Subscribe to RSS Feed

Posts Tagged ‘Religia’

Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!

Aug 8th, 2009 by monio
Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!

Poniższy tekst stanowi próbę spojrzenia – oczami reinkarnacjonisty – na dyskutowane niejednokrotnie zagadnienie wiary w reinkarnację, także w kościele chrześcijańskim od początku jego istnienia. Warto również pokrótce zaprezentować chrześcijanom nieznającym historii kościoła skąd wzięły się dzisiejsze kategoryczne stwierdzenia apologetów, teologów i hierarchów, według których wiara w reinkarnację jest jakoby “nie do pogodzenia” z chrześcijaństwem.

Od czasów najdawniejszych…

Wiara w reinkarnację wydaje się być bardzo stara. Potwierdza to m.in. fakt występowania jej wśród niepiśmiennych ludów w rozmaitych częściach świata, jak na przykład lud Arunta (lub “Aranda”) w centralnej Australii. Ludy te wyznają ideę preegzystencji duszy i reinkarnacji. Przykłady takie zdają się wręcz sugerować, że wiara ta wyrosła wraz z początkiem ludzkiej kultury jako takiej. Jest ona obecna (w rozmaitych formach) np. wśród ludów Afryki Zachodniej (ludy Ewe, Edo, Igbo, Yoruba), Południowej Afryki (Bantu i Zulusi), Indonezji, Oceanii, Nowej Gwinei czy obu Ameryk.

“Wśród ludów Yoruba i Edo wiara w ponowne narodzenie zmarłych przodków pozostaje mocną i żywą siłą kulturową po dziś dzień. Jest ich zwyczajem nazywanie każdego chłopca “Ojciec Has Powrócił”, a każdej dziewczynki “Matka Has Powróciła”. Zulusi wierzą, że duch każdej osoby przechodzi serię ponownych narodzin w ciałach rozmaitych zwierząt, od małych insektów aż po słonie, aż wreszcie pojawia się ona w ludzkim ciele, gdzie rodzi się ponownie. W końcu, osiagnąwszy szczyt ludzkiej egzystencji, dusza jednoczy się z wyższym duchem, od którego pochodzi.”  (Encyclopedia of Religion, t. XII  s.265-266; oprac. J. Bruce Long)

Podobne wierzenia odnotowano wśród australijskich Aborygenów. Według nich duch zmarłego przodka, po pobycie przez pewien nieokreślony czas w kraju umarłych, powraca do świata żywych wstępując w ciało matki w momencie poczęcia. “Ojciec zdaje się nie mieć bezposredniego wpływu na zapłodnienie matki. Za to przyszła matka otrzymuje nowe życie przebywając w pobliżu lokalnego centrum totemow zwanego ‘oknanikilla’, gdzie duch (‘alcheringa’) lub dusza zmarłego przodka oczekuje ponownych narodzin.” (tamze, s.266). Warta odnotowania jest ta wiara w poczęcie z ducha u ludów tak dalekich od miejsc znanych z Biblii.

W starożytnym Egipcie odnajdujemy ślady takich wierzeń w kulcie faraonów. Później rozwinęły sie one do tego stopnia, że w wieku V p.n.e. Herodot twierdził wręcz, że to Egipcjanie jako pierwsi wierzyli w reinkarnację. Według jego zródeł Egipcjanie wierzyli, że dusza jest nieśmiertelna, że po śmierci człowieka przechodzi przez wcielenia w rozmaitych gatunkach, by w koncu narodzić się ponownie w ciele ludzkim. Caly ten cykl narodzin miał sie dokonywać w ciągu trzech tysięcy lat.

Najpełniej jednak doktryna ta rozwinięta została w Indiach (hinduizm, buddyzm, jainizm, sikhizm oraz sufizm) oraz w Grecji (Pitagoras, Empedokles, Platon, Plotyn). Jest rzeczą prawdopodobną, że starożytni Grecy przejęli ją z Indii. Tak czy owak istnieje ona tam co najmniej od czasów Pherycydesa z Syros (VI w.p.n.e.) oraz jego ucznia Pitagorasa.

Według Empedoklesa (490-430 p.n.e.) nic w kosmosie nie zostaje stworzone ani zniszczone. Wszelkie życie przechodzi transmutację. Dusze nieczystych są skazane na transmigrację przez trzydzieści tysięcy lat poprzez rozmaite formy wcieleń. Ucieczka od owego przeznaczenia wiedzie przez długi proces oczyszczania, a jego warunkiem jest unikanie jedzenia mięsa zwierząt, których dusze mogły niegdyś przebywać w ludziach.

W kulcie misteryjnym zwanym orfizmem (opartym na wierze w życie, śmierć oraz zmartwychwstanie boga Orfeusza) cel owego wyzwolenia z cyklu reinkarnacji realizowany był poprzez dzwiganie duszy do coraz to wyższych stopni duchowej egzystencji. Było to osiągane poprzez uczestnictwo w praktykach sakramentalnych w braterstwach orfickich. Przyjmując owe sakramenty (a odbywało się to w sekretnych miejscach i często w nocy), wierny otrzymywać miał siłę boskiego życia. Ten dar, kultywowany poprzez medytację, modlitwę i wegetarianizm, był w stanie wreszcie przynieść duszy wolność od reinkarnacji.

U Żydów…

W religii żydowskiej pogląd o transmigracji dusz rozwijał się stopniowo, tak samo zresztą jak pogląd o zmartwychwstaniu ciał. Nie jest celem pokazywanie tutaj całego ciągu tego rozwoju, gdyż byłby to materiał na osobny artykuł. Zaznaczymy tu jedynie tendencje w myśli żydowskiej w I w.n.e., czyli w czasie gdy rodziło się chrześcijaństwo, na podstawie stwierdzen zawartych w pracach Józefa Flawiusza (37 – ok.101 r.n.e.). Oto, co pisał on w tej materii o Saduceuszach:

“Lecz doktryna Saduceuszów jest taka: że dusza umiera wraz z ciałem; nie uznają oni tez przestrzegania czegokolwiek poza tym, czego wymaga prawo (…) nie uznają przeznaczenia i twierdzą, że coś takiego nie istnieje oraz że wydarzenia w ludzkich sprawach nie są jego dziełem; uważają natomiast, że wszystkie nasze działania są w naszych rękach, tak więc my sami jestesmy sprawcami tego co dobre i zło spada na nas z naszego własnego szaleństwa.” (“Antiquities of the Jews”)

Z kolei o Faryzeuszach:

“…Wierzą oni również, że dusze mają w sobie nieśmierelny rygor oraz że pod ziemią będą kary i nagrody zależnie od tego czy żyły cnotliwie czy występnie w tym życiu; i że te ostatnie mają być wtrącone do wiecznego więzienia, jednak te pierwsze mają mieć siłę, by odżyć i żyć na nowo; dzięki której to doktrynie są oni w stanie przekonywać masy ludzkie…” (“Antiquities of the Jews”)

O Esseńczykach zaś napisał:

“Jest ich stałym wierzeniem, że ciało jest zniszczalne, a tworząca je materia nietrwała, jednak dusza jest nieśmiertelna i niezniszczalna. Emanujące z niebios, dusze te usidlone zostaja w więzieniu ciała, do którego wciągane sa przez rodzaj naturalnego czaru; gdy jednak uwolnione zostają z więzów ciała, wtedy, niczym wyzwolone od długiej służby, radują się i unoszą w górę…” (“Wojna Żydowska”)

Jak więc widać, poglądy Żydów w tej mierze różniły się między sobą w zależności od tego, które stronnictwo je reprezentowalo. Takich stronnictw (dziś powiedzielibysmy zapewne: “denominacji”) wymienia sie z tamtego okresu od siedmiu do czternastu. Były miedzy nimi rywalizacje, spory, nawet odżegnywanie od czci i wiary, ale dziś nikt nie ma wątpliwości, że wszystkie one reprezentowały jednak religię żydowską. Nie ma zatem powodu – tak nawiasem – by uznawać, że różnice między nami dzisiaj (w tej samej kwestii) decydują o czyjejś przynależności (lub nieprzynależności) do chrześcijaństwa.

Na skutek naturalnego rozwoju własnej myśli religijnej Żydów oraz dzięki wpływom innych religii wykształcił się zatem pewien pogląd, że dusza istnieje zanim rodzi się cialo, że zostaje w nim uwięziona, a po śmierci ciała odbywa dalszą wedrówkę.

I nie ma się co dziwić takim interpretacjom, gdy się weźmie pod uwagę, że autorzy żydowscy, zwłaszcza w wielonarodowej i wielokulturowej Aleksandrii, starali się przedstawić swego boga jako Boga powszechnego, identycznego z platoniczną wizją boskiej Jedności. Na przykład w piśmie znanym jako “List Aristeasa” (II lub I w.p.n.e.) porównano Jahwego z Zeusem, opowiadając się za harmonią między Żydami i Grekami, którzy wspólnie dzielą jedną kulturę i wizję Dobrego Życia.

Stary Testament nie ma niczego do powiedzenia na interesujacy nas temat. Niemniej jednak w religii żydowskiej, kładącej większy nacisk na życie na ziemi niż na życie pozagrobowe, nie było niczego w rodzaju “dogmatu” dotyczącego życia po śmierci. Wiele pozostawiano opinii samych wierzących. Idea “transmigracji dusz” (po hebrajsku: “gilgul ha’ne’shamot”) jest dobrze znana w religii żydowskiej i to od czasów antycznych (“Zohar” z I w.n.e.). “Koncept ten można porównać do płomienia jednej świecy zapalającego następną. Podczas gdy esencja drugiego płomienia pochodzi od pierwszego, drugi płomień jest bytem niezależnym” – jak wyjaśnia w internecie rabin Shraga Simmons z Jerozolimy. http://judaism.about.com/library/3_askrabbi_o/bl_simmons_reincarnation.htm

Teza o logice konkretnej antropologii żydowskiej jako argumencie “wykluczającym” reinkarnację również nie wytrzymuje więc tutaj krytyki, sprawia raczej wrażenie traktowania tejże antropologii tak, jakby się ona rozwijała na Marsie lub na Księżycu, w całkowitym oderwaniu od wpływów innych formacji kulturowych i jakby była pozbawiona możliwości normalnej wymiany myśli z tymi formacjami. Podane przykłady pokazują jasno, że taka wymiana istniała i że nie pozostała ona bez wpływu również na ową antropologie. Antropologia, tak samo jak każda inna dziedzina, podlega prawom rozwoju. Jesli się nie rozwija, to tym gorzej dla niej.
Wiara w reinkarnację jest zreszta obecna takze w tworczości literackiej dzisiejszego judaizmu. http://www.pinenet.com/~rooster/bta-faq1.html

Milczenie grzmiące niczym armaty…

Biblia Nowego Testamentu również nie ma absolutnie niczego do powiedzenia bezpośrednio na ten temat. O ile najstarsze pisma Starego Testamentu powstawały w czasach, gdy kultura żydowska najprawdopodobniej nie miała jeszcze dobrze rowiniętego tego rodzaju wiary, o tyle późniejsze milczenie Biblii w tym względzie jest bardziej zastanawiajace. Ostatnie księgi Starego oraz wszystkie pisma Nowego Testamentu spisane zostały jednak, gdy istniały żywe kontakty z kulturami oferujacymi wiarę w reinkarnacje, zwłaszcza dotyczy to kultury greckiej, choć oczywiście nie tylko. Wiadomo na przykład, że w I stuleciu n.e. w Aleksandrii aktywną działalnosć misyjną prowadzili mnisi buddyjscy.

Autorzy ewangelii zdawali się pisać z pozycji “siedzących na płocie”: z jednej strony wiernie starali się (tak jak to rozumieli) czerpać ze Starego Testamentu, próbując wykazać, że Pomazaniec wypełnił “proroctwa” starożydowskie. Jeśli w samej tylko ewangelii “według Mateusza” (“kata Mathaion”) znajdujemy az 57 cytatów starotestamentowych (niby 58, ale jednego z tych cytatów nie ma w ST), a przecież ewangelia ta nie jest zbyt długim utworem, to wpływ to istotnie pozostający poza wszelką dyskusją. Piszący ewangelie jednak z drugiej strony okazali się być autorami na tyle nieortodoksyjnymi, że zaadaptowali i przypisali Pomazańcowi mity pogańskie o wcielonym Bogu narodzonym w grocie z dziewicy, nauczającym i oferującym swym uczniom Ciało i Krew w postaci chleba i wina, skazanym, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym trzeciego dnia, by zbawić rodzaj ludzki. Jest zatem rzeczą jak najbardziej naturalną, że pisali oni swe dzieła dla czytelników (oraz słuchaczy) niekoniecznie żydowskich i niekoniecznie “ortodoksyjnych”. Zwłaszcza, że pisali je z dala od Jerozolimy, w miejscach, gdzie Żydzi stanowili mniejszość, często wręcz znikomą. Abstrahując już od tego, czy podzielali poglądy swych odbiorców, pisali je tak, by mogły one być zaakceptowane przez jak największą ich liczbę. Przyjrzyjmy się jednemu fragmentowi z ewangelii wg. Mateusza, ktory niejednokrotnie brany jest “na sztandary” przez obie strony “reinkarnacyjnej debaty” jako potwierdzający ich tezę:

“Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.” (Mt 17; 10-13)

W cytowanym fragmencie nie ma nawet stwierdzenia, że Pomazaniec “nazwał” Baptistesa Eliaszem. Stwierdzono tam jedynie, że uczniowie “zrozumieli” wypowiedz Christosa jako odnoszącą się do Jana. Zostało to więc w tekście pozostawione wierze i myśleniu Apostołów, tak jak pozostawione zostało to również czytelnikom. Ten fragment (tak jak inne) ani nie potwierdza doktryny reinkarnacyjnej ani też nie przemawia przeciwko niej. Czytelnik mógł zatem zaakceptować podaną informację nie tylko dzięki sposobowi jej napisania przez autora, ale również dzięki sposobowi, w jaki on sam te informację odczytał. Czy zatem widział on w Chrzcicielu Eliasza “symbolicznego” czy też “reinkarnowanego”, nie zdawało się odgrywać żadnej roli. Ważne było, że uznał go on za zwiastuna Pomazańca. Cokolwiek bowiem powiedzieć o autorach ewangelii, trudno zakładać, że byli oni ludzmi głupimi, którzy nie mieliby absolutnie zadnego pojęcia jak próbować “przemawiać” do ludzi reprezentujęcych rozmaite “tła” kulturowe, zwłaszcza jeśli sami się o te “tła” ocierali niemal każdego dnia.

Jednak niejednokrotnie autorzy pism biblijnych bez skrępowania wyrażali się negatywnie (z wrogościa lub niczym nie skrywaną pogardą) o wierzeniach lub praktykach uważanych przez siebie za niewłaściwe. W przypadku Nowego Testamentu przychodzi nieodmiennie na myśl literatura autorstwa św. Pawła lub też jemu przypisywana. Nie było wprost takiego wierzenia czy praktyki uważanej przez niego za niewłaściwą, której by on nie skrytykował. “Skrytykował” – to bardzo delikatne wyrażenie, gdyż niejednokrotnie człowiek ten (oraz pózniejsi autorzy podajacy sie za niego) nie wahał się wyrażać w sposób, który dzisiaj wielu uznałoby wręcz za obraźliwy, jak np. wtedy, gdy “obrzezaczom” radził “pójść na całego i wykastrować się” (Gal 5;12). Wielokrotnie czytamy w tych pismach ostrzeżenia a to przed wielbieniem innych bogów, a to znów przed oddawaniem czci wizerunkom itd i to istotnie w formie wręcz niewybrednej. Ale on nigdy – podobnie jak inni autorzy – nie wypowiadał się na temat reinkarnacji, ani w negatywnym ani tez w pozytywnym sensie. Zachował pod tym względem całkowite (i trzeba przyznać, że dość zagadkowe) milczenie. Wystarczy spojrzeć na listę miejsc, do których Paweł wysyłał swoje listy (Korynt, Rzym, Tesalonika…) lub na mapkę jego podróży (publikowaną w niektórych wydaniach Biblii), by stwierdzić, że praktycznie nie było tam takiego miejsca, w którym wiara w taką czy inną forme reinkarnacji nie byłaby dość rozpowszechniona.  Jeśli istotnie reinkarnacja “nie dała się pogodzić” z wiarą chrześcijańską, a kontakty z religiami i kultami ją oferującymi były praktycznie wówczas nieograniczone (a nie brakowało jej też samym Żydom), to dlaczego nie odżegnano się od takich wierzeń jednoznacznie i nie ostrzegano przed ich “zgubnymi” skutkami? Skąd to zadziwiajace milczenie?  Zastanawiając się nad możliwymi przyczynami warto pamiętać, że milczenie ma również swoją wymowę.

O tym, jak głośne potrafi być milczenie, przekonujemy się wielokrotnie w życiu codziennym. Tu pozwolę sobie odejść na moment od tematu. Przypominam sobie rozmowę, którą odbyłem szereg lat temu tutaj z pewną singapurską Chinką. Było to na krótko przed przekazaniem przez Wielką Brytanię Chinom komunistycznym wladzy nad Hong Kongiem. W pewnej chwili powiedziała mi:

-”Wiesz, gdy przybyli Anglicy, to byli bardzo aroganccy…”
-”Tak –  zgodziłem się – mogę to sobie wyobrazić, że tak było. No, ale gdybyś miała teraz do wyboru, to którą władzę wolałabyś dla Hong Kongu: odchodzącą brytyjską czy nadchodzącą chińską?”

Odpowiedzią jej było calkowite milczenie. Ale to właśnie owo milczenie grzmi w mojej głowie po dziś dzień niczym ciężkie działa

Podobnym przypadkiem “ciężkich dział” (i to aż dwudziestu siedmiu, bo tyle jest ksiąg w NT) jest milczenie autorów nowotestamentowych w sprawie oceny reinkarnacji. Owo milczenie daje w sumie cztery podstawowe możliwości odnośnie ich stanowiska w tej sprawie:

  • totalnie akceptowali oni wiarę w reinkarnację do stopnia uznania jej wręcz za   bezdyskusyjną,
  • nie mieli na jej temat zdecydowanego zdania, więc woleli się nie wypowiadać,
  • nie akceptowali jej osobiście, ale też nie widzieli w niej niczego niewłaściwego
  • akceptowali osobiście, ale nie uważali za stosowne komukolwiek jej narzucać
  • Bardziej prawdopodobne wydaja się trzy ostatnie mozliwości, najmniej prawdopodobną – pierwsza. Tak czy inaczej, jeśli oni sami powstrzymali się przed jej potępianiem, będąc świadkami jej istnienia wówczas, to z jakiego powodu mielibyśmy my to czynić teraz niejako “za nich”?   

    Jak za apostołów, tak i później…

    O niektórych pismach Nowego Testamentu wiadomo dzisiaj już, że powstały w II wieku n.e. a zatem po śmierci apostołów. Pisma te również nie zająkują się ani razu krytyką reinkarnacji (choc z drugiej strony oczywiście jej także nie zachwalają). Oznacza to jedynie, że panowała tolerancja wobec takich poglądów i to nawet wśród tych chrześcijan, którzy reprezentowali tak zwany nurt “ortodoksyjny” (biorę w cudzyslów, gdyż trudno byloby obecnie powiedzieć który nurt mógłby uchodzić za ortodoksyjny w pierwszych dziesiecioleciach tego ruchu religijnego). Przykładami służą niektórzy z “Ojców Kościoła” (i znów posługuję się cudzysłowem, gdyż o tym, kogo uznawano za takich ojców, decydowali później przywódcy jednego tylko nurtu. Traktuję zatem owo pojęcie jak najbardziej umownie, bo trudno byłoby mi wykazać np., że Justyn Męczennik zasługiwałby na takie miano bardziej niż Walentyn czy Basilides). Do owych ojców zaliczają się m.in.:

    Św Klemens z Aleksandrii

    “Istnieliśmy długo przed powstaniem świata; istnieliśmy w oczach Boga, gdyż jest naszym przeznaczeniem żyć w Nim. Jestesmy myślącymi stworzeniami Boskiego Slowa; dlatego też istnieliśmy od początku, gdyż na początku było Słowo (…) Nie po raz pierwszy okazuje On nam milosierdzie w naszych wedrówkach, On miał je dla nas od samego początku…” (“Egzorty do Pogan”)

    Św Grzegorz, biskup Nyssy

    “Jest absolutnie konieczne, by dusza została uzdrowiona i oczyszczona, a jeśli nie nastąpi to w ciągu jednego życia na ziemi, to musi to zostać osiagnięte w przyszłych żywotach ziemskich”

    Orygenes

    “Dusza nie ma ani początku ani końca (…) Przychodzi ona na ten świat wzmocniona sukcesami lub osłabiona porażkami w swym poprzednim życiu. Jej pozycja w tym świecie jako miejscu wyznaczonym do uzyskiwania honoru lub dyshonoru zdeterminowane jest jej poprzednimi zasługami lub winami. Jej uczynki w tym świecie wyznaczają jej miejsce w świecie, który następuje  po obecnym…”  (“De Principiis”)

    Św Augustyn co najmniej brał pod uwagę możliwość reinkarnacji:

    “Powiedz mi, Panie…powiedz, czy me dzieciństwo nastąpiło po innym moim wieku, co umarł przed nim? Czy był nim ten, który spędziłem w łonie matki? (…) a znowu cóż było przed owym życiem, O Boze, radości ma, czy byłem gdziekolwiek czy w jakimkolwiek ciele? Nie mam nikogo, ktoby mi to powiedział, ani ojca, ani matki, ani doświadczenia innych, ani też własnej mej pamięci.”  (“Wyznania Św. Augustyna”)

    Nie dysponujemy danymi mogącymi przesądzić o proporcjach liczbowych czy procentowych reinkarnacjonistów we wczesnym chrześcijaństwie, nie wiemy nawet co stanowilo “główny nurt” w pierwszych dziesiątkach lat jego istnienia. Faktem jednak pozostaje, że w pierwszych wiekach naszej religii reinkarnacja nie wywoływała rażących kontrowersji. Dopiero dziesiątki lat po śmierci Orygenesa (zm. W 253 r.n.e.) kontrowersje te przybierać zaczęły na sile. Nie oznacza to, że od tamtego czasu zmniejszac się zaczeła liczba akceptujących poglad o reinkarnacji, a jedynie, że niektórzy eminentni przedstawiciele kościoła (Methodius z Olimpu, Piotr z Aleksandrii, Epifaniusz z Salaminy, Teofil z Jerozolimy, św. Hieronim (1), no i oczywiście cesarz Justynian) publicznie i głośno zaczęli atakować Orygenesa i jego doktryne. Stał się on obiektem ostrych debat na przełomie IV oraz V wieku. Ostatecznie potępiony został on w roku 553 (a więc dokładnie 300 lat po śmierci… i co to znaczy “ostatecznie potępiony”? Czyżby koniec świata już nastąpił?) podczas drugiego soboru w Konstantynopolu. Dlaczego nie wcześniej, za swego życia? Wniosek jest oczywisty: bo wówczas “ortodoksyjny” kościół (nie mówiąc już o kościołach “nieortodoksyjnych”) nie miał generalnie niczego przeciw reinkarnacji. Trudno byłoby zatem argumentować, że potępiając wiarę w nią, kościół ten “powracał do źródeł” wlasnej wiary lub że “pozostawał w zgodzie z Biblią”. Nietrafnym jest też argument, że decydując się na owo potępienie “bronił tożsamości chrześcijaństwa”.

    Tożsamości chrześcijaństwa broni bowiem każdy aktywny chrześcijanin swoją własną postawą oraz każdy nurt tej religii. Cechą bowiem jej tożsamości (i to bodajże od samego jej poczatku) było to, że istniały w niej rozmaite nurty. To właśnie próba zwalczania innych nurtów stanowi walkę z chrześcijańską tożsamością. Teza zatem, że jakiś pogląd jest potępiany “w imię tożsamości” wskazywac by mogła na wyjątkowo niesławną ciagotę jednej strony do uznawania własnego nurtu za “prawdziwe chrześcijanstwo”, przy jednoczesnym odsadząniem od czci i wiary (zwłaszcza od wiary!) pozostałych.

    Poglądy albo otwarcie aprobujące wiarę w reinkarnację albo przynajmniej takiej wierze bliskie zdawały się chyba nigdy nie opuszczać chrześcijaństwa. Niejednokrotnie pojawiały się one w rozmaitych formach teoretycznych. Wskazuje się niejednokrotnie na takie wierzenia m.in. wśrod katarów.

    Wyznawcą reinkarnacji był Giordano Bruno (“Każdy uczynek przynosi należną zan nagrodę lub karę w następnym życiu. Dusza determinuje swoje przejście do następnego ciała stosownie do swego postępowania w poprzednim”).

    Wyjątkowo ciekawy pogląd reprezentował w XVIII wieku znany szwedzki myśliciel, naukowiec, mistyk, gnostyk, teolog, heretyk i okultysta w jednej osobie Emmanuel Swedenborg (1688-1772). Pewien autor zaprezentował w internecie chyba dość trafną charakterystykę owego poglądu Swedenborga:

    “Jego duchowe objawienia dotyczące świata wzmacniają również pogląd, że to nie tyle dusze ludzkie dokonują reinkarnacji, ile raczej Boskość sama w sobie, jako Źródło wszelkiego życia, w ciągły sposób reinkarnuje przez ludzkie dusze, jednakże bez unicestwiania wewnętrznej wolności wyboru osoby ludzkiej.” http://www.swedenborgmovement.org/leaflets/reincarnation

    Z takim poglądem ów wybitny szwedzki umysł, pod “denominacyjnym” oraz rodzinnym względem wywodzący się wprost z luteranizmu (syn pastora), plasowałby się zapewne idealnie pośrodku debaty dotyczącej reinkarnacji. Jego poglądy bowiem w zakomity sposób łączą ideę reinkarnacji z ideą “jedno ciało-jedna dusza”, pokazując przy tym jak w gruncie rzeczy bliscy są sobie reprezentanci obu stron naszej debaty, różniący się co najwyzej teoretycznymi niuansami.

    W czasach Swedenborga, jak również późniejszych, wielu chrześcijan (Żydów zresztą też) w świecie zachodnim wierzyło w reinkarnację: Johann Wolfgang von Goethe, Benjamin Franklin, Abraham Lincoln, Thomas Edison, fizyk Sir Oliver Lodge, Laurence S. Rockefeller, przemysłowiec Henry Ford, Winston Churchill, marszałek lotnictwa Lord Dowding, gen. George Patton i wielu innych, na wymienienie których nie starczyłoby tu po prostu miejsca.

    “Nie do pogodzenia z wielką godnością…” (?)

    Zatrzymam się jeszcze na moment nad inną kwestią, którą krytycy reinkarnacjonizmu podnoszą: twierdza oni niejednokrotnie, że jest on jakoby niezgodny z godnością człowieka, a jakby tego jeszcze nie było dość, próbują wesprzeć taki “argument” totalnym spłycaniem reinkarnacji do teorii o ciałach ludzkich jako “ubraniach”, w które dusza się “przyodziewa” oraz “zrzuca”. Cóz, jeśli mielibyśmy kontrargumentować w podobnym stylu, to pewnie wypadałoby nam teraz zrewanżować się “niereinkarnacjonistom” żartem, że ich własna “garderoba” mieści w sobie tylko jeden “Anzug”, który – tak nawiasem – oni też przecież “zrzucają” w chwili śmierci.

    Życie ludzkie dla reinkarnacjonisty nie jest po prostu “Anzugiem” lecz potencjalnym punktem wyjścia do osiągnięcia Królestwa Bożego:

    “…Oto dlaczego jest ono tak cenne, tak wartościowe. I dlatego tez smutnym jest obserwowanie ludzi marnujących swoją ludzką formę życia poprzez życie jak zwierzęta. Oni po prostu marnują swoja cenna szansę; szanse, ktora rzadko się pojawia.

    Istota ludzka różni się od zwierzęcej tym, że ludzka forma pozwala osobie osiągnąć pełnię świadomosci boskiej. Ludzka forma życia umożliwia osobie poszukiwanie oraz znalezienie Prawdy Absolutnej.”Chris Butler (Siddhaswarupananda Paramahamsa) “Reincarnation Explained”, USA 1983, s.70

    Czego by nie powiedzieć, nie brzmi to jak pozbawianie człowieka jego godności.

    Osobiście będąc jak najdalszym od obrażania się za tego rodzaju “całusy” naszych “oponentów”, sądzę jednak – i tu chyba wyrażę opinię wielu innych reinkarnacjonistów – że dość juz mieliśmy pouczania nas, który z naszych poglądów “odbiera” nam godność. Nie znam ani jednego reinkarnacjonisty (czy to chrześcijańskiego czy innego), który by uwazał siebie za pozbawionego godności z powodu swych poglądów. Ja oczywiście nie uważałbym również, ze brakuje mi godności, gdybym posiadal poglądy niereinkarnacjonistyczne.  Jedynie byłbym w stanie dostrzec swego rodzaju “zamach” na godność, gdyby mi ktokolwiek próbowal narzucić jakiś poglad wbrew mojej woli i wbrew sumieniu.

    Być może zresztą brak szacunku naszych “oponentów” dla naszych poglądów wynika z faktu, że za mało zwracają uwagi na sama wiarę w reinkarnację, zbyt wiele natomiast wagi przywiązując do pewnych jej teorii. Tymczasem jedno nie równa się drugiemu. To, że się wierzy w transmigrację dusz, nie oznacza jeszcze np. tego, że się wierzy, że w następnym wcieleniu będzie się psem lub motylem (niektórzy nasi koreligioniści, zwłaszcza ci co bardziej ewangelikalni, lubią się takimi przykładami poslugiwać w swych polemikach)(2). Nie oznacza to również, że reinkarnacjonista przestaje być odpowiedzialny za swoje obecne życie. Nie jest też prawdą, że w kulturze zachodniej istnieje jedynie koncepcja “optymistyczna” reinkarnacji jako “kolejnej szansy” (zresztą: cóż w niej złego?). Mogę tu odesłać do jednego z moich poprzednich tekstów pt. “Sakrament Zbawienia w kościele gnostyckim”, gdzie omawiany jest sakrament Consolamentum.

    Jeśli można uwierzyć dosłownie w treść przypowieści (jak tej o Łazarzu z Łk 19; 16-25), albo jeśli można uwierzyć w Przemienienie Pańskie (Transfiguracja) czy w Przeistoczenie (Transsubstancjacja), to czemu nie zaakceptować historii ze Srimad Bhagavatam, w której Bharat Maharaj narodził się ponownie jako jeleń, a w następnym wcieleniu znowu jako człowiek, Jada Bharat. Według tej historii Bóg pozwolił Bharatowi w jego jelenim wcieleniu pamiętać jego poprzednie, ludzkie, życie. Będąc ponownie człowiekiem, Bharat postanowił uniknąć poprzednich pomyłek i starał się nie rozwijać w sobie przywiązania do jakichkolwiek rzeczy materialnych, gdyż przez swoje doswiadczenie zrozumiał on, że natura daje osobie konkretne ciało zgodnie z jej mentalnościa i rodzajem pragnień. Niemożliwe? A czyż my, chrześcijanie, nie powtarzamy sami, ze “co niemożliwe dla człowieka, możliwe jest dla Boga”? Jeśli możliwe jest Przeistoczenie, to i wcielenie w jelenia również. Jeśli możliwe jest zmartwychwstanie ciał, to i transmigracja dusz także.

     Własnymi oczami

    Sam pamiętam, że zacząłem wierzyć w reinkarnację w sposób daleki od obrazu “konwertyty” przekonanego przez czyjkolwiek wywód poparty cytatami z “odpowiedniej” literatury. Ani nie miało to wiele wspólnego z Biblią (mało ją wówczas czytalem) ani tym bardziej z literaturą dalekowschodnią (znajomość tejże równa zeru). Nie było to również wynikiem nagłych zachwytów nad relacjami z “życia po życiu”. Tyle mnie zresztą ta reinkarnacja obchodziła, co zeszłoroczny śnieg na Sybirze. Nawet nie mogę powiedzieć, by uświadomienie sobie tej wiary stanowiło wtedy dla mnie jakiekolwiek przeżycie w rodzaju “born again” czy czegokolwiek podobnego. Nic, tylko całkowity spokój i uświadomienie sobie tego nowego dla mnie faktu. Nie przejmowałem się też żadnymi teoriami, czyli tymi wszystkimi systemami, według których cykl transmigracji obejmuje “trzy tysiące” czy “trzydzieści tysięcy” lat, w ciągu których za zasługi otrzymuje się lepsze wcielenia, a za winy schodzi się “na psy”. Po prostu wierzyłem (i wierzę), że

    zawsze będzie istnieć pewien stan świadomości, poczucie owego “jestem” (po grecku: “ego eimi”; po hebrajsku: “jahwe”).

    Dopiero później byłem ta ideą zafascynowany, zwłaszcza po zapoznaniu się z paroma relacjami z seansów hipnotycznych, w trakcie których osoby poddawane hipnozie opowiadały o przeżyciach ze swych poprzednich wcieleń. Ta fascynacja nie trwała jednak zbyt długo, tym bardziej, że w końcu natrafiłem (“szukajcie a znajdziecie”) na solidne argumenty przemawiające przeciwko prawdziwości i rzetelności wielu takich opisów. Tym niemniej wiara w reinkarnację już nie odeszla. Bylem co prawda dalej w stanie deklarować wiarę w zmartwychwstanie ciał, później nawet potrafiłem – jako katolik – z pelnym przekonaniem wykłócać się z baptystycznymi fundamentalistami o istnienie czyśćca, a jednocześnie szczerze i w najbardziej oczywisty sposób stwierdzałem, że reinkarnacja jest możliwa i logiczna. I nie odczuwałem jakichkolwiek “sprzeczności” w deklarowanych poglądach, gdyż owe, jak najbardziej rzekome, “sprzeczności” mają jedynie czysto teoretyczny charakter. Nie, z całą pewnością nie mogę powiedzieć, że mi one “spędzały sen z powiek”. Reinkarnację da się pogodzić nawet ze zmartwychwstaniem ciał. I to jak najbardziej rownież w ujęciu biblijnym. Według Pawła z Tarsu nasze zmartwychwstanie odbędzie się w ciałach duchowych: “Zasiane jest ciało fizyczne, powstanie duchowe”, gdyż “Istnieje ciało fizyczne, istnieje i duchowe” (“ei estin soma fizikon, estin kai pneumatikon”) – 1Kor 15;44. Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze “Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy hinduista, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest własnie swego rodzaju “wyrokiem”. A każde ciało umiera istotnie tylko jeden raz. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.

    Czy jestem reinkarnacjonista “skrajnym” czy też tkwiącym pośrodku niczym Swedenborg, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Wszystko mi jedno, czy we mnie jest przereinkarnowana “dusza” czy “duch”, czy “Boskość sama w sobie”. Dla mnie takie “klasyfikacje” osobiście się nie liczą.

    Teraz, po latach, gdy już conieco przeczytałem na ten interesujacy temat, stwierdzam, że moj stosunek do reinkarnacji nie zmienił się zbytnio. Nie traktuję dosłownie teorii na jej temat. Użyteczne, nie wątpię, tak jak jezusowe opowiadanie o bogaczu i biednym Łazarzu. Ciekawe, że nawet autor tej opowieści (Łk 19;16-25) nie twierdził, że to “true story”, a w ewangelii przedstawiona jest ona jako fikcja w stylu “był sobie…” (“Był sobie pewien bogacz…”; “I był pewien żebrak, imieniem Łazarz…”). Tymczasem są wspólnoty chrześcijanskie, gdzie po dziś dzień uważa się to dosłownie za prawdziwą historię z nieba i piekła, a nawet utożsamia się tego Łazarza z Łazarzem z ewangelii “według Jana” (Jn 11;1-44, 12;1-2 i 9-11). Tak też ma się sprawa z teoriami reinkarnacyjnymi: spełniają podobną funkcję, co opowieść o Łazarzu, ale nie przestaje byc reinkarnacjonistą ten, kto w nie nie wierzy dosłownie, tak jak chrześcijaninem pozostaje ten, dla którego historia Łazarza to alegoria.

    Dla duchowego rozwoju człowieka nie ma znaczenia czy wierzy tak jak “saduceusz”, “faryzeusz” czy “esseńczyk”. W końcu i Pomazaniec mówił, że “po ich owocach ich poznacie”, a mówiąc to miał na myśli uczynki, a nie wiare w taki czy inny rodzaj “życia pozagrobowego”.

    Warto jednak zaprezentować nieznającym historii naszej debaty skąd się wzięły kategoryczne stwierdzenia o rzekomej “niezgodnosci” wiary w reinkarnację z chrześcijaństwem. Gdy bowiem będą w stanie przyjrzeć się

    faktom, sami zrozumieją, że ani z Biblią, ani z logiką, ani tym bardziej z obroną chrześcijanskiej tożsamości nie mają takie stwierdzenia wiele wspólnego.

    “Co tam, panie, w polityce?”

    Stanowisko zajęte wobec doktryny reinkarnacji przez “ortodoksyjne” przywództwo kościoła stanowiło wynik wcześniejszego rozwoju doktryn kościelnych. “Łańcuch reakcji” rozpoczął się bowiem znacznie wcześniej i to od sprawy, która sama w sobie z omawianym tu tematem nie ma wiele wspólnego.

    Około roku 250 n.e. pewien ksiądz imieniem Sabellius nauczał, ze “Trzy Osoby” (Ojciec, Syn i Duch) nie są osobami, lecz trzema aspektami Boga. Oznaczało to, że Jezus był manifestacja Ojca. “Ortodoksi” podjęli więc wysiłek wykazania różnicy pomiędzy Bogiem Ojcem i Pomazańcem.

    Na początku IV wieku n.e. biskup Aleksander z Aleksandrii (ur. ? – zm. 17.IV.326) usiłował wyjaśniać korelacje między Ojcem, Synem i Duchem podkreślając ich jednosć. Na to libijski duchowny imieniem Arius (ur. Ok. 256 – zm. 336 r.n.e.) postawił tezę:

    “Jeśli Ojciec począl Syna, to ten poczęty miał początek swej egzystencji”.

    To proste stwierdzenie otworzyło istną “puszkę Pandory” dla ówczesnych teologów, przyczyniając się do ostrej debaty szalejącej przez następnych wiele dziesiątków lat, tak zwanej kontrowersji arianskiej. To niewinne zdanie mogłoby być komentowane i debatowane w spokoju. Kłopot polegał jednak na tym, że obie strony nie tylko uważały siebie za ortodoksyjne, a oponentów za niebezpiecznych heretyków, ale też dokładnie według tego schematu postępowały. Ortodoksi przecież nie umieli dyskutowac w normalny sposób, oni musieli się wzajemnie potępiać, obrzucać klątwami, denuncjować, skazywać na banicję, by juz o gorszych rzeczach tu nie wspominać. Nie spoczęli tez dopóki któregoś z owych “zbożnych” celów (lub tez najchętniej wszystkich ich razem wziętych) nie osiągnęli.

    Dla jednych Arius był heretykiem, bo mówił, ze Syn miał początek. Dla innych zaś ortodoksem, bo podkreślał, ze Bóg jest jeden, a jeśli Chrystus  też miałby nim być, to byłoby już dwóch bogów. Będąc zaś pod wpływem nauk zmarłego jeszcze przed swoim urodzeniem Orygenesa, uważał on, ze Ojciec jest jedynym Bogiem, wiecznym i niezmiennym, a każda inna osoba jest mu podporządkowana. W jego rozumieniu Aleksander próbował ożywić “herezję” sabelianizmu.

    W roku 320 Aleksander  zwołał synod lokalny w Aleksandrii, ktory ekskomunikował Ariusa (a jakże!). Ten zaś udał się do Bitynii i Palestyny, gdzie inne lokalne synody tę ekskomunikę unieważniły.

