<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>monio &#187; Polityka</title>
	<atom:link href="http://www.monio.info/category/polityka/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.monio.info</link>
	<description>...komentuję to, co mnie interesuje</description>
	<lastBuildDate>Tue, 07 Sep 2010 05:59:21 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.3</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Hitler: przemówienie z Platterhof 26.05.1944</title>
		<link>http://www.monio.info/2010/02/28/hitler-przemowienie-z-platterhof-26-05-1944/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2010/02/28/hitler-przemowienie-z-platterhof-26-05-1944/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 28 Feb 2010 14:56:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[2 Weltkrieg]]></category>
		<category><![CDATA[Adolf Hitler]]></category>
		<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Hitler]]></category>
		<category><![CDATA[II Wojna Światowa]]></category>
		<category><![CDATA[NSDAP]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[World War 2]]></category>
		<category><![CDATA[hitleryzm]]></category>
		<category><![CDATA[narodowy socjalizm]]></category>
		<category><![CDATA[nazizm]]></category>
		<category><![CDATA[przemowienie Hitlera]]></category>
		<category><![CDATA[Przemowienie z Platterhof]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.monio.info/?p=2160</guid>
		<description><![CDATA[Poniżej zamieszczony jest pełny tekst przemówienia Hitlera do oficerów i generałów, wygłoszonego w Platterhof 26 maja 1944 roku. Jest to najprawdopodobniej pierwsza opublikowana polska pełna wersja tego tekstu.
W roku 1944 koleje II Wojny Światowej były odwrócone: Niemcy znajdowały się w defensywie i Adolf Hitler niewątpliwie uważał za rzecz stosowną udzielenie najwyższym dowódcom wojskowym III Rzeszy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/untitledbmp.jpg?t=1267371461"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/untitledbmp.jpg?t=1267371461" alt="" width="204" height="258" /></a>Poniżej zamieszczony jest pełny tekst przemówienia Hitlera do oficerów i generałów, wygłoszonego w Platterhof 26 maja 1944 roku. Jest to najprawdopodobniej pierwsza opublikowana polska pełna wersja tego tekstu.<br />
W roku 1944 koleje II Wojny Światowej były odwrócone: Niemcy znajdowały się w defensywie i Adolf Hitler niewątpliwie uważał za rzecz stosowną udzielenie najwyższym dowódcom wojskowym III Rzeszy odpowiedzi z uzasadnieniem i obroną swojej dotychczasowej polityki. Przemówienie z 26 maja stanowi zatem rodzaj rekapitulacji całej dotychczasowej drogi życiowej Hitlera oraz głównych wytycznych NSDAP. Stanowi ono skrót najważniejszych elementów oraz celów, jakie postawił przed stworzonym przez siebie ruchem politycznym.<br />
W przemówieniu tym odnajdziemy zatem wizję celów III Rzeszy i NSDAP. To jakby „krótka historia nazizmu” opowiedziana słowami samego Hitlera i z jego własnego punktu widzenia. Jeżeli ktoś jest zainteresowany historią narodowego socjalizmu <em>niemieckiego</em> (bo istniał też narodowy socjalizm czeski i inny – niekoniecznie mający wiele wspólnego z nazizmem niemieckim), to nie musi od razu sięgać po „Mein Kampf” liczącą sobie w oryginale 781 stron tekstu – wystarczy sięgnąć tutaj, do tego przemówienia. Nie stanowi ono, rzecz jasna „historii II Wojny”, zwłaszcza że Hitlerowi nie o to tu chodziło.<br />
Ponieważ tekst przemówienia jest jednak dość długi, został on tutaj podzielony na segmenty ze śródtytułami dodanymi przeze mnie. Lista śródtytułów została umieszczona od razu na początku, by dopomóc Czytelnikowi w posługiwaniu się tekstem. Angielska wersja tekstu przemówienia, w tłumaczeniu Veroniki Clark i Wilfa Heinka, wraz z szeregiem innych dodatkowych dokumentów, jest <a href="http://www.amazon.com/Hitlers-Most-Significant-Speech-Platterhof/dp/1934703990/ref=sr_1_1?ie=UTF8&amp;s=books&amp;qid=1267614309&amp;sr=8-1-spell" target="_blank">osiągalna do nabycia </a>w amazon.com .<br />
W związku z panującym tu i ówdzie przewrażliwieniem, wyjaśniam z góry, że poniższy tekst znajduje się tu jako materiał historyczny dla osób zainteresowanych historią, tak jak ja sam. A oświadczam to dlatego, że ostatnio w Stuttgarcie toczyło się – i to całkiem poważnie – śledztwo w sprawie ulepienia <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/bawanek.jpg?t=1269653026" target="_blank">tego oto bałwanka </a>&#8230;</p>
<p> </p>
<p><a name="retAHwst" href="#AHwst"><strong>Wstęp</strong></a><br />
<a name="retAHkor" href="#AHkor"><strong>Korpus oficerski w czasach chaosu</strong></a><br />
<a name="retAHkorint" href="#AHkorint"><strong>Korpus oficerski państwa zintegrowanego</strong></a><br />
<a name="retAHit" href="#AHit"><strong>Wkroczenie Hitlera na drogę polityczną</strong></a><br />
<a name="retAHpoc" href="#AHpoc"><strong>Początek drogi</strong></a><br />
<a name="retAHnat" href="#AHnat"><strong>Światopogląd a natura</strong></a><br />
<a name="retAHnatży" href="#AHnatży"><strong>Natura niszczy jednostki niezdolne do życia</strong></a><br />
<a name="retAHtwa" href="#AHtwa"><strong>Twarde prawa natury w programie politycznym</strong></a><br />
<a name="retAHnar" href="#AHnar"><strong>Naród i rasa</strong></a><br />
<a name="retAHupo" href="#AHupo"><strong>Upośledzenie talentu politycznego w społeczeństwie kapitalistycznym – selekcja ekonomiczna</strong></a><br />
<a name="retAHdob" href="#AHdob"><strong>Dobór kadry według zdolności &#8211; zapobieganie kontrrewolucji</strong></a><br />
<a name="retAHedu" href="#AHedu"><strong>Edukacja narodowa &#8211; kształtowanie przywództwa</strong></a><br />
<a name="retAHspo" href="#AHspo"><strong>Społeczeństwo bezklasowe</strong></a><br />
<a name="retAHłą" href="#AHłą"><strong>Łączenie dwóch idealizmów</strong></a><br />
<a name="retAHprz" href="#AHprz"><strong>Przezwyciężanie państwa klasowego. Usunięcie Żydów</strong></a><br />
<a name="retAHroz" href="#AHroz"><strong>Rozrachunek z przeszłością – tradycja a współczesność</strong></a><br />
<a name="retAH3r" href="#AH3r"><strong>Cel istnienia Trzeciej Rzeszy</strong></a><br />
<a name="retAHnsdap" href="#AHnsdap"><strong>Cel istnienia NSDAP</strong></a><br />
<a name="retAHrew" href="#AHrew"><strong>Rewolucja nie dobiegła jeszcze końca</strong></a><br />
<a name="retAHtra" href="#AHtra"><strong>Transformacja światopoglądu. Jednolita edukacja polityczna</strong></a></p>
<p><em> </em><strong><span style="text-decoration: underline;">Przemówienie Adolfa Hitlera do oficerów i generałów w Platterhof, 26 maja 1944</span></strong></p>
<p> </p>
<p><a name="AHwst" href="#retAHwst"><strong>Wstęp</strong></a><br />
 </p>
<p> Panowie, nawet jeżeli pewien jestem, że było to dyskutowane już wcześniej, tym niemniej pragnąłbym wskazać na powód drogi, którą obrałem.</p>
<p>   W narodzie niemieckim nastąpił ogromny przełom. Zapewne nie był on zauważalny dla Niemców, gdyż to oni przeszli przez to wewnętrzne doświadczenie; został on jednak zauważony przez cudzoziemców, którzy byli w stanie dostrzec rezultaty tego przełomu.</p>
<p>   Ponieważ przełom ten nie nastąpił z prędkością błysakwicy jak w roku 1918, lecz raczej pojawiał się powoli niczym w ewolucji (tekst nieczytelny), przewrót ten  pozostał w dużym stopniu niedostrzeżony (przez ludzi), którzy, z powodu swego zawodu czy pracy, stawali się go świadomi dopiero stopniowo.</p>
<p><a name="AHkor" href="#retAHkor"><strong>Korpus oficerski w czasach chaosu</strong></a><br />
   Korpus oficerski jest jak najbardziej częścią tej grupy. Ten korpus oficerski, który wyłonił się pomiędzy monarchią a Trzecią Rzeszą, nie był w stanie troszczyć się tym przełomem. Od korpusu oficerskiego wymagano, by pozostał apolityczny. Ten termin „apolityczny” zawiera w sobie atrakcyjną jakość; (to jest) tak długo jak długo kraj w istocie znajdował się w stanie politycznego chaosu. Kiedy 19 partii rywalizuje ze sobą i nie jest jasne która z nich posiada większość w państwie – czyli gdy legislatura rządzi na zasadzie od przypadku do przypadku – to jest zrozumiałe, że takiemu bałaganowi politycznemu nie wolno mieć wpływu na korpus oficerski ani na siły zbrojne. Siły zbrojne nie mogą popierać takiej czy innej partii, gdyż rezultatem byłoby wewnętrzne zamieszanie: jedni faworyzowaliby partię A, inni B, C, D – niekiedy mieliśmy aż do 46 partii.</p>
<p>   Stąd też jest dla mnie jasne, że w owym czasie siły zbrojne nie miały innego wyboru niż pozostawanie politycznie neutralnymi. Tym, co zamierzam powiedzieć, jest, że siły zbrojne były, nawet w owym czasie – gdy przywództwo polityczne było już w stanie zamętu – głęboko monarchistyczne; państwo niemieckie było wciaż monarchią. Byłoby wówczas niemożliwością nawet <em>wyobrazić</em> sobie oficera, który nie byłby monarchistą; zostałby on zdymisjonowany, ponieważ, mimo wszystko, miał możliwość walczyć jedynie za to, co uchodziło wówczas za rzeczywistość polityczną. Rzesza Niemiecka była monarchią, która stanowiła rzeczywistość polityczną.</p>
<p>   Później, aby położyć kres temu dysonansowi, Konstytucja przewidywała, że przysięga sił zbrojnych miała być składana na Konstytucję. Jednak Konstytucja to jedynie kompilacja regulacji. Nie była ona rezultatem zwycięstwa, czyli reprezentantem programu jakiejś jednej partii; zamiast tego Konstytucja weimarska napisana została, by zagwarantować egzystencję państwa o wielu partiach.</p>
<p>   Dlatego też było możliwe dla oficera złożenie przysięgi na tę tak zwaną Konstytucję jako – teoretycznie – jednostce apolitycznej. Jednak nawet wtedy nie odzwierciedlało to rzeczywistości! Byłoby niemożliwością związanie kogokolwiek przysięgą w takich warunkach. W czasie, gdy byłego żołnierza zastępował inny członek społeczności poprzez zaciąg, było rzeczą całkowicie naturalną, że przynosił on ze sobą do koszar codzienne wpływy polityczne, którym był poddany. Ponieważ nie można się spodziewać, że że dana osoba nagle pozbędzie się tego wszystkiego z chwilą, gdy zostanie częścią sił zbrojnych – człowiek, który od dziesiątego lub dwunastego roku życia wyrasta świadom pewnej politycznej atmosfery i który od piętnastego czy szesnastego roku szkolił się zawodowo, a gdy ukończył osiemnaście lat, stawał się członkiem związków lub politycznie aktywnym; że porzuci wszystkie swoje poglądy polityczne, gdy zostanie żołnierzem. To zapewne było możliwe w państwie zmilitaryzowanym (<em>Milizstaat</em>) z bardzo krótkim okresem służby. Było jednak pomyłką sądzenie, że człowiek mógł się wyprzeć wszyskich swoich przekonań politycznych bodaj na rok. Okazało sę to niemożliwe. Nieuchronnie prowadziło to do konfliktów między oficerem, który złożył przysięgę na Konstytucję – i który de facto utożsamiał tę Konstytucję z państwem, któremu służył – a jego ludźmi, posiadającymi swoje własne wyraźne poglądy polityczne. Musiało to prowadzić do rozbieżności pomiędzy zdolnością oficera do wpływania na żołnierzy a wolą żołnierzy pod jego rozkazami do podlegania jego wpływowi.</p>
<p>   Zaciąg ujawnił ten problem tak wyraźnie, jak stało się to w roku 1914. Wtedy, chociaż państwo było oficjalnie monarchią, praktyczne aspekty reprezentacji państwa znajdowały się już w rękach rozmaitych partii. Faktem jest, że oficerowie byli niejako z konieczności wciągnięci do tych rozmaitych kół politycznych już przed wybuchem wojny w 1914 roku. Mamy tego drastyczne i tragiczne przykłady z tamtego czasu. Oficerowie wpadali w kryzys, którego nie byli w stanie przezwyciężyć.<br />
   Oficer nie mógł sam radzić sobie z tego rodzaju problemem – to jest rzeczą jasną: stawał się sam ofiarą, gdy próbował go rozwiązać. Dlaczego jest to takie istotne? No cóż, jeśli państwo życzy sobie reprezentować się jako pewną strukturę, której oficer jest zobowiązany składać przysięgę – na przykład jako monarchię albo republikę – jednak ta struktura już jest zdezintegrowana, to oficer wepchnięty zostaje w tragiczną dla siebie sytuację; taką, w której pozostaje związany z bytem, który sam w sobie nie jest już zjednoczony. Oficer jest więc zmuszany do tworzenia tej brakującej i koniecznej jedności, co jest dla niego niemożliwością ze względu na inne jego obowiązki.</p>
<p>   Oficer w rezultacie staje się coraz mniej aktywny politycznie; skoncentruje się na swych tak zwanych „zadaniach konstytucyjnych”. Innymi słowy: będzie miał coraz mniejszy wpływ na ludzi pozostających pod jego rozkazami. To może w normalnych warunkach w zupełności wystarczać. Jednak w okolicznościach, w których poddany jest on bardzo poważnym próbom, jego podręcznik szkoleniowy, na którym polegać będzie jako na ostatniej desce, nie będzie już wystarczał. Już sam ten aspekt okaże się szkodliwy dla jego nastawienia.</p>
<p>   Problem ten kształtował się nie inaczej w Republice Weimarskiej. W żadnym wypadku nie należy tego uważać za dowód, że ten problem musi istnieć; lecz raczej za potwierdzenie, że taki stan rzeczy, w jakim my Niemcy znaleźliśmy się, był i pozostanie zawsze nie do utrzymania. Jest on i pozostanie nie do utrzymania, ponieważ stan taki pozwala na to, by państwo, niezależnie od jego formy, było atakowane przez własnych obywateli; pozwala on na podminowanie państwa, ponieważ 3, 10, 20, 30 lub 40 partii rywalizuje ze sobą: nie po to, by rozwiązać codzienne problemy, lecz by sprzeczać się o problemy stwarzane przez <em>takie konkretne państwo</em> – w którym ktoś proklamuje „jestem republikaninem”; inny „jestem monarchistą”; jeszcze inny „jestem bolszewikiem”; albo „jestem komunistą”. A jeszcze inny (tekst nieczytelny): „jestem anarchistą”, i tak dalej. W ten sposób sam naród niszczy ten fundament, na którym wspiera się dane państwo, czyli jego bazę. Jest po prostu niemożliwym, by państwo istniało przez jakąkolwiek długość czasu, jeśli jest ono już wewnętrznie złamane i zdekomponowane. Odnosi się to zarówno do monarchii jak i republiki. I to jest powodem, dla którego niegdysiejsza nonarchia niemiecka nie była w stanie oprzeć się temu (rewolucyjnemu) procesowi, tak jak i Republika (Weimarska), która uległa rozkładowi z tych samych powodów.<br />
   Oficer nie potrafi przezwyciężać tych problemów; <em>oczywiście</em>, ponieważ nie jest on w stanie zejść ze swego piedestału oficerskiego. Zawsze będzie odczuwał osobistą odpowiedzialność za określoną formę państwa. Jeśli jednak ta forma państwa nie jest już dłużej akceptowana przez ludzi pod jego nadzorem, to staje on twarzą w twarz z tłumem, który nie jest pewien tego, co powinno stanowić podstawę jego działalności jako oficera.</p>
<p><a name="AHkorint" href="#retAHkorint"><strong>Korpus oficerski państwa zintegrowanego</strong></a><br />
<a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/HitleratManeuversinAustria1939.jpg?"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/HitleratManeuversinAustria1939.jpg?" alt="" width="400" height="239" /></a>Rzecz jasna, jeśli ten problem zostaje rozwiązany w rozsądny sposób, to stanowiłoby to, niech mi wolno będzie rzec, najbardziej błogosławione rozwiązanie dla danego oficera. Jeśli cele państwa i partii są całkowicie zgodne; jeśli państwo nie istnieje w formie będącej albo negowaną przez popolację tego państwa albo odrzuconą, to wtedy oficer znajduje się w sytuacji najlepszej do pomyślenia, gdyż może on ostatecznie określić swą pozycję. Gdy zatem przysięga lojalność takiemu państwu, to przysięga ją wszystkiemu temu, co stanowi to państwo: temu, co je <em>dźwiga</em>; co je <em>uosabia</em>; on sam identyfikuje się z nim <em>duchwo</em>, i dzięki temu jest <em>gotów</em> mu służyć.<br />
   Coś takiego ma miejsce obecnie. Można się oczywiście spodziewać, że ruch o takich rozmiarach (t.j. narodowy socjalizm) nie będzie akceptowany lub uznany przez każdą osobę: istotnie, jest to tym bardziej prawdą, jeśli jest ona zobowiązana swoim zawodem do akceptacji pewnego poglądu. Jednak, panowie generałowie i oficerowie, ta kwestia została rozstrzygnięta; (co najmniej) została zdecydowana w kilku państwach narodowych. Została ona rozstrzygnięta przez ideę państwa faszystowskiego, choć jeszcze nie w decydującym stopniu. Wy wszyscy byliście w stanie doświadczyć konsekwencji wynikających z rewolucji: państwo faszystowskie z jednej strony, szeregi gorliwych komunistów z drugiej; i po trzecie rojalistyczny decor jako przykrywka dla tych, co znaleźli się pomiędzy walczącymi siłami, nie wiedząc dokładnie gdzie ich miejsce; i w końcu perspektywa dezintegracji państwa.</p>
<p>   W bolszewickiej Rosji zostało to zdecydowane; w tamtym państwie istnieje jasna sytuacja. Oficerowie są konsekwentni w swej proklamacji odnośnie państwa i jego ideologii, a ich stosunki ze społeczeństwem są widoczne.</p>
<p>   W Niemczech natomiast proces ten został zakłócony z powodu wojny; możecie być też pewni, że ta droga, którą obieramy obecnie, nigdy nie zostałaby obrana, gdyby nie wojna.<br />
Zamiast niej byłaby konsekwentna i rozważna edukacja ofierów i żołnierzy przed włączeniem ich do sił zbrojnych. Odbywałoby się to w sposób stopniowy, który byłbym w stanie zaakceptować; by tak rzec, bez tłuczenia porcelany, stopniowo osiągając cel, lecz nie unikając definiowania go.</p>
<p>   Nie mamy innej alternatywy niż próbować i czynić wszystko, co można, by to nadrobić. Powodem obrania takiej drogi jest, moim zdaniem, sformułowanie i dyskutowanie zagadnień nie nadających się do propagandy dla ludzi, ponieważ, powiedzmy, odnosi się ona do problemów w rodzaju „dlatego” oraz „dlaczego”, nie będących troską ludzi. W propagandzie przeznaczonej dla ludzi mogę nakreślić drogę, którą obieram, bez konieczności wyjaśniania dlaczego jestem zmuszony ją obrać – nie wolno mi tego powiedzieć. Jest jednakże rzeczą kluczową, by całe kierownictwo, łącznie oczywiście z korpusem oficerskim, było świadome tych problemów. Gdy idzie o kierownictwo polityczne, było zawsze jednym z moich głównych celów, by rozumiało ono cele na tyle, aby obecnie w polityce cały ruch w Rzeszy reagował jednolicie. Jeśli jakieś wydarzenie polityczne ma miejsce w jakimkolwiek czasie, wytyczne z mojej strony nie powinny być już konieczne, aby spowodować jednolitą reakcję całości kierownictwa politycznego; ponieważ byłoby ono jednolicie edukowane i reagowałoby – tak jak dobry korpus oficerski reaguje w kwestiach wojskowo-technicznych – w politycznie jednolity sposób. To samo dotyczy Niemiec północnych, południowych, wschodnich czy zachodnich, tak samo jak Niemców za granicą.</p>
<p>   Jest to naszym zadaniem, by komunikować to korpusowi oficerskiemu i jego kierownictwu; odnieść się do rzeczy, których nie można poruszać publicznie; ilustrować jakie cele istnieją obecnie i jakie będą (w przyszłości). Nabiera to szczególnej wagi obecnie, w czasie, w którym stawiamy czoła ogromnym trudnościom – trudnościom, od których nie uciekam. Czasem niektórzy z moich oficerów zapewne nie rozumieją jak mogę akceptować te trudności i próby (o których mówię w tej chwili). Czynię tak, gdyż jestem przekonany, że w końcu naszej walki odniesiemy sukces.<br />
   To przekonanie prowadziło mnie we wszystkich moich przedsięwzięciach (<em>Reisen</em>); nigdy mnie nie opuściło i zaraz pokrótce dokonam rewizyty tych przedsięwzięć, gdyż może to pomóc wyjaśnić dlaczego jestem twardszy niż inni i dlaczego moje przekonanie jest niewzruszone.<br />
   Tak musi być! Gdyż, Panowie, gdybym nie miał tego przekonania, nie stałbym teraz tu przed wami i was by tu nie było i cały lud niemiecki nie byłby tym czym jest.</p>
<p><a name="AHit" href="#retAHit"><strong>Wkroczenie Hitlera na drogę polityczną</strong></a></p>
<p>  <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Hitlerchildren.jpg"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Hitlerchildren.jpg" alt="" width="340" height="375" /></a> Jeśli spojrzeć na sytuację powierzchownie, to nic jej nie uzasadnia. Moja decyzja zostania politykiem w 1918 roku zmieniła całe moje życie. Zadawano pytanie, i powinienem się do niego otwarcie ustosunkować, Panowie, dlaczego jest obecnie głową Rzeszy Niemieckiej ktoś, kto w Wojnie Światowej dosłużył się jedynie stopnia kaprala. Wierzcie mi, Panowie, nigdy nie zamierzałem odgrywać roli w armii. Wszystko, czego pragnąłem w życiu (fragment nieczytelny, być może coś w rodzaju: „nakreślić na nowo i zbudować nowe państwo niemieckie”)&#8230; lecz jestem przekonany, że gdyby Niemcy odniosły zwycięstwo (w I Wojnie), stałbym się jednym z najlepiej znanych budowniczych w historii Niemiec.<br />
   Studiowałem z determinacją, ponieważ dla mnie życie jest absolutną expresją, a nie czymś, co wymaga wyjaśnienia. Nie można patrzeć na życie jedynie jak na ciekawe wydarzenia, stąd też studiowałem rozmaite zagadnienia. Moja młodość była odmienna od pozostałych. Gdy inni spędzali czas tańcząc lub ciesząc się, ja studiowałem i studiowałem i musiałem również zarabiać na życie. Mogę szczerze stwierdzić, że miałem jeden tylko nietypowy dzień zanim zgłosiłem się ochotniczo do armii w wieku 25 lat, kiedy mogłem cieszyć się czasem wolnym, poza sobotnimi popołudniami. Nic tylko czytałem – na wszelkie możliwe tematy – nie tylko o architekturze, ale i o estetyce itd. Również o  naukach, gospodarce narodowej (tak jak ta dziedzina rozumiana była wówczas), o polityce – opisałem to w „Mein Kampf” – oraz, nie wiem dlaczego, o wszelkich aspektach wojskowości. Wszystko to było dodatkiem do moich przygotowań do zostania budowniczym, obejmujących wiele przedmiotów (fragment nieczytelny) i technik. Tak wiąc sporo czytałem, lecz nigdy nie miałem ambicji zostania kimkolwiek innym. Gdyby tamta wojna, Wielka Wojna, zakończyła się niemieckim zwycięstwem, odnotowalibyście moje nazwisko jedynie jako wielkiego budowniczego, ale nigdy jako polityka, a już z pewnością nie jako człowieka pragnącego pozycji państwowej. I tylko w tych straszliwych dniach, dniach katastrofy, decyzja przybrała kształt we mnie, i to zdecydowanie stawało się przemożnym w ciągu roku 1918. Moja determinacja bazowana była na przekonaniu, że Niemcy nie podźwigną się już więcej o ile nie nastąpi fundamentalna zmiana w kierownictwie narodu niemieckiego; w organizacji niemieckiego społeczeństwa; a przede wszystkim że należało podjąć wysiłek oczyszczenia naszego narodu; wysiłek utrzymania czystego społeczeństwa. Podjęcie tej decyzji nie przyszło mi łatwo! Byłem tak zafascynowany swym wybranym przedmiotem, studiami architektury, że podjęcie tej decyzji przyszło mi z wielkim trudem. Podczas wojny niektórzy nosili Biblie w plecakach, inni jeszcze coś innego; ale ja czytałem Schopenhauera. Byłem częściowo filozofem, a częściowo budowniczym i to były zagadnienia, którymi się zajmowałem.<br />
   Lecz nagle musiałem uczynić krok ku innemu życiu, życiu znanemu mi; to znaczy życiu które <em>ja</em> znałem, jak niewielu <em>mogło</em> je znać, odkąd miałem ten przywilej, jak mogą to dziś powiedzieć, życia w różnorodności układów społecznych. Wychowałem się w rodzinie mieszczańskiej, bardzo przyzwoitej rodzinie: mój ojciec był pracownikiem administracji państwowej. Z powodu śmierci ojca, obojga rodziców, byłem zmuszony sam zarabiać na życie. Zostałem robotnikiem i doświadczyłem wiele. Ale ja również studiowałem, bo miałem jeden cel, a było nim stanie się znanym niemieckim budowniczym, by kontynuować dzieło Schinkela i Sempera. To był mój cel. I osiągnąłbym ten cel, bez wątpienia, pod warunkiem, że miałbym szansę go osiągnąć.</p>
<p>   Wszystko to, całą tę drogę, zawsze miałem przed oczyma. Na drodze ku mojemu celowi doświadczyłem wszystkiego, zapewne bardziej nawet niż jakikolwiek inny Niemiec. Byłem dobrze wyedukowany, stałem jednak na uboczu z proletariuszami. Pracowałem jako robotnik budowlany i poznałem ich! Zaznajomiłem się z problemami społecznymi jak mało kto; nie tymi problemami społecznymi, jak widzianymi z perspektywy Partii, lecz podstawowymi, rzeczywistymi problemami społecznymi. Obserwowałem przeciętnych ludzi z perspektywy ich wychowania: sposób ich bycia, życia, biedy i niepewności. Jednak zostałem też oświecony co do ich wartości: ich determinacji i ich potencjału do zenergizowania. Wszystko to zaobserwowałem: po raz drugi jako żołnierz.<br />
   Gdy wojna zakończyła się w tak tragiczny sposób, musiałem pożegnać się z moją wielką pasją i zdecydowałem zamiast tego, że zajmę się reorganizacją nowychNiemiec; stworzeniem nowej substancji narodu. Gdy mówię „substancja narodu”, to różni się ona od tego, jak ją rozumieją politycy burżuazyjni. Tam, gdzie ja widziałem <em>naród</em> oraz <em>substancję wewnątrz niego</em>, polityk burżuazyjny widział jedynie <em>państwo</em>. Wówczas postrzegałem państwo jako pewną <em>formalność</em>, nawet jako coś represywnego. Zdałem sobie wówczas sprawę, że to, co generalnie uważamy za „państwo” jest właściwie ujarzmianiem instynktu samozachowawczego jednostek ludzkich; stąd też jest niemożliwością uczynienie czegokolwiek z „państwem” samym w sobie – a już tym bardziej próby zreorganizowania go. Zamiast tego musimy zrozumieć, że substancja narodu jest tą rzeczą, która jest fundamentalna (dla państwa) i że to ta substancja narodu musi zostać zreorganizowana.</p>
<p><a name="AHpoc" href="#retAHpoc"><strong>Początek drogi</strong></a></p>
<p>   <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/hitler4.jpg"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/hitler4.jpg" alt="" width="296" height="349" /></a>To jest ten problem, z którym się zmagałem i wyjaśnia to dlaczego rozpocząłem tę walkę; lecz teraz, Panowie, zapewne zapytacie jakie były moje szanse na sukces? I tutaj mogę stwierdzić jednoznacznie: tego dnia, kiedy po raz pierwszy stałem przed frontem swych zwolenników – tego dnia, gdy zakończyłem deliberacje, zdefiniowałem koncept (narodowego socjalizmu) i przedstawiłem im moje myśli – tego właśnie dnia byłem przekonany, że stanę się w przyszłości liderem narodu niemieckiego; nigdy nawet przez sekundę nie wątpiłem, że pewnego dnia zostanę przywódcą cełego narodu niemieckiego.<br />
