

Jesli uważam, że o Marii niczego tak naprawdę nie wiemy, to oczywiście pogląd taki wyrażam po zapoznaniu się m.in. z t.zw. ewidencją biblijną. Prawda, że są tam kwieciste zwroty, lecz wyjątkowo mało kryje się za nimi treści o tym kim była (poza tym, oczywiście, że była matką Jozuego). Ale nawet tu popełniano błędy przy formułowaniu doktryn maryjnych. Miała byc “dziewicą” i fakt ten miał być “przepowiedziany” w Starym Testamencie, jednak hebrajskie “almah” nie oznacza tego, co zastosowane poźniej przy tłumaczeniu na grecki słowo “parthenos”. Almah to nie dziewica, a jedynie młoda kobieta. Bóg żydowski nie był narodzony (ani żaden żydowski bohater) z dziewicy. Z dziewic rodzili się natomiast bogowie poganscy, stąd tez fama o Jezusie narodzonym z dziewicy to po prostu poganski mit zaadoptowany dla celów “teologicznych” chrześcijaństwa ortodoksyjnego. Również doktryna o bezgrzeszności Marii bierze się z niedokładnego tłumaczenia – tym razem tekstu greckiego na łacinski. Skoro Maria była “łaski pełna” (“gratia plena”), to owa pełnia łaski miała oznaczać, według mitotworcow, że była ona bezgrzeszna. Jednak oryginalne greckie “kecharitomene” to przecież nie to, co “gratia plena”, gdyż to po grecku byłoby “pleris charitas”. Kecharitomene, to po prostu tyle, co “obdarzona łaską”. I absolutnie nic więcej.  Można jednak zrozumieć kolejne pokolenia mitotwórców kościelnych: najpierw zmagali się oni z podobnymi wierzeniami pogańskimi i pragnęli “wykazać”, że Chrystus jest jednak większym i znaczniejszym bogiem niz inni. Potem znów starali się sformułowane przez siebie doktryny “zabezpieczać” przed debatami poprzez dokooptowywanie nowych. Z czasem wytworzył się więc cały łancuch coraz to dziwniejszych teorii, a wszystkie one bazowane na założeniach swoich poprzedniczek, jednak nie na jakimkolwiek materiale faktograficznym. Zazwyczaj jest tak, że gdy się kogos chce sławić, to wyolbrzymia się jego dokonania. Nawet do tego stopnia, by je mitologizować czy wręcz do ciągu prawdziwych dokonan kandydata dopisywać czyny, których nigdy nie dokonał. Tak więc filozofowi i mistykowi Pitagorasowi przypisywano przywracanie ludzi do życia i to na 6 stuleci przed narodzeniem Chrystusa. Potem to samo przypisywano Apoloniuszowi z Tiany i innym. Owi ludzie jednak, tak jak sam Pomazaniec, zajmowali się publiczną działalnoscią, nauczali, leczyli itd.

