<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>monio &#187; Religia</title>
	<atom:link href="http://www.monio.info/category/religia/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.monio.info</link>
	<description>...komentuję to, co mnie interesuje</description>
	<lastBuildDate>Sat, 07 Aug 2010 06:47:28 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.3</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Minarety z galarety</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/11/30/minarety-z-galarety/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/11/30/minarety-z-galarety/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 30 Nov 2009 13:09:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>
		<category><![CDATA[Bruncz]]></category>
		<category><![CDATA[Imigracja]]></category>
		<category><![CDATA[Minerety]]></category>
		<category><![CDATA[Multikulturalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Referendum Szwajcarskie]]></category>
		<category><![CDATA[Terlikowski]]></category>
		<category><![CDATA[Tolerancja Religijna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.monio.info/?p=1893</guid>
		<description><![CDATA[Dariusz Bruncz i Tomasz Terlikowski  (patrz: linki poniżej niniejszego tekstu) otworzyli w serwisie ekumenizm. pl serię artykułów odnoszącą się do ostatniego referendum w Konfederacji Helweckiej, a dotyczącego budowy minaretów.
Obydwaj chyba spudłowali, jeden strzelił za bardzo na prawo, drugi na lewo&#8230; Spróbujmy my zatem strzelić wprost w środek. „Dario” wychodzi z założenia, że wynik (ponad 57 [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/DARIO.jpg"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/DARIO.jpg" alt="" width="215" height="152" /></a><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/TOMO.jpg"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/TOMO.jpg" alt="" width="194" height="146" /></a>Dariusz Bruncz i Tomasz Terlikowski  (patrz: linki poniżej niniejszego tekstu) otworzyli w serwisie ekumenizm. pl serię artykułów odnoszącą się do ostatniego referendum w Konfederacji Helweckiej, a dotyczącego budowy minaretów.<br />
Obydwaj chyba spudłowali, jeden strzelił za bardzo na prawo, drugi na lewo&#8230; Spróbujmy my zatem strzelić wprost w środek. „Dario” wychodzi z założenia, że wynik (ponad 57 procent przeciw minaretom) jest pozytywny, bo oznacza trzymanie się tego, co uważa za tożsamość europejską. „Tomo” zaś nazywa ten wynik „drogą donikąd”, bo jego zdaniem oznaczać to będzie z jednej strony radykalizację muzułmanów, a z drugiej pomoże walczyć w przyszłości z wszelką religią, skoro już dzisiaj wolno zakazywać jej widzialnych, fizycznych atrybutów.</p>
<p>I jeżeliby przyjrzeć się sprawie przez obie pary „okularów” obu Autorów, to obaj mają dużo racji. Jednak cała rzecz akurat jest w czymś zupełnie innym.</p>
<p>Obydwaj Autorzy pomijają najważniejsze punkty całej sprawy: kwestię IMIGRACJI, kwestię WOLNEGO WYBORU dokonanego przez obywateli oraz kwestię SZTUCZNEJ ANTAGONIZACJI do islamu przez NASZE establishmenty polityczne prowadzące wojny i okupacje w krajach islamskich. Dokładnie właśnie tak: obaj Autorzy boją się lasu minaretów w Europie przyszłości, ale to nie muzułmanie okupują jakikolwiek kraj europejski, rozogniając tam „rachunki krzywd” – to skorumpowane i posługujące się kłamstwem rządy zachodnie prowadzą takie wojny i okupacje w krajach islamu już od szeregu lat. I to w poparciu dla Izraela, okupującego taki kraj już od szeregu dziesiątków lat&#8230;</p>
<p>Europa nie cierpi dlatego, że jest w niej islam – bo on w niej jest od bardzo wielu stuleci, ale z powodu rosnącej liczby imigrantów, którzy zaczynają już antagonizować (czy tego chcą czy nie) Europejczyków. Odpowiedzialnością za politykę imigracyjną obciążać jednak nie należy islamskich imigrantów (bo co oni winni: że chcieli się przenieść tam, gdzie większy dobrobyt. Ja też tak zrobiłem, więc czemu jestem winny?) lecz europejskie i pozaeuropejskie rządy (USA, Kanada, Australia) oraz mocodawców tych rządów, obficie „smarujących” gotówką tam, gdzie trzeba wspomóc „odpowiedniego” kandydata do parlamentu albo kandydata na premiera&#8230; Również nas samych można obwiniać: czemu płodzimy tam niewiele dzieci, że potem się gospodarkę narodową „wspiera” milionami przybyszów wziętych dosłownie skądkolwiek, byle tylko bardziej „ukoloryzować” i wymieszać ze sobą wszystko (czytaj: rasy, kultury i religie) co się da, obojętnie czy to akurat jest zabieg korzystny czy nie&#8230;</p>
<p>To tyle odnośnie imigracji. Również odnośnie radykalizacji, bo te zbrodnicze wojny zamorskie bardziej radykalizują muzułmanów niż brak tu i ówdzie jakiegoś minaretu. Zapytaj sam siebie, Tomaszu: ile to tych minaretów jest naprawdę koniecznych do normalnego funkcjonowania religii islamskiej (wzgląd polityczny i propagandowy akurat celowo pomijam)? Czy powiedziałbyś na przykład, że w każdym wiejskim z***piu potrzebna jest d**na kościelna wieża gotycka? Nie, bo dzwony mogą tam być mniejsze i wisieć sobie w znacznie niższej wieży, albo nawet w wieżyczce na dachu albo pod t.zw. przydaszkiem od frontu (większość wczesnych kościołów europejskich NIE miała pierwotnie żadnych wież&#8230;). Podobnie rzecz ma się z minaretami: meczety nie muszą ich mieć w ogóle, a wcale przez to nie stają się „obumarłe”. Powiedzmy to sobie wprost, bez owijania całej sprawy w nadmiar „bawełny”: <strong>minarety są meczetom obecnie akurat tak „potrzebne do szczęścia”, jak przysłowiowy „zającowi dzwonek”&#8230;<br />
</strong><br />
No i właściwie na tym cała sprawa mogłaby się zakończyć: chodziło w całej sprawie <strong>O NIC</strong>, gdy chodzi o samo meritum swobód religijnych. Minaret to jednak potężna struktura, więc chyba i rację mają ci, którzy wskazywali na polityczno-propagandowe aspekty całej muzułmańskiej batalii o te ogromne dominanty.</p>
<p>O co zatem tak naprawdę chodzi w referendach takich jak to helweckie? Tak, rozmaitym ludziom może chodzić o rozmaite rzeczy (inaczej pewnie „Tomo” i „Dario” nie różniliby się zbytnio w poglądach).</p>
<p>Otóż chodzi o ten trzeci z wymienionych na wstępie aspektów: <strong>O WOLNY WYBÓR</strong>.</p>
<p>I tu obydwaj Autorzy chybili już zupełnie, ba, nie trafili nawet w obrzeżenie tarczy. Ani bowiem referendum nie oznacza obrony stanu obecnego, ani nie stanowi drogi donikąd. Od kiedy to referendum i wolny wybów są „drogą donikąd”, „Tomo”? To <strong>KTO</strong>, Twoim zdaniem, ma decydować o tym, co ma być i co nie ma być budowane w kraju? Czy nie wiesz o tym, że jak chcesz sobie dobudować chlewik od tyłu willi – <strong>na Twoim własnym gruncie!</strong>, to musisz mieć zgodę miejscowej rady, a w najlepszym wypadku zgodę bezpośrednich sąsiadów?</p>
<p>Referendum też nie oznacza, że minarety po wsze czasy zostaną zakazane w Helwecji. To oznacza jedynie, że NARAZIE ich tam nie będzie. No, bo jeśli za parę albo paręnaście lat Helweci jednak, w innym już referendum, zdecydują, że  i owszem, niech będzie tych minaretów nawet cała dżungla – to co: też będzie to droga donikąd?</p>
<p>Sam pewnie życzyłbyś sobie, aby Polacy mieli takie referendum całkiem niedawno, gdy o wiele powżniejsza kwestia się ważyła niż minarety: a mianowicie kwestia (dalszego, konsekwentnego) ograniczenia suwerenności ich własnego państwa. Wywierające na nas (oraz na czeskiego prezydenta Klausa, tego „Jana Hachę” naszych czasów) t.zw. „czynniki europejskie” też najwyraźniej uznały, że referendum to „droga donikąd” (zapewne obawiali się o rezultaty bardziej niż w Irlandii&#8230;). Wybrali inne rozwiązanie. A nasze władze potulnie się podporządkowały niczym ci zdrajcy z Sejmu w XVIII wieku, co uznali Traktaty (nie, nie „Lizbońskie”, ale Rozbiorowe).</p>
<p>Ale jeszcze raz pytam: <strong>KTO</strong>, jeśli nie obywatele, ma decydować, co się w okolicy buduje, a czego nie?</p>
<p>Poza tym jest jeszcze jedna rzecz: nawet zwycięstwo „minaretowców” w referendum nie oznaczałoby jeszcze, że one natychmiast byłyby wznoszone. Konfederacja Helwecka składa się z 25 kantonów, a te z mniejszych jeszcze jednostek administracyjnych. Tam też są władze, tam też są wspólnoty i tam też się poddaje rozmaite projekty pod głosowanie. Czyli: obecne wybory mogliby nawet teoretyczni wygrać „minareciarze” osiągając 100 procent poparcia, a następnie&#8230;. przez dziesiątki lat mógłby nie powstać tam  ani jeden minaret&#8230; Bo wolny wybór przysługuje w Helwecji (narazie przynajmniej) nie tylko ogółowi obywateli, ale i wspólnotom lokalnym.</p>
<p><strong>„Tomo”:</strong>  referenda to jedyna droga (i to wcale nie „donikąd”) rozstrzygania kwestii budzących takie emocje, jak ta.</p>
<p><strong>„Dario”:</strong> Europa nie straci nic na swej tożsamości, jesli ktoś w niej zbuduje minarety. Straci natomiast, jeśli dalej będzie poddawana barbarzyństwu gangów politycznych spod znaku „multi – kulti”, zamieniających Kontynent w grunt pod przyszłe konflikty rasowe i kulturowe.</p>
<p>References:</p>
<p>&#8220;Dario&#8221;   <a href="http://www.ekumenizm.pl/content/article/20091130001309514.htm" target="_blank">&#8220;Brawa dla Szwajcarów&#8221;</a><br />
&#8220;Tomo&#8221;  <a href="http://www.ekumenizm.pl/content/article/20091130114933617.htm" target="_blank">&#8220;Szwajcarska droga donikąd&#8221;</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/11/30/minarety-z-galarety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Technologiczny buddyzm&#8230;</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/10/01/technologiczny-buddyzm/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/10/01/technologiczny-buddyzm/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 01 Oct 2009 12:43:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Religia]]></category>
		<category><![CDATA[Dynamiki życia]]></category>
		<category><![CDATA[Scjentologia]]></category>
		<category><![CDATA[Thetan]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.monio.info/?p=1696</guid>
		<description><![CDATA[-&#8230;czyli podstawy wiary i praktyki scjentologów

Licząca sobie trochę ponad pół wieku scjentologia budzi szereg ostrych kontrowersji. Co prawda fala największych ataków na nią zdaje się obecnie słabnąć, wciąż jednak jest ona ofiarą wielu nieporozumień. Według jednych nie jest ona w ogóle religią. Inni mylą scjentologów z chrześcijańskimi scjentystami. Dyskusje dotyczące scjentologii pełne są opinii, mało [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><strong>-&#8230;czyli podstawy wiary i praktyki scjentologów<br />
</strong><br />
<img class="alignleft size-full wp-image-1698" title="Scientology_Symbol_Logo" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/10/Scientology_Symbol_Logo.jpg" alt="Scientology_Symbol_Logo" width="153" height="200" />Licząca sobie trochę ponad pół wieku scjentologia budzi szereg ostrych kontrowersji. Co prawda fala największych ataków na nią zdaje się obecnie słabnąć, wciąż jednak jest ona ofiarą wielu nieporozumień. Według jednych nie jest ona w ogóle religią. Inni mylą scjentologów z chrześcijańskimi scjentystami. Dyskusje dotyczące scjentologii pełne są opinii, mało jest w nich jednak… samej scjentologii. Poniższy tekst stanowi wprowadzenie &#8211; w prostych słowach &#8211; do podstaw scjentologicznej wiary i praktyki. </strong></p>
<p><a href="http://twth.org/eb/?id=19219w"> </a><strong> </strong><em>&#8220;Scjentologia posiada cechy charakterystyczne dla religii. Posiada teologię, zespół praktyk umożliwiających sięgnięcie do sfery duchowej w każdej osobie ludzkiej, &#8216;bardzo zbiurokratyzowaną&#8217; strukturę kościelną oraz rytuały religijne (…) Scjentologowie czynią użytek z instrumentów racjonalności w służbie na drodze mistycznej, samo-przemiany oraz transformacji świata. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu wydaje się ona być unikalna wśrod religii.&#8221;</em></p>
<p>(Regis Deriquebourg, <em>&#8220;Scientology. Its Cosmology, Anthropology, System of Ethics &amp; Methodologies&#8221;.</em> W: &#8220;Scientology. Theology &amp; Practice of a Contemporary Religion&#8221;, Los Angeles 1998, s. 175)</p>
<p>Frank Flinn (Washington University, St. Louis, Missouri) określił scjentologię mianem &#8220;technologicznego buddyzmu&#8221; (<em>&#8220;Scientology as Technological Buddhism&#8221; </em>w: <em>Alternatives to American Mainline Churches</em>. New York 1983).</p>
<p>Najprościej sprawę ujmując, można powiedzieć, ze <strong><em>scjentologia jest religią łączącą w sobie trzy elementy: filozofię Wschodu, strukturę organizacyjną Zachodu oraz oraz praktyki i język technologiczny połowy XX wieku.</em></strong></p>
<p>Jej nazwa pochodzi od dwóch słow: łacińskiego <strong><em>scio</em></strong> (&#8221;wiedzieć&#8221;) i greckiego <strong><em>logia</em></strong> (&#8221;wiedza&#8221;, &#8220;zbiór&#8221;, &#8220;zbiór wiedzy&#8221;), których połączenie najłatwiej tłumaczyć jako… <em>&#8220;wiedza o wiedzy&#8221;;</em> scjentologowie lubią to tłumaczyć w dość wolny sposób jako <em>&#8220;wiedzieć <strong>jak</strong> wiedzieć&#8221;.<br />
</em></p>
<p><strong>Co to jest <em>&#8220;thetan&#8221;</em> ?</strong></p>
<p>Popularne jest stwierdzenie <em>&#8220;człowiek posiada duszę&#8221;.</em> Innym, również dość popularnym wyrażeniem jest <em>&#8220;człowiek składa się z ciała i duszy&#8221;</em>. Scjentolog natomiast powiedziałby raczej coś innego: <em>&#8220;dusza posiada ciało i umysł&#8221;</em>. Dla scjentologa jednak to, co jest ową <em>&#8220;duszą&#8221;,</em> stanowi cząstkę (lub chyba nawet lepiej: <em>&#8220;jednostkę&#8221;</em>) jednego &#8220;ducha&#8221;. Z kolei ów duch pojmowany jest jako &#8220;siła życia&#8221;. Nie należy mylić tego w scjentologii z żadną &#8220;energią&#8221;, gdyż energia nie powstaje z niczego, lecz &#8211; wręcz przeciwnie &#8211; sama jest wytworem czegoś innego. Każdy typ energii powstaje w wyniku pewnych procesów. Natomiast &#8220;siła życia&#8221; lub &#8220;podstawa wszelkiej egzystencji&#8221; nie jest stworzona przez nic i przez nikogo. Określenia &#8220;duch&#8221; i &#8220;dusza&#8221; maja jednak szereg rozmaitych definicji. Aby zatem nie było nieporozumień co do tego, co pod tym pojęciem rozumiane jest w scjentologii, główny twórca tej religii, R. Hubbard zaproponował nadanie owej &#8220;podstawie egzystencji&#8221; nazwy <strong><em>theta</em></strong> od greckiej litery &#8220;theta&#8221;. Poprzez dodanie litery &#8220;n&#8221; powstaje słowo &#8220;thetan&#8221;, które oznacza właśnie ową cząstkę &#8220;podstawy życia&#8221;. To właśnie <strong><em>thetan</em></strong> jest osobą, która posiada dwa inne jeszcze elementy: <strong><em>ciało</em></strong> (<em>body</em>) oraz <strong><em>umysł</em></strong> (<em>mind</em>).</p>
<p><strong>Materia, energia, przestrzeń i czas…</strong></p>
<p><em>Theta</em> jako podstawa życia oddziaływuje na świat fizyczny: kształtuje <em>materię</em> i <em>energię</em> w <em>przestrzeni</em> oraz <em>czasie</em>. Angielskie nazwy tych elementów to <em>Matter, Energy, Space, Time</em>, których pierwsze litery dają skrót <strong><em>MEST</em></strong>.</p>
<p> W Kościele Katolickim mówi się często o <em>Siedmiu Prawdach Wiary</em>. Ich odpowiednikiem w scjentologii są <em>Aksjomaty</em>, a jest ich 58. Ujmują one istotę korelacji pomiędzy <strong><em>theta</em></strong> i <strong><em>MEST</em></strong> i stanowią podstawę wiary scjentologicznej.</p>
<p><strong>Zbawienie</strong></p>
<p>Scjentologiczna koncepcja zbawienia różni się od tej, którą oficjalnie reprezentowana jest w głównych nurtach chrześcijaństwa, podobna jest ona natomiast do tej reprezentowanej przez religie wschodnie. <strong><em>Thetan </em></strong>przechodzi przez wiele kolejnych ciał (reinkarnacja) poprzez swoje kontakty z wszechświatem fizycznym. Według scjentologów <em>thetan</em> (czyli człowiek) jest w zasadzie dobry. Zbawienie jest osiągane poprzez powiększanie własnej świadomości duchowej aż do osiągnięcia &#8220;całkowitej wolności&#8221;. Praktykowanie scjentologii ma dopomóc człowiekowi w znajdywaniu własnych odpowiedzi i rozwiązan życiowych. Ostatecznie człowiek ma osiągnąć świadomość, że jest duchem niezależnym od ciała, który przetrwa zachowując swą pamięć i tozsamość.</p>
<p><strong>Osiem dynamik życia</strong></p>
<p>Fundamentalnym poglądem przewijająm się przez scjentologiczne spojrzenie na wszechświat jest ten, że pierwszorzędnym celem wszelkich form życia jest przetrwanie (<em>survival</em>). Nazywany jest on <em>&#8220;dynamiczną zasadą egzystencji&#8221;.</em></p>
<p>Zasada ta kategoryzowana jest w <em>osiem dynamik</em>, reprezentujących poszczególne aspekty dynamiki przetrwania.</p>
<p><em>&#8220;Postrzegane jako koncentryczne koła rozrastające się ze wspólnego środka, owych osiem dynamik reprezentuje wzrastającą świadomość uczestnictwa we wszystkich elementach życia. Owe dynamiki reprezentują pogląd scjentologii na kosmos.&#8221;</em> (<em>Scientology. Theology &amp; Practice of a Contemporary Religion</em>. S.22)</p>
<p>Jest to między innymi powodem, dla którego popularne ilustracje fotograficzne scjentologii w wydawnictwach propagandowych tego kościoła posługują się wizerunkiem osoby lub osób (niejednokrotnie w mundurach scjentologicznej <em>Organizacji Morskiej</em>) na tle gwiaździstego nieba z planetami. Piszącemu szczególnie utkwiły w pamięci dwie takie ilustracje: jedna przedstawiająca <em>audytora</em> scjentologicznego z przyrządem znanym jako <em>E-meter</em>, wpatrzonego w kosmos oraz młodych członków <em>Organizacji Morskiej</em> z marynarskimi czapkami na tle gwiazd. Ilustracje tego typu stanowią współczesną formę &#8220;ikony&#8221; w symboliczny sposób akcentującej nierozerwalne związanie ludzkiej egzystencji z wszelką formą życia we wszechświecie.</p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-1699" title="cross" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/10/cross.jpg" alt="cross" width="145" height="198" />Jednym z symboli używanych przez scjentologię jest znak krzyża, nie mający jednak żadnego związku z chrześcijaństwem i nie będący nawet symbolem scjentologii jako religii, lecz symbolem owych ośmiu dynamik życia. Symbolem zaś scjentologii jako religii jest wydłużona litera &#8220;S&#8221; z dwoma trójkątami (jak powyżej we wprowadzeniu).</p>
<p>A oto poszczególne dynamiki życia przedstwione tu tak, jak rozumiane są w scjentologii:</p>
<p><strong><em>Własna osoba</em></strong> (self) &#8211; jest to dążenie do istnienia i przetrwania charakteryzujące każdą osobę</p>
<p><strong><em>Rodzina</em></strong> &#8211; dążenie do istnienia i przetrwania poprzez prokreację i wychowywanie dzieci</p>
<p><strong><em>Grupy</em></strong> &#8211; jest to takie samo dążenie, lecz rozszerzone na większe zbiorowiska ludzi. Grupą taką jest grono przyjacioł, wspólnota, narod, rasa, państwo</p>
<p><strong><em>Rodzaj ludzki</em></strong> &#8211; dążenie do przetrwania <em>poprzez</em> rodzaj ludzki i <em>jako</em> rodzaj ludzki</p>
<p><strong><em>Wszelkie formy życia</em></strong>. Celem jest tutaj zachowanie wszelkich form życia, bazując na założeniu, że formy te są sobie wzajemnie potrzebne</p>
<p><strong><em>Wszechświat</em></strong>. Jest to dążenie do istnienia i zachowania fizycznego wszechświata przez tenże wszechświat i przy pomocy wszelkich jego komponentow &#8211; a więc <strong><em>materii</em></strong>, <strong><em>energii</em></strong>, <strong><em>przestrzeni</em></strong> oraz <strong><em>czasu</em></strong>.</p>
<p><strong><em>Duch</em></strong> &#8211; jest to dążenie do przetrwania jako byty duchowe oraz dążenie samego życia jako takiego do przetrwania. Jest to źródło życia, czyli <strong><em>theta</em></strong></p>
<p><strong><em>Nieskończoność</em></strong> &#8211; ta dynamika nazywana jest powszechnie Bogiem, Najwyższym Bytem lub Stwórcą. W odróżnieniu od szeregu innych religii, scjentologia nie próbuje w dogmatyczny sposob zdefiniować natury lub charakteru Boga. Nie oznacza to jednak, że w religii tej nie istnieje wiara w Boga. Wręcz przeciwnie, scjentologowie zdają się mieć dość radykalne poglądy na wiarę w Boga, by zacytować tylko głównego załozyciela tej religii, <strong><em>Lafayette Ronalda Hubbarda</em></strong>:</p>
<p><em>&#8220;Żadna kultura w historii świata, poza całkowicie zdeprawowanymi i wymierającymi, nie zaniedbała afirmacji istnienia Najwyższej Istoty. Jest rzeczą potwierdzoną  empirycznie, że ludzie pozbawieni silnej i trwałej wiary w Najwyższą Istotę są mniej zdolni, mniej etyczni i mniej wartościowi dla samych siebie i społeczeństwa. (…) Człowiek pozbawiony trwałej wiary jest, jak wskazuje sama obserwacja,  bardziej przedmiotem niż człowiekiem.&#8221;</em></p>
<p>Uważają oni ponadto, że studiowanie umysłu oraz chorób przezeń spowodowanych nie powinno być wyłączone z religii ani prowadzone w dziedzinach pozareligijnych (p. Wyznanie Wiary w przypisie 2).</p>
<p><strong><em>Nauka bez religii jest kulawa; religia bez nauki jest ślepa&#8221;</em></strong> (Albert Einstein)</p>
<p>Opierając się na powyższej zasadzie, scjentologowie uważają, że ich religia stanowi <em>&#8220;stosowaną filozofię religijna i technologię rozwiązującą problemy ducha, życia oraz myśli&#8221;.</em></p>
<p>Owe problemy nie są permanentne i mogą być przezwyciężane przez świadomość oraz wiedzę. Przykładem takiego nastawienia jest technika <em>dianetyczna. </em>Słowo &#8220;dianetyka&#8221; pochodzi od dwóch greckich słow: <em>&#8220;dia&#8221;</em> (przez) oraz <em>&#8220;nous&#8221;</em> (umysł). Dziedzina ta zakłada, że umysł ludzki dzieli się na <strong><em>analityczny</em></strong> (będący w stanie rejestrować fakty, analizować je i rozwiązywać problemy) oraz <strong><em>reaktywny</em></strong>, który jedynie rejestruje fakty nieświadomie lub podświadomie i reaguje na nie <strong><em>bez</em></strong> możliwości przeanalizowania ich. Fakty rejestrowane są tam w postaci t.zw. <strong><em>engramów</em></strong> będących w stanie powodować stresy, niepożądane emocje i choroby psychosomatyczne. Zadaniem zatem technik dianetycznych, stosowanych podczas sesji zwanych <strong><em>auditing</em></strong> (od łacinskiego słowa <em>audire</em>, czyli &#8220;słuchać&#8221;) jest stopniowe oczyszczenie umysłu z owych engramów aż do osiągnięcia stanu zwanego <strong><em>clear</em></strong> (&#8221;czysty&#8221;, &#8220;jasny&#8221;). Każdy uczestnik auditingu, który tego stanu jeszcze nie osiągnął, nazywany jest <strong><em>pre-clear</em></strong>.</p>
<p>Niejednokrotnie <em>clear</em> jest porównywalny w scjentologii do znanego w buddyzmie stanu zwanego <em>Bodhi</em> (oświecony), a Ron Hubbard uważał wręcz, że scjentologia stanowi <em>&#8220;rozszerzenie historycznego dzieła Siddharty Gautamy Buddy&#8221;.</em></p>
<p>Sporo mitów narosło wokół tej metody dianetycznej. Tymczasem poprzez całą terminologię scjentologiczna łatwo zauważyć &#8211; niczym przez szkło &#8211; o co w niej chodzi. Najprościej ujmując chodzi o to, by ów  <em>pre-clear</em> zajrzał w siebie i próbował siebie poznać. By zobaczył zatem co w nim jest złego i by mógł owo zło przezwyciężyć. Od tysięcy lat tak postepuje się m. in. w buddyzmie, nazywając to &#8220;medytacją&#8221;. W scjentologii owa &#8220;medytacja&#8221; tym się różni od tradycyjnej, że dokooptowany jest pomocnik znany jako auditor <strong>(1)</strong>. To &#8220;dokooptowanie&#8221; auditora czyni ów proces w pewnej mierze podobnym do spowiedzi (ale do tej katolickiej raczej niż tej ogólnej, protestanckiej). O ile jednak spowiedź służy wskazaniu zła, to w auditingu probuje się identyfikowac jego przyczynę i tę przyczynę eliminować zamiast skupiać się jedynie na skutku. Poza tym auditing trwa oczywiście znacznie dłużej niż spowiedź.</p>
<p>Auditing jest, ze względu na spełnianą przez siebie funkcję, <strong><em>podstawową formą posługi</em></strong>, jaką ma do zaoferowania kościół scjentologiczny. Wszelkie pozostałe (jak np. rozmaite kursy), o których będzie mowa kiedy indziej (gdyż nie sposób scharakteryzować religii w jednym artykule) stanowią logiczna konsekwencje auditingu.</p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-1700" title="emeter" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/10/emeter.jpg" alt="emeter" width="188" height="150" />Auditing jest niejednokrotnie przeprowadzany przy pomocy wspomnianego już przyrządu zwanego <strong><em>E-meter</em></strong> (skrót od <em>electropsychometer</em>). Wokół tego instrumentu narosło bodaj więcej jeszcze legend niż wokół samego auditingu. Piszący wspomina z pewnym rozbawieniem, że kiedyś &#8220;dowiedział się&#8221; był od pewnego sympatycznego duchownego anglikańskiego, że scjentologowie przy pomocy owego urządzenia poddają swe &#8216;ofiary&#8217;… <em>&#8220;elektrowstrząsom&#8221;</em>(!).</p>
<p>Tymczasem prawda jest znacznie prostsza, zupełnie pozbawiona sensacji, by nie rzec, że wręcz… banalna: to urządzenie potrafi jedynie odnotować zmiany w reakcji ludzkiego ciała na emocje. W ten sposób bywa ono pomocne przy ustalaniu które z omawianych podczas auditingu spraw stanowią problem emocjonalny dla pre-cleara. Niczego więcej to urządzenie nie potrafi i do niczego więcej się ono nie nadaje. Nie jest ono żadnym &#8220;wykrywaczem kłamstwa&#8221; (<em>&#8220;lie detector&#8221;</em>), choć jego zasada działania jest dokładnie taka sama jak owych aparatów zwanych (zupełnie niesłusznie) &#8220;wykrywaczami&#8221;, a stosowanych czasami w śledztwie (ale nie przez żaden kościół oczywiście). Można zatem odnotować z zadowoleniem, że urządzenie, którego pierwotną funkcją miało być <strong><em>przesłuchiwanie </em></strong>człowieka, u scjentologów znalazło wreszcie swoją właściwą funkcję: urządzenia mającego <strong><em>pomagać</em></strong> człowiekowi; funkcję zatem taką, do której &#8211; biorąc swoje możliwości &#8211; znacznie lepiej się ono nadaje.</p>
<p>Pojawiają się niejednokrotnie informacje dotyczące nadużywania owego instrumentu w kościele scjentologicznym. Schemat takich &#8220;informacji&#8221; jest niemal zawsze ten sam: ktoś został scjentologiem, ale po jakimś czasie zdecydował się wystąpić z kościoła. Rozwścieczeni auditorzy zmusili <strong>(jak?)</strong> ofiarę do przesłuchania z użyciem E-metera oraz szantażowali ją przy pomocy nagranych <strong>(?)</strong> zapisów jego wcześniejszych sesji auditingu, by zapobiec jego odejściu i zmusić go do pozostania w <strong>kościele (po co? Aby trzymać wśród siebie malkontenta na siłę?)</strong>.</p>
<p>Powiedzmy to jasno: jeżeli kiedykolwiek nastapiło <em>jakiekolwiek</em> nadużycie i znalazło swoj finał na wokandzie, a oskarżonym udowodniono winę, to słuszność jego ukarania nie budzi cienia wątpliwości wśród scjentologów.</p>
<p>Gorsze jest jednak co innego: takie przypadki (a są one istotnie pojedyncze z całego ponad półwiecznego okresu istnienia scjentologii) są niejednokrotnie wykorzystywane do rzucania najzwyklejszych potwarzy na całą scjentologię. Tego rodzaju potwarze też zresztą nieraz znajdują swój finał w sądzie i scjentologowie odnoszą coraz więcej zwycięstw w podobnych procesach. To z kolei jest powodem, dla którego coraz większa liczba ataków na scjentologię przeprowadzana jest <em>anonimowo</em>.</p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-1701" title="Scientology-vm" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/10/Scientology-vm.jpg" alt="Scientology-vm" width="126" height="126" />Inną techniką (lub raczej zespołem technik) stosowanym w praktyce, rownież przez ochotników <em>(&#8221;Volunteer ministers&#8221;)</em> <strong> </strong>jest t.zw. <em>&#8220;Assist&#8221;</em>, procedura pomagająca ograniczyć duchowy komponent bólu fizycznego czy szoku. Zakładając, że człowiek ma tendencję do duchowego (i mentalnego) &#8220;wycofania się&#8221; z okaleczonej części ciała, &#8220;assist&#8221; próbuje przywrócić komunikowanie się z nią i w ten sposób przyspieszyć proces leczenia. Dokładniej o tej technice napiszemy innym razem.</p>
<p> </p>
<p><strong><em>Sunday service</em></strong></p>
<p>Stąd też to, co w chrześcijaństwie nazywa się &#8220;nabożenstwem niedzielnym&#8221;, u scjentologów wygląda zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o ścisłość <em>&#8220;Sunday service&#8221;</em> dosłownie nie znaczy &#8220;nabożenstwo niedzielne&#8221; lecz raczej &#8220;niedzielna posługa&#8221;. I trzeba przyznać, że ma ona istotnie u scjentologów  &#8211; przynajmniej częściowo &#8211; charakter posługi.</p>
<p>Zaczyna się od odczytania scjentologicznego wyznania wiary <strong>(2)</strong>. Następnie duchowny (ubrany oczywiście po cywilnemu, jako że nie ma tu szat liturgicznych) odczytuje krótki artykuł L. R. Hubbarda na wybrany temat na dany dzień. Po czym wygłasza on &#8220;kazanie&#8221; bazowane na dziełach tego autora.</p>
<p>To, co następuje potem (t.zw. <strong><em>&#8220;group processing&#8221;</em></strong>), to rodzaj pół-medytatwnego ćwiczenia, w którym szereg elementów powtarzanych jest wiele razy, na przykład: <em>&#8220;znajdźcie w sobie cos, co potraficie zaakceptować&#8221;; &#8220;znajdźcie w sobie więcej rzeczy, które potraficie zaakceptować&#8221;; &#8220;znajdźcie w sobie coś, co inni mogliby w was zaakceptować&#8221;; &#8220;znajdźcie w sobie coś, czego nie potraficie zaakceptować&#8221;.</em> I tak dalej.</p>
<p>Stanowi to proste wprowadzenie do głębszego zastanowienia się nad sobą, bazowane na starych technikach wschodnich.</p>
<p>Inną formą takiego ćwiczenia może być imitacją ustanawiania &#8220;kontaktu&#8221; z wybraną częścią ciała (np. głową, okiem) zarówno przez dotyk, jak i mentalnie. Ustanowienie takiego kontaktu (lub raczej jego przywracanie) stanowi środek, za pomocą którego prowadzi się t.zw. &#8220;Assist&#8221; wspomniany wyżej.</p>
<p>Stosowane jego elementy, wykorzystywane podczas &#8220;Sunday service&#8221; mają na celu ułatwianie przysposobienia uczestników do sytuacji, w których musieliby owe elementy wykorzystywać. Stanowi to zatem istotnie formę posługi, choć dla kogoś uczestniczącego w niej po raz pierwszy bez rozeznania o co w tym wszystkim chodzi, zdaje się ona być czymś na kształt dziwactwa. Jednak początkowy brak zrozumienia nie powinien zaskakiwać. W końcu dla kogoś nieobeznanego z poszczególnymi częściami składowymi mszy swiętej, liturgia też jest niezrozumiała, ale to nie powód, by z niej rezygnować.</p>
<p>Po trwajacym 20 do 30 minut <em>&#8220;group processing&#8221;</em> kolej na to, co u nas nazwanoby &#8220;ogłoszeniami parafialnymi&#8221;. W wielu wypadkach są to informacje o pracy o ochotnikach scjentologicznych w rozmaitych częściach świata. Kilka lat temu były to informacje o ich pracy  w Azji (a konkretnie w Indonezji) w związku z <em>&#8216;tsunami&#8217; </em>(i zapewne będzie tak znowu, gdyż kolejne &#8220;tsunami&#8221; uderzyło w tamtej części świata akurat wczoraj&#8230;).</p>
<p>&#8220;Sunday service&#8221; kończona jest modlitwą o Pełną Wolność. W scjentologii nie ma zbyt wielu modlitw (z którego też powodu słuszniej nazywać ją &#8220;religią metody&#8221; raczej niż &#8220;religią modlitwy&#8221;). Ale ta jedna stanowi stały element scjentologicznej liturgii, której czas trwania wynosi w sumie <em>około jednej godziny</em>.</p>
<p> </p>
<p><strong>Inne ceremonie kościelne:</strong></p>
<p><strong>Ceremonia nadania imienia</strong></p>
<p>Przypomina ona nieco chrzest, ale nie ma ona wiele z nim wspólnego.<br />
Już w formule owej ceremonii dają się słyszeć echa wiary scjentologów w zbawienie jako wynik <em>własnego</em> wysiłku czlowieka. Zwracając się do rodziców dziecka, duchowny mówi między innymi:</p>
<p><em>&#8220;żeby dana mu (jej) była<br />
</em><em>wszelka szansa zrozumienia<br />
</em><em>reguł, wedle których<br />
</em><em>bierzemy udział w grze zwanej Życiem,<br />
</em><em>oraz, że my wszyscy tu obecni<br />
</em><em>uczynimy osiągalną dla niego<br />
</em><em>radę oraz wiedzę,<br />
</em><em>którą my sami w drodze naszej<br />
</em><em>zyskaliśmy lub otrzymali.</em></p>
<p><em>Jednak zawsze pamiętajmy:<br />
</em><em>Życie młodego (…) do NIEGO należy<br />
</em><em>i w rachunku ostatecznym<br />
</em><em>jego ma być wybór<br />
</em><em>co do drogi, którą obierze,<br />
</em><em>gry jaką toczy.&#8221;<br />
</em></p>
<p><strong>Ślub</strong></p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-1704" title="arc" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/10/arc.jpg" alt="arc" width="439" height="226" />W przypadku ceremonii ślubu warto wrócić na chwilę do prezentowanego powyżej symbolu scjentologii: litery &#8220;S&#8221; z dwoma trójkątami. Ten górny trójkąt zwany jest <em>&#8220;KRC-triangle&#8221;</em> od pierwszych liter słów <em>Knowledge, Responsibility, Control</em> (Wiedza, Odpowiedzialność, Opanowanie); ten dolny natomiast to <em>&#8220;ARC-triangle&#8221;,</em> od <em>Affinity, Reality, Communication</em> (Powinowactwo, Rzeczywistość, Komunikacja). Affinity to po angielsku <em>powinowactwo</em>, ale też <em>pokrewieństwo</em>, <em>posiadanie czegoś wspólnego</em>, a nawet <em>sympatia</em>. Gdy np. dwoje ludzi czuje, że są sobie bliscy i potrafią się zrozumieć, to jest to również &#8220;affinity&#8221;. Owo zrozumienie, również np. wspólnota zainteresowań, to owa &#8220;reality&#8221; istniejąca między nimi. Podstawą jednak jest &#8220;communication&#8221;, czyli porozumiewanie się. Dlatego też podczas zaślubin duchowny prosi, by pobierający się wyobrazili sobie trójkąt ARC wpisany w ślubną obrączkę. Po czym zwraca się do nich tymi słowami:</p>
<p><em>&#8220;Pragnąłbym, abyście uczynili pakt między sobą, że nigdy nie zamkniecie oczu we śnie nad złamanym trójkątem. Uleczcie każde jego złamanie <strong>realnością</strong> Waszej <strong>miłości</strong> poprzez <strong>komunikowanie się</strong>.&#8221;</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>Pogrzeb</strong></p>
<p>Podczas pogrzebu raz jeszcze dawany jest wyraz wiary w reinkarnację. Duchowny zwraca się do zmarłego między innymi tymi słowami:</p>
<p><em>&#8220;Nasza strata jest wygraną<br />
</em><em>w mądrości i umiejętności<br />