   Nikt, kto się do mnie zbliżył w latach 1920, 1921 i 1922 nie słyszał ode mnie czegokolwiek innego niż to: nadejdzie czas i godzina, gdy ta flaga, którą tutaj podnoszę, stanie się flagą państwa niemieckiego, a podstawowe zasady, które przedłożyłem staną się fundamentalnymi zasadami państwa niemieckiego! Takie były w owym czasie prognozy człowieka, który nie posiadał niczego innego niż jego własne wewnętrzne przekonanie &#8211; niczego innego. Moje nazwisko nie było znane, ani też nie miałem żadnego kapitału. Nie miałem prasy, protekcji, niczego; wszystim, co miałem, byli przeciwnicy, którzy uważali mnie albo za chorego umysłowo, głupca lub przestępcę. Komuniści i lewicowi radykałowie nazywali mnie kryminalistą; burżuazja nazywała mnie szaleńcem; i był to sposób, w jaki mnie traktowano osobiście.<br />
   Na przekór temu, byłem przekonany, że w końcu to ja odniosę zwycięstwo. Wielu zwolenników dołączyło do mnie wtedy, niektórzy z nich siedzą tu dzisiaj wśród was, a pewnego dnia przybył <em>Marszałek Rzeszy</em>; jednak w ostatecznym rozrachunku byłem przekonany, że nasz początek prawdopodobnie przyniesie sukces, gdyż po prostu musiał.</p>
<p><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/naziposter_1920large.jpg?t=1267404418"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/naziposter_1920large.jpg?t=1267404418" alt="" width="330" height="247" /></a>   Jeśli o tym mówię, Panowie, to aby uczynić wobec was rzeczą jasną, że człowiek taki jak ja, wybierający drogę, do której ma pełne zaufanie, nigdy nie może zostać odstręczony przez niepowodzenia, jakich obecnie doświadczamy. Te niepowodzenia nigdy mnie nie zniechęcą. Jedyne trudności, jakie mam, to trudności wewnętrzne. Przeciwnicy nigdy nie mogą mnie zedrzeć, nigdy! Przez całe życie musiałem bezustannie płynąć pod prąd i często byłem spychany, nieraz bardzo szybko. Ale mimo wszystko w końcu odniosłem sukces. Dlaczego? Ze względu na moje przekonanie, że z czasem słuszna – czyli zasadniczo słuszna zasada broniona fanatycznie i z witalnością musi odnieść sukces. I muszę w tym miejscu podkreślić, że cenię sobie determinację, to jest: prawdziwą determinację, o wiele bardziej niż tę tak zwaną „inteligencję” czy „geniusz”; determinację, by dążyć do czegoś, co zostało uznane za słuszne, i nigdy nie skapitulować, choćby nie wiadomo co.  Gdy podjąłem mą decyzję w roku 1918 i zacząłem rozglądać się za tym jak zacząć, na nowo zacząłem czytać. Zacząłem czytać na nowo literaturę marksistowską, włączając „Kapitał” Karola Marksa, by przywieść na powrót do mej pamięci wszystkie złudzenia tam zawarte. Zacząłem również formować ideologię dla nowego ruchu.</p>
<p><a name="AHnat" href="#retAHnat"><strong>Światopogląd a natura</strong></a></p>
<p>   Słowo „światopogląd” (Weltanschauung) było promulgowane przez wielu; istniało już także i wtedy i panował nawet pogląd, że jego znaczenie  nie ulegnie zmianie. Lecz pozwólcie, bym krótko powiedział wam, co światopogląd oznacza. W mojej opinii definicja ta jest ważna, gdyż, jak wspomniałem, słowo to jest używane przez wielu i w końcu staje się pozbawione znaczenia. Swiatopogląd nie jest niczym więcej niż wglądem we wszystkie problemy naszego istnienia, tak jak się one prezentują obecnie, bazowany na zasadach naukowych. To znaczy: oceniam problemy życia jako będące tym, za co naukowcy je uważają. Czy będzie to słuszne na wieczność, jest w tej chwili nieistotne. Był taki okres, kiedy człowiek rozwinął się do tego stopnia, że zdał sobie sprawę, że światła na niebie się poruszają i był świadkiem tego, że przez cały ten czas on sam pozostawał w tym samym miejscu; że jego ziemia się nie poruszała; że ziemia, którą już Grecy uznali za okrągłą, pozostawała w bezruchu, a zatem musiała być centrum wszechświata.</p>
<p>   Ten system ptolemejski stanowił światopogląd. Był niesłuszny, jednak stanowił ogromny krok naprzód w stosunku do pustogłowych obserwacji na przykład jakiegoś plemienia murzyńskiego. A pewnego dnia, lub raczej w ciągu wieków, nowy, lepszy, naukowy system myślenia został rozwinięty, który zburzył ptolemejski system Arystotelesa i zastąpił go nową percepcją Kopernika. Otwarł się cały nowy świat.</p>
<p>    Ten świat nie jest centrum, jedynie planetą okrążającą Słońce. Jednak i ten punkt widzenia został od tamtego czasu zrewidowany; wiemy obecnie, że samo Słońce też nie pozostaje w bezruchu, lecz jest częścią systemu Drogi Mlecznej, który niczym gigantyczna mgła przesuwa się w pewnym kierunku – jak to zostało obecnie ustalone.</p>
<p>   Ergo, percepcja naukowa ulega zmianie. Stąd też należy mieć wzgląd na najnowsze odkrycia naukowe, adaptować je i spoglądać na życie z jego korzystniejszego punktu widzenia. Pozostawia to otwartą możliwość odkrycia czegoś, co już zostało odkryte w przeszłości, lecz zostało następnie utracone w ciągu następnych wieków, gdyż zaniedbano instynkt – ale również z powodu mieszania ras – i zostaje to coś na nowo odkryte i jego słuszność zostaje potwierdzona metodami naukowymi.</p>
<p>    Swiatopogląd jest zatem przeglądem wszystkiego tego, co się zdarzyło, bazowanym na ostatnim rozwoju naukowym. To zaś prowadzi do następującego wniosku: jeśli zaakceptowałem jakiś pogląd jako będący słusznym, to nie tylko jest moim obowiązkiem uświadomienie innych obywateli państwa, ale wyeliminowanie innych poglądów! Może to brzmieć nietolerancyjnie, ale, Panowie Oficerowie, całość życia jest kontynuacją nietolerancji. Uczy tego natura. Natura jest nietolerancyjna wobec wszystkiego tego, co jest niesłuszne; wobec tego wszystkiego, co jest słabe – głównie wobec słabości. Natura eliminuje wszystko to, co słabe, począwszy od prymitywnych form życia. Suka odepchnie słabego szczeniaka próbującego ssać. Dlaczego? Nie wiemy, ale pozwoli mu ona umrzeć. Wierzymy, że jest to okrutne, jednak w rzeczywistości jest to słuszne.</p>
<p>   Wiara w to, że poglądy polityczne muszą być tolerancyjne, jest szaleństwem. Tolerancja może jedynie być rozumiana jako oznaka niepewności. W momencie, gdy staję się pewien, że rowiązałem problem i rozwinąłem określony pogląd, staje się nie tylko moim prawem, ale i obowiązkiem wyeliminowanie wszystkich innych poglądów.</p>
<p>  Załóżmy, że znajduję się w sytuacji oficera. Gdy stwierdzam powyższe jako polityk, to stwierdzam coś, co musi naturalnie stać się podstawą dla wszelkich działań podjętych przez oficera; gdyż oficer może wykorzystać wszystko, za wyjątkiem tolerancyjnego punktu widzenia. To, co przez to rozumiem, to fakt, że gdy oficer staje wobec jakiegoś problemu, zadania czy konieczności; to nie tylko ma on prawo odnieść się do tej konieczności, ale i obowiązek eliminacji wszystkiego, co staje na drodze osiągnięcia jej. Każdy oficer zetknie się z tą kwestią na drodze swego kierownictwa.</p>
<p><a name="AHnatży" href="#retAHnatży"><strong>Natura niszczy jednostki niezdolne do życia</strong></a></p>
<p>   Niech mi wolno będzie podać wam przykład: już wyeliminowaliśmy jeden z waszych problemów, gdyż mamy wielu, którzy mówią, że „należą do takiej i takiej sekty, a ta sekta zabrania nam zabijać”. Zostaniemy żołnierzami, ale odmówimy zabijania. Był to problem, z którym oficer musiał się zmagać. Bazując na swojej wiedzy, zdawał sobie sprawę, że życie jest wieczną walką i że miał przygotować tych, co zostali mu powierzeni, do tej walki. Ale oto natyka się na kogoś, kto, bazując na zaszczytnej zasadzie, mówi mu: nie będę zabijał, będę robił co innego. Więc oficer musi to z nim <em>dyskutować</em>.</p>
<p>  W taki sposób zostało stworzone najbardziej tchórzliwe rozwiązanie. Wówczas mawiano, że człowiek odmawiający walki był bezużyteczny, toteż w ogóle go nie rekrutowaliśmy; nawet nie istniał. Innymi słowy: kapitulowaliśmy przed zagadnieniem, aby w ogóle uniknąć zaadresowania go.</p>
<p>   Dzisiaj państwo zatroszczyło się o to; państwo nie zna tego rodzaju względu. Istotnie, jest ono przekonane, że życie jest zmaganiem i walką; wieczną walką; jest to zasada, którą każdy oficer musi oczywiście zaakceptować jako swoją własną: gdyż nie mógł być oficerem nigdy bez akceptacji jej. Człowiek niechętny walce jest niezdolny do życia i musi zostać wyeliminowany. Tym niemniej, nawet jeśli trzymani są z dala ci, co z ideologicznych względów nie chcą się podporządkować, oficer wciąż jeszcze może znaleźć się w takiej sytuacji. To znaczy, może się zdarzyć, że tchórz zacznie zatruwać innych swoim tchórzostwem i oficer stanie twarzą w twarz z tą kwestią. Można sympatyzować; można nawet zrozumieć, że nie jadł już tak długo; że jest wyczerpany; że nie spał przez długi czas itd. Jednak bez względu na to, taki oficer musi znaleźć sposób na złamanie takiej jednostki, jeśli to konieczne, w interesie walczących sił, które mogą być kompanią lub batalionem, aby zapobiec upadkowi całego narodu. Jest to szczególnie ważne w waszej profesji jako oficerów, gdzie zrozumienie musi być zaangażowane nie tylko w wasz obowiązek szkolenia, lae także, jeśli to konieczne, w destrukcję tych, którzy opierają się szkoleniu. Natura jest nietolerancyjna. Natura jest najbardziej nietolerancyjna, jeśli użyć słowa „tolerancyjny” w jego ludzkim znaczeniu. Niszczy ona wszystko, co niezdolene do życia. Niszczy ona niechcących lub niezdolnych do obrony; i my ludzie jesteśmy jedynie drobinką kurzu w Naturze; człowiek to jedynie mała bakteria lub bakcyl na planecie takiej jak ta. Jeśli usiłuje on postępować wbrew tym prawom, to nie zmieni tych praw, lecz po prostu doprowadzi do końca swoją własną egzystencję.</p>
<p><a name="AHtwa" href="#retAHtwa"><strong>Twarde prawa natury w pogramie politycznym</strong></a></p>
<p>   Włączyłem te zasady do polityki niemieckiej, co nie jest niczym nowym, odkąd komunizm uczynił to już dawno temu. Lecz chrześcijaństwo również podporządkowało się tym zasadom. Muszę to podkreślić, Panowie: nie jest to zasadą nie-chrześcijańską, co ja reprezentuję. Chrześcijaństwo zniszczyło tych, którzy nie wierzyli w to , w co mieli; tyle tylko, że nie tak szybko i nie w tak prosty sposób – my używamy pocisków, gdy oni używali ognia; palili swoich wrogów. Było zatem to pryncypium już wówczas akceptowane.</p>
<p>   Zdałem sobie sprawę, że próbując budować nowe, silne państwo niemieckie, należy zapewnić te zasady nie tylko od wewnątrz, &#8211; nie wystarczy bowiem jedynie używać tych zasad, by edukować innych – trzeba być również zdecydowanym eliminować oponujących te poglądy lub niechętnych do zaakceptowania ich; jeśli chcieć, by stało się to częścią owego etosu.</p>
<p> <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/NSDAP.jpg?t=1267365424"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/NSDAP.jpg?t=1267365424" alt="" width="311" height="410" /></a>  Zacząłem wcielać ten etos  eksperymentalnie wewnątrz naszego własnego ruchu. To dlatego nasz ruch był oceniany jako nietolerancyjny. Ale na skutek zastosowania tego przeze mnie nasz ruch, po niecałych 15 latach, okazał się zwycięskim; to jest, <em>ponieważ</em> podporządkował się prawom naturalnym, chociaż powstał w najbardziej niekorzystnych warunkach, jakie sobie można było wyobrazić. Na czele tego ruchu był przywódca (<em>Fűhrer</em>) – nieznany, biedny, bez prasy do swej dyspozycji; bez ludzi wielkich nazwisk, by go lansować; bez jakichkolwiek sympatii itd. Ale mimo wszystko ten ruch okazał się zwycięskim: to dowód, że to podstawowe przekonanie było słuszne oraz że wdrożenie tego przekonania było słuszne.</p>
<p>   Byłem przekonany, że po wielkiej katastrofie nie można było wyeliminować przyczyn tego podstawowego prawa Natury poprzez dodanie nowej partii do grona pozostałych albo przez nadanie jakiejś partii burżuazyjnej wizerunku walczącej; dlatego też powziąłem moją decyzję. Później bywałem często pytany: dlaczego nie wstąpiłeś do jednej z tych partii? Panowie, kiedy batalion jest sam w sobie totalną klęską, stał się totalnie bezużyteczny, to nie ma sensu usiłowanie odbudowy takiej grupy. Zamiast tego najlepiej ją rozwiązać i zbudować nową jednostkę. Byłem przekonany, że zasadniczo zwolennicy oraz przywództwo posiadać winny tę samą świadomość i tego samego ducha.</p>
<p>   Często spotykałem się z pytaniem: dlaczego nie wstąpiłeś do jednej z innych partii? Były one, tak jak i ty, również przeciwne marksizmowi i w nich mógłbyś wykorzystać swoje talenty! Tak, mógłbym użyć swych talentów, lecz żadne z ich kierownictw nie stanowiło idealnego pokrewieństwa ze mną. Trzeba było je dopiero zbudować. Potrzebowałem instrumentu reagującego na to, co zostanie mu nakazane; musiałby on być szczególnie zgrany ze stylem myślenia kierownictwa. Proszę mi wierzyć: nie można było spodziewać się czegokolwiek po tym starym „państwie partii”.</p>
<p>  W istocie, owa katastrofa nie była jedynie zapaścią militarną; była to zapaść całej struktury społecznej (<em>Volkskőrper</em>): zapaść wewnętrzna, która miała oczywiście również swój wpływ na front. Gdy armie ulegają zniszczeniu w następstwie skutków walki zbrojnej – to znaczy wskutek użycia ciężkiej broni przez nieprzyjaciela – jest wciąż możliwe naprawienie szkody poprzez silny front wewnętrzny. To jednak nie miało miejsca w naszym wypadku. Nie mogliśmy polegać na żadnej z partii w rozwiązaniu tego problemu, poprzez jedynie wprowadzenie do nich poprawek. De facto należało uformować całe nowe społeczeństwo, organizując naród od nowa, aby stawić czoła „walce aż do upadłego”.</p>
<p>   Należało też, równocześnie, odpowiedzieć na pytanie, czy załamanie z 1918 roku stanowiło koniec narodu niemieckiego – co było poglądem wielu – czy nie było ono, co z kolei było moim przekonaniem, początkiem nowego wcielenia (<em>Volkskőrper</em>)? Generalnie rzecz ujmując, czy załamanie nie następuje po to, by zlikwidować, w taki czy inny sposób, stan będący nie do utrzymania na dłuższą metę? Tutaj muszę wypowiedzieć się nieco na temat przyczyn tego stanu rzeczy, gdyż leżą one głębiej niż się to powszechnie wydaje, ale i dlatego, że są to problemy nie nadające się do dyskutowania przed masami.</p>
<p><a name="AHnar" href="#retAHnar"><strong>Naród i rasa</strong></a></p>
<p> <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Rassen.jpg?t=1267366497"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Rassen.jpg?t=1267366497" alt="" width="291" height="389" /></a>  Posiadamy własny naród, którego nie można zdefiniować jako rasy i jest to obecnie oczywiste dla milionów. Jednakże, Panowie, gdy rozpocząłem swą edukację (polityczną) dwadzieścia pięć lat temu, nie było to tak oczywiste; wtedy zawsze mówiono mi w kołach pozbawionych praw obywatelskich: tak, naród i rasa to jedno i to samo! Nie – naród i rasa to nie jedno i to samo. Rasa to składnik krwi, nukleus krwi, a naród jest bardzo często złożony nie z jednej rasy, lecz z dwóch, trzech, czterech albo pięciu rozmitych zawiązków rasowych. Tak czy inaczej nie jest możliwe ani nawet wskazane demontowanie takiego zjednoczonego ciała narodu, choć w trakcie rozwoju zdarzeń politycznych takie rozwiązanie może się pojawić. <a name="retAH1" href="#AH1">(1)</a></p>
<p>   Gdy spojrzeć na naród niemiecki z czysto biologicznego punktu widzenia, to zobaczymy społeczność o wspólnym języku, zjednoczoną drogą okrężną poprzez wspólny twór państwowy, jest to jednak naród – i to jest chyba czynnik najistotniejszy – posiadający różnorodne pochodzenie rasowe: zawiązku rasy nordyckiej,  niektórych zawiązków śródziemnomorskich, nawet trzon rasy europejskiej, prehistorycznej rasy, której nie jesteśmy w stanie dokładnie zdefiniować, ale która istnieje i istniała już w czasach greckich; Heloci ze Sparty pochodzili od tej rasy. I ten trzon rasowy istnieje również i u nas.</p>
<p>   Widzimy w naszym narodzie istnienie różnorodnych zawiązków rasowych. Te zawiązki rasowe zawierają w sobie szczegóły odnoszące się do specjalnych zdolności tego narodu, odkąd te zdolności nie są pierwotnymi zdolnościami samego narodu niemieckiego, lecz raczej uzdolnieniami rasowymi. To, że naród niemiecki posiada w sobie szereg zawiązków rasowych, odzwierciedlone jest, w ostateczności, w bogactwie ich uzdolnień, gdyż wszystkie te zawiązki niosą w sobie pewne dyspozycje: czynnik nordycki jest bardziej przysposobiony do chłodnej pogody; jest uzdolniony matematycznie; jest wyjątkowy odnośnie czynnika organizacyjnego – czyli czynnika państwotwórczego na świecie aż do naszych czasów. Dodatkowo inne zawiązki rasowe zawierają w sobie dyspozycję bardzo artystyczną, z czysto optycznym talentem: zdolnością do obserwacji i opisu; a są też czynniki rasowe z bardzo silnym talentem muzycznym oraz czynniki rasowe o wyjątkowym talencie komercyjnym. Najsilniejszym z tych czynników posiadających talent komercyjny, lecz którym brakowało kreatywności, jest żydostwo; jedyną różnicą jest to, że gdyby żydostwo pozostało wśród nas przez dłuższy czas, to nie wyrosłoby jako czynnik rasowy wewnątrz narodu niemieckiego, lecz doprowadziłoby do kompletnego rozkładu narodu niemieckiego, krok po kroku.</p>
<p>   Posiadamy obecnie kombinację tych czynników rasowych wewnątrz naszego narodu. Jest jednak rzeczą kluczową, z powodu wielości uzdolnień w narodzie niemieckim, że zachęcę te rasowe czynniki, odpowiedzialne za te zdolności, do ukazania się; innymi słowy: muszę się postarać o to, że talenty poszczególnych czynników rasowych stopniowo ujawnią się w całym narodzie niemieckim.</p>
<p>   Cóż, Panowie, nie nastąpi to od prostego zapytania „kto ma talent?”. Raczej ów cud ujawnia się, gdy wezwanie otrzymuje odpowiedź. Inaczej mówiąc: jeśli uderzę pewien klawisz pianina, odpowiadająca mu struna odpowie zgodnie ze sposobem, w jaki pianino jest zaprojektowane – a gdy poszukuję pewnego talentu i mam swobodę wyboru, odezwą się ci ludzie, którzy zgodnie ze swoją naturą, z talentem tkwiącym w ich rasie, są najlepsi.</p>
<p>   Jest to kluczowe dla kierownictwa narodu, ponieważ, jak się zdaje, jedynie nordycki komponent rasowy posiada autentyczną wartość (odnośnie talentu organizacyjnego). W całym procesie selekcji będzie to zawsze obraz ukazujący się w ostatecznym rozrachunku. Nie należy jednak zakładać, że taki był to obraz od początku, gdyż natura pokazuje nam, że w skrzyżowaniu dwojga rodziców o rónorakich talentach i zdolnościach, talenty i zdolności nie zawsze przechodzą z ojca na syna i z matki na córkę, lecz przeciwnie: następoje skrzyżowanie, tak więc, jeśli nordycki mężczyzna żeni się, na przykład, ze wschodnią kobietą, to dziecko niekoniecznie będzie nordyckim mężczyzną, lecz kompletnie wschodnim. Na przykład w każdym skrzyżowaniu łatwo może się zdarzyć, że talent organizacyjny ustępuje miejsca innemu talentowi.</p>
<p><a name="AHupo" href="#retAHupo"><strong>Upośledzenie talentu politycznego w społeczeństwie kapitalistycznym &#8211; selekcja ekonomiczna</strong></a></p>
<p>  Jeżeli posiadamy społeczeństwo zorganizowane na bazie czysto kapitalistycznego rozwoju, który nie ma niczego wspólnego z nordyckim talentem kierowniczym, to wykształci ono najwyższą klasę i będzie rzeczą możliwą, że będzie ona składać się nie z elementów nordyckich, lecz z rasowych elementów mających silne skłonności do bycia prowadzonymi. To stanowiło tragedię starej Rzeszy Niemieckiej.</p>
<p>  Każdy może doświadczyć rzeczy następującej i ja sam widywałem to często: na każdej budowie drogi, gdzie należało się zatrzymać, mogłem widzieć przed sobą dwa samochody: w jednym jakiś bogaty saksoński przemysłowiec; w drugim jakaś inny osoba z wyraźnym nienordyckim wyglądem – widocznym natychmiast, na pierwszy rzut oka. A robotnicy drogowi – załóżmy, że jest to gdzieś w północno-zachodnich Niemczech – mają fantastyczny wygląd i naturalnie wyrażają absolutną pogardę dla pasażerów wspomnianych pojazdów, kompletną pogardę! – Ci robotnicy drogowi bardziej nadawali się do przywództwa niż ci dwaj w samochodach.</p>
<p>   Jeśli spojrzę na to z perspektywy politycznej – to znaczy jeżeli spoglądam na to z czysto materialistycznego punktu widzenia, zapewne z punktu widzenia farmaceuty lub producenta powrozów, albo z punktu widzenia muzyka, poety czy malarza, to efektem jest zupełnie inny obraz; wtedy oczywiście oni reprezentują liderów.</p>
<p>   W normalnym życiu tak to następowało. Nikt w normalnych okolicznościach nie był zmuszony, by zostać farmaceutą, albo zmuszony, by pracować w ekonomii; zamiast tego życie prowadziło pewnych ludzi ku temu, by pracowali w tych profesjach, gdyż się do nich nadawali. Jednak gdy przychodziło do życia politycznego, sprawy miały się inaczej, gdyż ci, co zgromadzili bogactwo – drogą procedur ekonomicznych – byli <em>jedynymi</em>, którzy mogli sobie pozwolić na posłanie dzieci na studia uniwersyteckie. Dziecko było oceniane przez pryzmat swych rodziców. To dzielone dziedzictwo (między rodzicem a dzieckiem) było czysto komercyjnej natury; jednak dziecko wciąż rzekomo należało do „wyższych sfer” i dlatego też przejmowało kierownicze role w polityce.</p>
<p>   Mieliśmy wówczas te partie składające się z członków burżuazji. Jednak termin „burżuazja”  nie był pojęciem rasowym per se, lecz głównie ekonomicznym. Faktem jest: że burżuazja, w swej większości, zakorzeniona była w tych elementach (które dopiero co wspomniałem) i istniało niebezpieczeństwo, że powoli, poprzez proces edukacji – który sam w sobie zamieniony został w rodzaj sztuki i faktycznie bardziej  formą programowania politycznego niż edukacją – wynosiła ona jedną swoją generację po drugiej, w ten sposób umożliwiając sobie wysyłanie swoich reprezentantów do wszystkich segmentów niemieckiego społeczeństwa, łącznie z korpusem oficerskim; i w ten sposób cały system został zalany elementami nie nadającymi się do wypełniania swoich zadań. I zawodziły one, nawet prz minimalnym nacisku. Ten ekonomiczny proces selekcji stworzył w rezultacie patriotów z parasolami, kompletnych z ich kapeluszami, którzy mieli stawić czoła niebezpiecznej masie ludzkiej.</p>
<p><a name="AHdob" href="#retAHdob"><strong>Dobór kadry według zdolności &#8211; zapobieganie kontrrewolucji</strong></a></p>
<p>   Ludzie mówili mi: „Wiesz, tego nie da się rozwiązać siłą, to trzeba rozwiązać inteligentnie”; ci ludzie nie posiadający inteligencji, niezdolni do rozwiązania czegokolwiek, skapitulowaliby na każdy wrzask. Zapominali jednak, że było wystarczająco naszych ludzi gotowych do konfrontacji z tym motłochem &#8211; który łączył w sobie, z tego co wiem, motywy polityczne i kryminalne &#8211;  i pozbyć się go. Byłem w stanie w ciągu jedynie kilka lat, oczyścić ulice z tych ludzi, lecz jedynie dlatego, ponieważ wyselekcjonowałem swoich liderów według odmiennej metody, mówiąc: „przywództwo w tej partii nie jest bazowane na bogactwie ani na pozycji społecznej rodziców, lecz na zdolnościach, bez względu na rodzaj wychowania i te zdolności będą dalej systematycznie wspierane”.</p>
<p>   Z tym systematycznym podejściem, Panowie Generałowie i Oficerowie, kontynuowałem usuwanie z ciała narodu wszystkich tych elementów, które mogły, w jakimkolwiek moomencie, stać się bazą dla kontrrewolucji. Dlatego też uczyniłem swym obowiązkiem od samego początku wyszukiwanie tych, którzy posiadali talent przywódczy; wyodrębnienie ich natychmiast; uczynienie ich częścią przywództwa państwa; wyeliminowanie elementów Spartakusa (czyli komunistów ze Związku Spartakusa – przyp. MM), gdyż byli oni uważani za liderów nie z uwagi na ich zdolności – tak, tych rozczarowanych geniuszów, którzy pewnego dnia mogliby podekscytować masy; gdyż masy wiedzą, kto jest zdolny do przewodzenia, a kto nie. Każdy uczniak to wie. Weźmy klasę pełną zdrowych 10-latków i spróbujmy zainstalować w niej niekompetentnego nauczyciela. Te młode łobuzy zdadzą sobie sprawę z jego niekompetencji prędzej niż on sam. Ale dajmy im nauczyciela kompetentnego, a zobaczycie kolejne prawo natury w akcji; że ci chłopcy, co tak zatruwali życie temu innemu nauczycielowi i którzy, można powiedzieć, męczyli go i dręczyli – nie tylko podążą za tym nowym nauczycielem, ale dadzą nawet zań życie.</p>
<p>   W ciągu całego życia można tego doświadczyć, szczególnie w siłach zbrojnych, gdzie jeden dowódca jest adorowany, podczas gdy inny nie będzie w stanie zaprowadzić dyscypliny. Dlaczego tak się  dzieje? Ponieważ (fragment nieczytelny) będą wiedzieli, że ta osoba nie jest ich dowódcą? Odrzucają go instynktownie. Jeśli szwadron jest poniżej standardu, to nie jest to wina tych ludzi, lecz dowódcy, który zawiódł; i tak jest w każdym wypadku.</p>
<p>   Jest zatem absolutnie konieczne, by na czele umieścić tych, którzy potrafią kierować, gdy kreuje się społeczeństwo. Dzięki temu, Panowie, jakikolwiek warunek późniejszej rewolucji zostaje wyeliminowany. I uczyniłem to poprzez ogromny proces budowy: najpierw samego ruchu, a potem całej Rzeszy. Dlatego nie powinniście patrzeć na mój program z punktu widzenia intelektualnego lidera partii burżuazyjnej.</p>
<p>   Często bywałem pytany: „Dlaczego wprowadzasz te radykalne elementy do programu?”. „Bo potrzebuję tych radykałów!”  Mówią mi: „Jeśli wyeliminujesz ten punkt, to natychmiast wstąpię”.  Odpowiadam: „Ten punkt jest tutaj, aby zapewnić, że nie zostaniesz członkiem, bo cię nie potrzebuję!”.</p>
<p align="center"><em>(żywa owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;">   Odrzuciłem wielu, bo ich nie chciałem. Obserwowałem ich styl życia. Uczyniłem wstąpienie do partii niemożliwymdla wielu, bo wiedziałem dokładnie, czego się po nich spodziewać; stąd też nigdy nie przeniknęli do pozycji kierowniczych. Nigdy niczego się nie zyskuje na wprowadzaniu do przywództwa słabych elementów; wręcz przeciwnie, nadchodzi moment, kiedy się tego żałuje. Oczywiście ma się także trudności i z tą drugą stroną; doświadczałem tego przez całe życie. Moje siwe włosy  są wynikiem wewnętrznych zmagań. Jakież kłopoty miałem ze swymi ludźmi! Wszyscy oni byli szorstcy. Gdy tylko trzech się zebrało i jeden na moment wyszedł, to pozostali dwaj natychmiast zaczynali walczyć ze sobą i tak to trwa po dziś dzień. Są to trudności jakżeż podobne do tych w siłach zbrojnych, i tak dalej – nic, tylko kłopoty: wielu szorstkich ludzi i tak dalej. Ale wy wiecie, że preferuję ludzi potrafiących podburzać, gdy panuje spokój, lecz gdy sytuacja staje się poważna, to wiem, że moi ludzie staną niczym bloki granitu. I dzisiaj każdy musi przyznać, że przywództwo tego ruchu różni się od niegdysiejszego przywództwa państwa. Tylko sobie wyobraźcie! – stare kierownictwo burżuazyjne w miejscu obecnego w czasie wielkich niedostatków dla własnego kraju, takim jak obecny; przeżylibyście szok swego życia: gdyż jeśliby to miało miejsce, to widzielibyście powtórkę Wielkiej Wojny na skalę o wiele większą. A czymże były znoje Wielkiej Wojny w porównaniu do obecnych? W naszym wypadku mamy w mieście takim jak Hamburg dwa razy większą liczbę ofiar (w ciągu zaledwie nocy) niż podczas cały miesiąc Wielkiej Wojny po stronie Niemiec, więc jeśli niemal 100% ludzi tego miasta wróciło do pracy w ciągu ledwie kilku dni – nawet kobiety wróciły do miasta – i to w całkowitym porządku, to jest to dowodem, że tworzenie naszego przywództwa stanowiło sukces.</p>