    W koncu zebrał się ten “historyczny” (by nie rzec: “histeryczny”) sobór w Nicei (dzisiejszy Iznik w północno-zachodniej Turcji) w 325 r.n.e. Z liczby ok. 1800 biskupów w obradach wzięło udział pomiędzy 225 a 318, czyli pomiędzy 1/9 a 1/6 całości. Debata nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc wmieszał się cesarz Konstantyn, który po prostu zażądał, by wszyscy podpisali formułę o Pomazańcu “współistotnym” Ojcu. Jako argument posłużyla mu groźba, że ci, którzy nie podpiszą, zostana wygnani z kraju. Niewielu odważyło się nie podpisać, więc formuła przeszła. Aliści, niektórzy z biskupów po powrocie do swych miast odwołali swe poparcie dla formuły: “Popełniliśmy akt bezbożny O, Panie, podpisując się pod bluźnierstwem ze strachu przed tobą…” – pisał do cesarza w imieniu swoim i dwóch innych biskupow Euzebiusz, biskup Nikomedii. Cesarz ze swej strony pozbawiał takich biskupów ich godności, a samego Ariusa wygnał i kazał palić jego pisma. (obok ilustracja Konstantyn)

    Jednak arianizm stal się popularny do tego stopnia, że Konstantyn cztery lata później (329 r.n.e.) zmienił zdanie, przywrocił do łask Ariusa, jego zaś adwersarza, Athanasiusa, pozbawił dopiero co uzyskanego biskupstwa aleksandryjskiego i wygnał do Galii (południowa Francja). Biskupi anty-arianscy pozbawiani byli swych godności, arianscy zaś je teraz odzyskiwali. Jeden z takich biskupów arianskich ochrzcił później Konstantyna na łożu śmierci (r. 337 n.e.). Następny cesarz, Konstancjusz, otwarcie poparł arianizm. Ale sytuacja polityczna zaczęła się stopniowo zmieniać: najpierw arianie podzielili się na trzy rywalizujace ugrupowania, przez co się sami osłabili, a w roku 361 zmarł ich protektor, cesarz Konstancjusz. Dwadzieścia lat później, w roku 381 triumfujący na nowo anty-arianie przepchnęli po raz kolejny swoje “Credo” i potępili  swych adwersarzy (sobór w Konstantynopolu). Tak więc o tym co stanowiło “ortodoksję” a co “herezję” decydowały układy sił polityczno-eklezjalnych. Argument się nie liczył, siła – tak.

    Dla interesującego nas tematu wynik tych zmagań miał później takie znaczenie, że potępiony Arius, czerpawszy z orygenizmu nauczał, że Chrystus nie był Bogiem, lecz że został Synem Bozym. Mogłoby to na dłuższa metę sugerować, że inni ludzie również mogliby zostać synami bożymi, jeśli naśladowaliby Chrystusa. W połączeniu zaś z doktryną pre-egzystencji dusz i ich reinkarnacji oznaczać by to mogło (choć oczywiście niekoniecznie musiałoby), że dusza do zbawienia niekoniecznie potrzebuje pośrednictwa zinstytucjonalizowanego kościoła i jego hierarchii. Można z całą pewnością zrozumieć hierarchów “ortodoksyjnych”, jeśli nie uśmiechała im się taka perspektywa. Dodatkowo transmigracja dusz, zwłaszcza jeśli istniejacych “od początku” lub “nie mających początku”, kolidowałaby z ich tezą o Chrystusie jako jedynym przedwiecznym (nie musiałaby oczywiście kolidować, bo można było założyć, że Chrystus jest Bogiem, a dusza, nawet nie mająca początku, nim nie jest). Woleli jednak “dmuchać na zimne”. Tak więc późniejsza ich walka z “orygenizmem” motywowana była nie tyle jakąkolwiek “prawdą objawioną”, lecz chęcią stworzenia założenia teoretycznego, którego celem była obrona innego założenia teoretycznego.

    Czy zatem przypisywać należy potępienie wiary w reinkarnacje “spiskowej teorii dziejow”? I tak i nie.  Tak o tyle, że biorący udział w opisanym wyżej konflikcie istotnie posuwali się do spiskowania przeciwko sobie nawzajem. Nie zaś, jeśli potraktujemy powyższy proces jako całość. O “spiskowej teorii” możnaby z całą pewnościa mówić, gdyby postawiona teza głosiła, że dlatego potępiono arian, aby później móc potępić Orygenesa i reinkarnację. Tymczasem prawdą jest coś wręcz odwrotnego: Orygenesa potępiono dlatego, że wcześniej potępiono Ariusa. I nie od razu tego dokonano: Orygenes nie był przecież potępiony gdy szalał spór arianski. Nie był nawet potępiony, gdy już potępiono Ariusa, lecz 172 lata później. Mamy zatem do czynienia z łańcuchem wydarzeń i procesów kształtujących doktryny na przestrzeni wieków i to w taki sposób, że nowa  doktryna była rezultatem okoliczności wynikłych z poprzednich kontrowersji. Można sobie zatem wyobrazić, że gdyby wygrali arianie, to dalszy rozwoj teologii “ortodoksyjnej” mógłby również doprowadzić do uznania reinkarnacji za swego rodzaju dogmat, w którym to wypadku dzisiejsi nasi teologowie i bibliści twierdziliby z zapałem, że niewiara w nią jest “nie do pogodzenia” z chrześcijaństwem, a jako argumenty posłużyłyby im wszystkie sporne cytaty biblijne (jak ten z Mt 17; 10-13) interpretowane jako dowody na reinkarnację. Heretykami “staliby się” ci, którzy w reinkarnację nie wierzą.

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Przypisy:

    1. Przykładem jest jego list Do Awitusa, figurujacy w spisie listów Hieronima jako list 124. Niektórzy reinkarnacjoniści, pragnąc “dorobić” naszej wierze zwolenników wśrod “Ojców Kościoła” (zabieg zupełnie zbędny i uczciwością nie pachnący), chętnie cytują z tego listu następujący fragment na poparcie swojej tezy:

    “Niebiańskie mieszkanie i miejsce odpoczynku tam, na górze, jak sądzę, rozumieć należy jako miejsce, gdzie zamieszkiwały istoty rozumne i gdzie, przed swym zstąpieniem niżej i przejściem ze świata niewidzialnego do widzialnego oraz upadkiem na ziemię i potrzebą ciał materialnych, cieszyły się poprzednią radością. Stamtąd Bóg, Stworca, uczynił dla nich ciala stosowne dla ich stanu…”

    Tymczasem fragment ten jest totalnie wyrwany z kontekstu, w dodatku nie jest to opinia Hieronima, lecz cytowana przezen opinia Orygenesa. W rzeczywistości bowiem list ten  jest swoją treścia zdecydowanie wymierzony przeciw Orygenesowi. Ten szesnastoakapitowy dokument utrzymany jest wręcz w tonie napastliwym, by nie rzec, że w denuncjatorskim. Trudno by go nazwać po prostu “polemiką”, zawiera on bowiem – jak zawsze w przypadku fanatyzmu – żądanie “potępienia”.

    W innym liście  (do Marcelli) Hieronim wyraził się bezposrednio o reinkarnacji:

    “Ta bezbożna i plugawa doktryna rozprzestrzeniła się w przeszłości w Egipcie i w obszarach wschodnich; a teraz potajemnie, niczym w norach żmij, rozprzestrzenia się między wieloma, zatruwając czystość tych obszarów; i jak dziedziczna choroba przenika do niewielu, by mogła sięgnąć większości”.

    Nie, zdecydowanie “ortodoksi” nie potrafili debatować jak normalni ludzie

    2. Wspomniany tu już Henry Ford zdecydowanie zdawał się wierzyć, że dusza ludzka odbywa wędrówkę jedyne pomiędzy wcieleniami ludzkimi. W wywiadzie prasowym udzielonym dziennikarzowi George’owi Sylvestrowi Viereck’owi (“The San Francisco Examiner”, 26 sierpnia 1928), powiedział między innymi:

    “Zaakceptowałem teorię Reinkarnacji, gdy miałem 26 lat… Religia nie oferowała niczego równie przekonującego – przynajmniej nie byłem w stanie tego odkryć. Nawet praca nie dawała mi całkowitej satysfakcji. Praca jest próżna, jeśli nie możemy wykorzystać w następnym życiu doświadczenia zebranego w poprzednim.

    Gdy odkryłem Reinkarnację, to było tak, jakbym odkrył uniwersalny plan. Zdałem sobie sprawę, ze był czas na wypracowanie moich pomysłów. Czas nie był juz więcej ograniczony. Nie byłem juz dłużej niewolnikiem zegara. Było wystarcząjaco dużo czasu, by pracować i tworzyć.

    Odkrycie Reinkarnacji dało mojemu umysłowi swobodę. Byłem uspokojony. Czułem, ze porządek i postęp są obecne w tajemnicy zycia. Nie szukałem już nigdzie indziej rozwiązania zagadki życia.

    Jeśli zachowa Pan zapis tej rozmowy, proszę, by napisał Pan to tak, aby uspokoiło to ludzkie umysły. Chciałbym bowiem przekazać innym ten spokoj, ktory daje nam dalekosiężne spojrzenie na zycie. Wszyscy zachowujemy, co prawda mgliście, wspomnienia z poprzednich wcieleń. Często czujemy, że jesteśmy świadkami sceny lub przeżywamy chwilę z jakiejś poprzedniej egzystencji. To jednak nie jest niezbedne; to, co jest wartościowe i co pozostaje w nas, to esencja, sens i wynik doświadczenia”.

     

     

    Continue Reading »
    0 Comments

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 5: Nowy Śląsk

    Jul 20th, 2009 by monio
    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 5: Nowy Śląsk

    O ile pierwszym miejscem osiedlenia luterańskich kolonistów z Prus był Klemzig, a najbardziej znaną ich miejscowością jest Hahndorf, to z kolei najbardziej „niemieckim” rejonem w Australii jest Dolina Barossy (Barossa Valley) w Południowej Australii na północny wschód od Adelaide. Nazwę swoją (pochodzącą z Hiszpanii) dolina ta otrzymała od założyciela Adelaide, pułkownika Williama Light. Osiadający tam staroluteranie nazywali ją jednak często „Neuschlesien”, czyli „Nowy Śląsk”.  

    Pułkownik Light nazwał ją „Barossa Valley” w roku 1837 od Barossy (obecnie „Barrosa”) w Hiszpanii, gdzie wziął udział w zwycięskiej bitwie przeciw Francuzom 5 marca 1811 roku. Południowoaustralijska Dolina Barossy ma mniej więcej 8 km szerokości i około 40 km długości. W 1842 roku zaczęli się tam pojawiać pierwsi osadnicy angielscy i niemieccy. Mniej więcej w tym samym czasie więc, gdy powstawał Lobethal na wschód od Adelaide, około  60 km na północ  od niej pojawiać się zaczęły nowe osady niemieckich luteranów. Niektórzy osadnicy mieszkali na początku dosłownie gdzie się dało. Na przykład  Friedrich Herbig z Zielonej Góry wraz z żoną Caroline (ur. w Nekli) mieszkał w… dużym, rozłożystym i pustym w środku 300-500 letnim drzewie eukaliptusowym w okolicach Springton. W tym drzewie urodziło się ich pierwsze dziecko. Drzewo to wciąż znane tam jest jako “The Herbig Family Tree”.

    Spośród wsi w Neuschlesien najwcześniej powstała Bethanien (obecnie Bethany) w początkach roku 1842. Nazwa osady przejęta została z Nowego Testamentu (p. Mt 21:17; Mk 11:11 i 14:3; Jn 11:1-18; i 12:1). Jej założycielami byli luteranie z Dolnego Śląska i Wielkopolski, którzy przybyli wraz z pastorem Fritzsche na “Skjoldzie” w poprzednim roku i którzy tymczasowo zamieszkali w Klemzig i Hahndorf. Napisy na zachowanych nagrobkach w Bethany mówią niejednokrotnie o miejscowościach, z których ludzie ci pochodzili: Prittag   (Przytok), Wolstein (Wolsztyn), Tirschtiegel (Trzciel), Sawade (Zawada), Grünberg (Zielona Góra), Freistadt (Kożuchów), Jauer (Jawor). Jeden tutejszy pastor pochodził z Berlina. Był to Heinrich August Eduard Meyer. Urodzony w 1813 roku, wyjechał do Australii w roku 1840 wysłany tam przez Drezdeńskie Towarzystwo Misyjne i prowadził działalność misyjną wśród Aborygenów. Gdy skonczyła się finansowa pomoc z Drezna dla misji, został zaproszony jako pastor do Bethanien w 1848 roku. Wcześniej wieś ta otrzymywała posługę duszpasterską od pastora Fritzschego z Lobethal. Pastor Meyer zmarł 17 grudnia 1863 roku,  jego czarny żelazny nagrobek wciąż znajduje się na „cmentarzu pionierów” w Bethany (Bethany ma trzy małe cmentarze). Jak wyglądała Bethanien krótko po założeniu, przekonujemy się patrząc na zachowana z tamtych lat akwarelę George’a Frencha Angasa (powyżej).

     Charles Otto z Bethany napisał, prawdopodobnie w latach 60-tych XIX wieku, żartobliwy wierszyk o wsi swego dzieciństwa. Wierszyk ten prezentujemy w oryginale oraz w tłumaczeniu:

    Nach Bethanien, nach Bethanien                      Do Betanii, do Betanii

    will ich meinen Weg hinbahnien,                       szedłbym teraz w tęsknej manii, 

    wo gefall’ne Hütten stehn,                              gdzie się  chaty rozpadają,

    alle Kinder barfuss gehn,                                 dzieciaki boso biegają,

    Kuh- und Schweinstall schrecklich stinken,         gdzie chlewiki strasznie smrodzą

    Leute in den Mud versinken:                            ludzie w błocie stale brodzą:

    wo es dűster rings umher,                              gdzie posępnie dookoła, 

    dahin sehnt mein Herz nach sich sehr.              tam mnie serce tęsknie woła.

     

    In Bethanien, in Bethanien,                              W tej Betanii, w tej Betanii,

    wo die Kinder, die rotwangigen,                       gdzie dzieci z krasnymi licami

    eilends hin zur Schule laufen,                           do szkoły spiesznie biegają

    unterwegs sich tűchtig raufen,                        i żywo się przy tym szturchają,

    wo Herr Topp den Prűgel schwingt,                   gdzie pan Topp*swym batem wali

      dass es durch die Hose dringt:                        aż przez portki tylek pali:

      Klagetöne werden laut,                                  głośny lament niesie w górę,

      wenn er gerbt die blöße Haut.                         gdy garbuje gołą skórę.

    Wymieniony tu “pan Topp” to nauczyciel w miejscowej szkole luterańskiej, Friedrich Topp (1809 – 1892). Uczył tam 45 lat, nawet gdy osiagnał już 80 rok życia. Przybył do wsi kilka miesięcy po jej założeniu w 1842 roku. Pełnił też funkcję kościelnego i organisty. Podczas zebrań rady parafialnej to on spisywał (podobno bardzo ładnym, ‘kaligraficznym’ pismem) wszystkie protokoły. Musiał zostać naprawdę dobrze zapamiętany przez swych uczniów, skoro potem o nim pisali, jak Charles Otto. To oni też ufundowali później jego nagrobek, wciąż istniejący na cmentarzu w Bethany.

    Langmeil (obecnie zwany Tanunda) to druga w kolejności miejscowość założona przez luteranów w Neuschlesien. Powstał w tym samym roku co Bethanien, założony przez przybyszów z Klemzig i Hahndorf, do których dołączali później kolejni imigranci udający się tu wprost ze statków. Langmeil położony jest bardzo blisko Bethanien (na północny zachód od niej) i zawdzięcza swą nazwę wsi Langmeil (Okunin) k. Sulechowa. W Langmeil zamieszkał pastor August Kavel i tam też został pochowany w 1860 roku (powiększ zdjęcia obok). Jego brat, Ferdinand, był natomiast pierwszym nauczycielem w miejscowej szkole od jej otwarcia w 1845 roku. Szkoła ta istnieje w dalszym ciągu.

    Najstarszy z tutejszych kościołów zbudowano w 1849 roku. Został on przebudowany w roku 1871. Znany jest jako „Tabor Lutheran Church” (http://users.chariot.net.au/~falland/Tabor/ ). Istniejący wokół niego cmentarz jest jednym z najbardziej znanych pionierskich cmentarzy luterańskich w Australii. I znów, tak jak w Bethany, nagrobki mówią o miejscach, z których przybywali tu osadnicy: Cichogora (Cichagóra), Chlastawe k. Zbaszynia (bei Bentschen), Bobersberg (Bobrowice k. Krosna Odrzańskiego), Crossen (Krosno Odrzańskie) itd. Przez dłuższy czas osady i wsie zakładane przez kolonistów zachowywały swój narodwy charakter. W 1851 Tanundę odwiedził niemiecki podróżnik Friedrich Gerstäcker. Został uderzony wówczas niemieckim charakterem tego miejsca do tego stopnia, że jego zdaniem „Podróżnik sądziłby, że znajduje się w jakiejś małej wsi ze starego kraju między Renem i Odrą”. A oto jego opis wnętrza domu w Tanundzie:

     

    „Przy piecu siedziała stara babka z białowłosym dzieckiem na kolanach. Ta starsza kobieta stanowiła wierny, znakomity przykład starszej niemieckiej wiesniaczki, jaki znaleźc można jedynie w centrum Niemiec. Jestem przekonany, że wszystko w niej było prawdziwe, aż do spinek i sznurówek. I nie tylko to, lecz wszystko w pokoju było niemieckie: piec, krzesła, stoły, kredensy, zydel, spluwaczka, ceramiczne garnki, talerze udekorowane tekstami, wersety z hymnału; krotko mówiąc wszystko było niemieckie. Weź jakąkolwiek realną saksońską lub pruską wiejską izbę dzienną, zapakuj ją starannie w bawełnę i przetransportuj do Doliny Barossy, a nie będzie wyglądala bardziej autentycznie niż ta, w której stałem.”

    Nie wszystkie osady przetrwały po dziś dzień. Przykładem może służyć Hoffnungsthal założony w roku 1847 przez osadników pochodzących głównie z Wielkopolski (w sumie ok. 20 rodzin). Wieś ta reprezentowała (tak jak w większości innych przypadków) typ ulicówki (Starassendorf). Na widocznym obok zdjęciu możemy odtworzyć jej wygląd. Na pierwszym planie widzimy  kamienny postumencik w miejscu, w którym stał mały kościółek luterański. Był on zbudowany z drewna i obłożony z zewnątrz gliną, był on kryty strzechą. Miał też organy, których tworcą był Carl Krueger. Z tyłu, poniżej kościoła biegła mała ulica, która prowadziła mniej więcej obok miejsca, gdzie widać jeszcze martwe drzewo. Kończyła się ona po prawej stronie u podnóża zbocza, na którym mieścił się cmentarz. Wzdłuż uliczki stały domostwa, po lewej zaś stronie rozciągaly się poletka uprawne i ogródki.  Założenie wsi jednak w tym miejscu okazalo się fatalne. Niemcy byli ostrzegani przez okolicznych Aborygenów przed powtarzającymi się tam co jakiś czas powodziami po cięłkich opadach. Zlekceważyli jednak te ostrzeżenia. W październiku 1853 roku miały miejsce takie właśnie ulewy i to przez cały tydzien. Jak wspominał później jeden z mieszkanców, G. Juers:

    “W dzień i w nocy deszcze zalewały niczym powódź… Wszystkie farmy i ogrodki zostały zatopione. Woda dostawała się już do domów i jej poziom szybko się podnosił. W wielkim pośpiechu otworzyli zagrody, by trzoda i bydło mogły uciec. Zanim strumienie i potoki opróżnily się z wód z opadów, Stary Hoffnungsthal znalazł się pod wodą na osiem stóp.” (ok. 2 m 44 cm – przyp MM).

    Mieszkańcy przenieśli się do Doliny Lyndoch czy New Mecklemburg. Np rodzina Heinricha Goile z Wolsztyna w Wielkopolsce przeniosła się do wsi Schönborn (również w Barossie) tak nazwanej po innej wsi wielkopolskiej (obecnie znanej jako Kępsko). Niektórzy jednak przenieśli się aż do USA. Jedynie kościółek służył jeszcze przez kilka następnych lat. Później został rozebrany. Na zdjęciu z lewej strony: miejsce, w którym ów kościół się znajdował. Po prawej tablice pamiątkowe stojące na owym cokole (powiększ).

    W sumie na Nowym Śląsku powstało wiele wsi i osad założonych przez luteranów z terenów dzisiejszej Polski. Na przykład w roku 1855,  a więc już po podziale w kościele luterańskim, dwadzieścia trzy rodziny z Hahndorf popierające pastora Kavela i pragnące mieszkać bliżej niego założyły w Barossie wieś Grünberg czyli Zielona Góra (obecnie Karalta). Wśród innych osad w Barossie znajduja się Gnadenfrei (istnieje taka miejscowość na Dolnym Śląsku: obecnie nazywa się Piława Górna, k. Dzierżoniowa ), Gnadenberg, Krondorf  (na zdjęciu: droga do Krondorf), Kaiserstuhl, Rosenthal, Buchsfeld i szereg innych. http://www.teachers.ash.org.au/dnutting/germanaustralia/e/ortsnamensa.htm

    Na Nowym Śląsku uprawiano glównie zboże, choć rejon ten słynie przede wszystkim z winnic i to do tego stopnia, że gdy wspominana jest Barossa Valley, kojarzona jest ona natychmiast z winem. Pierwsze winnice założyli tu zarówno Anglicy jak i Niemcy. Z tych niemieckich najbardziej dziś znanymi są „Lehmann”, “Seppelt”, “Kaiserstuhl” i “Krondorf”.

    Wpływ kościoła na życie i zwyczaje wiernych

    Bez wątpienia wpływ ten był ogromny i regulował on całkowicie życie codzienne członków kościoła, włączając w to nawet wybór małżonków. Konwencja w Hahndorf w roku 1840 postanowiła na przykład że:

    „Kongregacja uznaje zasadę, że członkowie kościoła powinni zawierać związki małżenskie jedynie z członkami kościoła oraz że każdy, kto lekceważy zbawienie własnej duszy oraz radę kościoła, musi spodziewać się ekskomuniki z kongregacji”.
    (cytowane za: „Three Brothers from Birnbaum”, s. 26)

    Z początku próbowano zapobiegać nie tylko małżeństwom z osobami spoza kościoła luterańskiego, ale i spoza niemieckiej grupy etnicznej. Jednak ten drugi „zwyczaj” złamany został bardzo wcześnie, bo już w 1840 roku przez… samego pastora Kavela, który po śmierci swej pierwszej żony poślubił Angielkę, Anne Catherine Pennyfeather.

    Wszelkie “wykroczenia” i przewinienia, jak pijaństwo, cudzołóstwo, udział w grach hazardowych, zaniedbanie uczestnictwa w nabozeństwach, a nawet… tańce, były karane przez kosciół i wymagano za nie pokuty, nieraz przed całą zgromadzoną kongregacją. Takie „wymierzanie sprawiedliwości” przez kościół było też niewątpliwie jedną z przyczyn wspomnianego tu braku, w pewnym okresie, posterunku policji w Hahndorf. Cytowaliśmy również opinię Johna Bulla dotyczącą dyscypliny prawnej kolonistów niemieckich. Jeszcze przed Bullem, w roku 1846, niemal identycznie wyraził się Francis Dutton w swej książce „South Australia and its Mines”:

    „Nie narzucający się w swych manierach, wysoce przedsiębiorczy i oszczędni, ci emigranci niemieccy tworzą dziś bardzo niezależną i pomyślnie rozwijającą się część wspólnoty południowoaustralijskiej; annały Sądu Najwyższego stanowią świadectwo ich generalnie zdyscyplinowanego zachowania, nie było, jak sądzę, ani jednej instancji, w której ktokolwiek spośród tych Niemców zostałby skazany za jakiekolwiek przewinienie.”

    W Południowej Australii na ponad 15 tysiecy osadników niemal 2000 żyło w ubóstwie lub na jego krawędzi i korzystalo z przyznawanej przez rząd zapomogi. Już w 1841 roku, a zatem zaledwie 3 lata od założenia pierwszej osady (Klemzig) i dwa lata po powstaniu Hahndorf, prasa notowała, że wśród pobierających zapomogi nie było Niemców („Nie było wśród nich Niemców, gdyż osiedlili się oni i pomyślnie rozwijali w swych małych posiadłościach”). W tym samym roku powstała Komisja mająca za zadanie „badanie przypadków zasługujących na zapomogę oraz generalne zaradzenie nieszczęściu i biedzie. Żadni Niemcy nie zwrócili się po zapomogę”. („Three Brothers from Birnbaum”, s. 26).

    Generalnie rzecz biorąc, luteranie ci nie akceptowali pomocy finansowej państwa nie tylko w powyższych sprawach, ale i w kwestiach edukacji prowadzonej przez kościół. Szkoly fundowane były z zasobów kongregacji. Niektórzy autorzy podkreślają tutaj, że podejście takie podyktowane było nieprzyjemnymi wspomnieniami z Prus, gdzie państwo sprawowało kontrolę nad tymi kwestiami. Sprzeciwiano się dość regularnie inspekcjom szkół przez państwowe władze oświatowe i później było to jedną z przyczyn, dla których szkoły te zostały zamknięte w latach I Wojny Światowej. Podejrzewano bowiem, że dalej nauczano tam w języku niemieckim, a nie w angielskim. Za posługiwanie się językiem niemieckim zamknięto także miejscowe gazety niemieckie jak „Süd-Australische Zeitung” (na zdjęciu: wydrukowany w owej gazecie nakaz jej zamknięcia).  Zwyczaje panujące w kościele luterańskim w Australii miały tendencje do odseparowywania imigrantów od pozostałej części społeczeństwa. Językiem liturgicznym był wyłącznie niemiecki. Posiadane przez imigrantów egzemplarze Biblii też drukowane były po niemiecku. Na każde nabożeństwo przynoszono ze sobą Biblię oraz dość duży hymnał wrocławski.

    Dzieci obowiązkowo uczęszczały do szkoły niedzielnej i to aż do osiągnięcia co najmniej 16 roku życia.

    Podczas nabożeństwa obowiązkowo mężczyźni siadali  w ławkach po lewej stronie, kobiety zaś po prawej (w Lobethal zwyczaju tego zaniechano dopiero w roku 1964). Po skończonym nabożeństwie kobiety zawsze opuszczały kościół jako pierwsze, dopiero później wychodzili mężczyźni. Same nabożeństwa trwały na ogół dość długo, często aż do trzech godzin, do czego przyczyniała się duża liczba śpiewanych hymnów oraz kazanie, które rzadko bywało krótsze niż godzina.

    Nie prowadzono natomiast żadnych zbiórek pieniężnych podczas nabożeństwa. Wpłaty roczne na potrzeby kościoła dokonywane były na podstawie oceny finansowych możliwości poszczególnych rodzin, a ocen tych dokonywała komisja wybierana przez całą kongregację. Można było odwoływać się od decyzji komisji dotyczącej wyznaczonej wysokości opłat, jednakże odmowa dokonywania wpłat pociągała za sobą utratę prawa głosu w kościele.

    O wpływie kościoła świadczy zresztą już sam fakt, że kościół był zawsze pierwszym stałym budynkiem w zakładanej miejscowości. Tak było w Lobethal, tak było w Hahndorf, tak też było na Nowym Śląsku w Dolinie Barossy. Z czasów osadnictwa w tym rejonie pozostaje po dziś dzien trzydzieści sześć kościołów, największe w Langmeil (Tanunda) oraz w Light Pass. Gdy budowano ten drugi , drewno transportowane było 48 kilometrów w trudnych warunkach, drogami nieprzejezdnymi w czasie opadów.

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część4część6

    Continue Reading »
    0 Comments

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 4: Clare Valley

    Jul 19th, 2009 by monio
    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 4: Clare Valley

    Gdy powyższa historia Lobethal rozwijała się już od kilku lat, na dalekim Śląsku miało miejsce preludium do następnej. W roku 1848 pewien właściciel ziemski nazwiskiem Franz Weihert (w Australii czasem pisane jest to nazwisko jako “Weikert”) zatroskany był sytuacją katolików w Prusach i w końcu podjął on – tak jak wcześniej niektórzy staroluteranie z tego regionu – decyzję emigracji do Południowej Australii. W tym samym czasie “ziemia zaczeła się palić pod nogami” jezuitów w Austrii, gdyż cesarz Ferdynand I (ilustracja obok) wygnał ich (ogółem 150 księży i braci) ze swego imperium.

    Z tej liczby dwóch księży zdecydowało się dołączyć do grupy Weiherta. Byli to OO. Aloysius Kranewitter i Maximilian Klinkowstroem. Weihert namówił jeszcze ponad 140 innych osób do emigracji i 15 sierpnia 1848 roku szwedzki żaglowiec SS “Alfred” z całą tą grupą (oraz zbliżoną liczbą innych, niezwiązanych z nią, pasażerów) wypłynął z portu w Hamburgu.

    Podróż trwała około czterech miesięcy. Nie zabrakło niecodziennych przygód – np. w pewnym momencie “Alfred” był ścigany (i ostrzeliwany) przez duńską jednostkę wojenną “Meander”, zdołał się jednak wymknąć. Ostatecznie zawinął do Port Adelaide 8 grudnia 1848 r.

    Tutaj okazało się, że jedynie połowa z grupy Weiherta była katolikami. Pozostali okazali się protestantami, którzy jedynie udawali katolików, by “załapać się” na emigrację do Australii. Opuścili zatem Weiherta i towarzyszących mu jezuitów zaraz po przybyciu do Port Adelaide. (1)

    W owym czasie było w Południowej Australii ok. 4000 katolików wraz z 8 księżmi. Była to liczba niemała, jeśli zważyć, że cała kolonia Południowej Australii zamieszkiwana była wówczas ogółem przez 15485 osób (w tym 8755 mężczyzn i 6730 kobiet – wg. danych z grudnia 1841r.). Biskup Murphy z Adelaide zasugerował Kranewitterowi udanie się 130 km na północ od stolicy stanu, gdyż tam nie było dotąd rzymskokatolickich duchownych. 20 grudnia grupa (a raczej to, co zniej zostalo: 10 czlonkow rodziny Weihertow, dwoch jezuitow oraz 14 innych osob) dotarła do miejscowości Clare. Tam osiedliła się rodzina Weihertow (10 osob). Franz Weihert dożył 88 lat i zmarł 8 października 1875 roku w Sevenhill, jest on pochowany na tamtejszym cmentarzu (zdjęcie obok).

    Natomiast rozwój ośrodka w Sevenhill stanowił owoc wysiłku jezuitów. O. Kranewitter od razu zabrał się do pracy. Ten młody wówczas 31-letni Tyrolczyk, który swoje święcenia kapłańskie otrzymał zaledwie sześć tygodni przed podróżą do Australii, wkrótce uzyskał cenną pomoc ze strony dwóch innych jezuitów, braci Johannesa Schreinera i George’a Sadlera (Maximilian Klinkowstroem ze względu na stan zdrowia i niemożność przystosowania do klimatu musiał opuścić Australię).

    Duchowni zamieszkali wspólnie w wybudowanej przez siebie chacie w okolicy Neagle’s Rock k. Clare i uprawiali ziemię oraz zajęli się hodowlą zwierząt. I tak jak kilka lat wcześniej kobiety z Klemzig i Hahndorf szły wiele kilometrów pieszo, by sprzedawać owoce swej pracy w Adelaide, tak teraz jezuici z Neagle’s Rock musieli maszerować po 30 km do osady Burra, by sprzedawać masło tamtejszym górnikom. Uzyskane w ten sposób oszczędności wraz z nadchodzącymi z Rzeszy pieniędzmi, dopomogły im w zakupie terenu znanego jako Open Ranges, a stanowiacego niegdyś własność aborygeńskiego ludu Nadjuri.

    Ojciec Kranewitter pozostał w Sevenhill aż do 1870 roku, kiedy to został przeniesiony do Melbourne, gdzie przejął opiekę duszpasterską nad tamtejszymi katolikami niemieckimi. Mieszkał razem z jezuitami irlandzkimi, którzy od roku 1865 stworzyli szereg misji niezależnych od misji austriackich. Zmarł nagle 25 sierpnia 1880 roku w wieku 63 lat i pochowany jest w jezuickiej części cmentarza w dzielnicy Kew w Melbourne.

    Misja i… wino

    Tam, gdzie dziś stoi kościół św. Alojzego w Sevenhill wraz z budynkiem małego collegium, stał mały budynek (zburzony w 1869 roku), a stanowiący siedzibę pierwszej misji jezuickiej na ziemi australijskiej. W 1852 roku do grupy dołączył kolejny ksiądz, o. Josef  Tappeiner. W tym samym też roku biskup adelajdzki powierzył misji opiekę duszpasterską nad katolikami, nie tylko niemieckimi, ale i pozostałymi, np. irlandzkimi i polskimi, we wszystkich północnych dystryktach południowej Australii. Sami zaś jezuici mieli wręcz ambicję stworzenia centrum katolicyzmu w tych dystryktach, czegoś w rodzaju “małego Rzymu”. Stąd też to oni przemianowali “Open Ranges” na “Sevenhill”, tworząc paralelę z Rzymem – “miastem siedmiu wzgórz”. Mało tego: nawet biegnący w dolinie miedzy tymi wzgórzami strumyk nazwali Tybrem (The Tiber).

    Trzeba przyznać, że starali się istotnie zasłużyć na miano “małego Rzymu”, gdyż w pewnym okresie jezuici z Sevenhill prowadzili misje wśród Aborygenów daleko na północy, niedaleko Darwin!

    Historia Sevenhill kojarzy się w Australii również z nieprzerwana działanością jezuitów jako organizatorów i managerów sporej winnicy. W istocie to oni założyli pierwszą winnicę w Dolinie Clare (Clare Valley). Zaczęli od win mszalnych, ale później rozszerzyli produkcję także na wina innych gatunków. Nawet jednak dzisiaj wina mszalne stanowia okolo 25% produkcji Sevenhill Cellars i są one sprzedawane rozmaitym Kościołom chrześcijańskim. Są one też eksportowane za granicę do Indonezji, Malezji, Indii i Papui Nowej Gwinei. Managerami winnicy byli nieprzerwanie jezuici: br. John Schreiner, br. Franz Lenz, br. Patrick Storey, br. Peter Boehmer, br. George Downey i br. John Hanlon, który sprawował tę funkcję do roku 1972. Obecnym managerem (od 1972 roku) jest br. John May i jego to nazwisko jest drukowane wraz z podpisem na nalepkach butelek: “Br. John May S.J. Winemaker”. Jako asystent pracuje z nim inny jezuita, br. Richard Shortall S.J.

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami część3część5

    Przypisy

    1. W roku 1848 powodem do emigracji mogły być również wydarzenia tzw. „Wiosny Ludow”. Christine Petschel, która byla 8-letnią pasażerką „Alfreda”, pisała pózniej, już jako żona pionierskiego pastora luterańskiego Hillera w Wimmera w stanie Victoria w swoich wspomnieniach:

    „Gdy miałam osiem lat, ojciec zdecydował wyemigrować do Australii z rodziną i dwoma młodszymi bracmi. Dziadek, bedąc świadom, że ci dwaj mogliby zostać powołani do służby (wojskowej – przyp. MM) namawiał ich, by się do nas przyłączyli. Kilka innych rodzin z naszego dystryktu również wyraziło chęć emigracji z tego samego powodu i po gruntownym przedyskutowaniu całej sytuacji zdecydowały się do nas dołączyć”.

    Continue Reading »
    0 Comments

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 3: Lobethal

    Jul 19th, 2009 by monio
    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 3: Lobethal

    Podczas gdy niektórzy luteranie wielkopolscy, brandenburscy i dolnośląscy zdecydowali się na emigrację już w 1836 roku i ostatecznie udali się tam z pastorem Kavelem po dwóch latach, inni wciąż jeszcze uważali, że emigrować nie należy. Do tych należał pastor Gotthard Daniel Fritzsche z Turowa, działający na tym samym terenie co ks. Kavel, na pograniczu Śląska i Wielkopolski. Później przyszło mu pracować również na tym samym terenie co Kavel, ale… w Australii.

    Gotthard Daniel Fritzsche urodził się 20 lipca 1797 roku w Liebenwerda w Saksonii jako syn miejscowego muzyka. Po ukończeniu studiów teologicznych, a przed planowaną ordynacją na pastora, spędził kilka lat pracując jako nauczyciel. Początkowo był pastorem państwowego Kościoła Unii (we wsi Turowo w Wielkopolsce), z ktorym w końcu jednak zerwał. W 1840 roku napisał w swoim dzienniku (znajdującym sie obecnie w archiwach luterańskich w Australii):

    “Stało sie dla mnie jasne, że Kościół “Unii” nie jest tym, za co chce uchodzić i za co ja go uważałem, a mianowicie zjednoczonym, miłującym, umiarkowanym, tolerancyjnym i hojnym Kościołem. Dlatego też zgrzeszyłem, gdy zadeklarowałem (na Wielkanoc 1830 roku), że dołączę do tego Kościoła i że będę używał jego ‘Agendy’”.

    Ponieważ pastorzy luterańscy poddawani byli represjom, łącznie z uwięzieniem, ks. Fritzsche zdecydował się zastąpić kolegów i podjął służbę dla luterańskich zborów. Ukrywał się za dnia w szopach i w piwnicach, a podróżował nocami od jednej wspólnoty do drugiej. Do 1840 roku jednak nie był zdecydowany na emigrację. Jego parafie były co prawda przychylne emigracji, ale Kościół jako instytucja nie.

    W tymże samym roku zmarł Fryderyk Wilhelm III. Jego następca, Fryderyk Wilhelm IV, zaprzestał wkrótce polityki swego poprzednika i nakazał zwolnienie wszystkich uwięzionych pastorów. Jest zatem całkiem prawdopodobne, że grupa Fritzschego nigdy nie opuściłaby Prus. Wielu luteranów jednak nie wierzyło, że zmiana polityki rządu jest stała. Dodatkowo 9 czerwca 1840 Fritzsche otrzymał list od pastora Kavela, w którym ten zaprosił go oraz całą wspólnotę do południowej Australii. Był to juz zresztą drugi list Kavela (pierwszego z roku 1839 Fritzsche nigdy nie otrzymał). Jest całkiem prawdopodobne, że to właśnie ten list wpłynął na zmianę stanowiska ks. Fritzschego. Natychmiast rozesłał on kopię listu do wszystkich obsługiwanych przez siebie wspólnot na Śląsku i w Wielkopolsce. Ponad 200 osób zdecydowało się na emigrację.

    Cała grupa (z okolic Zielonej Góry, Świebodzina, Sulechowa i Międzychodu) zebrała się – tak jak wcześniej grupa ks. Kavela – we wsi Cigacice (Tschicherzig), którą opuściła barkami 6 maja 1841 r., docierając rzekami i kanałem do Hamburga 22 maja. Po drodze zatrzymała się w Berlinie (13 maja) i wybrała się tam na zwiedzanie muzeum. Tam obrzucona została wyzwiskami, a ktoś zasugerował nawet, by ich wszystkich wrzucić do rzeki. Nie był to pierwszy przypadek tego typu. Już w Wielkopolsce niektórych obrzucono kamieniami. W Krośnie Odrzańskim (Crossen) – juz nieco łagodniej – ograniczono się do głośnych uwag typu “gdybym to ja był królem, to już wiedziałbym co zrobić z tymi emigrantami”. Kto inny zaś stwierdził, że “gdyby chodziło o ludzi starych, to jeszcze, ale że tylu młodych wyjeżdża, to czyste szaleństwo”.

    “Winnica Chrystusa”

    Już w Hamburgu na specjalnym zebraniu w poniedziałek 24 maja 1841 formalnie stworzono wspólnotę kościelną, którą nazwano “Winnica Chrystusa” (“Zum Weinberge Christi”). Wybrano starszyznę spośród osób z poszczególnych regionów. Tak więc wiemy, że z grupy Ślązaków wybrani zostali Klar i Grosser, spośród tych z okolic Sulechowa Grocke i Felsch, a z grupy wielkopolskiej Hensel i Bormann.

    Ostatecznie 3 lipca 1841 roku duński żaglowiec “Skjold” dowodzony przez kapitana Hansa Christiana Claussena wypłynał z Hamburga z dwustukilkudziesięcioma osobami na pokładzie. Do Port Adelaide dotarł 28 października i nie była to najszczęśliwsza podróż. Cytowany już wcześniej “The South-Australian Register” doniósł lakonicznie 30 października:

    “THE SKJOLD” - Statek ten zawinał do Zatoki w ostatnią środe rano z 213 emigrantami niemieckimi. Opuścił Altonę 3-ego lipca, nie przywiózł jednak żadnych wiadomości z Anglii. Podczas rejsu odnotowano czterdzieści jeden zgonów na pokładzie, głównie wśród dzieci. Przyczyną była dezynteria. Wszyscy emigranci udają się do Klemzig, pod nadzór Wielebnego p. Kavela, do czasu uzyskania zatrudnienia.”

    Istnieją pewne sprzeczności co do liczby zgonów w czasie rejsu. Cytowane powyżej źródło podaje liczbę 41, a pastor Fritzsche w swoim dzienniku (obecnie również w archiwach luterańskich w Australii) wymienił imiennie 45 osób zmarłych i podał daty ich śmierci. Odnotował także 6 przypadków narodzin podczas podróży. Pierwsze ofiary wirusa zmarły jeszcze przed podróżą w Hamburgu i zostały pochowane na cmentarzu kościoła św. Jerzego (St. Georgskirche) stojącego w pobliżu portu (np. mąż Anny Rosiny Kowald z Zawady k. Zielonej Góry).

    1 listopada do Port Adelaide przybyły delegacje z Klemzig i Hahndorf z wozami, by zabrać przybyłych do tych dwóch wsi. Ci, którzy udali sie do Klemzig, później założyli osadę Bethanien w dolinie Barossy, spośród zaś tych, co udali się do Hahndorf, 18 rodzin założyło później wieś Lobethal.