Mitotworcy maryjni jednak spostrzec musieli (wyobrażam sobie, że ku swemu przerażeniu), że o Marii nic właściwie znaczącego nie da się powiedzieć.  Że jak na matkę takiej postaci jak Jezus, jest ona wyjątkowo “blada”.  Stworzono co prawda ewangelię (“według Jakuba”) mającą obrazować czystość charakteru Marii, trzeba jednak przyznać, że tworcy podobnych utworow wykazali wyjątkowo mało inwencji twórczej. Mogli przecież – przynajmniej teoretycznie – zrobić z niej wielką jednostkę dokonującą cudów dzięki boskiej inspiracji. Tymczasem obraz owej Marii – już nawet tej zmitologizowanej – to wciąż obraz (przepraszam za okreslenie) osoby nadzwyczaj przeciętnej, tyle że wyjątkowo pobożnej. Czy było to wynikiem obaw przed zbytnim “feminizowaniem” mitologii nowej religii, niechaj rozstrzygać to probują historycy. Ewidentne jednak jest, rzuca się to wręcz w oczy, że nie dało się wskazać na jakiekolwiek fakty potwierdzające bodaj symboliczną wybitność tej postaci pod jakimkolwiek względem uzasadniającym jakikolwiek kult. Co więcej – owa Maria, tak rzekomo zespolona z Chrystusem i jemu do konca oddana, nie towarzyszyła mu na ogoł, gdy chodził nauczać. Gdy zaś został pojmany i groziła mu śmierc, nie poszła nawet do sanhedrynu czy bodaj do Pontiusa, by wstawić się za swym synem! Matki osob nawet tylko uwięzionych starają się za nimi wstawiać i dowiadywać się o ich los. Chrystusowi zas groziła śmierć, a ona nic!  W jednej ewangelii kanonicznej (“Jana”) Maria widziana jest pod krzyżem, ale nie w czasie drogi krzyżowej. Pod pałac arcykapłana szło za aresztowanym Chrystusem dwóch apostołów, Marii tam nie było; krzyż pomagał mu dźwigać jakiś przypadkowy, obcy mu zupełnie człowiek, znany nam jako Szymon z Cyrenajki, o Marii nawet pisarz się nie zająknął, czy była w pobliżu; po śmierci Chrystusa nie była nawet obecna podczas jego pogrzebu, ani też nie pojawiła się później przy jego grobie po “zmartwychwstaniu” (no, tego już za wiele, jak na “najlepszą”, “nierozerwalnie związaną” itd, nie sądzicie?). Sam zaś Chrystus (po swym zmartwychwstaniu) ukazywać się miał rozmaitym osobom, rzekomo ponad 500, ale wykazał niezwykłą wprost “powściągliwość” gdy przyszło do ukazania się własnej matce. To, co nazywamy “Pieta” również nie ma oczywiście kanonicznego potwierdzenia i jest późniejszym produktem maryjnej mitologii. Ale przynajmniej Maria była pod krzyżem, więc dało się jakoś – per analogiam z innymi matkami – naciągnąć, upiększyć i wyszlifować. Tymczasem matki wstawiającej się za swym synem nie dało się z niej zrobić – nawet per analogiam z innymi matkami. Inaczej pewnie doczekalibyśmy się  obok watykańskiej Piety równie pięknej rzeźby (może też Michała Anioła?) zwanej np. Maria Prosząca lub Maria Wstawienniczka, Matka Błagająca lub jakoś podobnie. A tymczasem nic, nic i nic. I nawet nam najcześciej tego rodzaju wizerunek Marii nie przychodzi do głowy, bo już nie było najlichszej podstawy po temu, by w ogóle powstał. Spytaj siebie sam, Tomaszu, czy gdyby Ci ktoś porwał Twoją córkę (czego Ci oczywiście żadną miarą nie życzę!!!), to nie wpadłbyś w szał, nie starałbyś się dowiedzieć gdzie jest, a gdybyś się dowiedział, to nie udałbys się tam natychmiast, nawet na bosaka po śniegu, by przynajmniej złoczyncow ubłagać (jeśli już nie po to, by im – po męsku – “przemodelować” facjaty), by jej nie skrzywdzili? A jak zachowałaby się Twoja Żona? Czyż nie stałaby się błyskawicznie czymś, co mogłoby owej biblijnej Marii, tej “ciepłej klusce” bez wyrazu i charakteru, być postawione jako wzór do naśladowania?

Żydówka na egipskich nogach    

Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że Maria była wyrodną matką, ale w końcu jeśli ma być z niej taki ideał, jaki zbudowała teologia, to czemu nie jest to ideał? No, ale może – bo to też w koncu prawdopodobne – po prostu nikt nie zauważył jej bólu przed egzekucją Pomazanca. Pragnę natomiast wskazać Ci, jak nieprawdopodobnie uboga – wręcz nedzna -  jest nasza wiedza o matce Jozuego Pomazanca, uboga w stopniu w pełni potwierdzającym i uzasadniającym stwierdzenie, że jest ona nieznana, że tak naprawde niczego o niej nie wiemy – o niej, z ktorej mitotwórstwo późniejszych teologów uczyniło Gwiazdę Morza (“Stella Maris” – przydomek zerżnięty od pogan – konkretnie od Izydy!) oraz Królową Niebios (tez rżnięte od pogan, też od Izydy zresztą, tak samo jak “Matka Boska”). Dochodzi wręcz do tego, że w dyskusji, w której stawiane jest pytanie, co ta Maria właściwie sławnego zrobiła, co by uzasadniało ten wyśrubowany do granic (a nawet daleko poza granice) absurdu jej kult, ktoś podaje jako powód, że… poprosiła Jezusa w Kanie Galilejskiej, by coś zrobił, gdy brakować zaczęło wina!!! Ktoś inny znów w owym “Magnifikat” z ewangelii widzi potwierdzenie “zaangażowania się na rzecz ubogich”!! Przypomnieć zatem warto, że zaangażowania na rzecz ubogich (czy w ogóle kogokolwiek) nie dowodzi się piejąc dytyramby pod własnym adresem, ale robiąc coś konkretnego, na co możnaby wskazać (dodać wypada, że zapowiedzi typu “slawić mnie będą wszystkie generacje” brzmią raczej jak samochwalstwo niż wyraz pokory). Najczęściej jednak odpowiedzią na podobne pytanie jest milczenie i w tym chyba wypadku zgodzić się należy z tezą, że “milczenie jest złotem”, bo istotnie lepiej milczeć niż kompromitować tę Marię doszczętnie i na pośmiewisko ja wystawiać. Była zapewne w gruncie rzeczy przyzwoitą osobą, ani wyróżniającą się ani negatywnie komuś podpadającą, jedną z wielu matek w I wieku naszej ery. Utrzymywana sztucznie cała ta misternie sklecona mitologiia i to w dodatku podniesiona do rzędu dogmatów sine qua non kiedys runie z tym większym hukiem im wyżej w chmurach tę kobietę utrzymuje. Oddawanie jej szacunku jako kobiecie i jako matce też by wystarczyło w dzisiejszej dobie, bez tego ultra-kanonizowania, ktore odpycha już dziś z połowę wszystkich  chrześcijan, a niechrześcijan przyprawia niemal o konwulsje śmiechu.

