Subscribe to RSS Feed

Posts Tagged ‘Inkwizycja’

Pasja Joanny d’Arc

May 29th, 2011 by monio
Pasja Joanny d’Arc

30 maja – świętej Joanny d’Arc! Tego dnia 580 lat temu (1431), między godziną 10 a 11 przed południem odczytano jej ostateczny wyrok: “…ogłaszamy, że jesteś wtórną heretyczką (…) potępiamy cię jako zepsutego członka oraz abyś nie skaziła innych, jako usuniętą z jedności Kościoła, odłączoną od jego Ciała, oddaną do dyspozycji władzy świeckiej, jako że istotnie poprzez tu obecnych usuwamy, odłączamy i oddajemy cię – zwracając się do tejże władzy świeckiej, odnośnie spraw dotyczących śmierci i kaleczenia ciała, by okazała ona powściągliwość w swych zamiarach wobec ciebie oraz, w razie okazania przez ciebie szczerych oznak skruchy, by zezwoliła na udzielenie tobie sakramentu pokuty.”

Według tradycji urodziła się (w domu pokazanym poniżej) 6 stycznia 1412 roku (na Trzech Kroli). W 1431 roku podczas swego procesu skazującego w Rouen zeznała, ze ma “chyba” 19 lat. Tylko jej najblizsza kolezanka Hauviette z jej rodzinnej wsi Domremy twierdziła po latach, ze Joanna mogła byc 3-4 lat starsza.

“Było to w nocy Trzech Króli, że ujrzała swiatło w tym życiu ziemskim, a niczym za sprawą cudu, biednych mieszkańców tego miejsca ogarnęła radość niewyobrażalna. Nieświadomi wciąż narodzenia Dziewicy, biegali jedni do drugich, by pytac cóż to nowego się zdarzyło. Dla niektórych było to powodem ku ponownemu radowaniu się. Cóż mozna dodac? Koguty, heraldzi nowiny tej radosnej, piały w sposob taki, jakiego nigdy jeszcze nie słyszano, uderzając przytem skrzydłami; tak przez dwie godziny prorokowały nowinę ową.”

Takimi słowami Perceval de Boulainvilliers, w liście do księcia Mediolanu, opisywał narodzenie Joanny d’Arc, wiele lat po tym wydarzeniu, rzecz jasna. Biedni mieszkańcy wsi – niczym pastuszkowie z Betlejem – przeżyli radość wielką, która, jak widać, udzieliła się również zwierzętom. Co prawda nie pisano, ze “na kolana woł i osioł przed nią klękają”, ale opis powyższy nie tak bardzo znów się rożni od popularnej koledy. Bowiem Jehanne stała się legenda już w wiekach średnich.

 

Jaka była? Jak wygladała?

Zdecydowanie nie tak, jak przedstawiana jest na ogół w ikonografii. Była raczej niska i krępa. Historyk Harmand obliczył, że miała 1.58 m wzrostu. Miała raczej krótką szyję i była dobrze umięśniona. Jej znajomi i przyjaciele odnotowali, że choć była niewysoka, potrafiła bardzo szybko biegac. Miała piwne oczy i ciemne włosy, najpewniej czarne. Nogi miała “dobrze rozwinięte” i raczej grube.

Powyższe nie oznacza, że była brzydka. Gdyby bowiem tak było, to przez następne lata i wieki Anglicy nie omieszkaliby tego podkreślać, tak jak przez wiele lat naśmiewali się z fizycznego wyglądu Napoleona. Co prawda Shakespeare (Szekspir) w swym dramacie “Henryk VI” wyraził się o niej jako o “czarnej i sniadej” (“black and swarthy”), lecz trudno byłoby to dziś uznać za “nieprzyjemne epitety”. Dokładny wygląd nie jest jednak znany, nie zachował się żaden jej portret (o ile kiedykolwiek pozowała do takowego – mowa jest niejednokrotnie o jej portrecie malowanym przez pewnego Szkota w Orleanie). Według pewnej wersji rzezba św. Maurycego z kościoła pod jego wezwaniem w Orleanie (zburzonego w 1850 roku), pochodząca z XV wieku, została wykonana przez rzeźbiarza na podobieństwo Joanny d’Arc (Głowa tej rzeźby znajduje się w Musee Historique w Orleanie – patrz obok). Nie jest to jednak wersja, na której historycy skłonni są jednoznacznie polegać. Odtworzenie rysów jej twarzy zostawić należy zatem na przyszłość, oczywiście jesli jej kości zostaną odnalezione. Zostały one po egzekucji włożone do worka i zrzucone do Sekwany z mostu św. Magdaleny w Rouen.

Z pewnością cieszyła się znakomitym zdrowiem i odpornościa organizmu. Świadczy o tym nie tylko fakt, że podczas kampanii wojskowych potrafiła nie zdejmować zbroi nawet przez siedem dni z rzędu (16 do 18 kilogramów!), ale również m.in. to, że po trwającej 11 dni podróży na pierwsze spotkanie z królem Karolem VII (wówczas jeszcze niekoronowanym), w czasie której musiała (wraz z towarzyszacymi jej kilkoma osobami) przejść w bród 6 rzek (a było to w lutym), świadek jej spotkania z królem stwierdza, że mówiła “pięknym, dzwięcznym, kobiecym glosem”, czyli że nie nabawiła się nawet chrypki.

Dwadzieścia pięć lat po swej śmierci “doczekała się” procesu rehabilitacyjnego. Świadkowie, którzy w tym procesie zeznawali, zwłaszcza ci z jej rodzinnych stron, podkreślali, że “była dobrą katoliczką”, “z troską wychowana w Wierze i moralności”. Właściwie, jeśliby polegać na takich świadectwach, to wynikałoby z nich, że niewiele różniła się od innych. Tyle tylko, że była bardziej pobozna, częściej chadzała do kościoła, chętniej udzielała się, by na przykład opiekować się chorymi. Tymczasem pewne różnice, inne niż stopień pobożnosci, jednak istniały.

Wbrew istniejacej wówczas tradycji, nie składała na ogól przysiąg i nie zaklinała się, lecz obiecując cokolwiek, dodawała “niechybnie!”. Nie brała udziału w tańcach, gdy inni tanczyli.  Nie była zbyt rozmowna. Lubiła atmosferę kościołów, zapalone świece i dzwięk dzwonów. Gdy miejscowy kościelny i dzwonnik w jednej osobie zapominał dzwonić o wyznaczonym czasie, potrafiła przybiec z pola, by czynić mu wymówki. Obiecywała nawet małe upominki, byle tylko dobrze dzwonił. Jak miało się pózniej okazać, różniła się od swych rówiesnikow jeszcze czymś innym: była inteligentniejsza i cechował ja większy upór i konsekwencja. Wystarczy chocby przeczytać jej zeznania z Rouen i porównać je z wypowiedziami jej ziomków z okresu pózniejszego o ćwierćwiecze, by się o tym dowodnie przekonać.

Często przedstawiana jest w rycinach jako pasterka, bo niejednokrotnie musiała w polu pilnować bydła zarówno własnej rodziny, jak i sąsiadów. Chadzała również za pługiem. Jesli jednak utozsamiać ją z jakimś zajęciem, to raczej mniej z pasterstwem czy rolą, lecz z przędzeniem. Umiejętności swych jako prząśniczka nie tylko nie wstydziła sie, ale była wręcz z nich dumna. Podczas procesu stwierdziła, że jesli chodzi o przędzenie, nie boi się konkurencji żadnej kobiety z Rouen.

To, że potrafiła odpowiadać “ciętym” jezykiem, dało znać o sobie nie tylko podczas procesu w Rouen. Dwa lata wcześniej potrafiła “dociąć” również tym duchownym, którzy na polecenie Karola VII badali ją w Poitiers. Jeden z owych duchownych, Seguin de Seguin, zeznał pózniej w 1455 roku, że gdy spytał ją jakim językiem mówiły do niej słyszane przez nią Głosy, odpaliła: “Lepszym niż twój” (mówił dialektem; ona zresztą też…). Ten sam duchowny zapytał ją następnie czy wierzy w Boga. “Zaprawdę, bardziej niż ty!” - brzmiała odpowiedź. W lipcu 1429 roku, prowadząc króla do Reims i zajmując dla niego miasto Troyes, spotkała się z bardzo wówczas znanym i dziwacznym mnichem, bratem Ryszardem. Mnich ten nie wiedział jak się zachować wobec Joanny, nie był bowiem pewien, czy nie jest ona czarownicą. Krępował się zatem do niej podejść. Zachęciła go, mówiąc: “Podejdź śmiało. Nie odfrunę”. Zaś podczas swego procesu skazującego zdobyła się kiedyś na wyraz przaśnego humoru: gdy przesłuchujący ją ksiądz Bosguillaume pomylił fakty z jej życiorysu, zapowiedziała mu, że jeśli jeszcze raz tak się pomyli, to go “wytarga za uszy”.

“Najsłodszy Panie, na honor Twej Swiętej Pasji, zaklinam Cię, jesli mnie miłujesz, bys objawił mi jak powinnam odpowiadac tym duchownym…”

Musiała odpowiadać za swoje zwycięstwa militarne oraz za swoje porażki. Atakowano ją za wszystko, za co się dało, był to proces, w którym sądzono zarówno za herezję i bałwochwalstwo jak za sprawy polityczne. Uśmiercając Joannę wymierzano tym policzek Karolowi VII, policzek tym bardziej dotkliwy, ze Karol VII nie próbował replikować.

Miano jej za złe jej zwycięstwa, bo ginęli ludzie, miano jej za złe porażki – z tego samego powodu. Pytano dlaczego zaatakowała Jargeau (12 czerwca 1429) zamiast negocjować z dowódcą garnizonu angielskiego w tym mieście (lordem Suffolk, który potem, zanim poddał się do niewoli francuskiemu szlachcicowi, pospiesznie pasował go na rycerza, bo krępował się być jeńcem kogoś, kto rycerzem nie był); dlaczego zaatakowała Paryż w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny (8 września 1429); dlaczego wypowiadała opinie na temat tego który z trzech ówczesnych papieży był prawowitym papieżem (Marcin V, Klemens VIII, Benedykt XIV); dlaczego zgodziła się, by Franquet d’Arras (pojmany do niewoli szlachcic winny złodziejstwa i morderstw) został osądzony za swoje czyny przez władze dwóch miast, w których dopuscił się zbrodni (chciała go poczatkowo wymienić za jednego ze swoich ludzi, ten jednak został zabity przez Burgundczyków, więc do wymiany nie doszło); czy była świadkiem zabijania Anglików (“W imię Boga, tak. Jakże łagodnie mówisz! Czemu nie odejdą z Francji do swego własnego kraju?”. Słysząc to, pewien angielski szlachcic miał wykrzyknąć: “Really, to wspaniała kobieta! Gdybyż tylko była Angielką!”); dlaczego jej sztandar został wniesiony do katedry na koronację Karola VII (“miał swój udział w bólu, należał mu się udział w chwale!”); dlaczego w celu udania się na wojnę uciekła z domu swych rodzicow i czy w jej opinii nie było to grzechem (“Jesli Bóg tak nakazał, trzeba było usłuchać, nawet gdybym miała stu ojców i sto matek, albo gdybym była córką króla, odeszłabym”); dlaczego procesowała się w kwestii małzeństwa (ojciec chciał ją wydać za mąż za pewnego młodzieńca, który potem podał ja do sądu za złamanie obietnicy małżeństwa; Joanna broniła się sama w sadzie w Toul; musiała wypasć przekonująco, bo sprawę wygrała); czy Anioł (z którym “rozmawiała”) nie zaniedbał jej, skoro dostała się do niewoli (“myslę, ze skoro Bóg tak chciał, to jest to dla mojego dobra, ze się dostałam do niewoli”); dlaczego nazywała siebie “córką Boga” i tak dalej. Niektóre stawiane jej pytania wydają się dzisiaj wręcz głupie, na przykład czy pozowała do portretu (“samochwalstwo”), gdzie trzymała swoją mandragorę (zakładano, że musiała mieć tę roślinę, jako że utożsamiana ona była z czarami…), czy przyczepiła sobie do hełmu aureolę lub czy to prawda, że mówiła, że zamierza mieć trzech synów, z których jednego chciała uczynic papieżem, drugiego cesarzem, a trzeciego królem.

Były jednak pytania, ktore powtarzały się bez przerwy, sprawy do których sędziowie stale powracali. Dotyczyły one “bałwochwalstwa” oraz “rozwiązłości” Joanny, sprawy zwiazane z podporządkowaniem się osądowi “Matki Kościoła”, sprawa męskich strojów, które nosiła oraz – jak łatwo zgadnąć – jej “objawień” oraz “głosów” świętych i aniołów.

Broniła się w zasadzie sama. Gdy jednak – w późniejszej części procesu – sędziowie zebrali oskarżenia wobec niej w 70 punktów i miała na owe punkty odpowiadać, otrzymała pomoc z najmniej spodziewanej strony. W tym miejscu powiedzieć wypadałoby parę ciepłych słów pod adresem asystenta inkwizytora, dominikanina nazwiskiem Isambard de la Pierre. Okazji dostarczył fakt, ze sala była pełna i dla niektórych z sądzących duchownych (było ich w sumie 62) brakować zaczęło miejsca. Wspomina inny dominikanin, Guillaume Duval:

“Ponieważ nie było miejsc siedzących dla nas wśrod rady, poszlismy, zgodnie z naszym zwyczajem, by usiąść przy stole obok Dziewicy. Tam, gdy Joanna była przesłuchiwana, Brat Isambard ostrzegał ją jak miała odpowiadać, szturchając ją łokciem”

“Każę cię wrzucić do Sekwany!” - groził później za to Isambardowi lord Warwick, odpowiedzialny za jej więzienie.

“…znam dobrze, jeśli chodzi o ten strój, rozkaz, na który go włożyłam; ale nie wiem w jaki sposób mam go porzucić; zechciej mnie pouczyć”

Jednym z bardziej męczących zarzutów był ten, powtarzany w kółko, o ‘niestosownym’ ubiorze Joanny. Niestosowność ta polegała na tym, że ubierała się po męsku oraz że była to “bardzo szlachetna odzież ze złotego i jedwabnego materiału z dużą ilością futra”. Zarzutem było na przykład, ze nosiła “kaptur i modne, szkarłatne pończochy” (noszone wówczas przez mężczyzn). Już na długo przed procesem w Rouen jej wrogowie wręcz przescigali się w wyliczaniu tych męskich części garderoby oraz broni, których “nieprawnie” używała: “koszule, bryczesy, kamizele ze sztylpami łączonymi z nią dwudziestoma sznurówkami, wysokie pantofle sznurowane po zewnętrznej stronie, krótką pelerynę do kolan, muszlowaty kapelusz, ciasno przylegające długie buty, długie ostrogi, miecz, sztylet, kolczugę, lancę i inną broń, w którą się zbroiła jak mężowie pod bronią”.

Ta swego rodzaju obsesja przeciwników Joanny jej strojami znalazła wręcz – a jakże! – swe ukoronowanie podczas jej procesu, gdy w jednym z punktów oskarżenia znów zabawiono się w owa “wyliczankę”:

“czasem ubrana we wspaniałe i pełne przepychu odzienie z cennego materiału, złota jak równiez futer. I nie tylko nosiła krótkie tuniki, lecz także tabardy (krótkie luźne odzienie nakładane przez rycerzy na zbroje i pokryte barwami oraz herbami rodowymi – przyp. MM) oraz peleryny otwarte po wszystkich stronach; znany jest fakt, ze pojmana została w złotej huque, otwartej ze wszystkich stron” (huque to tez rodzaj tabardu z powiewającymi na wietrze luźnymi pasami materiału).

Dość powiedzieć, ze o sprawy swego ubioru Joanna była wypytywana częściej nawet niż o wolę podporzadkowania się kościołowi!!! O strój pytano ją już podczas drugiego dnia procesu, 22 lutego 1431 (“Kto poradził ci włożyć męski strój?”), podczas gdy o podporządkowanie się autorytetowi hierarchii dopiero niemal cztery tygodnie później, 15 marca (“Przede wszystkim Joanna została życzliwie upomniana, ostrzeżona i zapytana, czy jeśli uczyniła cokolwiek, co mogłoby być przeciw naszej Wierze, czy pozostawi to osądowi decyzji Świętej Matki Kościoła”).

I tym razem – jak i w innych tego rodzaju przypadkach – jej odpowiedź zasługuje na baczną uwagę:

“Niechaj moje odpowiedzi będą badane przez Duchowieństwo: niechaj ono mi wówczas powie, czy w nich jest cokolwiek przeciw Wierze Chrześcijańskiej. Ja z pewnością przez swoja radę (“conseil” – a pod tym pojęciem rozumiała swoje “głosy”, które jej doradzały – przyp. MM) będę wiedziała co to jest, i potem powiem co ma być sądzone i zdecydowane. Ponadto jesli jest w nich cokolwiek złego przeciw Wierze Chrześcijańskiej, którą Nasz Pan nakazał, to nie będę sobie życzyła tego podtrzymywać i będę żałowała, że się sprzeciwiałam”.

No, więc kto ostatecznie miał według niej “sądzić” i “zdecydować”? Ona sama!

Najwyraźniej sędziowie byli wprost oburzeni męskimi strojami Dziewicy w stopniu mniej więcej takim, w jakim dziś niektórzy t.zw. “tradycjonaliści” za “bezeceństwo” uważaja wszelka nawet myśl o ministrantkach czy wyświęcaniu kobiet na księży. Powoływali się przy tym na Pismo Święte, które zakazuje kobietom ubierania się po męsku i mężczyznom po kobiecemu (Dt 22;5). Bogactwo zaś owych strojów uznali za wyraz pychy. Tu jednakże “okolicznością łagodzącą” jest fakt, że w ówczesnym społeczeństwie strój znamionował przynależność do grupy społecznej i nakładał on na swego właściciela określone reguły postępowania, właściwe dla danej grupy. Joanna uważała, że ma do spełnienia ważną misję i że fakt ten musiał być uwidoczniony jej strojem. Dodatkowo pamiętać należy, ze to nie ona zamawiała i nabywała owe ubiory, lecz albo król albo lokalne władze (np. w Orleanie). No i przypomnijmy w tym miejscu fakt, o którym niezbyt wielu wie: w grudniu 1429 roku Joanna oficjalnie otrzymała (na piśmie) od króla Karola VII tytuł szlachecki wraz z herbem - patrz powyżej: herb i owo pismo.

Szokujące dla tych duchownych było to, że Joanna – jako kobieta – nosiła męskie krótkie tuniki, pod którymi wyraźnie było widać kształt nóg. Był to jeden z tych powodów, dla których uważali oni ją za “rozwiązłą”, pomimo faktu potwierdzenia (i to dwukrotnego) jej dziewictwa (“virgo intacta”) w wyniku bezpośredniego badania (1)

Sprawa stroju była też jedną z tych, które przesądzić miały, pod koniec maja 1431 roku, o wyroku śmierci. Zastraszona widokiem stosu 24 maja zgodziła się włozyć strój kobiecy. Po kilku dniach jednak znaleziono ją w celi przebrana z powrotem w swój strój męski (zapewne specjalnie jej w tym celu pozostawiony w celi). Był to też jeden z powodów, dla których w wyroku końcowym nazwano ją “wtórną heretyczką”.

“…uważaj co mówisz, ty, co jesteś moim sędzią…”

Tak zwróciła się do biskupa Cauchona 24 lutego 1431 roku, gdy próbował on narzucic jej przepisaną, oficjalną formę składania przysięgi przed sądem. Był to pierwszy tak wyraźny sygnał zapowiadający, że sędziom trudno będzie skłonić ją do uznania autorytetu władzy kościelnej nad nią, jeśli chodzi o sprawy uważane przez nią za będące bezposrednio wyrażoną jej wolą bożą.

Nigdy z własnej woli nie uznała niczyjego autorytetu ( w tym i papieskiego) nad własnym doświadczeniem religijnym. Nawet gdy mówiła o podporządkowaniu się papieżowi, to w sprawach wiary, a nie w sprawach poznanych własnym doświadczeniem. Jest to w pełni potwierdzone już nawet nie tylko przez poszczególne cytaty z jej zeznań w procesie, choć możnaby cytować wręcz całymi stronicami, lecz przez cały ‘tenor’ jej wypowiedzi podczas tego procesu.