    “Am vierten Tage aber kamen sie zusammen in Lobethal: denn darselbst lobten sie den Herrn. Daher heisset die Stätte Lobethal, bis auf diesen Tag.” (2. Księga Kronik 20,26)

    Miejsce, w którym osiedli, znajduje się na obszarze zwanym Adelaide Hills, a konkretnie w malowniczej dolinie, do której droga z Adelaide prowadzi zboczami wzniesień, przypominających nieco krajobrazy dolnośląskie.
    Lobethal założony został przez pastora Fritzschego oraz owych 18 rodzin 4 maja 1842 roku. Pod koniec odprawianego nabożeństwa dziękczynnego Fritzsche zacytował z Biblii Lutra przytoczony powyżej fragment z 2. Księgi Kronik. Ks. Fritzsche prowadził swoją pracę duszpasterską w centrum, jakim stał się dla niego Lobethal. Odwiedzał on szereg wsi i osad, a w samym Lobethal otworzył pierwszą szkołę spełniającą role seminarium duchownego. Było to pierwsze luterańskie seminarium duchowne na półkuli południowej i otwarte zostało w 1845 roku, czyli w tym samym roku, w którym powstał obecny budynek kościoła w Lobethal – najstarszego istniejącego kościoła luterańskiego w Australii.

    Mieściło się ono w małym budynku, a właściwie w murowanej chatce krytej gontem. Pierwszym zaś seminarzystą został Carl August Hensel z Międzyrzecza (Meseritz). Dziś “chata” seminarium znajduje się wewnątrz budynku lokalnego muzeum zbudowanego celowo wokół niej. O ile seminarium było dziełem pastora Fritzschego, o tyle muzeum powstało dzięki staraniom powojennego imigranta z Litwy nazwiskiem Jonas Vanagas, ktory osiadł w Lobethal w roku 1947.

    Pastor Gotthard D. Fritzsche zmarł 26 października 1863 roku i został pochowany na starszym z dwóch cmentarzy w Lobethal, gdzie spoczywa wraz ze swoją rodziną i adoptowanym, niepełnosprawnym dzieckiem aborygeńskim.

    Do Australii wybierali się pojedynczy emigranci, rodziny lub całe ‘klany’ rodzinne. Przykładem tego jest rodzina Müllerów, których dzieje opisano w szczegółach w książce „Three Brothers from Birnbaum” (czyli dosłownie: „Trzej bracia z Międzychodu”). Wszyscy oni wraz ze swymi rodzinami i dziećmi przybyli wraz z pastorem Fritzsche na pokładzie „Skjolda”. Wszyscy zamieszkali początkowo w Lobethal, ale później rozmaite gałęzie tej rodziny mieszkały w rozmaitych miejscach w Południowej Australii lub Australii w ogóle. Na przykład jeden z członków tej rodziny, Johann (John) Ferdinand Műller, urodzony w Lobethal w 1850 roku, zamieszkiwał później w Hahndorf, Adelaide oraz Stuart (obecnie Alice Springs).

    Lobethal pozostał miejscowością o silnych wpływach luterańskich po dziś dzień. Tutejsza parafia luterańska ma zarejestrowanych ok. 500 wiernych. W porównaniu do niej członków Uniting Church jest tu ok. 100, rzymskich katolików ok. 50, anglikanów ok. 25.

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część2część4

    Poniżej mała “galeria” innych jeszcze fotosów z Lobethal:

    Continue Reading »
    0 Comments

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 2: Hahndorf

    Jul 18th, 2009 by monio
    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 2: Hahndorf

    Spośród miejscowości założonych przez Niemców w Południowej Australii najbardziej znany jest Hahndorf, którego historia zaczyna się w roku 1839, czyli krótko po założeniu Klemzig. Jest to też jedyna z owych miejscowości nazwana po kapitanie statku, który przywiózł emigrantów do Port Adelaide. Kapitanem owym był również Niemiec, Dirk Meinertz Hahn (1804-1860), kapitan żaglowca „Zebra”, który przybył tam 2 stycznia 1839 roku.

     W styczniu 1839 roku do Port Adelaide zawineły dwa niemieckie żaglowce: „Zebra” 2 stycznia (kpt. Hahn) oraz „Catharina” 22 stycznia (kpt. Peter Schacht). Dirk Meinertz Hahn osobiście nie należał do szczególnie religijnych ludzi. Jednak owych 199 (1) pasażerów z “Zebry” zrobiło swoim religijnym ferworem i szczerością wybitnie korzystne wrażenie na kapitanie, postanowił on zatem im dopomóc w osiedleniu. Nie obyło się początkowo bez problemów. Hahn uznał, że ziemie w okolicach Klemzig nie są wystarczająco żyzne, chciał im zatem pomóc w znalezieniu lepszego miejsca do osiedlenia. Niejaki Osmond Gilles, do którego Hahn zwrócił się poczatkowo o wydzierżawienie ziemi przybyłym luteranom, odmówił swej zgody na to, gdyż ludzie ci dużo się modlili i śpiewali wiele pieśni kościelnych, jego zaś doświadczenie uczyło go, że tacy ludzie są na ogół leniwi. W końcu jednak Hahn uzyskał dla swych podopiecznych nienajgorszę ziemię na wzgórzach w rejonie Mt Barker, ok. 40 km od Port Adelaide (2) Przenosiny zajęły około trzech miesięcy, gdyż trzeba było (w 30-40 stopniowym upale) przenieść pod górę cały dobytek (ludzie nie mieli pieniędzy na zakup lub choćby wynajęcie koni tub wołów), a przecież należało również czymś się odżywiać (na zakup żywności też nie było środków) wobec czego zbierano i gotowano po drodze zioła i korzenie oraz polowano na possumy, jaszczurki i kangury. Te długie przenosiny nie przeszły niezauważone przez miejscowych Brytyjczyków (3)

    Wieś, którą założono (ulicówka) nazwano, na cześć kapitana “Hahndorf”, którą to nazwę posiada ona po dziś dzień, z przerwą na lata 1917-1935, kiedy to zmieniona ona została na „Ambleside” w wyniku antyniemieckich nastrojów (bardzo zresztą podsycanych przez rząd) podczas I Wojny Światowej.

    W ciągu jednak kilku miesięcy ci ludzie, co po drodze zbierali zioła, by wyżyć, zaczęli (wspólnie z tymi z Klemzig) zaopatrywać Adelaide w żywność produkowaną w swoich wsiach. Kobiety z Hahndorf wstawały o 3 lub 4 rano i niosły na plecach jajka, masto i mleko do Adelaide, późnym zaś popołudniem udawały się w drogę powrotną. Dziewczęta szybko zdobyły sobie uznanie w strzyżeniu owiec.

    John Bull, na którego powołaliśmy się już w poprzedniej części, pisze  otwarcie, że Niemcy zostali przy zakupie ziemi po prostu nabrani: panowie Dutton, Finniss i McFarlane, którzy nabyli swoje grunta w okolicach późniejszego Hahndorf płacąc £1 za akr (1 acre = 0.4ha) sprzedali ją następnie Niemcom po cenie £7 za akr, w sumie “kosząc” £1,680 za 240 akrów. Procent zaś (gdyż niezbędna była pożyczka) wynosił 10%. Szybko jednak osadnicy powetowali sobie ową transakcję swoją własną ciężką pracą. Ponieważ wówczas kwitła w kolonii niebotyczna spekulacja ziemią (“tanio kupic – drogo sprzedać”), więc spekulanci, zbijając forsę na takim handlu, nie byli zainteresowani uprawą czy hodowlą. Niemcy zaś ze stosunkowo nawet nieurodzajnej ziemi byli w stanie wyżyć i to nienajgorzej. Wkrótce też stać ich było na to, by do zakupionej poprzednio ziemi dokupić jeszcze więcej, w ten sposób powiększając dwukrotnie obszar Hahndorfu.

    O roli pastora Kavela w miejscowej społeczności Bull pisze w ten sposób:

    „Wplyw pastora Kavela był ogromny, jego osobiste zaangażowanie na rzecz rodaków było niewyczerpane przy jednoczesnym samozaparciu, co w efekcie doprowadziło do stworzenia wspólnoty znanej z prawości i poszanowania dla naszego prawa; a jak świadczą annały Sądu Najwyższego, nie było ani jednej instancji, by ktokolwiek z jego społeczności został skazany za poważne przestępstwo”.

    Jednym z praktycznych dowodów wspierających powyższą tezę jest fakt, że przez dłuższy czas nie było w Hahndorf żadnego posterunku policji. Był on tam po prostu zbędny.

    Jedną z lepiej zapamiętanych i barwnych postaci wśród mieszkańców-założycieli  Hahndorf był przybyły na pokładzie „Zebry” Gottfried Lubasch pochodzący ze wsi Rosin (Rissen) k. Sulechowa. Gdy miał lat 26, był sierżantem pruskiej artylerii i słuzył w armii marszałka Blűchera. Brał udział w bitwie pod Ligny (16 września 1815), a dwa dni później pod Waterloo, za udział w której otrzymał medal Waterloo. John Bull (przedstawiony na ilustracji obok) wspomina go jako “starego sierżanta”:

    “Wiele ciężkich bitew słownych stoczyłem ze starym sierżantem, lecz nigdy nie udało mi się go przekonać, że bitwa pod Waterloo była już wygrana przed nadejściem starego Blűchera. Lubasch twierdził, że był w wysuniętym oddziale dział, które, odprzęgnięte, oddały pierwszą salwę i uratowały, jak twierdził, armię angielską” (w rzeczywistości Napoleon i Wellington osiągnęli mniej więcej “remis” zanim nadeszli Prusacy – przyp. MM).

    Gottfried Lubasch otworzył w Hahndorf najpierw mały lokal gastronomiczny, a następnie hotel z restauracją, który nazwał “German Arms” (czyli „Oręż Niemiecki”) dla przypomnienia Anglikom roli armii pruskiej pod Waterloo i który  pod tą samą nazwą  istnieje po dziś dzień (p. zdjęcie obok). Hahndorf jest zresztą tą miejscowością, która zachowała stosunkowo najwięcej starych budynków z XIX stulecia. Przykładem tego jest – obok „German Arms” – stary młyn z 1842 roku (obecnie odrestaurowany i służący jako restauracja „Old Mill”), stara kuźnia z 1870 roku (obecnie sklep z pamiątkami) czy też pierwsza szkoła luterańska (1839) znana jako „Hahndorf Academy”, pełniąca obecnie funkcję galerii sztuki. 

    W Hahndorf wciąż stoją dwa kościoły luterańskie: starszy, kościół Św. Michała, zbudowano w 1858 roku. Pierwszy budynek – podobny w charakterze do tego z Klemzig – powstał w 1840 i dedykowany został jeszcze przez pastora Kavela. Później jednak pieczę nad tą parafią przejął pastor Fritzsche (patrz: część trzecia „Lobethal pastora i Sevenhill jezuitów” oraz Epilog) w związku z podziałami wewnątrzluterańskimi w Australii.  Drugim z istniejących tam kościołów luterańskich jest kościół Św. Pawła z roku 1890. Pierwotny jego budynek powstał w roku 1858. Obecny, z roku 1890, zaprojektowany przez architekta F.W. Danckera z Adelaide powstał w rocznicę zbudowania pierwszego budynku kościoła Św. Michala. Parafia Św. Pawła tradycyjnie była parafią zwolenników pastora Kavela.

    Po zwycięskim zakończeniu wojny z Francją w 1871 roku, kanclerz Otto von Bismarck nakazał odlanie z broni użytej w tej wojnie pewnej liczby dzwonów dla kościołów luterańskich w Europie. Jeden z tych dzwonów trafił do kościoła Św. Michała w Hahndorf i był używany aż do roku 1946, kiedy to przeniesiono go do miejscowej szkoły luterańskiej. Podobnie po I Wojnie Światowej jeden zdobyty we Francji przez Australijczyków niemiecki moździerz (“Minenwerfer”) przywieziony został z Europy i ustawiony przy głównej ulicy w Hahndorf, gdzie stoi on po dziś dzień.  

    Nie spoób pominąć również cmentarza w Hahndorf. Kiedyś były tam trzy cmentarze: najstarszy wokół kościoła św. Michała, na którym pozostało po dziś dzień jedynie kilka grobów; drugi wokół miejscowością. Na najstarszych nagrobkach odczytujemy, zapisane najczęściej w gotyku, nazwy miejsc urodzenia pierwszych tutejszych kolonistów: Nickern (czyli: Niekarzyn), Kranz bei Bomst (Kręcko koło Babimostu), Rakau (Raków), Unruhstadt (Kargowa, dawn. Unrugowo), Clausthal, Berlin, Posen (Poznań).  Cmentarz ten jest wciąż użytkowany. W roku 1968 spoczął tam jeden z lepiej znanych artystów australijskich, urodzony w Hamburgu (1877), a zamieszkały i tworzący w Hahndorf malarz Hans Heysen. http://images.google.com.au/images?hl=en&lr=&q=Hans+Heysen&btnG=Search

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część1część3

    Poniżej prezentujemy małą “galeryjkę” fotosów z Hahndorf:
     

     
    Przypisy:

     

     

    1. Nie istnieje żadna zachowana oficjalna lista pasażerów „Zebry”. Liczby podawane w rozmaitych źródłach różnią się między sobą nieraz znacznie i wahają się w granicach 129 do 199. Jeżeliby odjąć od liczby 199 osób notowane zgony 6 dorosłych oraz 5 dzieci, to zostawałoby 188 osob, które dotarły do Port Adelaide. Są jednak źródła podające liczbę 129 osob, które wsiadły na żaglowiec parę miesięcy wcześniej w Hamburgu i z których owych 11 osób zmarło podczas rejsu. Zdecydowaliśmy się jednak na liczbę 199 osób, gdyż taką podaje w swoich notatkach kpt. Hahn.

    2. Zainteresowanie kapitana Hahna okazane pasażerom jego statku nie uszło również uwadze brytyjskich obserwatorów w Australii. Oto co pisał „The South Australian” w środę 23 stycznia 1839 roku:

    „Zebra

    Stanowi dla nas przyjemność najszczerszą móc opublikować nastepujące wdzięczne świadectwo opieki i uważania okazanego przez Kpt. Hahna ze statku „Zebra” przybyłego  ostatnio do tej kolonii z Hambro (t.j. ‘z Hamburga’ – przyp. MM). Od sposobu, w który kapitanowie statków z emigrantami pełnią ważne swe obowiązki zalezy tak wiele komfortu i szczęścia pasażerów, że nie powinna być stracona okazja zaświadczenia uznania kolonistów, gdy tylko odpowiednia sposobność po temu się nadarzy. Kapitanowi z „Prince George” oraz Kapitanowi Hahnowi z „Zebry”, (obydwa z emigrantami z Niemiec) należy się wielka pochwała za ich jednoznaczną życzliwość i uważanie okazane powierzonym ich opiece, i sugerowalibyśmy Pełnomocnikom słuszność przyznania premii tym Kapitanom, którzy w bezpieczny sposób przywożą emigrantów i pasażerów i których dowodzenie jest tak godne polecenia.

    City of Adelaide, South Australia 

    19 stycznia, 1839.” 

    3.  W części pierwszej, tej o Klemzig, cytowaliśmy obszerne fragmenty artykułu z „Southern Australian”. W odpowiedzi nań pewien czytelnik, podpisujący się jako „Salus Populi”, a posiadający wyraźne zacięcie do odmalowywania scen rodzajowych i religijnych (być może duchowny?), napisał do redakcji tej gazety list, który opublikowany został 15 maja 1839 roku, a opisujący wrażenia autora będącego świadkiem wspomnanych powyżej przenosin pasażerów „Zebry” do ich nowego miejsca zamieszkania:

    „(…) w czynionym przez Pana wyliczaniu dobrych cech owych Niemców nie doszukałem się jakiejkolwiek wzmianki o najbardziej wzniosłym rysie w ich charakterze – o ich skrupulatnym obchodzeniu Dnia Pańskiego. Ich pełen samozaparcia duchowny dzieli swój czas, jak mniemam, pomiędzy tą oraz bardziej odległą osadą swych rodaków. Czy jednak on z nimi jest czy nie, nie pozwala się, by Dzień Pański nie był świętowany. Byłem świadkiem najbardziej ujmującej sceny kilka niedziel temu; grupa tymczasowych chat na szczycie łańcucha gór Mount Lofty wskazywała miejsce, gdzie niektórzy z owych pielgrzymów zatrzymali się na wypoczynek w drodze do dystryktu Mount Barker, w którym zakładają swą osadę.(…) Można było spostrzec starego człowieka w jednej z owych chatek, czytającego z dużego notatnika grupie uważnych dzieci. W innej chacie pewien mężczyzna leżał na materacu, jednak modlitewnik był w jego ręku i najwyraźniej przyciągał jego największą uwagę. Lecz w cieniu wspaniałego eukaliptusa, siedząc czy to na stołkach czy klocach przyniesionych z chat, czy to na powalonym pniu drzewa lub też, w przypadku młodszych członków kongregacji, po prostu na ziemi, grupa około dwudziestu paru osób słuchała z uwagą czytania (…) i co jakiś czas pobożni zebrani wstawali jednocześnie, by śpiewać w najbardziej zachwycającej harmonii którąś z pieśni Pańskich, często przedtem spiewanych w ich własnym kraju. Był to temat dla malarza – szerokie równiny w dole ze swymi rzadkimi zagrodami wdzierającymi się w miejsca będące do niedawna jeszcze niepodzelną domeną kangurów i emu. Wzgórza z tyłu, rozpościerające się wyżej i wyżej, oddzielające nas od bezkresnych równin, takich jak te między Zatoką a nami, które w niedługim już czasie mogą falować złotym plonem i być znaczone spiczastymi wieżami miejsc chrześcijańskiego kultu, w których tubylcy będą mogli wyznawać religię Zbawiciela. Bezchmurne niebo w górze i niewzburzony ocean w oddali, tworzyły panoramę szczególnie cieszącą oko. Lecz scena, którą usiłowałem opisać – cisza lasu przełamana świąteczną muzyką prostych wiernych; ta przemawiała do serca, i mógłbym sobie życzyć, by wielu co nie zauważają powrotu tego świętego dnia odpoczynku, było tam ze mną, by zobaczyć ten poruszający widok, uchwycić te pobudzające melodie, gdy wznosiły się niczym wdzięczne kadzidło ku Temu, co pokrył gaj zielenią, co rozpostarł niebiosa, i co dzierży w Swej dłoni szeroką przestrzeń wód…”  (Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, str. 92)

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Continue Reading »
    0 Comments

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 1: Z Klępska do… Klępska

    Jul 17th, 2009 by monio
    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami – część 1: Z Klępska do… Klępska

    Pierwszymi, którzy nazywali siebie Australijczykami, byli Niemcy. Pierwsi Niemcy zaczęli przybywać do Australii w pierwszych latach XIX wieku. Pierwszymi zaś zorganizowanymi grupami osadników niemieckich były grupy staroluteranów, które przybywać zaczęły w drugiej  połowie lat trzydziestych tego samego stulecia. Pochodziły one z pogranicza wielkopolsko-brandenbursko-dolnośląskiego. To ich historię prezentujemy poniżej. Pierwszą z tych grup była grupa, której przywódcą był August Kavel, pastor ze wsi Klemzig (dzisiaj “Klępsk”) koło Zbąszynia (Bentschen).

    Der “Kirchenstreit” in Preussen

    U źródeł emigracji luteranskiej leżały… wysiłki na rzecz zjednoczenia kościołów. Król Prus, Fryderyk Wilhelm III von Hohenzollern zamierzał doprowadzić pod swoim panowaniem do zjednoczenia protestantów w jeden kościół. Wysiłki w tym celu podjął on około roku 1817. W 1821 roku wprowadzono nową księgę regulującą zasady sprawowania nabożenstw („Agende”), w tym Eucharystii. Zawarte w niej reguły spotkały się ze sprzeciwem wielu luteranów, dla których oznaczały one kompromis nie do przyjęcia w sprawach wiary. Ów konflikt kościelny, który był tego rezultatem (“Kirchenstreit”), okazał się szczególnie silny począwszy od roku 1830, gdy odbywały się obchody trzechsetlecia Konfesji Augsburskiej. Wtedy to król, wydanym przez siebie dekretem, zażądał, by uroczystości te obchodzono zgodnie z wydanymi 9 lat wcześniej regulacjami.(ilustracja Friedrich Wilhelm III) Opozycja wobec owego dekretu znalazła największy oddźwięk we Wrocławiu, stolicy Śląska, a jej głównymi przywódcami byli dr J.G. Scheibel, dr G.P.E. Huschke oraz H. Steffens (wszyscy z Wrocławia).

    Początkowe proby skłonienia opornych do zaakceptowania unii za pomocą zachęty i perswazji nie przyniosły stuprocentowo pozytywnych rezultatów. Toteż, począwszy od roku 1834, stosować zaczęto środki przymusu. Duchownym odmawiającym stosowania się do instrukcji odbierano prawo sprawowania posługi duszpasterskiej, a miejsce ich zajmowali duchowni – zwolennicy unii i posłuszni dekretowi. Nabożenstwa odprawiane prywatnie zostały zakazane, a ich uczestnicy karani byli aresztem oraz grzywnami. Pastor luterański chrzczący dziecko karany był grzywną 50 talarow, dziecko zaś poddawane było ponownemu chrztowi przez pastora unii.

    Do jednej z bardziej spektakularnych akcji zjednoczeniowych doszło we wsi Hoenigern w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 1835 roku. Około 400 żołnierzy piechoty oraz 50 huzarów z bagnetami i szablami wypędziło kobiety z miejscowego kościoła luterańskiego i wprowadziło tam pastora unii. Wojsko zatrzymało się we wsi tak długo, aż wreszcie luteranie uczęszczać znowu zaczęli na nabożenstwa.

    Takie i podobne wydarzenia zrodziły w wielu chęc wyemigrowania. W ‘modzie’ było wówczas emigrowanie do USA oraz do Rosji. Ale do… Australii?

    Um des Glaubens willen nach Australien

    Pastor Kavel zamierzał początkowo zorganizować emigrację do USA i w tym celu udał się do Londynu. Spotkał tam jednak pewnego szkockiego przedsiębiorcę, baptystę nazwiskiem George Fyfe Angas. Człowiek ten założyl krótko wcześniej firmę pod nazwą South Australian Company i poszukiwał chętnych do pracy w Południowej Australii. Pastor Kavel ze swymi staroluteranami wprost “spadł mu z nieba”. Ponieważ od roku 1837 pewna liczba niemieckich rzemieślników już dla niego pracowala i był on z ich pracy zadowolony, przeto postarał się on (i to skutecznie), by Kavel zamiast do Ameryki, skierował swoją wspólnotę do Australii.

    Nie od razu jednak było to możliwe, gdyż władze Prus początkowo nie zamierzały zgodzić się na emigrację zdyskontentowanych luteranów. A nawet gdy już udzielono zgody (1), wciąż opóźniano wydawanie im paszportów. Czyniono tak nawet wówczas, gdy wielu z nich posprzedawało swój dobytek. W międzyczasie pastor Kavel i Angas utrzymywali kontakt listowny. W jednym z listów do Angasa Kavel wspominał przypadek pewnego dolnośląskiego właściciela ziemskiego, „barona von Koszutski”, który za współpracę z luterańskimi opozycjonistami oraz za udzielanie w swym domu gościny nielegalnym nabożeństwom, ukarany został przez władze utratą części majatku oraz uwięzieniem na kilka miesięcy.

    Pierwsza grupa, licząca ponad 200 emigrantów wyruszyła na barkach ze wsi Cigacice (Tschicherzig) 8 czerwca 1838 roku. Płyneła Odrą aż do kanału, dalej Szprewą do Berlina (17 czerwca). Następnie Hawelą i Łabą do Hamburga http://www.henschke.com.au/about/heritage/reasonsformigration.asp . Tam jednak wypadło poczekać ponad miesiąc zanim można było wejść na pokład statku. Przyczyną było właśnie wspomniane opóźnianie wydania paszportów. Z Hamburga grupa zabrana została dwoma żaglowcami (“Prince George” i “Bengalee”) w ponad czteromiesięczną podróż do Australii (8 i 9 lipca), do której udać się można było opływając po drodze całą Afrykę (nie było jeszcze Kanalu Sueskiego). Obydwa żaglowce dopłynęły w okolice Port Adelaide 16 listopada (“Bengalee”) oraz 18 listopada (“Prince George”).  Nieco później wypłynęły z Hamburga dwa inne statki: “Zebra” oraz “Catharina”.

    Żaglowcem “Prince George” przybyły do Południowej Australii rodziny z następujących miejscowości: Okunin (Langmeil), Klępsk (Klemzig), Kargowa (Unruhstadt), Kolesin (Goltzen), Żółków (Salkau), Karczyn (Harthe), Krężoły (Krummendorf), Trzciel (Tirschtiegel), Łęgowo (Lang Heinersdorf), Kępsko (Schönborn), Ostrzyce (Ostritz), Kielcze (Keltschen) oraz Kije (Kay).

    Z około 500 pasażerów z owych czterech statków w drodze zmarło 30 ( 14 na “Prince George”, 12 na “Zebrze” i 4 na “Catharinie”).

    Aus Klemzig nach… Klemzig

    Miejscem, do którego dopłynęły żaglowce, było położone o 1 kilometr na północ od dzisiejszego Port Adelaide miejsce zwane wówczas “Port Misery”. Nazwa jak najbardziej trafna, gdyż oprócz mokradeł i błota było tam niewiele. Stamtąd wyprawiano się na poszukiwanie odpowiedniego miejsca na osiedlenie. Wybrano ziemię stanowiącą własność Angasa, a położoną ok. 7 km na północny wschód od centrum Adelaide. Założoną w ten sposób wieś nazwano “Klemzig”, czyli tak jak tę opuszczoną w Niemczech, w której drewnianym kościele pastorem był Kavel.

    Wielu autorów południowoaustralijskich pozostawiło swoje wspomnienia o Niemcach. Jednym z wybitniejszych był John W. Bull. W swej książce “Early Experiences of Colonial Life”, (na pozycję tę przyjdzie nam się jeszcze powołać) napisał między innymi, ze Angas, „ów zamożny i skłonny do dobroczynności gentleman nigdy nie uczynił lepszego użytku ze swych pieniędzy niż wtedy, gdy użyczył tej grupie luteranów środków na imigracje do tej kolonii, by mogli oni uciec od prześladowań, którym poddani byli w swym własnym kraju”.

    “Aż do momentu ich przybycia mieszkańcy Adelaide byli niewystarczająco zaopatrywani w warzywa oraz nabiał i to po horrendalnych cenach – masło po 2 szylingi i 6 pensow za funt, jaja po tej samej cenie(…) Po jakims czasie zaczęto widywać cały sznur matron i dziewcząt udających się w drogę do stolicy w swych niemieckich strojach”.

    Żywność sprzedawały w stolicy bardzo tanio, więc popyt był zapewniony. Można było zatem zaoszczędzić trochę grosza. Wkrótce też osadnicy pozbyli się długów zaciągniętych uprzednio na zakup ziemi.

    Oddajmy na chwilę głos innemu świadkowi omawianych wydarzeń. W sposób bowiem typowy dla angielskiego dziennikarstwa owych lat scharakteryzował on nowo powstałą osadę oraz ich mieszkańców. Poniżej cytujemy większą część owego opisu zamieszczonego 1 maja 1839 roku w „Southern Australian”:

    “(…) Jak Adelaide, otoczony jest on majestatycznymi drzewami i w wielu miejscach oferuje bliskie widoki naszego wspaniałego łancucha wzgórz. Rzeka wije się obok wsi i o tej porze roku posiada wodę o znacznej głębokości. Aura spokoju przenika to miejsce, będące dokładnie takim, jakie wyobraźnia odmalowałaby jako przystań prześladowanej pobożności.

    Przedsiębiorczość i spokojna wytrwałość niemieckiego charakteru zostały w Klemzig rozwinięte w całej pelni. Minęło zaledwie cztery do pięciu miesięcy odkąd ludzka ręka poczęła tutaj usuwać znamiona dzikości, a już zbudowano niemal trzydzieści domów - niektóre z nich dobre i obszerne. Wszystkie one sa schludne, czyste i wygodne. Są one przeważnie zbudowane z pise (t.j. z ubitej gliny – przyp MM) lub z niewypalonej cegły stwardniałej od słońca. (…) (patrz: akwarela George’a Frencha Angasa – i niejako dla porównania – to samo miejsce obecnie, zdjęcie robione w grudniu 2004).

    Sami mieszkańcy są niemniej interesującymi obiektami kontemplacji. Przybysz zastanie ich, wszystkich co do jednego, zajętych oraz pogodnych niczym angielskie pszczoły na wiosnę. Poza domem pielą lub podlewają albo budują, albo łowią, doją, myją, ścinają drzewa lub niosą wodę. (…) Nawet dzieci, zbyt małe by pracować, jednak wystarcząjaco duże, by się uczyć, znajdziemy podczas godzin szkolnych, pobierające naukę od swego znakomitego i niezmordowanego pastora.

    Przybysza uderza miłe usposobienie i grzeczne maniery tych ludzi. Mężczyzna unosi kapelusz, gdy cię mija i kłania się z zachowaniem odległym od prostactwa i służalczości. Kobieta, choć może ugina się pod ciężarem niesionego drewna, usmiecha się, okazując przechodzacemu przybyszowi wyraz pełnej szacunku uprzejmości. Nawet nieliczni tubylcy pomagający im w niektórych pracach, zdają się przejmować ich ducha, postępując z rezerwa i nie narzucając się.

    Nie uwłaczamyw niczym naszym pracującym rodakom w Adelaide jeśli stwierdzimy, że mogą oni pobrać jedną lub dwie użyteczne lekcje od naszych niemieckich braci z Klemzig.

    Ufamy, że powyższe obserwacje nie zostaną przyjęte jako będące nie na miejscu. Uważamy bowiem, że nasi sąsiedzi zasługują na uwagę z naszej strony. Wygnani z własnego kraju, gdyz nie ugięli się przed tą najgorsza formą tyranii usiłującą skuć łańcuchami ludzkie umysły i dyktować im wiare, przybyli tutaj, wznieśli swój ołtarz wśród nas i prezentują nam model praktycznej kolonizacji wart naszego indywidualnego naśladownictwa.” (2)

    Dziś wieś ta, wciąż zachowująca swoją nazwę, stanowi dzielnicę Adelaide. Pierwotnych domów pionierskich już tam nie ma. Nie ma również niegdysiejszego kościoła luteranskiego – pierwszego kościoła luterańskiego w Australii  ani małego cmentarza naprzeciwko niego.  W miejscu , w którym się ten cmentarz znajdował, jest dzisiaj Pioneer Memorial z metalowymi tablicami w miejscach grobów niektórych z pochowanych tam mieszkańców oraz skromny postument, wystawiony tam w roku 1936.

    Michał Monikowski
    Perth, Australia

    Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami  część2

     Przypisy:

    1.  Po mniej więcej dwóch latach oczekiwania otrzymano zgodę króla Fryderyka Wilhelma III, wydana 10 marca 1838 roku:

    „Z wielkim bólem dowiedziałem się, ze niektórzy z moich poddanych, skądinąd dobrzy i religijni ludzie, lecz zaślepieni i zmyleni przez fanatyzm i herezję i nie ufający moim ojcowskim deklaracjom i napomnieniom, uparcie oddają się iluzji, że stare nauczanie luterańskie ma zostać zakazane – co oczywiście nigdy nie było naszą intencją. Nie zwracając przeto uwagi na nic, co mogłoby to dla nich uczynić rzeczą jasną, są oni całkowicie przekonani o czymś wręcz przeciwnym i przygotowują się wręcz do opuszczenia swych miejsc rodzinnych, aby, jak sądzą, poszukiwać staro-luteranizmu tysiące mil od domu, w Południowej Australii, dokąd fanatyczni liderzy zamierzają ich zabrać, aby tam oddać się całkowicie swym religijnym, fanatycznym planom utopijnej niezależności, jak ją sobie uformowali w swej imaginacji.

    Tymczasem, jeśli zwiedzeni mieliby silę oderwać się od owych hipokrytów, którzy ich usidlili i sprowadzają na nich utrapienie wahaniem sumienia, to mogliby, tak jak do tej pory, pozostać wierni i lojalni starym, niezafałszowanym naukom luterańskim zachowanym w Konfesji Augsburskiej. W żadnym wypadku nie mogło być powodu do obaw przed dyskryminacją ich wiary, jako że otrzymali już oni zapewnienie, że gdy tylko tego zechcą, ich pastorzy mogliby formalnie zobowiązać się do nauczania i głoszenia niczego innego niż wspomniana wyżej doktryna luteranska.

    Dlatego też zawróćcie wy, którzy jesteście zwiedzeni! Jest jeszcze czas, by zaniechać kroku, którego z całą pewnością przyjdzie wam żałować, a który nie może przyczynić wam dobrobytu wiecznego ani doczesnego. Jeśli jednak zamierzacie upierać się zawzięcie przy kroku, na który zdecydowaliście się, nakazuję wam ściśle przestrzegać wydanych nakazów dotyczących emigracji, w którym to wypadku mogę jedynie was żałować, lecz muszę  pozostawić was waszemu losowi.”

    (Schubert, David :Kavel’s People. From Prussia to South Australia”. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, s.64;  Iwan, W.: “Um des Glaubens willen nach Australien”, 1931, s.131)

    2.  Cytowane za: D.Schubert. Kavel’s People. Lutheran Publishing House. Adelaide, 1985, s. 87-88

     Możemy się oczywiście domyślic, że osobami emigrującymi do Australii kierowały nie tylko motywy idealistycznej natury. Niemiecki autor W. Iwan w wydanej w Niemczech przed wojną książce „Um des Glaubens willen nach Australien” („Dla wiary do Australii”) cytuje zachowane jeszcze wówczas w Klępsku uwagi następcy Kavela, pastora W. Kaufmanna, dotyczące emigrantów:                                                                                                                                                                                                            

      „(…) Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że wszystkie emigrujące dorosłe osoby były świetlanymi przykładami chrześcijan. Nastepujące osoby zasługują na zaszczytne wspomnienie: panna Anna Elisabeth Hönke, panna Anna Rosina Rau, ogrodnik Georg Bothe, krawiec Rau i jego żona, leśnik Fiedler i jego żona oraz ogrodnik Lange. Nie bez chrześcijańskiego oświecenia i wiedzy, w sumie niepozbawionymi żywej wiary byli: żony mieszkańca  Miegela i kołodzieja Petrasa, wdowa Rau, robotnik Hönke, ogrodnik Hönke, krawiec Hönke, wieśniak Thiele, murarz Schultz, slużący Jentsch, ogrodnicy Zilm i Pölchen oraz wieśniak Weber. Większość dorosłych była duchowo martwa lub nie posiadała rozeznania, by dać świadectwo wiary. Niektorzy z nich szukali ziemskiej fortuny, doczesnej wolności i doczesnego dobrobytu.. Większośc wyjechała, gdyż inny członek rodziny zdecydowal się to uczynić. Bez jakichkolwiek zasług byli slużący Schultz, kołodziej Petras, pijak i hazardzista, cieśla Bothe, rownież pijak i hazardzista, robotnik Schubert, prożniak, żona robotnika Hönkego, zlodziejka i kłamczyni, żona robotnika Christiana Rau, kobieta nieopanowana oraz parę innych osób, które łatwo dało się zastąpić.

    Chwała niechaj będzie Bogu, który poprzez swe zbawcze działanie i łaskawe czuwanie Jego Ducha w ciągu moich trzech lat pracy tutaj, zastąpił również wszystkich tych emigrantów, którzy posiadali żywą wiarę. Tak, wieczna chwała niech będzie jego łasce, miłości i wierności. Amen!”

    (Schubert, David :Kavel’s People. From Prussia to South Australia”. Lutheran Publishing House, Adelaide 1985, s.71)

    Continue Reading »
    0 Comments

    Maria, córka Izydy

    Jul 16th, 2009 by monio
    Maria, córka Izydy

    Zostałem zaproszony swego czasu w Magazynie “Semper Reformanda” przez Red. Tomasza Terlikowskiego (w odpowiedzi na parę komentarzy) na wycieczkę po kulcie maryjnym. Zaproszenie z radością przyjąłem. Przyjąłem je  i dlatego, że tajemnic jest tu więcej niż w różańcu. Kult maryjny oraz bazowana na nim dziedzina teologii, zwana “mariologią” nie istniałyby, gdyby nie znacznie starsze odeń i od całego chrześcijaństwa inne religie i systemy wierzeń. Wśród kultów znanych historycznie najpopularniejszy był niegdyś kult Izydy, znanej w Egipcie pod imieniem “Aset”.

    Dziedzictwo naszych przodkówTomasz Terlikowski na moje wcześniejsze komentarze odpowiedział wówczas artykułem, który nazwał nawet  “pierwszym listem” (szkoda, że już nie było następnych!), skierowanym do mnie jako do “gnostyka Michała”. Prezentowany tu tekst był odpowiedzią na ten jego artykuł.  Wprowadzono doń jedynie kilka nieznacznych korekt.

     

     

    Przede wszystkim pragnę zacząć od wyjaśnienia pewnego nieporozumienia, gdy chodzi o gnostycyzm. Nie biorę go Autorowi za złe, jako że zdarza się ono bardzo często. Chodzi mianowicie o założenie, że dla gnostyków Bóg jest kimś “nieobecnym” oraz że jest on jedynie Bogiem Ducha, a nie materii. Faktem jest, że istnieją zachowane informacje, o bardzo szczątkowym charakterze, pochodzące zarówno z czasow antycznych, jak i późnego Średniowiecza, sugerujące takie nastawienie samych gnostyków. Mało jednak wiemy o rozmaitych odmianach gnostycyzmu i jego poglądów na ten temat. Jakkolwiek by jednak nie było, faktem jest – i to nawet bardziej decydującym – że gnostycyzm zmieniał swój charakter wraz z upływem czasu szybciej niż oficjalna kościelna ortodoksja. Stąd też np. rzymski katolicyzm, pomimo niewątpliwych zmian jest wciąż bardziej podobny do katolicyzmu XIII-wiecznego niz dzisiejszy gnostycyzm do katarskiego (semi-) gnostycyzmu. Dzieje się tak dlatego, że o ile ortodoksyjne chrześcijaństwo zaliczane jest do t.zw. religii objawionych, t.j. religii bazujących na przekonaniu, że Bóg objawił pewne niezmienne fakty na swój temat (np. w Biblii), to chrześcijaństwo gnostyckie bazuje na założeniu, że poprzez stopniowe poznawanie siebie oraz otaczającej rzeczywistości jesteśmy w stanie zbliżać się stopniowo do Boga. Bóg gnostykow doby dzisiejszej to Bóg, którego obecnośc odkryć można wszędzie. Bóg gnostyków zatem to nie tyle Bog “nieobecny”, lecz raczej “nieznany”, którego w związku z tym trzeba stopniowo poznawać. To Bóg, który nazywany jest często “ineffable” (dosł. “niewysłowiony”), ale nie dlatego, że się on nie “wysławia”, lecz dlatego, że trudno go scharakteryzować na podstawie takich czy innych przekazów, włączając “kanoniczne”.

    Ten długi wstęp niechaj stanie się swego rodzaju wprowadzeniem w podstawowe różnice zachodzące w odbiorze problematyki religijnej przez obie strony: prawowierną i gnostycką.  Niejednokrotnie tak się bowiem składa (a miałem okazję rownież na tym portalu się z tym zetknąć), że polemiści niejako “przywołują” kogoś do porządku niejako z góry zakładając, że któreś z antycznych alegorii powinny charakteryzować poglądy gnostyków, stwierdzając np. “przecież ty, jako gnostyk…” (i tu następuje odwołanie sie do jakichś archaicznych wierzeń i alegorii sprzed co najmniej półtora tysiąca lat). Alegoria to jedynie sposób wyrażenia pewnej myśli, tak jak Jezusowe przypowieści to też nie “true stories”, tylko wytwór ludzkiej wyobraźni. Inaczej skończylibyśmy na rozumieniu Królestwa Niebieskiego np. jako garści nasion.

    Nie staram sie występować tutaj jako reprezentant gnostycyzmu, lecz osoba prezentująca prywatne poglady, a przyznająca się do gnostyckiego rozumienia religii i będąca jednocześnie członkiem Kościoła Katolickiego – i to bez przerwy, od dzieciństwa. Nigdy bowiem nie byłem członkiem jakiejkolwiek innej wspólnoty kościelnej, choc tu w Australii często (a nawet częściej) bywam w innych kościołach niż katolicki.