<p align="center"><em>(energiczny konsensus)</em></p>
<p style="text-align: left;"> Naturalnie, nie było to pięknym obrazkiem na początku, przyznaję to. Na początku mieliśmy kłopoty za kłopotami i aż do czasu, gdy udało się wszyskich pogodzić i zdyscyplinować, można było osiwieć. Ale zawsze byłem przekonany, że pewnego dnia zostanie to wynagrodzone; to znaczy, że każdy zorientuje się, że wyselekcjonowani liderzy są tymi właściwymi, gdyż zostali wyszkoleni w filozofii partyjnej. Istotnie, było to fundamentalne; kluczowe. Bo jeśli mówimy dziś o społeczeństwie narodowym, to musimy uznać, że mogło ono zostać zbudowane i zachowane jedynie pod zdolnym przywództwem.</p>
<p><a name="AHedu" href="#retAHedu"><strong>Edukacja narodowa &#8211; kształtowanie przywództwa</strong></a></p>
<p>   W chwili obecnej w zamkach odbywają się najprzeróżniejsze seminaria, wiele z nich prowadzonych przez oficerów Zakonu Niemieckiego (<em>Deutscher Orden</em>), nie dlatego, że są najlepsi, lecz ponieważ dają im wgląd w to, jak zaczęliśmy  edukować naszą młodzież. Panowie, oczywiście to nie jest jeszcze gotowy produkt. Nie zapominajcie: w 1933 doszliśmy do władzy; w 1939 zaczęła się wojna; minęło jedynie sześć lat. Podczas wojny postęp jest powolny. Jednak nie może być żadnej wątpliwości: jeśli kto zechce spojrzeć na nasz naród po pięćdziesięciu latach pokoju, to trzeba będzie skonkludować, że nasz naród jest całkowicie zorganizowany pod przywództwem politycznym reprezentującym to, co naród ma najlepszego do zaoferowania. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości.</p>
<p align="center"><em>(owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;"> Trzeba powiedzieć, Panowie, że mamy pośród nas nie tylko wybór utalentowanych mówców, ale i nieustraszonych przywódców. Nie wybieramy młodych ludzi jedynie dlatego, że są utalentowani intelektualnie, jak niegdyś. Był to czas, gdy wielu utalentowanych młodych ludzi sadzano w kącie. Nauczyciele stosowali metodę posyłania do kąta jako formę zemsty, gdy utalentowany uczeń ich konfrontował.</p>
<p>   Panowie, nie jest to po prostu kwestia edukacji naukowej, ale także metoda spoglądania na charaktery chłopców – ich postawy, twardość, zalety przywódcze, ich tak zwaną zdolność bycia „prowodyrem”, z których wszystkie rozwijają się wcześnie. Wszystko to trzeba brać pod uwagę obok ich zalet intelektualnych. Patrząc na młodzieńca, czasem trzeba przyznać, że jest utalentowany; rzeczywiście preferuje on, przynajmniej momentalnie, boksować się lub robić podobne rzeczy, gdyż najlepsze oceny uzyskuje z wychowania fizycznego; po prostu nie jest dobry z innych przedmiotów.</p>
<p>   Wcześniej, niespełna trzydzieści lat temu, gdy ktoś dostał zły stopień, to był skończony, wyrzucony. Dzisiaj idziemy na kompromis. Co się tyczy artyzmu, idziemy obecnie tak daleko, że wysyłamy utalentowanego młodzieńca do szkoły artystycznej. Jeśli staje się jasne, że ten chłopak nie jest dobry w matematyce i że nie ma talentu językowego, albo że przedmioty naukowe są dla niego zamkniętą księgą i że tak już pozostanie, ale że jest utalentowanym artystą – to zostanie muzykiem. Reszta edukacji zostaje i tak później w życiu zapomniana. Zapominamy dziewięć dziesiątych spośród tego, czego na codzień nie potrzebujemy. Jedynie ta wiedza nabyta, która jest potrzebna, pozostanie z nami.</p>
<p> <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/holy_sepulchre.jpg?t=1267404082"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/holy_sepulchre.jpg?t=1267404082" alt="" width="504" height="338" /></a>  Dlatego selekcjonujemy utalentowane jednostki bez względu na ich pozycję społeczną i pochodzenie; i wierzcie mi, eliminujemy w ten sposób większość trosk społecznych bazując na dwóch faktach. Po pierwsze tworzymy wspólnotę, której przywództwo pochodzi z ludu, czyli zna troski zwykłych ludzi. Poprzez nieustanne uzupełnianie od dołu do góry, czynię to, co zawsze czynił  Kościół Katolicki, który drogą celibatu – księża nie mogą mieć dzieci – zawsze zmuszony był do znajdowania nowych księży spośród ludu. <a name="retAH2" href="#AH2">(2)</a> To dlatego mamy księży pochodzących z rodzin biurokratów niskiego szczebla, drobnego biznesu, jak też spośród niegdysiejszych chłopców z roli i tak dalej. To stanowi o sile tego tak zwanego kościoła wojującego. I ja selekcjonuję również tak jak oni – nie poprzez celibat, gdyż go nie potrzebuję <em>(słychać wyrazy uznania i wesołości wśród słuchaczy)</em> – generację spośród narodu. Cała populacja jest przesiewana i to tworzy, w miarę upływu czasu, przywództwo narodu, zaznajomione z codziennymi problemami życia; ich doświadczenie uzyskiwane jest w ich młodości poprzez bycie z krewnymi, rodzicami etc.</p>
<p>   Jednak oni sami wyrastają ponad pozostałych; przyjrzyjcie się moim Gauleiterom, którzy są wyjątkowo praktyczni, wiedzą o co chodzi i są zdolni do rozwiązywania powszechnych problemów dzięki swemu zdrowemu rozsądkowi. Gauleiterzy i inni urzędnicy otrafią to czynić niemal z zawiązanymi oczyma, bo sami tego doświadczyli. Jestem w stanie rozwiązywać kwestie społeczne, gdyż wprowadzam szeroką gamę elementów społecznych.</p>
<p><a name="AHspo" href="#retAHspo"><strong>Społeczeństwo bezklasowe</strong></a></p>
<p>   A po drugie jestem w stanie rozwiązywać problemy poprzez wprowadzanie do kierownictwa najlepszych i najenergiczniejszych ludzi, w ten sposób uniemożliwiając wszelką próbę kontrrewolucji, lecz przede wszystkim po to, aby zademonstrować, że to <em>jest</em> społeczeństwo bezklasowe. Wierzcie mi, gdy mówię, że ideały są generalnie ważniejsze niż tak zwane „realia”, i jest to szczególnie prawda w odniesieniu do nas, Niemców. Nie zapominajcie, my Niemcy jesteśmy tak zatroskani o ideały, że prowadziliśmy Wojnę Trzydziestoletnią o to jedynie, by rozstrzygnąć czy Komunia Święta winna być przyjmowana pod jedną postacią czy pod dwiema, oraz z powodu innych ważnych rzeczy. (sarkazm)</p>
<p>  Dlatego jest ważne dla tego narodu przekonanie, że przywództwo składa się z przedstawicieli całego społeczeństwa, a jest to ważne szczególnie dla kobiet i matek. Ponieważ jest rzeczą specjalną dla matki, by zdawać sobie sprawę, że dziecko, które nosi, może naprawdę osiągnąć „Bóg wie co” w tym państwie. I jeśli dziś patrzymy obiektywnie na pozytywne osiągnięcia, nie te polityczne na początku, które w każdym wypadku były przeważnie okropne – jeśli uczciwie wziąć te osiągnięcia pod uwagę – te, które formują cały naród, jak aspekty kulturalne i naukowe, zdobycze socjalne narodu, osiągnięcia intelektualne i inne; i jeśli potrafimy dostrzec, że wszystkie one są produktami indywidualnych jednostek ludzkich; i jeśli mogliby oni wsszyscy pojawić się przed maszymi oczyma, wtedy wszyscy ci nieznani wynalazcy, badacze, naukowcy, inżynierowie, technicy i chemicy etc mogli powstać, tak jak wielcy artyści, muzycy naszego narodu i Bóg wie kto jeszcze, komu winniśmy dziękować (za osiągnięcie wyżyn kulturowych) i komu winniśmy wdzięczność za fakt, że jesteśmy w stanie mówić językiem – zaiste, że z dumą możemy twierdzić, że jesteśmy Niemcami – moglibyśmy nagle zobaczyć, niczym w czarach, matkę stojącą obok każdego z nich. I ujrzelibyśmy czym te matki naprawdę były; jakimi biednymi małymi istotami – żonami wieśniaków. Żonami robotników, żonami drobnych artystów etc.</p>
<p>  <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/MuterUndKind.jpg"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/MuterUndKind.jpg" alt="" width="313" height="435" /></a> A jakie znaczenie mają synowie tych matek? Jest coś ogromnie considerate w narodzie, który, zdawszy sobie sprawę, że nawet jeśli są różnice w zdolnościach i w konsekwencji także w zakresie osiągnięć (i tak już zawsze będzie), staje się przekonany, że jeśli znajdzie się utalentowane dziecko, <em>gdziekolwiek</em> się ono znajdzie, należy się o nie zatroszczyć za wszelką cenę i pomóc mu zamiast stwarzać sztuczne przeszkody na jego drodze z powodu jego urodzenia (czyli: pochodzenia – przyp MM); (w przeciwieństwie do Niemiec z przeszłości) państwo dopomaga uzdolnionemu dziecku pokonać przeszkody (finansowe i klasowe).</p>
<p align="center"><em>(burzliwa owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;">    Eliminuje to ostatnie resztki marksistowskiej teorii klasowej. I, Panowie, jest to to przekonanie – przeważające wśród szerokich mas Niemców – za które my, czyli my wszyscy możemy być wdzięczni: umożliwia ono starym niemieckim robotnikom iść do pracy w fabrykach, czego część z nich odmawiała w 1917 roku. Jeżeli pracują dzisiaj, to dlatego, że są przekonani, że walczą dla swojego kraju; jest to <em>ich</em> państwo, nawet jeśli są jedynie zwykłymi robotnikami. Ale wiedzą oni, że w <em>tym</em> państwie cieszą się prawami obywateli elity – posiadają totalną równość, która daje im ogromną władzę – i są przekonani, że <em>to</em> państwo, jeśli dane mu będzie rozwijać się, zadba o ich dzieci i że każdy traktowany będzie zgodnie ze swymi zdolnościami.</p>
<p>   I uczyniłem to – z pewnością mogę to powiedzieć &#8211; nie raniąc nikogo. Bo można to również osiągnąć przez niszczenie wszystkiego najpierw, jak to zrobili bolszewicy i przez zabijanie i tak dalej – <em>a ja tego nie zrobiłem</em>. A ponieważ wierzę w proces selekcji, który sprawdził się już w przeszłości, to wiem, że przywództwo dnia dzisiejszego jest produktem procesu selekcji z przeszłości. A ponieważ wierzę <em>również</em> w dziedzictwo, to widzimy tutaj kontynuację linii dziedzicznej. Dlatego nie chciałem niszczyć tego starego dobra, lecz wychować coś innego. Chciałem zachować je i wymieszać z tym nowym w miarę upływu czasu.</p>
<p>   Ze nie jest to łatwe, można iść o zakład. Byłoby dla mnie znacznie łatwiejsze pozbycie się wszystkich starych elementów, jak to zrobiono w bolszewizmie, by je wykorzenić i zacząć coś zupełnie nowego. W takim wypadku to porównanie nie byłoby dzisiaj ewidentne. Muszę tu zaznaczyć, że wojna przynosi pewien swój ogromny efekt edukacyjny. Nigdy nie zostałbym narodowym socjalistą, gdyby nie Wielka Wojna. Lecz wojna miała, obok wszyskiego innego, co się zdarzyło, przemożny efekt edukacyjny. Byli tacy, co mawiali: „wiesz, narodowy socjalizm jest w porządku, ale jeśli sobie wyobrażam, że któregoś dnia będę uhonorowany, gdy będę siedział obok któregoś z tych proletariuszy, to musisz zrozumieć, według wszelkich reguł stosowności – jakże mógłbym? Przecież ja jestem <em>kimś </em>(część nieczytelna). Oczywiście ja też jestem zatroskany o mój naród, jako że my wszyscy dążymy do tego, by być zjednoczoną gromadą braci (wydaje się to brać ze Szwajcarii), ale w każdym razie trochę dystansu – dystansu, proszę pana! Tak, wszystko winno mieć swoje granice; nie powinniśmy wylewać dziecka razem z kąpielą!”.<br />
- Druga strona mówiła w zasadzie to samo: „<em>Co?</em> My mamy siedzieć razem z tymi grubymi rybami, tymi <em>kapitalistami</em>? Nie ma mowy, niech ci się nawet nie śni! Mamy swoją świadomość klasową, jesteśmy proletariuszami!”.  Tak więc mieliśmy świadomych klasowo z jednej strony, a z drugiej tych zatroskanych o ich pozycję społeczną i ten rodzaj uprzedzeń był nieraz twardszy niż betonowy wał, który obecnie budujemy (chodzi o <em>Wał Atlantycki</em> – przyp.).</p>
<p align="center"><em>(wyrazy wesołości i uznania)</em></p>
<p style="text-align: left;"><em> </em>   Jednak mimo to udało nam się przełamać te uprzedzenia i bez względu na retorykę obu stron zbudować partię – choć z wieloma niepowodzeniami. I to właśnie dlatego, Panowie, jestem odporny na kryzys. Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie nawet niepowodzeń, które znosiłem w życiu! To, czego doświadczamy obecnie w niepowodzeniach militarnych, służy jedynie obnażeniu błędów, jakie popełniliśmy poprzednio, co może jedynie pomóc nam ulepszyć naszą organizację następnym razem. Jest to jednak nieistotne w porównaniu do trudności, jakie miałem, gdy usiłowałem zbudować partię.</p>
<p> <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Sturm.jpg"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Sturm.jpg" alt="" width="329" height="454" /></a> Nigdy nie mówcie, „ale to było nieważne”. Panowie, ta partia była moim życiem i została zbudowana na przeświadczeniu, że los Niemiec zawisł na włosku, tak jak obecnie w tej wojnie; i gdybyśmy nie byli zdolni zorganizować się wtedy, to pewnego dnia fala bolszewicka zalałaby Europę. W to, że państwo polskie mogłoby temu zapobiec, albo jakiekolwiek inne państwo, nie wierzy już nikt, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę to, czegośmy się zdołali dowiedzieć <a name="retAH3" href="#AH3">(3)</a>. I moja bitwa 1933 roku była częścią tej walki, z odniesieniem do pytania: „być albo nie być”.</p>
<p>   Byłem przekonany w tamtym czasie, że wszystkie te niepowodzenia należało przezwyciężyć, gdyż historia uczy nas, że każdemu przedsięwzięciu towrzyszyły niepowodzenia i należy ten fakt zaakceptować. Wymieńcie bodaj jedno wielkie wydarzenie historyczne, które nie byłoby okupione niepowodzeniami. Niemożliwe.</p>
<p>  Każde państwo musiało pokonywać kryzys na swej drodze. Możecie być pewni, że nie było ani jednego wielkiego człowieka, który nie musiał przezwyciężać kryzysu; ani jednego. Wielcy, sympatyczni ludzie w niemieckiej historii to ci, którzy musieli pokonać największe kryzysy i którzy musieli o to walczyć. Weźmy na przykład, z nowszych czasów Marcina Lutra lub tym bardziej Fryderyka Wielkiego czy choćby Ryszarda Wagnera – wszyscy oni w kompletnie różnych dziedzinach, jako że wybrałem trzech z rozmaitych dziedzin – wszyscy trzej byli ludźmi, którzy (fragment nieczytelny) zwalczali wielkie trudności i osiągnęli cel dzięki swemu uporowi i wytrwałości.</p>
<p><a name="AHłą" href="#retAHłą"><strong>Łączenie dwóch idealizmów</strong></a></p>
<p>   Był jednak jeszcze jeden problem, który należało rozwiązać, jeśli Niemcy miały się odrodzić. Nie była to po prostu sprawa porządku społecznego. Nie, najważniejszą sprawą było spróbować i zmobilizować te elementy intelektualne, już obecne, które już w przeszłości okazały się siłą wiodącą potrafiącą pomyślnie pchnąć ludzi do dania z siebie wszystkiego. Istniały dwa główne punkty widzenia: z jednej strony ideał nacjonalistyczny, maskowany i rozmaicie definiowany, lecz jednak siła, która tym niemniej była zdolna do mobilizowania w roku 1918 setek tysięcy ochotników gotowych do walki i ryzyka utraty życia we <em>Freikorps</em> – a nie można spodziewać się większej formy idealizmu od zwykłego człowieka niż tej, w której gotów jest on stracić życie dla wyższego celu, jeśli to konieczne.</p>
<p>   Lecz idealiści stali również po drugiej stronie barykady: komuniści, którzy wierzyli, że walczą o wyższy ideał komunistyczny. Tak więc mieliśmy dwa fenomeny zwalczające się nawzajem. Z jednej strony był nacjonalista, bardzo biedny diabeł, również krańcowo biedny oficer; z drugiej zaś strony był komunista lub spartakusowiec, członek USPD itd –również biedne diabły. Te segmenty społeczeństwa kapitalistycznego, które były usatysfakcjonowane systemem, nie walczyły; oczywiście nie trzeba dodawać, że dotyczyło to również liderów żydowskich i marksistów.</p>
<p>   Było zatem jasne od samego początku, że nowy ruch, który można było nazwać w inny sposób, musiał wziąć pod uwagę te dwa elementy rewolucyjne. Nie można było powiedzieć: „nie uznajemy ich istnienia i odrzucamy je”; nie, musieliśmy uznać, że stanowią one siły same w sobie.</p>
<p>   Wtedy definicje tych dwóch konceptów były diametralnie przeciwstawne. Jeden z nich stał po prawej, drugi po lewej stronie barykady. Ja osobiście stałem na samej barykadzie i naturalną koleją rzeczy ostrzeliwany byłem przez obie strony. Usiłowałem zdefiniować dla nich nowy koncept z mottem, że ostatecznie nacjonalizm i socjalizm są tym samym pod pewnymi względami; że umieszczając je w centrum, nie promowałem jakiegoś specjalnego konceptu klasy lub pozycji społecznej jako trzeciego oponenta, lecz raczej próbowałem zgrupować wszystkich tych ludzi w centrum tego, co było i jest pożądane. Socjalizm nie był w takim wypadku, tak jak i nacjonalizm, niczym więcej niż walką za cały naród jako jedną wspólnotę.</p>
<p>   Byłem wówczas atakowany zarówno przez lewicę jak i prawicę. Lewica deklarowała, że było niemożliwym połączyć się z nacjonalizmem, bo „nacjonalizm” reprezentował burżuazję, z drugiej zaś strony burżuazja odrzucała socjalizm, bo był on uważany za koncepcję marksistowską, t.j. za koncepcję internacjonalistyczną.</p>
<p>   Tym niemniej jedna rzecz była teraz jasna: „rasa” (Volk) i „naród” (Volk) nie są jednym i tym samym. Mogłem sobie wyobrazić naród z nieliczną klasą wyższą i podążającą za nią totalnie zabiedzoną masą publiczną: zrujnowaną, zawszoną i brudną, ale wyszkoloną w ślepym posłuszeństwie. Taki wizerunek nie przynosił mi jednak satysfakcji; był dla mnie ohydny. Tym, w co ja wierzyłem jako ideał wart realizacji, był naród, który jako całość był obrazem zdrowia. Gdyż na dłuższą metę nie byłbym w stanie reprezentować interesów państwa posiadającego ciało inne niż zdrowe: gdyż inne <em>ciało</em> pewnego dnia uległoby dezintegracji, najpóźniej wtedy, gdy pojawiłby się katalizator mogący zjednoczyć i zmobilizować tę masę lewicową, a byłoby nim obce ciało judaizmu.</p>
<p>   Dlatego też musiałem przedstawić nowy, popularny koncept, a mogłem to zrobić jedynie poprzez wyobrażenie przyszłego społeczeństwa jako społeczeństwa idealnego, w którym przeciętna osoba cieszy się w praktyce najwyższym poziomem edukacji, kultury i standardów życiowych. I gdy uznało się to za ideał, to wierzcie mi, gdy mówię, że jest to tak satysfakcjonujące staranie się o naród, jak dla dowódcy kompanii staranie się o swych żołnierzy; on również zaczyna uważać swych ludzi za sens swej egzystencji. Nie ma niczego takiego w  nich, co nie stanowiłoby przedmiotu jego zatroskania; nigdy nie ma niczego takiego, czego potrzebują, a o czym on by nie wiedział; widzi w nich przedłużenie siebie samego. Troszczy się o każdego z nich itd, a im bardziej jego ludzie są usatysfakcjonowani, tym bardziej usatysfakcjonowany jest on sam i wysoko to sobie ceni. Oto czym to jest dla kogoś, kto przewodzi narodowi.</p>
<p><a name="AHprz" href="#retAHprz"><strong>Przezwyciężanie państwa klasowego. Usunięcie Żydów</strong></a></p>
<p>   Dlatego też uczyniłem celem mego ruchu przezwyciężenie starego państwa klasowego. – Teraz, muszę przyznać, w pewnym sensie było to łatwe. Wśród nas Niemców, mieliśmy ogółem około 800,000 Żydów: w Ostmark (Austria) ponad milion, a razem z Sudetenland znacznie ponad milion. Byli oni wśród naszego narodu obcym obiektem, który systematycznie brał się za zajmowanie wszyskich kluczowych pozycji, a gdy to było osiągnięte, następni z tej samej obcej grupy udawali się ich śladem. Niektórzy nigdy nie zrozumieli dlaczego postępowałem tak brutalnie w tej kwestii; to jest ludzie, którzy winni mi za to dziękować, nie rozumieli. Gdybym tego nie uczynił w moim wysiłku zbudowania zjednoczonego społeczeństwa, musiałbym przearanżować pozycje zajmowane przez starszych, tych, co byli na swych posadach ze względu na swoje zdolności lub przez czyjąś protekcję.</p>
<p>   Usunąłem Żydów z tych pozycji; usunąłem ich bezwzględnie. I tutaj też postąpiłem tak jak postępuje natura – nie brutalnie lecz rozsądnie – by zachować najlepszych, i w ten sposób uczynić osiągalnymi setki tysięcy posad. W ten sposób nie tylko zapobiegłem prezentowaniu siebie przez „narodowy intelekt” jako proletariacki, lecz byłem w stanie przesunąć powoli dziesiątki tysięcy zdolnych dzieci narodu na te posady. Uwolniłem nieprzeliczone liczby studentów (?), którzy hodowali torf, i zaoferowałem im posady. Ale umożliwiłem także setkom tysięcy robotników i dzieciom rolników przygotowanie się do tych posad, które były uprzednio zapełnione Żydami – obcym ciałem.</p>
<p align="center"><em>(żywa owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;"><em> </em>   Miało swoją inną jeszcze dobrą stronę, Panowie, ponieważ usunęło ów katalizator z szerokich mas, o którym już była mowa. Poprzez usunięcie Żydów wyeliminowałem wszelką możliwość stworzenia rdzenia rewolucyjnego. Mówiono mi: z całą pewnością, ale czy nie można było tego zrobić w prostszy sposób, a jeśli nie prostszy, gdyby wszystko inne stało się bardziej skomplikowane, to w bardziej ludzki? Panowie oficerowie, toczymy walkę na śmierć i życie. Gdyby nasi wrogowie i oponenci odnieśli sukces, naród niemiecki zostałby wyeliminowany. Bolszewizm powyrzynałby milionz, miliony i miliony naszej inteligencji. A czego by się nie dało zabić strzałem w potylicę, zostałoby wywiezione gdzie indziej.  Dzieci przedstawicieli wyższych sfer zostałyby zlikwidowane. Całe to bestialstwo zostało zorganizowane przez Żydów. Bomby zapalające, tak jak i inne bomby, spadają na nasze miasta, nawet jeśli nasi nieprzyjaciele wiedzą, że jedynymi, których one zabijają, są kobiety i dzieci. Zwykłe pociągi pasażerskie są ostrzeliwane, tak jak i rolnicy na polach. W ciągu jednej nocy w Hamburgu straciliśmy ponad 40,000 kobiet i dzieci. Zostali spaleni. Nie spodziewajcie się po mnie niczego innego niż faktu, że będę reprezentował nasze interesy narodowe w sposób najbardziej efektywny i przynoszący największą korzyść naszemu narodowi niemieckiemu.</p>
<p align="center"><em>(długotrwała żywa owacja)</em></p>
<p align="center"><em> </em>   Tutaj, tak jak i w innych sytuacjach, humanitaryzm stanowiłby największe okrucieństwo wobec własnego narodu. Gdyż, jeśli i tak będę znienawidzony przez Żydów, to nie chciałbym przepasować korzyści, jakie daje ta nienawiść.</p>
<p>  <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Reichstag.jpg"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Reichstag.jpg" alt="" width="320" height="222" /></a> Naszą korzyścią jest to, że mamy teraz dobrze zorganizowane społeczeństwo i żadni outsiderzy nie mogą nas pouczać. Porównajcie to z sytuacją innych państw. Byliśmy świadkami tego, co się dzieje, gdy państwo obiera pójście w przeciwnym kierunku, tak jak Węgry. Całe państwo ulega rozkładowi i korozji. Żydzi są wszędzie, aż po najwyższe pozycje. Żydzi za Żydami, całe państwo stanowi jedną sieć szpiegów i agentów, którzy pozostawali nieaktywni, gdyż obawiali się, że jeśli będą działać, to my się wmieszamy – jednak wyczekiwali na swój czas. Interweniowałem tam również i ten problem też został rozwiązany, jednak muszę powiedzieć: Żydzi uczynili swoim celem eliminację ludów niemieckich (t.j. Niemców w krajach całej Europy).</p>
<p>   <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/massgraves.jpg?t=1267364299"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/massgraves.jpg?t=1267364299" alt="" width="300" height="368" /></a>Wyjaśniłem Reichstagowi 1 września 1939 roku, zaznaczając, że jeśli ktokolwiek wierzył, że naród niemiecki zostanie wyeliminowany poprzez wojnę, to się mylił; że jeśli żydostwo popróbuje tego, to wtedy Żydzi, a nie Niemcy, zostaną wyeliminowani.</p>
<p align="center"><em>(żywa owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;"><em> </em>   W ten sposób prawdopodobnie uczyniliśmy największy krok ku porządkowi wewnętrznemu. Wszystko potem znalazło się na swoim miejscu. I w tym miejscu pragnąłbym powrócić do początku moich rozważań i terminu „etos” (Weltanaschauung). Zaznaczyłem, że nie jest to niczym więcej niż poglądem na świat, odzwierciedlającym najnowsze percepcje naukowe, które są najrozsądniejszymi percepcjami. Do każdego problemu podchodziłem w ten sposób. Oto w jaki sposób uporaliśmy się z problemami ekonomicznymi. Panowie, my rozwiązaliśmy problemy ekonomiczne, o których tak zwani eksperci mówili, że nie mogą zostać rozwiązane. Rozwiązaliśmy problemy kulturowe. Oto, co nam mówili: <em>„Co, chcecie usunąć Żydów? Ha-ha! Postępując w ten sposób, usuniecie wszystkie pieniądze; nie będziecie mieli więcej pieniędzy!”</em> Jak gdyby to Żydzi byli elementem tworzącym pieniądze! Pieniądze mają sens jedynie, jeśli stoi za nimi namacalna wartość państwa. A ta wartość nie została stworzona przez Żydów, lecz przez ludzi, którzy albo wymyślali cenne rzeczy albo je tworzyli. Żydzi wcisnęli się pomiędzy wynalazcę, producenta i konsumenta. W przypadku Żydów mamy do czynienia z regulatorem, który stanowi przeszkodę. Usunąłem ten regulator, który regulował przepływ poprzez zamykanie lub otwieranie, zależnie od sposobności.</p>
<p>   W młodości często odwiedzałem Deutsches Museum w Monachium – w owym czasie pierwsze wielkie muzeum techniki,ó. Byłem niezmiernie zainteresowany ekspozycją; a będąc tam, usiłowałem ustalić, co spośród wszystkiego, co wynalezione zostało przez ludzkość, zostało wynalezione przez Żydów? Żydów, którzy dominują nad wszystkim: całą gospodarką, naszym przemysłem, zdominowali wszystko! Ale co wynaleźli? Gdzie są żydowscy wynalazcy? Nie dało się znaleźć żadnego, nawet jednego!</p>
<p>   To samo pytanie można postawić odnośnie życia kulturalnego. Mówiono mi: „jeśli usuniesz Żydów, to równie dobrze możesz pozamykać wszystkie teatry!”. Ale kto w istocie stworzył naszą kulturę? Żydzi? Kim są nasi najwięksi poeci (fragment neczytelny, prawdopodobnie <em>filozofowie i kompozytorzy</em>) – czy to byli Żydzi? Jak było to możliwe, że Żydzi postrzegani byli jako twórcy dzieł tworzonych przez największych Niemców, po prostu dlatego, że rozpowszechniali wiedzę o największych Niemcach?</p>
<p>   Ten eksperyment dowiódł, że miałem rację. Usunąłem Żydów. Niemieckie teatry są bardziej popularne niż kiedykolwiek. Niemiecki przemysł filmowy kwitnie. Niemiecka literatura, niemiecka prasa: czytana jak nigdy przedtem. Teatr? – o wiele lepszy!</p>