Jak wyglądała hierarchia wartości autorytetu religijnego w oczach Joanny oraz wzajemne relacje między własnym doświadczeniem a autorytetem hierarchii, niechaj świadczą o tym te jej wypowiedzi, w których oba te czynniki zestawione są ze sobą bezpośrednio. Poniższe cytaty są długie, zależy nam bowiem na pokazaniu nie tylko samych wypowiedzi oskarżonej, ale również całego ich kontekstu:

31 marca 1431:

- “We wszystkim, o co jestem pytana, podporządkuję sie Kościołowi Wojującemu, (obecnie zwanemu “pielgrzymującym” – przyp MM) pod warunkiem, że nie nakazuje on niczego niemożliwego…” dodając: “… A w przypadku, gdyby Kościoł zechciał, bym uczyniła cokolwiek sprzecznego z rozkazem danym mi przez Boga, nie zgodzę się na to, cokolwiek by to było.”

“Jeśli Kościół Wojujący powie ci, że twoje objawienia są iluzjami lub rzeczami diabolicznymi, czy podporządkujesz się Kościołowi?”

- “Podporządkuję się Bogu, Ktorego Nakazy zawsze wykonuję. Wiem dobrze, że to, co jest zawarte w mojej Sprawie pochodzi z Nakazu Bożego; to, co potwierdzam w tej Sprawie to to, że postępowałam na rozkaz Boga: to niemożliwe, abym mowiła inaczej. W wypadku, gdy Kościoł nakaże inaczej, nie podporzadkuję się nikomu na świecie, a jedynie Bogu, według Nakazów Którego zawsze postepuję.”

“Czy zatem nie wierzysz, że jesteś poddaną Kościoła Bożego, który jest na ziemi, to znaczy naszego Pana, Papieża, Kardynałów, Arcybiskupów, Biskupów i innych prałatów Kościola?”

- “Tak, wierzę, że jestem im poddana; ale najpierw trzeba służyc Bogu.”

“…Zabierzcie mnie do papieża, to jemu odpowiem…”

2 maja 1431:

- “Naprawdę wierzę w Kościół na ziemi; ale w sprawie moich słów i czynów, jak juz mowiłam, polegam i podporzadkowuję się jedynie Bogu. Wierzę, ze Kościół Wojujący nie może się mylić; ale co do moich słów i czynów, powierzam je wszystkie Bogu, Który sprawił, że uczynilam to, co uczyniłam. Powierzam siebie Bogu, memu Stwórcy, Który sprawił, że uczyniłam wszystkie te rzeczy; odwołuję się zatem do Boga i do siebie samej.”

“Czy zamierzasz przez to powiedzieć, że nie masz sędziego na ziemi? Czy nasz Ojciec Święty, Papież, nie jest twoim sędzią?”

- “Nic więcej wam nie powiem. Mam dobrego Mistrza, czyli Boga; to ku niemu spoglądam we wszystkim, co czynię i ku nikomu więcej.”

“Jeśli nie wierzysz w Kościól, jeśli nie wierzysz w Artykuły Wyznania Wiary “jeden, Święty, Powszechny”, zostaniesz uznana za heretyczkę oraz, przez innych sędziów, ukarana bólami ognia.”

- “Nic więcej wam nie powiem, a jeśli zobaczę ogien, to powiem wszystko to, co wam mówię i niczego więcej” (na marginesie skryba zanotował: “superba responsio”)

“Jeśli Sobór Powszechny – to jest, gdyby tu byli nasz Ojciec Święty, Papież, Kardynalowie, Biskupi i inni, to czy nie odwołałabyś się i nie podporządkowała takiemu Świętemu Soborowi?”

- “Nic więcej ze mnie na ten temat nie wyciągniecie.”

“Czy podporządkujesz się naszemu Ojcu Świętemu, Papieżowi?”

- “Zabierzcie mnie do niego, to jemu odpowiem”.

Otóz właśnie to: “…to jemu odpowiem” (JAK??!!).

Sądzę, że powyższe, pełne wypowiedzi WRAZ z ich kontekstem mówią wszystko. Teza, że Joanna była ortodoksyjna wedle wszelkich reguł kościelnych, jest po prostu nie do obrony. Można ją jedynie próbować wmawiać tym, którzy nigdy porządnie nie przestudiowali akt procesu.

Pomimo jednak takich wypowiedzi nie należy wnioskować, że Joanna była typem “antyklerykała”. Wniosek taki nasuwać się może tutaj co prawda, zwłaszcza jesli komentarz pisany jest rękę „heretyka” nie ukrywającego swego wstrętu do niektórych aspektów funkcjonowania hierarchii kościelnej. W tym jednak wypadku wniosek byłby całkowicie mylny: Joanna nigdy nie próbowała świadomie podważać pozycji ani roli duchowieństwa w kościele czy też w ówczesnym układzie sił społecznych. Traktowała je jak najbardziej poważnie uważając, że reprezentuje ono Boga na ziemi. Jak słusznie zwracają uwagę rozmaici integryści, nie jest znany ani jeden przypadek jej buntu choćby przeciwko faktowi chciwości materialnej hierarchów, ich zamiłowania do wystawnych strojów, bogacenia się kosztem słabszych finansowo ko-religionistów itd. Najwidoczniej sprawy te nie odgrywały dla niej pierwszorzędnej roli. Nie była też typem “rewolucjonistki” łamiącej bariery klasowe, chociaż niewątpliwie prawdą jest, że przynajmniej początkowo, to ona miała w sobie więcej optymizmu i animuszu niż krol. To ona doprowadziła do jego koronacji, niemalże “za rękę” prowadząc go aż do Reims.

Gdy była mowa – po raz kolejny – o owym podporządkowaniu się autorytetowi kościoła, pokazać się miało, jakie były motywy Joanny (jak również charakter całego procesu). Jak zeznał po latach brat Isambard de la Pierre z inkwizycji:

“Interweniowałem, by poradzić jej podporządkowanie się Soborowi Powszechnemu w Bazylei, który wówczas obradował. Joanna spytała mnie co to jest “Sobór Powszechny”. Odpowiedziałem, że to kongregacja Kościoła Powszechnego i że na tym soborze prałatów i doktorów Chrześcijaństwa było tylu członków z jej stronnictwa co i ze stronnictwa Anglików. Usłyszawszy to, Joanna zaczęła mówić: “Och, ponieważ tam są tacy, co są od nas, to chcę się tam udać i podporzadkować Soborowi w Bazylei”. Natychmiast, upominając mnie z wielką złością i oburzeniem, biskup  Beauvais wykrzyknał: “Badź cicho, u diabla!” (“de par le diable!”).  Wtedy notariusz, Guillaume Manchon, spytał czy może zanotować podporządkowanie się Joanny Soborowi. Biskup odpowiedział mu, że nie, nie jest to konieczne i że ma uważać, by tego nie zapisywać. Na co Joanna zwróciła się do biskupa: “Ha! Ty piszesz to, co jest przeciw mnie, a nie piszesz tego, co na moją korzyść”. Jak sadzę, istotnie deklaracja Joanny nie została zapisana i było wielkie szemranie pośrod obecnych.”

A zatem Joanna chciała się podporządkowac soborowi, ale tylko dlatego, że tam byli reprezentowani jej zwolennicy.

W związku ze skazaniem Joanny niejednokrotnie (zresztą słusznie) stawia się zarzuty królowi Karolowi VII (który zawdzięczał jej koronę), że nie uczynił on prawie nic, by np. wykupić Joannę z rąk angielskich, że kontrastowała taka postawa z postawą  Anglików, nie żałujących pieniędzy Burgundczykom (którzy wzięli Joanne do niewoli), by dostać ją wreszcie w swoje ręce. To w zasadzie prawda, choć odnotowano, że Karol jednak – wg. niektórych świadectw – próbował nieśmiało negocjować z Burgundczykami. Prawdą jest jednak równocześnie, że ze strony papieża uczyniono jeszcze mniej: nie ma mowy nawet o “nieśmiałych” próbach negocjacji czy bodaj mediacji, choć przecież papież był wówczas w stanie uczynić więcej niż Karol VII. Nie był bowiem wrogiem Anglii i jego sugestie mogły w tym kraju paść na podatniejszy grunt. Karol przynajmniej zainicjował rehabilitację pośmiertną Joanny (nie bez względu na swój własny interes polityczny), papież nie uczynił nawet tego. On jedynie wyraził zgodę na proces rehabilitacyjny, gdy był on już dla Rzymu politycznie obojętny. Cokolwiek by nie powiedzieć jednak o intencjach Karola VII oraz papieży Marcina V, Eugeniusza VI czy Kaliksta III, wydaje się mimo wszystko mało uczciwym zrzucanie całej winy na króla Francji za bezczynność przy jednoczesnym oszczędzaniu głow Kościoła, a nawet chwaleniu ich za… postępowanie w podobny sposób.

“…to ja byłam tym Aniołem…”

Wyobraźnia! Ileż już napisano na jej temat! Czytamy o bujnej wyobraźni, o braku wyobraźni, nawet o chorej wyobraźni. Czytamy o genialnej wyobraźni oraz o takiej, która w opinii wielu staje się niemal widzeniem lub proroctwem. Rzadziej jednak czytamy o wymuszonej wyobraźni, choc zdarza się ona stosunkowo często. Czym się taka wyobraźnia charakteryzuje? Jak łatwo się domyślić, chodzi o tworzenie fikcji pod presją, w okolicznościach, w których trudno mówić o pewnych rzeczach wprost. Trochę przypomina to nieraz pospieszne wymyślanie historyjek mających na celu usprawiedliwienie samego siebie w obliczu spodziewanej groźby. Każdy z nas jest w stanie sięgnąć pamięcią do owych – często niewinnych i może dziś już śmieszących nieco z perspektywy czasu sytuacji, gdy trzeba bylo ratować się z opałów opowiedzeniem czegoś, czego początkowo wcale nie planowano mówić. Wyobraźmy sobie sytuację podobną w swym charakterze, spotęgowaną jednak wagą spraw państwowych i rozpatrywaną z całą powagą, na jaką zdobyć się potrafił eklezjalny sąd inkwizycyjny.

Jednym z ciekawszych wątków procesu Joanny d’Arc była sprawa t.zw. “znaku”, jaki Jehanne miała dać – z pomocą Boską – królowi (a właściwie – wówczas jeszcze – “delfinowi”) Karolowi VII francuskiemu, znaku mającego potwierdzić jej boskie posłannictwo. Ale zacznijmy po kolei:

Pierwsze spotkanie Joanny z Karolem miało miejsce późnym popołudniem 6 marca 1429 roku na zamku w Chinon (na zdjęciu: fragment ruin zamku z widocznym kominkiem w pomieszczeniu, w którym miało miejsce owo spotkanie). Co prawda początkowo odbywało się ono w obecności licznie zgromadzonych arystokratów i owego niezbyt okazałego ‘dworu’ (według Joanny “około 300 osob”) tego zbiedniałego i raczej pesymistycznego, chuderlawego, wątłego monarchy o krzywych nogach, których kolana niemal obijały się o siebie przy chodzeniu. Jednak nieco później tych dwoje miało okazję rozmawiać przez chwilę na osobności. Już wówczas krążyć zaczęły historie na temat tego, co zostało wypowiedziane między nimi. Jednakże chodziło właśnie o to, co ona jemu miała do powiedzenia, a co wielu autorów uważa za słowa otuchy polegające na zapewnieniu Karola, ze jest on prawowitym synem krola Francji (wysiłki były bowiem czynione – również ze strony matki Karola, Izabeli Bawarskiej – by tę prawowitość zanegować). Nie było jednak mowy o dawaniu żadnych widocznych znaków. Sama Joanna miała zresztą dość jednoznaczną opinią na temat “dawania znaków” przez siebie innym ludziom (tak jak – czasami – Chrystus – p. Mt 12;39). Gdy – krótko później – na polecenie Karola VII, była egzaminowana w Poitiers przez przedstawicieli duchowieństwa pod kątem jej kontaktów mistycznych i zażądano od niej dania jakiegoś ‘znaku’ w celu przekonania zebranych eklezjastów o autentyczności jej posłannictwa, odpowiedziala: “W imię Boga (‘En nom Dieu’), nie przybyłam do Poitiers, by dawać znaki. Ale zaprowadźcie mnie do Orleanu, a ja wam pokażę znak, dla którego przybyłam “. Pod pojęciem znaku w Orleanie miała na myśli walkę zbrojna o przełamanie jego oblężenia przez Anglików (“…żołnierze będą walczyli, a Bóg im da zwycięstwo”).

Później jednak plotki rozrosły się do sensacji o “znaku” otrzymanym przez Karola od dziewicy inspirowanej przez Boga.

W 1431 roku jej sędziowie w Rouen powrócili do tego tematu. Już 22 lutego zapytali: “Czy widziałaś Anioła ponad Królem?”. Wtedy jeszcze odparła wymijająco, że zanim król powierzył jej misję, sam “…miał wiele widzeń i pięknych objawień”. Uchyliła się jednak od opisania tychże. 27 lutego została ona zapytana przez nich ponownie “Czy ponad głową twego króla był anioł, gdy spotkałaś się z nim po raz pierwszy?”. Joannę jakby kto obuchem uderzył. Zaraz się żachnęła: “Na Panią Naszą! Jesli był, to nic o tym nie wiem; nie widziałam go.” Były to pierwsze wzmianki o aniele towarzyszącym Joannie i Karolowi podczas ich rozmowy w Chinon.

1 marca wypytując ją o jej ‘widzenia’, pełne świętych w koronach, zapytali ją nagle: “Gdy pokazałaś swój znak królowi, byłaś z nim sama?”.

-   “Nie przypominam sobie nikogo więcej, choć w pobliżu było wielu ludzi”

“Gdy pokazałaś znak królowi, widziałaś koronę na jego głowie?”

Była to pierwsza wzmianka dotyczaca korony. Odpowiedziała im, że myśli, że “…mój król przyjął z radością koronę, która miał w Reims (czyli cztery i pół miesiąca później, 17 lipca 1429, podczas koronacji – przyp. MM), ale inna, znacznie bogatsza, była mu dana później”. Zapytana, czy widziała tę inna, bogatsza koronę, odparła, że jedynie słyszała, że jest ona bogata i “cenna do pewnego stopnia”. Widzimy zatem, że w tym momencie nie uchylała się ona już od wersji, według której “dała znak” Karolowi. W dalszym jednak ciągu trzymała się wersji, że żadnej cudownej korony nie widziała. Widziała jedynie tę, którą włożono krolowi na głowę podczas koronacji w Reims. Z całą pewnością widziała ją doskonale, tak jak sam król, gdyż stała tuż przy nim ze swoim sztandarem, jako jedyna osoba dopuszczona tak blisko podczas ceremonii.

10 marca Jehanne zupełnie zmieniła swą wersję: teraz już znak, dany przez nią królowi “był piękny, godny i najbardziej wiarygodny; najlepszy i najbogatszy na świecie”. Stwierdzila także, że on “trwac będzie tysiąc lat i więcej. Moj znak jest w skarbcu króla”. Proszę tez zwrócić uwagę na poniższy opis z jej zeznania:

-  “…Dziękowalam Panu Naszemu za wybawienie mnie z kłopotu, jaki miałam z duchownymi z naszego stronnictwa, którzy argumentowali przeciwko mnie; i uklękłam kilka razy. Anioł od Boga i od nikogo innego, posłał znak memu królowi; i za to wiele razy dziękowałam Panu Naszemu. Księża z naszego stronnictwa przestali mnie atakować, gdy poznali ten znak”

“Zatem duchowieństwo z twego stronnictwa widziało ten znak?”

-  “Gdy moj król i ci, co byli z nim, zobaczyli znak oraz Anioła, który go przyniosł, spytałam mego krola, czy był przekonany. Powiedział, że tak. Potem odeszłam i poszłam do małej kaplicy w pobliżu. Słyszałam od tamtej chwili, że po moim wyjsciu ponad trzysta osób widziało znak. Z miłości do mnie oraz by mnie nie wypytywano, Bóg pozwolił pewnym ludziom z mego stronnictwa zobaczyć znak na jawie.”

“Czy twój król oraz ty, oddaliście cześć Aniołowoi, który przyniosł znak?”

“Tak; pozdrowiłam go, uklękłam i zdjęłam czapkę.”

Rzecz jasna, ze strony ani króla ani kogokolwiek obecnego wówczas w Chinon (również z owych “ponad trzystu osób”) nigdy, nawet podczas procesu rehabilitacyjnego Joanny, nie pojawiło się żadne potwierdzenie powyższej historii. Joanna poszła “na całego” w wymyślaniu i ubarwianiu tej wersji przed sądem inkwizycyjnym. 13 marca w historii tej pojawiły się jednak prawdziwe elementy, które mogą pomóc w zidentyfikowaniu jej jako swego rodzaju alegorii:

“Znakiem było to, że Anioł zapewnił mego króla, przynosząc mu koronę, że będzie on miał całe krolestwo Francji z pomocą Boską i poprzez mój wysiłek; że miał zacząć pozwolić mi działać – czyli dać mi zbrojnych mężów; i że w przeciwnym wypadku nie zostanie tak prędko koronowany i konsekrowany.”

Opis zaś owego znaku – owa fantazja – jest pomieszany gęsto z opisem koronacji w Reims:

“W jaki sposób Anioł niósł koronę? I czy osobiście włożył ją na głowę króla?”

-  “Korona była dana Arcybiskupowi – to jest Arcybiskupowi Reims (abp Regnault de Chartres – przyp. MM) jak mi się zdaje, w obecności króla. Arcybiskup otrzymał ją i dał ją królowi. Byłam przy tym obecna. Potem koronę umieszczono wsród skarbow krola”.

Mamy tu zatem do czynienia z alegorią (tak jak w innej literaturze z chodzeniem po wodzie czy fizycznym zmartwychwstaniem), choć wypada przyznać, że opowiedziana ona została w formie mogacej istotnie sprawić na sędziach wrażenie krzywoprzysięstwa.

Natomiast przedmiotem kontrowersji jest coś innego. Gdy wydano na Joannę ostateczny wyrok (29 maja 1431) i poinformowano ją o tym następnego ranka (30 maja) oraz o tym, że za chwilę zostanie zabrana na egzekucję, Joanna wyznać miała, że jej głosy ją “oszukały” (spodziewała się bowiem uwolnienia) oraz to, że w spotkaniu z królem Karolem to ona sama była tym aniołem, który objawił mu boski znak. Reakcja Joanny była zatem analogiczna do jej wyrzeczenia z 24 maja oraz do jej (wyrażonej dopiero wówczas!!!) gotowości podporządkowania się papieżowi (2) . Osobiście nie biorę jej tych chwil słabości za złe. Skoro Chrystusowi wolno było narzekać, że “Bóg go opuścił” (Mt 27;46, Mk 15;34), to cóż złego, jeśli Joanna d’Arc uległa podobnemu wrażeniu? Na dodatek określenie, że ona sama “była tym Aniołem”, który przyniósł jej królowi koronę, uważam za jedną z najlepszych i najpiękniejszych wypowiedzi jej przypisanych, bardzo zgrabnie podsumowującą rolę, jaką odegrała w tym wydarzeniu; rolę, którą król Karol VII osobiście podkreślił, gdy podczas jego koronacji stała tuż za nim ze swym sztandarem, który jako jedyny wniesiony wtedy został do katedry w Reims.

Przedmiotem kontrowersji jest to, że owe wyznania, w formie zeznań siedmiu duchownych rozmawiajacych z nia tego dnia w miejscu jej uwięzienia, spisane i zaprzysiężone, nie stanowią integralnej części dokumentów procesu w Rouen, zostały zaś do owych dokumentów dołączone 7 czerwca 1431 roku, zatem osiem dni po egzekucji Joanny. Trzech notariuszy procesu odmówiło również podpisania tego dokumentu, najprawdopodobniej zresztą dlatego, że nie byli oni obecni tego dnia w celi Joanny i nie byli w związku z tym świadkami odbytej tam rozmowy. Fakty te skłaniały – i w dalszym ciągu skłaniaja – wielu autorów do wyrażania opinii, że dokument ten jest fabrykacją biskupa Cauchona i że z prawdą nie ma on absolutnie niczego wspólnego (zachęcam do zapoznania się z takimi argumentami  http://www.stjoan-center.com/novelapp/joaap02.html ). Osobiście skłaniam się ku wnioskowi przeciwnemu, choć zdaję sobie również sprawę, że kwestia autentyczności tego zapisu w niczym nie zmienia znaczenia zeznan złożonych wcześniej przez Joannę w tej kwestii, a jak sami widzieliśmy, owe zeznania w swej końcowej części jak najbardziej potwierdzają tezę o niej jak o owym “aniele”.