W samej tylko Francji istnieje ponad dwieście miejsc kultu “czarnej madonny”. Niemal we wszystkich spośrod owych ponad dwustu miejsc istniały miejsca kultów bogin pogańskich. Tak więc w Chartres pierwsi misjonarze chrześcijanscy zrezygnowali nawet początkowo z nawracania miejscowej ludności, bo czciła ona boginię rodzącą dziecko. Uznali zatem, że chodzilo to u jakaś wczesną wersję kultu maryjnego. Pierwotna statua pozostała zatem tam, gdzie była. Nie ruszajac jej, zbudowano wokół niej pierwszy kościół chrześcijański. I tak budowano tam jeden kościół za drugim aż do czasu zbudowania obecnej katedry. Ponieważ w czasie Rewolucji Francuskiej ta pierwotna statua została zniszczona, zastąpiono ją później inną, z ciemnego drewna.

Podobna historia wydarzyła sie w Le Puy, gdzie z kolei czczono boginię Cerridwan. Pierwotna statua też została zniszczona w czasie rewolucji. Ale później dokonano ciekawego odkrycia: owalny kamien w kolorze czerwonym, z wizerunkiem Izydy i napisem hieroglificznym cytowanym juz powyżej. Pięciu papieży i piętnastu krolow chrześcijańskich oddało tam cześć “czarnej dziewicy” oraz cała masa innych pielgrzymów. Między innymi w intencji zwycięstw swej sławnej corki modliła się tam Isabelle Romeé Darc (d’Arc), matka Joanny.

Możnaby co prawda odpowiedzieć, że owszem, modlili się w miejscu kultów pogańskich, ale zwracali się w końcu do Marii, nie do Izydy czy Cerridwan. Prawda, tylko że modląc się do Marii, modlili się do tego, co w niej bylo z Izydy. Gdyż Maria z ewangelii to nie była  “pocieszycielka nasza, orędowniczka nasza, pani nasza”, bo taką to akurat była Izyda. Żałosnym zaś byłoby zanoszenie modłów  o wstawienie się za ludzi u Boga do osoby, która za swego życia nie wstawiła się nawet u ludzi za swym własnym synem. Modląc się więc do Marii, nieświadomie oddawali cześć mitowi Izydy, gdyż bez Izydy Maria jest niczym. Dlatego to właśnie Maria-Żydówka – jako przedmiot kultu – stoi na nogach bogini Egiptu.

Czy to oznacza, że Maria – taka jaką stworzył ją demiurg (1) zwany Teologią – nie może być osobą, z którą możnaby się utożsamiać? Sądzę, że sama praktyka, trwająca wiele stuleci wystarcza tu za wszelką odpowiedź: tak, można (jak najbardziej!) utożsamiać się i z taką właśnie Marią. Wierzenie samo w sobie wystarczy za wszelki argument. Ludzie dawali i bez przerwy dają przecież dowody, że utożsamiać się potrafią nawet z całkowicie fikcyjnymi postaciami, bohaterami powieści, opowiadan czy filmów. I tez można wykazać, że te opowiadania i inne utwory fikcji są nośnikami prawdy. W końcu po coś przecież tworzy się sztukę, a prawdą jest przy tym, że pierwsze antyczne teatry wzięły się z przedstawień religijnych właśnie. Poganie za pomoca takich przedstawień wprowadzali swoich religijnych literalistow w ezoteryczne prawdy wiary, w ten sposób usiłując zapoznać ich z nieliteralistycznym znaczeniem przedstawianych mitów.