<p>   Brak moralności został wyeliminowany w nieliczonych miejscach, a nie staliśmy się fałszywie pruderyjni. Gdyż i w tej dziedzinie wystarczyło, że trzymaliśmy się mocno jednej zasady, którą było przetrwanie naszej rasy; zachowanie naszego własnego rodzaju. Wszystko, co pomaga w zachowaniu tej zasady, jest słuszne, a wszystko to, co jest dla niej szkodliwe, jest niesłuszne.</p>
<p align="center"><em>(żywa owacja)</em></p>
<p><a name="AHroz" href="#retAHroz"><strong>Rozrachunek z przeszłością &#8211; tradycja a współczesność</strong></a></p>
<p>   Stosownie do tego, podjęliśmy rewolucyjne kroki w niektórych obszarach i zdaję sobie sprawę, że nie będą one zrozumiane, choćby nie wiadomo co, głównie przez tych, którzy nie śledzili naszego ruchu z naukowego punktu widzenia, lub też byli niezdolni, by to uczynić. Również my często kolidujemy ze starymi percepcjami, starymi konceptami moralnymi i tak dalej. Jednak często zapominamy, że te koncepty moralne są jedynie nieuczciwymi konceptami, które, na przykład, nawet nie istnieją u każdego ludu, gdyż każdy lud postrzega je inaczej. Czegóż nie musialiśmy eliminować!</p>
<p style="text-align: left;">   Jednak, Panowie, w procesie konstrukcji nowego wielkiego społeczeństwa, albo w procesie organizowania wspólnoty ludowej na wielką skalę, zawsze trzeba pozbywać się starych tradycji, zawsze!</p>
<p>   Pozwólcie, że powrócę do aspektu wojskowego. Formacja państwa Prus – zaczynam od rdzenia naszej Rzeszy – był w końcu procesem stopniowej eliminacji licznych tradycji innych małych państw. A to zawsze jest bolesne. Formacja Rzeszy Niemieckiej – począwszy od Związku Północno-Niemieckiego – a później samej Rzeszy Niemieckiej – była, po raz kolejny, atakiem na liczne stare tradycje. Wierzcie mi, oczywiście nie było łatwym dla Bawarczyka zrzeczenie się własnej historii albo zrzeczenie się wydarzeń ściśle związanych z historią Bawarii.. Dodatkowo proces ten nie był wcale łatwiejszy dla Hanowerczyków; nie był łatwiejszy dla Saksończyków; nie był łatwiejszy dla Wűrttemberczyków; nie był łatwiejszy dla Austriaków: również Austria była wielkim krajem swego czasu. W pewnym momencie tych 9 milionów Austriaków rządziło 56 milionami ludzi różnych ras. Rezygnacja z własnej niepodległości jest zawsze trudna. Ale gdzież byśmy byli, gdyby to zjednoczone państwo niemieckie nie zostało stworzone?</p>
<p>   Tym niemniej zawsze podkreślałem rzecz następującą: nie jest to dokonywane z pogardy lub lekceważenia dla osiągnięć innych jednostek ludzkich. Gdy będzie zbudowana w Berlinie hala wojskowa, <em>wszyscy</em> wielcy niemieccy dowódcy z naszej historii zostaną w niej unieśmiertelnieni; postaram się o to, by wszyscy oni zostali upamiętnieni, bez względu na to gdzie walczyli w swoim życiu. Będzie tam Fryderyk Wielki, jak również jego generałowie; ale też z drugiej strony Daun, Laudon, historyczni wrogowie Niemców z przeszłości, o ile byli godnymi przeciwnikami, zostaną tam wystawieni jako brać. Zjednoczyliśmy w naszej Rzeszy wszystkie tradycje różnych państw niemieckich z przeszłości, jak również wszystkich poszczególnych plemion, co jest rzeczą godną dumy.</p>
<p>   W <em>Reichshalle</em> w Berlinie znajdziecie pomniki wszystkich bohaterów niemieckich, tych z przeszłości i teraźniejszości i zostaną oni tam złożeni na spoczynek razem, jako bracia, bez względu na to do jakiego plemienia należeli; o ile tylko są oni godni bycia pamiętanymi przez wszystkich Niemców, pamięć o tych ludziach zostanie przedłużona. Oznacza to, że w tym państwie równoczesna pamięć całej wielopostaciowości naszej niemieckiej historii będzie utrzymana i jest to konieczne. Wiele z togo, co jest szkodliwe dla jednostki, zostanie wyeliminowane i jest to konieczne.</p>
<p><a name="AH3r" href="#retAH3r"><strong>Cel istnienia Trzeciej Rzeszy</strong></a></p>
<div class="wp-caption alignleft" style="width: 290px"><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Hermann.jpg?t=1267367348"><img class=" " src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/Hermann.jpg?t=1267367348" alt="Hermann der Cherusker - pogromca Rzymian w Lesie Teutoburskim" width="280" height="422" /></a><p class="wp-caption-text">Hermann der Cherusker - pogromca Rzymian w Lesie Teutoburskim</p></div>
<p>   Panowie, oto dlaczego nigdy nie uważałem roku 1933 za pierwszy rok niemieckiej historii. Wówczas wielu pytało mnie: „dlaczego nie mówisz Rok Nr 1, Rok Nr 2?”. To by pasowało do Anglików z ich megalomanią! Gdy ktoś zapytał mnie: „Który rok uważasz ża pierwszy w niemieckiej historii?” – Odpowiedziałem mu: „szczerze, nie wiem, najpóźniej była to bitwa w Lesie Teutoburskim, ale być może nawet wcześniej, po niektórych bitwach Teutonów i Cimbri. Dlaczego nie? Wszystko to jest historia Niemiec. Gdy dziś patrzę na niemiecką historię jako część wielkiego obrazu, uważając dzisiejsze państwo niemieckie jako produkt końcowy aspiracji niemieckiej działalności militarnej i politycznej, to mam prawo do jednoczenia wszystkiego tego, co zostało osiągnięte przez Niemców w przeszłości. Tak więc niech któryś z tych śmiesznych Brytyjczyków przyjdzie i skonfrontuje się z nami! Mogą kolportować swoje śmiechu warte opowieści o królach angielskich, gdy ja za to wymienię naszych cesarzy. Mogę powiedzieć Brytyjczykom, że w czasie, gdy Anglia składała się z jednej śmiesznej wyspy, niemieccy cesarze przejeżdżali tysiące kilometrów, reprezentując Rzeszę Niemiecką.</p>
<p align="center"><em>(żywa owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;"><em> </em>  Czym była Anglia wtedy? Małą, śmieszną enklawą zaludnioną przez Teutonów, niczym więcej.</p>
<p>    Niemiecka historia nie zaczęła się z nami, ale zostanie ukończona przez nas. Ta tak zwana Trzecia Rzesza ukończy to, do czego aspirowała Pierwsza Rzesza, a której aspiracje zostały przeoczone przez Drugą Rzeszę; ale cel Pierwszej Rzeszy zostanie ostatecznie wypełniony przez tę, Trzecią Rzeszę. Oto, do czego dąży to państwo. Wszystkie ogromne organizacje, założone wraz z partią jako modelem, służą temu celowi jedynie, uformowane z zaczynu, ciała naszego narodu.</p>
<p><a name="AHnsdap" href="#retAHnsdap"><strong>Cel istnienia NSDAP</strong></a></p>
<p>   <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/PrzewodziPartia.jpg?t=1267365800"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/PrzewodziPartia.jpg?t=1267365800" alt="" width="290" height="408" /></a>I w tym miejscu muszę wspomnieć sprzeciw, jaki często słyszymy. Mówi się nam: „Z pewnością wszystko to miało miejsce, ale dlaczego wciąż utrzymujecie partię jako małe ciało wewnątrz niemieckiego ciała narodu?”. No cóż, jak już wspomniałem wcześniej, całość narodu nie nadaje się do przewodzenia. W przeszłości nasza partia sformowana została spośród tych, którzy gotowi byli walczyć w naszych zmaganiach. Odkąd nie jestem w stanie stworzyć więcej komunistów do zwalczania przez naszą partię, wobec tego partia kontynuuje walkę posługując się innymi metodami. Jesteście świadkami, że nasza niemiecka młodzież jest uczona dzielności i gotowości do wszelkiej akcji. Dzieje się tak dlatego, gdyż byłoby szaleństwem zakładać, że jedynie dowódca organizacji militarnej winien być odważny, gdy tymczasem nie ma potrzeby odwagi w organizacjach politycznych. Panowie, w ostatecznym rozrachunku to organizacje polityczne administrowały wszystkim tym, co zostało osiągnięte poprzez akcję wojskową w minionych stuleciach. Jeśli były tchórzliwe w swej administracji, to utracone zostało wszystko to, co uzyskano orężnie.</p>
<p>   Dlatego też nie mogą być nigdy wystarczająco odważne. Wręcz przeciwnie: odwaga ma najważniejsze znaczenie; odwaga cywilna jest rzeczą rzadką i winna ona być kultywowana. Aby partia przyszłości mogła składać się z najlepszych i najodważniejszych, musimy wyselekcjonować odpowiednich rekrutów z dzisiejszej młodzieży. Ona będzie zatem solidnym przywództwem. Wojskowi mniej niż ktokolwiek inny powinni mieć do tego zastrzeżenia. To tak, jakby spojrzeć na to w ten sposób: uczymy wszystkich Niemców miłowania kraju i bycia gotowym do obrony go; po co zatem potrzebujemy organizacji militarnej? Nie potrzebujemy jej! Już wpoiliśmy koncept odpowiedzialności militarnej wszystkim Niemcom; wiedzą oni, że muszą walczyć. – Tak, Panowie, organizacja militarna jest jedynie szkołą, w której naucza się posługiwania się bronią. Jeśli usuniemy tę szkołę, wtedy szkolenie teoretyczne stanie się bezużyteczne i wtedy ruch stanie się jedną całością z narodem, szkołą i przywództwem (wszystkie staną się „spokrewnionymi towarzyszami życia”), jak próbowałem zademonstrować Wam w skondensowanej formie w ciągu kilku minut. Chciałbym zaznaczyć, że gdybym miał naszkicować całość rewolucji w szczegółach – którą to rewolucję postrzegam jako rewolucję zdrowego rozsądku w przeciwieństwie do rewolucji szaleństwa – to zajęłoby to naturalnie wiele, wiele godzin. Dwadzieścia albo i trzydzieści wykładów stałoby się koniecznością, gdyż dotyka ona niemal wszystkich problemów życiowych. Musiałbym przyjąć nowe podejście w wielu kwestiach, gdyż pod ciężarem starych tradycji itd, pod zbiorem starych domowych rupieci pokrytych kurzem sprawy zatracają swoją klarowność.</p>
<p><a name="AHrew" href="#retAHrew"><strong>Rewolucja nie dobiegła jeszcze końca</strong></a></p>
<p>   Zebraliśmy wszystko i włączyliśmy jak planowaliśmy, usiłowaliśmy ulepszyć i ta praca postępuje nadal. Nie jesteśmy u końca tej rewolucji, lecz jedynie w pierwszym jej roku. Objaśnienie wszystkiego w szczegółach zajęłoby „całą wieczność”, co jest niemożliwe.</p>
<p>   W zakończeniu chciałbym dać Wam do zrozumienia, że jest to ogromne wydarzenie i że jedynie w tym kontekście można pojąć olbrzymią zmianę, jaka dokonała się w narodzie niemieckim oraz jego gotowość do zaakceptowania jednego przywódcy i do zniesienia całego znoju, jakim obciążony jest naród niemiecki obecnie. A historia pokazała, że ruch taki jak nasz, jest w stanie zdziałać cuda. Gdy francuskie armie rewolucyjne zebrały się, by bronić swych ideałów rewolucyjnych, które w końcu zainspirowały miliony swymi galijskimi frazami, można było zaobserwować rozpad „gwardii”, częściowo dlatego, ponieważ rewolucja posuwała się naprzód i zaczęła ją niszczyć od wewnątrz, ale i dlatego, że posiadała wyższość intelektualną.</p>
<p>   Prusy ostatecznie załamały się w latach 1805/06 i to wtedy słowo „ojczyzna” (Vaterland) zaczęło się pojawiać, niebezpieczny termin w erze dynastycznej destrukcji, ponieważ reprezentował on pojęcie wielkiego państwa niemieckiego. Ci, którzy to pojęcie reprezentowali, byli, kilka lat później, skazywani na śmierć lub więzieni – jednak to pojęcie było tak potężne, że ci żołnierze, którzy zostali przez nie porwani, nawet jeśli byli produktem nienajlepszego szkolenia wojskowego, a zatem pod tym względem przeciętni, byli jednak zupełnie innymi bojownikami. Niech mi wolno będzie powiedzieć, że wiele spośród idei Scharnhorsta i niezrealizowanych wtedy, mogło jedynie powoli i systematycznie zostać zrealizowanymi w naszych siłach zbrojnych dnia dzisiejszego.</p>
<p>  <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/ecclestones-heroes.jpg?t=1267364008"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/ecclestones-heroes.jpg?t=1267364008" alt="" width="214" height="301" /></a> Dlatego też i w tym zakresie nie wypełniamy jedynie czegoś, co ktoś wyśnił, lecz to, co wypełniamy obecnie, stanowi intelektualny dorobek całych pokoleń. Jedyne, co robię, to nadanie (spójnego) kształtu tym percepcjom, by uformować je w polityczną i militarną rzeczywistość, jeśli tak życzycie sobie to określić. Oto moje zadanie.</p>
<p>   Mamy obecnie dwa inne przykłady: Rosja. Kto by przypuszczał, że carska Rosja postępowałaby tak jak Rosja bolszewicka dzisiaj? Jakąż różnicę stanowiła ideologia! I nie myślcie, że tego nie przewidywałem. Kilka dni przed początkiem obecnej wojny miałem rozmowę z Marszałkiem Rzeszy, Gőringiem, i powiedziałem mu wtedy: Gőring, to będzie nasza najtwardsza walka, o wiele! Marszałek Rzeszy zapytał: „Dlaczego pan sądzi, że tak będzie, Mein Fűhrer?”.  Ponieważ, odpowiedziałem, tutaj po raz pierwszy mamy oponenta reprezentującego światopogląd (Weltanschauung), ideologicznie fanatycznego przeciwnika.</p>
<p><a name="AHtra" href="#retAHtra"><strong>Transformacja światopoglądu. Jednolita edukacja polityczna</strong></a></p>
<p>   <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/hj.jpg"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/hj.jpg" alt="" width="300" height="430" /></a>Jednak Niemcy są również dowodem na to, czego może dokonać transformacja światopoglądu; z jednej strony są tycy, którzy nie są świadkami tej transformacji, i oni dostarczają nam ewidencji na to, co mogłoby się stać, gdyby ta transformacja  nie nastąpiła, tak więc muszę na zakończenie powiedzieć: oficerowie muszą odgrywać decydującą rolę w transformacji etosu. Chciałbym powiedzieć, że musi to być ich deklaracja wiary, gdyż są oni po raz pierwszy w naszej najnowszej historii w sytuacji niespodziewanej; mam na myśli to, że wszyscy reprezentujący państwo – to jest etos państwa – oraz urzędnicy państwowi, są zjednoczeni. Dodam jeszcze jedną myśl, tę mianowicie, że będę służył, by utrzymać to państwo, jako coś, co przez całe pokolenia przedtem było niemożliwością. Mogę jeszcze powiedzieć: nie jestem sam w swoich poglądach, jako że jedna grupa wiekowa za drugą, wyrosłe w tej linii nauczania, darzy mnie zaufaniem, i jedyne, co muszę czynić, to kontynuować tę edukację. Jeśli będę ją kontynuował, to będę posiadał narzędzie w ręku, które znam, wiedząc, że każdy członek mego narodu dzierży broń w ręku i pójdzie za mną tak jak niegdyś szedł za przywódcami politycznymi przedtem i jak za nimi zawsze będzie postępował. Żołnierze i oficerowie są zatem w pożądania godnej sytuacji, by kontynuować tę edukację, którą w tym państwie rozpoczęta została w dzieciństwie, gdyż małe dzieci zaczynają swą edukację w przedszkolu. Potem będą należeć do skautów i ich edukacja będzie kontynuowana. Ze skautów pójdą dalej do Hitlerjugend, potem do pracy w przemyśle i ich edukacja kontynuowana będzie tam. Podczas nauki rzemiosła będą otrzymywać tę samą jednolitą edukację. Ci młodzi ludzie po osiągnięciu 18 roku życia staną się członkami partii i znowu będą otrzymywali to samo wykształcenie. Część z nich wstąpi do SA – wciąż takie samo wykształcenie – lub do SS i otrzyma tego wykształcenia więcej. Potem włączą się do siły roboczej i będą uzyskiwali takie samo wykształcenie. <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/wehrmacht_the_formidable.jpg?"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/wehrmacht_the_formidable.jpg?" alt="" width="467" height="314" /></a>Potem armia: tutaj także edukacja musi być kontynuowana i kiedy zwolnieni zostaną po dwóch latach, zostaną natychmiast skierowani do ruchu politycznego i znowu otrzymywać będą dalej tę samą edukację. Będzie istniała jednolita edukacja od dzieciństwa aż po późny wiek. Wierzcie mi, ogół narodu tak wykształcony jest nie do zdarcia; rok 1918 nigdy się więcej nie powtórzy. Zawsze można polegać na narodzie edukowanym w taki sposób, bez względu na to jak złe są grzmoty i burze. Do jednej rzeczy nie wolno dopuścić: do przerwania tej edukacji i jest to obowiązkiem całego niemieckiego korpusu oficerskiego, by poświęcić się temu wspaniałemu zadaniu z fanatyzmem, aby odegrać rolę w tej zunifikowanej edukacji i poszerzać ją.</p>
<p>   Oni sami będą się uczyć podczas tego procesu i pozostaną poinformowani o naukowych percepcjach tak, że nie tylko będą trwać przy powierzonej im młodzieży, lecz zapewnią, że gdy oni sami przejdą dalej do innych zadań, strumień młodej krwi niemieckiej popłynie tym samym kanałem aż do późnej starości i pozostanie wolnym od wątpliwości i wszelkich wahań.</p>
<p>   To, co my wszyscy czynimy w tej mierze, stanowi wielką służbę narodowi niemieckiemu, ponieważ, wierzcie mi, masy chcą, by nimi kierowano. Tak jak lubią swego dowódcę kompanii i cieszą się, że mają kogoś, kto wie, jak dowodzić, kogoś zdolnego do unikania problemów (fragment nieczytelny) w grupach po 80, 100, 150 ludzi, tak i naród niemiecki szczęśliwy będzie, gdy będzie prowadzony przez zjednoczone przywództwo i w ten sposób chroniony przed wszelkim niepowodzeniami.</p>
<p align="center"><em>(żywa owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;"><em> </em>   Wierzcie mi, ludzie nie potrafią o tym zadecydować sami. Często byłem pytany: „dobrze, a dlaczego nie pozwolić ludziom decydować w tej kwestii?”. Zawsze podejmowałem decyzje, a następnie pytałem ludzi: zgadzacie się z tą decyzją? Jednak nigdy nie spodziewałem się, by ludzie podjęli decyzję. Jeśli przywództwo nie potrafi znaleźć w sobie odwagi, by podejmować decyzje, to czy mogę spodziewać się, że zwykli ludzie z mego narodu ją podejmą? Jeśli myśliciele nie potrafią osiągnąć zgody, to ktoś musi podjąć decyzję. I to jest właśnie to, co jest tak piękne w zawodzie oficera: jest rzeczą w oczywisty sposób niemożliwą, by kompania decydowała, lub batalion, lub nawet mój podwładny oficer, jaką decyzję podjąć.</p>
<p>   <a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/gp0001.jpg?t=1267364403"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/gp0001.jpg?t=1267364403" alt="" width="253" height="360" /></a>Ale jakaś musi zostać podjęta i jeśli ma ona zostać podjęta w sytuacji krytycznej, to oficer może być dumny z jej podjęcia; gdy zaakceptował odpowiedzialność, nie jest ważne, że zdaje sobie sprawę z tego, że może się mylić.</p>
<p align="center"><em>(owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;">    Lepiej się mylić niż pozwolić masom na przekonanie, że to one rządzą, że decyzja należy do nich; byłoby to równoznaczne z deklaracją porzucenia przywództwa, deklaracja tchórzostwa. To nigdy nie może się zdarzyć.</p>
<p>   Dlatego jestem przekonany – jest to moje głębokie przekonanie – że ta konkretna wojna wzmocni ideę narodowego socjalizmu w siłach zbrojnych oraz że, gdy wygramy tę wojnę, to stanie się tak dzięki temu nowemu kształceniu narodu i dzięki nowym niemieckim siłom zbrojnym; oraz że dlatego musimy podążać za jednym tylko celem: by wzmocnić ogół narodu; uczynić go twardym aż w końcu stanie się nie do zniszczenia, by wypełnić przeznaczoną dla niego rolę w Europie.</p>
<p>   Nie może być wątpliwości co do jednego: albo przegramy tę wojnę – a to stanowiłoby koniec naszego narodu <a name="retAH4" href="#AH4">(4)</a> – albo wyjdziemy z niej zwycięsko – <em>i tak się stanie!</em> I to będzie początek naszego panowania nad Europą.</p>
<p style="text-align: center;"> <em>(długotrwała burzliwa owacja)</em></p>
<p style="text-align: left;"><em><br />
<strong>PRZYPISY</strong></em></p>
<p><a name="AH1" href="#retAH1"><strong>1.</strong></a> W tym miejscu Hitler odchodzi od prezentowanego w “Mein Kampf” spojrzenia na naród, rasę i rolę państwa w kwestii rasowej. W „Mein Kampf” jednoznacznie zaprezentowany został ten pierwotny pogląd w tomie 2 (“Ruch narodowo-socjalistyczny”), a konkretnie w rozdziale 2 “Państwo”, który w całości można przeczytać <a href="http://radioislam.org/historia/hitler/mkampf/ger/2-02.htm" target="_blank">w wersji niemieckiej</a> oraz w <a href="http://www.hitler.org/writings/Mein_Kampf/mkv2ch02.html" target="_blank">wersji angielskiej </a>.</p>
<p><a name="AH2" href="#retAH2"><strong>2.</strong></a> Zestawienie z kościołem katolickim oraz istniejącym w nim celibatem księży znajduje się także w &#8220;Mein Kampf&#8221;. Poniżej prezentowany jest pełny fragment z tamtej książki, w celu zademonstrowania pełnego kontekstu:</p>
<p>„Istnieje jeszcze inny powód, dla którego państwo winno przygotować się do takiej sytuacji. Nasza klasa intelektualna, szczególnie w Niemczech, jest tak zamknięta w sobie i tak skamieniała, że brakuje jej kontaktu z klasami poniżej niej. Dwie nieszczęsne konsekwencje z tego wynikają: po pierwsze klasa intelektualna ani nie rozumie szarokiech mas ani nie sympatyzuje z nimi. Jest od nich odcięta od nich tak długo, że nie jest w stanie posiadać jakichkolwiek związków psychologicznych z nimi, które pozwoliłyby jej zrozumieć je. Została odseparowana od ludu. Po drugie klasie intelektualnej brakuje niezbędnej siły woli; gdyż ta zdolność jest zawsze słabsza w wyrobionych sferach, żyjących w odosobnieniu, niż w prymitywnych masach ludu.</p>
<p>Bóg nie poskąpił nam, Niemcom, bogatej kultury naukowej, lecz zawsze bardzo brakowało nam siły woli i zdolności podejmowania decyzji. Na przykład, im bardziej „intelektualni” byli nasi mężowie stanu, tym bardziej brakowało im w większości praktycznych osiągnięć. Nasze przygotowanie polityczne i wyposażenie techniczne dla wojny światowej były wadliwe, z pewnością nie dlatego, że umysły rządzące narodem były zbyt mało wykształcone, lecz dlatego, że ludzie kierujący naszymi sprawami publicznymi byli zbyt wykształceni, wypełnieni aż do przelewu wiedzy i inteligencji, jednak bez jakiegokolwiek zdrowego instynktu i po prostu bez energii lub bodaj ducha śmiałości.</p>
<p>Stanowiło tragedię naszego narodu, że musiał on walczyć o swą egzystencję pod rządami kanclerza, który był filozofującym słabeuszem. Gdybyśmy zamiast Bethmanna Hollwega mieli twardego reprezentanta narodu jako naszego przywódcę, to wtedy krew naszych szeregowych grenadierów nie zostałaby przelana nadaremnie. Przesadnie intelektualny materiał, jakim byli nasi przywódcy, okazał się najlepszym sojusznikiem tych łajdaków, którzy dokonali rewolucji listopadowej. Poprzez powściąganie w nędzny sposób powierzonego jej dobra narodu, zamiast je w pełni i całkowicie reprezentować, ta inteligencja jedynie stworzyła przesłankę dla sukcesu innych.</p>
<p>Kościół Katolicki stanowi tu pouczający przykład. Celibat duchownych zmusza Kościół do rekrutowania swych księży nie spośród swych własnych sfer, lecz progresywnie spośród mas ludu. Jednak niewielu dostrzega znaczenie celibatu w tym kontekście. Tymczasem właśnie w nim leży przyczyna niewyczerpanego wigoru charakteryzującego tę starożytną instytucję. Gdyż poprzez nieustanne rekrutowanie w ten właśnie sposób dygnitarzy eklezjalnych z niższych klas ludu, Kościół jest nie tylko w stanie utrzymać kontakt instynktywnego zrozumienia mas populacji, ale i zapewnić sobie możliwość stałego czerpania z owego zapasu energii, która jest osiągalna w tej formie jedynie wśród mas ludowych. Stąd bierze się zadziwiająca młodzieńczość tego gigantycznego organizmu, jego mentalna elastyczność i żelazna siła woli.”</p>
<p>Adolf Hitler, <em>“Mein Kampf”,</em> tom 2:<em> “Ruch Narodowo-Socjalistyczny”,</em> rozdział 2: <em>“Państwo”</em></p>
<p><a name="AH3" href="#retAH3"><strong>3.</strong></a> Hitler niewątpliwie nawiązuje tu do Bitwy Warszawskiej 1920 roku, kiedy to istotnie udało się powstrzymać pochód &#8220;do światowego pożaru rewolucji&#8221;, który miał prowadzić &#8220;po trupie białej Polski&#8221;. Hitler, podobnie jak wielu, uważał, że &#8220;Cud nad Wisłą&#8221; nie powtórzyłby się już po raz drugi, gdyby Sowieci zaatakowali powtórnie. A stwierdzenie o tym, &#8220;czego zdołaliśmy się dowiedzieć&#8221; może odnosić się zarówno do przekonania się, w 1939 roku, o niesamowitej słabości militarnej Polski, jak i do zaskakujących wiadomości odnośnie masowej produkcji wojskowej ZSRR. Oto dwa fragmenty wypowiedzi odnoszące się do obu tych kwestii:</p>
<p>19 września 1939 roku w Gdańsku Hitler wygłosił przemówienie, już w pewnym sensie podsumowujące Kampanię Wrześniową. O wartości bojowej Wojska Polskiego wyraził się on wówczas następująco:</p>
<p><em>„Pragniemy w tym momencie oddać pełną sprawiedliwość żołnierzowi polskiemu. Polak w wielu miejscach walczył dzielnie. Jego niższy szczebel dowodzenia czynił rozpaczliwe wysiłki. Dowodzenie średniego szczebla było mało inteligentne. Jego naczelne dowództwo było złe poniżej wszelkiej krytyki. Jego organizacja była </em>polska<em>.”</em></p>
<p>To ostatnie słowo zostało użyte w ewidentnie pogardliwym sensie i skwitowane zostało przez słuchaczy salwą śmiechu&#8230;</p>
<p>4 czerwca 1942 roku Hitler przebywał z wizytą w Helsinkach. Okazji dostarczyły 75 urodziny prezydenta Finlandii, marszałka Carla Gustava Mannerheima. Oto wyjątek rozmowy obydwu liderów, odnoszący się do zbrojeń radzieckich:</p>
<p>Hitler: <em>„Absolutnie, to jest&#8230;posiadali największe zbrojenia, jakie można sobie było wyobrazić. Cóż, gdyby ktoś mi powiedział, że jakiś kraj (&#8230;) mógł wystartować z trzydziestoma pięcioma tysiącami czołgów, to powiedziałbym mu: ‘Oszalałeś!’”<br />
</em>Mannerheim: <em>„Trzydzieści pięć?”<br />
</em>Hitler: <em>„Trzydzieści pięć tysięcy czołgów”<br />
</em>Głos z tyłu: <em>„Trzydzieści pięć tysięcy, tak!”</em></p>
<p><a name="AH4" href="#retAH4"><strong>4.</strong></a> Ta teza &#8211; albo będąca rzeczywistym przekonaniem, albo jedynie tezą propagandową, bardzo przypomina często powtarzany i dzisiaj w Polsce pogląd &#8211; znowu: albo będący rzeczywistym czyimś przekonaniem, albo tezą propagandową &#8211; według którego &#8220;gdyby Hitler wygrał wojnę, to by nas wszystkich wymordował&#8221;&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2010/02/28/hitler-przemowienie-z-platterhof-26-05-1944/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Minarety z galarety</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/11/30/minarety-z-galarety/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/11/30/minarety-z-galarety/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 30 Nov 2009 13:09:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Religia]]></category>
		<category><![CDATA[Bruncz]]></category>
		<category><![CDATA[Imigracja]]></category>
		<category><![CDATA[Minerety]]></category>
		<category><![CDATA[Multikulturalizm]]></category>
		<category><![CDATA[Referendum Szwajcarskie]]></category>
		<category><![CDATA[Terlikowski]]></category>
		<category><![CDATA[Tolerancja Religijna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.monio.info/?p=1893</guid>
		<description><![CDATA[Dariusz Bruncz i Tomasz Terlikowski  (patrz: linki poniżej niniejszego tekstu) otworzyli w serwisie ekumenizm. pl serię artykułów odnoszącą się do ostatniego referendum w Konfederacji Helweckiej, a dotyczącego budowy minaretów.