</em><em>dla przyszłych spotkań i nowych uśmiechów.</em></p>
<p><em>Tak więc odsyłamy do ciągu znoszącego wszystko czasu<br />
</em><em>Nasze dziedzictwo,<br />
</em><em>Naszą nadzieję,<br />
</em><em>Naszego przyjaciela.</em></p>
<p><em>Żegnaj, (…),<br />
</em><em>Twoi bliscy dziekują Ci, że żyłeś.<br />
</em><em>Ziemia jest lepszą dzięki Twemu życiu.<br />
</em><em>Mężczyźni, kobiety i dzieci<br />
</em><em>Żyją dzisiaj,<br />
</em><em>Ponieważ żyłeś Ty.</em></p>
<p><em>Dzięki Ci, że do nas przybyłeś.<br />
</em><em>Nie sprzeciwiamy się Twemu prawu do odejścia.<br />
</em><em>Dług Twój jest spłacony.<br />
</em><em>Ten rozdział życia Twego jest zamknięty.<br />
</em><em>Idz zatem, drogi (…) i żyj raz jeszcze<br />
</em><em>W szczęśliwszym czasie oraz miejscu.&#8221;</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><strong>Podsumowanie</strong></p>
<p>Zaprezentowane powyżej informacje w żaden sposób nie wyczerpują tematu scjentologii, który to temat kontynuować zamierzam w dalszych artykułach.</p>
<p>Sam zespół praktyk związanych z auditingiem oraz pogłębianiem wiedzy na oferowanych kursach wymaga osobnego omówienia. Jest on znany w kościele scjentologicznym jako &#8220;Pomost do Pełnej Wolności&#8221; (<em>Bridge to Total Freedom</em>). Ten zespół będzie bardziej szczegółowo omówiony w artykule poświęconym strukturze organizacyjnej kościoła scjentologicznego, tu jedynie zaznaczymy, że idea takiego <em>pomostu</em> analogiczna jest z praktykami w religiach wschodnich. Wykazuje ona podobieństwa np. do japońskiej &#8220;Chin-Kon-Ki-Shin&#8221;, tłumaczonej jako <em>&#8220;zaspokojenie ducha człowieczego, by powrócił do stanu boskości&#8221;.</em></p>
<p>Na zakończenie powtórzmy w skrócie to, co wyjaśniliśmy powyżej:</p>
<p><strong>Scjentologia jest &#8220;technologicznym buddyzmem&#8221; (być może nawet &#8220;technologicznym <em>gnostycyzmem</em>&#8220;) łączącym w sobie trzy elementy: filozofię Wschodu, strukturę organizacyjną Zachodu oraz praktyki i język technologiczny połowy XX wieku. Jej główne założenia oraz cele są następujące:</strong></p>
<p><strong><em>-          Człowiek jest nieśmiertelnym bytem duchowym;</em></strong><strong><em><br />
</em></strong><strong>-<em>          </em></strong><strong><em>Jego doświadczenie rozciąga się daleko poza pojedyncze życie;</em></strong><strong><em><br />
-          </em></strong><strong><em>Jego zdolności są nieograniczone, nawet jesli nie są one jeszcze </em></strong><strong><em> znane;</em></strong></p>
<p><strong><em>-          Człowiek jest w zasadzie dobry;</em></strong></p>
<p><strong><em>-          Duchowe zbawienie człowieka zależy</em></strong><strong><em>  </em></strong><strong><em>od niego samego</em></strong><strong><em>, </em></strong><strong><em>od jego współbraci oraz od osiągnięcia braterstwa ze wszechświatem;</em></strong></p>
<p><strong><em>-          Scjentologia nie jest religią dogmatyczną, w której wymaga się przyjęcia czegokolwiek na wiarę. Polega ona na stosowaniu jej zasad oraz obserwowaniu i doświadczaniu rezultatów;</em></strong></p>
<p><strong><em>-          Ostatecznym celem scjentologii jest duchowe oświecenie oraz wolność jednostki.</em></strong></p>
<div><em> </em></div>
<p><strong><em>c.d.n.</em></strong></p>
<div><strong><em> </em></strong></div>
<div><strong><em> </em></strong></div>
<div><strong><em> </em></strong></div>
<div><strong><em> </em></strong></div>
<p><strong><em> </p>
<p></em></strong></p>
<p>_________________________________________________</p>
<p> </p>
<p>Przypisy</p>
<p>1. Praktyka auditingu przypomina m.in. praktykę zwana &#8220;Naikan&#8221; w odmianie szintoizmu znanej jako &#8220;Oomoto&#8221;.  Inną podobną praktyką w Japonii jest &#8220;Sin-So-Kan&#8221; w odmianie szintoizmu zwanej &#8220;Seicho-no-Ie&#8221;. Różnica między auditingiem a owymi praktykami japońskimi jest ta, że w auditingu &#8220;pre-clear&#8221; mówi auditorowi w szczegółach o tym, co go niepokoi w przeszłości jego życia, podczas gdy w przypadku praktyk japońskich osoba dokonuje własnej refleksji, korzystając jedynie ze wskazań nauczyciela.</p>
<p>Pomoc auditora czyni cały proces przystępniejszym na Zachodzie, gdzie tego rodzaju praktyki (zwłaszcza o medytatywnym charakterze) nie są popularne i ludzie szybko się do nich zrażają. Oferowane  na Zachodzie przez buddystów wprowadzenia do medytacji (często stanowiące serię np. ośmiu sesji) cieszą się pewnym powodzeniem, ale liczba osób uczestniczących w nich zmniejsza się gwałtownie z każdą sesją. O ile np. na pierwszą sesję przychodzi ok. 20 osób, to do ostatniej dotrwają 3-4 osoby. Ludzie Zachodu nie są do takich praktyk przyzwyczajeni, zatem pomoc auditora okazuje się tu bardzo wartościowa.</p>
<p> </p>
<p>2.  <em>&#8220;My, ludzie Kościoła</em> (&#8221;we of the Church&#8221;)<em> wierzymy:</em></p>
<p><em>że wszyscy ludzie wszelkiej  rasy, koloru skóry czy wyznania </em><em>zostali stworzeni z równymi prawami;</em></p>
<p><em>że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo  </em><em>do własnych praktyk religijnych i ich wykonywania;</em></p>
<p><em>że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo </em><em>do swego życia;</em></p>
<p><em>że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo </em><em>do zdrowia;</em></p>
<p><em>że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo </em><em>do obrony;</em></p>
<p><em>że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo </em><em>do zakładania, wyboru, pomagania i wspierania </em><em>własnych organizacji, kościołów i rządów;</em></p>
<p><em>że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo </em><em>do swobodnego myślenia, do swobodnego wypowiadania i pisania </em><em>swych opinii oraz do wypowiadania się i pisania o opiniach innych </em><em>i do sprzeciwiania się im;</em></p>
<p><em>że wszyscy ludzie posiadają niezbywalne prawo </em><em>do tworzenia własnego rodzaju.</em></p>
<p><em>Że dusze ludzi posiadają prawa ludzi;</em></p>
<p><em>Że studiowanie umysłu oraz leczenie chorób przezeń spowodowanych </em><em>nie powinno byc wyalienowane z religii </em><em>Ani prowadzone w dziedzinach pozareligijnych;</em></p>
<p><em>I że żadna instancja poza Bogiem </em><em>nie posiada mocy zawieszania lub usuwania </em><em>tych praw jawnie lub niejawnie;</em></p>
<p><em>I my, ludzie Kościoła, wierzymy;</em></p>
<p><em>że człowiek jest w zasadzie dobry;</em></p>
<p><em>że pragnie on przetrwania;</em></p>
<p><em>że jego przetrwanie zależy od niego samego</em></p>
<p><em>i od jego współbraci oraz</em></p>
<p><em>od osiągnięcia przez niego braterstwa ze wszechświatem.</em></p>
<p><em>I my, ludzie Kościoła, wierzymy, że:</em></p>
<p><em>Prawa boskie zakazują człowiekowi:</em></p>
<p><em>unicestwienia własnego rodzaju;</em></p>
<p><em>unicestwienia zdrowia innych;</em></p>
<p><em>unicestwienia lub zniewolenia czyjejkolwiek duszy;</em></p>
<p><em>unicestwienia lub ograniczenia możliwosci przetrwania</em></p>
<p><em>innego człowieka lub własnej społeczności.</em></p>
<p><em>I my, ludzie Kościoła, wierzymy, że duch</em></p>
<p><em>Jest w stanie przetrwac oraz że duch sam w sobie</em></p>
<p><em>jest w stanie zachować lub uleczyć ciało.&#8221;</em></p>
<p>     </p>
<p><em>3.  &#8220;Niechaj autor wszechświata sprawi, by wszyscy ludzie osiągnęli<br />
</em><em>zrozumienie swej duchowej natury.<br />
</em><em>Niechaj zwieksza się świadomość i zrozumienie życia, aby wszyscy mogli poznać  </em><em>autora wszechświata.<br />
</em><em>I niechaj inni również osiągną owo zrozumienie, które niesie ze sobą </em><em>Pełną Wolność.</em></p>
<p><em>W obecnej chwili modlimy się za tych, których wolność jest zagrożona;<br />
</em><em>Za tych, którzy cierpią uwięzienie za swą wiarę; za tych, którzy są zniewoleni i umęczeni oraz tych, co cierpią wskutek brutalności, podstępu i napaści.</em></p>
<p><em>Modlimy się o zachowanie ludzkich praw, aby wszyscy mogli swobodnie wierzyć i wielbić tak, aby wolność znów zagosciła na naszej ziemi; wolność od wojny i od nędzy; wolność istnienia, wolność działania i wolność posiadania.</em></p>
<p><em>Wolność uzywania i rozumienia ludzkiego potencjału; potencjału, który jest boskim i od Boga nadanym.<br />
</em><em>I wolność osiągania tego zrozumienia i świadomości, które są  Pełną Wolnością.</em></p>
<p><em>Niechaj Bóg uczyni, aby tak się stało.&#8221;</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em><a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Scientology">http://en.wikipedia.org/wiki/Scientology</a> </em>obszerny material o scjentologii</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/10/01/technologiczny-buddyzm/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Katarskie Termopile</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/09/02/katarskie-termopile/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/09/02/katarskie-termopile/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 02 Sep 2009 10:34:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>
		<category><![CDATA[Gnostycyzm]]></category>
		<category><![CDATA[Kataryzm]]></category>
		<category><![CDATA[Katarzy]]></category>
		<category><![CDATA[Montsegur]]></category>
		<category><![CDATA[św. Dominik]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.monio.info/?p=1572</guid>
		<description><![CDATA[765 lat temu, 16 marca 1244 roku, zakończyła się dramatyczna dziesięciomiesięczna epopeja obrony twierdzy Montségur, stanowiąca kulminację wielu dziesiątkow lat represjonowania Kościoła Katarskiego na południu Francji. Kapitulacja Montséguru okupiona została dodatkowo spaleniem na stosie niemal połowy spośród 400-500 osób. Dlatego też w kościołach gnostyckich dzień 16 marca figuruje w kalendarzu liturgicznym jako Montségur Day, w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-1586" title="Copy (3) of Copy of Monio Logo" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/09/Copy-3-of-Copy-of-Monio-Logo1.jpg" alt="Copy (3) of Copy of Monio Logo" width="183" height="261" />765 lat temu, 16 marca 1244 roku, zakończyła się dramatyczna dziesięciomiesięczna epopeja obrony twierdzy </strong><strong><strong><a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Monts%C3%A9gur">Montségur</a>,</strong> stanowiąca kulminację wielu dziesiątkow lat represjonowania Kościoła Katarskiego na południu Francji. Kapitulacja Montséguru okupiona została dodatkowo spaleniem na stosie niemal połowy spośród 400-500 osób. Dlatego też w kościołach gnostyckich dzień 16 marca figuruje w kalendarzu liturgicznym jako <em>Montségur Day</em>, w intencji męczenników katarskich odprawiana jest msza.</strong></p>
<p> </p>
<p><strong><em>&#8220;A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.&#8221; </em></strong><strong>(Mt 25;40)</strong></p>
<p><em>&#8220;Przez kilka lat głosiłem wam słowa pokoju. Wygłaszałem do was kazania; zaklinałem was ze łzami w oczach. Ale, jak powiedzenie mówi w Hiszpanii, gdzie błogosławienstwo nie skutkuje, podziała dobry, gruby kij. Teraz rzucimy książąt i prałatów przeciw wam; a oni zbiorą całe narody i ludy, i wielu zginie od miecza. Wieże upadną i mury zrównane będą z ziemią, a wy, wy wszyscy, pójdziecie w niewolę. Tak siła przeważy tam, gdzie łagodna perswazja zawiodła&#8221;</em></p>
<p>Takimi słowami miał zwrócić się do zebranych w Prouille ”święty&#8221; Dominik krótko przed rozpoczęciem &#8220;krucjaty&#8221; przeciw katarom w Langwedocji według świadectwa jednego z jemu współczesnych, dominikanina Stephena de Salagnac. Mniejsza o to teraz, czy te słowa oddają wiernie to, co mówił Dominik czy też mają one wartość &#8211; by tak rzec &#8211; &#8220;apokryficzną&#8221;. Dość, że oddają z grubsza politykę władz Kościoła Rzymskiego w tamtym regionie. Gdy beznadziejnie zawiodły próby zduszenia albigensjanizmu przy pomocy nawracania oraz publicznych debat z liderami Kościoła Katarskiego, postawiono na rozwiązanie siłowe.</p>
<p> <strong><em>&#8220;… aby kościół miał siedzibę…&#8221;</em></strong></p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-1587" title="ruiny Montsegur" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/09/ruiny-Montsegur.jpg" alt="ruiny Montsegur" width="420" height="281" />Ludzkie siedlisko (lub co najmniej przejsciowy obóz) musiało istnieć tu już w starożytności. Archeologowie znalezli tu bowiem monetę rzymską datowaną na okres pomiedzy rokiem 260 a 280 naszej ery. Istotnie, miejsce to znakomite z punktu widzenia bezpieczeństwa: trudno dostępne i ułatwiające obronę. Nic dziwnego zatem, że było nazywane “Bezpieczną Górą” (“Mont Segur”; po angielsku brzmiałoby to jak “Mount Secure”). Nie zaskakuje zatem fakt, że budowano tam fortece.</p>
<p>Jeśli zaś chodzi o katarów, to musieli oni zacząć pojawiać się w tym miejscu około poczatku XIII wieku. Wiemy na przykład, że około roku 1204 stara forteca była w stanie ruiny i perfekci zwrócili się do kasztelana Montségur, Raymonda de Perella (lub de Pereille) o odbudowanie oraz wzmocnienie jej, co tez zostało szybko uczynione. Zbiegło się to w czasie z poczatkiem tzw. &#8220;krucjaty&#8221; przeciwko katarom (1209). Wówczas jednak &#8211; jak się miało okazać &#8211; jeszcze nie istniała bezpośrednia potrzeba obrony.</p>
<p><img class="alignleft size-medium wp-image-1588" title="DeCastres" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/09/DeCastres-224x300.jpg" alt="DeCastres" width="224" height="300" />Od początku XIII wieku przebywali tam katarscy biskupi, zwłaszcza dotyczy to niemal legendarnego biskupa Guilhaberta de Castres. De Castres jednak nigdy nie zatrzymywał się tam długo. Często zmieniał miejsce pobytu, podobnie zresztą jak większość katarskich przywodcow i kaznodziejow. Wkrótce &#8211; szczególnie po &#8220;krucjacie&#8221; roku 1209, zbocza skały zapełniać się zaczeły małymi domkami (chatami raczej), w których mieszkały osoby (głównie kobiety), które poświęciły się życiu charakterystycznemu dla perfektów. Tutaj znalazły one miejsce odpowiednie dla swych studiów, modlitwy oraz medytacji. W ten sposób powstała cala wioska otoczona, w celach obronnych, drewnianą palisadą. Trudno dziś ocenić ilu ludzi przetoczyło się w tamtych latach przez tę wioske oraz fortecę, nie tylko zresztą w celu studiowania czegokolwiek, ale przede wszystkim, aby odwiedzić to miejsce w celach religijnych.</p>
<p>Wizyty składali tutaj nie tylko ci, którzy znani byli jako katarzy. Przybywało tu także wielu pielgrzymów znanych w swych okolicach jako &#8220;dobrzy katolicy&#8221;. Wyrażali tu szacunek zatrzymujacym się tu perfektom i brali udział w katarskiej liturgii, m.in. w &#8216;łamaniu chleba&#8217;. Tam też obchodzili Boże Narodzenie i święto Zesłania Ducha Świętego. Wielu katarów życzyło sobie otrzymać sakrament <em>consolamentum</em> własnie w tym miejscu. Wielu smiertelnie chorych życzyło sobie tutaj umrzeć i niektórzy byli tu istotnie przetransportowywani.</p>
<p>Można sobie z łatwością wyobrazić, że w gorących latach &#8220;krucjaty&#8221;, terroru oraz okupacji, Montségur stawał się również miejscem pielgrzymek i spotkań o charakterze politycznym czy też &#8216;religijno-patriotycznym&#8217;. Przechowywano tutaj także broń.</p>
<p>Oficjalnie swego rodzaju &#8220;stolicą apostolską&#8221; Kościoła katarskiego Montségur został jednak dopiero w roku 1232. Wtedy to odbyło się tam spotkanie biskupa Guilhaberta de Castres i około 30 perfektów oraz szeregu przedstawicieli lokalnej szlachty z kasztelanem Raimondem de Perella. Biskup de Castres skłonił kasztelana do uczynienia tam swoistej twierdzy Kościoła, tak, aby Kościół <em>&#8220;…był w stanie mieć tam swoją siedzibę oraz głowę oraz by mógł stamtad bronić swoich kaznodziejów&#8221;.</em></p>
<p>W tym samym roku miał tam miejsce synod. Tak więc Montségur miał swoje duchowe przywództwo (Guilhabert de Castres, który tu wyświęcił paru biskupów takich jak Teuto, biskup Agen, Vignoreux de la Bacone czy Jean Cambiaire), swój bardzo mały (mniej niż stu żołnierzy), lecz dobrze wyszkolony garnizon po dowództwem Pierre-Rogera z Mirepoix i intensywne życie religijne.</p>
<p>Należy w tym miejscu zaznaczyć, że obecne ruiny twierdzy Montségur nie pochodzą z czasów katarskich, gdyż tamta twierdza, zbudowana w latach 1204-1210 została całkowicie zburzona przez wojska króla Francji po kapitulacji katarskiej w marcu 1244 roku. Obecne ruiny to pozostałości twierdzy wznoszonej stopniowo w ciagu trzech nastepnych wieków przez wojska królewskie. Archeologowie nazywają je &#8221; Montségur III&#8221;. Grupa badająca to miejsce w latach 1964-76, znana jako <em>Groupe de Recherches Archeologiques de Montségur et Environs</em> (GRAME), w swoim raporcie stwierdziła jednoznacznie, że <em>&#8220;nie pozostał ślad ruin pierwszej fortecy, opuszczonej przed XIII wiekiem (Montségur I), ani te</em>ż<em> tej, która zbudowana została przez Raymonda de Perella ok. 1210 roku (Montségur II)&#8221;.</em></p>
<p>Jedynymi <a href="http://www.russianbooks.org/montsegur.htm"><strong>autentycznymi ruinami katarskimi </strong></a>na wzgórzu są pozostałości kamiennych domów mieszkalnych, wzniesionych tam przez katarów, a wspomnianych powyżej.</p>
<p><strong>Ku oblężeniu</strong></p>
<p><strong><em>“Pamiętaj o nich, Panie, w Twym Królestwie (…) O wiernych, którzy służyli Tobie, gdyz inaczej nie mogli postąpić, którzy żyli w wieku, gdy szukanie Ciebie okupowane było ich życiem”</em></strong></p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-1590" title="DominikRzeźnik" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/09/DominikRzeźnik1.jpg" alt="DominikRzeźnik" width="322" height="549" />Guillaume Arnald i Pierre Seila zostali pierwszymi ‘formalnymi’ inkwizytorami w Kościele w roku 1233. Byli niezależni w swych poczynaniach zarówno od lokalnych biskupów, jak i od władz świeckich. Pierwszą ich akcją było zatrzymanie, błyskawiczne osądzenie, skazanie oraz natychmiastowa egzekucja czołowego katara w Tuluzie nazwiskiem Vigores de Baconia (Vignoreux de la Bacone). Następne ‘akcje’ tego typu nie dały na siebie długo czekać: Arnald i Seila działali w wyjatkowo zajadły sposób, toteż już wkrótce hrabia Tuluzy skarżył się w liście do papieża na ekscesy tych dwóch fanatycznych dominikanów. Ignorowali oni wszelką procedurę prawną, przesłuchiwali podejrzanych o herezję “za zamkniętymi drzwiami”, odmawiając im asysty prawników oraz stosowali najgorsze formy terroru.</p>
<p>Niektórzy z przesłuchiwanych byli tak zastraszeni, że w celu ochrony własnej skóry oskarżali o herezję niemalże kogo się tylko dało. Inni zaś, korzystając z aury tajemnicy, stworzonej przez inkwizytorów, rzucali oskarżeniami na swoich osobistych wrogów dla załatwienia prywatnych porachunków. Arnald i Seila mieli też mścić się i terroryzowac osoby pragnące złożyc na nich skargę do papieża. <em>“Istotnie, zdają się oni starać pchać ludzi ku omyłce raczej niz prawdzie, gdyż prowokują ogromne wzburzenie w kraju, a przez swoje ekscesy podburzają lud przeciw klerowi oraz zakonnikom”.</em></p>
<p>Kto wie zresztą, czy to wlaśnie nie było ich celem. Świadectwo hrabiego znajduje pełne potwierdzenie w faktach. Spanikowani ludzie oskarżali siebie nawzajem do takiego stopnia, że nawet wszyscy dominikanie w Tuluzie zwerbowani przez inkwizycję nie byli w stanie ich wszystkich przesłuchać. Toteż do tej wyjątkowo ohydnej roboty zaprzęgnięto dodatkowo miejscowych franciszkanów jak również kler diecezjalny. Wyznaczano czas, w którym mieszkańcy mieli stawić się przed inkwizytorami w celu wyznania swych “omyłek” (dzis powiedzielibyśmy: ‘w celu złożenia samokrytyki’) jeśli chcieli uzyskać ‘odpust’. Osoby uchylające się od tego niecodziennego ‘obowiązku’, w razie zadenuncjowania przez innych, miały być sądzone z całą surowością prawa.</p>
<p>Jak gdyby zamieszania spowodowanego tego rodzaju ‘troską duszpasterską’ jeszcze nie było dość, wyroki inkwizycyjne nie miały charakteru ostatecznego. Znaczyło to np., że osoba raz skazana, mogła zostać w przyszłości skazana powtórnie za to samo ‘przewinienie’. Po zaprowadzeniu tego rodzaju porządków w Tuluzie, Arnald i Seila zaczęli podobnie postepować również gdzie indziej: w Cahors skazywali heretyków pośmiertnie, rozgrzebując ich groby, wyciągając stamtad zwłoki i paląc je na stosie. W Moissac skazali na śmierć “hurtem” 210 katarów, paląc ich o jednym czasie i w jednym miejscu. Skargi na inkwizytorów mnożyły się. Papież jedynie zareagował listem do nich, nakazując umiar (którego jednak miało w końcu nie być) oraz dokooptowując do dwójki dominikanów franciszkanina nazwiskiem Stephen de Saint-Thibéry.</p>
<p>Niczego to jednak nie zmieniło. Machina terroru nakręcała się dalej. Powodowała ona jednak nie tylko strach, ale i rosnące oburzenie. Kwestią czasu była w tych warunkach riposta w postaci atakow na dominikanów. Tak więc już w tym samym roku trzech dominikanów wrzucono do studni w Cordes. W 1234 roku konwent tego zakonu w Narbonne został splądrowany przez rozwścieczony tłum. W 1235 roku zaś dominikanie usiłujący dokonać aresztowania w Tuluzie zostali pobici i poszczuci psami. Wkrótce też oficjalnie zostali wygnani z tego miasta przez jego władze (przejściowo, co prawda). Ponieważ nie chcieli stamtad odejść, straż miejska wraz z tłumem mieszczan wyrzuciła ich siłą.</p>
<p>Sytuacja stała sie w międzyczasie tak napięta, że hrabia wręcz nakazał mieszkancom ignorowanie wezwań inkwizycyjnych do stawiania się i składania zeznań. I tak, jak dotąd pisano skargi do papieża na inkwizytorów, tak teraz papież z kolei wziął się za pisanie swoich skarg do hrabiego Tuluzy. W liście do niego wyrażał oburzenie z powodu owego zakazu składania zeznań przed inkwizycją. Skarżył się też, że władze miasta odmawiają sprzedawania czegokolwiek biskupowi oraz klerowi w ogóle, że mnożą się ataki na kler, że biskup nie może wygłaszać kazań itd.</p>
<p>Kilka lat tego rodzaju porządków oraz ich skutków przygotowało podatny grunt dla rebelii. I jeśli w ogóle można się czemukolwiek tutaj dziwić, to nie temu, że do tego buntu w końcu doszło (począwszy od 1240 roku) i nie temu, że doszło do zamachu na inkwizytorów, lecz raczej, że bunt wybuchł tak pózno oraz że zamachów nie było więcej. Szczególnie trójka inkwizytorów (Arnald, Seila i Saint-Thibéry) budziła nienawiść katarów. Nienawiść do tego stopnia wielką, że dowódca garnizonu montsegurskiego, Pierre-Roger de Mirepoix, pragnął pózniej, by zamachowcy przynieśli mu czaszkę Arnalda, którą zamierzał obramować złotem i używać jej jako czarki do picia wina. Był rozczarowany, gdy mu jej nie przyniesiono, gdyż podczas zamachu została rozbita siekierą.</p>
<p>Zamach ten miał miejsce 28 maja 1242 roku w Avignonet. Zginęli Guillaume Arnald, Stephen de Saint-Thibéry oraz kilku ich asystentów (Pierre Seila został w Tuluzie). To zabójstwo (oraz sposób jego popełnienia) nie stanowiłoby chluby dla nikogo, to pewne. Nie jest jednak prawdą, że spowodowało ono reakcję w postaci akcji zbrojnej przeciw katarom oraz oblężenia ich centrum religijnego. Akcję taka zaczęto już planować w roku 1241, na rok przed zabójstwem w Avignonet.</p>
<p><strong>Oblężenie</strong></p>
<p><strong><em>&#8220;…Gdyż wszyscy ci, co uznali panowanie Lucyfera i upadli z Raju, przyszli z siedmiu królestw, wznieśli się na szklane niebo, a za każdego, co się wzniósł, inny spadł…&#8221;</em></strong></p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-1591" title="atak na Montsegur_edited" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/09/atak-na-Montsegur_edited.jpg" alt="atak na Montsegur_edited" width="450" height="408" />Głównodowodzacy armii królewskiej, Hugues de Arcis, rozporządzał zmienną liczbą wojska, sięgająca 10 tysięcy zbrojnych. Odciął najprostszą drogę zaopatrzenia oraz okupował wieś. Swoją akcję rozpoczął 13 maja 1243 roku. “Montségurczycy” mieli po swojej stronie miejsce, którego zamierzali bronić; twierdzę na przeogromnej skale, z trudnym dostępem z punktu widzenia atakujących. Mieli swoją niezachwianą wiarę w słuszność swojej sprawy no i polegali na obietnicach odsieczy (głównie ze strony hrabiego Tuluzy, Rajmunda VII). Byli też dobrze zaopatrzeni w żywność i wodę, a ogromna masa skały ukrywała szereg – z zewnątrz niewidocznych – przejść i ścieżek, którymi można było dostarczać (i dostarczano!) tego, czego potrzebowano, choć nieregularnie.</p>
<p>Przeciw obrońcom natomiast przemawiała mała liczebność ich własnego garnizonu oraz stosunek sił liczbowych żołnierzy jak jeden do kilkudziesięciu (tuż przed oblężeniem liczebność garnizonu wzrosła ze stu, niektórzy autorzy są przekonani, że osiągnęła ok. trzystu zbrojnych).</p>
<p>Trzeba jednak przyznać, że choć przewaga liczebna istotnie była po stronie oblegających, to i Hugues de Arcis stanął przed nie lada problemem. Nie mógł liczyć na szybkie zajęcie fortecy, do której dojście dla oblegających istniało w zasadzie tylko z jednej strony. Nie mógł liczyć na poparcie lokalnej ludności ze wsi, bo sympatie tejże były zdecydowanie po stronie katarów. Jego główna przewaga leżała raczej w tym, że mógł zawsze liczyć na dopływ świeżych sił oraz na niczym niezakłócone zaopatrzenie (z tym z kolei problem mieli obrońcy).</p>
<p>Dodatkową jednak niewygodą dla oblegających był fakt, że – gdy nadeszła zima – ich wojska, a raczej ta ich część, która zajmowała pozycje blisko samej twierdzy, nie mogła nawet liczyć na ochronę przed śniegiem, mrozem i wiatrem na górze. Ci ludzie również musieli wykazać hart ducha, zwłaszcza, gdy oblężenie przeciągało się w nieskonczoność, powodując tym samym zniechęcenie wsród wojsk królewskich. De Arcis był przygotowany na taką okoliczność, nawet jednak i on nie przeczuwał, że zostanie “przykuty” do tej skały na równych dziesięć miesięcy. Jego zadanie okazało się tym trudniejsze, że jego armia cierpiała z powodu ciagłych dezercji oraz &#8211; co warte podkreślenia &#8211; z powodu biernego współdzialania wielu jego żołnierzy z obleganymi. Tłumaczy to miedzy innymi fakt, że tak często wysłannicy katarscy z łatwością &#8220;przedzierali się&#8221; przez kordon wojsk królewskich do Montségur i z powrotem.</p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-1592" title="trebuchet szkic_edited" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/09/trebuchet-szkic_edited.jpg" alt="trebuchet szkic_edited" width="315" height="319" />Probówano atakować twierdzę. Bez skutku. W ciągu pięciu miesiecy od maja do października jedynie trzech obrońców zostało śmiertelnie rannych. Nie posunięto sie ani o metr. Przewaga atakujących robiła jednak swoje. W październiku (lub na początku listopada) baskijscy najemnicy w armii królewskiej wdarli się na występ skalny około 80 metrów od zamku. Tam zbudowano machinę miotającą pociski kamienne (tzw. <em>&#8220;trebuchét&#8221;</em>), by przy jej pomocy bombardować pozycje obrońców. Wówczas katarzy sprowadzili swojego specjalistę, nazwiskiem Bertrand de La Baccalaria, który zbudował im podobna machinę, bombardującą pozycje oblegających.</p>
<p>Dopiero około 2 do 2,5 miesiąca pózniej baskijscy wspinacze, najprawdopodobniej na skutek zdrady, podeszli (drogą wykutą w skale przez katarów) pod mały barbakan, zaskoczyli jego obsadę, wybijając ją. Od tego momentu położenie obrońców zamku stało się znacznie trudniejsze, jako że z tej odległości &#8220;krzyżowcy&#8221; mogli już bombardować wschodnią ścianę twierdzy. Była ona jednak wyjątkowo potężna, stąd też kruszenie jej musiało się przeciągać. Tym bardziej, że Baccalaria natychmiast zbudował katarom następną machinę odpowiadającą &#8216;wet za wet&#8217; machinie francuskiej. Oblężenie przeciagnęło się więc o dalsze dwa miesiące. W ciągu tego okresu przypuszczano wprawdzie ataki na zamek, katarzy jednak zdołali je wszystkie odeprzeć.</p>
<p>Jednak przedłużające się walki dawały się we znaki bardziej obrońcom (których było znacznie mniej) niż oblegającym (których było znacznie wiecej i którzy mogli zmieniać oraz uzupełniać linię ataku). Pierre-Roger de Mirepoix postanowił zatem spróbować wypadu z twierdzy na barbakan, aby go odbić i spalić francuski <em>trebuchet</em>. Wypad ten miał miejsce w nocy z 29 lutego na 1 marca 1244 roku, zakończył się jednak niepowodzeniem. Katarzy zostali odparci, zaś do kontrataku przystąpili z kolei Francuzi i Baskowie, którzy spróbowali wykorzystać sytuację i wedrzeć się do zamku. Obrońcom pospieszyli z pomoca przebywający w Montségur cywile (w tym kobiety). Przeciwnicy zostali odparci i zepchnięci z powrotem do barbakanu. Straty po obu stronach musiały być jednak dotkliwe, zwłaszcza, że walczono na wąskim przesmyku skalnym. Stąd też większa zapewne była liczba zabitych niż rannych.</p>
<p>Negocjacje w sprawie kapitulacji rozpoczeły się nazajutrz, 1 marca 1244. Trwały bardzo krótko i zakończyły się tego samego dnia. Epopeja katarskich Termopil dobiegła konca. Warunki rozejmu były nastepujące:</p>
<p>1.  garnizon pozostaje w twierdzy przez nastepnych 15 dni i w międzyczasie wypuści jenców,</p>
<p>2.  garnizon otrzymuje przebaczenie wszelkich win przeszłych, włączając w to zamach w Avignonet,</p>
<p>3.  mężczyźni pod bronią mogą odejść ze swym bagażem oraz bronią, później jednak będą składać zeznania przed inkwizycją. Otrzymają jedynie lekką pokutę,</p>
<p>4.  pozostałe osoby w fortecy otrzymają te same warunki. Nałożona zostanie na nie jedynie lekka pokuta pod warunkiem, że wyrzekną się wiary katarskiej i złożą zeznanie przed inkwizycją. Osoby odmawiające porzucenia herezji spłoną na stosie,</p>
<p>5.  twierdza Montségur przechodzi w ręce Kościoła i Korony Francuskiej</p>
<p>Co do punktu 4, wszystkie osoby, które były perfektami oraz te, które przyjęły <em>consolamentum</em> w twierdzy (podczas oblężenia) zostały istotnie spalone. Nie na stosie jednak. Ponad 200 osób (205 do 230) zostało spalonych wspólnie w jednym gigantycznym ogniu, do rozpalenia którego użyto zapewne m.in. części palisady z Montségur i drewnianych części budynków.</p>
<p>Zwraca uwagę wyjątkowo łagodne potraktowanie osób zamieszanych w zamach na inkwizytorów w Avignonet. Jak na &#8220;powód&#8221; do akcji zbrojnej przeciw heretykom, zamach ten został zatem potraktowany &#8220;powierzchownie&#8221;. Wydawać by się mogło przecież, że to własnie sprawcy owego zamachu zostaną starannie &#8220;wyłuskani&#8221; spośród kapitulujących i ukarani jako pierwsi. Tymczasem darowano im nie tylko życie, ale i wolność! Czy była to więc łaskawość &#8220;Matki-Kościoła&#8221;, zawsze chętnie wybaczajacej zbłąkanym &#8220;dzieciom&#8221;? </p>
<p>Wątpliwe bowiem dlatego, że gdy &#8220;jedną ręką&#8221; rozgrzeszano zamachowców, &#8220;drugą ręką&#8221; wrzucono bezceremonialnie do ognia ponad 200 osób niewinnych żadnej zbrodni i których jedynym przewinieniem było przyjęcie katarskiego sakramentu. Jest to &#8220;szczegół&#8221; wyraźnie wskazujący, że akcja zbrojna podjęta w Langwedocji nie stanowiła żadnego &#8216;odwetu&#8217; za zamach na inkwizytorów (choć dziś jeszcze używany jest argument o zamachu jako &#8216;przyczynie&#8217;), lecz że była ona zaplanowaną na zimno akcją, ktorej celem była definitywna eksterminacja wiary katarskiej i dla której ów zamach był jedynie pretekstem. </p>
<p><strong>Pole Spalonych</strong></p>
<p><strong><em>&#8220;…Pamiętaj o tych, co dali więcej niż mogli, więcej istotnie niż posiadali; więcej aniżeli dać powinni…&#8221;</em></strong></p>
<p>Po upłynięciu 15 dni przed głównym wejściem twierdzy stawili się Hugues de Arcis osobiście, w asyście swoich rycerzy. Kościoł Rzymski reprezentowany był przez biskupa Albi oraz przez dwóch inkwizytorów z zakonu dominikanów: brata Ferriera oraz brata Durantiego.</p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-1594" title="Postument" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/09/Postument1.jpg" alt="Postument" width="275" height="545" />W sumie około połowy wszystkich osób wyprowadzonych z twierdzy spalono tego dnia, 16 marca 1244 roku, pod murami Montségur. Spośród tych, którzy ocaleli, było kilku katarów, którzy wynieśli potajemnie coś, co aż po dziś dzień jest przedmiotem wielu kontrowersji, a mianowicie &#8220;skarb z Montségur&#8221;. Zeznający później przed inkwizycją Alzeu de Massabrac, powołując się na świadectwo Arnalda-Rogera de Mirepoix stwierdził:</p>
<p><em>“…gdy </em>haeretici<em> przybyli z twierdzy Montségur, która przekazana została Kościołowi i Koronie Francuskiej, Pierre-Roger de Mirepoix zatrzymał wewnątrz wspomnianej fortecy Amiela Aicarta i jego przyjaciela Hugona, będących heretykami; w nocy, podczas której inni heretycy zostali spaleni, ukrył wspomnianych heretykow i pomógł im zbiec; i było to uczynione, aby Kościół heretyków nie utracił swego skarbu, który ukryty został w lesie; a uciekinierzy znali miejsce, w którym on spoczywa…”</em></p>
<p>Perfekci tworzyli osobną grupę opuszczajaca twierdzę. Arpaïs de Ravat, córka kasztelana Raymonda de Perella i jego żony Corby (ktora krótko przedtem została perfektą) stwierdza, mówiąc o tej właśnie grupie, że <em>“…zostali brutalnie wywleczeni z twierdzy Montsegur”.</em>  Spośród liderów kościoła katarskiego był w tej grupie biskup Bertrand Marty oraz Raymond Aiguilher, który szareg lat wcześniej brał udział (wspólnie z Guilhabertem de Castres oraz innymi liderami) w debacie z liderami katolickimi i Dominikiem w Montreal.</p>
<p>Mniej więcej 200 metrów od samej fortecy, ale wciąż w górnej części wzniesienia, tam, gdzie dziś stoi skromny postument upamiętniający pomordowanych, znajduje się miejsce zwane “Polem Spalonych”. Guillaume de Puylaurens (kronikarz XIII-wieczny, ksiądz, notariusz biskupstwa w Tuluzie, a pózniej kapelan hrabiów tuluskich) informuje, że tam ‘krzyżowcy’ <em>“…zbudowali palisadę ze słupów i pali”.</em> Wewnątrz niej umieścili <em>“niezliczoną ilość chrustu”. </em>Owych ponad dwieście osób zostało tam następnie wpędzonych (lub może wręcz wrzuconych) i spalonych wspólnie. Nie było zatem osobnych stosów. </p>
<p><em>&#8220;Wielkie dni kataryzmu w jego centrum dobiegły końca zarówno w tragedii jak i w chwale, w epizodzie, ktory zademonstrował po raz kolejny niezwykłą siłę kataryzmu w największych przeciwnościach&#8221;</em> &#8211; przyznaje Malcolm Lambert, autor, którego bynajmniej nie można &#8220;posądzić&#8221; o zbytnie sympatie katarskie.</p>