    Nie jest prawdą Twoje założenie Tomaszu, że neguję uzasadnienie wiary chrześcijan w Marię na przestrzeni dziejów. Założenie to też jest wynikiem pewnego nieporozumienia. Bo ja neguję mariologię dzisiaj, a nie 15 wieków temu. Wierzenia odnoszące się do NMP były bowiem wynikiem okoliczności czasu i miejsca. Wielu było bogów w starożytności, którzy rodzili się, potem umierali (najczęściej zabijani przez siepaczy złych mocy), a następnie powstawali z martwych – czy to już nastepnego dnia, czy też po trzech dniach. Tacy bogowie musieli mieć zatem swoje “matki boskie”, niektóre z nich będące szanowanymi kobietami, inne zaś boginiami. Chrystus żył w czasach, gdy wierzenia takie istniały już od setek lat np. w przypadku perskiego Mitrasa i jego “Matki Boskiej” znanej pod imieniem Anahita - (“Anahita, Niepokalana Dziewica, Matka Mitrasa Pana”), Cybele, matka boga Attisa z Azji Mniejszej, która znana była jako “Mater Deum” (dosłownie: “Matka Boska”) lub nawet tysięcy lat (egipski Horus i jego matka Izyda). Kimkolwiek jednak taka matka nie była, zawsze musiała czymś pozytywnym wyróżniać się na tle innych matek. Nie brakowało więc dziewiczych porodów (np. w przypadku Ozyrysa-Dionizosa czy – w innej wersji tego samego mitu – Orfeusza-Bachusa). Doktryny wczesnego chrześcijaństwa dotyczące Marii, nawet jeśli nie były stuprocentowymi kopiami innych wierzeń, kształtowały się jednak w pewnej atmosferze intelektualnej, na ktorą owe religie wycisnęły swoje ewidentne piętno.

    Nie neguję zatem owego uzasadnienia wiary, rozumianego jako tło historyczne. To bowiem właśnie owo tło jest samo w sobie uzasadnieniem kultów maryjnych (bo było ich sporo, choc najstarsze ślady tych kultow – powtarzam: kultow, a nie fascynacji – pochodzą z okresu nie wcześniejszego niż III wiek n.e.). Nie podzielam natomiast zupełnie poglądu, że owo niegdysiejsze tło (juz nieistniejące) musi w dalszym ciągu (na zasadzie chyba jakiejś “martwej ręki”) ciążyć na obecnych ocenach i wierzeniach. Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany: zajmując takie stanowisko nie próbuję nikomu “wybić z głowy” jego ewentualnych wierzeń czy poglądów. Błędne wrażenie w tym zakresie może wynikać z faktu, że często prezentuję swe poglądy “bez owijania w bawełnę”: raz np. powstrzymać się musiałem przed włożeniem do komentarza słów o tym, że moim zdaniem Maria tak sie ma w porownaniu do Joanny d’Arc, że mogłaby jej “pucować zbroję oraz miecz”, przez co nie miałbym zamiaru nikogo urażać, a jedynie podkreślić, że Joanna – jako osoba historyczna (a nie “teologiczna”) była w stanie kształtować historię w nieporównanie większym stopniu, niżby się to kiedykolwiek dało powiedzieć o Marii. Ostatecznie jednak nie użyłem wówczas tego określenia.

    “Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”

    Nie inaczej ma sie rzecz z tymi naszymi dogmatami czy to o dziewictwie, niepokalanym poczęciu czy o wniebowzięciu: Semele, matka boga Dionizosa, również została wniebowzięta (samo święto Wzniebowzięcia, obchodzone przez chrześcijan w sierpniu, zastąpiło inne święto poganskie, a mianowicie święto bogini Diany). Podobienstwa wizerunków Marii oraz rozmaitych “pogańskich” matek boskich były do tego stopnia uderzające, że niejednego wprawiały, a i dziś jeszcze też wprawiają, w osłupienie. Np. jak notują historycy, niektóre wizerunki NMP we Francji okazały się, po bliższym zbadaniu, wizerunkami egipskiej bogini Izydy (albo pokrewnych bogiń) lub też na niej były modelowane (nie mówiąc już o tym, że szereg kościołów poświęconych Marii stoi w miejscach kultu Izydy lub innych jej pogańskich odpowiedników). Na jednym z takich wizerunków znaleziono nawet inskrypcje: “Niepokalana jest Pani nasza, Izyda”.

    Gnostykom chrześcijańskim też nie brakowało żeńskiego bóstwa zwanego Sophia, czyli Mądrość (a święto jej Wniebowziecia obchodzone jest w tym samym dniu, co Wniebowzięcie NMP), ale przecież dziś ze świecą trzebaby szukać (i to bez powodzenia!) jakiegokolwiek gnostyka wierzącego w literalne istnienie takiego bóstwa.

    Krzywdę wyrządza się również tym niezliczonym chrześcijanom (głównie katolikom), którzy przecież kiedyś i tak dojdą do tego, że “król jest nagi”, jeśli się tylko nad tym zastanowią; że te “szaty cesarza”, które na Marię włożyła dogmatyka, tak naprawdę nie istnieją. Będzie to tym boleśniejsze, że cała ta historia wpychana jest im do głów jako historyczna prawda, a nie nawet jako “mit będący nośnikiem prawdy”.

    Tak, domyślam się pewnej możliwej kontry wobec moich wywodów, a mianowicie, że zastanawiać one muszą akurat, gdy ich autor mieni się gnostykiem, a wiadomo, że gnostycy wręcz od czasów ‘niepamiętnych’ prześcigali się w tworzeniu mitów, że pisali z dziesiątki ewangelii, w których “działy się” rzeczy pod mitologicznym względem usuwające w cien nawet te masy trupów z ewangelii Mateusza, co to w momencie śmierci Pomazanca wstały z grobów, przeczekały dwa następne dni gdzieś w ukryciu chyba, a gdy Pomazaniec zmartwychwstał, to one stadnie niczym tłum Frankensteinów przeparadowały przez Jerozolime, by się żywym pokazać. Tak, to prawda, gnostycy wymyślali ile wlazło, ale oni ze swych opowieści nie robili dogmatów “dawanych do wierzenia” (ale terminologia, co?).

    Przyjrzyjmy się osobie 

    Jesli uważam, że o Marii niczego tak naprawdę nie wiemy, to oczywiście pogląd taki wyrażam po zapoznaniu się m.in. z t.zw. ewidencją biblijną. Prawda, że są tam kwieciste zwroty, lecz wyjątkowo mało kryje się za nimi treści o tym kim była (poza tym, oczywiście, że była matką Jozuego). Ale nawet tu popełniano błędy przy formułowaniu doktryn maryjnych. Miała byc “dziewicą” i fakt ten miał być “przepowiedziany” w Starym Testamencie, jednak hebrajskie “almah” nie oznacza tego, co zastosowane poźniej przy tłumaczeniu na grecki słowo “parthenos”. Almah to nie dziewica, a jedynie młoda kobieta. Bóg żydowski nie był narodzony (ani żaden żydowski bohater) z dziewicy. Z dziewic rodzili się natomiast bogowie poganscy, stąd tez fama o Jezusie narodzonym z dziewicy to po prostu poganski mit zaadoptowany dla celów “teologicznych” chrześcijaństwa ortodoksyjnego. Również doktryna o bezgrzeszności Marii bierze się z niedokładnego tłumaczenia – tym razem tekstu greckiego na łacinski. Skoro Maria była “łaski pełna” (“gratia plena”), to owa pełnia łaski miała oznaczać, według mitotworcow, że była ona bezgrzeszna. Jednak oryginalne greckie “kecharitomene” to przecież nie to, co “gratia plena”, gdyż to po grecku byłoby “pleris charitas”. Kecharitomene, to po prostu tyle, co “obdarzona łaską”. I absolutnie nic więcej.  Można jednak zrozumieć kolejne pokolenia mitotwórców kościelnych: najpierw zmagali się oni z podobnymi wierzeniami pogańskimi i pragnęli “wykazać”, że Chrystus jest jednak większym i znaczniejszym bogiem niz inni. Potem znów starali się sformułowane przez siebie doktryny “zabezpieczać” przed debatami poprzez dokooptowywanie nowych. Z czasem wytworzył się więc cały łancuch coraz to dziwniejszych teorii, a wszystkie one bazowane na założeniach swoich poprzedniczek, jednak nie na jakimkolwiek materiale faktograficznym. Zazwyczaj jest tak, że gdy się kogos chce sławić, to wyolbrzymia się jego dokonania. Nawet do tego stopnia, by je mitologizować czy wręcz do ciągu prawdziwych dokonan kandydata dopisywać czyny, których nigdy nie dokonał. Tak więc filozofowi i mistykowi Pitagorasowi przypisywano przywracanie ludzi do życia i to na 6 stuleci przed narodzeniem Chrystusa. Potem to samo przypisywano Apoloniuszowi z Tiany i innym. Owi ludzie jednak, tak jak sam Pomazaniec, zajmowali się publiczną działalnoscią, nauczali, leczyli itd.

    Mitotworcy maryjni jednak spostrzec musieli (wyobrażam sobie, że ku swemu przerażeniu), że o Marii nic właściwie znaczącego nie da się powiedzieć.  Że jak na matkę takiej postaci jak Jezus, jest ona wyjątkowo “blada”.  Stworzono co prawda ewangelię (“według Jakuba”) mającą obrazować czystość charakteru Marii, trzeba jednak przyznać, że tworcy podobnych utworow wykazali wyjątkowo mało inwencji twórczej. Mogli przecież – przynajmniej teoretycznie – zrobić z niej wielką jednostkę dokonującą cudów dzięki boskiej inspiracji. Tymczasem obraz owej Marii – już nawet tej zmitologizowanej – to wciąż obraz (przepraszam za okreslenie) osoby nadzwyczaj przeciętnej, tyle że wyjątkowo pobożnej. Czy było to wynikiem obaw przed zbytnim “feminizowaniem” mitologii nowej religii, niechaj rozstrzygać to probują historycy. Ewidentne jednak jest, rzuca się to wręcz w oczy, że nie dało się wskazać na jakiekolwiek fakty potwierdzające bodaj symboliczną wybitność tej postaci pod jakimkolwiek względem uzasadniającym jakikolwiek kult. Co więcej – owa Maria, tak rzekomo zespolona z Chrystusem i jemu do konca oddana, nie towarzyszyła mu na ogoł, gdy chodził nauczać. Gdy zaś został pojmany i groziła mu śmierc, nie poszła nawet do sanhedrynu czy bodaj do Pontiusa, by wstawić się za swym synem! Matki osob nawet tylko uwięzionych starają się za nimi wstawiać i dowiadywać się o ich los. Chrystusowi zas groziła śmierć, a ona nic!  W jednej ewangelii kanonicznej (“Jana”) Maria widziana jest pod krzyżem, ale nie w czasie drogi krzyżowej. Pod pałac arcykapłana szło za aresztowanym Chrystusem dwóch apostołów, Marii tam nie było; krzyż pomagał mu dźwigać jakiś przypadkowy, obcy mu zupełnie człowiek, znany nam jako Szymon z Cyrenajki, o Marii nawet pisarz się nie zająknął, czy była w pobliżu; po śmierci Chrystusa nie była nawet obecna podczas jego pogrzebu, ani też nie pojawiła się później przy jego grobie po “zmartwychwstaniu” (no, tego już za wiele, jak na “najlepszą”, “nierozerwalnie związaną” itd, nie sądzicie?). Sam zaś Chrystus (po swym zmartwychwstaniu) ukazywać się miał rozmaitym osobom, rzekomo ponad 500, ale wykazał niezwykłą wprost “powściągliwość” gdy przyszło do ukazania się własnej matce. To, co nazywamy “Pieta” również nie ma oczywiście kanonicznego potwierdzenia i jest późniejszym produktem maryjnej mitologii. Ale przynajmniej Maria była pod krzyżem, więc dało się jakoś – per analogiam z innymi matkami – naciągnąć, upiększyć i wyszlifować. Tymczasem matki wstawiającej się za swym synem nie dało się z niej zrobić – nawet per analogiam z innymi matkami. Inaczej pewnie doczekalibyśmy się  obok watykańskiej Piety równie pięknej rzeźby (może też Michała Anioła?) zwanej np. Maria Prosząca lub Maria Wstawienniczka, Matka Błagająca lub jakoś podobnie. A tymczasem nic, nic i nic. I nawet nam najcześciej tego rodzaju wizerunek Marii nie przychodzi do głowy, bo już nie było najlichszej podstawy po temu, by w ogóle powstał. Spytaj siebie sam, Tomaszu, czy gdyby Ci ktoś porwał Twoją córkę (czego Ci oczywiście żadną miarą nie życzę!!!), to nie wpadłbyś w szał, nie starałbyś się dowiedzieć gdzie jest, a gdybyś się dowiedział, to nie udałbys się tam natychmiast, nawet na bosaka po śniegu, by przynajmniej złoczyncow ubłagać (jeśli już nie po to, by im – po męsku – “przemodelować” facjaty), by jej nie skrzywdzili? A jak zachowałaby się Twoja Żona? Czyż nie stałaby się błyskawicznie czymś, co mogłoby owej biblijnej Marii, tej “ciepłej klusce” bez wyrazu i charakteru, być postawione jako wzór do naśladowania?

    Żydówka na egipskich nogach    

    Nie chcę przez powyższe powiedzieć, że Maria była wyrodną matką, ale w końcu jeśli ma być z niej taki ideał, jaki zbudowała teologia, to czemu nie jest to ideał? No, ale może – bo to też w koncu prawdopodobne – po prostu nikt nie zauważył jej bólu przed egzekucją Pomazanca. Pragnę natomiast wskazać Ci, jak nieprawdopodobnie uboga – wręcz nedzna -  jest nasza wiedza o matce Jozuego Pomazanca, uboga w stopniu w pełni potwierdzającym i uzasadniającym stwierdzenie, że jest ona nieznana, że tak naprawde niczego o niej nie wiemy – o niej, z ktorej mitotwórstwo późniejszych teologów uczyniło Gwiazdę Morza (“Stella Maris” – przydomek zerżnięty od pogan – konkretnie od Izydy!) oraz Królową Niebios (tez rżnięte od pogan, też od Izydy zresztą, tak samo jak “Matka Boska”). Dochodzi wręcz do tego, że w dyskusji, w której stawiane jest pytanie, co ta Maria właściwie sławnego zrobiła, co by uzasadniało ten wyśrubowany do granic (a nawet daleko poza granice) absurdu jej kult, ktoś podaje jako powód, że… poprosiła Jezusa w Kanie Galilejskiej, by coś zrobił, gdy brakować zaczęło wina!!! Ktoś inny znów w owym “Magnifikat” z ewangelii widzi potwierdzenie “zaangażowania się na rzecz ubogich”!! Przypomnieć zatem warto, że zaangażowania na rzecz ubogich (czy w ogóle kogokolwiek) nie dowodzi się piejąc dytyramby pod własnym adresem, ale robiąc coś konkretnego, na co możnaby wskazać (dodać wypada, że zapowiedzi typu “slawić mnie będą wszystkie generacje” brzmią raczej jak samochwalstwo niż wyraz pokory). Najczęściej jednak odpowiedzią na podobne pytanie jest milczenie i w tym chyba wypadku zgodzić się należy z tezą, że “milczenie jest złotem”, bo istotnie lepiej milczeć niż kompromitować tę Marię doszczętnie i na pośmiewisko ja wystawiać. Była zapewne w gruncie rzeczy przyzwoitą osobą, ani wyróżniającą się ani negatywnie komuś podpadającą, jedną z wielu matek w I wieku naszej ery. Utrzymywana sztucznie cała ta misternie sklecona mitologiia i to w dodatku podniesiona do rzędu dogmatów sine qua non kiedys runie z tym większym hukiem im wyżej w chmurach tę kobietę utrzymuje. Oddawanie jej szacunku jako kobiecie i jako matce też by wystarczyło w dzisiejszej dobie, bez tego ultra-kanonizowania, ktore odpycha już dziś z połowę wszystkich  chrześcijan, a niechrześcijan przyprawia niemal o konwulsje śmiechu.

    W samej tylko Francji istnieje ponad dwieście miejsc kultu “czarnej madonny”. Niemal we wszystkich spośrod owych ponad dwustu miejsc istniały miejsca kultów bogin pogańskich. Tak więc w Chartres pierwsi misjonarze chrześcijanscy zrezygnowali nawet początkowo z nawracania miejscowej ludności, bo czciła ona boginię rodzącą dziecko. Uznali zatem, że chodzilo to u jakaś wczesną wersję kultu maryjnego. Pierwotna statua pozostała zatem tam, gdzie była. Nie ruszajac jej, zbudowano wokół niej pierwszy kościół chrześcijański. I tak budowano tam jeden kościół za drugim aż do czasu zbudowania obecnej katedry. Ponieważ w czasie Rewolucji Francuskiej ta pierwotna statua została zniszczona, zastąpiono ją później inną, z ciemnego drewna.

    Podobna historia wydarzyła sie w Le Puy, gdzie z kolei czczono boginię Cerridwan. Pierwotna statua też została zniszczona w czasie rewolucji. Ale później dokonano ciekawego odkrycia: owalny kamien w kolorze czerwonym, z wizerunkiem Izydy i napisem hieroglificznym cytowanym juz powyżej. Pięciu papieży i piętnastu krolow chrześcijańskich oddało tam cześć “czarnej dziewicy” oraz cała masa innych pielgrzymów. Między innymi w intencji zwycięstw swej sławnej corki modliła się tam Isabelle Romeé Darc (d’Arc), matka Joanny.

    Możnaby co prawda odpowiedzieć, że owszem, modlili się w miejscu kultów pogańskich, ale zwracali się w końcu do Marii, nie do Izydy czy Cerridwan. Prawda, tylko że modląc się do Marii, modlili się do tego, co w niej bylo z Izydy. Gdyż Maria z ewangelii to nie była  “pocieszycielka nasza, orędowniczka nasza, pani nasza”, bo taką to akurat była Izyda. Żałosnym zaś byłoby zanoszenie modłów  o wstawienie się za ludzi u Boga do osoby, która za swego życia nie wstawiła się nawet u ludzi za swym własnym synem. Modląc się więc do Marii, nieświadomie oddawali cześć mitowi Izydy, gdyż bez Izydy Maria jest niczym. Dlatego to właśnie Maria-Żydówka – jako przedmiot kultu – stoi na nogach bogini Egiptu.

    Czy to oznacza, że Maria – taka jaką stworzył ją demiurg (1) zwany Teologią – nie może być osobą, z którą możnaby się utożsamiać? Sądzę, że sama praktyka, trwająca wiele stuleci wystarcza tu za wszelką odpowiedź: tak, można (jak najbardziej!) utożsamiać się i z taką właśnie Marią. Wierzenie samo w sobie wystarczy za wszelki argument. Ludzie dawali i bez przerwy dają przecież dowody, że utożsamiać się potrafią nawet z całkowicie fikcyjnymi postaciami, bohaterami powieści, opowiadan czy filmów. I tez można wykazać, że te opowiadania i inne utwory fikcji są nośnikami prawdy. W końcu po coś przecież tworzy się sztukę, a prawdą jest przy tym, że pierwsze antyczne teatry wzięły się z przedstawień religijnych właśnie. Poganie za pomoca takich przedstawień wprowadzali swoich religijnych literalistow w ezoteryczne prawdy wiary, w ten sposób usiłując zapoznać ich z nieliteralistycznym znaczeniem przedstawianych mitów.

    Jednak choćby nie wiedziec jak piękny i przydatny jest mit, prędzej czy pózniej nadchodzi czas, że człowiek zdaje sobie sprawę, ze jest to istotnie tylko mit. Piękny, użyteczny, ale mit. Alegoria zawsze była przydatna, czasy biblijne nie były żadnym wyjątkiem, Chrystus też się nią posługiwał.

    Maria, ta Maria “demiurgostwa” “ojców kościoła” i ich następców, też jest ciekawą przypowieścią. I nie jest celem niniejszego tekstu stwierdzenie, że mit ten nie może istnieć. Piszący nie miałby przecież również niczego przeciw temu, aby dziś wznoszono nawet sanktuaria poświęcone Izydzie, jeśliby tylko znaleźli się chętni do praktykowania jej kultu i potrafili zebrać wystarczające fundusze (tak nawiasem: kult Izydy w postaci śladowej istnieje). Wiele sanktuariów maryjnych jest przecież pięknych i oferuje wspaniałą atmosferę do modlitwy, medytacji czy bodaj skupienia. Oferują one atmosferę, jakiej często próżno byłoby szukać w innych miejscach przeznaczonych dla kultu religijnego. Niech mi wolno będzie podzielić się tu fragmentem z pisanego pare lat temu “do szuflady” dziennika:

    “Anglicy mawiają: “seeing is believing”.  I coś w tym jest. Więc trzeba coś w kościele widzieć, a nie jedynie słyszeć. (…) mogłem zobaczyć ołtarze z obrazami, mogłem się cieszyć światłami, na ogół nieco przyciemnionymi w celu zapewnienia właściwej atmosfery. Widziałem świece, kielich, patene, baptysterium. Nie uchodziły mojej uwadze konfesjonały. Podobały mi się szaty liturgiczne w różnych kolorach, a każdy z nich ma swoje znaczenie. Ja tego znaczenia jeszcze wtedy nie rozumiałem, ale już same kolory przemawiały do mojej wyobraźni. I widziałem coś jeszcze: jak ludzie klękają, by przyjąć Hostię. Tego nigdy nie zapomnę: ksiądz z namaszczeniem wyciąga śnieżnobiałą hostię (nie wiedziałem wtedy jeszcze z czego jest zrobiona ani jak jest krucha – zmysł smaku więc zadziałać nie mogł – wyobrażałem sobie jednak ten smak – jako inny oczywiście niż w rzeczywistosci) (…) To zrobilo na mnie wielkie wrażenie! Bo przecież nie widzialem tych ludzi klęczących np. na ulicy przed “panem milicjantem” ani w sklepie przed rzeźnikiem. A tu przyklękali i to przed małą, kruchą hostią. “Więc to jest coś ważnego” – konkludowałem.”

    Jak z powyższego widać, nieobce było mi to, co często utożsamia się z typową religijną ortodoksją katolicką. Oczywiście w momencie pisania powyższego nie wspominałem Marii, bo nawet skłaniając się ku ortodoksji nie miałem w sobie “maryjności”. Doceniałem jednak znaczenie barw i wizerunków (w tym też Marii), a przecież pisałeś, Tomaszu, że zmieniać zacząłeś swój stosunek do NMP pod wpływem ikon właśnie. Rzecz w tym jednak, że takim pięknem i atmosferą można oddać cześć również wielkości rzeczywistej, całkowicie historycznie dowiedzionej i to w stopniu niemniejszym niż mitowi i “dedukcjom” teologicznym. Jeśli wielkość jednej osoby w jakimś stopniu dorównuje mitowi innej, to czemu oglądać się za mitem zamiast podążać za prawdą? Przecież religie oferować mają właśnie poszukiwanie prawdy, a nie czołobitność mitowi! My mielibyśmy “kontemplować” dziewictwo mityczne Marii, gdy tymczasem inne dziewice (i to autentyczne; nie-dziewice zreszta też) miały do zaoferowania praktyczny pokaz tego, do czego zdolny jest człowiek w swoim działaniu. Według listu przypisywanego Jakubowi w Nowym Testamencie wiarę pokazuje się czynem, a my mamy marnować czas na dogmaty, bo tak każe hierarchia. I potem ta hierarchia jeszcze twierdzi, że poza jej denominacja nie ma prawdy lub co najmniej pełnej prawdy. Troche jak u licytujacych się sklepikarzy: “tylko u nas, proszę państwa, tylko u nas!”.

    Maria i… Horst Wessel

    Najprawdopodobniej Horst Wessel był wyjątkowo przyzwoitym i ideowym młodym człowiekiem, jednym z tych, których nie powstydziłaby się “młodzieżówka” żadnej partii politycznej. Urodzony w 1907 roku w Bielefeld, przeżył najgorszy okres kryzysów politycznych i upadku gospodarczego Niemiec po I Wojnie Światowej. Zrezygnował ze studiów, pragnąc być bliżej klasy robotniczej oraz bezrobotnych. Związał się z pewną byłą prostytutką oraz wstąpił do partii i narodowosocjalistycznych “Oddziałów Szturmowych” (SA). W wieku niespelna 23 lat został zamordowany, kilku komunistów zapukało późnym wieczorem w drzwi jego skromnego mieszkania. Gdy otworzył, jeden z nich strzelił mu z rewolweru wprost w twarz. Zmarł 6 tygodni później, 23 lutego 1930 roku. Naziści jeszcze nie sprawowali wladzy i musieli na nią trochę poczekać. Jednak ten człowiek, który nigdy niczego wielkiego nie zdążył dokonać (kto wie, może i lepiej, bo nie wiadomo co by to mogło być, biorąc pod uwagę kierunek, w jakim poszła NSDAP), stał się jednym z najbardziej znanych nazistów w Niemczech, a potem także poza ich granicami. I jest znany po dziś dzien. Dlaczego? Otoż około 3 lat przed śmiercią, będac mniej wiecej 20-latkiem, napisał on wiersz do pewnej melodii, ktory potem – wraz z tą melodią – stał się istną bombą jako pieśn polityczna, bodaj jedną z najbardziej nośnych pieśni politycznych XX wieku. Po raz pierwszy publicznie została ona odegrana i odśpiewana już bodaj podczas pogrzebu Wessela. Stała się stopniowo hymnem NSDAP i po dziś pozostaje najlepiej znaną pieśnią polityczną narodowego socjalizmu. Wessel stał się więc bohaterem partii, męczennikiem, jego imieniem po 1933 roku nazywano place i ulice w Niemczech, doczekał się on nawet poświęconego sobie filmu fabularnego pod tytułem „Hans Westmar” w roku 1933. W czasie wojny jego nazwisko stało się nazwą jednostek wojskowych. Można sobie wyobrazić, że w razie wygranej, w Niemczech doczekałby się on zapewne niejednego pomnika (przed wojną miał co najmniej jeden, w Berlinie) i może nawet mauzoleum. Stałby się symbolem ruchu politycznego i – per analogiam możemy też założyc – zapewne byłby on fetowany jako jeden z bohaterów walki o postęp. W swojej “denominacji” politycznej oczywiście. Nazizm jednak przegrał, “Horst-Wessel-Lied” także, przynajmniej do tego stopnia, że w niektórych krajach jego publiczne śpiewanie lub granie jest prawnie zabronione.

    No dobrze, ale czy ten Horst Wessel ma właściwie cokolwiek wspólnego z Marią, matką Jezusa? Przecież ani chrześcijaństwo nie przegrało w historii (przynajmniej narazie), ani Wessel nie ma nic wspólnego z żadnym ruchem religijnym, nie urodził zadnego mesjasza (ani nie był “dziewicą”), służył potępianemu dzisiaj ruchowi politycznemu i to jeszcze jako szturmowiec (SA-Mann). Czy więc kojarzenie jego z Najświętszą Marią Panną jest w ogole rzeczą właściwą? Czy nie mamy tu do czynienia z jakąś prowokacją?

    Odpowiedź na wszystkie te trzy pytania jest tutaj pozytywna: tak, to jest prowokacja; tak, Wessel ma coś wspólnego z NMP (choć oczywiście nie wszystko); tak, porównanie jest jak najbardziej na miejscu. I to na miejscu właśnie z powodu tego, co wspólnego ma z Marią Horst Wessel:

    Obydwie te osoby są mało znane ze związanych z nimi faktów; obydwie mało w życiu dokonały; obydwie stały się legendami swych ruchów (jednego religijnego i jednego politycznego), choć oczywiście tylko  jedna z nich na dodatek otaczana jest kultem religijnym. Przeciw żadnej z nich nie możnaby wysunąć jakichkolwiek poważnych zarzutów, nie można tak naprawdę przeprowadzić krytyki działalności żadnej z nich – bo nie są znane z żadnej pierwszoplanowej działalności, więc nie można twierdzić, że tu i tam popełniły poważne błędy (nie mowiąc już o zbrodniach). Były chyba znane z dobrej strony i dlatego nadawały się znakomicie na mit. Można na takiej “bialej karcie” napisać dosłownie wszystko, czego dusza (propagandzistow) zapragnie: można uczynić daną osobę ortodoksyjną do granic fanatyzmu; można też zrobić z niej osobę super-tolerancyjną; można jej przypisać oddanie innym ludziom (aż po grób), a nade wszystko można podkreślać ich pokorę, którą stawiać można jako wzór do naśladowania dla innych. Tak więc Maria to najlepsza matka, najczulsza, najbardziej współczująca, dosłownie niezrównana ani w czasach przed nią ani po wszystkie wieki wieków (Amen!). Horst natomiast to wyjatkowo ideowy młody czlowiek, który rezygnuje z osobistej kariery życiowej, by całkowicie oddać się dziełu zbudowania lepszych warunków bytowych klas pracujących w swoim kraju, energiczny i żarliwy patriota, dla którego nie ma szczęścia osobistego, jeśli nie ma go w ojczyźnie (Heil!). Obydwie te postacie są wzorami i z obydwiema ludzie mogą się utożsamiać. Jesli dziś z Wesselem utożsamia się niewielu, to dlatego, że nazizm przegrał i pociągnał za sobą do politycznego grobu tego człowieka. Jeśliby kiedykolwiek przegralo chrześcijanstwo, to i Maria pójdzie w zapomnienie. Oboje zatem “przepadliby” i to bez jakiejkolwiek winy własnej.

    “Fundament chrześcijaństwa”

    Abraham jest uważany za praojca Żydów. Ale z piany morskiej się on nie narodził, miał jakąś matkę. Czy doczekała się ona u Żydow jakiegokolwiek zdogmatyzowania i czy traktowana jest przez nich niemal jako idealna “bogini” w stopniu, w jakim z Marii zrobiono ikonę samą w sobie? Co z matką Mojżesza? Co z matką Muhammada? Co z matką Buddy? Co z matką Bahaullaha? Czy wreszcie, by do najnowszych czasów sięgnąć, co z matką Rona L. Hubbarda (twórcy scjentologii)? Widzimy, że żaden z ruchów religijnych założonych przez powyższych przywódców nie zanika ani nie rozpada się z braku  wynoszenia na ołtarze matek swych założycieli. Zatem niesłuszny jest np. argument, ze “godząc w mariologię, godzimy w fundament chrześcijaństwa”. Godzimy w fundament mariologii, to jasne, zresztą też nie po to, by wykazać, że nalezy (trzeba, musimy*) się wierzen maryjnych koniecznie pozbyć z kościoła. Fundamentem chrześcijaństwa nie jest urodzenie się Pomazanca z takiej czy innej kobiety, lecz rodzaj przesłania tej religii. Tak na dobrą sprawę nie jest nawet godzeniem w fundament chrześcijanstwa kwestionowanie dogmatu o boskości Jezusa (czyli Jozuego). To co najwyżej jest godzeniem w fundament pewnej odmiany chrześcijanstwa, która (prawdopodobnie) może w koncu zaniknąć. Ale inne jego odmiany przetrwałyby. Te mianowicie, ktore nigdy nie posunęły się tak daleko, by z tego nauczyciela robić Boga. Dlatego też dla takiej odmiany jest to rzeczą najzupełniej obojętną czy ktoś demitologizuje Chrystusa i obdziera go z boskości czy nie. Ona takich wysiłków się nie boi i najzupełniej spokojnie może sobie na nie bimbać, w przeciwienstwie do fundamentalistów, którzy zdają się drżeć na wspomnienie każdej sugestii, ze Jezus Chrystus nie był bogiem.

    Dlatego też tak jak niepotrzebne mi są wizualne upiększenia, np. wizerunki Teresy z Lisieux nie mające niemal nic wspólnego z rzeczywistym, zachowanym na fotografiach wyglądem owej świętej, wizerunki, na których “modelowana” ona jest niemal na Ingrid Bergmann i jak są mi  niepotrzebne “do szczęścia” całkowicie fikcyjne “portrety” Chrystusa, na których jest on super-amantem o niebieskich oczach i długich blond włosach niczym “ideał aryjskości” z pewnych plakatów z lat 1933-45, tak też nie potrzebuję również upiększania Marii w teologicznym sensie.

    Tak, uznaję w pełni użyteczność mitów i mitologii (toteż jeśli nazywam teologow mitologami, to niekoniecznie ma to u mnie znaczenie pejoratywne). Użyteczne one są i zawsze były, np ta bajka o Krzysztofie (Christoforos). Lubię fikcję, choć nie do przesady. Dlatego też nie czytuję zbyt wielu powieści. Moją ulubioną powieścią jest “East of Eden” (“Na wschod od Edenu”) Johna Steinbecka. To motyw Kaina i Abla z ST, pokazany w realiach USA z przełomu XIX i XX wieku; przyznam, że u Steinbecka przedstawiony jest o całe niebo bardziej przekonująco niż w ST-owskim oryginale (rzeczywiście oryginale?). Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej chylę czoła przed osobami o rzeczywistej i wykazanej historii.

    Czy miałbym z tego powodu uważać, ze godzę w fundamenty chrześcijanstwa?  W sytuacji, gdy przecież i sam Mistrz stwierdził był nawet (jeśli wierzyć przekazowi z ewangelii), że osoby posiadające wiarę dokonywać będą rzeczy większych niż jego własne?

    Izyda jednak lepsza…  Jak na owe antyczne czasy, mit Izydy musiał być jednak wyjątkowo nośny. Pochodzący z Egiptu, szeroko rozpowszechnił się w krajach basenu Morza Środziemnego, w tym również w krajach cesarstwa rzymskiego. Kult oparty na nim stał się wkrotce najpopularniejszym kultem tego rodzaju. Wizerunki tej bogini wykazywały duże zrożnicowanie formy: inaczej wyglądały w Egipcie, inaczej w Grecji, a jeszcze inaczej w Rzymie, ale kult był ten sam. Dzisiejsi chrześcijanie, zwłaszcza ci, co – powodowani chęcią wykazania wyższości Marii – za wszelką cenę pragną ten kult “historycznie” zdyskredytować, cedząc przez zęby z pogardą uwagi o “jakiejś bogini płodności”, niechaj pamiętają, że bogini płodności to jednak było wówczas coś znacznie więcej niz żadna bogini (jak Maria…), tym bardziej, że Izyda była nie tylko boginią płodności, ale i mądrości oraz paru innych jeszcze rzeczy. I niechaj pamietają, że Izyda była najwyraźniej atrakcyjna również dla swych chrześcijańskich prześladowców (to niszczenie świątyń itd), skoro zdecydowali się oni scedować jej przymioty (a nawet przymiotniki odnoszące się do niej) na Marię. Na terenach południowej Francji przejmowali nawet wizerunki, jedynie je przemianowując. I aż do dziś nie ośmielili się nawet zmienić barwy owej czarnej dziewicy.

     

    Tak, to prawda, większość obecnych wizerunków “Czarnej Madonny” pochodzi z czasow późniejszych i zawdzięcza swą barwę dymowi ze świec palonych obok nich przez setki lat. Jednak już sam fakt, że niemal w każdym miejscu kultu takiej madonny istniało miejsce kultu poprzednich odpowiedniczek Marii mowi sam za siebie. Nie wszystko można zatem “zwalić” na te świece. Zreszta Izyda też nie zawsze była przedstawiana jako czarna.

    Tak jak kultura Grecji zawojowała podbijający ja Rzym, tak też Izyda podbiła zupełnie Marię i całkowicie zmieniła jej skromny początkowo wizerunek (2)

    Napoleon przegrał pod Waterloo z Wellingtonem i Blűcherem, ale to właśnie jego imieniu miejsce to zawdziecza swą sławę. Kto zatem zwyciężył w historii? Zwycięstwo miewa różne oblicza…

    Jeśli celem “wycieczki”, na którą mnie zaprosiłeś, Tomaszu, było ukazanie piękna i głębi duchowej obecnego kultu maryjnego, to “miecz” to obosieczny, walczy on bowiem również dla Izydy potwierdzając przy okazji to, o czym pisałem gdzie indziej: że “marianici” mają puste ręce, gdy chodzi o fakty dotyczące Marii-człowieka, to zaś, co mają dla kultu Marii, wcześniej “ukradli” Izydzie.

    Prędzej czy później trzeba się zdecydować i dokonać wyboru: jeśli spojrzeć na Marię jako na człowieka, to przegrywa ona z innymi świętymi, a nawet z wieloma, co do żadnego kanonu nigdy nie zostali włączeni. Jeśli zaś punktem wyjścia ma być Maria jako mit, to przegrywa ona z Izydą. Izyda to bowiem coś więcej niż Maria. Maria to jedynie Matka Boska. Izyda zaś to nie tylko Matka Boska, ale matka wszelkiego życia. W swoim kraju “rozpoczęła” jako bogini Nilu, który wylewając rokrocznie nawadniał pola i użyźniał je czarnym mułem rzecznym. Cały więc Egipt zawdzięczał jej swe życie. To dlatego wyobrażano ją często jako czarną dziewicę. Nawet jej kapłani ubrani byli na czarno.

    Ci, co z taka pasją bronia dziś kultu Marii, mogliby równie dobrze pochylić czoła przed jej wielką poprzedniczką, przed jej “siostrą”, “matką”, a nawet “babką”, od której tyle przejęli. Bo tak jak w nich samych płonie pasja dla “Przenajświętszej”, tak też w ich “starszych braciach w wierze” płonęła ta sama żarliwość dla Izydy.

    Nie jestem wyznawcą Izydy, więc nie mogę też być wyznawcą kultu Marii. Ale jeśli cała ta historia ma mieć dla mnie wartość alegorii, to więcej już, Tomaszu, znalazłbyś we mnie “izydowca” niż “marianity”. Muszę jednak przyznać, że kult Marii, pielęgnowany na przestrzeni dziejów zakonserwował dość dobrze kult egipski, a istniejace stare sanktuaria maryjne, których Kościół Katolicki ma więcej niż tych dedykowanych bezpośrednio Chrystusowi, kryją w sobie fascynującą historię, składającą się na ten wspomniany przeze mnie we wstępie gmach, w którym maryjność jest tylko jedną wśród wielu komnat.
    ___________________________________________________________Swego czasu tekst ten wywołał ciekawą dyskusję w Magazynie “Semper Reformanda”

     

    Przypisy:

    1. Demiurg bowiem nie tyle stwarzał ile raczej “urabiał, kształtował i modelował”, a teologia nie stworzyła ani Marii ani nawet tych wszystkich cech, które jej przypisała. Ona raczej posłużyła się materiałem już istniejącycm gdzie indziej, w ten sposób “modelując” Marię na to, czym miała ona się stać w kościele.

    2. Zwłaszcza że rosnąca mitologia maryjna była wynikiem równie “puchniejącego” wizerunku Pomazańca: o ile bowiem jeszcze w II i III wieku przedstawiany był w swych wizerunkach jako skromny pasterz czy cudotwórca z czarodziejską różdżką w reku, to poczynając od IV wieku pojawiał się on już jako koronowany władca wszechświata. Co oczywiscie stanowiło również pośredni efekt wypadków politycznych w Rzymie.

    Czy zatem znaczy to, że Maria zawdziecza swój kult wyłącznie Chrystusowi? Nie. W nowszych czasach bowiem spotykamy protestanckich chrześcijan ewangelikalnych, którzy, choć fundamentalistyczni w poglądach, akceptują nawet “dziewiczy poród”, to mariologii u nich nie ma co szukać. Ich wiara w cuda Nowego Testamentu ma jedno uzasadnienie: Chrystusa osobiście, nie Marię. Co oznacza, że mariologia jest zupelnie niepotrzebna nawet tym, co wierzą w boskosc Pomazanca.

    Historia katolickiego i prawosławnego kultu maryjnego sięga jednak antyku. A wtedy trudno było akceptowac boskość kogoś, kogo matka nie jest “pół-boginią”. Wracamy zatem do punktu wyjścia: okoliczności czasu i miejsca. A za te w starożytności “odpowiedzialana” była głównie Izyda. Tak więc uzasadniona jest teza o Marii – córce Izydy.

    Continue Reading »
    0 Comments

    Gnostyk i chrześcijanin – część 2

    Jul 15th, 2009 by monio
    Gnostyk i chrześcijanin – część 2

    Gnostyk i chrześcijanin – część 2: tym razem polemicznie

    W swoim komentarzu do artykułu „Chrześcijaństwo gnostyczne?” zapewniłem jego autora, Pana Romana Zająca, że mi się jego tekst spodobał. Nie oznacza to oczywiście, że zgadzam się ze wszystkimi prezentowanymi tam opiniami, zwłaszcza z tymi, które nie są jego własnego autorstwa. Chociaż zatem niniejszy tekst zwraca się do mego Vis-a-vis niejednokrotnie, to nie powstał on jako wyłączna polemika z jego poglądami, lecz raczej jako zbiór „luźnych” uwag polemicznych pisanych przez „szeregowego członka kościoła”. „Luźnych”, ale popartych faktami i dokumentami.

    Tekst ten można czytać jako jedną całość. Można też zasadniczą część czytać osobno i osobno czytać przypisy zajmujące niemal połowę całości.

    Wspólny gmach…

    A zatem zacznijmy od początku, czyli od pytania, które Pan Roman Zając postawił, czy istnieje (między nim a mną) wspólna płaszczyzna dyskusji.