Obydwaj chyba spudłowali, jeden strzelił za bardzo na prawo, drugi na lewo&#8230; Spróbujmy my zatem strzelić wprost w środek. „Dario” wychodzi z założenia, że wynik (ponad 57 [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/DARIO.jpg"><img class="alignleft" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/DARIO.jpg" alt="" width="215" height="152" /></a><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/TOMO.jpg"><img class="alignright" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/TOMO.jpg" alt="" width="194" height="146" /></a>Dariusz Bruncz i Tomasz Terlikowski  (patrz: linki poniżej niniejszego tekstu) otworzyli w serwisie ekumenizm. pl serię artykułów odnoszącą się do ostatniego referendum w Konfederacji Helweckiej, a dotyczącego budowy minaretów.<br />
Obydwaj chyba spudłowali, jeden strzelił za bardzo na prawo, drugi na lewo&#8230; Spróbujmy my zatem strzelić wprost w środek. „Dario” wychodzi z założenia, że wynik (ponad 57 procent przeciw minaretom) jest pozytywny, bo oznacza trzymanie się tego, co uważa za tożsamość europejską. „Tomo” zaś nazywa ten wynik „drogą donikąd”, bo jego zdaniem oznaczać to będzie z jednej strony radykalizację muzułmanów, a z drugiej pomoże walczyć w przyszłości z wszelką religią, skoro już dzisiaj wolno zakazywać jej widzialnych, fizycznych atrybutów.</p>
<p>I jeżeliby przyjrzeć się sprawie przez obie pary „okularów” obu Autorów, to obaj mają dużo racji. Jednak cała rzecz akurat jest w czymś zupełnie innym.</p>
<p>Obydwaj Autorzy pomijają najważniejsze punkty całej sprawy: kwestię IMIGRACJI, kwestię WOLNEGO WYBORU dokonanego przez obywateli oraz kwestię SZTUCZNEJ ANTAGONIZACJI do islamu przez NASZE establishmenty polityczne prowadzące wojny i okupacje w krajach islamskich. Dokładnie właśnie tak: obaj Autorzy boją się lasu minaretów w Europie przyszłości, ale to nie muzułmanie okupują jakikolwiek kraj europejski, rozogniając tam „rachunki krzywd” – to skorumpowane i posługujące się kłamstwem rządy zachodnie prowadzą takie wojny i okupacje w krajach islamu już od szeregu lat. I to w poparciu dla Izraela, okupującego taki kraj już od szeregu dziesiątków lat&#8230;</p>
<p>Europa nie cierpi dlatego, że jest w niej islam – bo on w niej jest od bardzo wielu stuleci, ale z powodu rosnącej liczby imigrantów, którzy zaczynają już antagonizować (czy tego chcą czy nie) Europejczyków. Odpowiedzialnością za politykę imigracyjną obciążać jednak nie należy islamskich imigrantów (bo co oni winni: że chcieli się przenieść tam, gdzie większy dobrobyt. Ja też tak zrobiłem, więc czemu jestem winny?) lecz europejskie i pozaeuropejskie rządy (USA, Kanada, Australia) oraz mocodawców tych rządów, obficie „smarujących” gotówką tam, gdzie trzeba wspomóc „odpowiedniego” kandydata do parlamentu albo kandydata na premiera&#8230; Również nas samych można obwiniać: czemu płodzimy tam niewiele dzieci, że potem się gospodarkę narodową „wspiera” milionami przybyszów wziętych dosłownie skądkolwiek, byle tylko bardziej „ukoloryzować” i wymieszać ze sobą wszystko (czytaj: rasy, kultury i religie) co się da, obojętnie czy to akurat jest zabieg korzystny czy nie&#8230;</p>
<p>To tyle odnośnie imigracji. Również odnośnie radykalizacji, bo te zbrodnicze wojny zamorskie bardziej radykalizują muzułmanów niż brak tu i ówdzie jakiegoś minaretu. Zapytaj sam siebie, Tomaszu: ile to tych minaretów jest naprawdę koniecznych do normalnego funkcjonowania religii islamskiej (wzgląd polityczny i propagandowy akurat celowo pomijam)? Czy powiedziałbyś na przykład, że w każdym wiejskim z***piu potrzebna jest d**na kościelna wieża gotycka? Nie, bo dzwony mogą tam być mniejsze i wisieć sobie w znacznie niższej wieży, albo nawet w wieżyczce na dachu albo pod t.zw. przydaszkiem od frontu (większość wczesnych kościołów europejskich NIE miała pierwotnie żadnych wież&#8230;). Podobnie rzecz ma się z minaretami: meczety nie muszą ich mieć w ogóle, a wcale przez to nie stają się „obumarłe”. Powiedzmy to sobie wprost, bez owijania całej sprawy w nadmiar „bawełny”: <strong>minarety są meczetom obecnie akurat tak „potrzebne do szczęścia”, jak przysłowiowy „zającowi dzwonek”&#8230;<br />
</strong><br />
No i właściwie na tym cała sprawa mogłaby się zakończyć: chodziło w całej sprawie <strong>O NIC</strong>, gdy chodzi o samo meritum swobód religijnych. Minaret to jednak potężna struktura, więc chyba i rację mają ci, którzy wskazywali na polityczno-propagandowe aspekty całej muzułmańskiej batalii o te ogromne dominanty.</p>
<p>O co zatem tak naprawdę chodzi w referendach takich jak to helweckie? Tak, rozmaitym ludziom może chodzić o rozmaite rzeczy (inaczej pewnie „Tomo” i „Dario” nie różniliby się zbytnio w poglądach).</p>
<p>Otóż chodzi o ten trzeci z wymienionych na wstępie aspektów: <strong>O WOLNY WYBÓR</strong>.</p>
<p>I tu obydwaj Autorzy chybili już zupełnie, ba, nie trafili nawet w obrzeżenie tarczy. Ani bowiem referendum nie oznacza obrony stanu obecnego, ani nie stanowi drogi donikąd. Od kiedy to referendum i wolny wybów są „drogą donikąd”, „Tomo”? To <strong>KTO</strong>, Twoim zdaniem, ma decydować o tym, co ma być i co nie ma być budowane w kraju? Czy nie wiesz o tym, że jak chcesz sobie dobudować chlewik od tyłu willi – <strong>na Twoim własnym gruncie!</strong>, to musisz mieć zgodę miejscowej rady, a w najlepszym wypadku zgodę bezpośrednich sąsiadów?</p>
<p>Referendum też nie oznacza, że minarety po wsze czasy zostaną zakazane w Helwecji. To oznacza jedynie, że NARAZIE ich tam nie będzie. No, bo jeśli za parę albo paręnaście lat Helweci jednak, w innym już referendum, zdecydują, że  i owszem, niech będzie tych minaretów nawet cała dżungla – to co: też będzie to droga donikąd?</p>
<p>Sam pewnie życzyłbyś sobie, aby Polacy mieli takie referendum całkiem niedawno, gdy o wiele powżniejsza kwestia się ważyła niż minarety: a mianowicie kwestia (dalszego, konsekwentnego) ograniczenia suwerenności ich własnego państwa. Wywierające na nas (oraz na czeskiego prezydenta Klausa, tego „Jana Hachę” naszych czasów) t.zw. „czynniki europejskie” też najwyraźniej uznały, że referendum to „droga donikąd” (zapewne obawiali się o rezultaty bardziej niż w Irlandii&#8230;). Wybrali inne rozwiązanie. A nasze władze potulnie się podporządkowały niczym ci zdrajcy z Sejmu w XVIII wieku, co uznali Traktaty (nie, nie „Lizbońskie”, ale Rozbiorowe).</p>
<p>Ale jeszcze raz pytam: <strong>KTO</strong>, jeśli nie obywatele, ma decydować, co się w okolicy buduje, a czego nie?</p>
<p>Poza tym jest jeszcze jedna rzecz: nawet zwycięstwo „minaretowców” w referendum nie oznaczałoby jeszcze, że one natychmiast byłyby wznoszone. Konfederacja Helwecka składa się z 25 kantonów, a te z mniejszych jeszcze jednostek administracyjnych. Tam też są władze, tam też są wspólnoty i tam też się poddaje rozmaite projekty pod głosowanie. Czyli: obecne wybory mogliby nawet teoretyczni wygrać „minareciarze” osiągając 100 procent poparcia, a następnie&#8230;. przez dziesiątki lat mógłby nie powstać tam  ani jeden minaret&#8230; Bo wolny wybór przysługuje w Helwecji (narazie przynajmniej) nie tylko ogółowi obywateli, ale i wspólnotom lokalnym.</p>
<p><strong>„Tomo”:</strong>  referenda to jedyna droga (i to wcale nie „donikąd”) rozstrzygania kwestii budzących takie emocje, jak ta.</p>
<p><strong>„Dario”:</strong> Europa nie straci nic na swej tożsamości, jesli ktoś w niej zbuduje minarety. Straci natomiast, jeśli dalej będzie poddawana barbarzyństwu gangów politycznych spod znaku „multi – kulti”, zamieniających Kontynent w grunt pod przyszłe konflikty rasowe i kulturowe.</p>
<p>References:</p>
<p>&#8220;Dario&#8221;   <a href="http://www.ekumenizm.pl/content/article/20091130001309514.htm" target="_blank">&#8220;Brawa dla Szwajcarów&#8221;</a><br />
&#8220;Tomo&#8221;  <a href="http://www.ekumenizm.pl/content/article/20091130114933617.htm" target="_blank">&#8220;Szwajcarska droga donikąd&#8221;</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/11/30/minarety-z-galarety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Trzy dzieła</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/11/27/trzy-dziela/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/11/27/trzy-dziela/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 27 Nov 2009 11:46:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Izrael]]></category>
		<category><![CDATA[Jewish Intolerance]]></category>
		<category><![CDATA[Palestyna]]></category>
		<category><![CDATA[Sztuka i polityka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.monio.info/?p=1851</guid>
		<description><![CDATA[Interesujące rzeczy dzieją się w mediach. Tak, naprawdę interesujące (choć czasami już nużą swoim ciągłym powtarzaniem się). Weźmy choćby teatr, estradę i film. Zdaje się, że o ile jednym wolno tam niemal wszystko (od wulgarnych nieraz ataków na chrześcijaństwo aż po gloryfikację przemocy), innym najchętniej zabronionoby nawet recytacji prostych monologów teatralnych, bez takiej wulgarności i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-large wp-image-1853" title="Play forbidden" src="http://www.monio.info/wp-content/uploads/2009/11/Play-forbidden-933x1023.jpg" alt="Play forbidden" width="336" height="368" />Interesujące rzeczy dzieją się w mediach. Tak, naprawdę interesujące (choć czasami już nużą swoim ciągłym powtarzaniem się). Weźmy choćby teatr, estradę i film. Zdaje się, że o ile jednym wolno tam niemal wszystko (od wulgarnych nieraz ataków na chrześcijaństwo aż po gloryfikację przemocy), innym najchętniej zabronionoby nawet recytacji prostych monologów teatralnych, bez takiej wulgarności i bez takiej przemocy.</p>
<p>Możnaby cytować długie listy rozmaitych dzieł (oraz tak zwanych „dzieł”) by to unaocznić. Rzućmy okiem na parę z nich: dwa filmy i jedną kilkuminutową sztukę.</p>
<p>„Inglorious Basterds”, fikcyjna historia grupy żydowskich żołnierzy amerykańskich, którzy po wylądowaniu we Francji w wyjątkowo sadystyczny sposób zabijają i mordują tam Niemców. Doczekał się pochlebnych recenzji, jak gdyby było to wybitne dzieło o wartościach ponadczasowych i humanitarnej treści. Gdy tymczasem to zwykła szmira rynsztokowa, robiąca zabawę z przemocy, jaką zwykło się przypisywać satanistom&#8230;</p>
<p>„Biała wstążka” to znowu film, też o przemocy, ale bardziej stonowany. Tego filmu nie widziałem, więc polegam na dziesiątkach recenzji pisanych przez tych, którzy go widzieli. To film, którego akcja toczy się tuż przed I Wojną Swiatową w Niemczech. Albo sama akcja tego filmu, albo pozafilmowa sugestia (wychodzi na to, że jedno i drugie) stawiają ją w roli „preludium do nazizmu”. Ma to być swoiste studium, pokazujące naród niemiecki kroczący już niemal wprost ku terrorowi. Tyle recenzenci – wystarczy przejrzeć internet, by się o tym przekonać. Wszyscy oni podkreślają owo preludium do nazizmu, nie widziałem jeszcze recenzji, choćby nie wiedzieć jak różnej od innych, któraby się do tego aspektu nie odwołała.</p>
<p>Wychodzi na to, jak w innych już przykładach, że Niemcom (tudzież innym) można bez przerwy przypisywać, niemal już taśmowo, przez całe dziesiątki lat winę zbiorową i to na ogromnym ekranie kinowym, a potem jeszcze wynagradzać „oskarżyciela” „Złotą Palmą” za „szczególne osiągnięcie”.</p>
<p>Ale&#8230; w tym samym dniu, czyli wczoraj, wpadła mi w ręce lokalna gazeta w Perth. Na ogół takich gazet nie czytam. W ogóle nie jestem fanem gazet, wolę internet, bo dzięki panującej tam (jeszcze) ogromnej swobodzie można się dowiedzieć daleko więcej. Dostarczana jest raz na tydzień do skrzynek pocztowych przed domami, blokami mieszkaniowymi czy biurami. Ten konkretny numer, prezentowany tutaj, pochodzi z 14 listopada. Walał się jeszcze w biurze, gdy go znalazłem na jednej półce. Zainteresowani mogą sami przeczytać (poniżej) zamieszczony tam na dwóch stronach artykuł <em>„Amnesty axes Jewish play”</em>.</p>
<p>Jak wiadomo, Amnesty International prowadzi w rozmaitych krajach świata kampanie przeciw wojnom, przemocy i prześladowaniom. Czyni to w najrozmaitszy sposób, między innymi poprzez krótkie przedstawienia teatralnego typu. Jednym z takich przedstawień jest sztuka (zaledwie ośmiominutowa) brytyjskiej autorki <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Seven_Jewish_Children">Caryl Churchill</a>, napisana w styczniu 2009 roku po bombardowaniu Strefy Gazy przez Izrael. We Fremantle, dzielnicy Perth, Amnesty International planowała wystawienie tego krótkiego utworu w ramach odbywającego się tam festiwalu młodzieżowego. Ale przedstawienie zostało odwołane, bo&#8230; sprzeciwiła się temu miejscowa organizacja żydowska, zwana „Jewish Community Council of Western Australia” (JCCW). Jej rzecznik, pan Steve Lieblich oskarżył Amnesty Internationa o „demonizowanie i stosowanie podwójnych standardów”. Dla uzasadnienia swego stanowiska, posunął się on do stwierdzenia, że ta sztuka – jak sami Państwo mogą przeczytać w tekście artykułu – opiera się na antycznym „kłamstwie i zniesławieniu”, według którego Zydzi dopuszczali się rytualnego zabijania małych dzieci. Jak Państwo sami mogą się jednak przekonać, <a href="http://www.youtube.com/watch?v=lYAYnJ6HZ5M">oglądając ten mini-spektakl</a> w youtube, nie ma w nim w ogóle takiego wątku. Co oznacza, że rzecznik JCCWA posłużył się po prostu nieprawdą&#8230; Do tego oskarżył on organizatorów o stosowanie <em>„propagandy takiej, jak naziści”.</em> Interesujące to stwierdzenie, zwłaszcza w świetle faktu, że sztuka ta miała swoją premierę w Londynie (w lutym tego roku) <strong><em>z żydowską obsadą</em></strong>&#8230;</p>
<p>Wychodzi zatem na to, że tak naprawdę kto inny niż Amnesty International stosuje podwójne standardy. Nie słyszeliśmy pana Lieblicha utyskującego nad przypisywaniem nie-Żydom zbiorowej odpowiedzialności w filmach typu „Lista Schindlera” lub „Biała wstążka”. Nie słyszeliśmy jego oburzenia nad degenerackim obrazem „Inglorious Basterds”. Ale tych kilka sekwencji, zajmujących nieco ponad osiem minut, jest „propagandą nazistów”.</p>
<p>Jednym wolno zatem gloryfikować kinową przemoc „klozetowego” typu, ale innym nie wolno wystawiać sztuki. Nawet w jednej dzielnicy. Nawet przez osiem minut.</p>
<p>Nie wiem, jak Państwo, ale ja zaczynam mieć już tego serdecznie i nieodwołalnie dość.<br />
Ciekawa jest też reakcja stanowego ministra sztuki, Johna Daya (Liberal Party) oraz jego vis-a-vis w opozycyjnym „gabinecie cieni”, Johna Hyde (Australian Labor Party). Obaj odmówili jakiegokolwiek komentarza. Czyżby sami mieli portki pełne strachu?</p>
<p>PS  <a href="http://www.ekumenizm.pl/content/article/20091125181227687.htm">Artykuł</a> , który spostrzegłem tego samego dnia</p>
<p><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/SevenJewishchildren1.jpg"><img class="aligncenter" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/SevenJewishchildren1.jpg" alt="" width="727" height="1024" /></a></p>
<p> </p>
<p><a href="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/SevenJewishchildren2.jpg"><img class="aligncenter" src="http://i658.photobucket.com/albums/uu305/FabrizioDeTemprafore/SevenJewishchildren2.jpg" alt="" width="1023" height="752" /></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/11/27/trzy-dziela/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy Izrael to pomyłka?</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/07/22/czy-izrael-to-pomylka/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/07/22/czy-izrael-to-pomylka/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 22 Jul 2009 09:15:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Amnesty International]]></category>
		<category><![CDATA[Deir Yassin]]></category>
		<category><![CDATA[Hamas]]></category>
		<category><![CDATA[Izrael]]></category>
		<category><![CDATA[Medinat Weimar]]></category>
		<category><![CDATA[Neturei Karta]]></category>
		<category><![CDATA[Norman Finkelstein]]></category>
		<category><![CDATA[Palestyna]]></category>
		<category><![CDATA[Ronen Eidelman]]></category>
		<category><![CDATA[Saladyn]]></category>
		<category><![CDATA[Strefa Gazy]]></category>
		<category><![CDATA[Syjonizm]]></category>
		<category><![CDATA[Terlikowski]]></category>
		<category><![CDATA[Weimar]]></category>
		<category><![CDATA[Yad Vashem]]></category>
		<category><![CDATA[Yael Bartana]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://monio.info/?p=451</guid>
		<description><![CDATA[Wiele napisano już o sytuacji w strefie Gazy i o stosunkach arabsko-żydowskich na Bliskim Wschodzie. Do napisania tego tekstu skłonił mnie szereg artykułów. Zwróciłem uwagę na artykuł Tomasza Terlikowskiego&#8220;Lekcja Holokaustu&#8221; , którego pierwotnym miejscem opublikowania był magazyn Polska. The Times. Właściwie powtórzył w nim to, co już pisał w innych publikacjach na temat obecnej rzeźni [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignleft size-full wp-image-478" title="israel_flag" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/israel_flag.jpg" alt="israel_flag" width="184" height="137" />Wiele napisano już o sytuacji w strefie Gazy i o stosunkach arabsko-żydowskich na Bliskim Wschodzie. Do napisania tego tekstu skłonił mnie szereg artykułów. Zwróciłem uwagę na artykuł Tomasza Terlikowskiego<a href="http://www.ekumenizm.pl/content/article/20090105100823477.htm#comments">&#8220;Lekcja Holokaustu&#8221;</a> , którego pierwotnym miejscem opublikowania był magazyn <a href="http://www.polskatimes.pl/opinie/75441,izrael-ma-prawo-bronic-obywateli,id,t.html#form-komentarz">Polska. The Times</a>. Właściwie powtórzył w nim to, co już pisał w innych publikacjach na temat obecnej rzeźni w Gazie. Od czasu do czasu jedynie „paying lip service” wobec ofiar arabskich, utrzymuje ten sam ton poparcia dla agresji i przemocy. Przyjrzyjmy się bliżej argumentom tam zawartym, jak również temu, czego w nim brakuje i postarajmy się o wyciągnięcie wniosków sięgających wprost samej istoty trwającej na Bliskim Wschodzie „Wojny Sześćdziesięcioletniej”.  Tekst niniejszy stanowi pełną wersję artykułu opublikowanego swego czasu w serwisie kosciol.pl <a href="http://www.kosciol.pl/article.php/20090115233858396">http://www.kosciol.pl/article.php/20090115233858396</a><br />
</strong><br />
Tomasz Terlikowski odnotowuje między innymi fakt znajomości z pewnym polskim (z pochodzenia) muzułmaninem, bardzo elokwentnym i wykształconym, który przekonywał go, że jedynym rozwiązaniem obecnego konfliktu jest likwidacja Izraela. Kto wie, być może Tomasz i ja znamy tego samego muzułmanina. Bo ja też znam jednego, który jest istotnie znakomicie wykształcony i elokwentny. Byłby chyba znakomitym partnerem w dyskutowaniu tego tematu również w polskich mediach, bowiem zna go od dawna i to nie tylko ze względu na swoje wykształcenie, ale też z przyczyn rodzinnych. Od wielu lat nie mieszka w Polsce, a jego żoną jest Palestynka. O swoim antysyjonizmie pisze tak (mam nadzieję, że wybaczyłby mi ten cytat z emaila, jaki mi kiedyś posłał):</p>
<p><em>„Nie mamy powodu, aby nie nienawidzić tych, co mordują muzułmanów na okupowanej ziemi muzułmańskiej. Niestety są to głównie żydowscy syjoniści. Każdy to widzi. Niech skończą swój antyarabski antysemityzm, to i my skończymy z antyżydowskim. Ja nie mogę byc &#8220;antysemitą&#8221; chociażby z tak oczywistego powodu, jak fakt, że moja małżonka jest najczystszą Semitką z Banu Swelem, i to córką wypędzonych w 1948 z ich domu i ziemi &#8220;świętej&#8221; (pod Hajfą). Jej babki siostra została zamordowana przez gang terrorystów z Irgunu przed swoim domem. Mojej teściowej dwie Zydówki w leninówkach (ktore szwargotaly &#8220;jakim szeleszczącym językiem&#8221;, ani to byl hebrajski, ani jidish,) wyrwaly z uszu złote kolczyki a ich towarzysze splądrowali im dom”<br />
</em>(z dalszego ciągu wynikało, że w tym domu zamieszkali później Zydzi z Rumunii lub Mołdawii&#8230; A propos tego „szeleszczącego języka” – czyż nie mógł to równie dobrze być język polski? Nasz język uchodzi jak najbardziej za „szeleszczący” z uwagi na te nasze niekończące się „ś”, „ć”, „sz”, „cz”, „ść” i „szcz”&#8230;).<br />
<em><br />
</em><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/irgun.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-459" title="irgun" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/irgun.jpg" alt="irgun" width="240" height="356" /></a>Gdyby tak istotnie dbano w większości mediów przynajmniej o zgodność przedstawainego nam obrazu z faktami, to zaczętoby go nie od Hamasu (tak jak to zrobił T. Terlikowski), bo to nie od niego bierze początek konflikt (ani tym bardziej jego eskalacja) na Bliskim Wschodzie. Dla Tomasza wszystko wydaje się „jasne”: tak, Izraelczycy nie mają innego wyjścia, jak brutalna wojna, no bo przecież ten parszywy Hamas&#8230; (który zresztą sami pomogli zmontować jako przeciwwagę dla Hezbollahu i OWP&#8230;). To zupełnie tak, jakby ktoś początków konfliktu polsko-niemieckiego z II Wojny upatrywał nie w dyplomacji późnych lat 1930tych ani nawet w inwazji z 1939 roku, ale&#8230; w atakach polskiego podziemia na niemieckich funkcjonariuszy i Volskdeutschów czy w zamachu bombowym na Cafe-Klub&#8230;</p>
<p>Wiemy doskonale, że Hamas nie jest pierwszą organizacją bojową i stosującą masowy terror w tamtym kraju, lecz że był nią wspomniany wyżej w cytacie żydowski Irgun  (który działał tam już od 1931 roku i miał swe korzenie w innej grupie, znanej jako Haganah, której korzenie sięgają aż roku 1907&#8230;). Wiemy dobrze (jeśli nie wręcz bardzo dobrze) o terrorze bombowym, jaki „bojownicy” tej organizacji przynieśli palestyńskim Arabom. <img class="alignleft size-full wp-image-457" title="sabra-shatilla" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/sabra-shatilla.jpg" alt="sabra-shatilla" width="320" height="227" />Dobrze ich z nim zaznajomili, skoro Arabowie rewanżują się podobnie. Znany  jest los szeregu wsi palestyńskich, w których dopuszczano się mordów na mieszkańcach, znana jest dziennikarzom nazwa przynajmniej jednaj z takich wsi: <strong><em>Deir Yassin</em></strong> (sam tylko internet roi się od informacji, więc chyba nie muszę podawać aż linku&#8230;). Jeśli już Tomaszowi Terlikowskiemu nie z tego jest znana, co tam się stało, to może <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/deiryassin.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-493" title="DeirYassin" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/deiryassin.jpg?w=110" alt="DeirYassin" width="110" height="150" /></a>przynajmniej z tego, że miejsce, w którym się znajdowała, jest ledwie przecież 1400 metrów od Yad Vashem, o którym pisze on już w pierwszym zdaniu swego artykułu, gdy powołuje się na zbrodnie antyżydowskie zwane „Holokaustem” jako lekcję, która teraz nakazuje Izraelowi terror w Gazie. To wygląda na ironię: stawiać swoisty „pomnik” ofiar nieopodal miejsca, gdzie innym ofiarom zgotowano rzeź&#8230; (na zdjęciu: tablica z pomnika Deir Yassin w&#8230; Nowym Jorku). To niemal symbol tego, co stało się na terytorium dzisiejszego Izraela: jakby próba uzasadnienia terroru innym terrorem (którego jednak Arabowie się nie dopuścili). Próba akurat taka, jakiej red. Terlikowski się podejmuje, już zresztą nie pierwszy raz w ostatnich dwóch tygodniach<strong>&#8230;</strong></p>
<p>Zresztą jest to próba pokazaną w nieco skrzywionym zwierciadle również i z tego powodu, że Hamas u niego to niczym jakieś ogromne monstrum, zdolne niemal zniszczyć Izrael, stąd niby ta <em>„świadomość konieczności obrony tego, co udało się zbudować, odzyskać.”</em></p>
<p>Tymczasem proporcje są w istocie całkowicie odwrócone: to Izrael jest uzbrojony po zęby, to on posiada setki głowic nuklearnych, nowoczesną artylerię i ciężkie czołgi. Palestyńczycy ze swoimi rakietkami, archaiczną bronią, a najczęściej wręcz <em>kamieniami</em>, prezentują się na tym tle niczym nasze własne niegdysiejsze „kamienie na szaniec”, co to z butelką benzyny na czołgi z czarnymi krzyżami&#8230;, gdy wrogowie <em>„przyszli podpalić dom, gdy runęli żelaznym wojskiem”. </em>Ci ludzie nie mogą mówić o tym, co <em>„udało się zbudować, odzyskać”</em> – bo im to, co mieli niegdyś zbudowane, zniszczono. Oni dopiero <em>chcieliby odzyskać&#8230;</em></p>
<div>Ten stan potwiedzają niezależni obserwatorzy:</div>
<div><em>“Amnesty International zaobserwowała również, że większość Palestyńczyków postawionych przed sądem za przestępstwa “terrorystyczne” i <strong>torturowanych </strong></em><strong> </strong>(podkreślenie moje – MM) <em>przez Shin Bet </em>(służbę bezpieczeństwa) <em>była oskarżana o wykroczenia takie jak przynależność do nielegalnych stowarzyszeń lub rzucanie kamieniami. Byli wśród nich również więźniowie sumienia, jak np ludzie aresztowani jedynie za wzniesienie flagi”</em> (Norman Finkelstein<em> „ </em><em>The Rise and Fall of Palestine.”)</em></div>
<div>Norman Finkelstei jest Żydem. Ale on niewiele ma wspólnego z prezentowaną przez T. Terlikowskiego apoteozą syjonistycznego terroryzmu. <strong>Chociaż</strong> jest Żydem&#8230; Czyżby ktoś zatem chciał być bardziej „żydowski” od (wielu) Żydów? Ten sam autor (bynajmniej nie jako jedyny – nawet nie jako jedyny Żyd) wskazuje na charakter państwa izraelskiego w inny jeszcze sposób:</div>
<div><em>„Decyzja Sądu Najwyższego Izraela z 1989 roku, według której każda partia opowiadająca się za całkowitą równością Arabów i Żydów może zostać pozbawiona prawa do wystawiania kandydatów w wyborach… (oznacza), że państwo Izrael jest państwem Żydów, a nie ich (Arabów) państwem.”<br />
</em>(Norman Finkelstein, “Image and Reality of the Israel-Palestine Conflict.”)</div>
<p>Tomasz pisze o hamasowcach jako “ubranych w cywilne ubrania terrorystach”. A w co, tak prawdę mówiąc, mieliby być ubrani? To nie jest regularna armia w mundurach. Gdy podziemie polskie podejmowało akcję terrorystyczną np w Warszawie (bo w Krakowie rzadziej się to zdarzało), to też wysztafirowywało się tam ono w mundury  z dystynkcjami?  „Ciekawa” jest również następna część tego samego zdania: <em>„a inni (Palestyńczycy – przyp. MM) zginęli dlatego, że Hamas traktował ich jak żywe tarcze mające chronić liderów organizacji, a także stanowić broń propagandową w zachodnich mediach, które z lubością potępiają wojny, o ile prowadzone są one przez państwa zachodnie”.</em></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hamas.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-461" title="hamas" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hamas.jpg" alt="hamas" width="228" height="255" /></a>No cóż, red. Terlikowski z kolei zdaje się pochwalać każdą wojnę, o ile tylko prowadzona jest przez Izrael&#8230; <em>Ż</em>ywe tarcze? Gaza to jedyne większe terytorium pozostawione palestyńskim Arabom przez syjonistów. To gdzie ten Hamas ma istnieć: może w Argentynie? Tym bardziej, że – czego „Tomo” już nie napisał – Hamas (skrót od &#8220;Harakat Al-Muqawama Al-Islamia&#8221; czyli “Islamski Ruch Oporu”) jest nie tylko organizacją zbrojną, ale ruchem polityczno-społecznym również w szerszym sensie. Przyznaje to również Wikipedia (wciąż jeszcze!) pomimo tego, że ta „wolna encyklopedia” jest coraz częściej cenzurowana i zdarza się ostatnio, że całe zamieszczane w niej artykuły lub ich fragmenty ni stąd ni z owąd „znikają” z netu co jakiś czas. Wg Wikipedii</p>
<div><em>“Hamas również prowadzi szerokie programy społeczne i zyskał popularność w społeczności palestyńskiej poprzez zakładanie szpitali, systemów edukacyjnych, bibliotek i innych usług na całym obszarze Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy” </em><a name="retamk1" href="#amk1"><strong><em>(1)</em></strong></a></div>
<p>Zgadzam się, że narażanie własnej ludności może pachnąć zbrodnią, ale co w takim razie powiedziałb Tomasz o przywódcach Powstania Warszawskiego? Nikogo na nic nie narazili? Czy wobec tego zaliczyłby on Powstanie Warszawskie też jedynie do rzędu zbrodniczych aktów terroru? Bardzo w to wątpię&#8230;</p>
<p>Dziwi go (i nie tylko jego), że już samo istnienie Izraela jest dla wielu Arabów trudne do przyjęcia?  Tak, jest. Tak jak dla Polaków trudne do przyjęcia było istnienie „Generalnej Guberni”. Czym jest – jeśli ktoś potrafi odpowiedzieć – dla Palestyńczyków Izrael, jeśli nie właśnie rodzajem Generalnej Guberni? Nie dziwi mnie więc opinia i tego polskiego muzułmanina wspomnianego przez T.Terlikowskiego, że jego zdaniem najpewniejszą drogą do pokoju jest likwidacja Izraela.</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/neturei_karta2_55.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-462" title="Neturei_karta2_55" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/neturei_karta2_55.jpg" alt="Neturei_karta2_55" width="275" height="275" /></a>Pacyfistyczni Zydzi z <a href="http://www.nkusa.org/">Neturei Karta</a> też pragną likwidacji Izraela. Zdają sobie bowiem doskonale sprawę z tego, co i my nie mniej doskonale wiemy: że cały obecny, ślimaczący się od dziesiątków lat (czas równy niemal życiu całego pokolenia ludzkiego) konflikt na Bliskim Wschodzie wyrasta swymi korzeniami właśnie z procesu narzucenia miaszkańcom tamtego regionu obcego, okupacyjnego i terrorystycznego wobec nich państwa. <strong>Nie ma, po prostu nie ma ucieczki od tego prostego, niezaprzeczalnego faktu: bez Izraela nie byłoby <em>„Wojny Sześćdziesięcioletniej”, </em>tak jak niegdyś bez inwazji zbrojnych Anglii nie byłoby Wojny Stuletniej&#8230;</strong> Można oczywiście dalej być pro-izraelskim i popierać cokolwiek Izrael uczyni. Ale nie można uczciwie zaprzeczyć faktowi, że konflikt wyrasta tam już z samej obecności tego państwa w tamtym konkretnym miejscu. Tak się bowiem składa, że w tamtym regionie to on jest agresorem. Broni się przecież (swoimi agresjami) nie przeciw inwazji ludów obcych, lecz przeciw desperacji <strong>ludności rdzennej&#8230;</strong></p>
<p>Jeśli tylko uświadomimy sobie ten zasadniczy fakt, to łatwiej będzie nam prowadzić rzeczowe dyskusje na temat konfliktu bliskowschodniego. Bez tego uświadomienia skazujemy się jedynie na bezowocne międlenie o faktach zasłyszanych i wyczytanych, powtarzanych bez ładu i składu, ale za to z zacietrzewieniem czy to proarabskim czy proizraelskim. Cały schemat takich „wodolejskich” dyskusji sprowadza się do albo opowiadania się za Palestyńczykami „bo Żydzi ich terroryzują” (to prawda&#8230;) albo za Żydami, „bo islamscy fundamentaliści ich terroryzują” (też prawda&#8230;). Całość takich wymian opinii to czysta strata czasu, energii, nerwów osób co bardziej pobudliwych, strata papieru drukarskiego i strata prądu, gdy się ogląda w TV gadające głowy wystrojonych w modne krawaty marynarkarzy, rozkładających swoje pośladki na wygodnych fotelach studyjnych&#8230;</p>