Zwraca też uwagę fakt, że nawet po 25 latach po egzekucji Joanny jej niegdysiejsi sędziowie wciąż nie do końca potrafili wycofać się ze swych pierwotnych opinii na jej temat. Na przykład Jean Beaupere, teolog i kanonik z Rouen, już w pierwszym zdaniu swego zeznania podczas pierwszego dochodzenia w sprawie “rehabilitacji” Joanny stwierdził, że:

“Co do wizji wspomnianych podczas Procesu wspomnianej Joanny, reprezentowałem i wciąż reprezentuję poglad, że wynikały one bardziej z przyczyn naturalnych i ludzkiej intencji niż z czegokolwiek ponadnaturalnego.”

“Joanno, idź w pokoju…”

Krótko przed wyrokiem wygłoszone zostało kazanie, ktorego motywem przewodnim był cytat z Nowego Testamentu, a mianowicie z 1 Kor. 12;26 (“Tak więc, gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki…”)

Joanna słuchała kazania w spokoju, nie probując przerywać (na zdjęciu: model sceny egzekucji). Po kazaniu ks. Midiego Cauchon wezwał ją, by pomyślała o zbawieniu swej duszy. Towarzyszyli jej w tym momencie dwaj dominikanie (Ladvenu i de la Pierre). Nastepnie odczytano wyrok, którego fragmenty zacytowano na wstępie. Gdy odczytany został wyrok, Midi zwrócił się do Joanny mówiąc “Joanno, idź w pokoju. Kościół nie może cię juz dłużej chronić i przekazuje cię ramieniu świeckiemu”. W tym momencie Joanna, ubrana w czarną szatę i z chustą na ogolonej głowie została dodatkowo ‘ukoronowana’ mitrą z napisem “heretyczka, wtórna heretyczka, apostatka, bałwochwalczyni” por. Mt 27;29). Ukląkłszy, zaczęła prosic wszystkich o modlitwe za nia oraz o przebaczenie. Mówiła – jak relacjonuje świadek, ks. Jean Massieu – około pół godziny.  Wielu spośród paru tysięcy ludzi tam obecnych było głeboko poruszonych, natomiast otaczajacy gęsto Joannę zołnierze angielscy kwitowali jej słowa gromkim śmiechem.  Ks. Loyseleur, który odegrał wyjątkowo paskudna rolę w jej procesie (przebywał z nią przez pewien czas w jej celi udając stronnika Karola VII i słuchając jej spowiedzi, a nastepnie donosił sędziom), nie wytrzymał i z płaczem odszedł (por. Mt 27;3-4). Musiał udać się do lorda Warwicka szukając ochrony, gdyż niektórzy żołnierze wygrażali mu jako zdrajcy. Wkrótce ratował się ucieczką z miasta. Odszedł również Guillaume Manchon, jeden z notariuszy sporządzających protokoły procesu. Nie został odczytany jednak – wbrew istniejącej procedurze – żaden wyrok władzy świeckiej. Joannę odprowadzono jedynie do miejsca, w którym zasiadł urzędnik sądowy miasta Rouen. Wykonał on gest ręką, mówiąc “bierzcie ją, bierzcie ją!”. Natychmiast została zawleczona przez żołnierzy na rusztowanie stosu.

Do pala, do którego została przykuta, przybita była tablica z napisem zawierającym wszystko to, o co ją publicznie oskarżano:

“Joanna, która zwała siebie Dziewicą, kłamczyni, zgubnie oszukująca lud, czarownica, przesądna, bluźnierczyni przeciw Bogu, zniesławiająca wiarę Jezusa Chrystusa, samochwalcza, bałwochwalcza, okrutna, rozwiązła, przywołująca demony, apostatka, schizmatyczka i heretyczka”.

Istotnie, trudno chyba było w jednym zdaniu pomieścić więcej epitetów. Tak nawiasem, umieszczanie tablic z napisami w miejscach kaźni rozmaitych heretyków było zwyczajem, który trwał całe stulecia – por: Mt 27;37 , Mk 15;26, Lk 23;38 i Jn 19;19).

Joanna przywoływać teraz zaczęła owych świętych, którzy byli dla niej inspiracją, szczególnie św. Michała Archanioła.

Gdy jeszcze jej ręce nie były skrępowane, poprosiła o krzyż i jeden z angielskich żołnierzy naprędce wykonał dla niej krzyżyk z dwóch patyków. By go nie zgubić, włożyła go za pas, pod swoją czarną szatę. Chciała jednak, by przyniesiono jej krucyfiks i trzymano go tak, by mogła go widzieć. Massieu posłał więc Isambarda de la Pierre po taki krucyfiks do pobliskiego kościoła Saint Sauveur, sam zaś wspiął się na rusztowanie ze słowami pociechy dla skazanej.

Żołnierze zaczęli w międzyczasie okazywać zniecierpliwienie przedłużającą się procedurą. “Cóż to, księże,” - zawołał jeden z nich - “chcesz nas tu trzymać do obiadu?”

Krótko przed dwunastą w południe zapłonął więc jeden z najsłynniejszych stosów w historii. Poczucie wazności własnej misji zdawało się nie opuszczać Joanny nawet wówczas: gdy płomienie wznosiły się coraz wyżej, jeden ze świadków usłyszał jej wołanie “Ach, Rouen! boję się wielce, że cierpieć będziesz za moja śmierć!” (“Ah, Rouen! j’ay grant paour que tu ayes à souffrir de ma mort’”). Ostatnim jej słowem słyszanym przez świadkow, było głośno powtarzane “Jhesus! Jhesus!”

Zmarła od wysokiej temperatury na szczycie rusztowania zanim jeszcze dosięgły jej płomienie. Dopiero po pewnej chwili od ognia zajęło się jej odzienie. Gdy spłoneło, katom nakazano przygaszenie ognia tak, by pokazać tłumowi jej nagie ciało i  zademonstrować (oraz sprawdzić), że rzeczywiście nie żyje (por. Jn 19;34). Krążyły bowiem pogłoski, że może ona nawet w ostatniej chwili uciec (była wszak “czarownicą”…). Dopiero po chwili rozpalono ogień na nowo.

Spór o Joannę

To, że nie chciała umierać, potwierdza jedynie jej wolę życia, brak u niej jakichkolwiek skłonności do męczeństwa, samobojstwa czy masochizmu, co w gruncie rzeczy czyni jej śmierć prawdziwa “pasją”, śmiercią osoby o jak najbardziej zdrowych ludzkich reakcjach i zdrowym umyśle. Była osobą, której męczeństwo narzucono, a nie osobą, ktora w chorym widzie chciałaby być męczona. Zgadzam się tu całkowicie z angielskim autorem Edwardem Lucie-Smithem, który stwierdził, że “Joanna nie miała w sobie nic z owego masochizmu, ktory często znamionował temperament męczenników” (“Joan of Arc”, 1976). To wyraźna zaleta, nie ujma. Jest to w jaskrawej opozycji do męczeństwa niektórych wczesnych chrześcijan, ktorzy wręcz łakneli śmierci za swe przekonania, bo uważali ją za swój święty obowiązek, jak św. Ignacy z Antiochii, który w drodze na spodziewaną egzekucję w Rzymie (ok. 110 r.n.e.) pisał w swym liście do Rzymian, by za żadna cenę nie próbowali go ratować, bo on chce stać się “ciałem Chrystusa” mielonym zębami lwów, lub też jak pewna grupa chrześcijan z rzymskiej prowincji “Azja” (dzisiejsza Turcja), którzy stawili się u tamtejszego prokuratora żądając, by ich kazał uśmiercić za wiarę. Mądry Rzymianin mógł jedynie odpowiedzieć im, ze tego nie zamierza uczynić, jeśli jednak chcą umrzeć, to proszę bardzo, istnieją skały, klify i powrozy, niechaj sami się obsłużą. Brak wiadomosci, czy istotnie to zrobili, wypada zatem mieć nadzieję, że lekka kpina rzymska znalazła drogę do ich umysłów i skutecznie przywołała ich do porządku.

Opór Joanny przed śmiercią połączony z jej niewatpliwą i niepodważaną przez nikogo odwagą nadaje jej “pasji” dodatkowego wyrazu autentyzmu, bez konieczności tworzenia sztucznych mitologii i legend, tak bujnie kwitnących tam, gdzie brak szczegołowych zapisów potwierdzających bieg wypadków. Tak, to prawda, o Joannie też mitologizowano na potęgę, ale przynajmniej w jej wypadku stosunkowo łatwo oddzielić prawdę od fikcji.

Choć jednak Joanna nie pragnęła męczeństwa, nie zmienia to faktu, ze męczennicą się istotnie stała. I to jak najbardziej męczennicą za wiarę. Nie męczennicą za tę oficjalną wiarę Kościoła, za takową Kosciół nie mógł jej uznać, bowiem ani francuscy duchowni, którzy ją skazali ani ich angielscy mocodawcy nie byli wrogami Kościoła Katolickiego i nie zajmowali się jego prześladowaniem. Stąd tez oficjalnie Joanna została kanonizowana (aż 489 lat później!) nie jako “święta męczennica“, lecz jako “święta dziewica“. Jednak bez swej śmierci oraz jej okoliczności wątpliwe jest, czy kiedykolwiek zdecydowanoby się ją w ogóle kanonizować.  Tymczasem pomimo ewidentnych podtekstów politycznych procesu oraz pomimo angielskiej zapowiedzi, że jeśli inkwizycja jej nie skaże, to oni, Anglicy, sami wytoczą jej proces, pozostaje poza wszelkimi watpliwościami, że przyczyną jej egzekucji była jej wiara, lub też – by wyrazić to jaśniej – rodzaj tej wiary.  Z całą pewnością nie została stracona, bo była kobietą. Nawet nie za to, że prowadziła wojsko, w końcu wielu to czyniło. Nie zemszczono się na niej jako na osobie ze stanu włościańskiego. W końcu wielu zbrojnych – i to wysokich rangą – miało podobne ‘korzenie’, lecz zostali szlachcicami. Przypomnijmy raz jeszcze to, co wspomnieliśmy powyżej: w chwili swego procesu Joanna już od półtora roku oficjalnie nie zaliczała się do stanu włościańskiego. Nie zabito Joanny dlatego, że wygrywała bitwy. W końcu zdarzało się jej również przegrywać, jak podczas próby zdobycia Paryża czy pod La Charite. Wielu też dowódców – i to również znakomitych – dostawało się do niewoli i nie kończyło na stosach. Ale patrzmy na nią: ona ścięła włosy jak mężczyzna, ubierała się po męsku, chodząc w ubiorach pokazujących kształt jej nóg i na dodatek śmiała “bezczelnie” twierdzić, że na wojnę posłał ją Pan Bóg osobiście, posługując się jako swymi kurierami dwiema świętymi i jednym archaniołem! Jak gdyby jeszcze tego nie było dość, potrafiła wygrywać! Mało tego: doprowadziła do koronacji swego króla i spowodowała, że stronnictwo tego króla ożywiło się w wojnie i przejęło inicjatywę! Tego już było zdecydowanie za wiele dla zwolenników ‘ideologicznego’ status quo !

Taka osoba mogła – biorąc pod uwagę mentalność średniowieczną – być tylko inspirowana. Inspirowana albo przez Boga, albo przez diabła. Zakładając nawet, że Anglicy chcieli się jej pozbyć za wszelką cenę – nie musieli tego czynić za pomocą ‘kanału’ inkwizycji. Zabójstwa wybitnych jednostek przecież się zdarzały i bez takich ceregieli i to również w Anglii: sam ówczesny król Anglii, Henryk VI, zakończył później życie jako ofiara mordu. Ale sposób, w jaki prezentowała się publicznie Joanna, czynił pokusę posłużenia się inkwizycją tym wiekszą, im bardziej różniła się od ustalonego wzorca ‘normy’ i im bardziej przypisywano jej świętość już za życia oraz tym bardziej im bardziej takiego procesu domagali się eklezjaści (pamiętajmy: to duchowni oraz teologowie jako pierwsi wystąpili z inicjatywą procesu Joanny d’Arc, nie świeccy politycy!). Niechaj nie myli nas fakt, że sędziowie Joanny opłaceni zostali z kiesy króla angielskiego. Jesli się uważnie przeczyta zapis wypowiedzi Joanny w procesie, nasunie się wniosek, że nawet gdyby był to proces uczciwszy niż był w rzeczywistości, to i tak mogłaby ona zostać skazana przez swych sędziów, choć może niekoniecznie na karę śmierci.

Niejednokrotnie spotkać się można z opinia, że Joanna d’Arc była “pierwszą protestantką”. W taki sposób przyznawano jej “pierwszeństwo” zresztą w szeregu kwestii, np. nazywając ja “pierwszą nacjonalistka” (co w takim razie należałoby powiedzieć np. starożytnych Rzymianach, Grekach czy Żydach?), “pierwszą feministką” (to co by powiedziec o Kleopatrze?) i tak dalej. Co zaś do “protestantyzmu”, to ktoś kiedyś wyrazić się miał w USA, że była ona “baptystką” (ktoś inny to wyśmiał, sugerując sarkastycznie, że była zapewne Południową Baptystką). Oczywiście piszący odnotowuje wszelkie powyższe sugestie z niekłamaną satysfakcją, jako że są one wyrazem oczywistej fascynacji tą francuską świętą i bohaterką. Dziś wielu zgłasza ‘pretensje’ do niej, uważając ja za swoją: kościoły (na zdjęciu: św. Teresa z Lisieux przebrana za Joannę d’Arc) , grupy społeczne i polityczne (we Francji od prawicy – jak Front Narodowy, mający ją za swój symbol – do lewicy, włącznie z partią komunistyczną), feministki itd. Nie zawsze jednak tak było. Kościół Katolicki, do którego należała (innego wówczas zreszta nie było), “czekał” z jej kanonizacją prawie pięć wieków (choć bardziej wątpliwych “bohaterów” – jak np. Domingo Guzmana, zwanego “swiętym Dominikiem” – potrafił zaliczyć w poczet świętych w sposób nazywany przez Niemców “Blitzschnell“), protestanci nie zawsze uważali ją za “pierwszą protestantkę”, a ludzie Oświecenia niejednokrotnie kpili z jej prostej wiary i mistycyzmu, np. Voltaire nie zostawiał na niej przysłowiowej “suchej nitki”.

Jeśli Joanna d’Arc miałaby zostać uznana za protestantkę, to nie w sensie posiadania pogladów odpowiadajacych doktrynie jakiejkolwiek konkretnej denominacji. Chodziło tu o to, że postawiła własne doświadczenie religijne wyżej niz autorytet Kościoła, łącznie z papieskim. Uważna lektura protokołów zarowno procesu skazujacego jak i późniejszego o 25 lat procesu rehabilitacyjnego pokazuje niedwuznacznie, że chociaż nie ma najmniejszych watpliwości co do jej ewidentnie katolickich wierzeń, nie mieściła się ona całkowicie w ramach ustalonego modelu prawowierności.  Skazano ją w końcu nie na podstawie zeznań jakichkolwiek świadków, lecz na podstawie tego co i jak sam mówiła.

Jesli świadectwem “protestantyzmu” Joanny miała być jej ‘niezależność’ od autorytetu Kościoła Katolickiego, to równie dobrze możnaby ją np. zaliczyć do katarów lub gnostyków. Tymczasem nie w tym rzecz. Zasmucające jest natomiast, że ze strony katolickich apologetów stwierdzenia o “protestantyzmie” tej świętej doczekało się (zbyt często) równie ‘rzetelnych’ komentarzy o jej całkowitej ‘prawowierności’ i bezwarunkowym podporządkowaniu się autorytetowi Kościoła. Przykładem niechaj będzie bardzo emocjonalny artykuł Virginii Frohlick p.t. “Saint Joan of Arc – The First Protestant?” (http://www.stjoan-center.com/topics/Wycliff.html ). Pomińmy tu już ewidentny błąd autorki, spłycający protestantyzm niemal wyłącznie do kwestii buntu wobec hierarchii katolickiej. Autorka stwierdza np., ze Joanna “w pełni zdawała sobie sprawę, że duchowni zebrani w celu sądzenia jej nie reprezentowali Kościoła Rzymsko-Katolickiego, lecz de facto służyli interesom króla Anglii. Wiedziała, że nie będzie mieć uczciwego procesu z ich strony, toteż odmówiła podporządkowania się ich autorytetowi”.

W powyższym prawdą jest jedynie, że oskarżona wiedziała, że sędziowie służą Anglikom i że niczego dobrego nie może się po nich spodziewać. Co do reprezentatywności owych sędziów jako przedstawicieli Kościoła, sprawa jest już mniej jasna. To bowiem, że duchowni służyli krolowi Anglii, nie czynilo ich niegodnymi reprezentowania Kościoła. Tacy duchowni jak arcybiskup Regnault de Chartres, który koronował Karola VII (tak nawiasem: ten arcybiskup również zwrócił się przeciwko niej) czy też duchowni, którzy “badali” Joannę w Poitiers służyli interesom krola Francji i z tego powodu nikt nie podważa ich świadectwa jako niereprezentatywnego dla Kościoła, choć było ono sprzeczne z orzeczeniami duchownych francuskich z “obozu” angielskiego.

“Redemptionis Sacramentum”

Jednym z niewymienionych tu jeszcze hierarchów, niejako patronującym procesowi w Rouen, był Henry Beaufort, biskup Winchester, będący również kardynałem. W kaplicy, w której znajduje się jego sarkofag w katedrze w Winchester (Hampshire, Anglia), naprzeciwko tego sarkofagu umieszczono później, już po kanonizacji Joanny d’Arc (a konkretnie w 1923 roku) jej posąg. Stoi on wyżej niż sarkofag. Joanna “spogląda” więc, ze swym mieczem w dłoni, na kardynała z góry. Cała kompozycja zdaje się sugerować pytanie: “No, i kto w końcu tak naprawdę wygrał?” W Anglii, w której o Joannie za jej życia nie mówiono inaczej niż jako o wiedźmie, do XIX wieku stosunek do niej zmienił się zupełnie. A w nowszych czasach angielscy autorzy zaczęli pisywać najlepsze biografie Joanny, lepsze nawet niż Francuzi.

“Re ligare” to tyle, co “ponownie połączyć”, w tym wypadku ludzi ze światem ducha (stąd: “religia”). Jakby nie interpretować Joanny d’Arc, jedno jest pewne: że w jej wypadku owo “ponowne połączenie” istotnie nastąpiło. Joanna wierzyła – w SIEBIE, poza tym, że wierzyła jeszcze w coś innego; lub też jaśniej: uwierzyła w siebie za pomocą wierzenia w coś innego. Czy to świadomie, czy podświadomie, czy też zupełnie przypadkowo, była w stanie wykorzystać swoj potencjał intelektualny i zainspirować jeszcze wielu innych ludzi. Nie wiemy dokładnie jak takie wewnętrzne inspiracje nastepują w człowieku, są to dla nas tajemnice (“sacramenta”; “mysteria”). Można przystępować do tego, co oficjalnie nazywamy sakramentami nie wiadomo ile razy, ale najważniejszy jest ich rezultat. Jesli jest on pozytywny, to znaczy jeżeli istotnie “rodzimy się ponownie”, to w ten sposób na nowo ustanawiamy sakrament. Ustanawiamy go nawet wtedy, jeśli do żadnego formalnego sakramentu nie przystępujemy.