<p><strong><em>“Zmiłuj się, Panie, nad wszystkimi spalonymi z tego świata. Zmiłuj się nad tymi, co miłowali aż poza ten świat. Nad wszystkimi, co miłowali. Nad wszystkimi, co posiadali cokolwiek prawdziwego do umiłowania. Amen”</em></strong></p>
<p><strong>Epilog</strong></p>
<p>Raymond de Perella, kasztelan Montségur – poddając twierdzę, skazał tym samym na śmierć swoją żonę, jej matkę oraz swoją najmłodszą córkę Esclarmondę (wszystkie one mające status “perfektów” w Kościele Katarskim).</p>
<p><strong>Pierre-Roger de Mirepoix</strong> &#8211; wbrew pozorom owo ułaskawienie też nie przeszło tak gładko i bez kłopotów, jak by na to wskazywały warunki kapitulacji twierdzy Montségur. Po opuszczeniu twierdzy, Pierre-Roger z Mirepoix znika na okres 11 lat. W 1255 roku wymieniony jest w pewnym dokumencie jako <em>&#8220;…pozbawiony swych włości za obron</em>ę<em> i podjudzanie heretyków w twierdzy Montségur&#8221;.</em> Odzyskał pełnię swych praw w roku 1257<em>.</em></p>
<p><strong>Guilhabert de Castres</strong> &#8211; nigdy nie wpadł w ręce inkwizycji. Nigdy nie został przez nikogo zdradzony. Jesli żył jeszcze w okresie oblężenia Montségur w latach 1243-44, był już zapewne w bardzo zaawansowanym wieku.</p>
<p><strong>Twierdza Montségur</strong> &#8211; po kapitulacji została zburzona po zajęciu jej przez wojska królewskie. Nowym kasztelanem został Guy I des Levis. Za jego czasów (oraz pózniej &#8211; w sumie w ciagu 3 wieków) została tam zbudowana nowa forteca. Miała swoj garnizon jeszcze w XVI wieku. W 1757 roku wciąż należała do rodziny des Levis. To właśnie ruiny tej <em>po</em>-katarskiej fortecy zachowały się po dziś dzien i są odwiedzane przez co najmniej sto tysięcy osób rocznie. W roku 1929 <a href="http://www.geocities.com/countermedia/Otto.html"><strong>Otto Rahn</strong></a>, zafascynowany katarami prowadził tam badania. Pózniej w roku 1947 z inicjatywy rządu francuskiego przeprowadzono częściowe odrestaurowanie ścian zamku. Z kolei w latach 1964-76 badania prowadzone były przez ekipę archeologiczną.</p>
<p><strong>Skarb katarski z Montségur</strong> &#8211; w sumie – według Berengara de Lavelanet – czterech katarów (włączając dwóch wymienionych powyzej) miało wziąć udział w ocaleniu skarbu z Montségur. Legendy krążyły pózniej na jego temat mówiące m.in. o Świętym Graalu jako owym skarbie. Z całą pewnością skarb ten zawierał pieniądze potrzebne na bieżące wydatki Kościoła (część z nich została wyniesiona z Montségur nieco wcześniej, wtedy gdy &#8220;krzyżowcy&#8221; zajęli barbakan). Mógł również zawierać szczególnie cenną literaturę. Istnieje interesująca (i warta przeczytania) teoria, według której częścią skarbu miał być &#8211; ni mniej ni więcej &#8211; <a href="http://www.shroud.com/menu.htm"><strong>Całun Turyński</strong></a></p>
<p><strong>Kościoł Katarski </strong>– kapitulacja twierdzy nie oznaczała końca tego Kościoła. Nie była to zresztą ostatnia twierdza katarska zdobywana przez wojska królewskie. Np. 11 lat później padł Queribus (1255), a i jego upadek nie zakończył działalności katarów. Istnieje opinia, że efektywnie era kataryzmu kończy się w wieku XIV, jesli chodzi o kataryzm we Francji, we Włoszech w wieku XV. Malcolm Lambert wymienia datę 1412, kiedy to w Chieri, na południowy wschód od Turynu, lombardzki inkwizytor dominikanski kazał ekshumować zwłoki 15 heretyków i spalić je publicznie wraz z wizerunkami zmarłych.</p>
<p>Według pewnej tradycji, Christian Rosencreutz, założyciel Różokrzyżowców, był potomkiem rodu Germischhausen, praktykującego kataryzm potajemnie przez szereg pokoleń. Nikt nie jest jednak w stanie zweryfikować obecnie prawdziwości rozmaitych tradycji, zwłaszcza jeśli mowa jest o praktykowaniu kataryzmu <em>potajemnie</em>. Wiadomo np., że wprowadzony został przez Kościół Rzymskokatolicki obowiązek uczestniczenia we mszy świętej oraz w eucharystii, przy czym sprawdzana była obecność. Wiemy zatem, że oficjalnie praktykowanym był rzymski katolicyzm. Natomiast jest rzeczą bezdyskusyjną, że popularność katarów dawała i daje o sobie znać. Francuski Kościół Gnostycki, założony przez Doinela w XIX wieku oparty był do pewnego stopnia na tradycji katarskiej.</p>
<p>Sakrament <em>Consolamentum</em> istnieje do dziś także w kościołach gnostyckich o liturgii bazowanej na katolicyzmie (jak <em>Ecclesia Gnostica</em>). Istnieje również, jak się okazuje, <a href="http://www.cathar.net/"><strong>Kościół Katarski</strong></a> <a href="http://www.cathar.net/cathar.html%20"><strong> </strong></a>(lub może raczej neo-katarski) w USA, który zdaje się być wspólnotą nieco podobną do <em>Amishów.</em></p>
<p>W samej Langwedocji sympatie katarskie są po prostu nieustającą rzeczywistością. Stephen Hoeller, biskup gnostycki (Ecclesia Gnostica) w swej niedawno wydanej książce ”<em>Gnosticism. New Light in the Ancient Tradition od inner knowing&#8221;</em> cytuje m.in. wypowiedź pewnego sędziwego mieszkańca tego regionu. Usłyszawszy w pewnej rozmowie słowo “katar”, powiedział on: <em>“Catares, Madamme? My zawsze byliśmy katarami, chociaż o tym nie mówimy. I na zawsze też pozostaniemy katarami”.</em></p>
<p>Wspomniany powyżej Otto Rahn, który prowadził badania w Montségur i który uzyskał ogromną wiedzę na temat katarów, miał &#8211; według niektórych &#8211; wręcz sam <em>nawrócić się</em> na kataryzm na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.</p>
<p><strong>Kościół Katolicki </strong>- w tym miejscu, niejako na zakończenie, warto zacytować opinię obojga autorów, na których się tu niejednokrotnie powołano:</p>
<p><em>“…represywny terroryzm narzucany, jako polityka, przez inkwizycję przez kilka stuleci narodom Zachodu – był tym, co mialo podminować gmach Kościoła od wewnątrz i spowodować straszliwe obnizenie standardów moralności chrześcijańskiej i cywilizacji katolickiej (&#8230;) Począwszy od XIII wieku nie znajdujemy świętego lub doktora w Kosciele katolickim, wystarczająco odwaznego, by stwierdzić (jak to na przykład czynila Św. Hildegarda  w XII wieku), że człowiek mylący się w sprawach religijnych jest wciąż stworzeniem Bożym i że pozbawianie go życia stanowi zbrodnię. Kościół, ktory tak chętnie zapomniał o tej prostej prawdzie, nie zasługiwał na miano “katolickiego”; można stwierdzić zatem, że pod tym względem herezja wymierzyła Kościolowi cios, po którym nigdy nie przyszedł on do siebie.</em></p>
<p><em>Zwycięstwo zostało odniesione za zbyt wysoką cenę. Nawet jeśli Kościół Rzymski, przyjmując twardą linię wobec herezji, oszczędził zachodniemu chrześcijaństwu powaznych problemów, które mogły z hukiem doprowadzić całą strukturę społeczną i kulturalną do ruiny &#8211; a to pod żadnym względem nie jest pewne &#8211; osiagnął on to za cenę kapitulacji moralnej, której konsekwencje ponosi on jeszcze dzisiaj.&#8221; </em>(Zoe Oldenbourg)</p>
<p><em>&#8220;Walka z kataryzmem dopomogła w sfabrykowaniu wizerunku heretyka jako sługi Szatana, podczas gdy </em>Vox in Rama <em>Grzegorza IX przybiła pieczęć autorytetu nad rodzajem obscenicznego oszczerstwa, niegdyś uzywanego przeciw wczesnym chrześcijanom a potem, w melancholicznym grymasie, zwróconego przeciw chrześcijańskim heretykom </em>(…) <em>od </em>Vox in Rama<em> droga wiodła az do </em>Malleus maleficarum, <em>Biblii łowców czarownic oraz do szalenstwa, które rozciagnęło się na Reformację i splamiło reputację zarowno katolików jak i protestantów. Był to najważniejszy spadek pozostawiony przyszłości przez epizod katarski &#8211; spadek, który sami katarzy z pewnością by odrzucili.&#8221;</em> (Malcolm Lambert)</p>
<p> <br />
<strong>Michał Monikowski<br />
Perth, Australia</strong></p>
<p><strong> </strong></p>
<p>Cytaty pod śródtytułami oraz przed epilogiem pochodzą z Kolekty oraz Czytania z mszy gnostyckiej na <em>Montségur Day</em>. Barwa liturgiczna na <em>Montségur Day</em> &#8211; fioletowa <em>lub</em> czerwona.</p>
<p><span style="text-decoration: underline;"><strong>Literatura:</strong></span></p>
<p>Zoe Oldenbourg. <em>Massacre at Montségur. A History of the Albigensian Crusade.</em> Phoenix Press, London 2000. ISBN I 84212 428 5</p>
<p>Malcolm Lambert. <em>The Cathars.</em> Blackwell Publishers  Oxford/UK &amp; Malden/USA 1998/1999. ISBN 0 631 14343 2, ISBN 0 631 20959 X</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-1595" title="Montsegur" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/09/Montsegur.jpg" alt="Montsegur" width="725" height="454" /></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/09/02/katarskie-termopile/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Reinkarnacja – czyli: JEST JESZCZE LEPIEJ, Panowie!</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/08/10/reinkarnacja-%e2%80%93-czyli-jest-jeszcze-lepiej-panowie/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/08/10/reinkarnacja-%e2%80%93-czyli-jest-jeszcze-lepiej-panowie/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 10 Aug 2009 11:58:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Reinkarnacja]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.monio.info/?p=1388</guid>
		<description><![CDATA[Poniższy tekst stanowi kontynuację oraz poszerzenie tez artykułu zamieszczonego wcześniej pod tytułem „Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!”.  Bezpośrednim bodźcem do napisania obecnego tekstu stały się obszerne cytaty zamieszczone pod tamtym, pierwszym artykułem, gdy pojawił się on w serwisie http://www.kosciol.pl/article.php/200411140625438. Zawarte w nich argumenty zasługują, jak uznałem, na szerszą odpowiedź. Serdecznie dziękuję (i to wciąż, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://farm3.static.flickr.com/2454/3804153510_4d9eb44728.jpg"><img class="alignleft" src="http://farm3.static.flickr.com/2454/3804153510_4d9eb44728.jpg" alt="" width="161" height="230" /></a>Poniższy tekst stanowi kontynuację oraz poszerzenie tez artykułu zamieszczonego wcześniej pod tytułem </strong><strong><em>„Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!”</em></strong><strong>.  Bezpośrednim bodźcem do napisania obecnego tekstu stały się obszerne cytaty zamieszczone pod tamtym, pierwszym artykułem, gdy pojawił się on w serwisie <a href="http://www.kosciol.pl/article.php/200411140625438">http://www.kosciol.pl/article.php/200411140625438</a>. Zawarte w nich argumenty zasługują, jak uznałem, na szerszą odpowiedź. Serdecznie dziękuję (i to wciąż, dzisiaj jeszcze!) „Łukaszowi” za zwrócenie mi na nie uwagi. Również „MedievalMan” (Andrzej), stały i zadomowiony gość tamtego Serwisu (i mój stary znajomy z niejednej  dyskusji)  zasugerował wtedy powrót do tego tematu. Powróciłem więc do niego ponownie (i zapewne nie po raz ostatni). Pod tekstem podane są linki do użytecznych stron na ten temat.</strong></p>
<p>Nie będziemy tu jakimś „tytułem rewanżu” próbowali montować tezy, według której np. wiara w fizyczne zmartwychwstanie ciał <strong><em>“okalecza człowieczeństwo poszczególnego człowieka niszcząc jego osobowość”</em></strong> (to też autentyczny cytat wyjęty z ust polskiego duchownego nt reinkarnacji&#8230;). W ogóle nie zamierzamy się tu ustosunkowywać do tezy o fizycznym zmartwychwstaniu ciał. Nie będziemy więc próbowali dokonywać jej oceny jako czegoś doskonałego, dobrego, złego czy nijakiego, zostawiając to samym wierzącym. Nie zamierzamy w związku z tym zestawiać całego tasiemca cytatów, od starożytnych po współczesne, wykpiwających teorię zmartwychwstania ciał (a byłoby co poczytać i z czego się pośmiać) choć zapełniłyby one niezłą broszurkę. Ustosunkujemy się jedynie do ataków na reinkarnację i do oceny tych ataków, nie próbując żadnego kontrataku czy „przeniesienia walki na terytorium przeciwnika”. Gdybyśmy bowiem to zrobili, zarzuconoby nam od razu obrazę uczuć religijnych i hipokryzję.</p>
<p><strong>Dlaczego <em>trwa</em>?</strong></p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-1401" title="W wirze Stworzenia" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/08/W-wirze-Stworzenia.jpg" alt="W wirze Stworzenia" width="240" height="240" />Ileż to zawdzięczamy „poganom”! My i „ortodoksi”! Nie byłoby dzisiaj żadnej dyskusji o reinkarnacji między nimi a nami, nie byłoby zaangażowania całych nieraz ośrodków kościelnych, ba, nawet poszczególnych najwyższych rangą hierarchów. Nie byłoby w ogóle żadnej dyskusji na ten temat, gdyby nie ogromne dziedzictwo „pogańskie”, które my, heretycy, dzielimy wraz z „ortodoksami”. Bo żeby taka dyskusja stała się możliwa, to najpierw konieczny był <strong><em>koncept nieśmiertelnej duszy</em></strong>. A ten starożytni Żydzi przejęli wprost od pogan, najprawdopodobniej od Greków. Przejęli i zachowali go. I dzięki temu wszystkie trzy religie „niepogańskie” były w stanie rozwinąć całe filozofie bazowane na tym koncepcie przejętym od religii, o których niektórzy nasi ortodoksi twierdzą, że tak niewiele rzekomo mają z nimi wspólnego.</p>
<p>Wiedząc jak cienka jest ewidencja potępiania przez kościół chrześcijański idei reinkarnacyjnej, kardynał Schőnborn użył niedawno zadziwiającego argumentu. Mianowicie kościół nigdy formalnie jej nie potępił&#8230;</p>
<p><em>„nie dlatego, by mógł uważać ją za doktrynę do pogodzenia z wiarą chrześcijańską, lecz wprost przeciwnie, ponieważ reinkarnacja w tak oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom tej wiary, że potępienie nigdy nie wydawało się konieczne.”</em></p>
<p>Przyjrzyjmy się temu bliżej. Gdyby istotnie tak było, że reinkarnacja była nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to po prostu wiara w nią nie trzymałaby się go, a praktycznie rzecz biorąc trwa ona w nim bez przerwy. Byłoby to po prostu niewykonalne. Już sam fakt jednak, że jest ona nieprzerwanie w nim obecna, stanowi żywy i niepodważalny dowód, że godzi się ona z nim perfekcyjnie. Nie jest ona sprzeczna z <strong><em>żadną</em></strong> wartością chrześcijańską. <strong><em>Dosłownie z żadną</em></strong>.</p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-1403" title="olympian" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/08/olympian.jpg" alt="olympian" width="358" height="271" />Jeśli natomiast miałaby ona być nie do pogodzenia z naszą religią, to nie trzymałaby się ona jej tak jak nie trzyma się jej <em>politeizm</em>. Te dwa systemy: <em>chrześcijaństwo</em> i <em>politeizm</em> po prostu się siebie nie trzymają (no, mówi się co prawda o mormonach, że są politeistami, ale ich politeizm jest pozorny i powierzchowny). Politeizm trzyma się natomiast i to całkiem dobrze hinduizmu. Niekoniecznie dlatego, ze hinduizm nie może być czym innym niż politeizmem. Może, bowiem istnieje w nim także nurt monoteistyczny, a nawet panteistyczny.</p>
<p>Chrześcijaństwo od samego swego początku stykało się z kulturami politeistycznymi dokładnie tak, jak z reinkarnacjonizmem. Jednak reinkarnacjonizm zadomowił się w nim na stałe, podczas gdy politeizm nie.</p>
<p>Fakt, że politeizmu w chrześcijaństwie nie uświadczysz, jest z kolei niepodważalnym dowodem, że jest on z nim (przynajmniej teoretycznie) istotnie nie do pogodzenia. Jedną z przyczyn (choć nie jedyną, oczywiście) jest fakt, że chrześcijanie <strong><em>od początku i bez owijania w bawełnę stwierdzali</em></strong>, że ich zdaniem jest tylko jeden Bóg (ewentualnie dwóch lub jeden oraz demiurg). Postępowali oni zatem w sposób zupełnie odwrotny niż sugeruje kard. Schőnborn, według którego potępienie poglądu nie jest konieczne, jeśli pogląd ten w <em>“</em><em>oczywisty sposób przeczy podstawowym zasadom (&#8230;) wiary”.</em></p>
<p>Nie da się tego powiedzieć o reinkarnacji, co do której takich zdecydowanych stwierdzeń nie było. Polemiści próbujący (tak jak chociażby o. Jacek Salij) podważyć sens reinkarnacjonizmu w naszej religii m.in. za pomocą cytatów biblijnych, stąpają tu po wyjątkowo śliskim gruncie, bo żaden cytat biblijny, jak wskazywaliśmy już w poprzednim artykule, nie zawiera niczego, co stanowiłoby jakąkolwiek ewidentną krytykę reinkarnacjonizmu. To, co zatem owi polemiści mogą nam przeciwstawić w tej mierze, to ich własne interpretacje poszczególnych, nielicznych (na ogół jednozdaniowych) cytatów. Nie inaczej wygląda to w owym słynnym, nieustannie przywoływanym cytacie z Listu do Hebrajczyków, do którego ustosunkowaliśmy się już 2 lata temu w artykule <em>„Reinkarnacja – czyli wszystko w porządku, Panowie!”</em> :</p>
<p><em><img class="alignright size-full wp-image-1406" title="reinkarn" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/08/reinkarn.jpg" alt="reinkarn" width="272" height="350" />“Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze <strong>&#8220;Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd&#8221; </strong>(Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy <strong>hinduista</strong>, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest właśnie swego rodzaju &#8220;wyrokiem&#8221;. A każde ciało umiera istotnie <strong>tylko jeden raz</strong>. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.”</em></p>
<p>To nasza interpretacja tego wersetu. Przeciwnicy reinkarnacji mają oczywiście swój własny sposób tłumaczenia tego fragmentu, co niewątpliwie potrafimy uszanować. Ba, nie wykluczamy i tego, że autor owego Listu sam nie wyznawał reinkarnacji. Sposób sformułowania tego zdania jak najbardziej uzasadnia i taką możliwość.  Jednak nawet jeśli tak istotnie było, to nigdzie w jego tekście nie znajdziemy jakiegokolwiek potępienia takich wierzeń, dokładnie tak, jak nie znajdujemy ich gdziekolwiek indziej w całej Biblii, bo już nie tylko w Nowym Testamencie.  Stąd też moje wcześniejsze określenie o „milczeniu grzmiącym niczym ciężkie działa”. <em>Grzmiącym</em> nie poparciem reinkarnacjonizmu, ale <em>grzmiącym</em> brakiem jego krytyki. Dlatego też poźniejsze pełne nieraz przysłowiowej „piany na ustach” tyrady innych zupełnie autorów z powołaniem się na teksty biblijne, stanowią zabieg w tym samym stopniu <strong><em>wątpliwy</em></strong> w sensie merytorycznym, co wręcz po prostu <strong><em>nieuczciwy</em></strong>.</p>
<p>Poglądy reinkarnacjonistyczne stanowią u nas stały już element tradycji i wszystko wskazuje na to, że tak już pozostanie. Probują liczni teologowie, hierarchowie i bibliści wykazać i udowodnić jej &#8220;obcość&#8221; u nas i wszyscy dobrze widzimy z jak beznadziejnym skutkiem: reinkarnacjonistów  u nas <strong><em>coraz więcej</em></strong>. Skutek ten sam w sobie wykazuje ponad wszelką wątpliwość, że jeśli cokolwiek tu jest istotnie nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, to raczej próby &#8220;odkrojenia&#8221; odeń reinkarnacjonizmu. Zupełnie one zawodzą i stanowią całkowitą stratę czasu i energii. Skazane są (i były) na całkowitą klęskę i to już od samego zarania. Wypada jednak przyznać, że odegrały one też pozytywną role swego rodzaju &#8220;próby ognia&#8221; oraz testu, który reinkarnacjonizm zdał po prostu celująco, wychodząc zwycięsko z owych egzaminów i wodząc za nos swych &#8220;prześladowców&#8221; niczym <em>Joanna d&#8217;Arc</em> swoich sześcdziesięciu sędziów w Rouen. Reprezentuje ona upór i witalność godną owej dziewiętnastolatki z Lotaryngii. Ma jednakże nad ową zbrojną dziewicą ogromną przewagę: reinkarnacjonizmu nie da się spalić niczym żywego człowieka.</p>
<p>Czy jednak – brzmi uzasadnione pytanie – kościół chrześcijański nie powinien odrzucić reinkarnacji w celu zachowania pewnego niekwestionowanego fundamentu, pewnych granic, po przekroczeniu których chrześcijańska tożsamość staje pod znakiem zapytania?</p>
<p>Na ten argument udzielić można dwojakiej odpowiedzi, a obie jej części, traktujące o rozmaitych aspektach zagadnienia, doskonale się wzajemnie uzupełniają, jeśli nie wręcz zazębiają:</p>
<ol>
<li>Właśnie po to istnieją rozmaite kościoły, denominacje, nawet sekty, by mogły one zachować, strzec i propagować rozmaite dogmaty, rozmaite interpretacje dogmatów, interpretacje wierzeń czy Biblii (i takie też zadania same sobie stawiają). Tak więc &#8220;rozmywaniem granic&#8221; nie ma specjalnego powodu się przejmować. Jest to, nawiasem, jeden z tych powodów, dla których nie należy tworzyć jednej wspólnej instytucji kościelnej z jedną hierarchią i doktrynalną <em>urawniłowką</em>. Historia uczy bowiem, że takie unifikacje, obok oczywistej sztuczności, przynoszą ze sobą <em>pokusę</em> &#8211; a co za tym idzie, również <em>praktykę</em> &#8211; uniformizacji, której owocem jest nietolerancja nawet w ramach jednego i tego samego kościola, &#8220;denominacyjny imperializm&#8221;, który dokonał w przeszłości straszliwego spustoszenia i przyniósł ze sobą poźniej prawdziwie bolesne podziały i niejedną wojnę religijną <em>chrześcijansko-chrześcijanska</em> oraz wiele straszliwych zbrodni czyniących z kościoła <em>kościoł-imitacje</em>. Lepiej już, jeśli się denominacje kłocą niż żeby chrześcijanie mieli się wzajem nienawidzić.</li>
<li>Troska o granice dogmatyczne i obawa przed dogmatycznym relatywizmem przesłania znacznie ważniejszą kwestię: kwestię relatywizmu <strong><em>moralnego</em></strong>, która gubi się nieraz w gąszczu szarpaniny np. o prymat papieski, liczbę sakramentów oraz czy sakramenty są ważne tylko w jednym kościele i czy wolno przystępowac w kościele innym niż własny. Prowadzi się dziką kampanię dzielenia chrześcijan na <em>chrześcijan</em> i <em>niechrześcijan</em>. Owa mania &#8220;wykluczactwa&#8221; sięga już nieraz takich szczytów, że nawet podstawowe wspólne akcje o charytatywnym charakterze stają się niemożliwością. Miałem szereg lat temu okazję rozmawiać ze Świadkami Jehowy na temat takich wspólnych akcji i zapytałem, czy prowadzą takie akcje np. wspólnie z kościołem katolickim. Odpowiedzieli, że nie. Na pytanie zaś o powody tego stanu rzeczy stwierdzili, że m.in. dlatego ,że <em>&#8220;nie uznajemy ich </em>(t.j. KRK)<em> dogmatu o Trójcy Świętej&#8221;</em>. My też nie mamy się tu czym poszczycić, bo nasze dytansowanie się od nich w kwestii wspólnej działalności motywowane jest <em>tymi samymi powodami</em>.</li>
</ol>
<p><strong>Stara, chrześcijańska tradycja…</strong></p>
<p>Niejednokrotnie czytamy, że antropologia biblijna rzekomo wyklucza reinkarnację. Korzeni tej antropologii poszukiwać należałoby oczywiście już w Starym Testamencie.</p>
<p>Ale właśnie ten argument pośrednio dodatkowo uzbraja naszą tezę. Otóż fakty, które się przytacza (a których nie negujemy, jeśli już, to  raczej wręcz przeciwnie) świadczą jedynie o tym, że Żydzi z <em>owego okresu</em> nie znali (lub co najmniej <em>mogli nie znać</em>) pojęcia reinkarnacji. Nie dziwi to wcale: skoro bowiem później niż poganie posługiwać się zaczęli pojęciem nieśmiertelnej duszy, to i później też przyszło im zastanawiać się nad pojęciem reinkarnacji. <strong><em>Nie znając</em></strong> go zaś, <strong><em>nie mogli go odrzucać</em></strong>. Odrzucać bowiem da się jedynie coś, o czym się wie. Odrzucanie lub akceptacja (tudzież obojętność) były zatem dla nich możliwe tylko po tym, gdy koncepcja ta stala się dla nich dostępna. Stąd też dziś część z nich tego konceptu nie aprobuje, a część aprobuje, wszyscy oni jednak są Żydami. Byłoby raczej nieładnie z naszej strony pouczać judaistów co to jest &#8220;prawdziwy judaizm&#8221;. Chyba, że jesteśmy gotowi z pokorą poddać się tyradzie np. <em>sikha</em> na temat tego, czy jesteśmy &#8220;prawdziwymi chrześcijanami&#8221; i dać się takiemu uturbanionemu Azjacie &#8220;wykluczyć&#8221; z naszej religii, jeśli <strong><em>on</em></strong> dojdzie do wniosku, że się już <em>nie zaliczamy</em>&#8230;</p>
<p>Argument o &#8220;wykluczeniu przez nieznajomość&#8221; jest zatem poważną pułapką.</p>
<p>Jeśli przed Kolumbem w Europie nikt nie wiedział o istnieniu Ameryki, to czy fakt tej niewiedzy wykluczał jej istnienie? I czy po jej odkryciu kwestią &#8220;ortodoksji&#8221; naukowej jest nieuznawanie możliwości istnienia tego kontynentu? Czy fakt, że nie spotykamy się na codzień z &#8220;kosmitami&#8221; stanowi dowód rozstrzygający o braku życia poza naszą planetą? Zgoda, historycznie rzecz biorąc systemy religijne i filozoficzne bazowały na założeniu, że gdzie indziej nie ma życia ludzkiego (lub podobnego). Nie da się jednak na tej podstawie wykluczyć innych możliwości, tak jak nie sposób kompromitować tych religii. Czy zatem wierzący w istnienie &#8220;kosmitów&#8221; to ludzie, którzy kompletnie błądzą?</p>
<p><img class="alignright size-thumbnail wp-image-1392" title="spiritual-awakening-by-lester" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/08/spiritual-awakening-by-lester-150x150.jpg" alt="spiritual-awakening-by-lester" width="150" height="150" />Po to, by w cokolwiek wierzyć, nie trzeba dowodow, że wierzono tak już przed wiekami czy tysiącami lat. Naukowcy co prawda nie wykluczają, że koncepcje reinkarnacyjne mogły istnieć niemal od zarania historii ludzkości, ale nawet gdyby ich wtedy nie było, to co z tego? Chrześcijaństwo ani judaizm czy islam też nie istnieją <em>&#8220;od zawsze&#8221;,</em> czy zatem należy je z tego powodu marginalizować?</p>
<p>Tak i z reinkarnacją: wierzyć w nią można, nawet gdyby jako koncepcja pojawiła się dopiero <em>wczoraj</em>. Gwoli ścisłości podkreślić warto jednak, że tak oczywiście nie jest. Samo chrześcijaństwo jest &#8220;młodzieniaszkiem&#8221; wobec tej koncepcji, co oznacza, że cała chrześcijańska tradycja i dogmatyka jest od niej młodsza. A w samym chrześcijaństwie (żeby już zbyt daleko w przeszłośc nie wychodzić) jest ona starsza niż zdecydowana większość tradycji, starsza niż wszystkie dogmaty. Wiara w nią czyni zatem z każdego chrześcijańskiego reinkarnacjonisty spadkobiercę tradycji:</p>
<p>-          <strong><em>starszej</em></strong> niż dogmat o Trojcy Świętej,<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż doktryna o wspołistotności Pomazańca z Bogiem Ojcem, czyli:<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż cała kontrowersja ariańska,<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż Credo nicejsko-konstantynopolitańskie,<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż proklamowanie Marii <em>&#8220;Matką Boską&#8221; </em>(Theotokos),<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż wiara w <em>Niepokalane Poczęcie</em> oraz <em>Wniebowzięcie</em> (nie mówiąc już o dogmatach na ich temat,  bo są one wręcz tworami &#8220;historii najnowszej&#8221;, gdzie jeden z nich liczy sobie trochę tylko ponad pół wieku…),<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż jakikolwiek &#8220;Ojciec Kościoła&#8221;,<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż kult jakiegokolwiek świętego,<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż papiestwo, a co za tym idzie:<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż wiara w papieską nieomylnośc (nie mówiąc już o dogmacie o tej nieomylności…)<br />
-          <strong><em>starszej</em></strong> niż znany nam kanon Pisma Świętego (zwłaszcza chrześcijański)…<br />
-          <strong><em>starszej </em></strong>niż jakiekolwiek potępienie Orygenesa,<br />
-          <strong><em>starszej </em></strong>niż którykolwiek sobór powszechny i jego ustalenia (nie mówiąc już o jakiejkolwiek współczesnej nam kampanii antyreinkarnacyjnej, prowadzonej przez którykolwiek ośrodek lub jakiegokolwiek ojca dominikańskiego&#8230;)</p>
<p>Możnaby tak długo jeszcze ciągnąć… Mówimy tu zatem &#8211; praktycznie rzecz biorąc &#8211; o reinkarnacji jako <strong><em>stałym i ugruntowanym elemencie</em></strong> chrześcijańskiej tradycji oraz depozytu wiary chrześcijańskiej, a nie o jakimś <em>&#8220;obcym ciele&#8221;</em>. Obcym ciałem, jeśli chodzi o ścisłość, były u nas inkwizycja i zbrodnie popełniane w imie dogmatu i t.zw. &#8220;prawdziwej wiary&#8221;. To one z chrześcijaństwem, jako <em>ideą</em>,  nie miały absolutnie niczego wspólnego, tak jak pozbawione jest jego ducha &#8220;wykluczactwo&#8221; bazujące na tym, że ktoś nie uznaje takiego czy innego dogmatu lub wierzy sobie w reinkarnację. Jeśli cokolwiek zatem jest tu w stanie okaleczać chrześcijaństwo, to takie właśnie praktyki wykluczackie, a nie wiara w reinkarnację, która tej religii ani nie przyczynia żadnej szkody, ani też jej nie przyczyniała w przeszłości.</p>
<p>Stwierdziwszy zaś, że nasz rodzaj wiary chrześcijańskiej istnieje od zarania dziejów naszej religii, nie twierdzimy, że był to jedyny reprezentant chrystianizmu w przeszłości. Pod tym względem różnimy się od (niektórych) naszych ortodoksyjnych koreligionistów, którzy fakt istnienia w starożytnym chrześcijaństwie wrogów naszej wiary próbują uczynić jedynym chrześcijańskim punktem widzenia. Poszczególne zaś wypowiedzi takiego rodzaju z tamtego okresu mianują dowodem, że to kościół (cały?) jednoznacznie potępiał itd.</p>
<p><strong><em>Kwestie biblijne &#8220;Drogą do nikąd&#8221;</em></strong></p>
<p>Jak już wiemy, Biblia w ogóle niczego nie mówi na interesujący nas temat. Nie mówi, gdyż autorzy najstarszych jej ksiąg <strong><em>nie byli w stanie</em></strong> ustosunkować sie do niego, autorzy zaś pism późniejszych <strong><em>nie zdecydowali się</em></strong> tego uczynić. Jedyne, co pozostaje tym, którzy chcą argumentować &#8220;z pozycji biblijnych&#8221;, to próba interpretacji poszczególnych fragmentów tekstów, a to &#8211; jak zobaczymy &#8211; wyjątkowo <strong><em>&#8220;śliska&#8221;</em></strong> sprawa.</p>
<p>Próba wykluczania jakiegoś poglądu z uwagi na to, że ktoś nie był w stanie się do niego ustosunkować, wydaje się zatem &#8220;nie fair&#8221; i to zarówno w stosunku do tego poglądu jak i w stosunku do tego kogoś. Starożytni Żydzi nie byli też w stanie ustosunkować się np. do późniejszych teorii dotyczących powstania wszechświata oraz &#8220;obrotów sfer niebieskich&#8221;, o których to &#8220;obrotach&#8221; nie zdawali się mieć jakiegokolwiek pojęcia porównywalnego z obecnym.</p>
<p>Z tego też powodu wielu krytyków Biblii zakwalifikowalo Księgę Genezy niemalże <em>&#8220;na szmelc&#8221;</em> lub &#8211; w najlepszym wypadku &#8211; <em>do muzeum</em>, nie pozostawiając na niej &#8220;suchej nitki&#8221;. Z drugiej jednak strony obrońcy Biblii, w tym &#8220;ortodoksi&#8221; (jeśli nie wręcz oni <em>przede wszystkim</em>) posługują się takimi <strong><em>współczesnymi</em></strong> (a więc też <strong><em>nieznanymi</em></strong> starożytnym autorom Pisma) interpretacjami, które,  jeśli już nie wpisują wprost obecnych teorii do opisów Genezy, to co najmniej stwierdzają, że są one z nimi <em>&#8220;niesprzeczne&#8221;.</em> Takie stanowisko stało się już &#8220;klasyką&#8221; współczesnego nam interpretowania i nauczania biblijnego, od lekcji religii dla uczniów podstawówki aż po uniwersytety. Istnieje przebogata literatura na ten temat, dostępna praktycznie wszędzie, której czytanie jest zalecane uczniom, studentom i profesorom. Autorzy tych pozycji dają nam praktyczny pokaz tego, że <strong><em>można</em></strong> &#8211; a nawet <strong><em>trzeba</em></strong> &#8211; przeinterpretowywać starożytne teksty biorąc pod uwagę późniejszy dorobek myślowy i naukowy.</p>
<p>Chrystus uczył teorii zmartwychwstania. Tak, to prawda. Ale czy on kiedykolwiek ostrzegał przed reinkarnacją? Ja rozumiem <em>fizyczne</em> zmartwychwstanie <strong><em>właśnie</em></strong> jako reinkarnację – w odróżnieniu od zmartwychwstania <em>duchowego</em> (czyli “ponownego narodzenia”), które następuje w trakcie tego samego życia cielesnego.</p>
<p><em>&#8220;Teraz jest dzien zbawienia&#8221;</em> (2Kor 6;2) – to kolejny znakomity cytat po Hbr9,27: istotnie <em>teraz </em>jest dzień zbawienia, bo teraz odpowiadamy za swe życie. I trwa to przez cały czas, my <em>już</em> możemy zostac zbawieni, nie dopiero &#8220;przy końcu czasow&#8221;. Sąd Ostateczny jest tak samo wieczny, jak zbawienie, odbywa się on zatem nieprzerwanie.</p>
<p><em>Baptistes</em> na pytanie czy jest Eliaszem, odpowiedział <em>&#8220;Nie&#8221;</em> (Jn1;21). Co tylko potwierdza, że nie był tym &#8220;wniebowziętym&#8221; Eliaszem z ST (co akurat między nami nie budzi kontrowersji). Jeśli natomiast miał byc istotnie <em>przereinkarnowanym</em>, to &#8211; za przeproszeniem &#8211; <em>niczego</em> by o tym wiedział. Więc z argumentu nici.</p>
<p>Wersety z Jana 3;3-6 nie budzą kontrowersji między nami rownież. Jasne, że chodzi o ponowne duchowe narodzenie. Ale i tu mamy pewną niespodziankę: skoro <em>&#8220;ciało rodzi ciało, a duch rodzi ducha&#8221;</em>, to może to oznaczac, że &#8220;narodzenie ducha&#8221; niekoniecznie musi byc <em>rownoczesne</em> z narodzeniem ciała… Choć naturalnie może ten fragment być interpretowany (zapewne <em>lepiej</em> interpretowany w całym kontekście) w ten sposób, że tak jak ciało rodzi się z ciała, tak narodzenie duchowe jest czymś innym, więc Nikodem nie musi „wskakiwać z powrotem” do łona swej matki&#8230;</p>
<p>Krótko mówiąc: śledzenie tekstów biblijnych w celu wykazania, czy są one za lub przeciw, jest drogą do nikąd. Poza tym oczywiście, na co wskazywaliśmy już niejednokrotnie: że nie potępiają one reinkarnacji, bo albo ich autorzy o niej nie słyszeli, albo nie decydowali się wystąpić przeciw niej. To jedyna konkluzja możliwa do wyciągnięcia <strong><em>z całą pewnością</em></strong>.</p>
<p><strong><em>T.zw. „problemy praktyczne”</em></strong></p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-1409" title="DiwaliSwastika" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/08/DiwaliSwastika.jpg" alt="DiwaliSwastika" width="328" height="280" />Dlaczego ktoś ma być karany w przyszłym życiu za coś, czego nie pamięta z poprzedniego? – zdają się pytać przeciwnicy reinkarnacjonizmu. No coż, reinkarnacjonistyczny fundamentalista mógłby tu odpowiedzieć fundamentaliście nie-reinkarnacjonistycznemu:</p>
<p><em>&#8220;On pamiętał w poprzednim życiu to, co zrobił i był wtedy już ostrzegany, że w przyszłym przyjdzie mu za to zapłacić.&#8221;</em></p>
<p>Socjologicznie i psychologicznie miałoby to ten sam efekt, jak ostrzeżenie: <em>&#8220;jeśli będziesz czynił źle, pójdziesz do piekła&#8221;.</em></p>