Jednak choćby nie wiedziec jak piękny i przydatny jest mit, prędzej czy pózniej nadchodzi czas, że człowiek zdaje sobie sprawę, ze jest to istotnie tylko mit. Piękny, użyteczny, ale mit. Alegoria zawsze była przydatna, czasy biblijne nie były żadnym wyjątkiem, Chrystus też się nią posługiwał.

Maria, ta Maria “demiurgostwa” “ojców kościoła” i ich następców, też jest ciekawą przypowieścią. I nie jest celem niniejszego tekstu stwierdzenie, że mit ten nie może istnieć. Piszący nie miałby przecież również niczego przeciw temu, aby dziś wznoszono nawet sanktuaria poświęcone Izydzie, jeśliby tylko znaleźli się chętni do praktykowania jej kultu i potrafili zebrać wystarczające fundusze (tak nawiasem: kult Izydy w postaci śladowej istnieje). Wiele sanktuariów maryjnych jest przecież pięknych i oferuje wspaniałą atmosferę do modlitwy, medytacji czy bodaj skupienia. Oferują one atmosferę, jakiej często próżno byłoby szukać w innych miejscach przeznaczonych dla kultu religijnego. Niech mi wolno będzie podzielić się tu fragmentem z pisanego pare lat temu “do szuflady” dziennika:

“Anglicy mawiają: “seeing is believing”.  I coś w tym jest. Więc trzeba coś w kościele widzieć, a nie jedynie słyszeć. (…) mogłem zobaczyć ołtarze z obrazami, mogłem się cieszyć światłami, na ogół nieco przyciemnionymi w celu zapewnienia właściwej atmosfery. Widziałem świece, kielich, patene, baptysterium. Nie uchodziły mojej uwadze konfesjonały. Podobały mi się szaty liturgiczne w różnych kolorach, a każdy z nich ma swoje znaczenie. Ja tego znaczenia jeszcze wtedy nie rozumiałem, ale już same kolory przemawiały do mojej wyobraźni. I widziałem coś jeszcze: jak ludzie klękają, by przyjąć Hostię. Tego nigdy nie zapomnę: ksiądz z namaszczeniem wyciąga śnieżnobiałą hostię (nie wiedziałem wtedy jeszcze z czego jest zrobiona ani jak jest krucha – zmysł smaku więc zadziałać nie mogł – wyobrażałem sobie jednak ten smak – jako inny oczywiście niż w rzeczywistosci) (…) To zrobilo na mnie wielkie wrażenie! Bo przecież nie widzialem tych ludzi klęczących np. na ulicy przed “panem milicjantem” ani w sklepie przed rzeźnikiem. A tu przyklękali i to przed małą, kruchą hostią. “Więc to jest coś ważnego” – konkludowałem.”

Jak z powyższego widać, nieobce było mi to, co często utożsamia się z typową religijną ortodoksją katolicką. Oczywiście w momencie pisania powyższego nie wspominałem Marii, bo nawet skłaniając się ku ortodoksji nie miałem w sobie “maryjności”. Doceniałem jednak znaczenie barw i wizerunków (w tym też Marii), a przecież pisałeś, Tomaszu, że zmieniać zacząłeś swój stosunek do NMP pod wpływem ikon właśnie. Rzecz w tym jednak, że takim pięknem i atmosferą można oddać cześć również wielkości rzeczywistej, całkowicie historycznie dowiedzionej i to w stopniu niemniejszym niż mitowi i “dedukcjom” teologicznym. Jeśli wielkość jednej osoby w jakimś stopniu dorównuje mitowi innej, to czemu oglądać się za mitem zamiast podążać za prawdą? Przecież religie oferować mają właśnie poszukiwanie prawdy, a nie czołobitność mitowi! My mielibyśmy “kontemplować” dziewictwo mityczne Marii, gdy tymczasem inne dziewice (i to autentyczne; nie-dziewice zreszta też) miały do zaoferowania praktyczny pokaz tego, do czego zdolny jest człowiek w swoim działaniu. Według listu przypisywanego Jakubowi w Nowym Testamencie wiarę pokazuje się czynem, a my mamy marnować czas na dogmaty, bo tak każe hierarchia. I potem ta hierarchia jeszcze twierdzi, że poza jej denominacja nie ma prawdy lub co najmniej pełnej prawdy. Troche jak u licytujacych się sklepikarzy: “tylko u nas, proszę państwa, tylko u nas!”.