Sama Joanna, która przyjmowała Komunie Święta wyjątkowo regularnie, uwierzyła w siebie przeciez nie dlatego, że do tego sakramentu przystępowała. To jej własne doświadczenie (jakiegokolwiek rodzaju by ono nie było, a niektórzy autorzy mają interesujące poglądy na jego temat) spowodowało owo “narodzenie się” tej Joanny d’Arc, którą zna, którą interpretuje i o którą spiera się historia (w samej tylko Francji przed rokiem jej kanonizacji ukazało się co najmniej 12 tysięcy publikacji na jej temat). A ponieważ zapisała się w tej historii na trwałe, a egzekucja jeszcze jej w tym dopomogła, tak więc w tym sensie ona również “zwyciężyła śmierć”.

“Jedno życie jest wszystkim, co posiadamy i żyjemy nim tak jak w nie wierzymy. Lecz poświęcać to czym się jest i żyć bez wiary jest losem gorszym niż umieranie”
(Jeanne d’Arc)

 

 

 

 

Post Scriptum

Pierre Cauchon, biskup Beauvais, były rektor Uniwersytetu Paryskiego, przewodniczący trybunału w Rouen. W czasie, gdy trwał proces, liczył sobie około 60 lat. Miał nadzieję zostać arcybiskupem Rouen i uzyskał nawet poparcie angielskiego regenta, księcia Bedforda, jednakze kler w Rouen był temu przeciwny, skutkiem czego Cauchon zadowolić się musiał biskupstwem Lisieux. Był jednakże postacią szanowaną przez Anglikow, w których imieniu podejmowal rozmaite specjalne misje. Był tez Wielkim Strażnikiem Pieczęci pod nieobecność kanclerza. Zmarł nagle na atak serca 18 grudnia 1442 roku podczas golenia, w wieku 71 lat.
Gdy w latach rehabilitacji Joanny przybrała na sile fala nienawiści wobec jego osoby, jego zwłoki zostały wywleczone z sarkofagu przez rozwścieczony tłum, porzucone w rynsztoku i profanowane załatwianiem na nie potrzeb naturalnnych… Nie kończyły się żarty na temat nazwiska “Cauchon”, które wymawia się podobnie do słowa “cochon” oznaczającego we francuskim tyle, co “świnia”.

Regnault de Chartres, arcybiskup Reims, prymas Francji (1380 – 1444), zrobił szybką karierę zarówno w kościele jak i w dyplomacji. Został arcybiskupem Reims w wieku 34 lat (1414), dziesięć lat później Karol VII mianował go kanclerzem Francji. Był głównym architektem dyplomacji Karola VII, dla którego usiłował podminować (początkowo nieskutecznie) sojusz angielsko-burgundzki. Zawsze preferował dyplomacje wobec działan zbrojnych. Początkowo poparł Joanne d’Arc i brał udział w jej eklezjalnym egzaminowaniu w Poitiers. Później jednak zwrócił się przeciwko niej, widząc w niej zagrożenie dla swych wysiłków dyplomatycznych pojednania Karola z księciem Burgundii Filipem Dobrym i to mimo faktu, że jego polityka zbliżenia z Burgundią zaczęła przynosić owoce dopiero po wzmocnieniu Karola jego zwycięstwami inspirowanymi przez Joannę (3). Jest najbardziej podejrzanym o celowe zagubienie lub zniszczenie zapisu badania Joanny w Poitiers, zapisu, do którego później Joanna często odwoływała się podczas swego procesu w Rouen. Dla polepszenia stosunkow z Burgundią sabotował wysiłki wojenne Joanny d’Arc, a nawet próbował przekonać władze miasta Compiegne do podporządkowania się księciu Burgundii, usiłując doprowadzić do “wynajęcia” tego miasta Filipowi Dobremu, na co jednak samo Compiegne nigdy nie wyraziło zgody. Po pojmaniu Joanny przez Burgundczyków pod murami Compiegne (23 maja 1430) nie uczynił absolutnie niczego, by niewygodną sobie Joanne uwolnić z rąk burgundzkich, a potem angielskich, nie próbował nawet – choć mógł, jako prymas – kompletnie zdezawuować podległego sobie biskupa Beauvais jako sędziego w procesie inkwizycyjnym. Jego największym sukcesem dyplomatycznym byl układ w Arras między Karolem a księciem Burgundii (1435), kończący erę sojuszu anglo-burgundzkiego.

Karol VII de Valois, król Francji (1403 – 1461) koronowany w Reims 17 lipca 1429, z udziałem Joanny d’Arc). Jeden z najbardziej zaskakujących monarchów francuskich. Wątłego zdrowia i słaby fizycznie (4) , trapiony był trwogą o własne zdrowie i życie (był 11 dzieckiem swych rodziców, kilkoro sposród nich zmarło bardzo wczesnie), cierpiał na fobie związane z konstrukcjami drewnianymi odkąd drewniana podłoga kiedys się pod nim zapadła. Obawiał się osób sobie nieznanych, współczesni jemu notują, że gdy spożywac miał posiłek w towarzystwie obcej osoby, potrafił bez przerwy się w nią wpatrywac, zapominając o jedzeniu. Nie był nawet pewien tego, czy był synem swego ojca. A jednak ten król, z wrodzoną sobie inteligencją potrafił reformować stopniowo swoje panstwo. Przeprowadził m.in. reformę wojskową poczynając od 1439 roku, zapoczątkowując w ten sposób istnienie we Francji stałej armii. W 1454 roku ponownie ustanowił trzy izby parlamentu. Wcześniej, w 1438 roku uregulował stosunki między kosciołem francuskim a papiestwem, redukując wpływ tego ostatniego m.in. poprzez zagwarantowanie sobie, a nie papieżowi, prawa mianowania biskupów oraz przełożonych zakonnych. Ostatecznie zjednoczył Francję pod swoimi rzadąmi w roku 1453, po zwycięstwie pod Castillon. A i wtedy poza jego władzą bylo m.in. Bordeaux, ktore preferowalo rządy angielskie, gdyż z Anglią związane było przez trzy stulecia. Zdobyte zostało dopiero po długim oblężeniu i pozostało ponure przez całą następną generację.

Henryk VI of Lancaster, król Anglii (1421 – 1471) jedyny syn legendarnego Henryka V, znakomitego stratega i wojskowego, który rozgromił siły francuskie, znacznie większe od własnych w bitwie pod Agincourt (Azincourt) w październiku 1415 roku; w czasie, gdy miał miejsce proces Joanny, Henryk VI liczył sobie zaledwie 9 lat i był obecny w Rouen, a nawet zamieszkiwał w zamku, w którym była więziona. W jego imieniu władzę sprawował wtedy jego wuj, regent Bedford. Oficjalnie koronowany na krola Francji 16 grudnia 1431, nigdy nie powtórzyl sukcesów swego sławnego ojca. W roku 1435 utracił Burgundię jako sojusznika, a w nastepnych latach resztę Francji.  W 1453 roku poważnie zachorował: nie potrafił chodzić ani nawet stać, cierpiał także na utratę pamięci. W Anglii czynnie wystapił przeciw niemu Ryszard, książę Yorku, gromiąc siły krolewskie w bitwie pod St. Albans 22 maja 1455 roku. Ostatecznie Henryk został obalony przez syna Ryszarda, Edwarda, który proklamował siebie królem Edwardem IV. Henryk ukrywał się przez pewien czas na północy Anglii, pózniej został schwytany i osadzony w Tower. 21 maja 1471 roku został zamordowany, najprawdopodobniej przez Ryszarda, księcia Gloucester, przyszłego króla Ryszarda III.

Pierre i Jean d’Arc, bracia Joanny Obydwaj podążyli za swą siostrą, by służyc orężnie królowi. Pierre został nawet pojmany do niewoli wraz z nią, później jednak odzyskał wolność, którą musiał sobie wykupić, niemal doszczętnie się przy tym rujnując. Obydwaj zostali podniesieni do stanu szlacheckiego przez króla w grudniu 1429 roku i od tej pory posługiwali się herbem nadanym rodzinie oraz nazwiskiem “du Lys”. Jean później brał udział w przygotowywaniu procesu rehabilitacyjnego jego siostry, m.in. sformował komisję mającą na celu zebranie ewidencji dotyczącej Joanny z ich rodzinnych stron oraz przygotowanie świadków. Obydwaj bracia zostali szczodrze obdarzeni, nie tylko przez króla zresztą. Wiadomo np. że Jean wręcz domagał się subsydiów od króla i od miasta Orleanu. Obydwaj bracia – co zaskakujące – “rozpoznali” ‘cudownie ocalałą’ Joannę w pewnej oszustce znanej jako “Madame des Armoises”, imieniem Claude.

Przypisy

1. Później nawet William Caxton, autor, tłumacz i pierwszy drukarz angielski (14211491) nie negował faktu dziewictwa Joanny d’Arc, owej “dziewicy, co jeździła konno jak mężczyzna i była dzielnym kapitanem” (“this mayde who rode lyke a man and was a vaulyant captayn”). Co najwyżej utrzymywał, że twierdziła ona, że jest w ciąży, lecz później się okazało, ze jednak nie i została spalona w Rouen (“and then she sayd that she was with chylde, wher by she was respited a whyle; but in conclusyon it was founde that she was not with chylde, and then she was brent in Roen”) – cyt. Przez Victorie Sackville-West.

2. Podporządkowala się wtedy rowniez Kosciołowi we wszystkim, czego od niej zaządano. Działała ewidentnie powodowana strachem, jako że grożono jej egzekucja (“…’Uczyń to teraz, albo spłoniesz jeszcze dzisiaj’. Joanna wtedy powiedziała, że raczej podpisze niż się da spalić”). “Niechaj zapis wszystkiego, co powiedziałam i uczyniłam, zostanie przesłany do Rzymu, do Papieża. Podporządkowuję się jemu i w pierwszym rzędzie Bogu.” I jeszcze raz: “Odwołuję się do Boga i naszego Ojca Świętego, Papieża”. Nie ma jedynie pewności co do tego, czy dokument, który podpisała, jest tym, który dołączony został do oficjalnych dokumentów procesu. To jedyna kontrowersja w owej sprawie.

Jednak już parę dni pózniej, 28 maja, znaleziono ją w jej celi ubraną jak poprzednio – po męsku. Odwołała też swe wyrzeczenie z 24 maja, mówiąc, że jej ‘głosy’ miały jej za złe “…tę zdradę, na którą się zgodziłam, aby się wyprzeć i wyrzec dla ratowania życia! Potępiłam siebie, by ratować życie! ” (…) “Gdy byłam na szafocie w czwartek, moje Głosy mówiły mi, gdy kaznodzieja przemawiał: ‘Odpowiadaj mu śmiało, temu kaznodziei!’ I zaprawdę to fałszywy kaznodzieja” (…) “…moje Głosy mówiły mi od czwartku: ‘Wyrządziłaś wielkie zło deklarując, że to, co uczyniłaś, bylo niesłuszne’. Wszystko co powiedziałam i odwołałam, powiedziałam ze strachu przed ogniem”. Tym razem notariusz na marginesie zanotował: “responsio mortifera”

3. Po tym, gdy dotarła do niego wiadomość o uwięzieniu Joanny, skwitował to zimno w swoim liście do mieszkańców Reims: “nie chciała sluchać rady, lecz czynić wszystko według własnego życzenia” (…) “Stała się pełna pychy z powodu bogatych strójow, które zaczęła nosić. Nie czyniła tego, co nakazał Bóg, lecz własną wolę”. Znalazł im nowego ‘codotwórce’, pewnego młodego pasterza, który “mówił nie mniej i nie więcej niż Dziewica Joanna; i który ma nakaz od Boga towarzyszyć wojskom króla”. Jak widać, wiara w inspirację boską Joanny była u tego arcybiskupa dość ograniczona. A ów pasterz, imieniem Guillaume, dostał się w ręce wroga (lorda Warwicka) już w pierwszej bitwie (między Beauvais i Savignies w Szampanii), wojsko francuskie poszło w rozsypkę. Nieszczęsny Guillaume pół roku później został przez Anglików zaszyty żywcem w worku skórzanym i wrzucony do Sekwany.

4. “wątłego zdrowia i słaby fizycznie” – do tego stopnia, że nawet na jego temat żartowano. Półtora wieku po wydarzeniach tu omawianych, William Shakespeare umieścił w częsci pierwszej swego dramatu “Henryk VI” scenę, w której Karol VII i Joanna d’Arc postanowili zmierzyć się ze sobą w walce, przy czym Karol przegrał.

Michał Monikowski
Perth, Australia

Continue Reading »
0 Comments

Dialog między Marcjonitą a Judaizerem

Oct 19th, 2010 by monio
Dialog między Marcjonitą a Judaizerem

Czy tak zwany „Stary Testament” powinien znajdować się w Biblii chrześcijańskiej? Jakie ma on uzasadnienie? Czy to uzasadnienie – zakładając, że ono w ogóle istnieje – jest wystarczające do tego, by Biblia chrześcijańska składała się w 80% z tekstów, w których żaden chrześcijanin nie napisał dosłownie ani jednej linijki? Czy jest wobec tego „niechrześcijańskim”, by domagać się usunięcia niechrześcijańskich pism z chrześcijańskiego kanonu? Poniższy tekst – ów dialog marcjonity z judaizerem – jest odpowiedzią na tak stawiane pytania. Tekst ten w zasadzie nie ma jednego tylko autora. Jest on wynikiem całego szeregu podobnych dialogów i polemik, zarówno słownych jak i pisanych, których byłem uczestnikiem, a które dotyczyły – tak jak dialog poniższy – miejsca i roli tak zwanego „Starego Testamentu” w Biblii i życiu kościoła na przestrzeni wieków. Szczególnie gdy chodzi o postać „judaizera”, na jego wypowiedzi tutaj prezentowane złożyły się komentarze szeregu osób, w tym teologów. Niektóre z wypowiedzi tych osób są tutaj w obszernych fragmentach przytoczone dosłownie. Pragnę im z tego miejsca serdecznie podziękować za pomoc, którą w ten sposób okazali, zwłaszcza, że do niedawna nie nosiłem się nawet z pomysłem stworzenia poniższeo dialogu.  A zatem: zapraszam Judaizera do dyskusji!

Judaizer Dziękuję za to zaproszenie. Ale już na wstępie mam parę pytań. Przede wszystkim dlaczego nazywasz nas „judaizerami”? Czy to nie jest nadużycie? Czyż nie wiesz, że w ten sposób nazywano tych spośród chrześcijan, którzy upierali się przy konieczności przestrzegania praktyk judaizmu? Czyżbyś nie wiedział, że we wczesnym kościele istniał na tym tle spór? W Księdze Dziejów Apostolskich jest przecież nawet informacja o takich debatach w rozdziale 15… Co ma wspólnego ów przebrzmiały już spór z owych lat z faktem, że my dzisiaj po prostu bronimy należnego miejsca Starego Testamentu w naszej Biblii? A tak w ogóle: czy wasze negatywne podejście do Biblii hebrajskiej nie jest wyrazem swego rodzaju antysemityzmu lub krypto-antysemityzmu? Pewnie odpowiesz, że nie, ale mimo wszystko chciałbym poznać twoją odpowiedź… Zwłaszcza, że tak się jakoś „dziwnie” składa, że często przeciwnicy Starego Testamentu to ewidentni antysemici…

Marcjonita Jestem świadom tego starego sporu i my wiemy również, że Nowy Testament – czyli ta jedyna chrześcijańska część Biblii – odnotowuje go także w innych miejscach, szczególnie w listach Pawła z Tarsu, do których jeszcze wrócimy. Nie, nie uważam określenia „judaizerzy” w stosunku do was za nadużycie. To bowiem księgi znane nam jako „Stary Testament” były niegdyś nośnikiem owego sporu wewnątrz kościoła, tak jak były one nośnikiem sporu kościoła z synagogą, w szerszym ujęciu. Główny spór z judaizmem brał się właśnie ze sposobu interpretacji „Starego Testamentu”. I niejednokrotnie to właśnie ten spór o te rzekomo „wspólne” księgi był zaczątkiem tego, co wy tak niejednokrotnie mylnie określacie mianem „antysemityzmu”. Mylnie, bo te postawy nie były motywowane rasowo (czyli w odniesieniu do jakichkolwiek Semitów) lecz doktrynalnie.
To prawda, że nieraz odrzucanie ST jest motywowane antyżydowskim nastawieniem (choć nie zawsze akurat antysemickim), dokładnie tak samo jak prawdą jest, że i pełna jego akceptacja też nie zawsze idzie w parze z żydofilstwem. I też tak się „dziwnie” składało, że np średniowieczni katarzy z południa Francji, z Niemiec i północy Włoch, którzy ST odrzucili całkowicie, nie charakteryzowali się antyżydowskością, podczas gdy znowu broniący ST niczym „oka w głowie” kościół katolicki, zaraz po zdławieniu buntu katarów, w jednym z pierwszych po rebelii postanowień zakazał piastowania urzędów publicznych przez Zydów…

Natomiast kościół akceptujący ST stosował z iście judaizerską żarliwością nakazy ST odnośnie t.zw. „heretyków” – nawet i wobec samych Zydów (co za ironia!). Co z tego zatem, że odrzucono na przykład obrzezanie i szereg innych zwyczajów, gdy akurat w wielu gorszych kwestiach niż obrzezanie stosowano te „judaizerskie” nakazy z zimną krwią? Czy dlatego tylko inkwizytor Torquemada nie był „judaizerem”, bo go nie obrzezano i nie świętował szabasu? A wy dzisiaj: nie opowiadacie dalej o Zydach jako „narodzie wybranym” i to nawet wbrew swojej własnej, „ortodoksyjnej” chrześcijańskiej wykładni, według której wybrańcami Bożymi mają niby być ci, co podążają za Christosem, czyli niekoniecznie tylko Zydzi? Na jakiej właściwie podstawie twierdziłbyś, że wy nie jesteście już judaizerami? Wy jesteście pod szeregiem względów inni niż ci pierwotni judaizerzy, ale dalej pewne dziedzictwo ST nad wami ciąży. To tak jak my, marcjonici: nie jesteśmy tacy jak marcjonici z II wieku naszej ery i na przykład nie definiujemy już na ogół różnicy między NT i ST na zasadzie istnienia „dwóch Bogów”, tego gorszego i niższego z ST i tego lepszego, doskonalszego, proklamowanego przez Christosa. Ale pomimo tych różnic dalej można nas uważać za marcjonitów i niejednokrotnie również ludzie z waszej strony tak się o nas wyrażają, biorąc za punkt wyjścia sam już tylko fakt, że odrzucamy „Stary Testament”. Skoro my możemy zatem być marcjonitami, to i wy jesteście judaizerami.

J Tu rozbieżności między nami są ogromne. Uważam bowiem, że Nowy Testament wypływa ze Starego. Odrzucenie Starego Testamentu jest dla mnie i dla wielu chrześcijan odrzuceniem zakorzenienia Historii Zbawienia w historii Ludu Wybranego.
Odnośnie Marcjona, położyłbym nacisk na zafałszowanie przez Marcjona nauki samego Chrystusa poprzez oderwanie go od jej źródeł, od jej korzenia, czyli od całego judaizmu, od bądź co bądź kanonu Biblii jakim była choćby Septuaginta, gdy tymczasem Kościoły chrześcijańskie raczej zgadzają się ze sobą co do tego, że jeśli Chrystus przyszedł na świat w tradycji judaizmu to stało się to z określonego powodu, celu zamierzonego przez Boga, a ST i NT są jedną całością. Przez „fałszowanie” w tym miejscu nie rozumiem ingerowania w treść konkretnych pism, ale taki dobór pism, aby przeforsować obce judaizmowi tezy dualistyczne i oderwanie postaci i nauczania Chrystusa od ciągłości, kontynuacji wszystkich treści judaizmu.
Uważam, że nie wolno odrzucać Biblii Jezusa. Jezus wzrasta w jej klimacie duchowym i ucieleśnia ją – jako wcielona Tora, wcielone Słowo. Swoją postawą życiową ukazuje pewną jego interpretację – w imie której żyje i za którą ginie (skazany zresztą w imię innej interpretacji). Historia Jezusa jest nierozerwalnie związana z tym tłem i nie bez powodu Ewangelie przechowują Jego wypowiedź o tym, że ‘ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminą z Zakonu’… Przez Niego z Nim i w Nim partycypujemy w historii Izraela.