<p>Najczęściej doniesienia w „poprawnych” politycznie mediach nie odnotowują innej jeszcze kwestii, a mianowicie kwestii t.zw. „Wielkiego Izraela”, co nie znaczy, że ona nie istnieje i że nie budzi bardzo konkretnych kontrowersji <a href="http://www.palestineremembered.com/Acre/Famous-Zionist-Quotes/Story695.html">http://www.palestineremembered.com/Acre/Famous-Zionist-Quotes/Story695.html</a><br />
<a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Greater_Israel">http://en.wikipedia.org/wiki/Greater_Israel</a><br />
<a href="http://www.mideastweb.org/Middle-East-Encyclopedia/greater-israel.htm">http://www.mideastweb.org/Middle-East-Encyclopedia/greater-israel.htm</a><br />
A jak widać, jest to kontrowersja isniejąca nawet w ścisłym kierownictwie izraelskim <a href="http://www.haaretz.com/hasen/spages/1020929.html">http://www.haaretz.com/hasen/spages/1020929.html</a></p>
<p>Mówimy tu o źle odrobionej przez syjonistów „lekcji Holokaustu”. Tymczasem to nie jedyna źle odrobiona przez nich lekcja. Nie odrobili oni bowiem nawet lekcji historii starożytnego Izraela. Ten dawny Izrael, który też – jeśli wierzyć pierwszym księgom Biblii – powstał z agresjii i ludobójstwa, potem praktycznie poza może krótkim okresem za Salomona, stale miał problemy z przetrwaniem. Stale zmuszony był się bronić, bywał napadany, likwidowany, zniewalany, a jego ludność poddana była gwałtom i eksodusom. Jeśli akurat nie miał problemów z Egiptem, to je miał z Asyrią, jak nie z Asyrią, to z Babilonią, albo Persją. Potem rządzili tam Grecy, w końcu Rzymianie i wtedy też nastąpiła ostateczna likwidacja państwa żydowskiego&#8230;</p>
<p>Tak, to prawda – nie ma tam teraz mocarstwa zwanego „Asyria”, nie ma potęgi znanej jako „Babilonia”, Grecja nie jest lokalnym mocarstwem, jakim była w przeszłości (w istocie to obecnie jeden z najuboższych krajów Unii Europejskiej). Persja też nie jest mocarstwem, choć istnieje nadal (ale już samo w sobie opracowywanie technologii nuklearnej przez ten kraj wywołuje niemal dreszcze w Izraelu&#8230;). Nie ma „Rzymu”, a jego „następca” w postaci Włoch nie jest mocarstwem i nie posiada na Bliskim Wschnodzie żadnej swej „kolonii” ani żadnej „prowincji”. Egipt natomiast nie jest już egipski, tylko arabski. Turcja zresztą też już na Bliskim Wschodzie nie rządzi ani Wielka Brytania&#8230; Afrika Korps też nie nadciąga na gąsienicach swych czołgów&#8230;</p>
<p>Jednak sytuacja geopolityczna takiego małego państewka (nawet zazbrojonego powyżej czubka głowy najnowocześniejszymi rodzajami broni masowego rażenia), nie staje się w takim regionie wiele lepsza. W dodatku samo istnienie takiego państwa zależy od ciągłej pomocy i wsparcia (technologicznego, politycznego i finansowego) ze strony obcych mocarstw (głównie USA). Czy ktoś może mi powiedzieć jakie długofalowe szanse na przetrwanie ma organizm państwowy, który musi bez przerwy polegać na obcym mocarstwie, bo samemu trudno byłoby mu się na dłuższą metę utrzymać? Czy nikt nigdy nie zadał sobie pytania, czy aby ta nieustająca walka Izraela o samo istnienie nie jest czymś na kształt niekończącej się walki z wiatrakami, które i tak w końcu okażą się – tak jak w „Don Kiszocie” – silniejsze? Izrael zdaje się – i to przez całych już ponad 60 lat swego istnienia – siedzieć na rozżarzonych węgielkach. Już nawet <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Wars_of_Israel">skromne wyliczenie konfliktów</a> Izraela przez Wikipedię (obejmujące zarówno konflikty oficjalnie zwane „wojnami” jak i te niezaszczycone takim mianem) wygląda dość „imponująco” jak na zaledwie 60 lat istnienia państwa&#8230;  Z tego wyraźnie widać co jest główną przyczyną wrzenia wojennego w tamtej części świata.. Właściwie niczego nie trzebaby dodawać. Nie trzebaby wyliczać tych wszystkich walk, ataków terrorystycznych z obu stron, okupacji, wypędzenia miażdżącej większości Palestyńczyków z ich ziemi i „zaryglowania” ich w Strefie Gazy&#8230; Nie trzebaby zaznajamiać się z coraz to bardziej „jednostajnie” prezentującymi się „news” o tym, co się tam dzieje (istotnie: na całe tygodnie naprzód można „przepowiedzieć” o czym będą doniesienia prasowe i telewizyjne stamtąd&#8230;). Będzie obejmować tematy powszechnie już znane:</p>
<p><a href="http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Terrorist_Attacks_Against_Israel_Before_1967">http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Terrorist_Attacks_Against_Israel_Before_1967</a> <a href="http://www.haaretz.com/hasen/spages/1052037.html">http://www.haaretz.com/hasen/spages/1052037.html</a> <a href="http://www.informationclearinghouse.info/article21471.htm">http://www.informationclearinghouse.info/article21471.htm</a><br />
<a href="http://sabbah.biz/mt/archives/2009/01/07/palestinian-girl-confronting-israeli-terrorist/">http://sabbah.biz/mt/archives/2009/01/07/palestinian-girl-confronting-israeli-terrorist/</a><br />
<a href="http://www.truthtellers.org/alerts/israelfoundedonterror.htm">http://www.truthtellers.org/alerts/israelfoundedonterror.htm</a><br />
<a href="http://jewsvszionists.wordpress.com/2008/05/16/jews_reject_60_years_of_israeli_terrorism_apartheid_against_palestinians/">http://jewsvszionists.wordpress.com/2008/05/16/jews_reject_60_years_of_israeli_terrorism_apartheid_against_palestinians/</a><br />
<a href="http://judicial-inc.biz/London_bus.htm">http://judicial-inc.biz/London_bus.htm</a></p>
<p>Rewizjonizmy terytorialne istnieją przez całe wieki. Przekonaliśmy się o tym my, Niemcy, Francuzi i inni też.<br />
Ci, którzy sobie wyobrażali, że można to uczynić w Palestynie i „jakoś to będzie”, mieli chyba Arabów za podludzi i to szczególnie debilnego sortu (szereg <a href="http://www.rense.com/general77/disturb.htm">wypowiedzi czołowych syjonistów</a>  zdawałby się to potwierdzać) .<a name="retamk2" href="#amk2"><strong>(2)</strong></a> Powiedzmy sobie, ale zupełnie szczerze: czy kiedykolwiek zdarzyło się nam słyszeć lub czytać o tym, by dało się po prostu przegnać ludność z jakiegokolwiek terytorium (pomagając sobie zbrodniami masowymi) bez generowania w ten sposób zemsty, rewizjonizmu i rewanżyzmu?</p>
<p>W Europie poprzesuwano granice. Ku radości jednych i zgryzocie drugich. I chociaż w tej chwili nic nie zapowiada zmian, nikt na dobrą sprawę nie wie, jak długo ten stan potrwa. Ale przez cały ten czas panuje tu względny spokój – przerywany jednak kolejnymi konfliktami: a to w Jugosławii (jeszcze tak na dobrą sprawę niezakończony), to znowu w Osetii/Gruzji/Rosji. Nie jest do końca rozwiązana kwestia irlandzka, a od czasu do czasu daje o sobie znać separatyzm baskijski w Hiszpanii, nierzadko też znaczony terroryzmem.</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hamas_rally.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-463" title="hamas_rally" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/hamas_rally.jpg?w=150" alt="hamas_rally" width="150" height="94" /></a>W Palestynie jednak praktycznie trwa on bez przerwy. I to już tak na dobrą sprawę od lat 1930tych, z preludium sięgającym jeszcze dalej wstecz. Ten konflikt trwa zdecydowanie <strong>zbyt długo</strong>, by można było mówić o rychłym zakończeniu. To raczej ciąg konwulsji wybuchających regularnie.  Protekcja okazywana Izraelowi przez Zachód, szczególnie przez USA, staje się dodatkowo zarzewiem <strong>szerszego jeszcze konfliktu: między światem islamu a nami.</strong> <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/islam_evil.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-464" title="islam_evil" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/islam_evil.jpg?w=120" alt="islam_evil" width="120" height="150" /></a>Doprowadziła też do globalizacji kwestii żydowskiej – chociaż stworzenie Izraela miało doprowadzić rzekomo do jej zaniku. Kwestia ta pozostała dalej tam gdzie była – choć w szeregu krajów uległa osłabieniu (paradoksalnie jednak nie tyle w wyniku utworzenia Izraela, ale w wyniku przebiegu II Wojny&#8230;). Tak jak kwestia żydowska uległa globalizacji, tak też uległa jej antyżydowskość. Izrael, który dać miał Zydom bezpieczeństwo, robi wrażenie <strong>oblężonej twierdzy</strong> i to nawet <strong>wyglądem</strong>. Co prawda trzeba przyznać, że to nie dlatego, że jakiś wróg zewnętrzny ją otoczył – raczej dlatego, że <strong>zbudowano ją na cudzym terytorium&#8230;</strong><br />
<strong><br />
</strong>Istnienie Izraela od dawna nie jest już przyczyną tylko i wyłącznie konfliktu lokalnego. Zatruwa, niestety skutecznie, stusunki międzynarodowe i jest powodem zaostrzających się konfliktów międzycywilizacyjnych. Zagraża w ten sposób już nie tylko Palestyńczykom oraz – w dalszej perspektywie – Żydom, ale ludom cywilizacji europejskiej i islamskiej. Konflikt ten, ulega rozszerzeniu na inne kraje. I to nie tylko w tym sensie, że namnożyły się zamachy terrorystyczne, takie jak seria zamachów żydowskich, znana pod nazwą „afery Lavona” <a name="retamk3" href="#amk3"><strong>(3)</strong></a> . czy zamachy bombowe terrorystów islamskich w krajach Europy (Londyn, Madryt) czy Dalekiego Wschodu (Bali), ale także w sensie militarnym. Były już wojny Izraela z krajami arabskimi, były wojny w Libanie. Wojny w Iraku i Afganistanie mają swe korzenie w „Wojnie Sześćdziesięcioletniej” i co do tego mało kto ma jakiekolwiek wątpliwości. Coraz częściej dyskutuje się otwarcie możliwość inwazji na Iran oraz na Syrię. Sytuacja na Bliskim Wschodzie stała się <strong>dżumą</strong> stosunków międzynarodowych, międzykulturowych, międzyreligijnych, międzycywilizacyjnych, nawet międzyrasowych.</p>
<p>Taka eskalacja globalna jednego konfliktu lokalnego zapewne nie byłaby możliwa, gdyby nie „specjalny” rodzaj stosunków Izraela i USA. Specjalny ten charakter nie zapobiegł aktom terroryzmu między nimi, ale tak jakoś dziwnie się te akty układały, że były one <strong>zawsze</strong> aktami terroryzmu izraelskiego wobec obywateli USA, nigdy zaś odwrotnie&#8230; I uchodzą one na „sucho”&#8230; Na tym właśnie polega ów „specjalny” charakter tych stosunków bilateralnych&#8230;.<a name="retamk4" href="#amk4"><strong>(4)</strong></a></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/incendiary2.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-477" title="MIDEAST-ISRAEL-PALESTINIAN-CONFLICT-GAZA" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/incendiary2.jpg?w=150" alt="MIDEAST-ISRAEL-PALESTINIAN-CONFLICT-GAZA" width="150" height="96" /></a>S<a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/incendiary1.jpg"></a>tąd też nie dziwi, że Izrael bezkarnie pozwala sobie na używanie bomb napalmowych wobec ludności Gazy. I że używa artylerii – czyli wyjątkowo nieprecyzyjnej broni – do ostrzeliwania gęsto zaludnionego obszaru (półtora miliona mieszkańców). I że zrzuca ostatnio ulotki nad Gazą, informujące jej ludność, że będzie jeszcze więcej ostrzału i bombardowań.</p>
<p>Bez owych „specjalnych”stosunków z Ameryką nie pozwoliłby sobie na nic podobnego. Ba, bez nich w ogóle nie istniałby tam, gdzie dziś jest. Byłby zupełnie gdzie indziej. Z dala od tych, których ziemie zabrał terrorem takim, za jaki Miloševič i Karadzič z Jugosławii poszli przed trybunał międzynarodowy&#8230; Byłby państwem pokoju, na jaki zasłużyli sobie Żydzi po okresie 1800 lat nieposiadania własnego, niepodległego kraju. Byłby powszechnie szanowany, a nie coraz bardziej pogardzany i znienawidzony na świecie. Potrafiłby przyczynić się do stworzenia wizerunku Żyda jako człowieka takiego jak inni, zamiast pracowicie kłaść fundament pod dalszy, kto wie jeszcze jak paskudny „antysemityzm”&#8230;</p>
<p>Nie brakuje pomysłów na to, by państwo żydowskie przenieść gdzie indziej.<br />
Pan Ronen Eidelman proponuje stworzenie takiego awaryjnego państwa („Medinat Weimar”) w Niemczech, a konkretnie w Turyngii <a href="http://medinatweimar.org/2008/06/15/the-neues-museum-saga/">ze stolicą w Weimarze</a>.  Inny Zyd, Yael Bartana, sugeruje wręcz, by <a href="http://www.njjewishnews.com/njjn.com/070308/ccMO.pdf">trzy miliony Zydów sprowadzić do Polski&#8230;</a> Oto fragment recenzji jednago z jego filmów, odnoszący się do tej kwestii:</p>
<p><em>„Protagonista sugeruje, że aby Polska mogła zostać w pełni zaakceptowana przez innych Europejczyków, kraj ten musi przyjąć tolerancję i multikulturalizm oraz przyjąć z powrotem swych Zydów. Prowokacyjnie oświadcza on: „Niechaj owe trzy miliony Zydów, których Polsce brakuje&#8230;.przegna demony. Wracajcie do Polski, do waszego kraju!” <a href="http://www.thejewishmuseum.org/exhibitions/bartana09">http://www.thejewishmuseum.org/exhibitions/bartana09</a></em></p>
<p>Problem w tym, że jest to w gruncie rzeczy idea podobna do tej, która dała w wyniku obecny Izrael i – używając eufemizmu – „mniej niż zadowalające” skutki jego istnienia. Są to jedynie półśrodki, a nie projekty rozwiązania permanentnego. I można się już dziś założyć, że nawet gdyby któryś z tych pomysłów miał zostać zrealizowany, to zacznie on przynosić owoce równie zatrute jak i w przypadku umieszczenia na siłę państwa żydowskiego na ziemi arabskiej. Jednak główną zasadą tworzenia jakiegokolwiek państwa żydowskiego w przyszłości winno być, by je zakładać tam, gdzie nie ma licznej ludności miejscowej lub zgoła żadnej. Kto wie, być może w istocie pomysły Eidelmana czy Bartany nie wskazują &#8220;punktu docelowego&#8221; lecz jedynie mają przyczynić się do wywołania szerszej dyskusji na temat stworzenia nowego kraju dla ludności żydowskiej? Być może projektodawcom (czy to z ich własnej inicjatywy, czy też za czyjąś zachętą) chodzi o miejsca w gruncie rzeczy inne niż Weimar czy Polska? Może Polska i Weimar to jedynie rodzaj &#8220;latarni morskiej&#8221;, której zadaniem nie jest w końcu naprowadzenie statków na siebie, lecz na port położony nieco dalej albo ostrzeżenie wręcz przed przypływaniem bliżej miejsca, w którym sama stoi? Jako ludzie nie pozbawieni inteligencji, musimy i taką możliwość brać pod uwagę. Tak czy inaczej, inicjatywa Eidelmana i Bartany stanowi w gruncie rzeczy (nawet jako półśrodek) wyjście we właściwym kierunku. Dokładnie tak jak sam syjonizm: zwykło się nieraz &#8211; ze względu na zbrodnie Izraela i syjonistyczny terror &#8211; uznawać syjonizm za zło. Niejednokrotnie uczestnicy demonstracji antyizraelskich skandują nawet hasła w rodzaju: <em><strong>&#8220;Judaism-yes; Zionism-no! The state of Israel has got to go!&#8221;  </strong></em>Nawet jeśli to istotnie prawda, że obecny Izrael &#8220;has got to go&#8221;, syjonizm nie jest złem. Są w nim skrajności (jak w każdym ruchu i ideologii, to prawda. Ale sam w sobie jest jak najbardziej słuszny w swym założeniu, że ludności żydowskiej należy się własne państwo. Syjoniści natomiast popełnili kardynalny błąd, zakładając swoje państwo tam, gdzie ono aktualnie się znajduje i przeprowadzając na tamtym terenie zbrodnicze czystki w rodzaju tych, prowadzonych swego czasu przez hitlerowców na Zamojszczyźnie czy gdzie indziej. Niejednokrotnie mówi się o Izraelu otoczonym „morzem wrogów”. Już sam ten fakt wystarcza do zakwestionowania tezy o słuszności wizji twórców obecnego Izraela. Jakaż bowiem przezorność i mądrość kryje się w pomyśle tworzenia nowego państwa <strong>„w morzu wrogów”?</strong> Nie lepiej było poszukać miejsca odpowiedniejszego?</p>
<p><strong>Czy rzeczywiście nie jest możliwe, że utworzenie Izraela tam, gdzie się znajduje, było historycznym błędem? Nigdy, naprawdę nigdy nikomu nie przyszło to na myśl?</strong></p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/ofiara.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-469" title="Ofiara" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/ofiara.jpg?w=150" alt="Ofiara" width="150" height="112" /></a>Kto wie: może jednym z powodów, dla których liderzy krajów Zachodu tak popierają Izraela „prawo do istnienia” tam, gdzie on jest, i dla którego nie ważą się potępiać jego państwowego terroryzmu jest to, że sami woleliby takiego państwa nie „gościć” w swoich własnych krajach. Wolą raczej, by wieści o nienawiści i rozlewie krwi nadchodziły z Gazy, Zachodniego Brzegu czy Jerozolimy niż np z Weimaru, hiszpańskiej Andaluzji czy amerykańskiej Alaski&#8230;<a name="retamk5" href="#amk5"><strong>(5)</strong></a></p>
<p>Doprawdy, jedynym rozsądnym rozwiązaniem obecnej sytuacji – myśląc obiektywnie i zupełnie „na chłodno” – jest całkowity <strong>demontaż</strong> Izraela jako państwa w jego obecnym położeniu geograficznym i odtworzenie go zupełnie gdzie indziej i to z takim obszarem, by nawet wszyscy Zydzi – jeśli sobie tego zażyczą – mogli się tam kiedyś przenieść.<br />
Wbrew pozorom jest ogrom miejsca na Ziemi, gdzie takie państwo dałoby się stworzyć. Weźmy choćby Australię, gdzie nie powinno stanowić problemu wydzielenie obszaru mogącego pomieścić miliony ludzi. Nikt nie może twierdzić, że w Australii nie da się żyć. W Kanadzie byłoby pewnie jeszcze lepiej, bo tam nie brakuje ogromnych wysp. Chociaż tam z kolei jest znacznie zimniej, średnie temperatury roczne utrzymują się poniżej zera stopni. Przykładem jest Victoria Island, która ze swoimi ponad 217 000 km2 ma powierzchnię odpowiadającą ponad 2/3 terytorium Polski., jest też większa od Wielkiej Brytanii.  Tymczasem wszystkich mieszkańców jest tam aktualnie około tysiąca dziewięciuset&#8230; Spory potencjał ma także Alaska&#8230; Nikt nie może twierdzić, że brakuje możliwości. Przy czym to oczywiście jest w jak najlepiej pojętym interesie syjonistów, by się za taką możliwością rozglądać, dokładnie tak, jak to robili dziesiątki lat temu, tylko tym razem lepiej i rozsądniej<em>.</em></p>
<p>Możliwości wciąż istnieją, jednak z każdym dziesięcioleciem są coraz mniejsze, gdyż obecnie żyje na Ziemi między 6 a 7 miliardami ludzi i ich liczba szybko wzrasta. Jeszcze 70 lat temu było rzeczą całkiem do pomyślenia, by próbować budować żydowskie państwo na <a href="http://www.heretical.com/miscellx/zionism.html">Madagaskarze</a> . Dzisiaj takie pomysły mogą należeć jedynie do historii.</p>
<p>Tak jak w przeszłości mieszkańcy niegdysiejszych kolonii tak czy owak odzyskaliby kiedyś niepodległość a Francja tak czy owak uwolniłaby się w wiekach średnich od dominacji Anglii (obojętnie: <strong>z</strong> Joanną d&#8217;Arc czy <strong>bez</strong> Joanny d&#8217;Arc&#8230;), tak też prędzej czy później Arabowie poradzą sobie z potęgą Izraela, a także ze swoimi własnymi wewnętrznymi podziałami (kto wie – może Izrael wręcz <strong>przyczyni się</strong> do jedności arabskiej?), a małe rozmiary Izraela sprawią, że nawet jego potęga nuklearna i rzeka pieniędzy z USA nie wystarczy&#8230; W dodatku on graniczy z Arabami ze wszech stron i ma ich jeszcze sporo (dobrze ponad milion!) wewnątrz swego malutkiego kraju&#8230; (przecież ruchawki są i w Jerozolimie &#8211; właśnie niedawno pokazano, jak izraelski wojskowy łazik w tym mieście uciekał przed gradem kamieni&#8230;).</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/israelis_watching_gaza_bombardment_2_1.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-473" title="israelis_watching_gaza_bombardment_2_1" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/israelis_watching_gaza_bombardment_2_1.jpg?w=150" alt="israelis_watching_gaza_bombardment_2_1" width="150" height="99" /></a><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/saladin1.jpg"></a>Dzisiaj to jeszcze, jak na tym zdjęciu, pokazywanym w internecie, mogą Izraelczycy ze śmiechem przez lornetkę oglądać bombardowanie Gazy&#8230;  I mówić dużo o miejscowości <strong>Sderot</strong>, bo tam kiedyś spadały prymitywne rakiety wystrzelonego przez Palestyńczyków (większość tych „rakiet” z reguły nawet nie eksploduje&#8230;). Milczą natomiast o tym, co tam <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/saladin12.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-486" title="Saladin1" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/saladin12.jpg?w=126" alt="Saladin1" width="126" height="150" /></a><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/saladin11.jpg"></a>było zanim powstał Sderot &#8211; arabska wieś <strong>Najd</strong>, poddana czystce etnicznej w maju 1948 <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/uciecha.jpg"></a>roku&#8230;. Czy ktokolwiek z nas <a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/uciecha1.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-483" title="Uciecha" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/uciecha1.jpg?w=150" alt="Uciecha" width="150" height="87" /></a>naprawdę sądzi, że Arabowie to małpy, które nie potrafią <strong>pamiętać</strong>? Kiedyś i Krzyżowcy potrafili bić tych Arabów na tej samej ziemi. No i co się w końcu stało? Tak, Izrael <strong><em>jest</em></strong>  pomyłką&#8230;</p>
<p> </p>
<p> </p>
<p><strong><span style="text-decoration: underline;">PRZYPISY</span></strong></p>
<div><strong> </strong></div>
<p><em> </em><a name="amk1" href="#retamk1"><strong><em>1.</em></strong></a><em>. W oryginale: “Hamas also runs extensive social programs<sup><a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Hamas#cite_note-CFR1-2#cite_note-CFR1-2">[3]</a></sup> and has gained popularity in Palestinian society by establishing hospitals, education systems, libraries and other services<sup><a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Hamas#cite_note-3#cite_note-3">[4]</a></sup> throughout the </em><a title="West Bank" href="http://en.wikipedia.org/wiki/West_Bank"><em>West Bank</em></a><em> and </em><a title="Gaza Strip" href="http://en.wikipedia.org/wiki/Gaza_Strip"><em>Gaza Strip</em></a><em>”</em></p>
<div><em><a name="amk2" href="#retamk2"><strong><em>2.</em></strong></a><em> &#8220;Milion Arabów niewart jest żydowskiego paznokcia.&#8221; &#8211;</em> Rabin Yaacov Perrin, Feb. 27, 1994 ( N.Y. Times, Feb. 28, 1994, p. 1).</em></div>
<div><em> </em><em>“Przepędźcie tę populację bez grosza przez granicę, odmawiając jej zatrudnienia… Zarówno process wywłaszczania jak I usuwania biednych musi zostać przeprowadzony dyskretnie i ostrożnie.” &#8211; Theodore Herzl, założyciel World Zionist Organization</em></div>
<p><em>“Jest obowiązkiem przywódców izraelskich wyjaśnianie opinii publicznej, jasno i odważnie, pewnej liczby faktów, które z czasem zostały zapomniane. Pierwszym z nich jest, że nie ma syjonizmu, kolonizacji lub Państwa Zydowskiego bez wysiedlenia Arabów i zagarnięcia ich ziem.”<br />
</em>Yoram Bar Porath, Yediot Aahronot, of 14 July 1972.</p>
<p><em>„Zredukujemy arabską populację do rzędu społeczności drwali i kelnerów”-<br />
</em>Uri Lubrani, specjalny doradca premiera  Ben-Guriona do spraw arabskich</p>
<p><em>“Musimy zastosować terror, zabójstwa, zastraszenie, konfiskację ziemi i odcięcie wszelkich świadczeń społecznych, aby pozbyć się populacji arabskiej z Galilei” -</em>  Israel Koenig, &#8220;The Koenig Memorandum.&#8221;</p>
<p><em>„Deklarujemy otwarcie, że Arabowie nie mają prawa do osiedlenia się na bodaj centymetrze Eretz Israel&#8230; Siła jest wszystkim, co rozumieją i kiedykolwiek zrozumieją. Będziemy stosować przemoc tak długo, aż Palestyńczycy przyczołgają się do nas na czworakach.” -</em> Rafael Eitan, szef sztabu izraelskich sił zbrojnych &#8211; Gad Becker, Yediot Ahronot 13 April 1983, New York Times 14 April 1983.</p>
<p><a name="amk3" href="#retamk3"><strong><em>3.</em></strong></a><em>.</em> Chodzi o całą serię zamachów bombowych wymierzonych przeciw Amerykanom na Bliskim Wschodzie, a konkretnie w Egipcie. Zamachy te przypisywane były powszechnie terrorystom arabskim aż do momentu, gdy kolejna bomba wybuchła przedwcześnie jeszcze w rękach&#8230; żydowskiego zamachowca. Wtedy, jak po nitce do kłębka, dotarto aż do izraelskiego ministerstwa obrony, w wyniku czego minister obrony, Pinhas Lavon, podał się do dymisji.</p>
<p><strong><em> </em></strong><a name="amk4" href="#retamk4"><strong><em>4.</em></strong></a><em>.</em> Victor Ostrovsky, b. oficer Mossadu informuje na przykład, że jesienią 1991 roku służba ta planowała zamach na prezydenta USA, George’a  Busha (seniora). A było to tak: zorganizowana została wówczas w Madrycie konferencja z udziałem Izraela i wszystkich jego arabskich sąsiadów, włączając Palestyńczyków, którzy wystąpili tam jako część delegacji Jordanii. Aby zmusić do udziału w tej konferencji znajdujący się w tarapatach finansowych rząd Icchaka Shamira, Bush zastosował, jak pisze Ostrovsky, „ten rodzaj nacisku, jaki amerykański prezydent rzadko miał odwagę wywrzeć”, mianowicie zamroził on (wbrew rozwścieczonej wspólnocie żydowskiej w USA) gwarancje pożyczek dla Izraela, wynoszących ogółem 10 mld dolarów. Obawiając się, że rozmowy z Arabami – zwłaszcza z Palestyńczykami – mogłyby zakończyć się zmuszeniem Izraela do odstąpienia części terenów okupowanych, Mossad podjął decyzję zamordowania Busha w Madrycie i to w taki sposób, aby winą za to morderstwo zrzucona została na Palestyńczyków, aby w ten sposób spowodowała dodatkowo powszechne znienawidzenie Palestyńczyków w USA. W tym celu wyselekcjonowano 3 palestyńskich ekstremistów jako kozłów ofiarnych. Byli nimi: Beijdun Salameh, Mohammed Hussein i Hussein Shahin. Chodziło o to, by sprowadzić owych trzech do Madrytu jak najbliżej Busha, a następnie go zamordować. W powstałym chaosie zamierzano dalej zlikwidować owych trzech „zamachowców” i w ten sposób zapewnić „jeszcze jedno zwycięstwo Mossadowi. Byłoby im przykro, że nie zdołali uratować prezydenta, jednak jego ochrona nie była przecież ich zadaniem”. Postarano się nawet o to, by zorganizować „przeciek” do policji hiszpańskiej, że owych trzech ekstremistów udaje się do Madrytu i zapewne planują coś ekstrawaganckiego. Jeśli w końcu projekt ten nie wypalił, to dlatego, że grupa oponujących temu pomysłowi funkcjonariuszy Mossadu, zorganizowała inny, tym razem autentyczny przeciek i to tak, by Amerykanie dowiedzieli się o tym planowanym zamachu, a Mossad o tym przecieku. Akcja została odwołana.(p. Victor Ostrovsky. „The Other Side of Deception” HarperCollins, New York, 1995 s. 353-361)</p>
<p><a name="amk5" href="#retamk5"><strong>5.</strong></a>. Było tak przecież i w przeszłości, co wywołało swego czasu, w latach 1930tych wręcz wesołość i sarkazm Josepha Goebbelsa :</p>
<div><em>„Jest rzeczą godną uwagi, że wszystkie państwa, których opinia publiczna sprzyja Zydom, odmawiają zaakceptowania naszych Zydów. Mówią one, że są oni wspaniałymi pionierami kultury i geniuszami ekonomii, dyplomacji, filozofii i poezji, jednak z chwilą, gdy próbujemy im wepchnąć któregoś z tych geniuszów, zatrzaskują swoje granice: „Nie, nie! Nie chcemy ich!”. Myślę, że to istny ewenement w historii świata, narody odrzucające geniuszy.&#8221;</em></div>
<div> </div>
<p><a href="http://www.brasschecktv.com/page/822.html">http://www.brasschecktv.com/page/822.html</a><br />
<a href="http://www.nkusa.org/">http://www.nkusa.org/</a> <br />
<a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Wars_of_Israel">http://en.wikipedia.org/wiki/Wars_of_Israel</a>”<br />
<a href="http://medinatweimar.org/2008/06/15/the-neues-museum-saga/">http://medinatweimar.org/2008/06/15/the-neues-museum-saga/</a><br />
<a href="http://kafee.wordpress.com/2008/06/15/a-jewish-state-in-germany-as-an-artwork/">http://kafee.wordpress.com/2008/06/15/a-jewish-state-in-germany-as-an-artwork/</a> <br />
<a href="http://www.heretical.com/miscellx/zionism.html">http://www.heretical.com/miscellx/zionism.html</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/07/22/czy-izrael-to-pomylka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nowa ordynacja wyborcza</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 11 Jul 2009 13:10:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Ordynacja wyborcza]]></category>
		<category><![CDATA[Parlament]]></category>
		<category><![CDATA[Sejm]]></category>
		<category><![CDATA[Senat]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://monio.info/?p=3</guid>
		<description><![CDATA[Wiele już powiedziano i napisano o funkcjonowaniu Sejmu i Senatu. Wiele atramentu wylano też na ocenę ordynacji wyborczej. Od czasu do czasu następują jej zmiany, które zdają się niewielu satysfakcjonować. Proponowane są coraz to nowe rozwiązania, mające ulepszyć obecny system.  Warto się jednak zastanowić nad kwestią ewidentnie umykającą uwadze reformatorów: nad kwestią rzeczywistego powodu braku [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><strong><img class="alignright size-full wp-image-4" title="godlo" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/godlo.png" alt="godlo" hspace="5" width="153" height="185" />Wiele już powiedziano i napisano o funkcjonowaniu Sejmu i Senatu. Wiele atramentu wylano też na ocenę ordynacji wyborczej. Od czasu do czasu następują jej zmiany, które zdają się niewielu satysfakcjonować. Proponowane są coraz to nowe rozwiązania, mające ulepszyć obecny system.  Warto się jednak zastanowić nad kwestią ewidentnie umykającą uwadze reformatorów: nad kwestią rzeczywistego powodu braku zadowolenia pracą parlamentu. I od tej kwestii należy zacząć reformę.</strong></p>
<p>W ogólnym zarysie obecny system wyborczy wygląda tak: kandydaci startują w wyborach w swoich okręgach wyborczych (lub w okręgach, do których zostali wyznaczeni przez swoje partie). Głosowanie następuje w lokalach obwodowych komisji wyborczych i tam, po zakończeniu głosowania i po zamknięciu lokali, następuje pierwsze liczenie oddanych głosów. Po czym rezultaty głosowania spisuje się w protokole, podpisanym następnie przez członków komisji wyborczej. Protokół przesyłany jest następnie do komisji okręgowej, która też spisuje protokół, tyle że obejmujący wyniki głosowania we wszystkich obwodowych lokalach wyborczych danego okręgu. Powstaje kolejny protokół, który następnie wędruje do Państwowej Komisji Wyborczej w Warszawie, a ta podaje do wiadomości publicznej ostateczne wyniki wyborów. Ci z kandydatów &#8211; lub też nawet bardziej &#8211; te partie (bo niekoniecznie nawet kandydaci&#8230;), które uzyskały największą liczbę głosów w swoich okręgach , uzyskują miejsca w Sejmie i Senacie. I większości obywateli nie wydawałoby się to niczym dziwnym ani niestosownym, gdyby nie fakt, że ani wybrani parlamentarzyści (poza wyjątkami), ani tym bardziej ich wyborcy, nie mają wielkiego pojęcia o tym, czym konkretnie będą się ci ludzie zajmowali w parlamencie i w jakiej komisji sejmowej będą pracowali oraz czy się do jakiejkolwiek komisji tak naprawdę w ogóle nadają.<br />