<p>Oba te ostrzeżenia mają na celu skłonienie osoby do tego, by w miarę swych możliwości starała się żyć jak najlepiej.</p>
<p>Ale jeśli istotnie sprawa braku pamięci poprzedniego życia jest dla kogokolwiek tak istotna, że stanowi <strong><em>aż</em></strong> argument przeciw konceptowi reinkarnacji, to sami z pewnością wiemy o praktykach w naszym kościele, stanowiących wyjątkowo podobny &#8220;grzech&#8221;:</p>
<p>Dlaczego to należy chrztem oczyszczać <strong><em>niemowlaka</em></strong> (lub w ogóle <strong><em>kogokolwiek</em></strong>, również osobę dorosłą)z grzechu pierworodnego, którego <em>on nie popełnił</em> i nawet nie miał warunków, by go popełnić<em>?</em> I dlaczego ma się to odbywać wtedy, gdy on &#8211; jako <em>niemowlak</em> właśnie &#8211; <em>nie jest nawet w stanie</em> zdawać sobie sprawy z konceptu istnienia czegoś takiego jak &#8220;grzech pierworodny&#8221;? Jeśli potrafimy odpowiedzieć na to pytanie &#8211; a w to akurat nie wątpię &#8211; to będziemy  mieli odpowiedź na nasze wątpliwości odnośnie &#8220;praktycznych problemów&#8221; z reinkarnacją. Skoro bowiem możemy dźwigać w sobie ciężar grzechu całej ludzkości (mitycznego Adama), to jaki mamy mieć problem z dźwiganiem grzechów swego własnego poprzedniego wcielenia?</p>
<p><img class="alignright size-thumbnail wp-image-1393" title="origen" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/08/origen-150x150.jpg" alt="origen" width="150" height="150" />Czy nie można wierzyć równocześnie w zmartwychwstanie ciał i reinkarnację? Owszem, <strong><em>można</em></strong>. Służę własnym przykładem: w reinkarnację wierzę od co najmniej 20 lat (no, może 25). Z wiarą w zmartwychwstanie ciała (tego samego) rozstałem się jednak dopiero jakieś 3-4 lata temu. Czyli, że przez co najmniej 16-17 lat (jesli nie 22) wierzyłem w obie te rzeczy <strong><em>naraz</em></strong>. Można więc polegać na moim <em>kilkunastoletnim </em>(co najmniej)<em> doświadczeniu</em> w tej mierze, jeśli innego takiego (lub lepszego) przykładu nie ma akurat pod ręką… Choć można mieć: w poprzednim artykule na ten temat zacytowałem wypowiedź Orygenesa na rzecz preegzystencji dusz. Ojciec Jacek Salij u siebie cytuje inną wypowiedź tego samego człowieka, w której ten potępia „głupią wiarę w reinkarnację” (tak nawiasem: <strong><em>głupiej</em></strong> wiary w reinkarnację ja też nie pochwalam). <strong><em>Ten sam</em></strong> człowiek, <strong><em>dwie różne</em></strong> wypowiedzi. Która jest prawdziwsza? A może obie są jednakowo prawdziwe? Gdyby mnie ktoś szereg lat temu spytał czy wierzę w zmartwychwstanie ciał, odpowiedziałbym, że tak. I zapewne ten ktoś odniósłby wrażenie, że jestem przeciwnikiem wędrówki dusz. Popełniłby błąd&#8230;</p>
<p>Wielu ludzi zmienia swoje poglądy niejednokrotnie w ciągu życia. Wielu innych (jeśli nie większość) potrafi jednocześnie wierzyć w rzeczy, które, gdy traktowane bardzo sztywno, mogą uchodzić za sprzeczne. Pojęcia „zmartwychwstanie” i „reinkarnacja” są tak szerokie, że w zależności od ich rozumienia mogą albo się wzajemnie wykluczać albo wzajemnie uzupełniać. Można więc wierzyć tylko w zmartwychwstanie ciał, a w reinkarnację nie. Można też wierzyć tylko w reinkarnację, a w zmartwychwstanie ciał nie. <em>Ale możliwe jest także</em>, by wierzyć w reinkarnację, po której – przy końcu wszystkich czasów – nastąpi zmartwychwstanie wszystkich ciał. Jeśli się dobrze przyjrzeć temu ostatniemu poglądowi, to uderzy fakt, że nie jest on <strong><em>sprzeczny</em></strong> wcale z chrześcijańską ortodoksją. Jest od niej <strong><em>różny</em></strong>, ale nie jest <strong><em>sprzeczny</em></strong> (różnica i sprzeczność to dwie odmienne rzeczy&#8230;). Jest to jednym z powodów, dla których tylu chrześcijan obecnie wierzy w reinkarnację <strong><em>oraz</em></strong> w Sąd Ostateczny. Jak widać, ich poglądy nie są tak nielogiczne, jak się to wydaje niektórym spośród nas&#8230; W końcu “ortodoksi” też nie wierzą, że <strong><em>co chwila</em></strong> ktoś zmartwychwstaje, lecz że stanie się to <strong><em>dopiero</em></strong> przy końcu wszystkich czasów&#8230;</p>
<p>Wyobraźmy sobie jednak, że ktoś mógłby zapytać:</p>
<p><em>&#8221; No, dobrze,  pisze pan, a ja dalej mam wąty. Może moje pytanie wyda się panu naiwne, ale ja <strong>naprawdę</strong> chciałbym wiedziec jak to możliwe wierzyć <strong>naraz</strong> w reinkarnację i zmartwychwstanie ciał? To <strong>które</strong> w końcu ciało będzie sądzone na Sądzie Ostatecznym, jeśli ten Sąd <strong>nie</strong> odbywa się bez przerwy, lecz (bo i to trzeba brać pod uwage, jeśli się jest uczciwym, panie heretyku!) będzie on miał miejsce <strong>tylko raz</strong>, przy końcu wszystkich czasów?&#8221;</em></p>
<p><em>Aaa! To bardzo proste: w takim wypadku na Sądzie stawi się dusza <strong>wraz</strong> ze wszystkimi ciałami, przez które przewędrowała. Tam oceni się ją oraz ciała zbiorczo. Jak bowiem, pisząc biografię jakiegoś człowieka, jesteśmy w stanie nie tylko podsumować jego <strong>całe życie</strong>, ale i poszczególne jego <strong>etapy</strong>, które mogą być zmienne, tak i na Sądzie oceni się <strong>nie tylko</strong> duszę, lecz również <strong>etapy</strong> jej ziemskiego bytowania.</em></p>
<p><strong><em>&#8220;Game over!&#8221;</em></strong></p>
<p>Miejsce poczesne wśród nas ma koncepcja reinkarnacyjna wręcz zapewnione. Proszę spojrzeć nieco szerzej. Proszę mianowicie postawić się na moment w pozycji kogoś, kto nie jest ani chrześcijaninem, ani buddysta itd. Nie zastanawiał się on zbytnio ani nad zmartwychwstaniem (tego samego) ciała, ani nad wędrowką dusz. Jak myślicie: który z tych dwóch konceptów łatwiej będzie mu przyjąć? Biorąc pod uwagę, że w nieśmiertelność duszy wierzą wierzący wszystkich religii, a w możliwość przywrocenia umarłego do życia &#8211; mało kto, wynik wydaje się być z góry przesądzony. W ten sposób łatwo pokazać, że koncept transmigracji duszy (ducha? Boskosci?) jest <strong><em>naturalnie i obiektywnie silniejszy</em></strong> od konceptu zmartwychwstania (tego samego) ciała. I to nie silniejszy &#8220;muskułami&#8221; oczywiście, ale intelektem właśnie (pod względem duchowym oba koncepty idą &#8220;łeb w łeb&#8221;). Wygra zatem silniejszy, a nie słabszy. Zwłaszcza, że pogląd taki znajduje pełne potwierdzenie w praktyce: jeśli ktoś nawraca się z hinduizmu lub buddyzmu na chrześcijaństwo, to <strong><em>niekoniecznie</em></strong><em> </em>porzuca on wiarę reinkarnacyjną. Jeśli zaś jego nawrócenie odbywa się &#8220;w odwrotną stronę&#8221;, to <strong><em>zawsze</em></strong> towarzyszy temu &#8220;przejście na reinkarnacjonizm&#8221;, <strong><em>o ile wręcz przejście owo nie dokonało się już na długo przed konwersją!</em></strong></p>
<p>Spójrzmy prawdzie w oczy: jedna czwarta populacji społeczeństw Zachodu wierzy w reinkarnację, co jest procentem ogromnym wobec istniejącej tam liczby buddystów i hinduistów. Nikt nigdy tam takiego konceptu <strong><em>nie narzucał</em></strong>. I liczba reinkarnacjonistów szybko wzrasta…  A ilu buddystów i hinduistów wierzy w zmartwychwstanie ciała?</p>
<p>Gdy chodzi o walkę o miejsce reinkarnacjonizmu w chrześcijaństwie i o próby jego tam zmarginalizowania lub wyparcia stamtąd, to ciśnie mi się na usta właśnie owo podane w tytule &#8220;podrozdziału&#8221; stwierdzenie: jest <em>&#8220;po meczu&#8221; (&#8221;game over!&#8221;)…</em> Zresztą i w skali globalnej wydaje się, że koncept zmartwychwstania (pojmowany literalnie) <strong><em>już</em></strong> przegrał z reinkarnacjonizmem. Daleko jeszcze do upadku ostatniej twierdzy i do &#8220;bezwarunkowej kapitulacji&#8221;, ale po następnym pełnym pokoleniu lub najwyżej dwóch czy trzech… Kto wie: może spotkamy się wtedy po raz kolejny i dokończymy naszą dyskusję? <strong>Ktoś ją wszakże z pewnością dokończy i podsumuje <em>ostatecznie</em>…</strong></p>
<p><strong><em>“Pantera” i M3</em></strong></p>
<p>Gdy przeglądamy przeróżne polemiki z reinkarnacjonizmem, będące autorstwa “ortodoksyjnego”, stwierdzamy nieodmiennie coś, co stanowi niemal rytuał takich polemik. Mianowicie górnolotne i wzniosłe stwierdzenia (ba, niemalże <em>wersety</em>!) sławiące oficjalną wykładnię ortodoksji zestawia się tam z najbardziej literalistycznymi, najprostszymi, a nawet z najbardziej prymitywnymi wersjami reinkarnacjonizmu. Jest to w ogóle pewien rodzaj tendencji polemicznej, nie tylko w odniesieniu do omawianej problematyki i nie tylko współcześnie. Polemiści wszelkich epok lubili i lubią sobie swego przeciwnika sami tworzyć: dobierają jego cechy w sposób, w jaki lalkarz tworzy kukłę, by ją potem można było dowolnie obijać, kopać i deptać bez ryzyka, że ta kukła się zdenerwuje i skopie w końcu swego twórcę. W taki jednak sposób nie da się przedyskutować dosłownie niczego. Można co najwyżej malować egoistycznie swój własny portret niczym kolonialnego myśliwego, co to z angielskim białym kapeluszem kolonialnym (t.zw. “pith-hat”) w triumfalnej pozie staje przy ubitej zebrze, dla większego jeszcze efektu stawiając na niej stopę i oświadcza nam na dodatek z tupetem, że w ten sposób ubił nie tylko tę jedną zebrę, lecz <strong><em>cały gatunek</em></strong>, wraz z innymi koniowatymi, jak perszerony, araby czy mustangi&#8230; Przypomina to pewną niemiecką kronikę wojenną, której autorzy, pragnąc pokazać przewagę niemieckiej broni pancernej nad analogiczną bronią przeciwnika, zestawili ze sobą najnowszą wówczas „Panterę” z jakimś nieprawdopodobnym gratem amerykańskim (znanym jako M3). Widać było różnicę w sile ognia, w rozwijanej prędkości, w szczegółach projektu pancerza i podziwiać można było łatwość, z jaką „Pantera” pokonywała trudne nawet przeszkody terenowe, podczas gdy amerykański gruchot został w tyle i za  nic nie umiał przeszkody pokonać, niczym skończony mazgaj&#8230; (fragment można obejrzeć tu, jeżeli kogo interesuje <a href="http://www.youtube.com/watch?v=qPn1xS54rKo">http://www.youtube.com/watch?v=qPn1xS54rKo</a> ).</p>
<p>Przykładem takiego argumentowania jest choćby podnoszony często inny jeszcze „problem praktyczny”, mianowicie niemożliwości reinkarnacji, bo przecież ludzi przybywa, a skoro ma istnieć transmigracja dusz, to ta liczba nie mogłaby się zmieniać („więc szczęśliwi i weseli reinkarnacjęśmy zarżnęli!”). No cóż, jeśli kto zamierza tak nas „szachować”, to dajmy i jemu małę kostkę do zgryzienia i to tego samego rodzaju, co i on nam serwuje: ludzi istotnie przybywa. Ale ubywa zwierząt i roślin. Gdzie te bory nieprzebyte, co niegdyś rosły i tam, gdzie dziś pustynie? Wyginęły wszystkie dinozaury i nieprzeliczona liczba innych stworzeń. Jak tacy chętni do liczenia się z nami, to niechaj się teraz sami mozolą ze swoją własną „Wunderwaffe”, szczegółowo wyliczając ile to (dokładnie, co do <em>sztuki</em>!) wymarło dinozaurów, mamutów, pterodaktyli, owadów i paproci. A potem niechaj spróbują nam tryumfalnie obwieścić, że to my się mylimy, bo się liczby nie zgadzają! Droga wolna, proszę bardzo: <em>the ball is now in their court!</em></p>
<p><img class="alignright size-thumbnail wp-image-1394" title="Platon" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/08/Platon-141x150.jpg" alt="Platon" width="141" height="150" />Nieco bardziej wyrafinowaną odmianą powyższej metody “zestawiania ‘Pantery’ z M3” są powtarzane poglądy (również na kościelnych stronach internetowych), że reinkarnacja jest tak nielogiczna i bezmyślna, że nawet starożytni jej zwolennicy jak Platon  „nie potrafili jej obronić”. Drodzy Autorzy takich nonsensów! Nie wpadliście na to, że gdyby istotnie tak było, to do dziś nie pozostałby dosłownie kamień na kamieniu z tego reinkarnacjonizmu, bo już tysiące lat temu rozprawionoby się z nim dokumentnie, tak jak Wy próbujecie (równie bezskutecznie) rozprawiać się z nim teraz i przy użyciu tych samych „argumentów”?</p>
<p>Groteskowo wyglądają próby stwierdzeń, że kościół chrześcijański zawsze (sic!) potępiał reinkarnację. Oczywiście „ortodoksyjni” polemiści za punkt wyjścia biorą tu swój własny ekskluzywistyczny osąd, że poza nimi, ich własnymi ojcami kościoła i ich zwolennikami nie ma i nie było już kościoła chrześcijańskiego. Ale nawet w tak zawężonym spektrum ich twierdzenia nie pokrywają się z rzeczywistością. Pokazaliśmy to już wcześniej na wybranych przykładach czołowych liderów „ortodoksyjnych”, których wypowiedzi nie zostały w tym celu wyrwane z kontekstu (oczywiście nie twierdzimy, że reinkarnacjonistami byli oni „zawsze”, „od początku” i „niezmiennie”; zwłaszcza skoro sami też nie „od zawsze” i nie „od początku” nimi jesteśmy); wskazaliśmy, że Orygenesa potępiono wśród „ortodoksów” dopiero 300 lat po jego śmierci, a to stało się w około połowie pierwszego tysiąclecia n.e. Próby wykazania rzekomej ostateczności owego potępienia prezentują się jeszcze gorzej. Zwłaszcza w świetle coraz większego rozpowszechniania się wiary w reinkarnację teza o owej „ostateczności” obnażona zostaje jako kompletna fikcja. Konieczność ciągłego odżegnywania kościoła od reinkarnacjonizmu obecnie nie jest niczym innym zatem, jak tylko głośnym potwierdzeniem, że „ostateczność” ta jest jak najbardziej daleka od rzeczywistości. Również merytoryczna jakość tych ataków pokazuje jak w gruncie rzeczy ubogie są argumenty atakujących. To częste zestawianie reinkarnacji w komentarzach jej przeciwników z „kłamstwami”, „fałszywą nauką”, „grzechami” i pełnymi potępienia cytatami z Biblii (które akurat <strong><em>o reinkarnacji</em></strong> nie mówią <strong><em>nic</em></strong>!), wszystko to świadczy o tym, że przeciwnicy naszych wierzeń gonią resztkami sił w swoim polowaniu na wyimaginowane czarownice. Cel takiej propagandy obnażany jest przez nią samą: zohydzić, spotwarzyć, oczernić, a potem jeszcze kłamstwo przypisać zaatakowanemu poglądowi.</p>
<p>Z naszego punktu widzenia jest to dla nas sytuacja wręcz znakomita. Naprawdę zatem: <em>jest jeszcze lepiej, Panowie!</em></p>
<p><strong> <br />
</strong>Michał Monikowski<br />
Perth, Australia</p>
<p>Użyteczne linki</p>
<p><a href="http://www.ignatiusinsight.com/features2006/cschonborn_reincarn_july06.asp">http://www.ignatiusinsight.com/features2006/cschonborn_reincarn_july06.asp</a>  - Kard Schőnborn o reinkarnacji</p>
<p><a href="http://www.archidiecezja.lodz.pl/czytelni/kulbat/t5_3.html">http://www.archidiecezja.lodz.pl/czytelni/kulbat/t5_3.html</a> -tekst ks. Waldemara Kulbata, krytyczny o reinkarnacji</p>
<p><a href="http://mateusz.pl/ksiazki/js-pww/js-pww_18.htm">http://mateusz.pl/ksiazki/js-pww/js-pww_18.htm</a>  o. Jacek Salij o reinkarnacji (krytycznie, rzecz jasna)</p>
<p><a href="http://www.near-death.com/experiences/reincarnation01.html">http://www.near-death.com/experiences/reincarnation01.html</a> Dr Ian Stevenson i jego badania nad prawdopodobieństwem reinkarnacji</p>
<p><a href="http://skepticreport.com/sr/?p=482">http://skepticreport.com/sr/?p=482</a>  krytycznie o Stevensonie</p>
<p><a href="http://www.healpastlives.com/future/rule/rudebunk.htm">http://www.healpastlives.com/future/rule/rudebunk.htm</a> o poprzednich wcieleniach, pozytywnie</p>
<p><a href="http://www.near-death.com/experiences/origen05.html">http://www.near-death.com/experiences/origen05.html</a> reinkarnacja i judaizm</p>
<p><a href="http://www.atmajyoti.org/ch_christian_insights_reincarnation.asp">http://www.atmajyoti.org/ch_christian_insights_reincarnation.asp</a> hinduski pogląd na reinkarnację w chrześcijaństwie</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/08/10/reinkarnacja-%e2%80%93-czyli-jest-jeszcze-lepiej-panowie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Reinkarnacja &#8211; czyli wszystko w porządku, Panowie!</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/08/08/reinkarnacja-czyli-wszystko-w-porzadku-panowie/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/08/08/reinkarnacja-czyli-wszystko-w-porzadku-panowie/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 08 Aug 2009 14:08:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Reinkarnacja]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.monio.info/?p=1369</guid>
		<description><![CDATA[Poniższy tekst stanowi próbę spojrzenia &#8211; oczami reinkarnacjonisty &#8211; na dyskutowane niejednokrotnie zagadnienie wiary w reinkarnację, także w kościele chrześcijańskim od początku jego istnienia. Warto również pokrótce zaprezentować chrześcijanom nieznającym historii kościoła skąd wzięły się dzisiejsze kategoryczne stwierdzenia apologetów, teologów i hierarchów, według których wiara w reinkarnację jest jakoby &#8220;nie do pogodzenia&#8221; z chrześcijaństwem. 

Od [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://farm3.static.flickr.com/2664/3800977024_451f9df6b5.jpg"><img class="alignleft" src="http://farm3.static.flickr.com/2664/3800977024_451f9df6b5.jpg" alt="" width="162" height="230" /></a>Poniższy tekst stanowi próbę spojrzenia &#8211; oczami reinkarnacjonisty &#8211; na dyskutowane niejednokrotnie zagadnienie<em> </em>wiary w reinkarnację, także w kościele chrześcijańskim od początku jego istnienia. Warto również pokrótce zaprezentować chrześcijanom nieznającym historii kościoła skąd wzięły się dzisiejsze kategoryczne stwierdzenia apologetów, teologów i hierarchów, według których wiara w reinkarnację jest jakoby <em>&#8220;nie do pogodzenia&#8221;</em> z chrześcijaństwem. <em><br />
</em></strong></p>
<p><strong>Od czasów najdawniejszych…</strong></p>
<p>Wiara w reinkarnację wydaje się być bardzo stara. Potwierdza to m.in. fakt występowania jej wśród niepiśmiennych ludów w rozmaitych częściach świata, jak na przykład lud Arunta (lub &#8220;Aranda&#8221;) w centralnej Australii. Ludy te wyznają ideę preegzystencji duszy i reinkarnacji. Przykłady takie zdają się wręcz sugerować, że wiara ta wyrosła wraz z początkiem ludzkiej kultury jako takiej. Jest ona obecna (w rozmaitych formach) np. wśród ludów Afryki Zachodniej (ludy Ewe, Edo, Igbo, Yoruba), Południowej Afryki (Bantu i Zulusi), Indonezji, Oceanii, Nowej Gwinei czy obu Ameryk.</p>
<p><em>&#8220;Wśród ludów Yoruba i Edo wiara w ponowne narodzenie zmarłych przodków pozostaje mocną i żywą siłą kulturową po dziś dzień. Jest ich zwyczajem nazywanie każdego chłopca &#8220;Ojciec Has Powrócił&#8221;, a każdej dziewczynki &#8220;Matka Has Powróciła&#8221;. Zulusi wierzą, że duch każdej osoby przechodzi serię ponownych narodzin w ciałach rozmaitych zwierząt, od małych insektów aż po słonie, aż wreszcie pojawia się ona w ludzkim ciele, gdzie rodzi się ponownie. W końcu, osiagnąwszy szczyt ludzkiej egzystencji, dusza jednoczy się z wyższym duchem, od którego pochodzi.&#8221;  </em>(Encyclopedia of Religion, t. XII  s.265-266; oprac. J. Bruce Long)</p>
<p>Podobne wierzenia odnotowano wśród australijskich Aborygenów. Według nich duch zmarłego przodka, po pobycie przez pewien nieokreślony czas w kraju umarłych, powraca do świata żywych wstępując w ciało matki w momencie poczęcia. <em>&#8220;Ojciec zdaje się nie mieć bezposredniego wpływu na zapłodnienie matki. Za to przyszła matka otrzymuje nowe życie przebywając w pobliżu lokalnego centrum totemow zwanego &#8216;oknanikilla&#8217;, gdzie duch (&#8217;alcheringa&#8217;) lub dusza zmarłego przodka oczekuje ponownych narodzin.&#8221;</em> (tamze, s.266). Warta odnotowania jest ta wiara w poczęcie z ducha u ludów tak dalekich od miejsc znanych z Biblii.</p>
<p><a href="http://farm3.static.flickr.com/2440/3801047312_7bb04041e0.jpg"><img class="alignleft" src="http://farm3.static.flickr.com/2440/3801047312_7bb04041e0.jpg" alt="" width="258" height="345" /></a>W starożytnym Egipcie odnajdujemy ślady takich wierzeń w kulcie faraonów. Później rozwinęły sie one do tego stopnia, że w wieku V p.n.e. Herodot twierdził wręcz, że to Egipcjanie jako pierwsi wierzyli w reinkarnację. Według jego zródeł Egipcjanie wierzyli, że dusza jest nieśmiertelna, że po śmierci człowieka przechodzi przez wcielenia w rozmaitych gatunkach, by w koncu narodzić się ponownie w ciele ludzkim. Caly ten cykl narodzin miał sie dokonywać w ciągu trzech tysięcy lat.</p>
<p>Najpełniej jednak doktryna ta rozwinięta została w Indiach (hinduizm, buddyzm, jainizm, sikhizm oraz sufizm) oraz w Grecji (Pitagoras, Empedokles, Platon, Plotyn). Jest rzeczą prawdopodobną, że starożytni Grecy przejęli ją z Indii. Tak czy owak istnieje ona tam co najmniej od czasów Pherycydesa z Syros (VI w.p.n.e.) oraz jego ucznia Pitagorasa.</p>
<p>Według Empedoklesa (490-430 p.n.e.) nic w kosmosie nie zostaje stworzone ani zniszczone. Wszelkie życie przechodzi transmutację. Dusze nieczystych są skazane na transmigrację przez trzydzieści tysięcy lat poprzez rozmaite formy wcieleń. Ucieczka od owego przeznaczenia wiedzie przez długi proces oczyszczania, a jego warunkiem jest unikanie jedzenia mięsa zwierząt, których dusze mogły niegdyś przebywać w ludziach.</p>
<p>W kulcie misteryjnym zwanym orfizmem (opartym na wierze w życie, śmierć oraz zmartwychwstanie boga Orfeusza) cel owego wyzwolenia z cyklu reinkarnacji realizowany był poprzez dzwiganie duszy do coraz to wyższych stopni duchowej egzystencji. Było to osiągane poprzez uczestnictwo w praktykach sakramentalnych w braterstwach orfickich. Przyjmując owe sakramenty (a odbywało się to w sekretnych miejscach i często w nocy), wierny otrzymywać miał siłę boskiego życia. Ten dar, kultywowany poprzez medytację, modlitwę i wegetarianizm, był w stanie wreszcie przynieść duszy wolność od reinkarnacji.</p>
<p><strong>U Żydów…</strong></p>
<p><a href="http://farm3.static.flickr.com/2473/3800168041_1b2ea51764.jpg"><img class="alignright" src="http://farm3.static.flickr.com/2473/3800168041_1b2ea51764.jpg" alt="" width="242" height="282" /></a>W religii żydowskiej pogląd o transmigracji dusz rozwijał się stopniowo, tak samo zresztą jak pogląd o zmartwychwstaniu ciał. Nie jest celem pokazywanie tutaj całego ciągu tego rozwoju, gdyż byłby to materiał na osobny artykuł. Zaznaczymy tu jedynie tendencje w myśli żydowskiej w I w.n.e., czyli w czasie gdy rodziło się chrześcijaństwo, na podstawie stwierdzen zawartych w pracach <strong><em>Józefa Flawiusza</em></strong> (37 &#8211; ok.101 r.n.e.). Oto, co pisał on w tej materii o Saduceuszach:</p>
<p><em>&#8220;Lecz doktryna Saduceuszów jest taka: że dusza umiera wraz z ciałem; nie uznają oni tez przestrzegania czegokolwiek poza tym, czego wymaga prawo (…) nie uznają przeznaczenia i twierdzą, że coś takiego nie istnieje oraz że wydarzenia w ludzkich sprawach nie są jego dziełem; uważają natomiast, że wszystkie nasze działania są w naszych rękach, tak więc my sami jestesmy sprawcami tego co dobre i zło spada na nas z naszego własnego szaleństwa.&#8221; </em>(&#8221;Antiquities of the Jews&#8221;)</p>
<p>Z kolei o Faryzeuszach:</p>
<p><em>&#8220;…Wierzą oni również, że dusze mają w sobie nieśmierelny rygor oraz że pod ziemią będą kary i nagrody zależnie od tego czy żyły cnotliwie czy występnie w tym życiu; i że te ostatnie mają być wtrącone do wiecznego więzienia, jednak te pierwsze mają mieć siłę, by odżyć i żyć na nowo; dzięki której to doktrynie są oni w stanie przekonywać masy ludzkie…&#8221; </em>(&#8221;Antiquities of the Jews&#8221;)</p>
<p>O Esseńczykach zaś napisał:</p>
<p><em>&#8220;Jest ich stałym wierzeniem, że ciało jest zniszczalne, a tworząca je materia nietrwała, jednak dusza jest nieśmiertelna i niezniszczalna. Emanujące z niebios, dusze te usidlone zostaja w więzieniu ciała, do którego wciągane sa przez rodzaj naturalnego czaru; gdy jednak uwolnione zostają z więzów ciała, wtedy, niczym wyzwolone od długiej służby, radują się i unoszą w górę…&#8221; </em>(&#8221;Wojna Żydowska&#8221;)</p>
<p>Jak więc widać, poglądy Żydów w tej mierze różniły się między sobą w zależności od tego, które stronnictwo je reprezentowalo. Takich stronnictw (dziś powiedzielibysmy zapewne: <em>&#8220;denominacji&#8221;</em>) wymienia sie z tamtego okresu od siedmiu do czternastu. Były miedzy nimi rywalizacje, spory, nawet odżegnywanie od czci i wiary, ale dziś nikt nie ma wątpliwości, że wszystkie one reprezentowały jednak religię żydowską. Nie ma zatem powodu &#8211; tak nawiasem &#8211; by uznawać, że różnice między <strong><em>nami</em></strong> dzisiaj (w tej samej kwestii) decydują o czyjejś przynależności (lub nieprzynależności) do chrześcijaństwa.</p>
<p>Na skutek naturalnego rozwoju własnej myśli religijnej Żydów oraz dzięki wpływom innych religii wykształcił się zatem pewien pogląd, że dusza istnieje zanim rodzi się cialo, że zostaje w nim uwięziona, a po śmierci ciała odbywa dalszą wedrówkę.</p>
<p>I nie ma się co dziwić takim interpretacjom, gdy się weźmie pod uwagę, że autorzy żydowscy, zwłaszcza w wielonarodowej i wielokulturowej Aleksandrii, starali się przedstawić swego boga jako Boga powszechnego, identycznego z platoniczną wizją boskiej Jedności. Na przykład w piśmie znanym jako <em>&#8220;List Aristeasa&#8221;</em> (II lub I w.p.n.e.) porównano Jahwego z Zeusem, opowiadając się za harmonią między Żydami i Grekami, którzy wspólnie dzielą jedną kulturę i wizję Dobrego Życia.</p>
<p>Stary Testament nie ma niczego do powiedzenia na interesujacy nas temat. Niemniej jednak w religii żydowskiej, kładącej większy nacisk na życie na ziemi niż na życie pozagrobowe, nie było niczego w rodzaju &#8220;dogmatu&#8221; dotyczącego życia po śmierci. Wiele pozostawiano opinii samych wierzących. Idea “transmigracji dusz” (po hebrajsku: <em>“gilgul ha’ne’shamot”</em>) jest dobrze znana w religii żydowskiej i to od czasów antycznych (<em>“Zohar”</em> z I w.n.e.). <em>“Koncept ten można porównać do płomienia jednej świecy zapalającego następną. Podczas gdy esencja drugiego płomienia pochodzi od pierwszego, drugi płomień jest bytem niezależnym” </em>– jak wyjaśnia w internecie rabin Shraga Simmons z Jerozolimy. <a href="http://judaism.about.com/library/3_askrabbi_o/bl_simmons_reincarnation.htm">http://judaism.about.com/library/3_askrabbi_o/bl_simmons_reincarnation.htm</a></p>
<p>Teza o logice konkretnej antropologii żydowskiej jako argumencie &#8220;wykluczającym&#8221; reinkarnację również nie wytrzymuje więc tutaj krytyki, sprawia raczej wrażenie traktowania tejże antropologii tak, jakby się ona rozwijała na Marsie lub na Księżycu, w całkowitym oderwaniu od wpływów innych formacji kulturowych i jakby była pozbawiona możliwości normalnej wymiany myśli z tymi formacjami. Podane przykłady pokazują jasno, że taka wymiana istniała i że nie pozostała ona bez wpływu również na ową antropologie. Antropologia, tak samo jak każda inna dziedzina, podlega prawom rozwoju. Jesli się nie rozwija, to tym gorzej dla niej.<br />
Wiara w reinkarnację jest zreszta obecna takze w tworczości literackiej dzisiejszego judaizmu. <a href="http://www.pinenet.com/~rooster/bta-faq1.html">http://www.pinenet.com/~rooster/bta-faq1.html</a></p>
<p><strong><a href="http://farm4.static.flickr.com/3545/3801027378_4889609bd1.jpg"><img class="alignleft" src="http://farm4.static.flickr.com/3545/3801027378_4889609bd1.jpg" alt="" width="307" height="336" /></a>Milczenie grzmiące niczym armaty…</strong></p>
<p>Biblia Nowego Testamentu również nie ma absolutnie niczego do powiedzenia <strong><em>bezpośrednio</em></strong> na ten temat. O ile najstarsze pisma Starego Testamentu powstawały w czasach, gdy kultura żydowska najprawdopodobniej nie miała jeszcze dobrze rowiniętego tego rodzaju wiary, o tyle późniejsze milczenie Biblii w tym względzie jest bardziej zastanawiajace. Ostatnie księgi Starego oraz wszystkie pisma Nowego Testamentu spisane zostały jednak, gdy istniały żywe kontakty z kulturami oferujacymi wiarę w reinkarnacje, zwłaszcza dotyczy to kultury greckiej, choć oczywiście nie tylko. Wiadomo na przykład, że w I stuleciu n.e. w Aleksandrii aktywną działalnosć misyjną prowadzili mnisi buddyjscy.</p>
<p>Autorzy ewangelii zdawali się pisać z pozycji <em>&#8220;siedzących na płocie&#8221;:</em> z jednej strony wiernie starali się (tak jak to rozumieli) czerpać ze Starego Testamentu, próbując wykazać, że Pomazaniec wypełnił &#8220;proroctwa&#8221; starożydowskie. Jeśli w samej tylko ewangelii &#8220;według Mateusza&#8221; (&#8221;kata Mathaion&#8221;) znajdujemy az 57 cytatów starotestamentowych (niby 58, ale jednego z tych cytatów nie ma w ST), a przecież ewangelia ta nie jest zbyt długim utworem, to wpływ to istotnie pozostający poza wszelką dyskusją. Piszący ewangelie jednak z drugiej strony okazali się być autorami na tyle nieortodoksyjnymi, że zaadaptowali i przypisali Pomazańcowi mity pogańskie o wcielonym Bogu narodzonym w grocie z dziewicy, nauczającym i oferującym swym uczniom Ciało i Krew w postaci chleba i wina, skazanym, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym trzeciego dnia, by zbawić rodzaj ludzki. Jest zatem rzeczą jak najbardziej naturalną, że pisali oni swe dzieła dla czytelników (oraz słuchaczy) niekoniecznie żydowskich i niekoniecznie &#8220;ortodoksyjnych&#8221;. Zwłaszcza, że pisali je z dala od Jerozolimy, w miejscach, gdzie Żydzi stanowili mniejszość, często wręcz znikomą. Abstrahując już od tego, czy podzielali poglądy swych odbiorców, pisali je tak, by mogły one być zaakceptowane przez jak największą ich liczbę. Przyjrzyjmy się jednemu fragmentowi z ewangelii wg. Mateusza, ktory niejednokrotnie brany jest &#8220;na sztandary&#8221; przez obie strony &#8220;reinkarnacyjnej debaty&#8221; jako potwierdzający ich tezę:</p>
<p><em>&#8220;Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.&#8221;</em> (Mt 17; 10-13)</p>
<p>W cytowanym fragmencie nie ma nawet stwierdzenia, że Pomazaniec &#8220;nazwał&#8221; <em>Baptistesa</em> Eliaszem. Stwierdzono tam jedynie, że uczniowie &#8220;zrozumieli&#8221; wypowiedz <em>Christosa</em> jako odnoszącą się do Jana. Zostało to więc w tekście pozostawione wierze i myśleniu Apostołów, tak jak pozostawione zostało to również czytelnikom. Ten fragment (tak jak inne) ani nie potwierdza doktryny reinkarnacyjnej ani też nie przemawia przeciwko niej. Czytelnik mógł zatem zaakceptować podaną informację <strong><em>nie tylko</em></strong> dzięki <strong><em>sposobowi jej napisania</em></strong> przez autora, ale również dzięki sposobowi, <strong><em>w jaki on sam te informację odczytał.</em></strong> Czy zatem widział on w Chrzcicielu Eliasza &#8220;symbolicznego&#8221; czy też &#8220;reinkarnowanego&#8221;, nie zdawało się odgrywać żadnej roli. Ważne było, że uznał go on za zwiastuna Pomazańca. Cokolwiek bowiem powiedzieć o autorach ewangelii, trudno zakładać, że byli oni ludzmi głupimi, którzy nie mieliby absolutnie zadnego pojęcia jak próbować &#8220;przemawiać&#8221; do ludzi reprezentujęcych rozmaite &#8220;tła&#8221; kulturowe, zwłaszcza jeśli sami się o te &#8220;tła&#8221; ocierali niemal każdego dnia.</p>
<p><a href="http://farm4.static.flickr.com/3563/3800976490_a2ebe4fb55.jpg"><img class="alignright" src="http://farm4.static.flickr.com/3563/3800976490_a2ebe4fb55.jpg" alt="" width="223" height="346" /></a>Jednak niejednokrotnie autorzy pism biblijnych bez skrępowania wyrażali się negatywnie (z wrogościa lub niczym nie skrywaną pogardą) o wierzeniach lub praktykach uważanych przez siebie za niewłaściwe. W przypadku Nowego Testamentu przychodzi nieodmiennie na myśl literatura autorstwa św. Pawła lub też jemu przypisywana. Nie było wprost takiego wierzenia czy praktyki uważanej przez niego za niewłaściwą, której by on nie skrytykował. <em>&#8220;Skrytykował&#8221;</em> &#8211; to bardzo delikatne wyrażenie, gdyż niejednokrotnie człowiek ten (oraz pózniejsi autorzy podajacy sie za niego) nie wahał się wyrażać w sposób, który dzisiaj wielu uznałoby wręcz za obraźliwy, jak np. wtedy, gdy &#8220;obrzezaczom&#8221; radził <em>&#8220;pójść na całego i wykastrować się&#8221;</em> (Gal 5;12). Wielokrotnie czytamy w tych pismach ostrzeżenia a to przed wielbieniem innych bogów, a to znów przed oddawaniem czci wizerunkom itd i to istotnie w formie wręcz niewybrednej. Ale on <strong><em>nigdy</em></strong> &#8211; podobnie jak inni autorzy &#8211; nie wypowiadał się na temat reinkarnacji, ani w negatywnym ani tez w pozytywnym sensie. Zachował pod tym względem całkowite (i trzeba przyznać, że dość zagadkowe) milczenie. Wystarczy spojrzeć na listę miejsc, do których Paweł wysyłał swoje listy (Korynt, Rzym, Tesalonika…) lub na mapkę jego podróży (publikowaną w niektórych wydaniach Biblii), by stwierdzić, że praktycznie nie było tam takiego miejsca, w którym wiara w taką czy inną forme reinkarnacji nie byłaby dość rozpowszechniona.  Jeśli istotnie reinkarnacja &#8220;nie dała się pogodzić&#8221; z wiarą chrześcijańską, a kontakty z religiami i kultami ją oferującymi były praktycznie wówczas nieograniczone (a nie brakowało jej też samym Żydom), to dlaczego nie odżegnano się od takich wierzeń jednoznacznie i nie ostrzegano przed ich &#8220;zgubnymi&#8221; skutkami? Skąd to zadziwiajace milczenie?  Zastanawiając się nad możliwymi przyczynami warto pamiętać, że milczenie ma również swoją <strong><em>wymowę</em></strong>.</p>
<p>O tym, jak <em>głośne</em> potrafi być milczenie, przekonujemy się wielokrotnie w życiu codziennym. Tu pozwolę sobie odejść na moment od tematu. Przypominam sobie rozmowę, którą odbyłem szereg lat temu tutaj z pewną singapurską Chinką. Było to na krótko przed przekazaniem przez Wielką Brytanię Chinom komunistycznym wladzy nad Hong Kongiem. W pewnej chwili powiedziała mi:</p>
<p><em>-&#8221;Wiesz, gdy przybyli Anglicy, to byli bardzo aroganccy…&#8221;<br />
</em><em>-&#8221;Tak &#8211; </em> zgodziłem się &#8211; <em>mogę to sobie wyobrazić, że tak było. No, ale gdybyś miała teraz do wyboru, to którą władzę wolałabyś dla Hong Kongu: odchodzącą brytyjską czy nadchodzącą chińską?&#8221;</em></p>
<p>Odpowiedzią jej było <em>calkowite milczenie</em>. Ale to właśnie owo milczenie grzmi w mojej głowie po dziś dzień niczym <em>ciężkie działa</em>…</p>
<p>Podobnym przypadkiem <em>&#8220;ciężkich dział&#8221;</em> (i to aż <em>dwudziestu siedmiu</em>, bo tyle jest ksiąg w NT) jest milczenie autorów nowotestamentowych w sprawie oceny reinkarnacji. Owo milczenie daje w sumie cztery podstawowe możliwości odnośnie ich stanowiska w tej sprawie:</p>
<ol>