Maria i… Horst Wessel

Najprawdopodobniej Horst Wessel był wyjątkowo przyzwoitym i ideowym młodym człowiekiem, jednym z tych, których nie powstydziłaby się “młodzieżówka” żadnej partii politycznej. Urodzony w 1907 roku w Bielefeld, przeżył najgorszy okres kryzysów politycznych i upadku gospodarczego Niemiec po I Wojnie Światowej. Zrezygnował ze studiów, pragnąc być bliżej klasy robotniczej oraz bezrobotnych. Związał się z pewną byłą prostytutką oraz wstąpił do partii i narodowosocjalistycznych “Oddziałów Szturmowych” (SA). W wieku niespelna 23 lat został zamordowany, kilku komunistów zapukało późnym wieczorem w drzwi jego skromnego mieszkania. Gdy otworzył, jeden z nich strzelił mu z rewolweru wprost w twarz. Zmarł 6 tygodni później, 23 lutego 1930 roku. Naziści jeszcze nie sprawowali wladzy i musieli na nią trochę poczekać. Jednak ten człowiek, który nigdy niczego wielkiego nie zdążył dokonać (kto wie, może i lepiej, bo nie wiadomo co by to mogło być, biorąc pod uwagę kierunek, w jakim poszła NSDAP), stał się jednym z najbardziej znanych nazistów w Niemczech, a potem także poza ich granicami. I jest znany po dziś dzien. Dlaczego? Otoż około 3 lat przed śmiercią, będac mniej wiecej 20-latkiem, napisał on wiersz do pewnej melodii, ktory potem – wraz z tą melodią – stał się istną bombą jako pieśn polityczna, bodaj jedną z najbardziej nośnych pieśni politycznych XX wieku. Po raz pierwszy publicznie została ona odegrana i odśpiewana już bodaj podczas pogrzebu Wessela. Stała się stopniowo hymnem NSDAP i po dziś pozostaje najlepiej znaną pieśnią polityczną narodowego socjalizmu. Wessel stał się więc bohaterem partii, męczennikiem, jego imieniem po 1933 roku nazywano place i ulice w Niemczech, doczekał się on nawet poświęconego sobie filmu fabularnego pod tytułem „Hans Westmar” w roku 1933. W czasie wojny jego nazwisko stało się nazwą jednostek wojskowych. Można sobie wyobrazić, że w razie wygranej, w Niemczech doczekałby się on zapewne niejednego pomnika (przed wojną miał co najmniej jeden, w Berlinie) i może nawet mauzoleum. Stałby się symbolem ruchu politycznego i – per analogiam możemy też założyc – zapewne byłby on fetowany jako jeden z bohaterów walki o postęp. W swojej “denominacji” politycznej oczywiście. Nazizm jednak przegrał, “Horst-Wessel-Lied” także, przynajmniej do tego stopnia, że w niektórych krajach jego publiczne śpiewanie lub granie jest prawnie zabronione.

No dobrze, ale czy ten Horst Wessel ma właściwie cokolwiek wspólnego z Marią, matką Jezusa? Przecież ani chrześcijaństwo nie przegrało w historii (przynajmniej narazie), ani Wessel nie ma nic wspólnego z żadnym ruchem religijnym, nie urodził zadnego mesjasza (ani nie był “dziewicą”), służył potępianemu dzisiaj ruchowi politycznemu i to jeszcze jako szturmowiec (SA-Mann). Czy więc kojarzenie jego z Najświętszą Marią Panną jest w ogole rzeczą właściwą? Czy nie mamy tu do czynienia z jakąś prowokacją?