M Nie, nie jest odrzuceniem zbawienia (bo co do mitu „historii zbawienia”, to moglibyśmy mieć zupełnie inną dyskusję!). Niby dlaczego miałoby być? Sam spojrzyj na to: w ILU wśród dziesiątków ksiąg ST jest mowa o „Mesjaszu”? Przecież nie we wszystkich, prawda, lecz w mniejszości. A ile ksiąg tego ST sam Christos cytował w NT? Tylko garstkę – można się o tym przekonać czytając odnośniki w NT do ST… A tymczasem kościół przejął CAŁY ST. To trochę tak, jakby człowiek pragnący regularnie pić szklankę mleka zakupił w tym celu od razu całą mleczarnię i jeszcze farmę ze stadem bydła, oborami, szopami i silosem z paszą… (dlatego nieprzypadkowo mówię o „hurtowym” przejęciu ST…). W liście Judy (1;14-15) cytowana jest nawet 1Księga Enocha (a konkretnie 1En 1;9), której w ST nie ma, ale choć jest cytowana, do kanonu jej nie włączono. Natomiast włączono cały ST. To kolejne potwierdzenie hurtu zapożyczenia.

Islam postąpił mądrzej: oni uznają proroków, ale nie zdecydowali się na tworzenie całych tasiemców pism świętych. Uznali, że Mahomet jest ostatnim prorokiem, który zatem „podsumował” całą historię zbawienia, stąd też wystarczy im Koran. Dlatego też islam nie tylko jest osobną religią od judaistycznej, ale dokumentuje to także swoim własnym dorobkiem skrypturalnym, gdy natomiast w twoim wywodzie dostrzegam skłonność do traktowania chrześcijaństwa jako jedynie rodzaju „przyczynka” do historii Izraela…

J Nie jest przyczynkiem, jest jego kontynuacją. Przeciw odrzuceniu Starego Testamentu jako Biblii Jezusa przemawia również to, że praktycznie bez przerwy Jezus zeń cytuje. Spójrz tylko na sam fakt, że w samej Ewangelii według Mateusza Stary Testament jest cytowany 58 razy. Tak jest: 58 razy! W tej jednej tylko Ewangelii! A jeśli dodać do tego cytaty z innych ewangelii oraz pozostałych pism Nowego Testamentu, to liczba cytatów staje się wręcz ogromna! Po prostu ogromna, idąca dosłownie w setki! Bez Starego Testamentu to, co nazywamy Nowym Testamentem, staje się po prostu niezrozumiałe, oderwane od własnych korzeni. I to odrzucenie Starego Testamentu byłoby praktycznie odrzuceniem całej historii zbawienia.

M Tak nawiasem w Ewangelii Mateusza ST jest „cytowany” 57 razy, bo ten 58 raz pojawia się jakiś cytat, ale nie wiadomo skąd pochodzi. No więc w tych 57 „cytatach” ile jest cytowanych ksiąg ST? Biorę to słowo „cytaty” w cudzysłów i zaraz powiem ci dlaczego.
Ale przyjrzyjmy się owym 57 „cytatom” ST u „Mateusza”. Otóż ty twierdzisz, że to Christos bez przerwy, wprost ciągle cytuje ST. Jednak z owych 57 „cytatów” jedynie 10 jest włożonych w usta Christosa. Tylko 10 – na całą ewangelię! Co to jest tych 10 „cytatów” w przekroju całej tej ewangelii, to najlepiej ilustruje zestawienie ich z innymi pojawiającymi się w niej elementami: otóż jest tam bowiem także 7 t.zw. „chreiai”, czyli „użytecznych wyrażeń”, lapidarnie wyrażających pewne myśli. Owe „chreiai” (od greckiego słowa „chreiodes” czyli „użyteczny”) to krótkie notki w formie anegdoty. Jest to znana forma z literatury greckiej… Dalej jest w tej ewangelii 10 alegorii i 13 przypowieści. 10 razy też pojawia się tam określenie „synowie Boga” w odniesieniu do rozmaitych ludzi.
A zatem Christos nie cytuje tam „ciągle” wbrew temu, co tak chętnie wy podkreślacie, lecz cytaty owe są jedynie pewną częścią jego „warsztatu”.

W sumie mniej więcej 300 razy w Nowym Testamencie ma być nawiązanie do ST. Ale w dużej mierze nie są to jedynie cytaty, lecz również tak zwane „aluzje”. A co to takiego te „aluzje”? Na przykład w Księdze Powtórzonego Prawa 24;1-4 (Deuteronomii) jest sobie taka dłuższa instrukcja dotycząca małżeństwa i rozwodu. I wystarczyło, że w MT 5;31 Christos jedynie stwierdza, że prawo mówi o tym, że jeśli ktoś oddala swą żonę, to niech jej da świadectwo rozwodowe. On nawet tego nie cytuje ani nie mówi skąd to wziął, ale to wystarcza, by zaliczyć tę jego uwagę do owych aluzji (ba, czasami wręcz i do „cytatów”!) i w ten sposób podkreślić „ważność” ST. Pytam cię więc: w jaki to sposób tego rodzaju cytat z ST i tak zwana „aluzja” doń w NT są „ważne dla historii zbawienia” i w jaki to sposób odrzucenie Księgi Deuteronomii z kanonu chrześcijańskiego ma być „odrzuceniem historii zbawienia”? Czy wy aby nie próbujecie nadużyć teminu „historia zbawienia” dla podbudowania waszej własnej tezy o „niezbędności” ST? Jak widać, wy nawet celowo „nadmuchujecie” liczbę odniesień do ST w NT przez produkcję tak zwanych „aluzji”, po to jedynie, by ta sumaryczna liczba istotnie „szła w setki”…

A tak w ogóle to nawet ta liczba 57 cytatów lub „aluzji” u „Mateusza” jest mocno naciągana. Na przykład Mt 2;15 ma mieć taki „cytat” lub – jeśli kto woli: „aluzję” do Starego Testamentu, mianowicie do Hosei (Ozeasza) 11;1 w postaci owego „przywołania Syna z Egiptu”, co ma rzekomo oznaczać Christosa przybywającego z Egiptu dopiero po śmierci Heroda, który pragnął go zgładzić. Tymczasem autentyczny werset z Hosei 11;1 mówi o ludu Izraela i jego eksodusie z Egiptu! I takich „lewych” „cytatów” oraz „aluzji” jest więcej, również dalej u „Mateusza”, choćby Mt 2;17-18, gdzie mowa jest o Herodzie i jego „rzezi niewiniątek” jako o spełnieniu „proroctwa” z Jeremiasza 31;15, tymczasem u „Jeremiasza” (obojętnie jaki to „Jeremiasz” miał napisać) mowa jest o zabijaniu Izraelitów w niewoli babilońskiej… Albo inny jeszcze, bardziej nawet jaskrawy przykład: Mt 2;23, gdzie mowa jest o „proroctwie” mówiącym, że Christos „będzie zwany Nazareńczykiem”. Nasi spece połączyli to od razu co najmniej z dwoma wersetami z ST, mianowicie z Izajaszem 11;1 oraz Księgą Sędziów 13;5. Ten pierwszy werset nie mówi jednak nic o „Nazareńczyku”, jedynie o wyrośnięciu „różdżki z pnia Jessego”. Ten drugi cytat natomiast odnosi się do… Samsona, który miał jednak być nie Nazareńczykiem, lecz nazirejczykiem, czyli człowiekiem poświęconym Bogu, który m.in. miał się wystrzegać jakiegokolwiek kontaktu ze zmarłymi oraz od picia wina lub jakichkolwiek napojów fermentowanych. Christos natomiast nie był nazirejczykiem, na pewno nie był Samsonem, według ewangelii nie tylko miał kontakt ze zmarłymi, ale miał ich nawet przywracać do życia. Mało tego: sam miał przyznawać otwarcie, że pije wino! (Mt 11;19).

No więc nawet w tym wypadku „cudownie rozmnożyły” się te „cytaty” i „aluzje”: z jednego wersetu u „Mateusza” mamy aż dwa nawiązania do ST. I to jak uczynione? Ano, jednym fałszywym „cytatem” i jedną nieistniejącą „aluzją”…

Powiedz mi: czy wasza teza o „ważności” ST staje się naprawdę bardziej istotna i wiarygodna przez tworzenie przez waszą stronę debaty tego rodzju „pappendekla”, który próbujecie nam „sprzedać” jako „prawdę objawioną”? Kogo chcecie w ten sposób nabierać? Chyba jedynie tych, co to w ST bardziej wierzą niż go wolą samodzielnie przeczytać i porównać z jakimikolwiek wczesnymi pismami o Chrystusie…

To, co nazywasz historią zbawienia, zaczyna się znacznie, znacznie wcześniej niż ST…

Błędna decyzja kościoła o przejęciu hurtem ST jest tego rodzaju, że równie dobrze możnaby np zażądać od nas i od Zydów, abyśmy do kanonu zaliczyli jeszcze aretalogie bogini Izydy lub Księgę Umarłych (najlepiej pewnie całą…). Te aretalogie pochodzą z ok. 1.5 tysiąca lat p. Chrystusem (krótko przed Mojżeszem zatem…), a Księga Umarłych nawet datowana jest na ok. 3000 lat p.n.e. (Nawet mitycznego Abrahama miało jeszcze długo, dłuuugo nie być… prawie 1000 lat…). A dlaczego mielibyśmy je uznać? No, bo tam odnajdziemy w komplecie wszystkich 10 przykazań (wraz z całą masą innych nakazów i stwierdzeń), które to przykazania Mojżesz miał „otrzymać od Boga” na Synaju…

J Tak, ale Jezus urodził się w jednej, konkretnej tradycji owej historii Zbawienia. A tą tradycją jest właśnie starotestamentowy judaizm Abrahama, Mojżesza, Dawida, Saula, Salomona i Proroków, a nie Izydy, całego Egiptu czy Mezopotamii!

Gdybyśmy mieli do kanonu włączać te inne tradycje, zapewne jeszcze hinduizm, buddyzm, księgi wedyjskie, a z bliższych geograficznie pewnie i zoroastrianizm, to mielibyśmy całą bibliotekę, pełną wierzeń nawet wykluczających się wzajemnie, jak choćby wiara w zmartwychwstanie ciał VERSUS reinkarnacjonizm!

Nie mówiąc już o tym, że nawet po zdyskwalifikowaniu szeregu cytatów i aluzji, wciąż tych autentycznych cytatów jest w Nowym Testamencie sporo…

Nie lepiej zatem skupić się na jednej tradycji, ale za to konsekwentnie?

M Reinkarnacja niekoniecznie przeczy wierze w znartwychwstanie ciał, ale to już inne zagadnienie. Natomiast masz rację, że jedna religia nie jest w stanie pomieścić absolutnie wszystkich wierzeń albo i praktyk. W związku z tym powiedz mi tak najzupełniej szczerze:

czy naprawdę uważasz, że wszystko w „Starym Testamencie” zgodne jest z doktrynami chrześcijańskimi? Czy wszystko to, co tam jest napisane, kościół chrześcijański zaakceptował? Czy wreszcie ty sam byłbyś w stanie wszystko to zaakceptować jako wolę bożą i boże prawo? No i wreszcie czy istotnie wszystko w ST nawiązuje do jakiegokolwiek zbawienia (obojętnie już jak rozumianego), czy też raczej wiele, bardzo wiele jest tam rzeczy pobocznych i mających może znaczenie dla historyka specjalizującego się w historii Izraela i jego mitach, ale nie mającyh znaczenia dla naszej religijności. A spójrz jak postępował sam Jezus:

Christos stale się czemuś przeciwstawiał: a to był przeciw rozwodom (na które pozwalało prawo), albo nie świętował szabasu, albo przeciwny był kamieniowaniu na śmierć, to znowu był przeciw zasadzie “oko za oko”… „Bliźnim” stawał się dla niego nie tylko Zyd, lecz i ktoś spoza Zydów – co było w ewidentnej sprzeczności z regulacjami prawa mojżeszowego oraz z żydowskimi przykazaniami. Dwiema osobami, które on najbardziej pochwalił za siłę ich wiary, była dwójka t.zw. „pogan” czyli syrofenicka kobieta (Mk 7:25-30 i Mt 15:21-28) oraz rzymski oficer (Mt 8;5-13 i Lk 7;1-10), Iesous nawet stwierdził, że takiej wiary nie widział w całym Izraelu. Zatem jak na kogoś, kto twierdził, że “ani jota” ma z tego prawa nie zniknąć, to zachowywał się dość dziwnie… Tak, te fragmenty też dałoby się podłączyć do cytatów i aluzji do „Starego Testamentu”. Tyle, że na zasadzie kontry wobec niego.

Zaiste, uznanie Christosa za „wcieloną Torę”, jak ty go nazwałeś, wydaje się w tej sytuacji zakrawać wręcz na niezbyt udany żart…

J No tak, ale to wciąż nie podważa mojej tezy, że Jezus wyrósł w tradycji starotestamentowego judaizmu. Chrześcijanie to nie tyle „lud Księgi”, jak mawiają o nas mahometanie. My jesteśmy raczej ludem osoby – Jezusa Chrystusa. Biblia interesuje nas i dotyczy tylko i wyłącznie o tyle o ile ma do czynienia z Jego osobą. I tu jest ‘pies pogrzebany’ – Tenach była Jego Pismem, z niego czerpal, Jego życie było ciągłym dialogiem z Pismami Jego ludu. I to jest podstawowy powód dla którego nie możemy odrzucić tych ksiąg, bowiem wówczas odrzucilibyśmy de facto Jego – żywy, ucieleśniony midrasz. A zatem to, co mówisz, nie podważa mojego głównego argumentu, dla którego winniśmy zachować ST w naszym kanonie Pisma…

M A właśnie, że podważa. Mało tego: wręcz obala! Bowiem głównym argumentem za utrzymaniem ST w naszej Biblii jest – i zawsze było – nie to, że się Christos „wychował” w jego tradycji, lecz to, że ten ST ma rzekomo być przez Christosa „wypełniony” w jego proroctwach, wierzeniach i nakazach! Christos – jak sam to dopiero co podkreśliłeś – rzekomo „ucieleśnia” według was ten „Stary Testament” jako „wcielona Tora, wcielone Słowo. Swoją postawą życiową ukazuje pewną jego interpretację”, dodając, że ‘ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminą z Zakonu’. Przyznasz, że aby tak było, to nie wystarczyło się po prostu urodzić i wychować w pewnej tradycji, gdyż można ją było zmienić albo wręcz odrzucić. Żadne starożytne pismo przedstawiające Christosa – obojętnie czy to będzie którakolwiek z ewangelii kanonicznych, czy to będzie jakakolwiek niekanoniczna, na przykład gnostycka, ewangelia, albo nawet islamski Koran – nie przedstawiają tego człowieka jako kogoś, ktoby nauczał, że każdy nie-Żyd, co się zbliży do żydowskiego miejsca kultu ma zostać „natychmiast zabity”. Nie przedstawia go jako kogoś, kto nauczał, że nie-żydzi są „nieczyści”, nie twierdził, że nie należy z nimi wchodzić w koligacje rodzinne, ani nawet jeść z nimi przy jednym stole. Nie propagował regulacji, według której Żyd nie powienien nawet wchodzić do domu nie-Żyda, bo jak tam wejdzie, to potem musi poddać się 7-dniowemu „oczyszczaniu”. Czy nauczał, że kapłanów nieżydowskich religii należy wyrzynać niczym wieprze (jak to „barwnie” opisuje 2 Księga Królów), a ich miejsca kultu zamieniać na latryny?

Nie, ani jedno pismo mówiące nam cokolwiek o Christosie, nie przedstawia go w taki sposób. Dosłownie ANI JEDNO!

W oczywisty zatem sposób człowiek ten nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż ten, który znamy ze „Starego Testamentu”…

J Nieprawda! On po prostu – tak jak było to w tradycji żydowskiej – prezentował pewną interpretację tej tradycji. I został za to skazany i stracony – w imię zresztą innej interpretacji. Oczywiście ST dostarczał często – post factum – alibi dla wielu występków, ale czy rzeczywiście był ich źródłem? To należałoby jakoś wykazać. Ludzie są tacy jacy są – i ST świetnie to opisuje – i zawsze znajdą jakąs Księge, na którą można się powołać, by uzasadnić swe okrucieństwa. Ciekawe jednak, że dostrzegają wówczas tylko tę mroczną jej stronę, nie dostrzegając wszystkiego tego co w niej piękne i dobre. A przecież Jezus swoją postawą wobec życia i śmierci wskazał pewną drogę hermeneutyczną i właściwie wytrącił każdemu, kto chciałby się powołac na Jego Pisma, Pisma Jego ludu, argument z ręki…

M Proponuję ci zatem teraz co innego. Przyjrzyj się małemu „wyborowi” (zaprawdę, zaprawdę bardzo małemu, choć większy nie stanowiłby problemu żadnego).

Przypatrz się niektórym choćby przykładom „prawa bożego” i „bożej miłości” rodem ze „Starego Testamentu”, a potem mam do Ciebie pytania:

Deuteronomia

2;30-31: „Pan” czyni Sihona, króla Heshbonu „upartym” celowo, by móc sprowokować walkę z Izraelitami i dać tym ostatnim pretekst do rzezi. I zaraz dalej:

2;34-35 „Wtedy wzięliśmy wszystkie jego miasta i kompletnie zniszczyliśmy ich – mężczyzn, kobiety i dzieci. Nie pozostawiliśmy nikogo przy życiu. Lecz żywy inwentarzv i łupy z miast przez nas zdobytych zabraliśmy dla siebie”
(tak nawiasem: wyjaśnienie pod wersetami tlumaczy, że słowo hebrajskie oznaczające „zniszczyć” oznaczało w oryginale nieodwołalne poświęcenie zniszczonych rzeczy i ludzi bogu, często przez totalną ich destrukcję – co znaczy, że czyniono z nich ofiarę „całopalną” – greckie słowo dla „całopalnego”, to, jak zapewne wiesz, jest „HOLOKAUSTOS”…)

Potem jeszcze podobne wyrazy „jedności z bożkiem” są w 3;1-7, a werset 4 dodaje z dumą, że ten „eksperyment” miał mieć miejsce w 60 miastach (liczba przesadzona, oczywiście).

3;21 Mojżesz do Jozuego: „Widziałeś na własne oczy wszystko to, co Pan twój Bóg uczynił tym 2 królom. Pan uczyni to samo wszystkim królestwom, ku którym zmierzasz”

7;2-6 długa instrukcja co Zydzi mają zrobić z pokonanymi nacjami, m.in: „Oto, co macie z nimi uczynić: zburzcie ich ołtarze, zmiażdżcie ich święte kamienie, zetnijcie ich słupy Asherah i spalcie ich idole w ogniu.”

7;16 „Musicie zniszczyć wszystkie ludy, które Pan wam wydaje. Nie patrzcie na nie z litością i nie służcie ich bogom, gdyż byłaby to dla was hańba”

7;24 „On (czyli ów „pan”) wyda ich królów w wasze ręce, a wy wymażecie ich imiona pod niebiosami. Nikt nie będzie w stanie wam się oprzeć, zniszczycie wszystkich”.

13; 6-11 „Jeśli twój własny brat lub syn albo córka lub żona, którą miłujesz (…) potajemnie kusi cię „chodźmy wielbić innych bogów” (…) nie ulegaj jej lub jemu i nie słuchaj. Nie okazuj mu litości. Nie oszczędzaj go i nie chroń. Z pewnością musisz go położyć trupem. Dłoń twoja musi być pierwszą w zabiciu go, przed dłońmi całego ludu”.

20; 10-15 Mojżesz mówi, że jeśli Zydzi idą na wojnę przeciw komuś, mają najpierw zaoferować pokój – czyli dobrowolne oddanie się danego ludu Zydom w charakterze niewolniczej siły roboczej. Jeżeli odrzucą taką „wspaniałomyślną” ofertę, wtedy „…uśmierćcie wszystkich mężczyzn. Co do kobiet, dzieci, inwentarza i całą resztę w mieście, możecie to wziąć dla siebie jako łup”.

Księga Jozuego

O kampaniach wojskowych,

6;17 „Tylko Rahab, prostytutka, i wszyscy ci, co z nią są w domu, mają być oszczędzeni, gdyż ukrywała naszych szpiegów”.