<li>totalnie akceptowali oni wiarę w reinkarnację do stopnia uznania jej wręcz za   bezdyskusyjną,</li>
<li>nie mieli na jej temat zdecydowanego zdania, więc woleli się nie wypowiadać,</li>
<li>nie akceptowali jej osobiście, ale też nie widzieli w niej niczego niewłaściwego</li>
<li>akceptowali osobiście, ale nie uważali za stosowne komukolwiek jej narzucać</li>
</ol>
<p>Bardziej prawdopodobne wydaja się trzy ostatnie mozliwości, najmniej prawdopodobną &#8211; pierwsza. Tak czy inaczej, jeśli oni sami powstrzymali się przed jej potępianiem, będąc świadkami jej istnienia <strong><em>wówczas</em></strong>, to z jakiego powodu mielibyśmy my to czynić <strong><em>teraz</em></strong> niejako <strong><em>&#8220;za nich&#8221;</em></strong>?   </p>
<p><strong>Jak za apostołów, tak i później…</strong></p>
<p>O niektórych pismach Nowego Testamentu wiadomo dzisiaj już, że powstały w II wieku n.e. a zatem po śmierci apostołów. Pisma te również nie zająkują się ani razu krytyką reinkarnacji (choc z drugiej strony oczywiście jej także nie zachwalają). Oznacza to jedynie, że panowała tolerancja wobec takich poglądów i to nawet wśród tych chrześcijan, którzy reprezentowali tak zwany nurt &#8220;ortodoksyjny&#8221; (biorę w cudzyslów, gdyż trudno byloby obecnie powiedzieć który nurt mógłby uchodzić za ortodoksyjny w pierwszych dziesiecioleciach tego ruchu religijnego). Przykładami służą niektórzy z &#8220;Ojców Kościoła&#8221; (i znów posługuję się cudzysłowem, gdyż o tym, kogo uznawano za takich ojców, decydowali później przywódcy jednego tylko nurtu. Traktuję zatem owo pojęcie jak najbardziej umownie, bo trudno byłoby mi wykazać np., że Justyn Męczennik zasługiwałby na takie miano bardziej niż Walentyn czy Basilides). Do owych ojców zaliczają się m.in.:</p>
<p><strong><em>Św Klemens z Aleksandrii</em></strong></p>
<p><em>&#8220;Istnieliśmy długo przed powstaniem świata; istnieliśmy w oczach Boga, gdyż jest naszym przeznaczeniem żyć w Nim. Jestesmy myślącymi stworzeniami Boskiego Slowa; dlatego też istnieliśmy od początku, gdyż na początku było Słowo (…) Nie po raz pierwszy okazuje On nam milosierdzie w naszych wedrówkach, On miał je dla nas od samego początku…&#8221; </em>(&#8221;Egzorty do Pogan&#8221;)</p>
<p><strong><em>Św Grzegorz, biskup Nyssy</em></strong><em></em></p>
<p><em>&#8220;Jest absolutnie konieczne, by dusza została uzdrowiona i oczyszczona, a jeśli nie nastąpi to w ciągu jednego życia na ziemi, to musi to zostać osiagnięte w przyszłych żywotach ziemskich&#8221;</em></p>
<p><strong><em>Orygenes</em></strong></p>
<p><em>&#8220;Dusza nie ma ani początku ani końca (…) Przychodzi ona na ten świat wzmocniona sukcesami lub osłabiona porażkami w swym poprzednim życiu. Jej pozycja w tym świecie jako miejscu wyznaczonym do uzyskiwania honoru lub dyshonoru zdeterminowane jest jej poprzednimi zasługami lub winami. Jej uczynki w tym świecie wyznaczają jej miejsce w świecie, który następuje  po obecnym…&#8221;  </em>(&#8221;De Principiis&#8221;)</p>
<p><strong><em>Św Augustyn</em></strong> co najmniej brał pod uwagę możliwość reinkarnacji:</p>
<p><em>&#8220;Powiedz mi, Panie…powiedz, czy me dzieciństwo nastąpiło po innym moim wieku, co umarł przed nim? Czy był nim ten, który spędziłem w łonie matki? (…) a znowu cóż było przed owym życiem, O Boze, radości ma, czy byłem gdziekolwiek czy w jakimkolwiek ciele? Nie mam nikogo, ktoby mi to powiedział, ani ojca, ani matki, ani doświadczenia innych, ani też własnej mej pamięci.&#8221; </em> (&#8221;Wyznania Św. Augustyna&#8221;)</p>
<p>Nie dysponujemy danymi mogącymi przesądzić o proporcjach liczbowych czy procentowych reinkarnacjonistów we wczesnym chrześcijaństwie, nie wiemy nawet co stanowilo &#8220;główny nurt&#8221; w pierwszych dziesiątkach lat jego istnienia. Faktem jednak pozostaje, że w pierwszych wiekach naszej religii reinkarnacja nie wywoływała <em>rażących</em> kontrowersji. Dopiero dziesiątki lat po śmierci Orygenesa (zm. W 253 r.n.e.) kontrowersje te przybierać zaczęły na sile. Nie oznacza to, że od tamtego czasu zmniejszac się zaczeła liczba akceptujących poglad o reinkarnacji, a jedynie, że niektórzy eminentni przedstawiciele kościoła (Methodius z Olimpu, Piotr z Aleksandrii, Epifaniusz z Salaminy, Teofil z Jerozolimy, św. Hieronim <a name="retrei1" href="#rei1"><strong>(1)</strong></a>, no i oczywiście cesarz Justynian) publicznie i głośno zaczęli atakować Orygenesa i jego doktryne. Stał się on obiektem ostrych debat na przełomie IV oraz V wieku. Ostatecznie potępiony został on w roku 553 (a więc dokładnie 300 lat po śmierci&#8230; i co to znaczy &#8220;ostatecznie potępiony&#8221;? Czyżby koniec świata <strong>już </strong>nastąpił?) podczas drugiego soboru w Konstantynopolu. Dlaczego nie wcześniej, za swego życia? Wniosek jest oczywisty: bo wówczas &#8220;ortodoksyjny&#8221; kościół (nie mówiąc już o kościołach &#8220;nieortodoksyjnych&#8221;) nie miał generalnie niczego przeciw reinkarnacji. Trudno byłoby zatem argumentować, że potępiając wiarę w nią, kościół ten <em>&#8220;powracał do źródeł&#8221;</em> wlasnej wiary lub że <em>&#8220;pozostawał w zgodzie z Biblią&#8221;.</em> Nietrafnym jest też argument, że decydując się na owo potępienie <em>&#8220;bronił tożsamości chrześcijaństwa&#8221;.</em></p>
<p>Tożsamości chrześcijaństwa broni bowiem każdy aktywny chrześcijanin swoją własną postawą oraz każdy nurt tej religii. Cechą bowiem jej tożsamości (i to bodajże od samego jej poczatku) było to, że istniały w niej <em>rozmaite</em> nurty. To właśnie próba zwalczania innych nurtów stanowi walkę z chrześcijańską tożsamością. Teza zatem, że jakiś pogląd jest potępiany &#8220;w imię tożsamości&#8221; wskazywac by mogła na wyjątkowo niesławną ciagotę jednej strony do uznawania <em>własnego</em> nurtu za &#8220;prawdziwe chrześcijanstwo&#8221;, przy jednoczesnym odsadząniem od czci i wiary (zwłaszcza od <strong><em>wiary</em></strong>!) pozostałych.</p>
<p><a href="http://farm4.static.flickr.com/3432/3801062194_3f6281e926.jpg"><img class="alignleft" src="http://farm4.static.flickr.com/3432/3801062194_3f6281e926.jpg" alt="" width="250" height="281" /></a>Poglądy albo otwarcie aprobujące wiarę w reinkarnację albo przynajmniej takiej wierze bliskie zdawały się chyba nigdy nie opuszczać chrześcijaństwa. Niejednokrotnie pojawiały się one w rozmaitych formach teoretycznych. Wskazuje się niejednokrotnie na takie wierzenia m.in. wśrod <strong><em>katarów</em></strong>.</p>
<p>Wyznawcą reinkarnacji był <strong><em>Giordano Bruno</em></strong> (<em>&#8220;Każdy uczynek przynosi należną zan nagrodę lub karę w następnym życiu. Dusza determinuje swoje przejście do następnego ciała stosownie do swego postępowania w poprzednim&#8221;</em>).</p>
<p>Wyjątkowo ciekawy pogląd reprezentował w XVIII wieku znany szwedzki <em>myśliciel,</em> <em>naukowiec, mistyk, gnostyk, teolog, heretyk i okultysta</em> w jednej osobie <strong><em>Emmanuel Swedenborg</em></strong> (1688-1772). Pewien autor zaprezentował w internecie chyba dość trafną charakterystykę owego poglądu Swedenborga:</p>
<p><em><a href="http://farm3.static.flickr.com/2556/3800156905_00c2e98817.jpg"></a><a href="http://farm3.static.flickr.com/2556/3800156905_00c2e98817.jpg"><img class="alignright" src="http://farm3.static.flickr.com/2556/3800156905_00c2e98817.jpg" alt="" width="243" height="290" /></a>&#8220;Jego duchowe objawienia dotyczące świata wzmacniają również pogląd, że to nie tyle dusze ludzkie dokonują reinkarnacji, ile raczej Boskość sama w sobie, jako Źródło wszelkiego życia, w ciągły sposób reinkarnuje przez ludzkie dusze, jednakże bez unicestwiania wewnętrznej wolności wyboru osoby ludzkiej.&#8221; </em><a href="http://www.swedenborgmovement.org/leaflets/reincarnation">http://www.swedenborgmovement.org/leaflets/reincarnation</a></p>
<p>Z takim poglądem ów wybitny szwedzki umysł, pod &#8220;denominacyjnym&#8221; oraz rodzinnym względem wywodzący się wprost z luteranizmu (syn pastora), plasowałby się zapewne idealnie <strong><em>pośrodku</em></strong> debaty dotyczącej reinkarnacji. Jego poglądy bowiem w zakomity sposób łączą ideę reinkarnacji z ideą <em>&#8220;jedno ciało-jedna dusza&#8221;</em>, pokazując przy tym jak w gruncie rzeczy bliscy są sobie reprezentanci obu stron naszej debaty, różniący się co najwyzej <em>teoretycznymi niuansami</em>.</p>
<p>W czasach Swedenborga, jak również późniejszych, wielu chrześcijan (Żydów zresztą też) w świecie zachodnim wierzyło w reinkarnację: Johann Wolfgang von Goethe, Benjamin Franklin, Abraham Lincoln, Thomas Edison, fizyk Sir Oliver Lodge, Laurence S. Rockefeller, przemysłowiec Henry Ford, Winston Churchill, marszałek lotnictwa Lord Dowding, gen. George Patton i wielu innych, na wymienienie których nie starczyłoby tu po prostu miejsca.</p>
<p><strong><em>&#8220;Nie do pogodzenia z wielką godnością…&#8221; </em></strong><strong><em>(?)</em></strong></p>
<p>Zatrzymam się jeszcze na moment nad inną kwestią, którą krytycy reinkarnacjonizmu podnoszą: twierdza oni niejednokrotnie, że jest on jakoby niezgodny z <em>godnością człowieka</em>, a jakby tego jeszcze nie było dość, próbują wesprzeć taki &#8220;argument&#8221; totalnym spłycaniem reinkarnacji do teorii o ciałach ludzkich jako &#8220;ubraniach&#8221;, w które dusza się &#8220;przyodziewa&#8221; oraz &#8220;zrzuca&#8221;. Cóz, jeśli mielibyśmy kontrargumentować w podobnym stylu, to pewnie wypadałoby nam teraz zrewanżować się &#8220;niereinkarnacjonistom&#8221; żartem, że ich własna &#8220;garderoba&#8221; mieści w sobie tylko jeden <em>&#8220;Anzug&#8221;</em>, który &#8211; tak nawiasem &#8211; oni <strong><em>też </em></strong>przecież &#8220;zrzucają&#8221; w chwili śmierci.</p>
<p>Życie ludzkie dla reinkarnacjonisty nie jest po prostu <em>&#8220;Anzugiem&#8221;</em> lecz potencjalnym punktem wyjścia do osiągnięcia Królestwa Bożego:</p>
<p><em>&#8220;…Oto dlaczego jest ono tak cenne, tak wartościowe. I dlatego tez smutnym jest obserwowanie ludzi marnujących swoją ludzką formę życia poprzez życie jak zwierzęta. Oni po prostu marnują swoja cenna szansę; szanse, ktora rzadko się pojawia.</em></p>
<p><em><a href="http://farm3.static.flickr.com/2447/3800156805_9c73c630ba.jpg"><img class="alignleft" src="http://farm3.static.flickr.com/2447/3800156805_9c73c630ba.jpg" alt="" width="225" height="300" /></a>Istota ludzka różni się od zwierzęcej tym, że ludzka forma pozwala osobie osiągnąć pełnię świadomosci boskiej. Ludzka forma życia umożliwia osobie poszukiwanie oraz znalezienie Prawdy Absolutnej.&#8221;</em>Chris Butler (Siddhaswarupananda Paramahamsa) &#8220;Reincarnation Explained&#8221;, USA 1983, s.70</p>
<p>Czego by nie powiedzieć, nie brzmi to jak pozbawianie człowieka jego godności.</p>
<p>Osobiście będąc jak najdalszym od obrażania się za tego rodzaju <em>&#8220;całusy&#8221;</em> naszych &#8220;oponentów&#8221;, sądzę jednak &#8211; i tu chyba wyrażę opinię wielu innych reinkarnacjonistów &#8211; że dość juz mieliśmy <em>pouczania</em> nas, który z naszych poglądów &#8220;odbiera&#8221; nam godność. Nie znam ani jednego reinkarnacjonisty (czy to chrześcijańskiego czy innego), który by uwazał siebie za pozbawionego godności z powodu swych poglądów. Ja oczywiście nie uważałbym również, ze brakuje mi godności, gdybym posiadal poglądy niereinkarnacjonistyczne.  Jedynie byłbym w stanie dostrzec swego rodzaju &#8220;zamach&#8221; na godność, gdyby mi ktokolwiek próbowal <em>narzucić</em> jakiś poglad wbrew mojej woli i wbrew sumieniu.</p>
<p>Być może zresztą brak szacunku naszych &#8220;oponentów&#8221; dla naszych poglądów wynika z faktu, że <strong><em>za mało</em></strong> zwracają uwagi na sama <strong><em>wiarę</em></strong> w reinkarnację,<strong><em> zbyt wiele</em></strong> natomiast wagi przywiązując do pewnych jej <strong><em>teorii</em></strong>. Tymczasem jedno nie równa się drugiemu. To, że się wierzy w transmigrację dusz, nie oznacza jeszcze np. tego, że się wierzy, że w następnym wcieleniu będzie się psem lub motylem (niektórzy nasi koreligioniści, zwłaszcza ci co bardziej ewangelikalni, lubią się takimi przykładami poslugiwać w swych polemikach)<a name="retrei2" href="#rei2"><strong>(2)</strong></a>. Nie oznacza to również, że reinkarnacjonista przestaje być odpowiedzialny za swoje obecne życie. Nie jest też prawdą, że w kulturze zachodniej istnieje jedynie koncepcja &#8220;optymistyczna&#8221; reinkarnacji jako &#8220;kolejnej szansy&#8221; (zresztą: <em>cóż w niej złego?</em>). Mogę tu odesłać do jednego z moich poprzednich tekstów pt. <em>&#8220;Sakrament Zbawienia w kościele gnostyckim&#8221;</em>, gdzie omawiany jest sakrament <em>Consolamentum</em>.</p>
<p>Jeśli można uwierzyć dosłownie w treść przypowieści (jak tej o Łazarzu z Łk 19; 16-25), albo jeśli można uwierzyć w Przemienienie Pańskie (<em>Transfiguracja</em>) czy w Przeistoczenie (<em>Transsubstancjacja</em>), to czemu nie zaakceptować historii ze <em>Srimad Bhagavatam</em>, w której Bharat Maharaj narodził się ponownie jako jeleń, a w następnym wcieleniu znowu jako człowiek, Jada Bharat. Według tej historii Bóg pozwolił Bharatowi w jego jelenim wcieleniu pamiętać jego poprzednie, ludzkie, życie. Będąc ponownie człowiekiem, Bharat postanowił uniknąć poprzednich pomyłek i starał się nie rozwijać w sobie przywiązania do jakichkolwiek rzeczy materialnych, gdyż przez swoje doswiadczenie zrozumiał on, że natura daje osobie konkretne ciało zgodnie z jej mentalnościa i rodzajem pragnień. Niemożliwe? A czyż my, chrześcijanie, nie powtarzamy sami, ze <em>&#8220;co niemożliwe dla człowieka, możliwe jest dla Boga&#8221;</em>? Jeśli możliwe jest Przeistoczenie, to i wcielenie w jelenia również. Jeśli możliwe jest zmartwychwstanie ciał, to i transmigracja dusz także.</p>
<p> <strong>Własnymi oczami</strong></p>
<p>Sam pamiętam, że zacząłem wierzyć w reinkarnację w sposób daleki od obrazu &#8220;konwertyty&#8221; przekonanego przez czyjkolwiek wywód poparty cytatami z &#8220;odpowiedniej&#8221; literatury. Ani nie miało to wiele wspólnego z Biblią (mało ją wówczas czytalem) ani tym bardziej z literaturą dalekowschodnią (znajomość tejże równa zeru). Nie było to również wynikiem nagłych zachwytów nad relacjami z &#8220;życia po życiu&#8221;. Tyle mnie zresztą ta reinkarnacja obchodziła, co zeszłoroczny śnieg na Sybirze. Nawet nie mogę powiedzieć, by uświadomienie sobie tej wiary stanowiło wtedy dla mnie jakiekolwiek przeżycie w rodzaju <em>&#8220;born again&#8221;</em> czy czegokolwiek podobnego. Nic, tylko całkowity spokój i uświadomienie sobie tego nowego dla mnie faktu. Nie przejmowałem się też żadnymi teoriami, czyli tymi wszystkimi systemami, według których cykl transmigracji obejmuje &#8220;trzy tysiące&#8221; czy &#8220;trzydzieści tysięcy&#8221; lat, w ciągu których za zasługi otrzymuje się lepsze wcielenia, a za winy schodzi się &#8220;na psy&#8221;. Po prostu wierzyłem (i wierzę), że</p>
<p>zawsze będzie istnieć pewien stan świadomości, poczucie owego <em>&#8220;jestem&#8221;</em> (po grecku: <em>&#8220;ego eimi&#8221;;</em> po hebrajsku: <em>&#8220;jahwe&#8221;</em>).</p>
<p><a href="http://farm3.static.flickr.com/2465/3800157211_cf9d09f8a3.jpg"><img class="alignright" src="http://farm3.static.flickr.com/2465/3800157211_cf9d09f8a3.jpg" alt="" width="217" height="300" /></a>Dopiero później byłem ta ideą zafascynowany, zwłaszcza po zapoznaniu się z paroma relacjami z seansów hipnotycznych, w trakcie których osoby poddawane hipnozie opowiadały o przeżyciach ze swych poprzednich wcieleń. Ta fascynacja nie trwała jednak zbyt długo, tym bardziej, że w końcu natrafiłem (&#8221;szukajcie a znajdziecie&#8221;) na solidne argumenty przemawiające przeciwko prawdziwości i rzetelności wielu takich opisów. Tym niemniej wiara w reinkarnację już nie odeszla. Bylem co prawda dalej w stanie deklarować wiarę w zmartwychwstanie ciał, później nawet potrafiłem &#8211; jako katolik &#8211; z pelnym przekonaniem wykłócać się z baptystycznymi fundamentalistami o istnienie czyśćca, a jednocześnie szczerze i w najbardziej oczywisty sposób stwierdzałem, że reinkarnacja jest możliwa i logiczna. I nie odczuwałem jakichkolwiek &#8220;sprzeczności&#8221; w deklarowanych poglądach, gdyż owe, jak najbardziej <em>rzekome</em>, &#8220;sprzeczności&#8221; mają jedynie czysto teoretyczny charakter. Nie, z całą pewnością nie mogę powiedzieć, że mi one &#8220;spędzały sen z powiek&#8221;. Reinkarnację da się pogodzić nawet ze zmartwychwstaniem ciał. I to jak najbardziej rownież w ujęciu biblijnym. Według Pawła z Tarsu nasze zmartwychwstanie odbędzie się w ciałach duchowych: <em>&#8220;Zasiane jest ciało fizyczne, powstanie duchowe&#8221;,</em> gdyż <em>&#8220;Istnieje ciało fizyczne, istnieje i duchowe&#8221;</em> (<em>&#8220;ei estin soma fizikon, estin kai pneumatikon&#8221;</em>) &#8211; 1Kor 15;44. Pod zdaniem zaś z listu do Hebrajczykow, obojętnie kto go napisał, ze <em>&#8220;Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd&#8221;</em> (Heb 9;27) podpisać mógłby się równie dobrze każdy <em>hinduista</em>, gdyż w jego rozumieniu kolejne wcielenie jest własnie swego rodzaju &#8220;wyrokiem&#8221;. A każde ciało umiera istotnie <em>tylko jeden raz</em>. Ów sąd odbywa się bez przerwy, w każdej chwili odpowiedzialni jesteśmy za swoje życie.</p>
<p>Czy jestem reinkarnacjonista &#8220;skrajnym&#8221; czy też tkwiącym pośrodku niczym Swedenborg, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Wszystko mi jedno, czy we mnie jest przereinkarnowana &#8220;dusza&#8221; czy &#8220;duch&#8221;, czy &#8220;Boskość sama w sobie&#8221;. Dla mnie takie &#8220;klasyfikacje&#8221; osobiście się nie liczą.</p>
<p>Teraz, po latach, gdy już conieco przeczytałem na ten interesujacy temat, stwierdzam, że moj stosunek do reinkarnacji nie zmienił się zbytnio. Nie traktuję dosłownie teorii na jej temat. Użyteczne, nie wątpię, tak jak jezusowe opowiadanie o bogaczu i biednym Łazarzu. Ciekawe, że nawet autor tej opowieści (Łk 19;16-25) nie twierdził, że to <em>&#8220;true story&#8221;,</em> a w ewangelii przedstawiona jest ona jako fikcja w stylu <em>&#8220;był sobie…&#8221;</em> (<em>&#8220;Był sobie pewien bogacz…&#8221;; &#8220;I był pewien żebrak, imieniem Łazarz…&#8221;</em>). Tymczasem są wspólnoty chrześcijanskie, gdzie po dziś dzień uważa się to dosłownie za prawdziwą historię z nieba i piekła, a nawet utożsamia się tego Łazarza z Łazarzem z ewangelii <em>&#8220;według Jana&#8221;</em> (Jn 11;1-44, 12;1-2 i 9-11). Tak też ma się sprawa z teoriami reinkarnacyjnymi: spełniają podobną funkcję, co opowieść o Łazarzu, ale nie przestaje byc reinkarnacjonistą ten, kto w nie nie wierzy dosłownie, tak jak chrześcijaninem pozostaje ten, dla którego historia Łazarza to alegoria.</p>
<p>Dla duchowego rozwoju człowieka nie ma znaczenia czy wierzy tak jak &#8220;saduceusz&#8221;, &#8220;faryzeusz&#8221; czy &#8220;esseńczyk&#8221;. W końcu i Pomazaniec mówił, że<em> &#8220;po ich owocach ich poznacie&#8221;</em>, a mówiąc to miał na myśli uczynki, a nie wiare w taki czy inny rodzaj &#8220;życia pozagrobowego&#8221;.</p>
<p>Warto jednak zaprezentować nieznającym historii naszej debaty skąd się wzięły kategoryczne stwierdzenia o rzekomej &#8220;niezgodnosci&#8221; wiary w reinkarnację z chrześcijaństwem. Gdy bowiem będą w stanie przyjrzeć się</p>
<p>faktom, sami zrozumieją, że ani z Biblią, ani z logiką, ani tym bardziej z obroną chrześcijanskiej tożsamości nie mają takie stwierdzenia wiele wspólnego.</p>
<p><strong><em>&#8220;Co tam, panie, w polityce?&#8221;</em></strong></p>
<p>Stanowisko zajęte wobec doktryny reinkarnacji przez &#8220;ortodoksyjne&#8221; przywództwo kościoła stanowiło wynik wcześniejszego rozwoju doktryn kościelnych. &#8220;Łańcuch reakcji&#8221; rozpoczął się bowiem znacznie wcześniej i to od sprawy, która sama w sobie z omawianym tu tematem nie ma wiele wspólnego.</p>
<p>Około roku 250 n.e. pewien ksiądz imieniem <strong><em>Sabellius</em></strong> nauczał, ze &#8220;Trzy Osoby&#8221; (Ojciec, Syn i Duch) nie są osobami, lecz trzema aspektami Boga. Oznaczało to, że Jezus był <em>manifestacja</em> Ojca. &#8220;Ortodoksi&#8221; podjęli więc wysiłek wykazania <em>różnicy </em>pomiędzy Bogiem Ojcem i Pomazańcem.</p>
<p>Na początku IV wieku n.e. biskup <strong><em>Aleksander</em></strong> z Aleksandrii (ur. ? &#8211; zm. 17.IV.326) usiłował wyjaśniać korelacje między Ojcem, Synem i Duchem podkreślając ich jednosć. Na to libijski duchowny imieniem <strong><em>Arius</em></strong> (ur. Ok. 256 &#8211; zm. 336 r.n.e.) postawił tezę:</p>
<p><em>&#8220;Jeśli Ojciec począl Syna, to ten poczęty miał początek swej egzystencji&#8221;</em>.</p>
<p>To proste stwierdzenie otworzyło istną &#8220;puszkę Pandory&#8221; dla ówczesnych teologów, przyczyniając się do ostrej debaty szalejącej przez następnych wiele dziesiątków lat, tak zwanej <strong><em>kontrowersji arianskiej</em></strong>. To niewinne zdanie mogłoby być komentowane i debatowane w spokoju. Kłopot polegał jednak na tym, że obie strony nie tylko uważały siebie za ortodoksyjne, a oponentów za niebezpiecznych heretyków, ale też dokładnie według tego schematu postępowały. Ortodoksi przecież nie umieli dyskutowac w <em>normalny</em> sposób, oni <em>musieli</em> się wzajemnie <em>potępiać, obrzucać klątwami, denuncjować, skazywać na banicję</em>, by juz o gorszych rzeczach tu nie wspominać. Nie spoczęli tez dopóki któregoś z owych &#8220;zbożnych&#8221; celów (lub tez najchętniej wszystkich ich razem wziętych) nie osiągnęli.</p>
<p>Dla jednych Arius był heretykiem, bo mówił, ze Syn miał <em>początek</em>. Dla innych zaś ortodoksem, bo podkreślał, ze <em>Bóg jest jeden</em>, a jeśli Chrystus  też miałby nim być, to byłoby już dwóch bogów. Będąc zaś pod wpływem nauk zmarłego jeszcze przed swoim urodzeniem <strong><em>Orygenesa</em></strong>, uważał on, ze Ojciec jest jedynym Bogiem, wiecznym i niezmiennym, a każda inna osoba jest mu podporządkowana. W jego rozumieniu Aleksander próbował ożywić &#8220;herezję&#8221; sabelianizmu.</p>
<p>W roku 320 Aleksander  zwołał synod lokalny w Aleksandrii, ktory ekskomunikował Ariusa (<em>a jakże!</em>). Ten zaś udał się do Bitynii i Palestyny, gdzie inne lokalne synody tę ekskomunikę unieważniły.</p>
<p>W koncu zebrał się ten &#8220;historyczny&#8221; (by nie rzec: <em>&#8220;histeryczny&#8221;</em>) sobór w Nicei (dzisiejszy Iznik w północno-zachodniej Turcji) w 325 r.n.e. Z liczby ok. 1800 biskupów w obradach wzięło udział pomiędzy 225 a 318, czyli pomiędzy 1/9 a 1/6 całości. Debata nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc wmieszał się cesarz <strong><em>Konstantyn</em></strong>, który po prostu zażądał, by wszyscy podpisali formułę o Pomazańcu &#8220;współistotnym&#8221; Ojcu. Jako argument posłużyla mu groźba, że ci, którzy nie podpiszą, zostana wygnani z kraju. Niewielu odważyło się nie podpisać, więc formuła przeszła. Aliści, niektórzy z biskupów po powrocie do swych miast odwołali swe poparcie dla formuły: <em>&#8220;Popełniliśmy akt bezbożny O, Panie, podpisując się pod bluźnierstwem ze strachu przed tobą…&#8221;</em> &#8211; pisał do cesarza w imieniu swoim i dwóch innych biskupow Euzebiusz, biskup Nikomedii. Cesarz ze swej strony pozbawiał takich biskupów ich godności, a samego Ariusa wygnał i kazał palić jego pisma. <strong>(obok ilustracja <em>Konstantyn</em>)</strong></p>
<p>Jednak arianizm stal się popularny do tego stopnia, że Konstantyn cztery lata później (329 r.n.e.) zmienił zdanie, przywrocił do łask Ariusa, jego zaś adwersarza, <strong><em>Athanasiusa</em></strong>, pozbawił dopiero co uzyskanego biskupstwa aleksandryjskiego i wygnał do Galii (południowa Francja). Biskupi anty-arianscy pozbawiani byli swych godności, arianscy zaś je teraz odzyskiwali. Jeden z takich biskupów arianskich ochrzcił później Konstantyna na łożu śmierci (r. 337 n.e.). Następny cesarz, Konstancjusz, otwarcie poparł arianizm. Ale sytuacja polityczna zaczęła się stopniowo zmieniać: najpierw arianie podzielili się na trzy rywalizujace ugrupowania, przez co się sami osłabili, a w roku 361 zmarł ich protektor, cesarz Konstancjusz. Dwadzieścia lat później, w roku 381 triumfujący na nowo anty-arianie przepchnęli po raz kolejny swoje &#8220;Credo&#8221; i <em>potępili</em>  swych adwersarzy (sobór w Konstantynopolu). Tak więc o tym co stanowiło &#8220;ortodoksję&#8221; a co &#8220;herezję&#8221; decydowały układy sił polityczno-eklezjalnych. <strong><em>Argument</em></strong> się nie liczył, <strong><em>siła</em></strong> &#8211; tak.</p>
<p>Dla interesującego nas tematu wynik tych zmagań miał później takie znaczenie, że potępiony Arius, czerpawszy z orygenizmu nauczał, że Chrystus <strong><em>nie był</em></strong> Bogiem, lecz że <strong><em>został</em></strong> Synem Bozym. Mogłoby to na dłuższa metę sugerować, że inni ludzie również mogliby zostać synami bożymi, jeśli naśladowaliby Chrystusa. W połączeniu zaś z doktryną pre-egzystencji dusz i ich reinkarnacji oznaczać by to mogło (choć oczywiście niekoniecznie musiałoby), że dusza do zbawienia niekoniecznie potrzebuje pośrednictwa zinstytucjonalizowanego kościoła i jego hierarchii. Można z całą pewnością zrozumieć hierarchów &#8220;ortodoksyjnych&#8221;, jeśli nie uśmiechała im się taka perspektywa. Dodatkowo transmigracja dusz, zwłaszcza jeśli istniejacych &#8220;od początku&#8221; lub &#8220;nie mających początku&#8221;, kolidowałaby z ich tezą o Chrystusie jako jedynym przedwiecznym (nie musiałaby oczywiście kolidować, bo można było założyć, że Chrystus jest Bogiem, a dusza, nawet nie mająca początku, nim nie jest). Woleli jednak &#8220;dmuchać na zimne&#8221;. Tak więc późniejsza ich walka z &#8220;orygenizmem&#8221; motywowana była nie tyle jakąkolwiek &#8220;prawdą objawioną&#8221;, lecz chęcią stworzenia założenia teoretycznego, którego celem była obrona innego założenia teoretycznego.</p>
<p><a href="http://farm4.static.flickr.com/3504/3800976720_4a0bc1bb21.jpg"><img class="alignleft" src="http://farm4.static.flickr.com/3504/3800976720_4a0bc1bb21.jpg" alt="" width="394" height="248" /></a>Czy zatem przypisywać należy potępienie wiary w reinkarnacje<em> &#8220;spiskowej teorii dziejow&#8221;</em>? I tak i nie.  <strong><em>Tak</em></strong> o tyle, że biorący udział w opisanym wyżej konflikcie istotnie posuwali się do spiskowania przeciwko sobie nawzajem. <strong><em>Nie</em></strong> zaś, jeśli potraktujemy powyższy proces <strong><em>jako całość</em></strong>. O <em>&#8220;spiskowej teorii&#8221;</em> możnaby z całą pewnościa mówić, gdyby postawiona teza głosiła, że <strong><em>dlatego</em></strong> potępiono arian, <strong><em>aby</em></strong> później móc potępić Orygenesa i reinkarnację. Tymczasem prawdą jest coś wręcz odwrotnego: Orygenesa potępiono dlatego, że wcześniej potępiono Ariusa. I nie od razu tego dokonano: Orygenes nie był przecież potępiony gdy szalał spór arianski. Nie był nawet potępiony, gdy już potępiono Ariusa, lecz 172 lata później. Mamy zatem do czynienia z łańcuchem wydarzeń i procesów kształtujących doktryny na przestrzeni wieków i to w taki sposób, że nowa  doktryna była rezultatem okoliczności wynikłych z poprzednich kontrowersji. Można sobie zatem wyobrazić, że gdyby wygrali arianie, to dalszy rozwoj teologii &#8220;ortodoksyjnej&#8221; mógłby również doprowadzić do uznania reinkarnacji za swego rodzaju dogmat, w którym to wypadku dzisiejsi nasi teologowie i bibliści twierdziliby z zapałem, że niewiara w nią jest &#8220;nie do pogodzenia&#8221; z chrześcijaństwem, a jako argumenty posłużyłyby im wszystkie sporne cytaty biblijne (jak ten z Mt 17; 10-13) interpretowane jako dowody na reinkarnację. Heretykami <em>&#8220;staliby się&#8221;</em> ci, którzy w reinkarnację nie wierzą.</p>
<p>Michał Monikowski<br />
Perth, Australia</p>
<p><strong>Przypisy:</strong></p>
<p><a name="rei1" href="#retrei1"><strong>1.</strong></a> Przykładem jest jego list <em>Do Awitusa</em>, figurujacy w spisie listów Hieronima jako list <em>124</em>. Niektórzy reinkarnacjoniści, pragnąc &#8220;dorobić&#8221; naszej wierze zwolenników wśrod &#8220;Ojców Kościoła&#8221; (zabieg <em>zupełnie zbędny</em> i uczciwością nie pachnący), chętnie cytują z tego listu następujący fragment na poparcie swojej tezy:</p>
<p><em>&#8220;Niebiańskie mieszkanie i miejsce odpoczynku tam, na górze, jak sądzę, rozumieć należy jako miejsce, gdzie zamieszkiwały istoty rozumne i gdzie, przed swym zstąpieniem niżej i przejściem ze świata niewidzialnego do widzialnego oraz upadkiem na ziemię i potrzebą ciał materialnych, cieszyły się poprzednią radością. Stamtąd Bóg, Stworca, uczynił dla nich ciala stosowne dla ich stanu…&#8221;</em></p>
<p>Tymczasem fragment ten jest totalnie wyrwany z kontekstu, w dodatku nie jest to opinia Hieronima, lecz cytowana przezen opinia Orygenesa. W rzeczywistości bowiem list ten  jest swoją treścia zdecydowanie wymierzony przeciw Orygenesowi. Ten szesnastoakapitowy dokument utrzymany jest wręcz w tonie napastliwym, by nie rzec, że w <em>denuncjatorskim</em>. Trudno by go nazwać po prostu &#8220;polemiką&#8221;, zawiera on bowiem &#8211; jak zawsze w przypadku fanatyzmu &#8211; żądanie &#8220;potępienia&#8221;.</p>
<p>W innym liście  (do Marcelli) Hieronim wyraził się bezposrednio o reinkarnacji:</p>
<p><em>&#8220;Ta bezbożna i plugawa doktryna rozprzestrzeniła się w przeszłości w Egipcie i w obszarach wschodnich; a teraz potajemnie, niczym w norach żmij, rozprzestrzenia się między wieloma, zatruwając czystość tych obszarów; i jak dziedziczna choroba przenika do niewielu, by mogła sięgnąć większości&#8221;.</em></p>
<p>Nie, zdecydowanie &#8220;ortodoksi&#8221; nie potrafili debatować jak <em>normalni ludzie</em>…</p>
<p><a name="rei2" href="#retrei2"><strong>2.</strong></a> Wspomniany tu już <strong><em>Henry Ford</em></strong> zdecydowanie zdawał się wierzyć, że dusza ludzka odbywa wędrówkę jedyne pomiędzy wcieleniami ludzkimi. W wywiadzie prasowym udzielonym dziennikarzowi George&#8217;owi Sylvestrowi Viereck&#8217;owi (<em>&#8220;The San Francisco Examiner&#8221;</em>, 26 sierpnia 1928), powiedział między innymi:</p>
<p><em>&#8220;Zaakceptowałem teorię Reinkarnacji, gdy miałem 26 lat… Religia nie oferowała niczego równie przekonującego &#8211; przynajmniej nie byłem w stanie tego odkryć. Nawet praca nie dawała mi całkowitej satysfakcji. Praca jest próżna, jeśli nie możemy wykorzystać w następnym życiu doświadczenia zebranego w poprzednim.</em></p>
<p><em>Gdy odkryłem Reinkarnację, to było tak, jakbym odkrył uniwersalny plan. Zdałem sobie sprawę, ze był czas na wypracowanie moich pomysłów. Czas nie był juz więcej ograniczony. Nie byłem juz dłużej niewolnikiem zegara. Było wystarcząjaco dużo czasu, by pracować i tworzyć.</em></p>
<p><em>Odkrycie Reinkarnacji dało mojemu umysłowi swobodę. Byłem uspokojony. Czułem, ze porządek i postęp są obecne w tajemnicy zycia. Nie szukałem już nigdzie indziej rozwiązania zagadki życia. </em></p>
<p><em>Jeśli zachowa Pan zapis tej rozmowy, proszę, by napisał Pan to tak, aby uspokoiło to ludzkie umysły. Chciałbym bowiem przekazać innym ten spokoj, ktory daje nam dalekosiężne spojrzenie na zycie. Wszyscy zachowujemy, co prawda mgliście, wspomnienia z poprzednich wcieleń. Często czujemy, że jesteśmy świadkami sceny lub przeżywamy chwilę z jakiejś poprzedniej egzystencji. To jednak nie jest niezbedne; to, co jest wartościowe i co pozostaje w nas, to esencja, sens i wynik doświadczenia&#8221;.</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em> </em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/08/08/reinkarnacja-czyli-wszystko-w-porzadku-panowie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Opowieść reinkarnacyjna</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/07/24/opowiesc-reinkarnacyjna/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/07/24/opowiesc-reinkarnacyjna/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 24 Jul 2009 14:56:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Reinkarnacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://monio.info/?p=539</guid>
		<description><![CDATA[ „W dzieciństwie moje sny były pełne wspomnień o śmierci Mary. Jako Mary, byłam w dużym pokoju z białymi ścianami; wysokie wielopanelowe okno, niemal naprzeciw mnie, wpuszczało sporo światła. Wiedziałam, że byłam chora od pewnego czasu, być może od tygodni, lecz fizyczny ból stał się odległy. Oddychałam jednak z trudem i musiałam zdobywać się na wysiłek, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/mary-sutton.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-546" title="Mary Sutton" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/mary-sutton.jpg" alt="Mary Sutton" width="175" height="266" /></a> <strong><em>„W dzieciństwie moje sny były pełne wspomnień o śmierci Mary. Jako Mary, byłam w dużym pokoju z białymi ścianami; wysokie wielopanelowe okno, niemal naprzeciw mnie, wpuszczało sporo światła. Wiedziałam, że byłam chora od pewnego czasu, być może od tygodni, lecz fizyczny ból stał się odległy. Oddychałam jednak z trudem i musiałam zdobywać się na wysiłek, by zaczerpnąć powietrza, co samo w sobie powodowało panikę. Towarzyszyła temu gorączka powodująca zniekształcenie myśli i utratę poczucia czasu. Jedyną pewną rzeczą było, że byłam sama i bliska śmierci w miejscu, które nie było domem”.</em></strong><strong> </strong><strong>(ilustracja<em> „Mary Sutton”</em>)</strong></p>
<div><em> </em></div>
<div><em>Tymi słowami rozpoczyna się książka Jenny Cockell <em>„Across Time and Death. </em><em>A mother’s search for her past life children”</em> wydana w roku 1994. Autorka dodaje:<br />
<em>„Wszystko to jednak zdawało się mieć małe znaczenie wobec mej obawy o dzieci, które zostawiałam (&#8230;) To nie śmierć sama w sobie wzbudzała strach, gdyż poprzez sny zrozumiałam śmierć jako normalny, naturalny proces. Był to żal oraz strata <strong>poprzez</strong> śmierć (&#8230;) Było zbyt wcześnie, by odejść; zbyt wcześnie, by opuścić dzieci.”</em>Jenny Cockell pamiętała już od dzieciństwa, że że miała kiedyś na imię <em>„Mary” </em>i że była matką kilkorga dzieci.  Pierwszy raz wspomniała o nich swej matce zanim jeszcze ukończyła czwarty rok życia. Było to w dniu, w którym po raz pierwszy udała się do kościelnej szkoły niedzielnej w swym rodzinnym mieście w Northamptonshire w Anglii. Zapytana czy podobało jej się tam, odpowiedziała, że tak.<br />