Odpowiedź na wszystkie te trzy pytania jest tutaj pozytywna: tak, to jest prowokacja; tak, Wessel ma coś wspólnego z NMP (choć oczywiście nie wszystko); tak, porównanie jest jak najbardziej na miejscu. I to na miejscu właśnie z powodu tego, co wspólnego ma z Marią Horst Wessel:

Obydwie te osoby są mało znane ze związanych z nimi faktów; obydwie mało w życiu dokonały; obydwie stały się legendami swych ruchów (jednego religijnego i jednego politycznego), choć oczywiście tylko  jedna z nich na dodatek otaczana jest kultem religijnym. Przeciw żadnej z nich nie możnaby wysunąć jakichkolwiek poważnych zarzutów, nie można tak naprawdę przeprowadzić krytyki działalności żadnej z nich – bo nie są znane z żadnej pierwszoplanowej działalności, więc nie można twierdzić, że tu i tam popełniły poważne błędy (nie mowiąc już o zbrodniach). Były chyba znane z dobrej strony i dlatego nadawały się znakomicie na mit. Można na takiej “bialej karcie” napisać dosłownie wszystko, czego dusza (propagandzistow) zapragnie: można uczynić daną osobę ortodoksyjną do granic fanatyzmu; można też zrobić z niej osobę super-tolerancyjną; można jej przypisać oddanie innym ludziom (aż po grób), a nade wszystko można podkreślać ich pokorę, którą stawiać można jako wzór do naśladowania dla innych. Tak więc Maria to najlepsza matka, najczulsza, najbardziej współczująca, dosłownie niezrównana ani w czasach przed nią ani po wszystkie wieki wieków (Amen!). Horst natomiast to wyjatkowo ideowy młody czlowiek, który rezygnuje z osobistej kariery życiowej, by całkowicie oddać się dziełu zbudowania lepszych warunków bytowych klas pracujących w swoim kraju, energiczny i żarliwy patriota, dla którego nie ma szczęścia osobistego, jeśli nie ma go w ojczyźnie (Heil!). Obydwie te postacie są wzorami i z obydwiema ludzie mogą się utożsamiać. Jesli dziś z Wesselem utożsamia się niewielu, to dlatego, że nazizm przegrał i pociągnał za sobą do politycznego grobu tego człowieka. Jeśliby kiedykolwiek przegralo chrześcijanstwo, to i Maria pójdzie w zapomnienie. Oboje zatem “przepadliby” i to bez jakiejkolwiek winy własnej.

“Fundament chrześcijaństwa”

Abraham jest uważany za praojca Żydów. Ale z piany morskiej się on nie narodził, miał jakąś matkę. Czy doczekała się ona u Żydow jakiegokolwiek zdogmatyzowania i czy traktowana jest przez nich niemal jako idealna “bogini” w stopniu, w jakim z Marii zrobiono ikonę samą w sobie? Co z matką Mojżesza? Co z matką Muhammada? Co z matką Buddy? Co z matką Bahaullaha? Czy wreszcie, by do najnowszych czasów sięgnąć, co z matką Rona L. Hubbarda (twórcy scjentologii)? Widzimy, że żaden z ruchów religijnych założonych przez powyższych przywódców nie zanika ani nie rozpada się z braku  wynoszenia na ołtarze matek swych założycieli. Zatem niesłuszny jest np. argument, ze “godząc w mariologię, godzimy w fundament chrześcijaństwa”. Godzimy w fundament mariologii, to jasne, zresztą też nie po to, by wykazać, że nalezy (trzeba, musimy*) się wierzen maryjnych koniecznie pozbyć z kościoła. Fundamentem chrześcijaństwa nie jest urodzenie się Pomazanca z takiej czy innej kobiety, lecz rodzaj przesłania tej religii. Tak na dobrą sprawę nie jest nawet godzeniem w fundament chrześcijanstwa kwestionowanie dogmatu o boskości Jezusa (czyli Jozuego). To co najwyżej jest godzeniem w fundament pewnej odmiany chrześcijanstwa, która (prawdopodobnie) może w koncu zaniknąć. Ale inne jego odmiany przetrwałyby. Te mianowicie, ktore nigdy nie posunęły się tak daleko, by z tego nauczyciela robić Boga. Dlatego też dla takiej odmiany jest to rzeczą najzupełniej obojętną czy ktoś demitologizuje Chrystusa i obdziera go z boskości czy nie. Ona takich wysiłków się nie boi i najzupełniej spokojnie może sobie na nie bimbać, w przeciwienstwie do fundamentalistów, którzy zdają się drżeć na wspomnienie każdej sugestii, ze Jezus Chrystus nie był bogiem.