 <br />
Ten negatywny rezultat spowodowany jest oczywiście faktem, że obecny system wyborczy bazowany jest  na wyborczym regionalizmie oraz na podstawie politycznej oceny kandydatów, a nie na ich profesjonalnej przydatności do pełnienia funkcji posła lub senatora, funkcji polegającej w głównej mierze na opracowywaniu praw obowiązujących w poszczególnych dziedzinach życia politycznego i gospodarczego kraju. Kampanie wyborcze koncentrują się w związku z tym nie na przydatności i konkretnych umiejętności kandydatów, lecz na dosłownie czymkolwiek, co czyni ich osobami znanymi: mieliśmy już w Sejmie ludzi o znanych nazwiskach, ale małej przydatności do stanowienia praw. Mieliśmy tam działaczy politycznych i związkowych, którzy zapewne byli dobrzy w wykłócaniu się o wyższe zarobki dla robotników czy w pisaniu artykułów politycznych i felietonów atakujących konkurencyjne partie polityczne. Mieliśmy tam nawet lokalnych działaczy &#8220;wypływających&#8221; dzięki obiecywaniu niezorientowanym wyborcom np. zadbania o remont lokalnej szkoły, jeśli ci ich wybiorą do sejmu. W praktyce &#8220;dobry&#8221; jest niemal każdy chwyt, by skupić na sobie zainteresowanie elektoratu i w ten sposób wyjść zwycięsko z tej swoistej &#8220;wolnoamerykanki&#8221; wyborczej. System taki z całą pewnością odpowiada idei awansu społecznego kandydatów oraz robienia przez nich kariery politycznej. Mamy jednak uzasadnione wątpliwości co do tego, czy równocześnie koresponduje on z aktualnymi potrzebami legislacyjnymi państwa, a zatem z potrzebami, których zaspokojenie stanowi naczelne zadanie parlamentu.<br />
 <br />
Obecny system parlamentarny jest bazowany na kombinacji zasady reprezentacji regionalnych z kryterium przynależności politycznej kandydatów na parlamentarzystów. <br />
 <br />
Ten pierwszy czynnik stanowi zaszłość historyczną z czasów, gdy poszczególne regiony, czy też &#8211; jak wówczas mawiano- &#8220;ziemie&#8221; kraju były w dużej mierze suwerenne suwerennością rządzących nimi rodów magnackich i szlacheckich. Szlachta zbierała się na całym szeregu lokalnych &#8220;sejmów&#8221; i &#8220;sejmików&#8221; (czyli &#8220;zebrań&#8221;), by tam radzić o lokalnych zagadnieniach i delimitacji wzajemnych interesów. Gdy przychodziło natomiast do radzenia w skali całej Rzczypospolitej, to wówczas na tych sejmach lokalni arystokraci wybierali reprezentantów spośród samych siebie i wysyłali ich do Piotrkowa na Sejm krajowy. </p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-5" style="margin-left:0;margin-right:3px;" title="Copy of uchwalenie_konstytucji-wojniakowski" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/copy-of-uchwalenie_konstytucji-wojniakowski.jpg" alt="Copy of uchwalenie_konstytucji-wojniakowski" hspace="0" width="326" height="222" />Ta zasada funkcjonuje nadal, tyle że oczywiście prawa wyborcze rozszerzone zostały na ogół obywateli.  Jednak wiele się od czasów przedrozbiorowej Rzeczypospolitej zmieniło. Przede wszystkim nie ma już suwerennych regionów w Polsce, która nie jest nawet państwem federalnym i w którym nie ma już ani Sejmu Sląskiego ani nawet ograniczonej autonomii jakiegokolwiek regionu. A nie ma, bo ta niby &#8220;zregionalizowana&#8221; reprezentacja skupiona w Sejmie nie zamierza niczego takiego wprowadzić. System &#8220;reprezentacji regionów&#8221; staje się w coraz bardziej oczywisty sposób zwykłą fikcją. Jednym (choć nie jedynym) z przejawów owej fikcji jest dobór kandydatów na &#8220;posła danej ziemi&#8221;&#8230; spoza tej &#8220;ziemi&#8221;. Kiedyś opozycja demokratyczna w PRL wytykała rządzącej PZPR zwyczaj t.zw. przywożenia kandydatów &#8220;w teczkach&#8221; z Warszawy. Tymczasem już w pierwszych demokratycznych wyborach do Sejmu i Senatu z roku 1989 to &#8220;Solidarność&#8221; wystawiając swoją reprezentację, ówczesną t.zw. &#8220;drużynę Lecha&#8221; (Wałęsy) złożyła jej skład w dużej mierze właśnie z ludzi &#8220;przywiezionych w teczkach&#8221; do poszczególnych regionów i nie wywodzących się z nich w ogóle, a nawet nie mających jakichkolwiek związków z nimi. Tak np Adam Michnik startował wtedy z&#8230; Bytomia na Górnym Sląsku, a z Katowic (na senatora) Andrzej Wielowieyski z Warszawy. Jedynym bodaj związkiem Andrzeja Wielowieyskiego z Katowicami było to, że czasami jego artykuły publikowane były na łamach katowickiego &#8220;Gościa Niedzielnego&#8221;. A to i tak były związki &#8220;o całe niebo&#8221; silniejsze od &#8220;związków&#8221; Adama Michnika z Bytomiem.</p>
<p>Jednak faktem pozostaje, że kandydaci spoza regionów często wygrywają wybory, dokładnie tak jak wówczas wygrali je Wielowieyski i Michnik. Obecnie zwyczaj &#8220;przywożenia kandydata w teczce&#8221; wcale nie jest w zaniku. Wręcz przeciwnie: jest on rozpowszechniony dokładnie tak jak kiedyś &#8220;za komuny&#8221;, tyle że na ogół nie używa się już określeń typu &#8220;przywieziony w teczce&#8221;. <br />
 <br />
Przykłady powyższe same pokazują dowodnie, że dobór posłów na zasadzie regionalnej już się przeżył. Tym bardziej, że o wyborze posła na Sejm decydować mają przecież jego umiejętności, a nie fakt pochodzenia z jakiegoś regionu i zamieszkiwania w nim. Zwyczaj ten dodatkowo jeszcze godzi w zasadę równości wyborów, bo oznacza on, że głosy wyborców wcale nie są równe wobec siebie. Niejednokrotnie bowiem wybrani zostają kandydaci uzyskujący stosunkwo niską liczbę głosów, gdy w tym samym czasie gdzie indziej &#8220;przepadają&#8221; osoby legitymujące sią znacznie większym poparciem wyborców.<br />
 <br />
Natomiast posadowienie systemu wyborczego na &#8220;geografii partyjno-politycznej&#8221; jest zagadnieniem zupełnie innym. Nie można się spodziewać, że owa &#8220;geografia partyjna&#8221; zaniknie, bo nie znikną w systemie demokratycznym partie polityczne ani ich decydujący udział w wystawianiu i lansowaniu kandydatów na posłów i senatorów. O ile jednak &#8220;regionalizm wyborczy&#8221; jest jedynie przeżytkiem, sprytnie manipulowanym (to  wykorzystywanym, to znów omijanym) przez partie polityczne, to z kolei upartyjnienie całego systemu ordynacji wyborczej (ba, nawet samego indywidualnego aktu wyborczego!) stało się niemal zarazą tego systemu, doprowadzając do tego, że o dostaniu się do Sejmu decydują nie tyle indywidualne umiejętności, wiedza i mądrość kandydata, ale jego &#8220;plecy&#8221; partyjne. Pod tym względem niewiele się zmieniło od czasów &#8220;komuny&#8221;. Jedyna istotna różnica polega tu na tym, że zamiast jednej &#8220;komuny&#8221; decydującej, jest takich &#8220;komun&#8221; zatrzęsienie, a wszystkie postępują pod tym względem w sposób zbliżony do siebie.</p>
<p>Przyłożenie tak wielkiej wagi na &#8220;pochodzenie polityczne&#8221; kandydata przy jednoczesnym pomijaniu tego, jakie umiejętności on (lub ona) sobą reprezentuje, jest niemal tym samym, co wybieranie go ze względu na jego &#8220;pochodzenie wyznaniowe&#8221;  &#8211; też przy niebaczeniu na wiedzę i umiejętności.<br />
 <br />
Poza tymi dwoma czynnikami mamy do czynienia z jeszcze jednym. Pragnąc stworzyć system wyborczy jak najbardziej odpowiadający potrzebom swoich krajów, politycy i prawnicy głowią się nad tym, czy lepszy jest system &#8220;proporcjonalny&#8221; czy &#8220;większościowy&#8221;. Pojawiła się, coraz popularniejsza, koncepcja &#8220;Jednomandatowych Okręgów Wyborczych&#8221; (JOW), która sama w sobie nie jest absolutnie niczym nowym, CBOS opublikował swego czasu już nawet wyniki ankiety temu poświęconej.  Nie umniejszając niczym znaczenia ani dyskusji na ten temat ani znaczenia samego problemu, warto jednak dodać, że żadne takie rozwiązanie &#8211; nawet jeśli samo w sobie stanowiłoby w polskich warunkach istotny krok naprzód &#8211; nie dotyka najważniejszej kwestii całej sprawy. Autorzy pomysłów mają sporo racji, wskazując na kwestie powszechności, równośc czy bezpośredniości  wyborów. Nie dotykają oni natomiast tego, co najważniejsze: przydatności kandydata do pracy nad stanowieniem prawa. Wierzymy, że im lepszy &#8220;rzemieślnik&#8221;, tym lepszy będzie jego &#8220;produkt&#8221;. Szarpanie się o nową ordynację wyborczą ma sens tylko wtedy, gdy zapewni ona dobór najlepszych posłów. Wszelkie inne kwestie nie rozwiążą tutaj absolutnie niczego. Pragnienie zmian jest samo w sobie reakcją na kiepskie rezultaty pracy parlamentu. Czemu zatem zastępować stare, nieefektywne rozwiązania nowymi, równie nieefektywnymi? Czy po to, aby po jakimś czasie zamieniać je znowu na inne&#8230; przynoszące tak samo mierny efekt?<br />
 <br />
Co zatem można zrobić, aby &#8211; nie rezygnując z demokratycznej zasady praw wyborczych &#8211; zreformować obecną ordynację tak, aby wybierać przede wszystkim fachowców do parlamentu, który niechby się już  wreszcie dzięki temu stał &#8220;kolegium ekspertów&#8221;, zamiast być jedynie coraz bardziej pożałowania godnym &#8220;jarmarkiem partyjnym&#8221;? <br />
 <br />
<strong>Można zrobić jedno: przesunąć posadowienie systemu wyborów do Sejmu z regionalnego na ogólnokrajowy (przy pozostawieniu jednak mandatowości okręgów w wyborach do Senatu), a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe.<br />
</strong><br />
Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie &#8220;jak to zrobić?&#8221; I na to pytanie też mamy odpowiedź: <br />
 <br />
<strong>poprzez zmianę wyboru posłów &#8220;w ciemno&#8221; do Sejmu na wybór ich bezpośrednio do danych komisji sejmowych oraz poprzez zmianę systemu wyborów do Senatu na zasadzie okręgów jednomandatowych. </strong> </p>
<p>Przyjrzyjmy się najpierw zatem jak owa zasada zmieniłaby Sejm:</p>
<p>Aktualnie w sejmie istnieje 28 stałych komisji sejmowych. Z tej liczby 3 nie są komisjami bazowanymi na jakiejkolwiek konieczności profesjonalizmu. Są to komisja Regulaminowa i Spraw Poselskich, komisja Etyki Poselskiej oraz Łączności z Polakami za Granicą. Oznaczać to będzie, że &#8211; o ile w międzyczasie sejm nie dokona zmian w liczbie i charakterze komisji &#8211; wybieranoby posłów do 25 komisji sejmowych.<br />
 <br />
Obydwa  elementy nowego, zreformowanego systemu (czyli profesjonalizm i ogólnokrajowość) są  nieodłączne: nie można wprowadzać kryterium zawodowego przy jednoczesnym regionalizmie, bo byłoby to niepraktyczne. Gdyby bowiem zechcieć te dwie różne zasady ze sobą połączyć, to liczba kandydatów obsadzających wszystkie komisje sejmowe w każdym regionie byłaby zbyt wielka, by umożliwiała ona sprawny wybór. Postawienie zatem na kryterium zawodowe po prostu zmusza do skierowania się w stronę ogólnopolskiego wyboru, kosztem niepraktycznej i coraz bardziej manipulowanej zasady regionalnej, spoza której coraz jawniej wyziera interes partyjny. Wybór zatem jest tutaj następujący: albo dobór zawodowców w skali ogólnokrajowej, albo iluzja regionalizmu (który dla autonomii regionów i tak nic nie robi) i wszechobecny interes partyjny. Na obecnym etapie nie mamy najmniejszej wątpliwości co do tego, która z tych zasad powinna otrzymać pierwszeństwo.<br />
 <br />
A co daje nam taką niezachwianą pewność, że zreformowana ordynacja zaowocuje &#8211; by się &#8220;brzydko&#8221; wyrazić &#8211; lepszym &#8220;materiałem poselskim&#8221;? To, że wybór bezpośredni do komisji sejmowej zmusi kandydatów do przedstawienia swego własnego dorobku zawodowego jako jedynego argumentu na rzecz jego wyboru, w miejsce niekończących się filipik i partyjnej demagogii, która &#8211; w braku rzeczywistych argumentów &#8211; przynajmniej daje kandydatowi &#8220;ersatz&#8221; propagandowy, dzięki któremu ma on w ogóle coś do opowiadania podczas swoich spotkań wyborczych. Bez  tego ersatzu będzie musiał on po prostu mówić więcej o sobie i swoich osiągniąciach zawodowych, swoim doświadczeniu i dorobku, pamiętając, że jego bezpośredni oponenci staną wobec takiej samej konieczności i wobec tego również postawią na jedną kartę &#8211; kartę własnych zasług, bo innej karty mieć po prostu nie będą.  Będą oni nadal wystawiani w większości przez partie polityczne, ale &#8220;amunicja&#8221; stosowana przez nich w walce wyborczej zmieni się jakościowo na lepsze &#8211; zmuszając w końcu establishment polityczny do wystawiania kandydatów wartościowych pod względem zawodowym, a nie jedynie według partyjnych układów. Zlikwidowany zostanie równocześnie wynikający z regionalizacji wyborów element nierówności głosów wyborczych, gdyż oddane na kandydatów głosy liczone będą w skali ogólnokrajowej. Zasada doboru parlamentarzystów według ich umiejętności przyczyni się zatem do likwidacji praktyki istnienia &#8220;równych i równiejszych&#8221; ze względu na uzyskaną liczbę głosów. Obecny system pozwala jednak nie tylko na istnienie &#8220;równych&#8221; czy &#8220;równiejszych&#8221;. Wiemy, że mamy nawet &#8220;najrówniejszych&#8221;. Przypatrzmy się temu bliżej. Ustęp 1 artykułu 133 ordynacji wyborczej przewiduje:<br />
 </p>
<p style="margin-left:25px;margin-right:25px;"><em>&#8220;W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.&#8221;</em> </p>
<p>Nie byłoby w tym zapewne niczego dziwnego, ale już w ustępie 1 następnego artykułu, 134, tworzy się wyjątki od tej reguły:<br />
 </p>
<p style="margin-left:25px;margin-right:25px;"><em>&#8220;Komitety wyborcze utworzone przez wyborców zrzeszonych w zarejestrowanych organizacjach mniejszości narodowych mogą korzystać ze zwolnienia list tych komitetów z warunku, o którym mowa w art. 133 ust. 1, jeżeli złożą Państwowej Komisji Wyborczej oświadczenie w tej sprawie najpóźniej w 5 dniu przed dniem wyborów.&#8221;</em></p>
<p>Czyli na tych kandydatów w ogóle mało kto może głosować, a do parlamentu wejdą i tak&#8230; I wystarczy im do tego, że będą np. &#8220;dobrymi Niemcami&#8221; czy &#8220;dobrymi Białorusinami&#8221;.  W trosce o właściwy dobór parlamentarzystów, ta ostatnia zasada musi zostać natychmiast  unieważniona. I to nie dlatego, że chodzi o osoby innej narodowości niż polska. Lecz dlatego, że zasada ta przedkłada niepolskie pochodzenie narodowe kandydata ponad jego umiejętności &#8211; a co za tym idzie &#8211; ponad jego wartość jako konstruktywnego współtworzyciela praw w tym kraju. <br />
 <br />
Przecież nie istnieje w ordynacji jakikolwiek artykuł czy ustęp mówiący o specjalnym uprzywilejowaniu np mniejszości religijnych, których reprezentanci mieliby gwarantowane mandaty nawet, jeśli ta mniejszość nie przekracza 5% populacji. Nikt nie próbuje nawet ustalać &#8220;proporcji&#8221;, według których przyznawanoby mandaty członkom Kościoła Ewangelicko &#8211; Augsburskiego czy Kościoła Ewangelicko &#8211; Reformowanego albo mniejszości islamskiej. Tak samo, jak nikt nie rezerwuje specjalnie mandatów dla Zydów (obojętnie już czy traktowanych pod względem religijnym czy rasowym). Ustalanie tego rodzaju zasad z pewnością przekroczyłoby wszelkie granice rozsądku. Dlaczego zatem utrzymywać je wobec mniejszości narodowych?<br />
 <br />
<img class="alignright size-medium wp-image-8" title="Sejm RP" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/sejm-rp.jpg?w=300" alt="Sejm RP" width="300" height="225" />Nie mamy niczego przeciw temu, by również osoby o korzeniach innych niż polskie udzielały się w pracach polskiego sejmu i senatu. Niechaj jednak wchodzą tam jako dobrzy eksperci, a nie jako &#8220;dobrzy nie-Polacy&#8221;. Ta sprawa zresztą ma swój szerszy wydźwięk, jeśli chodzi o kwestie praw mniejszości w Polsce. Nie wątpimy, że w razie upowszechnienia niniejszego postulatu, pojawią się pod jego adresem głosy krytyczne, zarzucające mu &#8220;nacjonalizm&#8221;, &#8220;ksenofobię&#8221; czy wręcz &#8220;rasizm&#8221;. O tym, że zarzuty takie byłyby co najmniej niepoważne, można się łatwo przekonać, przyglądając się bliżej stanowi obecnemu. Bardzo często zdarza się, że gdy przedstawiciele mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie zgłaszają postulat ustawienia w ich miejscowościach tablic z dwujęzycznymi ich nazwami (polską i niemiecką), są oni atakowani publicznie, a na ich postulatach przysłowiowej &#8220;suchej nitki&#8221; nie pozostawiają właśnie ci, którzy co chwila podkreślają konieczność &#8220;walki z ksenofobią&#8221;&#8230; Innymi słowy: dawanie pierwszeństwa kandydatowi na posła, bo jest Niemcem, jest &#8220;dobre&#8221;, bo takie &#8220;tolerancyjne&#8221; i &#8220;nie-ksenofobiczne&#8221;, ale gdyby np. na tablicy z nazwą <em>&#8220;Strzelce&#8221;</em> pojawiła się obok również nazwa <em>&#8220;Strehlitz&#8221;</em>, to już tu się kończy upodobanie dla tolerancji, a ksenofobia przybiera wręcz na sile&#8230; O co zatem chodzi w naszym postulacie? O to, by pochodzenie etniczne kandydata nie miało znaczenia przy jego wyborze do parlamentu, a kryterium tego wyboru spoczywało wyłącznie na jego przydatności do pracy w tym organie ustawodawczym, obojętnie jakie będzie miał on rysy twarzy oraz oczy skośne w obojętnie którą stronę&#8230; oraz aby jednocześnie mniejszości miały możliwość korzystania, w miejscach swych skupisk, z własnego dorobku kulturowego, którego częścią jest między innymi nazewnictwo. Zależy nam bowiem zarówno na prawach mniejszości etnicznych jak i na tym, aby położyć kres gwarantowanemu obecnie ustawowo marnotrawstwu mandatów poselskich przyznawanych za pochodzenie zamiast za zasługi. <br />
 <br />
Przyjrzyjmy się zatem jak, w skrócie, wyglądać miałyby poszczególne etapy walki o mandaty sejmowe. Nie wprowadzają one żadnej komplikacji w stosunku do systemu obecnego, natomiast dają szereg nowych i istotnych korzyści:</p>
<p><strong>1. Wyłanianie kandydatów.</strong> Partie polityczne i inne organizacje czynią to, co zawsze, z tą wszakże różnicą, że zwracają większą niż dotychczas uwagę na osiągnięcia zawodowe kandydata, co stanowi już pierwszą bezpośrednią korzyść nowego systemu.</p>
<p><strong>2. Rejestracja wyłonionych kandydatów.</strong> Według obecnie obowiązującej ordynacji, każdy kandydat ma prawo ubiegać się tylko o jeden mandat i tylko z jednego okręgu wyborczego. Nowy system dokłada jeszcze jeden warunek: tylko do jednej komisji sejmowej, co oznacza, że kandydat decyduje się ubiegać o mandat w tej komisji, do pracy w której uważa się za przygotowanego najlepiej. To już druga bezpośrednia korzyść płynąca z nowego systemu.</p>
<p><strong>3. Kampania wyborcza.</strong> Kandydaci prowadzą kampanię mając na uwadze, że o ich wyborze decydować będzie w nieporównanie większym stopniu ich własny dorobek zawodowy niż dotychczas. Będą zmuszeni do koncentrowania się na nim właśnie, co stanowi trzeci już zysk nowego systemu. Spotęgowany będzie on dodatkowo faktem, że konkurentami jego będą nie tylko inni kandydaci z tego samego okręgu, ale także kandydaci startujący gdzie indziej w Polsce. Stąd wypływa kolejna korzyść: koncentracja na własnych osiągnięciach zmniejszy stopień stosowania &#8220;propagandy negatywnej&#8221; wobec konkurentów &#8211; będzie na to mniej czasu, tym bardziej, że wielu kontrkandydatów będzie mu nieznanych, w związku z czym nie może on ich nawet zbytnio atakować. Nie łudzimy się, by dało się negatywne elementy walki wyborczej całkowicie zlikwidować. Pozostaną one i będą niemniej zażarte, ale zmniejszy się ich ilość. Inne jeszcze korzyści &#8211; tym razem dla wyborców &#8211; będą te, że w ten sposób lepiej będą mogli poznać swoich kandydatów oraz stopniowo lepiej zaczną się także orientować w zadaniach parlamentu i problemach przezeń rozstrzyganych.</p>
<p><strong>4. Wybory.</strong> Wyborcy będą głosować w swoich okręgach wyborczych. Procedura samego głosowania nie ulegnie zbyt wielkiej zmianie. Mając znaną sobie liczbę kandydatów, wyborcy głosować będą przyznając swoje preferencje. Najlepszym systemem byłaby zmodyfikowana i uproszczona wersja australijskiego &#8220;wyboru alternatywnego&#8221; (&#8221;alternative vote&#8221;). Zmianie ulegnie natomiast podliczanie oddanych głosów. Po uzyskaniu od okręgowych komisji wyborczych rezultatów głosowania w okręgach, Państwowa Komisja Wyborcza ustali ostateczne wyniki wyborów, zestawiając wyniki ogólnokrajowe dla każdej z komisji sejmowych z osobna.  Dokładnie jest ona omówiona w pytaniach i odpowiedziach dotyczących proponowanego systemu, konkretnie w punkcie <strong>12</strong>. Wynikająca z tego ogólnopolskiego podliczania głosów dodatkowa korzyść polegać będzie na tym, że w odróżnieniu tak od  obowiązującej ordynacji jak i innych istniejących propozycji, w sposób nie podlegający żadnej możliwej wątpliwości zostanie zachowana- a właściwie dopiero tak naprawdę zostanie wprowadzona &#8211; zasada równości wszystkich oddanych głosów w skali całego kraju.   </p>
<p><strong>Teraz kolej na wyjaśnienie zmian odnośnie Senatu:</strong></p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-10" style="margin-left:0;margin-right:3px;" title="stmalachowski" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/stmalachowski.jpg" alt="stmalachowski" hspace="0" width="254" height="350" />Inaczej nieco wyglądałaby procedura wyborcza jeśli chodzi o tę izbę. Senat w większym stopniu pełni rolę &#8220;jurora&#8221; wobec proponowanych praw aniżeli ich &#8220;twórcy&#8221;. Oznacza to, że grono to jest w większym stopniu gronem polityków i arbitrów niż twórców prawa. O ile zamysłem jest uczynienie z Sejmu rodzaju &#8220;Kolegium Ekspertów&#8221;, to z kolei Senat byłby rodzajem &#8220;Rady Starszych&#8221;. Stąd też zasada reprezentacji regionalnej (w tym wypadku okręgów) jest bardziej uzasadniona niż w przypadku Sejmu pomyślanego jako &#8220;kolegium ekspertów&#8221;. Proponowany model ordynacji wyborczej do Senatu RP różniłby się zatem od modelu sejmowego. Przy czym, aby możliwe było wyselekcjonowanie kandydatów na zasadzie doboru indywidualnego, system ten byłby systemem funkcjonującym na zasadzie &#8220;okręgów jednomandatowych&#8221;, przy czym okręgi te byłyby tymi samymi okręgami wyborczymi, z których kandydują posłowie. Nie byłoby w związku z tym różnych okręgów dla sejmu i senatu. Sposób podliczania głosów uzyskanych przez poszczególnych kandydatów podany jest w odpowiedzi na pytanie 12 i odpowiadałby on systemowi jednomandatowemu do niższej izby parlamentu australijskiego. Zasadą przy tym byłoby, że każdy okręg wyborczy będzie mieć tę samą liczbę senatorów (a liczba ta zależałaby od liczby okręgów wyborczych, na jakie podzielony byłby kraj. Tak zatem jeśli liczba okręgów wynosiłaby np 99 lub 100, to wówczas liczba senatorów też wynosiłaby 99 lub 100, czyli po jednym senatorze z okręgu. Jeśli zachowana byłaby (co wątpliwe) dotychczasowa liczba 41 okręgów wyborczych, to wówczas byłoby po 2 senatorów na okręg (czyli 82 w sumie) lub co najwyżej 123 senatorów (po 3 na okręg).<br />
 <br />
Całkowicie zniesiona zostałaby istniejąca obecnie zasada jednoczesnego wyboru wszystkich  posłów i senatorów. To zdecydowanie najgorsza zasada, jaką można sobie wyobrazić. Zadaniem izby wyższej parlamentu jest opiniowanie i osądzanie projektów ustaw opracowanych przez Sejm. Senat ma zatem decydować o tym, które projekty zatwierdzić, które odrzucić, a które skierować z powrotem do Sejmu w celu wprowadzenia poprawek i uzupełnień.<br />
 <br />
Wiadomo przy tym, że wybory parlamentarne często przynoszą zwycięstwa partiom i koalicjom partyjnym będącym &#8220;na fali&#8221;, czyli cieszącym się w danym momencie największym poparciem. W takich przypadkach te partie lub koalicje &#8220;biorą&#8221; jednocześnie i Sejm i Senat, zdobywając w nich większość. Oznacza to w praktyce kompletne niemal zdeprecjonowanie wartości i roli Senatu, gdyż &#8220;opiniując&#8221; projekty ustaw, stanowi on zwykle rodzaj jedynie &#8220;gumowej pieczątki&#8221; zatwierdzającej to, co zwycięskie partie przegłosowały już w Sejmie. Taki Senat możnaby właściwie po prostu znieść, bo do niczego konkretnego się on w takiej sytuacji nie nadaje, stanowiąc jedynie niepotrzebny balast dla budżetu państwa.<br />
 <br />
Jeżeli Senat ma zatem we właściwy sposób pełnić swoją stabilizującą rolę, to musi on stanowić efekt bardziej wyważonego wyboru. A bardziej wyważony wybór jest wyborem stopniowym. Wybór stopniowy (lub etapowy) jest wyborem, w którym podczas każdych wyborów parlamentarnych, obok wyboru całego Sejmu, wybierana jest jedynie część Senatu. Przykładami służą m.in. Australia i USA. W Australii kadencja posła trwa 3 lata, senatora 6 lat. Wybory do parlamentu odbywają się co 3 lata i wtedy wybiera się (podczas jednych wyborów) połowę senatorów, a drugą połowę podczas wyborów następnych. W USA podczas każdorazowach wyborów wyłania się jedną trzecią senatorów, przy czym &#8211; ponieważ kadencja posła wynosi 4 lata, a senatora 6 lat &#8211; to co 2 lata odbywają się wybory pozostałej jednej trzeciej nowych senatorów. <br />
 <br />
Dla Polski proponujemy tutaj uproszczoną kombinację tych dwóch systemów, która z jednej strony oznaczałaby wybór jednej trzeciej lub jednej drugiej senatorów podczas każdych wyborów parlamentarnych (zależnie od liczby okręgów wyborczych), a z drugiej uniknęłaby konieczności dodatkowych wyborów wyznaczanych pomiędzy kolejnymi wyborami do Sejmu. W zależności od przyjętego wariantu oznaczałoby to albo 9-letnią kadencję senatora wobec 3-letniej kadencji posła albo też 8-letnią kadencję senatora wobec 4-letniej kadencji posła. Więcej szczegółów w odpowiedzi na pytanie <strong>12</strong> i <strong>13</strong>.</p>
<p><a href="http://monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza-pytania-i-odpowiedzi/">http://monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza-pytania-i-odpowiedzi/</a></p>
<p> <br />
Michał Monikowski<br />
Perth, Australia</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nowa ordynacja wyborcza &#8211; pytania i odpowiedzi</title>
		<link>http://www.monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza-pytania-i-odpowiedzi/</link>
		<comments>http://www.monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza-pytania-i-odpowiedzi/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 11 Jul 2009 13:09:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>monio</dc:creator>
				<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Ordynacja wyborcza]]></category>
		<category><![CDATA[Parlament]]></category>
		<category><![CDATA[Sejm]]></category>
		<category><![CDATA[Senat]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://monio.info/?p=37</guid>
		<description><![CDATA[1. W teorii obecna propozycja wygląda na słuszną. Ale jak w praktyce mają wyglądać wybory, jeżeli kandydaci na posłów często nawet nie będą ubiegali się o ten sam mandat? Wyobraźmy sobie sytuację, w której z jakiegoś okręgu startować będzie np. piętnastu kandydatów, ale każdy z nich ubiegać się będzie o mandat w innej komisji sejmowej?  [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>1. W teorii obecna propozycja wygląda na słuszną. Ale jak w praktyce mają wyglądać wybory, jeżeli kandydaci na posłów często nawet nie będą ubiegali się o ten sam mandat? Wyobraźmy sobie sytuację, w której z jakiegoś okręgu startować będzie np. piętnastu kandydatów, ale każdy z nich ubiegać się będzie o mandat w innej komisji sejmowej?  Zważywszy, że owych komisji ma być 25, taka teoretyczna możliwość istnieje, że każdy kandydat może ubiegać się o dostanie się do innej. Jeżeli np. „Kowalski” startuje do komisji gospodarczej, a „Nowak” do komisji ochrony środowiska i zasobów leśnych, to jak zdecydować który z tych dwóch jest lepszy? W jaki sposób ten problem będzie rozwiązany?</strong></p>
<p style="text-align:justify;">Przede wszystkim to nie będzie żaden problem. Przecież już obecnie o jedno miejsce w parlamencie walczy od kilku do kilkunastu osób (w wyborach z października 2007 o 560 miejsc – sejmowych i senackich – ubiegało się dokładnie 6580 kandydatów i kandydatek). I według wszelkiego możliwego prawdopodobieństwa większość z wybranych trafi w końcu do rozmaitych komisji parlamentarnych, z całą pewnością nie będą wszyscy należeć do jednej i tej samej. Zacznijmy od tego, że jeśli 15 kandydatów jest znanych ze swych zamiarów ubiegania się o mandaty w konkretnych komisjach sejmowych, to będzie to sytuacja o całe niebiosa lepsza od obecnej, gdyż obecnie nie wiadomo co i jak kandydaci zamierzają robić w sejmie. Obecnie jest tak, że wielu kandydatów ubiega się o ten sam mandat, a każdy ma inne kwalifikacje (o ile w ogóle jakiekolwiek posiada&#8230;). „Najlepsze” jest to, że często sami kandydaci nie wiedzą do jakiej komisji trafią, a niejednokrotnie nie fatygują się do żadnej. Tak więc samą znajomość zamiarów kandydatów w tym względzie i to od początku kampanii wyborczej traktować należy jako istotny krok naprzód. W miarę postępu kampanii wyborcy będą mogli zorientować się w tym, co konkretnego mają oni do zaproponowania oraz jakie posiadają kwalifikacje do pracy w sejmie. Będą mogli sobie zatem wyrobić na ich temat zdanie, w tym również zdanie na temat tego, czy np „Kowalski” będzie lepszy w komisji gospodarczej czy też może „Nowak” lepiej przysłuży się krajowi, pracując w komisji ochrony środowiska i zasobów leśnych. Nie zapominajmy też, że istotną pomocą służyć będą wyborcom&#8230; ich współwyborcy. Wśród wyborców nie brakuje bowiem również zawodowców i to z tych dziedzin, w których udzielać zamierzają się posłowie w sejmie. Będą oni w stanie dosłownie „odpytać” kandydatów z tych dziedzin i w ten sposób dopomóc w ich selekcji.</p>
<hr /><strong>2. Czy proponowany system będzie wymagał nowego podziału kraju na okręgi wyborcze? Jeśli tak, to w jaki sposób i według jakich zasad podział ten zostanie przeprowadzony?</strong></p>
<p>W zasadzie nowy podział nie byłby absolutną koniecznością. Ostatecznie bowiem nie jest to propozycja zawierająca jakiekolwiek „miejsca gwarantowane” z jakiegokolwiek okręgu. Jednak właściwym byłoby przeprowadzenie nowego podziału na okręgi o mniej więcej równej liczbie mieszkańców, co oczywiście oznaczałoby, że jedne z nich byłyby powierzchniowo niewielkie, inne byłyby rozległe, z uwagi na rozmaitą gęstość zaludnienia oraz nierównomierne rozmieszczenie ludności. Nie miałoby przy tym znaczenia, czy byłyby to okrągi małe lub większe, czy byłoby ich 80, 160 czy 460. Najpewniej decydującym czynnikiem byłby po prostu stopień łatwości (i trudności) podziału na okręgi mniejsze lub większe. Granice między okręgami przeprowadzonoby tak jak najłatwiej to uczynić.</p>