<em>„Ale powiedziałam, że nie mogę zrozumieć dlaczego, jeśli chcą tam mówić o życiu i śmierci, nie wspominają naszych innych żywotów.”</em></em></div>
<p><em>„Tego dnia odkryłam, że reinkarnacja – nazwa tego, czego doświadczałam – uważana była za wierzenie, nie za fakt. W dodatku było to wierzenie, które nie było generalnie akceptowane w Brytanii. To odkrycie – że</em> moja <em>prawda nie była prawdą w oczach wszystkich i że ja byłam pod tym względem inna – stanowił dla mnie wielki szok i spowodował mój niepokój i stałe kwestionowanie samej siebie. Byłam świadoma, że dorośli na ogół wiedzą więcej niż dzieci i nie chciałam być w błędzie.”</em>Całą sprawę komplikowała jeszcze nienajlepsza sytuacja w rodzinie <em>„i istniało nieznośne napięcie między moimi rodzicami. Wszyscy baliśmy się ojca, który dla różnych powodów usiłował żyć życiem, do którego nie pasował. Nie był też szczęśliwy w małżeństwie.&#8221;</em></p>
<p>Ta sytuacja rodzinna, o której autorka pisze otwarcie, posłużyć miała później jako jedna z podstaw kwestionowania sensu całej przedstawianej tu historii. O tej krytyce wspomnimy w dalszej części artykułu w przypisie 2.</p>
<div><strong>Mary <em>and</em> Jenny<br />
</strong></div>
<div>Jenny Cockell jest chyba jedną z bardzo niewielu osób w Europie, które zdają się pamiętać naprawdę bardzo dużo z tego, co nazywają swoim poprzednim życiem <a name="retsh1" href="#sh1">(1)</a>. <em>Dużo</em> – to oczywiście nie znaczy, że <em>wszystko</em>. Przyjrzyjmy się zatem najważniejszym szczegółom, które Jenny pamiętała ze swego poprzedniego życia oraz temu, czego nie wiedziała.</div>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/dublin-street-malahide.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-547" title="Dublin Street Malahide" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/dublin-street-malahide.jpg" alt="Dublin Street Malahide" width="300" height="289" /></a>Wiedziała ona zatem, że jako Mary żyła gdzieś pomiędzy latami 1898 a wczesnymi latami 1930-tymi. Wiedziała, że żyła wtedy w Irlandii – jeszcze jako dziecko zaczęła rysować mapki ze znanymi sobie ulicami miejscowości, w której miała mieszkać, zaznaczając na nich miejsce, gdzie stał domek, w którym żyła wraz z rodziną oraz inne obiekty. Potem zaczęła przeglądać mapy Irlandii z nadzieją, że odnajdzie to właściwe miejsce. Jej uwaga nieodmiennie kierowała się ku miejscowości <em>Malahide</em> (<em>Mullach Ide</em>) tuż na północ od Dublina. Mapki, które rysowała wcześniej okazały się pasować do rozplanowania paru ulic w Malahide. Pamiętała ulicę, przy której miała mieszkać oraz domek na samym jej początku. Nawet przypomniała sobie, że nazwa ulicy zaczynała się na literę „S”, coś jak „<em>Salmons</em> Road” – w rzeczywistości okazała się to być „<em>Swords</em> Road”.<em> </em>Z samej miejscowości pamiętała poza tym główną ulicę, sklep rzeźniczy przy Church Street (o cenach zbyt wysokich, by tam kupować), który to sklep istnieje nadal; swój domek oczywiście, jako mały <em>cottage</em> z ciemną kuchnią  i o dwuspadowym dachu nieco zapadłym z jednej strony; niewysoki płot kamienny przy tym domu wraz z furtką w nim; grupę ok 12 innych domków, tworzących rodzaj malutkiej „osady”  (znanej jako <em>Gaybrook</em>); stragany w głównej części miasteczka; stację kolejową itd. Pamiętała też – i ten motyw wracał często w jej wspomnieniach &#8211;  że nieraz wystawała w chłodne wieczory na molo, owinięta czarnym szalem lub chustą, czekając na przybycie łodzi – nie wiedziała jednak, <em>na kogo</em> tak czekała.<br />
Nie pamiętała natomiast – a w każdym razie nie wspomina tego w swej książce – stojącego w Malahide małego zamku.</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/252582148_b3c52841a2.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-549" title="252582148_b3c52841a2" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/252582148_b3c52841a2.jpg" alt="252582148_b3c52841a2" width="280" height="210" /></a>Zawsze miała wrażenie, że jako Mary była katoliczką. Jednak nie potrafiła przypomnieć sobie wyglądu stojącego w miejscowości katolickiego kościoła św. Sylwestra, chociaż jej dzieci były tam ochrzczone. Pamiętała jednak – w pewnym ogólnym zarysie – elewację innego kościoła, kościoła św. Andrzeja, należącego do protestanckiego Kościoła Irlandii. Ale pamiętała go tak, jak się pamięta budynek, którego nie zna się w środku, lecz jedynie z częstego przechodzenia obok niego. Po jednej z sesji hipnozy regresywnej naszkicowała istotny, widoczny z ulicy, fragment <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/kosciol-sw-andrzeja.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-548" title="Kościół św Andrzeja" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/kosciol-sw-andrzeja.jpg" alt="Kościół św Andrzeja" width="150" height="113" /></a>elewacji (a mianowicie jedną ścianę ze szczytem. Przy czym ten jej linearny szkic pokazywał jedynie zarys tej ściany, widocznej na pierwszym planie na zdjęciu obok, bez okna jednak, ale za to z tablicą ogłoszeń kościelnych).  <a name="retsh2" href="#sh2"><strong>(2)</strong></a><strong><br />
</strong>O ile nie potrafiła sobie przypomnieć wyglądu kościoła katolickiego, o tyle  z drugiej strony pamiętała, że chodziła do kościoła wraz z dziećmi oraz że chodziło tam dużo ludzi – miała bowiem w pamięci tłum ludzi stojących przed kościołem. Tłum, który przed kościołem św. Andrzeja nawet by się nie zmieścił.</p>
<p>Stosunkowo najlepiej pamiętała „swe” dzieci: starszego syna, około 13 lat (<em>Sonny</em>), dość pewnego siebie, „małego żołnierza”, jak go określiła; najstarszą córkę (miała na imię <em>Mary</em>, po matce) z długimi włosami i gęstą grzywką; dalej dwóch innych synów (jeden z nich o imieniu <em>Christopher, </em>imię innego podano w książce jako <em>„Jeffrey”</em>); młodszą córkę z niebieskimi oczami i blond włosami (<em>Bridget</em>); małego chłopaka, roztargnionego, z ręką stale przesuwającą się wzdłuż obszycia kurtki i z palcami bez przerwy bawiącymi się nią (<em>Francis</em>). W ten sposób pamiętała sześcioro dzieci. Odnosiła jednak wrażenie, że gdy umierała, miała jeszcze jedno małe dziecko (najmłodszą córka, <em>Elizabeth</em>) oraz, że w sumie miała ich siedmioro <strong><em>lub</em></strong> ośmioro (była jeszcze córka <em>Philomena</em> zwana <em>„Phyllis”</em>) . Pamiętała – lub z czasem sobie przypominała – więcej szczegółów związanych z dziećmi, na przykład to, że dzieci miały małego czarnego psa. Utkwił jej w pamięci także pewien incydent, mianowicie, że jej dzieci złapały kiedyś królika na wnyk i zawołały ją, by go jej pokazać. <em>„On jeszcze żyje”</em> – miała im wtedy powiedzieć (co przypomniała sobie w hipnozie). I ten szczegół został potem również potwierdzony lata później, gdy spotkała już kilkoro spośród tej ósemki. Był on całkowitym zaskoczeniem dla nich, bo uważali go oni za rzecz tak prywatną, że nikt nie mógłby się o nim dowiedzieć z innego źródła. Nie pamiętała imion tych dzieci, zaczęły one pojawiać się później, częściowo podczas hipnozy, częściowo potem z korespondencji i rozmów telefonicznych, gdy już kontakt został z nimi nawiązany.</p>
<p>Męża pamiętała tylko niczym przez mgłę. Ten <em>„przystojny, robiący wrażenie mężczyzna”</em> był raczej małomówny. <em>Była pewna</em>, że walczył on w I Wojnie Światowej, że zapewne wyszła za niego około tego okresu, a zawodowo wykonywał pracę mającą coś wspólnego <em>„z dużymi belkami i robotami dachowymi”</em> (dopiero później miała się już <em>dowiedzieć</em>, że istotnie był on cieślą budowlanym).<br />
Nie pamiętała natomiast jego (a zatem i swego) nazwiska ani też swego nazwiska panieńskiego (pamiętała natomiast rodziców oraz dwóch starszych braci – Michaela i Christophera). Co do imienia męża, to podczas hipnozy stwierdziła niepewnie, że zapewne <em>„Bryan”</em> (okazało się później, że <em>„John”</em>&#8230;). Nazwisko wymieniła <em>„O’Neil”,</em> lecz okazało się ono później nazwiskiem rodziny mieszkającej w pobliżu w Malahide. Jak potem oceniła, nazwiska <em>„Bryan O’Neil”</em> nie była pewna i nawet wydawało się jej, że może ono być przekręconą wersją nazwiska aktora <em>Ryana O’Neila</em>.</p>
<p>Ciekawym elementem wspomnień Jenny Cockell są jej uwagi innego jeszcze rodzaju. Odczuwała ona podobnie szereg rzeczy jak Mary. Na przykład, jak pisze – <em>„czuję głównie jej osobowość i pamiętam jej ubrania.”</em> Było wówczas w modzie noszenie bluzek z niezbyt długimi rękawami, kończącymi się tuż pod łokciami, a nawet pod nimi zwijanymi. <em>„Jeszcze dziś, jako osoba dorosła, podwijam rękawy lub wręcz spinam albo zszywam mankiety rękawów”.</em> Pisze ona też, że już jako dziecko czuła się dziwnie w spódniczkach, które uważała za zbyt krótkie dla siebie i zbyt lekkie (niegdyś noszono dłuższe i cięższe) &#8211; <em>„Wyobrażałam sobie, że powinny sięgać do połowy łydki, gdy tymczasem spódniczki dziecięce z lat 1950-tych sięgały do kolan”.</em> (177.9 cm – przyp. MM). Nie pamiętała natomiast twarzy Mary.</p>
<p>„Włosy Mary były długie i zdawały się być nieco falujące (&#8230;) Gdy mi przybywało lat, zdałam sobie sprawę, że Mary musiała być średniego lub nieco poniżej średniego wzrostu. Zaczęłam czuć się zdecydowanie zbyt wysoką, gdyż osiągnąwszy trzynaście lat, miałam pięć stóp i dziesięć cali wzrostu”</p>
<p>W dzieciństwie Jenny czuła się dość dziwnie będąc zarówno sama dzieckiem jak i matką zatroskaną o los swoich innych dzieci:</p>
<div><em>„lecz było mi trudno być dzieckiem.  Nie mogłam zrozumieć tych nieuzasadnionych rzeczy, które inne dzieci uważały za ważne. Przyjmowałam rzeczy wprost i nie ceniłam poczucia humoru innych, za to  sama śmiałam się z czegoś zupełnie innego.<br />
</em></div>
<p> </p>
<div><em><strong>Szukając dowodów</strong></em></div>
<div><em> </em></div>
<div>W międzyczasie sama – to jest w obecnym życiu – urodziła dwójkę dzieci i pracowała jako podiatra. Gdy dzieci podrosły, znów zaczęła, ze zwiększoną mocą, interesować się rodziną pamiętaną przez te wszystkie lata. W latach 1980-tych zakupiła dokładniejszą mapę rejonu Malahide i porównała ją ze swoim szkicem sprzed wielu lat. Obie mapki były do siebie podobne.</div>
<p>Poszukiwanie rozpoczęła od gromadzenia bliższych informacji o samej miejscowości oraz zapamiętanych z niej szczegółach i mieszkających tam w przeszłości ludziach. Możemy sobie wyobrazić, że reakcje osób zapytywanych przez autorkę były zróżnicpwane. Pewna dziennikarka zamieszkała w pobliżu Malahide, która początkowo zaoferowała swą pomoc, natychmiast zerwała kontakt, gdy dowiedziała się, że chodzi o „badanie pamięci z poprzedniego życia”. Pomocny okazał się natomiast lokalny nauczyciel historii z Dublina, będący równocześnie studentem teologii. Zamierzał on  bowiem wykorzystać wspomnienia autorki dla celów swej pracy dyplomowej, gdyż „poruszały one szeregi kwestii interesujących dla teologii”.</p>
<p>W czerwcu 1989 roku wybrała się wreszcie do Malahide na weekend. Stwierdziła tam, że naszkicowany przez nią wcześniej kościół istotnie się tam znajdował i rzeczywiście miał elewację bardzo podobną do tej naszkicowanej lata wcześniej. Nie potrafiła odnaleźć swego niegdysiejszego domu, który już nie istniał (został zburzony w 1959 roku). Natomiast kamienny mur, strumień oraz bagno były dokładnie w tych miejscach, które pamiętała. Znalazła swoje stare molo, które pojawiało się w jej pamięci tak często – tyle tylko, że niegdysiejsze drewniane zastąpiono w międzyczasie betonowym.</p>
<p>Krótko potem napisała list do właściciela starego domu przy Swords Road, czyli przy tej samej ulicy, przy której miała sama kiedyś mieszkać. Mr Mahon odpisał, informując między innymi:</p>
<p>„Co się tyczy matki zmarłej w latach 1930-tych – była nią Mrs SUTTON. Wydaje mi się, że jej mąż był żołnierzem brytyjskim w wojnie lat 1914-18. Po jej śmierci dzieci zostały zabrane do sierocińców – później ich najstarsza córka MARY wróciła do domu. Sądzę, że mąż wrócił do UK, by szkolić żołnierzy w latach 1939-45. Ich dzieci chodziły do szkół rzymskokatolickich, ale możliwe jest, że ich ojciec należał do Kościoła Irlandii.”Zdziwiło ją dlaczego ojciec nie utrzymał rodziny. Rozpoczęła poszukiwanie owych dzieci oraz dalszych informacji o ich losach. Odnalazła świadectwo ślubu Mary Sutton oraz jej świadectwo zgonu. Udało jej się uzyskać imiona sześciorga z ośmiorga dzieci dzięki pomocy księdza z sierocińca koło Dublina (ksiądz ten poczynił własne poszukiwania w Departamencie Edukacji), a następnie, po ustaleniu ich aktualnych adresów, zaczęła do nich pisać.  W końcu spotkała się z jednym z nich &#8211; z tym najstarszym, imieniem Sonny. Potwierdził on, że ich mały dom (cottage) stał rzeczywiście w ustalonym przez nią miejscu.</p>
<p> Sonny dopomógł Jenny w spotkaniu z rodziną. Trójka z ósemki dzieci już nie żyła. Pozostała piątka natomiast spotkała się z Jenny w kwietniu 1993 roku w Irlandii. Jenny filmowała to spotkanie. Napisała: „było to pierwsze spotkanie rodziny od 1932 roku”.Jenny Cockell była w sumie kilkakrotnie w Malahide i okolicach (do czasu napisania książki). Christopher, który nie był tam od czasów dzieciństwa, stojąc w obrębie pozostałości niegdysiejszego domu rodzinnego, potrafił odnaleźć to miejsce, w którym stał, gdy jego matka była zabierana do szpitala, skąd już nie wróciła.</p>
<p><strong> </strong>Sama Jenny była zadowolona, że zainteresowała się swymi wspomnieniami i podjęła działanie opisane powyżej. „Poczucie odpowiedzialności i winy opadło i odczuwam spokój, którego tak naprawdę nigdy przedtem nie zaznałam” – napisała w zakończeniu swej książki, która doczekała się <a href="http://www.friendsofjane.com/tvmovies_yc.shtml">ekranizacji</a>  <a href="http://www.friendsofjane.com/tvmovies_yc.shtml">http://www.friendsofjane.com/tvmovies_yc.shtml</a>  (co prawda ze scenariuszem odbiegającym nieco  od faktów).</p>
<p><strong>Epilog</strong></p>
<p><strong>John Sutton (ojciec) &#8211; </strong>Powodem, dla którego ojciec, John Sutton, z zawodu cieśla budowlany, nie utrzymał rodziny po śmierci żony, było to, że dużo pił („a drunkard”) i często zachowywał się brutalnie. Jeszcze za życia Mary bił ją i dzieci „grubym pasem z mosiężną klamrą”. Po jej śmierci stał się jeszcze gorszy, co spowodowało odebranie mu przez władze prawa do opieki nad siedmiorgiem z ośmiorga dzieci, pozostawiając mu jedynie syna Sonny’ego. Jego też bił aż do momentu, gdy ten w wieku 17 lat uciekł z domu i zaciągnął się do armii. Najstarsza córka (również Mary) wróciła z sierocińca do domu i przez pewien czas mieszkała tam z ojcem. Ją jednak też bił, aż w końcu i ona uciekła. Około roku 1939 lub 1940 ożenił się ponownie i przeniósł do Szkocji. Ani jego dzieci go nie poszukiwały ani Jenny Cockell.</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/rotunda-hospital.jpg"><strong><em><img class="alignright size-full wp-image-550" title="Rotunda Hospital" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/rotunda-hospital.jpg" alt="Rotunda Hospital" width="319" height="209" /></em></strong></a><strong>Mary Sutton, z d. Hand –</strong> była istotnie średniego wzrostu <em>–</em> jak opisała ją autorka, dość pogodną kobietą. Miała długie, ciemne włosy związane w kok. Nie nosiła biżuterii (poza obrączką ślubną). Ślub z Johnem Suttonem wzięła, wg zapisu,  22 lipca 1917 roku w Dublinie (ks. „R. Garrick P.P”). W roku 1932 zmarła w Rotunda Hospital w Dublinie (na zdjęciu) – szpitalu, który istotnie miał białe ściany i wysokie wielopanelowe okna.  Zmarła 24 października 1932 roku, przyczyny zgonu zostały wymienione w świadectwie jako „gas gangrene, septic pneumonia, toxaemia” – „zgorzel gazowa (czyli gangrena), septyczne zapalenie płuc, zatrucie krwi”. Zaledwie miesiąc wcześniej (25 września) urodziła swe ostatnie dziecko – córkę Elizabeth. W świadectwie zgonu napisano również, że miała ukończone 35 lat – co oznacza, że urodziła się w roku 1897, nie w 1898; choć wg innego jeszcze źródła miała się urodzić 1 grudnia 1895 (dokładna data urodzin nie jest jednak znana. Część dokumentacji i archiwaliów z tamtego rejonu spłonęła podczas irlandzkiej wojny domowej 1922-23).  Pochowana została na cmentarzu przy kościele katolickim w Kinsaley, między Dublinem a Malahide.</p>
<p><strong>Mary,</strong> najstarsza córka – po ucieczce od ojca udało jej się znaleźć kochającego męża. Jednak zmarła krótko później podczas porodu w wieku zaledwie 24 lat.</p>
<p><strong>„Jeffrey” –</strong> nie chciał, by podawać publicznie jego prawdziwe imię, stąd ten „pseudonim”. Był pierwszym z rodziny, z którym autorka była w stanie się skontaktować. Zmarł na wiosnę 1993 roku, krótko przed „spotkaniem rodzinnym” w Malahide.</p>
<p><strong>Philomena (Phyllis), Bridget i Elizabeth –</strong> wszystkie wyszły za mąż; Phyllis urodziła ośmioro dzieci, Bridget czworo, Elizabeth sześcioro. Bridget zmarła w latach 1970-tych w Australii. Elizabeth dopiero w wieku ok. 17 lat dowiedziała się, że była dzieckiem adoptowanym i że miała rodzeństwo. Nie wiedziała gdzie żyją jej bracia i siostry. Dopiero ogłoszenie zamieszczone przez autorkę w dublińskiej „Evening Press” w paździeniku 1990 dopomogło jej w odnalezieniu krewnych.<br />
Phyllis zaakceptowała inne niż autorka wyjaśnienie fenomenu opisanego w książce: „Ksiądz zasugerował jej, że reinkarnacja jest nie do utrzymania, był jednak w stanie przedstawić pogląd, który zdawał się być łatwiejszy do zaakceptowania przez nią. Według niego Mary przemawiała przeze mnie, by zjednoczyć rodzinę”. Taki pogląd przyjęła też Elizabeth. Phyllis jest tą córką, którą widać – w wieku 2 lat – na wykonanym w 1927 roku jej zdjęciu z matką, zaprezentowanym tu u samej góry.</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/malahide-jetty.jpg"><strong><img class="alignright size-full wp-image-551" title="Malahide jetty" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/malahide-jetty.jpg" alt="Malahide jetty" width="280" height="185" /></strong></a><strong>Sonny</strong>, najstarszy syn – pozostawiony ojcu jako jedyne dziecko do wychowania, uciekł od niego mając lat 17. Podając się za rok starszego, zaciągnął się do armii irlandzkiej (Free State Army). Nieco później się ożenił i wyjechał do Anglii, gdzie z kolei zaciągnął się do lotnictwa (RAF). Jego pierwsza żona wkrótce zmarła. Niedługo potem ożenił się ponownie. Spośród całego rodzeństwa on jeden w całości zaakceptował tezę o reinkarnacji swej matki (inni częściowo albo i nie) i to on okazał się najbardziej pomocny w zorganizowaniu spotkania rodzinnego w roku 1993. Tak jak i jego pozostałe rodzeństwo, utrzymywał dalej kontakt z autorką książki. Miał ośmioro dzieci. We wrześniu 1990 roku podczas pierwszego spotkania z Jenny Cockell był w stanie wyjaśnić jej zagadkę owego wystawania na molo o zmierzchu: „Powiem ci dlaczego pamiętasz to molo. Jako chłopak pracowałem na wyspie, usługując grającym tam w golfa, a o zmierzchu matka czekała na mnie na molo, byśmy mogli razem wracać do domu.” Zmarł w roku 2000.</p>
<p><span style="text-decoration:underline;">Jenny Cockell</span>  <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Jenny_Cockell">http://en.wikipedia.org/wiki/Jenny_Cockell</a>  napisała od tamtego czasu jeszcze co najmniej <span style="text-decoration:underline;">dwie inne książki</span> o reinkarnacji. <a href="http://www.darkstar1.co.uk/jennycockell.html">http://www.darkstar1.co.uk/jennycockell.html</a>  _______________________________________________</p>
<p>Jenny Cockell. <a href="http://www.amazon.com/Across-Time-Death-Mothers-Children/dp/0671889869">&#8220;Across Time and Death. A mother&#8217;s search for her past life children&#8221;</a>. New York 1994    <a href="http://www.amazon.com/Across-Time-Death-Mothers-Children/dp/0671889869">http://www.amazon.com/Across-Time-Death-Mothers-Children/dp/0671889869</a></p>
<div>Przypisy:</div>
<p><a name="sh1" href="#retsh1">1.</a> Ian Stevenson, niedawno zmarły (8 lutego 2007) czołowy badacz fenomenu pamięci poprzednich żywotów, ze swej strony najwyżej cenił bezpośrednią pamięć badanej przez siebie osoby. Mniej polegał na t.zw. hipnozie regresywnej, gdyż stosunkowo rzadko daje ona szczegóły o „wartości ewidencyjnej”. Dał on temu wyraz między innymi w swoim opublikowanym na stronie internetowej Uniwersytetu Virginii <a href="http://www.healthsystem.virginia.edu/internet/personalitystudies/regression.cfm">oświadczeniu w tej sprawie</a>  <a href="http://www.healthsystem.virginia.edu/internet/personalitystudies/regression.cfm">http://www.healthsystem.virginia.edu/internet/personalitystudies/regression.cfm</a> . O ile bowiem taka hipnoza istotnie daje możliwość sięgnięcia pamięcią do bardzo wielu szczegółów, które się w niej nagromadziły (a których na ogół bez tej hipnozy sobie nie przypominamy),  problem tkwi  w tym, że informacje te pochodzą z najrozmaitszych źródeł, włączając w to obejrzane niegdyś filmy, przeczytane książki, rozmowy przeprowadzone z innymi osobami itd. Profesor ostrzegał także przed możliwymi niekorzystnymi skutkami ubocznymi takich hipnoz, stwierdzając m.in.:</p>
<p>“Procedura regresji hipnotycznej do “poprzednich żywotów” nie jest pozbawiona pewnych niebezpieczeństw. Zdarzały się wypadki, w których „poprzednia osobowość” nie „odchodziła” pomimo instruowania, by to uczyniła i osoba w takich wypadkach pozostawała w odmienionym stanie osobowości przez kilka dni lub dłużej, zanim nastąpiło przywrócenie do jego normalnego stanu osobowości”.</p>
<p><a name="sh2" href="#retsh2">2.</a> <a href="http://www.csicop.org/sb/9803/reincarnation.html">na swej stronie internetowej</a> <a href="http://www.csicop.org/sb/9803/reincarnation.html">http://www.csicop.org/sb/9803/reincarnation.html</a>  pewien autor (Joe Nickell) poddał krytyce historię opisaną w prezentowanej tu książce. Warto zaznajomić się z jego argumentami. Tutaj skupimy się na najważniejszych z nich.</p>
<p>Najłatwiej odpowiedzieć temu elementowi krytyki, który podważa świadectwo z powodu problemów spowodowanych w jej własnym życiu trudną (w dzieciństwie) sytuacją rodzinną. Taka sytuacja sama w sobie nie czyni podanej przez niej wersji wypadków rzeczą nieprawdopodobną. Utrata czegoś istotnego w życiu może bowiem dopomóc w odnalezieniu czegoś innego, niemniej istotnego. Tak jak utrata wzroku może doprowadzić – przy intensywnym ćwiczeniu – do polepszenia posługiwania się słuchem&#8230;</p>
<p>Sam sposób dokonywania poszukiwań przez autorkę również budzi zastrzeżenia Nickella:</p>
<div>“Wysłała zapytania w celu znalezienia wsi z pewnymi szkicowymi wymaganiami, a gdy taka wieś została &#8211;  co nie dziwi &#8212; znaleziona, zaaprobowała ją jaką tę, której szukała. Oczywiście gdyby nie pasowała, poszukiwałaby dalej. Takie podejście przypomina rysowanie tarczy wokół strzały, gdy ta już w coś trafiła.”</div>
<div>“W dodatku zastosowano tu technikę retrofittingu (zestawiania fo fakcie). Na przykład pani Cockell wykonała szkic kościoła po jednej ze swych sesji hipnotycznych, który zestawiony został z fotografią rzeczywistego kościoła św. Andrzeja we wsi Malahide. Jednak szkic jest prosty, pokazuje on jedynie ścianę szczytową, nie ukazując świadomości istnienia większej struktury ogólnej. W dodatku całkowicie pomija on główną osobliwość ściany szczytowej – masywne okno gotyckie – a jest więcej pominięć i niewłaściwych skojarzeń. Co więcej, kościół św. Andrzeja nie jest tym, do którego Mary uczęszczała, bo tym był kościół katolicki św. Sylwestra, lecz jedynie tym, obok którego przechodziła, a należącego do Kościoła Irlandii.”</div>
<div>Autor nawet powołał się na autorytet eksperta, Roberta Bakera, oraz na jego opinię o t.zw. hipnozie regresywnej, zawartą w jego książce p.t. „<cite><a href="http://www.csicop.org/cgi-bin/q/book/1573920940">Hidden Memories: Voices and Visions from Within</a></cite><cite>”</cite><cite> </cite><cite>(Buffalo, New York, 1992, str. 152):</cite></div>
<div> </div>
<div> <em>“Przez długi czas uważano, że hipnoza dawała osobie hipnotyzowanej nienormalne lub niezwykłe zdolności wskrzeszania wspomnień. Łatwość, z jaką hipnotyzowani odzyskiwali zapomniane wspomnienia i przeżywali na nowo doświadczenia wczesnego dzieciństwa była zdumiewająca&#8230;”.</em></div>
<div><em>„Jednakże, kiedy przeegzaminowano zbieżność owych wspomnień z prawdą, okazało się, że wiele z tych wspomnień nie tylko było nieprawdziwych, ale że były one nawet całkowitymi fabrykacjami. Konfabulacje, t.j. tworzenie historii w celu wypełnienia luk w pamięci, wydawały się raczej normą niż wyjątkiem. Wydaje się, dosłownie, że stosowanie „hipnozy” w celu przywracania lub obudzenia w taki czy inny sposób poprzedniej historii danej osoby pobudza nie tylko pragnienie tej osoby do przywoływania wspomnień oraz procesy pamięciowe, lecz otwiera również śluzy jej lub jego wyobraźni.”<br />
</em></div>
<div>To wszystko oczywiście prawda. Tu zwróćmy na moment uwagę na ten drugi fragment cytowany przez Nickella. Pisze więc Baker, że „wiele z tych wspomnień nie tylko było nieprawdziwych &#8230;”, co oczywiście samo w sobie jest potwierdzeniem, że inne wspomnienia jednak są prawdziwe. Oraz że hipnoza osoby „pobudza nie tylko pragnienie tej osoby do przywoływania wspomnień oraz procesy pamięciowe &#8230;”, co oznacza, że obok historii fikcyjnych uzyskuje się również prawdziwe dzięki pobudzeniu procesów myślowych&#8230;</div>
<div> </div>
<div>Ale tak na dobrą sprawę Mr Nickell wcale nie musiał tu nikogo cytować, bo Jenny Cockell wyraźnie podkreśliła wspomniane ryzyko stosowania tego typu hipnozy (na stronie 34 swej książki), gdzie po krótkim przypomnieniu historii hipnozy regresywnej, stwierdziła:</div>
<div> <br />
<em>„Chociaż regresja hipnotyczna stała się tak popularna, nie jest ona najwyraźniej wysoko ceniona przez poważnych badaczy, gdyż informacja podawana przez dorosłą osobę hipnotyzowaną może pochodzić z rozmaitych źródeł.”<br />
</em></div>
<div>dodając przy tym dlaczego w ogóle się jej poddała:</div>
<div> </div>
<div><em>„Jednak dla mnie było to nowe doświadczenie i jego celem było nie tyle usiłowanie szukania doświadczeń z poprzednich żywotów, lecz dodanie czegokolwiek użytecznego do wspomnień z wczesnego dzieciństwa już w sprawdzalny sposób uszczegółowionych (w oryginale: „verifiably detailed”). Chciałam wykorzystać wszystkie możliwe środki, by znaleźć wystarczające szczegóły, aby być pewną, że jeśli zostanie odnaleziona rodzina, to będę mogła być pewna, że to moja rodzina.”</em></div>
<div><em>Innymi słowy historia uzyskiwana już od co najmniej 4 roku życia była już dość dobrze skrystalizowana, potrzebne były tylko szczegóły uzupełniające, które – tak nawiasem – uzyskiwane były głównie poprzez sprawdzanie faktów uzyskiwanych od osób prywatnych oraz instytucji publicznych, jak również poprzez rzeczywiste wizytowanie miejsc znanych dotychczas tylko ze wspomnień. Człowiek hipnotyzujący autorkę książki przyznał, że była ona pierwszą osobą hipnotyzowaną przezeń posiadającą pamięć poprzedniego życia. (str. 35).</em></div>
<div><em> </em></div>
<div><em> </em></div>
<p><em> </p>
<p></em></p>
<p>Odpowiedź na argument o wielu szczegółach niepamiętanych z poprzedniego życia jest nawet prostsza.  Nikt z ludzi nie pamięta większości zdarzeń swego obecnego życia. Wielu potrafi autentycznie np zapomnieć nawet języka, którego nauczyli się w dzieciństwie i który był ich pierwszym językiem (co kontrastuje np ze zjawiskiem znanym jako „ksenoglossia”, a polegającym na posługiwaniu się językiem obcym, którego nie uczono się w trakcie trwania obecnego żywota – niejedna z osób utrzymujących, że żyły poprzednio w innych wcieleniach, posiada taką zdolność). A czy można nie pamiętać własnego nazwiska (lub imienia krewnego) z poprzedniego wcielenia? Praktyka pokazuje, że można i to nawet z życia obecnego (zaniki pamięci). Nikt nie będzie utrzymywał, że człowiek nie istnieje, jeśli straci pamięć&#8230;</p>
<p>A co do owego kościoła św. Andrzeja, którego fragment został zapamiętany&#8230; Aby móc docenić szkicowanie szczegółów budynków po wielu latach i to po niegdysiejszym jedynie powierzchownym ich obserwowaniu,<strong> </strong><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/szkic-kamienicy.jpg"><strong><img class="alignleft size-full wp-image-552" title="Szkic kamienicy" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/szkic-kamienicy.jpg" alt="Szkic kamienicy" width="230" height="265" /></strong></a>posłużyłem się małym „eksperymentem” podobnego charakteru. Osoba, która wykonała widoczny obok szkic, nie widziała Kazimierza Dolnego ani stojących w nim kamienic braci Przybyłów od lata 1981 roku (no, może nieco później jakieś fotografie&#8230;). Ostatnio złapała za pióro i – bez oglądania jakichkolwiek fotosów – naszkicowała to, co utkwiło jej w pamięci po tylu latach. Rezultat widoczny jest na ilustracjach (tu dodaję, że chodziło o kamienicę po prawej, a nie tę większą po lewej).  Oto, co można „zrobić” z budowlą, polegając na mglistej pamięci z tego żywota (o jakimkolwiek poprzednim nawet nie wspominając)&#8230; (Pomińmy tu narazie fakt, że czym innym jest zapamiętanie pewnej budowli, a czym innym jej narysowanie  – pamiętamy zawsze w bardziej „fotograficzny” sposób niż potem z pamięci  rysujemy. Owa pamięć i rysunek różnią się zatem znacznie). Na szkicu są widoczne postacie na elewacji – nie wiadomo tylko dlaczego dwie i dlaczego symetrycznie „flankują” elewację&#8230; Gdzieś coś „świtało” o jakichś oknach na <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/kamienice-przybylow.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-553" title="Kamienice Przybyłów" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/kamienice-przybylow.jpg" alt="Kamienice Przybyłów" width="357" height="233" /></a>pierwszym piętrze <strong>(ale są dwa zamiast trzech),</strong> a co stało się z tymi <strong>czterema </strong>mniejszymi na poddaszu?<strong> „</strong>Zgubiono” w ten sposób w sumie aż <strong>5</strong> spośród <strong>7 okien.</strong> A ktoś ma pretensję, że Jenny Cockell „zgubiła” <strong>jedno&#8230;</strong> Gdzie podziały się <strong>trzy łuki</strong> na parterze? Zastąpiły je <strong>jedne drzwi&#8230; Nie </strong>ma w ogóle podcieni&#8230; Nie ma wspaniałej i bogato zdobionej attyki. A jednak pomimo wrażenia, że ktoś „przez pomyłkę” naszkicował zupełnie inny budynek, nie sposób zaprzeczyć, że szkic i kamienica mają jednak coś ze sobą wspólnego&#8230; Tym bardziej, że „sprawca” tego <strong> </strong>szkicu upiera się, że gdyby stanął w Kazimierzu przed kamienicą, to by ją natachmiast rozpoznał jako tę, którą pamięta (ten „sprawca” to oczywiście ja sam&#8230;).</p>
<p>Ale, ale&#8230; autor wspomniał coś o „rysowaniu tarczy wokół strzały, gdy ta już w coś trafiła”. Istotnie, porównanie niczego sobie. Co innego jednak mieć tarczę na widoku: ani szukać jej nie trzeba, ani nawet dociekać jej istnienia. Co jednak zrobić, gdy najpierw trzeba ustalić, czy „tarcza” w ogóle istnieje? Poszukiwania wszelkiego rodzaju prowadzi się właśnie w bardzo podobny sposób. Postępują tak osoby prywatne, postępuje tak policja&#8230; Wyobraźmy sobie, że gdzieś popełniono przestępstwo. W ciemności ktoś zauważył przez dziurę w płocie, że nad leżącą na ziemi ofiarą pochyla się jakiś mężczyzna. Twarzy nie widać, bo ciemno i „leje jak z cebra”, na dodatek kaptur ma nasunięty na głowę. Świadek odnotował jednak, że odchodząc, podejrzany zawołał „Hector!” do stojącego opodal owczarka alzackiego, który natychmiast za nim podążył. Co zrobi policja, otrzymawszy taki strzępek informacji? Ano, można się założyć o każdą sumę, że przetrząśnie ona wszystkie dostępne sobie rejestry psów, by sprawdzić, czy odnotowany jest w nich alzatczyk o imieniu „Hector”, od którego możnaby zacząć poszukiwania podejrzanego – w ten sposób „rysując tarczę wokół wbitej strzały”&#8230; Tak jak uczyniła to autorka książki:<br />
„Posługując się jedynie wspomnieniami z dzieciństwa, chciałam najpierw dowiedzieć się kto mieszkał w tym domu pięćdziesiąt lat wcześniej, a następnie posuwać się ostrożnie krok za krokiem” (str. 66).</p>
<p>Czy ostatecznie książka „Across Time and Death” wytrzyma krytykę czy nie (narazie w ciągu ostatnich 13 lat sobie nienajgorzej radzi&#8230;), to jeszcze zobaczymy.  Natomiast akurat krytykę Joe Nickella wytrzymuje ona znakomicie, dosłownie „bez zadraśnięcia”&#8230;</p>
<div> </div>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/07/24/opowiesc-reinkarnacyjna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Długie milczenie</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/07/23/dlugie-milczenie/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/07/23/dlugie-milczenie/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 23 Jul 2009 14:46:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Religia]]></category>
		<category><![CDATA[Zamyślenia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://monio.info/?p=519</guid>
		<description><![CDATA[
Pod koniec dziejów na ogromnych zielonych zboczach nad błękitnym oceanem, nad którym rozciągało się równie błękitne Niebo, znalazły się nieprzeliczone rzesze ludzkie. Byli tam ludzie różnych ras, nacji, języków, kultur, stanów i epok. Byli męczennicy za wszelaką wiarę, ofiary mordów politycznych, napromieniowani z Hiroszimy i spaleni żywcem w Dreźnie. Były ofiary i byli ich oprawcy, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/stitched_001.jpg"></a><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/stitched_0011.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-535" title="Stitched_001" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/stitched_0011.jpg" alt="Stitched_001" width="510" height="103" /></a><br />