6;21 „Poświęcili miasto Panu i zniszczyli swymi mieczami wszystko, co w nim żywe – mężczyzn i kobiety, młodych i starych, bydło, owce i osły”.

6;24 tu mowa o tym, że Izraelici, spaliwszy wszystko, co pozostało w mieście, wzięli jednak ze sobą srebro, brąz itd

7;1 „bóg” (tak, ten ST-Mann) jest wściekły na Izraelitów, ale nie dlatego, że pomordowali, lecz dlatego, że wzięli sobie to srebro, brąz itd, o którym mowa wyżej – zamiast je poświęcić swemu „Panu”… (ależ wzniosłe, nieprawdaż?)

8; 30-35 Po kolejnych podobnych „osiągnięciach” „naród wybrany” dokonuje odnowienia t.zw. „Przymierza” z „bogiem”. Zauważ przy tym, jeśli starczy Ci cierpliwości na czytanie Księgi Jozuego, że takie odnowienia owego „przymierza” następują niejednokrotnie po kolejnych „Shoah” dokonywanych na kolejnych ludach. Celowo nie cytuję wszystkich szczegółów…

Rozdziały 13, 14, 15, 16, 17,18, 19, 20 i 21 objawiają nam kolejne szczegóły duchowe a boskie: czyja ziemia jak została podzielona pomiędzy poszczególne klany Izraela – to oczywiście kolejna część „pisma nie-świętego”, którego żadną możliwą miarą kościół chrześcijański nie może się pozbyć, jeśli my naprawdę chcemy poznać Christosa i jego „ojca niebieskiego”, prawda? Bo jeśli się pozbędziemy tej pisaniny, co bardziej przypomina psychopatologię niż religię, to przecież Christosa nie będziemy w stanie nawet „zrozumieć”, nie mówiąc już o podążaniu za nim, czyż nie tak? Ba, pewnie nawet chrześcijanami byśmy być nie mogli, gdyby tych ochłapów supremacjonizmu i degenerackiej megalomanii nie było w naszym kanonie Pisma, jak mniemam…

Niejako „po drodze” możesz przeczytać Księgę Sędziów, gdzie – obok podobnie wzniosłych opisów „pobożności” znajdziesz ciekawostki (zakładam, że nie czytałeś tej księgi również), jak to, że 300 Izraelitów miażdży i unicestwia armię wroga liczącą 135 tysięcy żołnierzy… Tam znajdziesz niejakiego Samsona, co w pojedynkę w awanturze zabija 1000 ludzi i wyczynia inne podobne jeszcze cudactwa… No, jasne, to też w swej „nieomylności” kościół musiał włączyć – równie hurtowo, jak całą resztę, do kanonu, bo obyć by się „Matka Kościół” nie mogła bez takich „boskich” historii. Sensu by przecież kościół nie miał żadnego, gdyby nie podobna literatura. Aż się dziwię, że nie włączono także opowieści o Heraklesie – ten przecie też niezgorzej sobie radził…

Czasami odnoszę wrażenie, że nasi niegdysiejsi „ojcowie kościoła” chyba po pijaku decydowali które księgi włączyć do kanonu…

Dalszy ciąg sagi to 1 Samuel ,gdzie w 15;3 mamy aż do znudzenia (czyż to jeszcze dziwić może?) powtarzane zarządzenie „boga”: „Nie oszczędzajcie ich; zabijcie mężczyzn, kobiety, dzieci i niemowlaki, bydło i owce, wielbłądy i osły”.

No i zrobili, choć niezupełnie, bo oszczędzili króla Agaga i najlepsze spośród zwierząt. Więc „bóg” powiedział: (15;11): „Jestem zasmucony, że uczyniłem Saula królem, bo odwrócił się ode mnie i nie wypełnił mych instrukcji”. (dobre co? „Bóg” jest miłością, alleluja!!! Amen!!!)

A w 19;9-10 przeczytasz coś, co dla Ciebie może być istną rewelacją (bo mnie już zupełnie nie dziwi): „Lecz zły duch od Pana naszedł Saula” . Czujesz to? „Zły duch od Pana”… Tak, to też konieczniusieńko należało umieścić w chrześcijańskim „depozycie wiary”…

O tym „koniecznym” zabijaniu nie-Zydów podchodzących za blisko miejsc kultu żydowkiego już mówiłem. O tym, że Zydzi byli „narodem wybranym” (gdzieniegdzie też są nazywani „narodem świętym”), też. Inni byli „nieczyści”…

A teraz mam specjalne pytania dla Ciebie: twierdzisz bowiem, że Christos potwierdził „zakon” oraz że zginął on za pewną jego interpretację. Czy potrafiłbyś zatem wskazać nam te wersety z ewangelii – obojętnie już których ewangelii – w których ów Christos odnotowany jest jako potwierdzający, chwalący i „zachowujący” którą kolwiek ze wspomnianych (oraz innych podobnych, od których się w ST aż roi) regulacji i nakazów wspomnianych przeze mnie powyżej? A jeżeli takich wersetów nie znajdziesz (czego jestem absolutnie pewien), to czy pragniesz z tego wysnuć wniosek, że skoro tych rzeczy nie wymienił, to znaczy, że akceptował – lub „akceptował inaczej”?

Porównaj z tym:

Gal 3;13 „Christos wybawił nas od przekleństwa prawa”

Gal 3;23-25 „nie jesteśmy już pod nadzorem prawa” (odkąd przyszła wiara w Christosa)

Kol 2;13-14 pisany zakon „był przeciw nam i (…) stał w opozycji do nas; On (czyli Christos) zabrał go, przybijając go do krzyża”

Ef 2;15 tu znowu Christos „zniszczył barierę, dzielący mur wrogości, unieważniając w swym ciele prawo z jego przykazaniami i regulacjami” No! Dość mocno powiedziane: „unieważniając” !

Jak w takich warunkach, jak – według reguł jakiejkolwiek możliwej logiki – możesz mówić uczciwie o „braku sprzeczności”? Przecież te sprzeczności między ST i NT są tak uderzające, że trudno byłoby je chyba znaleźć w jakiejkolwiek literaturze, nawet religijnej, gdzie rozmaite „cudactwa” miały być ponoć „możliwe”.

I co TERAZ powiesz?

J Gdy alegorie w ST zinterpretuje sie przez pryzmat NT, może staną się one łatwiejsze do przyswojenia i większą uwagę zwróci sie np. na:
Księga Wyjścia 34:6, Księga Liczb 14:18; Księga Powtórzonego Prawa 4:32; Nehemiasza 9:17; Psalm 86:5; Psalm 86:15; Psalm 108:4; Psalm 145:8; Księga Joela 2:13.

M O jakich „alegoriach” mówisz? Czy doprawdy chodzi o alegorie? Oczywiście, jeśli kto chce silić się na alegorie, to może tak czynić. Np w wersecie, na który ty się powołałeś, Księga Liczb 14;18, gdzie mowa jest, że „Pan” karze za grzechy ojców ludzi nawet aż do trzeciej i czwartej generacji, niektórzy żydowscy reinkarnacjoniści tłumaczą to słowo „generacji” jako „inkarnacji”. Ale jeśli chodzi po prostu o to, że skutki błędów ojców dźwigane będą przez dzieci i wnuki, to akurat nie jest to żadna alegoria.

Jak zapatrujesz się na Księgę Liczb 31;14-18, gdzie Mojżesz, rozzłoszczony tym, że izraeliccy żołnierze nie wymordowali jeszcze wszystkich Midianitów, każe im dokończyć tego „dzieła” przez wymordowanie nawet kobiet i dzieci? Wyjątek miały stanowić jedynie młode dziewice, które ci Izraelici mogli sobie „zachować dla siebie”. Jeśli to ma być „alegoria”, to ja się pytam: alegoria CZEGO?

J Judaizm jest nieskończonym łańcuchem interpretacji. Jedne opowieści stanowią interpretacje innych, z kolei na podstawie tych opowieści tworzy się midrasze (Talmud jest miedzy innymi zbiorem midraszy, NT można również traktować jako zbiór midraszy). Poza tym mamy komentarze mistyczne jak ‘Sefer Jecirah’ i ‘Sefer ha-Zohar’. Mamy całe serie komentarzy do tych komentarzy (zarowno do Talmudu jak i do ksiąg mistycznych) i nowych midraszy (np. słynne opowieści chasydzkie) itd., itd. W tym łańcuchu właściwie nie ma ogniw ważniejszych i mniej ważnych. Jakiś rabin staje się ważnym komentatorem Pisma, jeśli zbierze wokół siebie dużą szkołę. Już w ST JHWH okazuje się Bogiem zazdrosnym, faworyzującym Izrael (chociaż to faworyzowanie niekiedy obraca sie przeciw faworyzowanemu), ale jest również Bogiem, który mówi ustami proroków, ze Izrael staje się ‘Nie-moim-Ludem’, a inne ludy są również ludami JHWH. Przez Pismo przewija się zarówno wątek partykularno-plemienny jak i uniwersalistyczny. I tak samo jest z późniejszą tradycją judaizmu. Weź choćby judaizm Rosenzweiga, Bubera, Chouraquiego, Lawrence’a Kushnera i in. dla ktorych Izrael jest ‘Bożym poletkiem doswiadczalnym’, zas wybór Izraela pierwszym stopniem ku wyborowi całej ludzkości. W istocie judaizm to niekończąca się dyskusją rózmaitych nurtów. Przechował nauki i praktyki, które następnie zapłodniły chrześcijaństwo i islam. Mnie osobiście zadziwia właśnie to, jak pierwotna religia plemienna mogła się rozwinąć i stać potężnym źródłem ogólnoludzkiej inspiracji. Czy obecne powszechne zainteresowanie kabałą (nawet jeśli często przybiera nader prymitywną postać!) nie świadczy o tym wystarczająco dobitnie?

M I tu już potwierdzasz swoje judaizerstwo w całej rozciągłości. Bo my rozmawiamy o chrześcijańskim kanonie Pisma, a ty schodzisz na temat poboczny i mówisz zamiast tego o rozwoju judaizmu. Tak jednak jak judaizm jest „dyskusją”, tak jest nią również – i zawsze było! – chrześcijaństwo. Nawet wręcz niekończącą się polemiką, w której, od samego początku, panowała znacznie większa różnorodność opinii, nawet wierzeń, niż kiedykolwiek była w judaizmie albo islamie. Przecież w pewnym momencie wydawało się wręcz, że rozmaici chrześcijanie wierzyli nawet w dwóch rozmaitych bogów! Takich wielkich różnic pozostałe religie jednak nie miały. Zainteresowanie kabałą nie jest wcale „powszechne”, ale nawet gdyby było: my nie negujemy tego, że jednym z korzeni chrześcijaństwa jest judaizm – bo nie jedynym! Zresztą i sam judaizm też czerpał z wielu źródeł. Nie negujemy tego, że judaizm (oraz islam) przechodził i przechodzi swoje własne metamorfozy. Nam chodzi o to, że Biblia chrześcijańska składa się w 80% z pism niechrześcijańskich, w których ani jedna linijka nie została napisana ręką chrześcijańską i że duża część z tych pism jest sprzeczna z chrześcijaństwem, obojętnie już czy tym t.zw. „ortodoksyjnym” czy „heretyckim”.

Chrześcijaństwo oparte jest na koncepcie nieśmiertelnej duszy. Tymczasem w ST ten koncept pojawia się bardzo późno. Wychodzi na to zatem – gdyby to ująć sarkastycznie – że ten Jahwe, który zawsze znajdował czas na instruowanie Izraelitów jak masowo eksterminować rozmaite ludy (łącznie z niemowlakami!) i by okazać swoją złość lub „zasmucenie”, jeśli oni nie do końca te nakazy wypełniali – nie potrafił z drugiej strony znaleźć miejsca na to, by im również wyjaśnić, że oni – jako ludzie – posiadają w ogóle coś takiego jak „dusza”. Musieli im to w końcu „podpowiedzieć” owi „poganie”, których mieli rzekomo tak bezlitośnie „na rozkaz Boga” zabijać…
Możemy to tłumaczyć kwestią historycznego rozwoju judaizmu, ale faktem pozostaje, że tego rodzaju pisma my mamy w naszym kanonie! Natomiast pomijamy tak chętnie fakt zakorzenienia mitu Christosa w religiach “pogańskich”, gdy w judaizmie nie było nań miejsca w ogóle.

A co do owej „plemiennej religii stającej się źródłem ogólnoludzkiej inspiracji”: co powiesz w takim razie o pojedynczych osobach, takich jak Christos, Budda, Mahomet, Zoroaster? Oni też stali się „źródłami ogolnoludzkiej inspiracji” i to bardziej jeszcze niż judaizm – popatrz na łączną liczbę tych, którzy dziś przyznają się do religii przez nich założonych! A i w samej Europie nie brakowała tytanów. Choćby dr Marcin Luter. Rozmiary jego dzieł pisanych są takie, że pewnie Lenin, Marks i Engels mogliby się „schować”. A propos Lutra, tak na marginesie zupełnie: wiesz, że znał hebrajski i był w stanie czytać także Talmud. Przeczytał. No i wiesz, jaka była jego reakcja na ten typ literatury…

J Mówisz tak, jakbyś dostrzegał jedynie negatywny wpływ Starego testamentu na chrześcijaństwo. Tymczasem jest tam również wiele dobra. Możnaby cytować całymi stronicami. Czy uważasz, że ponieważ są tam treści, które was tak oburzają, to należy wyrzucić całość? Czy nie byłoby to typowym „wylaniem dziecka razem z kąpielą”? Uważam, że kościół zrobił dobrze, zachowując Stary Testament, bo w ten sposób zapobiegł odcięciu się od własnych korzeni. To właśnie takie odcięcie uznałbym już bardziej za wyraz odcięcia się od samego chrześcijaństwa, doprawdy, takie próby uznaję wprost za niechrześcijańskie. Nie widzę powodu, by wykastrować Biblię z pewnych treści tylko dlatego, że wydają się wam barbarzyńskie. Przynajmniej ilustrują one, że życie bywa brutalne. Jaki sens miałoby składanie kanonu jedynie z wysublimowanych aż do bólu treści, treści zapewne szlachetnych, ale nie mających bezpośrednio związku z realizmem życia? Specyfika chrześcijaństwa polega na tym, że głosi ono wejście Boga w ludzką historię i egzystencję – egzystencję aż do bólu konkretną. Jest to historia, która rozpoczyna się w łonie Izraela i stopniowo zatacza coraz szersze kręgi.

M I tu jest właśnie sedno, do którego zmierzam. Próbujesz bronić ST, bo niby ukazuje życie takim, jakim jest. Ale też ci zaraz odpowiadam, że czym innym jest ukazanie brutalności życia, a czym innym zalecanie tej brutalności. Czym innym jest zobowiązywanie ludzi – lub choćby ich zachęcanie – do wzorowego życia, a czym innym wmawianie im, że są „wybrani” przez Boga i szczególnie przezeń „umiłowani” w porównaniu do innych. Można spokojnie założyć, że i naszych biskupów i inkwizytorów odpowiedzialnych za tysiące istnień ludzkich też by nie było, gdyby nie spaczona doktryna – spaczona przez „Stary Testament”. A nawet gdyby byli, to mieliby na sumieniu znacznie mniej. Bo nie mieliby „pomocnika” w postaci „słowa bożego”, podpowiadającego im, że takie czyny są wzniosłą koniecznością.

Już w roku 346 chrześcijański prawnik Firmicus Maternus napisał traktat „ De errore profanarum religionum”, dedykowany synom cesarza Konstantyna, Constantinusowi II oraz Constansowi. W piśmie tym żądał m.in.:

„Jest tobie nakazane najwyższym prawem Boga, byś surowo karał zbrodnię bałwochwalstwa. Słuchaj zatem i powierz swemu sumieniu to, co Bóg nakazuje wobec tej zbrodni. Bóg nakazuje, by ani syn ani brat nie został oszczędzony i kieruje niczym pomstę miecz przez umiłowane członki żony. Przyjaciela karze również ze wzniosłą surowością i wszyscy ludzie są budzeni do broni, by rozedrzeć ciała świętokradców. Zniszczenie jest rozstrzygane i dla całych miast, jeśli przyłapane zostaną na tej zbrodni.”

Tu nawet rozpoznajemy konkretne wersety – te same z Deuteronomii (Dt 13; 6-11), z których cytowaliśmy już przed chwilą. Przez prawie 15 wieków, czyli przez ¾ całego okresu swego istnienia kościół przykładał ręki do zbrodni. Tylko proszę: nie próbuj twierdzić, że „Stary Testament” nie miał z tym nic wspólnego…

Wspomniałeś Talmud. I bardzo dobrze. Gdybyś ty go nie wspomniał, ja zrobiłbym to na pewno. Czy dziwi cię, że Talmud kontynuuje podły stosunek do „goyim”, skoro posadowiony jest na tej samej skrypturalnej podstawie, zwanej „Starym Testamentem”? Dziwi cię mordowanie „pogan”, „heretyków”, desakracja ich świętych miejsc i wznoszenie – na znak „triumfu” kościołów na ich miejscu?

Mnie nie dziwi. Od lat bowiem wyznaję zasadę:

jakie pisma – takie nauki; jakie nauki – takie rezultaty

J Nie, nie będę próbował twierdzić, że ST nie ma z tym nic wspólnego. Oczywiście, że ma. Ja jedynie twierdzę, że nie powinniśmy „wylewać dziecka razem z kąpielą”. Zresztą sama treść takich wersetów, jak te z Dt 13; 6-11, nie mogła być powodem zbrodni inkwizycji. Pokaż mi religię, w której nikt nigdy nikogo nie zabił z powodów religijnych! Nawet przecież i wersety z Nowego Testamentu dałoby się w tym celu wykorzystać. Zresztą sam dobrze wiesz, że tak robiono. Na przykład pod koniec maja 1431 roku spalono żywcem Joannę d’Arc. No i jaki werset wybrano? Ano, z Nowego Testamentu. Ksiądz Nicolas Midi wygłosił był 30 maja, tuż przed egzekucją, kazanie bazowane na liście św. Pawła, a konkretnie na wersecie 1Kor 12;26: „gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki”. Co miało właśnie stanowić uzasadnienie ekskomuniki i wyroku śmierci. No i co ty na to?
 