    Ależ Panie Romanie: napisał Pan polemikę na cztery i pół tysiąca słów, co dowodzi samo w sobie, że taka płaszczyzna rzeczywiście istnieje. I jeśli się bliżej przyjrzeć, to jest ona znacznie szersza i solidniejsza niż wynikałoby to z Pańskich własnych deklaracji zawartych w owych kilku tysiącach słów.

    W pierwszej części artykułu „Gnostyk i chrześcijanin” powołałem się na pewien serbski dowcip, podkreślając przy tym, że ci, których on dotyczy (Serbowie i Chorwaci) mówią tym samym językiem. My też mówimy tym samym językiem (religijnym), używamy podobnych i takich samych pojęć (Christos, zmartwychwstanie, życie wieczne, zbawienie, eklezja, eucharystia, Logos, Syn Boży, Bóg Ojciec, Duch Święty itd, korzystamy poza tym z tych samych pism znanych z tradycji), i właśnie posługiwanie się tym samym zespołem pojęć tworzy ową podstawę, nawet jeśli to prawda, że rozmaicie owe pojęcia rozumiemy. Ba, nasze dyskusje tym bardziej są interesujące im bardziej różnimy się w definiowaniu tychże pojęć. Przychodzi mi tu na myśl pewna telewizyjna wypowiedź jednego z tutejszych (Australia) muzułmanów, który mówił wszystkiego zaledwie około 30 sekund, ale szereg razy zdążył w tym czasie przytoczyć pewne arabskie pojęcia z Koranu. Niewielu zatem było w stanie tak naprawdę powiedzieć o czym ten muzułmanin na dobrą sprawę mówił. Ale nawet gdyby i te pojęcia podał wyłącznie po angielsku, to i tak nieislamskim telewidzom należałyby się zapewne gęste wyjaśnienia o co w nich chodzi.

    A my, chrześcijanie? Wystarczy, że ktoś publicznie użyje n.p. pojęcia “Duch Święty”, a nie ma takiego ‘christianosa’ od starokatolika i kopta aż po chrystadelfianina i mormona, któryby tego pojęcia nie rozumiał. Nawet jeśli istnieją znaczne różnice w definiowaniu owego Ducha, to i tak esencja tego, o co w tym pojęciu może chodzić, jest z łatwością wyczuwana przez naszych koreligionistów.

    To samo dotyczy Eucharystii: rozumienie jej rozciąga się od „symbolu” poprzez „obecność duchową”, „katalizator” (to ostatnie jest moim rozumieniem) aż do „realnej obecności”, która ma miejsce w wyniku „transsubstancjacji”.

    Karczemne nieraz polemiki mają miejsce między chrześcijanami o „właściwe rozumienie” tego sakramentu i po dziś istnieje w związku z tym swego rodzaju „ekskluzywizm eucharystyczny” czy „eucharystyczny apartheid”. Ale jedno jest pewne: esencja tego pojęcia eucharystii czy komunii świętej jest w mig łapana przez każdego chrześcijanina bez względu na denominację i opcję. A na przykład hinduiście to by dopiero trzeba gęsto tłumaczyć (i to niekoniecznie z powodzeniem…) o co właściwie w tym wszystkim chodzi (niemal jako humorystyczny akcent ilustrujący może tu służyć scena z filmu „Gandhi”, w której pewien Hindus mówi chrześcijańskiemu duchownemu: „Znam pewną chrześcijankę. Ona pije krew. Krew Chrystusa…”).

    Ta wspólnota pojęciowa zatem tworzy owo chrześcijaństwo, o które tu chodzi. Stąd też to właśnie ów system pojęć stanowi tę jedyną granicę teologiczną, za którą znajdują się inne religie. I to po tych pojęciach najłatwiej nas rozpoznać. Łatwiej niż po jakiejkolwiek konkretnej teologii.

    To prawda, te bardzo szeroko rozciągnięte granice teologiczne nie są czymś, z czym każdy mógłby się utożsamiać. W końcu nie każdy potrafi się identyfikować dosłownie ze wszystkim, co się w nich mieści. Ale jeśli dwóch różnych chrześcijan znajdzie się wśród muzułmanów lub ateistów, to szybko się „zwąchają” i nie będzie grało dla nich roli to, że u siebie (czyli wśród chrześcijan) jeden z nich jest psem, a drugi kotem (specjalnie robię tu aluzję do pierwszej części artykułu).

    To jest m.in. powodem, dla którego w krajach o mieszanych religiach lub krajach bardziej zsekularyzowanych mniejszą rolę ma to, do którego kościoła się należy lub jak się wierzy. Gdy przychodzi do rzeczy najważniejszych, to intuicyjnie potrafimy wyczuć co jest najważniejsze. I nieodmiennie okazuje się, że to jednak nie dogmat, eucharystyczny apartheid czy sposób rozumienia zmartwychwstania, lecz to, co w naszym, praktycznym ludzkim życiu się za tymi pojęciami ukrywa. Wtedy okazuje się, że wiara i możliwość rozumienia ważniejsze są niż dogmat.

    …z osobnymi komnatami

    Zrozumiałe jest, że wewnątrz Wielkiego Chrześcijaństwa poszczególni wyznawcy i całe wspólnoty i kościoły pragną nieco szczelniejszych granic i mocniejszych na nich szlabanów, bo inaczej uważają, że te granice są zbyt rozmyte. Jak rozumiem, Pan Roman Zając również pragnie takich szczelniejszych granic. Wynika to nie tylko z całego tenoru jego artykułu, ale także z przeciągnięcia przezeń argumentu nawet poza te granice teologiczne, o których wspomniałem. Pyta Pan więc, czy chrześcijaninem jest muzułmanin, buddysta czy hinduista, jeśli w taki czy inny sposób odwołuje się on do Christosa. Ja sądzę, że tu akurat tracilibyśmy niepotrzebnie czas na takie kwestie. Byłoby z pewnością nie fair akurat nam o tym decydować teraz, gdy owi muzułmanie, buddyści i hinduiści sami ze swej strony nie podejmują kroków, by za chrześcijan uchodzić. Tak więc ten problem mamy akurat z głowy, czyli inaczej mówiąc: nie ma takiego problemu (1)

    Natomiast mormoni, których wymienił Pan jednym tchem obok tych muzułmanów, buddystów i hinduistów, zdecydowanie są chrześcijanami. Oni akurat w przeciwieństwie do tych innych jak najbardziej przyznają się do chrześcijaństwa i do żadnej innej religii. Inni zresztą również nie zaliczają ich np. do islamu, judaizmu czy voodoo.

    Fakt ogromnych różnic teologicznych pomiędzy „ortodoksami” a „heretykami” (a w niektórych zresztą wypadkach również między samymi ortodoksami) nie zmienia jednak faktu, że chodzi o tę samą wspólną tradycją religijną.

    Wspomniał Pan hinduizm. Otóż hinduizm znany jest ze swego politeizmu. Ale jest tam również silny nurt monoteistyczny. Ba, nie brakuje tam też panteizmu. Wydawać by się mogło, że monoteizm, politeizm i panteizm całkowicie się nawzajem wykluczają. Jednak nikt: ani sami hinduiści ani inni (włączając chrześcijan) nie ma najmniejszych wątpliwości, że chodzi jednak o hinduizm. Tam też nie brak sporów i np. amerykański hinduista (krisznowiec) Chris Butler, znany także jako Siddhaswarupananda Paramahamsa (a na którego kiedyś się już powołałem) nie szczędzi słów krytyki innym hinduistom w swej książce „Reincarnation explained”.

    Podobnie jest i u nas. I co ciekawe, zawsze tak było. Pisma Nowego Testamentu całkowicie to potwierdzają i to nie tylko dlatego, że są pełne polemik, ale także dlatego, że obraz Christosa tam zawarty jest niejednoznaczny i pełen sprzeczności, których żadne oficjalne wykładnie nigdy nie potrafiły do końca pogodzić. Stąd właśnie taka wielość interpretacji. Dlatego też ustalanie „za kogo uważał się sam Jezus”, jak tego chce pastor Alfred Palla z USA (patrz artykuł „Gnoza i gnostycy”) jest po prostu niemożliwe i będzie zawsze przedmiotem sporów. Sam Jezus niczego nie napisał, my co najwyżej wiemy co inni pisali o nim i to dziesiątki i setki lat po jego śmierci. Cytując więc wypowiedzi przypisywane w ewangeliach Jezusowi, cytujemy zatem ich autorów, a nie Jezusa. Autentyczność zaś poszczególnych wypowiedzi podawana jest w wątpliwość coraz powszechniej i to doprawdy nie tylko przez teologów z Jesus Seminar lub przez powieściopisarzy piszących kryminały, jak Dan Brown. Jedyne co my jesteśmy w stanie zrobić, to interpretować tego Christosa.

    Tak, chrześcijaństwo gnostyczne jest innym typem chrześcijaństwa niż na przykład ewangelikalne. No i co z tego? Tak, to prawda, że obu tych orientacji nie da się (przynajmniej pod względem teoretycznym) całkowicie pogodzić ze sobą (bo do pewnego stopnia jednak się da…), co zresztą podkreśliłem już wcześniej. No i co z tego? Tak, gnostycy widzieli i widzą zbawienie (soteria) głównie w nauczaniu Christosa, nie w jego śmierci fizycznej. No i co z tego?

    Świadectwa nawet bardzo się różniące pozostają jednak świadectwami. I to jak najbardziej autentycznymi. Przypomnieć warto, że jeśli „zeznania” świadków są zbyt do siebie podobne, to z reguły uważa się je za podejrzane. Dlaczego na przykład Credo „nicejsko konstantynopolitańskie” pochodzące z IV wieku n.e. miałoby stanowić dla wszystkich solidniejszą podstawę niż gnoza, która jest znacznie starsza i której nie trzeba było specjalnie „uchwalić” ani tym bardziej nikomu jej narzucać pod groźbą? Zresztą dotyczy to nie tylko jakichkolwiek gnostyków (z których wielu uznaje to credo): arianie nigdy go nie uznali, a do chrześcijaństwa się zaliczali i nikt temu nie przeczy.

    „Chrześcijanin chrześcijaninowi niechrześcijaninem”

    Rozmaici autorzy, choćby nie wiedzieć jak ortodoksyjni, sami przyznają (rozumiem, że czasem niechętnie), że gnostycyzm „nigdy nie opuścił chrześcijaństwa”. Nie miał powodu: jest tu u siebie i to od początku i już samo naszpikowanie Nowego Testamentu wyrażeniami i poglądami typowo gnostycznymi przesądza tu wszelki spór na korzyść takiej tezy. Dla porównania: to, co dziś nazywamy ortodoksją ma swoje dające się uchwycić początki nie wcześniej niż w około połowie II wieku n.e (2). Od dwóch tysięcy lat zatem, czyli od samego zarania naszej religii gnostycyzm jest w niej dobrze zakorzeniony i nic nie jest w stanie faktu tego ani zmienić ani wymazać. Choć próbowano i zmienić i próbowano wymazać.

    Teza o gnostykach jako „dysydentach” w naszej religii nie wytrzymuje krytyki. Gdyby istotnie nimi byli, to od samego początku nie byłoby co do tego najmniejszych wątpliwości. Oni sami ze swej strony też nie upieraliby się przy chrześcijaństwie akurat, gdy wokół było tyle innych religii wręcz „do wyboru, do koloru”. Już sam fakt, że gnostycyzm nigdy nie opuścił chrześcijaństwa oraz że wywarł (i dalej wywiera) ogromny w nim wpływ, świadczy, że nie jest on z nim sprzeczny. Gdyby istotnie był, nie byłoby problemu z wyraźnym odróżnieniem tych dwóch rzekomo tak różnych rzeczy niczym „czarnego” od „białego”, w którym to wypadku „pozbycie” się go nie powinno było nastręczać poważnych trudności. Tymczasem pomimo walki, jaką wielu „ortodoksów” toczy z nim już od stuleci, tkwi on dalej tam gdzie był i ma się znakomicie.

    Rzekomy „konflikt” między chrześcijaństwem a gnostycyzmem de facto zatem nie istnieje. Istnieje i istniał konflikt pomiędzy teologiami. Gnostycyzm nie był i nie jest reprezentowany jedynie w ugrupowaniach „heretyckich”. Gdy tylko próbuje się wykazać istnienie tego konfliktu, za cel służy nie tyle gnoza ile literalistycznie rozumiana teologia. Stąd też istniały ostre polemiki również pomiędzy gnostykami „ortodoksyjnymi” a „heretyckimi”, choć jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej, to znajdujemy zadziwiająco dużo wspólnego między nimi.

    Współczesne zaś oceny niegdysiejszego gnostycyzmu przez wielu naszych dzisiejszych „ortodoksów” są w zawstydzający wprost sposób bazowane praktycznie wyłącznie na jego obrazie skarykaturowanym przez antycznych „łowców herezji”. Jednym ze świeższych tego przykładów jest interesująca poza tym książka jezuity Williama W. Meissnera „The Cultic Origins of Christianity. The Dynamics of Religious Development” (Collegeville, Minnesota, USA 2000; ISBN 0-8146-5076-7). W rozdziale „Gnosticism in Christianity” (s. 163-181) jedynymi tekstami, do których autor się odwołuje, są albo napastliwe wywody Ireneusza z Lyonu albo współczesnych antygnostyków. Oto typowa próbka argumentacji o. Meissnera:

    „…Ireneusz napisał:
    „A każdy z nich twierdzi, że owa mądrość jest tą, którą on sam odkrył, czyli produktem jego własnej imaginacji, tak więc według nich prawda może być raz u Walentyna, innym razem u Marcjona, a jeszcze kiedy indziej u Kerinthosa. Gdyż każdy z nich jest tak kompletnie zdeprawowany, że nie wstydzi się nauczać dla siebie, wypaczając regułę prawdy.”

    Ojcowie wczesnego kościoła odpowiedzieli pełną wigoru denuncjacją i szczegółowym badaniem genezy gnostycyzmu, by zdemaskować jego błędy….”.

    I tak dalej, i tak dalej… Czyli znowu (jak nieskończoną wielość razy przedtem): dla współczesnego „ortodoksa” nie było ważne to, co gnostycy sami mieli do powiedzenia na własny temat, lecz tylko i wyłącznie to, co Ireneusz o nich sądził.

    Wie Pan, co mnie w ekskluzywistycznej interpretacji ortodoksów najbardziej śmieszy? To, że z jednej strony próbują oni oddzielić gnostycyzm od chrześcijaństwa (oj, „daremne żale, próżny trud…”!), a jednocześnie przyznają np. że Marcjon był pierwszym, który zaczął składać kanon pism chrześcijańskich (czyżby był „innowiercą”, co to w „czynie społecznym” chciał stworzyć kanon chrześcijański… z litości, bo żaden „prawdziwy chrześcijanin” przed nim się tego nie podjął?). Nazywają tego Marcjona (zapewne Markiona) „chrześcijańskim gnostykiem” (3). Uznają, że Ptolemeusz i Herakleon byli autorami (ok. 170 r.n.e.) pierwszych znanych komentarzy do ewangelii „Według Jana” (i znowu: „innowierców” trzeba aż było, by komentować chrześcijańskie pismo ewangeliczne, bo „ortodoksi” się spóźnili?). Uznają oni dalej za najstarszą datowaną chrześcijańską inskrypcję budynku kościoła tę, która pochodzi z 318 roku n.e. i jest marcjonicka (dopiero niedawno odkryto inną jeszcze chrześcijańską inskrypcję w Megiddo, o czym informowano w tym serwisie). Przyznają (bo nie sposób zaprzeczyć), że jedni z największych liderów antycznego chrześcijaństwa katolickiego (czytaj: ortodoksyjnego) Orygenes i Klemens z Aleksandrii mieli poglądy gnostyczne i szeroko się o nich rozpisywali. Możnaby tak ciągnąć i ciągnąć. Taka jest to totalna niekonsekwencja: z jednej strony twierdzą, że gnostycy to nie chrześcijanie, a z drugiej przyznają, że to jednak chrześcijanie. Czy tylko dlatego, że głupio im przyznać, że tyle w chrześcijaństwie i dla niego robili jacyś „innowiercy”? (dziwna by to była ta nasza religia: sklecana przez „obcych”…).

    Jakby tego jeszcze nie było dość, to po uczynieniu takich ewidentnie ekskluzywistycznych uwag zarzucają ten ekskluzywizm, a nawet religijną arogancję (!)… gnostykom, czyli tym, do których zarzut taki pasuje akurat najmniej, gdy akurat do ortodoksów pasuje on bardziej i pasował już w przeszłości. (4)

    Doprawdy, starożytni ortodoksi byli nie mniej, lecz nawet bardziej ekskluzywistyczni od swych gnostyckich vis a vis. Slady tego widoczne są gołym okiem również i dziś. Nawet tu, w tym serwisie, od siedmiu miesięcy toczy się dyskusja na Forum „Zbawienie poza chrześcijaństwem” i niektórzy Dyskutanci całkiem poważnie prezentują tam pogląd, że zbawienie możliwe jest w zasadzie tylko w chrześcijaństwie (a za takowe uważają jedynie jego „ortodoksyjną” odmianę), poza nim zaś jedynie tam, gdzie nie zapoznano się z ewangeliami Nowego Testamentu.

    Wykluczanie (czyli ekskluzja) odbywa się na rozmaitych poziomach: albo ze zbawienia w ogóle, albo z chrześcijaństwa, albo przynajmniej z kościoła (tu już znacznie rzadziej, choć znowu wspólnotom odmawia się niejednokrotnie miana „kościołów”), a jeśli już z niczego z powyższych, to co najmniej ze wspólnej eucharystii.

    Gnostycyzm ze swej strony jest już raczej inkluzywistyczny, podobnie jak buddyzm.

    Stosunek do Nowego Testamentu

    O ile jednak gnostycyzm chrześcijański różni się poważnie od „ortodoksji”, to od razu zauważyć wypada, że chodzi o interpretacje (zarówno znaczenia i charakteru religii), a nie tyle na przykład o dokonywany wybór pism świętych. Pan Roman Zając sugeruje m.in., że ten gnostycyzm jest odrębny od pozostałego chrześcijaństwa, bo to pozostałe (np. „protestantyzm, prawosławie czy katolicyzm”) „opiera się na Nowym Testamencie jako świadectwie o Jezusie Chrystusie”.

    Na jakiej właściwie podstawie wyciągać należałoby taki wniosek? A już zwłaszcza pytanie to dotyczy Nowego Testamentu, który został wręcz zainicjowany przez gnostyka (lub semi-gnostyka) Marcjona. Fakt, że gnostycy pisali całą masę innych ewangelii (ich przeciwnicy stwierdzali z przekąsem, że pisali oni „jedną ewangelię każdego dnia”), nie dowodzi, że wypierają się kanonicznych. To prawda, że Marcjon wybrał tylko jedną ewangelię do swego kanonu, ale w owym czasie rozmaite wspólnoty chrześcijańskie miały swoje ewangelie i niekoniecznie były to właśnie te, które później znalazły się w kanonie dzisiaj znanym. Gnostycy pisali komentarze do ewangelii i praktycznie bez przerwy powoływali się na św. Pawła (najprawdopodobniej to właśnie Marcjon był pierwszym, który przetłumaczył listy Pawła na łacinę…).

    Pan Roman Zając wspomniał ewangelię „Według Jana”. Otóż właśnie, ze wszystkich ewangelii znanych dziś jako kanoniczne, „Kata Ioannen” była od samego początku szczególnie popularna wśród gnostyków, którzy też jako pierwsi napisali komentarze do niej. W II wieku n.e. krążył zresztą pogląd, że to „heretycki” gnostyk Kerinthos („Kerynt”) był jej autorem.

    Doprawdy: różnica między gnostykiem a niegnostykiem nie ma wiele wspólnego z doborem ewangelii (ja sam zostałem gnostykiem nie znając jeszcze wówczas ani jednego tekstu autorstwa naszych starożytnych gnostyków, toteż mogę odpowiedzieć p. Romanowi na jego komentarz, że nie wywodzę się z tradycji niegdysiejszego gnostycyzmu, lecz dokładnie z tej samej, rzymskokatolickiej, co i on sam). Prawda jest po prostu taka, że gnostykiem można zostać przy posługiwaniu się najrozmaitszymi tekstami. Nie brakuje też gnostyków uznających nawet cały Stary Testament… W końcu na spotkaniach gnostycznej przecież loży masońskiej na honorowym miejscu spoczywa otwarta Biblia i nikt jeszcze nie doniósł, że składa się ona tam z innych ksiąg niż ta powszechnie znana lub też, że któreś księgi są z niej wydarte lub wycięte nożyczkami…

    Gnoza „prawdziwa” i gnoza „fałszywa” czyli: “Kto odnajdzie znaczenie tych słów, nie zakosztuje śmierci” („Ewangelia Tomasza”)

    Gnoza „prawdziwa” i „fałszywa” (w domyśle: „ortodoksyjna” i „heretycka”) różniły się i różnią tylko rodzajem mitologii. Pod względem tego, co próbują one przekazać, nie różnią się niemal niczym. Gnoza pozostaje gnozą obojętnie, czy osiągana jest wśród naszych „ortodoksów”, czy wśród „heretyków”, wśród buddystów, muzułmanów, judaistów, szintoistów i kogokolwiek jeszcze zechcielibyśmy wymienić. Nie ma przy tym znaczenia, czy ktoś uznaje Jezusa i Chrystusa za jedno i to samo, czy też rozdziela te dwa pojęcia, czy wierzy w historyczne istnienie Jezusa z Nazaretu, czy też uważa, że jest tylko Chrystus obecny w każdym człowieku. Nie ma znaczenia, czy ktoś uznaje Sofię czy nie i czy wierzy w reinkarnację (w tę ostatnią wierzą przecież i tacy, którzy się z gnostycyzmem niekoniecznie utożsamiają). Cechą wspólną tych „rozmaitych gnóz” jest to, że osiągnięcie „ich” wymaga cierpliwego rozwoju własnej osobowości, że nie wystarczy po prostu w coś uwierzyć „i już”, lecz że wiara jest nie celem, lecz dopiero początkiem drogi do celu i że na fundamencie wiary buduje się wewnętrzną wiedzę. Pod tym akurat względem gnostycy „ortodoksyjni” nie różnili się od „heretyckich” czy wręcz „pogańskich” (5).

    Możnaby gnostykom postawić zarzut elitaryzmu, jak to wyraził p. Roman Zając (6). W każdym razie nie większego jednak niż w jakiejkolwiek religii. Riemer Roukema, który w swej pracy stara się zachować stanowisko niejako „pośrodku” debaty na ten temat, twierdzi, że elitaryzm ten zapewne nie był rzeczą zamierzoną przez gnostyków, lecz że tak zostali oni zrozumiani („Gnosis and Faith in Early Christianity. An introduction to gnosticism” Trinity Press International. Harrisburg, Pennsylvania USA 1999, s. 168 170; pierwsze wydanie holenderskie: “Gnosis en geloof in het vroege christendom. Een inleiding tot de gnostiek”, Uitgeverij Meinema, Zoetermeer, Holandia 1998).

    Zważmy jednak, że jeśli upierać się przy tezie o gnostycznym „elitaryzmie”, to pamiętać warto, że i sam Pomazaniec w takim razie był „elitarystą”. Nie raz i nie dwa przypisano mu przecież w ewangeliach kanonicznych wypowiedzi czy to o powołanych i wybranych czy to o szerokiej bramie i wąskiej furtce. Czegokolwiek jednak by nie powiedzieć o tym tak zwanym „elitaryzmie”, to różni się to zupełnie od ekskluzywizmu, z którym nie ma niczego wspólnego, ale który niejednokrotnie pojawia się jako zarzut. Tym, którzy tutaj wspominają czasem o tym ekskluzywizmie, warto w tym miejscu powiedzieć wprost, że czegoś takiego jak „gnostycki ekskluzywizm” po prostu ani nie ma, ani też nigdy nie było pod żadną szerokością geograficzną. Jeśli ktoś nie czuje się jeszcze przekonany, to proszę go o to, by zechciał on wskazać na konkretne jego przykłady. A jeśli ich nie zna, to proszę, niech wykaże nam tutaj, gdzie np. buddyzm jest „ekskluzywistyczny”. Gnostycyzm i buddyzm są jak najbardziej porównywalne, więc nie powinno być problemów z rzucaniem „pełnymi garściami” dowodów i poszlak…

    „Jezus roześmiał się i rzekł: Czemuż jesteście zatroskani? Czego szukacie?” („Sophia Jezusa Chrystusa”)

    Ocena gnostycznego Christosa jako nieludzkiego, lecz eterycznego (bo się nie śmieje, nie smuci, nie je i nie pije) jest już zupełnie pozbawiona jakichkolwiek podstaw. Jeśli gnostycki Christos jest „eteryczny”, to oznacza to, że właściwie każdy z nas jest „eteryczny”, bo według „dualizmu” gnostycznego dusza ludzka pochodzi z innego wymiaru niż ciało (7).

    Różnica wizji „ortodoksyjnej” i gnostycznej polega na tym, że gnostyczna (tak dawniej jak i dziś) zdawała się rozróżniać Jezusa i Chrystusa jako niekoniecznie jedno i to samo, czyli że czynnik ludzki i boski mogły być rozpatrywane oddzielnie. Natomiast „ortodoksyjna” stworzyła wizerunek Jezusa będącego tym samym co Chrystus, człowieka będącego równocześnie Bogiem. Według prof. Alvara Ellegårda, począwszy od biskupa Ignacego z Antiochii, datuje się pogląd, że należy propagować wizerunek Pomazańca jako „solidnie ludzki”, gdyż taki wizerunek byłby ludziom bardziej pomocny w uznaniu jego zmartwychwstania jako modelu dla ich własnego przetrwania po śmierci („Jesus. One Hundred Years Before Christ. A Study In Creative Mythology”. Century, London 1999). Ale tak jak dla wielu taki wizerunek jest przez to bardziej wiarygodny, tak dla innych jest on pozbawiony tej wiarygodności właśnie z powodu owej „sztywności” powiązania w nim czynnika boskiego z ludzkim. Stąd też dla wielu dzisiaj ten boski Jezus jest nieprzekonujący, zaś ten ludzki Jezus stał się… wyeteryzowany właśnie. W gnostycznej ewangelii Filipa ten Jezus całuje (i to niejednokrotnie) Marię Magdalenę. I każda sugestia, że owo całowanie oznaczać mogło cokolwiek więcej niż tylko przyjaźń, jest traktowane (i to właśnie, co ciekawsze, przez „ortodoksów”, a nie przez gnostyków) jako niemal „skandal” (8). Okazuje się zatem, że ten rzekomo „oderwany od rzeczywistości fantom” gnostyków jest zdolny do rzeczy, których nie czyni (a nawet „nie może” czynić!) Bóg-Człowiek „ortodoksów” (ba, gnostycki Jezus nawet tańczy! – ucząc przy tym jednocześnie).

    Dr A. Palla w swym artykule „Jezus: człowiek czy Bóg?” przyznał, że postawa kościoła wobec seksu była negatywna. Ale prędko dodaje, że korzenie tego tkwią w gnostycyzmie. Zbyt prędko tak stwierdził… Jeśli bowiem już, to nie tyle w gnostycyzmie, ile raczej w dualizmie, który może występować w gnostycyzmie, ale i poza nim również. Na przykład Plotyn był dualistą, ale nie gnostykiem (często gnostyków krytykował). Faktem jest, że wielu (jeśli nie większość) nieżydowskich gnostyków chrześcijańskich zdawała się być dualistami w starożytności. Jest też w związku z tym prawdopodobne, że gnostycy ci przynajmniej częściowo ponoszą odpowiedzialność za ten stan rzeczy. Natomiast stanowczo należy sprostować i uzupełnić stwierdzenie dra Palli, z którego wynikać miałaby zasada: dualizm=gnostycyzm=negatywny stosunek do płciowości. Tym bardziej, jeśli negatywne „skutki uboczne” tego dualizmu (dualizm daje poza tym także pozytywne skutki) tak chętnie przyswajane były akurat przez „ortodoksyjnych” antygnostyków. A już zwłaszcza wtedy, gdy owi „ortodoksi” wykazywać zaczynali daleko więcej negatywnego stosunku np. do kobiet w kościele niż owi gnostyczni dualiści. Owi gnostycy nie byli oczywiście nikim w rodzaju współcześnie rozumianych „feministów”, to jasne. Jednak kobiety były traktowane wśród nich w większym stopniu na równi z mężczyznami niż wśród „ortodoksów”. Niejednokrotnie bowiem owi „heretycy” byli z tego powodu przedmiotem ostrych ataków ze strony swych oponentów, co również jest jasne, gdyż dokumenty pisane przez liderów ówczesnej „ortodoksji” dowodzą tego same swoją treścią ponad wszelką wyobrażalną wątpliwość.

    Jeśliby bezkrytycznie zgodzić się z uwagami dra Palli, to czy dowodzić by to miało, że akurat pod względem niechęci do płciowości „ortodoksi” staliby się nawet „bardziej gnostyccy od gnostyków”? Jeśli tak, to szkoda, że przerośli ich oni akurat na tym polu, a nie tam, gdzie mogło to być dla nich znacznie korzystniejsze (9).

    My, doketyści…

    Cytowałem w poprzedniej części artykułu wypunktowane przez Toma Harpura rozumienie prawd wiary chrześcijańskiej. Autor ten wierzy w istnienie wewnętrznego Chrystusa w każdym człowieku. Taki „Christos” to „namaszczenie”, które oczywiście nie ma charakteru cielesnego, lecz wyłącznie duchowe. Jak uplasowałby się Tom Harpur, jeśliby został „skategoryzowany” przez naszych dzisiejszych „herezjologów”? Czy nie jako doketysta lub raczej neo-doketysta właśnie? Przeglądając jego wypunktowane deklaracje przekonujemy się jednak, że ten doketyzm nie jest wcale taki dziwaczny, śmieszny, straszny i niedorzeczny jak nasi herezjologowie chcieliby, abyśmy wierzyli, prawda? Antyczni herezjologowie mówią nam przynajmniej coś o wierzeniach antycznych doketystycznych literalistów, według których to wierzeń Chrystus miał nie mieć ciała, a jedynie sprawiać wrażenie, że je miał. To, czego nam ci herezjologowie nie powiedzieli (bo może sami nie wiedzieli lub nie chcieli powiedzieć) to to, czy przywódcy owych doketystów byli takimi samymi literalistami jak i ludzie prostej wiary w ich kościołach. Okazuje się, że jednak nie. Gdy tylko pada pytanie o to, czego uczyli doketyści, standardowa odpowiedź „ortodoksyjna” mówi nam o tym, że nauczali oni, że Chrystus nie miał ciała, lecz jedynie jego pozór. By to zaś podeprzeć ewidencją, wskazują na mity gnostyckie, w których to kto inny został ukrzyżowany zamiast niego. Ba, w niektórych z tych mitów Jezus, będąc krzyżowany, wręcz się śmieje!

    Odnosi się wrażenie, że tutaj, tak jak i gdzie indziej, próbuje się wskazywać na literę mitu zamiast na jego przesłanie (10).
    Tymczasem doketystyczna prawda jest inna. Już pięć wieków przed narodzeniem chrześcijaństwa Eurypides (ok. 480 406 r.p.n.) w „Bachantkach” („Bachae”) napisał coś podobnego o bogu Dionizusie. Dionizus, którego król Pentheus kazał zakuć w łańcuchy, kpił sobie z Pentheusa tymi słowy:

    „Tam zakpiłem sobie z niego. On myślał,
    Że związywał mnie; lecz ani mnie nie trzymał, ani nawet tknął,
    Głupiec”

    Podobnie cierpienia Jezusa opisano w „Apokalipsie Piotra”, gdzie Jezus wyjaśnia Piotrowi, że żywy Jezus nie cierpi. Czemu służyły takie teksty? Czy próbie wykazania, że historyczny Jezus nie cierpiał? Nic podobnego. Uczą one po prostu, że można, uzbroiwszy się moralnie, pokonać cierpienie, gdyż będąc na nie przygotowanym, jesteśmy w stanie znieść je lepiej! Stara to prawda (i jak najbardziej sprawdzalna praktycznie!), z głoszenia której religie nie zrezygnowały w ciągu wielu tysięcy lat swego istnienia. I dziś jeszcze powtarzają ją, wszystkie one, od hinduizmu i buddyzmu aż po współczesną scjentologię, używając nawet tych samych słów, które znajdujemy też w innym jeszcze chrześcijańskim tekście gnostycznym, znanym jako „Dzieje Jana”:

    „Gdybyś wiedział jak cierpieć,
    Byłbyś w stanie nie cierpieć.
    Patrz poprzez cierpienie,
    A uzyskasz brak cierpienia„

    Dlatego też ten sam tekst mógł śmiało twierdzić:

    „Słyszeliście, że cierpiałem, ale nie cierpiałem.
    Byłem niecierpiącym, a jednak cierpiałem.
    Przekłuty byłem ja, a jednak nie skrzywdzony.
    Powieszony byłem, a jednak nie powieszony.
    Krew spływała ze mnie, a jednak nie spływała.”

    A zatem nie chodzi tu o to, by negować cielesność Jezusa z Nazaretu. Dlatego też „Apokalipsa Piotra” tłumaczy:

    “Zbawiciel rzekł do mnie: “Ten, którego widziałeś na drzewie radosnego i roześmianego, jest żywym Jezusem. Lecz ten, w którego dłonie i stopy wbijają gwoździe, jest jego cielesną częścią, będącą namiastką oddaną na pohańbienie, tą co powstała na jego podobieństwo. Lecz spójrz na niego i na mnie.”

    Tekst wyraźnie mówi o dwóch osobach: boskiej oraz ludzkiej, cielesnej, będącej „na obraz i podobieństwo”, lecz niedoskonałej.

    Mamy zatem do czynienia z opisanym już wyżej rozdziałem na ludzkiego Jezusa i boskiego Chrystusa (Jezus to „człowiek”, Chrystus to „Bóg”, co jest odpowiednikiem starożytnego podziału typu daimon/eidolon, gdzie daimon uosabia czynnik boski w człowieku, a eidolon jest cielesnym wizerunkiem – patrz również przypis 15 w dalszej części tekstu). Jeśli w człowieku duch ma zapanować nad materią, to oczywiście najpierw trzeba rozróżnić między tym duchem i tą materią. Mit wyraźnie to ilustrujący może okazać się bardzo pomocny. Nie zapominajmy bowiem o tym, z czym zgadzają się przecież wszyscy: że w tym wypadku istotnie chodzi tylko o mit.

    Nawet tam, gdzie mowa o innej osobie (jak Szymonie z Cyrenajki) ukrzyżowanej zamiast Pomazańca, też mamy do czynienia jedynie z alegorią, gdyż, jak piszą T. Freke i P. Gandy, „takie doktryny byłyby istotnie, zgodnie z poglądem literalistów, niesmaczne i śmieszne. Jest to jednak niezrozumienie (lub, co bardziej prawdopodobne, celowe wypaczenie!) nauczania gnostycznego. W rzeczywistości ‘iluzjonizm’ jest po prostu częścią rozumienia historii ukrzyżowania jako wprowadzającej alegorii zawierającej starożytną pogańską doktrynę daimona/eidolona.” (Gandy „The Jesus Mysteries. Was the ‘Original Jesus’ a Pagan God?”. Thorsons, 1999, s. 148).

    Oto tak na dobrą sprawę cały sens doketyzmu. Czy jest on istotnie „nieludzki”, „pozbawiony człowieczeństwa”, „odwracający się od rzeczywistości ziemskiej”? Już samo moralne przygotowanie się choćby do „patrzenia przez cierpienie dla uzyskania braku cierpienia” wymaga nie lada ćwiczeń, a tego już z pewnością nie dałoby się zakwalifikować jako „odwrócenia się” od ludzkiej rzeczywistości. Cała teza o dziwnym rzekomo charakterze doketyzmu jest w gruncie rzeczy nie lepszą „fikcją literacką” niż powieść Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci”…

    Jeżeli dalej naucza się w kościołach, że doketyzm „negował” czyjąkolwiek cielesność i przedstawia się tam literalistyczną wersję tego, co rozumieć należy alegorycznie, to znaczy to jedynie, że chrześcijańska edukacja pod tym względem – przynajmniej na zasadniczym poziomie, dla t.zw. szerokiego kręgu odbiorców – osiągnęła dno dna.

    Gnostycy byli, jak to ujmują Freke i Gandy „’psychonautami’, którzy śmiało badali ostateczne granic wewnętrznej przestrzeni, poszukując początków i znaczenia życia”.

    Podejrzewam, że chyba najbardziej nawet antydoketystycznie nastawieni zauważą bezsens swych własnych zarzutów, jeśli tylko spróbują doszukać się znaczenia tej „herezji”. Wtedy sami przekonaliby się dowodnie, że tak naprawdę to w ogóle nie jest żadna herezja… I co najważniejsze dla nich samych: aby być takimi doketystami, w żadnej mierze nie muszą rezygnować ze swych posiadanych obecnie poglądów, gdyż w rzeczywistości doketyzm nie godzi dosłownie w żaden pogląd reprezentowany w chrześcijaństwie. Czy Jezus z Nazaretu pojawił się w historii ludzkości tylko i wyłącznie w postaci cielesnej? Przypuszczam, że nie ma w tej chwili na świecie takiego chrześcijanina, któryby nie odrzucił takiego stwierdzenia z niesmakiem.

    Nie mogę wypowiadać się w imieniu innych osób. W swoim własnym zakresie natomiast odnalazłem w doketyzmie nie jakąś dziwaczną i śmieszną bajeczkę (bo w taki sposób lubią przedstawiać to niektórzy w nadziei że w ten sposób bardziej uwiarygodnią swoją własną wersję wiary), lecz – wręcz odwrotnie – najbardziej przemyślany, najrozsądniejszy, najlogiczniejszy i najwięcej dający do myślenia wyraz wiary w całej historii religii chrześcijańskiej od wieku I naszej ery aż po czasy nam współczesne.

    Chrześcijańscy poganie i pogańscy chrześcijanie…

    „Wiele z tego, co napisane jest w księgach pogańskich, znajduje się także w księgach Kościoła Bożego. To, co je ze sobą łączy, to słowa tryskające z serca, prawo zapisane w sercu” (Walentyn)

    Analogie między chrześcijaństwem a innymi religiami były oczywiste i „ortodoksi”, tak jak i gnostycy byli tego w pełni świadomi.

    Doprawdy, trudno byłoby dokonać rozgraniczenia między chrześcijaństwem a kultami Ozyrysa-Dionizusa czy Attisa na zasadzie „historyczności” fizycznego zmartwychwstania Jezusa i nie-fizycznego zmartwychwstania tych pozostałych postaci. Wszystkie te religie i kulty miały swoich literalistów (wierzono kiedyś w Egipcie, że Ozyrys był niegdyś człowiekiem; według innych Mitras miał naprawdę żyć przed naszą erą w Persji). Między mitologią chrześcijańską a pozostałymi mitologiami nie ma identyczności (nigdzie nie ma identyczności między religiami), ale analogie są niezaprzeczalne i to do tego stopnia, że praktycznie cała opowiedziana w ewangeliach historia Jezusa wzięta jest z religii pogańskich i to „od A do Z” (11).

    Chrześcijaństwo czerpało niezwykle obficie z wcześniejszych religii, których jest wynikiem i synkretycznym produktem. Gnostycy nie uważają za stosowne temu przeczyć na każdym kroku, lecz zamiast tego otwarcie to przyznają, nie traktując tego jako ujmy. W starożytności też w związku z tym nie uważali innych religii za swych wrogów. Zapraszali oni „pogan” niejednokrotnie do udziału w ich obrzędach, a ci z kolei rewanżowali im się tym samym. Jest to coś, do czego wielkie dzisiejsze denominacje chrześcijańskie dochodzą współcześnie, kilkanaście wieków poźniej.

    Różnica w podejściu „ortodoksów” i gnostyków do pogaństwa była jednak taka, że o ile gnostycy uznawali istniejące dziedzictwo za rzecz pozytywną, co wpłynęło także na ich osobisty stosunek do tych innych religii oraz ich wyznawców, o tyle „ortodoksi” owo dziedzictwo potraktowali jako swego rodzaju „diabelską mimikrę przez uprzedzenie” (12)

    Pan Roman Zając słusznie zatem wskazał na pokrewieństwa między naszymi gnostykami i tak zwanymi „poganami”. Mniej szczęśliwie jednak określił „pogańską mentalność” jako „akceptującą tylko duchowy sposób ewentualnej egzystencji”. Tymczasem „poganie” nie byli jednolici i trudno byłoby ich wszystkich „wrzucać do jednego worka”. Jeśli istotnie tak było, jak pisze p. Roman, to skąd u tychże „pogan” wiara w… reinkarnację ? A przede wszystkim: skąd ona wzięła się też wśród naszych gnostyków?