Dlatego też tak jak niepotrzebne mi są wizualne upiększenia, np. wizerunki Teresy z Lisieux nie mające niemal nic wspólnego z rzeczywistym, zachowanym na fotografiach wyglądem owej świętej, wizerunki, na których “modelowana” ona jest niemal na Ingrid Bergmann i jak są mi  niepotrzebne “do szczęścia” całkowicie fikcyjne “portrety” Chrystusa, na których jest on super-amantem o niebieskich oczach i długich blond włosach niczym “ideał aryjskości” z pewnych plakatów z lat 1933-45, tak też nie potrzebuję również upiększania Marii w teologicznym sensie.

Tak, uznaję w pełni użyteczność mitów i mitologii (toteż jeśli nazywam teologow mitologami, to niekoniecznie ma to u mnie znaczenie pejoratywne). Użyteczne one są i zawsze były, np ta bajka o Krzysztofie (Christoforos). Lubię fikcję, choć nie do przesady. Dlatego też nie czytuję zbyt wielu powieści. Moją ulubioną powieścią jest “East of Eden” (“Na wschod od Edenu”) Johna Steinbecka. To motyw Kaina i Abla z ST, pokazany w realiach USA z przełomu XIX i XX wieku; przyznam, że u Steinbecka przedstawiony jest o całe niebo bardziej przekonująco niż w ST-owskim oryginale (rzeczywiście oryginale?). Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej chylę czoła przed osobami o rzeczywistej i wykazanej historii.

Czy miałbym z tego powodu uważać, ze godzę w fundamenty chrześcijanstwa?  W sytuacji, gdy przecież i sam Mistrz stwierdził był nawet (jeśli wierzyć przekazowi z ewangelii), że osoby posiadające wiarę dokonywać będą rzeczy większych niż jego własne?

Izyda jednak lepsza…  Jak na owe antyczne czasy, mit Izydy musiał być jednak wyjątkowo nośny. Pochodzący z Egiptu, szeroko rozpowszechnił się w krajach basenu Morza Środziemnego, w tym również w krajach cesarstwa rzymskiego. Kult oparty na nim stał się wkrotce najpopularniejszym kultem tego rodzaju. Wizerunki tej bogini wykazywały duże zrożnicowanie formy: inaczej wyglądały w Egipcie, inaczej w Grecji, a jeszcze inaczej w Rzymie, ale kult był ten sam. Dzisiejsi chrześcijanie, zwłaszcza ci, co – powodowani chęcią wykazania wyższości Marii – za wszelką cenę pragną ten kult “historycznie” zdyskredytować, cedząc przez zęby z pogardą uwagi o “jakiejś bogini płodności”, niechaj pamiętają, że bogini płodności to jednak było wówczas coś znacznie więcej niz żadna bogini (jak Maria…), tym bardziej, że Izyda była nie tylko boginią płodności, ale i mądrości oraz paru innych jeszcze rzeczy. I niechaj pamietają, że Izyda była najwyraźniej atrakcyjna również dla swych chrześcijańskich prześladowców (to niszczenie świątyń itd), skoro zdecydowali się oni scedować jej przymioty (a nawet przymiotniki odnoszące się do niej) na Marię. Na terenach południowej Francji przejmowali nawet wizerunki, jedynie je przemianowując. I aż do dziś nie ośmielili się nawet zmienić barwy owej czarnej dziewicy.

 

Tak, to prawda, większość obecnych wizerunków “Czarnej Madonny” pochodzi z czasow późniejszych i zawdzięcza swą barwę dymowi ze świec palonych obok nich przez setki lat. Jednak już sam fakt, że niemal w każdym miejscu kultu takiej madonny istniało miejsce kultu poprzednich odpowiedniczek Marii mowi sam za siebie. Nie wszystko można zatem “zwalić” na te świece. Zreszta Izyda też nie zawsze była przedstawiana jako czarna.

Tak jak kultura Grecji zawojowała podbijający ja Rzym, tak też Izyda podbiła zupełnie Marię i całkowicie zmieniła jej skromny początkowo wizerunek (2)

Napoleon przegrał pod Waterloo z Wellingtonem i Blűcherem, ale to właśnie jego imieniu miejsce to zawdziecza swą sławę. Kto zatem zwyciężył w historii? Zwycięstwo miewa różne oblicza…

Jeśli celem “wycieczki”, na którą mnie zaprosiłeś, Tomaszu, było ukazanie piękna i głębi duchowej obecnego kultu maryjnego, to “miecz” to obosieczny, walczy on bowiem również dla Izydy potwierdzając przy okazji to, o czym pisałem gdzie indziej: że “marianici” mają puste ręce, gdy chodzi o fakty dotyczące Marii-człowieka, to zaś, co mają dla kultu Marii, wcześniej “ukradli” Izydzie.