 

M
 To, że wyrok nie był bazowany na tym wersecie. Kazanie księdza dra Midi nie było fundamentem wyroku, było jedynie próbą moralnego uzasadnienia go po tym, gdy został on już zdecydowany. A ponieważ zostało ono wygłoszone pod koniec procesu, to czy to cię myli? Pokaż mi proszę w całym tym wersecie, w całym tym liście czy bodaj w całym Nowym Testamencie takie miejsce, gdzie istnieje nakaz zabicia kogokolwiek z powodu jego poglądów lub wierzeń. Nie, w Nowym Testamencie nie ma nigdzie niczego podobnego. Natomiast ty dobrze wiesz – czemu zatem to skrywasz? – że do tego czasu teologowie kościelni wypracowali sobie taką oto metodę „egzegezy” biblijnej: ponieważ wiadomo, że Biblia pisana była w ciągu nieco dłuższym niż 1000 lat i przez wielu rozmaitych autorów, więc poszczególne dzieła zawierały nieraz sprzeczne ze sobą poglądy – o tej sprzeczności mówimy tu bez przerwy, zwłaszcza na linii ST – NT. Wobec tego teologowie i hierarchia zdecydowali, że ponieważ cała Biblia jest słowem tego samego Boga, a Bóg nie może sobie sam zaprzeczać, to nie wolno interpretować Pisma jako zbioru sprzeczności, lecz należy je interpretować tak, aby wyszło na to, że te rozmaite księgi się wzajemnie wspierają i uzupełniają. Dlatego też werset z 1Kor 12;26, który nic nie mówi o jakiejkolwiek śmierci (w ogóle NT nie idzie dalej niż ekskomunika), uczyniono w ten nieuczciwy sposób wersetem uzasadniającym mord. To znaczenie wersetów ST nadało mu taki oto wyraz. Dokładnie tak, jak nadało go wersetowi Mt 18; 15 – 17 „jeśli brat twój grzeszy przeciw tobie (…) lecz jeśli nie usłucha kościoła, niechaj będzie dla ciebie niczym poganin i celnik”, cytowany Joannie przez tegoż dra Midi 18 kwietnia 1431 lub Jn 15;4 „gałąź nie może rodzić owocu sama z siebie, jeśli nie trwa w winnym krzewie” cytowany jej przy innej okazji. Zaden z tych wersetów nie mówi nic o konieczności mordu… Sądy inkwizycyjne działały „według Prawa Bożego, jak wyłożonego w Prawie Kanonicznym i Cywilnym…” – to cytat już z pierwszego zdania aktu oskarżenia w tymże procesie Joanny d’Arc, o którym wspomniałeś. A to bazowane było na Piśmie Swiętym obejmującym zarówno Stary jak i Nowy Testament. Z obu tych testamentów tylko ten pierwszy zawiera nakazy zabijania za wiarę… Te interpretacje, które miały za zadanie “pogodzić” obydwa “Testamenty” jako wzajemnie uzupełniające się, doprowadziły do takiego zatrucia przesłania Nowego Testamentu, że już potem nawet nie trzeba było trudzić się z cytowaniem “ST”, gdy przychodziło do zamordowania kolejnego “heretyka”. Przeczytałem całość protokołów procesu skazującego Joannę d’Arc i nie dostrzegłem tam ani jednego cytatu z “ST” (no, chyba, że jakiś pojedynczy umknął mojej uwadze, choć nie sądzę…). A jednak wyrok skazujący był całkowicie starotestamentowy…

Wzywasz mnie do pokazania Ci religii, której wyznawcy „nigdy nie dopuścili się przelewania krwi” , bo tylko w ten sposób mogę Cię przekonać do słuszności tego, co piszę o wpływie ST na historię kościoła. Stawiasz tak sprawę w sposób mało uczciwy, bo dobrze wiesz, że nie ma takiej religii, gdzie nikt i nigdy nikogo nie zabił. Rzecz nie w tym, czy „nikt nigdy”, lecz raczej w masowości takiego zjawiska zabijania z powodów doktrynalnych.

J Ja mam pytanie czy – skadinąd niewątpliwy – starotestamentowy charakter, który zachował Kościół jako taki, to rzeczywiście coś złego. Mozna do tego podejść również tak, jak podchodzi znany autor:
“Kościół historyczny, według mnie, jest instytucją starotestamentową: to znaczy, Kościół w swojej egzystencji empirycznej jest Starym Testamentem. W dalszym ciągu jest synagogą, ale synagoga jest konieczna, aby pojawił się Chrystus, więc taki Kościół musi istnieć, jest rzeczą konieczną. Bywają w działaniach Kościoła, w akcjach Kościoła, czy to liturgicznych czy innych – charyzmatycznych, momenty, kiedy ta determinacja empirycznej rzeczywistości, w której Kościół istnieje, została przezwyciężona i wtedy tam się pojawia Nowy Testament. Tym złem, które jest w Kościele, nie trzeba się ani tak strasznie gorszyć, ani go tak strasznie krytykować. W gruncie rzeczy, czym Kościół gorszy tym lepiej, bo tym więcej jest Chrystusa w tym Kościele. Kościół, który byłby doskonały, nie miałby miejsca dla Chrystusa.”

M No to niewiele ma ten autor do powiedzenia: “im gorzej, tym lepiej”… Równie dobrze można byłoby przecież powiedzieć, że im kościół doskonalszy, tym więcej Christosa, a im gorszy, tym go tam mniej. Wychodzi na to, że najlepszym był kościół „świętej” inkwizycji, kościół mordujący gnostyków, Hypatię, katarów… No, chyba żeby w takim wypadku tę Hypatię i tych katarów uznać za Christosa, a papieża za Piłata albo szefa sanhedrynu…

Ale to nie uzasadnia w żaden sposób obecności „ST” w naszym kanonie. Zło jest w samym życiu, nie trzeba go aż reklamować pismami świętymi. Posuwasz się do twierdzenia, że nie-chrześcijanami są ci, co pragną usunięcia niechrześcijańskich pism z chrześcijańskiej Biblii… Czy ty żartujesz, czy naprawdę lubisz stawiać rzeczy na głowie?

Spójrz tylko ile poza NT powstało pism chrześcijańskich w pierwszych wiekach naszej religii. My wciąż wiemy niewiele, bo nasi „liderzy ortodoksyjni” wpadli w amok niszczenia ich całymi wiekami. Ale to, czego już zdołaliśmy się dowiedzieć, świadczy, że w pierwszych 2 wiekach powstało tych dzieł wiele, a w trzech – cały ogrom. Powiedz mi ile z niekanonicznych dzieł chrześcijańskich sugeruje, że Christos „ciągle” i „bez przerwy” „cytował” z ST lub czynił doń „aluzje”? To były dzieła pisane głównie nie przez Zydów, ale innych ludzi: Greków, Koptów… Jeżeli wykazali się taką plejadą dzieł o Christosie, to znaczy, że ten człowiek był w stanie do nich „przemówić”. A charakter tych dzieł nie pozostawia żadnej wątpliwości co do tego, że to, czym on do nich przemówił, miało albo niewiele albo zgoła NIC wspólnego ze „Starym Testamentem”, lecz że ujęło ich ich w nim to, co było bardziej uniwersalne, co nie trzymało się kurczowo „opłotków” judaizmu. Iluż z tych ludzi, twoim zdaniem, obchodziły wszystkie te bzdury o tym, jak to np 300 Izraelitów „gromi” wrogą armię 135 tysięcy żołnierzy?
A może wyobrażasz sobie, że do Christosa byłyby w stanie tych „gojów” przyciągnąć rzężenia o tym, że Zydom nie wolno wchodzić z nimi w koligacje rodzinne ani nawet jeść przy wspólnym stole, bo tacy ci „goje” „nieczyści”? Sam chyba w to nie wierzysz?

Gdyby Christos pozostawał taki „starotestamentowy”, jak wy twierdzicie, to nigdy, przenigdy! nie stałby się fundamentem nowej religii, lecz pozostałby sobie po prostu kolejnym Zydem w ramach judaizmu i nikt nigdy nie zinterpretowałby go inaczej. Mógłby stać się może kimś w rodzaju legendarnego rabina Hillela albo – co najwyżej – kimś w rodzaju Jana Chrzciciela.

Czy będziesz więc dalej twierdził, że bez takiej ST-owskiej pisaniny nikt nie byłby w stanie zrozumieć albo docenić Christosa? Przecież ci tak zwani „poganie”, którzy się nawrócili na naszą religię, są sami w sobie niepodważalnym dowodem, że można zrozumieć chrześcijaństwo i docenić je bez wrzucania doń – niczym do worka bez dna – dosłownie wszelkiej literatury ST.

Tych ludzi tak samo cezarowie prześladowali i kazali mordować, jak i naszych proto-ortodoksów, bez czynienia między nimi żadnej różnicy.

J Uważam, że składanie wszystkiego (czy prawie wszystkiego) złego w Kościele na karb tradycji ST jest tezą karkołomną, którą najpierw należałoby udowodnić.
Osobiście nie widzę potrzeby dokonywania żadnych ‘cięć’ w katalogach pism świętych różnych religii. To byłaby jakaś cenzura, jakieś spychanie czegoś w podświadomość. Taka jest ta tradycja, w którą zostaliśmy wszczepieni nie na drodze więzów krwi, lecz przez osobę Jezusa. Jego przeszłość staje się w ten sposób naszą przeszłością. Widzę natomiast potrzebę stawiania wciąż na nowo pytania o to, co to znaczy, że jakieś pismo lub jakaś tradycja jest dla mnie święta, że – wsłuchując się w nią – odkrywam w niej głos Boga. Pismo święte, pismo natchnione przez Boga to nie musi być Pismo, na które wszyscy zbiorow reagujemy składając pobożnie rączki, chyląc czoła i z pokorą mówiąc, ze się z nim zgadzamy. To raczej Pismo, które nas ‘nie puszcza’, z którym pozostajemy w jakiejś interakcji, dzięki któremu coś odkrywamy: w sobie, wokół siebie. To Pismo, które coś w nas wyzwala. Z Tenach można polemizowac, z Bogiem można polemizowac. I tego uczy nas równiez tradycja Izraela!

Osobiście wydaje mi się, że nowe podejście do wybrania, które ukazywali np Rosenzweig, Buber, Levinas, w ramach którego wybór Izraela nie był przyznaniem żadnych przywilejów, lecz raczej stworzeniem pewnej `sytuacji laboratoryjnej`, w ramach której Bóg jakby ‘wypróbowywał’ przymierze, które w załozeniu ma objąć całą ludzkość, więcej – całe stworzenie

A poza tym: dlaczego mielibyśmy się pozbywać również tego, co jest w Starym Testamencie dobre i powszechnie akceptowane? To już więcej mielibyśmy nie mieć Psalmów? Już na zawsze mielibyśmy pozbawiać siebie Księgi Ruth? A co niby w tej księdze jest złego? Bo jeszcze rozumiem, że są nieraz „kwasy” z powodu Księgi Hioba, gdzie Bóg wydaje się komuś być jakimś zdeprawowanym manipulantem wystawiającym celowo swego wiernego sługę i wyznawcę na najgorsze zło… Choć przecież i ta Księga ma w sobie wiele dobra i jest w stanie skłonić do wielu cennych refleksji. Biblia hebrajska jest pełna różnorodności i nie wiem dlaczego mielibyśmy się jej pozbywać. W końcu nie wszystko i w Nowym Testamencie jest powszechnie akceptowane nawet przez samych chrześcijan, więc niby co mielibyśmy zrobić? Okroić nawet i Nowy Testament? To ile by nam zostało z Biblii?
I to jest kolejny problem, który chciałbym tu poruszyć: że jest z waszej strony tendencja, czasem wręcz znaczona fanatyzmem, ale tendencja mająca jedynie „destruktywny” charakter: wy najczęściej mówicie, że ST nie powinien się w Biblii znajdować, chcielibyście rościć sobie prawo do wyrzucania niemalże czego się da, ale tak niewiele jest u was wyartykułowanej chęci do zaprezentowania czegoś w zamian, na zasadzie: „usuwamy to a to, ale wzbogacamy tym a tym”. Ta jednostronność mnie tu wręcz przeraża. I to jednostronność podwójnego rodzaju: jednostronność negatywnej oceny Biblii hebrajskiej (gdy nie widzicie w niej – albo co gorsza: nie chcecie w niej widzieć!) dobrych stron, a jedynie same negatywne. A z drugiej strony jednostronność w postaci samej jedynie „selekcji negatywnej” typu „chcemy wyrzucać” przy braku jakiegoś konstruktywizmu.

A już wręcz paradoksalen w twoim podejściu jest to, że ty w swoim zapamiętaniu dostrzegasz i interpretujesz negatywnie Stary Testament tak, jak robili to owi brutalni inkwizytorzy kościelni…

M Przede wszystkim nikt nie przypisuje „Staremu Testamentowi” „winy za wszystko”. W końcu jeśli np dochodzi do skandali seksualnych wśród kleru, to nie mają one i nigdy nie miały nic wspólnego z tradycją hebrajską, bo kapłani żydowscy nie byli zobowiązani do celibatu. Chodzi nam po prostu o to, że te księgi zawierają treści nieakceptowalne i sprzeczne z chrześcijaństwem.

Nie podkreślałbym także możliwości „polemizowania z Bogiem”, gdyż ten, kto to robi, polemizuje w ten sposób głównie z… samym sobą…
Bardziej już interesowałyby mnie polemiki między ludźmi – także wyznawcami tej samej religii – a co do tego, to mamy tradycję pewnie znacznie bogatszą od szeregu innych. Zresztą sam przyznałeś, że nie wszystko w samym chrześcijańskim Nowym Testamencie jest powszechnie akceptowane przez nas – a co dopiero powiedzieć o chrześcijańskich pismach spoza NT? Mamy zatem na własnym „podwórku” wystarczająco dużo pism, które nas „nie puszczają”. Co do tak zwanego „Starego Testamentu”, to na dobrą sprawę jedyną kwestią, która mnie w odniesieniu doń „nie puszcza”, to skandal jego utrzymywania w naszym kanonie. Bo poza tym nie mam z nim wiele wspólnego…

Zupełnie natomiast nie znajduję bodaj cienia zasadności dla twojego – a nawet WASZEGO podejścia, bardzo zresztą schematycznego, typu: „nie chcemy się pozbywać!”; „co to: już nie będzie Hioba, Psalmów ani Ruth?!”; „po co ta cenzura?!”.

Zaraz, zaraz: od kiedy „cenzura”?! Usunięcie jakiejś księgi z naszego kanonu nie oznacza przecież ZAKAZU jej czytania ani umieszczenia jej na „index librorum prohibitorum”!
Oznacza jedynie surową przestrogę, że z pewnymi treściami nie mamy nic wspólnego.

Jeżeli w łonie samego judaizmu rabini chcą się zmagać z kwestiami typu: „czy wybranie nas przez Boga jest zaczątkiem wyboru całej ludzkości?”, to jest to ich sprawa. My nie mamy takiego problemu, bo my nie uznajemy – i NIGDY nie uznawaliśmy i nie stworzyliśmy sobie! – tezy o jakimkolwiek „narodzie wybranym”, gdyż po pierwsze nie nosimy w sobie dumy bycia faworyzowanymi przez Boga w jakikolwiek sposób ponad jakiekolwiek narody Ziemi, a po drugie o jakie „wybranie” miałoby chodzić? O „wybranie” DO CZEGO ?

I czy Bóg potrzebuje aż „poletka doświadczalnego”? PO CO ? Czego tak rozumiany „Bóg” pragnie się o nas „dowiedzieć”, ten „wszechwiedzący”, że musi na nas najpierw „eksperymentować”, jakby był niedouczonym nowicjuszem? Pewna tradycja ma zatem problem, bo stworzyła tysiące lat temu niemalże „dogmat” o swoim własnym „wybraniu” i teraz, po tylu stuleciach sąsiedztwa z innymi – w tym przede wszystkim sąsiedztwa z bardziej uniwersalnym chrześcijaństwem – czuje potrzebę przedefiniowania tego swoistego „dogmatu”. Nie chcąc się jednak tak całkowicie z nim rozstawać, wymyśla coraz to nowe interpretacje, jedną niedorzeczniejszą od drugiej.

Tak, koncentrujemy się w tej dyskusji na negatywach. Uważamy bowiem, że usuwać należy to, co negatywne. Nie będziemy się przecież upierać przy pozbywaniu się rzeczy pozytywnych…

Masz jednak rację, że stanowczo zbyt rzadko pojawia się konstruktywizm. Teraz więc postaram się o skrótowe dopowiedzenie rzeczy, które nie zostały dopowiedziane do końca do tej pory:

Są dwa powody, dla których jestem przeciwnikiem obecności przynajmniej części „ST” w kanonie chrześcijańskim: skrypturalny i moralny. Ten pierwszy zakłada, że w zasadzie kanon chrześcijański winny tworzyć wyłącznie pisma autorstwa chrześcijańskiego, obojętnie kto był ich autorem i jakim pochodzeniem się legitymował. Stąd koncepcja Kanonu Zasadniczego i Kanonu Uzupełniającego, którą wyjaśnię za moment. Oczywiście warunkiem „żelaznym”, który spełniać miałoby dzieło tam kwalifikowane, jest całkowita zgodność treści takiego dzieła z nauczaniem chrześcijańskim. Nie do przyjęcia jest, by znalazły się tam nakazy takie, jak te wspomniane w moim komentarzu wyżej o tych, którzy są „nieczyści” z tego jedynie powodu, bo nie są Zydami… Nie wiem, dlaczego to takie trudne do zrozumienia.

Ten drugi, będący jedynie moralnym powodem, jest bardziej otwarty dla dzieł przedchrześcijańskich sugerujących logiczne następstwo chrześcijaństwa. Oczywiście, że tu też te negatywne „okazy” pisaniny „starotestamentowej” nie miałyby większego prawa „wstępu” niż miałby np brudny wieprz do sali operacyjnej… Ale Kanon Wstępny, będący preludium do obydwu pozostałych, dopuszczałby, jak to zaznaczyłem, część dzieł „ST”.

I to jest wszystko, o co chodzi.

Wspomniałeś, że mój sposób interpretowania „ST” (a mowa jest oczywiście o tych jego negatywnych segmentach), jest paralelny z tym, jakiego użyli nasi „Richter und Henker” („sędziowie i kaci”) z niegdysiejszej kościelnej elity. Tak, ten sposób jest paralelny – do pewnego stopnia jedynie, rzecz jasna – bo ja jestem przeciw tym segmentom „ST” z tego samego powodu, dla którego oni byli”za”…

Ale czy nie przyszło Ci w związku z tym na myśl, że jeżeli aż tylu owych „Richter und Henker” tak rozumiało ów „ST”, to znaczy, że rzeczywiście istnieje dobry powód, dla którego te pisma nigdy nie powinny się były w kanonie znaleźć?

Mnie przyszło i trudno się chyba dziwić…

Ale do rzeczy:

Idealnym rozwiązaniem byłoby stworzenie kanonu tylko i wyłącznie z dzieł autorstwa chrześcijańskiego – tak jak judaiści mają u siebie tylko dzieła autorstwa samych judaistów, a muzułmanie tylko dzieła islamskie.

Jednak aby podkreślić, że chrześcijaństwo istotnie czerpało ze źródeł wcześniejszych, możnaby stworzyć trzy segmenty kanonu: Kanon Wstępny, Kanon Zasadniczy i Kanon Uzupełniający. Ten pierwszy obejmowałby np te pisma ST, które są w NT cytowane wprost (bo takie są, choć jest ich cytowanych niewiele, niektóre jednak regularnie), a oprócz tego pisma Platona czy Plutarcha (oraz inne, nie zamierzam tu czynić pełnej listy, która zresztą nie byłaby zbyt długa.).

Kanon Zasadniczy natomiast podzielony byłby na kilka mniejszych segmentów:

1. Ewangelie. Tam byłyby wszystkie kanoniczne oraz kilka niekanonicznych (jak Tomasza, Filipa, Marii Magdaleny, Prawdy, tak nawet mogłaby być i Judasza, choć tu bym się dłużej zastanawiał).

2. Listy Apostolskie. Tutaj – znowu, tak jak z ewangeliami – włącznoe byłyby wszystkie te, które są już w NT, a oprócz tego szereg innych jak np listy Ignacego z Antiochii czy choćby „Didache”.

3. Dzieje Apostolskie. Czyli Księga Dziejów Apostolskich (czyli „Praxeis”) oraz np Dzieje Pawła.

4. Literatura Apokalipsy. Czyli ta „Apokalipsa Ioannen”, która jest w NT, a oprócz tego np Apokalipsa Piotra oraz tekst, który ja znam jedynie pod angielskim tytułem „The Apocalypse of The Great Power” (nie wiem, czy w polskim jest znana pod podobnym tytułem, ale ja całą Biblię i apokryfa czytałem nie po polsku, tylko po angielsku…).

Zaś Kanon Uzupełniający składałby się z innych jeszcze dzieł, mógłby tam być np „Pasterz” Hermasa, „The Sophia of Jesus Christ” i szereg innych, też nie zamierzam tu teraz spisywać pełnej listy.

Taki kanon na pewno też bardziej oddawałby wielość poglądów itniejących we wczesnym kościele chrześcijańskim niż kanon obecny.

Ale te powyższe punkty to jedynie wskazówka, że możliwości pod tym względem są naprawdę ogromne, że nie jest tak, że tylko albo NT albo ST i NT.