Pod koniec dziejów na ogromnych zielonych zboczach nad błękitnym oceanem, nad którym rozciągało się równie błękitne Niebo, znalazły się nieprzeliczone rzesze ludzkie. Byli tam ludzie różnych ras, nacji, języków, kultur, stanów i epok. Byli męczennicy za wszelaką wiarę, ofiary mordów politycznych, napromieniowani z Hiroszimy i spaleni żywcem w Dreźnie. Były ofiary i byli ich oprawcy, niektórzy bardzo znani&#8230; Byli też ci, którzy normalnie i spokojnie dokonali żywota. Wszyscy oni mieli zostać teraz osądzeni. Panowało długie i ponure milczenie&#8230;</strong></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hiroshima3.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-527" title="Hiroshima3" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hiroshima3.jpg?w=150" alt="Hiroshima3" width="150" height="93" /></a>Jednak co jakiś czas przerywane było ono głośnymi dyskusjami. <em>“Czy Bóg ma prawo nas osądzać? A co on wie o cierpieniu?”</em> – padały pytania. Nie brak było ludzi gotowych głośno spierać się z Bogiem, wrzeszczeć na niego, pomiatać nim niemal niczym pariasem i walić pięścią w stół (gdybyż tam tylko był jakiś stół&#8230;).</p>
<p><em>„On nie musi dokonywać trudnych wyborów ani poszukiwać prawdy w celu zbliżenia się do&#8230; siebie samego!”</em> – zawołał z nutką arogancji młody student teologii.</p>
<p><em><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/beheading.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-525" title="Beheading" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/beheading.jpg" alt="Beheading" width="159" height="257" /></a>„A za co miałby on sądzić mnie?! Niech więc się wypcha ze swoimi ‘sądami’!!!”</em> – oburzyła się pewna młoda Chinka – <em>„Nie miałam nawet dwudziestu lat, gdy w czasie wojny on mi obciął głowę!” </em>– tu wskazała palcem na wystraszonego i zawstydzonego Japończyka. <em>„Mogę ja wiedzieć gdzie się ten ‘Pan Stworzenia’ raczył wtedy znajdować??!!”</em></p>
<p><em>„Właśnie!” – </em>mruknął pewien ateista ze złoto-czerwonym znaczkiem w klapie marynarki -<em> „Chyba jednak dobrze, że w tego wampira wtedy nie wierzyłem, bo bym się tylko niepotrzebnie denerwował jego nieporadnością i pełną oczywistego chamstwa obojętnością”.</em></p>
<p><em>„Siedzi sobie w niebie, gdzie nie ma płaczu, cierpienia, głodu, raka, AIDS&#8230; Jakie on ma pojęcie o tym, co człowiek musi nieraz przejść&#8230;?”</em> – zapytał z grymasem na twarzy stary Hindus.<em></em></p>
<p><em>„Nooo, już nie przesadzajmy, proszę państwa!”</em> – wpadł mu w słowo znany działacz katolicki – <em>„w końcu to On ten świat stworzył i zna go lepiej niż my wszyscy razem&#8230;”</em></p>
<p><em>„&#8230;To tym gorzej dla niego, bo to znaczy, że się nami zabawiał niczym lalkami!!!”</em></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/sloapj.png"></a><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/nc_christ.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-530" title="nc_christ" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/nc_christ.jpg" alt="nc_christ" width="275" height="215" /></a>I tak to trwało przez czas jakiś. W końcu wydelegowano reprezentantów, którzy mieli targować się z Bogiem o ludzkość. Uznali oni, że aby Bóg mógł mieć prawo do sądzenia kogokolwiek, to pierwej musi on narodzić się jako parias (najlepiej z nieprawego łoża); ma być zdradzony, pokiereszowany, opluty, uznany za idiotę i szprycowany narkotykami przez ‘dobrotliwych’ doktorów w psychuszce; a najlepiej to niech <em>sam</em> <em>zostanie osądzony</em> – ooo, tak! &#8211; i skazany w prawniczej farsie i nago uśmiercony. No i koniecznie niech kona w męczarniach&#8230;</p>
<p>Znów  zapadło długie milczenie. Zdawało się bowiem niektorym, że taki wyrok już kiedyś zapadł i że zostal on istotnie wykonany&#8230;</p>
<p><em>„Tak, ale na tym, którego zwali ‘Synem Bożym’, nie na ‘Bogu Ojcu’”</em> – powiedział, stukając się znacząco w czoło, pewien starszy wiekiem mason.</p>
<p><em>„Noo&#8230; Wystarczyłoby chyba znacznie mniej&#8230; Niechby tak mu <strong>tylko</strong> <strong>grożono</strong> śmiercią, niechby go tak parę razy stłukli „nieznani sprawcy” i niechby poszedł na całe lata siedzieć za samo tylko mówienie tego, co myśli!”</em> – dorzucił z kwaśną miną pewien stary rewizjonista, który nie wierzył w „komory gazowe” i w „6 milionów Zydów”.</p>
<p><em>„Bluźnicie strasznie, wielka spotka was za to kara!”</em> – zdenerwował się duchowny w sutannie, któremu zawtórowało parę osób: <em>„Hańba! Nawet tu, przed Obliczem Najwyższego, macie czelność się jeszcze wykłócać?!</em></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/ludwig1.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-523" title="Ludwig" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/ludwig1.jpg?w=125" alt="Ludwig" width="125" height="150" /></a><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/dahn1.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-524" title="Dahn" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/dahn1.jpg" alt="Dahn" width="241" height="315" /></a>W tym momencie wtrącił się milczący do tej pory, pochodzący z Monachium, a zmarły we Wrocławiu  prawnik, historyk i pisarz Felix Dahn, autor „Walki o Rzym”:</p>
<p><em>„Miałem raz karczemną awanturę z królem bawarskim Ludwikiem II. Sprzeczaliśmy się dosłownie całą noc. I to jak! Poszło o sprawy polityczne i moralne. W pewnej chwili powiedziałem mu wprost, że jest ‘zaślepiony nienawiścią’. Ja&#8230; królowi!!!  Nad ranem… serdecznie mi podziękował za szczerość. Podkreślił, że nikt z nim tak szczerze dawno już nie rozmawiał. Przyzwyczajony był do tego, że w rozmowach z nim ludzie go tylko wychwalali i podlizywali mu się&#8230;</em></p>
<p><em>Nasze własne pretensje są jedynie częścią jednej, niekończącej się odwiecznej rozmowy z nieskończonością, rozmowy, która pozwala nam – przez konfrontację z innymi – poznać samych siebie i w ten sposób dokonać swoistego ‘rachunku sumienia’ przed tą ostateczną spowiedzią.</em></p>
<p><em>Tak czy owak, jeśli król Bawarii umiał okazać łaskawość, to czegóż spodziewać się po Królu Niebios, który nas chyba lepiej trochę zna niż ten romantyczny samotnik z Neuschwanstein?”</em></p>
<p>Po raz kolejny zapanowało długie milczenie. Ale tym razem już nie tak ponure&#8230;</p>
<p><em> </em></p>
<p><em> </em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/07/23/dlugie-milczenie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami &#8211; część 6: Wątki polskie i Epilog</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/07/21/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-6-watki-polskie-i-epilog/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/07/21/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-6-watki-polskie-i-epilog/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 21 Jul 2009 14:32:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>
		<category><![CDATA[Australia]]></category>
		<category><![CDATA[Historia Polski]]></category>
		<category><![CDATA[Polska emigracja do Australii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://monio.info/?p=392</guid>
		<description><![CDATA[Byłoby rzeczą wręcz nieuczciwą wobec polskiego czytelnika, gdyby powyższa historia nie została zakończona wątkami polskimi, których jej nie brakowało. Niektóre z nich zostały już zresztą wspomniane: to terytoria i miejscowości, z których emigrowano. Owi niemieccy luteranie pochodzili właśnie z terenów dawniejszej i dzisiejszej Polski. Nie pozostało to bez wpływu na ich indywidualne związki z Polakami [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0854.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-395" title="PICT0854" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0854.jpg?w=150" alt="PICT0854" width="150" height="112" /></a>Byłoby rzeczą wręcz nieuczciwą wobec polskiego czytelnika, gdyby powyższa historia nie została zakończona wątkami polskimi, których jej nie brakowało. Niektóre z nich zostały już zresztą wspomniane: to terytoria i miejscowości, z których emigrowano. Owi niemieccy luteranie pochodzili właśnie z terenów dawniejszej i dzisiejszej Polski. Nie pozostało to bez wpływu na ich indywidualne związki z Polakami z tych samych terenów, ale także na początki polskiej emigracji do Australii. Poniżej prezentujemy kilka takich wątków. (ilustracja <em>Polish Hill River road sign</em>)</strong></p>
<p>Początki polskiej emigracji do Australii – i to właśnie do Południowej Australii &#8211;  pozostają bowiem w ścisłym związku z opisaną powyżej emigracją pruskich luteranów  z Wielkopolski i Dolnego Śląska. To właśnie wielkopolscy i dolnośląscy Niemcy stali się pionierami przecierającymi szlak nieco tylko późniejszej polskiej emigracji do Australii, tak jak z kolei wielkopolscy Polacy byli pionierami zorganizowanej, grupowej polskiej emigracji do tego kraju. Stało się tak tym bardziej, że tak jedni jak i drudzy pochodzili z tych samych rejonów, a czasem nawet z tych samych lub sąsiednich miejscowości (np. Dąbrówka i Dąbrówka Mała, czyli „Gross Dammer” i “Klein Dammer”). Nie brakowało małżeństw mieszanych, zawieranych czy to jeszcze w Europie czy też już w Australii.</p>
<p><strong>Nazwiska&#8230;</strong></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/copy-of-pict0877_edited_edited1.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-397" title="Copy of PICT0877_edited_edited" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/copy-of-pict0877_edited_edited1.jpg?w=150" alt="Copy of PICT0877_edited_edited" width="150" height="129" /></a>Wśród Niemców nie brakowało zatem osób polskiego pochodzenia i to już wśród tych, którzy przybywali jako pierwsi. Odnajdujemy nazwiska o polskim brzmieniu wśród pasażerów pierwszych żaglowców, o których była mowa wcześniej. Tak więc na pokładzie <em>“Prince George“</em> przybyła z pastorem Kavelem rodzina <em>Kalleske</em> z Trzciela. Johann Georg <em>Kalleske</em> urodzony był w Brójcach (Brätz). Tym samym żaglowcem przybył Johann Gottlieb <em>Petras</em> z Klępska. Na pokładzie <em>“Zebry”</em> (z kapitanem Hahnem) znajdujemy pasażera nazwiskiem Johann Georg <em>Janetzki</em> oraz jego rodzinę z Myszęcina (Muschten). <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/nitschke.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-412" title="Nitschke" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/nitschke.jpg?w=138" alt="Nitschke" width="138" height="150" /></a>Możemy spokojnie się założyć, że również wspomniany Gottfried <em>Lubasch</em>, ów sierżant spod Waterloo, miał nazwisko polskie. Możnaby się zastanawiać, czy aby nazwisko <em>Nitschke</em> nie ma polskich korzeni.<strong> </strong> Do Australii wyemigrowało kilka gałęzi tej rodziny z Dolnego Sląska i jest niemal pewne, że znany obecnie w Australii zwolennik eutanazji oraz lider ruchu na jej rzecz, dr Philip Nitschke, pochodzi z tej właśnie rodziny. Na pokładzie <em>“Cathariny”</em> znalazł się natomiast Johann Joseph <em>Gallasch</em> ze Zbąszynia, wraz z rodziną oraz Carl Ernst <em>Tschenscher</em> (Trzęsior?), również z rodziną.</p>
<p>Żaglowcem „Gellert” przybył w grudniu 1847 roku, wraz z Niemcami z poznańskiego pewien oficer nazwiskiem „Eugen von Sierakowski” (Eugeniusz Sierakowski)</p>
<p>W rok później żaglowcem „Alfred” wraz z Franzem Weihertem i jezuitami Kranewitterem i Klinkowstroemem przybywają w okolice Sevenhill dwaj cieśle o polskobrzmiących nazwiskach <em>Samulewsky</em> i <em>Semlitzky</em> wraz z rodzinami (w sumie 9 osób).</p>
<p>Z okolic Zbąszynia <em>(Bentschen)</em> pochodzili emigranci<em> </em>z rodziny Waltrowicz. Anne Caroline <em>Gallasch</em> wyszła za mąż za Johannesa Waltrowicza, który potem zmarł we wsi Nowe Domki k. Zbąszynia w roku 1852. Caroline wyemigrowała rok później z sześciorgiem dzieci na statku <em>“Caesar Godeffroy” </em>do Adelaide. Z tej rodziny znany był później w Hahndorf kołodziej nazwiskiem Adalbert Waltrowicz (zm. W 1903 roku). Żoną jego była Johanna Rosine z d. Schubert. Mieli razem 13 dzieci. Inna Caroline Waltrowicz (ur. W 1838 r. w Zbąszyniu), katoliczka, pracowała jako służąca w Adelaide. Wyszła za mąż za niejakiego Marcina Buczkowskiego z polskiej osady w Hill River (obecnie Polish Hill River) k. Clare w Południowej Australii. Tam najprawdopodobniej chodzili oboje do kościoła św. <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0858.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-399" title="PICT0858" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0858.jpg" alt="PICT0858" width="328" height="246" /></a>Stanisława Kostki (na zdjęciu).  Inny członek tej rodziny Joseph Waltrowicz (znany jako “Waltrowitz”), urodzony 1842 r. w Zbąszyniu, mieszkał później w Hahndorf, gdzie zmarł w 1929 roku, jego grób wciąż istnieje na tamtejszym cmentarzu. Michalina Waltrowicz (ur. W 1846 r. w Nowych Domkach) wyszła w Port Adelaide za Anglika nazwiskiem Charles Green. Po jego śmierci wyszła za mąż za Johna Ennsona. Miała własną restaurację w dzielnicy Semaphore w Adelaide. Marianna Waltrowicz (ur. 1849) wyszła za mąż w Południowej Australii za Davida Seefeldta. Oboje później wyjechali do Palmerston (obecnie Darwin na północy Australli).</p>
<p>Innym emigrantem polskiego pochodzenia był <em>Anton Maćkowiak</em> urodzony w marcu 1817 roku w Poznaniu, a zmarły 14.X.1899 we wsi Blumberg (obecnie <em>Birdwood</em>) na wschód od Adelaide. Przed emigracją zamieszkiwał w Nekli (Wielkopolska), a jego rodzicami byli Thomas (Tomasz?) Mackowiak i Katharina z d. Szerzomellich („Szerzomelik”?). Przybył do Australii na pokładzie niemieckiego żaglowca <em>„Heloise”</em> w 1847 roku. Należał najwyraźniej do bogatszej warstwy chłopskiej. <em>„The South Australian”</em><strong> </strong>z 19 marca 1847 doniosł bowiem między innymi:</p>
<p><em>“(…)Bremeński statek “Heloise” przywiózł sporą liczbę wyższej klasy niemieckich włoscian. Wszyscy oni sami pokryli koszta podróży i przywożą ze soba, jak nas poinformowano, więcej pieniędzy niż statek z emigrantami przywiózł przez szereg lat. Są oni zdrowi i godni szacunku i nie wątpimy, że się im powiedzie.”</em><em></em></p>
<p>Maćkowiak zmienił pisownię nazwiska w Australii na <em>„Maczkowiack”.</em> Zamieszkiwał wraz z żoną (Anna Eleonore Wilhelmine z d. Kriese) najpierw w Klemzig, potem w Lobethal, gdzie jego córka Henriette Charlotte (urodzona w czasie podróży na <em>„Heloise”</em>) została ochrzczona przez pastore Fritzschego (który z kolei zapisał nazwisko dziewczynki jako <em>„Matschkowiack”</em>), a nastepnie we wspomnianym już Blumberg. Anton Maćkowiak najprawdopodobniej znał język polski. Wiadomo też, że mówiąc o wsi, z której pochodzili jego rodzice, używał jej polskiej nazwy <em>„Podstolice”</em> raczej niż niemieckiej <em>„Tischdorf”.</em> Nazwisko Maćkowiak pojawia się gdzie indziej również jako <em>„Matskoviak”,</em> a w księdze zapisów sądowych w Gumeracha (<em>„Gumeracha District Court Record Book 1874-1884”</em>) znajdujemy je, gdy wymienieni tam zostali <em>„Frederick Mascovias”</em> oraz <em>„Albrecht McScovix”.</em></p>
<p><strong>&#8230; i osada&#8230;</strong></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/modystack-1942.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-400" title="Modystack 1942" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/modystack-1942.jpg?w=112" alt="Modystack 1942" width="112" height="150" /></a>17 sierpnia 1856 przybyła niemieckim żaglowcem <em>„August”</em> (kpt. Meyer) do Port Adelaide grupa Polaków z okolic Dąbrówki oraz Zbąszynia w Wielkopolsce (statek wypłynął z Hamburga 7 maja 1856). Szybko znalazła się w okolicach Sevenhill. Według jednej wersji stało się tak, gdyż pewien jezuita został stamtąd wysłany, by ich tam przywiódł, obawiano się bowiem, że cała grupa może dołączyć do luteranów w Barossie  (“<em>Mlodystach &#8211; a family history of Polish Pioneers”</em>, 1985, ISBN 0 9589586 0 2).  W następnym roku powstała osada polska w pobliskim Hill River, który szybko stał się znany jako Polish Hill River. Pierwszym nazwiskiem w rejestrze posiadaczy ziemi w Hill River (22 stycznia 1857) jest nazwisko <em>“Joseph Niemetz”</em> (Józef Niemiec). Wśród innych nazwisk widzimy takie jak Nykiel, Połomka, Małycha, Rucioch, Kostera, Kluska czy Pawelski. Nie będziemy tu podawali szczegółowej historii tej osady, jako że istnieje w internecie – i to po polsku – kalendarium tego miejsca <a href="http://www.tchr.org/australia/kronika/kronika/HistoriaPHR.htm">http://www.tchr.org/australia/kronika/kronika/HistoriaPHR.htm</a></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0897_edited.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-401" title="PICT0897_edited" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0897_edited.jpg?w=145" alt="PICT0897_edited" width="145" height="150" /></a>Początkowo polscy koloniści uczęszczali na mszę do kościoła św. Alojzego w Sevenhill, jednakże tamtejsi jezuici nie odprawiali jej po polsku lecz po angielsku i niemiecku. To skłoniło polską wspólnotę do zbudowania wspomnianego już kościółka św. Stanisława w Polish Hill River. Pierwszym polskim księdzem był tam jezuita, O. Leon Rogalski (przybył w roku 1870 roku), który po śmierci w roku 1906 pochowany został w krypcie kościoła św. Alojzego w Sevenhill obok pierwszych tamtejszych jezuitów, jak Schreiner, Tappeiner, Herden, Hager i innych.</p>
<p>Wśród pasażerów żaglowca <em>“George Washington”</em>  (wypłynął do Australii 24 maja 1844 z Bremerhaven) znajdujemy nazwisko Szymona Młodystacha (“Simon Modistach”), lat 28 oraz jego żony, pochodzących z Dąbrówki (Gross Dammer) w okolicach Zbąszynia (Bentschen) <a name="retpier1" href="#pier1"><strong>(1)</strong></a>. Nazwisko to pojawia się później Południowej Australii również jako <em>“Modystack”</em> (jak na nagrobkach w Sevenhill).</p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-409" title="PICT0857" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0857.jpg" alt="PICT0857" width="286" height="215" />W 1857 roku przybyli inni członkowie rodziny Młodystachow: Kacper i Elżbieta (Caspar and Elizabeth) i osiedli w Polish Hill River. Stworzyli największą polską i najdłużej pozostającą w polskich rękach winnicę w tamtej okolicy. Ostatecznie została ona sprzedana rodzinie Wilsonów w 1968 roku i od tamtej pory znana jest jako <em>“Wilson Cellars”</em>. Kamienie zaś z pierwotnego domu Kacpra i Elżbiety użyte zostały do budowy elewacji głównego budynku obecnej winnicy.  </p>
<p>Jeszcze do lipca 2000 żył w Polish Hill River Jan (John) Rucioch<a href="http://przeglad.australink.pl/panorama/artykuly/polishhill3.php">http://przeglad.australink.pl/panorama/artykuly/polishhill3.php</a>, znany tam wówczas jako “ostatni z Polaków“ (<em>“last of the Poles”</em>). Mieszkał wciąż w domku zbudowanym przez jego dziadka. Posiadał <em>“encyklopedyczną wiedzę“</em> o rodzinach żyjących w tej osadzie w zeszłym stuleciu.<br />
<a href="http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/misc/sept85.html">http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/misc/sept85.html</a></p>
<p>Opowiadał on całe historie owych rodzin, a nawet legende o pobycie w tamtych okolicach słynnego gangstera (bush-rangera) Neda Kelly, którego brat miał tam swoją posiadłość, którą to historią wbudził pewne zainteresowanie mediów australijskich.<br />
<a href="http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/verasion/veraison90.html">http://www.wilsonvineyard.com.au/newsletters/classic_clippings/verasion/veraison90.html</a></p>
<p>Zwrócono swego czasu uwagę na fakt, że język polski, którym posługiwali się żyjący w Polish Hill River Polacy jeszcze w II połowie XX wieku był gwarą, która w międzyczasie zanikła już w Polsce. Przekonać mieli się o tym wykształceni Polacy z powojennej emigracji rozmawiający z Janem Ruciochem i innymi potomkami pionierów. Pewien autor australijski zauważył w związku z tym – z pewną przesadą zapewne – że <em>“było to dla nich odkryciem takim, jak dla profesora anglistyki odkrycie w Ameryce Południowej zaginionej kolonii mówiącej językiem Chaucera!”. <a name="retpier2" href="#pier2"><strong>(2)</strong></a> </em></p>
<p>Z osady dzisiaj nie pozostaje wiele, parę ruin domostw no i oczywiście kościół św. Stanisława Kostki. Są winnice, ale już nie w polskich rękach. Spośrod licznych tu niegdyś polskich nazwisk nie ma tu już ani jednego, jako że mieszkańcy przenieśli sie gdzie indziej, na przykład do <em>Petersburga</em> (obecnie <em>Peterborough</em>).</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/cmentarz-w-sevenhill.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-406" title="Cmentarz w Sevenhill" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/cmentarz-w-sevenhill.jpg?w=300" alt="Cmentarz w Sevenhill" width="300" height="235" /></a>Pozostaje natomiast wciąż użytkowany cmentarz w Sevenhill, na którym obok polskich (i nie tylko polskich) pionierow spoczywają polscy emigranci z okresu po II Wojnie Swiatowej, w tym byli żołnierze oraz działacze polonijni, jeden były więzień łagrów sowieckich czy przedwojenna działaczka Katolickiego Związku Młodzieży, prezeska okręgu katowicko-chorzowskiego na Górnym Śląsku. Ale to już zupełnie inny wątek polski.</p>
<p>Inne jeszcze, niemniej ciekawe “wątki polskie”, choć niekoniecznie związane z omawianym tu tematem, znajdujemy wśród zachowanych archiwaliów, na przykład w wydawanej przez południowoaustralijskich Niemców gazecie <em>“Sűd-Australische Zeitung”.</em> Na mikrofilmach tej gazety w Bibliotece Państwowej w Adelaide jest pełny tekst długiego artykułu <a href="http://monio.info/2009/07/22/niepokoje-w-warszawie-1861/">Die Unruhen in Warschau</a> (“Niepokoje w Warszawie”), który ukazał się w tej gazecie dnia 8 stycznia 1862 roku. Artykuł ten, oparty w całości na źródłach niemieckich, opisuje wydarzenia w polskiej stolicy na krótko przed wybuchem Powstania Styczniowego. Przytaczamy jego pełny tekst w następnej części p.t. <em>„Niepokoje w Warszawie – 1861”.</em></p>
<p><strong>Epilog</strong></p>
<p><strong><img class="alignright size-full wp-image-415" title="getfile" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/getfile.jpg" alt="getfile" width="189" height="188" />Kościół Luterański w Australii</strong> – Za początek kościoła luterańskiego w Australii uważa się przybycie pierwszych staroluteranów w roku 1838 z pastorem Kavelem do Południowej Australii. W roku 1846 doszło do pierwszego rozłamu w jego strukturach podczas synodu w <em>Bethanien.</em> Przywódcą jednej grupy był pastor A.Ch. Kavel, drugiej pastor G.D. Fritzsche, których dzieje śledziliśmy powyżej. Jedna z przyczyn rozłamu brała się z faktu, że o ile w Prusach kościół luterański był kontrolowany przez państwo, o tyle w Australii taka kontrola nie była sprawowana. W związku z tym Kavel opracował konstytucję kościoła twierdząc, że ma ona apostolski charakter. Fritzsche oponował, argumentując, że nie należy jej wprowadzać, gdyż nie ma o czymś takim mowy w Biblii. Innym punktem spornym była interpretacja rozdziału 20 Księgi Objawienia: czy Chrystus powróci, by przez 1000 lat rządzić na ziemi. Ci, którzy wierzyli w ten 1000 letni powrót (włączając Kavela) znani tu byli jako <em>„Chilliasts”</em>. Oponenci (z pastorem Fritzsche) znani byli jako <em>„Anti-Chilliasts”. </em>Stąd też Lobethal (siedziba Fritzschego) stał się „twierdzą” <em>anti-chillianizmu</em>. Termin jest pochodzenia greckiego (“chilia” = „tysiąc”, jak w Apo. 20;2). Używano go także w języku niemieckim jako „Chiliasmus”. Po tym podziale, gdy nowi imigranci niemieccy przybywali do Południowej Australii, już w porcie podbiegali do nich tutejsi luteranie, głośno pytając: <em>„jesteście chilliastami czy anty-chilliastami?”. </em>Nowo przybyli nie mieli oczywiście żadnego pojęcia o co chodziło.</p>
<p>Później następowały jeszcze dalsze podziały. Bywało, że w jednej miejscowości były dwie konkurencyjne parafie luterańskie lub nawet więcej. Na przykład w Lobethal w pewnym okresie były nawet <em>cztery</em> rozmaite parafie luterańskie. W okresie jeszcze późniejszym kościoły tej jednak zaczęły się ponownie łączyć ze sobą. Ostatecznie w roku 1966 długotrwały rozłam zakończony został, gdy <em>Evangelical Lutheran Church in Australia</em> połączył się z <em>United Evangelical Lutheran Church of Australia.</em> Do zjednoczenia doszło w roku 1966 w <em>Tanunda</em>, czyli wyjątkowo blisko miejsca, w którym nastąpił pierwszy rozłam 120 lat wcześniej. Okres owych 167 lat istnienia kościoła luterańskiego w Australii obfitował w wiele wydarzeń, włączając w to trudny okres podczas I Wojny Światowej, gdy społeczność luterańska, będąca w dużej części niemiecka, poddana była prześladowaniom. Dochodziło wówczas niejednokrotnie do napadów na parafie luterańskie, niszczenia ich dobytku, palenia niemieckich tłumaczen Biblii, a czasem nawet do palenia całych kościołów. W dużej mierze ów niemiecki charakter luteranizmu australijskiego widoczny jest jeszcze dzisiaj. Widać to po nazwiskach parafian oraz pastorow i to nie tylko w Południowej Australii. I tak na przykład w Lobethal (Tanunda) duszpasterzami luterańskimi są pastorzy <em>Preuss, Schmidt</em> i<em> Proeve</em>, w Hahndorf pastor <em>Schultz</em>, w Lobethal pastorzy <em>Welke</em> i <em>Wundersitz</em>, a w Northbridge (Perth, Zachodnia Australia) pastor <em>Burger</em>. Prezydentem <em>Lutheran Church of Australia</em> (LCA) jest Rev. <em>Mike Semmler</em>, a rektorem (<em>Principal</em>) jedynego luterańskiego seminarium duchownego (w North Adelaide, Południowa Australia) jest Rev. <em>Michael J. Hassold.</em> <a href="http://www.ilc-online.org/members/australia.html">http://www.ilc-online.org/members/australia.html</a></p>
<p><strong><img class="alignright size-full wp-image-416" title="052728k6-DeutscherReichsadler" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/052728k6-deutscherreichsadler.jpg" alt="052728k6-DeutscherReichsadler" width="232" height="270" />Grupa niemiecka w Australii</strong> &#8211; Tak jak przybycie pierwszych Prusaków brandenburskich, wielkopolskich i dolnośląskich zaznaczyło początek australijskiego kościoła luterańskiego, tak też stało się ono początkiem imigracji niemieckiej na szerszą skalę. Praktycznie bowiem od czasu ich dotarcia do Port Adelaide na przełomie lat 1838-1839 Niemcy emigrowali tam bez przerwy. Do roku 1900 około <em>18 tysięcy</em> Niemców wyemigrowało do samego tylko stanu Południowa Australia. Z tych 18 000 jedynie ok. tysiąca motywowanych było religijnie (ok. 5%) i to na tej małej grupie skoncentrowaliśmy się w powyższych tekstach. Do wybuchu I Wojny Światowej Niemcy stanowili do ok. 10% wszystkich mieszkańców w tym stanie. W stanie Queensland procent ten był nawet jeszcze wyższy, bo sięgał 15%. W obu zaś stanach grupa niemiecka stanowiła największą grupę po Brytyjczykach i Irlandczykach. Nie ma dziś praktycznie żadnej pracy poświęconej historii Niemców australijskich, która nie podkreślałaby znaczenia staroluteranów pruskich i ich kościoła dla emigracji niemieckiej do Australii. Pod tym względem motywowani religijnie <em>“ludzie Kavela”</em> stali się istotnie pionierami nie tylko w sensie zapoczątkowania emigracji, lecz także w sensie “przecierania szlaku” dla późniejszych kolonistów niemieckich. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka, najważniejsze jednak okazało się to, że ludzie ci starli się z władzą państwową, całkowicie zaskoczoną ich uporem; spowodowali szereg oficjalnych reakcji tejże władzy; udawali się za granicę przez ówczesne Wschodnie oraz Środkowe Niemcy, wzbudzając tam zainteresowanie swym pojawieniem się; w miejscach, w których się zatrzymywali, odwiedzani byli przez dziennikarzy (jak w Hamburgu) piszących potem artykuły o nich. Wieść o nich rozniosła się więc szybko, tak jak później rozniosła się też wieść o ich powodzeniu w nowym kraju. <a href="http://www.sagermanassociation.asn.au/">http://www.sagermanassociation.asn.au/</a></p>
<p><strong><img class="alignright size-full wp-image-418" title="ShrineEagle" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/shrineeagle.jpg" alt="ShrineEagle" width="245" height="242" />Grupa polska w Australii</strong> &#8211; W odróżnieniu od emigracji niemieckiej, emigracja polska z południowej części Wielkiego Księstwa Poznańskiego nie miała większego wpływu na emigrację polską w ogóle. O ile bowiem Niemcy emigrowali przez Hamburg lub Bremę, do których udawali sie przez <em>swój</em> kraj, Polacy nie udawali się do żadnego portu przez np. Kongresówkę lub jakiekolwiek inne części Polski, od których oddzieleni byli zaborem rosyjskim. Dlatego też fenomen tej lokalnej emigracji pozostał oderwany od innych nurtów emigracji polskiej i więcej miał wspólnego z emigracją niemiecką, która go wręcz zapoczątkowała. By użyć plastycznego określenia, gdy pastor Kavel “tupnął nogą w Klemzig” i zdecydował się wyemigrować do Australii, to wkrótce wiedziały o tym całe Niemcy; gdy zaś emigrowali tam Polacy z tego samego regionu, Polska nie wiedziała o tym nic. Ten fakt stał się również powodem, dla którego Polacy z Hill River, czyli już w Australii, pozostali tam osamotnieni przez cały praktycznie czas aż do śmierci <em>“ostatniego z Polaków”.</em> Jest to także przyczyną, dla której ten epizod pozostaje w dużej mierze nieznany w samej Polsce nawet dzisiaj. Istniała co prawda emigracja Polaków do Australii już w XIX wieku, na przykład do stanu Wiktoria pojedynczy emigranci przybywali już w latach 1830-tych oraz potem, po upadku Powstania Styczniowego, przybyło tam ich nieco więcej. Jednak największy nurt emigracji polskiej przypadł na okres po II Wojnie Światowej i nie objął rejonu Sevenhill. Dopiero w II połowie XX wieku południowoaustralijska Polonia &#8211; ta powojenna – zainteresowała się bliżej miejscem znanym jako <em>Polish Hill River</em>, odrestaurowała kościół św. Stanisława i przynajmniej częściowo <em>“przywróciła Polsce”</em> pamięć o tym miejscu.</p>
<p><em> </em><strong>Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami <a href="http://monio.info/2009/07/20/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-5-nowy-slask/">część5</a></strong></p>
<p><strong>Przypisy:</strong></p>
<p><a name="pier1" href="#retpier1"><strong>1.</strong></a> W angielskiej wersji listy pasażerów „George Washington” opracowanej przez           pastora A.E. Brauera czytamy:</p>
<p><em> </em><em>„MODISTACH, Simon (28) and wife, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”</em></p>
<p>Innymi pasażerami o polskobrzmiących nazwiskach byli, według tejże listy:</p>
<p><em>„SPORN, Johann Friedrich, coachman, and wife Marie Elisabeth, nee Jentsch, and two children Johanna Helena and Johann Friedrich, from Seiffersdorf </em>(Radwanów)<em>, Freistadt </em>(Kożuchów)<em>, Silesia”</em></p>
<p><em>„STANETZKI, Nikolaus (38), wife, one son, six months, and two daughters, aged 6 and 3 respectively, from Gross-Dammer near Bentschen, Bomst, Posen”</em></p>
<p><em>“WALLENT, Lorenz (46), wife, two sons: Karl (6) and Simeon (3), and three daughters, aged 18, 16 and 10 respectively, from Gross-Dammer, near Bentschen, Bomst, Posen”</em></p>
<p><a name="pier2" href="#retpier2"><strong>2.</strong></a>  Geoffrey Chaucer (ok.1340–1400) , poeta angielski, jedna z najważniejszych postaci w historii literatury angielskiej. Autor m.in. <em>“Opowieści Canterbury”</em> („The Canterbury Tales”) . Pochowany w Opactwie Westminsterskim.</p>
<p><em><strong>Niektóre pozycje bibliograficzne</strong></em></p>
<p><em>Eleonora’s Decision </em>- <em>Our Heritage. The History and Family Tree of Johann </em><em>Friedrich Munchenberg and Johanne Eleonora Munchenberg and their Descendants </em><em>1839-1989. By Reginald Schilling Munchenberg. </em>Adelaide 1989 (rodzina pochodzi z Miedzyrzecza w Wielkopolsce)</p>
<p>David Schubert. <em>Kavel’s People.</em> Lutheran Publishing House, Adelaide 1985</p>
<p><em>The History And Family Tree of Johann George Hohnberg 1788-1856 and His Wife </em><em>Maria (nee) Irmler 1791-1875 and Their Known Descendants 1788-1971. By </em><em>D.P. Hohnberg, P.S. Munchenberg and D.A. Ross. </em>Lutheran Press (rodzina o korzeniach we wsi Jany k. Zielonej Gory oraz Zawady miedzy Zielona Gora a Sulechowem)</p>
<p><em>The Nitschke &#8211; Hentschke Family in Australia and New Zealand. The Story of Gottfried and Eva Elisabeth and Their Descendants. </em>Adelaide 1990 (rodzina pochodzi z Przytoku k. Zielonej Góry na Dolnym Sląsku)<em></em></p>
<p><em>The History and Family Tree of Johann Wilhelm Rohrlach and his wife Anna Dorothea nee Galpach and their Descendants 1792-1980. </em>Adelaide 1980 (rodzina z Babimostu w Wielkopolsce)</p>
<p><em>The Pfitzner Story 1802-1975. The Record and Family Tree of Three Brothers: Johann Christian Pfitzner (1802 &#8211; ?), Friedrich Wilhelm Pfitzner (1814 – 1892), Johann Carl Pfitzner (1819 – 1891), Their Wives and Children, who migrated from Lower Silesia in the east of Central Europe in the years 1854 – 1867.</em> Adelaide 1975 (rodzina pochodzi ze wsi Lisowice (Leschwitz), Kwiatkowice (Altlaest) oraz innych miejscowosci kolo Lubina i Legnicy. 24 osoby tej rodziny daly poczatek znacznemu drzewu genealogicznemu – gdy spisywano historie tej rodziny, wszystkich żyjących potomków, wraz z ich małżonkami i dziećmi – było 2937)</p>
<p><em>Wilhelm &amp; Elisabeth Milde and Descendants 1837-1984. A History and Family Tree. </em>Copyright Judy &amp; Ron Milde, Adelaide 1984 (ta rodzina przybyla nawet przed grupa pastora Kavela na pokladzie zaglowca “Solway” 16 pazdziernika 1837 o 5:00 po poludniu do Kangaroo Island niedaleko Adelaide)</p>
<p><em>Three Brothers from Birnbaum.The Muller Family History. Family History of Johann Ferdinand Muller (1813 – 1891) and his wife Auguste Wilhelmine nee Kleinitz (1828 – 1900); Johann Friedrich Muller (1819 – 1879) and his wives Beate Auguste Emilie nee Behrend (1827 – 1857) and Johanne Friedericke Wilhelmine nee Semlin (1826 – 1895); Johann August Muller (1822 – 1902) and his wife Charlotte Wilhelmine nee Patzold (1825 – 1910). </em>Lutheran Publishing House, Adelaide 1983 (i pozniejsze wydania bez daty) (rodzina pochodzi z Miedzychodu w Wielkopolsce)</p>
<p><em>Mlodystach: a family history of Polish pioneers; Simon Modistach, Stanislaus Modistach, Caspar Modystack and their known descendants.</em> Adelaide 1985 (rodzina pochodzi ze wsi Dąbrówka w Wielkopolsce)</p>