    Cytowany przez p. Romana ks. Szymik próbuje przeciwstawić wiarę chrześcijańską wierze „pogańskiej” bazującej na „przekonaniach o misteryjnej witalności przyrody, na ezoterycznych (…) tezach o boskości samego życia i jego ostatecznej niezniszczalności…”. Według ks. Szymika wiara chrześcijańska opiera się na „Wszechmocy pochylonego nad człowiekiem i światem Boga Miłości, Stwórcy i Zbawiciela”. Pięknie powiedziane. Tylko gdzie i jak pokazuje to, że ten Bóg innych religii (i „herezji”)… nie jest „pochylony nad człowiekiem i światem”? W jaki sposób miałaby temu przeczyć reinkarnacja, wiara w boskość samego życia i jego ostateczną niezniszczalność? Wszystkie te elementy równie dobrze świadczą na rzecz Boga „pochylonego nad światem” co jakikolwiek pogląd naszych „ortodoksów”. To, czego Bóg chce dla ludzi, to pokazuje zdolnością każdego człowieka (a nie tylko kogoś sprzed dwudziestu wieków) do duchowgo „zmartwychwstania”. To jest już „zapisane” w każdym człowieku, taki jest już charakter tego dzieła stworzenia. A do Pana Romana mam pytanie: jak można pogodzić wiarę w boskość i niezniszczalność życia z jakąkolwiek „postawą antyhistoryczną”, zarzut której kierowany jest przeciw gnostykom? (13)

    Święty Paweł: „nasz” czy „wasz”?

    Tak, to prawda, że w NT są fragmenty polemik z niektórymi gnostykami. Ale jednak nie z gnostycyzmem w ogóle. Prawdą jest, że niektórzy teologowie i bibliści wyrażali opinię, że Paweł z Tarsu polemizował z gnostykami w swoich listach. Na przykład Rudolf Bultmann („Theology of the New Testament”, New York 1951-55, t.1 s.169) twierdził był, że gdy Paweł używa gnostycznych sformułowań, to po to, by uczynić „wielką polemikę” gnostykom. Jednak argumenty takie są tak słabe, że inni autorzy, np. Elaine Pagels (na zdjęciu) nie mieli najmniejszych problemów z uporaniem się z nimi („The Gnostic Paul”. Trinity Press International, 1975). Na uwagę zasługuje głównie fakt, że ci gnostycy, z którymi Paweł miał jakoby „polemizować”, nigdy jakoś nie mieli mu tych „polemik” za złe. Było akurat odwrotnie: zawsze się na Pawła powoływali, zamiast z nim polemizować, i to do tego stopnia, że dla nich to Paweł właśnie z reguły był największym autorytetem spośród wszystkich apostołów. Natomiast Marcjon uważał wręcz, że to Paweł jako jedyny właściwie zrozumiał przesłanie Christosa. Dlatego też jego pierwotny kanon chrześcijański w lwiej części składał się z pism tego apostoła. Absolutnie nic nie jest w stanie zmienić faktu, że analogie w jego pismach oraz pozostałych gnostyków są po prostu niepodważalne. Ale zresztą czym są owe pojawiające się tu i ówdzie opinie takich czy innych biblistów wobec ich własnej niezachwianej pewności, że Paweł polemizował przede wszystkim nie z gnostykami, lecz z t.zw. „judaizerami”, co to obstawali przy prawie Starego Testamentu? Paweł nigdy i nigdzie nie potępił gnozy, ani też z gnozą tym bardziej nie „walczył” (tak jak zresztą nigdy nie wypowiedział się np. przeciw wierze w reinkarnację). Kontrastuje to ostro z jego bezpardonowymi nieraz atakami na rozmaite „psy”, co to pragną obrzezywać itd.

    A co do tak zwanego „Credo korynckiego”, to dlaczego powoływać się jedynie na 1Kor 15; 14, skoro ono tak naprawdę jest nieco dłuższe i dosłownie w tym samym rozdziale 15 w wersecie 50 Paweł mówi kategorycznie, „że ciało i krew nie mogą posiąść królestwa Bożego, i że to, co zniszczalne, nie może mieć dziedzictwa w tym, co niezniszczalne”. Paweł potwierdza zmartwychwstanie, ale nigdzie nie mówi o fizycznym „pustym grobie”. Werset 50 zaś zdaje się temu przeczyć (14). Jego zaś pogląd na to jakim Synem Bożym był Christos, wynika już ze wstępu do listu do Rzymian (Rz 1;4), gdzie pisze on, cytujemy dokładnie i według kolejności tekstu greckiego, o:

    „…ustanowionym synem bożym (…tou oristhentos uiou theou…) z mocą według ducha świętości (…en dynamei kata pneuma ‘agiosynes…) przez powstanie z martwych (… eks anastaseas nekron…), Jezusie Chrystusie, Panu naszym (…Iesou Christou tou kyriou ‘emon).”

    Czyli, krótko i węzłowato, Jezus został ustanowiony synem bożym (z mocą według ducha świętości) gdy powstał z martwych, a zatem dopiero po swej śmierci cielesnej. Koniec, kropka. Nic więcej Paweł tam nie napisał (15).

    O czym zatem mówi Paweł w 1Kor 15; 14, gdy stwierdza „Jeśli Chrystus nie został podniesiony („egegertai”, od: „egeiro”), daremne jest nasze nauczanie („kerygma”), próżna jest także wasza wiara” ?

    No cóż, interpretacja zależy od czytającego. Dla mnie jest tu mowa o symbolicznym „powstaniu z martwych”, czyli o przebudzeniu duchowym. Tak też wielu chrześcijan interpretowało te wersety już w starożytności (16)

    Natomiast nie ma wątpliwości, że do Pawła odwołują się zarówno „ortodoksi” jak i „heretycy”. Zwracano już uwagę na ten fakt „nieskończoną” ilość razy. Może to wynikać z faktu, że ów autor potrafił dostosować swój styl do obu grup w łonie kościoła, na co zwraca uwagę wspomniana już Elaine Pagels (17).

    Jezus Ortodoks?

    Jezus z Nazaretu był Żydem, to prawda. Ale jakim Żydem?

    Judaizm istniejący w I wieku n.e. (a nawet wcześniej) nie był w żadnym wypadku jednolitą, sztywną „ortodoksją”, lecz konglomeratem rozmaitych idei czerpanych z żydowskiej (i nie tylko żydowskiej) historii i tradycji. Istniały w nim rozmaite „stronnictwa” (lub „sekty”, jeśli kto woli) i nie brakowało w nim doktrynalnych sporów. Byli Żydzi, którzy uznawali tylko swoje Pismo, byli też tacy, którzy oprócz Pisma uznawali także ustną tradycją jego interpretowania, byli tam swego rodzaju „konserwatyści” i „liberałowie”. Obok sztywnego Shammaia był w I w.p.n.e. słynny rabin Hillel (18). Stare pisma żydowskie były przeinterpretowywane (co akurat w judaizmie nie stanowiło nowości), jak w Aleksandrii, będącej intelektualnym centrum, również dla Żydów. Działał tam Filon obficie „platonizujący” swoje interpretacje Pisma. Nie brakło esseńczyków, których niejednokrotnie łączy się „ideowo” z Janem Chrzcicielem i Jezusem z Nazaretu.

    Istniały żywe kontakty kultury żydowskiej i innymi kulturami. Pod wpływem Babilonii wielu Żydów zajmowało się np. astrologią i niektórzy żydowscy historycy posuwali się nawet do stwierdzeń (Józef Flawiusz, Filon czy Aristobulus), że to Żydzi stworzyli tę dziedzinę (!).

    Tradycje duchowe były czerpane od „pogan”, np. to od nich właśnie Żydzi przejęli koncept „nieśmiertelnej duszy”, którego na próżno by szukać w najstarszych pismach Starego Testamentu, a który pojawia się tam dopiero począwszy od Księgi Daniela. Kultura żydowska, a to dotyczy jak najbardziej również religii, rozwijała sią normalnie w licznych kontaktach z sąsiadami. Nie brakło żydowskich gnostyków, nie brakło interpretowania Jahwego na iście „dionizyjski” sposób. Nie tylko zresztą interpretowania, bo forma obrzędu też niejednokrotnie przypominała „pogańską”. W swych „Historiach” Tacyt pisze między innymi:

    „Fakt, że żydowscy kapłani wykonywali swe śpiewy przy dźwiękach fletów i bębnów ukoronowani bluszczem oraz że w świątyni znaleziono złotą winorośl, przywiódł niektórych do wniosku, że wielbili oni Libera” (Liber to rzymska „odmiana” boga Dionizusa).

    W promieniu 25 km od Nazaretu, gdzie żyć miał Pomazaniec, było 12 miast i miasteczek greckich, w tym najbliższe, Sephoris (o ledwie kilka kilometrów) oraz największe, Kaisarea Filippi (Cezarea). Inne niedalekie miasto, Gadara, miało swego czasu szkołę filozofii „pogańskiej”. Z Gadary wywodziło się kilku znanych pisarzy i filozofów greckich, jak Meleager, Mennipus czy Filodemus. W położonym nieopodal Scythopolis było centrum mistycznego kultu dionizyjskiego. W Betlejem (tak jest: w tym Betlejem!) istniała grota oraz gaj, oba poświęcone bogu Dionizusowi, którego alegoryczna historia powtórzona została w chrześcijańskich podaniach o Chrystusie.

    To w takim właśnie środowisku i w takim, zróżnicowanym judaizmie przyszedł na świat Jezus z Nazaretu. Ewangelie kanoniczne pokazują go jako wierzącego Żyda, ale zdecydowanie nie jako „ortodoksa” lub „zelota”: raz za razem łamie on publicznie nakazy prawa, ogłasza przestarzałość niektórych nakazów i w „liberalny” sposób traktuje on szabas, twierdząc przy tym, że to szabas jest dla ludzi, a nie odwrotnie. Jego stosunek do szeregu zwyczajów judaizmu wydaje się analogiczny do stosunku dzisiejszych chrześcijańskich „heretyków” do niektórych praktyk i tekstów, np. podważają oni publicznie niektóre punkty „Credo” nicejsko konstantynopolitańskiego, lecz póki co spokojnie je dalej recytują co niedzielę po kazaniu w czasie mszy lub nabożeństwa (19).

    W wielkim skrócie, czyli jak do tego doszło…

    W początkach XX wieku Wielebny F. Lamplugh we wstępie do tłumaczenia znalezionego w 1769 roku starożytnego kodeksu pism gnostycznych znanego jako „Codex Brucianus” postawił był kwestię:

    „Najnowsze badania podważają tradycyjne spojrzenie, wnioski i „fakty”. Dla niektórych już dziś i dla wielu w przyszłości palącą kwestią jest lub będzie nie to, w jaki sposób szczególnie głupia i rozpasana herezja wyrosła w kościele, lecz w jaki sposów kościół wyrósł z wielkiego ruchu gnostycznego i jak dynamiczne idee gnozy zostały skrystalizowane w dogmat?”

    (“The Gnosis of the Light: A Translation of the Untitled Apocalypse contained in the Codex Brucianus”. London, J. M. Watkins, 1918. Cytowane za: T. Freke / P. Gandy „The Jesus Mysteries. Was the ‘Original Jesus’ a Pagan God?”. Thorsons, 1999, s. 109)

    Timothy Freke i Peter Gandy, cytowani już w poprzedniej części, w innej swojej książce („Jesus and the Goddess. The Secret teachings of the original Christians”. Thorsons, London 2002, s. 54-55) zdają się trafnie na to pytanie odpowiadać:

    “Religie w charakterystyczny dla siebie sposób mają swój początek w charyzmatycznych mistrzach dzielących swoje osobiste rozumienie gnozy z niewielkimi grupami duchowych entuzjastów, nauczając odwiecznej filozofii na swój własny unikalny sposób. W miarę upływu czasu liczba uczniów wzrasta aż w końcu jest ich zbyt wielu, by wszyscy oni mieli osobisty dostęp do nauczyciela. Niepraktyczne staje się kontynuowanie działalności jako rozprzestrzeniona grupa anarchicznych mistyków, stąd też ci posiadający bardziej autorytarną naturę rozpoczynają organizację. Zanim się ktokolwiek zorientuje, powstaje nowa religia. Lecz im bardziej proporcja między uczniami a mistrzem traci równowagę, tym mniejszy staje się poziom rozumienia nauczania. Subtelne nauki alegoryczne zostają zrozumiane w powierzchowny, literalny sposób. Trajektoria wykazuje nieuniknioną degenerację z prostych, ale przemyślanych nauk gnostycyzmu w płytkie, lecz często skomplikowane nauki literalizmu. Dokładnie coś takiego przydarzyło się chrześcijaństwu.”

    Tak czy inaczej, gnostycyzm jest istotnie starszy od chrześcijaństwa, tym bardziej zatem od tego, co od II wieku n.e. zaczęło być tworzone jako ortodoksja. Trudno zatem zgodzić się z twierdzeniem, że należą jej się jakieś szczególne względy „pierwszeństwa” w naszej religii.

    Nie da się „walczyć z gnozą”, samo to pojęcie jest nielogiczne. Można walczyć z gnostykami lub gnostycyzmem, jeśli definiuje się on (lub jest definiowany) jako posiadający konkretne teorie i teologie (wtedy walczy się z tymi teoriami i teologiami). Ale „walka z gnozą” jest bez sensu. Jaka jest różnica między gnozą a gnostycyzmen rozumianym jako system? W przybliżeniu taka, jak między religijnością a religią. Możny strzaskać chrześcijaństwo, hinduizm, islam… Ale jaka istnieje pewność, że się taki „bojownik” pozbędzie religijności w rodzaju ludzkim?

    Nawet gdyby zabronić gnostycyzmu, skonfiskować pisma gnostyczne i przymusowo wprowadzić wszędzie „ortodoksję”, to i tak wkrótce zacznie się w niej roić od gnostyków. Historia kościoła katolickiego, zwalczającego gnostyków przez całe stulecia, jest tego żywym i nieprzemijającym dowodem.

    Przypisy:

    1. Przede wszystkim zgadzam się z poglądem Rahnera, że istnieją „chrześcijanie anonimowi”. Nie jest to pogląd nowy, bo już w starożytności pojawiła się owa „anima naturaliter christiana”. Buddyści też mają podobne określenie. Mawiają nieraz, że „każdy człowiek rodzi się buddystą” i tylko od niego zależy, czy sobie kiedyś ten fakt uświadomi. W tym sensie wszyscy tutaj są „anonimowymi buddystami”. Zapewne również anonimowymi hinduistami, szintoistami, sikhami oraz „wyznawcami” kilku innych jeszcze religii. Zresztą odnosi się to nie tylko do religii. Nieżyjący już były prezydent Francji Francois Mitterand, który był masonem, mawiał, że każdy, kto podaje w wątpliwość jakikolwiek dogmat, jest tym samym już „masonem bez fartucha” (chodzi oczywiście o fartuch noszony przez masona podczas szczególnych okazji w loży).

    Ci jednak, którzy wyraźnie identyfikują się z jakąś konkretną religią i należą do konkretnego kościoła, do „anonimowych” chrześcijan się nie zaliczają…

    Próby wzajemnego wykluczania siebie z własnej religii nie są jedynie naszą specjalnością.

    Wystarczy wspomnieć Allamaha Nooruddina, jednego z najlepszych tłumaczy Koranu na język angielski. Niejednokrotnie mówi się, że był to „jeden z największych erudytów Koranu w historii islamu”. Tymczasem wśród jego islamskich koreligionistów nie brakuje i takich, według których to w ogóle nie muzułmanin! Ze swej strony podobne problemy mają Żydzi, o czym informują niejednokrotnie serwisy ekumeniczne, np. w notatce “Żyd Żydowi nie-Żydem” http://www.ekumenizm.pl/article.php?story=20041125084452104&query=ortodoksyjni

    2. Tymczasem gnostycy od początku traktowani byli jako część rodzącego sią ruchu chrześcijańskiego. Świadczą o tym rozmaite fakty. Na przykład wiadomo, że gnostyk Walentyn (Valentinus) kandydował (ok. roku 140 n.e.) na biskupa Rzymu. Przegrał z Piusem. Był już wówczas znany jako wielki nauczyciel gnostyczny. Nigdy nie został ekskomunikowany przez kościół rzymski, co dowodzi, że nie był on uważany wówczas tam za „dysydenta”. Próbował on godzić rozmaite nurty (przede wszystkim psychików i pneumatyków) w jednym kościele. Dopiero później drogi walentynian i „ortodoksów” zaczęły się rozchodzić. Ekskomunikowano natomiast Marcjona, czym ten chyba zbytnio się nie przejął (i to też dopiero po tym, gdy zaczął organizować swój własny kościół) najpewniej zresztą z powodu odrzucenia przezeń Starego Testamentu, czego z kolei Walentyn nie uczynił. Innym przykładem jest Bardesanes z Edessy (zwany „Bar-Daisan”). Ten niegdyś pogański gnostyk nawrócił się na chrześcijaństwo „ortodoksyjne”, ale gnostykiem pozostał do końca życia.

    Ireneusz skarży się w „Adversus haereses”, że nawet za jego czasów wielu biskupów i diakonów katolickich szukało wtajemniczenia do ezoterycznych nauk gnostyków walentyńskich. Ale nie postulował on w związku z tym nawet, by tych biskupów ekskomunikowano. Polemiki „herezjologów” dają natomiast dowód rodzącego się „ortodoksyjnego” ekskluzywizmu. Ale dowodzą one też, że ten ekskluzywizm stanowił wówczas w kościele rzecz nową.


    Nawet później, w czasach wymierzonego w gnostyków terroru na przełomie IV i V wieku n.e. „ortodoksi” tolerowali wśród siebie gnostyków, jeśli ci tylko gotowi byli nie przeczyć publicznie oficjalnej „bazie i linii” „ortodoksyjnej”. Przykładem tego choćby słynny Synesius z Cyrenajki (365 – 414 n.e.), ewidentny gnostyk, który studiował filozofię pod kierunkiem pogańskiej filozofki Hypatii z Aleksandrii (zamordowanej w wyjątkowo sadystyczny sposób w 415 r. przez „ortodoksyjny” motłoch). Został biskupem w kościele katolickim w 410 roku n.e. O Zmartwychwstaniu pisał m.in., że to “coś świętego i nie do opisania” i że w odniesieniu do niego „jestem daleki od podzielania opinii mas”. Tolerowano go pod warunkiem, że będzie filozofował jedynie prywatnie, nie publicznie (zakaz filozofowania był już wówczas oficjalnie wprowadzony w cesarstwie), zwłaszcza, że poglądem jego było, że religia to w najlepszym wypadku popularny wyraz prawd filozoficznych dla nie-filozofów.

    3. I jako chrześcijanie marcjonici znani byli powszechnie również w starożytności. Przyznaje to również (choć z przysłowiowym już „płaczem i zgrzytaniem zębów”) wróg „heretyków”, Justyn Męczennik:

    „I jest Marcjon, człowiek z Pontu, który jeszcze żyje i uczy swych uczniów wierzyć w innego jeszcze boga, większego niż Stwórca. I spowodował on z pomocą diabłów, że wielu we wszystkich narodach bluźni i przeczy temu, że Bóg jest stwórcą świata i twierdzi, że inna jeszcze istota, większa niż on, dokonała większych rzeczy. Wszyscy, którzy przejmują opinie od tych ludzi są, jak już powiedzieliśmy, nazywani chrześcijanami” („Pierwsza Apologia”, I; 26)

    Nie jedyny to „pomnik” wystawiony heretykom przez „ortodoksyjnego” herezjologa: nie dość, że „nazywani chrześcijanami”, to jeszcze podąża za nimi „wielu we wszystkich narodach”! (chodzi, rzecz jasna, o narody imperium). Osobliwy to portret jakichś „dysydentów”… W ogóle energia, jaką użyto kiedyś na „walkę z herezją” i liczba pism skierowanych przeciw niej, zwłaszcza przeciw gnostykom tamtego okresu, świadczy, że nie chodziło o jakieś mało znaczące sekty „odszczepieńców”, lecz o dobrze już zakorzenione wyrazy wiary w religii chrześcijańskiej. Pod tym względem diatryby „herezjologów” stanowią niezamierzony „pomnik cenniejszy niż spiż i złoto” wystawiony gnozie i gnostykom.

    4. By zilustrować ów ortodoksyjny ekskluzywizm, Ireneusz opowiada („Przeciw herezjom”) dwie plotki, których bohaterami są Marcjon, Polikarp, Kerinthos i apostoł Jan. W jednej z tych historyjek Marcjon, spotkawszy się z Polikarpem, pyta go „czy mnie poznajesz?”. Polikarp odpowiada: „Tak, poznaję pierworodnego szatana!”. W drugiej natomiast apostoł Jan udaje się do publicznej łaźni, a spostrzegłszy tam gnostyka Kerinthosa, wrzasnął do wszystkich obecnych, żeby czym prędzej i co sił w nogach stamtąd uciekali, gdyż jest tam „Kerinthos, wróg prawdy”. Sam też czym prędzej uciekł, nie biorąc nawet kąpieli. Bał się bowiem, że się łaźnia zawali, gdyż był tam taki „wróg prawdy”… („Przeciw herezjom”, III;III)

    Przyjrzyjmy się bliżej tym dwóm plotkom: otóż w żadnej z nich, jak opowiedzianych w końcu przez ‘ortodoksa’, heretyk nie zachowuje się jak pyszałek szukający zaczepki, jak arogant lub co najmniej jak „ekskluzywista”, co to literalistyczny „plebs” ma w pogardzie. Marcjon jedynie pyta Polikarpa, czy ten go poznaje. Kerinthos nie czyni nawet tego, lecz występuje całkowicie biernie i nie mówi nic. Ciekawy kontrast stanowią u Ireneusza Polikarp oraz przedstawiony tam jako ‘ortodoks’ apostoł Jan: Polikarp jako pozbawiony manier chamowaty jegomość, a Jan wręcz jako człowiek niespełna rozumu.

    Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której my, użytkownicy tego Serwisu, zbieramy się w jednym miejscu i czy to Pan Roman czy Wielebny Alfred, dostrzegłszy np. któregoś z tutejszych „heretyków”, podnosi krzyk, nakazując wszystkim wiać gdzie pieprz rośnie, bo jest wśród nich taki to a taki „wróg prawdy” i budynek może się zawalić…

    Z całą pewnością nie byłaby to najlepsza reklama dla ‘ortodoksji’, ale Ireneusz taki właśnie stawia wzór, podpierając się przy tym innym jeszcze przykładem „teologii insultatywnej”, wersetami z tak zwanego „drugiego listu Jana” z Nowego Testamentu:

    „Jeśli ktoś przychodzi do was i tej nauki nie przynosi, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie go, albowiem kto go pozdrawia, staje się współuczestnikiem jego złych czynów” (2Jn 10-11).

    Nie ma tu znaczenia jaki to „Jan” napisał ten list, który datowany jest na II wiek n.e. (więc apostoł nie miał szans go stworzyć). Natomiast zwraca uwagę, że to, co propaguje Ireneusz, to właśnie skrajna forma ekskluzywizmu; forma, w ktorej czytelnik zachęcany jest wręcz do wrogości i nienawiści wobec „heretyków” i to okazywanej im publicznie. Ireneusza zdawało się nawet nie żenować i to, że w celu jej propagowania, przedstawił on swych głównych bohaterów jako osobników chamowatych i tępych.

    Dla porównania, trudno byłoby komukolwiek znaleźć jakikolwiek bądź strzępek dzieła jakiegokolwiek spośród znaczących liderów antycznego gnostycyzmu (jak Bazylides czy Walentyn), choćby cytowany przez któregoś z „herezjologów”, któryby zachęcał do podobnych „kurtuazji” wobec ‘ortodoksów’…

    5. Przedstawione w długich rozdziałach „Stromateis” wywody Clemensa Alexandrinusa nie pozostawiają co do tego cienia wątpliwości. Uważał on np., że filozofia grecka oczyszcza duszę i przygotowuje ją do przyjęcia wiary, na której Prawda wznosi gmach Gnozy. Idealny gnostyk to według niego kombinacja człowieka kontemplującego plus filozofa plus naukowca, używającego rozumu do poznania tego, co daje wiara. Posuwa się on w związku z tym do stwierdzenia wartego dania pod rozwagę wielu naszym koreligionistom:

    „Jeśli założymy, że ktokolwiek dałby gnostykowi wybór między znajomością Boga a wiecznym zbawieniem; i gdyby te dwie rzeczy całkowicie identyczne ze sobą mogły być rozdzielone; to bez najmniejszego wahania wybrałby on znajomość Boga uważając tę własność wiary, co z miłości wyrasta w wiedzę, za pożądaną samą w sobie”. (Księga IV, rozdz. XXII).

    Można w wywodach Alexandrinusa odnaleźć echa wcześniejszych poglądów „poganina” Plutarcha z jego dzieła „Moralia” na podobny temat. Ciekawostkę stanowią tak nawiasem m.in. czynione przez autora paralele między poszczególnymi imionami a terminologią grecką:

    „Tęsknota za prawdą, szczególnie za prawdą dotyczącą Bogów, jest tęsknotą za rzeczami boskimi, odkąd nauka oraz poszukiwanie obejmują badanie rzeczy świętych i są zajęciem bardziej pobożnym niźli poświęcanie się czystości i obecność w świątyniach. Co więcej, to poszukiwanie jest szczególnie miłe mądrej i miłującej mądrość Bogini, którą czcicie, a której samo imię zdaje się wskazywać, że wiedza i zrozumienie są jej domeną. „Isis” jest w końcu greckim słowem (chodzi o zbieżność z „gnosis”), tak jak jest nim imię jej wroga Typhon, który jest napuszony (od „tufi” „jestem napuszony”) ignorancją i kłamstwami. To on drze i niszczy święty tekst, który Bogini zbiera i składa z powrotem, by go ofiarować wtajemniczonym (…)

    „Zapuszczanie brody (…) i noszenie togi nie czyni człowieka filozofem, tak jak noszenie lnianej szaty i golenie głowy nie czyni go prawdziwym czcicielem Izydy. Prawdziwy izydowiec to ten, kto otrzymuje we właściwy rytualny sposób rzeczy pokazane oraz dokonane, a dotyczące Bogów, a następnie poszukuje prawdy i bada ją w nich poprzez użycie rozumu.”

    6. W swym dziele „Stromateis” Clemens Alexandrinus ma sporo do powiedzenia i na ten temat, szczególnie godne są polecenia rozdziały IX i X księgi V. Oto dwie małe próbki:

    „„Gdyż wiem” – mówi apostoł – „że gdy przybędę do was, przybędę w pełni błogosławieństwa Chrystusa”; wyznaczając dar duchowy i gnostyczną wiadomość, którą, będąc obecnym, pragnie przekazać im (…) Lecz jedynie nielicznym z nich jest pokazane czym są rzeczy zawarte w tajemnicy.” (V;X)

    „Nie jest pożądane, by wszystkie rzeczy były odkrywane bezładnie wszystkim bez wyjątku, lub korzyści mądrości komunikowane tym, co nawet we śnie ne byli oczyszczeni w duszy (gdyż nie jest dozwolone dawanie osobom przypadkowym tego, co sprokurowane zostało z tak pracochłonnym wysiłkiem); ani też tajemnice słowa nie mogą być wyjaśnione pospólstwu.” (V;IX)

    Doprawdy, czytając Alexandrinusa, odnosi się nieraz wrażenie, że jego gnostycyzm był stosunkowo radykalny nawet jak na owe czasy…

    Jest to dowód, tak nawiasem, że o fałszywości lub prawdziwości gnozy decydowała w oczach „ortodoksów” literalistyczna interpretacja tego, co się mówiło, a nie wewnętrzna tego treść. Krótko i węzłowato: można było wśród „ortodoksów” być nawet ultra-gnostykiem, byle tylko publicznie afirmować „ortodoksję”.

    7. Nawet dzisiejsi niechrześcijańscy „technologiczni gnostycy”, scjentologowie, tak to definiują: „you are a spiritual being” („jesteś istotą duchową”). To jedno z pierwszych i najczęściej powtarzanych stwierdzeń w ich kościele. I nie oznacza to tam np. tego, że się ma duszę, lecz że to raczej dusza posiada ciało i umysł.

    8. Pamiętam, że to właśnie na tym forum miałem kiedyś dłuższą dyskusję ż pewnym Dyskutantem na ten temat. Moje stwierdzenie, że Jezus mógł się był ożenić z Marią Magdaleną (nie twierdziłem, że on to zrobił, bo ewidencji brak, lecz właśnie tylko, że mógł) ów Dyskutant uznał niemal za „dowód”, że nie jestem chrześcijaninem!!! Bo w Jego opinii tak po prostu nie mogło być, gdyż Jezus nie przyszedł po to, by „spać z kobietą”. Jak zatem widać, nie ma takiego zarzutu przeciw gnostycyzmowi, którego nie dałoby się równie dobrze obrócić przeciw „ortodoksji”. No to jak to w końcu jest: który z tych „dwóch Chrystusów” jest bardziej „eteryczny” i „sterylny”: nasz czy Wasz?

    Wielebny Alfred Palla (Wielebny, bo jest pastorem) zdaje się dostrzegać jedynie gnostyków ekstremistów: albo są radykalnie ascetyczni albo znów rozwiąźli (artykuł „Gnoza i gnostycy”) oraz że odnalezione w Nag Hammadi (r. 1945) teksty gnostyczne potwierdzają to, co o gnostykach pisali ich ortodkosyjni oponenci, których to oponentów niesłusznie w związku z tym posądzano o tendencyjność. Byłbym zatem wdzięczny gdyby wskazano nam które to konkretnie teksty z Nag Hammadi to potwierdzają, bo choć osobiście teksty te (w tłumaczeniach) czytałem, to jakoś nie mogłem w nich zlokalizować niczego, co by pasowało do takiego wizerunku owych ludzi, jaki Wielebny raczył był naszkicować w swoim artykule.

    9. By wesprzeć tezę o gnostycznym poglądzie, że małżeństwo i seks są „rzeczą kalającą człowieka”, A. Palla posuwa się do stwierdzenia, że gnostyczna (pochodząca zapewne z II lub III w.n.e.) „Ewangelia Filipa” określa mianem „skalanej” kobiete w małżeństwie. Nie jest to dokładne. W “Ewangelii Filipa” nie ma mowy o tym, że kobieta żyjąca w małżeństwie jest skalana. Mowa jest o kobietach skalanych, gdy wspomina się, że komnata małżeńska „nie jest dla zwierząt, ani dla niewolników, ani dla skalanych kobiet, lecz dla wolnych mężczyzn i dziewic”. Jest mowa o tym, że złe duchy, męskie i żeńskie w formie, próbują skalać samotne kobiety i samotnych mężczyzn. Jeśli małżonkowie jednak są razem, nie ważą się tego czynić. O skalaniu utwór ten mówi jeszcze w paru innych miejscach, między innymi:

    „Maria jest dziewicą, której żadna siła nie skalała.”

    “Nikt nie może wiedzieć kiedy mąż i żona mają stosunek ze sobą, poza nimi samymi. W istocie małżeństwo na świecie jest misterium dla tych, co wzięli sobie żony. Jeśli istnieje ukryta wartość małżeństwa skalanego, o ileż bardziej nieskalane małżeństwo jest misterium! Nie jest cielesne, lecz czyste. Nie należy do pożądliwości, lecz do woli. Nie należy do ciemności lub nocy, lecz do dnia i światła.”

    Zaden jednak fragment „Ewangelii Filipa” ani nie stwierdza wprost, ani też nie sugeruje, że małżeństwo kogokolwiek „kala”, obojętnie już czy chodzi o mężczyznę czy kobietę. „Wielkie jest misterium małżeństwa. Gdyż bez niego świat by nie istniał.” – to inne jeszcze stwierdzenie z „Filipa”. Akurat aluzji do małżeństwa jest u „Filipa” sporo, trudno je przeoczyć. A. Palla przypisał „Ewangelii Filipa” coś, czego w tym dokumencie nie ma. Jeśli Czytelnicy nie posiadają w domu egzemplarza, a w internecie polskie tłumaczenia obejmują jedynie fragmenty, służę chętnie pełnym tekstem zamieszczonym gdzie indziej w wersji angielskiej http://reluctant-messenger.com/gospel-of-philip.htm .

    Przyznam tu na marginesie, że początkowo zamierzałem napisać artykuł „Gnostyk i chrześcijanin” jako polemikę z artykułami A. Palli. Po dłuższym namyśle jednak zdecydowałem, że napiszę tamten tekst jako całkowicie niepolemiczny. Zamierzałem bowiem skoncentrować się na pisaniu o tym, czym chrześcijański gnostycyzm jest, a nie na polemizowaniu z tym, czym on nie jest.

    10. Dokładnie tak, jak się to robi w odniesieniu do doketystycznych elementów w Nowym Testamencie. Ewangelia „Według Jana” mówi w jednych fragmentach, że zmartwychwstały Chrystus był cielesny, bo jadł rybę i Tomasz mógł dotknąć jego ran. Ale w innych daje ona pełną satysfakcję doketystom: to „stuprocentowe” ciało potrafi niczym duch lub zjawa(czyli „doketos” właśnie…) nagle się pojawiać i równie nieoczekiwanie znikać, potrafi przechodzić przez zamknięte drzwi jak „biała dama” w starym zamku (wzbudzająca wśród widzących ją nie mniejszą konsternację niż Jezus w wieczerniku…), a poza tym wygląda tak dziwnie i… nierealnie, że jego najbliżsi uczniowie początkowo nie umieją go poznać…

    Do jakiego stopnia literalistyczna była krytyka gnostycyzmu przez „ortodoksów”, niechaj świadczy pewien „argument” u Ireneusza. Skoro mianowicie Paweł opisał swoje własne doświadczenie jako wstąpienie do TRZECIEGO nieba (2Kor 12;2), to – jak pisze Ireneusz (księga II, rozdz. XXX, akapit 7) – „nie może być, że ci ludzie (t.j. „heretycy” przyp. MM) wstępują powyżej SIÓDMEGO nieba, bo z pewnością nie przewyższają apostoła”.

    A zatem tym razem NUMERY okazały się decydujące: trzecie niebo jest prawowierne, siódme heretyckie (i oszukańcze zapewne).

    11. Przyjrzyjmy się osobie:

    • Jest Bogiem wcielonym, Zbawicielem i Synem Bożym
    • Ojcem jego jest Bóg, a matką śmiertelna dziewica
    • Jego narodzenie zapowiada gwiazda na wschodzie
    • Rodzi się w grocie lub stajence 25 grudnia
    • Daje on ludziom szansę ponownego narodzenia przez obmycie wodą lub zanurzenie w niej
    • Cudownie zamienia wodę w wino na weselu
    • Triumfalnie wjeżdża na osiołku do miasta, podczas gdy ludzie machają mu na powitanie gałązkami oliwnymi
    • Uzdrawia chorych, wskrzesza umarłych, wypędza demony, ucisza sztormy
    • Posiada dwunastu uczniów
    • Jest niesłusznie oskarżony i stracony w ofierze za grzechy ludzi
    • Zmartwychwstaje trzeciego dnia
    • Ofiaruje swym uczniom i wyznawcom swe ciało i krew w postaci chleba i wina

    Pytanie: kto to taki, o kim mowa powyżej? Odpowiedź: Ozyrys- Dionizus…

    Justyn Męczennik w „Pierwszej Apologii” odnotował (pod adresem „pogan”):

    „A gdy my również mówimy, że Słowo, które jest pierworodnym Boga, poczęte zostało bez unii seksualnej i że On, Jezus Chrystus, nasz Nauczyciel, został ukrzyżowany i umarł, i zmartwychwstał, i wstąpił do nieba, to nie głosimy niczego innego od tego, w co i wy wierzycie odnośnie tych, których wielbicie jako synów Jowisza.”

    W sumie znaleziono około 200 analogii pomiędzy naszym Pomazańcem a motywami w samej tylko religii egipskiej (por.: Gerald Massey: „Ancient Egypt, The Light of the World: A Work of Reclamation and Restitution in Twelve Volumes” T. 1 i 2; „The Historical Jesus and the Mythical Christ”; The Natural Genesis” ).

    12. W „Pierwszej Apologii” Justyn Męczennik napisał m.in.:

    „Usłyszawszy proklamowanie przez proroków, że Chrystus ma przyjść i że niegodni spośród ludzi mają być karani ogniem, złe duchy wysłały wielu, by ich nazywać Synami Jowisza, mając nadzieję, że będą oni w stanie stworzyć u ludzi wrażenie, że te rzeczy, które są mówione o Chrystusie, są jedynie wspaniałymi opowieściami, jak te rzeczy, o których mówili poeci.”

    Żeby zaś nadać większej wagi swoim słowom, Justyn dalej posuwa się do stwierdzenia, że Mojżesz „jest starszy od wszystkich pisarzy” (sic!).

    Temu tonowi Justyna zawtórowali później inni, jak choćby Tertullian:

    „Diabeł, którego interesem jest wypaczać prawdę, naśladuje dokładne okoliczności Bożych Sakramentów. Chrzci swoich wyznawców i obiecuje odpuszczenie grzechów ze Świętego Źródła i w ten sposób wtajemnicza ich w religię Mitrasa. Tak więc celebruje on oblaty chleba i przywodzi symbol zmartwychwstania. Uznajmy zatem zręczność diabła, który kopiuje pewne rzeczy z tych, co Boskie.”

    Religia Mitrasa była również starsza od chrześcijańskiej, a zatem i tu miałoby chodzić o „mimikrę przez uprzedzenie”…

    13. Gdzie tkwi jakakolwiek prawda tych uproszczeń typu: ortodoksyjny Chrystus jest naturalny, gnostycki nierealny? To zwykła „klisza” propagandowa, pozbawiona jakichkolwiek realnych argumentów. Jeśli już zależy komuś na rozkładaniu mitologii na czynniki pierwsze (nie mam nic przeciwko temu, sam to nieraz robię…), to czemu nie sięgnąć już konsekwentnie do wszystkich mitologii? Niejednokrotnie przeczytać można pogląd (i to autorów jak najbardziej utożsamiających się z „ortodoksją”), że ewangelie kanoniczne to nie historia do dosłownego traktowania, lecz zapis wiary prymitywnego kościoła. To od razu rodzi jak najbardziej uzasadnione pytanie, że jeśli ta wiara prymitywnego kościoła niekoniecznie odzwierciedla fakty, to dlaczego ma ona w ogóle być uważana za jakąkolwiek formę ortodoksji i dlaczego inny jej rodzaj ma uchodzić za jakąkolwiek „herezję”? A już tym bardziej należałoby się bardziej szczegółowe wyjaśnienie, dlaczego ten inny rodzaj wiary miałby być „niebezpieczeństwem” oraz co to w ogóle za „niebezpieczeństwo”, o którym wspomina w swym artykule Pan Roman Zając? (”Chrześcijaństwo gnostyczne?”).

    Czasami odnosi się wrażenie, że argumenty przeciw gnozie i gnostycyzmowi skleca się po prostu „jak popadnie”. A ostateczny wniosek formułuje się zawsze taki właśnie, jaki najwygodniej w danej chwili wyciągnąć: jeśli chodzi gnostykom o duchowego Chrystusa (lub w ogóle jeśli podkreślają oni duchowość), to się nazywa, że to odwracanie się od rzeczywistości ziemskiej przez dualistów (to jak bym Pana słyszał…) i że taki Chrystus to „fantom oderwany od rzeczywistości” (tu się z kolei kłania Wielebny dr Palla…). Gdy znowu gnostycy mówią, że ten Jezus był bardzo ludzki i mógł nie być aseksualny, to znowuż następuje oburzenie na tych, co to „bezczelnie” „pomniejszają” i „ośmieszają” Syna Bożego. W jednym i w drugim wypadku podciąga się to pod „apostazję”, „niechrześcijaństwo”, jakąś tam „postawę antyhistoryczną”, „nieuznawanie rzeczywistości ziemskiej” i podobne „kategorie”, które jeśli już o czymkolwiek w ogóle świadczą, to właśnie o niczym innym jak o ekskluzywizmie, który niejednokrotnie próbuje się nam przypisać, choć nie ma on do nas zastosowania..

    Cytowany przez p. Romana Zająca ks. Szymik też nie „wyłamuje się” z tego schematu. W obu cytowanych fragmentach robi dokładnie to, co opisałem powyżej, przecząc sobie samemu: w pierwszym ma za złe, że ktoś celebruje „boskość samego życia”; w drugim żaś oskarża o chęć zamienienia chrześcijaństwa w „spirytualistyczną sektę” nienawistną wobec… realizmu życia (sic!). Drogi Księże! Albo jedno albo drugie: nie możemy przecież nienawidzić realizmu życia i jednocześnie celebrować jego boskości!!!

    Panie Romanie: Pan sam wie, jakimi to „argumentami” szermują nieraz „ortodoksi”. Jak zauważyła, zresztą słusznie, Zoe Oldenbourg („Massacre at Montségur. A History of the Albigensian Crusade”. Phoenix Press, London 2000) niekiedy wręcz ludzie sami niewiele mający wspólnego z “herezją” dostrzegają ewidentną przesadę w zarzutach kierowanych pod jej adresem. Nie trzeba daleko szukać: Encyklopedia Katolicka nadal szerzy wprost żenujące wymysły na temat choćby właśnie katarów, cytuję:

    “Jednakże najgorszym niebezpieczenżństwem było to, że triumf zasad heretyckich oznaczał wymarcie rodzaju ludzkiego. To wyniszczenie było bezpośrednią konsekwencją doktryny katarskiej, według której każdy stosunek między płciami powinien być unikany oraz że samobójstwo, lub Endura, w niektórych okolicznościach było nie tylko legalne, ale zalecane”.