J No, to dopiero by się zrobił bałagan! Jakby nie dość już było, że chrześcijanie dzielą się na tysiące kościołów i sekt z mniejszych nieraz powodów niż skład Biblii… Masz choćby lefebrystów, którzy nie akceptują II Vaticanum ani nawet tego, że msza jest w językach narodowych zamiast po łacinie. Wyobrażasz sobie, co by się działo, gdyby teraz ktokolwiek, niechby i papież osobiście wraz z Billym Grahamem czy patriarchami Moskwy, Konstantynopola i Jerozolimy nagle ogłosili odrzucenie Starego Testamentu?! Podziałom w ogóle nie byłoby już końca! Bo dla wielu chrześcijan jest to po prostu rzeczą nie do pomyślenia, by odciąć się od tej biblijnej tradycji. Bowiem czegokolwiek byś jeszcze nie powiedział, Jezus żył tradycją Biblii Hebrajskiej, stąd też to określenie „wcielony Midrasz” lub „żywy Midrasz”, jakie nieraz jest używane wobec niego. Jest zresztą na ogół przyjęte obecnie w kościołach chrześcijańskich rozmaitych denominacji, że jeżeli Jezus urodził się wśród Zydów i w ich tradycji judaistycznej, to stało się tak z określonego powodu, czyli: że sam Bóg umiejscowił go w tej tradycji dla konkretnego powodu, gdyż Bóg niczego nie czyni bez powodu.

No, to jeżeli umieścił on Buddę pośród Hindusów, to dla jakiego powodu? Czy dlatego, by wskazać na hinduizm jako na źródło „historii zbawienia”?

No, dobrze: to czemu nie przyjrzysz się bliżej temu środowisku, w którym „Bóg umiejscowił” Christosa? Istniały żywe kontakty kultury żydowskiej i innymi kulturami. Pod wpływem Babilonii wielu Żydów zajmowało się np. astrologią i niektórzy żydowscy historycy posuwali się nawet do stwierdzeń (Józef Flawiusz, Filon czy Aristobulus), że to Żydzi stworzyli tę dziedzinę (!). Wykopaliska archeologiczne w obecnym Izraelu dowodzą, że Zydzi już nawet szereg wieków po Mojżeszu czcili rozmaitych bogów (nie tylko „Jahwego”!), w ruinach ich domostw są znajdywane figurki tych rozmaitych bogów…
Tradycje duchowe były czerpane od „pogan”, jak właśnie wspomniany wcześniej tutaj koncept „nieśmiertelnej duszy”, którego na próżno by szukać w najstarszych pismach Starego Testamentu, a który pojawia się tam dopiero począwszy od Księgi Daniela. Kultura żydowska, a to dotyczy jak najbardziej również religii, rozwijała sią normalnie w licznych kontaktach z sąsiadami. Nie brakło żydowskich gnostyków, nie brakło interpretowania Jahwego na iście „dionizyjski” sposób. Nie tylko zresztą interpretowania, bo forma obrzędu też niejednokrotnie przypominała „pogańską”. W swych „Historiach” Tacyt pisze między innymi:

„Fakt, że żydowscy kapłani wykonywali swe śpiewy przy dźwiękach fletów i bębnów ukoronowani bluszczem oraz że w świątyni znaleziono złotą winorośl, przywiódł niektórych do wniosku, że wielbili oni Libera” (Liber to rzymska „odmiana” boga Dionizusa).

W promieniu 25 km od Nazaretu, gdzie żyć miał Pomazaniec, było 12 miast i miasteczek greckich, w tym najbliższe, Sephoris (o ledwie kilka kilometrów) oraz największe, Kaisarea Filippi (Cezarea). Inne niedalekie miasto, Gadara, miało swego czasu szkołę filozofii „pogańskiej”. Z Gadary wywodziło się kilku znanych pisarzy i filozofów greckich, jak Meleager, Mennipus czy Filodemus. W położonym nieopodal Scythopolis było centrum mistycznego kultu dionizyjskiego. W Betlejem (tak jest: w tym Betlejem!) istniała grota oraz gaj, oba poświęcone bogu Dionizusowi, którego alegoryczna historia powtórzona została w chrześcijańskich podaniach o Chrystusie.
To w takim właśnie środowisku i w takim, zróżnicowanym judaizmie przyszedł na świat Jezus z Nazaretu.

Tymczasem wy, judaizerzy, tak jak schematycznie traktujecie odrzucenie jakiejś księgi „ST” niemal jako „zakaz” czy „odcięcie od korzeni”, tak też – równie schematyczne – czynicie tak, jakby ludzie tacy jak Christos czy Paweł z Tarsu w całym swoim życiu o niczym innym nie mieli pojęcia, niczego innego nie znali i niczego innego nie czytali jak tylko stale i wciąż „Stary Testament”, dlatego rzekomo tylko z tej jednej tradycji czerpali. Jasne, że gdy Christos rozmawiał z Zydami (a rozmawiał głównie z nimi), to odwoływał się do tego, ci ci Zydzi myśleli i jak byli wychowywani. Paweł, który obracał się głównie wśród nie-Zydów, stosował rozmaite tradycje, by uczyć o Christosie, a prawo t.zw. „Starego Testamentu” w końcu całkowicie i nieodwołalnie odrzucił… i nie on jeden zresztą…

Jeżeli wziąć zaś pod uwagę rozmaite formy wyrazu stosowane przez Christosa, w tym owe greckie „chreiai”, to miałbyś coś przeciw nazwaniu go również „żywą chreią” albo „żywą przypowieścią” lub „żywą alegorią”?

J Może nawet i nie, choć mogłyby one sugerować – zwłaszcza ta ostatna – że nie był on niczym więcej niż alegorią, jeśli nie, że wręcz nie istniał naprawdę…

M Chyba nie bardziej jednak niż nazwanie go „żywym midraszem” mogłoby sugerować, że był jedynie „gatunkiem literackim”?

J No cóż…

M Wracając zaś do głównego wątku: nie, nie pragniemy w żadnym razie narzucać wyrzucenia „ST” z kanonu. Na obecnym etapie chodziłoby raczej o dyskusję wśród chrześcijan na ten temat. Zwłaszcza, że ten „ST” jest do pewnego sopnia już „odrzucany” i to nawet przez t.zw. „Bible Christians”. Spójrz choćby na posiadane i czytane przez nich egzemplarze Biblii: jak łatwo nawet po stopniu zabrudzenia stron, widoczne już od zewnątrz, gdy Biblia jest zamknięta, poznać którą jej część oni czytają regularnie, a którą pozostawiają „czystą” i nieskazitelną niczym dopiero co wyciągniętą spod prasy drukarskiej…

J Ale to nie znaczy, że trzeba od razu odrzucać tę nieczytaną część! Zresztą, tak na zakończenie już, dodam jeszcze, że wspomniane przez nas tutaj zbrodnie kościoła chrześcijańskiego miały miejsce wieki temu i kościół już takich rzeczy nie czyni…
A zatem wystrzeganie się Starego Testamentu, jeżeli już mielibyśmy uznać je za uzasadnione – a tę uwagę czynię tu jedynie dla celów tej rozmowy – mogło mieć uzasadnienie wówczas, gdy te bandyckie zbrodnie popełniano albo i jeszcze wcześniej, by im zapobiec. Jednak nie teraz, post factum. Jaką korzyść miałoby to mieć obecnie?

M Czyli że mielibyśmy zostawić te księgi w kanonie na zasadzie „martwej ręki” skoro mordy nie są już przez kościół popełniane? Zresztą nie jestem wcale pewien, czy ta „ręka” jest istotnie tak „martwa”, czy też jedynie znajduje się ona w „głębokim śnie”…

Tak, to oczywiste, że po mniej więcej 15 wiekach stawania się potworem, nawet ślepiec zauważyłby, że „nie tędy droga”. I prawdą jest, że lepiej byłoby zapobiec włączeniu „ST” do naszego kanonu zanim do tych wszystkich nieszczęść doszło. Na tym między innymi polega wielkość Marcjona, że był przeciwnikiem tych pism. On nie mógł zapewne przewidzieć tego, do czego miało później dojść. Ale ostrzegał przed tą Biblią hebrajską już w II wieku n.e. i to właśnie ze względu na zawarte w niej barbarzyństwo. Był on pod wpływem tego, co wiedział o św. Pawle z Tarsu. I wielką szkodą stało się to, że późniejsi liderzy kościoła w większym stopniu nie skorzystali z doświadczenia Pawła i wniosków Marcjona. Bo kimże był ten Paweł, jeśli nie zbrodniarzem we własnej osobie? Zabójcą, zwykłym mordercą – ba, nawet więcej niż „zwykłym mordercą” – NT przedstawia go w pewnem momencie jako wręcz herszta całej szajki takich zabójców.

Dużo mówi się o tym, jak mu się „Jezus objawił”, ale czy zastanawiano się dostatecznie długo nad tym, że wielką rolę mogły odegrać u niego zwykłe wyrzuty sumienia? Tak czy owak: Paweł z całą pewnością był człowiekiem, który osobiście – czyli lepiej jeszcze niż Marcjon – poznał czym kończy się akceptacja pewnych tekstów i „nakazów bożych”. I to przekonał się w ciągu jednego pokolenia: swojego własnego.
Ze też nasi biskupi nie wyciągnęli z tego należytych wniosków! Ani też nie dość dobrze zrozumieli jego sytuację. Taką, w której mogli wyobrazić sobie samych siebie lub swoich następców, którzy już wkrótce robili z innowiercami i innymi chrześcijanami plus minus to samo, co niegdyś Paweł (jeszcze jako „Szaweł”) robił z chrześcijanami… Jeżeli jednak istotnie potrafili to w swojej wyobraźni odmalować dość obrazowo, to podejrzewam, że taki „obrazek” musiał im chyba istotnie przypaść do gustu…

A obecnie? Sam jesteś nieraz świadkiem, jak „wspólne dziedzictwo” w postaci ST wykorzystywane jest dla celów politycznych, dla uzasadnienia zbrodni syjonistycznych na Bliskim Wschodzie. Ten niegdysiejszy Izrael staro-testamentowy utożsamiany jest z obecnym Izraelem, z ludźmi pokroju B. Netanyahu czy Tzipi Livni. „Przodują” w takich interpretacjach żarliwi „Bible Christians”. Jak informują niektórzy autorzy, chrześcijanie zachodni zagadywani bywają nieraz przez syjonistów w Izraelu o to, czy wierzą, że Biblia jest słowem bożym. Gdy ci odpowiadają, że tak, przebieg rozmowy wygląda mniej więcej następująco:

Izraelski Zyd: “Jesteś chrześcijaninem, prawda?”
Amerykanin: “Tak”
Izraelski Zyd: “Wierzysz w Biblię?”
Amerykanin: “Tak”
Izraelski Zyd: “No dobrze, wiesz zatem, że Bóg nakazał starożytnym Izraelitom zetrzeć gojów ze świętej ziemi Izraela. Jeśli było to słuszne wtedy, to dlaczego nie może być słuszne teraz?”

Jak widać, przejęcie ST przyniosło nie tylko zło w przeszłości. Bowiem i obecnie próbuje się go użyć wręcz jako oręż przeciwko nam.

A spójrzmy na to, jak to jego dziedzictwo nieraz odbija się swoistą „czkawką” u samych Zydów:

“Musimy uznać, że krew żydowska i krew goja to nie jedno i to samo” (rabin Yitzhak Ginsburg, New York Times, 6 czerwca 1989; również „Jerusalem Post”, 19 czerwca 1989)

Inny rabin, Menachem Mendel Schneerson, wśród swych stwierdzeń na temat Zydów i gojów (wydane zostały drukiem w Izraelu jako “Gatherings of Conversations” w 1965 roku) ma takie wykwity myśli jak te następujące:
“Tak więc nie mamy tu przypadku zmiany, w której osoba jest jedynie na wyższym poziomie. Raczej mamy do czynienia ze zróżnicowaniem pomiędzy zupełnie odmiennymi gatunkami. To jest właśnie to, co należy powiedzieć o ciele: ciało osoby żydowskiej jest całkowicie innej jakości niż ciało ludzi wszystkich narodów świata”…I dalej:
“Większa nawet różnica istnieje w odniesieniu do duszy. Istnieją dwa przeciwstawne typy duszy, nieżydowska dusza pochodzi z trzech sfer szatańskich, podczas gdy dusza żydowska wyrasta ze świętości”

Dobre, co? Ale kontynuujmy wraz z rabinem Schneersonem:

“Pytamy przeto: dlaczego nie-Zyd winien być karany, jeśli zabije on nawet nieżydowskiego embriona, gdy Zyd nie powinien być karany, nawet jeśli zabije embriona żydowskiego? Odpowiedź na to winna być rozumiana przez pryzmat generalnej różnicy między Zydami i nie-Zydami. Zyd nie został stworzony jako środek dla jakiegokolwiek innego celu; on sam jest celem, odkąd substancja wszystkich emanacji została stworzona jedynie, aby służyć Zydom. „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Gen 1:1) znaczy, że były one stworzone dla Zydów, którzy zwani są „początkiem”. Znaczy to, że wszystko, cały rozwój, wszelkie odkrycia, włączając “niebo i ziemię” – są marnością wobec Zydów. Ważną rzeczą są Zydzi, gdyż oni nie istnieją dla jakiegokolwiek innego celu; oni sami są boskim celem”.

Zdaję sobie sprawę, że powyższe nie odzwierciedla opinii wsystkich Zydów. Odnotowuję tego rodzaju „geniusz” bez satysfakcji. Bo u nas była całe stulecia temu „inkwizycja” i mordy z nią związane, przy wymyślnych metodach egzekucji, jak palenie żywcem albo gotowanie (też żywcem!) we wrzącym oleju z terpentyną… Ale cóż: jeżeli raz wkroczyło się na drogę błędu i szaleństwa, i jeżeli odmawia się uparcie odrzucenia poręczy, na której owo szaleństwo się wspiera, to będzie się kroczyło nadal drogą tego szaleństwa… I inkwizycja i żydowski Talmud, są swoistym rodzeństwem. Mają co prawda dwie różne matki – bo Talmud jest, by tak rzec, „z matki Zydówki”, gdy zaś inkwizycja była z „Matki Kościoła”, ale oboje mają wspólnego „ojca”: „Stary Testament”…

I jeszcze jedna uwaga, na sam koniec: Przecież wszyscy chrześcijanie – bez względu na to, co myślą o „ST” – zgadzają się, że są w nim treści i regulacje nie do zaakceptowania. Zatem tacy obrońcy obecności ST w naszej Biblii nie powinni czynić żadnych „wstrętów” z tego powodu, że my z naszej strony nie akceptujemy również i tych ksiąg, które owe treści i regulacje zawierają.

A co do wspomnianego zarzucania nam „niechrześcijaństwa” dlatego, że nie akceptujemy niechrześcijańskich ksiąg w Biblii, to niechaj nasi krytycy się lepiej zastanowią nad tym swoim posądzeniem i argumentem. Bo jeżeli tak łatwo przychodzi im tego rodzaju podsumowanie nas, to o ileż łatwiejsze byłoby dla nas oskarżenie ich samych o „niechrześcijaństwo” skoro to oni właśnie są tymi, co tak bronią niechrześcijańskich pism stanowiących 80% chrześcijańskiej Biblii…

Proszę cię, pomyśl o tym…

J Tak z czystej ciekawości, na marginesie niejako: nieco wcześniej wspomniałem uniwersalistycznych autorów judaistycznych jak Buber czy Levinas. Zdziwiła mnie twoja odpowiedź wówczas (choć, kto wie, może nie powinna w tych okolicznościach…). Dlatego zapytam wprost: dlaczego zniżasz się do opluwania religii judaistycznej? Przyznasz chyba jednak, być może nie od razu, ale po ochłonięciu i chwili zastanowienia, że nazywanie współczesnych interpretacji judaistycznych mianem „jedna bardziej niedorzeczna od drugiej” kryje w sobie rodzaj pogardy, której niby to jesteś przeciwnikiem jako przeciwnik Starego Testamentu? Czy byłbyś tak „łaskaw” wyjaśnić mi dlaczego akurat te interpretacje żydowskie, które są tak otwarte również na nas, traktujesz z takim nieskrywanym lekceważeniem?

M Rozumiem twoje pytanie, dlatego  natychmiast odpowiadam. Bo te stare interpretacje miały w sobie więcej logiki. Zydzi przed kilkoma tysiącami lat nie wiedzieli o świecie. Nie znali nawet jednego całego kontynentu. Znali tylko pewien region świata. Znali ludy, z którymi handlowali, z którymi raz to walczyli, to znowu zawierali pokój. Wszechświat był im nieznany zupełnie. Dla nich istniała pewna tylko rzeczywistość:  żyli, starali się przetrwać, walczyli zatem. Mieli swego boga – tak jak miały takich bogów inne ludy. I ten bóg im „obiecał”, że wybrawszy ich, będzie ich wspierał przeciw innym, że im da ziemię wydartą z rąk innych ludów, by mogli na niej żyć. Za to żądał posłuszeństwa dla swych przykazań i surowo zabronił czczenia innych bogów. To miało sens, bo odkąd rozmaite ludy miały rozmaitych bogów, to czczenie boga innego ludu można było, od biedy, zaliczyć do swego rodzaju zdrady… Była to barbarzyńska logika, ale jednak logika.

A teraz: sam powiedz, do czego ten „bóg” miałby „wybrać” całą ludzkość po tysiącach lat „eksperymentowania” na „poletku” żydowskim? Oto jest ten wszechświat, składający się z nie wiadomo ilu jeszcze układów słonecznych, z niewiadomo jak wielkiej i „nieskończonej” przestrzeni, z nie wiadomo jakiego ogromu planet i innych ciał niebieskich. I oto na jednej takiej malutkiej „kuleczce” zwanej „Ziemią” jest sobie jakaś ludzkość. Teraz ma ona kilka miliardów istnień, ale ile ich miała w czasie, gdy pisano „Stary Testament”? Kilkanaście milionów? Dwadzieścia milionów? Trzydzieści?

I oto ten „wszechwiedzący” „bóg” pośród tego ogromu stworzenia, musi, w tej małej jego cząstce, zwanej „ludzkością” jeszcze sobie „wybrać” ileś tysięcy ludzi i ich to specjalnie „umiłować” ponad wszystkich innych. I przez całe tysiące lat musi „eksperymentować”… Przyznam się, że dziwię się w ogóle twojemu pytaniu, gdy ogrom nonsensu takiego „wyboru” wprost kłuje po oczach niczym rozpalona igła…

Lepiej po prostu spojrzeć prawdzie w oczy i uznać, że:

1. nie ma – i nigdy nie było – jakiegokolwiek „narodu wybranego”. Co oznacza, że w związku z tym:

2. nie ma – i nigdy nie było -  jakiegokolwiek „poletka doświadczalnego” dla „Pana Boga”. Tak, to prawda, istnieją liczne religie na świecie i każdą z nich można uznać za swoiste „poletko doświadczalne”, na którym można eksperymentować. Ale to nie Bóg eksperymentuje, lecz sama ludzkość.

Nie wątpię, że wśród współczesnych teologów żydowskich są także szlachetni ludzie. Sądzę jednak, że próbując uniwersalizować to, co nie jest uniwersalne – ba jest nawet nie-uniwersalizowalne, tracą oni cenny czas. Coraz bardziej jasne staje się, że wszelkie teorie o „narodach wybranych” dochodzą powoli do kresu swego istnienia. Sam fakt, że ktoś takie teorie próbuje „uniwersalizować” jest również tego ewidencją. Bo świadczy on także o tym, że i sami „reformatorzy” tego dawnego, barbarzyńskiego mitu, dostrzegają, że nie da się go na dłuższą metę utrzymać. Dlatego nie bez powodu zadałem ci wcześniej pytanie jakim „powodem” kierował się twoim zdaniem Bóg, umieszczając Buddę pośród Hindusów? A jaki był „boski zamysł” w tym, że Mahomet urodził się pośród Arabów?  A Manicheusz pośród Persów? A Marcjon wśród Greków? A może był „szczególny powód boski”, dla którego Marcin Luter wyrósł z narodu niemieckiego? W jakiej roli stawiałoby to wobec ludzkości naród niemiecki? Jaką misję dziejową mają – według „boga” odegrać Arabowie? Albo Hindusi? Dlaczego urodzenie się Hindusem albo Niemcem miałoby „w oczach boga” oznaczać mniej niż urodzenie się Zydem?

Czy teraz wreszcie dostrzegasz bezsens, ten prymitywny bezsens niewolenia własnego umysłu tezami o jakimś „narodzie wybranym”? Czy też potrzebujesz jeszcze trochę czasu, by bezsens ten sobie dopiero w pełni uświadomić?

Patrz także:

  “Christos: “utrwalacz” czy “rozwalacz” prawa żydowskiego?”

“Zamiast kartki świątecznej”

Continue Reading »
0 Comments