<p><strong><span style="text-decoration: underline;">Podziekowania / Acknowledgements</span></strong></p>
<p><strong>Autor powyższych tekstów pragnie złożyć podziękowania:<br />
</strong><strong>Pani Sue Miller, sekretarzowi parafii luterańskiej w Lobethal (Południowa Australia) za uzyskane od niej informacje oraz za egzemplarz historii jej Rodziny w Australii <em>„Trzej Bracia z Międzychodu” </em>(Three Brothers from Birnbaum)<em></em></strong></p>
<p><strong>Państwu Davidowi i Helen Schubertom z Adelaide (SA) za udzielenie zgody na opublikowanie tekstów dokumentów cytowanych w ich książce </strong><em>”Kavel&#8217;s People. From Prussia to South Australia”</em></p>
<p><strong>oraz pani Lornie Webb z parafii luterańskiej w Langmeil (Tanunda) za uzyskane od niej informacje.</strong></p>
<p> </p>
<p><strong><span style="text-decoration: underline;">The author would like to express his thanks to:</span></strong></p>
<p><strong>Mrs Sue Miller, the secretary of the Lobethal Lutheran Church, for all the information provided as well as for a copy of the printed history of her Family: <em>“Three Brothers from Birnbaum. The Müller Family History”</em></strong></p>
<p><strong>Mr David and Mrs Helen Schubert from Adelaide (SA) for their kind permission to publish documents contained in their book </strong><em>”Kavel&#8217;s People. From Prussia to South Australia”</em></p>
<p><strong>and to Mrs Lorna Webb from <em>Tabor</em><em> Lutheran Church</em> in Langmeil (Tanunda), SA, for information provided.</strong></p>
<p> </p>
<p><strong> </strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/07/21/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-6-watki-polskie-i-epilog/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami &#8211; część 5: Nowy Śląsk</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/07/20/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-5-nowy-slask/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/07/20/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-5-nowy-slask/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 20 Jul 2009 19:14:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>
		<category><![CDATA[Australia]]></category>
		<category><![CDATA[luterańska emigracja z Polski i Niemiec]]></category>
		<category><![CDATA[Neuschlesien]]></category>
		<category><![CDATA[Nowy Sląsk]]></category>
		<category><![CDATA[staroluteranie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://monio.info/?p=348</guid>
		<description><![CDATA[O ile pierwszym miejscem osiedlenia luterańskich kolonistów z Prus był Klemzig, a najbardziej znaną ich miejscowością jest Hahndorf, to z kolei najbardziej „niemieckim” rejonem w Australii jest Dolina Barossy (Barossa Valley) w Południowej Australii na północny wschód od Adelaide. Nazwę swoją (pochodzącą z Hiszpanii) dolina ta otrzymała od założyciela Adelaide, pułkownika Williama Light. Osiadający tam [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/krondorf-road-14-12-2004_edited.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-350" title="Krondorf Road 14 12 2004_edited" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/krondorf-road-14-12-2004_edited.jpg?w=130" alt="Krondorf Road 14 12 2004_edited" width="130" height="150" /></a>O ile pierwszym miejscem osiedlenia luterańskich kolonistów z Prus był Klemzig, a najbardziej znaną ich miejscowością jest Hahndorf, to z kolei najbardziej „niemieckim” rejonem w Australii jest Dolina Barossy (Barossa Valley) w Południowej Australii na północny wschód od Adelaide. Nazwę swoją (pochodzącą z Hiszpanii) dolina ta otrzymała od założyciela Adelaide, pułkownika Williama Light. Osiadający tam staroluteranie nazywali ją jednak często <em>„Neuschlesien”</em>, czyli <em>„Nowy Śląsk”.</em> </strong> <strong></strong></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/drzewoherbigow.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-356" title="DrzewoHerbigów" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/drzewoherbigow.jpg?w=150" alt="DrzewoHerbigów" width="150" height="108" /></a>Pułkownik Light nazwał ją <em>„Barossa Valley”</em> w roku 1837 od Barossy (obecnie „Barrosa”) w Hiszpanii, gdzie wziął udział w zwycięskiej bitwie przeciw Francuzom 5 marca 1811 roku. Południowoaustralijska Dolina Barossy ma mniej więcej 8 km szerokości i około 40 km długości. W 1842 roku zaczęli się tam pojawiać pierwsi osadnicy angielscy i niemieccy. Mniej więcej w tym samym czasie więc, gdy powstawał Lobethal na wschód od Adelaide, około  60 km na północ  od niej pojawiać się zaczęły nowe osady niemieckich luteranów. Niektórzy osadnicy mieszkali na początku dosłownie gdzie się dało. Na przykład  Friedrich Herbig z Zielonej Góry wraz z żoną Caroline (ur. w Nekli) mieszkał w&#8230; dużym, rozłożystym i pustym w środku 300-500 letnim drzewie eukaliptusowym w okolicach Springton. W tym drzewie urodziło się ich pierwsze dziecko. Drzewo to wciąż znane tam jest jako <em>“The Herbig Family Tree”</em>.</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/bethanien-by-angas.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-353" title="Bethanien by Angas" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/bethanien-by-angas.jpg?w=300" alt="Bethanien by Angas" width="300" height="206" /></a>Spośród wsi w Neuschlesien najwcześniej powstała <strong><em>Bethanien</em></strong> (obecnie <em>Bethany</em>) w początkach roku 1842. Nazwa osady przejęta została z Nowego Testamentu (p. Mt 21:17; Mk 11:11 i 14:3; Jn 11:1-18; i 12:1). Jej założycielami byli luteranie z Dolnego Śląska i Wielkopolski, którzy przybyli wraz z pastorem Fritzsche na <em>&#8220;Skjoldzie&#8221;</em> w poprzednim roku i którzy tymczasowo zamieszkali w Klemzig i Hahndorf. Napisy na zachowanych nagrobkach w Bethany mówią niejednokrotnie o miejscowościach, z których ludzie ci pochodzili: Prittag   (Przytok), Wolstein (Wolsztyn), Tirschtiegel (Trzciel), Sawade (Zawada), Grünberg (Zielona Góra), Freistadt (Kożuchów), Jauer (Jawor). Jeden tutejszy pastor pochodził z Berlina. Był to Heinrich August Eduard Meyer. <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hueppauff-aus-grunberg.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-359" title="Hueppauff aus Grunberg" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hueppauff-aus-grunberg.jpg?w=150" alt="Hueppauff aus Grunberg" width="150" height="105" /></a>Urodzony w 1813 roku, wyjechał do Australii w roku 1840 wysłany tam przez Drezdeńskie Towarzystwo Misyjne i prowadził działalność misyjną wśród Aborygenów. Gdy skonczyła się finansowa pomoc z Drezna dla misji, został zaproszony jako pastor do Bethanien w 1848 roku. Wcześniej wieś ta otrzymywała posługę duszpasterską od pastora Fritzschego z Lobethal. Pastor Meyer zmarł 17 grudnia 1863 roku,  jego czarny żelazny nagrobek wciąż znajduje się na <em>„cmentarzu pionierów” </em>w Bethany (Bethany ma trzy małe cmentarze). Jak wyglądała <em>Bethanien</em> krótko po założeniu, przekonujemy się patrząc na zachowana z tamtych lat akwarelę George&#8217;a Frencha Angasa (powyżej).</p>
<p> Charles Otto z Bethany napisał, prawdopodobnie w latach 60-tych XIX wieku, żartobliwy wierszyk o wsi swego dzieciństwa. Wierszyk ten prezentujemy w oryginale oraz w tłumaczeniu:</p>
<p><em>Nach Bethanien, nach Bethanien                      Do Betanii, do Betanii</em></p>
<p><em>will ich meinen Weg hinbahnien,                       szedłbym teraz w tęsknej manii,  </em></p>
<p><em>wo gefall’ne Hütten stehn,                              gdzie się  chaty rozpadają,</em></p>
<p><em>alle Kinder barfuss gehn,                                 dzieciaki boso biegają, </em></p>
<p><em>Kuh- und Schweinstall schrecklich stinken,         gdzie chlewiki strasznie smrodzą</em></p>
<p><em>Leute in den Mud versinken:                            ludzie w błocie stale brodzą:</em></p>
<p><em>wo es dűster rings umher,                              gdzie posępnie dookoła,  </em></p>
<p><em>dahin sehnt mein Herz nach sich sehr.              </em><em>tam mnie serce tęsknie woła.</em></p>
<p><em> </em></p>
<p><em>In Bethanien, in Bethanien,                              W tej Betanii, w tej Betanii,</em></p>
<p><em>wo die Kinder, die rotwangigen,                       gdzie dzieci z krasnymi licami </em></p>
<p><em>eilends hin zur Schule laufen,                           do szkoły spiesznie biegają</em></p>
<p><em>unterwegs sich tűchtig raufen,                        i żywo się przy tym szturchają,</em></p>
<p><em>wo Herr Topp den Prűgel schwingt,                   gdzie pan Topp*swym batem wali</em></p>
<p><em>  dass es durch die Hose dringt:                        aż przez portki tylek pali:</em></p>
<p><em>  Klagetöne werden laut,                                  głośny lament niesie w górę,</em></p>
<p><em>  wenn er gerbt die blöße Haut.                         gdy garbuje gołą skórę.</em></p>
<p>Wymieniony tu <em>&#8220;pan Topp” </em>to nauczyciel w miejscowej szkole luterańskiej, Friedrich Topp (1809 &#8211; 1892). Uczył tam 45 lat, nawet gdy osiagnał już 80 rok życia. Przybył do wsi kilka miesięcy po jej założeniu w 1842 roku. Pełnił też funkcję kościelnego i organisty. Podczas zebrań rady parafialnej to on spisywał (podobno bardzo ładnym, ‘kaligraficznym’ pismem) wszystkie protokoły. Musiał zostać naprawdę dobrze zapamiętany przez swych uczniów, skoro potem o nim pisali, jak Charles Otto. To oni też ufundowali później jego nagrobek, wciąż istniejący na cmentarzu w Bethany.</p>
<p><strong><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/kavels-grabstein.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-364" title="Kavels Grabstein" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/kavels-grabstein.jpg?w=82" alt="Kavels Grabstein" width="82" height="150" /></a><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/kavels-grabmal-zu-langmeil.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-362" title="Kavels Grabmal zu Langmeil" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/kavels-grabmal-zu-langmeil.jpg?w=112" alt="Kavels Grabmal zu Langmeil" width="112" height="150" /></a>Langmeil </strong>(obecnie zwany Tanunda) to druga w kolejności miejscowość założona przez luteranów w Neuschlesien. Powstał w tym samym roku co Bethanien, założony przez przybyszów z Klemzig i Hahndorf, do których dołączali później kolejni imigranci udający się tu wprost ze statków. Langmeil położony jest bardzo blisko Bethanien (na północny zachód od niej) i zawdzięcza swą nazwę wsi Langmeil (Okunin) k. Sulechowa. W Langmeil zamieszkał pastor August Kavel i tam też został pochowany w 1860 roku (powiększ zdjęcia obok). Jego brat, Ferdinand, był natomiast pierwszym nauczycielem w miejscowej szkole od jej otwarcia w 1845 roku. Szkoła ta istnieje w dalszym ciągu.</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/schlinke-aus-cichogora_edited.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-367" title="Schlinke aus Cichogora_edited" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/schlinke-aus-cichogora_edited.jpg?w=150" alt="Schlinke aus Cichogora_edited" width="150" height="128" /></a>Najstarszy z tutejszych kościołów zbudowano w 1849 roku. Został on przebudowany w roku 1871. Znany jest jako <em>„Tabor Lutheran Church”</em> (<a href="http://users.chariot.net.au/~falland/Tabor/">http://users.chariot.net.au/~falland/Tabor/</a> ). Istniejący wokół niego cmentarz jest jednym z najbardziej znanych pionierskich cmentarzy luterańskich w Australii. I znów, tak jak w Bethany, nagrobki mówią o miejscach, z których przybywali tu osadnicy: Cichogora (Cichagóra), Chlastawe k. Zbaszynia (bei Bentschen), Bobersberg (Bobrowice k. Krosna Odrzańskiego), Crossen (Krosno Odrzańskie) itd. <strong></strong>Przez dłuższy czas osady i wsie zakładane przez kolonistów zachowywały swój narodwy charakter. W 1851 Tanundę odwiedził niemiecki podróżnik Friedrich Gerstäcker. Został uderzony wówczas niemieckim charakterem tego miejsca do tego stopnia, że jego zdaniem <em>„Podróżnik sądziłby, że znajduje się w jakiejś małej wsi ze starego kraju między Renem i Odrą”.</em> A oto jego opis wnętrza domu w Tanundzie:</p>
<p> </p>
<p><em>„Przy piecu siedziała stara babka z białowłosym dzieckiem na kolanach. Ta starsza kobieta stanowiła wierny, znakomity przykład starszej niemieckiej wiesniaczki, jaki znaleźc można jedynie w centrum Niemiec. Jestem przekonany, że wszystko w niej było prawdziwe, aż do spinek i sznurówek. I nie tylko to, lecz wszystko w pokoju było niemieckie: piec, krzesła, stoły, kredensy, zydel, spluwaczka, ceramiczne garnki, talerze udekorowane tekstami, wersety z hymnału; krotko mówiąc wszystko było niemieckie. Weź jakąkolwiek realną saksońską lub pruską wiejską izbę dzienną, zapakuj ją starannie w bawełnę i przetransportuj do Doliny Barossy, a nie będzie wyglądala bardziej autentycznie niż ta, w której stałem.”</em></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/copy-of-hoffnungsthal-15-12-2004.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-370" title="Copy of Hoffnungsthal 15 12 2004" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/copy-of-hoffnungsthal-15-12-2004.jpg?w=150" alt="Copy of Hoffnungsthal 15 12 2004" width="150" height="112" /></a>Nie wszystkie osady przetrwały po dziś dzień. Przykładem może służyć <strong><em>Hoffnungsthal</em></strong> założony w roku 1847 przez osadników pochodzących głównie z Wielkopolski (w sumie ok. 20 rodzin). Wieś ta reprezentowała (tak jak w większości innych przypadków) typ <em>ulicówki</em> (<em>Starassendorf</em>). Na widocznym obok zdjęciu możemy odtworzyć jej wygląd. Na pierwszym planie widzimy  kamienny postumencik w miejscu, w którym stał mały kościółek luterański. Był on zbudowany z drewna i obłożony z zewnątrz gliną, był on kryty strzechą. Miał też organy, których tworcą był Carl Krueger. Z tyłu, poniżej kościoła biegła mała ulica, która prowadziła mniej więcej obok miejsca, gdzie widać jeszcze martwe drzewo. Kończyła się ona po prawej stronie u podnóża zbocza, na którym mieścił się cmentarz. Wzdłuż uliczki stały domostwa, po lewej zaś stronie rozciągaly się poletka uprawne i ogródki.  Założenie wsi jednak w tym miejscu okazalo się fatalne. Niemcy byli ostrzegani przez okolicznych Aborygenów przed powtarzającymi się tam co jakiś czas powodziami po cięłkich opadach. Zlekceważyli jednak te ostrzeżenia. W październiku 1853 roku miały miejsce takie właśnie ulewy i to przez cały tydzien. Jak wspominał później jeden z mieszkanców, G. Juers:</p>
<p><em><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/familie-krieg-gedenktafel_edited.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-379" title="Familie Krieg Gedenktafel_edited" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/familie-krieg-gedenktafel_edited.jpg?w=150" alt="Familie Krieg Gedenktafel_edited" width="150" height="98" /></a>&#8220;W dzień i w nocy deszcze zalewały niczym powódź… Wszystkie farmy i ogrodki zostały zatopione. Woda dostawała się już do domów i jej poziom szybko się podnosił. W wielkim pośpiechu otworzyli zagrody, by trzoda i bydło mogły uciec. Zanim strumienie i potoki opróżnily się z wód z opadów, Stary Hoffnungsthal znalazł się pod wodą na osiem stóp.&#8221; </em>(ok. 2 m 44 cm &#8211; przyp MM).</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hoffnungsthal-congregation-members.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-378" title="Hoffnungsthal Congregation Members" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hoffnungsthal-congregation-members.jpg?w=98" alt="Hoffnungsthal Congregation Members" width="98" height="150" /></a><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0920.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-372" title="PICT0920" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0920.jpg?w=150" alt="PICT0920" width="150" height="112" /></a>Mieszkańcy przenieśli się do Doliny Lyndoch czy New Mecklemburg. Np rodzina Heinricha Goile z Wolsztyna w Wielkopolsce przeniosła się do wsi <em>Schönborn</em> (również w Barossie) tak nazwanej po innej wsi wielkopolskiej (obecnie znanej jako <em>Kępsko</em>). Niektórzy jednak przenieśli się aż do USA. Jedynie kościółek służył jeszcze przez kilka następnych lat. Później został rozebrany. Na zdjęciu z lewej strony: miejsce, w którym ów kościół się znajdował. Po prawej tablice pamiątkowe stojące na owym cokole (powiększ).</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/droga-do-krondorf.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-375" title="Droga do Krondorf.jpg" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/droga-do-krondorf.jpg?w=300" alt="Droga do Krondorf.jpg" width="300" height="225" /></a>W sumie na Nowym Śląsku powstało wiele wsi i osad założonych przez luteranów z terenów dzisiejszej Polski. Na przykład w roku 1855,  a więc już po podziale w kościele luterańskim, dwadzieścia trzy rodziny z Hahndorf popierające pastora Kavela i pragnące mieszkać bliżej niego założyły w Barossie wieś <strong><em>Grünberg</em></strong> czyli <em>Zielona Góra</em> (obecnie <em>Karalta</em>). Wśród innych osad w Barossie znajduja się <strong><em>Gnadenfrei</em></strong> (istnieje taka miejscowość na Dolnym Śląsku: obecnie nazywa się <em>Piława Górna</em>, k. Dzierżoniowa ), <strong><em>Gnadenberg</em></strong>, <strong><em>Krondorf  </em></strong>(na zdjęciu: droga do Krondorf)<strong><em>, Kaiserstuhl</em></strong>, <strong><em>Rosenthal</em></strong>, <strong><em>Buchsfeld </em></strong>i szereg innych. <a href="http://www.teachers.ash.org.au/dnutting/germanaustralia/e/ortsnamensa.htm">http://www.teachers.ash.org.au/dnutting/germanaustralia/e/ortsnamensa.htm</a></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/winnice-w-barossie1.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-383" title="Winnice w Barossie" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/winnice-w-barossie1.jpg?w=150" alt="Winnice w Barossie" width="150" height="112" /></a>Na Nowym Śląsku uprawiano glównie zboże, choć rejon ten słynie przede wszystkim z winnic i to do tego stopnia, że gdy wspominana jest Barossa Valley, kojarzona jest ona natychmiast z winem. Pierwsze winnice założyli tu zarówno Anglicy jak i Niemcy. Z tych niemieckich najbardziej dziś znanymi są „Lehmann”, “Seppelt”, “Kaiserstuhl” i “Krondorf”.</p>
<p><strong>Wpływ kościoła na życie i zwyczaje wiernych</strong></p>
<p>Bez wątpienia wpływ ten był ogromny i regulował on całkowicie życie codzienne członków kościoła, włączając w to nawet wybór małżonków. Konwencja w Hahndorf w roku 1840 postanowiła na przykład że:</p>
<p><em>„Kongregacja uznaje zasadę, że członkowie kościoła powinni zawierać związki małżenskie jedynie z członkami kościoła oraz że każdy, kto lekceważy zbawienie własnej duszy oraz radę kościoła, musi spodziewać się ekskomuniki z kongregacji”.<br />
</em>(cytowane za: „Three Brothers from Birnbaum”, s. 26)</p>
<p>Z początku próbowano zapobiegać nie tylko małżeństwom z osobami spoza kościoła luterańskiego, ale i spoza niemieckiej grupy etnicznej. Jednak ten drugi „zwyczaj” złamany został bardzo wcześnie, bo już w 1840 roku przez&#8230; samego pastora Kavela, który po śmierci swej pierwszej żony poślubił Angielkę, Anne Catherine Pennyfeather.</p>
<p>Wszelkie “wykroczenia” i przewinienia, jak pijaństwo, cudzołóstwo, udział w grach hazardowych, zaniedbanie uczestnictwa w nabozeństwach, a nawet… tańce, były karane przez kosciół i wymagano za nie pokuty, nieraz przed całą zgromadzoną kongregacją. Takie „wymierzanie sprawiedliwości” przez kościół było też niewątpliwie jedną z przyczyn wspomnianego tu braku, w pewnym okresie, posterunku policji w Hahndorf. Cytowaliśmy również opinię Johna Bulla dotyczącą dyscypliny prawnej kolonistów niemieckich. Jeszcze przed Bullem, w roku 1846, niemal identycznie wyraził się Francis Dutton w swej książce <em>„South Australia and its Mines”</em>:</p>
<p><em>„Nie narzucający się w swych manierach, wysoce przedsiębiorczy i oszczędni, ci emigranci niemieccy tworzą dziś bardzo niezależną i pomyślnie rozwijającą się część wspólnoty południowoaustralijskiej; annały Sądu Najwyższego stanowią świadectwo ich generalnie zdyscyplinowanego zachowania, nie było, jak sądzę, ani jednej instancji, w której ktokolwiek spośród tych Niemców zostałby skazany za jakiekolwiek przewinienie.” </em></p>
<p>W Południowej Australii na ponad 15 tysiecy osadników niemal 2000 żyło w ubóstwie lub na jego krawędzi i korzystalo z przyznawanej przez rząd zapomogi. Już w 1841 roku, a zatem zaledwie 3 lata od założenia pierwszej osady (Klemzig) i dwa lata po powstaniu Hahndorf, prasa notowała, że wśród pobierających zapomogi nie było Niemców (<em>„Nie było wśród nich Niemców, gdyż osiedlili się oni i pomyślnie rozwijali w swych małych posiadłościach”</em>). W tym samym roku powstała Komisja mająca za zadanie <em>„badanie przypadków zasługujących na zapomogę oraz generalne zaradzenie nieszczęściu i biedzie. Żadni Niemcy nie zwrócili się po zapomogę”.</em> („Three Brothers from Birnbaum”, s. 26).</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/saz.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-387" title="SAZ" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/saz.jpg?w=121" alt="SAZ" width="121" height="150" /></a>Generalnie rzecz biorąc, luteranie ci nie akceptowali pomocy finansowej państwa nie tylko w powyższych sprawach, ale i w kwestiach edukacji prowadzonej przez kościół. Szkoly fundowane były z zasobów kongregacji. Niektórzy autorzy podkreślają tutaj, że podejście takie podyktowane było nieprzyjemnymi wspomnieniami z Prus, gdzie państwo sprawowało kontrolę nad tymi kwestiami. Sprzeciwiano się dość regularnie inspekcjom szkół przez państwowe władze oświatowe i później było to jedną z przyczyn, dla których szkoły te zostały zamknięte w latach I Wojny Światowej. Podejrzewano bowiem, że dalej nauczano tam w języku niemieckim, a nie w angielskim. Za posługiwanie się językiem niemieckim zamknięto także miejscowe gazety niemieckie jak <em>„Süd-Australische Zeitung” </em>(na zdjęciu: wydrukowany w owej gazecie nakaz jej zamknięcia).  Zwyczaje panujące w kościele luterańskim w Australii miały tendencje do odseparowywania imigrantów od pozostałej części społeczeństwa. Językiem liturgicznym był wyłącznie niemiecki. Posiadane przez imigrantów egzemplarze Biblii też drukowane były po niemiecku. Na każde nabożeństwo przynoszono ze sobą Biblię oraz dość duży hymnał <em>wrocławski</em>.</p>
<p>Dzieci obowiązkowo uczęszczały do szkoły niedzielnej i to aż do osiągnięcia co najmniej 16 roku życia.</p>
<p>Podczas nabożeństwa obowiązkowo mężczyźni siadali  w ławkach po lewej stronie, kobiety zaś po prawej (w Lobethal zwyczaju tego zaniechano dopiero w roku 1964). Po skończonym nabożeństwie kobiety zawsze opuszczały kościół jako pierwsze, dopiero później wychodzili mężczyźni. Same nabożeństwa trwały na ogół dość długo, często aż do trzech godzin, do czego przyczyniała się duża liczba śpiewanych hymnów oraz kazanie, które rzadko bywało krótsze niż godzina.</p>
<p>Nie prowadzono natomiast żadnych zbiórek pieniężnych podczas nabożeństwa. Wpłaty roczne na potrzeby kościoła dokonywane były na podstawie oceny finansowych możliwości poszczególnych rodzin, a ocen tych dokonywała komisja wybierana przez całą kongregację. Można było odwoływać się od decyzji komisji dotyczącej wyznaczonej wysokości opłat, jednakże odmowa dokonywania wpłat pociągała za sobą utratę prawa głosu w kościele.</p>
<p>O wpływie kościoła świadczy zresztą już sam fakt, że kościół był zawsze pierwszym <em>stałym</em> budynkiem w zakładanej miejscowości. Tak było w Lobethal, tak było w Hahndorf, tak też było na Nowym Śląsku w Dolinie Barossy. Z czasów osadnictwa w tym rejonie pozostaje po dziś dzien trzydzieści sześć kościołów, największe w Langmeil (Tanunda) oraz w Light Pass. Gdy budowano ten drugi , drewno transportowane było 48 kilometrów w trudnych warunkach, drogami nieprzejezdnymi w czasie opadów.</p>
<p>Michał Monikowski<br />
Perth, Australia</p>
<p><strong>Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami <a href="http://monio.info/2009/07/19/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-4-clare-valley/">część4</a>,  <a href="http://monio.info/2009/07/21/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-6-watki-polskie-i-epilog/">część6</a></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/07/20/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-5-nowy-slask/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami &#8211; część 4: Clare Valley</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/07/19/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-4-clare-valley/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/07/19/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-4-clare-valley/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 19 Jul 2009 11:46:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>
		<category><![CDATA[Australia]]></category>
		<category><![CDATA[Emigracja do Australii]]></category>
		<category><![CDATA[Emigracja niemiecka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://monio.info/?p=330</guid>
		<description><![CDATA[Gdy powyższa historia Lobethal rozwijała się już od kilku lat, na dalekim Śląsku miało miejsce preludium do następnej. W roku 1848 pewien właściciel ziemski nazwiskiem Franz Weihert (w Australii czasem pisane jest to nazwisko jako &#8220;Weikert&#8221;) zatroskany był sytuacją katolików w Prusach i w końcu podjął on &#8211; tak jak wcześniej niektórzy staroluteranie z tego [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-332" title="Ferd1" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/ferd1.jpg" alt="Ferd1" width="177" height="302" />Gdy powyższa historia Lobethal rozwijała się już od kilku lat, na dalekim Śląsku miało miejsce preludium do następnej. W roku 1848 pewien właściciel ziemski nazwiskiem Franz Weihert (w Australii czasem pisane jest to nazwisko jako &#8220;Weikert&#8221;) zatroskany był sytuacją katolików w Prusach i w końcu podjął on &#8211; tak jak wcześniej niektórzy staroluteranie z tego regionu &#8211; decyzję emigracji do Południowej Australii. W tym samym czasie &#8220;ziemia zaczeła się palić pod nogami&#8221; jezuitów w Austrii, gdyż cesarz Ferdynand I (ilustracja obok) wygnał ich (ogółem 150 księży i braci) ze swego imperium.</strong></p>
<p>Z tej liczby dwóch księży zdecydowało się dołączyć do grupy Weiherta. Byli to OO. Aloysius Kranewitter i Maximilian Klinkowstroem. Weihert namówił jeszcze ponad 140 innych osób do emigracji i 15 sierpnia 1848 roku szwedzki żaglowiec <em>SS &#8220;Alfred&#8221;</em> z całą tą grupą (oraz zbliżoną liczbą innych, niezwiązanych z nią, pasażerów) wypłynął z portu w Hamburgu.</p>
<p>Podróż trwała około czterech miesięcy. Nie zabrakło niecodziennych przygód – np. w pewnym momencie <em>&#8220;Alfred&#8221;</em> był ścigany (i ostrzeliwany) przez duńską jednostkę wojenną <em>&#8220;Meander&#8221;, </em>zdołał się jednak wymknąć. Ostatecznie zawinął do Port Adelaide 8 grudnia 1848 r.</p>
<p>Tutaj okazało się, że jedynie połowa z grupy Weiherta była katolikami. Pozostali okazali się protestantami, którzy jedynie udawali katolików, by “załapać się” na emigrację do Australii. Opuścili zatem Weiherta i towarzyszących mu jezuitów zaraz po przybyciu do Port Adelaide. <a name="retftn1" href="#ftn1"><strong>(1)</strong></a></p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-334" title="PICT0876_edited" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0876_edited1.jpg" alt="PICT0876_edited" width="214" height="310" />W owym czasie było w Południowej Australii ok. 4000 katolików wraz z 8 księżmi. Była to liczba niemała, jeśli zważyć, że cała kolonia Południowej Australii zamieszkiwana była wówczas ogółem przez 15485 osób (w tym 8755 mężczyzn i 6730 kobiet &#8211; wg. danych z grudnia 1841r.). Biskup Murphy z Adelaide zasugerował Kranewitterowi udanie się 130 km na północ od stolicy stanu, gdyż tam nie było dotąd rzymskokatolickich duchownych. 20 grudnia grupa (a raczej to, co zniej zostalo: 10 czlonkow rodziny Weihertow, dwoch jezuitow oraz 14 innych osob) dotarła do miejscowości Clare. Tam osiedliła się rodzina Weihertow (10 osob). Franz Weihert dożył 88 lat i zmarł 8 października 1875 roku w Sevenhill, jest on pochowany na tamtejszym cmentarzu (zdjęcie obok).</p>
<p>Natomiast rozwój ośrodka w Sevenhill stanowił owoc wysiłku jezuitów. O. Kranewitter od razu zabrał się do pracy. Ten młody wówczas 31-letni Tyrolczyk, który swoje święcenia kapłańskie otrzymał zaledwie sześć tygodni przed podróżą do Australii, wkrótce uzyskał cenną pomoc ze strony dwóch innych jezuitów, braci Johannesa Schreinera i George&#8217;a Sadlera (Maximilian Klinkowstroem ze względu na stan zdrowia i niemożność przystosowania do klimatu musiał opuścić Australię).</p>
<p>Duchowni zamieszkali wspólnie w wybudowanej przez siebie chacie w okolicy Neagle&#8217;s Rock k. Clare i uprawiali ziemię oraz zajęli się hodowlą zwierząt. I tak jak kilka lat wcześniej kobiety z Klemzig i Hahndorf szły wiele kilometrów pieszo, by sprzedawać owoce swej pracy w Adelaide, tak teraz jezuici z Neagle&#8217;s Rock musieli maszerować po 30 km do osady Burra, by sprzedawać masło tamtejszym górnikom. Uzyskane w ten sposób oszczędności wraz z nadchodzącymi z Rzeszy pieniędzmi, dopomogły im w zakupie terenu znanego jako <em>Open Ranges</em>, a stanowiacego niegdyś własność aborygeńskiego ludu Nadjuri.</p>
<p>Ojciec Kranewitter pozostał w Sevenhill aż do 1870 roku, kiedy to został przeniesiony do Melbourne, gdzie przejął opiekę duszpasterską nad tamtejszymi katolikami niemieckimi. Mieszkał razem z jezuitami irlandzkimi, którzy od roku 1865 stworzyli szereg misji niezależnych od misji austriackich. Zmarł nagle 25 sierpnia 1880 roku w wieku 63 lat i pochowany jest w jezuickiej części cmentarza w dzielnicy Kew w Melbourne.</p>
<p><strong>Misja i… wino</strong></p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-339" title="PICT0886_edited" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0886_edited.jpg" alt="PICT0886_edited" width="336" height="252" />Tam, gdzie dziś stoi kościół św. Alojzego w Sevenhill wraz z budynkiem małego collegium, stał mały budynek (zburzony w 1869 roku), a stanowiący siedzibę pierwszej misji jezuickiej<a href="http://www.jesuit.org.au/about/numbers.html"> </a>na ziemi australijskiej. W 1852 roku do grupy dołączył kolejny ksiądz, o. Josef  Tappeiner. W tym samym też roku biskup adelajdzki powierzył misji opiekę duszpasterską nad katolikami, nie tylko niemieckimi, ale i pozostałymi, np. irlandzkimi i polskimi, we wszystkich północnych dystryktach południowej Australii. Sami zaś jezuici mieli wręcz ambicję stworzenia centrum katolicyzmu w tych dystryktach, czegoś w rodzaju &#8220;małego Rzymu&#8221;. Stąd też to oni przemianowali <em>&#8220;Open Ranges&#8221;</em> na <em>&#8220;Sevenhill&#8221;,</em> tworząc paralelę z Rzymem &#8211; &#8220;miastem siedmiu wzgórz&#8221;. Mało tego: nawet biegnący w dolinie miedzy tymi wzgórzami strumyk nazwali <em>Tybrem</em> (<em>The Tiber</em>).</p>
<p><img class="alignright size-full wp-image-346" title="PICT0894_edited" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/pict0894_edited.jpg" alt="PICT0894_edited" width="324" height="243" />Trzeba przyznać, że starali się istotnie zasłużyć na miano &#8220;małego Rzymu&#8221;, gdyż w pewnym okresie jezuici z Sevenhill prowadzili misje wśród Aborygenów daleko na północy, niedaleko Darwin!</p>
<p>Historia <a href="http://www.sevenhillcellars.com.au/">Sevenhill </a>kojarzy się w Australii również z nieprzerwana działanością jezuitów jako organizatorów i managerów sporej winnicy. W istocie to oni założyli pierwszą winnicę w Dolinie Clare (Clare Valley). Zaczęli od win mszalnych, ale później rozszerzyli produkcję także na wina innych gatunków. Nawet jednak dzisiaj wina mszalne stanowia okolo 25% produkcji <em>Sevenhill Cellars</em> i są one sprzedawane rozmaitym Kościołom chrześcijańskim. Są one też eksportowane za granicę do Indonezji, Malezji, Indii i Papui Nowej Gwinei. Managerami winnicy byli nieprzerwanie jezuici: br. John Schreiner, br. Franz Lenz, br. Patrick Storey, br. Peter Boehmer, br. George Downey i br. John Hanlon, który sprawował tę funkcję do roku 1972. Obecnym managerem (od 1972 roku) jest br. John May i jego to nazwisko jest drukowane wraz z podpisem na nalepkach butelek: <em>&#8220;Br. John May S.J. Winemaker&#8221;.</em> Jako asystent pracuje z nim inny jezuita, br. Richard Shortall S.J.</p>
<p><strong>Michał Monikowski</strong><br />
<strong>Perth, Australia</strong></p>
<p>Pierwsi, którzy zwali siebie Australijczykami <a href="http://monio.info/2009/07/19/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-3-lobethal/">część3</a>,  <a href="http://monio.info/2009/07/20/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-5-nowy-slask/">część5</a></p>
<p><strong>Przypisy</strong></p>
<p><a name="ftn1" href="#retftn1"><strong>1.</strong></a> W roku 1848 powodem do emigracji mogły być również wydarzenia tzw. „Wiosny Ludow”. Christine Petschel, która byla 8-letnią pasażerką „Alfreda”, pisała pózniej, już jako żona pionierskiego pastora luterańskiego Hillera w Wimmera w stanie Victoria w swoich wspomnieniach:</p>
<p><em>„Gdy miałam osiem lat, ojciec zdecydował wyemigrować do Australii z rodziną i dwoma młodszymi bracmi. Dziadek, bedąc świadom, że ci dwaj mogliby zostać powołani do służby </em>(wojskowej – przyp. MM) <em>namawiał ich, by się do nas przyłączyli. Kilka innych rodzin z naszego dystryktu również wyraziło chęć emigracji z tego samego powodu i po gruntownym przedyskutowaniu całej sytuacji zdecydowały się do nas dołączyć”.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/07/19/pierwsi-ktorzy-zwali-siebie-australijczykami-czesc-4-clare-valley/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