    I dalej:

    „Gdyby kataryzm stał się dominujący lub pozwolonoby mu tylko na istnienie na równych warunkach, jego wpływ nie mógłby nie okazać się zgubny”.

    „Wymarcie rodzaju ludzkiego…”. Tu już trudno byłoby powiedzieć, że winowajca „nie wie, co mówi i czyni”. Jeden rzut oka na jakikolwiek kraj buddyzmu, opartego na podobnej podstawie, co kataryzm, wystarczyłby, by się przekonać jak tam „ludzkość wymiera” i jak „zgubny wpływ” wywiera na nią buddyzm… Powyższe cytaty naprawdę się znajdują w Encyklopedii Katolickiej. Warte są one istotnie przeczytania i dobrego zapamiętania…

    (patrz: http://www.newadvent.org/cathen/03435a.htm )

    Kto propaguje „obrzydzenie płciowością”, o którym pisze cytowany przez Pana Zająca Ks. Szymik? Zdaje się, że i on pomylił adresy posuwając się do tego zarzutu. Praktyki pokutne? A czyż nie znamy ich z historii katolickich zakonów? Katarscy perfekci mogli żyć w celibacie (jak nasi duchowni i zakonnicy), mogli nosić czarne szaty (jak nasi księża i mnisi), mogli być wegetarianami (jak mnisi buddyjscy), ale nikt nie potrafi wskazać, by praktykowane było przez nich samobatożenie rzemieniami, kijami lub też – jak w wypadku „św” Dominika – żelaznymi łańcuchami… Do niektórych praktyk pokutnych otwarcie zachęcano jeszcze w XX wieku, ale wśród zachęcających do tych praktyk trudno byłoby znaleźć gnostyka nie tylko już „ze świecą”, ale nawet z całym kandelabrem pełnym takich „świec”… Czytając nieraz nawet współczesne diatryby przeciw wszelkim heretykom, odnosi się wręcz wrażenie, że błędy i pomyłki „ortodoksji” również próbuje się „przy okazji” zrzucić na barki heretyckie…

    Niczym australijski bumerang powraca zatem stale jedno i to samo pytanie: to kto właściwie odrzucał rzeczywistość ziemską?

    Oczywiście, że najrozsądniejszą odpowiedzią na nie byłoby: niektórzy spośród „heretyków” i niektórzy spośród „ortodoksów”. Nie ma żadnej „żelaznej” reguły będącej „programowo” związaną z którąkolwiek ze stron debaty.

    Ksiądz Szymik twierdzi dalej, że gnoza „chce uczynić z chrześcijaństwa spirytualistyczną sektę”. Przede wszystkim nie „sektę”, skoro gnostycy na ogół nie nawołują do poszatkowania kościołów na mniejsze wspólnoty i na ogół – jeszcze raz to podkreślmy – pozostają w swoich macierzystych kościołach, nie zmieniając denominacyjnej przynależności niczym „rękawiczek”. No, ale jeśli już, to już: odpowiedzmy tu na moment podobną „monetą”: w jaką zatem „sektę” pragną przemienić je niektórzy „ortodoksi” (bo uznajmy tu bezstronnie i optymistycznie, że nie wszyscy), zwłaszcza ci, którzy chcieliby zbudować jedną instytucję, jedną dogmatykę, jedną hierarchię, jeden zbiór regulacji i to wszystko razem oddać pod jedno przywództwo jednego (nieomylnego…) duchownego?

    W pewnej mierze na to pytanie zdaje się odpowiadać, również cytowany przez Pana Zająca, o. Jacek Salij. Pisząc o rodzącej się „ortodoksji” wczesnego chrześcijaństwa, zauważa on:

    „ta nowa regulacja życia wiary nie obyła się bez utraty pewnej „wolności twórczej” na rzecz Instytucji zatroskanej o swą samoobronę”.

    Idąc dalej tym samym torem dochodzimy do wniosku, że takie zjednoczenie „nie obyłoby się” bez… dalszej utraty owej wolności. Możnaby pójść jeszcze dalej, pytając jaki zatem „produkt finalny” uzyskalibyśmy u kresu tego procesu „utraty na rzecz Instytucji”?

    14. Oczywiście, że tego faktu nie odkryto niedawno. Był znany i wtedy zarówno „heretykom” jak i „ortodoksom”. Ireneusz zdawał się być sfrustrowany tym, że werset ten jest ciągle przywoływany: „wszyscy heretycy zawsze przywołują ten werset” narzekał w księdze V, rozdz. IX swego dzieła „Przeciw herezjom”.

    Ale też zwraca uwagę jego bardzo długa odpowiedź. Praktycznie rzecz biorąc nie odparł on twierdzeń heretyków, lecz wdał się w długą dywagację, w której jedynymi konkretami były następujące stwierdzenia:

    „ci zatem, ilu by ich nie było, co nie mają tego, co zachowuje nas i formuje do życia wiecznego

    (chodzi o Ducha przyp. MM) pozostaną i będą zwani jedynie ciałem i krwią”. Czyli innymi słowy, jeśli nie mają w sobie Ducha Bożego, to nie odziedziczą Królestwa Niebieskiego. I dalej:

    „Ciało zatem opuszczone przez Ducha Bożego jest martwe, nie mające życia i nie może posiąść Królestwa Bożego: jest jak irracjonalna krew, jak woda wylana na ziemię. I dlatego mówi on (t.j. Paweł w 1Kor 15; 48 przyp. MM) „jak jest ziemski, tak i oni są ziemscy”. Lecz gdzie jest Duch Ojca, tam jest żywy człowiek; tak jest racjonalna krew zachowana przez Boga na pomszczenie tych, co ją przelali; tak jest ciało posiadane przez Ducha, zapominające istotnie co doń należy i adoptujące cechy Ducha, stające się dostosowanym do Słowa Bożego.”

    Przez bite cztery akapity (czyli przez cały rozdział) „wałkował” ten temat w sposób istotnie ocierający się o mistycyzm i gnostyczny ezoteryzm i trudno byłoby wyobrazić sobie gnostyka, który nie byłby kontent z takiej polemiki…

    Zamiarem Ireneusza było oczywiście „zbicie herezji”, tymczasem jednak to, co osiągnął (wyjąwszy niepotrzebne dłużyzny) to coś podobnego do tego, co kilkanaście wieków poźniej Swedenborg zrobił w odniesieniu do transmigracji dusz: znalazł mianowicie wykładnię mogącą zadowolić obie strony debaty, dowodząc (rozumiem, że wbrew intencjom), że oba stanowiska, choć różne, niekoniecznie są aż tak sprzeczne, jak na to wyglądają. Pod tym względem wywód Ireneusza możnaby nawet uznać za genialny…

    15. Alfred Palla w artykule „Jezus: człowiek czy Bóg?” próbował wykazać boskość osoby Jozuego z Nazaretu m.in. cytując Pawła z jego listów do Kolosan i Filipian (Kol 2;9 i Flp 2;6), gdzie użyto słów „theotes” (lub „theotetos”) i „morphe” odnoszących się do „natury boskiej”, „boskości” czy „bóstwa” oraz do „postaci” (boskiej).

    Gdyby istotnie Paweł uważał Pomazańca za Boga, to czy nie wyraziłby tego po swojemu czyli wprost, bez „owijania w bawełnę”, używając w tym celu po prostu słowa „theos” (czyli dosłownie „bóg”), żeby już nie było żadnej wątpliwości, zamiast kluczyć gdzieś po meandrach niejasnej „natury boskiej” w rodzaju „theotes”, „theotetos” czy „theiotes”, które to pojęcia różnie w związku z tym mogą być interpretowane? Cytowany przez nas Rz 1;4 wyjaśnia dokładnie, bez zbędnych niuansów i wieloznacznych słów, w prostym języku, za kogo Paweł uważał Jezusa.

    Powoływanie się na t.zw. „List do Tytusa” (Tyt 2;11 14) oraz na t.zw. „Drugi List Piotra” (2P 1;1) jest o tyle wątpliwe, jeśli się istotnie przypisuje ich autorstwo apostołom. Obydwa one należą do tak zwanej „pseudoepigrafii” i datowane są na II wiek n.e., więc oczywiście żaden z apostołów nie miał szansy nawet tych listów przed śmiercią ujrzeć, a co dopiero ich napisać.

    Przypatrzmy się sprawie na chłodno, z „olimpijskim spokojem”. Dzisiejszy podział na wierzących w boskość osoby Pomazańca, przebiegający mniej więcej wzdłuż linii „ortodoksi” – „gnostycy” nie powinien nas mylić, jeśli chodzi nam o czasy wczesnego chrześcijaństwa. Mentalność ówczesnych ludzi była istotnie taka, że jak najbardziej dopuszczała wiarą w boski charakter takiej czy innej wybitnej postaci. Pod tym względem podział na „ortodoksów” i gnostyków niewiele nam powie.

    Czy nie uważano władców Rzymu za „Boskich Cezarów”? Czy faraonowie egipscy nie byli „Synami Ozyrysa”? Czy nie istniały religie, bardzo zbliżone charakterem i wierzeniami do chrześcijaństwa? Czy nie wielbiono w nich rozmaitych bogów – ludzi? Właśnie bliskie pokrewieństwo chrześcijaństwa i „pogańskich” religii misteryjnych typu dionizyjskiego wręcz nakazuje poważne potraktowanie odniesień naszych „ortodoksów” do historyczności ich wiary w boskość Jezusa. Spoglądając na historię bez niepotrzebnego zacietrzewienia (z którejkolwiek strony!) uznać wypada, że wiara w boskość Jozuego z Nazaretu ma zatem swoje głębokie historyczne (bo nie twierdzę, że akurat logiczne…) uzasadnienie. O Jezusie jako bogu mówią również gnostyczne pisma z Nag Hammadi, na przykład w jednym z nich, znanym jako „List Piotra do Filipa”, czytamy m.in. pytanie: “Czy zatem zgodziłbyś się przybyć zgodnie z nakazem naszego Boga, Jezusa?” Z kolei inne pismo („Nauki Sylwanusa”) nakazuje: „Wiedz kim jest Chrystus i pozyskaj go jako przyjaciela, gdyż jest to wierny przyjaciel. Jest on również Bogiem i Nauczycielem”.

    Nie zapominajmy też o jeszcze jednym aspekcie, który najczęściej umyka naszej uwadze, gdy ten temat jest poruszany. Gdy dziś mowa o tym, że „Jezus to Bóg”, to wydźwięk tego stwierdzenia jest dziś dość jednoznaczny. W uszach ludzi antyku takie stwierdzenie mogło jednak brzmieć niejednoznacznie. Pamiętajmy, że były to czasy, gdy wierzono w rozmaitych bogów i że stopień „boskości” tychże też bywał różny. „Boscy Cezarowie” byli na ogół włączani „w poczet bogów” dopiero po swojej śmierci (byli co prawda tacy wśród nich, co za życia już uważali się za bogów – jak Kaligula, który jednak już wówczas uważany był za szaleńca). Poszczególni bogowie bywali głównie synami/córkami innych bogów. I do wszystkich nich odnosił się ten sam termin „theos”.

    Nie brakowało w mitologiach również półbogów, będących dziećmi bogów i ludzi.

    Dostrzegano jednocześnie czynnik boski także w samych ludziach: człowiek miał więc dwie natury: boską, zwaną z grecka „daimon” (które to pojęcie potem „opluskwiono” i dziś jest synonimem „demona”, „złego ducha” itd) oraz cielesny „wizerunek” („eidolon”, z którego znów wywodzi się „idol”, czyli po polsku „bałwan”; „eidololatreia” to zatem „bałwochwalstwo”). „Daimon” to nie dokładnie to samo słowo co „theos” (choć używano terminu „daimon” także w znaczeniu „boga” lub „bóstwa”), ale dziwne, jak sie to może wydawać dzisiaj, wówczas i „theos” mógł, rzadko co prawda, znaleźć odniesienie i do ludzi. Ślad tego odnajdujemy również w Nowym Testamencie. W „Ewangelii Jana” (10;34-36) Jezus, odpowiadając na gniewne oskarżenia „uczonych w piśmie” o czynienie z siebie boga, gdy jest jedynie człowiekiem, tłumaczy, biorąc za podstawę Psalm 82 (werset 6), że Jahwe nazwał bogami również ludzi („Ego eipa, theoi este”):

    „Skoro ono (t.j. Prawo) nazywa bogami (theous) tych, do których przyszło słowo boże, a nie można odrzucić Pisma, to jakże o tym, którego ojciec konsekrował („‘egiasen”) i posłał na świat, mówicie „bluźnisz”, bo powiedziałem ‘jestem synem boga’ („uios tou theou”)?”

    Zapytawszy ich w ten sposób, musiał jednak, jak podaje dalej „Ewangelia Jana”, salwować się ucieczką, gdyż i takie postawienie sprawy rozwścieczyło jego oponentów.

    Widać zatem, że w Jn 10; 34-36 w stosunku do śmiertelników użyto słowa mocniejszego i bardziej jednoznacznego niż to, co pisał u siebie o Jezusie Paweł. Jeśli zaś relacja z Jn 10 odpowiada prawdzie, to oznacza to, że Pomazaniec, który niejednokrotnie w tej gnostycyzującej ewangelii czyni aluzje do swych własnych związków z boskością, miał najwyraźniej takie usposobienie, że wybitne jednostki ludzkie (a do takowych zaliczał również siebie) potrafił on tytułować w niecodzienny sposób i to do takiego stopnia, że wobec nich gotów był użyć jednożnacznego sformułowania, którego nigdy jednak nie ważył się odnieść do samego siebie.

    Pisma Nowego Testamentu oraz inne dzieła wczesnego chrześcijaństwa potwierdzają tezę, że pierwsi chrześcijanie byli dość „mieszanym towarzystwem” o rozmaitych poglądach, często toczącym wewnętrzne polemiki. W boskość Jozuego mogło zatem wierzyć wielu spośród nich, zapewne bardziej nawet spośród tych, którzy uformowani byli klimatem religii „pogańskich” niż żydowskiej. Bo choć nie brakowało wśród „pogan” monoteistów, to jednak było wśród nich także wielu politeistów uważających za rzecz całkiem naturalną, że poszczególni ludzie mogli okazać się bogami. Jest mało prawdopodobne, że akurat Paweł przejął taki pogląd. W żadnym ze swoich listów niczego podobnego nie napisał. Podobnie żydowscy ebionici już w I wieku n.e. nie uważali Jozuego za Boga i również później nie zmienili zdania.

    W księdze „Dziejów”, której powstanie datuje się różnie, od końca I w.n.e. do II w.n.e., opisana jest historia proto-męczennika Szczepana (Dz 6;5 – 7;60). Nawet jednak po tylu latach, jakie upłynęły od jego śmierci (pod „auspicjami”… Pawła właśnie), tekst przypisanej Szczepanowi mowy (Dz 7;2 – 7;53) nie nazywa Jozuego „Bogiem”, a jedynie określa go mianem „Sprawiedliwego” („dikaios”, Dz 7;52). Ba, w greckim tekście nie pojawia się tam nawet owo niejasne „theotes”…

    Św. Polikarp ze Smyrny (dzisiejszy Izmir w Turcji) w napisanym przez siebie liście do Filipian też nie nazywa Jezusa Bogiem choć list ten datowany jest na ok. 135 r.n.e., czyli na II wiek. Polikarp miał też, według tradycji kościoła, być uczniem apostoła Jana (a także innego jeszcze – również według tradycji – ucznia Jana, biskupa Ignacego z Antiochii).

    Oczywiście, że jeśli z drugiej strony w rozmaitych, „ortodoksyjnych” i „heretyckich” dziełach w pierwszych wiekach n.e. jacyś chrześcijanie nazywali Jozuego „Bogiem” lub pisali „pseudoepigrafię” z podobnymi sformułowaniami (przypisując autorstwo apostołom dla nadania wagi swoim tekstom), to oznacza to, że najpóźniej w II wieku n.e. byli już tacy, którzy w boskość Jezusa istotnie wierzyli (piszę „najpóźniej”, bo jedynymi pismami w NT, co do których nie ma żadnych wątpliwości, że powstały istotnie w I w.n.e., są autentyczne listy św. Pawła). A jeśli pisali o tym najpóźniej w II wieku, to jest całkiem prawdopodobne, że wierzyli już nawet w I wieku. W końcu najpierw się w coś wierzy, a dopiero potem można o tym pisać.

    I wystarczyłoby, gdyby „ortodoksi” powołali się właśnie na takie, bezsporne fakty i tło historyczne, by wykazać innym swoje „historyczne racje” swej własnej wiary w boskość Jezusa z Nazaretu. Byłoby to o wiele bardziej dla nas wiarygodne niż próba (jak ta podjęta przez A. Pallę) jednoznacznego przypisywania apostołowi Pawłowi jednoznacznych poglądów w tej mierze, których sam apostoł nigdy i nigdzie nie sformułował.

    Na marginesie warto dodać, że zgadzamy się w pełni ze stwierdzeniem dra Palli („Jezus: człowiek czy Bóg?”), że „każdy, kto przeczyta Nowy Testament, przekona się, że chrześcijaństwo nie było ruchem żałożonym przez kogoś uważanego za zwykłego śmiertelnika…”. Za zwykłego śmiertelnika z całą pewnością nie. Za niezwykłego śmiertelnika. Żadna wielka religia nie została nigdy założona przez zwykłego śmiertelnika, lecz przez niezwykłego, czyli wybijającego się ponad przeciętność i ponad sobie współczesnych.

    16. Elaine Pagels podaje ciekawą rekonstrukcję walentyniańskiej egzegezy całego fragmentu 1Kor 15; 13 19:

    „Gdyż „jeśli nie ma zmartwychwstania”, czyli jeśli psychicy nigdy nie mogą osiągnąć „poznania prawdy”, to Paweł uważa, że cała jego działalność nauczania psychików tej kerygmy oraz ich wiara w nią pozostaną próżne. W takim wypadku, jeśli psychicy, którzy są „martwi”, nie mogą zostać „podniesieni”, to ci co „zasnęli” (15;18) poszli na zatracenie.”
    („The Gnostic Paul”, s. 82).

    Dziś zamiast „poszedł na zatracenie” powiedzielibyśmy: zmarnował swe zycie ten, co się w porę nie „przebudził”…

    17. W Liście do Rzymian czytamy:

    „Dlatego to wydał ich Bóg na pastwę bezecnych namiętności: mianowicie kobiety ich przemieniły pożycie zgodne z naturą na przeciwne naturze. Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi.” (Rz 1; 26-28)

    Elaine Pagels prezentuje rekonstrukcję podwójnego znaczenia powyższych wersetów w ujęciu wczesnych gnostyków, m.in. Teodota i Herakleona:

    „Co ten fragment może oznaczać? Odczytywane literalnie, znaczenie jest całkiem proste: wypaczony przez człowieka stosunek do Boga przyniósł „przeciwne naturze” stosunki międzyludzkie, przede wszystkim homoseksualizm. Psychiczny czytelnik zatem, widząc jedynie ten aspekt, może odczytać stąd użyteczne ostrzeżenie moralne (…)”

    Znaczenie pneumatyczne (t.j. duchowe) jest natomiast bardzo ciekawą alegorią, pasującą jak ulał do tematu dyskutowanego w tych artykułach: „kobiety” i „mężczyźni” to alegoria owych „psychikoi” i „pneumatikoi” w kościele chrześcijańskim. Porzuciwszy naturalne stosunki, „psychikoi” grupują się jedynie w swoim własnym gronie, „pneumatikoi” również.

    Według egzegezy walentynian, pisze E. Pagels, Paweł „dostosowując się do różnych charakterów obu tych grup, głosi ewangelię „na każdy z tych dwóch sposobów” (…) Kieruje on literalne znaczenie do psychików (…) lecz adresuje on znaczenie symboliczne do tych, co jak on sam, są pneumatyczni.” („The Gnostic Paul. Gnostic Exegesis of the Pauline Letters”. Fortress Press, Philadelphia, USA 1975, s. 17-19).

    Na uwagę zasługuje tu teza o Pawle umiejącym zwracać się do obu stron jednocześnie. Jeśli zważyć, że obie te grupy z jednakową mocą odwołują się do listów Pawła, to ponad już osiemnaście wieków historii nie przestaje przyznawać wciąż na nowo racji naszym wczesnym gnostycznym egzegetom.

    18. Istnieje powtarzana niejednokrotnie anegdota o tych dwóch rabinach: Shammai był bardzo sztywny i był tym, co moznaby dziś uznać za stojącego na straży „litery prawa”. Legendarny Hillel natomiast zainteresowany był raczej „duchem prawa” niż jego „literą”. Ci dwaj otrzymali kiedyś propozycję od pewnego wesołka (zapewne Greka), by wytłumaczyli mu całą Torę w tak bardzo krótkim czasie, że zdoła on ustać na jednej nodze, a jeśli tak się stanie, to on się nawróci na religię Żydów. Shammai się skrzywił i propozycję zdecydowanie odrzucił. Hillel natomiast był mądrzejszy i wyzwanie przyjął, wyjaśniając Grekowi jak następuje:

    „Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe – oto najważniejsza treść Tory. Reszta to jedynie komentarze do niej. Idź i naucz się ich”.

    19. Możnaby zapytać po co właściwie recytować „Credo”, jeśli się nie wierzy bodaj w jego część? Jest parę przyczyn:

    Każdy z takich „heretyków” wyrósł jednak w tradycji kościoła oficjalnie wyznającego je. Innej przecież tradycji na ogół nie miał sobie dostępnej. Ludzie niczym przysłowiowe „skorupki” nasiąkają za młodu tradycją i później, jeśli nawet nie do końca ją akceptują, nie wyrażają też jednak na ogół wobec niej otwartego sprzeciwu. Albo obojętnieją, albo uczą się „godzić się” nawet z tymi elementami, które już dłużej nie są dla nich przekonujące. Recytują więc „Credo”, bo „wszyscy to robią”. Poza tym innego „Credo” nie znają…

    Ci zaś, którzy nie obojętnieją, ale stają się „heretykami” i są w pełni tego świadomi, nie będą przecież podczas mszy protestować, ani domagać się zmiany tekstu z 381 roku. Msza nie temu przecież służy…

    Osobiście nie jestem zwolennikiem zmian w tekście. Takie zmiany mogłyby mnie może nawet usatysfakcjonować, ale dla dobra kościoła nie należy tego robić. Gnostycy by się nie obrazili, ale co z pozostałymi? Wielu oburza się z mniej ważnych powodów (jak choćby język mszy…). Tymczasem nawet najbardziej zróżnicowane wewnętrznie wspólnoty religijne potrzebują, bodaj od czasu do czasu, wyznawania razem pewnych podstawowych w ich rozumieniu prawd stanowiących o tym, że są one istotnie wspólnotami.

    Poza tym nawet, jeśli jakieś fragmenty są nieprzekonujące, nie oznacza to jeszcze, że są złe. A pierwszą powinnością jest – w religii tak jak w medycynie – nie szkodzić.

    A zatem:

    - „Wierzę w jednego Boga, stworzyciela…”. Jak najbardziej.

    - Każdy jest w jakimś sensie „jednorodzonym” synem/córką Boga, po cóż zatem sprzeciwiać się, gdy publicznie mówi się to o Jezusie z Nazaretu?

    - Niektórzy „heretycy” kwestionują słynne „filioque” w tym „Credo”. Osobiście nie kwestionuję. Skoro i tak chodzi dla mnie o rodzaj alegorii, to czy ten Duch pochodzi jedynie od Ojca, albo czy Syn też ma w tym swój udział, to doprawdy nie stanowi dla mnie „sprawy życia i śmierci”.

    - „W jeden święty powszechny i apostolski kościół” („unam sanctam, catholicam et apostolicam ecclesiam”) osobiście wierzę, więc do tego fragmentu też nie mogę zgłaszać „sprzeciwu”.

    - Że „Credo” mówi, że Jezus narodził się z dziewicy? Cóż, każda kobieta jest dziewicą do pewnego momentu swego życia… Każdy też wewnętrzny Christos „rodzi się” w dziewiczości (niewinności) nowo narodzonego istnienia ludzkiego. Więc całkowicie zgadzam się z tym cytatem.

    - Że „zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia Pismo”? Nie on pierwszy w historii alegorii religijnych. I nie według jednego Pisma, lecz rozmaitych pism. Od czasów co najmniej egipskiego Ozyrysa świat ma jakiegoś ponadhistorycznego zmartwychwstającego Christosa (w egipskim KRST czytanego jako „Karast” lub „Krist”). Ta tradycja ma wiele tysięcy lat i nie widać, by cokolwiek złego światu uczyniła. Jestem „za”!

    - Warto przy okazji zwrócić uwagę, że Credo nicejsko-konstantynopolitańskie nie mówi, że Jezus zbawia przez swoją śmierć. Mówi jedynie, że umarł „również za nas”, a to niekoniecznie to samo i otwarte jest dla wielu interpretacji, które tu w Credo również wyrażane mogą być równocześnie, razem i bez obrazy. Dla naszego zbawienia natomiast „zstąpił z nieba”, z czym jest pełna zgoda. Ten fragment mógłby równie dobrze napisać Walentyn, Bazylides czy Marcjon…

    - Że „przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych”? Ależ jak najbardziej! Nasz pogląd w tej sprawie mógłby wręcz uchodzić za bardziej jeszcze radykalny: nie tylko przyjdzie sądzić, ale praktycznie nigdy ludzkości nie opuszczał i sąd dokonuje się bez przerwy, niemal na naszych oczach („kto ma oczy, niechaj widzi…”).

    - Trudno byłoby znaleźć jakiegokolwiek chrześcijanina, który nie wierzyłby przynajmniej w część treści „Credo”.

    - A we „wskrzeszenie umarłych i życie wieczne w przyszłym świecie” wierzy nie tylko każdy chrześcijanin, ale i każdy wierzący człowiek, obojętnie do jakiej religii się przyznaje. Zatem tu tym bardziej nie ma problemu…
    Amen

    Continue Reading »
    0 Comments

    Gnostyk i chrześcijanin – część 1

    Jul 13th, 2009 by monio
    Gnostyk i chrześcijanin – część 1

    Poniższy tekst nie stawia sobie za cel usystematyzowania wiedzy o chronologii historycznego gnostycyzmu ani też sklasyfikowania współczesnych trendów gnostycznych. Jego jedynym celem jest przybliżenie, w prostych słowach, tego czym jest chrześcijański gnostycyzm dzisiaj i skąd się on wziął. Nie brak tu również motywów osobistych, jako że poniższy tekst został zainspirowany prostym pytaniem, zadanym kiedyś autorowi przez sympatyczną Użytkowniczkę serwisu kosciol.pl : „na jakiej podstawie uważasz, że jesteś chrześcijaninem?”  Żywię nadzieję, że poniższe słowa również i tę kwestię wyjaśniają.Dedykuję ten tekst wszystkim będącym “na bakier” ze swymi denominacjami

     

     
     “Kto posiada wiedzę o prawdzie, jest wolny, lecz człowiek wolny nie grzeszy, gdyż ‘kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu’” (Jn 8;34) („Ewangelia Filipa”)
    Historycznie rzecz biorąc, gnostycy chrześcijańscy działali zarówno w kościele „ortodoksyjnym”, czyli katolickim jak i poza nim. Gnostykami „heretyckimi” byli m.in. Bazylides, Kerinthos, Karpokrates, Justyn Gnostyk, Ptolemeusz czy Herakleon. Do gnostyków zaś katolickich zaliczali się m.in. Walentyn, Klemens z Aleksandrii (1) , Orygenes czy Evagrius z Pontu. Istniał cały szereg różnic między nimi, których wyliczenie i opisanie mogłoby stanowić materiał na osobny artykuł. Jednak wszyscy oni mieli ze sobą wspólny pogląd, że Boga można poznać poprzez osiągnięcie swego rodzaju „wiedzy”, „znajomości” lub „wglądu”, które to pojęcia zawarte są w greckim słowie gnosis. Ażeby starać się zrozumieć o co w gnostycyzmie chodzi, bez wchodzenia przy tym w długie i zawiłe definicje, spójrzmy na słynne zdanie z Mickiewicza:

     

    Czucie i wiara silniej mówią do mnie niźli mędrca szkiełko i oko

    Z owych wybitych tłustym drukiem elementów, gnostycyzm kładzie nacisk na czucie, nie na wiarę czy szkiełko i oko. Przy czym chodzi tu o czucie w sensie wyczuwania, pojmowania i rozumienia. Każdy gnostyk mógłby się zatem oburącz podpisać pod słowami znanej pieśni kościelnej “Kto Ciebie, Boże, raz pojąć może, ten nic nie pragnie ni szuka…”.

    Gnostycyzm zawsze zdawał się znajdować pomiędzy religijnymi ortodoksjami a tym, co dzisiaj stanowiłoby przedmiot zainteresowania psychologii. Wkraczał on też zawsze w domeny obu tych swoich “sąsiadów”.

    Gnostycy zarówno chrześcijańscy jak i pozachrześcijańscy mieli już od czasów antyku tendencję do klasyfikowania ludzi na cztery kategorie w zależności od ich świadomości duchowej. Najniższym stopniem świadomości był hylikos (od hyle = materia) oznaczający osobę o zupełnie nierozbudzonym życiu duchowym (tożsamość fizyczna)  dalej następował psychikos (psyche = dusza) identyfikujący się z własną osobowością, własną duszą (tożsamość psychologiczna). Pneumatikos (pneuma = tchnienie, duch) to osoba identyfikująca się z wyższą osobowością duchową (tożsamość duchowa). Gnostikos natomiast znamionować miał osobę porzucającą dotychczas wymienione rodzaje osobowości, a za to identyfikującą się mistycznie z Chrystusem (tożsamość mistyczna). Ślad takiego podziału widzimy na przykład w 1Kor 2;14-16, gdzie Paweł porównuje podejście psychikosa i pneumatikosa do spraw duchowych, podkreślając, że wyższe sprawy duchowe są zupełnie niezrozumiałe dla psychikosa (“psychikos de anthropos”), który nie jest w stanie ich pojąć. Natomiast pneumatikos nie tylko potrafi wszystko poznać i rozsądzić, ale sam pozostaje nie do osądzenia przez innych. Kończy zaś Paweł mocnym stwierdzeniem, że “posiadamy umysł Chrystusa” (2) , a trudno byłoby znaleźć gnostyka, któryby się z takim postawieniem sprawy nie zgodził.

    Częstokroć owe cztery stany świadomości symbolizowane były przez poszczególne żywioły, odpowiednio:  ziemię, wodę, powietrze i ogień. Odnajdujemy ślady tego również w Nowym Testamencie, gdzie przy omawianiu chrztu wymienia się wodę, powietrze (ducha, tchnienie) i ogień:

    „Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Tchnieniem (pneuma) Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.”

    (Mt. 3;11-12).

    Jezus zarzuca nauczycielom prawa, że zabrali klucz do wiedzy („kleida des gnoseos), do której w związku z tym nie weszli, a jedynie przeszkodzili tym, co chcieli wejść (Lk 11;52). Naucza przy pomocy przypowieści, czyli krótkich alegoryzujących opowiadań, których treść nie ma być brana dosłownie, gdyż słowa w nich zawarte mają inne w istocie znaczenie niż zazwyczaj. Sens owych przypowieści miał zostać odczytany przez samych słuchaczy. I nie zawsze bywał rozumiany, jak o tym świadczą stwierdzenia w ewangeliach. Nawet apostołowie nie rozumieli wszystkich przypowieści, gdyż Pomazaniec musiał im je później specjalnie objaśniać (jak np. w LK 8;11-15). Mówił on też swym uczniom, że “Wam dano poznać tajemnice królestwa Bożego (gnosai ta mysteria tes basileias tou Theou”), innym zaś w przypowieściach, aby patrząc nie widzieli i słuchając nie rozumieli” (Lk 8;10 i Mt 13;11).

    Oczywiście, w Nowym Testamencie mamy też rzadkie co prawda krytyczne głosy na temat wiedzy, jak na przykład w 1Kor 8; 1-13, ale tam chodzi akurat o wiedzę o pokarmach składanych w ofierze bożkom(3) . Innym przykładem jest 1Tym 6 20, czyli końcowy fragment listu, którego pawłowe autorstwo jest już dzisiaj bardziej niż podawane w wątpliwość. Jego autor z II wieku n.e., ktokolwiek nim był, pisze o „argumentach rzekomej wiedzy” (“antitheseis tes pseudonomou gnoseos”), co od razu może sugerować, że autorowi temu znana jest również wiedza nierzekoma

    Istotnie, bowiem termin “gnosis” w odniesieniu do wiedzy o Bogu i jego Królestwie pojawia się, i to w pozytywnym sensie, bardzo często w Nowym Testamencie. Wystarczy przejrzeć jego tekst (zwłaszcza ten grecki), by się o tym dowodnie przekonać. (4)

    Jeśli powiedzieć, że gnostyk jest jako człowiek wolny chrześcijaninem z wyboru, to oczywiście mało takie ujęcie wyjaśnia. Każdy bowiem chrześcijanin (dorosły na tyle, by podejmować decyzje za siebie) jest chrześcijaninem z wyboru. Ale podczas gdy dla ortodoksa obok sumienia liczą się jeszcze dogmaty oraz to, co nazywają oni “prawdami wiary”, dla gnostyka dogmaty nie istnieją, a prawdy wolą poszukiwać niż przyjmować jako objawione. Są oni zatem chrześcijanami tylko z wyboru sumienia.

    „Jedna jest rzeka Prawdy mająca dopływy z każdej strony”
    (Klemens z Aleksandrii)

    Ponieważ gnostycyzm występować może w rozmaitych religiach (są gnostycy żydowscy czy islamscy, cały buddyzm opiera się na zasadach analogicznych do gnostycyzmu, istnieją też inne wyznania, które wręcz nazywają siebie gnostykami, jak mandajczycy, od aramejskiego słowa „manda”, które ma znaczenie identyczne z greckim „gnosis”; praktycznie nie ma religii bez gnozy), a gnostycyzm może także występować, ze względu na swój charakter, poza istniejącymi zinstytucjonalizowanymi systemami religijnymi, wobec tego określenie ‘gnostyk’ samo w sobie nie wyjaśnia religijnej przynależności danej osoby. Jeśli już, to raczej sposób rozumienia religii. Stąd też zarówno osoby indywidualne, jak i całe gnostyckie wspólnoty religijne muszą definiować swoją przynależność religijną, nawet jeśli to prawda, że nazwa “kościół gnostyczny” kojarzy się obecnie głównie z tradycja chrześcijańską. Spróbujmy pokazać to tutaj na przykładzie kościoła znanego pod nazwą Ecclesia Gnostica, a działającego na terytorium USA i Norwegii. Oto cytat z jego katechizmu w postaci pytań i odpowiedzi:

    „130. Jaką religię reprezentuje Kościół Gnostyczny?

    Kościół Gnostyczny reprezentuje religię chrześcijańską (choć prawdą również jest, że reprezentuje on także wieczną religię gnostyczną, która zawsze istniała na ziemi).

    131. Czy nie jest to oznaką limitacji lub sekciarskiego ekskluzywizmu?

    Nie. Można respektować i studiować wiele religii, lecz efektywnie praktykować tylko jedną.

    132. Czy Kościół Gnostyczny jest chrześcijańskim w tym samym sensie, w jakim inne kościoły nazywają siebie chrześcijańskimi?

    Nie. Kościół Gnostyczny jest chrześcijańskim z własnej definicji, bazowanej na gnozie.

    133. Czy pozostawia to Kościół Gnostyczny poza wspólnotą (ekumene) Powszechnego Chrześcijaństwa?

    Nie, ponieważ kryteria chrześcijaństwa uznawane przez chrześcijan różnią się poważnie między sobą. Odmiany wprowadzone przez gnostyków są jednymi wśród wielu.”

    Jeśli kościół gnostyczny jako wspólnota jest chrześcijański “z własnej definicji bazowanej na gnozie”, to w jaki sposób definiuje siebie jako chrześcijanina indywidualny gnostyk?  Widząc w rozmaitych religiach jedynie różne tradycje usiłujące wyrazić się w rozmaitych językach symboli i podań, wybiera on tę, z którą potrafi się najlepiej identyfikować. Jego samodefinicja mogłaby brzmieć na przykład tak, że  jest przekonany, że chrześcijaństwo w sposób najwierniejszy i najbardziej (dla niego) przejrzysty głosi gnostyczne przesłanie Boga, który tkwi w każdym człowieku i którego można stopniowo poznawać poprzez poznawanie samego siebie.

    Bądźmy jednak realistyczni: większość gnostyków stała się gnostykami wiele lat po tym, gdy byli już chrześcijanami. W takim wypadku definicja mogłaby przypominać wyjaśnienie dlaczego ktoś uważa się np. za luteranina, a nie po prostu za chrześcijanina. Nie chcę wymyślać odpowiedzi za luteranów, dlatego zacytuję tu autentyczną wypowiedź luterańską:

    “Jestem luteraninem, ponieważ jestem przekonany, że kościół luterański, kościół historycznych wyznań wiary  (Apostołów, Nicejskiego i Atanazjańskiego) oraz Konfesji Augsburskiej i innych wyznań tworzących Księgę Konkordii, w sposób najwierniejszy i najbardziej przejrzysty głosi Ewangelię Chrystusa zgodnie z jej objawieniem w Piśmie Swiętym.”  (Dr Edward Kettner, wykładowca teologii systematycznej w Concordia Lutheran Seminary w Edmonton, Kanada)

    W przypadku gnostyka definicja zatem wyglądałaby – jeśli użyć słów dra Kettnera –  mniej więcej tak: jestem gnostykiem, bo jestem przekonany, że gnostycyzm w sposób najwierniejszy i najbardziej przejrzysty głosi historyczne przesłanie Chrystusa z Ewangelii.

    Krótko mówiąc: czym dla chrześcijanina-luteranina jest luteranizm, tym dla chrześcijanina-gnostyka jest gnostycyzm. Dla luteranina owymi elementami odzwierciedlającymi Chrystusa są wyznania wiary (jak znane z tradycji), Księga Konkordii itd, dla gnostyka tym elementem jest gnoza.

    Jeżeli jednak mowa o wyborze religii, to nie sposób pominąć jeszcze innego czynnika o ogromnym znaczeniu, z którego wagi każdy zdaje sobie w gruncie rzeczy doskonale sprawę, ale którego istnienie jest niejednokrotnie celowo (jakby wstydliwie) pomijane przez definiujących siebie religionistów. Tym czynnikiem jest oczywiście to, co możnaby nazwać kwestią dziedzictwa i chrześcijanin stający się gnostykiem też nie stanowi tu żadnego wyjątku. Obojętnie bowiem co by kto powiedział na temat tego, jakiego dokonał wyboru, faktem pozostaje, że religię na ogół przyjmuje się taką, jaka jest obecna w regionie, w którym się żyje (stąd też chrześcijanin jeśli dokonuje konwersji, to najczęściej jest to konwersja do innego wyznania chrześcijańskiego lub też stopniowo zmienia swoje poglądy nawet bez zmiany denominacji). Wystarczyłoby jednak, aby znane nam osoby pochodziły z innych stron, by teraz, zgodnie ze swym znanym nam temperamentem, głosiły one poglądy zgoła odmienne od reprezentowanych tutaj (5).

    Jak psy z kotami…

    W kościele chrześcijańskim ortodoksi pełnią rolę psów, gnostycy  kotówPsy charaktaryzują się wiernością postanowieniom swych przełożonych w kościele, dogmatom i tradycji. Uważają one, że wiara ustanowiona przez wczesny kościół ortodoksyjny jest prawdziwą wiarą apostolską i że to ta wiara w ostateczności przynosi zbawienie. Koty natomiast same decydują czemu i komu pozostać wiernymi i same definiują kim są w sensie religijnym. Nie cofają się przed wycieczkami na obszary innych religii i niejednokrotnie korzystaja również z ich tradycji. Na tym tle między grupami obu tych „gatunków zwierząt” dochodzi do częstych kontrowersji i wzajemnych oskarżeń. Psy zarzucaja kotom, że traktują one kościół i religię niczym kawiarnię, do której wchodzi się i z której się wychodzi wedle własnego uznania, że w wybiórczy sposób traktują tradycję i nauczanie kościoła, z których wybierają to, co im wygodne oraz że w ogóle robią jedynie to, co chcą.  Koty rewanżują się psom zarzutami o braku zdolności dokonywania własnych wyborów, braku samodzielności w myśleniu, o swego rodzaju umysłowym niewolnictwie charakterystycznym dla osób o umysłach kontrolowanych przez innych i o braku wyobraźni nakazującym im traktowanie alegorii w sposob literalny. I jeśli przyjrzeć się i przysłuchać tej wymianie warczenia i prychania, ujadania, miauczenia, gryzienia i drapania, to obydwie strony mają po części rację. Silne instytucje kościelne z systemem wyłaniania przywództwa są bowiem głównie dziełem psów, które  posiadają większą skłonność do działania w sforze, niż koty, którym bliższy jest indywidualizm będący motorem postępu.