Prędzej czy później trzeba się zdecydować i dokonać wyboru: jeśli spojrzeć na Marię jako na człowieka, to przegrywa ona z innymi świętymi, a nawet z wieloma, co do żadnego kanonu nigdy nie zostali włączeni. Jeśli zaś punktem wyjścia ma być Maria jako mit, to przegrywa ona z Izydą. Izyda to bowiem coś więcej niż Maria. Maria to jedynie Matka Boska. Izyda zaś to nie tylko Matka Boska, ale matka wszelkiego życia. W swoim kraju “rozpoczęła” jako bogini Nilu, który wylewając rokrocznie nawadniał pola i użyźniał je czarnym mułem rzecznym. Cały więc Egipt zawdzięczał jej swe życie. To dlatego wyobrażano ją często jako czarną dziewicę. Nawet jej kapłani ubrani byli na czarno.

Ci, co z taka pasją bronia dziś kultu Marii, mogliby równie dobrze pochylić czoła przed jej wielką poprzedniczką, przed jej “siostrą”, “matką”, a nawet “babką”, od której tyle przejęli. Bo tak jak w nich samych płonie pasja dla “Przenajświętszej”, tak też w ich “starszych braciach w wierze” płonęła ta sama żarliwość dla Izydy.

Nie jestem wyznawcą Izydy, więc nie mogę też być wyznawcą kultu Marii. Ale jeśli cała ta historia ma mieć dla mnie wartość alegorii, to więcej już, Tomaszu, znalazłbyś we mnie “izydowca” niż “marianity”. Muszę jednak przyznać, że kult Marii, pielęgnowany na przestrzeni dziejów zakonserwował dość dobrze kult egipski, a istniejace stare sanktuaria maryjne, których Kościół Katolicki ma więcej niż tych dedykowanych bezpośrednio Chrystusowi, kryją w sobie fascynującą historię, składającą się na ten wspomniany przeze mnie we wstępie gmach, w którym maryjność jest tylko jedną wśród wielu komnat.
___________________________________________________________Swego czasu tekst ten wywołał ciekawą dyskusję w Magazynie “Semper Reformanda”

 

Przypisy:

1. Demiurg bowiem nie tyle stwarzał ile raczej “urabiał, kształtował i modelował”, a teologia nie stworzyła ani Marii ani nawet tych wszystkich cech, które jej przypisała. Ona raczej posłużyła się materiałem już istniejącycm gdzie indziej, w ten sposób “modelując” Marię na to, czym miała ona się stać w kościele.

2. Zwłaszcza że rosnąca mitologia maryjna była wynikiem równie “puchniejącego” wizerunku Pomazańca: o ile bowiem jeszcze w II i III wieku przedstawiany był w swych wizerunkach jako skromny pasterz czy cudotwórca z czarodziejską różdżką w reku, to poczynając od IV wieku pojawiał się on już jako koronowany władca wszechświata. Co oczywiscie stanowiło również pośredni efekt wypadków politycznych w Rzymie.

Czy zatem znaczy to, że Maria zawdziecza swój kult wyłącznie Chrystusowi? Nie. W nowszych czasach bowiem spotykamy protestanckich chrześcijan ewangelikalnych, którzy, choć fundamentalistyczni w poglądach, akceptują nawet “dziewiczy poród”, to mariologii u nich nie ma co szukać. Ich wiara w cuda Nowego Testamentu ma jedno uzasadnienie: Chrystusa osobiście, nie Marię. Co oznacza, że mariologia jest zupelnie niepotrzebna nawet tym, co wierzą w boskosc Pomazanca.

Historia katolickiego i prawosławnego kultu maryjnego sięga jednak antyku. A wtedy trudno było akceptowac boskość kogoś, kogo matka nie jest “pół-boginią”. Wracamy zatem do punktu wyjścia: okoliczności czasu i miejsca. A za te w starożytności “odpowiedzialana” była głównie Izyda. Tak więc uzasadniona jest teza o Marii – córce Izydy.

Continue Reading »
0 Comments