<hr /><strong>3. Proponowany system zakłada, że nie będzie już gwarantowanych mandatów poselskich z każdego okręgu. Jak w ogóle można pogodzić taką zasadę z demokracją i sprawiedliwością? Wychodzi na to, że ludzie będą wybierali swoich przedstawicieli w okręgach, a potem dowiedzą się, że ci i tak nie przeszli. Jaki jest w ogóle sens głosowania w takich warunkach? Proponowana tu zasada wydaje się w najlepszym wypadku nieco dziwna&#8230;</strong></p>
<p>Proszę zwrócić uwagę, że obecna sytuacja jest pod tym względem znacznie gorsza.  Ona jest regulowana inaczej ułożonymi zasadami ordynacji, ale generalnie rzecz biorąc efekt jest podobny (tylko właśnie gorszy), jeśli się temu dokładniej przyjrzeć. Według proponowanego systemu istotnie kandydat wybierany w jednym okręgu może przegrać wybory z kandydatem z innego okręgu, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy ten inny kandydat uzyska więcej głosów. Podczas, gdy obecnie przegrywa z kandydatami uzyskującymi mniej głosów. Wyobraźmy sobie sytuację następującą w dwóch różnych okręgach mających, powiedzmy (dla łatwego rachunku) po 500 tysięcy wyborców: startuje z nich po 10 kandydatów. Ale w jednym z nich dwóch kandydatów zdecydowanie przewodzi stawce, zbierając razem 80% głosów (jeden ma 42% i wygrywa, drugi 38% i przegrywa). Dodatkowo frekwencja sięga 90%. W drugim okręgu głosy rozkładają się dość równo. Wygrywa ktoś z 14% głosów. I on zostaje posłem Dodatkowo frekwencja wynosi 25%, czyli ten, który ma 38% (171 tysięcy głosów) przegrywa z kimś o poparciu 3krotnie mniejszym procentowo (a liczbowo prawie 10krotnym, bo ten &#8220;zwycięzca&#8221; ma 17 i pół tysiąca głosów). A czy nie wiemy, że do parlamentu – na skutek istnienia systemu proporcjonalnego – dostają się często kandydaci, na których mało kto głosuje? Jak można wierzyć, będąc wyborcą, że się własny głos w ogóle liczy? I też można zapytać: jaki jest w ogóle sens głosowania w takich warunkach? Można kogoś wybrać, a i tak ten ktoś nie przejdzie, bo ustąpi miejsca komuś o mniejszym poparciu – czy to z tego samego okręgu wyborczego, czy też z innego. Kandydat może wygrać wybory w swoim okręgu, ale jeśli nie będzie za nim stała partia uzyskująca w skali całego kraju co najmniej 5% głosów, to taki kandydat nie wejdzie do Sejmu. I nie ma możliwości uczynienia czegokolwiek, aby temu zapobiec. Jest tylko i wyłącznie kwestią naszego przyzwyczajenia, że obecną zasadę uważamy za demokratyczną, a proponowana tutaj wydaje się komuś „dziwna”. Jak bowiem widać przy bliższym przyjrzeniu się, proponowany system nie ma w sobie absolutnie niczego „dziwnego”. Jest on niemniej demokratyczny niż jakikolwiek inny, a za to dodatkowo sprawiedliwszy i gwarantujący lepszych deputowanych.</p>
<hr /><strong>4. Jeżeli tak, to jaka jest właściwie główna różnica między systemem obecnym a proponowanym?</strong></p>
<p>Proponowany system, obok wielu korzyści, oferuje przede wszystkim spełnienie dwóch kardynalnych filarów: głównego wymogu demokracji parlamentarnej oraz głównej potrzeby systemu władzy. A to poprzez łączenie zasady demokratycznego wyboru z regułą profesjonalnego doboru:</p>
<p>1. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie posiada autentycznego i sporego poparcia wśród wyborców,<br />
2. nie wejdzie do parlamentu nikt, kto nie jest fachowcem w dziedzinie, w której ma współstanowić prawa</p>
<p>Czy jest znany jakikolwiek inny system, któryby obie te rzeczy gwarantował naraz w takim stopniu?</p>
<hr /><strong>5. Jeśli istotnie proponowany tu system jest taki dobry i słuszny, jak się go tu przedstawia, to jakim „cudem” nie jest on stosowany w znanych nam krajach demokratycznych, zwłaszcza w tych, które zdecydowanie przewodzą w światowej demokracji?</strong></p>
<p>Dzieje sią tak nawet nie jednym „cudem”, ale wręcz kilkoma. Najważniejszym jest „cud” historyczny. Jak już pokazano tu na przykładzie Polski, obecny system wywodzi się z systemu, który z demokracją nie miał absolutnie niczego wspólnego. Podobnie było w innych krajach, jak we Francji czy Anglii. „Parlement” był początkowo jedynie organem doradczym wobec monarchów, przy czym oczywiście jego członkowie wykorzystywali swoją pozycję dla wzmocnienia własnych interesów. Układ klasowy, który tworzył niegdyś „parlement”, już nie istnieje. Jedyną istotną różnicą jest to, że uprawnienia, które niegdyś posiadali nieliczni, zostały rozszerzone na wszystkich obywateli, bez względu na ich przydatność do pełnienia podobnych funkcji.</p>
<p>I to właśnie dlatego ten schemat historycznego tworzenia parlamentów demokratycznych stosowany jest w praktyce obecnie. Ma on zastosowanie również w tych krajach, które stosunkowo niedawno wkroczyły na drogę demokracji, a to dlatego, że kraje te albo wprost przejęły systemy polityczne od krajów o starszym parlamentaryzmie, albo tworzyły swe systemy na podstawie istniejących w tych innych krajach.</p>
<p>Z czasem wytworzyło się wrażenie (i to z kolei jest drugi powód, czyli kolejny z owych „cudów”, dla których nie stosuje się odmiennych systemów; powód, który możnaby nazwać „nastawieniem myślowym” ), że skoro tak wytworzyły się systemy demokratyczne, to znaczy, że mogą one istnieć tylko i wyłącznie w takiej, a nie innej, postaci.</p>
<p>Wrażenie to dodatkowo jest potęgowane faktem (i to jest jeszcze inny z owych „cudów”), że czołowe kraje demokracji są równocześnie największymi potęgami gospodarczymi – a co za tym idzie – krajami o najwyższych standardach życia. Tworzy to fałszywe wrażenie, że kraje te dlatego są tak dobrze prosperującymi, bo mają taki typ systemu demokratycznego. Zapomina się najczęściej, że te kraje stały się (za wyjątkiem USA) potęgami jeszcze zanim zaczęły mieć do czynienia z demokracją. Ta sytuacja sprawia, że owe kraje nie odczuwają tak naglącej potrzeby reformy swych systemów parlamentarnych.<br />
Historia uczy, że reformy pojawiają się najczęściej tam, gdzie najbardziej odczuwana jest ich potrzeba. Oznacza to, że wzorzec udoskonalenia jakości parlamentu stworzyć musimy sobie sami, raczej nie zawita on do Polski z obecnych systemów USA, Francji czy Wielkiej Brytanii, choć niewątpliwie od tamtych krajów można się nauczyć wielu innych rzeczy.</p>
<hr /><strong>6. Jaki jest w ogóle sens tak drobiazgowego troszczenia się o profesjonalizm członków poszczególnych komisji sejmowych, skoro wypracowywane przez nie propozycje ustaw są potem i tak dyskutowane i przegłosowywane przez cały parlament, którego większość nie składa się z fachowców z danej dziedziny (czyli stanowi zgromadzienie „laików”), do której odnosi sią proponowane prawo?</strong></p>
<p>Wyobraźmy sobie dwie grupy ludzi, każdą po 460 osób. Jedna z nich jest jednakże grupą fachowców z dziedzin stanowiących zainteresowanie parlamentu, a druga to typowa „zbieranina”, złożona z osób „na chybił-trafił”. Ta pierwsza grupa, pracująca w zespołach złożonych z fachowców, tworzy w określonym czasie zespół fachowo opracowanych propozycji praw. Mogą się wśród nich znaleźć propozycje nieudane, ale stanowić będą niewielki odsetek. Większość jednak to będą prawa logiczne, nienajgorzej, dobrze, a nawet bardzo dobrze opracowane. Z tej całej „puli” nowych propozycji praw część zostanie w głosowaniu odrzucona, ale część zostanie przyjęta.<br />
Ta druga grupa, owa „zbieranina” też w tym samym czasie przygotuje pewną liczbę praw. Ale, z uwagi na niski stopień profesjonalizmu swoich członków, stworzy prawa mierne, na ogół poniżej przeciętności, rzadko tylko sięgające poziomem przeciętności, a już tylko wyjątkowo będące dobrymi. I z tej, nędznej, puli część również zostanie w głosowaniu odrzucona (chwała Bogu!), jednak część zostanie przyjęta i stanie się obowiązującym prawem w kraju&#8230; Więc jak: którą z tych dwóch „pul” wolelibyśmy mieć do dyspozycji we własnym kraju?</p>
<hr /><strong>7. Czy w proponowanym systemie będzie istniała możliwość wystawiania kandydatur niezależnych?</strong></p>
<p>Jak najbardziej. I wygrana kandydata niezależnego nie byłaby hamowana jakimikolwiek ograniczeniami wynikającymi (jak to się dzieje obecnie) z „progu 5%” postawionego partiom politycznym jako warunku uzyskania miejsc w parlamencie. Istotą proponowanej ordynacji jest bowiem stworzenie warunków do wyboru możliwie jak najlepszych kandydatów, a nie faworyzowanie jakiejkolwiek partii politycznej.</p>
<hr /><strong>8. Czy istotnie system demokracji parlamentarnej jest możliwy do naprawienia? Parlament spełnia dobrą rolę tylko wtedy gdy ma bardzo ograniczone kompetencje, zakaz inicjatywy we wszystkich sferach i gdy jego uprawnienia polegają tylko na możliwości blokowania podnoszenia podatków, zmiany starych i ważnych praw, kombinowania przy walucie oraz wypowiedzenia wojny. Jeśli parlament już ma istnieć, to jako właśnie hamujący strażnik pewnego ładu, chroniący prawa obywateli. W innym przypadku parlament, nawet w znacznej mierze profesjonalny potrafi stać się zagrożeniem dla wolności jednostki, praw osoby ludzkiej, życia, zdrowia, gospodarki, moralności, normalności i co tam kto jeszcze chce dodać. Problemem jakiegokolwiek parlamentaryzmu nie jest brak profesjonalizmu reprezentantów czy zła dyscyplina wewnętrzna, ale to że parlament ma w większości krajów władzę absolutną, a zupełnie nie jest do niej stworzony. On ma być dodatkową ochroną jednostki. Stąd zgadzając się, że proponowane rozwiązania zwiększą profesjonalizm parlamentarzystów, uważam iż osiągnięcie tego celu nie przyniesie naprawy ustroju. (pytanie i opinia cytowane z nieznacznymi skrótami z Serwisu kosciol.pl, autor J.J. Skoczylas)</strong></p>
<p>Jeżeli obawiać się niebezpieczeństw ze strony tego organu władzy, to dlatego, że niejednokrotnie zdarza się, że jego posłowie zajmują się akurat nie tym, czym powinni. Ferują swoiste &#8220;wyroki&#8221; moralne wobec polityków i innych postaci publicznych zamiast pracować nad stworzeniem lepszych praw (a do tego jednak potrzeba fachowców, niebezpieczni są właśnie dyletanci!).<br />
Możemy spierać się o szczegóły roli parlamentu oraz zakresu jego władzy. Jednak profesjonaliści będą w nim potrzebni bez względu na to, jaki ustrój polityczny będzie istniał w kraju. Każdy bowiem ustrój potrzebuje fachowców i żaden nie potrafi się bez nich obejść, jeśli ma funkcjonować jako tako prawidłowo. Nawet gdyby założyć, że parlament nie powinien posiadać ogromnej władzy, lecz być jedynie reprezentacją zapewniającą dodatkową ochronę jednostki, to i taką rolę lepiej spełnią fachowcy niż dyletanci. Osobiście nie spotkałem jeszcze ani jednego demokraty, nie-demokraty czy anty-demokraty, który twierdziłby, że organ ustawodawczy (obojętnie jak by się on nazywał i jak daleko sięgałyby jego kompetencje) nie powinien składać się z profesjonalistów, lecz że powinni zasiadać w nim dyletanci. Potrzeba reformy zmierzającej do zwiększenia profesjonalizmu deputowanych jest zatem koniecznością, a już zwłaszcza w warunkach prawnego i gospodarczego nieporządku oraz w przypadku posiadania przez parlament ogromnej władzy ustawodawczej.</p>
<hr /><strong>9. Do tej pory w każdym okręgu działały biura poszczególnych posłów, umożliwiające kontakt wyborcy z jego reprezentantem. Jeśli proponowany tu system zostanie wprowadzony, to oznacza to, że będą okręgi wyborcze, z których żaden kandydat nie wejdzie do sejmu. Co stanie się wtedy z biurami poselskimi?</strong></p>
<p>Nie byłoby żadnych biur poselskich czy senatorskich. Zamiast nich istniałyby Biura Parlamentarne istniejące w każdym okręgu, bez względu na to, czy posiada on swoich posłów czy nie. Jaka jest różnica? Są zasadniczo dwie różnice: biuro poselskie to biuro konkretnego posła. Biuro parlamentarne to biuro parlamentu. Biur poselskich jest tyle ilu jest posłów, biur parlamentarnych byłoby co najmniej tyle ile jest okręgów. Posłów jest 460, okręgów yborczych jest 41. To oznaczałoby, że minimalna liczba biur parlamentarnych wynosiłaby 41. Jeżeli miałoby się jednak okazać, że ta liczba mogłaby być zbyt mała, to możnaby w niektórych większych okręgach stworzyć po 2, 3 lub nawet 4 takie biura. Wydaje się jednak, że liczba ta nie przekroczyłaby 100 lub najwyżej 150.</p>
<hr /><strong>10. Jaka wobec tego jest różnica funkcjonowania między biurem poselskim a biurem parlamentarnym?</strong></p>
<p>Jak zaznaczono powyżej, biuro poselskie jest biurem konkretnego posła w okręgu, z którego zostanie on wybrany. Biuro sejmowe będzie biurem Sejmu RP w danym okręgu, a nie jedynie buirem konkretnego posła. Różnica będzie widoczna już gołym okiem. W obecnej chwili działa 460 biur poselskich w całym kraju. Niejednokrotnie zmieniają one swoje adresy, co cząsto poprostu utrudnia zlokalizowanie ich. Dodatkowo, gdy poseł kończy swą pracę w Sejmie, likwidowane jest jego biuro, a nowy poseł z reguły otwiera swoje własne gdzie indziej. Jeżeli – jak to wygląda obecnie – z jednego okręgu statystycznie jest ponad 10 posłów, to praktycznie nikt nie wie gdzie ich wszystkich szukać.</p>
<p>Dla kontrastu, biura parlamentarne jako większe i ulokowane na stałe w tych samych miejscach, będą łatwo widoczne i łatwo będzie się z nimi kontaktować, nawet jeśli akurat posłowie będą tam nieobecni. Stały personel (powtórzmy to jeszcze raz: stały, a nie dorywczy, na jedną kadencję lub wręcz tylko na pewien jej wycinek czasowy&#8230;) będzie dobrze zaznajomiony z procedurami parlamentarnymi oraz z zakresem spraw, w jakich posłowie mogą być pomocni w rozwiązywaniu zgłaszanych problemów. Generalnie większość spraw, z jakimi obywatele zgłaszają się do parlamentarzystów, nie podlega ich gestii. W szeregu pomniejszych spraw pomoc będzie mógł okazać sam personel biura parlamentarnego.</p>
<p>Za pośrednictwem takiego biura będzie można kontaktować się nie tylko z jednym posłem, ale z dowolnym posłem oraz w ogóle z Sejmem lub poszczególnymi jego komisjami. Posłowie wizytujący dany okręg, będą tam przyjmować interesantów, gdyż stworzone tam zostaną po temu odpowiednie warunki. Dodatkowa korzyść płynie z faktu komasacji siedzib poszczególnych posłów w jednym miejscu. Obecnie biura poselskie rozmieszczane są na chybił-trafił, nieraz w wyjątkowo nieodpowiednich i mało widocznych miejscach. Biura sejmowe, służące Sejmowi jako całości oraz poszczególnym posłom, byłyby lepiej ulokowane, większe i lepiej wyposażone. Dodatkowo wynajem większej powierzchni w jednym miejscu jest z reguły tańszy niż wynajem szeregu małych, nieatrakcyjnych powierzchni w rozmaitych miejscach.</p>
<hr /><strong>11. Powyższa ordynacja jest typem systemu większościowego, nie dopuszcza ona możliwości zastosowania systemu proporcjonalnego. Oznacza to, że w parlamencie niemożliwe będzie odzwierciedlenie proporcji rzeczywistego poparcia, jakim cieszą się poszczególne partie polityczne wśród wyborców w skali całego kraju. Czy istnieje w tym systemie jakikolwiek aparat, który potrafiłby zapewnić nieco większe odbicie woli wyborców w tym zakresie?</strong></p>
<p>Proponowany system generalnie jest typem ordynacji większościowej, jednak nie ma nic wspólnego ani z klasycznie pojmowaną zasadą większościową ani proporcjonalną. Typowy system większościowy lub proporcjonalny istnieje tam, gdzie gwarantowane są miejsca z okręgów wyborczych. Według tej klasycznej zasady większościowej kto wygrywa wybory w swoim okręgu, wchodzi do parlamentu. Według klasycznej zaś zasady proporcjonalnej – mandaty są rozdzielane (według przelicznika) pomiędzy partie, które uzyskały największe poparcie i to one decydują którzy z ich kandydatów wchodzą do parlamentu (sami wyborcy niewiele mają tu do powiedzenia&#8230;).<br />
W proponowanym tu systemie nie ma takiego warunku, gdyż kandydat ubiega się nie o miejsce z okręgu, ale o miejsce w konkretnej komisji sejmowej, o dostaniu się do której decyduje porównanie wyniku danego kandydata z wynikami innych kandydatów (również z innych okręgów) starających o miejsca w tej samej komisji. Jak wyjaśniono już w punkcie 7, istotą proponowanego tu rozwiązania jest wybranie możliwie najlepszych kandydatów, a nie faworyzowanie jakiejkolwiek partii politycznej, w tym faworyzowanie jej czy to w sposób większościowy czy też w proporcjonalny.<br />
Natomiast prawdą jest, że to rozwiązanie jest bliższe dotychczas rozumianemu systemowi większościowemu niż proporcjonalnemu. Istotą jego jest bowiem przesunięcie punktu ciężkości na umiejętności kandydata, a nie troska o zapewnienie proporcji partiom politycznym.<br />
Celem bowiem jest tutaj jakość parlamentu, a nie odmalowywanie mozaiki politycznej. Jednak owa bliskość tradycyjnemu systemowi większościowemu nie oznacza istnienia cech uznawanych za wady takiego systemu.<br />
Słabością dotychczasowych systemów wyborczych jest to, że ustanawiane są one z myślą o sposobie liczenia głosów i przydziale mandatów, a ściślej z wyobrażeniami co do tego, który sposób liczenia jest sprawiedliwszy, a nie z myślą o wyłonieniu najlepiej przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych. Ogromną energię zużytkowano na tworzenie skomplikowanych nieraz metod obliczania głosów, by w końcu i tak skonkludować, że żaden nie jest w pełni zadowalający. Po co zatem marnować czas na wymyślanie rzeczy niezadowalających? Czy nie lepiej po prostu skupić się na jakości kandydatów zamiast na metodach liczenia? Jakie to nieraz są metody i ile już ich powstało, można wyczytać choćby tutaj <a title="http://homepages.nyu.edu/~mrg217/es_published.pdf" href="http://homepages.nyu.edu/~mrg217/es_published.pdf" target="_blank">http://homepages.nyu.edu/~mrg217/es_published.pdf<br />
</a>Pomysł proponowany powyżej nie wymaga geniuszu. W istocie jest on w tak oczywisty sposób prosty, że nie ma chyba człowieka na tej planecie, któryby nie potrafił nań wpaść. Jednak nie jest on proponowany, gdyż na ogół myśli się o wszystkim, tylko nie o próbie wpisania w ordynację reguły gwarantującej jakość wybieranych deputowanych. Próbowano niemal wszystkiego, łącznie z gwarantowaniem proporcji kobiet w parlamentach, czy to perswadując posłów-mężczyzn (lub nawet im nakazując), by zrzekali się swych miejsc na rzecz żeńskich kandydatek. Tak, nawet o tym w niektórych krajach już się myśli, czyli mówiąc wprost, bez owijania w bawełnę: pomyślano nawet o proporcjach reprezentowania płci w parlamencie. Ba, pomyślano nawet o rasach! Nie tak dawno temu w Wielkiej Brytanii, posłanka Partii Pracy, Hariett Harman, zaproponowała, by w ośmiu brytyjskich okręgach wyborczych na jakiś czas zabronić osobom rasy białej wysuwania własnych kandydatur w wyborach do parlamentu. Jedynie Afrykanom i Azjatom przysługiwałoby w tych okręgach takie prawo&#8230;<br />
Tak, nawet o &#8220;kolorach&#8221; pomyślano&#8230; Tylko nie o tym, by wybierać najlepiej przygotowanych!</p>
<hr /><strong>12. Jaki będzie – konkretnie i dokładnie &#8211; system głosowania i podliczania oddanych głosów? Co to konkretnie oznacza, że proponowana ordynacja będzie „bliższa systemowi większościowemu niż proporcjonalnemu” ?</strong></p>
<p>Tu udzielimy najdłuższej odpowiedzi w porównaniu do danych do tej pory. Proszę uzbroić się w cierpliwość, gdyż dokonamy tu porównania i objaśnienia znanych systemów obliczania głosów, by poprzez porównanie z nimi wytłumaczyć czym różnią się one od proponowanego tu, zupełnie nowego, pomysłu.</p>
<p>Systemy ordynacji dzielą się, z grubsza, na dwa: proporcjonalny oraz większościowy. Istnieją też systemy mieszane, zawierające elementy jednego i drugiego rodzaju. System większościowy to taki system, w którym wybory wygrywa kandydat legitymujący się nawiększą liczbą oddanych nań głosów.<br />
System proporcjonalny natomiast to taki system, w którym głosy oddane już nie tyle na poszczególnych kandydatów lecz całe listy kandydatów danej partii sumowane są ze sobą i porównywane z sumą głosów oddanych na kandydatów partii konkurencyjnych. Za pomocą przeliczników opracowanych przez matematyków ustala się następnie proporcje, w jakich mandaty są rozdzielane poszczególnym partiom. Decyduje zatem nie tyle liczba głosów oddanych na kandydata, ile głosów oddanych na partię, którą on reprezentuje. Kandydat może uzyskać mandat parlamentarny jeśli otrzyma dużą liczbę głosów lub też jeśli reprezentowana przezeń partia desygnuje go do parlamentu po uzyskaniu mandatów. To partia decyduje, którzy spośród jej kandydatów otrzymają wywalczone w trakcie kampanii mandaty.</p>
<p>System proporcjonalny nie wchodzi w naszym wypadku w rachubę w ogóle, gdyż niemal całkowicie uniemożliwia ocenę poszczególnych kandydatów pod względem ich indywidualnej przydatności do pełnienia funkcji parlamentarnej, dlatego nim nie będziemy się tu prawie w ogóle zajmować. Natomiast system większościowy wymaga bliższego przedstawienia, jako że proponowana tu ordynacja ma wiele z nim wspólnego.<br />
W systemie większościowym stosunkowo najlepsze jest rozwiązanie zwane jednomandatowymi okręgami wyborczymi, w którym istnieje większa szansa przyjrzenia się poszczególnym kandydatom niż ma to miejsce w jakimkolwiek systemie proporcjonalnym. System jednomandatowy zmusza partie polityczne do wystawiania jednego kandydata na okręg, w wyniku czego cała lista kandydatów szystkich partii jest niewielka. Umożliwia to wyborcom lepsze rozeznanie i bardziej świadomy wybór.</p>
<p>Wadą niektórych systemów większościowych jest zjawisko t.zw. „straconych głosów”, to jest głosów oddanych na kandydatów innych niż zwycięzca – a niejednokrotnie na innych kandydatów głosuje w sumie większość. Rezultatem jest często mniejsza frekwencja wyborcza w systemach większościowych niż w proporcjonalnych. Ze wszystkich systemów większościowych najwłaściwszym wydaje się system „alternatywnego wyboru” (alternative vote”), którego dobrym przykładem jest ordynacja wyborcza do niższej izby parlamentu („Izby Reprezentantów”) w Australii. System ten minimalizuje wspomniane zjawisko „głosów straconych”.</p>
<p>Przyjrzyjmy się zatem systemowi australijskiemu, jako że podobne rozwiązanie proponujemy również tutaj:</p>
<p><a href="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/ballot.jpg"><img class="alignright size-thumbnail wp-image-38" title="Ballot" src="http://monio2.files.wordpress.com/2009/07/ballot.jpg?w=64" alt="Ballot" width="64" height="150" /></a>Karta wyborcza otrzymywana przez wyborcę australijskiego <strong>(kliknąć ilustrację)</strong> zawiera listę nazwisk wszystkich kandydatów ubiegających się o mandat do Izby Reprezentantów („House of Representatives”) będącej odpowiednikiem Sejmu, a obok nich widnieją „okienka”. Wyborca musi ponumerować wszystkie nazwiska kandydatów od „1” do ostatniego, np „10” (jedynka oznacza tego kandydata, którego wyborca życzy sobie widzieć w parlamencie najbardziej, dziesiątka tego, którego najbardziej sobie tam nie życzy). Wybory do Senatu odbywają się podobnie, tyle tylko, że dodatkowo u góry widnieją podobne „okienka” obok nazw partii politycznych. Wyborca postępuje podobnie, numerując kandydatów. Albo zamiast tego może postawić „1” w okienku z nazwą partii. Taki głos jest tak samo ważny. Owa jedynka oznacza, że wyborca głosuje na kolejność preferencji opracowaną przez wytypowaną przez siebie partię, która zawczasu już „ponumerowała” wszystkich kandydatów (swojemu przyznając „jedynkę” oczywiście&#8230;). Jest oczywiście jedna znacząca wizualna różnica między kartą wyborczą do Izby Reprezentantów a tą do Senatu: wybory do Senatu są wyborami z okręgów wielomandatowych (będących całymi stanami), dlatego też senacka karta wyborcza jest bardzo duża, mniej więcej 15 cm wysokości na około pół metra długości&#8230; Liczba kandydatów może być na niej znaczna, np w wyborach z 24 listopada 2007 zawierała ona – z samego tylko stanu Zachodnia Australia – nazwiska 54 kandydatów i kandydatek. Dla porównania zielona karta wyborów do Izby Reprezentantów (okręgi jednomandatowe), dla okręgu wyborczego Fremantle w Perth zawierała jedynie 8 (słownie: osiem) nazwisk osób kandydujących.</p>
<p>W jaki sposób wyłaniany jest zwycięzca? Obliczane są wszystkie „jedynki” („primary votes”) otrzymane przez poszczególnych kandydatów. Ten z nich, który otrzymał najmniejszą liczbę owych „primary votes” (nazwijmy go kandydatem „A”), odpada. Wówczas ze wszystkich głosów zawierających „primary vote” dla niego, oblicza się z kolei wszystkie „dwójki” („second preferences”) oddane na pozostałych kandydatów. Ponownie sumuje się uzyskane głosy i znowu któryś kandydat odpada (kandydat „B”). Powtarza się całą procedurę tak jak z głosami kandydata, który odpadł poprzednio. I teraz liczenie nieco się komplikuje:</p>
<p>Z puli głosów oddanych z jedynką na kandydata „B” pewna liczba zawiera „2” przyznaną kandydatowi „A”, który jest tym poprzednio wyeliminowanym. Te „dwójki” już nie są już przyznawane „A” właśnie dlatego, że już odpadł. Dlatego pod uwagę z tej liczby głosów zamiast „dwójek” bierze się „trójki” przyznane pozostałym kandydatom.</p>
<p>Teraz przypomnijmy sobie na moment „primary votes” oddane na kandydata „A”: „dwójki” tam przyznane były już liczone. Zatem teraz „trójki” są doliczane do głosów uzyskanych przez kandydatów pozostających – oczywiście za wyjątkiem „trójek” przyznanych kandydatowi „B” – zamiast których liczy się „czwórki”.</p>
<p>W praktyce – to jest, gdy fizycznie dokonuje się liczenia głosów – cała ta zasada nie jest wcale trudna. Ona jedynie w opisie wygląda na trudną. Tak czy owak w oczy rzuca się „schodkowość” takiego systemu podliczania głosów:<br />
drugie preferencje przyznawane kandydatom mieszane są z trzecimi preferencjami przyznawanymi im przez innych wyborców oraz z czwartymi przyznanymi przez jeszcze innych wyborców itd. Stanowi to pewną komplikację, zwłaszcza, że preferencje wyższe (1,2,3&#8230;) stanowią swego rodzaju „głosy poparcia”, gdy w praktyce dalsze preferencje stają się już stopniowo coraz bardziej „głosami sprzeciwu” wobec kandydatów.</p>
<p>Tego rodzaju „schodkowego podliczania głosów” nie pojawia się w systemie głosowania proponowanym tutaj dla Sejmu (pojawi się ona natomiast w wyborach do Senatu, gdyż wybory te będą miały cechy wyborów z jednomandatowych okręgów wyborczych). Zamiast niego istnieć będzie metoda równoległych zestawień:</p>
<p>ponieważ ostateczne podliczanie oddanych głosów odbywać się będzie na szczeblu ogólnopolskim dla każdej komisji sejmowej z osobna, to o tym, który kandydat uplasuje się wśród członków parlamentu decydować będzie liczba oddanych nań głosów, w szczególności owych „primary votes”. Co oznacza, że dokonane zostanie zestawienie – w podobny sposób jak w Australii – owych „jedynek” uzyskanych przez poszczególnych kandydatów. Jeśli owo zestawienie nie przyniesie rozstrzygnięcia (czyli: jeśli będą kandydaci legitymujący się jednakową liczbą oddanych na nich głosów), to wówczas nastąpi podliczenie wszystkich „dwójek” uzyskanych przez nich w ich macierzystych okręgach wyborczych. Jeśli i to porównanie nie da ostatecznego rezultatu, to wówczas zestawi się uzyskane przez nich „trójki”. I tak dalej, aż do wyłonienia zwycięzców. Proszę zwrócić uwagę, że za każdym razem jest to zestawienie „jedynek” uzyskanych przez kandydata z „jedynkami” uzyskanymi przez innych kandydatów, „dwójek” zawsze tylko z „dwójkami” itd. Czyli, że za każdym razem zestawiane będą ze sobą jedynie preferencje tego samego rzędu.</p>
<p>Dla samego wyborcy oddającego swój głos w lokalu wyborczym owe różnice w sposobach liczenia głosów dla Sejmu i Senatu nie będą jednak stanowiły żadnego problemu, gdyż na obu kartkach wyborczych (które dobrze byłoby różnicować kolorystycznie) będzie on robił dokładnie to samo: numerował nazwiska kandydatów według swoich preferencji.</p>
<hr /><strong>13. Sporo miejsca poświęcono w niniejszych rozważaniach kwestii wyższości systemu wyboru-doboru profesjonalnemu kandydatów nad stosowanymi tradycyjnie systemami ordynacji wyborczych, w tym także systemu jednomandatowych okręgów wyborczych. Dlaczego w takim razie to właśnie wybrani w takim tradycyjnym systemie senatorowie mają być jurorami fachowców i ich fachowo dopracowanych ustaw? Przecież to oczywista sprzeczność! Po co mozolić się z wymyślaniem nowego systemu, jeśli w ostatecznym rozrachunku podporządkowany on będzie systemowi staremu?</strong></p>
<p>Zacznijmy od tego, że ustrój każdego państwa posiada instytucje wyłaniane w różny sposób w zależności od tego, który z tych sposobów jest najodpowiedniejszy dla każdej z tych instytucji. Senat nie jest twórcą praw. On jest jedynie ich jurorem oraz sędzią. W realnym sądzie członkowie trybunału nie muszą przecież reprezentować profesji wszystkich sądzonych przez siebie obywateli oraz spraw, prawda? Wystarczy, jeśli znają prawo swego kraju i potrafią według tego prawa zakwalifikować czyn oskarżonego oraz rodzaj sprawy. Prezydent państwa też nie musi posiadać ukończonych wszystkich fakultetów, jakie tylko istnieją na uczelniach w jego kraju i nie musi być ekspertem we wszystkich dziedzinach&#8230;</p>
<p>Istotnie, powyżej poświęcono bardzo dużo miejsca na wyeksponowanie cech nowego w naszym kraju systemu. Nie jest to bowiem system praktykowany ani znany, stąd też konieczność bardziej szczegółowego zaprezentowania go. Gdy mowa zatem o „przesunięciu posadowienie systemu z regionalnego na ogólnokrajowy, a kryterium doboru parlamentarzystów z partyjnego na zawodowe”, to nie oznacza to, że ignorujemy regionalizm i znaczenie partii politycznych. Oznacza to natomiast, że znajdujemy metodę na zapewnienie profesjonalizmu gremium, które tworzy prawo państwowe w rozmaitych dziedzinach życia i funkcjonowania kraju. Dlatego właśnie w Sejmie zmiany te muszą pójść najdalej. Co do Senatu, to wystarczy przejąć dobrze sprawdzone procedury z innych krajów, z pewną tylko ich modyfikacją wynikającą ze specyfiki struktury polskiej państwowości. Te konkretne cechy przejęte zostały z modeli krajów anglosaskich, gdyż one właśnie posiadają systemy izb wyższych oraz ich korelacji z izbami niższami stosunkowo najbardziej wyrafinowane i przemyślane.</p>
<hr /><strong>14. Jeżeli mandat poselski lub senatorski wygaśnie, na przykład za sprawą śmierci posła lub senatora albo na skutek odebrania mu immunitetu i wykluczenia z parlamentu, to w jaki sposób mandat ten zaistnieje na nowo: czy poprzez zorganizowanie wyborów uzupełniających w danym okręgu wyborczym?</strong></p>
<p>Nie. Mandat przejdzie w takim wypadku automatycznie w ręce tego kandydata, który uplasował się w wyborach bezpośrednio za parlamentarzystą tracącym mandat.</p>
<p>Michał Monikowski<br />
Perth, Australia</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.monio.info/2009/07/11/nowa-ordynacja-wyborcza-pytania-i-odpowiedzi/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