    Obie grupy stanowią bardzo różne formy chrześcijaństwa, które w związku z tym trudno byłoby całkowicie pogodzić ze sobą. Najprawdopodobniej jest to w ogóle niemożliwe. W większym zresztą stopniu z powodu psów, nie potrafiących pogodzić się w swoich wspólnotach z akceptacją interpretacji oraz rozumienia najbardziej fundamentalnych dla nich prawd religijnych tak drastycznie nieraz odmiennych od ich własnych. Jest to całkowicie zrozumiałe i należy to uszanować. Tym bardziej, że kotom wcale na takim jednoczeniu na siłę nie zależy. One wręcz zdają się  radować istniejącą różnorodnością, która daje im większe możliwości wyboru. Same nie zakładają zbyt wielu kościołów, a ich zdecydowana większość należy do istniejących wielkich denominacji, których członkostwo rzadko zmieniaja, a jeśli już to robią, to na ogół wtedy, gdy atmosfera wokół nich staje się „gęsta”, to znaczy gdy wyczuwają wokół siebie ewidentny brak akceptacji w dotychczasowym otoczeniu z powodu ich poglądów. Niejednokrotnie ortodoksi w ogóle odmawiają im miana chrześcijan z powodu ich niedogmatycznego podejścia do religii. Tym też się nie przejmują zbytnio, dla nich bowiem własny wybór jest ważniejszy niż werbalne uznanie przez ortodoksów. Nie zamierzają też zabiegać o przyzwolenie tych ostatnich na nazywanie siebie chrześcijanami, tym bardziej, że ortodoksi ich również o taką zgodę w odniesieniu do siebie nie pytają. A ponieważ ludzie o orientacji gnostycznej nazywają siebie chrześcijanami już od blisko dwóch tysięcy lat, więc nie widzą oni powodu, by akurat nagle teraz przestać.

    I tak ta z pozoru dziwna (acz w gruncie rzeczy naturalna) sytuacja trwa bez żadnego widomego znaku na zmianę: jedni i drudzy przyznają się do tej samej religii, jedni i drudzy z własnego punktu widzenia, jedni nie uznają tych drugich, a ci drudzy się tym kompletnie nie przejmują i jeszcze na ogół należą wraz z tymi pierwszymi do tych samych kościołów.

    Własną drogą – czyli “anima naturaliter christiana et gnostica”

    Powyżej podaliśmy dwie z możliwych samodefinicji chrześcijańskiego gnostyka. W moim własnym przypadku właśnie ta druga samodefinicja jest prawdziwa, definicja kogoś, kto stał się gnostykiem wiele lat po zostaniu chrześcijaninem. Wyrosłem w katolicyzmie od dziecka i byłem typowym przedstawicielem tego nurtu: ochrzczony w KRK, bo rodzice też byli, potem komunia, bierzmowanie… (choć mam też krewnych w kościele augsburskim). Czytanie Biblii – niemal żadne (to zresztą typowe). Prawdziwe przebudzenie nastąpiło dopiero parę lat temu i miało ono katolicko-ortodoksyjny charakter. Jednak od samego jego początku owa katolicka ortodoksja znaczona była podejściem gnostycznym (z czego zrazu nie zdawałem sobie sprawy). Było to coś, co ortodoks przyjąłby chyba z niedowierzaniem: silne nawrócenie katolicko-ortodoksyjnego typu, głoszące przy tym, że kosciół rzymskokatolicki to jedyny prawdziwy kościół, a jednocześnie odnajdywanie w tym coraz czystszych i oczywistych cech gnostycznych. W tym czasie (dzięki wspólnym znajomym) zacząłem bywać w miejscowym kościele baptystów (początkowo zdecydowanie odrzucałem możliwość uczestnictwa w ich eucharystii…). To u baptystów uczęszczałem na t.zw. “Alfę”, a potem byłem członkiem ich „Bible-study groups” (1999-2003). W dyskusjach z nimi niejednokrotnie się handryczyłem i spierałem i to bardziej niż w tych serwisach ekumenicznych (6) . Ale w tym samym czasie na zawsze już odrzuciłem możliwość uważania części pism Starego Testamentu za cokolwiek bodaj zbliżonego do „kanonicznego”. Barbaria ziejąca z tych pism była już dla mnie tak skrajnie rażąca, że uznałem je za nie mające z chrześcijaństwem absolutnie niczego wspólnego. I dziś też sądzę, że jest już zupełnie nie do pomyślenia, bym je kiedykolwiek jeszcze był w stanie akceptować. Faktem jest co prawda, że nie ma takiej historii, której nie dałoby się pozytywnie alegoryzować (np. eksterminację całego plemienia jako „eksterminację własnych grzechów”), jednak znam lepsze „obrazy” nadające się do alegoryzacji niż popełniany przez Hebrajczyków „shoah” na innych ludach czy mojżeszowe przyzwolenie na masowy gwałt na dziewczynkach… (7)

    Natomiast doceniać zacząłem dużą część dziedzictwa, które chrześcijaństwo zawdzięcza nie tylko religii żydowskiej, ale i innym, t.zw. ‘pogańskim’ starszym braciom w wierze. Odnosi się to zresztą również (a nawet przede wszystkim) do tradycji naszych “rodziców w wierze”, czyli Egipcjan, którzy swojego „Jezusa” mieli całe tysiąclecia wcześniej w postaci Horusa/Ozyrysa, zwanego czasem „Iusu” (co ma znaczenie identyczne z żydowskim „Jeszua”). Dotyczy to również alegorycznych historii z pokrewnych w charakterze innych religii i kultów, jak choćby ta, której bohaterem jest przedstawiony obok na antycznym amulecie Orfeusz-Bachus (Orfeos-Bakkikos). Teraz spoglądam na historie ewangeliczne nie jako na treść samą w sobie, lecz jako na naczynie, w którym treść należy odnaleźć („kto odnajdzie treść tych powiedzeń, nie zazna śmierci”… – jak zaznaczono we wstępie do „Ewangelii Tomasza”). Uważam, że moje obecne pojmowanie religii ma w sobie więcej głębi niż kiedykolwiek przedtem.

     

    Cały ten powyżej jedynie naszkicowany proces dał mi większe rozumienie rozmaitych tradycji, ale ugruntował moje miejsce w chrześcijaństwie. I to ugruntował do tego stopnia, że mogę śmiało wkraczać również w praktyki innych religii bez tej często i niesłusznie obecnej wśród wielu naszych koreligionistów (zwłaszcza tych co bardziej ortodoksyjnych) obawy przed nimi lub wręcz przed swoistą utratą tożsamości… Dał mi on także sposobność – właśnie poprzez ścisłe związanie elementów tradycyjnej ortodoksji z gnostycyzmem – zrozumienia, że te tak różne od siebie elementy bynajmniej nie są ze sobą sprzeczne. Właśnie tak: rożne, lecz niekoniecznie sprzeczne. Dlatego to uważam – tak jak napisałem to w stopce swego konta tutaj – całe chrześcijaństwo za jeden kościół powszechny. I byłbym też w stanie zgodzić się z Klemensem z Aleksandrii, że gnoza jest jak najbardziej możliwa w kościele katolickim. (8)

    „To jest Chrystus, który jest w sercu Ojca;
    Posłany został ze świętym zadaniem
    Zbawienia i oświecenia tych w niewiedzy”
    („Ewangelia Prawdy”)

    Nieco wyżej odwołaliśmy się do całkiem gnostycznie brzmiących wypowiedzi ludzi antyku, którzy za gnostyków bynajmniej nie uchodzą. Moglibyśmy równie dobrze zrobić to z wypowiedziami osób nam znanych. Pewien Użytkownik jednego z internetowych serwisów ekumenicznych zamieścił był w stopce swego konta następującą uwagę:

    „Swoją wiarę staram się budować na Biblii i osobistym doświadczeniu Boga, a nie na dogmatach i naukach Kościoła”

    Inny zaś Użytkownik w polemice z niżej podpisanym stwierdził między innymi:

    „Ja po prostu WIEM, gdzie jest Prawda, a jest ona w Słowie Bożym, bo drogą z Jezusem idę od dawna” (podkreślenia tłustym drukiem w obu wypadkach są moje).

    Obaj ci Użytkownicy nie tylko nie uważają siebie za gnostyków, ale – o ile mogłem się zorientować – do gnostycyzmu mają stosunek, łagodnie mówiąc, ‘chłodny’.

    Tymczasem mogę ich obu z tego miejsca zapewnić, że wielu gnostyków byłoby w stanie podpisać się – i to oburącz - pod cytowanymi powyżej oświadczeniami.

    Czy z tego wniosek, że zdaniem niżej podpisanego owi ‘ortodoksi’ „są gnostykami, ale o tym nie wiedzą”? Nie, jestem jak najdalszy od opowiadania tu „serbskich dowcipów” (9) na ich temat. Nie, zdecydowanie nie mam takich zapędów. Ale spróbujmy na moment wyobrazić sobie odcinek (jak w geometrii) z dwoma bardzo wyraźnie zaznaczonymi końcami: z jednej strony końcem tym jest skrajna ‘ortodoksja’ (właśnie z dogmatami, oficjalnymi naukami kościoła itd), z drugiej zaś równie skrajny gnostycyzm. Rzecz w tym, że takich stuprocentowych ortodoksów i gnostyków byłoby trudno spotkać. A my wszyscy znajdujemy się w rozmaitych punktach, spośród nieskończonej ich liczby, na tym odcinku. O tym, czy ktoś jest ortodoksem lub gnostykiem, decyduje więc proporcja wymieszania w jego świadomości obu tych komponentów. Co oznaczać może (i jest to całkiem realne), że ktoś nazywający siebie ortodoksem może posiadać więcej gnozy niż ktoś podający się za gnostyka. I na odwrót: niejeden gnostyk ma w sobie więcej z ortodoksa, niżby to sobie w najśmielszych wyobrażeniach uświadamiał.

    „Choćby Chrystus i tysiąckroć w Betlejem był zrodzony
    Lecz nie w tobie samym, toś w duszy swej zgubiony.
    W krzyż na Golgocie daremnieś jest wpatrzony
    Jeśli on w samym tobie nie jest znów wzniesiony„
    Silesius (Johannes Scheffler) “Cherubinischer Wandersmann”

    Trudno byłoby chyba znaleźć chrześcijanina, któryby nie zgodził się z powyższym wnioskeim Silesiusa. Zgodzi się z nim z jednej strony skrajny fundamentalista baptystyczny czy zielonoświątkowy, a z drugiej jakikolwiek gnostyk. Dla tych spośród nas, którzy traktują Jozuego z Nazaretu jako naszego „Buddę”, Chrystus jest określeniem nie tylko wyjątkowego znaczenia osoby Jezusa jako nauczyciela, który za swoje nauczanie i moralną bezkompromisowość zapłacił w końcu życiem, lecz także obecnością Boga w każdym człowieku. Tą obecnością, która ma się w nim obudzić („zmartwychwstać”), w ten sposoób czyniąc zadość temu, o czym Jezus rozmawiał z Nikodemem (Jn 3;1-21).

    Jeśli nawet tysiąckrotne urodziny Jezusa nie przyczynią człowiekowi zbawienia bez jego własnego w tym udziału, to tym bardziej nie uczyni tego to jedno narodzenie. A skoro zbawia Chrystus w tobie samym, to logicznym wydaje się dla wielu gnostyków, że w takim wypadku nawet tego jednego fizycznego narodzenia mogłoby nie być… Tak, Czytelnik być może odgadł już o czym mowa:  są tacy wśród gnostyków, którzy nie wierzą w istnienie historycznego Jezusa (dla nich Jezus z Nazaretu nie jest postacią historyczną , lecz jedynie mityczną, jak Mitras czy Ozyrys), uważają oni jednak, że istnieje wieczny Chrystus, ów Logos, który stał się ciałem… w każdym człowieku. I to właśnie ten Logos został posłany przez Boga, by jako zbawiciel (Soter) (10) dopomóc w naszym przebudzeniu i w ten sposób uwolnić nas od duchowej śmierci.

    Dwóch takich właśnie gnostyków napisało niedawno w swojej książce:

    „Jest to istotnie „największa historia kiedykolwiek opowiedziana”, historia tworzona przez tysiące lat (…) Pogański filozof Sallustius pisał o micie boga- człowieka Attisa:

    ‘Historia Attisa reprezentuje wieczny proces kosmiczny, a nie pojedyncze zdarzenie w przeszłości. Ponieważ historia ta jest blisko związana z uporządkowaniem wszechświata, odtwarzamy ją rytualnie, by przywrócic porządek w nas samych. My, tak jak Attis, upadliśmy z nieba; umieramy mistycznie wraz z nim i rodzimy się ponownie jako dzieci.’

    To samo jest prawdą w micie Jezusa. Nie jest on pojedynczym zdarzeniem w przeszłości, lecz wskazuje na bezustanną możliwość duchowego odrodzenia, tu i teraz. Wciąż może on objawić tajemnicę, którą Paweł nazwał „Chrystusem w tobie’.” (11)
    Dlaczego zatem w ogóle gnostycyzm kojarzony jest z herezją, a nawet (co jeszcze dziwniejsze…) uważany jest przez wielu za sprzeczny z chrześcijaństwem?

    Odpowiedzi należy oczywiście szukać w historii. W antyku używano często słów „gnoza” (gnosis) czy „gnostyk” (gnostikos), natomiast nie istniało określenie „gnostycyzm”, będące całkowicie wytworem naszych czasów. A ponieważ przylgnęło ono w literaturze „ortodoksyjnej” (w heretyckiej zresztą też…) głównie do gnozy we wspólnotach „heretyckich”, więc w ten sposób, świadomie lub nie, „ortodoksi” ‘wylali dziecko razem z kąpielą’, zamykając oczy na fakt, że wśród nich samych gnoza często wcale nie jest pośledniejsza od tej „heretyckiej”.

    Efektem tego zabiegu jest popularne kojarzenie gnostycyzmu nie tylko (a nawet nie tyle) z gnozą, ile wręcz w ogóle z poglądami odmiennymi lub po prostu opozycyjnymi wobec oficjalnej ortodoksji literalistycznego typu, nawet jeżeli te odmienne poglądy są w swej istocie tak literalistyczne jak literalistyczny biblikalizm ewangelikalnych fundamentalistów. Trudno byłoby bowiem z pełnym przekonaniem zaliczyć do gnozy literalistyczne rozumienie ‘kart astrologicznych’, ślepą wiarę w horoskopy lub pełne śmiesznych nieraz przesądów niektóre wierzenia i praktyki chińskiej ‘Feng Shui’.

    “Świetliste Słowo, co przychodzi od Gnozy, jest synem Boga”
    (Hermes Trismegistus, „Poimandrēs”)

    Wielu dzisiejszych gnostyków ma tendencję do historycyzowania i odrzucania mitologii. Wydaje się to nieraz tym bardziej zaskakujące, że z drugiej jednak strony gnostycy zawsze tworzyli całą masę mitów. Jak to więc jest?

    Z jednej strony mamy gnostyków zgrupowanych na przykład w Jesus Seminar, z których poglądami zdaje się w dużej mierze zgadzac emerytowany obecnie biskup anglikański John Shelby Spong, a którzy na ogromną wręcz skalę demitologizują Biblię. Z drugiej strony inny były duchowny anglikański oraz profesor greki i Nowego Testamentu na Uniwersytecie w Toronto, a obecnie kolumnista w „Toronto Star”, Tom Harpur, uważa, że racjonalizowanie na przykład Nowego Testamentu jest akurat tą rzeczą, której potrzebujemy najmniej. Że wręcz należy nie tyle de-mitologizować świadectwa biblijne, ile je wręcz re-mitologizować. Mity pism świętych stanowią  bowiem, jak to ujmuje, jedynie próbę przekazania osobie ludzkiej wiedzy ezoterycznej, czyli wewnętrznej wiedzy o jej prawdziwej osobowości, a nie jakiejkolwiek wiedzy historycznej o przedstawianych zdarzeniach i osobach występujących w opisywanym dramacie. Owe postacie to jedynie aktorzy w sztuce rozgrywającej się w każdym człowieku; elementy, za pomocą których przedstawia się czytelnikowi prawdę zupełnie inną od opisywanej, niczym w przypowieściach z Ewangelii. (12)
    Być może ta różnica jest wynikiem faktu, że Spong wierzy w historyczne istnienie osoby Jozuego z Nazaretu, podczas gdy Harpur nie wierzy. Osoba historyczna podlega badaniom empirycznym. Jeśli zatem przypisywane są jej jakieś stwierdzenia i czyny, to naturalnym jest prowadzenie badań mających doprowadzić do wyjaśnienia które z tych słów i czynów są prawdziwe, które prawdopodobne i które nieprawdziwe. Jeśli jednak osoba jest całkowicie mityczna, to nie ma sensu wykłócać się o historyczność tego, czym się zajmowała. Można wtedy spokojnie dopatrywać się w prezentowanych mitach prawdy uniwersalnej odnoszącej się do każdego człowieka.

    Wielu znajduje się jednak pomiędzy Spongem a Harpurem: wierzą całkowicie w to, że Jozue Pomazaniec prezentowany w Ewangeliach bazowany jest na jak najbardziej autentycznej postaci historycznej. Uważają też, że tejże historycznej postaci przypisano cały szereg mitów będących w obiegu od setek, a nawet tysięcy lat przed jej narodzeniem. Możliwe fakty z życia tej osoby wymieszane zostały z mitami w jednym teologicznym wizerunku. Dla takich osób wizerunek ten nie jest wiarygodny i rozpada się wzdłuż linii podziału na mity oraz możliwe fakty (13) . To jakby dwie różne postacie, które niewiele mają ze sobą wspólnego. Taka mitologia (obojętnie czy chodzi o chrystologię, mariologię czy cokolwiek innego) nie trzyma się ich w ogóle. Piszę te słowa w swoim własnym imieniu, choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem w takim spojrzeniu odosobniony. Dlatego też jestem w stanie akceptowac poszczególne mity jedynie w odosobnieniu od postaci, którym teologia je przyporządkowała.

    Czytamy na przykład w Biblii (i to niejednokrotnie), że prawym jest tylko Bóg. Tym niemniej widzimy tam również i to nawet jeszcze częściej słowo “prawy” odnoszone do rozmaitych osób ludzkich. Bardzo podobnie jest dla mnie z określeniem „Chrystus”. Jezus z Nazaretu jest Christos (namaszczony), ale jednocześnie wspomina się tam o Chrystusie jako o będącym w nas, co oznacza, że również każdy człowiek ma w sobie owo namaszczenie.

    Krótko mówiąc: na jak długo starcza t.zw. „prostej wiary”, tak długo nie ma problemu: Pismo Święte jest autorytetem, nieomylnym Słowem Bożym. Gdy jednak dowiadujemy się rzeczy wykraczających poza prostą wiarę, wtedy w coraz większym stopniu stawać musimy na własnych nogach, a „autorytet w sprawach wiary” okazuje się w stopniu wprost proporcjonalnym coraz bardziej narzędziem. Jednym z przykładów ludzi, którzy porzucili wiarę chrześcijańską z takiego właśnie powodu jest Charles Templeton, jeden z inicjatorów „Krucjat dla Chrystusa” w USA („Crusades for Christ”) i jeden z głównych niegdyś współpracowników słynnego pastora Billy Grahama. Powody swego odejścia, będące skutkiem ewangelikalnego literalizmu, wyłożył on wprost w swej książce pod wymownym tytułem „Pożegnanie z Bogiem” (14).

    Są zasadniczo trzy możliwości w podobnych przypadkach: albo dokonywana jest konwersja na inną wiarę, albo wiara jest tracona na dobre, albo też miejsce prostej wiary zajmuje gnoza.

    Kim jest jednak Jozue z Nazaretu dla chrześcijańskiego gnostyka i to takiego, dla którego nie jest on jedynie mitem?  Jako człowiek, ten historyczny Jezus jest tym, czym dla buddysty jest Budda. Jaki był ten nasz Budda?

    W roku 160 n.e. biskup Melito z Sardis udał się był do Judei, gdzie natknął się na Ebionitów jako na jedynych żyjących tam chrześcijan. Ebionici byli gnostykami, o czym zaświadcza nam ortodoks Ireneusz z Lyonu. Zaś w IV wieku n.e. Euzebiusz próbował wyjaśnić ich fenomen jako wynik apostazji. Nie wyjaśnił jednak ani dlaczego ani też kiedy Ebionici mieli stać się apostatami. Nie wyjaśnia tego również Ireneusz ani sam Melito (15). Wyjaśnieniem najbardziej logicznym wydaje się zatem, że jeśli w połowie II w.n.e. judejscy chrześcijanie byli gnostykami, to zapewne dlatego, że byli nimi oni od samego początku. To zaś możnaby wyjaśnić jedynie tym, że i sam Pomazaniec też był żydowskim gnostykiem, o czym i niżej podpisany przekonany jest w stu procentach.

    Jakim był Chrystus, tego jednak nikt nie jest w stanie wykazać ponad wszelką wątpliwość. Ewangeliczne zaś świadectwa rozmaicie mogą być rozumiane.

    Kim był on dla gnostyków, pięknie i treściwie wyjaśnia gnostyczny biskup Stephan Hoeller (Tau Stephanus I):

    „Gnostyczny Jezus Chrystus jest doprawdy kimś znacznie więcej niż synem cieśli z Nazaretu. Pod pewnymi względami jest on również kimś więcej niż precyzyjnie zdefiniowany i opisany Syn Boży teologów. Jeśli gnostyczny Jezus jawi się niektórym jako paradoks i enigma, to dlatego, że gnostyczna percepcja Jezusa ma swój początek w doświadczeniu gnozy. Gnostycy widzieli Jezusa oczami wizjonerów. Był dla nich transcendentną istotą, przybyszem z innego wymiaru lub sfery, który chwilowo znalazł się na ziemi. By poznać takiego Jezusa, należało otrzymać gnozę. Wtedy jego słowa, czyny, samo jego jestestwo zostałoby objawione i całkowicie zrozumiane. Dziś, po pełnych dwóch tysiącach tal historii chrześcijańskiej, wielka enigma wciąż nas woła i wzywa do zrozumienia go umysłem i percepcją gnozy.” (16)

    Podsumowując punkt widzenia gnostycyzmu chrześcijańskiego na główne cechy i zadania religii, Tom Harpur wypunktował je w następujący sposób:

    1. Christos to imię nadane wcielonej obecności Boga w człowieku.

    2. Christos, choć znany pod wieloma imionami, jest obecny w całej ludzkości. Stanowi jej wspólną własność duchową, jednak nie wszyscy chrześcijanie i niechrześcijanie spostrzegają i uznają jego obecność w swoim życiu.

    3. Aby wyzwolić potencjalną moc Christosa w sobie, każdy musi poznać swoją własną naturę duchową oraz moc.

    4. Doktryny, wyznania wiary, dogmaty, ryty i rytuały miały i mają tendencję do zastępowania wrodzonej esencji duchowej, mogą one jednak wciąż być stosowane jako pomoc w sławieniu obecności Chrystusa w nas.

    5. Ewangelie są w rzeczywistości dramatami o Christosie, z Jezusem występującym w roli jako postać dramatu. Jezus jest symboliczną personifikacją Christosa.

    6. Narodziny, śmierć i zmartwychwstanie są subiektywnymi wydarzeniami Chrystusa w nas, które każdy z nas przeżywa. Chrystus rodzi się w stajence naszych serc; Chrystus w nas oddaje swoje życie za nas w taki sam sposób, w jaki nasienie musi obumrzeć, aby wzrosnąć. Zmartwychwstanie to nasze wyniesienie do nowego życia z grobu naszej ziemskiej cielesności, a w ostateczności, jak mówi Credo, jesteśmy ponownie narodzeni do „życia wiecznego w przyszłym świecie” („vitam venturi saeculi”).

    7. To za naszym przyzwoleniem Christos zostaje rozbudzony, by uduchowić naszą naturę. Nie stajemy się Bogiem, lecz każdy z nas jest częścią Boga z boskim potencjałem.

    8. Religie powinny dawać sposobność ludziom do zaangażowania ich życia nie dla osobowego, historycznego Jezusa w (przypadku chrześcijaństwa) , lecz wiecznego Chrystusa, w jakikolwiek sposób jego boska obecność byłaby rozumiana. (17)
    Starożytni niejednokrotnie uczyli: “Poznaj siebie” („Gnothe seautou”). Wątpić należy, by jakikolwiek chrześcijanin zanegował starą gnostyczną zasadę wyrażoną przez Hermesa Trismegistusa:

    „Co powinieneś poznać, jest „tym” w tobie, co widzi i słyszy, a pochodzi od Bożego Słowa” („Poimandrēs”)

    Michał Monikowski

    Przypisy

    1. Klemens rozróżnia wyraźnie pomiędzy gnozą a wiarą, przy czym gnoza ma być udoskonaleniem wiary. Uważa on, że Pismo Święte powinno być często odczytywane alegorycznie, a nie literalistycznie.. Według niego Jezus przekazał wiedzę apostołom w ustnej tradycji gnostycznej. Klemens otwarcie nazywa zaawansowanych w gnozie chrześcijan ‘gnostykami’, pokreślając przy tym, że gnozę można uzyskać w kościele katolickim. Poglądy swoje w tej mierze ujawnił między innymi w swoim dziele „Stromateis” (dosłownie: „Dywany” lub “Kobierce”).  Stwierdził on tam między innymi, że „tylko gnostyk jest naprawdę pobożny” oraz że „prawdziwym chrześcijaninem jest gnostyk”.

    2. Z tłumaczeniem owych psychikos i pneumatikos (werset 14 i 15) zazwyczaj są problemy. W „Tysiąclatce”  psychikos figuruje jako „człowiek zmysłowy”, pneumatikos już znacznie lepiej i poprawnie jako „człowiek duchowy”. Podobnie u Lutra (1545) odpowiednio „Der natürliche Mensch” oraz „Der Geistliche”. W angielskim tłumaczeniu znanym jako New American Standard Bible (NASB) odpowiednio „a natural man” oraz „spiritual”. Nie lepiej jest w tłumaczeniu czeskim „tělesný člověk” (człowiek cielesny, czyli raczej coś, co pasowałoby do kategorii hylikos, nawet nie  jako psychikos…) oraz „duchovní člověk”. Z europejskich wydań najlepiej ten fragment przetłumaczony został w Biblii rosyjskiej, gdzie całkiem poprawnie czytamy „duszewnyj” i „duchownyj”. Natomiast na ogół nie ma większych problemów z wersetem 16, gdzie owo „emeis de noun Christou echomen” („posiadamy umysł Chrystusa”) jest tłumaczony nienajgorzej lub poprawnie. Tym bardziej zastanawia kompletny błąd w „Tysiąclatce”, gdzie przetłumaczono owo wyrażenie jako My właśnie znamy zamysł Chrystusowy.”(!) „Nous” to zdecydowanie „umysł”, nie „zamysł”. „Zamysł” to po grecku „ennoia”

    3. Powołując się na ten fragment Nowego testamentu, Ireneusz z Lyonu w swojej polemice zawartej w „Contra Haeresiam” (księga II, rozdział XVI) również uznaje istnienie wiedzy o Bogu:

    „I dlatego Paweł woła “wiedza wbija w pychę, miłość zaś buduje” (p. 1Kor 8;1 – przyp. MM) nie dlatego, że zamierzał zgromić prawdziwą znajomość Boga, bo w takim wypadku siebie samego by oskarżył; lecz dlatego, że niektórzy, nadęci pretensją wiedzy, odchodzą od miłości bożej i wyobrażają sobie, że są doskonali…”

    4. Właściwie możnaby nawet ograniczyć przedmiot naszych dociekań do samego tylko Nowego Testamentu, by wykazać, że wczesne chrześcijaństwo operowało tym pojęciem bardzo często w odniesieniu do Boga i to od czasów swego zarania. O bardziej szczegółowej historii chrześcijańskiego gnostycyzmu napiszemy tu innym razem  – wraz z wyliczeniem wszystkich nowotestamentowych instancji odwoływynia się do gnozy (wraz z ich greckimi cytatami i dosłownymi tłumaczeniami).

    5. Zabawmy się przez moment w próbę odtworzenia tego, co mogłyby one myśleć i pisać, gdyby istotnie urodziły się gdzie indziej:

    Na przykład nasz Mateusz, gdyby był prawosławnym Grekiem (Mathaios Markos) lub Rosjaninem (Matwiej Markow), a nie Polakiem-katolikiem, to pewnie utrzymywałby, że nie było schizmy wschodniej lecz zachodnia, bo to Rzym odłączył sie od prawdziwego kościoła. Gdyby zaś był muzułmaninem w Iraku, to też zapewne nie byłby sunnitą, lecz bardziej prawowiernym szyitą i dlatego też zamiast zerkać w stronę lefebrystów czyniłby ukłony w stronę Hesbollahu czy Hamasu.

    Nasz Drogi „Tomo”, gdyby żył np. w Iranie (Tomoullah Terziani), to zamiast redagować stronę chrześcijańską, byłby redaktorem strony szyickiej i na jej łamach wyrzucałby nawróconemu dopiero co z sunnizmu na szyizm teologowi (Roub Ali Opallah), że ten zbytnio zachwyca się liberalizującym teologiem szyickim o nazwisku Hannis Kungiani. Uważałby, że ktoś, kto zgadza się z Kungianim „nie może być szyitą” oraz że w ogóle takie zachwyty nad teologią kungiańską „muszą budzić zaniepokojenie”.

    Z kolei pochodzący z Cejlonu (Sri Lanka) hinduista „Dario” (Brunesh Dariapalan), studiujący na uniwersytetach w sąsiednich Indiach (np. w Delhi i Bombaju) redagowałby stronę hinduistyczną, promującą jedność wśród rozmaitych gałęzi hinduizmu. Napisałby tam zatem serię 7 lub 8 artykułów pod wspólnym tytułem “Wspolnota medytacyjna jest możliwa” (o eucharystycznej by nie pisał , bo tam tego nie ma).

    Zażartowawszy w ten sposób z Sz. Kolegów, nie pragnę siebie samego wyłączać z tego dowcipu (choć zapewne wypadnie to niezbyt ciekawie):

    Gdybym był judaistą, należałbym do synagogi liberalnej (raczej nie konserwatywnej, a już absolutnie w żadnym wypadku do ortodoksyjnej) i otwarcie gwizdałbym na pejsy i brody. O obrzezaniu też nie miałbym wiele dobrego do powiedzenia (choć może nie aż tak ostro jak to robie obecnie, bo sam osobiście byłbym o tych ileś gramów lżejszy…).  Gdybym zaś należał do irańskich szyitów, to już dawno bym się im pewnie naraził, w wyniku czego wylądowałbym u bahajczyków, mandejczyków lub zoroastrian (w którym to wypadku o islamie pisałbym bardziej zajadle niż teraz – choć pewnie na emigracji – a o chrześcijaństwie być może w ogóle nie).

    6.  Kiedyś na przykład nazwałem tam Lutra „fałszerzem” (bo wprowadził on jedno słowo do Rz 3;28). A raz się tak zagalopowałem, że zapowiedziałem im wręcz, że ich ponawracam na katolicyzm i uroczyście wprowadzę ich do katolickiej katedry, przedstawiając ich całą grupę naszemu arcybiskupowi (!).

    7. Odrzucanie części lub nawet niejednokrotnie całości Starego Testamentu ma w chrześcijańskim gostycyzmie długą tradycje. Poniżej prezentujemy krótkie wyjaśnienie tego stanowiska przez gnostycznego biskupa Stephana Hoellera:

    „Przede wszystkim gnostycy, wraz z niektórymi innymi wczesnymi chrześcijanami, spoglądali na Boga Starego Testamentu z zażenowaniem. Członkowie intelektualnych eszelonów wczesnego chrześcijaństwa byli ludźmi pewnego duchowego wyrafinowania. Tym, którzy zaznajomieni byli z nauczaniem Platona, Filona, Plotyna i podobnych do nich nauczycieli trudno było wiązać się z Bogiem wyrażającym mściwość, gniew, zazdrość, plemienną ksenofobię i zacięcia dyktatorskie. O ileż bardziej odpowiadającym szlachetnej folozofii gnostycyzmu był łaskawy i szlachetny charakter Jezusa i jego nauk. Gnostycy mogli zatem wyciągnąć logiczne wnioski z tego kontrastu i nadać Bogu Starego Testamentu status demiurga, pośledniejszej postaci kosmicznej.”

    I dalej:

    „Transcendentny Bóg, minimalnie zaangażowany w stworzenie i rządzenie światem, był wiarygodnym w oczach wielu ludzi żyjących w otoczeniu greko-egipsko-rzymskim w pierwszych stuleciach ery chrześcijańskiej. Wysoce osobowy i aż do bólu skażony Bóg Starego testamentu stracił wiarygodność nawet wśród wielu Zydów, jak tego dowodzi przykład filozofa Filona z Aleksandrii. Ten uczony człowiek, acz pobożny Zyd, użył swych talentów dla wybielenia konceptu Boga Izraela przez nasycanie go ideami platońskimi. (…) Zajmując jeszcze radykalniejsze stanowisko, interpretatorzy, których słowa zawarte są w pismach z Nag Hammadi, uważali, że Bóg, który zachowuje się jak to opisano w księdze Genezy i innych księgach Starego Testamentu, musi być symulantem i uzurpatorem niewartym wielbienia ani posłuszeństwa.”  (Stephan A. Hoeller. „Gnosticism. New Light on the Ancient Tradition of Inner Knowing”. Quest Books, Theosophical Publishing House; Wheaton, Illinois, USA 2002, s. 32 -33)

    To, co starożytni gnostycy wyjaśniali mitami o różnych bogach (lub o jednym bogu i co najmniej jednym demiurgu lub wręcz szatanie), dziś wielu (włączając niżej podpisanego) tłumaczy różnicą w koncepcji Boga przez różnych autorów. Autorzy Biblii przedstawili taką koncepcję Boga, na jaką stać było ich umysły. Pod tym względem Biblia z całą pewnością nie kłamie w żadnej swojej księdze, w żadnym rozdziale i w żadnym wersecie.

    8. Choć naturalnie nikt jej (przynajmniej otwarcie) w kościele katolickim nie naucza. Być gnostykiem w kościele katolickim (jak również w jakiejkolwiek innej wielkiej denominacji) oznacza bycie samoukiem lub korzystanie z dorobku kościołów gnostycznych albo wręcz innych religii, bo na własny kościół pod tym względem w ogóle nie ma co liczyć. Niejednokrotnie jednakże pojawia się w tych kościołach nauczanie gnostyczne (wiele kazań ma taki charakter, nawet u baptystów) jednak nie jest ono tam publicznie nazywane „gnostycznym”.

    9.  Określenie „serbski dowcip” biorę z dowcipu, jaki Serbowie opowiadają nieraz o Chorwatach: „Chorwaci to też Serbowie, tylko o tym nie wiedzą”. Gwoli ścisłości: Serbowie i Chorwaci są istotnie bardzo sobie pokrewni. Używają co prawda innych alfabetów i ich przynależność kościelna też jest inna, ale językiem mówią tak na dobrą sprawę takim samym lub prawie takim samym. Czyli trochę jak chrześcijanie rozmaitych orientacji: ‘językiem’ (religijnym) mówimy też podobnym (jeśli nie tym samym)… i tak było już od wczesnych wieków.  Przykładem mogą służyć opisy mitów heretyckich przez Ireneusza z Lyonu („Contra Haeresiam”). Ireneusz zawarł greckie imiona postaci z owych mitologii. Jednak wystarczy przejrzeć słownik grecki, by sę przekonać, że te „imiona” nie są tak na dobrą sprawę żadnymi imionami, lecz dość powszechnie stosowanymi pojęciami. Na przykład „Sige” to „cisza”; „Aletheia” to „prawda”; „Nous” – umysł; „Ennoia” – zamysł, myśl, intencja, cel; „Zoe” to życie, bycie żywym, również: autor życia, środek osiągania życia (również życia wiecznego jak w Jn 5;39); „Bythos” to z kolei: dno, głębia, najniższy poziom, a „Monogenes” to jedyny syn (jak w Lk 7;12), jedyna córka (jak w Lk 8;41), jedyne dziecko (Lk 9;38) lub „jednorodzony”, jak w najbardziej znanych wersetach z „Ewangelii Jana” (Jn 1;14, 1;18, 3;16 i 3;18).
    Przykłady możnaby mnożyć całymi tuzinami.

    10. “Soter” od gr. „soteria” = ratunek, zachowanie (czegoś lub kogoś), zbawienie (zarówno wieczne jak i duchowe). Soter to zatem ktoś, kto zachowuje lub zbawia.

    W Nowym Testamencie użyte zostały dwa greckie słowa, które tłumaczone są jako zbawienie: wspomniana już soteria oraz lytrosis, przy czym to drugie jest mocniejszym określeniem sugerującym, że chodzi o wybawienie od niebezpieczeństwa, niejednokrotnie wręcz za okup (gr. lytron). Lytrotes to zatem ktoś, kto ratuje za jakąś cenę, podczas gdy soter może równie dobrze dać komuś zbawienie duchowe, a nawet po prostu przywrócić czyjąś duchową równowagę. W tradycji chrześcijańskiej Chrystus określany był jednak głównie jako soter, nie jako lytrotes. Przykładem jest ów sławny skrót ICHTYS, dosłownie oznaczający rybę, lecz w rozwinięciu mówiący Iesous Christos Theou Yios Soter  (Jezus Chrystus Syn Boży Zbawiciel).  

    11. Tim Freke & Peter Gandy. „The Jesus Mysteries. Was the original Jesus a Pagan God?” Thorsons. Glasgow 2000, s. 309-310

    12.  „Główną wadą całego podejścia Jesus Seminar jest to, że tak jak fundamentaliści, tak i badacze z Jesus Seminar  reprezentują fałszywy pogląd, że ostatecznie mają do czynienia z historią (…) Jednak mit traktowany jako historia nieodmiennie się rozpada.” (Tom Harpur. “The Pagan Christ. Is blind faith killing Christianity?” Allen&Unwin, Sydney 2005, s. 138-139)

    13. To dlatego właśnie mity przyporządkowane poszczególnym postaciom biblijnym nabierają dla mnie sensu jedynie, jeśli spoglądam na nie w szerszym kontekście, w oderwaniu od tych postaci. Wtedy bowiem są one opowieściami, których prawdziwego znaczenia można poszukiwać niczym znaczenia przypowieści ewangelicznych.  Gorzej jednak, gdy teologia wkracza w prywatne życie opisywanych przez siebie osób próbując naginać je do swoich potrzeb. Tak się dzieje, gdy teologia „nakazuje” Marii, matce Jozuego, pozostawanie dziewica aż do końca zycia, a potem twierdzi, że ta konkretna osoba była za swego ziemskiego życia bezgrzeszna. Nie inaczej to wygląda w przypadku Jezusa, gdy to właśnie teologia próbuje, dla swoich własnych celów, „decydować”, czy krewni tego człowieka byli jego fizycznymi braćmi czy też, w najlepszym wypadku, kuzynami. Dla osoby o moim usposobieniu tego już zdecydowanie za wiele i do jakich reakcji prowadzi, to pokazuje mój artykuł „Maria, córka Izydy”.

    14. Charles Templeton. „Farewell to God. My Reasons for Rejecting the Christian Faith”.  McClelland/Stewart, Toronto, Canada 1996

    15.  Specjaliści mówią niejednokrotnie o dwóch rozmaitych sektach ebionitów: pierwszej założonej przez judejskich Zydów w I w.n.e. oraz drugiej, działającej w II wieku, jednak przyznają, że ta druga powstała z pierwszej. Ireneusz z Lyonu utożsamiał poglądy tej pierwszej z Kerinthosem i Karpokratesem. Kerinthos miał być mniej więcej rówieśnikiem apostoła Jana. Co ciekawe, ewangelia, którą my nazywamy „Według Jana”  („Kata Ioannen”), była w II wieku przypisywana nieraz Kerinthosowi właśnie. Współcześni historycy zaliczają zarówno Kerinthosa jak i Karpokratesa do gnostyków. Ebionici charakteryzowali się m.in. tym, że nie uznawali Jezusa za Boga, uważali Jahwego za tego Boga, o którym uczył Chrystus  (w odróżnieniu np. od marcjonitów) i zachowywali żydowskie nakazy prawne (również obrzezanie), choć nie próbowali ich narzucać innym.

    16.  Stephan A. Hoeller. „Gnosticism. New Light on the Ancient Tradition of Inner Knowing”. s. 68-69

    17. Tom Harpur. “The Pagan Christ. Is blind faith killing Christianity?” s. 24-25

    Continue Reading »
    0 Comments